Untitled - Zielona Sowa
Transkrypt
Untitled - Zielona Sowa
Fragment darmowy udostępniony przez Wydawnictwo w celach promocyjnych. EGZEMPLARZ NIE DO SPRZEDAŻY! Wszelkie prawa należą do: Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Warszawa 2015 www.zielonasowa.pl Tłumaczenie: Patryk Gołębiowski Tytuł oryginału ITCHCRAFT Projekt okładki www.blacksheep-uk.com zdjęcie na okładce: © Getty Images Z angielskiego przełożył Patryk Gołębiowski Redaktor prowadzący Monika Koch Redakcja Maryna Wirchanowska Korekta Jadwiga Przeczek Skład i łamanie PLUS 2 Witold Kuśmierczyk Copyright © Simon Mayo, 2014 First published as Itchcraft by Random House Children’s Publishers UK Copyright © by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2015 The Hurlers (s. 171–172) – słowa i muzyka Seth Lakeman © 2008 Reproduced by permission of EMI Music Publishing Ltd, London W1F 9LD The right of Simon Mayo to be identified as the author of this work has been asserted in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act 1988. ISBN 978-83-7983-127-2 Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 96 00-807 Warszawa tel. 22 576 25 50 fax 22 576 25 51 [email protected] www.zielonasowa.pl Dla Hilary 83 w świecie 38 1 Droga Transafrykańska, Lagos, Nigeria 30 grudnia Opancerzony mercedes gwałtownie skręcił, wymijając wybój wielkości stołu do snookera. Najwyższej jakości zawieszenie mogło złagodzić jazdę po większości wertepów, ale droga A1 z międzynarodowego lotniska imienia Murtali Mohammeda do Lagosu była w fatalnym stanie. Jedno koło zaczepiło o krawędź pękniętego asfaltu i pasażerami auta rzuciło. Przytrzymali się podłokietników i rozległy się głośne przekleństwa po niderlandzku i francusku. Christophe Revere i Jan Van Den Hauwe, szefowie międzynarodowej korporacji naftowej Greencorps, nie byli szczęśliwi. – Do diabła! Czy oni tu w ogóle umieją budować drogi? 7 – Odpowiedź na twoje pytanie, Christophe, brzmi oczywiście: nie. Korupcja i przekupstwo to jedyny sposób, żeby coś tu załatwić. Zresztą co nieco na ten temat wiemy. Francuz uśmiechnął się i zaryzykował kolejny łyk drogiej brandy. – Wiemy, Jan – oczywiście, że wiemy. Jesteśmy za to w dużej mierze odpowiedzialni. – Otarł wargi chusteczką i poprawił pas. Mały telewizor nadawał program na kanale finansowym; mężczyźni oglądali przesuwający się po ekranie ciąg informacji. – A w Europie nadal chaos! Niczego się nie nauczyli… Przy kolejnym szarpnięciu samochodu trochę alkoholu wylało się na tapicerkę. Revere zamknął oczy, jakby się modlił. – Daj mi siłę… – wymamrotał. Obaj mężczyźni spojrzeli przez przyciemnione szyby, ale światło latarń i neonów było za słabe, żeby przedostać się przez ciemne szkło. Widok przez przednią szybę był wyraźniejszy, niezwykle silne reflektory mercedesa rozświetlały krajobraz nocnej godziny szczytu jak ze snu. – Na miłość boską, jest po północy! Skąd te tłumy? – Van Den Hauwe skierował pytanie do szofera, który odpowiedział do interkomu, nie odrywając wzroku od drogi. – Zawsze tak jest, proszę pana. – Zerknął w boczne lusterko i zjechał najpierw na lewy pas, a potem – ku przerażeniu pasażerów – na drugą jezdnię. – Co u…! – Jadące z naprzeciwka samochody zjeżdżały im z drogi, z rzadka trąbiąc lub migając światłami. Jakby to było zupełnie normalne. 8 – Wielka dziura w jezdni, proszę pana – powiedział kierowca. – Nazywamy go „dołem mamuśki”. Wszyscy o niej wiedzą. Holender pokręcił głową. – Macie nazwy dla wyboi? Szalony kraj. Kierowca się uśmiechnął. – Zgadza się, proszę pana. Trafił pan w dziesiątkę! Ekipa ochroniarzy, która jechała przed nimi w wypucowanym samochodzie terenowym, radziła sobie chyba nieco lepiej, klucząc między dziurami w asfalcie, jadącymi wolno starymi sedanami i pędzącymi samochodami sportowymi. Kierowca bez przerwy naciskał klakson, wrzaskami i gestami rozprawiając się z tymi użytkownikami drogi, którzy go zdenerwowali. Raz w oknie od strony pasażera pojawiła się lufa wycelowana w kierowcę kabrioletu bmw, który próbował ich wyprzedzić; śmiałek szybko został w tyle za samochodem ochrony i mercedesem i przy najbliższej okazji zjechał z drogi do Lagosu. Natężenie ruchu się zmniejszyło, gdyż większość samochodów zjechała na pas, z którego skręcało się do centrum Lagosu, zaś mały konwój Greencorps nadal jechał na południe, podążając za drogowskazami do portu Tin Can Island. – Jan, denerwuję się przed tym spotkaniem – powiedział Revere do wspólnika. – A jeżeli nowemu szefowi policji nie będzie można zaufać? I dlaczego spotykamy się tak daleko od miasta? Nie podoba mi się to. Van Den Hauwe obrócił się lekko w jego stronę. 9 – Mnie też nie, Christophe, ale po wycieku i… – przez chwilę szukał odpowiedniego słowa – o b ł ę d z i e Flowerdew musimy z powrotem zapanować nad tym miastem. Kiedyś było nasze, ale to się zmieniło. Jeżeli szef policji znajdzie się u nas w kieszeni, no cóż, to będzie dobry początek. Wydawał się chętny. Dlatego przyjechaliśmy. Samochód skręcił w lewo, mijając tabliczkę autostrady Apapa Oworonshoki i przez przednią szybę mercedesa przez chwilę było widać ciemną połać laguny. Jednak kiedy pasażerowie usłyszeli przestraszony jęk kierowcy, zrozumieli, że coś jest nie tak. Oderwali wzrok od ekranu telewizora. – Co się dzieje? – zapytał Van Den Hauwe, ale pustka na drodze przed nimi mówiła sama za siebie. – Straciliśmy ochronę – powiedział opanowanym tonem Revere. Nachylili się, żeby wyjrzeć przez przednią szybę, ale w blasku świateł widać było tylko zakurzony asfalt, słupy telegraficzne i pustą drogę. – Gdzie oni się podziali?! – zawołał Van Den Hauwe. Nacisnął przycisk na drzwiach, opuścił szybę i wystawił głowę na zewnątrz. Noc była gorąca i wilgotna. W samochodzie rozszedł się zapach morza, nafty i spalonej gumy. Revere pociągnął towarzysza, żeby schował głowę do auta. – Ktoś im zapłacił, żeby się zmyli. Chyba powinniśmy wracać – powiedział. – Na lotnisko. 10 Kierowca miał strapioną minę. Mercedes był co prawda wyposażony we wszelkie możliwe środki bezpieczeństwa, ale w Lagosie panowało bezprawie, a jeżeli za twoją głowę wyznaczono nagrodę… Zawrócił auto. – Jak na drogę ekspresową, to ruch jest niewielki – skomentował cicho Van Den Hauwe. Revere przytaknął. – Prawie żaden. Mam wrażenie, że za chwilę będziemy mieli towarzystwo. Przyspieszali na zakręcie, kiedy drogę zajechała im pierwsza furgonetka. Po chwili trzy srebrnoszare isuzu rodeo obróciły się na dymiących oponach, tarasując drogę przed mercedesem. Szefowie Greencorps byli przygotowani i trzymali się skórzanych uchwytów pod sufitem, ale kiedy ich kierowca wcisnął hamulec, poczuli, jak ściskają ich pasy. Mercedes miał wprawdzie zadziwiająco krótką drogę hamowania, ale furgonetki były za blisko i rozległ się nieprzyjemny łomot uderzania metalu o metal. Jeszcze nie opadła chmura pyłu i dymu, kiedy z furgonetek wyskoczyły ubrane na czarno postaci. – Cofaj! Cofaj! Cofaj! – wrzeszczał Revere. Kierowca wrzucił wsteczny. Wyrwał zderzak ze zgniecionej masy metalu i wycofał samochód na skraj drogi. Kiedy obrócili się tyłem do furgonetek, oślepiły ich nowe reflektory. Trzy kolejne furgonetki wyjechały zza zakrętu i zatrzymały się z piskiem opon, odcinając mercedesowi drogę ucieczki. 11 – Wygląda na to, że ktoś chce z nami porozmawiać – rzucił Van Den Hauwe. – Miejmy nadzieję, że na rozmowie się skończy – dodał Revere. Szefowie Greencorps siedzieli i czekali. *** Palmeitkraal, Prowincja Przylądkowa Zachodnia, Republika Południowej Afryki – Łap! – zawołała Chloe. – Po co? – zapytał Itch, kiedy piłka przeleciała mu obok głowy, po czym odbiła się od zakurzonej, porośniętej rzadkimi krzakami ziemi. – Mogłeś przynajmniej spróbować – skarciła go siostra. – Owszem, mogłem – przyznał Itch. Klęczał i oburącz zagarniał do siebie ziemię i kamienie. Wokół niego wirowały kłęby ciemnego piasku i kurzu; większość osiadała mu na falujących blond włosach i przyklejała się do przepoconego T-shirtu. – Czy tata wie, co ty wyprawiasz? Przecież powiedział, że nie wolno ci przeprowadzać nielegalnych eksperymentów. – Chloe podeszła do brata i spojrzała mu przez ramię. 12 – Nie, to ty powiedziałaś – odparł Itch, wsypując ziemię do słoja. – Ale to jest nielegalne, prawda? – naciskała Chloe. – W Anglii, owszem. Ale nie jesteśmy w Anglii, prawda? – Podniósł wzrok i uśmiechnął się do niej. – Zawsze chciałem tego spróbować – Chloe, daj spokój. – Jeżeli to jest nielegalne w kraju, to jest też pewnie nielegalne w Republice Południowej Afryki. Sprawdzałeś? – No dobrze, może w takim razie się upewnię… – Itch rozejrzał się teatralnie po górzystym terenie, przesunął wzrokiem po niskiej, wiecznie zielonej roślinności, połaciach nagiego piaskowca i opuszczonych pozostałościach kopalni. – Nie, nikogo tu nie ma. – Znów się uśmiechnął. – Chyba czas wrócić do badań. Chloe westchnęła. – Daj sobie spokój, przecież oboje wiemy, czym w twoim przypadku kończy się „powrót do badań”. A co właściwie robisz? – Preparat do usuwania pni – wyjaśnił Itch. – Nie widzę tu żadnych pni. – Kluczowym słowem jest „usuwanie”. Mam zresztą wrażenie, że usunie on wszystko. – Wsypał do słoika trochę białego proszku. – Wygląda groźnie – powiedziała Chloe. – Naprawdę? To tylko KNO3. – Itch, nie wciągaj mnie w te swoje gierki. Mów po ludzku. Wiem, że K to potas… 13 – Azotan potasu. Inaczej saletra. – A ten drugi proszek? – To tajemnica. – Niech zgadnę. Wybucha? – Może – przyznał Itch. – Jeżeli się je zmiesza i podpali. – Tego się właśnie bałam – powiedziała Chloe, idąc po piłkę. – Może jednak wolałbyś pograć? *** Lagos, Nigeria Van Den Hauwe i Revere spodziewali się różnych rzeczy, ale na widok postaci, które stanęły w półkolu przed mercedesem, opadły im szczęki. W blasku świateł stało sześć kobiet, ubranych w czarne dżinsy i skórzane kurtki. Wpatrywały się w przednią szybę. Każda z nich miała nasuniętą nisko na oczy czapkę koloru khaki. – Kim jesteście? – zapytał Van Den Hauwe z oczami wielkimi ze zdumienia. Kobiety mogły mieć koło dwudziestki; były tam Nigeryjski, białe Europejki i Tajki… a może Malezyjki. Stały nieruchomo. – Christophe, teraz chyba nasz ruch. – Zgadza się. Mężczyźni otworzyli drzwi i wysiedli. 14 – Eee… dzień dobry paniom – zaczął Revere, stojąc przy otwartych drzwiach mercedesa. – Musiało wam bardzo zależeć na tym spotkaniu. – Wyłączcie światła! – krzyknął jakiś głos. Kierowca, który opuścił szybę, zgasił reflektory. Dwie silne latarki oświetliły naftowców, którzy zaczęli się obficie pocić. – Podejdźcie bliżej. – W nieznoszącym sprzeciwu głosie słychać było silny akcent. Obaj mężczyźni wykonali polecenie. – Klęknijcie! Revere i Van Den Hauwe spojrzeli na siebie nawzajem, potem na kobiety. – Kim jesteście? O co wam chodzi? Jestem pewien, że możemy się dogadać, ale… – Klękać! – Tym razem poleceniu towarzyszył złowieszczy odgłos odbezpieczanego pistoletu. Uklękli na ziemi. Kobiety zrobiły kilka kroków w stronę samochodu. Te z brzegu trzymały latarki, zaś ta, która szła w środku, wysoka, o oliwkowej cerze i kruczoczarnych włosach, miała pistolet. Spojrzała na kierowcę. – Uciekaj. Już! Kierowcy nie trzeba było dwa razy powtarzać. Gwałtownie otworzył drzwi i popędził w noc. – Nazywam się Leila – powiedziała uzbrojona kobieta. – To są moje towarzyszki: Aisha, Sade, Tobi, Chika i Dada. – Kiedy wymieniała imiona, kobiety skłaniały głowy, jakby były sportsmenkami przedstawianymi publiczności przed wyścigiem. Klęczący naftowcy widzieli tylko zarys ich sylwetek. 15 – Jak moglibyśmy… – zaczął Francuz. – Kiedyś byłyśmy na waszych usługach – przerwała mu Leila. – Ale potem zabiliście naszą przyjaciółkę. – To na pewno jakaś pomyłka – powiedział, mrużąc oczy, oślepiony latarką Van Den Hauwe. – Nurkowałyśmy z Shivvi Tan Fook – ciągnęła podniesionym głosem Leila. – Teraz ona nie żyje, i to jest wasza wina. W stronę klęczących mężczyzn posypały się przekleństwa. Van Den Hauwe i Revere zaczęli protestować, ale dziewczyna z warkoczem, którą przywódczyni przedstawiła jako Chikę, doskoczyła do nich i przyklękła. Kobieta położyła palec na ustach. – Nie musicie nic mówić. Wiemy, że to nie wy ją zabiliście, tylko Flowerdew. Ale nie udało nam się go dopaść… – Na razie! – zawołała jedna z jej towarzyszek i wszystkie kobiety przytaknęły. Chika olśniła ich śnieżnobiałym uśmiechem. – Zgadza się. Na razie. Za to dopadłyśmy w a s. To wy ją zostawiliście i musicie za to zapłacić. – Wyciągnęła z trampka nóż i obaj mężczyźni wzdrygnęli się, opierając się o osłonę chłodnicy mercedesa. – Chika, nie! – zawołała Leila. – Umówiłyśmy się, pamiętasz? – Chika, jeszcze nie teraz – zawołał inny głos. Dziewczyna zerknęła na Leilę, po czym wbiła wzrok w ziemię. Potem przytaknęła i schowała nóż z powrotem do buta. 16 – Moim zdaniem powinnyśmy ich od razu zastrzelić. – Pięć głów odwróciło się w stronę białej kobiety z czarnymi włosami związanymi w kucyk. – Po co czekać? To świetna okazja. Jesteśmy to winne Shivvi. Dalej. – Ale Aisho, umówiłyśmy się inaczej – zaoponowała Leila. – Poczekamy. Może ich sprzedamy. Dostałybyśmy za nich niezłą kasę. – Też byłam tego zdania – odparła Aisha. – Ale wtedy nie spojrzałam im jeszcze w oczy. Są odrażający. Tacy jak oni zawsze wygrywają i wszystko uchodzi im na sucho. – Kilka kobiet przytaknęło. – Ale nie tym razem… Leila jeszcze raz popatrzyła na towarzyszki; wszystkie odwzajemniły jej spojrzenie i każda po kolei kiwnęła głową. – No dobrze. – Zrobiła krok do przodu. – Wstańcie i obróćcie się. – Uniosła pistolet. – Mamy pieniądze! Ile chcecie? Proszę… – zaczął błagać Revere, podnosząc się chwiejnie. – Odwróć się! – krzyknęła Leila. – Który pierwszy? Może w porządku alfabetycznym? – Podeszła do Jana Van Den Hauwe’ego, który przywarł do maski mercedesa. Zacisnął kurczowo powieki, kiedy kobieta przycisnęła mu lufę pistoletu do skroni. – Szczęśliwego Nowego Roku, Jan – powiedziała i pociągnęła za spust. – Szczęśliwego Nowego Roku, Chloe – powiedział Itch. Na wzgórzu rozległa się potężna eksplozja. Brat i siostra przyklękli w rozpadającym się domu i skrzywili się, kiedy 17 zaczęły na nich spadać pierwsze grudy ziemi. Potem posypały się kamyki. W uszach im dzwoniło, a oczy łzawiły od kłębów kurzu, kiedy popatrzyli przez wyrwę, gdzie kiedyś było okno. – Wow! – powiedział Itch z zachwytem. Dwadzieścia metrów nad miejscem wybuchu powstała mała chmura w kształcie grzyba. Na ich oczach przemieszczała się i zmieniała kształt; piasek i dym poderwane w stronę grzyba zdawały się wirować wokół jego krawędzi. Po kilku sekundach chmura rozproszyła się i zniknęła, a żwir i ziemia spadały jeszcze przez chwilę jak grad. – Ale… to przecież… – zaczęła Chloe, wpatrując się w brązową mgłę, która unosiła się nadal w powietrzu. – …nie była eksplozja jądrowa – dokończył Itch. – Choć i tak była fantastyczna! – Ale to wyglądało jak grzyb atomowy. Myślałam… – Zawsze tak jest, kiedy wybuch jest potężny. Choć widzę to pierwszy raz. Kiedyś zaproponowałem to pułkownikowi Fairniemu, ale się nie zgodził. – Niemożliwe – rzuciła Chloe. – Wyobrażasz sobie panikę, gdyby taka chmura w kształcie grzyba pojawiła się nad naszym domem? Fairnie miał rację. Jim Fairnie stał na czele grupy MI5, która miała chronić Itcha po tym, jak ten odkrył osiem bryłek niezwykle silnie promieniotwórczego pierwiastka 126. Obiecał, że w razie potrzeby będzie do dyspozycji chłopaka. Gdyby nie dzwonienie w uszach, Itch i Chloe wcześniej usłyszeliby zbliżającego się land rovera. 18 – Tata przyjechał – powiedziała Chloe. – Może być zabawnie. Nicholas Lofte jechał w kłębach kurzu, a za samochodem snuły się brązowe opary. Minąwszy miejsce wybuchu, skierował się w stronę starego domu górników, gdzie stali jego syn i córka. Kiedy Nicholas wyskoczył zza kierownicy, land rover trząsł się jeszcze od gwałtownego hamowania. – Co tu się stało?! Nic wam nie jest? – Ojciec podbiegł i złapał Itcha za ramiona. – Itch, to był straszny huk. Czekam na wyjaśnienia! – To tylko usuwanie pni, tato. Szkoda, że tego nie widziałeś! Udało nam się stworzyć chmurę w kształcie grzyba i w ogóle! – Nam? – zdziwiła się Chloe. – No dobrze, niech będzie, tylko mnie. Tato, to było ogromne… – Wiem, że było ogromne, synu, bo usłyszałem aż przy kopalni. Wybiegłem z biura i zobaczyłem chmurę. Itch, byłem przerażony, serce dalej wali mi jak młotem. Nic wam się nie stało? – Oczywiście, że nie, tato. Było trochę głośniej, niż się spodziewałem – powiedział Itch, który nadal miał oczy wielkie z ekscytacji. – Obsypał nas kurz i odłamki, ale to było nawet fajne. Nie potrafił powstrzymać się od śmiechu i Nicholas się wzdrygnął. Mieszały się w nim podziw i złość, kiedy patrzył na syna, który w wieku piętnastu lat miał sto osiemdziesiąt dwa centymetry wzrostu i ciągle rósł, a jego dwunastoletnia 19 siostra była tylko o dwadzieścia centymetrów niższa. W falujących blond włosach Itcha pełno było ziemi i piasku, które, kiedy mówił i się poruszał, sypały mu się na twarz. – Przynajmniej tym razem zostały ci brwi – zażartował Nicholas i wszyscy wybuchnęli śmiechem. Itch już dwa razy stracił brwi – ostatni raz przed paroma tygodniami, podczas pożaru szkoły Fitzherbert. On i jego kuzynka Jack cudem uszli wtedy z życiem. – No dobrze, muszę przyznać, że to było imponujące… co nie znaczy, że to pochwalam – dodał szybko Nicholas. – Itch, powinieneś był mi powiedzieć, co zamierzasz. Myślałem, że na razie masz dość niebezpiecznych przygód. Itch ruszył w stronę miejsca wybuchu, a ojciec i siostra poszli za nim. – Tak naprawdę wcale tego nie planowałem, ale w sklepie w miasteczku był azotan potasu i pomyślałem sobie, że to świetna okazja, żeby go wypróbować. W każdym razie lepiej tu niż w domu. Wszyscy wpatrywali się w mały krater, który został po „usuwaniu pni”. – Akurat w tej ostatniej kwestii masz rację – powiedział Nicholas – ale obiecałem twojej mamie, że dopilnuję, żeby nie stało się nic złego. Zakładam, że miała na myśli wybuchy. Przez chwilę trójka Lofte’ów kręciła się w milczeniu po okolicy. Od przyjazdu do Republiki Południowej Afryki Nicholas nie wspominał o Jude Lofte. Dowiedziawszy się, że jej mąż po kryjomu pracuje dla organizacji prowadzącej badania 20 nad energią, matka Itcha odeszła. Wróciła na Boże Narodzenie, ale atmosfera była napięta i nieprzyjemna. Kiedy Nicholas zaproponował, że zabierze Itcha i Chloe do RPA na eksplorację kopalń, zgodziła się niechętnie i powiedziała, że spędzi Nowy Rok z ich najstarszym synem, Gabrielem, i jego dziewczyną. Gabriel miał w styczniu wrócić na studia. Itch i Chloe wymienili spojrzenia. Chłopakowi wydało się, że jego siostra jest przygnębiona, i spróbował dodać jej otuchy uśmiechem. – Jeżeli jej o tym nie powiesz, to ja też dochowam tajemnicy – powiedział do ojca. Nicholas przytaknął. – Dobrze. Ale Itch, na tym koniec, okej? Gdybyś miał w planach następne eksperymenty, to masz mnie uprzedzić. Wolałbym, żeby nie zaskoczyła mnie kolejna eksplozja. Zgoda? Kiedy Itch kiwnął głową, nad nią uniosła się chmura pyłu. 2 Itch, Chloe i ich ojciec przylecieli do Kapsztadu trzy dni po Bożym Narodzeniu. Ich celem było miasteczko Vanrhynsdorp w Prowincji Przylądkowej Zachodniej. Wynajęli na lotnisku land rovera i pojechali do opuszczonej kopalni. To był stary szlak miedzi, region o tradycjach górniczych dorównujących ich ojczystej Kornwalii. Na półpustyni rozbili obóz w jednym ze starych domów górników. Kopalnię opuszczono w latach sześćdziesiątych, kiedy cena toru spadła, ale Nicholas i jego koledzy po fachu byli zdania, że zasoby jeszcze się nie wyczerpały. – Jesteśmy tym bardzo podekscytowani – wyjaśnił, kiedy jechali na północ. – Jedynym powodem, dla którego nie brano pod uwagę toru jako paliwa jądrowego, był fakt, że nie da się z niego zrobić broni. Ale pod ziemią jest go mnóstwo, prawie tyle samo co ołowiu. Nikt nie chciał tej starej kopalni, ale zdaniem Jacoba powinniśmy się jej przyjrzeć. 22 Doktor Jacob Alexander był dyrektorem szkoły górniczej w West Ridge i jako jedyny zbadał znalezione przez Itcha skały zawierające pierwiastek 126. W dalszym ciągu pieczołowicie przechowywał wydruki będące dowodem na to, że naprawdę przeanalizował ten tajemniczy pierwiastek. Był on niewiarygodnie promieniotwórczy i co za tym idzie – bardzo niebezpieczny. Doktor Alexander dostrzegł jego potencjał jako źródła energii; z kamieni Itcha można było uruchomić elektrownię jądrową. Próbował – bezskutecznie – przekonać Itcha, który wcześniej ukrył osiem skał, żeby zdradził mu miejsce, gdzie je schował. Teraz, kiedy skały zniszczono, Jacob Alexander musiał szukać innych źródeł energii. – Tato, potrzebuję europu. Czy w tej kopalni będą może jakieś metale ziem rzadkich? – Chwila, moment – wtrąciła się Chloe. – Że co? Europ? Metale ziem rzadkich? Nicholas się zaśmiał. – Itch, wyjaśnisz to siostrze? – Chloe, to podstawy chemii, ty nic nie kumasz? – Itch sięgnął po swój plecak. – Nie! – odparła Chloe. – Nic stamtąd nie wyciągaj! Żadnych skał, żadnych gazów, nic! Tylko mi wytłumacz. Za pomocą słów. Itch oparł się na siedzeniu i postawił plecak na podłodze. Miał w nim sto osiemnaście kieszonek, jedną na każdy pierwiastek układu okresowego; trzymał w nich swoją kolekcję. Wiele kieszonek było tylko na pokaz – taki żart agentów 23 MI5, którzy ochraniali Itcha – gdyż część pierwiastków była nie do zdobycia albo była zbyt niebezpieczna, żeby je trzymać w zwykłym plecaku. – Spokojnie, nie panikuj – powiedział. – Większość rzeczy musiałem zostawić w domu; celnicy mogliby się przyczepić. Chciałem ci tylko pokazać tabelę, żebyś wiedziała, gdzie są metale ziem rzadkich. – Nie interesuje mnie to – odparła Chloe. – Wyjaśnij mi w dwóch zdaniach. Potem wracam do słuchania Rihanny. – Pomachała w stronę brata słuchawkami. – Okej. W dużej mierze mieszczą się na samym dole układu okresowego, w ostatnich dwóch rzędach. Są do siebie bardzo podobne, a stosuje się je do produkcji laptopów, komórek… – Wystarczy – przerwała mu Chloe i wcisnęła sobie do uszu małe białe słuchawki. – …I prawdopodobnie twojego iPoda – dokończył Itch. – Nieźle – podsumował Nicholas i znów się zaśmiał. Itch westchnął. – A wracając do twojego pytania, Itch: owszem, może tu być europ, jak również inne metale ziem rzadkich. A dlaczego zainteresował cię europ? – Bo to właśnie na europ rozpadłby się pierwiastek 126 po tym, jak go zniszczyłem w ISIS-ie. Cieszę się, że to zrobiliśmy. A kiedy zdobędę europ, chcę się nim pochwalić. Żeby podkreślić, co udało nam się osiągnąć. Ojciec Itcha pokiwał głową. – Byliście niesamowici. Masz jakieś wieści od Jack i Lucy? Co u nich słychać? 24 – Jack chyba wspominała, że Lucy zaprosiła ją na sylwestra – odparł Itch. – Żałujesz, że cię tam nie ma? – A jak ci się wydaje?! – Itch wyszczerzył zęby. – Oczywiście, że nie! Uczestniczę w poszukiwaniach pierwiastków! I to razem z tobą. I zabraliśmy ze sobą Chloe. Jak można to w ogóle porównywać do jakiejś nudnej imprezy? Nicholas zerknął na wskaźnik paliwa. – Zatankujmy. – Wjechał na stację benzynową. – Poza tym mam dla każdego z was prezent. Przyda wam się, zanim zejdziemy do kopalni. – Siedząc w ciepłym popołudniowym słońcu, co było przyjemną odmianą po ponurej zimie w domu, Nicholas wyciągnął dwie identyczne paczki, po czym wręczył je Itchowi i Chloe. Itch wytarł tłuste po zjedzeniu hamburgera dłonie o dżinsy i zważył paczkę w dłoni. Miała rozmiar książki w miękkiej oprawie, ale była cięższa i chłopak wyczuł, jak pod świątecznym papierem coś się przesuwa. To było dziwne – otwierać prezenty od Mikołaja w upalny dzień na drodze R301, po której jechały z rykiem ciężarówki. Itch i Chloe popatrzyli na pudełka, potem na ojca. Itch uśmiechnął się szeroko, a Chloe miała zdziwioną minę. – To wykrywacze promieniowania – powiedział Nicholas. – Najnowocześniejsze. Ustawiliśmy je tak, żeby wykrywały promienie X i sygnatury, na które musicie uważać. Zaczną wściekle terkotać, jeżeli wykryją wzrost promieniowania. 25 Oboje musicie uważać, ale ty Itch wiesz, co ci grozi. Po przeszczepie szpiku możesz nie dostać drugiej szansy. Itch otworzył pudełko i wyjął czarno-żółty metalowy pojemnik z żółtym przewodem. Na górze znajdował się okrągły wskaźnik i skala oznaczona kolorami od niebieskiego do czerwonego. – Zrobione na zamówienie. Nieźle, co? Wykonane z trójbromku ceru, który stanowi szczyt technologii w wykrywaniu promieniowania. W pobliżu kopalni musicie je nosić bez przerwy. Oczywiście wszędzie będzie słabe promieniowanie – każde kliknięcie oznacza wykrycie rozpadającej się cząsteczki. Pomiar jest w rentgenach na godzinę… – Tato – przerwał mu Itch – przecież my to wszystko wiemy. Liczniki Geigera wariowały w pobliżu pierwiastka 126. Nicholas przytaknął. – Oczywiście. Przypominam tylko Chloe, że jeżeli dobiegające z głośnika terkotanie będzie coraz szybsze, to macie się zmywać. I dać mi znać. – Po co tam w ogóle idziemy, jeżeli to niebezpieczne? – zapytała cicho Chloe, nie otwierając swojego pudełka. Zrobiło jej się nieswojo na wzmiankę o zagrożeniu chorobą popromienną. – Chloe, nic nam nie grozi – wyjaśnił ojciec. – Znajdujemy się w pewnej odległości od samej kopalni, gdzie jest źródło promieniowania. To tylko dodatkowe zabezpieczenie. Liczniki są też wodoodporne, to Jacob je skonstruował, patrzcie. – Nicholas wskazał imię Itcha wygrawerowane na srebrnej tylnej 26 ściance licznika: Dla Itchinghama Lofte’a. Uwaga na terkotanie! Od przyjaciela Jacoba. – Ojej. Jedyne na świecie wykrywacze promieniowania z dedykacją. Ostrzeżenie nie było konieczne, ale o czymś takim to zawsze marzyłem. – Itch zawiesił sobie licznik na szyi. – Jak wyglądam, Chloe? Siostra wzruszyła ramionami. – Do twarzy ci z nim. – Swój wykrywacz i papier włożyła do plecaka. – Możemy już jechać? – zapytała. Kiedy dotarli do Vanrhynsdorp wczesnym wieczorem, słońce zachodziło właśnie za niskimi skalistymi wzgórzami. Przejechali przez miasteczko pełne zadbanych żywopłotów i pensjonatów; ostatnie kilka kilometrów Nicholas pokonał powoli. – Dobrze, że się tu nie zatrzymujemy! – powiedział Itch, kiedy zostawili już za sobą przystrzyżone, równe trawniki. – Strasznie wiało nudą. Tato, dodaj gazu, może dojedziemy na miejsce, zanim się ściemni. Wszyscy byli podekscytowani, lecz zmęczenie po całym dniu ulotniło się, kiedy samochód wjeżdżał po pylistej drodze pełnej wyboi. Itch i Chloe wychylili się przez okna, nie zważając na kurz wzniecany przez samochód z napędem na cztery koła. – „Kopalnia Palmeitkraal. Uwaga: Niebezpieczeństwo! Wstęp wzbroniony”. – Itch odczytał napis na małej tabliczce na poboczu. – Chyba jesteśmy na miejscu! – Hotel cztero- czy pięciogwiazdkowy, jak myślicie? – rzuciła Chloe. 27 Śmiali się, wysiadając z land rovera. Stali i przyglądali się rozpadającemu się, niegdyś białemu domowi, a w tle słychać było cykanie świerszczy i sporadyczne klikanie głośnika wykrywacza na szyi Itcha. – Biali szefowie tu się zatrzymywali – wyjaśnił Nicholas, kiedy wnosili do domu walizki. – Było kilka domów, w których mieszkali właściciele kopalni. Czarnoskórzy górnicy gnieździli się w lichych chatkach bliżej kopalni. Potem, w latach sześćdziesiątych, wszystko zostało zamknięte i od tamtego czasu nic się tu właściwie nie działo. Salon był pusty i zamieciony, ale na tym kończyły się luksusy. Po jednej stronie stała zniszczona kanapa i dwa wgniecione fotele przed starym telewizorem, po drugiej trzy łóżka polowe, a ze starej reklamówki wystawała pościel. Chloe sprawdziła telefon. – Dziwne – powiedziała. – Jakbyśmy byli w namiocie. Ani Wi-Fi, ani zasięgu. Nic a nic. Znaleźli skromną kuchnię i nadającą się do użytku łazienkę, ale pokoje na piętrze musiały być kiedyś schronieniem zbyt wielu ptaków i małych zwierząt. – Chyba zostaniemy na dole – oznajmiła Chloe. 3 Rankiem następnego dnia po próbie usuwania pni Lofte’owie wsiadali do samochodu w świetnych humorach. To była ich pierwsza wycieczka do kopalni i nawet Chloe była podekscytowana. – Dziwnie się czuję, spędzając w ten sposób sylwestra. Domyślam się tato, że nie masz w planach imprezy… W tym domu jest mnóstwo miejsca! – Moglibyśmy zaprosić wszystkich sąsiadów – powiedział Itch. – Czyli, sądząc po stanie pokojów na piętrze, wszystkie miejscowe dzikie psy i kilka antylop. Ojciec się zaśmiał. – Masz rację, trochę tam śmierdzi – powiedział, kiedy samochód podskakiwał na drodze, oddalając się od domu. – Może sami sobie urządzimy spokojnego sylwestra. Moglibyśmy przygotować braai! – Co takiego? – zapytała Chloe. 29 – Grill – wyjaśnił Nicholas. – Nie możemy wyjechać, nie spróbowawszy miejscowej kiełbasy boerewors albo mięsa strusia. Człowiek, z którym mamy się spotkać, powinien nam coś doradzić; to współpracownik Jacoba z tutejszego uniwersytetu. Jego ojciec był brygadzistą, kiedy kopalnie wydobywały niewielkie ilości toru. Oprowadzi nas. Jest tu trochę starych szybów, których należy się wystrzegać – są już zresztą pozamykane – ale wspominał o jednym, do którego da się zejść. Nie wiadomo, może nawet znajdziemy trochę europu! – Czy to znaczy, że doktor Alexander jest właścicielem tych kopalń? – zapytał Itch. – Czy to dlatego możemy do nich wejść? Jechali w milczeniu, a Nicholas zastanawiał się nad odpowiedzią. W końcu rzekł: – No cóż, to ma być co prawda tajemnica, ale i tak wielu rzeczy wam nie mówię, więc… – Westchnął. – Tak naprawdę to kupiliśmy te kopalnie do badań prowadzonych przez miejscową uczelnię. Pozostało kilka papierkowych spraw do załatwienia, ale umowa jest już zawarta. Jest spore zainteresowanie kopalniami złota i platyny, ale nie tutaj. Nie było chętnych, bo są zrujnowane i niebezpieczne. To oficjalna wersja. Nasz człowiek jest jednak innego zdania. Oto i on! Wskazał skrzyżowanie przed nimi, po czym pomachał do stojącego przy ciężarówce z platformą mężczyzny. Siedzący z tyłu chłopiec wstał i też pomachał, kiedy Nicholas zatrzymał się tuż za nimi. – Dzień dobry, Thembo! Dzięki, że zechciałeś się z nami spotkać! – zawołał Nicholas, wysiadając. 30 Mężczyzna uśmiechnął się życzliwie. – Nicholas! Dobrze znów cię widzieć! – Był szczupły i nieco przygarbiony, miał mocno kręcone czarne włosy, które siwiały na skroniach. – To mój syn, Sammy. – Chłopiec wysiadł i stał z rękami wzdłuż ciała i uśmiechem na twarzy. – No, Sammy, powiedz coś. To jest pan Lofte z Anglii, o którym ci opowiadałem. – Dzień dobry, panie Lofte – powiedział Sammy, nadal się uśmiechając. – Miło mi pana poznać. Uścisnęli sobie nieco oficjalnie dłonie. Itch i Chloe podeszli do nich. – Itch, Chloe, to jest Themba Motsei i jego syn Sammy. Themba będzie nadzorował nasze prace w kopalniach. Wszyscy podali sobie ręce i skinęli kurtuazyjnie głowami. – Ile macie lat? – zapytał Themba. – Ja mam dwanaście, a Itch piętnaście – powiedziała Chloe. – A ty, Sammy? Chłopiec nadal się uśmiechał, skrępowany. – Trzynaście – odparł cicho. I zapytał: – Kibicujecie Manchester City? – Wskazał na swoją jasnoniebieską koszulkę. Nicholas i Themba roześmiali się, ale Itch i Chloe mieli zdziwione miny. – Nie interesuję się piłką – wyznał zakłopotany Itch. Sammy wydawał się rozczarowany. – Nie żebym jej nie lubił – dodał szybko Itch. – Po prostu nie mam na jej temat zdania. Część moich kolegów chyba im kibicuje. I Manchester United. I Chelsea… 31 – Itch, tylko nie udawaj, że się na tym znasz – upomniała go Chloe. – Znajdziemy inny temat do rozmowy. Wszyscy wsiedli do ciężarówki – Nicholas i Themba do szoferki, Sammy, Itch i Chloe na platformę, gdzie stały przymocowane różne skrzynie. Ciężarówka jechała powoli; na wybojach można było jechać najwyżej dziesięć kilometrów na godzinę. Itch i Chloe trzymali się burt. Sammy znów się uśmiechnął. – Jechaliście już tak kiedyś? Itch i Chloe pokręcili głowami. – Tak jest najlepiej. Mimo że wszędzie tutaj drogi są okropne i pełno w nich dziur. – Wiesz, dokąd jedziemy? – zapytał Itch. – Tata mówi, że do kopalni Hewitt B. To dobrze, przynajmniej nie będziecie tam potrzebować skafandrów ochronnych. Itch i Chloe wymienili spojrzenia. – A jest kopalnia Hewitt A? Chłopiec znów się uśmiechnął. – Tak. A, C i D. Nie jeździmy tam często. Ale B jest fajna. Zobaczycie sami. Po co nosicie te liczniki Geigera? – Wiesz, co to jest? – zdziwił się Itch, podnosząc swoje żółte metalowe urządzenie, z którego dobiegało klikanie. – Pewnie – odparł Sammy. – Tata ciągle przynosi je do domu. Trochę się nimi bawiliśmy, ale wy je nosicie jak naszyjniki. 32 – To długa historia – powiedziała Chloe i schowała swój licznik pod T-shirt. Sammy zrozumiał aluzję i nie zadawał więcej pytań. Ciężarówka stanęła i zobaczyli, że Themba otwiera masywną kłódkę i zdejmuje łańcuch, który spinał dwa wielkie skrzydła bramy. Na przyśrubowanej do prętów dużej tabliczce było napisane: „Kopalnia Hewitt B. Teren strzeżony. Wstęp wzbroniony”. Nicholas pomógł mu otworzyć bramę, a kiedy mężczyźni wrócili do ciężarówki, samochód wtoczył się powoli na pokryty skałami teren. Itch i Chloe od razu rozpoznali opuszczoną kopalnię – w ich ojczystej Kornwalii było ich mnóstwo. Przy każdym szybie wznosiły się charakterystyczne nierówne hałdy ziemi i kamieni. Zardzewiałe i niszczejące wyciągarki stały obok ciągu brzydkich betonowych budynków. Jednak nie widzieli nigdy czegoś tak wielkiego – kopalnia zajmowała wielokilometrowy obszar na zboczu wzgórza, na którym stali. Pośród gęstych ciemnozielonych krzaków widniały połacie brązowych, pokruszonych skał. Kilkaset metrów od nich stało kilka spalonych domów. – Tam mieszkali górnicy? – zapytała Chloe. Sammy pokręcił głową. – Tylko biali. Górnicy mieszkali w chałupach. – Wskazał sterty blachy falistej i drewna nieopodal. – Wszystkie się zawaliły. Nawet chata mojego dziadka. Droga, która była w opłakanym stanie, skręcała w stronę betonowego budyneczku, który wyglądał jak nowy. Czysty 33 i pozamiatany teren wokół niego był otoczony drutem kolczastym i tabliczkami z napisem „Wstęp wzbroniony”. Chloe podskoczyła ze strachu na odgłos podwójnego kliknięcia spod T-shirtu i popatrzyła na Itcha. – To nic takiego – jesteśmy za daleko od skał, które… – I tak powiem o tym tacie – odparła Chloe, a kiedy ciężarówka się zatrzymała, wyskoczyła pierwsza. Nicholas i Themba wysłuchali opowieści o dodatkowych kliknięciach licznika. – Kopalnie ze złożami toru są po drugiej stronie wzgórza, Chloe – powiedział Themba. – Wiele, wiele lat temu były tu śladowe ilości toru, ale teraz kopalnię oczyszczono, sprawdzono i dopuszczono do użytku. Stare budynki się burzy i zasypuje gliną, bo są radioaktywne. Byłem z licznikiem Geigera w tej kopalni i nie było żadnych nieoczekiwanych wyników. Szyb przywrócono do pierwotnego stanu. Gdyby nie było bezpiecznie, nie przyjechałbym tu z Sammym. Chloe wyglądała na uspokojoną. – No dobrze. I co teraz? – Przeprowadzimy z Thembą parę testów na próbkach skał jakieś pięćdziesiąt metrów pod ziemią – wyjaśnił Nicholas. – Czego szukacie? – zapytał Itch. – Monacytu – odparł Themba. – Tak wygląda. – Wyjął z kieszeni mały czerwonawobrązowy kamyk. – Znalazłem go właśnie tutaj. Powinien zawierać lantan i prawie wszystkie metale ziem rzadkich. 34 – Czyli również tor? Czy to nie znaczy, że jest promieniotwórczy? – Chloe odsunęła się o krok. – Stąd się wzięło to klikanie! – Daj mi swój licznik – powiedział Nicholas i Chloe wyjęła go spod T-shirtu. Themba wyciągnął kawałek monacytu, a Nicholas podszedł do niego z wykrywaczem. – Słuchajcie – polecił. Z odległości metra kliknięcie słychać było co dziesięć sekund. Nicholas zbliżył się na odległość dziesięciu centymetrów do kamienia i kliknięcia nie przyspieszyły. Dopiero kiedy licznik i skała były tuż obok siebie, częstotliwość odgłosów się zwiększyła. – Niewiele więcej promieniowania niż jest w bananie! – podsumował Themba. Spodziewał się, że Itch i Chloe się zdziwią, ale oni uśmiechnęli się tylko smutno. O radioaktywnych bananach opowiedział im kiedyś sprzedawca minerałów Cake. Chloe wzięła swój licznik, a Themba rzucił monacyt Itchowi. – Przyjrzyjcie się – powiedział. – No dobrze, więc to jest coś warte? – zapytała Chloe, zerkając na kamyk w dłoni Itcha. Themba się zaśmiał. – Tak naprawdę większość metali ziem rzadkich nie jest wcale rzadka, trudno je tylko od siebie odróżnić i oddzielić… – Zaraz, czyli one nawet nie są rzadkie? – zapytała z niedowierzaniem Chloe. – To o co w takim razie tyle szumu? 35 – Cóż, trudno je wypreparować, ale na przykład magnesy, które z nich powstają, stosuje się w urządzeniach elektronicznych, komputerach, telefonach, samochodach elektrycznych… Potrzeba bardzo niewielkich ilości, ale są niezbędne. Itch wyczuł, że jego siostra zaczyna się nudzić; nie wracała do ciężarówki tylko ze względu na Thembę i Sammy’ego. – Mogę pomóc? – zapytał Itch. – Skoro to bezpieczne… Jego ojciec i Themba wymienili spojrzenia. – Pewnie – odparł z uśmiechem Nicholas. – Czemu nie? Przynieś skrzynie z ciężarówki i zaczynamy. – A co mamy robić Sammy i ja? – zapytała Chloe. – Jeżeli chcesz, mogę ci pokazać okolicę – zaproponował Sammy. – Tu jest zresztą dużo ciekawiej, w niektórych domach jest jeszcze stary sprzęt. Kiedyś znalazłem tam stary sagaj… taki oszczep – dodał chłopiec, widząc zdziwioną minę Chloe. – Fajnie – odparła na to, niespodziewanie zainteresowana, i poszła za nim w stronę spalonych budynków. – Hej, Sammy, łap! – zawołała, rzucając do niego piłkę. Itch wszedł na platformę ciężarówki i podniósł pierwszą skrzynię. – Itch, ostrożnie – zawołał tata. – Spektrometry są drogie! Itch widział swego czasu spektrometr fluorescencji rentgenowskiej, który posłużył do analizy pierwiastka 126, ale tamta maszyna była olbrzymia. Ten był przenośny. 36 – Naprawdę? Tutaj? – zapytał i postawił skrzynię na podłodze platformy. Zeskoczył na ziemię, po czym ostrożnie ją wziął. Wejście do kopalni znajdowało się w nowym budynku ze stali i Itch postawił spektrometr przy wejściu. Przeniesienie wszystkiego z ciężarówki wymagało kilku kursów. Idąc po ostatnie urządzenia, zerknął na Chloe i Sammy’ego: byli dość daleko i biegali za jej piłką po zboczu. Wcześniej minęli kilka małych hałd, a teraz rzucali piłkę u podnóża piętnastometrowej sterty gruzu z kopalni. Swego czasu wbiegał na podobną stertę w Kornwalii i pamiętał, że była mało stabilna. Kiedy się przyglądał, Chloe nie złapała piłki, która odbiła się i potoczyła na półkę usypaną z małych kamieni w połowie hałdy. Itcha nagle coś tknęło; zrobił krok do przodu. – Chloe! – zawołał. – Tam nie jest bezpiecznie! Lepiej… Hałda się obsunęła i na jego oczach pod półką pojawiła się czarna wyrwa. Piłka, półka i Chloe zniknęli, zupełnie jakby otworzyła się pod nimi zapadnia. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez Wydawnictwo Zielona Sowa. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody Wydawnictwa Zielona Sowa. Serdecznie dziękujemy za pobranie fragmentu książki! Mamy nadzieję, iż przypadł Państwu do gustu! Już dziś zapraszamy do zakupu książki w naszym sklepie www.zielonasowa.pl