karolina bernacka

Transkrypt

karolina bernacka
KONKURS LITERACKO – FOTOGRAFICZNY
„RODZINĄ SILNI”
WYRÓŻNIENIE
KAROLINA BERNACKA
ZESPÓŁ SZKÓŁ W FIRLEJU
Mój Pradziadek Piotr
Mam na imię Karolina, ale chciałabym dziś opowiedzieć historię mojego
pradziadka, która rozpoczyna się… jeszcze w XIX wieku. Pradziadek Piotr
urodził się 8 września 1892 roku w wielodzietnej rodzinie Józefa i Rozalii
Czajków.
W naszej rodzinnej legendzie przekazana została informacja, że z kolei jego
dziadek o nazwisku Grabowski, był właścicielem majątku w Chojeńcu, miejscowości
położonej niedaleko Trawnik. Kiedy wybuchło powstanie styczniowe w 1863 r.,
jako światły i postępowy patriota, zaangażował się w walkę z zaborcą, przyjmując
pseudonim powstańczy „Czajka”.
Powstanie styczniowe upadło, majątek Grabowskich został skonfiskowany,
a o tym że rodowe nazwisko zostało zmienione - zadecydował przypadek. Pewnego
razu powstaniec-prapradziad został zatrzymany przez penetrujący okolice patrol
Moskali, poszukujący właśnie powstańca Grabowskiego. Zatrzymany nie przyznał
się, że jest owym poszukiwanym. Odpowiedział, że jest nietutejszy i nie zna nikogo o
takim nazwisku, a on sam nazywa się Czajka. Nowe nazwisko uratowało mu
życie, dlatego postanowił przy nim pozostać.
Pozbawiony majątku - nie załamał się. Nie przetrwała informacja w jaki
sposób sobie radził, natomiast wiadomym jest, że jego syn Józef (a ojciec mojego
pradziadka Piotra) woził i sprzedawał torf do majątku w Chojeńcu, gdzie
znajdowała się gorzelnia i potrzeba było opału nowemu właścicielowi majątku. Za
zarobione pieniądze kupił parę mórg ziemi i podzielił je między licznie narodzone
dzieci.
Mojemu pradziadkowi – Piotrowi, jednemu z najmłodszych
z trzynaściorga dzieci Józefa i Rozalii, przypadły dwie morgi w miejscowości
Albertów. Zanim się na nich osiedlił, założył rodzinę, wybudował dom.
Wielokrotnie wspominał, jak wcześnie został osierocony, jak jego wychowaniem
zajmowała się ciotka z domu Dybek, jak cudem uniknął śmierci. Podczas I wojny
światowej, kiedy w ukryciu jako 16 - letni młodzieniec pomagał matce piec chleb,
przez otwór okienny zajrzał Moskal. Był tak głodny, że kiedy zobaczył wyjmowane
z pieca bochenki, rzucił się na nie i zaczął łapczywie jeść - jeszcze gorące. Nie
wiadomo, co się stało z Moskalem - gorący chleb jest nie zdrowy, ale ta chwila
sprawiła, że pradziadek Piotr wraz ze swoją mamą i młodszą siostrą zdążyli uciec.
W 1916 roku mój pradziadek ożenił się z Janiną z domu Macioszek, zajął
się uprawą roli, dokupował kolejne morgi, karczował drzewa, powiększając areał.
W 1924 roku postawił nowy drewniany dom, a na jego otwarcie zaprosił cała swoją
rodzinę. Kolejno na świat przychodziły dzieci – 5 synów, ale tylko trzech z nich
dożyło późnego wieku. Najstarszym z nich był Tadeusz, średnim – Stanisław,
najmłodszym - Jan. Wszyscy synowie byli bardzo utalentowani, uczęszczali z
pobliskiego Albertowa do Szkoły Podstawowej w Cycowie, kończąc siedem klas, co
przed wojną było dość dobrym wykształceniem. Pradziadek Piotr był niewątpliwie
głową rodziny, wzorem osobowym, z którego należało brać przykład. Bardzo
wysoki, liczący – 189 cm wzrostu mężczyzna, z natury był małomówny, skryty, ale
niezwykle pracowity. Umiał zrobić wszystko, był też bardzo silny.
Pewnego razu, zaraz po zakończeniu II wojny światowej, jego średniego syna
Stanisława okoliczni, zajmujący się szabrem bandyci, pod groźbą śmierci wzięli na
podwody. W pewnym momencie nadjechało wojsko. Szabrownicy uciekli, ale dziadek
nie należał do tej grupy, więc z końmi pozostał na placu, niemniej stał się głównym
podejrzanym. Zabrany do Cycowa na posterunek milicji, który mieścił się w obecnym
budynku Urzędu Gminy - był przesłuchiwany i bity. Kiedy pradziadek Piotr
przyjechał za synem i usłyszał jego krzyki, wyrwawszy zamek w drzwiach
gwałtownie, wtargnął do pomieszczenia i stanowczo domagał się uwolnił syna. Tak
silnie zaprotestował przeciw niesłusznemu posądzeniu go o szaber, że gdy uderzył
pięścią w róg stołu, to obił. Przesłuchujący zostali przekonani, a oni obaj pradziadek Piotr i dziadek Stanisław własnym wozem, zaprzężonym w dwójkę
koni wrócili bezpiecznie do domu.
Lata powojenne były równie ciężkie, trzeba było oddawać do miasta kontyngenty, z
roli coraz trudniej można było uzyskać dochód. Zatem żyło się im skromnie. Moja
mama podkreśla, że działo się tak także za sprawą patriotycznych tradycji
panujących w ich domu. W czasach Polski Ludowej można było wstąpić do partii,
mieć układy, robić karierę,, ale nasi przodkowie ze względu na prawdziwe wartości i
pamięć przodka, o którym wspomniałam w rodzinnej legendzie, nigdy tego nie zrobili,
a o atmosferze panującej w domu najlepiej świadczy fakt, że po kryjomu, w tajemnicy
(ponieważ wtedy inaczej nie można było) przekazano wnukom prawdę o Katyniu,
Ostaszkowie i Starobielsku.
Pradziadek – Piotr, we względnie dobrym zdrowiu dożył 86 lat. Dochował się,
jak wspominałem trzech synów i ośmiorga wnucząt. Jednym z nich jest moja mama.