z kufra babuni

Transkrypt

z kufra babuni
OPOWIEŚCI
Z KUFRA
BABUNI
Dawno temu, kiedy w Polsce trwała wojna polsko – bolszewicka, moja prababcia
Tekla przebywała wraz ze swoimi rodzicami na zesłaniu w górach Kaukaz, niedaleko
rosyjsko - mongolskiej granicy. Góry były tam tak wysokie, Ŝe wyobraŜała sobie, Ŝe dotykają
szczytami Boskiego niebiańskiego tronu.
Tekla trafiła do ochronki. Dziewczynka, wówczas siedmioletnia, jak kaŜdy w tym
wieku, czuła potrzebę poznawania świata. Pewnego razu ukradkiem wymknęła się,
aby zobaczyć wiosenne promienie słońca. Było to bardzo niebezpieczne, lecz zaryzykowała.
Jej oczom ukazały się szeregi więźniów, prowadzonych przez rosyjskich Ŝołnierzy.
Jeden z nich ujrzał Teklę i zatrzymał się obok niej. Wyglądał na bardzo umęczonego
człowieka. Wydawało się, Ŝe jego zniszczone ubranie okrywa tylko skórę i kości.
Na
wychudzonej szarej twarzy moŜna było dostrzec smutek, ale i spokój. Widząc
nieznajomego, prababcia odezwała się do niego po rosyjsku:
- Dzień dobry!
Więzień odpowiedział w tym samym języku:
- Dzień dobry, moje dziecko! Uciekaj do domu, bo cię zabiją.
Jednak po chwili zastanowienia sięgnął do kieszeni swego nędznego ubrania, wyjął z niej
nieduŜą łyŜeczkę, wcisnął gwałtownie w rączkę dziewczynki i rzekł:
- Proszę, weź tę łyŜeczkę na pamiątkę naszego spotkania. Przechodzi ona w mojej rodzinie
z pokolenia na pokolenie, ale ja juŜ nie mam komu jej oddać. Gdy dorośniesz, przekaŜ ją
swojej córce i powiedz jej te słowa: Ta łyŜeczka to pamiątka po Rosji, po mękach ludzi
i po więźniu skazanym na śmierć.
Mała łyŜeczka wykonana była z miedzi. PodłuŜny smukły kształt dodawał jej
delikatności. Zdobił ją piękny ornament - wijące się kłącza z liśćmi i małymi kwiatuszkami.
Ich miedziane pączki błyszczały jak malutkie słońca. Zaskoczona Tekla patrzyła raz
na więźnia, raz na łyŜeczkę i nie bardzo rozumiała, co się wokół niej dzieje. Więcej
nieznajomy nie mógł powiedzieć. W tej chwili podbiegł Ŝołnierz, zastrzelił go na oczach
dziecka i odszedł. Tekla długo płakała nad ciałem męŜczyzny. W
jego ręce odnalazła
zniszczoną fotografię. Domyśliła się, Ŝe był to portret jego Ŝony. Dziewczynka ścisnęła
w ręce zdjęcie wraz z łyŜeczką i odeszła. Potem małą Teklę odnalazła jej mama i zabrała
do ochronki. W nocy prababcia długo nie mogła zasnąć. Ciągle widziała przed oczyma
szczupłą, szarą twarz więźnia. Bardzo mu współczuła.
Tekla była w Rosji jeszcze siedem lat. Jej starsza siostra wyszła tam za mąŜ
i postanowiła zostać na stałe. Przed podróŜą do Polski prababcia długo Ŝegnała się z siostrą.
ChociaŜ miała tylko czternaście lat, dobrze wiedziała, Ŝe widzą się po raz ostatni. Szczególne
miejsce w jej skromnym bagaŜu wracających do ojczyzny zesłańców zajęła łyŜeczka.
Owinęła ją w chusteczkę wyhaftowaną przez starszą siostrę. W czasie drogi powrotnej często
myślała o więźniu, który podarował jej ten piękny przedmiot. Postanowiła, Ŝe gdy dorośnie,
odnajdzie jego rodzinę. Było to moŜliwe, poniewaŜ na odwrocie zdjęcia widniało nazwisko
więźnia i jego Ŝony.
Tekla i jej rodzice wędrowali do Polski wiele tygodni. W końcu dotarli do ukochanej
ojczyzny. Pracowali, wybudowali dom, kupili ziemię, konie i róŜne sprzęty domowe.
Wkrótce kolejna siostra wyszła za mąŜ. Kilka lat później prababcia takŜe poznała miłego
męŜczyznę i załoŜyła rodzinę. śyli bardzo szczęśliwie. Gdy zmarł ojciec Tekli, ona urodziła
córkę.
Pewnego dnia prababci przypomniała się łyŜeczka. Wydobyła ją z dna szuflady,
rozwinęła z haftowanej chusteczki i rozpłakała się. WciąŜ widziała w snach szarą twarz
więźnia. Pamiętała, co sobie obiecała. Jednak nie mogła zostawić rodziny i pojechać do Rosji
w poszukiwaniu obcej kobiety. Mimo to nie zrezygnowała ze swojego zamiaru aŜ do dnia,
gdy zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. Koń kopnął ją w nogi i od tamtej pory chodziła
o lasce. Wtedy zrozumiała, Ŝe na podróŜ do Rosji jest juŜ za późno.
Tekla miała czworo dzieci. Pewnego dnia przekazała łyŜeczkę swojej najmłodszej
córce, Krysi, mówiąc te słowa :
- Ta łyŜeczka to pamiątka po Rosji, po mękach ludzi i po więźniu skazanym na śmierć,
którego spotkałam przed laty w Rosji.
W ten sposób wypełniła niezwykły testament znanego tylko z nazwiska, ale dziwnie bliskiego
człowieka.
Wszyscy z naszej rodziny znają tę historię. Tekla zmarła w 2004 roku, w wieku
dziewięćdziesięciu czterech lat. A mała, miedziana łyŜeczka spoczywa w białej, haftowanej
chusteczce tuŜ obok niej. I pozostanie tam juŜ na zawsze.
Natalia Rudzka
Najcenniejszą pamiątką w mojej
rodzinie jest
stary zegar. Towarzyszy mi
od momentu narodzin. Jest członkiem mojej rodziny. Czuje się dziwnie, gdy sobie
uzmysłowię, Ŝe jego dźwięk słyszała moja prababcia w dalekiej Brazylii i brat mojej babci,
Janek. Ten stary zegar ma swoją historię.
Gdy po I wojnie światowej w Polsce panował głód, brakowało pracy, a ludzie
wyjeŜdŜali za granicę w poszukiwaniu lepszego Ŝycia, moi pradziadkowie wyjechali
do Brazylii. Mieli bardzo mało pieniędzy, więc wystarczyło im tylko na opłacenie biletów
na statek. Po długiej morskiej podróŜy niepewnie stanęli więc na nieznanym lądzie,
wśród obcych.
Długo cierpieli głód i niedostatek, poniewaŜ nie mogli znaleźć pracy. Pewnego
słonecznego dnia uśmiechnęło się jednak do moich przodków szczęście. Pewna dobra kobieta
przygarnęła ich pod swój dach w zamian za słuŜbę.
Po pięciu latach pracy, gdy pradziadkowie postanowili wracać do Polski, pracodawcy
podarowali im na pamiątkę zegar z drewna mahoniowego. Był on nowy, piękny, miał duŜe,
pozłacane wahadło. Najbardziej zachwycił jednak moich pradziadków widok jego tarczy
i wskazówek.
Jak wspominała mi babcia, zegar wisiał na honorowym miejscu w jej rodzinnym
domu aŜ do II wojny światowej. W pierwszych dniach wojny w lasach trzeszczańskich zginął
zastrzelony przez Niemców mój pradziadek. Gdy po śmierci pradziadka, prababcia i jej syn
jechali do Hrubieszowa, niemiecka kontrola chciała im odebrać zegar. Jednak na prośbę
prababci i po wysłuchaniu opowieści o tym, jak cenny jest dla niej ten przedmiot, Niemcy
pozwolili zachować tę pamiątkę. Pod koniec wojny prababcia umarła, pozostawiając zegar
synowi. Syn pradziadków, Janek, zabrał go ze sobą do Koszalina. Był u niego w domu
pamiątką po rodzicach. Gdy zachorował, miał prośbę do rodziny. Pragnął, aby zegar po jego
śmierci przekazać siostrze, to znaczy mojej babci. Tak teŜ się stało. U babci stał przez resztę
jej Ŝycia, aŜ do chwili przekazania w ręce mego taty.
Ten wiekowy juŜ zegar jest w naszej rodzinie do dziś. Widział narodziny mojego taty,
brata i moje oraz budowę nowego domu. Często rozmyślam nad jego losami. Wszystko
dokoła niego się zmienia, a on wybija ciągle te same godziny. Zmieniają się pokolenia, a on
niestrudzenie wygrywa melodię. Jakich jeszcze wydarzeń będziesz świadkiem stary zegarze?
Anna Pędzelska
Historia ta ma swój początek w dwudziestoleciu międzywojennym, w miejscowości
ZaniŜe.
Mój pradziadek Bronisław bardzo troszczył się o swoją rodzinę i dlatego wcześnie
musiał dorosnąć, bo z pracy na roli cięŜko było wyŜywić rodzinę. W wieku 15 lat zaczął
pracować u Holendrów, którzy od wiosny do jesieni wykonywali róŜne prace transportowe.
Zatrudnił się przy budowie nasypu z piachu pod drogę w ZaniŜu.
Za pierwszą wypłatę kupił buty ze skóry szyte na miarę i drewnianą walizeczkę
brązowego koloru. Była ona zamykana na zatrzaski, na środku miała niewielki, ale wygodny
uchwyt. Dla pewności pradziadek przepasywał ją skórzanym paskiem. W walizeczce trzymał
najpotrzebniejsze rzeczy: koszulę, spodnie, mydło i przybory do golenia.
Gdy skończyła się praca przy nasypie, pradziadek wyruszył z Holendrami
„w Polskę”. Kiedy wybuchła druga wojna światowa, uciekł spod niemieckiej granicy. Powrót
do domu zajął mu cały miesiąc. Szybko znalazł sobie nowe zajęcie. Pracował u gospodarzy
przy rąbaniu drewna, koszeniu łąk i zwoŜeniu snopów zboŜa z pól. Pradziadek nie mógł
pogodzić się z tym, Ŝe jego koledzy, Ukraińcy, wydają śydów oraz Polaków i wypominał im
to. Z tego powodu Ukraińcy chcieli go zabić, lecz kolega w porę ostrzegł
przed niebezpieczeństwem. Pradziadek postanowił zgłosić się na roboty do Niemiec.
W pierwszym miejscu, w którym musiał pracować, doił krowy. Była to cięŜka praca,
poniewaŜ krów do wydojenia było bardzo duŜo. Drugą jego pracą było rozwoŜenie węgla
po Berlinie. Następnie pracował jako ogrodnik. Wtedy właśnie poznał moją prababcię Józefę.
Zaręczyli się jeszcze w czasie wojny. Po wyzwoleniu Polski zabrał ją ze sobą do domu.
Gdy przekraczali granicę, radziecki Ŝołnierz kazał otworzyć walizeczkę, w której było mydło,
koszula, spodnie, dokumenty, przybory do golenia i szal z lisa, który prababcia dostała
od Niemki. śołnierz zabrał cenny szal.
Po powrocie do Polski pradziadek z prababcią pobrali się. Pradziadek zaczął pracować
przy przebudowie drogi. Pewien inŜynier zauwaŜył, Ŝe jest zdolnym pracownikiem. Wysłał
go, Ŝeby skończył szkołę podstawową. Gdy dziadek ukończył siedem klas, wysłano
go
na kurs budowy dróg i mostów, a po jego ukończeniu został majstrem dróg i mostów.
Walizeczka towarzyszyła pradziadkowi przez czas nauki, pobytu na robotach
w Niemczech i pracy przy budowie dróg. Przypominała mu te dobre i te złe chwile. Miał
do niej wielki sentyment. Mimo, Ŝe po tylu latach była juŜ zniszczona, pradziadek brał
ją nadal do pracy.
Kiedy przeszedł na emeryturę, nie pozwolił jej wyrzucić, gdyŜ była dla niego bardzo
cenna. Czasami, gdy na nią patrzył, łza błyszczała w jego oku.
Bardzo lubiłem słuchać opowieści pradziadka. Teraz, gdy jego juŜ nie ma, ta stara,
zniszczona walizeczka przypomina mi mojego pradziadka i jego barwne Ŝycie.
Gniewosz Pietraszek
Niektóre opowieści są śmieszne, inne straszne, a jeszcze inne smutne, tak jak ta.
Opowiada ona o losach moich pradziadków podczas II wojny światowej.
Wojna to straszne przeŜycie dla wszystkich: dorosłych i dzieci. Nie wiadomo było
wtedy, czy doczeka się następnego ranka. Któregoś dnia, gdy front był niedaleko
miejscowości, gdzie mieszkali moi pradziadkowie, do ich domu przyszli Niemcy. Rozkazali,
aby mój pradziadek przewiózł kilkunastu ich ludzi i broń gdzieś dalej. Początkowo
pradziadek się sprzeciwiał, ale oni grozili mu, więc uległ. Zaprzągł konie do wozu, Ŝołnierze
wsiedli i odjechali. Pradziadek miał wrócić za dwa, trzy dni. Niestety, nie wrócił. Dostał się
do niewoli, a potem skierowany został na roboty do Niemiec.
W tym czasie w jego rodzinnej wsi wysiedlano wszystkich mieszkańców. Prababcia,
chcąc uniknąć losu wysiedleńców, uciekła ze swoimi dziećmi do sąsiadów. Niemcy
ich nie nękali, bo nosili niemieckie nazwisko. Prababcia z czwórką dzieci ukryła się u nich
na strychu. Najmłodsze, piąte dziecko, gospodarze
Ŝe to
wzięli do siebie i udawali,
ich własne. Tak minęło kilka tygodni. Gdy front się trochę oddalił, prababcia poszła
do innego sąsiada i poprosiła, aby zawiózł ją wraz z dziećmi do rodziny do Kraśnika.
Miejscowość ta oddalona była o ponad 100 kilometrów, droga była więc długa
i niebezpieczna. W Kraśniku prababcia mieszkała kilka miesięcy. Nic nie wiedziała o losach
pradziadka. Gdy wojna nieco przycichła, prababcia pieszo wróciła do domu. Szła nocą,
w dzień szukała schronienia u obcych ludzi. Gdy dotarła na miejsce, zastała swój dom
zupełnie spalony. Zamieszkała więc u sąsiadów. Po pewnym czasie znów najęła furmankę,
by przywieźć dzieci. Dni mijały, wojna miała się ku końcowi, a o pradziadku wciąŜ nie było
wieści. Wszyscy myśleli, Ŝe nie Ŝyje, chociaŜ kaŜdy miał cichą nadzieję, Ŝe powróci.
Tak teŜ się stało. Po prawie dwóch latach niewoli pradziadek stanął na progu rodzinnego
domu. Wychudzony, zmęczony, ale powrócił. Przyniósł ze sobą niemiecki płaszcz,
którym okrywał się podczas zimnych nocy i hełm. Nie wiem, co stało się z płaszczem,
ale hełm przez długie lata był u nas w domu.
Tę historię opowiedział mi mój dziadek. MoŜe się ona wydawać podobna do wielu
innych z czasów wojny. Dla mnie jednak jest ona wyjątkowa, bo dotyczy moich pradziadków,
których, niestety, znam tylko z fotografii.
Marta Raczyńska