Szamanizm i postindustrialne techniki ekstazy. Z`EV vs. Hati
Transkrypt
Szamanizm i postindustrialne techniki ekstazy. Z`EV vs. Hati
Szamanizm i postindustrialne techniki ekstazy. Z’EV vs. Hati Z’EV – legenda sceny industrialnej, charyzmatyczny perkusista, performer, twórca instalacji i instrumentów muzycznych, muzykolog, terapeuta i kabalista – niepokorny duch artystycznego undergroundu. W kilkudziesięciu zdaniach o surf music, industrialu, elektroakustycznych operach, Sefer Jecira i uzdrawiającej mocy dźwięku. W Twojej nocie biograficznej można przeczytać, że przygodę z muzyką rozpoczynałeś pod koniec lat sześćdziesiątych w „zespołach garażowych”. Czy mógłbyś powiedzieć na ten temat coś więcej? Jaka to była muzyka i czy zachowały się jakieś nagrania dokumentujące ten etap Twojej kariery? Cóż, te pierwsze zespoły to nie było nic wielkiego, zaczęliśmy jeszcze w roku 1963 od instrumentalnej surf music, która po „brytyjskiej inwazji” przyjęła formę bardziej piosenkową. W 1965 grałem już w zespole bluesowym, przekształconym potem w improwizujące trio, wykonujące muzykę, która nieco później zyskała sobie nazwę jazz-rock. Owszem, rejestrowaliśmy wówczas niemal wszystko na przenośnym monofonicznym magnetofonie. To właściwie było nasze ulubione zajęcie – połknąć LSD i nagrywać. Niestety, taśmy zaginęły dawno, dawno temu. Jak oceniasz po 30 latach industrial – kontrkulturowy ruch, który niegdyś współtworzyłeś? Czy nie sprawia on teraz wrażenia przedsięwzięcia bardziej ideologicznego niż artystycznego? Sądzę, że ktokolwiek zajrzy do RE/SEARCH – kompendium industrialu, w którym zdefiniowano ten fenomen kulturowy, przekona się, że niemal wszyscy zamieszani w te zdarzenia posiadali dobre przygotowanie artystyczne i/lub muzyczne (jeśli zajmowali się muzyką). Rzeczywiście na początku miało to zdecydowanie kontrkulturowy charakter, później jednak, jak wolno przypuszczać, zyskało nieco inny odcień. Ideologia industrialu była zbliżona do oryginalnej „filozofii punkowej” w jej upodobaniu do anarchistycznych pryncypiów (nie tyle radosnej destrukcji, co całkowitej odpowiedzialności) oraz zamierzeniu obalenia kompleksu militarno-przemysłowego i przekształcenia go w coś łatwiej przyswajalnego przez odbiorców. Chciałbym też powiedzieć, że wszyscy wówczas uważaliśmy się za kontynuatorów tradycji dadaistycznej, futurystycznej i po części surrealistycznej (jednak bez futurystycznej mizoginii!). Postrzegaliśmy industrial jako współczesny wyraz tych samych tendencji, jednakże bez całej tej postmodernistycznej ignorancji, która kazałaby nam myśleć, że robimy coś całkowicie nowego! Można więc chyba powiedzieć, że była to swego rodzaju ideologia artystyczna – w teorii i praktyce. Jesteś postrzegany jako jeden z najbardziej „charakterystycznych” współczesnych perkusistów. Mój dziadek, który w latach 40. i 50. zaczynał jako swingujący perkusista, mawiał często: „Wszystko ma swój rytm i można wykorzystać dowolny przedmiot, żeby budować struktury rytmiczne”. Jak Ty definiujesz „rytm” i „perkusję”? Zacznijmy od tego, że przyznam się, iż moją pierwszą muzyczną fascynacją był dixieland, za którym zresztą do dziś przepadam. Tak więc moje muzyczne korzenie nie są odległe od tego, co grywał twój dziadek. Moja definicja rytmu? Cóż, pojmuję rytm szeroko i wykorzystuję nie tylko formy składające się z szeregu uderzeń. Każda z tych form wyraża własną, szczególną strukturę proporcjonalną. Każda też posiada swoją wartość. Moją najważniejszą intencją w trakcie budowania rytmu jest zawsze ustanowienie równowagi między mną, instrumentem i publicznością a czasem i miejscem, w jakim rzecz się rozgrywa. I czas oraz miejsce, choć niejawnie, mają w tym swój udział nie mniejszy niż bezpośrednio dostępne aspekty koncertu. Jak powiada komentarz do YÜ – szesnastego heksagramu I Cing: „Uczyń z muzyki most do niedostępnych światów”. Jeśli zaś idzie o perkusję. Perkusja to przede wszystkim uderzenie i poprzedzająca je chwila ciszy, od której wszystko się rozpoczyna. By wyjaśnić to nieco dokładniej, posłużę się definicjami z metafizyki wedyjskiej, która wyróżnia cztery aspekty dźwięku: Sphota to twórcza zasada uniwersum i świata czystego bytu, wieczny element czystego, nieobjawionego dźwięku, znajdującego się poza percepcją. Nada – niesłyszalny, choć obecny dźwięk. Mówiąc metaforycznie, tak jak nie można dostrzec kolorów w ciemności, tak bez uprzedniego treningu nie uda się usłyszeć nada, mimo że rozbrzmiewa wokół. Anahata – dźwięk wzorcowy, idealny, lecz sytuujący się na krawędzi słyszalności. Ahata – słyszalny dźwięk, będący wynikiem kontaktu przedmiotów fizycznych, zawierający całe continuum dźwięków dostępnych i niedostępnych ludzkiemu uchu. Ahata posiada przy tym cztery kolejne aspekty: Spanda – pulsowanie lub drgania poprzedzające pojawienie się dźwięku. Paryanti – punkt, z którego dźwięk zaczyna płynąć. Pashyanti – rozchodzenie się dźwięku, poprzedzające jego usłyszenie. Vaikhari – słyszalny dźwięk, który do nas dociera. Jak postrzegasz miejsce sztuki w świecie „ponowoczesnym”? Czy sądzisz, że zmieniają się jej podstawowe funkcje? Jak już wspominałem, nie jestem zwolennikiem postmodernizmu, zwłaszcza w znaczeniu, jakie przypisuje się temu pojęciu obecnie. Pomijając jednak tę kwestię, postrzegam sztukę jako siłę życiową kultury. Przez kulturę rozumiem zaś konkretną społeczność w konkretnym stadium istnienia, wraz z całą jej wiedzą i uznawanymi wartościami. Tak więc, powołaniem artysty jest reinterpretowanie, poszerzanie i rozwijanie tradycji kulturowej oraz jej wartości tak, by uczynić je adekwatnymi względem czasu, w jakim przyszło mu żyć. A jak przedstawia się kwestia inspiracji kabalistycznych w Twojej twórczości? The Sapphire Nature to jedna z najbardziej enigmatycznych i hermetycznych kompozycji, jakie zdarzyło mi się słyszeć. Czy mógłbyś przybliżyć metodę, która posłużyła do „dźwiękowego przekładu” Sefer Jecira? Tradycja kabalistyczna, z którą czuję się związany i z której czerpię w mojej pracy nawiązuje do, a w istocie jest manifestacją, pewnych elementarnych energii. Sefer Jecira, którą w tym kontekście wolę nazywać Księgą Stworzenia jest bezsprzecznie najstarszym bliskowschodnim tekstem mistycznym, wyrastającym z tradycji sumeryjskiej. Ma więc nie mniej niż 8000 lat. I jest właściwie podręcznikiem korzystania z 22 cząstkowych jakości elementarnej energii, które mogą być traktowane jako zasada rzeczywistości, nie tylko fizycznej. The Sapphire Nature to projekt obejmujący serię 5 przekładów tekstu podstawowego. Cztery z nich były dźwiękowymi wersjami tekstu: egzoteryczną, ezoteryczną, metaforyczną i alegoryczną. Piąty przekład miał charakter symboliczny i był zdeterminowany bardziej przez dźwięk niż przez tekst. Najprościej mówiąc, przygotowałem 22 próbki dźwiękowe (maksymalnie 2 jednosekundowe), odpowiadające każdej z 22 liter alfabetu, w jakim spisano tekst księgi. A później po prostu złożyłem te fragmenty w całość (składając je w słowa i pozostawiając bardzo krótkie odstępy ciszy między słowami, krótkie między sentencjami i dłuższe między paragrafami), litera po literze, od początku do końca tekstu. Albert Ayler powiedział niegdyś, że „muzyka jest uzdrawiającą siłą wszechświata”, zaś jego współpracownik – wybitny perkusista Milord Graves jest znany także jako terapeuta, wykorzystujący w swych zabiegach muzykę perkusyjną. Taka wizja „leczenia dźwiękiem” obecna jest też w dość archaicznych tradycjach religijnych, jak gnawa czy jajuka. Jakie są Twoje doświadczenia z terapeutyczną mocą muzyki? Cóż, myślę, że nie tyle sama muzyka, ile rzeczywista moc dźwięku jako takiego może spełniać tę właśnie funkcję. Właściwości dźwięku oraz, w szczególności, intencja tego, kto się tym dźwiękiem posługuje. W istocie więc każdy typ muzyki może posiadać moc uzdrawiającą, uzależnioną jedynie od umiejętności nadawcy i podatności odbiorcy, który gotów jest podzielać przekonanie terapeuty o możności uzdrawiania dźwiękiem. Zilustruje to może historia z mojej praktyki. W roku 1994, kilka miesięcy po wielkim trzęsieniu ziemi, które nawiedziło Los Angeles, prowadziłem tam serię moich sesji „yantra-tantra”, polegających na kontemplacji dźwięku w absolutnej ciemności. Po jednym z pokazów podszedł do mnie pewien człowiek, by wyjaśnić dość dziwną reakcję uczestników. Ponieważ trzęsienie ziemi zaskoczyło wszystkich w L.A. późną nocą, odtąd nie byli w stanie zasnąć w mroku, sypiali więc nieustannie przy włączonym świetle. I faktycznie, gdy wyłączyłem lampy i zapadła całkowita ciemność, ludzie wpadli w panikę. A jednak po chwili moc dźwięku i jego doświadczanie pochłonęło ich całkowicie i kiedy po skończonej sesji wstali, twierdzili zgodnie, że czują się całkowicie odnowieni. Byli przekonani, że nie potrzebują już włączać światła – „zaprzyjaźnili się z ciemnością”. Przybliż swoją koncepcję poezji dźwiękowej oraz text-sound compostions, które nazywasz niekiedy elektroakustycznymi operami? Co sądzisz o łączeniu elementów akustycznych i elektronicznych? Czy traktujesz słowo jako asemantyczny składnik kompozycji muzycznej? Wdaje mi się, że to są dwie różne rzeczy – poezja dźwiękowa taka, jaką przedstawiam na płycie Headphone Musics i kompozycje typu text-sound zawarte na albumie Face the Wound. W dziedzinie sound poetry, najważniejszymi źródłami inspiracji były dla mnie „poezje mówione” Ernsta Jandla, „tantry ducha” Michaela McClure’a oraz proza Gertrudy Stein. Jeśli zaś idzie o kwestie techniczne, nie sądzę, by można było tu osiągnąć coś więcej niż w utworach Steve’a Reicha It’s Gonna Rain [1965] i Come Out [1966], które po ponad trzydziestu latach wciąż pozostają dla mnie najdoskonalszymi poematami dźwiękowymi, jakie kiedykolwiek powstały. Zresztą te utwory najlepiej definiują także istotę asemantycznego wykorzystania mowy jako składnika ekspresji muzycznej. I to właśnie one ukształtowały moje poglądy w tej kwestii. Natomiast text-sound compostions to zupełnie inna materia artystyczna, tu bowiem tekst jest najważniejszy. Istnieją idee, którym pragnę dać wyraz i czynię to, przeszukując godzina po godzinie taśmy z zapisem ludzkich głosów i wycinając poszczególne frazy, konstruuję całą narrację z różnych wypowiedzi. Poza tym zawsze istnieje pewien czysto muzyczny walor mowy potocznej, wyrwanej z właściwego jej kontekstu i umieszczonej w sferze muzyki. Przygotowanie takiej kompozycji zawsze składa się z szeregu zabiegów: osadzenia gotowej narracji w strukturze rytmicznej skontrastowanej z rytmem samej mowy oraz wzbogacenia jej dźwiękami, które wprowadzą kontekst emocjonalny i wzbogacą dramaturgię całego utworu. Co zaś do łączenia dźwięków 3 akustycznych i elektronicznych, to należy pamiętać, że jeśli dobiegają one z głośników czy słuchawek, to są w równym stopniu „zelektryfikowane”, więc ich rzeczywiste pochodzenie traci w pewnym stopniu na znaczeniu. Tworząc własne utwory, które mógłbym określić mianem „binary-acoustic works” – osadzające dźwięki akustyczne w kontekście cyfrowym, preferuję zdecydowanie źródła akustyczne, oferujące bardziej „organiczną” jakość, nieobecną w dźwiękach generowanych elektronicznie. Ostatecznie jednak w obu przypadkach można mówić o dźwiękach pochodzenia naturalnego, tyle że odnoszących się do dwu aspektów natury – „naturalnego” i „ludzkiego”. Jak poznałeś Rafała i Darka z Hati? Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o Waszym wspólnym projekcie Z’EV vs. Hati? Rafał i Darek skontaktowali się ze mną mailem. Przysłali mi swoje nagrania, a kiedy ich wysłuchałem stało się dla mnie oczywiste, że nadrzędną ideą tej muzyki jest operowanie brzmieniem instrumentów w ich czystej, źródłowej postaci, dlatego też zapytałem, czy rozważali kiedykolwiek „layering of the elements”. Zapytali mnie wówczas, co przez to rozumiem, więc w odpowiedzi posłałem im utwór, w którym połączyłem ich nagrania instrumentów dętych z brzmieniem gongów. I przypadło im to do gustu na tyle, że zapytali, czy nie przygotowałbym takiego materiału na pełny album, na co z przyjemnością przystałem. Wybrałem więc z ich płyt fragmenty, z których powstało 9 kolejnych kompozycji. A ponieważ wszyscy byliśmy zadowoleni z rezultatu, płyta będzie dostępna już w trakcie trwania naszej trasy po Polsce. Można więc będzie posmakować tych dźwięków. HATI – toruński duet (Rafał Iwański, Dariusz Wojtaś), wykonujący muzykę zorientowaną medytacyjnie i transowo, zaaranżowaną na metalofony oraz etniczne aerofony i instrumenty perkusyjne. Po nagraniu trzech płyt, wyruszyli w trasę z Z’EVem, by promować czwartą, wspólny projekt płytowy Hati vs. Z’EV #1. W kilku zdaniach o muzycznym transie, istocie perkusjonaliów oraz flircie z dubem. Niemal dwa lata temu w wywiadzie opublikowanym na łamach „Anteny Krzyku” [02/2004] wspominaliście, że marzy Wam się współpraca z Z’EVem. Teraz to marzenie się ziściło. Jak do tego doszło i jaki charakter ma Wasza współpraca? R.I.: Muzyka Z’EVa od lat była dla nas jednym z ważniejszych punktów odniesienia – choćby płyta Opus 3.1 – szczególnie od momentu, gdy przestaliśmy grać psychodelicznego rocka połączonego z eksperymentami na analogowej elektronice… D.W.: Do naszej współpracy z Z’EVem doszło z potrzeby konfrontacji tego, co już zrobiliśmy z czymś nowym. Wysłaliśmy mu trzy nasze produkcje. I tak się zaczęło. R.I.: Właśnie. Pod koniec 2004 napisaliśmy do Z’EVa maila (już wcześniej trochę czytałem fragmenty jego książki Rhythmajik, dostępne w sieci) i zapytaliśmy, czy chciałby posłuchać płyt HATI. Wyraził zainteresowanie i zaraz po tym, jak wiosną 2005 r. otrzymaliśmy z wydawnictwa Nefryt pierwszą partię Zero Coma Zero, posłaliśmy mu ją wraz z opublikowanymi przez nas samych w 2003 r. płytami Music for Metal Idiophones i Genius Loci. Po jakimś czasie Z’EV napisał, że nasza muzyka mu się podoba, pytając, czy rozważaliśmy kiedykolwiek „layering of the elements”. Zapytaliśmy go, co przez to rozumie, a on w odpowiedzi przesłał nam jedenastominutowe nagranie, które łączyło w sobie kilka fragmentów dźwiękowych z Music for Metal Idiophones i Genius Loci, co było dla nas dużym zaskoczeniem i oczywiście spodobało nam się bardzo. Dlatego zapytaliśmy Z’EVa, czy widzi możliwość przygotowania pełnowymiarowego albumu. Odpisał: „everything is 4 possibile”. I od razu zabrał się do roboty, choć po jakimś czasie napisał, że potrzebuje nieco więcej dźwięków HATI (chciał stworzyć dłuższą wersję pierwszego utworu), ale odstąpił od tej metody i zanim zdążyliśmy mu wysłać kolejne akustyczne próbki HATI, rozpoczął od nowa pracę nad materiałem z naszych pierwszych płyt, tym razem przetwarzając cyfrowo, w sobie tylko znany sposób, materiał źródłowy. Efekt przesłał nam w postaci 9 utworów, które tylko w pewnym stopniu przypominały pierwotne brzmienie HATI, my wyrzuciliśmy jeden fragment, nieco edytowaliśmy całość i odesłaliśmy, a Z’EV chyba miesiąc później przesłał nam do rozpatrzenia nową wersję demo tegoż materiału, z akustycznymi, nieco zmiksowanymi introdukcjami naszych nagrań, z których wcześniej generował wspomniane utwory. Końcowy rezultat jest w naszym mniemaniu świetny: metaliczny drone ambient. Jako że byliśmy od jakiegoś czasu w kontakcie z Mauro Casagrande – szefem wytwórni Ars Benevola Mater (dawniej Amplexus), który już wcześniej poznał i polubił muzykę HATI, zapytaliśmy go, czy byłby zainteresowany wydaniem wspólnej płyty Z’EVa i HATI. Całość nosi tytuł HATI vs. Z’EV #1, a debiutancki utwór, który nazwaliśmy po prostu Layering of the Elements, trafił na składankę, wydaną przez ABM z okazji IV Wrocław Industrial Festiwal, gdzie graliśmy w grudniu 2005 r. A jeśli chodzi o trasę koncertową – przez ponad rok wymieniliśmy między sobą wiele listów i ostatecznie zagramy w kilku miastach w kwietniu 2006. Będziemy mieli też jeden dzień przerwy, a Z’EV proponuje byśmy nagrali coś wspólnie w Toruniu metodą „live in studio”. Jeśli do tego dojdzie, na pewno to wydamy, możliwe, że na płycie analogowej. D.W.: To cudowne zdarzenia dla nas i myślę, że ważne również dla kilku osób w Polsce i na świecie. Mam na myśli bardzo subtelną zasadę współzależności w działaniu wielu ludzi, bez których to wszystko nie miałoby sensu. Pytałem Z’EVa o jego definicję „rytmu” i „perkusji”. Jak Wy rozumiecie te pojęcia? R.I.: Rytm jest zasadniczą częścią muzyki i być może najbardziej pierwotnym jej elementem, powstał zanim pojawiły się melodia czy harmonia. Jak twierdzą specjaliści, w każdym muzyku trwa konflikt między osobowością rytmiczną (dystoniczną) a muzyczną (syntoniczną). Chodzi o to, by ten konflikt rozwiązać, łączyć przeciwieństwa, integrować. D.W.: Rytm to przestrzeń, w której możemy się poruszać i czuć wolni. W rytmie zapisane jest całe nasze życie i temu właśnie rytm służy. R.I.: Definicję rytmu można też ukazać za pomocą interesującego podziału na różne modele świadomości czynników rytmicznych, wykształconych w kulturach świata (autorem jest bodajże P. M. Hamel). Są to modele: magiczny, mityczny, mentalny i integralny. Struktura rytmiczna w świadomości magicznej opiera się na niekończących się okresach, np. uderzeń bębna w rytmie serca lub oddechu, jak w muzyce Indian czy szamanów z Syberii. W świadomości mitycznej są to cykliczne okresy, jak np. w indyjskich talach. Rytmy świadomości mentalnej są formułami metrycznymi, matematycznymi i rozwijane były przez kompozytorów europejskich. Świadomość integralna to taka, która łączy w sobie wszystkie te wcześniejsze czynniki rytmiczne. Wydaje się, że idealnym przykładem jest tu chociażby... Z’EV. Natomiast perkusja, od łacińskiego słowa percussio – co znaczy po prostu „uderzać”, to wszystko, w co można uderzać, dobywając dźwięki. Śledząc Wasze koncerty, można zauważyć pewną „elektroakustyczną” (r)ewolucję w muzyce Hati – pojawiają się automaty perkusyjne i wyraźne echa dubu. Jak widzicie rozwój tej tendencji w kontekście łączenia takich „archaicznych” i surowych brzmień akustycznych instrumentów etnicznych z mniej lub bardziej „futurystyczną” elektroniką? 5 R.I.: Rzeczywiście, HATI posiada obecnie dwa oblicza, co słychać i widać, zwłaszcza jeśli ktoś śledziłby wszystkie nasze koncerty w ciągu ostatniego roku. Ty byłeś na wielu, wiesz więc dobrze, co mam na myśli. Kiedy jesteśmy w duecie, gramy wyłącznie na instrumentach akustycznych, takich jak gongi, odpady ze złomowiska i różne dość archaiczne aerofony, zazwyczaj jedynie ze wspomaganiem efektów pogłosowych. Natomiast od października 2005 r. pojawiamy się niekiedy w trzyosobowym składzie z Rafałem Kołackim (na co dzień perkusistą punkowym) wspomagającym nas na rozmaitych instrumentach perkusyjnych. Wtedy muzyka HATI brzmi nieco inaczej, bo oprócz wspomnianych instrumentów, są tu też automaty perkusyjne – wyłącznie analogowe; pętle z nieco przetworzonych dźwięków gongów, stanowiące dronowy fundament basowy; północnoafrykańskie klarnety i różne instrumenty perkusyjne pochodzenia np. karaibskiego. D.W.: To nasz drugi projekt, w którym od początku wiedzieliśmy, czego chcemy. Automaty analogowe, pulsujące basy, pogłosy, sekcja, która rzeczywiście zmierza w stronę integracyjnej muzyki świata. R.I.: Niewątpliwie takie podejście wypływa z naszej fascynacji jamajskim dubem, szczególnie w wykonaniu mistrzów, takich jak choćby King Tubby, Lee „Scratch” Perry, nie mówiąc już o the Melodica King – Augustusie Pablo, którego muzyka jest po prostu wielka. Nawiasem mówiąc, z dubowym podejściem do muzyki mieliśmy do czynienia jeszcze w latach 90., tyle że przy użyciu konwencjonalnych instrumentów. Darek był basistą przez wiele lat, ja gitarzystą, aż w końcu zabrałem się za perkusję, gdy po 10 latach grania na gitarze stwierdziłem, że to nie jest instrument dla mnie. Inna sprawa, że zaraz potem pozbyliśmy się całego instrumentarium i przestaliśmy w ogóle na jakiś czas grać. Te doświadczenia są nam zresztą bardzo pomocne przy tworzeniu muzyki HATI. Można by zapytać: dlaczego dwa oblicza? Otóż, po pierwsze, tak jest ciekawiej. Po drugie, to świadomy wybór – grając w duecie, mamy więcej możliwości improwizacji, ekspresji, naturalnego transu, jest to podobno nawet bardziej teatralne. Natomiast granie w trzyosobowym składzie, z urządzeniami elektronicznymi wymaga od nas więcej pracy nad utworami, jest to bardziej techniczne (być może to technologia wymusza na nas takie podejście do tworzenia muzyki), ale i więcej jest w tym melodii, ktoś mógłby rzec – więcej muzyki… To kontrolowany eksperyment. Inną sprawą jest to, że czasem dziwimy się, jak mogło dojść do takiego połączenia np. automatów perkusyjnych i gongów. Ale jeśli inni mogli eksperymentować z wszelkimi innymi instrumentami etnicznymi, niekoniecznie perkusyjnymi, to czemu nie spróbować i tego? Jeśli chodzi o łączenie „archaicznych” brzmień akustycznych z technologią elektroniczną, to można to robić rozmaicie. Świetne przykłady to Bill Laswell czy Muslimgauze, łączący na różne sposoby technologię (i dub) z brzmieniami etnicznymi. Nawet Master Musicians of Jajouka nagrali coś w tym stylu z Talvinem Singhiem. Z drugiej strony istnieje też inne podejście, jakie na naszym gruncie prezentuje Projekt Karpaty Magiczne i wiele neopsychodelicznych zespołów z USA, których nazw nawet nie pamiętam [Pelt, Spiral Joy Band], podejście nie bazujące na rytmach perkusyjnych, lecz zmierzające często w stronę drone music czy czegoś podobnego. Jak wiadomo, był kiedyś (a może nadal jest?) taki twór nazywany world music, łączący muzykę elektroniczną z instrumentami etnicznymi z różnych stron świata, głównie z Afryki. W tym kontekście to dubowe oblicze HATI można by nazwać bad world music, albo jakoś tak. Podsumowując te kwestie: nie bylibyśmy już w stanie grać ani żadnej konkretnej muzyki etnicznej, skądkolwiek by była, ani też zatracić się w technologii cyfrowej, jaką proponują nam w coraz doskonalszych wersjach naukowcy i koncerny, co podobno daje „nowe, ogromne możliwości”. HATI niemal instynktownie chwyta, co się da i tworzy po swojemu. Nie znamy innej drogi. 6 Wrócę jeszcze na koniec do Waszego dawnego wywiadu. Obok Z’EVa na „liście marzeń” widniało nazwisko La Monte Younga – kiedy usłyszymy płytę Hati inside the Dream Syndicate? Jakie są Wasze plany wydawnicze i koncertowe? D.W.: Dzięki, że z taką łatwością wymieniasz obok siebie La Monte Younga i HATI... R.I.: Z La Monte Youngiem już chyba nie damy rady, przynajmniej na razie nie planujemy go niepokoić… Natomiast jesteśmy umówieni z Ars Benevola Mater na nowy CD na przełomie 2006/07. Materiał dźwiękowy nagraliśmy już we wrześniu 2005, całkowicie na żywo i wyłącznie przy użyciu materiałów odpadowych, czeka on tylko na edycję, ale też być może na połączenie z pewnym większym projektem dotyczącym recyclingu w sztuce. Nie wiemy też, czy to będzie płyta HATI, czy też HATI vs. Z’EV #2. Może dwie płyty? Zobaczymy. Drugi pomysł to muzyka na gongi i trochę odpadów metalowych, generalnie budząca w nas odczucia dość medytacyjne, takie rozwinięcie tego, co zrobiliśmy w 2003 r. na Music for Metal Idiophones. Chcemy to nagrać całkiem „na żywo”, z dobrym realizatorem dźwięku, w dobrych warunkach studyjnych lub w jakimś interesującym pod względem akustycznym obiekcie. Chyba jeszcze w tym roku, jesienią. Gramy trochę tego materiału na koncertach. W dalszej przyszłości planujemy nagrać „dubowy” album HATI, z miłości do tej muzyki, ale najpierw musimy zagrać jeszcze kilkadziesiąt koncertów, by wszystko doszlifować. Jak już mówiliśmy, to dość technologiczne i wymagające przedsięwzięcie. Nie śpieszy nam się jednak. Jeśli chodzi o koncerty – mamy już kilka zaplanowanych na 2006 r., głównie na różnych festiwalach „ciekawej muzyki” w Polsce. Poza tym planujemy zagrać gdzieś poza granicami kraju… Tymczasem zapraszamy na koncerty Z’EVa i HATI. Rozmawiał Dariusz Brzostek Tekst ukazał się w Glissando. Magazyn o muzyce współczesnej, nr 8 marzec 2006 7