sezon ogórkowy wystartował

Transkrypt

sezon ogórkowy wystartował
SEZON OGÓRKOWY WYSTARTOWAŁ
Sezon ogórkowy rozpoczął
się na dobre, a zainicjował go
Jarmark nad Jeziorem Ogórkowym w Kaliszu Pomorskim,
który odbył się w dniach 11-12
lipca. Pogoda płatała nam tym
razem figle. Nie obyło się bez
krótkiej piątkowej ulewy. Można rzec, że impreza rozpoczęła
się z „pompą”, a wieczorami
drobny kapuśniaczek co pewien
czas studził rozgrzanych od zabawy uczestników imprezy. Na
szczęście było na tyle ciepło, że
większość uczestników pozostała
na stadionie, by obejrzeć zaproszonych w tym roku artystów
i korzystać z przygotowanych
atrakcji.
Piątkowy program artystyczny rozpoczęli młodzi artyści
- wokaliści oraz grupy taneczne
z Miejsko-Gminnego Ośrodka
Kultury. Niektórym z nich, tuż
po występach, Burmistrz Kalisza
Pomorskiego Pan Michał Hypki,
wręczył ufundowane przez siebie
nagrody, w podziękowaniu za
ciężką pracę i sukcesy w przeglądach wokalnych i tanecznych
oraz godne reprezentowanie
naszej gminy. Wyróżnienia od
Burmistrza otrzymali także młodzi, utalentowani sportowcy
z gminy Kalisz Pomorski.
W oczekiwaniu na gwiazdę
piątkowego wieczoru mogliśmy
posłuchać zespołów PRESTIGE
i HORYZONTY. A po nich
wyczekane ELEKTRYCZNE
GITARY. Usłyszeliśmy wiele
znanych utworów np. „Kiler”,
„Jestem z miasta”, „Co ty tutaj
robisz”, „Włosy”... Słychać było
jak publiczność śpiewa razem
z liderem zespołu, ale zdarzały
się też osoby, które zaskoczone
i z niedowierzaniem pytały „to
oni to śpiewają?” słysząc kolejny
znany z radia utwór.
Sobotni program artystyczny
rozpoczął się już o godz. 14.00
występem Mandaryny. Tuż po
niej, do wspólnej zabawy zaprosili dzieci wraz z ich rodzicami
i opiekunami, znani i lubiani
przez kaliską publiczność clowni
RUPHERT & RICO, którzy
otrzymali już niejedną nagrodę
za wspaniałe programy dla dzieci
na festiwalach sztuki cyrkowej.
Zanim zabawa z dziećmi dobiegła końca, na brzegach „Jeziora
Ogórkowego” zaczęła gromadzić się publiczność w oczekiwaniu na ceremonię topienia
i wyławiania beczek z ogórkami.
O przebiegu ceremonii na bieżąco
informował widzów Pan Ogórek,
natomiast nad całością ceremonii
czuwał Wielki Szambelan Ogórkowy, którego rolę w tym roku
pełnił Edward Bejnarowicz.
A być mistrzem ceremonii nie
jest łatwo – trzeba dopilnować, by
100-litrowe dębowe beczki pełne
tegorocznych ogórków zostały
zatopione, a te z zeszłego roku wyłowione. I wszystko to na śliskiej
od wody, pływającej platformie.
Jak co roku mogliśmy liczyć na
pomoc Ochotniczej Straży Pożarnej, za co serdecznie dziękujemy.
Nowym atrybutem szambelana
od tego roku stał się witrażowy
medalion przedstawiający beczkę
z ogórkami. Wyłowione beczki
z ogórkami, w asyście dziewcząt
ubranych na biało niosących
jarmarkowe sztandary, zostały
przetoczone do centrum wioski
ogórkowej. Tam publiczność
mogła skosztować ogórki kiszone
w jeziorze, które od roku 2008
mają certyfikat produktu lokalnego Kalisza Pomorskiego i tam
też Burmistrz Kalisza Pomorskiego nadał Tytuł Honorowego
Szambelana Tadeuszowi Szali
i Zbigniewowi Magierze.
W tegorocznej wiosce ogórkowej, wybudowanej jak co roku
specjalnie na ogórkowe święto,
popularnością cieszyły się stoiska,
gdzie można było zakupić m.in.
jarmarkowe słoiki z kiszonymi ogórkami, witrażowe ogórki
wykonane w pracowni witrażu
działającej w MGOK, które mogą
pełnić funkcję ozdoby domu,
a także biżuterii czy breloczka. Publiczność ochoczo korzystała również z kuchni ogórkowej, gdzie
można było skosztować pysznej
zupy ogórkowej, pajdy chleba ze
smalcem, ogórków, przeróżnych
sałatek i ciast. Wielu jarmarkowych gości odwiedziło także Chatę Sołtysa, gdzie za symboliczną
kwotę można było spróbować
kociołka sołtysa, makaronu z sosem lub kwaśnicy, przygotowanej
według oryginalnego góralskiego
przepisu. Dochód ze sprzedaży
potraw w wysokości ponad 2000
zł przekazany został na działalność Koła Pomocy Dzieciom
z Niepełną Sprawnością Ruchową
w Kaliszu Pomorskim. Ponadto
w ogórkowej wiosce można było
obejrzeć wystawę, na której zaprezentowane były archiwalne
zdjęcia z przetwórni owocowowarzywnej i fotografie ceremonii
zatapiania i wyławiania beczek
z lat ubiegłych. Do uatrakcyjnienia wioski ogórkowej włączyli się
również kolekcjonerzy militariów
ze Stowarzyszenia HistorycznoKulturalnego „Bastion Tradycji”
prezentując zgromadzony przez
siebie sprzęt i pamiątki z gminy
Kalisz Pomorski.
Po ceremonii ponownie
usłyszeliśmy ze sceny artystów,
w tym zespół rockowy TEGO oraz
włoskie przeboje w wykonaniu Roberto Zucaro. Na koniec wspaniały
koncert dał zespół Zakopower.
Charyzma wokalisty tego zespołu
udzieliła się publiczności, która
domagała się bisów. Wieczór zakończył pokaz pirotechniczny.
Na stadionie przez te dwa dni
nie brakowało również innych
atrakcji do spędzania wolnego
czasu dla każdej grupy wiekowej
- zarówno w formie rozrywki jak
i konkurencji sportowych. Wielu
śmiałków, ku naszemu zaskoczeniu skorzystało ze skoków
na bungee. Odbyły się również
Powiatowe Zawody Wędkarskie,
ciąg dalszy na str. 4
STR. 2
OŚWIATA
„ - A pani tak
wszystko z życia?
Z życia...”
30 czerwca br. Bałtycki Teatr Dramatyczny z Koszalina wystawił w Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury w Kaliszu Pomorskim
spektakl pt. „Cafe Sax”. Przedstawienie ujęło mnie doskonałym i
przemyślanym połączeniem piosenek Agnieszki Osieckiej z opowieścią o migawkach z życia kilku przypadkowych gości kawiarnianych. Melancholijny nastrój, papierosowy dym, zwierzenia,
smutki i żale – wszystko to tworzyło spójną całość z pięknymi,
poetyckimi tekstami piosenek o troskach, bólach i radościach
życia. Te utwory to przerywniki w niezwykły sposób ukazujące
stany duszy bohaterów, które są przedmiotem obserwacji i opisu
przez bywalczynię kawiarenki Cafe Sax, autorkę Agnieszkę
Osiecką. Piosenki w spektaklu czasem są sumieniem, czasem
pijackim zwidem, często wymówką skierowaną do życia i losu.
Kawiarniany nastrój został dodatkowo spotęgowany wystrojem
sali widowiskowej, gdzie porozstawiane stoliki z poczęstunkiem
dla widzów pozwalały wyobrażać sobie pełniejsze uczestnictwo
w wydarzeniach rozgrywających się na scenie. „Cafe Sax” to
spektakl opowiadający o życiu, szczególnie zaś o samotności w
życiu, której doświadczamy bez względu na posiadanie rodziny
czy przyjaciół. Piosenki Osieckiej pokazują ambiwalencje tak
powszechne właśnie w tym naszym życiu. Raz mówiąc o małżeństwie stwierdzają, że to „erzac, cholera, nie życie” i , że skoro
„to wszystko nie tak, nie tak, nie to, no to o co u diabła nam szło”,
by zaraz ze smutkiem twierdzić: „Bolą mnie te niedziele, gdy idę
sama przez odświętny tłum, idę i szukam kogoś, kto tu wśród
ludzi jest tak samo sam. Szukam kogoś, kogoś na stałe...” Jest
to jednak niekonsekwencja wynikająca z ludzkich charakterów
i ciągłych poszukiwań lepszych dróg. Emocje ukazane w spektaklu są na wskroś autentyczne i bije od nich prawda, życiowa i
sentymentalna, spowita mgiełką wspólnoty przypadkowych osób
i wzajemnego zrozumienia opartego na podobnych doświadczeniach i empatii, otoczona oparami alkoholu, który pomógł tę
wspólnotę umocnić.
Spektakl został zakończony piosenką wyrażającą prośbę o
niedorośnięcie, którą aktorzy wyśpiewali wspólnie z całą przybyłą
publicznością. Nadal brzmią mi w uszach słowa: „Nie daj mi Boże,
broń Boże skosztować, tak zwanej życiowej mądrości
Dopóki życie trwa, PÓKI ŻYCIE TRWA!”
Edyta Konieczna
Róża w
Daria Różańska jest tegoroczną absolwentką liceum
w Kaliszu Pomorskim. Przez trzy lata współpracowała ze
szkolną gazetką „Kontrast”. Tu rozwijała swoje umiejętności dziennikarskie. Za swoje reportaże była kilkakrotnie
nagradzana na konkursach powiatowych i ogólnopolskich.
Ukoronowaniem jej szkolnej drogi dziennikarskiej jest
otrzymanie indeksu na Wydział Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Poniższy
reportaż jest pracą konkursową wysoko ocenioną przez
komisję składającą się z pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Warszawskiego
oraz dziennikarzy.
Szukać chorych dzieci zaczęła 38 lat temu.
– Dziwnie to brzmi, prawda? Raczej szuka się zdrowych –
mówi i uśmiecha się promieniście.
Na zadarty nos wsuwa okulary. Bierze do ręki czarną słuchawkę.
Bladymi palcami wystukuje numer. Kilkanaście sygnałów... i nic.
Cisza. Taka jak w pokoju. Tylko gdzieś z dołu dobiegają radosne
śmiechy dzieciaków. To córka podrzuciła wnuki na ferie.
Ale ona nie słyszy dokazujących wnucząt. Trochę się denerwuje.
- Chyba nikt nie może odebrać - mówi zawiedziona, ale po chwili
podnosi słuchawkę i próbuje jeszcze raz. Znowu kilkanaście głuchych
sygnałów i...
- Marcinek?! - prawie krzyczy do telefonu.
Zatyka ręką dolną część słuchawki i szepcze konspiracyjnie:
„Odebrał, w końcu odebrał”.
- Marcinek! - wraca do rozmowy, przełączając telefon na głośnomówiący. Kiedy się uśmiecha w grubych szkłach jej okularów
odbija się światło.
- Yhy... – z telefonu dolatuje mruknięcie. Głos jest dziwnie zniekształcony, ale jednocześnie pełen radości.
- Marcinku, wiesz z kim rozmawiasz?! - pyta z entuzjazmem, ale
w sekundę zbiera się jej na płacz.
- Mmaaamma? - kolejny cichy pomruk z telefonu.
- Tak, mama – nie może mówić, połyka łzy. - Przyjadę dzisiaj do
ciebie, wiesz? Przywiozę ci bananki. Co ci jeszcze przywieźć Marcinku? Może czekoladę? Pewnie dawno nie jadłeś czekoladki?
- Yhyyyy – znowu ten bełkotliwy pomruk. Niewyraźny i przeciągnięty na „y”, tak jakby Marcinek chciał coś jeszcze domruczeć. Chyba
jednak zmienia zdanie, bo z telefonu dolatuje tylko krótki szelest i po
chwili włącza się sygnał zajętości.
- Rozłączył się - nerwowo przełyka ślinę. - Bo wiesz.... bo on
nie mówi. Nie lubi telefonu. Dlatego często nie odbiera. Wiesz, ja go
rozumiem. Trudno mu się dziwić... Denerwuje się biedak – zawiesza
głos.
- No, dość tego – błyskawicznie zbiera się w sobie. - Jutro spotkanie Wielkanocne. Trzeba się przygotować.
Zaczyna układać na stoliku wiersze, które napisała sama, specjalnie na jutrzejszą imprezę. Potem szybkimi ruchami poprawia kolorowe
palemki z bukszpanem i baziami. Palemki zrobili członkowie jej Koła
(patrz: ramka), oczywiście razem z dziećmi.
Specjalnie dla gości Wielkanocnego spotkania.
Pani Bolesława, dla przyjaciół Bolesia
Kalisz Pomorski. Ośrodek Kultury. Niewielki, schludnie otynkowany na biało budynek. Wewnątrz sala, w której odbędzie się
Wielkanocne spotkanie członków, sympatyków i przyjaciół Koła.
W sali tłum. Atmosfera co prawda rodzinna, ale jest też trochę sztywno
KULTURA I OŚWIATA
STR. 3
świetle słońca
i oficjalnie. To pewnie dlatego,
że pojawili się już zaproszeni
goście: burmistrz, ksiądz i radni. Ważne osoby.
Ale dzisiaj nie najważniejsze. Dziś najważniejsza jest
ona: Bolesława Płachta (patrz:
ramka). To znaczy Bolesława to
tak dla burmistrza, proboszcza
i radnych. A dla dzieciaków
i ich rodziców, dla członków
i sympatyków Koła, dla setek
ludzi, którzy znają ją w Kaliszu
po prostu pani Bolesia.
Wchodzi na salę z naręczem
Wielkanocnych palemek na
ręku, w czarnej eleganckiej
spódnicy („Bo mnie wysmukla”), fioletowej bluzce z czarnymi wstawkami i niebieskoczarnej marynarce, do której
przypina wszystkie medale. Ten
najważniejszy, Henryka Jordana1 też. Wymodelowała i podpięła puszyste włosy, na palce nałożyła pierścionki, a szyję ozdobiła koralami
(„Bardzo lubię biżuterię. Uważam, że jest kobieca”).
Podchodzi do długiego stołu przykrytego zielonym suknem. Na
nim masa smakołyków.
- Będziemy szukać zajączka – od razu inicjuje zabawę z dzieciakami.
Nakręca plastikowego zająca na kółkach. Kładzie go na wyfroterowanej podłodze. Rozgląda się sama rozbawiona jak dziecko. Fala
jej kręconych włosów sterczy figlarnie jak u dziewczynki.
- Przyszedł do nas synek zając i pomoże nam szukać taty zająca
- mówi głośno do dzieci.
- Przyjdź zajączku, przyjdź! - powtarzają za nią nierówno, że aż
uszy bolą. Ale kto by tam dzisiaj zwracał na to uwagę.
- Jeszcze raz wszyscy razem: Przyjdź zajączku, przyjdź!!! - skanduje Bolesia.
Nagle na środek sali wskakuje przebrany w duże papierowe uszy
Tata - Zając. To ojciec jednego z chłopców. Dzieci są zachwycone,
długo biją brawo. Ale napięcie wciąż rośnie. Przecież to już za chwilę
najważniejszy punkt Zajączkowego spotkania: rozdanie słodkich
marcepanowo-czekoladowych prezentów. Wyczytywane dzieciaki
po kolei odbierają prezenty na środku sali.
Jedne dochodzą tam o własnych siłach.
Inne nie mają tyle szczęścia.
Na środek muszą wynieść je rodzice...
Bolesława Kazimiera Płachta urodziła się w Olegowie (koło Łodzi). W 1946 roku wraz z rodzicami przyjechała na ziemie odzyskane
do Sienicy. Tam ukończyła szkołę podstawową. W Kaliszu Pomorskim
liceum, a następnie Studium Oświaty i Kultury Dorosłych w Koszalinie.
Magisterskie studia pedagogiczne ukończyła na WSP w Szczecinie.
Zrobiła też kursy dające dodatkowe uprawnienia terapeutyczne m.in.
do pracy z dziećmi niepełnosprawnymi, z którymi pracuje do dziś. Zainteresowania pani Bolesławy są bardzo rozległe. Od młodzieńczych lat
tworzy różne kompozycje artystyczne. Haftuje, zbiera ciekawe kamienie,
zajmuje się aranżacją domu i ogrodu. Jej wielką pasją jest również fotografia. Obecnie ma w swoich zbiorach setki fotografii, których tematem
jest piękno przyrody, ludzie i ich portrety. Piękno przyrody i przeżycia z
tym związane skłoniły ją do pisania wierszy. Od 2004 r. stawia również
pierwsze kroki jako malarka.
Przez cały czas pracuje z dziećmi niepełnosprawnymi. Trudno
określić liczbę dzieci, którym pomogła. Za swoją pracę z osobami niepełnosprawnymi została odznaczona : Srebrnym Krzyżem Zasługi (1985 r.),
Odznaką „PRZYJACIELA DZIECKA”(2004 r.), Medalem im. dr. Henryka Jordana (2006 r.), Tytułem „Przyjaciela Ośrodka Kultury w Kaliszu
Pomorskim” (2007 r.), Wyróżnieniem „Kaliskie Sokoły”(2008)
Pokoik jest mały, ale przytulny i jasny. Białe ściany są dosłownie
pokryte zdjęciami dzieci.
- Początki były trudne – przypomina sobie. – Sama, bez wsparcia
żadnej instytucji docierałam do rodzin, poznawałam ich problem
z niepełnosprawnym dzieckiem i próbowałam pomóc. Rodzice powoli obdarzali mnie zaufaniem, a ja zaczynałam pomagać dzieciom.
Niewiele umiałam, ale robiłam wszystko, żeby nie czuły się gorsze.
No i przez cały czas zadawałam sobie pytanie: „Czy mam w sobie
tyle siły, żeby pomagać takim dzieciom?”. No i okazało się miałam
w sobie tę siłę. I wiedziałam, czego chcę. Musiałam tylko się dokształcić. Byłam przecież zupełną amatorką. Poszłam więc na studia. Na
co? Jak to na co? Na resocjalizację
i pedagogikę.
Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Koło Pomocy Dzieciom z Niepełną
Sprawnością Ruchową
w Kaliszu Pomorskim
powstało w 1998 roku
z inicjatywy pani Bolesławy Płachty. Obecnie
koło zrzesza 32 członków.
Przewodniczącą jest pani
Teresa Załuskowska (jedna
z matek). Środki pozyskiwane są między innymi z
corocznych składek rodziców (30 zł rocznie).
Mlecze, skakanka
i nożyczki
Marcin nie lubi odbierać telefonów.
Nie przepada też za chodzeniem.
Porusza się bardzo wolno i nierówno.
Wszystko przez jedną, trochę krótszą
nogę i małe stópki pięciolatka, na których opiera się jego całe zaokrąglone
ciało 26-letniego mężczyzny.
- Miał dziesięć lat. Nie chodził.
Nie mówił. Nie uśmiechał się. Porażenie mózgowe – opowiada o po-
Oddać im normalne życie
- Wszystko zaczęło się w 1970 roku – opowiada pani Bolesia. Pracowałam w szkole jako sekretarka. Zauważyłam, że niektóre dzieci
są zwalniane z lekcji. Niektóre, czyli upośledzone. W PRL-u system
był nieprzygotowany do pracy z tymi dzieciakami, więc najłatwiej było
odesłać je do domu, i kłopot z głowy. Strasznie mnie to denerwowało.
Nie rozumiałam, dlaczego odbierało się im szansę na normalne życie.
Do dziś tego nie rozumiem – irytuje się.
- I tak to się zaczęło. Po kilku tygodniach szukałam już chorych
dzieci. Dziwnie to brzmi, prawda? Raczej szuka się zdrowych –
uśmiecha się ironicznie i rozgląda po swoim pokoju na poddaszu.
1
Medal im. dr. Henryka Jordana – odznaczenie nadawane przez Towarzystwo Przyjaciół Dzieci za szczególne zasługi dla rozwoju opieki zdrowotnej
i upowszechnianie kultury fizycznej wśród dzieci i młodzieży.
„Wszystko zaczęło się w styczniu 1998 r., a w styczniu 2008 r. było
nas wszystkich razem 32”.
Czuwają też podopieczni. Rok temu, kiedy złamała nogę, była
przywiązana przez trzy miesiące do łóżka. Odechciało się jej wszystkiego. Przestała malować, pisać wiersze. Wpadła w depresję. Pomogły
dzieciaki z Koła. To ich telefony, kartki i aranżowane u niej w domu
teatralne przedstawienia wyciągnęły ją z załamania.
Pani Bolesia wzrusza się, kiedy mówi się jej o miłości dzieci.
Okulary wędrują z jednej dłoni do drugiej. - Bóg stworzył nas do pomocy innym. Nie żyjemy dla siebie tylko dla drugiego człowieka. Bo
dobry człowiek jest jak róża, która rozkwita w śnieżnych promieniach
słońca. To taki wysłannik pana Boga. Taka róża.
Miał 10 lat. Nie chodził. Nie mówił. Nie uśmiechał się. Porażenie
mózgowe.
czątkach znajomości z Marcinem pani Bolesia. - Dzieci z ciężkim
porażeniem mózgowym nie potrafią tak naprawdę niczego. Zanim
nauczyłam go korzystać z toalety to on... – zawiesza głos – No... to
on załatwiał się w majtki - dorzuca jednym tchem. – Co tu mówić...
no, wszystko się kleiło. Wzięłam nożyczki. Powiedziałam mu: „Marcinku, te włosy trzeba wyciąć. One ci przeszkadzają”. No i położyłam
Marcina na łóżku. Jego mama trzymała nogi. A ja mu wycinałam
włosy łonowe.
Potem zaczęła się nauka chodzenia. Pani Bolesia pokazuje zdjęcie:
późna wiosna, trawnik przed blokiem, a na pierwszym planie wianek
upleciony z mleczy. – Marcin trzymał go za jeden koniec, ja za drugi
i tak próbowaliśmy dzień po dniu – opowiada pani Bolesława.
Mlecze przekwitły. Przyszła kolej na skakankę. Za jeden koniec
różowej rączki łapał Marcin, za drugi ona.
I tak przez dwa lata.
Aż do pierwszych samodzielnych spacerów.
- A te zdjęcia to robiła nam mama Marcina – pani Bolesia przełyka
ślinę. - Wtedy miał dwie matki. Teraz Bóg tą jedną mu odebrał.
Życie Marcina stało się koszmarem od kiedy przestał chodzić do
szkoły specjalnej. - Nie może ze względu na wiek. Biologicznie jest
przecież 26-letnim mężczyzną – opowiada pani Bolesława. - Całe
dnie siedzi w domu. Na spacery wychodzi bardzo rzadko. Marcinem
opiekuje się tata, który jednocześnie pracuje. Jest mu bardzo ciężko.
Staram się więc być u Marcinka jak najczęściej. Przywożę mu jakieś
smakołyki. Wiesz jak to dzieci. Słodycze, czasami jakieś maskotki,
ciuchy. Co robić, taki los.
Cena za bycie aniołem
Marcina kocha jak rodzona matka. Ale przecież na jej pomoc
czeka jeszcze tyle innych dzieci. - Chciałam zjednoczyć wszystkie
dzieci i ich rodziców – zapala się, kiedy o tym mówi. - Wiedziałam, że
razem możemy zrobić wiele. Myślałam: przede wszystkim będziemy
dla siebie wsparciem w trudnych chwilach. No i tak się stało.
Tak powstała unikatowa w skali kraju inicjatywa: Towarzystwo
Przyjaciół Dzieci. Koło Pomocy Dzieciom z Niepełną Sprawnością
Ruchową w Kaliszu Pomorskim. - Ostatnio obchodziliśmy dziesięciolecie działalności – mówi z dumą w głosie. - Wszystko zaczęło się
w styczniu 1998 r., a w styczniu 2008 roku było nas wszystkich razem
32 osoby. Do Koła trafiają dzieci z różnymi schorzeniami. Ćwiczenia
zawsze dostosowane są do ich potrzeb i możliwości.
Pani Bolesława zaangażowała w pracę Koła wszystkich rodziców.
Każda pomoc jest mile widziana. Spotkania są dwa razy w tygodniu,
grafik zajęć jest bardzo napięty. Obok rodziców i dzieci pojawiają się
też wolontariusze. To oni pilnują, aby żadnemu z dzieci nie zabrakło
podstawowych rzeczy. Przede wszystkim szukają sponsorów. Pomagają też w organizacji świątecznych spotkań koła, pracują z dziećmi
na co dzień. - Bolesia to anioł - mówi pani Halina, wolontariuszka
z koła. – Tylko ona potrafi tak zaczarować te dzieciaki. Okazuje
im tyle serca i cierpliwości. Jej optymizmu starcza dla wszystkich.
Niejednego już tu podniosła na duchu. Za bezgraniczne oddanie dzieciakom przychodzi jednak pani Bolesi płacić wysoką cenę. Zaczęła
podupadać na zdrowiu. - Ostatnio dużo choruję na serce – zasępia
się pani Bolesława. Miesiąc temu zabrała mnie karetka. Ledwo mnie
odratowali. Jedną nogą byłam już na tamtym świecie. Ale znów mi
się udało. Chyba Bóg nade mną czuwa.
Język miłości
Marcin ściska obie ręce i nerwowo wygina je na wszystkie strony. Otwiera szeroko buzię, ślini się. Głowę odchyla do tyłu i patrzy
w sufit.
- Marcinku nałożyć ci ciasta? - pyta chłopca pani Bolesia.
Bierze talerz z ciastem i powoli kieruje w jego stronę.
- Które chcesz ciasto Marcinku?
Chłopiec milczy. Jego gruby podbródek, cała twarz czerwienieją.
- To nałożę ci to z czerwoną galaretką. Ty lubisz galaretkę,
prawda?
Nakłada ciasto na talerz. Chłopiec powoli wbija łyżeczkę w czerwoną galaretkę. W małych rączkach trzyma metalową łyżkę. Mozolnie
schyla głowę ku łyżce. Jego drobna, sucha ręka drży.
- Marcinku pokaż pani jak ślicznie jesz - zwraca się do chłopca.
Chłopiec nie odpowiada. Uważnie na nią patrzy. Jego ręka trzęsie się.
Odkłada łyżeczkę na talerz. Do ręki bierze ciasto. Szeroko otwiera buzię
i powolnym ruchem wciska cały kawałek do ust. Nie mieści się. Pomaga
sobie drugą ręką. Wpycha osadzony na brodzie kawałek czerwonej galaretki. Na koniec wyciera rękawem zielonej koszuli resztki śmietany.
Robiąc to bokiem patrzy na nią. Czeka na reakcję.
- Pięknie kochanie! Pięknie jesz – mówi pani Bolesia.
I promienieje ze szczęścia.
Serdecznie dziękuję Pani Bolesławie Płachcie za poświęcony
czas i ważne rozmowy. Dziękuję również członkom Koła
i wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tego tekstu.
SEZON OGÓRKOWY WYSTARTOWAŁ
dokończenie ze str. 1
konkursy dla dzieci i dorosłych oraz loteria fantowa z atrakcyjnymi
nagrodami, które ufundowali Starosta Powiatu Drawskiego i Burmistrz
Kalisza Pomorskiego. Dochód ze sprzedaży losów w wysokości niespełna 1000 zł przekazany został na działalność Koła Pomocy Dzieciom z Niepełną Sprawnością Ruchową w Kaliszu Pomorskim. Dla
młodych miłośników piłki nożnej Gmina Kalisza Pomorski wspólnie
z Kaliskim Klubem Sportowym „Calisia” zorganizowała tradycyjnie
już III Ogólnopolski Turniej Piłki Nożnej Chłopców.
Organizatorzy po raz kolejny podjęli wyzwanie i postarali
się, by o naszym lokalnym produkcie, jakim jest ogórek kiszony
w beczce w wodach jeziora stało się głośno. Odwiedziło nas wielu
dziennikarzy, ukazała się okolicznościowa gazeta „THE OGÓREK
TIMES”. Z zaproszenia na jarmark skorzystały po raz pierwszy
osoby noszące nazwisko OGÓREK. Spośród osób o tym nazwisku,
które przyjechały i wypełniły stosowne dokumenty została rozlosowana nagroda - witrażowa lampa wprost z pracowni działającej
przy MGOK, a pozostali uczestnicy otrzymali upominki – w tym
oczywiście słoiczek kiszonych ogórków.
Jarmark nad Jeziorem Ogórkowym dobiegł końca, a o tym
jak będą smakować tegoroczne ogórki z beczki przekonamy się
już za rok.
Organizatorzy dziękują wszystkim tym, którzy w jakikolwiek
sposób pomogli w organizacji tej imprezy.