sezon ogórkowy wystartował
Transkrypt
sezon ogórkowy wystartował
SEZON OGÓRKOWY WYSTARTOWAŁ Sezon ogórkowy rozpoczął się na dobre, a zainicjował go Jarmark nad Jeziorem Ogórkowym w Kaliszu Pomorskim, który odbył się w dniach 11-12 lipca. Pogoda płatała nam tym razem figle. Nie obyło się bez krótkiej piątkowej ulewy. Można rzec, że impreza rozpoczęła się z „pompą”, a wieczorami drobny kapuśniaczek co pewien czas studził rozgrzanych od zabawy uczestników imprezy. Na szczęście było na tyle ciepło, że większość uczestników pozostała na stadionie, by obejrzeć zaproszonych w tym roku artystów i korzystać z przygotowanych atrakcji. Piątkowy program artystyczny rozpoczęli młodzi artyści - wokaliści oraz grupy taneczne z Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury. Niektórym z nich, tuż po występach, Burmistrz Kalisza Pomorskiego Pan Michał Hypki, wręczył ufundowane przez siebie nagrody, w podziękowaniu za ciężką pracę i sukcesy w przeglądach wokalnych i tanecznych oraz godne reprezentowanie naszej gminy. Wyróżnienia od Burmistrza otrzymali także młodzi, utalentowani sportowcy z gminy Kalisz Pomorski. W oczekiwaniu na gwiazdę piątkowego wieczoru mogliśmy posłuchać zespołów PRESTIGE i HORYZONTY. A po nich wyczekane ELEKTRYCZNE GITARY. Usłyszeliśmy wiele znanych utworów np. „Kiler”, „Jestem z miasta”, „Co ty tutaj robisz”, „Włosy”... Słychać było jak publiczność śpiewa razem z liderem zespołu, ale zdarzały się też osoby, które zaskoczone i z niedowierzaniem pytały „to oni to śpiewają?” słysząc kolejny znany z radia utwór. Sobotni program artystyczny rozpoczął się już o godz. 14.00 występem Mandaryny. Tuż po niej, do wspólnej zabawy zaprosili dzieci wraz z ich rodzicami i opiekunami, znani i lubiani przez kaliską publiczność clowni RUPHERT & RICO, którzy otrzymali już niejedną nagrodę za wspaniałe programy dla dzieci na festiwalach sztuki cyrkowej. Zanim zabawa z dziećmi dobiegła końca, na brzegach „Jeziora Ogórkowego” zaczęła gromadzić się publiczność w oczekiwaniu na ceremonię topienia i wyławiania beczek z ogórkami. O przebiegu ceremonii na bieżąco informował widzów Pan Ogórek, natomiast nad całością ceremonii czuwał Wielki Szambelan Ogórkowy, którego rolę w tym roku pełnił Edward Bejnarowicz. A być mistrzem ceremonii nie jest łatwo – trzeba dopilnować, by 100-litrowe dębowe beczki pełne tegorocznych ogórków zostały zatopione, a te z zeszłego roku wyłowione. I wszystko to na śliskiej od wody, pływającej platformie. Jak co roku mogliśmy liczyć na pomoc Ochotniczej Straży Pożarnej, za co serdecznie dziękujemy. Nowym atrybutem szambelana od tego roku stał się witrażowy medalion przedstawiający beczkę z ogórkami. Wyłowione beczki z ogórkami, w asyście dziewcząt ubranych na biało niosących jarmarkowe sztandary, zostały przetoczone do centrum wioski ogórkowej. Tam publiczność mogła skosztować ogórki kiszone w jeziorze, które od roku 2008 mają certyfikat produktu lokalnego Kalisza Pomorskiego i tam też Burmistrz Kalisza Pomorskiego nadał Tytuł Honorowego Szambelana Tadeuszowi Szali i Zbigniewowi Magierze. W tegorocznej wiosce ogórkowej, wybudowanej jak co roku specjalnie na ogórkowe święto, popularnością cieszyły się stoiska, gdzie można było zakupić m.in. jarmarkowe słoiki z kiszonymi ogórkami, witrażowe ogórki wykonane w pracowni witrażu działającej w MGOK, które mogą pełnić funkcję ozdoby domu, a także biżuterii czy breloczka. Publiczność ochoczo korzystała również z kuchni ogórkowej, gdzie można było skosztować pysznej zupy ogórkowej, pajdy chleba ze smalcem, ogórków, przeróżnych sałatek i ciast. Wielu jarmarkowych gości odwiedziło także Chatę Sołtysa, gdzie za symboliczną kwotę można było spróbować kociołka sołtysa, makaronu z sosem lub kwaśnicy, przygotowanej według oryginalnego góralskiego przepisu. Dochód ze sprzedaży potraw w wysokości ponad 2000 zł przekazany został na działalność Koła Pomocy Dzieciom z Niepełną Sprawnością Ruchową w Kaliszu Pomorskim. Ponadto w ogórkowej wiosce można było obejrzeć wystawę, na której zaprezentowane były archiwalne zdjęcia z przetwórni owocowowarzywnej i fotografie ceremonii zatapiania i wyławiania beczek z lat ubiegłych. Do uatrakcyjnienia wioski ogórkowej włączyli się również kolekcjonerzy militariów ze Stowarzyszenia HistorycznoKulturalnego „Bastion Tradycji” prezentując zgromadzony przez siebie sprzęt i pamiątki z gminy Kalisz Pomorski. Po ceremonii ponownie usłyszeliśmy ze sceny artystów, w tym zespół rockowy TEGO oraz włoskie przeboje w wykonaniu Roberto Zucaro. Na koniec wspaniały koncert dał zespół Zakopower. Charyzma wokalisty tego zespołu udzieliła się publiczności, która domagała się bisów. Wieczór zakończył pokaz pirotechniczny. Na stadionie przez te dwa dni nie brakowało również innych atrakcji do spędzania wolnego czasu dla każdej grupy wiekowej - zarówno w formie rozrywki jak i konkurencji sportowych. Wielu śmiałków, ku naszemu zaskoczeniu skorzystało ze skoków na bungee. Odbyły się również Powiatowe Zawody Wędkarskie, ciąg dalszy na str. 4 STR. 2 OŚWIATA „ - A pani tak wszystko z życia? Z życia...” 30 czerwca br. Bałtycki Teatr Dramatyczny z Koszalina wystawił w Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury w Kaliszu Pomorskim spektakl pt. „Cafe Sax”. Przedstawienie ujęło mnie doskonałym i przemyślanym połączeniem piosenek Agnieszki Osieckiej z opowieścią o migawkach z życia kilku przypadkowych gości kawiarnianych. Melancholijny nastrój, papierosowy dym, zwierzenia, smutki i żale – wszystko to tworzyło spójną całość z pięknymi, poetyckimi tekstami piosenek o troskach, bólach i radościach życia. Te utwory to przerywniki w niezwykły sposób ukazujące stany duszy bohaterów, które są przedmiotem obserwacji i opisu przez bywalczynię kawiarenki Cafe Sax, autorkę Agnieszkę Osiecką. Piosenki w spektaklu czasem są sumieniem, czasem pijackim zwidem, często wymówką skierowaną do życia i losu. Kawiarniany nastrój został dodatkowo spotęgowany wystrojem sali widowiskowej, gdzie porozstawiane stoliki z poczęstunkiem dla widzów pozwalały wyobrażać sobie pełniejsze uczestnictwo w wydarzeniach rozgrywających się na scenie. „Cafe Sax” to spektakl opowiadający o życiu, szczególnie zaś o samotności w życiu, której doświadczamy bez względu na posiadanie rodziny czy przyjaciół. Piosenki Osieckiej pokazują ambiwalencje tak powszechne właśnie w tym naszym życiu. Raz mówiąc o małżeństwie stwierdzają, że to „erzac, cholera, nie życie” i , że skoro „to wszystko nie tak, nie tak, nie to, no to o co u diabła nam szło”, by zaraz ze smutkiem twierdzić: „Bolą mnie te niedziele, gdy idę sama przez odświętny tłum, idę i szukam kogoś, kto tu wśród ludzi jest tak samo sam. Szukam kogoś, kogoś na stałe...” Jest to jednak niekonsekwencja wynikająca z ludzkich charakterów i ciągłych poszukiwań lepszych dróg. Emocje ukazane w spektaklu są na wskroś autentyczne i bije od nich prawda, życiowa i sentymentalna, spowita mgiełką wspólnoty przypadkowych osób i wzajemnego zrozumienia opartego na podobnych doświadczeniach i empatii, otoczona oparami alkoholu, który pomógł tę wspólnotę umocnić. Spektakl został zakończony piosenką wyrażającą prośbę o niedorośnięcie, którą aktorzy wyśpiewali wspólnie z całą przybyłą publicznością. Nadal brzmią mi w uszach słowa: „Nie daj mi Boże, broń Boże skosztować, tak zwanej życiowej mądrości Dopóki życie trwa, PÓKI ŻYCIE TRWA!” Edyta Konieczna Róża w Daria Różańska jest tegoroczną absolwentką liceum w Kaliszu Pomorskim. Przez trzy lata współpracowała ze szkolną gazetką „Kontrast”. Tu rozwijała swoje umiejętności dziennikarskie. Za swoje reportaże była kilkakrotnie nagradzana na konkursach powiatowych i ogólnopolskich. Ukoronowaniem jej szkolnej drogi dziennikarskiej jest otrzymanie indeksu na Wydział Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Poniższy reportaż jest pracą konkursową wysoko ocenioną przez komisję składającą się z pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Warszawskiego oraz dziennikarzy. Szukać chorych dzieci zaczęła 38 lat temu. – Dziwnie to brzmi, prawda? Raczej szuka się zdrowych – mówi i uśmiecha się promieniście. Na zadarty nos wsuwa okulary. Bierze do ręki czarną słuchawkę. Bladymi palcami wystukuje numer. Kilkanaście sygnałów... i nic. Cisza. Taka jak w pokoju. Tylko gdzieś z dołu dobiegają radosne śmiechy dzieciaków. To córka podrzuciła wnuki na ferie. Ale ona nie słyszy dokazujących wnucząt. Trochę się denerwuje. - Chyba nikt nie może odebrać - mówi zawiedziona, ale po chwili podnosi słuchawkę i próbuje jeszcze raz. Znowu kilkanaście głuchych sygnałów i... - Marcinek?! - prawie krzyczy do telefonu. Zatyka ręką dolną część słuchawki i szepcze konspiracyjnie: „Odebrał, w końcu odebrał”. - Marcinek! - wraca do rozmowy, przełączając telefon na głośnomówiący. Kiedy się uśmiecha w grubych szkłach jej okularów odbija się światło. - Yhy... – z telefonu dolatuje mruknięcie. Głos jest dziwnie zniekształcony, ale jednocześnie pełen radości. - Marcinku, wiesz z kim rozmawiasz?! - pyta z entuzjazmem, ale w sekundę zbiera się jej na płacz. - Mmaaamma? - kolejny cichy pomruk z telefonu. - Tak, mama – nie może mówić, połyka łzy. - Przyjadę dzisiaj do ciebie, wiesz? Przywiozę ci bananki. Co ci jeszcze przywieźć Marcinku? Może czekoladę? Pewnie dawno nie jadłeś czekoladki? - Yhyyyy – znowu ten bełkotliwy pomruk. Niewyraźny i przeciągnięty na „y”, tak jakby Marcinek chciał coś jeszcze domruczeć. Chyba jednak zmienia zdanie, bo z telefonu dolatuje tylko krótki szelest i po chwili włącza się sygnał zajętości. - Rozłączył się - nerwowo przełyka ślinę. - Bo wiesz.... bo on nie mówi. Nie lubi telefonu. Dlatego często nie odbiera. Wiesz, ja go rozumiem. Trudno mu się dziwić... Denerwuje się biedak – zawiesza głos. - No, dość tego – błyskawicznie zbiera się w sobie. - Jutro spotkanie Wielkanocne. Trzeba się przygotować. Zaczyna układać na stoliku wiersze, które napisała sama, specjalnie na jutrzejszą imprezę. Potem szybkimi ruchami poprawia kolorowe palemki z bukszpanem i baziami. Palemki zrobili członkowie jej Koła (patrz: ramka), oczywiście razem z dziećmi. Specjalnie dla gości Wielkanocnego spotkania. Pani Bolesława, dla przyjaciół Bolesia Kalisz Pomorski. Ośrodek Kultury. Niewielki, schludnie otynkowany na biało budynek. Wewnątrz sala, w której odbędzie się Wielkanocne spotkanie członków, sympatyków i przyjaciół Koła. W sali tłum. Atmosfera co prawda rodzinna, ale jest też trochę sztywno KULTURA I OŚWIATA STR. 3 świetle słońca i oficjalnie. To pewnie dlatego, że pojawili się już zaproszeni goście: burmistrz, ksiądz i radni. Ważne osoby. Ale dzisiaj nie najważniejsze. Dziś najważniejsza jest ona: Bolesława Płachta (patrz: ramka). To znaczy Bolesława to tak dla burmistrza, proboszcza i radnych. A dla dzieciaków i ich rodziców, dla członków i sympatyków Koła, dla setek ludzi, którzy znają ją w Kaliszu po prostu pani Bolesia. Wchodzi na salę z naręczem Wielkanocnych palemek na ręku, w czarnej eleganckiej spódnicy („Bo mnie wysmukla”), fioletowej bluzce z czarnymi wstawkami i niebieskoczarnej marynarce, do której przypina wszystkie medale. Ten najważniejszy, Henryka Jordana1 też. Wymodelowała i podpięła puszyste włosy, na palce nałożyła pierścionki, a szyję ozdobiła koralami („Bardzo lubię biżuterię. Uważam, że jest kobieca”). Podchodzi do długiego stołu przykrytego zielonym suknem. Na nim masa smakołyków. - Będziemy szukać zajączka – od razu inicjuje zabawę z dzieciakami. Nakręca plastikowego zająca na kółkach. Kładzie go na wyfroterowanej podłodze. Rozgląda się sama rozbawiona jak dziecko. Fala jej kręconych włosów sterczy figlarnie jak u dziewczynki. - Przyszedł do nas synek zając i pomoże nam szukać taty zająca - mówi głośno do dzieci. - Przyjdź zajączku, przyjdź! - powtarzają za nią nierówno, że aż uszy bolą. Ale kto by tam dzisiaj zwracał na to uwagę. - Jeszcze raz wszyscy razem: Przyjdź zajączku, przyjdź!!! - skanduje Bolesia. Nagle na środek sali wskakuje przebrany w duże papierowe uszy Tata - Zając. To ojciec jednego z chłopców. Dzieci są zachwycone, długo biją brawo. Ale napięcie wciąż rośnie. Przecież to już za chwilę najważniejszy punkt Zajączkowego spotkania: rozdanie słodkich marcepanowo-czekoladowych prezentów. Wyczytywane dzieciaki po kolei odbierają prezenty na środku sali. Jedne dochodzą tam o własnych siłach. Inne nie mają tyle szczęścia. Na środek muszą wynieść je rodzice... Bolesława Kazimiera Płachta urodziła się w Olegowie (koło Łodzi). W 1946 roku wraz z rodzicami przyjechała na ziemie odzyskane do Sienicy. Tam ukończyła szkołę podstawową. W Kaliszu Pomorskim liceum, a następnie Studium Oświaty i Kultury Dorosłych w Koszalinie. Magisterskie studia pedagogiczne ukończyła na WSP w Szczecinie. Zrobiła też kursy dające dodatkowe uprawnienia terapeutyczne m.in. do pracy z dziećmi niepełnosprawnymi, z którymi pracuje do dziś. Zainteresowania pani Bolesławy są bardzo rozległe. Od młodzieńczych lat tworzy różne kompozycje artystyczne. Haftuje, zbiera ciekawe kamienie, zajmuje się aranżacją domu i ogrodu. Jej wielką pasją jest również fotografia. Obecnie ma w swoich zbiorach setki fotografii, których tematem jest piękno przyrody, ludzie i ich portrety. Piękno przyrody i przeżycia z tym związane skłoniły ją do pisania wierszy. Od 2004 r. stawia również pierwsze kroki jako malarka. Przez cały czas pracuje z dziećmi niepełnosprawnymi. Trudno określić liczbę dzieci, którym pomogła. Za swoją pracę z osobami niepełnosprawnymi została odznaczona : Srebrnym Krzyżem Zasługi (1985 r.), Odznaką „PRZYJACIELA DZIECKA”(2004 r.), Medalem im. dr. Henryka Jordana (2006 r.), Tytułem „Przyjaciela Ośrodka Kultury w Kaliszu Pomorskim” (2007 r.), Wyróżnieniem „Kaliskie Sokoły”(2008) Pokoik jest mały, ale przytulny i jasny. Białe ściany są dosłownie pokryte zdjęciami dzieci. - Początki były trudne – przypomina sobie. – Sama, bez wsparcia żadnej instytucji docierałam do rodzin, poznawałam ich problem z niepełnosprawnym dzieckiem i próbowałam pomóc. Rodzice powoli obdarzali mnie zaufaniem, a ja zaczynałam pomagać dzieciom. Niewiele umiałam, ale robiłam wszystko, żeby nie czuły się gorsze. No i przez cały czas zadawałam sobie pytanie: „Czy mam w sobie tyle siły, żeby pomagać takim dzieciom?”. No i okazało się miałam w sobie tę siłę. I wiedziałam, czego chcę. Musiałam tylko się dokształcić. Byłam przecież zupełną amatorką. Poszłam więc na studia. Na co? Jak to na co? Na resocjalizację i pedagogikę. Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Koło Pomocy Dzieciom z Niepełną Sprawnością Ruchową w Kaliszu Pomorskim powstało w 1998 roku z inicjatywy pani Bolesławy Płachty. Obecnie koło zrzesza 32 członków. Przewodniczącą jest pani Teresa Załuskowska (jedna z matek). Środki pozyskiwane są między innymi z corocznych składek rodziców (30 zł rocznie). Mlecze, skakanka i nożyczki Marcin nie lubi odbierać telefonów. Nie przepada też za chodzeniem. Porusza się bardzo wolno i nierówno. Wszystko przez jedną, trochę krótszą nogę i małe stópki pięciolatka, na których opiera się jego całe zaokrąglone ciało 26-letniego mężczyzny. - Miał dziesięć lat. Nie chodził. Nie mówił. Nie uśmiechał się. Porażenie mózgowe – opowiada o po- Oddać im normalne życie - Wszystko zaczęło się w 1970 roku – opowiada pani Bolesia. Pracowałam w szkole jako sekretarka. Zauważyłam, że niektóre dzieci są zwalniane z lekcji. Niektóre, czyli upośledzone. W PRL-u system był nieprzygotowany do pracy z tymi dzieciakami, więc najłatwiej było odesłać je do domu, i kłopot z głowy. Strasznie mnie to denerwowało. Nie rozumiałam, dlaczego odbierało się im szansę na normalne życie. Do dziś tego nie rozumiem – irytuje się. - I tak to się zaczęło. Po kilku tygodniach szukałam już chorych dzieci. Dziwnie to brzmi, prawda? Raczej szuka się zdrowych – uśmiecha się ironicznie i rozgląda po swoim pokoju na poddaszu. 1 Medal im. dr. Henryka Jordana – odznaczenie nadawane przez Towarzystwo Przyjaciół Dzieci za szczególne zasługi dla rozwoju opieki zdrowotnej i upowszechnianie kultury fizycznej wśród dzieci i młodzieży. „Wszystko zaczęło się w styczniu 1998 r., a w styczniu 2008 r. było nas wszystkich razem 32”. Czuwają też podopieczni. Rok temu, kiedy złamała nogę, była przywiązana przez trzy miesiące do łóżka. Odechciało się jej wszystkiego. Przestała malować, pisać wiersze. Wpadła w depresję. Pomogły dzieciaki z Koła. To ich telefony, kartki i aranżowane u niej w domu teatralne przedstawienia wyciągnęły ją z załamania. Pani Bolesia wzrusza się, kiedy mówi się jej o miłości dzieci. Okulary wędrują z jednej dłoni do drugiej. - Bóg stworzył nas do pomocy innym. Nie żyjemy dla siebie tylko dla drugiego człowieka. Bo dobry człowiek jest jak róża, która rozkwita w śnieżnych promieniach słońca. To taki wysłannik pana Boga. Taka róża. Miał 10 lat. Nie chodził. Nie mówił. Nie uśmiechał się. Porażenie mózgowe. czątkach znajomości z Marcinem pani Bolesia. - Dzieci z ciężkim porażeniem mózgowym nie potrafią tak naprawdę niczego. Zanim nauczyłam go korzystać z toalety to on... – zawiesza głos – No... to on załatwiał się w majtki - dorzuca jednym tchem. – Co tu mówić... no, wszystko się kleiło. Wzięłam nożyczki. Powiedziałam mu: „Marcinku, te włosy trzeba wyciąć. One ci przeszkadzają”. No i położyłam Marcina na łóżku. Jego mama trzymała nogi. A ja mu wycinałam włosy łonowe. Potem zaczęła się nauka chodzenia. Pani Bolesia pokazuje zdjęcie: późna wiosna, trawnik przed blokiem, a na pierwszym planie wianek upleciony z mleczy. – Marcin trzymał go za jeden koniec, ja za drugi i tak próbowaliśmy dzień po dniu – opowiada pani Bolesława. Mlecze przekwitły. Przyszła kolej na skakankę. Za jeden koniec różowej rączki łapał Marcin, za drugi ona. I tak przez dwa lata. Aż do pierwszych samodzielnych spacerów. - A te zdjęcia to robiła nam mama Marcina – pani Bolesia przełyka ślinę. - Wtedy miał dwie matki. Teraz Bóg tą jedną mu odebrał. Życie Marcina stało się koszmarem od kiedy przestał chodzić do szkoły specjalnej. - Nie może ze względu na wiek. Biologicznie jest przecież 26-letnim mężczyzną – opowiada pani Bolesława. - Całe dnie siedzi w domu. Na spacery wychodzi bardzo rzadko. Marcinem opiekuje się tata, który jednocześnie pracuje. Jest mu bardzo ciężko. Staram się więc być u Marcinka jak najczęściej. Przywożę mu jakieś smakołyki. Wiesz jak to dzieci. Słodycze, czasami jakieś maskotki, ciuchy. Co robić, taki los. Cena za bycie aniołem Marcina kocha jak rodzona matka. Ale przecież na jej pomoc czeka jeszcze tyle innych dzieci. - Chciałam zjednoczyć wszystkie dzieci i ich rodziców – zapala się, kiedy o tym mówi. - Wiedziałam, że razem możemy zrobić wiele. Myślałam: przede wszystkim będziemy dla siebie wsparciem w trudnych chwilach. No i tak się stało. Tak powstała unikatowa w skali kraju inicjatywa: Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Koło Pomocy Dzieciom z Niepełną Sprawnością Ruchową w Kaliszu Pomorskim. - Ostatnio obchodziliśmy dziesięciolecie działalności – mówi z dumą w głosie. - Wszystko zaczęło się w styczniu 1998 r., a w styczniu 2008 roku było nas wszystkich razem 32 osoby. Do Koła trafiają dzieci z różnymi schorzeniami. Ćwiczenia zawsze dostosowane są do ich potrzeb i możliwości. Pani Bolesława zaangażowała w pracę Koła wszystkich rodziców. Każda pomoc jest mile widziana. Spotkania są dwa razy w tygodniu, grafik zajęć jest bardzo napięty. Obok rodziców i dzieci pojawiają się też wolontariusze. To oni pilnują, aby żadnemu z dzieci nie zabrakło podstawowych rzeczy. Przede wszystkim szukają sponsorów. Pomagają też w organizacji świątecznych spotkań koła, pracują z dziećmi na co dzień. - Bolesia to anioł - mówi pani Halina, wolontariuszka z koła. – Tylko ona potrafi tak zaczarować te dzieciaki. Okazuje im tyle serca i cierpliwości. Jej optymizmu starcza dla wszystkich. Niejednego już tu podniosła na duchu. Za bezgraniczne oddanie dzieciakom przychodzi jednak pani Bolesi płacić wysoką cenę. Zaczęła podupadać na zdrowiu. - Ostatnio dużo choruję na serce – zasępia się pani Bolesława. Miesiąc temu zabrała mnie karetka. Ledwo mnie odratowali. Jedną nogą byłam już na tamtym świecie. Ale znów mi się udało. Chyba Bóg nade mną czuwa. Język miłości Marcin ściska obie ręce i nerwowo wygina je na wszystkie strony. Otwiera szeroko buzię, ślini się. Głowę odchyla do tyłu i patrzy w sufit. - Marcinku nałożyć ci ciasta? - pyta chłopca pani Bolesia. Bierze talerz z ciastem i powoli kieruje w jego stronę. - Które chcesz ciasto Marcinku? Chłopiec milczy. Jego gruby podbródek, cała twarz czerwienieją. - To nałożę ci to z czerwoną galaretką. Ty lubisz galaretkę, prawda? Nakłada ciasto na talerz. Chłopiec powoli wbija łyżeczkę w czerwoną galaretkę. W małych rączkach trzyma metalową łyżkę. Mozolnie schyla głowę ku łyżce. Jego drobna, sucha ręka drży. - Marcinku pokaż pani jak ślicznie jesz - zwraca się do chłopca. Chłopiec nie odpowiada. Uważnie na nią patrzy. Jego ręka trzęsie się. Odkłada łyżeczkę na talerz. Do ręki bierze ciasto. Szeroko otwiera buzię i powolnym ruchem wciska cały kawałek do ust. Nie mieści się. Pomaga sobie drugą ręką. Wpycha osadzony na brodzie kawałek czerwonej galaretki. Na koniec wyciera rękawem zielonej koszuli resztki śmietany. Robiąc to bokiem patrzy na nią. Czeka na reakcję. - Pięknie kochanie! Pięknie jesz – mówi pani Bolesia. I promienieje ze szczęścia. Serdecznie dziękuję Pani Bolesławie Płachcie za poświęcony czas i ważne rozmowy. Dziękuję również członkom Koła i wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tego tekstu. SEZON OGÓRKOWY WYSTARTOWAŁ dokończenie ze str. 1 konkursy dla dzieci i dorosłych oraz loteria fantowa z atrakcyjnymi nagrodami, które ufundowali Starosta Powiatu Drawskiego i Burmistrz Kalisza Pomorskiego. Dochód ze sprzedaży losów w wysokości niespełna 1000 zł przekazany został na działalność Koła Pomocy Dzieciom z Niepełną Sprawnością Ruchową w Kaliszu Pomorskim. Dla młodych miłośników piłki nożnej Gmina Kalisza Pomorski wspólnie z Kaliskim Klubem Sportowym „Calisia” zorganizowała tradycyjnie już III Ogólnopolski Turniej Piłki Nożnej Chłopców. Organizatorzy po raz kolejny podjęli wyzwanie i postarali się, by o naszym lokalnym produkcie, jakim jest ogórek kiszony w beczce w wodach jeziora stało się głośno. Odwiedziło nas wielu dziennikarzy, ukazała się okolicznościowa gazeta „THE OGÓREK TIMES”. Z zaproszenia na jarmark skorzystały po raz pierwszy osoby noszące nazwisko OGÓREK. Spośród osób o tym nazwisku, które przyjechały i wypełniły stosowne dokumenty została rozlosowana nagroda - witrażowa lampa wprost z pracowni działającej przy MGOK, a pozostali uczestnicy otrzymali upominki – w tym oczywiście słoiczek kiszonych ogórków. Jarmark nad Jeziorem Ogórkowym dobiegł końca, a o tym jak będą smakować tegoroczne ogórki z beczki przekonamy się już za rok. Organizatorzy dziękują wszystkim tym, którzy w jakikolwiek sposób pomogli w organizacji tej imprezy.