Untitled - Zielona Sowa

Transkrypt

Untitled - Zielona Sowa
Fragment darmowy udostępniony przez Wydawnictwo
w celach promocyjnych.
EGZEMPLARZ NIE DO SPRZEDAŻY!
Wszelkie prawa należą do:
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.
Warszawa 2015
www.zielonasowa.pl
Tłumaczenie: Patryk Gołębiowski
Tytuł oryginału
ITCHCRAFT
Projekt okładki
www.blacksheep-uk.com
zdjęcie na okładce: © Getty Images
Z angielskiego przełożył
Patryk Gołębiowski
Redaktor prowadzący
Monika Koch
Redakcja
Maryna Wirchanowska
Korekta
Jadwiga Przeczek
Skład i łamanie
PLUS 2 Witold Kuśmierczyk
Copyright © Simon Mayo, 2014
First published as Itchcraft by Random House Children’s Publishers UK
Copyright © by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2015
The Hurlers (s. 171–172) – słowa i muzyka Seth Lakeman © 2008
Reproduced by permission of EMI Music Publishing Ltd, London W1F 9LD
The right of Simon Mayo to be identified as the author of this work
has been asserted in accordance with the Copyright, Designs
and Patents Act 1988.
ISBN 978-83-7983-127-2
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.
Al. Jerozolimskie 96
00-807 Warszawa
tel. 22 576 25 50
fax 22 576 25 51
[email protected]
www.zielonasowa.pl
Dla Hilary
83 w świecie 38
1
Droga Transafrykańska, Lagos, Nigeria
30 grudnia
Opancerzony mercedes gwałtownie skręcił, wymijając wybój
wielkości stołu do snookera. Najwyższej jakości zawieszenie
mogło złagodzić jazdę po większości wertepów, ale droga A1
z międzynarodowego lotniska imienia Murtali Mohammeda
do Lagosu była w fatalnym stanie. Jedno koło zaczepiło
o krawędź pękniętego asfaltu i pasażerami auta rzuciło. Przytrzymali się podłokietników i rozległy się głośne przekleństwa po niderlandzku i francusku. Christophe Revere i Jan
Van Den Hauwe, szefowie międzynarodowej korporacji naftowej Greencorps, nie byli szczęśliwi.
– Do diabła! Czy oni tu w ogóle umieją budować drogi?
7
– Odpowiedź na twoje pytanie, Christophe, brzmi oczywiście:
nie. Korupcja i przekupstwo to jedyny sposób, żeby coś tu
załatwić. Zresztą co nieco na ten temat wiemy.
Francuz uśmiechnął się i zaryzykował kolejny łyk drogiej
brandy.
– Wiemy, Jan – oczywiście, że wiemy. Jesteśmy za to w dużej
mierze odpowiedzialni. – Otarł wargi chusteczką i poprawił
pas. Mały telewizor nadawał program na kanale finansowym;
mężczyźni oglądali przesuwający się po ekranie ciąg informacji.
– A w Europie nadal chaos! Niczego się nie nauczyli…
Przy kolejnym szarpnięciu samochodu trochę alkoholu wylało się na tapicerkę. Revere zamknął oczy, jakby się modlił.
– Daj mi siłę… – wymamrotał.
Obaj mężczyźni spojrzeli przez przyciemnione szyby, ale
światło latarń i neonów było za słabe, żeby przedostać się
przez ciemne szkło. Widok przez przednią szybę był wyraźniejszy, niezwykle silne reflektory mercedesa rozświetlały
krajobraz nocnej godziny szczytu jak ze snu.
– Na miłość boską, jest po północy! Skąd te tłumy? – Van
Den Hauwe skierował pytanie do szofera, który odpowiedział do interkomu, nie odrywając wzroku od drogi.
– Zawsze tak jest, proszę pana. – Zerknął w boczne lusterko i zjechał najpierw na lewy pas, a potem – ku przerażeniu
pasażerów – na drugą jezdnię.
– Co u…! – Jadące z naprzeciwka samochody zjeżdżały im
z drogi, z rzadka trąbiąc lub migając światłami. Jakby to było
zupełnie normalne.
8
– Wielka dziura w jezdni, proszę pana – powiedział kierowca. – Nazywamy go „dołem mamuśki”. Wszyscy o niej
wiedzą.
Holender pokręcił głową.
– Macie nazwy dla wyboi? Szalony kraj.
Kierowca się uśmiechnął.
– Zgadza się, proszę pana. Trafił pan w dziesiątkę!
Ekipa ochroniarzy, która jechała przed nimi w wypucowanym samochodzie terenowym, radziła sobie chyba nieco lepiej, klucząc między dziurami w asfalcie, jadącymi wolno
starymi sedanami i pędzącymi samochodami sportowymi.
Kierowca bez przerwy naciskał klakson, wrzaskami i gestami
rozprawiając się z tymi użytkownikami drogi, którzy go zdenerwowali. Raz w oknie od strony pasażera pojawiła się lufa
wycelowana w kierowcę kabrioletu bmw, który próbował ich
wyprzedzić; śmiałek szybko został w tyle za samochodem
ochrony i mercedesem i przy najbliższej okazji zjechał z drogi do Lagosu.
Natężenie ruchu się zmniejszyło, gdyż większość samochodów zjechała na pas, z którego skręcało się do centrum Lagosu, zaś mały konwój Greencorps nadal jechał na południe,
podążając za drogowskazami do portu Tin Can Island.
– Jan, denerwuję się przed tym spotkaniem – powiedział
Revere do wspólnika. – A jeżeli nowemu szefowi policji nie
będzie można zaufać? I dlaczego spotykamy się tak daleko
od miasta? Nie podoba mi się to.
Van Den Hauwe obrócił się lekko w jego stronę.
9
– Mnie też nie, Christophe, ale po wycieku i… – przez chwilę szukał odpowiedniego słowa – o b ł ę d z i e Flowerdew
musimy z powrotem zapanować nad tym miastem. Kiedyś
było nasze, ale to się zmieniło. Jeżeli szef policji znajdzie się
u nas w kieszeni, no cóż, to będzie dobry początek. Wydawał się chętny. Dlatego przyjechaliśmy.
Samochód skręcił w lewo, mijając tabliczkę autostrady
Apapa Oworonshoki i przez przednią szybę mercedesa
przez chwilę było widać ciemną połać laguny. Jednak kiedy
pasażerowie usłyszeli przestraszony jęk kierowcy, zrozumieli, że coś jest nie tak. Oderwali wzrok od ekranu telewizora.
– Co się dzieje? – zapytał Van Den Hauwe, ale pustka na
drodze przed nimi mówiła sama za siebie.
– Straciliśmy ochronę – powiedział opanowanym tonem
Revere.
Nachylili się, żeby wyjrzeć przez przednią szybę, ale w blasku świateł widać było tylko zakurzony asfalt, słupy telegraficzne i pustą drogę.
– Gdzie oni się podziali?! – zawołał Van Den Hauwe.
Nacisnął przycisk na drzwiach, opuścił szybę i wystawił
głowę na zewnątrz. Noc była gorąca i wilgotna. W samochodzie rozszedł się zapach morza, nafty i spalonej gumy. Revere
pociągnął towarzysza, żeby schował głowę do auta.
– Ktoś im zapłacił, żeby się zmyli. Chyba powinniśmy wracać – powiedział. – Na lotnisko.
10
Kierowca miał strapioną minę. Mercedes był co prawda
wyposażony we wszelkie możliwe środki bezpieczeństwa, ale
w Lagosie panowało bezprawie, a jeżeli za twoją głowę wyznaczono nagrodę… Zawrócił auto.
– Jak na drogę ekspresową, to ruch jest niewielki – skomentował cicho Van Den Hauwe.
Revere przytaknął.
– Prawie żaden. Mam wrażenie, że za chwilę będziemy
mieli towarzystwo.
Przyspieszali na zakręcie, kiedy drogę zajechała im pierwsza furgonetka. Po chwili trzy srebrnoszare isuzu rodeo obróciły się na dymiących oponach, tarasując drogę przed mercedesem. Szefowie Greencorps byli przygotowani i trzymali się
skórzanych uchwytów pod sufitem, ale kiedy ich kierowca
wcisnął hamulec, poczuli, jak ściskają ich pasy. Mercedes miał
wprawdzie zadziwiająco krótką drogę hamowania, ale furgonetki były za blisko i rozległ się nieprzyjemny łomot uderzania metalu o metal. Jeszcze nie opadła chmura pyłu i dymu,
kiedy z furgonetek wyskoczyły ubrane na czarno postaci.
– Cofaj! Cofaj! Cofaj! – wrzeszczał Revere.
Kierowca wrzucił wsteczny. Wyrwał zderzak ze zgniecionej masy metalu i wycofał samochód na skraj drogi. Kiedy
obrócili się tyłem do furgonetek, oślepiły ich nowe reflektory. Trzy kolejne furgonetki wyjechały zza zakrętu i zatrzymały się z piskiem opon, odcinając mercedesowi drogę
ucieczki.
11
– Wygląda na to, że ktoś chce z nami porozmawiać – rzucił
Van Den Hauwe.
– Miejmy nadzieję, że na rozmowie się skończy – dodał
Revere.
Szefowie Greencorps siedzieli i czekali.
***
Palmeitkraal, Prowincja Przylądkowa Zachodnia,
Republika Południowej Afryki
– Łap! – zawołała Chloe.
– Po co? – zapytał Itch, kiedy piłka przeleciała mu obok
głowy, po czym odbiła się od zakurzonej, porośniętej rzadkimi krzakami ziemi.
– Mogłeś przynajmniej spróbować – skarciła go siostra.
– Owszem, mogłem – przyznał Itch.
Klęczał i oburącz zagarniał do siebie ziemię i kamienie.
Wokół niego wirowały kłęby ciemnego piasku i kurzu; większość osiadała mu na falujących blond włosach i przyklejała
się do przepoconego T-shirtu.
– Czy tata wie, co ty wyprawiasz? Przecież powiedział, że
nie wolno ci przeprowadzać nielegalnych eksperymentów. –
Chloe podeszła do brata i spojrzała mu przez ramię.
12
– Nie, to ty powiedziałaś – odparł Itch, wsypując ziemię do
słoja.
– Ale to jest nielegalne, prawda? – naciskała Chloe.
– W Anglii, owszem. Ale nie jesteśmy w Anglii, prawda? –
Podniósł wzrok i uśmiechnął się do niej. – Zawsze chciałem
tego spróbować – Chloe, daj spokój.
– Jeżeli to jest nielegalne w kraju, to jest też pewnie nielegalne w Republice Południowej Afryki. Sprawdzałeś?
– No dobrze, może w takim razie się upewnię… – Itch
rozejrzał się teatralnie po górzystym terenie, przesunął wzrokiem po niskiej, wiecznie zielonej roślinności, połaciach nagiego piaskowca i opuszczonych pozostałościach kopalni. –
Nie, nikogo tu nie ma. – Znów się uśmiechnął. – Chyba czas
wrócić do badań.
Chloe westchnęła.
– Daj sobie spokój, przecież oboje wiemy, czym w twoim przypadku kończy się „powrót do badań”. A co właściwie robisz?
– Preparat do usuwania pni – wyjaśnił Itch.
– Nie widzę tu żadnych pni.
– Kluczowym słowem jest „usuwanie”. Mam zresztą wrażenie, że usunie on wszystko. – Wsypał do słoika trochę białego proszku.
– Wygląda groźnie – powiedziała Chloe.
– Naprawdę? To tylko KNO3.
– Itch, nie wciągaj mnie w te swoje gierki. Mów po ludzku.
Wiem, że K to potas…
13
– Azotan potasu. Inaczej saletra.
– A ten drugi proszek?
– To tajemnica.
– Niech zgadnę. Wybucha?
– Może – przyznał Itch. – Jeżeli się je zmiesza i podpali.
– Tego się właśnie bałam – powiedziała Chloe, idąc po piłkę. – Może jednak wolałbyś pograć?
***
Lagos, Nigeria
Van Den Hauwe i Revere spodziewali się różnych rzeczy, ale
na widok postaci, które stanęły w półkolu przed mercedesem,
opadły im szczęki. W blasku świateł stało sześć kobiet, ubranych w czarne dżinsy i skórzane kurtki. Wpatrywały się
w przednią szybę. Każda z nich miała nasuniętą nisko na
oczy czapkę koloru khaki.
– Kim jesteście? – zapytał Van Den Hauwe z oczami wielkimi ze zdumienia.
Kobiety mogły mieć koło dwudziestki; były tam Nigeryjski,
białe Europejki i Tajki… a może Malezyjki. Stały nieruchomo.
– Christophe, teraz chyba nasz ruch.
– Zgadza się.
Mężczyźni otworzyli drzwi i wysiedli.
14
– Eee… dzień dobry paniom – zaczął Revere, stojąc przy
otwartych drzwiach mercedesa. – Musiało wam bardzo zależeć na tym spotkaniu.
– Wyłączcie światła! – krzyknął jakiś głos.
Kierowca, który opuścił szybę, zgasił reflektory. Dwie silne
latarki oświetliły naftowców, którzy zaczęli się obficie pocić.
– Podejdźcie bliżej. – W nieznoszącym sprzeciwu głosie
słychać było silny akcent. Obaj mężczyźni wykonali polecenie. – Klęknijcie!
Revere i Van Den Hauwe spojrzeli na siebie nawzajem,
potem na kobiety.
– Kim jesteście? O co wam chodzi? Jestem pewien, że możemy się dogadać, ale…
– Klękać! – Tym razem poleceniu towarzyszył złowieszczy
odgłos odbezpieczanego pistoletu.
Uklękli na ziemi. Kobiety zrobiły kilka kroków w stronę
samochodu. Te z brzegu trzymały latarki, zaś ta, która szła
w środku, wysoka, o oliwkowej cerze i kruczoczarnych włosach, miała pistolet. Spojrzała na kierowcę.
– Uciekaj. Już!
Kierowcy nie trzeba było dwa razy powtarzać. Gwałtownie
otworzył drzwi i popędził w noc.
– Nazywam się Leila – powiedziała uzbrojona kobieta. – To
są moje towarzyszki: Aisha, Sade, Tobi, Chika i Dada. – Kiedy
wymieniała imiona, kobiety skłaniały głowy, jakby były sportsmenkami przedstawianymi publiczności przed wyścigiem.
Klęczący naftowcy widzieli tylko zarys ich sylwetek.
15
– Jak moglibyśmy… – zaczął Francuz.
– Kiedyś byłyśmy na waszych usługach – przerwała mu
Leila. – Ale potem zabiliście naszą przyjaciółkę.
– To na pewno jakaś pomyłka – powiedział, mrużąc oczy,
oślepiony latarką Van Den Hauwe.
– Nurkowałyśmy z Shivvi Tan Fook – ciągnęła podniesionym głosem Leila. – Teraz ona nie żyje, i to jest wasza
wina.
W stronę klęczących mężczyzn posypały się przekleństwa.
Van Den Hauwe i Revere zaczęli protestować, ale dziewczyna
z warkoczem, którą przywódczyni przedstawiła jako Chikę,
doskoczyła do nich i przyklękła. Kobieta położyła palec na
ustach.
– Nie musicie nic mówić. Wiemy, że to nie wy ją zabiliście,
tylko Flowerdew. Ale nie udało nam się go dopaść…
– Na razie! – zawołała jedna z jej towarzyszek i wszystkie
kobiety przytaknęły.
Chika olśniła ich śnieżnobiałym uśmiechem.
– Zgadza się. Na razie. Za to dopadłyśmy w a s. To wy ją
zostawiliście i musicie za to zapłacić. – Wyciągnęła z trampka
nóż i obaj mężczyźni wzdrygnęli się, opierając się o osłonę
chłodnicy mercedesa.
– Chika, nie! – zawołała Leila. – Umówiłyśmy się, pamiętasz?
– Chika, jeszcze nie teraz – zawołał inny głos.
Dziewczyna zerknęła na Leilę, po czym wbiła wzrok w ziemię. Potem przytaknęła i schowała nóż z powrotem do buta.
16
– Moim zdaniem powinnyśmy ich od razu zastrzelić. – Pięć
głów odwróciło się w stronę białej kobiety z czarnymi włosami
związanymi w kucyk. – Po co czekać? To świetna okazja. Jesteśmy to winne Shivvi. Dalej.
– Ale Aisho, umówiłyśmy się inaczej – zaoponowała Leila. –
Poczekamy. Może ich sprzedamy. Dostałybyśmy za nich niezłą kasę.
– Też byłam tego zdania – odparła Aisha. – Ale wtedy nie
spojrzałam im jeszcze w oczy. Są odrażający. Tacy jak oni zawsze wygrywają i wszystko uchodzi im na sucho. – Kilka kobiet przytaknęło. – Ale nie tym razem…
Leila jeszcze raz popatrzyła na towarzyszki; wszystkie odwzajemniły jej spojrzenie i każda po kolei kiwnęła głową.
– No dobrze. – Zrobiła krok do przodu. – Wstańcie i obróćcie się. – Uniosła pistolet.
– Mamy pieniądze! Ile chcecie? Proszę… – zaczął błagać
Revere, podnosząc się chwiejnie.
– Odwróć się! – krzyknęła Leila. – Który pierwszy? Może
w porządku alfabetycznym? – Podeszła do Jana Van Den
Hauwe’ego, który przywarł do maski mercedesa. Zacisnął
kurczowo powieki, kiedy kobieta przycisnęła mu lufę pistoletu do skroni. – Szczęśliwego Nowego Roku, Jan – powiedziała
i pociągnęła za spust.
– Szczęśliwego Nowego Roku, Chloe – powiedział Itch.
Na wzgórzu rozległa się potężna eksplozja. Brat i siostra
przyklękli w rozpadającym się domu i skrzywili się, kiedy
17
zaczęły na nich spadać pierwsze grudy ziemi. Potem posypały
się kamyki. W uszach im dzwoniło, a oczy łzawiły od kłębów
kurzu, kiedy popatrzyli przez wyrwę, gdzie kiedyś było okno.
– Wow! – powiedział Itch z zachwytem.
Dwadzieścia metrów nad miejscem wybuchu powstała mała chmura w kształcie grzyba. Na ich oczach przemieszczała
się i zmieniała kształt; piasek i dym poderwane w stronę
grzyba zdawały się wirować wokół jego krawędzi. Po kilku
sekundach chmura rozproszyła się i zniknęła, a żwir i ziemia
spadały jeszcze przez chwilę jak grad.
– Ale… to przecież… – zaczęła Chloe, wpatrując się w brązową mgłę, która unosiła się nadal w powietrzu.
– …nie była eksplozja jądrowa – dokończył Itch. – Choć
i tak była fantastyczna!
– Ale to wyglądało jak grzyb atomowy. Myślałam…
– Zawsze tak jest, kiedy wybuch jest potężny. Choć widzę
to pierwszy raz. Kiedyś zaproponowałem to pułkownikowi
Fairniemu, ale się nie zgodził.
– Niemożliwe – rzuciła Chloe. – Wyobrażasz sobie panikę,
gdyby taka chmura w kształcie grzyba pojawiła się nad naszym domem? Fairnie miał rację.
Jim Fairnie stał na czele grupy MI5, która miała chronić
Itcha po tym, jak ten odkrył osiem bryłek niezwykle silnie
promieniotwórczego pierwiastka 126. Obiecał, że w razie potrzeby będzie do dyspozycji chłopaka.
Gdyby nie dzwonienie w uszach, Itch i Chloe wcześniej
usłyszeliby zbliżającego się land rovera.
18
– Tata przyjechał – powiedziała Chloe. – Może być zabawnie.
Nicholas Lofte jechał w kłębach kurzu, a za samochodem
snuły się brązowe opary. Minąwszy miejsce wybuchu, skierował się w stronę starego domu górników, gdzie stali jego syn
i córka. Kiedy Nicholas wyskoczył zza kierownicy, land rover
trząsł się jeszcze od gwałtownego hamowania.
– Co tu się stało?! Nic wam nie jest? – Ojciec podbiegł
i złapał Itcha za ramiona. – Itch, to był straszny huk. Czekam na wyjaśnienia!
– To tylko usuwanie pni, tato. Szkoda, że tego nie widziałeś! Udało nam się stworzyć chmurę w kształcie grzyba
i w ogóle!
– Nam? – zdziwiła się Chloe.
– No dobrze, niech będzie, tylko mnie. Tato, to było
ogromne…
– Wiem, że było ogromne, synu, bo usłyszałem aż przy
kopalni. Wybiegłem z biura i zobaczyłem chmurę. Itch, byłem przerażony, serce dalej wali mi jak młotem. Nic wam się
nie stało?
– Oczywiście, że nie, tato. Było trochę głośniej, niż się spodziewałem – powiedział Itch, który nadal miał oczy wielkie
z ekscytacji. – Obsypał nas kurz i odłamki, ale to było nawet
fajne.
Nie potrafił powstrzymać się od śmiechu i Nicholas się
wzdrygnął. Mieszały się w nim podziw i złość, kiedy patrzył
na syna, który w wieku piętnastu lat miał sto osiemdziesiąt
dwa centymetry wzrostu i ciągle rósł, a jego dwunastoletnia
19
siostra była tylko o dwadzieścia centymetrów niższa. W falujących blond włosach Itcha pełno było ziemi i piasku, które, kiedy mówił i się poruszał, sypały mu się na twarz.
– Przynajmniej tym razem zostały ci brwi – zażartował Nicholas i wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Itch już dwa razy stracił brwi – ostatni raz przed paroma
tygodniami, podczas pożaru szkoły Fitzherbert. On i jego kuzynka Jack cudem uszli wtedy z życiem.
– No dobrze, muszę przyznać, że to było imponujące… co
nie znaczy, że to pochwalam – dodał szybko Nicholas. – Itch,
powinieneś był mi powiedzieć, co zamierzasz. Myślałem, że
na razie masz dość niebezpiecznych przygód.
Itch ruszył w stronę miejsca wybuchu, a ojciec i siostra poszli za nim.
– Tak naprawdę wcale tego nie planowałem, ale w sklepie
w miasteczku był azotan potasu i pomyślałem sobie, że to
świetna okazja, żeby go wypróbować. W każdym razie lepiej
tu niż w domu.
Wszyscy wpatrywali się w mały krater, który został po
„usuwaniu pni”.
– Akurat w tej ostatniej kwestii masz rację – powiedział Nicholas – ale obiecałem twojej mamie, że dopilnuję, żeby nie
stało się nic złego. Zakładam, że miała na myśli wybuchy.
Przez chwilę trójka Lofte’ów kręciła się w milczeniu po
okolicy. Od przyjazdu do Republiki Południowej Afryki Nicholas nie wspominał o Jude Lofte. Dowiedziawszy się, że jej
mąż po kryjomu pracuje dla organizacji prowadzącej badania
20
nad energią, matka Itcha odeszła. Wróciła na Boże Narodzenie, ale atmosfera była napięta i nieprzyjemna. Kiedy Nicholas zaproponował, że zabierze Itcha i Chloe do RPA na eksplorację kopalń, zgodziła się niechętnie i powiedziała, że spędzi
Nowy Rok z ich najstarszym synem, Gabrielem, i jego dziewczyną. Gabriel miał w styczniu wrócić na studia.
Itch i Chloe wymienili spojrzenia. Chłopakowi wydało się,
że jego siostra jest przygnębiona, i spróbował dodać jej otuchy uśmiechem.
– Jeżeli jej o tym nie powiesz, to ja też dochowam tajemnicy – powiedział do ojca.
Nicholas przytaknął.
– Dobrze. Ale Itch, na tym koniec, okej? Gdybyś miał w planach następne eksperymenty, to masz mnie uprzedzić. Wolałbym, żeby nie zaskoczyła mnie kolejna eksplozja. Zgoda?
Kiedy Itch kiwnął głową, nad nią uniosła się chmura pyłu.
2
Itch, Chloe i ich ojciec przylecieli do Kapsztadu trzy dni
po Bożym Narodzeniu. Ich celem było miasteczko Vanrhynsdorp w Prowincji Przylądkowej Zachodniej. Wynajęli
na lotnisku land rovera i pojechali do opuszczonej kopalni.
To był stary szlak miedzi, region o tradycjach górniczych
dorównujących ich ojczystej Kornwalii. Na półpustyni rozbili obóz w jednym ze starych domów górników. Kopalnię
opuszczono w latach sześćdziesiątych, kiedy cena toru spadła, ale Nicholas i jego koledzy po fachu byli zdania, że zasoby jeszcze się nie wyczerpały.
– Jesteśmy tym bardzo podekscytowani – wyjaśnił, kiedy
jechali na północ. – Jedynym powodem, dla którego nie brano pod uwagę toru jako paliwa jądrowego, był fakt, że nie da
się z niego zrobić broni. Ale pod ziemią jest go mnóstwo, prawie tyle samo co ołowiu. Nikt nie chciał tej starej kopalni, ale
zdaniem Jacoba powinniśmy się jej przyjrzeć.
22
Doktor Jacob Alexander był dyrektorem szkoły górniczej
w West Ridge i jako jedyny zbadał znalezione przez Itcha skały zawierające pierwiastek 126. W dalszym ciągu pieczołowicie przechowywał wydruki będące dowodem na to, że naprawdę przeanalizował ten tajemniczy pierwiastek. Był on
niewiarygodnie promieniotwórczy i co za tym idzie – bardzo
niebezpieczny. Doktor Alexander dostrzegł jego potencjał jako
źródła energii; z kamieni Itcha można było uruchomić elektrownię jądrową. Próbował – bezskutecznie – przekonać Itcha,
który wcześniej ukrył osiem skał, żeby zdradził mu miejsce,
gdzie je schował. Teraz, kiedy skały zniszczono, Jacob Alexander musiał szukać innych źródeł energii.
– Tato, potrzebuję europu. Czy w tej kopalni będą może
jakieś metale ziem rzadkich?
– Chwila, moment – wtrąciła się Chloe. – Że co? Europ?
Metale ziem rzadkich?
Nicholas się zaśmiał.
– Itch, wyjaśnisz to siostrze?
– Chloe, to podstawy chemii, ty nic nie kumasz? – Itch
sięgnął po swój plecak.
– Nie! – odparła Chloe. – Nic stamtąd nie wyciągaj! Żadnych skał, żadnych gazów, nic! Tylko mi wytłumacz. Za pomocą słów.
Itch oparł się na siedzeniu i postawił plecak na podłodze.
Miał w nim sto osiemnaście kieszonek, jedną na każdy pierwiastek układu okresowego; trzymał w nich swoją kolekcję.
Wiele kieszonek było tylko na pokaz – taki żart agentów
23
MI5, którzy ochraniali Itcha – gdyż część pierwiastków była
nie do zdobycia albo była zbyt niebezpieczna, żeby je trzymać w zwykłym plecaku.
– Spokojnie, nie panikuj – powiedział. – Większość rzeczy
musiałem zostawić w domu; celnicy mogliby się przyczepić.
Chciałem ci tylko pokazać tabelę, żebyś wiedziała, gdzie są
metale ziem rzadkich.
– Nie interesuje mnie to – odparła Chloe. – Wyjaśnij mi
w dwóch zdaniach. Potem wracam do słuchania Rihanny. –
Pomachała w stronę brata słuchawkami.
– Okej. W dużej mierze mieszczą się na samym dole układu
okresowego, w ostatnich dwóch rzędach. Są do siebie bardzo
podobne, a stosuje się je do produkcji laptopów, komórek…
– Wystarczy – przerwała mu Chloe i wcisnęła sobie do
uszu małe białe słuchawki.
– …I prawdopodobnie twojego iPoda – dokończył Itch.
– Nieźle – podsumował Nicholas i znów się zaśmiał. Itch
westchnął. – A wracając do twojego pytania, Itch: owszem,
może tu być europ, jak również inne metale ziem rzadkich.
A dlaczego zainteresował cię europ?
– Bo to właśnie na europ rozpadłby się pierwiastek 126 po
tym, jak go zniszczyłem w ISIS-ie. Cieszę się, że to zrobiliśmy. A kiedy zdobędę europ, chcę się nim pochwalić. Żeby
podkreślić, co udało nam się osiągnąć.
Ojciec Itcha pokiwał głową.
– Byliście niesamowici. Masz jakieś wieści od Jack i Lucy?
Co u nich słychać?
24
– Jack chyba wspominała, że Lucy zaprosiła ją na sylwestra –
odparł Itch.
– Żałujesz, że cię tam nie ma?
– A jak ci się wydaje?! – Itch wyszczerzył zęby. – Oczywiście, że nie! Uczestniczę w poszukiwaniach pierwiastków!
I to razem z tobą. I zabraliśmy ze sobą Chloe. Jak można to
w ogóle porównywać do jakiejś nudnej imprezy?
Nicholas zerknął na wskaźnik paliwa.
– Zatankujmy. – Wjechał na stację benzynową. – Poza tym
mam dla każdego z was prezent. Przyda wam się, zanim zejdziemy do kopalni.
– Siedząc w ciepłym popołudniowym słońcu, co było przyjemną odmianą po ponurej zimie w domu, Nicholas wyciągnął dwie identyczne paczki, po czym wręczył je Itchowi
i Chloe.
Itch wytarł tłuste po zjedzeniu hamburgera dłonie o dżinsy
i zważył paczkę w dłoni. Miała rozmiar książki w miękkiej
oprawie, ale była cięższa i chłopak wyczuł, jak pod świątecznym papierem coś się przesuwa. To było dziwne – otwierać
prezenty od Mikołaja w upalny dzień na drodze R301, po której jechały z rykiem ciężarówki. Itch i Chloe popatrzyli na pudełka, potem na ojca. Itch uśmiechnął się szeroko, a Chloe miała zdziwioną minę.
– To wykrywacze promieniowania – powiedział Nicholas. –
Najnowocześniejsze. Ustawiliśmy je tak, żeby wykrywały
promienie X i sygnatury, na które musicie uważać. Zaczną
wściekle terkotać, jeżeli wykryją wzrost promieniowania.
25
Oboje musicie uważać, ale ty Itch wiesz, co ci grozi. Po przeszczepie szpiku możesz nie dostać drugiej szansy.
Itch otworzył pudełko i wyjął czarno-żółty metalowy pojemnik z żółtym przewodem. Na górze znajdował się okrągły
wskaźnik i skala oznaczona kolorami od niebieskiego do
czerwonego.
– Zrobione na zamówienie. Nieźle, co? Wykonane z trójbromku ceru, który stanowi szczyt technologii w wykrywaniu promieniowania. W pobliżu kopalni musicie je nosić bez
przerwy. Oczywiście wszędzie będzie słabe promieniowanie –
każde kliknięcie oznacza wykrycie rozpadającej się cząsteczki.
Pomiar jest w rentgenach na godzinę…
– Tato – przerwał mu Itch – przecież my to wszystko wiemy. Liczniki Geigera wariowały w pobliżu pierwiastka 126.
Nicholas przytaknął.
– Oczywiście. Przypominam tylko Chloe, że jeżeli dobiegające z głośnika terkotanie będzie coraz szybsze, to macie się
zmywać. I dać mi znać.
– Po co tam w ogóle idziemy, jeżeli to niebezpieczne? –
zapytała cicho Chloe, nie otwierając swojego pudełka. Zrobiło jej się nieswojo na wzmiankę o zagrożeniu chorobą
popromienną.
– Chloe, nic nam nie grozi – wyjaśnił ojciec. – Znajdujemy
się w pewnej odległości od samej kopalni, gdzie jest źródło
promieniowania. To tylko dodatkowe zabezpieczenie. Liczniki
są też wodoodporne, to Jacob je skonstruował, patrzcie. – Nicholas wskazał imię Itcha wygrawerowane na srebrnej tylnej
26
ściance licznika: Dla Itchinghama Lofte’a. Uwaga na terkotanie!
Od przyjaciela Jacoba.
– Ojej. Jedyne na świecie wykrywacze promieniowania z dedykacją. Ostrzeżenie nie było konieczne, ale o czymś takim to
zawsze marzyłem. – Itch zawiesił sobie licznik na szyi. – Jak
wyglądam, Chloe?
Siostra wzruszyła ramionami.
– Do twarzy ci z nim. – Swój wykrywacz i papier włożyła
do plecaka. – Możemy już jechać? – zapytała.
Kiedy dotarli do Vanrhynsdorp wczesnym wieczorem, słońce
zachodziło właśnie za niskimi skalistymi wzgórzami. Przejechali przez miasteczko pełne zadbanych żywopłotów i pensjonatów; ostatnie kilka kilometrów Nicholas pokonał powoli.
– Dobrze, że się tu nie zatrzymujemy! – powiedział Itch,
kiedy zostawili już za sobą przystrzyżone, równe trawniki. –
Strasznie wiało nudą. Tato, dodaj gazu, może dojedziemy na
miejsce, zanim się ściemni.
Wszyscy byli podekscytowani, lecz zmęczenie po całym dniu
ulotniło się, kiedy samochód wjeżdżał po pylistej drodze pełnej wyboi. Itch i Chloe wychylili się przez okna, nie zważając
na kurz wzniecany przez samochód z napędem na cztery koła.
– „Kopalnia Palmeitkraal. Uwaga: Niebezpieczeństwo! Wstęp
wzbroniony”. – Itch odczytał napis na małej tabliczce na poboczu. – Chyba jesteśmy na miejscu!
– Hotel cztero- czy pięciogwiazdkowy, jak myślicie? – rzuciła Chloe.
27
Śmiali się, wysiadając z land rovera. Stali i przyglądali się
rozpadającemu się, niegdyś białemu domowi, a w tle słychać
było cykanie świerszczy i sporadyczne klikanie głośnika wykrywacza na szyi Itcha.
– Biali szefowie tu się zatrzymywali – wyjaśnił Nicholas,
kiedy wnosili do domu walizki. – Było kilka domów, w których mieszkali właściciele kopalni. Czarnoskórzy górnicy
gnieździli się w lichych chatkach bliżej kopalni. Potem, w latach sześćdziesiątych, wszystko zostało zamknięte i od tamtego czasu nic się tu właściwie nie działo.
Salon był pusty i zamieciony, ale na tym kończyły się luksusy. Po jednej stronie stała zniszczona kanapa i dwa wgniecione fotele przed starym telewizorem, po drugiej trzy łóżka
polowe, a ze starej reklamówki wystawała pościel.
Chloe sprawdziła telefon.
– Dziwne – powiedziała. – Jakbyśmy byli w namiocie. Ani
Wi-Fi, ani zasięgu. Nic a nic.
Znaleźli skromną kuchnię i nadającą się do użytku łazienkę, ale pokoje na piętrze musiały być kiedyś schronieniem
zbyt wielu ptaków i małych zwierząt.
– Chyba zostaniemy na dole – oznajmiła Chloe.
3
Rankiem następnego dnia po próbie usuwania pni Lofte’owie wsiadali do samochodu w świetnych humorach. To
była ich pierwsza wycieczka do kopalni i nawet Chloe była
podekscytowana.
– Dziwnie się czuję, spędzając w ten sposób sylwestra. Domyślam się tato, że nie masz w planach imprezy… W tym
domu jest mnóstwo miejsca!
– Moglibyśmy zaprosić wszystkich sąsiadów – powiedział
Itch. – Czyli, sądząc po stanie pokojów na piętrze, wszystkie
miejscowe dzikie psy i kilka antylop.
Ojciec się zaśmiał.
– Masz rację, trochę tam śmierdzi – powiedział, kiedy samochód podskakiwał na drodze, oddalając się od domu. –
Może sami sobie urządzimy spokojnego sylwestra. Moglibyśmy przygotować braai!
– Co takiego? – zapytała Chloe.
29
– Grill – wyjaśnił Nicholas. – Nie możemy wyjechać, nie
spróbowawszy miejscowej kiełbasy boerewors albo mięsa strusia. Człowiek, z którym mamy się spotkać, powinien nam coś
doradzić; to współpracownik Jacoba z tutejszego uniwersytetu. Jego ojciec był brygadzistą, kiedy kopalnie wydobywały
niewielkie ilości toru. Oprowadzi nas. Jest tu trochę starych
szybów, których należy się wystrzegać – są już zresztą pozamykane – ale wspominał o jednym, do którego da się zejść.
Nie wiadomo, może nawet znajdziemy trochę europu!
– Czy to znaczy, że doktor Alexander jest właścicielem tych
kopalń? – zapytał Itch. – Czy to dlatego możemy do nich wejść?
Jechali w milczeniu, a Nicholas zastanawiał się nad odpowiedzią. W końcu rzekł:
– No cóż, to ma być co prawda tajemnica, ale i tak wielu
rzeczy wam nie mówię, więc… – Westchnął. – Tak naprawdę
to kupiliśmy te kopalnie do badań prowadzonych przez miejscową uczelnię. Pozostało kilka papierkowych spraw do załatwienia, ale umowa jest już zawarta. Jest spore zainteresowanie kopalniami złota i platyny, ale nie tutaj. Nie było chętnych,
bo są zrujnowane i niebezpieczne. To oficjalna wersja. Nasz
człowiek jest jednak innego zdania. Oto i on!
Wskazał skrzyżowanie przed nimi, po czym pomachał do
stojącego przy ciężarówce z platformą mężczyzny. Siedzący
z tyłu chłopiec wstał i też pomachał, kiedy Nicholas zatrzymał się tuż za nimi.
– Dzień dobry, Thembo! Dzięki, że zechciałeś się z nami
spotkać! – zawołał Nicholas, wysiadając.
30
Mężczyzna uśmiechnął się życzliwie.
– Nicholas! Dobrze znów cię widzieć! – Był szczupły i nieco przygarbiony, miał mocno kręcone czarne włosy, które siwiały na skroniach. – To mój syn, Sammy. – Chłopiec wysiadł
i stał z rękami wzdłuż ciała i uśmiechem na twarzy. – No,
Sammy, powiedz coś. To jest pan Lofte z Anglii, o którym ci
opowiadałem.
– Dzień dobry, panie Lofte – powiedział Sammy, nadal się
uśmiechając. – Miło mi pana poznać.
Uścisnęli sobie nieco oficjalnie dłonie. Itch i Chloe podeszli do nich.
– Itch, Chloe, to jest Themba Motsei i jego syn Sammy.
Themba będzie nadzorował nasze prace w kopalniach.
Wszyscy podali sobie ręce i skinęli kurtuazyjnie głowami.
– Ile macie lat? – zapytał Themba.
– Ja mam dwanaście, a Itch piętnaście – powiedziała
Chloe. – A ty, Sammy?
Chłopiec nadal się uśmiechał, skrępowany.
– Trzynaście – odparł cicho. I zapytał: – Kibicujecie Manchester City? – Wskazał na swoją jasnoniebieską koszulkę.
Nicholas i Themba roześmiali się, ale Itch i Chloe mieli
zdziwione miny.
– Nie interesuję się piłką – wyznał zakłopotany Itch. Sammy wydawał się rozczarowany. – Nie żebym jej nie lubił –
dodał szybko Itch. – Po prostu nie mam na jej temat zdania.
Część moich kolegów chyba im kibicuje. I Manchester United. I Chelsea…
31
– Itch, tylko nie udawaj, że się na tym znasz – upomniała
go Chloe. – Znajdziemy inny temat do rozmowy.
Wszyscy wsiedli do ciężarówki – Nicholas i Themba do
szoferki, Sammy, Itch i Chloe na platformę, gdzie stały przymocowane różne skrzynie.
Ciężarówka jechała powoli; na wybojach można było jechać najwyżej dziesięć kilometrów na godzinę. Itch i Chloe
trzymali się burt.
Sammy znów się uśmiechnął.
– Jechaliście już tak kiedyś?
Itch i Chloe pokręcili głowami.
– Tak jest najlepiej. Mimo że wszędzie tutaj drogi są okropne i pełno w nich dziur.
– Wiesz, dokąd jedziemy? – zapytał Itch.
– Tata mówi, że do kopalni Hewitt B. To dobrze, przynajmniej nie będziecie tam potrzebować skafandrów ochronnych.
Itch i Chloe wymienili spojrzenia.
– A jest kopalnia Hewitt A?
Chłopiec znów się uśmiechnął.
– Tak. A, C i D. Nie jeździmy tam często. Ale B jest fajna.
Zobaczycie sami. Po co nosicie te liczniki Geigera?
– Wiesz, co to jest? – zdziwił się Itch, podnosząc swoje
żółte metalowe urządzenie, z którego dobiegało klikanie.
– Pewnie – odparł Sammy. – Tata ciągle przynosi je do
domu. Trochę się nimi bawiliśmy, ale wy je nosicie jak naszyjniki.
32
– To długa historia – powiedziała Chloe i schowała swój
licznik pod T-shirt.
Sammy zrozumiał aluzję i nie zadawał więcej pytań.
Ciężarówka stanęła i zobaczyli, że Themba otwiera masywną kłódkę i zdejmuje łańcuch, który spinał dwa wielkie
skrzydła bramy. Na przyśrubowanej do prętów dużej tabliczce było napisane: „Kopalnia Hewitt B. Teren strzeżony. Wstęp
wzbroniony”. Nicholas pomógł mu otworzyć bramę, a kiedy
mężczyźni wrócili do ciężarówki, samochód wtoczył się powoli na pokryty skałami teren.
Itch i Chloe od razu rozpoznali opuszczoną kopalnię –
w ich ojczystej Kornwalii było ich mnóstwo. Przy każdym
szybie wznosiły się charakterystyczne nierówne hałdy ziemi
i kamieni. Zardzewiałe i niszczejące wyciągarki stały obok
ciągu brzydkich betonowych budynków. Jednak nie widzieli
nigdy czegoś tak wielkiego – kopalnia zajmowała wielokilometrowy obszar na zboczu wzgórza, na którym stali. Pośród
gęstych ciemnozielonych krzaków widniały połacie brązowych, pokruszonych skał. Kilkaset metrów od nich stało kilka spalonych domów.
– Tam mieszkali górnicy? – zapytała Chloe.
Sammy pokręcił głową.
– Tylko biali. Górnicy mieszkali w chałupach. – Wskazał
sterty blachy falistej i drewna nieopodal. – Wszystkie się zawaliły. Nawet chata mojego dziadka.
Droga, która była w opłakanym stanie, skręcała w stronę
betonowego budyneczku, który wyglądał jak nowy. Czysty
33
i pozamiatany teren wokół niego był otoczony drutem kolczastym i tabliczkami z napisem „Wstęp wzbroniony”. Chloe
podskoczyła ze strachu na odgłos podwójnego kliknięcia
spod T-shirtu i popatrzyła na Itcha.
– To nic takiego – jesteśmy za daleko od skał, które…
– I tak powiem o tym tacie – odparła Chloe, a kiedy ciężarówka się zatrzymała, wyskoczyła pierwsza.
Nicholas i Themba wysłuchali opowieści o dodatkowych
kliknięciach licznika.
– Kopalnie ze złożami toru są po drugiej stronie wzgórza,
Chloe – powiedział Themba. – Wiele, wiele lat temu były
tu śladowe ilości toru, ale teraz kopalnię oczyszczono,
sprawdzono i dopuszczono do użytku. Stare budynki się
burzy i zasypuje gliną, bo są radioaktywne. Byłem z licznikiem Geigera w tej kopalni i nie było żadnych nieoczekiwanych wyników. Szyb przywrócono do pierwotnego stanu. Gdyby nie było bezpiecznie, nie przyjechałbym tu
z Sammym.
Chloe wyglądała na uspokojoną.
– No dobrze. I co teraz?
– Przeprowadzimy z Thembą parę testów na próbkach skał
jakieś pięćdziesiąt metrów pod ziemią – wyjaśnił Nicholas.
– Czego szukacie? – zapytał Itch.
– Monacytu – odparł Themba. – Tak wygląda. – Wyjął
z kieszeni mały czerwonawobrązowy kamyk. – Znalazłem go
właśnie tutaj. Powinien zawierać lantan i prawie wszystkie
metale ziem rzadkich.
34
– Czyli również tor? Czy to nie znaczy, że jest promieniotwórczy? – Chloe odsunęła się o krok. – Stąd się wzięło to
klikanie!
– Daj mi swój licznik – powiedział Nicholas i Chloe wyjęła
go spod T-shirtu.
Themba wyciągnął kawałek monacytu, a Nicholas podszedł do niego z wykrywaczem.
– Słuchajcie – polecił.
Z odległości metra kliknięcie słychać było co dziesięć sekund. Nicholas zbliżył się na odległość dziesięciu centymetrów do kamienia i kliknięcia nie przyspieszyły. Dopiero kiedy licznik i skała były tuż obok siebie, częstotliwość odgłosów
się zwiększyła.
– Niewiele więcej promieniowania niż jest w bananie! –
podsumował Themba.
Spodziewał się, że Itch i Chloe się zdziwią, ale oni uśmiechnęli się tylko smutno. O radioaktywnych bananach opowiedział
im kiedyś sprzedawca minerałów Cake.
Chloe wzięła swój licznik, a Themba rzucił monacyt Itchowi.
– Przyjrzyjcie się – powiedział.
– No dobrze, więc to jest coś warte? – zapytała Chloe, zerkając na kamyk w dłoni Itcha.
Themba się zaśmiał.
– Tak naprawdę większość metali ziem rzadkich nie jest
wcale rzadka, trudno je tylko od siebie odróżnić i oddzielić…
– Zaraz, czyli one nawet nie są rzadkie? – zapytała z niedowierzaniem Chloe. – To o co w takim razie tyle szumu?
35
– Cóż, trudno je wypreparować, ale na przykład magnesy,
które z nich powstają, stosuje się w urządzeniach elektronicznych, komputerach, telefonach, samochodach elektrycznych…
Potrzeba bardzo niewielkich ilości, ale są niezbędne.
Itch wyczuł, że jego siostra zaczyna się nudzić; nie wracała
do ciężarówki tylko ze względu na Thembę i Sammy’ego.
– Mogę pomóc? – zapytał Itch. – Skoro to bezpieczne…
Jego ojciec i Themba wymienili spojrzenia.
– Pewnie – odparł z uśmiechem Nicholas. – Czemu nie?
Przynieś skrzynie z ciężarówki i zaczynamy.
– A co mamy robić Sammy i ja? – zapytała Chloe.
– Jeżeli chcesz, mogę ci pokazać okolicę – zaproponował
Sammy. – Tu jest zresztą dużo ciekawiej, w niektórych domach jest jeszcze stary sprzęt. Kiedyś znalazłem tam stary
sagaj… taki oszczep – dodał chłopiec, widząc zdziwioną minę Chloe.
– Fajnie – odparła na to, niespodziewanie zainteresowana,
i poszła za nim w stronę spalonych budynków. – Hej, Sammy,
łap! – zawołała, rzucając do niego piłkę.
Itch wszedł na platformę ciężarówki i podniósł pierwszą
skrzynię.
– Itch, ostrożnie – zawołał tata. – Spektrometry są drogie!
Itch widział swego czasu spektrometr fluorescencji rentgenowskiej, który posłużył do analizy pierwiastka 126, ale
tamta maszyna była olbrzymia. Ten był przenośny.
36
– Naprawdę? Tutaj? – zapytał i postawił skrzynię na podłodze platformy. Zeskoczył na ziemię, po czym ostrożnie ją
wziął.
Wejście do kopalni znajdowało się w nowym budynku ze
stali i Itch postawił spektrometr przy wejściu. Przeniesienie
wszystkiego z ciężarówki wymagało kilku kursów. Idąc po
ostatnie urządzenia, zerknął na Chloe i Sammy’ego: byli
dość daleko i biegali za jej piłką po zboczu. Wcześniej minęli kilka małych hałd, a teraz rzucali piłkę u podnóża
piętnastometrowej sterty gruzu z kopalni. Swego czasu wbiegał na podobną stertę w Kornwalii i pamiętał, że była mało
stabilna. Kiedy się przyglądał, Chloe nie złapała piłki, która
odbiła się i potoczyła na półkę usypaną z małych kamieni
w połowie hałdy.
Itcha nagle coś tknęło; zrobił krok do przodu.
– Chloe! – zawołał. – Tam nie jest bezpiecznie! Lepiej…
Hałda się obsunęła i na jego oczach pod półką pojawiła się
czarna wyrwa. Piłka, półka i Chloe zniknęli, zupełnie jakby
otworzyła się pod nimi zapadnia.
Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej
przez Wydawnictwo Zielona Sowa.
Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji
bez pisemnej zgody Wydawnictwa Zielona Sowa.
Serdecznie dziękujemy za pobranie fragmentu książki!
Mamy nadzieję, iż przypadł Państwu do gustu!
Już dziś zapraszamy do zakupu książki w naszym sklepie
www.zielonasowa.pl