Pobierz pdf
Transkrypt
Pobierz pdf
Przełożyła Magdalena Jakóbczyk-Rakowska Tytuł oryginału NOW YOU DIE Copyright © 2008 by Roxanne St. Claire All rights reserved Projekt okładki Olga Reszelska Ilustracje na okładce @Istockphoto/nevereverro, @ Istockphoto/Andrew Penner Redaktor prowadzący Katarzyna Rudzka Redakcja Wiesława Karaczewska Korekta Agnieszka Ujma Łamanie Ewa Wójcik ISBN 978-83-7839-452-5 Warszawa 2013 Wydawca Prószyński Media Sp. z o.o. 02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28 www.proszynski.pl Druk i oprawa OPOLGRAF Spółka Akcyjna 45-085 Opole, ul. Niedziałkowskiego 8-12 Tę książkę dedykuję Micki Nuding, którą zachłannie nazwałam „swoją” redaktorką od czasu pierwszej książki. Dziesięć razy wręczyłam jej moje najlepsze teksty, a ona dziesięć razy przerobiła je na lepsze. Jej redakcyjny dotyk jest subtelny i magiczny, wizja jasna i bezbłędna, a entuzjazm (czasem i łezka) jest największą zapłatą za miesiące ciężkiej pracy. Kiedy mówię, że bez niej bym zginęła, wcale nie żartuję. Jest moją partnerką na każdej stronie, adwokatem każdej mojej decyzji, a poza tym osobą nieźle zakręconą na punkcie butów. 6 PODZIĘKOWANIA K olejny raz potrzebowałam grupy ekspertów i pomocników. Wymieniam ich wszystkich z głęboką wdzięcznością i zdumieniem, że ze mną wytrzymywali. A zwłaszcza… Pisarka, przyjaciółka, ustosunkowana w Waszyngtonie Karna Bodman, która umożliwiła mi dotarcie do Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza zaś biura sędzi Sandry Day O’Connor, dzięki której moja fikcja nie odbiega zbyt daleko od rzeczywistości. Były oficer policji nowojorskiej, Travis Myers, który siedział obok mnie w samolocie, marząc o ciszy i spokoju, a skończył jako źródło informacji i inspiracji, dzieląc się ze mną w nadmiarze różnymi pomysłami i pomagając mi zrozumieć prawdziwy zakres wstrząsów, wywołanych obrażeniami. I cóż za słownictwo! Grono fantastycznych pań w Karolinie Południowej, które nigdy się nie niecierpliwiły ani przy tej, ani przy dwóch poprzednich książkach. Nina Bruhns, Veronica Alderson, April Alsup, C.J. Lyons, Judy Watts i tyle innych szczodrych pisarek ze stowarzyszenia Amerykańskich Autorów Romansów w Karolinie Południowej, jak również pośrednicy handlu nieruchomościami i mieszkańcy 7 wyspy Kiawah i Charlestonu. Dziękuję, że byliście moimi uszami i oczami, przewodnikami i doradcami. Jeśli ktokolwiek z was będzie pisał o Florydzie, mam nadzieję się odwdzięczyć. Holly Simpson, dyrektor PR z Akwarium Karoliny Południowej, która dostarczyła mi wszelkich szczegółów, planów, sprawdzała fakty, i wszyscy pracownicy, którzy chętnie pomagali. Każdy powinien tam pojechać! I znów okrzyk na cześć Rogera Cannona, który kiedyś spokojnie zajmował się własnymi sprawami w księgarni, a teraz musi czytać długie akapity moich tekstów, żeby być pewnym, że potrafię posłużyć się glockiem, przynajmniej na papierze. Jest bohaterem i zasługuje na jakiś romans na strzelnicy. Agentka literacka, czirliderka, głos rozsądku, kobieta ze stali, Kim Whalen z Trident Media Group. Nie potrafię sobie wyobrazić swojej pracy bez jej wyrazistego poczucia stylu, humoru i godności w stresujących sytuacjach. Utalentowany zespół grafików pod kierownictwem Lisy Litwack, zawsze entuzjastyczny wydział reklamy pod wodzą Jean Anne Rose, wszyscy profesjonaliści od wydawania, sprzedaży i marketingu w Pocket Books. Jestem zaszczycona, będąc częścią takiego zespołu. Jedyna, cudowna, wspaniała, niezastąpiona Kresley Cole, której głos po drugiej stronie mojego telefonu prowadził mnie przez każdą scenę, każdy rozdział, każdy dzień pisania tej książki (i większości pozostałych). Ja miewam chwile słabości, ty jesteś jak skała. Zawsze wymieniam naszą czteroosobową rodzinę: mojego męża, Richa, nasze dzieci, Dantego i Mię, i najwspanialsze 8 psisko na świecie, Peppera, który jest przy mnie, zadziwia mnie, kocha i potrzebuje każdego dnia. Ale tym razem chciałabym również podziękować mojej siostrze, moim trzem braciom, ich współmałżonkom i dzieciom. Podczas pisania tej książki zbliżyliśmy się, jak rzadko się zdarza innym rodzinom. Ich zbiorowa mądrość, humor i miłość inspirowały mnie w najwyższym stopniu. Moje drzewo rodzinne jest duże, gałęzie mocne, a jego owoce słodkie. To błogosławieństwo, że ich wszystkich mam. PROLOG Stanowy Zakład Karny im. Camille Griffin Graham Columbia, Karolina Południowa 1984 D rzwi do celi Eileen Stafford otworzyły się ze zgrzytem o wpół do siódmej rano. Mrużąc zaspane oczy, Eileen obróciła się na pryczy, napotykając wzrok strażnika zwanego Złe Oczy. Przez jedną szaloną chwilę Eileen pomyślała, że zostanie zwolniona. „Pani Stafford, Sąd Karoliny Południowej ponownie wnikliwie rozpatrzył pani sprawę i doszedł do wniosku…” Marzenie zakończyło się zatrzaśnięciem kajdanków na jej szczupłych przegubach, zanim Złe Oczy popchnął ją łokciem do wyjścia z celi. Nadzieja została zdławiona, podobnie jak sny na jawie, które trzymały ją przy zdrowych zmysłach. Szli w milczeniu słabo oświetlonym korytarzem i zatrzymali się przy biurku, gdzie Złe Oczy wymruczał coś do urzędnika, który zrobił zdziwioną minę. Otwarto główne drzwi i Eileen owiało chłodne jesienne powietrze, wciskając 11 się w rękawy i nogawki szarego kombinezonu. Znów poczuła nadzieję. Po co ciągaliby ją o takiej porze, jeśli nie dlatego, że komuś w końcu udało się odkryć, kto naprawdę zabił Wandę Sloane? Może odnaleziono dowód, może jakiś świadek zeznał… Szurała kapciami, żeby dotrzymać kroku Złemu, gdy w smętnym świetle poranka przechodzili betonową ścieżką z jednego szarego budynku do drugiego. Zatrzymali się w końcu na skraju otoczonego płotem terenu, przed parterowym budynkiem, otoczonym krzakami, świeżo pomalowanym, z czystymi szybami. Musiało to być biuro strażników. Znów, wbrew wszelkim doświadczeniom, zaświtała nadzieja. Może… któraś z dziewczynek… Nie. Jej córki były dla niej na zawsze stracone, trzy nasionka, rzucone na wiatr, a ona mogła tylko modlić się, że gdziekolwiek się znajdują rozkoszne siedmiolatki, są kochane i nigdy się nie dowiedzą, co zrobiła ich rodzona matka i dlaczego. Strażnik głośno zapukał. Tak też biło jej serce. Zerknęła na niego. –Co… co się dzieje? Odpowiedziało jej pogardliwe spojrzenie. –Masz gościa. Nigdy nie miała gości. Prawie nigdy. Czyżby to był obrońca? Prawdziwy, a nie taki przekupiony, który został szybko usunięty z Charlestonu? Drzwi otworzył nieznany jej mężczyzna, niski i krępy, w okularach na ospowatym nosie. –Możesz iść – powiedział do Złych Oczu i wskazał na Eileen. – Ty wchodzisz. 12 Eileen rozejrzała się dookoła. Nie było tu żadnego biurka, strażnika ani więźnia. Tylko podłoga pokryta linoleum i czworo drzwi. Zrobiła kilka kroków we wskazanym kierunku, po drodze zerkając do mijanego pokoju. Stało w nim tylko podwójne łóżko ze skotłowaną pościelą. O Boże w niebiosach, to do wizyt małżeńskich. Eileen zrobiło się słabo i strach zapłonął w jej żołądku. –Te drzwi – powiedział mężczyzna niecierpliwie. – On czeka na ciebie. –Przepraszam, ja… –Właź do tego pieprzonego pokoju i zamknij się. On na ciebie czeka. Czy to on mógł przyjechać tutaj, kupić milczenie tego człowieka i zmusić ją do seksu? Po tym, jak pozwolił, żeby ją skazano za popełnione przez niego morderstwo? Oczywiście, że mógł. On może wszystko. Bez słowa podeszła do drzwi i drżącymi, spiętymi rękami przekręciła gałkę. Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem i zobaczyła kolejne podwójne łóżko, puste. Weszła, ze wzrokiem wbitym w linoleum. –Cześć, Leenie. Nie był to on, ale ktoś, kogo nienawidziła tak samo. Spojrzała w orzechowe oczy i krzaczaste brwi, które zapamiętała z procesu. Ze swego miejsca dla świadków opowiadał kłamstwo za kłamstwem o nocy, kiedy ją aresztował, o swoim „śledztwie”, pełnym sfabrykowanych dowodów i niedorzecznych domysłów, o jej „spowiedzi”, jaką mu rzekomo zaprezentowała. Czego może teraz od niej chcieć, skoro ona przebywa tutaj, bez żadnej szansy na ułaskawienie? Oparł się o ścianę, patrząc zimnym wzrokiem. 13 –Nie możesz powiedzieć „cześć”? –Czego chcesz? – wyrwało się jej. –Pewnie niewiele do ciebie dociera z tego, co się dzieje na zewnątrz, więc wpadłem, żeby ci powiedzieć, że stan Karolina Południowa oficjalnie zaczyna rozpatrywać apelacje sądowe. Apelacje? Nie mogła powstrzymać cichutkiego westchnienia, jakie jej się wymknęło z ust. Druga szansa? Zachichotał i potrząsnął głową. –Nigdy nie zgadniesz, kto jest jednym z sześciu sędziów wybranych do przewodniczenia tym rozprawom. Żadnej szansy. –Prawdziwa niespodzianka. To odpowiadało jego ambicjom. Znów się zaśmiał i sięgnął do kieszeni swej drogiej sportowej marynarki. –Naprawdę duża niespodzianka, Eileen. – Wyciągnął biały, kwadratowy kawałek papieru. – Chcę ci pokazać zdjęcie. Uniosła głowę. –Czego? –Nie czego, tylko czyje. – Odwrócił biały kwadrat. W pierwszej chwili zobaczyła jedynie zieleń i czerwień, jakieś ozdoby, błyskotkę. Potem skupiła wzrok i w jej oczach pojawiły się łzy. Dziecko było małe, jasnowłose, o sarnich oczach i miało około sześciu lat. –Twoja córka. Jedna z nich. Przeszyła ją myśl: wciąż wiedziała coś, czego on nie wiedział. Tamtej nocy, przy wiejskiej drodze w Holly Hill, urodziły się jeszcze dwie córki. Oderwała wygłodniały wzrok od zdjęcia, nie chcąc, żeby widział, jakie na niej wywarło wrażenie. 14 –I co z nią? –Została ostatnio adoptowana. Adoptowana została sześć lat temu. Nielegalnie, ale adoptowana. –Kiedy ostatnio? –Niecały miesiąc temu, odkąd ktoś – uniósł brwi, żeby podkreślić, jaki ważny jest ten ktoś – uratował ją z systemu opieki społecznej i wziął pod swoje opiekuńcze skrzydła. On ją ma? We własnym domu? Ogarnęła ją zawiść i wściekłość. Nie dość, że zamknął ją w tym piekle, to jeszcze zabrał jedną z jej dziewczynek? Zmusiła się do obojętnego wzruszenia ramionami. –Dlaczego mi to mówisz? –Zwykłe ostrzeżenie, Eileen. – Schował zdjęcie do kieszeni. – Jeżeli będziesz zbyt rozmowna, ona nie zobaczy już następnej choinki. A teraz, kiedy wiesz, kto kontroluje proces apelacyjny, nie powinnaś jej marnować życia. –Zamiast tego marnuję swoje. Uśmiechnął się. –Właśnie. I niech tak zostanie… Leenie. Świadomie użył tego zdrobnienia. Chciał Eileen w ten sposób przypomnieć, że mówi w imieniu jej byłego kochanka, skurwysyna, który zmusił ją do porzucenia największego skarbu, jaki posiadała, i jakby tego było mało, wrobił ją w morderstwo. Wyszedł bez słowa, a Eileen opadła na cienki materac. Jest już jednym z sześciu członków składu Sądu Najwyższego. Zamierzał dostać się na szczyt, a wszystko miało mu w tym pomagać, łącznie z koniecznymi koligacjami rodzinnymi. O ile ona będzie gniła w więzieniu za morderstwo, które 15 on popełnił. A będzie, dla tego dziecka ze zdjęcia i jego dwóch sióstr. Ale… jeżeli kiedyś… w odległej przyszłości, dziewczynki zaczną poszukiwać prawdy? Jeżeli jedna z nich okaże się jej aniołem stróżem i sfrunie na dół, aby oznajmić światu, że matka jest niewinna? Wtedy on będzie zmuszony wyznać swoje zbrodnie. Kiedyś… Eileen przymknęła oczy, żeby napawać się marzeniem, które ją trzymało przy życiu, ale mogła tylko szlochać z żalu i wyrzutów sumienia z głębi pustego serca matki, która kochała swoje córki tak bardzo, że poświęciła dla nich swoje życie. Nie istniał żaden anioł stróż. Tylko diabeł – i to on miał całą władzę. 1 Astor Cove, New York Dolina Rzeki Hudson Późne lato, 2008 L ucy Sharpe obudził odgłos strzelania. Ciągły. Odległy. Irytujący. Wygrzebała się z łóżka i podeszła do okna zupełnie naga, kompletnie przebudzona i potężnie wkurzona. Kto, do cholery, ćwiczył strzelanie do celu o trzeciej rano? Usiłowała dojrzeć pawilon treningowy, oddalony o osiemset metrów. Kilka świateł bezpieczeństwa rzucało żółte kręgi poświaty, ale poza tym było ciemno. Tylko jeden człowiek odważyłby się na coś takiego. Jack Culver. Mistrz we wpychaniu się tam, gdzie nie powinien. Oparła się spoglądaniu na puste łóżko za sobą. Włożyła satynowe spodnie od piżamy, a potem górę, wkładaną przez głowę. Wysunęła włosy spod cienkiego materiału, sięgnęła po swój g-23, sprawdziła magazynek i wymaszerowała z pokoju. Boso, ale uzbrojona, mogłaby wystraszyć tego skurwiela. Ruszyła długim, ciemnym korytarzem, który oddzielał jej prywatny apartament od reszty rezydencji o powierzchni 17 trzech tysięcy metrów. U szczytu schodów zatrzymała się przy drzwiach biblioteki, rozważając zmianę planów. Przez większość nocy, kiedy nie mogła spać, walczyła z demonami, pracując, koordynując działania swojej doskonale prosperującej firmy ochroniarsko-detektywistycznej. Skupiała się na problemach, które była w stanie rozwiązać. Aktualnych, a nie dawnych, bo te znajdowały się poza jej kontrolą. Ale dzisiejsza noc różniła się od większości nocy. A demony znajdowały się nie w jej głowie, tylko w pawilonie. W każdym razie jeden demon. Ten jeden zainstalował się w domu gościnnym Kulo odpornych, wkroczył do ich pokoju narad wojennych i wdzierał się w jej perfekcyjnie zorganizowany, niezwykle sprawnie działający świat. I korzystał z jej strzelnicy w środku nocy, jakby to był jego własny plac zabaw. Jak mu się to, do cholery, udało? Przecież go wyrzuciła. A jednak… zdołał wydębić zaproszenie z powrotem. W każdym razie tymczasowe. Rozległo się echo kolejnego strzału. Nie miał pozwolenia na trening. Zeszła na dół, przycisnęła alarm w kuchni i wyszła na dwór. Temperatura w dolinie rzeki Hudson oscylowała między ostatnimi ciepłymi dniami sierpnia a pierwszym ochłodzeniem jesiennym. Czuła chłód kamiennej ścieżki, którą szła, mijając bezszelestnie dom dla gości. Był mniejszą wersją jej rezydencji w stylu Tudorów, pogrążony teraz w ciemności. Ochroniarze i fachowcy od alarmów i zabezpieczeń, którzy przyjechali na szkolenie lub naradę związaną z aktualnym zadaniem, spali. 18 Znowu rozległa się seria strzałów. Nie wszyscy spali. Strzały były teraz wolniejsze, jakby strzelec przerzucił się na kaliber .45, i odrzut, również z powodu jego kontuzjowanego palca, zmienił rytm. Echo mówiło jej, że trenuje na strzelnicy na zewnątrz, za piętrowym budynkiem, gdzie używano prawdziwych pocisków. Łamał każdą zasadę i stale wkurzał Lucy – to musiał być Jack. Pokonała kilkaset metrów do budynku treningowego, pozostając niewidoczna w ciemności. Kiedy dotarła na miejsce, obeszła budynek. Zobaczyła sylwetki, stanowiące tarcze, pięć nieruchomych, a pozostałe ruchome, umieszczone między nimi na specjalnych kablach. Słyszała, jak strzelec ładuje swój półautomat, którego nie miał prawa nawet nosić, nie mówiąc o używaniu go, a następnie jego kroki, gdy zajmował pozycję. Wychyliła się kawałek i uniosła swego glocka, wpatrując się w środkowy ruchomy cel. Kiedy ona trafi tę sylwetkę prosto w serce, on zorientuje się, że ma przestać. Już miała przycisnąć spust, kiedy księżyc wyszedł zza chmury, oświetlając srebrnym blaskiem strzelnicę i Jacka. Nie mogła oderwać oczu od tego widoku. Oddychała z trudem. Jego ciemne włosy sięgały szerokich, nagich ramion, a padający cień podkreślał mięśnie pleców. Spokojnie uniósł pistolet, stojąc w rozkroku. Miał na sobie tylko dżinsy, które schodziły nisko na wąskie biodra i opinały twarde, rzeźbione pośladki. Zamknęła oczy i oparła rozgrzaną twarz o chłodną betonową ścianę, wciąż mając w głowie ten obraz. Ale chwileczkę. Coś tu nie pasowało… 19