Patrycja Włodek
Transkrypt
Patrycja Włodek
Patrycja Włodek Z więzieniem im do twarzy Po wielkim, zasłużonym sukcesie House of Cards (o którym pisaliśmy w 12. numerze „EKRANów”) Netflix nie spoczął na laurach, lecz poszedł za ciosem, produkując kolejny znakomity serial – choć tematycznie lokujący się na przeciwległym biegunie. Orange Is the New Black należy do najlepszych i najbardziej interesujących, choć nieco przeoczonych premier roku. Historia Piper Chapman (Taylor Schilling), która na 15 miesięcy trafia do więzienia za błędy młodości (a właściwie jeden, ale za to wielki), została oparta na faktach. Piper Kerman, pierwowzór bohaterki, opisała swoje przeżycia w bestsellerowej, wydanej też w Polsce książce Dziewczyny z Danbury. Orange Is the New Black, przeniesionej na mały ekran przez Jenji Kohan, twórczynię słynnej Trawki (2005-2012). Piper zostaje skazana na odsiadkę za przewiezienie przez którąś z europejskich granic pieniędzy pochodzących z handlu narkotykami, co zrobiła z lekkomyślności, żądzy przygód, a zwłaszcza w imię młodzieńczej miłości do pięknej kurierki kartelu, Alex (Laura Prepon, znana głównie z Różowych lat 70. [1998-2006]). Wskazana dekadę później w procesie jako jedno z ogniw przemytu, przyznaje się do winy i dobrowolnie poddaje karze, obawiając się osądu ławy przysięgłych. W serialu pada kwestia, że był to wielki błąd. Piper w wieku trzydziestu kilku lat (w przeciwieństwie do siebie tuż po dwudziestce) dysponuje bowiem absolutnie wszystkimi cechami, które są potrzebne, by nie trafić do więzienia niezależnie od tego, co się zrobiło. Jako wykształcona i poprawna do bólu przedstawicielka klasy WASP prowadzi ustabilizowane życie u boku zupełnie przeciętnego narzeczonego (Jason Biggs, gwiazda komediowego cyklu American Pie); z podobną do siebie przyjaciółką produkuje ekologiczne kosmetyki, co ironicznie definiuje jej charakter, przynajmniej w zestawieniu z poprzednim etapem egzystencji. Zjednoczonych Z można badań dotyczących wnioskować, że wymiaru gdyby nie sprawiedliwości przyznała się w do Stanach winy, prawdopodobieństwo trafienia za kratki byłoby znikome. Piper decyduje jednak inaczej i płaci wysoką cenę za szaleństwa młodości. Wszystkie cechy tak przydatne, by z sukcesem przeżyć amerykański sen, okazują się – delikatnie mówiąc – problematyczne tam, gdzie trafia. Gdyby Piper była mężczyzną, fabułę łatwo byłoby przewidzieć, a widzowie – po raz kolejny w historii filmu i telewizji – zostaliby skonfrontowani z okropnościami męskiego więzienia bądź jakąś nośną metaforą, wyświechtaną już w tym nurcie kina. Ponieważ Piper jest kobietą, trafiamy do przestrzeni jeszcze niewyeksploatowanej przez popkulturę, a przez to wnoszącej powiew nowości – choć z pewnością nie wolności. Strategia przyjęta przez Jenji Kohan oraz – pod jej przewodem – kilku scenarzystów i dwóch reżyserów pierwszego sezonu na początku może wydawać się kłopotliwa. W pierwszych odcinkach trudno ocenić, jaki właściwie jest nastrój serialu – poważny czy komiczny? Czy mamy do czynienia z karykaturą, czy raczej z zaangażowaną krytyką systemu? Odczucie to może mieć dwa źródła. Pierwsze to znane z Trawki, specyficzne poczucie humoru Kohan, drugie – sytuacja Piper w świecie przedstawionym. Bohaterka – przynajmniej na początku – sprawia wrażenie jelonka Bambi zabłąkanego w dżungli i rzuconego na pożarcie silniejszym i mądrzejszym osobnikom, ze znacznie lepiej wyostrzonym instynktem samozachowawczym. Nie znając panujących w więzieniu reguł – ani instytucjonalnych, ani tych istotniejszych, nieoficjalnych – i kompletnie nie rozumiejąc struktury, w jaką się dostała, usiłuje przełożyć swe dotychczasowe doświadczenie na zupełnie nową sytuację. W kontaktach z innymi więźniarkami i ze strażnikami jest więc tak samo oszołomiona i zagubiona jak widz przed ekranem. Czy przydzielony jej opiekun, pan Healy (znany z Trawki Michael Harney), naprawdę mówi serio, gdy ze śmiertelnie poważną miną stwierdza, że „lesbijki są groźne” (zwłaszcza że wiemy już o burzliwym związku Piper i Alex)? Czy jest możliwe, żeby połowa więzienia uganiała się za półmitycznym kurczakiem, którego widziała tylko Piper? Czy to prawdopodobne, by z powodu jednej nietaktownej uwagi bohaterka przez tydzień była pomijana przy wydawaniu posiłków? I w końcu – czy rzeczywiście wyroki wydane na wszystkie te kobiety są sprawiedliwe? Piper szybko się jednak uczy i także o tym momentami trudnym, a chwilami zabawnym procesie opowiada Orange Is the New Black. W trakcie i po emisji serialu fora internetowe w Ameryce wrzały od zaciekłych dyskusji – czy bohaterka jest sympatyczna, czy raczej to wredna i zimna... (tu odpowiednia inwektywa). Najlepsze podsumowanie jest chyba inne – Piper okazuje się przede wszystkim zwykła i właśnie dzięki temu staje się idealnym przewodnikiem dla widza. Ma on być tak samo zdezorientowany i zagubiony jak ona. Stawiana w absurdalnych sytuacjach wyzwalających nieznane jej wcześniej emocje, bohaterka prowokuje pytania, na które nikt z nas sam nie chce odpowiadać. Jest całkowicie przeciętną osobą, która trafia w nieprzeciętne warunki. Nieustannie wchodzi więc na ukryte w najbardziej zaskakujących miejscach miny i musi się z nimi zmierzyć, ponieważ po prostu nie ma innego wyjścia. Nie może się cofnąć, bo za nią jest już tylko więzienna ściana. Co więcej, rozwiązania problemów muszą być kreatywne, ponieważ rutyna dnia codziennego człowieka wolnego nie sprawdza się za kratkami. Piper stawia zatem czoło alternatywnej rzeczywistości, pozbawiona krzepiącego wsparcia płynącego z doświadczenia albo chociaż zdrowego rozsądku, który w więzieniu nie ma żadnego zastosowania. Taylor Schilling świetnie prowadzi swą bohaterkę przez 13 odcinków pierwszej serii (druga w 2014 roku). Piper stopniowo się odnajduje, można wręcz rzec – aklimatyzuje i angażuje w nowe życie, które w niczym nie przypomina jej wcześniejszych oczekiwań („Wreszcie przeczytam wszystkie książki z listy na Amazonie”). Zaczyna rozumieć – a właściwie doświadczać na własnej skórze – że dostała się do zamkniętego świata, w którym każdy element pozostaje w ścisłej zależności od innego. Dosłownie wszystko ma więc swoje, najczęściej poważne, konsekwencje. Nigdzie indziej trzecia zasada dynamiki Newtona, według której każda akcja wywołuje reakcję, nie jest tak prawdziwa jak tu. Ograniczenie przestrzeni jest tak naprawdę zamknięciem w szerszym sensie – świat kurczy się w sposób dosłowny i przenośny, znaczenie ma bowiem tylko „tu”, „teraz” oraz wymykające się wszelkiej kontroli „za chwilę” (niekiedy bardziej oddalone w czasie). To, co poza murami więzienia, stopniowo traci na znaczeniu, zwłaszcza gdy pomoc niesiona z zewnątrz (np. interwencje narzeczonego-dziennikarza) w środku zakładu karnego przyjmuje całkowicie nieoczekiwany i niezamierzony obrót. Równolegle pokazywana jest też więzienna egzystencja, dzięki czemu serial staje się także szerszym, dość gorzkim rozważaniem o systemie penitencjarnym w Stanach Zjednoczonych i tym, co dzieje się z jednostką wrzuconą w sam jego środek. Wprawdzie protagonistka nie jest jedyną białą więźniarką, widać jednak wyraźnie, jak bardzo odstaje od innych – najbardziej swym statusem społecznym. Jednocześnie, o ile niektóre problemy i zdarzenia zostały dodane przez twórców dla wzmocnienia efektu dramatycznego (w książce i w rzeczywistości było mniej przemocy), o tyle Piper Kerman potwierdza, że kwestia rasowa jest oddana bardzo wiernie. I nie chodzi tu bynajmniej o wrogość pomiędzy kobietami – ta, jeśli się pojawia, to na zupełnie innych płaszczyznach – ale o sposób funkcjonowania. Po pierwsze, jest to segregacja przestrzenna (sypialnie, miejsca w stołówce, prysznice), po drugie – rasowa. Wśród osadzonych – co jest wiernym odbiciem rzeczywistości – dominują przedstawicielki czarnoskórych i Latynosek, skazywane w większości za drobne przestępstwa determinowane środowiskowo, przede wszystkim związane z narkotykami, za które większość białych zapewne nie stanęłaby nawet przed sądem. Wyroki eliminują je z rzeczywistości, oduczają normalnego funkcjonowania i odbierają jakąkolwiek szansę powrotu na łono społeczeństwa, czego przykładem jest rewelacyjnie zagrana Taystee (Danielle Brooks), która nie wie, co zrobić z warunkowym zwolnieniem. Serial nie jest jednak pod tym względem tendencyjny ani publicystyczny, dlatego historie postaci i ich przewinienia są zróżnicowane, na co pozwala też duża i znakomicie dobrana obsada, a czego zgrabną zapowiedź znajdziemy w czołówce ilustrowanej piosenką Reginy Spektor. Losy bohaterek przed wyrokiem zostają opowiedziane w krótkich retrospekcjach, właściwie pojedynczych scenach, tylko nieznacznie naświetlających przyczyny ich zejścia na złą drogę (poszczególne postacie są przedstawiane w osobnych odcinkach, niektóre dominują w więcej niż jednym). Zabieg ten, z początku nieco irytujący, pełni istotne funkcje. Z jednej strony narracyjne niedopowiedzenie nie pozwala na osądzanie postaci (zamiast konkretnych przyczyn mamy mgliście zarysowane sugestie i okoliczności), z drugiej dodatkowo ogranicza egzystencję bohaterek tylko do więzienia. To, co zostawiły na zewnątrz, pojawia się zaledwie jako przebłysk i to raczej obcości niż szczęścia – podczas krótkich wizyt rodziny, jeszcze krótszych rozmów telefonicznych i wspomnień. Dlatego wszystko w środku zyskuje nowe, inne znaczenie, poczynając od sposobu nawiązywania i funkcjonowania relacji, przez intensyfikację emocji i rolę seksu, aż po przeznaczenie różnych sprzętów (np. śrubokręta). Co interesujące, żadne układy obowiązujące w więzieniu nie są (a jeśli nawet to w minimalnym stopniu) odbiciem świata na zewnątrz; nie stają się one żadną metaforą, przez co wydają się też bardziej wiarygodne. Dlatego właśnie brak tu momentu uspokojenia i przewidywalności. W pewnej chwili można już przypuszczać, że Piper się odnalazła – nauczyła się rozpoznawać zarówno korzyści, jak i zagrożenia, wybrała właściwą drogę, osiągnęła dojrzałość i określiła granice, a także kompromisy, do których jest (i nie jest) zdolna. Wówczas jednak wszystko się nagle zmienia i rozpada. Jak domek z kart.