pełny tekst
Transkrypt
pełny tekst
4 Wstęp 6 Jesteśmy tutaj i gdzieś indziej 18 Kino atrakcji Historia, krytyka, mapa i kartoteka 46 Dziewiętnastowieczny park miejski w Kaliszu Historia, władza i komercja w przestrzeni kultury popularnej 62 Lodż hot gehuljet. Łódź hulała 78 „Obrazy wojny japońsko‑rosyjskiej” 86 Kino w ruinach 102 Kultura filmowa ery blaxploitation w Los Angeles lat 70. 118 Przegląd filmów 70 mm 126 Krótki przyczynek do an‑archeologii audio‑wizualności 136 Przegrane rewolucje kina 3‑d 146 Fanfiction a funkcjonowanie literatury popularnej 160 Naukowiec czy artysta? 174 „Bezgraniczna rozrywka” Josepha Garncarza 178 Abstrakty Zwrot historyczny Magia sceniczna końca XIX wieku a pojawianie się (i znikanie) wirtualnego obrazu jako korzenie kina Obraz kina i kultury atrakcji w żydowskiej gazecie codziennej „Lodzer Tageblat” w latach 1908 – 1914 Retytułowanie programów filmowych poświęconych wojnie rosyjsko‑japońskiej w Holandii i holenderskich Indiach Wschodnich Promocja filmów w Berlinie 1945 – 1949 Łukasz Biskupski Tom Gunning Michał Pabiś ‑Orzeszyna Makary Górzyński Martyna Steckiewicz Dafna Ruppin Magdalena Saryusz‑Wolska Ewa Drygalska Wszech(mír) to nasz świat Radomír D. Kokeš, Jakub Klíma Polska – II połowa XIX wieku Tomasz Misiak Dlaczego film jest, jaki jest Paweł Sitkiewicz Zarys perspektywy historycznej Aldona Kobus Polskie interpretacje poglądów Marshalla McLuhana Kalina Kukiełko ‑Rogozińska czyli o prezentacji filmów w Niemczech przed I wojną światową (recenzja) Andrzej Dębski 4 Introduction Historical turn 6 Late Nineteenth ‑Century Stage Magic And the Roots of Cinema in the Appearance (and Disappearance) of the Virtual Image 18 Cinema of Attractions History, critique, map and index 46 19th Century Public Gardenin Kalisz History, Power and Commercialism in the Space of Popular Culture 62 Lodż Hot Gehuljet. Łódź Hulała The Image of Cinema and the Culture of Attractions in „Lodzer Tageblat” from 1908 to 1914 78 “Views from the Japanese ‑Russian War” Re‑titling Russo‑Japanese War Film Programmes in the Netherlands and Netherlands Indies 86 Cinema in the Ruins 102 Film Culture in the Blaxploitation Era 118 (Not) Only to Krnov to See 70Mm Films 126 Short Contribution to an‑Archaeology the Audio‑Visual 136 Failed 3‑D Revolutions 146 Fan Fiction and the Function of Popular Literature 160 Scholar or Artist? 174 Book Review 178 Abstracts Łukasz Biskupski Tom Gunning Michał Pabiś ‑Orzeszyna Makary Górzyński Martyna Steckiewicz Dafna Ruppin Film‑marketing in Berlin 1945 – 1949 Magdalena Saryusz‑Wolska in Los Angeles in the 1970s Ewa Drygalska Radomír D. Kokeš, Jakub Klíma Poland – Second Half of the 19th Century Tomasz Misiak Why cinema is what it is Paweł Sitkiewicz a Study in Historical Perspective Aldona Kobus Polish Interpretations Of Marshall Mcluhan’s Views Kalina Kukiełko ‑Rogozińska „MASSLOSE UNTERHALTUNG. Zur Etablierung des Films in Deutschland 1896 – 1914” by Joseph Garncarz Andrzej Dębski 4 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Łukasz Biskupski Wstęp: Zwrot histo‑ ryczny Niniejszy numer poświęcony jest historii kultury popularnej, zwłaszcza w jej wymiarze wizualnym. Rozpowszechnienie w naukach o kulturze retoryki zwrotów można interpretować jako próbę przeciwstawienia się „bałkanizacji” naukowej refleksji humanistycznej. Myślenie w kategoriach zwrotów pozwa‑ la uwolnić się od ograniczeń poznawczych, wynikających z tradycyjnego podziału na dyscypliny naukowe i osobne przedmioty badania. Zamiast dyscyplinarnych murów, powstają mosty. Jednym z takich mostów może być optyka zwrotu historycznego. Tak skonstruowany obszar zainteresowania pozwala bowiem dostrzec wspólny rys rozmaitych przewartościowań naukowych ostatniego czasu. Odkrycie potencjału zasobów archiwalnych w różnych dziedzinach huma‑ nistyki ogarniętych Derridiańską „archiwalną gorączką” ukazało teoretyczną istotność i aktualność zgłębiania przeszłości. Uzupełnienie metod preferujących tekstualną interpretację wytworów kultury o metody skupione na badaniu społecznego ich funkcjonowania, zbliżyło dyscypliny kulturoznawcze do socjologii historycznej i tradycyjnej historii. Dyskurs o nowoczesności jako formacji historycznej zrekonfigurował nasze wyobrażenie na temat relacji pomiędzy modernizmem artystycznym, kulturą popularną i doświadcze‑ niem życia codziennego. Zakres fenomenów znajdujących się w obszarze akademickiej analizy został rozszerzony pod wpływem intermedialnych impulsów, płynących z dynamicznie rozwijających się filmoznawczych badań nad początkami kina owocujących koncepcją archeologii mediów czy też – wypływających z historii sztuki dyskusji nad pojęciem kultury wizualnej. Na niniejszy numer składa się 13 tekstów zgłoszonych w trakcie ogłoszonego naboru artykułów, jak również rozpraw i tłumaczeń powstałych w ramach projektu badawczego „Kultura popularna i wczesne kino na ziemiach pol‑ skich pod panowaniem rosyjskim 1890 – 1914” finansowanego z Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki. Kulturze atrakcji, czyli kulturze rozrywkowej przełomu XIX i XX wieku poświęcone jest pięć pierwszych tekstów. Numer otwiera tłumaczenie eseju Toma Gunninga na temat magii scenicznej jako formy popularnej kultury Łukasz Biskupski Wstęp: Zwrot historyczny wizualnej. Następnie Michał Pabiś‑Orzeszyna kompleksowo omawia głośną – a jak zauważa autor, nieco przemilczaną w Polsce – koncepcję kina atrakcji. Makary Górzyński w studium parku miejskiego w Kaliszu eksploruje rodzimą kulturę atrakcji, podobnie jak Martyna Steckiewcz, która bada miejsce kina w życiu łódzkiej społeczności żydowskiej. W ostatnim tekście w tej sekcji Dafna Ruppin analizuje wpływ kontekstu prezentacji na wymowę przekazów audiowizualnych na przykładzie filmowych relacji z wojny rosyjsko‑japońskiej. Kolejne trzy rozprawy sytuują się w obszarze badań nad kulturą filmową. Magdalena Saryusz‑Wolska przygląda się promocji filmów w Berlinie w pierw‑ szych latach po drugiej wojnie. Ewa Drygalska opisuje kulturę filmową ery blaxploitation w Los Angeles w latach 70., a Radomir Kokeš i Jakub Klima charakteryzują współczesny renesans zainteresowania filmami na taśmie 70 mm. Tematy z obszaru archeologii mediów porusza dwóch autorów. Tomasz Misiak, odnosząc się do teorii Siegfrieda Zielińskiego, analizuje wybrane polskie wątki z II połowy XIX wieku, a Paweł Sitkiewicz przedstawia historię kina 3D. Aldona Kobus, przyglądając się historii fanfiction, poszerza nasze rozumienie kultur fanowskich, a Kalina Kukiełko‑Rogozińska omawia polską recepcję idei Marshalla McLuhana. Numer zamyka, powracając do zagadnień z obszaru kultury atrakcji, recenzja autorstwa Andrzeja Dębskiego, który ocenia studium Josepha Garncarza Masslose Unterhaltung: Zur Etablierung des Films in Deutschland 1896 – 1914. 5 6 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Jeste śmy tu taj i gdzieś indziej Tom Gunning Magia sceniczna końca xix wieku a pojawianie się (i znikanie) wir‑ tualnego obrazu jako korzenie kina DOI: 10.5604/16448340.1094737 T om G un n i ng J e s t e ś m y t u ta j i g d z i e ś i n d z i e j Od czasu, gdy Georges Méliès zachwycił się prezentacją Kinematografu braci Lumière, pokrewieństwo kina, w szczególności wczesnego kina, i magii uznaje się za oczywistość 1. Na przełomie wieków kino należało jednocześnie do licznych serii kulturowych (cultural series) od naukowej sfery nowinek fotograficznych, przez rozrywkowy świat widowisk po domenę technologicz‑ nego świata ciekawostek mechanicznych 2. W czasach, gdy popularne pokazy magii uruchamiały również całą gamę kulturowych odniesień – od residuum dawnych przesądów po modernistyczny pociąg do spirytyzmu widoczny w tak zwanym spook shows; od egzotyzmu indyjskich i chińskich kuglarzy po pogranicza nauki i wykorzystanie promieni Rentgena oraz zapewnienia o realności dematerializacji – kino i magia podążały podobnymi ścieżkami, a nawet stały się swoimi synonimami. Méliès prezentował projekcje filmowe w przerwach na zmianę dekoracji podczas magicznych pokazów w teatrze Robert‑Houdin, podobnie działał sam Robert‑Houdin, który wystawiał swoje mechaniczne automaty już kilka dekad wcześniej. Wielkie kompen‑ dium magii Alberta Hopkinsa Magic: Stage Illusions, Scientific Diversion and Trick Photography, opublikowane w 1898 roku, zawierało kilka rozdziałów wyjaśniających działanie ruchomych obrazów. W rzeczy samej, termin „ożywione obrazy” – powszechnie stosowany w odniesieniu do wczesnych filmów – był już uprzednio używany na określenie wielu odmian magicznych sztuczek, co mogło sugerować pogląd, że sama projekcja filmowa powstaje z użyciem magicznego urządzenia 3. Podobieństwa pomiędzy magią a kinem wykraczają poza wspólne im zakorzenienie w kulturze rozrywkowej końca XIX wieku z jej fascynacją nauką i technologią. Magia sceniczna, mimo że przybiera rozmaite formy, wliczając w to akustykę, dąży zasadniczo do oszukania oka, pragnie sprawić, by człowiek zobaczył rzeczy, w których istnienie nie wierzy. Chociaż fascynacja ta ma głębokie korzenie antropologiczne, spektakularyzacja magii pod koniec XIX wieku zintensyfikowała jej koncentrację na bodźcach wzrokowych i rozszerzyła wachlarz sztuczek, pozwalających płatać figle ludzkiemu widzeniu. Wraz z nowymi technologiami produkcji światła i szkła magia sceniczna z końca XIX wieku wkroczyła w erę wyobrażeniową (imagistic), w której wyszukane wizualnie przedstawienia – rozkwitające od czasów fantasmagorii późnego XVIII wieku – zajęły dominującą pozycję. Występy magików i kino były ze sobą zbieżne nawet przed filmami trickowymi Mélièsa i innych twórców, którzy starali się na kinowym ekranie zaprezentować zniknięcia i transfor‑ macje będące istotą widowiska magicznego. Niniejszy esej ma na celu nie tylko przywołanie wizualnej tradycji magii końca XIX wieku, ale również opisanie tego, co można nazwać „zwrotem wyobrażeniowym” (imagistic turn). Na krótko przed pojawianiem się kina, dzięki innowacyjnemu wyko‑ rzystaniu luster i wytwarzanych przez nie odbić teatr magiczny wypracował szeroki wachlarz metod transformacji i metamorfoz – (czyli pojawiania się i znikania). Twierdzę, że to właśnie nowa konfiguracja widzialnego z niewi‑ dzialnym zapoczątkowała nowoczesną erę obrazów wirtualnych, stanowiąc 1 Na temat historii kina i magii zob. pionierską pracę Barnouw E. (1981). The Magician and the Cinema. New York oraz ostatnią pracę Solomona M. (2010). Disappearing Tricks: Silent Film, Houdini, and the New Magic of the Twentieth Century. Illinois. 2 Na temat koncepcji cykli kulturalnych (cultural series) w odniesieniu do wczesnego kina zob. Gaudreault A. (2011). Film and Attraction: From Kinematography to Cinema. Illinois. 3 Odniesienia tego pojęcia omawiane są w pracy Martinez K., Les lexies concurrentes pour ‘film’ à l’époque du cinéma des premiers temps (approche lexico‑historique), (praca magisterska, Université de Montréal, 1999). 7 Tom Gunning – wykłada historię i teorię filmu na Uniwersytecie w Chica‑ go. Autor książek D. W. Griffith and the Origins of American Narrative Film: The Early Years at Biograph i The Films of Fritz Lang: Allegories of Vision and Modernity oraz ponad stu artykułów na temat wczesnego kina, awangardy i różnych gatunków filmowych. 8 kultura popularna 2013 nr 3 (37) niezmienną zasadę działania medium ruchomych obrazów, od wczesnego kina po współczesne obrazy cyfrowe. Pod koniec XIX wieku teatr magiczny i kino zdefiniowały na nowo naturę przedstawienia wizualnego (the nature of vision). Stało się tak wskutek przejęcia kontroli nad tym, co widzi odbiorca i w wyniku zdolności do tworzenia obrazów wirtualnych. Esej ten nie ma na celu jedynie uzupełnienia prehistorii kina o historię iluzji magicznych. Zbyt często tego typu genealogie ograniczały się do wyliczania następujących po sobie innowacji technologicznych, sugerując teleologiczny postęp prowadzący finalnie do wynalezienia kina. Mam raczej nadzieję, że zwrócę uwagę badaczy, zajmujących się kinem na longue durée mediów wizualnych oraz na złożone współbrzmienia technologii, doświadczeń widzów (spectatorship) i wyobraźni wizualnej (visual imagery), tak istotnych pod koniec XIX stulecia. Przekonywałem, że studia filmoznawcze powinny uznać swoje powiązania z tym, co nazywam „optyką kulturową”, uznając złożoną funkcję, jaką obrazy optyczne (optical images) pełnią w kulturze nowoczesnej. Mój apel wystoso‑ wuję w kontekście ważnych dyskusji teoretycznych związanych z ostatnimi krytycznymi dociekaniami nad tym, co Martin Jay nazwał „detronizacją wzroku” (denigration of vision), a więc nieufnością wobec widzenia (vision) jako drogi przedstawienia prawdy, wzroku (sight) jako źródła wiedzy (Jay, 1993) 4. Próba prostego przeciwstawienia się tym ujęciom poprzez dowartościowanie widzenia (vision) byłaby naiwnością. Badanie tego, co moglibyśmy określić „optyką kulturową” polega nie na rehabilitacji wizualności (vision), lecz na odkrywaniu jej dialektycznej natury w obrębie nowoczesnej technologii i kultury – dialektyki wyraźnie widocznej w praktykach popularnej kul‑ tury wizualnej. Wprawdzie termin „język wizualny” może wydawać się dziwacznym oksymoronem, wierzę jednak, że istnieje retoryka wizualna (rhetoric of vision), będąca praktyką kulturową, która gra z widzeniem (sight) (a nie po prostu uznaje jego władzę). Podkreśla ona zarówno właściwe mu aporie, jak i zdolności poznawcze, eksplorując zasięg jego zastosowań i przyjemności, których dostarcza. To na tym polu spotkały się magia i kino, a nowe praktyki wirtualnego obrazu zaistniały na długo zanim, zostały opisane za pomocą teorii. Zajmuję się tutaj rozrywkami, które najczęściej uznaje się za trywialne. Magia igra z widzeniem, a gdy oszustwo jest dobrze wykonane, to istotnie przynosi nam wiele przyjemności. A jednak zabawa ta unaocznia też kwestie fundamentalne dla dialektyki widzenia, konfrontując to, co widzimy z tym, czego nie widzimy. Dzięki temu zastanawiamy się nad relacjami wzroku i wiedzy. Rozwijana przez stulecia magia ma swoją własną historię: przeplata się ze zmianami technologicznymi i jest zwiastunem przemian kulturowych. Magia działa za pośrednictwem wzroku i zarazem nań oddziałuje. Nie tylko dlatego, że zwyczajnie jest spektaklem, ale też poprzez grę z możliwościami i nawykami ludzkiego widzenia. Nowatorska rozprawa Reginalda Scota The Discoverie of Witchcraft, napisana w 1584 roku, w czasach wczesnej nowoczesności, zapoczątkowała nowe podejście do tego tematu przez oddzielenie czarownictwa (w którego istnienie Scot powątpiewał, pomijając pozostałości po przesądach lub wytwory urojeń) od tego, co nazwał „kuglarstwem”, a więc od praktyki rozrywkowej, opartej na manualnej sprawności i specjalnie skonstruowanych urządzeniach. Scot wierzył, że takie wcielenie magii zasługuje na potępienie, 4 Jay M. (1993). Downcast Eyes: The Denigration of Vision in Twentieth‑Century French Thought. Berkeley. T om G un n i ng J e s t e ś m y t u ta j i g d z i e ś i n d z i e j tylko wtedy, jeśli fałszywie rości sobie prawa do działania nadprzyrodzonego i umyślnie zwodzi widzów. Jeśli jednak, przekonywał Scot, „kuglarze wyznają na końcu, że nie są to działania nadprzyrodzone, ale środki ludzkie”, wtedy przedstawienia te mogą odbywać się bez szkody „dla rozkoszy obserwatorów” (Scot, 1584: 199). Kiedy sztuka „kuglarstwa” ( juggling) przez wieki stanowiła synonim diabelskich sztuczek, to dla nowoczesnego ucha słowo to odsyła również do żonglerki, a więc zręcznej manipulacji obiektami. Definicja kuglarstwa Scota obejmuje różne współczesne znaczenia tego pojęcia oraz praktykę, która w XIX wieku stała się znana jako „prestidigitatorstwo”: „praw‑ dziwa sztuka kuglarska polegała na lekkości ruchu: przewyższającej bystrość zręczności poruszania ręką” (Scot, 1584: 182). To manualne i zmysłowe działanie, jak wyjaśnia Scot, zmierza do osiągnięcia efektu wizualnego: „Wyczyny te powinny być przeprowadzone na tyle zwinnie, czysto i płynnie, co by oczy patrzącego nie rozróżniły ani wychwyciły przekrętu” (Scot, 1584: 182). Niemal dwa stulecia później najbardziej wpływowy spośród francuskich iluzjonistów XIX wieku, Jean Eugène Robert‑Houdin nadal łączył – nawet jeśli tylko jako ćwiczenie – magiczne przedstawienia z kuglarstwem‑żonglerką: „dobrze wiadomo, że sztuczka z piłeczkami cudownie doskonali wyczucie, ale czyż jednocześnie nie poprawia także widzenia? Właściwie, kiedy żongler podrzuca w powietrze cztery piłeczki w krzyżujących się nawzajem kierunkach, podążenie za kierunkiem, który każdej piłeczce nadała jego ręka wymaga nadzwyczajnej siły wzroku” (Robert‑Houdin, 1944: 32). Sztuka iluzjonisty wyrosła więc zarówno z jego zdolności manualnych, jak i mocy oraz ostrości wzroku. Z drugiej strony, jeśli chodzi o widza, opierała się na braku dyscypliny i małej kontroli, nad własnym spojrzeniem. Iluzjonista nie tylko to wykorzystywał, ale dodatkowo tym manipulował za pomocą różnorodnych urządzeń i sztuczek. Jak zauważał Scot, „kuglarze (…) używają pewnych dziwnych wyrazów oczywiście w celu odwrócenia wzroku od spo‑ sobu ich postępowania” (Scot, 1584: 83). Z kolei Robert‑Houdin w zmyślonej opowieści o tym, jak wkroczył – w świat sztuk magicznych – podpisanej przez fikcyjnego maga imieniem Torrini – twierdził, że mentor wybrał go z tłumu w czasie przedstawienia: „gdy pozwoliłem sobie zabawić widownię pewnym śmiesznym paradoksem, by odciągnąć jej uwagę od strony, gdzie sztuczka miała być przeprowadzona, ty jeden nie wpadłeś w sidła i utkwiłeś wzrok we właściwym punkcie” (Robert‑Houdin, 1944: 51). Kierowanie spojrzeniem, wiedza gdzie skierować wzrok oraz rozumienie natury skupiania uwagi – a więc zagadnienia dobrze znane z dyskusji o do‑ świadczeniu widza kinowego – składają się na fach iluzjonisty w tym samym stopniu, co jego kubek, piłeczki lub magiczna szafa. Począwszy na urządzeniach mieszczących się w dłoni, sterowanych przez magika, po złożone mechani‑ zmy sceniczne, które pojawiły się pod koniec XIX stulecia, wszystkie mogły być uważane za urządzenia optyczne – środki do kierowania lub zwodzenia wzroku. W XIX wieku dyskusje poświęcone magii skoncentrowały się już bardziej systematycznie na optyce. Klasyczne ujęcie magii z punktu widzenia technologii i nauki pojawia się u Davida Brewstera w Letters on Natural Magic z 1832 roku, gdzie wyjaśnia on „cudowność świata naturalnego”. W pierwszym liście deklaruje, że „ze wszystkich tych nauk najbardziej obfita w cudowność środków jest Optyka” (Brewster, 1832: 16). Brewster zajął się optyczną stroną magii bardziej metodycznie, niż wcześniejsi pisarze. W liście drugim jego rozważania otwiera diagram fizjologii ludzkiego oka. Autor twierdzi nawet, że „ze wszystkich organów, przez które nabywamy wiedzę o zewnętrznej naturze, oko jest najcudowniejszym a zarazem najważniejszym” (Brewster, 9 10 kultura popularna 2013 nr 3 (37) 1832: 19). Umiejscawia oddziaływanie iluzji nie tylko w problemie kierunku spojrzenia, ale w fizycznej naturze oka, mechanizmach źrenicy, siatkówki i nerwu wzrokowego, w reakcji na światło i kolory, w jego ślepych punktach oraz w zjawisku zatrzymywania powidoków. Jego zdaniem istnieją iluzje, które „mają swoje źródło w oku” (Brewster, 1832: 21). Co ciekawe – choć być może bez związku z żadną z jego sztuczek – Robert‑Houdin wynalazł irydoskop, instrument medyczny pozwalający na badanie budowy nerwu wzrokowego (During, 2002: 125). Brewster był z kolei prawdopodobnie pierwszym autorem, który użył sformułowania „obraz wirtualny” na opisanie obrazu powstałego przy użyciu wklęsłego lustra i sprawiającego wrażenie unoszenia się w powietrzu bez żadnego oparcia. Magia estradowa z końca XIX wieku coraz częściej robiła użytek z wirtualnych obrazów, których materialność pozostawała tajemnicą dla widza. Rozkwit magii – jako rozrywki nowoczesnej, międzynarodowej, wielce popularnej i wysoce stechnologizowanej – nastąpił w dużej mierze dzięki jej samorozpoznaniu jako sztuki optycznej, a więc opartej na wiedzy o ludzkim widzeniu oraz na uwzględnieniu możliwości różnorodnych urzą‑ dzeń optycznych, praw fizyki (światło, odbicie, refrakcja, obraz wirtualny), jak również na głęboko pragmatycznej wiedzy showmenów w dziedzinie reakcji ludzi na to, co widzą (lub sądzą, że widzą). Większość historyków jest zgodnych co do tego, iż nowa era magii optycznej nadeszła w 1862 roku wraz z Henrym Dircksem i Johnem Henrym Pepperem oraz ich sztuczką znaną jako „Duch Peppera”. Tafla przezroczystego szkła, która wyłaniała się przez przerwę w deskach sceny i mogła zostać opuszczona w razie potrzeby, pojawiała się między aktorami a widownią. Szybę ustawio‑ no tak, aby łapała odbicie dobrze oświetlonej postaci (przeważnie aktora), znajdującej się w miejscu niewidocznym dla widzów. Z ich punktu widzenia (a w magicznym teatrze optyki kontrola nad liniami spojrzenia grała kluczową rolę) szkło pozostawało niewidoczne, podczas gdy podświetlona osoba jasno się w nim ukazywała. Wirtualny obraz nakładał się więc na przestrzeń sceny za szybą. Iluzja ta miała swoją premierę w Królewskim Instytutcie Politech‑ nicznym. Jej nadzwyczajny sukces przyniósł Instytutowi, jak podają źródła, 12.000 funtów szterlingów zysku, zaś samą taflę szkła wypożyczano potem do innych teatrów i miejsc, w których jako efekt specjalny, wykorzystywano ją podczas rozmaitych przedstawień. Historyk magii Sidney W. Clark twierdzi, że iluzja ta „jako pierwsza uzmysłowiła ogromne możliwości gładkiego lub posrebrzanego szkła w produkcji magicznych złudzeń” (During, 2002: 143). Z kolei Jim Steinmeyer niedawno dodawał, że „Duch Peppera” reprezentował nową kategorię iluzji: iluzję optyczną (Steinmeyer, 2003: 43). W ten właśnie sposób kino i magia – jako sztuki wykorzystujące wirtualne obrazy – dążą do skrzyżowania się. Warto odnotować nie tylko oryginalność „Ducha Peppera”, ale też dziedzi‑ ctwo, w które się on wpisuje. Moim celem nie jest jednak śledzenie urządzeń, które bezpośrednio poprzedziły techniczny projekt tej iluzji, takich jak Poly‑ oscope Pierra Sequina ani też tropienie indywidualnych sporów o to, kto był jego wynalazcą. Chcę natomiast umieścić to urządzenie w ramach tradycji wirtualnych obrazów, która sięga wstecz do XVII wieku. Jeśli bowiem iluzja od zawsze była oparta na zdolności do kontrolowania widzenia, co w takim razie czyni „Ducha Peppera” tak wyjątkowym? Nasuwa się tu natychmiast odpowiedź, że rolę odegrało nie tylko zwiększenie kontroli nad doświadczeniem wzrokowym widzów, ale też ulepszenie konstrukcji aparatu, który kontrolę tę umożliwia, a więc sposób pojawiania się odbicia na szkle, relacje ukrytej „innej sceny” do innych przestrzeni – choćby do miejsca pod sceną – gdzie T om G un n i ng J e s t e ś m y t u ta j i g d z i e ś i n d z i e j jasno oświetlona postać (widoczna dla widzów tylko w odbiciu) jest właściwie ustawiona. Jak bowiem spostrzegł Clark, aparat ten wykorzystuje szkło jako urządzenie optyczne. Szkło, szczególnie przyjmujące formy luster, od dawna było łączone z magią. Ustawienie lustrzanych odbić, przypominające „Ducha Peppera”, opisał pionier magii optycznej Giambattista della Porta w swojej encyklo‑ pedycznej rozprawie na temat urządzeń optycznych Magia Naturalis z 1554 roku. Prace Porty i Athanasiusa Kirchera na temat „naturalnej magii” pisane u progu XVII wieku zawierały też rozwinięte dywagacje o katoptrycznych teatrach, zaaranżowanych tak, aby odbicia lustrzane tworzyły fantastyczne wirtualne obrazy. Również Scot w The Discoverie of Witchcraft opisywał magiczne efekty otrzymywane za pomocą luster. Twierdził, że „wspaniałe urządzenia i cudowne atrakcje, czyli wynalazki wykonane i pomieszczone w szkle, przewyższały wszystkie inne; widać zatem, że sztuka perspektywy jest bardzo potrzebna” (Scot, 1584: 179). Sporządzony przez Scota opis magii szkła, ukazuje ją jako wpisującą się w starożytną tradycję, ale też jako stojącą u progu nowoczesnego rozumienia lustrzanej iluzji (w powiązaniu ze sztuką perspektywy i optyką). Dokonuje on przeglądu „różnorodnych szkieł”, na początek inwentaryzując wielorakie kształty i metody wytwarzania luster (zapadnięte, płaskie, tłoczone, kolumnowe, piramidalne, zaostrzone, turbinowe, zmarszczone, okrągłe, kanciaste, odwrócone, awersyjne, masywne, regularne, kolorowe i z czystego szkła). Później wymienia magiczne możliwości, jakie można za ich pomocą osiągnąć: Jakikolwiek obraz lub użytek wytworzysz w swej wyob‑ raźni spodziewaj się, że ten sam obaczysz tamże. Jedne tak są ułożone, że możesz tam zobaczyć, co inni robią w miejscach bardzo oddalonych; inne tak, że obaczysz ludzi wiszących w powietrzu; inne tak, że ujrzysz ludzi fruwających, inne tak, iż obaczysz jednego przychodzą‑ cego, a odchodzącego zupełnie innego; inne tak, że jeden obraz wydaje się być stukrotny i temu podobne. Będą i takież szkła, w których człowiek zobaczyć może odbicie bynajmniej nie swoje, jedne naśladujące ruchy, inne zaś nie czyniące nic (…) Inne, które odwzorują nie obraz im nadany, ale odrzucające go w powietrze, ukazujące się niczym powietrzne obrazy (…). Będą czyste szkła, czyniące rzecz małą, rzecz oddaloną na wyciągnięcie ręki i tą, która bliska daleką (Scot, 1584: 179). W tym rozkosznym galimatiasie można odnaleźć pewne znane nam optyczne właściwości soczewek i luster. Inne, których opisy mogą być mylące, wydają się należeć całkowicie do królestwa cudowności. Dwa i pół stulecia później Brewster, sam będący twórcą urządzeń optycznych, takich jak kalejdoskop i stereoskop, przypisał wiele na pozór cudownych zjaw mocom optyki, w szczególności zaś wklęsłemu zwierciadłu i jego odwróconemu wirtualnemu obrazowi. „Dla widza siedzącego w odpowiednim miejscu – pisze Brewster – zdaje się on być zawieszonym w powietrzu, wobec czego jeśli lustro i przedmiot są dobrze ukryte, efekt musi wydawać się niemal nadprzyrodzony” (Brewster, 1832: 64). Brewster przedstawił też specyficzne ustawienie luster i przyrządów do obramowywania (framing devices), które ograniczały pole widzenia obserwatorów. Dzięki temu sposobowi tworzącemu iluzję, zjawy 11 12 kultura popularna 2013 nr 3 (37) wyglądały prawdopodobnie i równie imponująco, co „Duch Peppera”. Daleko im jednak było do katoptrycznych teatrów wyobrażanych stulecia wcześniej przez Portę, Kirchera i innych. W przeciwieństwie do „Ducha Peppera”, wcześniejsze lustrzane urządzenia pozostały spektaklami fikcyjnymi, opi‑ sanymi i zilustrowanymi w książkach, stanowiącymi teoretyczne szkice na temat możliwości katoptryki. Jest całkiem możliwe, że niektóre z nich były pokazywane nielicznej widowni, żaden jednak nie stał się publiczną atrakcją tej skali, co „Ducha Peppera”, który przyciągnął masy. Jest ku temu kilka powodów wykraczających poza okoliczność dynamicz‑ nego rozwoju komercyjnej rozrywki w XIX wieku. Po pierwsze iluzje oparte na prawach fizyki mogą okazać się problematyczne w realizacji. Do końca XVII wieku produkcja luster nieposiadających fizycznych skaz, zdolnych do odbijania jasnych i przejrzystych obrazów lub mających duże rozmiary, pozostała technicznie trudnym procesem, a nawet później przedmioty takie były dość kosztowne (Melchior‑Bonnet, 2001). Porta w pełni rozumiał zasady, na których opierały się później iluzje Dircksa, ale produkcja dużej, idealnie gładkiej tafli lustra nie była możliwa jeszcze przez stulecia po tym, jak opub‑ likował on swoje opisy. Relacje pojawiające się w pracach Porty i Kirchera były więc wyidealizowane. Dostarczały raczej alegorycznych spostrzeżeń na temat walorów światła i odbicia (jako obrazów boskiej iluminacji) niż praktycznych wskazówek dotyczących procesu produkcji. Później, nawet jeśli udało się te iluzje osiągnąć, jak w przypadku tych opisywanych przez Brewstera, były one ograniczone do małego zasięgu pól widzenia i w za‑ sadzie przeznaczone były dla indywidualnego widza. Były to urządzenia magii dworskiej, zaprojektowane z myślą o pojedynczym punkcie widzenia władcy, nie biorące pod uwagę większej liczby widzów właściwej zbiorowym spektaklom nowoczesnej komercyjnej rozrywki, nawet jeśli przedstawienia odbywały się w salach mniejszych niż te, w których wystawiano melodramaty i inne spektakle. Wreszcie, „Duch Peppera” był nie tylko udaną teatralną iluzją, ale nakładał też świat wirtualnego obrazu na rozpoznawalny świat z krwi i kości. Przezroczysty duch wywołany na tafli szkła unosił się nad prawdziwymi aktorami, był widoczny lecz niematerialny, przeszywano go mieczem, wydawał się przenikać przez ściany i rozpływać w powietrzu. Królestwo magii optycznej wytworzyło jednak już wcześniej popularne i wpływowe widowisko – „Fantasmagorię”. Wynaleziona niemal stulecie wcześniej niż „Duch Peppera” „Fantasmagoria” stanowiła innowacyjną modyfikację urządzenia optycznego opisywanego przez Kirchera w XVII wieku – latarni magicznej. Brewster twierdził, że wynalazek latarni magicznej „wyposażył magików w jedno z ich najcenniejszych narzędzi” (Brewster, 1832: 77). Latarnia, zamiast odbijać prawdziwe obiekty lub ludzi, wyświetlała obrazy namalowane na szkle. Nowe efekty, które wniosła „Fantasmagoria” do tradycyjnych pokazów latarni, zwiększyły oddziaływanie tego typu obrazów. Składało się na nie dramatyczne wykorzystanie ciemności; ukrycie latarni przed wzrokiem dzięki zastosowaniu tylnej projekcji; projekt latarni, która mogła rzutować obraz trójwymiarowych przedmiotów, takich jak szkielet oraz – co robiło największe wrażenie – ruchoma latarnia, która płynnie zbliżając się i oddalając od ekranu, powodowała powiększenie lub pomniejszenie obrazu, dające wrażenie nacierania lub ucieczki od widowni. Efekt ten przerażał widzów. Do czasów Brewstera „Fantasmagoria” straciła na popularności i do 1860 roku przetrwała głównie jako wspomnienie, chociaż Dircks nazwał swoje urządzenie „Fantasmagorią Dircksa” dobrze świadom połączenia z wcześniejszą formą wizualnej iluzji teatralnej (Steinmeyer, 2003: 33). T om G un n i ng J e s t e ś m y t u ta j i g d z i e ś i n d z i e j „Duch Peppera” nie opierał się na złudzeniu nacierania na widzów dla osiągnięcia efektu. W tym przypadku wirtualny obraz utrzymywał zasadnicze dla teatru oddzielenie przedstawienia i widzów. Ruch i wygląd wirtualnego widma wykorzystywał efekt niesamowitości związanej z odbiciem, a nie projekcją obrazu namalowanego na szkle (którego zniekształcenia były dodatkowo powiększane przez projekcję, jak odnotował Brewster). Tak więc innowacja Dircksa i Peppera utrzymała element zasadniczy dla „Fantasma‑ gorii”: usytuowanie widza na w pełni kontrolowanej pozycji odbiorczej, bez kontaktu z właściwym mechanizmem będącym źródłem iluzji. „Duch…” miał ograniczone zastosowanie w iluzji, rozwinął się głów‑ nie jako urządzenie sceniczne (lub jako efekt wizualny, jak na przykład pod koniec XIX wieku w tanecznych przedstawieniach Loïe Fuller, która używała odbić na szkle). Dla iluzji optycznej najistotniejszy był jednak, jak sądzę, wynalazek opracowany przez Peppera i Thomasa Tobina z 1865 roku, „Proteusz, lub jesteśmy tutaj i nie tutaj”. Ich urządzenie, podobnie jak „Duch Peppera”, wykorzystywało nowocześnie produkowane szkło i lustra, ale odwracało zasadę ich stosowania. Historyk magii i iluzjonista, Jim Stein‑ meyer natrafił na patent urządzenia teatralnego opracowanego przez Josepha Maurice’a, które w podobny sposób przekształcało technologię „Ducha Peppera”: „Dotychczas praktyką było produkowanie złudzeń widmowych poprzez umieszczenie prawdziwego aktora lub obiektu poza zasięgiem wzroku i rzucanie reprezentacji (representation) lub obrazu (image) tegoż żywego aktora lub obiektu na taflę szkła, umieszczoną na scenie, ale [ ja odbijam w ] tafli szkła zduplikowaną scenę, która może stanowić ścianę, las lub boazerię” (Steinmeyer, 2003: 77). Z początku brzmi to dziwnie – lub bezsensownie – ale oferowało to genialne odwrócenie sposobu, w jaki odbicie wykorzystywano w „Duchu Peppera”. Zamiast rzutowania widma na scenę urządzenie to sprawiało, że odbicie sceny – tła – przysłaniało aktora. Jak ujmuje to Stein‑ meyer: „Maurice po prostu odwrócił równanie… coś mogło być ukryte dzięki zastosowaniu odbicia. To był po prostu optyczny przepis na niewidzialność” (Steinmeyer, 2003: 77). W sztukach magicznych, które stosowały zasady zawarte w patencie Maurice’a ma swoje źródło popularne (anglojęzyczne) powiedzenie „It’s all done with mirrors” („To wszystko dzięki lustrom”). Czy to odnosząc się do patentu Maurice’a, czy też wymyślając to rozwiązanie samemu, Pepper i Tobin wykorzystali je publicznie w „Proteuszu”. „Proteusz” stosował szafę, we wnętrzu której znajdowała się para luster na zawiasach. Magik otwierał drzwiczki i pokazywał, że gablota jest pusta – z wyjątkiem środkowego słupka wspierającego lampę. Chłopiec wchodził do środka, drzwiczki zamykały się, a kiedy magik ponownie je otwierał szafa wydawała się być pusta, chłopiec znikał. Sztuczka angażowała układ luster. Kiedy drzwiczki otwierały się po raz pierwszy, lustra na zawiasach ustawione były płasko na ściankach szafy. Niewidoczne, odbijały wzorzystą tapetę otoczenia i stawały się od niego nie‑ odróżnialne. Gdy drzwiczki się zamykały, chłopiec wciągał po prostu lustra do połowy, tworząc przestrzeń na tyle dużą, aby się w niej zmieścić i schować za lustrami przed wzrokiem widowni. Oba lustra łączyły się dokładnie pod kątem 45 stopni, środkowy słupek wyznaczał dokładny punkt łączenia i tym samym maskował przerwę między nimi. Wdziane od frontu – z punktu widzenia widowni – lustra ustawione pod kątem odbijały wyłożone tapetą ścianki szafy, tak że odbicie wyglądało dokładnie tak, jak jej tylna ściana, pokryta tym samym rodzajem tapety. Dokładne ustawienie luster pod kątem stwarzało iluzję głębi – pozornie odsłaniając pustą przestrzeń. 13 14 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Ta sztuczka magiczna, lub raczej ta zasada, stanowiła inspirację dla wielu sławnych dziewiętnastowiecznych numerów magicznych jeszcze bardziej niż „Duch Peppera”. Uważam, że wynalazek niewidzialności wytwarzanej za pomocą luster oznaczał rewolucyjne podejście do wykorzystania zasad optyki, odpowiednik rewolucji kopernikańskiej. Zamiast czynić postacie widzialnymi, jak to miało miejsce we wcześniejszych iluzjach, tutaj układ luster czynił je niewidzialnymi dzięki rzutowaniu pustego tła. Zamiast wyczarowywać ducha, trik uwidaczniał pustkę. Steinmeyer przenikliwie opisuje funkcję, jaką lustra spełniały w tej sztuczce: „obraz w lustrze ma to do siebie, za wyjątkiem sytuacji, w których lustro jest brudne lub pęknięte, patrzący nigdy nie skupia swojej uwagi na powierzchni lustra, ale przenika ją, koncentrując się na odbijanym przedmiocie” (Steinmeyer, 2003: 79). Jak pokazuje Steinmeyer, pojawiła się cała seria sztuczek wytwarzających pustkę za pomocą luster, stwarzających złudzenie patrzenia na tło, kiedy w rzeczywistości było ono przesłonięte przez lustro skrywające postać (lub jej fragment). „Sfinks”, sztuczka Tobina stworzona dla Pułkownika Stodare’a, ukazywała tajemniczą głowę położoną na stoliku z trzema nogami, pod którym znajdowały się lustra ustawione pod kątem 45 stopni ukrywające resztę ciała. „Wyrocznia delficka” przedstawiała głowę, która wydawała się unosić w powietrzu (faktycznie otoczoną przez dużych rozmiarów lustro odbijające ukryty sufit pomalowany tak, aby udawał czarną ścianę). „Zaczarowane legowisko goryli” („Enchanted Gorilla Den”) Johna Nevila Maskelyne’a, stanowiło bardziej zaawansowaną wersję tricku z „Proteusza”, wykorzystując jeszcze mniejsze ukryte przestrzenie. Chociaż zasada optyki dotycząca odbicia pod kątem 45 stopni (lub 90 stopni, jak w przypadku klatki Maskelune’a w „The Will, The Witch and the Watchman”) jest genialnie prosta, to właściwe wykonanie owych lustrzanych urządzeń było skomplikowane i wymagające. Lustra musiały być pozba‑ wione wad, zabrudzeń, a ich oświetlenie nie mogło produkować odblasków. Krawędzie i łączenia należało starannie zamaskować. A co najważniejsze, położenie luster wobec widowni określały precyzyjne obliczenia. Jak ujął to Steinmeyer to, co widzieli widzowie, „stanowiło stawkę w iluzjonistycznej bitwie, dowód prawidłowości obliczeń matematycznych i warunek skutecz‑ ności iluzji” (Steinmeyer, 2003: 80). Lustra umieszczone bez wystarczających obliczeń mogły odbijać wizerunki członków widowni, niszcząc iluzję lub też nie odbijać tła w odpowiedni sposób. Co więcej, magicy musieli za każdym ustawieniem dobrze obliczyć „strefę bezpieczeństwa”, matematycznie wyliczoną przestrzeń, w której magik mógł stanąć bez obawy, że odbije się w lustrach, niszcząc iluzję. Wyrafinowane obliczenie kątów odbicia było warunkiem, żeby coś mogło zniknąć, pozostawiając odbicie… pustki. Oczywiście złośliwi widzowie, jeśli podejrzewali istnienie lustra, mogli zawsze rzucić kawałki papieru, żeby odbiły się od szkła. Chciałbym pochylić się chwilę właśnie nad tym efektem pustki. Lustro, które samo z siebie zdaje się znikać, lustro, które zamiast pokazywać coś, wydaje się prezentować jedynie pustą przestrzeń: paradoksalny efekt wirtu‑ alnej pustki. Z punktu widzenia magika (a jeszcze bardziej widowni) iluzja wytwarza niewidzialność lub zniknięcie; wirtualna pustka pełni przede wszystkim funkcję optycznego zwodu. Magicy zawsze pracowali w oparciu o ukrycie jakiegoś, zwykle najważniejszego elementu sztuczki, czy chodziłoby o schowanie karty dublera lub projektora. Sam efekt niewidzialności mógł też być osiągnięty akustycznie, jak w sławnym numerze „Niewidzialna dziewczyna” („The Invisible Girl”) włączonej w pewnym momencie do „Fantasmagorii” Robertsona. W sztuczce tej głos zdawał się być wydawany T om G un n i ng J e s t e ś m y t u ta j i g d z i e ś i n d z i e j przez zawieszony aparat, w rzeczywistości odwracał uwagę od kobiety, która w ukrytym pomieszczeniu pod sufitem, mówiła przez tubę. Ciemność grała dużą rolę w seansach spirytystycznych, najsławniejszym przykładem są pub‑ liczne pokazy braci Davenportów, którzy mieli ogromny wpływ na nowoczesną magię estradową. Ciemność, jak często twierdzili organizatorzy seansów, była niezbędnym warunkiem objawienia się niematerialnych i zasadniczo niewidzialnych duchów. Dramaturg Dion Boucicault, menedżer i rzecznik prasowy Davenportów, pytał, używając częstej wśród spirytystów analogii: „Czyż ciemnia nie jest konieczna w procesie wywoływania fotografii?”. Kon‑ trola światła i przemyślane użycie ciemności stały się również zasada Czarnej Sztuki, formy magii scenicznej, wykorzystującej czarne aksamitne tła i ciemne kostiumy, które przy odpowiednim oświetleniu wydawały się niewidoczne. W ten sposób całe postacie lub ich fragmenty nie były widoczne dla widzów, co dawało efekt unoszących się w powietrzu głów lub obiektów. Magia estradowa badała sposoby optycznego zwodzenia, wykorzystując granice doświadczenia wizualnego i wyzyskując jego ślepe punkty niejedno‑ znaczności. Magia, szczególnie w XIX wieku, poszukiwała raczej wizualnej niepewności niż rzeczywistości i prawdy symbolizowanej przez jasno oświetloną scenę. Właściwe magii oddzielenie doświadczenia wzrokowego od intelek‑ tualnej pewności rozszerza (może nawet transcenduje), dominując w tradycji Zachodu metafizykę opartą na wątpieniu we własne zmysły. XIX‑wieczna magia estradowa rozwijała się w obrębie nowoczesnego podejścia do widzenia opisanego przez Jonathana Crary’ego w Techniques of the Observer, uznającego wzrok za zdeterminowany fizjologicznie i tym samym do pewnego stopnia niezależny od świata zewnętrznego, który miał reprodukować (Crary, 1990). Crary podkreśla nowoczesne próby kontroli i dyscyplinowania wzroku, podą‑ żając za formułowanymi z pozycji racjonalistycznych krytykami kulturowego oszustwa. Przykładem może tu być David Brewster, który uznawał magię i jej sztuczki za środki, dzięki którym tyrani „utrzymują swoją kontrolę nad ludzkim umysłem” w ich „ciemnym planie mającym na celu omamienie i zniewolenie ludzkości” (Brewster, 1832: 14). Ale XIX‑wieczni iluzjoniści zaprzeczali twier‑ dzeniom o swoich nadprzyrodzonych mocach (jak to ujął Howard Thurston, być może największy z amerykańskich iluzjonistów: „Nie oszukałbym cię za żadne skarby” [ I wouldn’t deceive you for the world ], powtarzając temat, który sięga korzeniami „Fantasmagorii” Phililstahla). Zamiast odwoływać się do boskich mocy, magicy wykorzystali ograniczenia oka i sposoby oszukiwania wzroku do stworzenia nowych doświadczeń o paradoksalnym charakterze – zajmujących i uprzyjemniających czas, a nie uwodzących ideologicznie. Nikt nie wysunąłby twierdzenia, że iluzjoniści w XIX i XX wieku odgry‑ wali kluczową rolę w rozprzestrzenianiu się tyranii politycznej, choć są drobne wyjątki, istotne raczej dla nowelistyki niż geopolityki, gdzie zachodnich magów wykorzystywano w walkach kolonialnych do zastraszania zabobonnych tubylców, takich jak opłacane przez rząd przedstawienia Robert‑Houdina w Algierii, mające wywrzeć wrażenie na Marabutach i stłumić powstanie autochtonów (Robert‑Houdin, 1944: 393 – 4 19). Ale czy precyzyjnie zaplano‑ wane przedstawienia wirtualnej pustki, działające precyzyjnie na sensorium widza, są formą dyscyplinowania publiczności, którą krytycy kultury uznają za zasadniczą właściwość nowoczesnego społeczeństwa spektaklu? Czy magia również należy do poprzedniczek ideologicznej funkcji kina? Nie byłbym skłonny kategorycznie temu zaprzeczyć, ale wahałbym się również przed bezrefleksyjnym przyjęciem takiej tezy. Nie będąc demonstracjami władzy lub zasad metafizyki, iluzje magiczne zdają się być narzędziami otwierania 15 16 kultura popularna 2013 nr 3 (37) szczeliny w naszym doświadczeniu tego, co wizualne, siejąc wątpliwość i zaciekawienie, zabawiając i zawieszając wiarę lub niewiarę, łamiąc nawyki poznawcze, mieszając realne z wirtualnym. Same w sobie sztuczki te nie są ani wyzwalającymi objawieniami ani ideologicznym oszustwem. Po zasta‑ nowieniu, jednakowoż, okazują się być zdolne do obu. Twierdzę, że praktyki optyczne sztuki magicznej dostarczają wielu ścieżek dla refleksji w dziedzinie optyki kulturowej. Szczególnie istotne wydaje się przemyślenie na nowo roli lustra. Jak pokazała Sabina Melchior‑Bonnet w stu‑ dium poświęconym historii lustra, jest ono jednym przedmiotów z najbardziej obciążonych znaczeniowo w naszej kulturze (Melchior‑Bonnet, 2001). Od czasów średniowiecza lustro służyło zarówno jako obraz relacji człowieka z boskim światłem i stworzeniem oraz jako obraz ludzkich (a szczególnie w seksistowskiej tradycji kobiecych) próżności i narcyzmu, a ostatecznie utwierdzało w przekonaniu o nieuchronności śmierci (lustro jako obraz va‑ nitas). W początkach nowożytności lustro ukazało się jako obraz pozorów i płaskości, w szczególności przez swoją rolę w kształtowaniu tożsamości dworskiej i indywidualnej oraz rolę w procesie reprezentacji artystycznej. W XIX stuleciu w szczególności, lustro stanowiło symbol samoświadomej jednostki, owładniętej obsesją nie tylko na punkcie powierzchowności, ale też tożsamości. Jednak z wkroczeniem w wiek XX, jak twierdzi Melchior ‑Bonnet, obraz pustego lustra, szkła z którego znikło odbicie, stawał się coraz powszechniejszy: od przerażającej historii Horla Maupassanta po opis dzieciństwa Malte’m Rilkego (Melchior‑Bonnet, 2001: 257 – 9). Moja analiza popularnych scenicznych przedstawień magicznych pokazuje jednak, że ten specyficznie nowoczesny koszmar pojawił się, aczkolwiek w złagodzonej wersji, wpierw w sztukach iluzji optycznej. W zestawieniu z naszą współczesną kulturą nieskończenie multiplikujących się obrazów, XIX‑wieczna magią daje nam wiele materiału do przemyśleń. Wczesne kino pojawiło się na scenie w środku kotłowaniny nowych obrazów. Jak zauważył Méliès po obejrzeniu pokaz kinematografu, wyświetlane obrazy były mu wprawdzie znane, ale ich poruszenie stanowiło nowy trik. Niemniej od czasów „Ducha Peppera” odbicia zaznajomiły widzów z ruchomymi wirtualnymi obrazami. Kino umożliwiło widzom zobaczenie rzeczy w ruchu, obdarzając wirtualny obraz realizmem wysokiego stopnia. Sam Méliès szybko przekonał się jednak, że urządzenie do projekcji filmowych pozwala na wykonywanie dużo większej liczby trików niż tylko wprowadzanie obrazów w ruch. Iluzjonista na czasie mógł używać kina zarówno do sprawiania, aby rzeczy znikały, jaki i pojawiały się. Możemy przypomnieć, że pierwsze użycie przez niego aparatu kino‑ wego w Théâtre Robert‑Houdin zakładało wyświetlania filmu na ekranie umieszczonym przed sceną, podczas gdy za nim montowano skomplikowane dekoracje i maszynerię służącą do występów magicznych, (mechanika iluzji była zatem skrywana przez samo kino). Dla Mélièsa kino początkowo nie tylko pokazywało rzeczy, ale jednocześnie je ukrywało. Pierwsze projekcje w Théâtre Robert‑Houdin przywodzą na myśl fałszywe odbicia lustrzane stosowane w sztuczkach iluzjonistycznych, które wydawały się coś pokazywać, ale w rzeczywistości ukrywały to przed wzrokiem. Kino nie tylko pojawiło się w bogatym kontekście wirtualnych obrazów, ale też wchodziło w interakcje z magicznymi tradycjami zwodniczych i swa‑ wolnych obrazów w ramach dialektyki tego, co widoczne i co niewidoczne. przełożyli Arkadiusz Rogoziński, Michał Pabiś‑Orzeszyna, Łukasz Biskupski T om G un n i ng J e s t e ś m y t u ta j i g d z i e ś i n d z i e j Pierwodruk: A Companion to Early Cinema, red. André Gaudreault, Nicolas Dulac, Santiago Hidalgo, Copyright © 2012 John Wiley & Sons, Ltd. Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „Narodowy Program Rozwoju Humanistyki” w latach 2013 – 2014, projekt nr 21 H 12 0206 81 (kierownik mgr Łukasz Biskupski). Bibliografia: Brewster D. (2004 [ 1832 ]). Letters on Natural Magic Addressed to Sir Walter Scott. New York. Crary J. (1990). Techniques of the Observer: On Vision and Modernity in the Nineteenth Century. Cambridge. During S.(2002). Modern Enchantments: The Cultural Power of Secular Magic. Cambridge. Melchior‑Bonnet S. (2001). The Mirror: A History. New York. Della Porta G. (1957 [1554]). Natural Magic. New York. Robert‑Houdin, Jean‑Eugène (1944). Memoirs of Robert‑Houdin, the Great Wizard, celebrated French Conjurer, Author, and Ambassador. Minneapolis. Scot R. (1972 [ 1584 ]). The Discoverie of Witchcraft. New York. Steinmeyer J.(2003). Hiding the Elephant: How Magicians Invented the Impos‑ sible and Learned to Disappear. New York. 17 18 Michał Pabiś ‑Orzeszyna kultura popularna 2013 nr 3 (37) Kino atrakcji: historia, krytyka, mapa i kartoteka DOI: 10.5604/16448340.1094738 M i c h a ł P a b i ś ‑ O r z e s z y n a K i n o a t r a k c j i : h i s t o r i a , k r y t y k a , m a p a i k a r t o t e k a Opowiadanie historii jest dla istot ludzkich tak samo ważne, jak jedzenie. W istocie, tak jak pożywienie utrzymuje nas przy życiu, opowieści czynią nasze życie wartym przeżycia. Są tym, co czyni naszą kondycję ludzką. Richard Kearney Nie masz historii, nie masz niczego. Martin Scorsese, cytujący Raoula Walsha Kiedy zaczynałem studia, wszyscy mówili mi, że opowieść o wczesnym kinie to historia tego, jak film uczył się opowiadać. Mnie jednak interesowało to, co było jeszcze wcześniej. Potem jeden z moich starszych kolegów filmoznawców zapytał mnie: „Dlaczego ciekawią Cię filmy z okresu, gdy były one tak nieciekawe?”. Od‑ powiedziałem: „Chodzi Ci o to, dlaczego mam więcej frajdy z oglądania filmów od Ciebie?”. Tom Gunning Termin „kino atrakcji” ujmuje wczesne kino jako relatywnie spójny tryb praktyki filmowej, w którym nie chodzi o tkanie wciągających fabuł, lecz o zadziwianie widza spektaklem kuriozów. Koncept ten pojawił się w języku akademickim w połowie lat 80. ubiegłego wieku, głównie za sprawą konfe‑ rencyjnych wystąpień oraz publikacji Donalda Craftona, André Gaudreault i Toma Gunninga. Niemal trzydzieści lat po ukazaniu się w „Wide Angle” kanonicznego eseju Gunninga The Cinema of Attraction. Early film, its Spectator and the Avant‑Garde (Gunning, 1986) niełatwo znaleźć bardziej wpływową etykietę historiograficzną. „Kino atrakcji” figuruje w większości słowników filmoznawczych (Abel, 2005: 124 – 126; Kuhn i Westwell, 2012: 76 – 7 7), a klu‑ czowe dla tej koncepcji teksty są regularnie włączane do kolejnych „readerów”. Artykuł Gunninga przetłumaczono na wiele języków. Jego pierwszy przedruk ukazał się w klasycznej dziś antologii pod redakcją Thomasa Elsaessera Early Cinema. Space, Frame, Narrative (Elsaesser, 1990). Gunning dokonał paru zmian w oryginalnym tekście. Dodał do niego jeden akapit i zmienił tytuł. Kino atrakcji w liczbie pojedynczej zastąpione zostało przez kino atrakcji w liczbie mnogiej (cinema of attractions). Przedruk ten stał się punk‑ tem odniesienia dla większości późniejszych publikacji dotyczących pojęcia „kina atrakcji”. Niewiele też jest pojęć, które doczekały się książek o własnej historii, a taką jest poniekąd The Cinema of Attraction Reloaded pod redakcją Wandy Strauven (Strauven, 2006). Czytelniczki i czytelnicy znajdą tam nie tylko przedrukowane i omówione teksty z lat 80., ale też eseje współczesne, rozpatrujące „kino atrakcji” w kontekście innych formacji filmowych – od nowojorskiej awangardy do mediów cyfrowych. Wpływ „kina atrakcji” na rozumienie przeszłości filmu naprawdę trudno przecenić. Dzisiaj za oczywistość przyjmuje się, że przeciwnie do czasów klasycznego Hollywoodu – w których sprzedawano ciekawie opowiedziane historie – od 1895 do 1908 roku lepszym pomysłem na biznes było uruchomienie rozmaitych obrazów atrakcji. Począwszy od egzotycznych zakątków świata, chwytanych kamerami braci Lumière, przez magiczne metamorfozy ze stołu montażowego Mélièsa, operacje chirurgiczne filmowane przez Eugène‑Louisa Doyena i filmy mikroskopowe Charlesa Urbana, na „teledyskach” Alice Guy Blaché skończywszy. Wczesne kino wystawiało na pokaz zestawy widoków szokujących, niespotykanych i niepowiązanych żadną nadrzędną fabułą. Mało kto z tym dyskutuje. 19 Michał Pabiś‑Orzeszyna (ur. 1983) – asystent w Katedrze Mediów i Kultury Audiowizualnej Uniwersytetu Łódzkiego; kończy doktorat o tym, jak w ostatnich czter‑ dziestu latach zmieniało się badanie historii filmu, szczególnie zaś intere‑ suje go, jak na Nową Historię Kina, Nową Historię Filmu i archeo‑ logię mediów wpłynęły badania nad wczesnym kinem; w ramach pracy naukowej zajmuję się też polską kulturą popularną do 1945 roku, jak również badaniem alternatywnych sposo‑ bów użytkowania nowych mediów w późnym PRL. 20 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Po co w takim razie pisać o koncepcji tak obszernie opisanej, powszechnie znanej i – zadawać by się mogło – gremialne zaakceptowanej? Nie lepiej opublikować spis istniejących lektur? A jeśli jednak warto coś dodać lub podsumować, to jak pisać o „kinie atrakcji”, aby nie wpaść w postkolonialne sidła streszczania tego, co napisali zachodni naukowcy? Polska peryferyjna humanistyka w ogóle – filmoznawstwo i medioznawstwo w szczególności – wpada w nie wystarczająco często. Niektóre czytelniczki i czytelnicy mogą być słusznie zirytowani tonem „oczywistości”, który tutaj stosuję. Piotr Sitarski zwykł mawiać, że gdy ktoś argumentuje: „to oczywiste”, wtedy zazwyczaj chce nas oszukać. I rzeczy‑ wiście, z jednej strony mogłoby się zdawać, że wszyscy, którzy zetknęli się z jakimś nowszym kompendium historii filmu lub trafili na wykład o kinie niemym mniej więcej wiedzą, o co w „kinie atrakcji” chodzi. Z drugiej strony wystarczy przekartkować polską literaturę filmoznawczą, aby przekonać się, jak różnie ten termin jest wyjaśniany, czasem nieco odlegle od tekstów Gunninga (Lubelski, 2009) lub kompletnie bez związku z tym, co można w nich znaleźć (Hendrykowski, 1994). Okazuje się też, że polska bibliografia dotycząca „kina atrakcji” jest za‑ skakująco skromna. Dość powiedzieć, że po dziś dzień żaden z kanonicznych dla tej koncepcji esejów nie doczekał się u nas przekładu. Jeśli zaś chodzi o oryginały, to w przypisach polskich książek częściej można spotkać Jacques’a Lacana, Slavoja Žižka czy nawet Alaina Badiou niż Craftona, Gaudreault lub Gunninga. I w zasadzie nic w tym złego. Cyrkulacja idei to fascynujący temat, wymykający się łatwym ocenom. Filmoznawstwo i medioznawstwo czekają na rzetelną historię importowania, dystrybucji i recepcji tak zwanych „zagranicznych teorii” 1. W poniższym eseju chciałbym zaprezentować wybrane wątki debaty, która od trzydziestu lat toczy się w sprawie „kina atrakcji”. Często łączy się tę kategorię z tak zwanym „zwrotem historycznym”, a także z pytaniem o to, na ile badanie wczesnego kina zainicjowało zmiany w badaniu kina w ogóle (Biskupski, 2013; Elsaesser, 2009; Filiciak, 2013; Pabiś‑Orzeszyna 2013C). Będzie to zatem tekst, w którym historia kina przeplata się z historią jego badania, a przeszłość realnie istniejących filmów z przeszłością badaczek i badaczy (pracujących w realnie istniejących, intelektualnych oraz instytu‑ cjonalnych ramach). W pierwszej części moich rozważań chciałbym naszkicować podstawową charakterystykę tego konceptu. Przedstawię w niej, jak „kino atrakcji” można rozumieć – nie tylko w kontekście historycznym, ale również w świetle tradycyjnych ujęć przeszłości filmu, które zostają za jego pośrednictwem zakwestionowane. „Kino atrakcji” to bowiem idea, która oprócz wartości opisowej liczy się też w sensie polemicznym – jako dowód na nieadekwatność wyobrażenia o historii kina jako linearnej opowieści o tym, jak „uczyło się opowiadać”. W części drugiej chciałbym natomiast pokazać, że „kino atrakcji” wcale nie jest tak bezdyskusyjne, jak mogłoby się zdawać. Wyrasta z określonej – metodologicznie, geograficznie i historycznie – tradycji myślenia, posiada więc, jak każda tradycja, swoje ograniczenia. W sensownej rozmowie na 1 Nie ma tu jednak miejsca na zastanawianie się, dlaczego od Gunninga i „kina atrakcji” większą karierę w Polsce zrobił Jean‑Louis Baudry wraz z „teorią aparatu”. Warto wspomnieć, że w kontekście literaturoznawstwa podobną pracę wykonał Dominik Lewiński (Lewiński, 2004), czym prędko wywołał gwałtowną reakcję ze strony niektórych uczestników badanej historii (Głowiński, 2005). M i c h a ł P a b i ś ‑ O r z e s z y n a K i n o a t r a k c j i : h i s t o r i a , k r y t y k a , m a p a i k a r t o t e k a temat „kina atrakcji” powinniśmy pamiętać o intelektualnych warunkach, które umożliwiły pojawienie się tego pojęcia oraz determinowały dalsze rezonowanie. Rekonstrukcja tej historii, a raczej pewnych jej wątków, po‑ winna być rekonstrukcją krytyczną. Chciałbym więc przyjrzeć się pewnym zastrzeżeniom, jakie można wobec „kina atrakcji” sformułować. Część trzecia wynika z poprzedniej. Postaram się w niej zarysować szerszy – materialny i intelektualny – kontekst, w którym pomysł „kina atrakcji” się pojawił. Chodzi więc o historyczny klimat intelektualny i kontekst instytucjonalny, w którym zrodziło się to pojęcie. Interesuje mnie wzbogacenie tak zwanej historii idei o wymiar przypadkowości doświadczenia osób i grup, które te idee kolportują. Im więcej dostrzeżemy czynników, które wpłynęły na kształtowanie się omawianej perspektywy, tym lepiej. W ostatniej, czwartej części zamieszczam krótki przewodnik po mapie rodzimej literatury filmoznawczej. Chciałbym bowiem również wyposażyć czytelników w bedeker miejsc, w których można natknąć się na „kino atrakcji” w jego rozmaitych wcieleniach. Kino atrakcji: historia, a więc bracia Lumière i Georges Méliès pogodzeni przeciwko ankiecie „Sight & Sound” Méliès przeszedł do historii jako pierwszy świadomy kreator filmowy, twórca filmowej fikcji fabularnej. Natomiast braciom Lumière – wynalazcom kinematografu – przy‑ znać należy miano twórców nurtu dokumentalnego w filmie, tj. odtwarzającego rzeczywistość realnie istniejącą. Oba te nurty – fabularny i dokumentalny – będą współistnieć w całej historii filmu. Ryszard Doroba (…) związek z widzem ustanawiany zarówno przez filmy braci Lumière, jak i przez Mélièsa (oraz przez wielu innych filmowców tworzących przed 1906 rokiem) ma wspólną podstawę, która różni się od relacji z widzem, która dominowała w fabularnych filmach kręconych później. Tę wczesną ideę kina będę nazywał „kinem atrakcji”. Tom Gunning Pomysł „kina atrakcji” po raz pierwszy ukazał się w druku jesienią 1986 roku w artykule Gunninga The Cinema of Attraction. Early film, its Spectator and the Avant‑Garde (Gunning, 1986), w którym Lumièrowie, Georges Méliès, Edwin S. Porter, Buster Keaton, Filippo Tommaso Marinetti, Fernand Léger, Salvador Dali, Siergiej Eisenstein, a nawet Jack Smith [ tak, ten od Flaming Creatures (1963) ] zagrali w jednej drużynie przeciw hollywoodzkiej fiksacji na punkcie opowiadania historii. Zimą tego samego roku tokijski periodyk „Gendai Shiso” opublikował przekład wystąpienia Gaudreault i Gunninga z paryskiej konferencji Cerisy Colloquium, w którym mówili oni o wczes‑ nym kinie jako „systemie demonstracyjnych atrakcji”, przeciwstawiając go „systemowi fabularnej integralności” (francuski tytuł tego referatu brzmiał Un défi à l’histoire du cinéma?, japoński zaś: Eigashi No Hohoron) (Gaudreault i Gunning, 2006). Nieco później, w 1988 roku Crafton opublikował esej Pie and 21 22 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Chase: Gag, Spectacle and Narrative in Slapstick Comedy. Przekonywał w nim, że komediowe gagi Hala Roacha (ale też choreograficzne numery Busby’ego Berkeleya czy występy Harpo Marxa) upodrzędniają i zatrzymują akcję tak, jak seks czyni to w filmie pornograficznym, zaś nieoczekiwane zbliżenia oczu Bena Turpina to przykład tego, co Eisenstein nazywał „‘atrakcjami’ – elementami czystego spektaklu” (Crafton 2006: 356 – 358). W tych kanonicznych tekstach czytamy, że kino atrakcji opiera się na „zdolności do pokazywania czegoś”, tej samej, która zaraz potem sławiona będzie przez Légera i innych awangardzistów. Ponadto jest ono „ekshibicjo‑ nistyczne” – ustanawia z widzem radykalnie szczerą relację, przeciwną do iluzyjnego voyeuryzmu klasycznych hollywoodzkich opowieści, skrzętnie skrywających fakt, iż są wyprodukowaną fikcją. Niczym w manierystycznych obrazach trompe l’oeil – jak również podobnie do współczesnych block busterów – spektakl sam się tutaj tematyzuje, wskazując na technologiczną sztuczność i oszukańczy charakter jako swoje główne atrakcje: na iluzję ruchu, wrażenie współobecności. Ta relacja z widzem – oprócz bezpośredniości, wyrażanej w częstych spojrzeniach w kamerę – jest niesłychanie zmysłowa oraz stymulująca, co z kolei nawiązuje do Eisensteinowskiego rozumienia atrakcji jako „każdego agresywnego momentu widowiska” (Eisenstein, 1959: 292). Również w tym znaczeniu kino atrakcji przeciwstawia się późniejszej idei ciągłości i konwencjom continuity style – jest domeną eksplozyjnego momentu, nie zaś łagodnego trwania i kontynuacji. W słownikach języka polskiego atrakcja oznacza przede wszystkim „to, co przyciąga uwagę swą niezwykłością, interesuje; urozmaicenie, niespodzianka, rozrywka, przyjemność” (Tokarski, 1980: 56). Jak się zdaje, w tym właśnie sensie mówimy o „atrakcji turystycznej”, czy też „atrakcyjnym mężczyźnie lub kobiecie” jako obiektach, które ze względu na swą wyjątkowość przyciągają spojrzenie i sytuują się w centrum spektaklu. W tym znaczeniu atrakcja powo‑ duje rozproszenie, dystrakcję. Zatrzymuje normalny bieg zdarzeń lub – na co zwracał uwagę Crafton, przypomina wybój na drodze, na którym podskakuje jadące auto (Crafton, 2006: 359). W podobnym tonie wypowiadał się w swojej ostatniej książce Gaudreault, podkreślając, że w filmowych atrakcjach – jako momentach – wyraża się kluczowe dla medium napięcie między linearnym rozwojem i jego zakłóceniami (Gaudreault, 2011: 52). Wanda Strauven wskazuje natomiast, że słowo „atrakcja” (attraction), ozna‑ czające czynność przyciągania lub wciągania, pojawiło się w języku angielskim w XIX wieku i jest zapożyczone z francuskiego l’attraction. To z kolei swój posiada źródłosłów w łacińskim attractio zakorzenionym w trahere, które, wedle Strauven, znaczy dokładnie tyle, co angielskie pull, czyli ciągnięcie, wciąga‑ nie (Strauven, 2006: 17 – 18). Wyraża się tu poniekąd zmysłowo‑immersyjny charakter zjawisk, do których się to pojęcie odnosi. Strauven ma chyba rację. Faktycznie, spoglądając do słowników łaciny widać wyraźnie, że atrakcja może odsyłać do znaczeń eksponujących taktyl‑ ność, czyli do wariantów: attrecto, którego pierwsze słownikowe odniesienia to: dotykać, macać, brać do ręki; oraz attraho, które odsyła do przyciągania, ciągnięcia do siebie. Źródłem at‑trecto i at‑traho jest traho, które według słownika łacińsko‑polskiego oznacza po pierwsze „gwałtownie ciągnąć, wlec, szarpać, tam i z powrotem ciągnąć”. W drugim znaczeniu traho to „pociągać do czegoś, czuć pociąg co czegoś”, w trzecim zaś „porywać ze sobą, rabować, zabrać ze sobą”. Nie powinien nam więc umknąć dość czytelny związek atrakcji ze zmysłowością, bezpośredniością i wręcz agresywnością, która, jak wiemy, stanowi trzon Eisensteinowskiego montażu atrakcji. Co więcej, biorąc pod M i c h a ł P a b i ś ‑ O r z e s z y n a K i n o a t r a k c j i : h i s t o r i a , k r y t y k a , m a p a i k a r t o t e k a uwagę wszechobecną taktylność atrakcji w obrębie naszego zainteresowania powinno się również znaleźć imiesłów attractatus oznaczający wprost „dotykanie”. Tego typu etymologiczny montaż dostarcza nam istotną wskazówkę interpretacyjną. Dotyk, zmysłowość, taktylność, haptyczność to bowiem pojęcia, na które powinno się zwrócić szczególną uwagę, gdy tropimy znaczenia kina atrakcji we wszystkich jego modalnościach. Jest to szczególnie istotne w kontekście „szaleństwa widzialności”, z którym wiąże się wczesne filmy. Łatwo bowiem zapomnieć, że – uwzględniając wcześniejsze etymologicz‑ ne uwagi – „wizualna atrakcja” ma w sobie pewien oksymoroniczny trzon, sprzeczność między oglądaniem i chwytaniem, która osłabia wyjaśnienie spod znaku prostej krytyki wzrokocentryzmu. Jeśli ta kategorialna nieczy‑ stość zostanie zauważona, wytwarza nowe sensy. Pozornie wykluczające się widzenie i dotykanie, stabilność i mobilność, dystans i bliskość, bycie na zewnątrz i w środku, obserwowanie i uczestniczenie to bowiem dialektyczne sploty, które nie tylko fundują specyfikę „kina atrakcji” jako konceptu, ale również wczesnego kina w ogóle. Tak więc, aby nie korzystając z brzytwy Ockhama uporać się z fenomenami takimi jak hasło „travelling without moving” (reklamujące wiele trawelogów i filmów przyrodniczych), należy przywrócić atrakcji jej zmysłowość. Ponadto „kino atrakcji” to też kino metamorfoz i nagłych zmian, które zakłócają linearny bieg zdarzeń. Dochodzą one do głosu choćby wtedy, gdy jeden błysk życie odbiera [ na przyzkład słoniowi podłączonemu do wyso‑ kiego napięcia w słynnym snuff‑movie Edisona Electrocutting The Elephant (1903) ], inny natomiast do życia powołuje [ gdy kościotrup zaczyna tańczyć Lumiére’owskim Le Squelette joyeux (1897) ]. W innych filmach ożywają karty do gry, posągi buntują się przeciw rzeźbiarzom, rysunki przeciw rysownikom, a maszyny przeciw konstruktorom. Posłuszeństwa odmawiają też ludzkie członki. W Złodziejskiej dłoni (1908) Jamesa Stuarta Blacktona żebrakowi z amputowaną ręką zostaje przyszyta nowa, która rządzi się swoim własnym rachunkiem zysków. Najczęściej transformacji tych nie można opanować. Przykładem jest topos filmów trikowych o człowieku, który nie może się rozebrać, bo gdy już uda mu się zdjąć jakąś część garderoby, wtedy siła niczym deus ex machina w mgnieniu oka nakłada na niego kolejne stroje, przemieniając jego wygląd wedle własnej kuriozalnej logiki. Czasem jednak, jak przekonują niektóre atrakcyjne ruchome obrazy, przemiany można kontrolować. W dość przerażającym filmie Edisona 1904 roku Dog Factory (Fabryka psów) widz obserwuje, jak za pomocą innowacyjnej maszyny o nazwie Patent Dog Transformator błyskawicznie przerabia się czwo‑ ronogi na kiełbasę o różnych smakach. Moment zdumienia zostaje tu jednak spiętrzony, bowiem operatorzy urządzenia odwracają sposób jego działania i na życzenie klientów zaczynają wytwarzać psy z wcześniej wytworzonych kiełbas. W innym wydaniu tego toposu, w Chapellerie et charcuterie mécanique (1900) Alice Guy pokazuje, jak z kiełbasy robić kapelusze. Nie wiadomo, jak to możliwe, ale w tym rzecz – „kino atrakcji” miało zdumiewać. Podobnie, jak w trakcie seansu iluzjonistycznego nie mamy pojęcia, skąd się w kapeluszu wziął królik, tak samo w trakcie seansu filmowego widzowie zdumieni są, jakim cudem (sic!) znikają i pojawiają się te wszystkie postacie w Mélièsowskich filmach trikowych oraz jak to możliwe, że rentgenowska kamera zamienia ludzi w kościotrupy, co dzieje się w filmie The X Rays (1896) G. A. Smitha. „Kino atrakcji” zgodne jest bowiem z awangardową dewizą épater le bourgeois (zadziwić mieszczucha), zarazem jednak wpisuje się w długą listę 23 24 kultura popularna 2013 nr 3 (37) wielkomiejskich rozrywek opartych na kontrolowanym szoku (od gabinetów osobliwości po kolejki górskie). Tego rodzaju „estetyka zdumienia” (termin Gunninga) ma bogatą przeszłość, intepretowaną najczęściej w kontekście kulturowej formacji nowoczesności. Swoich zwolenników odnajdzie też w przyszłości – pomimo wieloletniej dominacji gładkiej klasycznej narracji, immersyjnego nastawienia i zasady „czwartej ściany” – nie tylko wśród amatorów pornograficznej szczerości, miłośniczek slapstickowych gagów, musicalowych numerów, nieprawdopodobnych coups de théâtre i „kina efektów specjalnych”, ale też w kręgach nowojorskich eksperymentalistów pokroju Erniego Gehra, Hollisa Framptona czy Kena Jacobsa, którzy poszukiwać będą historycznej alternatywy dla hollywoodzkiej stylistyki i kontemplacyjnego odbioru (znajdą ją choćby w dziwnych konstrukcjach czasoprzestrzennych Edwina S. Portera). A zatem nikt niczego nie chce opowiadać (co nie znaczy, że nikt tego nie potrafi). Aż do okolic 1908 roku dominuje bezkompromisowy pokaz wizualności. Kino to przede wszystkim multimedialne show, świetnie od‑ najdujące się w kulturze stereoskopów, scenicznych feerii, wodewilowych ekscesów, jarmarcznych freak‑shows, diabelskich młynów i innych rozrywek wielkomiejskiej nowoczesności. To właśnie na tym tle, w żywiole dziewięt‑ nastowiecznej modernizacji oraz w świetle popkultury fin‑de‑siècle’u – nie zaś z perspektywy ideałów późniejszego „kina fabularnej integralności” – powinno się rozumieć pierwsze filmy braci Lumière, Mélièsa, Portera czy Kazimierza Prószyńskiego, jak również pokazy organizowane w Bombaju przez Harishchandra Sakharama Bhadavdekara. Dlatego we wspomnianej już książce Cinema of Attractions Reloaded na okładce nie widzimy Mélièsa, ale kadr z Matrixa (1999) ze sceny, w której Trinity – a wraz z nią cała akcja – zastyga w bezruchu, kamera zaś, łamiąc prawa fizyki, wykonuje wirtualną podróż po pokoju, gdzie czas się zatrzy‑ mał. Główną atrakcją staje się sama technologia filmowa, jej cudowność i omnipotencja. Czy w takim razie „kino atrakcji” to klucz do zrozumienia bombastycznego, poniekąd autotematycznego, stylu współczesnych blockbu‑ sterów? Są za tym argumenty. Dick Tomasovic przekonuje, że rodzeństwo Wachowskich – ale też Sam Raimi w Spidermanie I (2002) i Spidermanie II (2004) – zdumiewa dziś widzów tak, jak sto lat wcześniej zdumiewał Méliès i jego triki (Tomasovic, 2006). Współczesnym odpowiednikiem jego trików byłaby też cyfrowa technika morphingu, opisywana przez niektórych autorów antologii Meta‑morphing. Visual Transformation and the Culture of Quick Change jako bezpośrednie odniesienie do wczesnego kina jako „kina atrakcji” (Beebe, 2000; Fisher, 2000; Ndalianis, 2000). Istotnie, zmieniający kształty robot T‑1000 z Terminatora II (1991) przypominać może metamorfozy mężczyzny z filmu Chapeux a Transformations (1895) braci Lumière, którego wizerunek fluktuuje zależnie od zakładanych kapeluszy. Warto tu powiedzieć, że postacią z tego świata atrakcji, którą historycy – w rodzaju Gunninga czy Gaudreault – przywołują bodaj najczęściej jest Georges Méliès. Ma to wymiar konstruktywny – autor Podróży na księżyc (1902) jest dobrym przykładem niesamowitości wczesnego kina – ale też i po‑ lemiczny. Aby zrozumieć przeciwko komu się go wykorzystuje, jak również przeciwko czemu skierowane jest cały koncept „kina atrakcji” warto przyjrzeć się pewnemu interesującemu skryptowi. Mianowicie wiosną 1907 roku Georges Méliès został poproszony o spisanie kilku praktycznych rad dla fotografów zaciekawionych pracą z kinematografem. Zwięzły podręcznik ukazał się w „Annuaire général et international de la M i c h a ł P a b i ś ‑ O r z e s z y n a K i n o a t r a k c j i : h i s t o r i a , k r y t y k a , m a p a i k a r t o t e k a photographie” (w „Powszechnym Międzynarodowym Roczniku Fotograficz‑ nym”) pod tytułem Les Vues cinématographiques (Kinematograficzne widoki) (Méliès, 2011) 2. Tadeusz Lubelski nazywa ten tekst „artykułem‑manifestem” (Lubelski, 2009: 80), jest to jednak przede wszystkim przewodnik po prak‑ tycznej stronie zawodu filmowca. Dowiemy się z niego, jak wiele trudności pokonują profesjonaliści, aby dostarczyć widzom nawet bardzo krótki film. Méliès szczegółowo opisuje na przykład, jakie konsekwencje dla scenografa, kostiumografa i makijażysty ma okoliczność stosowania ortochromatyczej taśmy filmowej. Pisze też, o czym trzeba pamiętać, jeśli film ma być później ręcznie kolorowany oraz przestrzega przed pułapkami rozmaitych technik trikowych. W innych miejscach zwraca uwagę na problem aktorskiej ekspresji, na specyfikę zawodu operatora, na technikę wywoływania taśmy, a nawet na jej ówczesną cenę rynkową. Z tekstu wyłania się obraz branży, w której funkcjonują określone oraz dość skomplikowane reguły pracy – wizerunek każący zweryfikować obiegowe przekonanie o prymitywizmie ówczesnego kina. A jednak pewien element wczesnej praktyki filmowej jest w tym pod‑ ręczniku zaskakująco skromnie opisany. Co więcej, jest to ten sam aspekt uzdolnień paryskiego magika, z którym identyfikuje go spora część trady‑ cyjnych historyczek i historyków – scenariopisarstwo. Méliès ogranicza się do stwierdzenia, że pracując nad filmem trzeba posiadać „scenariusz spisany z wyobraźni” (Méliès, 2011: 143). Napomyka też, że należy poświęcić chwilę na wytłumaczenie aktorom, co będą grali (Méliès, 2011: 150). Nie tłumaczy natomiast, na czym polega storycraft, a więc sztuka opowiadania ciekawych historii, która kilkadziesiąt lat później znajdzie się w centrum filmowej praktyki, krytyki, historii i teorii (McClean, 2007: 15 – 39). W 1907 roku praca nad fabułą nie wydawała się Mélièsowi szczególnie istotna. Wspominając potem najlepsze lata swojej kariery, w tekście o prze‑ wrotnym tytule Importance du scénario (Wartość scenariusza) nie zmienił zdania: „jeśli chodzi o scenariusz, ‘bajkę’ czy też ‘opowieść’ – pisał w 1932 roku dla awangardowego periodyku ‘Cinéa‑Ciné pour tous’ – to biorę te sprawy pod uwagę w ostatniej kolejności. Mogę wręcz powiedzieć, że konstrukcja scenariusza w ogóle nie ma znaczenia, dopóki służy on dobrze jako wehikuł dla ‘efektów scenicznych’, ‘trików’, czy też zgrabnie zaaranżowanego ‘tableau’” (Gunning, 1986: 64). Ta często cytowana wypowiedź i stosunek Mélièsa do fabuły grają ważną rolę w koncepcji „kina atrakcji” i późniejszych sporach na jego temat (Gun‑ ning, 1986; Gaudreault, 1995; Musser, 2006b). Inaczej sprawa przedstawia się w tak zwanej „tradycyjnej historiografii filmowej”, w której właściciela Star Film opisuje się po prostu jako „pierwszego scenarzystę”, pioniera kina współczesnego, które z reguły dzieli się na fabularne i dokumentalne (za przykład niech posłuży cytowany w motcie Ryszard Doroba). Méliès to w tym układzie fabuła, zaś bracia Lumière: dokumentalizm. Taki podział chronicznie dominował – i nadal można go spotkać – na wykładach z historii filmu oraz w sporej ilości podręczników, zarówno tych kanonicznych, jak i mniej znanych (Toeplitz, 1955; Doroba, 1980; Płażewski, 2005). Trudno powiedzieć, kto jest odpowiedzialny za wprawienie w ruch tej mitycznej opozycji, reprodukowanej nawet przez tak wnikliwych krytyków, jak Siegfried Kracauer (Kracauer, 1975: 51 – 58). 2 Tekst ten ukazał się w języku polskim pod nieszczególnie trafnym tytułem Widzenie kinematograficzne (Méliès, 1970). Korzystam jednak z angielskiego przekładu autorstwa Stuarta Liebmanna i Timothy’ego Barnarda, którego fragmenty tłumaczę samodzielnie (Méliès, 2011). 25 26 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Czasem przyjmuje się, że winę ponosi Georges Sadoul, jeden z ojców założycieli wspomnianej „tradycyjnej historiografii”, która od lat 80. znajduje się pod ostrzałem historyków kojarzonych z Nową Historią Filmu (Pabiś ‑Orzeszyna, 2013c). W pierwszym tomie Historie générale du cinéma pisał, że „[ w ]raz z braćmi Lumière ruchoma fotografia stała się medium rejestracji. Georges Méliès uczynił zaś z niej środek ekspresji” (Sadoul, 1946: 312). Nawiasem mówiąc, warto zauważyć, że nie ma tu słowa o fabule. Podobnie w Histoire du cinéma mondiale – również i tam Sadoul nie pisze o Mélièsie jako pionierze filmowego opowiadania, ale o „prawdziwym twórcy kinematograficznego spektaklu”, a to przecież nie to samo (Sadoul, 1949: 27). Zostawmy jednak na chwilę niejednoznaczności Sadoula, tak ciekawie opisywane choćby przez François Alberę czy Gaudreault (Albera [2011]; Gaudreault [1997]. Istotne jest to, że zasypanie przepaści między Lumièrami a Mélièsem to kluczowy moment retoryki „kina atrakcji”, jego siły polemicznej oraz konstruktywnej. Wskazuje na to Gunning w artykule z „Wide Angle”, w którym opisywane pojęcie pojawiło się po raz pierwszy. „Jakiekolwiek różnice odnajdziemy między Lumière’ami i Mélièsem em – pisze w akapicie, z którego pochodzi motto tej części mojego wywodu – nie powinny one odnosić się do opozycji między filmem fabularnym i niefabularnym. Możemy ich raczej ze sobą pogodzić za pomocą koncepcji, która ujmuje kino nie tyle jako środek do opowiadania historii, ale jako sposób przedstawiania publiczności serii widoków. Audyto‑ rium jest zafascynowane ich iluzjonistyczną mocą (niezależnie od tego, czy chodzi o iluzję ruchu oferowaną pierwszym widzom przez Lumièrów, czy o magiczne sztuczki preparowane przez Mélièsa) oraz egzotycznym powabem” (Gunning, 1986: 64). Koncepcją tą, jak już wiemy, jest „kino atrakcji”. Jaki jest jej polemiczny cel? Przeciwstawianie przedsiębiorców z Lyonu iluzjoniście z Paryża oraz obsadzanie ich w rolach pionierów, odpowiednio, filmu dokumentalnego i fabularnego to zabieg charakterystyczny dla tych, którzy sądzą, że przeszłość kina to proces linearny „od… do…” (na przykład od Lumièrów do Łozińskich, od Mélièsa do Nolana), możliwy do zrozumienia przy bardziej lub mniej uświadamianej pomocy idei postępu oraz pomysłu „historii powszechnej” (Krasnodębski, 1991: 17 – 33; Fukuyama, 2009: 93–115). Taka historiografia opisuje „ewolucję medium” – odpowiedź na pytanie, jak osiągnęło ono dojrza‑ łość i samoświadomość, stan rozumiany najczęściej jako klasyczna perfekcja w opowiadaniu historii (Bazin, 1963: 154), czasem jako modernistyczne jej zaprzeczanie. Równania: Lumièrowie = dokumentalizm, Méliès = fabuła to nic innego, jak realizacja logiki retrospekcji, zgodnie z którą interesuje nas droga prowadząca prosto do teraźniejszości. Naturalnie w wizji przeszłości jako ewolucji formy filmowej roi się od rozmaitych „ślepych uliczek”, „nieudanych eksperymentów” oraz „przecięt‑ niaków”, którzy nie zasługują na naszą uwagę. Badanie przypomina wtedy festiwalową selekcję lub udział w słynnej ankiecie „Sight & Sound”, mającej wyłonić kanon dziejów – decyzja dotyczy tego, które filmy „zapracowały na miejsce w historii”. Na przykład wspomniany Michał Oleszczyk – krytyk filmowy, respondent „Sight & Sound”, a obecnie też Dyrektor Programowy gdyńskiego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych – w podręczniku Kino nieme, w rozdziale o znamiennym tytule David Wark Griffith: kino uczy się opowiadać tłumaczy swoje zainteresowania faktem, iż: „kino takie, jakim je znamy dzisiaj – czyli medium, które zdetronizowało powieść dziewiętnasto‑ wieczną w funkcji masowej rozrywki o charakterze narracyjnym – wyłoniło się właśnie z nadejściem Griffitha” (Oleszczyk, 2009: 275). M i c h a ł P a b i ś ‑ O r z e s z y n a K i n o a t r a k c j i : h i s t o r i a , k r y t y k a , m a p a i k a r t o t e k a Mniejsza o wątpliwości, czy faktycznie powieść literacka była w XIX wieku rozrywką masową. Nie ma tu też miejsca na spór o to, czy w 2009 roku (wtedy ukazał się cytowany tekst) kino przede wszystkim opowiadało historie (znam parę osób, które powiedziałyby, że ważniejsze były wówczas – i są do dziś – komputerowo generowane efekty specjalne, lokowanie produktu oraz zatrudnianie Scarlett Johanson czy Christiana Bale’a). Ciekawsza jest stosowana przez Oleszczyka retoryka – warto zajmować się Griffithem, ponieważ był pionierem filmu nam współczesnego, „(…) pierwszym wielkim narratorem kina; artystą, który połączył dostępne kinu niememu środki wyrazu w taki sposób, by [ miast tylko (podkreślenie dodane – MP‑O) zaciekawiać czy olśniewać – co było domeną kinematografu ] mogło opowiadać złożone historie i wywoływało skomplikowane emocje” (Oleszczyk, 2009: 275). Warto zestawić ten cytat z fragmentem książki opublikowanej ponad siedem‑ dziesiąt lat wcześniej. Chodzi o The History of Motion Pictures Maurice’a Bardèche i Roberta Brasillacha z 1938 roku 3. „Nikt nie wie, jak długo jeszcze film byłby tylko [ podkreślenie dodane – MP‑O ] prostym reportażem lub aktualnością – diagnozują autorzy – gdyby nie ten jeden człowiek, który wprowadził do nowego technologicznego wynalazku niesłychaną liczbę naprawdę oryginalnych idei i nareszcie uczynił z filmu coś więcej niż tylko [ podkreślenie dodane – MP‑O ] odnogę fotografii” (Bardèche, Brasillach, 1959: 381). Przeciwnie do Oleszczyka, Bardèche i Brasillach nie piszą o Grifficie, ale o Mélièsie. Bliźniacza pozostaje jednak retoryka – fragment ten równie dobrze mógłby dotyczyć reżysera Nietolerancji (1916) lub wielu innych „pionierów”, na przykład George’a Alberta Smitha, Giovaniego Pastrone lub – czemu nie – Mordechaja Towbima, producenta „pierwszego polskiego filmu fabularnego” pod tytułem Pruska kultura (1908), właściciela warszawskiego Iluzjonu Siła. Mimowolnie wybrzmiewa tu główny problem teleologicznie zoriento‑ wanej historiografii, niezależnie czy praktykujemy ją w połowie XX wieku, czy na początku XXI. Z tej perspektywy istotą wczesnych filmów jest brak. Większość ruchomych obrazów z pierwszych dwóch dekad funkcjonowania kinematografii to forma niedorozwinięta – „tylko proste reportaże”, które „tylko zaciekawiają lub olśniewają”. Radykalnym przykładem takiej historycznej bezwartościowości jest wczesne kino niefikcjonalne, na przykład trawelogi, filmy przemysłowe czy aktualności, które nie przydają się ani opowieści o tym, jak X Muza uczyła się opowiadać, ani też narracji o „twórczym przetwarzaniu rzeczywistości”, otwieranej dokumentalizmem Roberta Flaherty’ego (Pabiś ‑Orzeszyna, 2013a). Zadaniem historyka, tonącego w mamałydze wczesnego kina, jest wyszukanie nielicznych osób oraz artefaktów, które mimo wszystko wykraczają poza swój czas, zasługują więc, by je ocalić od zapomnienia. Nie jest to przypadek, że w ankiecie „Sight & Sound”, w edycji z 2012 roku, spośród gigantycznej liczby 2 045 filmów, zgłoszonych do wyścigu o miejsce w kanonie, jedynie jedenaście (sic!) pochodzi z okresu do 1908 roku. Koncept „kina atrakcji” radykalnie zrywa z takim ujęciem przeszłości, z historią zafiksowaną na przełomowych arcydziełach i wyznającą „teorię wielkich mężów” i w tym miejscu pozostaje w zgodzie z perspektywą z Film History: Theory and Practice (Allen, Gomery, 1985: 110). Na wejściu żegnamy się z fantazmatem postępu, z organicystycznymi metaforami dzieciństwa ‑dojrzałości‑śmierci oraz z „hegemonią filmu fabularnego” w historiografii 3 Korzystam z fragmentu angielskiego przekładu, przedrukowanego w Film: An Anthology pod redakcją Daniela Talbota z 1959 roku. Cała książka Bardèche’a i Brasillacha ukazała się w Nowym Jorku w roku 1938. Natomiast francuski oryginał o tytule Histoire du Cinéma pochodzi z roku 1935. 27 28 kultura popularna 2013 nr 3 (37) i teorii (Gunning, 1986: 56). W pracy badawczej nie chodzi bowiem – jak się zaraz okaże – o retrospektywną ewaluację tytułów, ale o życzliwe rekonstru‑ owanie kulturowych horyzontów, w których filmy funkcjonowały. Czasami można więc usłyszeć, że w kontekście „kina atrakcji” mamy do czynienia z szerszą akcją „rewaloryzacji wczesnego kina”, zawiązaną podczas słynnego Kongresu w Brighton w 1978 roku (Gaudreault, 2011: 30 – 31; Gun‑ ning, 2006a: 31 – 35; Strauven, 2006: 15). Jest w tym wiele prawdy – pomijając rozmaite, referowane już przeze mnie zastrzeżenia wobec opowieści „nowym pokoleniu” i „micie Brighton” (Gauthier, 2011, 2012) – należy pamiętać, że chodzi tu o szczególny rodzaj dowartościowania. Rzecz w tym, aby uniknąć fałszywego rewizjonizmu wynajdywania „pereł z lamusa” i innych „zaginionych skarbów”. Nie chodzi o udowadnianie, że – jak w swoim czasie przekonywał Marek Hendrykowski: (…) kino przed Griffithem ma już na swoim koncie liczne i cenne osiągnięcia. Co więcej ma ono również swój mię‑ dzynarodowy panteon artystyczny związany ze światową renomą reżyserów tej klasy, co Georges Méliès (wówczas u szczytu powodzenia), Ferdinand Zecca, Victor Jasset, Robert William Paul, Cecil Hepworth, James William‑ son, George Albert Smith, Albert Capellani, Edwin S. Porter, James Stuart Blackton czy Luigi Maggi, ten ostatni debiutujący w tym samym co Griffith 1908 roku (Hendrykowski, 1998: 34). Zamiast tego rodzaju rehabilitacji poprzez tworzenie rankingów czy wcielanie zapomnianych arcydzieł do kanonu, podstawą jest raczej próba rozpatrzenia wczesnego kina „na jego własnych warunkach” (Gunning, 1997: 9) W miejsce de facto upodrzędniającej ewaluacji pojawia się takie historyczne poznanie, które uznaje specyfikę przedmiotu refleksji, ale też – co ważne – nie popada w iluzje „rekonstrukcjonizmu” 4. Rozumienie wczesnego kina jako „kina atrakcji” nie polega na przekonywaniu, iż filmy z dalekiej przeszłości – wraz ze wszystkimi swoimi kontekstami – nie są dla nas ważne, a my tylko ustalamy „jak było naprawdę”. Pierwsze lata kinematografu posiadają niebagatelną wartość – nie można wobec nich zająć stanowiska naukowej obojętności. Zarazem jednak odkrycie tego znaczenia nie jest rezultatem poszukiwania przodków kina fabularnego. Projektowanie wstecz oczekiwań, jakie obecnie kierujemy wobec filmów czyni uboższym to, co wczesne kino ma nam do powiedzenia. Prędzej na myśl przychodzi hermeneutyczna zasada, iż rozumienie polega na wysiłku odnalezienia pytania, na które dany tekst odpowiada (Gadamer, 2004: 503 – 515). W badaniu „kina atrakcji” chodzi bowiem o historiografię jako interpretację – pracę stapiania naszego horyzontu kulturowego z życzliwie rekonstruowanym horyzontem oczekiwań i doświadczeń, w który ówcześni odbiorcy wpisywali kinematograf. Jak jednak ten proces przebiegał w przypadku „kina atrakcji” i jak go usytuować w historii samych badaczy oraz ich własnych horyzontów poznawczych? Wedle innego znanego Gadamerowskiego dictum „[ f ]akt, iż to, co nas spotyka, jest wobec nas obce, prowokujące, dezorientujące, zapoczątkowuje wysiłek rozumienia” (Gadamer, 2003: 7). I choć to teza, 4 „Rekonstrukcjonizm” to termin ukuty przez Aluna Munslowa, opisujący tych współczesnych historyków, którzy – krytycznie ustosunkowani do „zwrotu lingwistycznego” – nadal wierzą w możliwość obiektywnego zrekonstruowania przeszłości za pomocą badań źródłowych (Munslow, 2006: 216 – 218). M i c h a ł P a b i ś ‑ O r z e s z y n a K i n o a t r a k c j i : h i s t o r i a , k r y t y k a , m a p a i k a r t o t e k a która zdaniem niektórych trąci już banałem, to w kontekście „kina atrakcji” są poważne powody, aby ją przywołać. Pierwsza sprawa to literalna obecność Gadamera w refleksjach Gunninga i Gaudreault. W autorze Prawdy i metody widzą oni sojusznika w sporach z historiografią Terry’ego Ramsaye’a, Lewisa Jacobsa czy Jeana Mitry’ego, opartą ich zdaniem na nieświadomości uwikłania badacza we właściwy mu horyzont czasowego i przestrzennego usytuowania. Hermeneutyka jest tu niejako odtrutką na radosną niewiedzę – pozwala zrozumieć, że pisarstwo historyczne to przede wszystkim interpretacja przeszłości czyniona z pozycji zajmowanej w teraźniejszości (Gaudreault i Gunning, 2006: 336 – 337, Gaudreault, 2011: 25 – 27 i 36 – 37). W niedawnej książce Film and Attraction Gaudreault przekonuje więc, że nowy impuls w kontekście badań nad wczesnym kinem „powinien być w swojej naturze bardziej teoretyczny, niż historyczny (a więc teoria filmu lub teoria historii filmu raczej niż historiografia)” (Gaudreault, 2011: 101). Metoda, którą rozwijam i opisuję – pisze w innym miej‑ scu – (metoda o wymiarze edukacyjnym) wprowadza do naszej relacji z historycznymi fenomenami pewien stopień woluntaryzmu. Pomysł jest taki, aby powiedzieć sobie: przyjmijmy na chwilę tę idée – force, że mamy do czynienia [ w przypadku wczesnego kina – przyp. MP‑ O ] ze zjawiskiem kompletnie obcym. Nie poddawajmy tej wiary w wątpliwość przez jakiś czas (czemu nie przez całe pokolenie?). Potem natomiast zobaczmy, co z tego kredo wyniknęło. Co więcej, zdaje mi się, że metoda ta dowiodła już swojej wartości (Gaudreault, 2011: 115). Najistotniejsza wydaje się tu właśnie „obcość” wczesnego kina (alien quality), uruchamiająca pracę rozumienia poprzez zakłócenie – dystrakcję. Trzeba oczywiście powiedzieć, że można o tej kategorii mówić na różne sposoby. Niewątpliwie inność – etniczna czy klasowa – była często tematem kinema‑ tograficznych spektakli, czego dowodem jest choćby popularność trawelogów czy filmów podróżniczych, często połączonych z quasi‑naukowymi wykładami na temat egzotycznych krain i ludów, które je zamieszkują (Griffiths, 2013). Warto jednak spojrzeć na tę kwestię z innej strony, przywołując fragment eseju Gunninga o znamiennym tytule Enigmas, Understanding and Further Questions: Early Cinema Research in Its second Decade Since Brighton (Zagadki, problem rozumienia i inne pytania: badania wczesnego kina w drugiej dekadzie po Kongresie w Brighton): dla wielu z nas – pisał on w 1991 roku – doświadczanie wczesnego kina rozpoczęło się czymś, czego po prostu nie potrafiliśmy zrozumieć (…) aspektem, który wywarł na mnie magnetyzujący wpływ podczas pierwszego spotkania było to, jak niewiele potrafiłem zrozumieć z tego, co działo się na ekranie. Procesy, które działają automatycznie podczas oglądania większości filmów – chwytanie dowcipu, rozpoznawanie gatunku, czy nawet tak podstawowe fenomenologiczne akty, jak rozumienie czasoprzestrzennych relacji, czy posiadanie wiedzy, w któ‑ rą stronę kadru spojrzeć – ukazały mi się jako miejsca nie‑ pewne (Gunning, 1991: 4; Pabiś‑Orzeszyna, 2013b: 80 – 82). 29 30 kultura popularna 2013 nr 3 (37) To spotkanie z wczesnym kinem i jego nieprzystawalnością, o którym pisze Gunning miało więc miejsce w drugiej połowie lat 70. w Nowym Jorku, w określonym kontekście historycznym oraz w specyficznym klimacie inte‑ lektualnym, o którym będę pisał w części czwartej. W każdym razie należy, jak starałem się pokazać, pojawienie się wczesnego kina w refleksji histo‑ rycznofilmowej rozumieć jako zakłócenie, wyrwę powodującą konieczność zawieszenia dotychczasowych założeń na temat linearnej przeszłości kina. Rezultatem tej operacji jest właśnie koncept „kina atrakcji”. Nie jest on jednak bezdyskusyjny, o czym zaraz się przekonamy. Kino atrakcji: krytyka, czyli groźba „kulturalizmu” i problem fabularności (…) zbyt wielu historyków nadal wyznaje Wielką Teorię, wierząc wciąż, że nadejdzie wielkie pogodzenie wszystkich pojektów badawczych. Nadal patrzą oni w stronę badań empirycznych poprzez uogólniające wszystko okulary. Niezmiennie piszą też w stylu zachęcającym do niezobowiązującej spekulacji i nadal odmawiają uznania kina za dziedzinę sztuki. Ponad wszystko jednak, dla zbyt wielu histo‑ ryków „kultura” jest lekarstwem na wszystko i ma odpowiedzieć na każde pytanie. David Bordwell o „historycznym pół‑zwrocie” Stwierdzenie to musi był jednak rozumiane odpowiednim kontekście. Méliès, gdy wypowiadał te słowa, kierował je w stronę awangardy, mówiąc często do surrealistycznych artystów, którzy ocalili go od zapomnienia, ale zainteresowani byli właśnie irracjonalną, nie‑fabularną stroną jego filmów. Charles Musser o wykorzystywanej przez Toma Gunninga słynnej anty‑fabularnej wypowiedzi Georgesa Mélièsa z 1932 roku. Koncepcja „kina atrakcji” nie jest w żadnej mierze dogmatem, którego nie można poddawać w wątpliwość. Przeciwnie, może być ona krytykowana z rożnych punktów widzenia. W tym kontekście często przywołuje się choćby zastrzeżenia formułowane przez badaczy takich, jak David Bordwell, Nöel Carroll czy Charlie Keil (Bordwell, 1997: 139 – 157; Carroll, 2001; Keil, 2006). Linia ich argumentacji dotyczy przede wszystkim uogólnień i nieuprawnio‑ nych wniosków o charakterze historycznokulturowym, jakie można wytropić w tekstach Gunninga. Bordwell w swojej ksiażce On The History of Film Style ukuł termin „tezy o nowoczesności” (modernity thesis), który jego zdaniem charakteryzuje kulturalistyczne podejście Gunninga. Odnosi się on do suge‑ stii – faktycznie u Gunninga obecnej – o esencjonalnym związku wczesnego kina z wielkomiejską modernizacją, która – rozumiana w świetle rozważań badaczy takich, jak Georg Simmel, Walter Benjamin czy Siegfried Kracau‑ er – fragmentaryzuje ludzkie doświadczenie oraz, co ważne, poprzez natłok różnego rodzaju szoków powoduje „przeciążenie zmysłów”. Hipoteza, która pojawia się w konkluzji takiej konstatacji dotyczy „historyczności percepcji”. Zdaniem Gunninga – ale też na przykład Miriam Bratu Hansen czy Anne Friedberg, które również idą śladem Benjamina – XIX-wieczna i XX-wieczna modernizacja to historyczne milieu, w którym dokonuje się radykalna zmiana w ludzkim aparacie percepcyjnym, muszącym teraz radzić sobie z nieline‑ arnym doświadczeniem wielkomiejskiego świata (Gunning, 1989; Hansen, M i c h a ł P a b i ś ‑ O r z e s z y n a K i n o a t r a k c j i : h i s t o r i a , k r y t y k a , m a p a i k a r t o t e k a 2009; Friedberg, 1993). Emblematem tej cywilizacyjnej zmiany jest zdaniem „kulturalistów” – jak określa ich Bordwell – właśnie wczesne kino w swojej „atrakcyjnej” postaci. Kino pełne szokujących widoków, niespodziewanych zwrotów akcji, nielinearne i sfragmentaryzowane. Tak rozumiana „kultura wizualnych szoków” mogła też mieć dla widzów wymiar niejako terapeu‑ tyczny – pozwalała przeciążonym mieszkańcom na przykład Nowego Jorku oswoić i poddać autorefleksji nieprzewidywalny świat, w którym przyszło im żyć. W „kinie atrakcji” chodzić mogło o przełamanie radykalnej obcości modernizacji – stematyzowanie jej i uczynienie narzędziem przyjemności. Wczesne filmy to zatem dyskurs będący kulturową odpowiedzią na traumę modernizacji. W tym klimacie intelektualnym, związanym z ponownym odczyta‑ niem pism szkoły frankfurckiej w kontekście wczesnego kina, w latach 90. wykształciło się środowisko nazwane później przez Bena Singera „szkołą nowojorską” (Singer, 2001). Zdaniem Singera tworzyła je nieformalna grupa badaczy rozpatrująca kino w silnym związku z historycznokulturową formacją nowoczesności. Do grupy tej Singer zalicza samego siebie, Gunninga, Miriam Bratu Hansen, Anne Friedberg, Leo Charneya, Vanessę Schwartz, Marka Sandberga, Lynne Kirby, Lauren Rabinowitz i innych. Za wspólny mianownik dla ich refleksji należałoby więc uznać starania czynione, aby wzbogacić historię kina o przemyślenia inspirowane dziełami pierwszych teoretyków nowoczesności, w czym niewątpliwie pośredniczyła prężna w latach 80. i 90. działalność amerykańskiego periodyku „New German Critique”, w którym ukazywały się kolejne przekłady niemieckiej filozofii krytycznej (od Benjamina po Aleksandra Klugego). Jest to perspektywa łącząca historyczną okoliczność pojawienia się i popularności kina z dynamicznym rozwojem wielkich miast, kolei, telefonu, telegrafu i innych „wynalazków nowoczesności”, które miałyby w znaczący sposób modyfikować tryb postrzegania świata przez człowieka. Film stanowić mógłby wtedy zarówno część, emblemat, jak i konsekwencję reifikującej i fragmentaryzującej nowoczesności. W tak sformułowanej hipotezie Bordwell widzi restaurację wielokrotnie przez niego krytykowanych teorii spod znaku SLAB, które sprowadzają kino do funkcji „wyrazu” ogólniejszych mechanizmów (politycznych, psycho‑ logicznych, kulturowych i tym podobnych) 5. Jego zdaniem – zgadzają się z nim Carroll i Keil – obserwujemy powrót Wielkich Teorii, dla których film i jego pogmatwana historia jest tylko pretekstem do snucia spekulatywnych wizji o najogólniejszym charakterze. W swoim wywodzie zauważa przede wszystkim, że Benjaminowska teza o historyczności percepcji jest nie do utrzymania z punktu widzenia o wiele bardziej wiarygodnych nauk o poznaniu (Bordwell, 1997; Carroll, 2001; Singer, 2001). Ponadto podważa możliwość prześledzenia przyczynowo‑skutkowego związku między właściwościami stylistycznymi filmów a formacją cywilizacyjną, w ramach której powstają. Charlie Keil w tym kontekście trzeźwo zauważał, że problemem dla koncepcji Gunninga jest fakt, na który sam krytykowany zwraca uwagę, że historycznie następująca po nielinearnej „estetyce zdumienia” fabularna integralność kina klasycznego każe zadać pytanie, czy po 1917 roku wielkomiejska modernizacja nie szokowała już jej mimowolnych uczestników (Keil, 2006)? 5 SLAB to akronim powstały z nazwisk Ferdinanda de Saussure’a, Jacques’a Lacana, Louisa Althussera i Rolanda Barthes’a. Zdaniem Bordwella – ale też na przykład Nöela Carrolla – bezkrytyczna adaptacja ich teorii na gruncie filmoznawczym zaowocowała dominacją skrajnie spekulacyjnej praktyki badawczej, w ramach której kino jest tylko narzędziem do ilustrowania wyrafinowanych i wszystkowyjaśniajacych konceptów. 31 32 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Na wszystkie te zarzuty Gunning odpowiadał w różnych swoich pub‑ likacjach, wymieniając najczęściej kolejne dowodu związku między kinem a nowoczesnością (Gunning, 2006b). Cała debata była natomiast wielokrotnie relacjonowana jako spór o „sensacjonalizm” wczesnej kultury filmowej. Szcze‑ gólnie rzetelnie opisał ją Ben Singer w książce Melodrama and Modernisty z 2001 roku oraz Annemona Ligensa w niedawnym artykule Sensationalism and Early Cinema (Singer, 2001; Ligensa, 2012). Ponadto warto powiedzieć, że dla Bordwella spór ten to również spór o przyszłość filmoznawstwa jako odrębnej dziedziny akademickiej refleksji. Badacze, których krytykuje istotnie zaczynają przywiązywać coraz większą wagę do społeczno‑kulturowego tła, w jakim funkcjonowało kino, o czym pisałem w części drugiej mojej pracy. Naturalną konsekwencją dostrzeżenia istotności coraz to liczniejszych kontekstów poza‑filmowych jest pytanie o to, co stanowi właściwy przedmiot historycznofilmowych dociekań. Można więc u „kulturalistów” zaobserwować przeniesieni akcentu z historii kina na historię kultury popularnej przełomu XIX i XX wieku lub też ogólnie – na historię społeczną. Wielu badaczy zadeklarowało porzucenie akademickiej praktyki zorientowanej na historię specyficznego medium na rzecz inter‑, albo raczej trans‑dyscyplinarnej historii praktyk społecznych i kulturowych, których kino jest istotną częścią (Maltby, 2007; Biskupski, 2013). Dla Bordwella kryje się w tym zagrożenie marginalizacji badań nad filmami, które znów służyć będą tylko do ilustrowania założeń o jakichś ogólnych procesach społecznych. Innego typu zastrzeżenia przedstawiał wspominany już wielokrotnie Charles Musser. Przy tym należy zauważyć, że jego obiekcje wynikają z szeroko zakrojonych badań, jakie prowadził w kontekście wczesnego kina w Stanach Zjednoczonych oraz doskonałej znajomości kina Edwina S. Portera, któremu poświęcił osobną monografię (Musser, 1990, 1991). W opublikowanym w 1994 roku artykule Rethinking Early Cinema: Cinema of Attractions and Narrativity podważył on Gunningowska hipotezę o marginalnym znaczeniu fabularności w kinie przed 1908 rokiem. Zwracał uwagę, że filmy tamtego okresu mogły być o wiele bardziej „zintegrowane” niż sądzi Gunning. Na poziomie analizy formalnej Musser sugeruje, że na przykład zbliżenie kobiecej kostki w filmie Gay Shoe Clerk (1903) Portera, które dla Gunninga stanowiło przykład rozsa‑ dzania linearnej progresji akcji na rzecz momentalnego spektaklu cielesności, równie dobrze stanowić może przykład dramaturgicznie sfunkcjonalizowanego montażu analitycznego. Musser podaje wiele innych przykładów, w których analiza formalna ujawnia ewentualne fabularne intencje wczesnych filmowców. Przywołuje na przykład tak zwane „filmy podróżnicze” – fikcjonalne czy niefikcjonalne, to w tym kontekście bez znaczenia – posiadające wyraźnie linearną strukturę, takie jak Rube and Mandy at Coney Island (1903). Odwołuje się też do słynnego ujęcia z Wielkiego napadu na pociąg (1903), w którym bandyta celuje do kamery. Musser znów odwraca tutaj argument Gunninga – sugerującego, że objawia się tam bezpośrednia relacja, jaką kino atrakcji ustanawiało z widownią – i twierdzi, że zwrot ku widzom wpisywał się w proces ich identyfikacji z ofiarami napadu, a więc był zabiegiem zakorzenionym w intencji „fabularnej integralności”. W końcu – przekonuje Mussera – trudno argumentować, że filmy Mélièsa nie mogły być odbierane, jak wciągające historie (Musser, 2006). Wydaje mi się jednak, że najciekawszy jego argument dotyczy braku w interpretacjach Gunninga refleksji nad rolą lektora, komentującego w czasie rzeczywistym to, co dzieje się na ekranie (Lacasse, 2006). Koncept „kina atrakcji” jest w tym wypadku krytykowany ze względu na swój ergocentryczny M i c h a ł P a b i ś ‑ O r z e s z y n a K i n o a t r a k c j i : h i s t o r i a , k r y t y k a , m a p a i k a r t o t e k a charakter oraz ignorowanie wagi tego, co faktycznie wydarzało się w trakcie seansu. Musser zwraca więc uwagę na olbrzymią rolę programu oraz na sprawczość samego showmana, który mógł na pozatekstowym poziomie uspójnić przekaz i uczynić go fabularnie zintegrowanym. I faktycznie, przy odpowiednim wyczuleniu można się zgodzić, że zarówno wyjściowe refleksje Donalda Craftona na temat slapsticku, jak i formułowane w drugiej połowie lat 80. pomysły Toma Gunninga oraz André Gaudreault wynikają przede wszystkim z refleksji po spotkaniu ze zdumiewającą stylistyką i tematyką pewnej grupy filmów rozumianych jako teksty. Analiza formalna jednoujęciowych „numerów” – przepełnionych autotelicznym wizualnym ekshibicjonizmem i ostentacyjnie nie opowiadających niczego składnego – musiała skłaniać do konkluzji, iż kino wczesne radykalnie różniło się od klasycznego, zaś swą odmiennością już wtedy konstytuowało fundamentalną dla całej dalszej historii filmu opozycję spektaklu i fabuły. Korekta poczyniona przez Mussera – sugerująca, że pozornie nieobecna we wczesnym kinie integralność częstokroć zachodziła na poziomie pozateks‑ towym – nie pełni jedynie roli skromnej erraty czy suplementu, lecz ujawnia pewien dogmatyzm i aprioryzm historiograficznych propozycji Gunninga i Gaudreault. Dotyczy to również wszystkich innych badaczy, którzy dowodząc przepaści dzielącej kino klasycznego Hollywoodu od wczesnego „systemu demonstracyjnych atrakcji”, (nie)świadomie odwracają wzrok od licznych dowodów ciągłości między tymi dwiema formacjami kulturowymi. Tym samym objawia się tu pewna dialektyczna energia, a mianowicie ścieranie się metodologicznie doniosłych pojęć ciągłości i zerwania. O ile bowiem Crafton, Gunning, a w szczególności Gaudreault w swoim stosunku do przeszłości byliby programowo wrażliwi na kamuflowane dotychczas cięcia (czego najdobitniejszym dowodem miałby być brak ciągłości między episteme kina atrakcji i klasycznego Hollywood), o tyle Musser sugeruje powrotne uwzględ‑ nienie rozmaitych przepływów, pętli i skomplikowanych formuł temporalnej uporczywości formacji kulturowych. Równie wyczulona na trwanie i „czas głęboki” jest „archeologia mediów” zaproponowana w ostatnich latach przez badaczy takich jak Erkki Huhtamo, Jussi Parikka czy Siegfried Zielinski. Argumentacja Mussera zawiera podejrzenie, iż grzech egocentryzmu popełniany przez zwolenników „kina atrakcji” polega również polegać na dedukowaniu hipostatycznego modelu widza z tematycznych oraz formalnych właściwości tekstu filmowego. W efekcie „kino atrakcji” dokonuje poniekąd niepokojącego ujednolicenia rozmaitych pozycji odbiorczych, jakie widzowie mogli zajmować wobec oglądanych filmów. Trzeba chyba powiedzieć, że krytyka ta jest w dużej mierze przekonu‑ jąca, niemniej należy też tu przytoczyć opinię Gunninga, który 1991 roku przekonywał, że: nie istnieje jedno homogeniczne wczesne kino (…) nie może być ono rozumiane po prostu jako egzotyczny, wykluczony Inny kina klasycznego, (…) choć ważną rzeczą jest rozpocząć od wskazania odrębności wczesnego kina od późniejszych praktyk, różnica ta nie powinna być esencjalizowana ani utrwalana. To prawdopodobnie elastyczność wczesnego kina i jego fragmentaryczna natura (…) kontrastuje najwyraźniej z tym, co stało się dominującym modelem klasycznego Hollywood. Jednak waga tego kontrastu działa przeciwko prostemu 33 34 kultura popularna 2013 nr 3 (37) odwróceniu wartościowania lub łatwej waloryzacji wczesnego kina jako transgresyjnego. Raczej, dogłębne zrozumienie pluralizmu wczesnego kina może de facto wyposażyć nas w alternatywny tryb kina okresu kla‑ sycznego, pozwalając na odnalezienie odmiennych praktyk, których znaczenie było zaciemniane przez metody badawcze uprzywilejowujące stabilność w miejsce przejściowości (Gunning, 1991: 6). Gunning, jak widać, stara się oddalić podejrzenie, iżby „kino atrakcji” ujed‑ nolicało rozmaitości dziewiętnastowiecznej kultury atrakcji. Pewnie Musser przekonywałby wciąż, że pomimo deklaracji tak się właśnie dzieje, niemniej warto zwrócić uwagę na wyjściową intencję, jaką w przypadku obu badaczy – jak również w przypadku Gaudreaulta – jest wsłuchiwanie się w zdumiewającą obcość wczesnokinowego języka. Kino atrakcji: mapa, czyli materialne warunki wytwarzania idei Historia ma miejsce. Karl Schlögel Crafton, Gunning i Gaudreault nie fabrykują legendy o własnym pionierstwie. Przeciwnie podkreślają, że koncept „kina atrakcji” nie wziął się znikąd (Crafton 1998; Gunning, 2006; Gaudreault, 2011). Oprócz rozmaitych kontekstów oraz inspiracji, których szerszym omówieniem zajmę się za chwilę, w chwili obecnej warto przywołać – zrekonstruowaną przez nich, przez Strauven oraz przeze mnie samego – chronologię zdarzeń związanych z rzeczoną kategorią. Przyjmuje się zatem, że całą historię zapoczątkowało wystąpienie Donalda Craftona na konferencji poświęconej slapstickowi. Sesja odbyła się w maju 1985 roku w nowojorskim MoMA, a zorganizowała ją Eileen Bowser, kura‑ torka tego muzeum i archiwistka, postać niezwykle istotna dla rozwijania współpracy między historykami kina i światem archiwów, pomysłodawczyni legendarnego kongresu FIAF w Brighton. Trzy miesiące później Gunning i Gaudreault wystąpili ze wspominanym już wspólnym referatem na pa‑ ryskiej konferencji Cerisy Colloquium, a jesienią Gunning na konferencji w Ohio „Film and Television” przedstawił nazwany już wprost koncept kina atrakcji. Co ważne, tej samej jesieni podczas czwartej edycji festiwalu Le Giornate del Cinema Muto we włoskim Pordenone powołano do życia stowarzyszenie badania wczesnego kina DOMITOR. Wśród piątki założycieli znaleźli się Stephen Bottomore z Wielkiej Brytanii, Paolo Cherchi Usai z Włoch, Emma nuelle Toulet z Francji oraz Gaudreault reprezentujący Kanadę i Gunning jako przedstawiciel Stanów Zjednoczonych. Rok 1986 był równie ciekawy. W „Cinema Journal” ukazało się wystąpienie Gunninga z Ohio, opublikowano też, jak wspominałem, japoński przekład francuskiego referatu Gaudreault i Gunninga. Warto też wspomnieć, że w tym samym roku na festiwalu w Pordenone zaprezentowano po raz pierwszy film Wernera Nekesa Film M i c h a ł P a b i ś ‑ O r z e s z y n a K i n o a t r a k c j i : h i s t o r i a , k r y t y k a , m a p a i k a r t o t e k a Before Film I (1985), będący niesłychanie istotnym elementem w kształtowaniu się tak zwanej „archeologii mediów”. Drukowana wersja nowojorskiego wystąpienia Craftona ukazała się do‑ piero w 1988 roku, choć chronologicznie to właśnie on poniekąd zainspirował ruch opisywanego pojęcia. Rok potem w języku francuskim opublikowano paryskie wystąpienie Gunninga i Gaudreault Le cinéma des premiers temps: un défi à l’histoire du cinéma?. Natomiast w 1989 roku ukazał niesłychanie istotny artykuł Gunninga An Aesthetic of Astonishment: Early Film and the (In)Credu‑ lous Spectator, w którym formułuje on koncept „estetyki zdumienia”. Dekadę wieńczy pojawienie się przytaczanej już przeze mnie wielokrotnie antologii Early Cinema: Space, Frame, Narrative pod redakcją Thomasa Elsaessera, której ambicją było syntetyczne ujęcie tego, co wydarzyło się w historiografii filmowej od 1978 do 1988 roku (Elsaesser, 1990). Jak już wspominałem, w tomie tym znalazła się poprawiona wersja artykułu Gunninga z 1986 roku. Spore zagęszczenie dat związanych z „kinem atrakcji” może sugerować, jak wiele czynników i miejsc uczestniczyło w klarowaniu się tej perspektywy. W dodatku – jak przekonuje Gunning – w rozmowie na ten temat należy pamiętać o kontekstach i wydarzeniach, które umykają chronologii złożonej z wystąpień konferencyjnych i publikacji. W artykule Attractions: How They Came into the World zauważa, że „historiograficzny esej na temat ‘kina atrakcji’ (pisany naturalnie z indywidualnej perspektywy) musi odnosić się kwestii kulturowej geografii” (Gunning, 2006: 34). Relacjonuje na przykład, jak bardzo istotne były zajęcia o filmie noir, kinie japońskim i melodramacie, które w 1985 roku prowadził na Harvardzie oraz to, że pomagał mu w tym Adam Simon, młody asystent, później reżyser filmów klasy B. Wraz z Si‑ monem organizowali wówczas pokazy horrorów i zastanawiali się, jak opisać bezpośredni zwrot ku widzowi możliwy do znalezienia choćby w stylistyce tak zwanych „niskich gatunków”. Patrząc z tej perspektywy, równie ważne było, że przez lata poprzedzające pojawienie się konceptu „kina atrakcji”, jak również wyprzedzające kongres w Brighton Gunning uczęszczał w Nowym Jorku na zajęcia Annette Michelson (wykładowczyni NYU, założycielki pism takich, jak „Artforum” czy „October”, mentorki na przykład Nöela Carrolla) oraz Jaya Leydy (filmowca, ucznia Siergieja Eisensteina, jego tłumacza i monografa historii kina rosyjskiego, ale też wykładowcy NYU, promotora obronionej w 1986 roku pracy doktorskiej Gunninga, która dotyczyła filmów Davida Griffitha). Innymi studentami Michelson i Leydy byli w tym czasie Charles Musser i Roberta Pearson, jak również Anne Friedberg (wcześniej zaś na przykład Stuart Liebman). Wszyscy oni funkcjonowali nie tylko w uniwersyteckich sala wykładowych. Trzeba też bardzo wyraźnie podkreślić, że w tym samym czasie i w tym samym miejscu – Nowym Jorku – rozwijały się różne nurty filmu eksperymentalnego: od Jacka Smitha i Michaela Snowa, przez Erniego Gehra i Hollisa Framp‑ tona po Kena Jacobsa. Awangardowi filmowcy skupiali się w rozmaitych kolektywach, takich jak Chamber Street Group czy Millenium Group. Gunning relacjonuje, jak ważne były dla niego prace Jacobsa czy Framptona, polegające na przetwarzaniu archiwalnych materiałów, odnalezionych na przykład w Bibliotece Kongresu, czego owocem był Tom, Tom, The Pipers Son (1969) Jacobsa. Akademickie odratowanie wczesnego kina jako „kina atrakcji” współgrało – historycznie, geograficznie, ale też światopoglądowo – z tym, jak kino to odkrywano w ramach praktyk filmu awangardowego. Dla jednych i drugich stanowiło ono alternatywę dla hollywoodzkiego mainstreamu i dawało wiarę w to, że można pomyśleć inny sposób funkcjonowania tego medium. 35 36 kultura popularna 2013 nr 3 (37) W ogóle więc należy odnotować konstelację osób oraz instytucji, którą można zaobserwować w Nowym Jorku drugiej połowy lat 70. i pierwszej lat. 80. W tamtym czasie bowiem rozwijało się nie tylko filmoznawstwo na NYU (pod kuratelą takich osób, jak Leyda i Michelson, ale też Robert Sklar czy Richard Allen oraz P. Adams Sitney) czy kolektywy eksperymentalistów (wraz z właściwymi sobie periodykami, redagowanymi często przez młodych akademików, jak na przykład Nöel Carroll zarządzający pismem „Mille‑ nium”). Bodaj najistotniejszą instytucją w tym układzie było muzeum MoMA, w którego filmowym dziale pracowała Eileen Bowser. To właśnie tam w 1977 i 1978 roku badacze tacy, jak Gaudreault, Gunning, Musser, ale też Marshall Deutelbaum, John Fell, John Gartenberg czy Paul Spehr obejrzeli niemal wszystkie wczesne filmy dostępne w archiwach Ameryki Północnej. Przez projektor przeszło około siedmiuset kopii. Dużą część z nich parę miesięcy później pokazano w Brighton. Jeśli jednak zagłębimy się w liczne archiwalne dokumenty MoMA – między innymi w ogłoszenia prasowe udostępnione na stronie internetowej muzeum – to okaże się, że „masowe” projekcje przedbrightonowskie nie były w drugiej połowie lat 70. wyjątkiem (www.moma.org). Ogromne wrażenie robi bowiem ilość historycznofilmowych wydarzeń, które wówczas organizowano – wy‑ świetlano filmy bardzo różnego rodzaju, od hollywoodzkiego mainstreamu, przez kino europejskie, kino Trzeciego Świata do wczesnego kina. Projekcje miały często charakter nieregularny, niemniej funkcjonowały też rozmaite przeglądy o nazwach takich, jak „New Acquisitions”, „New Directors/New Films”, „Film from the Archive” czy spotkania „Cineprobe”, podczas których zawsze obecny był twórca oglądanego filmu. Z perspektywy czasu widać, jak istotne mogłyby być rozmaite sympozja, w trakcie ich trwania rodziła się – tak ważna później dla „zwrotu historycznego” – współpraca między filmowymi praktykami, akademikami i archiwistami. W kontekście wczesnego kina bardzo istotne wydają się lata 1974, 1975 i 1976. W 1974 roku Bowser zorganizowała w Ottawie 30. Kongres FIAF za‑ tytułowany Film Archives and Audiovisual Techniques/The Methodology of Film History (Archiwa filmowe a techniki audiowizualne/Metodologia Historii Filmu). Uczestniczyło w nim wielu reprezentantów środowiska nowojorskiego, w tym Ted Perry (wówczas szef Działu Filmego MoMA), Margareta Akermark oraz Jay Leyda. Pod koniec roku ukazał się numer specjalny „Cinema Journal” poświęcony właśnie temu wydarzeniu, w środku którego znalazł się, jak już wspominałem, artykuł Leydy Toward A New Film History. Rok 1975 był natomiast w MoMA rokiem Griffitha. Reżyserowi Nietolerancji poświęcona została masa projekcji, ale też zorganizowane przez Rona Mottrama sympo‑ zjum. Wśród osób z wystąpieniami znalazł się młody Tom Gunning, który mówił o filmach Griffitha dla Biographu (dziesięć lat później obronił pracę doktorską na temat). W roku 1976 w MoMA odbyła się konferencja „The Birth of Cinema” zorganizowana w osiemdziesiątą rocznicę premiery Vitagraphu. Podczas tego sympozjum swoje wystąpienia mieli między innymi P. Adams Sitney, Russell Merritt, ale też John Fell. Spojrzenie na to, co się działo w MoMA w latach 70. w dużej części z in‑ spiracji Bowser pozwala podejrzewać, że kuratorka była kimś w rodzaju amerykańskiego Henriego Langois, który w powojennej Francji urządzał edukacją filmową przyszłych nowofalowców (Jay Leyda mógłby być wtedy André Bazinem). Lecz takie skojarzenie jest tylko pozornie nobilitujące (osta‑ tecznie też, jak sądzę, jest zupełnie nietrafne, zaciemnia bowiem zasadniczą różnicę między kinofilią paryską i nowojorską). Trzeba bowiem odnotować, M i c h a ł P a b i ś ‑ O r z e s z y n a K i n o a t r a k c j i : h i s t o r i a , k r y t y k a , m a p a i k a r t o t e k a że wpływ najsłynniejszych muzeów filmowych na historiografię często jest przedstawiany w złym świetle. Na przykład Tomasz Majewski w artykule Historia filmu po liftingu – idąc śladem wywodu Davida Bordwella z On the History of Film Style – krytykuje wpływ dyskursu wysokiego modernizmu, który jego zdaniem charakteryzował podejście muzealnicze: Twórcom filmowej kolekcji MoMA od początku przyświe‑ cała modernistyczna wizja kina, będąca specyficzną formą opowieści o samotnych geniuszach, za której prototyp można uznać historię renesansowego malarstwa spisaną przez Giorgio Vasariego. Schemat dziejów wynalazków i innowacji estetycznych dokonanych przez wybitne jednostki (ze stałym naciskiem na kwestię genezy oraz pierwszeństwa), w latach późniejszych jeszcze bardziej się utrwalił, wskutek projektowania na okres wczesnego kina polityki cinéma d’auteur (Majewski, 2010; Bordwell, 1997: 24–25). Majewski ma tu wiele racji – gdy w 1935 roku za pieniądze Fundacji Rocke‑ fellera Iris Barry zakładała w MoMA Bibliotekę Filmową, wprowadzenie kina do muzeum wiązać się musiało z perspektywą nobilitującą film jako sztukę. Dodać do tego należy fakt, iż Barry funkcjonowała w obiegu brytyjskim jako krytyczka filmowa, nie była szczególnie związana z akademią. Jej spoj‑ rzenie na film było spojrzeniem miłośniczki kina. Pisała do „The Spectator” i „Vogue”, jej mentorem był Ezra Pound, ale największą sławę zdobyła jako dyżurna recenzentka brukowca „Daily Mail”, gdzie w latach 1925 – 1930 pisała entuzjastycznie o popularnym kinie amerykańskim. Znaczące jest też to, iż ponoć jej marzeniem było, aby ludzie smakowali kino, jak wino. Faktycznie zatem łatwo obarczyć dyskurs muzeów współwiną za ograniczenia tradycyj‑ nej historiografii, która przez długi czas nie zwracała uwagi na nic, co nie legitymizowało się wysokoartystycznym charakterem (w tym wczesne kino). Jednak w latach 70. sytuacja wyglądała już zgoła inaczej – filmowa kolekcja MoMA była już na tyle bogata i ceniona, że Bowser nie musiała przekonywać sponsorów, że film to sztuka. Jej praktyka kuratorska zasadniczo różniła się od pracy Iris Barry czy Henriego Langois. Wyzwaniem było na przykład szczegółowe opisanie zbiorów (a więc wcześniejsze obejrzenie zgromadzonych filmów). Zajmowała się też budowaniem sieci badaczy, która wykraczać miała poza mury archiwum. Współpracowała ze środowiskami akademickimi (między innymi z Leydą, Michelson czy Sitneyem) studenckimi (od Gunninga do Mussera), organizowała też międzynarodowej współpracę archiwistyczną między innymi poprzez niesłychaną aktywność w FIAF i stałe kontakty z takimi instytucjami, jak posiadająca olbrzymie zbiory filmowe Biblioteka Kongresu, George Eastman Kodak House czy brytyjskie BFI National Archive (które pod przewodnictwem Davida Francisa zorganizowało kongres w Brighton). Doświadczenie brightonowców uczęszczających na zajęcia Leydy o Ei‑ sensteinie, analizujących wraz Michelson eksperymentalne filmy Michaela Snowa (jak również horrory, bo na ich temat również prowadziła semina‑ ria), przyjaźniących się ze środowiskiem nowojorskich eksperymentalistów w rodzaju Jacobsa czy Framptona, (których filmy poznawali na bieżąco, zaraz potem udając się do MoMA na projekcje na przykład znalezionych w Bibliotece Kongresu wczesnych filmów Edwina S. Portera) było więc doświadczeniem w pewnym sensie analogicznym do tego, co działo się na 37 38 kultura popularna 2013 nr 3 (37) pokazach w Cinémathèque Francais. Chodziło o bliski kontakt z filmami. Jest to jednak inna kinofilia, niż ta spod znaku Henriego Langois, „Cahiers du Cinéma” czy Andrew Sarrisa, która w ostatecznym rozrachunku polega na konstruowaniu rankingów, a swój zenit osiąga w wizji historii filmu prezentowanej przez ankietę „Sight and Sound”. Uczestnictwo w wydarzeniach organizowanych przez MoMA musiało z jednej strony budować kinofilską wrażliwość osób takich, jak Gunning czy Musser, z drugiej strony dostarczało im niesłychanych punktów odniesienia, bowiem projekcje klasycznych komedii slapstickowych przeplatały się tam politycznie zaangażowanym kinem oraz historycznofilmowymi wykładami Kubelki (który nota bene brał też udział w 30. Kongresie FIAF w Ottawie). Rzecz więc w tym, iż środowisko archiwistów i studentów skupionych wokół Bowser i Leydy było bardzo kinofilskie, a zarazem nie celujące w nobilitowa‑ nie filmu jako sztuki lub też w selekcjonowanie filmów wartych włączenia do kolekcji (to w pewnym sensie charakteryzowało wcześniejsze pokolenie archiwistów oraz teoretyków filmu, jak również doświadczenie francuskich nowofalowców). Kinofilia jest tutaj punktem wyjścia. Warto to już teraz podkreślić, gdyż jest ona zdecydowanie obca różnym próbom profesjonalizacji historii filmu spod znaku Robert C. Allena, Do‑ uglasa Gomerego, a potem Richarda Maltby’ego, a nawet Davida Bordwella i Barry’ego Salta, którzy w latach osiemdziesiątych starają się promować obojętny stosunek do przedmiotu własnych badań (na temat innych, wy‑ wodzących się ideałów nauk ścisłych perspektyw zajmowania się wczesnym kinem zob. Pabiś‑Orzeszyna, 2013c, 2014). Doświadczenia związane z tym, co w latach 70. działo się w MoMA nie tylko wpłynęły – choćby od strony praktycznej – na możliwość pojawienia się wydarzenia, jakim był kongres w Brighton. Sądzę, że wykształciła się tam również pewna specyficzna kinofilska wrażliwość na tekst filmowy, która ostatecznie zrodziła koncept „kina atrakcji”. Jeśli wierzyć samej Bowser esencją funkcjonowania nowojorskiej konstelacji badaczy było bowiem uważne oglądanie olbrzymiej ilości filmów (zob. Bowser). W doświadczeniu tym nie chodziło jednak o intencję klasyfikowania, ale szczególnego rodzaju nastawienie, które można, jak sądzę, opisać za pomocą pojęć życzliwości, kurtuazji, taktu i miłości, jak również atencji, o której na gruncie literaturoznawstwa pisała niedawno Danuta Szajnert (Szajnert, 2012: 423 – 432). Kwestia historiografii opartej na miłości do filmów jest kluczowa dla zrozumienia „zwrotu historycznego” w jego wydaniu nowojorskim, a więc akcentującym nieinstrumentalne, taktowne podejście do wielobarwnej i zaska‑ kującej przeszłości kina, raczej obce dążącej do profesjonalności historiografii. Co równie istotne – przeciwnie do recept na przykład Richarda Maltby’ego – kinofilska perspektywa historiograficzna nie wyklucza bliskiego stosunku badacza do filmu, wobec czego zwraca szczególną uwagę na kwestie estetyki. Opiera się bowiem na uważnym doświadczaniu, przyglądaniu się tekstowi i kontekstom jego doświadczania oraz na akceptacji rozmaitych nierówności i wyjątków, jakie pojawiają się ramach tej relacji. To właśnie tego rodzaju wrażliwość umożliwiła rewaloryzację wczesnych filmów, w których specyfikę trzeba było się życzliwie wsłuchiwać, biorąc pod uwagę właściwy im „ho‑ ryzont doświadczenia”. W tym kontekście możliwe też było do pomyślenia „kino atrakcji”, którego radykalna inność nie pasowała do obowiązujących schematów historiograficznej fabularyzacji. To właśnie na jego przykładzie dobrze widać zarówno polemiczny wymiar tego kina, jak i hermeneutyczną życzliwość, stanowiącą jego równie istotną część. M i c h a ł P a b i ś ‑ O r z e s z y n a K i n o a t r a k c j i : h i s t o r i a , k r y t y k a , m a p a i k a r t o t e k a Kartoteka: „kino atrakcji” po polsku albo wskazówki nawigacyjne Jak wspominałem, perypetie „zachodnich teorii” – ich import, dystrybucja i recepcja – na terenach polskiej humanistyki to temat fascynujący oraz wy‑ kraczający poza cele mojego tekstu. Mając jednak na względzie czytelniczki i czytelników, którzy chcieliby dostrzec do tych niewielu miejsc, w których pisano o „kinie atrakcji”, zamieszczam tu zwięzły – oraz nie aspirujący do miana całościowej bibliografii – bedeker po polskojęzycznej literaturze. Zacznę od adresów, pod którymi „kina atrakcji” nie warto szukać. Pew‑ nym zaskoczeniem jest na przykład fakt, iż hasła takiego nie odnajdziemy w wielotomowym, wydawanym w latach 90. Słowniku pojęć filmowych (Helman, 1991–1998). Może też dziwić jego nieobecność w niedawnej Historii myśli filmo‑ wej (Helman, Ostaszewski, 2007) oraz w Podstawach wiedzy o filmie (Helman, Pitrus, 2008). Równie interesująca jest luka w gigantycznej Encyklopedii kina (Lubelski, 2010). Niech też nikogo nie zmyli tytuł książki Marii Gołębiewskiej: Demontaż atrakcji. O estetyce audiowizualności (Gołębiewska, 2003), w której o „kinie atrakcji” nie ma ani słowa. W świecie podręczników „kino atrakcji” odnalazło się w Kinie bez tajemnic (Klejsa, Kłys, Nurczyńska‑Fidelska, Sitarski, 2009: 157) oraz w Kinie niemym, w rozdziale autorstwa Tadeusza Lubelskiego Lumière i Méliès: fotograf i ilu‑ zjonista inicjują kinematograf (Lubelski, 2009: 79). Do tekstu Lubelskiego można jednak mieć pewne zastrzeżenia. Wątpliwość budzi na przykład tak wyraźne przeciwstawienie „kina atrakcji” „montażowi atrakcji” Eisensteina, jeśli pamiętamy – na co zwracałem wcześniej uwagę – jak bardzo Gunning i Gaudreault podkreślali bliskość tych fenomenów. Osobnym przypadkiem jest natomiast autorski Słownik terminów filmowych Marka Hendrykowskiego, w którym obok „montażu atrakcji” pojawia się osobliwe hasło: „atrakcyjność”, opisane jako „kategoria estetyczna służąca opisowi historycznie zmiennych strategii autorskich kina, których celem jest zapewnieniu widowisku filmowemu optymalnej siły przyciągania wzbudzającej zainteresowanie najszerszych kręgów odbiorców” (Hendrykowski, 1994: 23). Z nieco starszych – co nie znaczy: gorszych – opracowań warto zajrzeć do artykułu Elżbiety Ostrowskiej Odkrywanie źródeł – współczesne reinterpretacje wczesnego kina (Ostrowska, 1995), w którym autorka wyjaśnia narratologiczne niuanse koncepcji Gunninga i Gaudreault oraz analizuje różnice między nimi. Interesujące passusy można też odnaleźć w jej późniejszej książce Przestrzeń filmowa (Ostrowska, 2000). W filmoznawczo‑narratologicznym świetle „kino atrakcji” widzi również Tomasz Kłys. W Filmie fikcji i jego dominantach wykorzystuje je, aby wyjaśnić zasadę „dominanty spektaklu”, obecną później w takich filmach, jak Dzisiejsze czasy (1936) czy nawet w Cieniach zapomnianych przodków (1964) (Kłys, 1999). Inny użytek z „kina atrakcji” czynią autorzy tacy, jak Marcin Adamczak Mirosław Filiciak czy Piotr Sitarski oraz Tomasz Majewski. Adamczak w książce Globalne Hollywood, filmowa Europa i polskie kino po 1989 roku zwraca uwagę na podobieństwa wczesnych praktyk kinowych ze współczesną kulturą multipleksów (zob. Adamczak, 2010). Podobnie w Media, wersja beta. Film i telewizja w czasach gier komputerowych i internetu czyni Filiciak, gdy w kontekście hollywoodzkich konglomeratów biznesowych, wykorzystując 39 40 kultura popularna 2013 nr 3 (37) pojęcie „atrakcji oswojonych” (Filiciak, 2013). Sitarski natomiast w tekście Wideoklip – druga młodość kina analizuje teledysk jako gatunek ustanawia‑ jący z widzem ten sam związek, co filmy Mélièsa (Sitarski, 2005). W tym zestawieniu nieco odmiennie Gunninga czyta Majewski, który w eseju Modernizmy i ich losy przekonuje, że „kino atrakcji” – szczególnie w jego bliskości z Eisensteinowskim montażem oraz jako emblemat wielkomiejskiej nowoczeności – skłania nas, by uznać represjonowaną pamięć przeplatania się „wysokiego modernizmu” z popkulturą wczesnej nowoczesności (wbrew pozorom, jak pokazuje Majewski, modernista T. S. Eliot również lubił się pośmiać) (zob. Majewski, 2009). Warto też zajrzeć do jesienno‑zimowego „Kwartalnika Filmowego” z 2009 roku. W środku znajduje intelektualnie wyzywający esej Thomasa Elsaessera Nowa Historia Filmu jako archeologia mediów, umieszczający koncepcję „kina atrakcji” nie tylko w kontekście przemian na gruncie badania historii filmu, ale też w świetle rozwoju medioznawstwa. Tekst ten sąsiaduje z artykułem Łukasza Biskupskiego pt. Od ciekawostki do dyscypliny. Historia teorii badań nad wczesnym kinem, w którym autor – inspirując się w dużej mierze typologią zaproponowaną przez Davida Bordwella – rekonstruuje główne problemy rozwoju refleksji nad pierwszymi latami funkcjonowania kinematografu. Na osobny akapit zasługują nieliczne próby badania wczesnego kina polskiego. Należy tu na pewno wymienić publikacje Małgorzaty Hendry‑ kowskiej, przede wszystkim książkę Śladami tamtych cieni. Film w kulturze polskiej przełomu stuleci 1895–1914 (zob. Hendrykowska, 1993) oraz antologię pod jej redakcją: W cieniu braci Lumiére. Europejscy historycy filmu o początkach kina (zob. Hendrykowska, 1995). W obu tych książkach widać świadomość zmiany w myśleniu o wczesnym kinie, zaś pierwsza z nich zawiera próbę wykorzystania pojęcia „kina atrakcji” w polskim kontekście. Zarazem jednak warto odnotować krytyczne uwagi, jakie pod adresem Śladami tamtych cieni sformułował Łukasz Biskupski w książce Miasto atrakcji. Narodziny kultury masowej na przełomie XIX i XX wieku (Biskupski, 2013: 36 – 38), zarzucając Hendrykowskiej metodologiczny anachronizm pisania dziejów „X muzy” zamiast po prostu kultury popularnej, której częścią było wczesne kino. Inna sprawa: monografia Biskupskiego – poświęcona wczesnej kulturze masowej w Łodzi – jest najobszerniejszą, jak dotąd, próbą wykorzystania koncepcji „kina atrakcji” w badaniu tego, co na przełomie XIX i XX wieku działo się na terenach dziś należących do Polski. Podobną pracę wykonuje obecnie Andrzej Dębski (Dębski, 2012). Na koniec przekłady. W temacie „kina atrakcji” na język polski przetłu‑ maczono bardzo niewiele. We wspomnianej antologii Hendrykowskiej można odnaleźć tekst Gaudreault pt. Teatralność narracyjność i trickowość. Oceniając kino Georges’a Mélièsa (Gaudreault, 1994). Z kolei w tomie Kino ma 100 lat, redaktorzy Jan Rek i Elżbieta Ostrowska zamieścili esej Craftona 1895 – 1905: Problemy wczesnego kina (Crafton, 1998). Niedawno w „Kwartalniku filmowym” ukazał się natomiast esej Gunninga W poszukiwaniu indywidualnego ciała. Detektywi i początki kina (Gunning, 2011). Zakończenie Chciałem tu naszkicować możliwe sposoby rozumienia pojęcia „kina atrakcji” oraz pokazać konteksty, w których koncept ten się rozwijał. Były to z jednej strony tak zwane „materialne warunki wytwarzania wiedzy”, w tym przypadku M i c h a ł P a b i ś ‑ O r z e s z y n a K i n o a t r a k c j i : h i s t o r i a , k r y t y k a , m a p a i k a r t o t e k a ściśle powiązane z perypetiami nowojorskiej kinofilii lat 70. Z drugiej strony znajdował się wynikający z nich światopoglądowy sprzeciw wobec dominacji „kina fabularnego” w filmowej historiografii. Konteksty te pozwalają, jak sądzę, sformułować wstępną charakterystykę badawczej wrażliwości, która wynika z tego, co André Gaudreault określa obcością wczesnego kina (alien quality). Obcość ta wymusza intelektualną życzliwości wobec tego, co nie pasuje do dominujących wyobrażeń o przeszłości. W tym sensie wartość konceptu „kina atrakcji” nie polega na tym, iż odnaleźliśmy poręczna etykietę dla jakiegoś okresu filmowej praktyki. Bardziej sensownym rozwiązaniem jest potrakto‑ wanie tej idei jako ruchu inicjującego pracę tropienia historycznej heterogenii. Wpisujący się w intelektualne dziedzictwo Craftona, Gunninga i Gaudreault, kinofilski takt wobec tego rodzaju kuriozów to chyba najsensowniejsza postawa, na jaką możemy sobie pozwolić badając przeszłość kultury audiowizualnej. Praca naukowa finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „Narodowy Program Rozwoju Humanistyki” w latach 2013 – 2014, projekt nr 21 H 12 0206 81 (kierownik mgr Łukasz Biskupski). Bibliografia: Abel R. (2005). Encyclopedia of early cinema. London. Adamczak M. (2010). Globalne Hollywood, filmowa Europa i polskie kino po 1989 roku. Gdańsk. Albera F. (2011). 1945: „trois intrigues” de Georges Sadoul. „Cinémas: revue d’études cinématographiques / Cinémas: Journal of Film Studies”, 2 – 3. Allen R. i Gomery D. (1985). Film history. Theory and Practice. New York. Bardeche M. i Brasillach R. (1959). Méličs, [ w: ] Talbot D. (red.), Film: An Anthology. A Diverse Collection of Outstanding Writing on Variuos Aspects of the Film Published from 1923 to 1957. New York. Bazin A. (1963). Ewolucja westernu, [ w: ] tegoż, Film i rzeczywistość. Warszawa. Biskupski Ł. (2009). Od ciekawostki do dyscypliny. Historia teorii badań nad wczesnym kinem. „Kwartalnik filmowy”, 67 – 68. Biskupski Ł. (2013). Miasto atrakcji. Narodziny kultury masowej na przełomie XIX i XX wieku – kino w systemie rozrywkowym Łodzi. Warszawa. Bordwell D. (1997). On the History of Film Style. Cambridge. Bordwell D. (2006). The Way Hollywood Tells It. Story and Style in Modern Movies. Berkeley. Bordwell D., Staiger J. i Thompson K. (1985). The Classical Hollywood Cinema. Film Style and Mode of Production to 1960. New York. Crafton D. (1998). 1895 – 1905: Problemy wczesnego kina, [ w: ] Rek J. i Ostrowska E. (red.), Kino ma 100 lat. Dekada po dekadzie. Łódź. Crafton D. (2006). Pie and Chase: Gag, Spectacle and Narrative in Slapstick Comedy, [ w: ] Strauven W. (red.), The Cinema of Attractions Reloaded. Amsterdam. Deleuze G. (2008). Kino. 1. Obraz‑ruch 2. Obraz‑czas. (Gdańsk). Deutelbaum M. (1983). Structural Patterning in the Lumière Films, [ w: ] Fell J. (red.), Film Before Griffith. Berkeley. Dębski A. (2012). „Otchłań” w Warszawie. Przyczynek do opisu przełomu medial‑ nego i popularności Asty Nielsen na ziemiach polskich przed I Wojną Światową, [ w: ] Klejsa K. i Schahadat Sch. (red.), Polska i Niemcy. Filmowe granice i sąsiedztwa. Wrocław. Doroba R. (1980). Bliżej filmu. Warszawa. 41 42 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Eisenstein S. (1959). Montaż atrakcji, [ w: ] tegoż, Wybór pism. Warszawa. Elsaesser T. (2009). Nowa Historia Filmu jako archeologia mediów. „Kwartalnik Filmowy”, 67 – 68. Filiciak M. (2013). Media, wersja beta. Film i telewizja w czasach gier kompu‑ terowych i internetu. Warszawa. Fukuyama F. (2009). Koniec historii. Kraków. Gadamer G. (2003). Język i rozumienie. Warszawa. Gadamer G. (2004). Prawda i metoda. Warszawa. Gaudreault A. (1995) Teatralność narracyjność i trickowość. Oceniając kino Georges’a Mélièsa, [ w: ] Hendrykowska M. (red.), W cieniu braci Lumière. Europejscy historycy filmu o początkach kina. Poznań. Gaudreault A. (1997). „Les Vues cinématographiques” selon Georges Méliès ou: comment Mitry et Sadoul avaient peut‑être raison d’avoir tort (même si c’est surtout Deslandes qu’il faut lire et relire), [ w: ] Malthête J. i Marie M. (red.), Georges Méliès l’illusionniste fin de siècle? Paris. Gaudreault T. i A. Gunning (2006). Early Cinema as a Challenge to Film History, [ w: ] Strauven W. (red.), The Cinema of Attractions Reloaded. Amsterdam. Gaudreault A. (2011) Film and Attraction. From Kinematography to Cinema. Urbana. Gauthier P. (2011). L’histoire amateur et l’histoire universitaire: paradigmes de l’historiographie du cinéma. „Cinémas: revue d’études cinématographiques / Cinémas: Journal of Film Studies”, 2 – 3. Głowiński M. (2005). Gang strukturalistów. „Teksty Drugie”, 1 – 2. Gollus C. (2010). At the Movies with Tom Gunning. An interview with UC hicago Film Historian. „Tableau”, 1. Gunning T. (1986). The Cinema of Attraction: Early Film, Its Spectator and the Avant‑Garde. „Wide Angle”, 3–4. Gunning T. (1991). Enigmas, Understanding and Further Questions: Early Cinema Research in Its second Decade Since Brighton. „Persistence of Vision. The Journal of the Film Faculty of the City University of New York”, 9. Gunning T. (1997). Before Documentary: Early Non‑Fiction Films and the ‘View’ Aesthetic, [ w: ] Hertogs D., de Klerk N. (red.). Uncharted Territory: Essays on Early Nonfiction Film, Amsterdam. Gunning T. (2006a). Attractions: How They Came into the World, [ w: ] Strauven W. (red.), The Cinema of Attractions Reloaded. Amsterdam. Gunning T. (2006b). The Cinema of Attraction[ s ]: Early Film, Its Spectator and the Avant‑Garde, [ w: ] Strauven W. (red.), The Cinema of Attractions Reloaded. Amsterdam. Gunning T. (2009). An Aesthetic of Astonishment: Early Film and the (In)Credulus Spectator, [ w: ] Braudy L. i Cohen M. (red.), Film Theory and Criticism: Introductory Readings. Oxford. Gunning T. (2011). W poszukiwaniu indywidualnego ciała. Detektywi i początki kina. „Kwartalnik Filmowy”, 75 – 76. Helman A. i Ostaszewski J. (2007). Historia myśli filmowej. Gdańsk. Helman A. i Pitrus A. (2008). Podstawy wiedzy o filmie. Gdańsk. Hendrykowska M. (1993). Śladami tamtych cieni. Film w kulturze polskiej przełomu stuleci 1895 – 1914. Poznań. Hendrykowska M. (1995). W cieniu braci Lumiére. Europejscy historycy filmu o początkach kina. Poznań. Hendrykowski M. (1994). Słownik terminów filmowych. Poznań. Hendrykowski M. (1998). 1905 – 1915: czyli D. W. Griffith, [ w: ] Rek J. i Ostrowska E. (red.), Kino ma 100 lat. Dekada po dekadzie. Łódź. M i c h a ł P a b i ś ‑ O r z e s z y n a K i n o a t r a k c j i : h i s t o r i a , k r y t y k a , m a p a i k a r t o t e k a Kearney R. (2002). On Stories. London. Klejsa K., Kłys T., Nurczyńska‑Fidelska E. i Sitarski P. (2009). Film bez tajemnic. Warszawa. Kłys T. (1999). Film fikcji i jego dominanty. Warszawa. Krasnodębski Z. (1999). Upadek idei postępu. Warszawa. Kuhn A. i Westwell G. (2012). Oxford Dictionary of Film Studies. Oxford. Lewiński D. (2004) Strukturalistyczna wyobraźnia metateoretyczna. O procesach paradygmatyzacji w polskiej nauce o literaturze po 1958 roku. Kraków. Lubelski T. (2009). Lumière i Méliès: fotograf i iluzjonista inicjują kinematograf, [ w: ] Lubelski T., Sowińska I. i Syska R. (red.), Kino nieme. Kraków. Lubelski T. (2010) (red.). Encyklopedia kina. Kraków. Majewski T. (2009). Modernizmu i ich losy, [ w: ] tegoż (red.), Rekonfiguracje modernizmu. Nowoczesność i kultura popularna. Warszawa. McClean T. Sh. (2007). Digital Storytelling. The Narrative Power of Visual Effects in Film. Cambridge. Méliès G. (1970). Widzenie kinematograficzne. „Kultura Filmowa”. Méliès G. (2011). Kinematographic Views, [ w: ] Gaudreault A. (red.), Film and Attraction. From Kinematography to Cinema. Urbana. Michelson A. (1970). Film and the Radical Inspiration, [ w: ] Adams Sitney P. (red.), Film Culture. An Anthology. London. Munslow A. (2006a). The Routledge Companion to Historical Studies. New York. Musser Ch. (2006a) A Cinema of Contemplation, A Cinema of Discernment: Spectatorship, Intertextuality and Attractions in the 1890s, [ w: ] Strauven W. (red.), The Cinema of Attractions Reloaded. Amsterdam. Musser Ch. (2006b) Rethinking Early Cinema: Cinema of Attractions and Narrativity, [ w: ] Strauven W. (red.), The Cinema of Attractions Reloaded. Amsterdam. Oleszczyk M. (2009). David Wark Girffith: kino uczy się opowiadać, [ w: ] Lubelski T., Sowińska I. i Syska R. (red.), Kino nieme. Kraków. Ostaszewski J. (1995). Davida Bordwella kognitywna teoria filmu. „Kwartalnik Filmowy”, 11. Ostrowska E. (1995). Odkrywanie źródeł – współczesne reinterpretacje wczesnego kina, [ w: ] Nurczyńska‑Fidelska E. i Sitarski P. (red.), Interpretacja dzieła filmowego. Teoria i praktyka. Łódź. Ostrowska E. (2000). Przestrzeń filmowa. Kraków. Pabiś‑Orzeszyna M. (2013a). Dawno temu przed Nanookiem. Czy wczesne kino niefikcjonalne to „przeszłość podrzędna” historiografii filmowej, [ w: ] Pieńkowski M. i Rode D. (red.), Metody dokumentalne w filmie. Łódź. Pabiś‑Orzeszyna M. (2013b). Historie ewentualne i inne prowokacje dla historii filmu, [ w: ] Wierski D. i Zwierzchowski P. (red.), Kino, którego nie ma. Bydgoszcz. Pabiś‑Orzeszyna M. (2013c). Nowa Historia Filmu, Nowa Historia Kina. Część pierwsza: bedeker oraz pogodne wołanie o historię teorii i historię historiografii. „EKRANy”, 6. Pabiś‑Orzeszyna M. (2014). Nowa Historia Filmu, Nowa Historia Kina. Część druga: rewidowanie rewizjonistów. „EKRANy”, 1. Płażewski J. (2005). Historia filmu francuskiego 1895 – 2003. Warszawa. Sadoul G. (1946). Histoire générale du cinéma. L’invention du cinéma 1832 – 1897. Paris Sadoul G. (1949). Histoire du cinéma mondial. Paris. Schlögel K. (2009). W przestrzeni czas czytamy. Poznań. Sitarski P. (2005). Wideoklip – druga młodość kina, [ w: ] Dytman‑Stasienko A. i Stasienko J. (red.), Język@Multimedia. Wrocław. 43 44 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Sobchack V. (2000). Meta Morphing. Visual Transformation and the Culture of Quick Change. Minneapolis. Strauven W. (2006). Introduction to an Attractive Concept, [ w: ] tejże. (red.), The Cinema of Attractions Reloaded. Amsterdam. Szajnert D. (2011) Intencja autora i interpretacja – między inwencją a atencją. Teksty i parateksty. Łódź. Toeplitz J. (1995). Historia sztuki filmowej. Tom I : 1895 – 1918. Warszawa. 46 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Dzie więt nasto wieczny park miej ski w Kaliszu Makary Górzyński Historia, władza i komercja w prze‑ strzeni kultury 1 popularnej DOI: 10.5604/16448340.1094739 1 Niniejszy tekst jest zmienioną wersją referatu konferencyjnego autora Oblicza nowoczesnego Edenu. Park miejski w Kaliszu na przełomie XIX i XX wieku między historią, komercją, władzą i kulturą, wygłoszonego 22 marca 2013 roku na VI Łódzkiej Wiośnie Młodych Historyków. Zapis tego wystąpienia można znaleźć na mojej stronie autorskiej w formule Open Access pod adresem http://mgarchitecturehistorian.eu/MGObliczaEdenuKalisz.pdf, [ dostęp: 30 XI 2013 ]. Makary Górzyński Dziewiętnastowieczny park miejski w Kaliszu Przestrzeń łączącą w mieście czasów rewolucji przemysłowej szeroką gamę narracji i praktyk kulturowych, tożsamości społecznych, klasowych, jak i politycznych, stanowiły ogrody rozrywkowe i parki publiczne. Historia życia codziennego Kalisza około 1900 roku, stolicy jednej z guberni dawnego Królestwa Polskiego, to w dużej mierze także historia parku, jednego ze starszych ogrodów public‑ znych w Królestwie Polskim. Sądzę, że stanowi on kluczową dla ówczesnego miasta strukturę kulturową – miejsce codziennego tworzenia i praktykowania komercyjnych przyjemności, obszar opowieści o historii i sferę działania różnych wcieleń władzy. Jest to także przestrzeń wytwarzania tożsamości społecznych, uzewnętrzniania klasowych i narodowościowych różnic. „Skądkolwiek wyjdzie turysta i gdzie zwróci swe kroki, zawsze znajdzie się w parku. O, bo park to duma i chluba Kalisza! Rzeczywiście żadne z miast Królestwa, nie wyłączając nawet Warszawy, nie może poszczycić się tak pięknem miejscem spacerowym”, pisał korespondent „Biesiady Literackiej” w artykule z 1900 roku (Kalisz, „Biesiada Literacka”, 1900, nr 41, s. 337). Spojrzenie turysty zarejestrowało nie tylko „przepych barw i odcieni najróżniejszych”, ale i funkcjonowanie ogrodu jako sceny społecznej: „cały Kalisz, bez względu na wiek, płeć i pozycję społeczną, spotkać tu można” (Ibidem.). „Czasem brała ze sobą książkę, idąc na spacer do parku. Gdy jednak usiadła na wybranej ławeczce, wolała patrzeć niż czytać” – dowiadujemy się o Barbarze Niechcic w Nocach i dniach Marii Dąbrowskiej. „Ławeczka stała w alejce wijącej się poprzez rozległe trawniki, tak rozległe, że kępy ozdobnie podobieranych drzew i krzewów, rosnące na przeciwległym skraju, zostały już w mgiełce oddalenia. Strzyżona trawa na podobieństwo gładkiej toni wnikała jasnoszmaragdowymi zatokami pomiędzy wyspy i przylądki zarośli (…) – nie widać nawet, kto to robi, a wszyscy mają z tego radość” (Splitt, 1998, dostęp 30.11. 2013). Zarówno w turystycznej relacji, jak i w obrazie z powieści ogród okazuje się być sferą doznań i wzruszeń. Jest on miejscem przyjemności, delektowania się spacerem, domeną wzroku, pochłaniania wrażeń. W jaki sposób ukształtowana pod koniec XIX stulecia kompozycja ogrodowa, bogato wyposażona w architekturę i rzeźbę, tworzyła scenę uwikłaną w praktyki nowoczesnego, przemysłowego społeczeństwa, w opowieści o konsumpcji, wreszcie w narracje o historii, hierarchii władzy, tożsamości narodowej? Chciałbym przywołać dwa punkty odniesienia. Jedną z ciekawszych znanych mi analiz kulturowo‑socjologicznych przestrzeni tego typu jest praca Milesa Ogborna Spaces of modernity. London’s geographies 1680 – 1780 2 z 1998 roku, gdzie autor opisuje słynny ogród rozrywkowy Vauxhall (Ogborn, 1998: 116 – 157). Ogborn przedstawia to popularne dla londyńskiej elity miejsce jako przestrzeń utowarowionej przyjemności, efekt rewolucji przemysłowej i kapitalizmu, tworzącego sfery pożądania, konstruowanego poprzez wzrok widowiska, jak i eksperymentu z rolami społecznymi. W hedonistyczną kulturę Vauxhallu wpisana jest także narracja konstruująca władzę i politykę Imperium Bry‑ tyjskiego, gromadząca publiczność wokół celebracji wojennych zwycięstw i naturalizująca reprezentacje kulturowe Imperium. W niniejszym artykule chciałbym postawić podobne zagadnienia wobec parku kaliskiego, zadając je także wobec problemu badawczego kultury masowej i wizualnej przełomu wieków w dawnym Królestwie Polskim. W wydanej niedawno książce Miasto atrakcji. Narodziny kultury masowej na przełomie XIX i XX wieku – kino w sys‑ temie rozrywkowym Łodzi kulturoznawca i filmoznawca Łukasz Biskupski 2 Chciałbym w tym miejscu podziękować prof. Barbarze Arciszewskiej za zwrócenie mojej uwagi na tę publikację i jej udostępnienie. 47 Makary Górzyński – dok‑ torant w Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego, historyk architektury. Członek Sto‑ warzyszenia Naukowego Collegium Invisibile i Kaliskiego Towarzy‑ stwa Przyjaciół Nauk. Główne zainteresowania badawcze: metodologia historii architektury, architektura XIX – X X wieku, w ww.mgarchi‑ tecturehistorian.eu 48 kultura popularna 2013 nr 3 (37) podnosi „konieczność przemyślenia roli konsumpcjonizmu w ukształtowaniu nowoczesnego społeczeństwa polskiego” (Biskupski, 2013: 298). Istotne jest zwrócenie przezeń uwagi na możliwości emancypacyjnego przepisywania elitarnego mitu Młodej Polski jako wzorca kulturowego – opartego na zapisanej w historiografii różnicy elity symbolicznej od zjawisk masowych – także poprzez szeroką ramę „kultury atrakcji” przełomu wieków, gdzie „na osi grupy dominujące – grupy podporządkowane, kultury popularnej nie można jednoznacznie przyporządkować do tych drugich” (Biskupski, 2013: 299). Co narzędzia historii architektury, rozumianej jako pisanie interdyscyplinarnej historii kultury architektonicznej (Archer, 2005; Szczerski, 2010) mogą powiedzieć o roli w tej przestrzeni budowli i aranżacji rzeźbiarskich, tworzonych z myślą o nowoczesnym miejscu popularnej kultury wrażeń, gdzie spotykały się i wchodziły w interakcje różne grupy społeczne i etniczne? W niniejszym artykule postaram się zarysować choć niektóre możliwości odpowiedzi na tego rodzaju pytania, na wstępie podnosząc konieczność zwrócenia w pol‑ skiej historii architektury większej uwagi na zjawiska masowe i popularne XIX – X X wieku – panoramy, panoptika, cyrki, ogrody rozrywkowe, scenografie celebracji okolicznościowych, aranżacje komercyjne wystaw, podnosząc ich nieprzebadaną rolę w budowaniu konsumpcyjnych tożsamości społecznych. Inspiracją do podjęcia tych rozważań jest w przypadku Kalisza barwny opis funkcjonowania parku miejskiego na przełomie XIX i XX wieku, naszkicow‑ any przez Edwarda Polanowskiego w 1979 roku (Polanowski, 1979: 38 – 53). Niniejszą wypowiedź traktuję jako wstępne rozpoznanie sytuacji historycznej, którą zamierzam dokładnie przestudiować w ramach projektu doktorskiego Społeczeństwo, miasto, przyszłość. Architektura i urbanistyka Kalisza przełomu XIX i XX wieku w kontekście procesów nowoczesności. Początki ogrodu publicznego w Kaliszu sięgają końca XVIII wieku, kiedy pruska Kamera Wojenno‑Ekonomiczna podjęła decyzję o założeniu parku na pastwiskach oraz w dawnym ogrodzie jezuickim, we wschodniej części wyspy staromiejskiej. Początkowo był to teren korpusu wojskowego, jednak już w okresie napoleońskim został on udostępniony publiczności. Rozwój miasta w czasach Królestwa Kongresowego znalazł odbicie w rozbudowie parku. Po kolejnej powodzi z 1840 roku zrujnowany ogród został gruntownie zmodernizowany i powiększony podczas regulacji kanałów rzeki Prosny. W 1843 roku w jego nowej, wschodniej części powstał staw „Kogutek” z wysepką i altaną, a rok później zbudowano dom ogrodników w formie szwajcarskiego pawilonu. Już wówczas myślano o znacznym powiększeniu parku, tak, by zajmował on cały wschodni fragment wyspy staromiejskiej i okolic. Plany te zostały zrealizowane dopiero w drugiej połowie stulecia, po odzyskaniu przez miasto statusu stolicy guberni, w 1867 roku. Już cztery lata później w ramach współpracy władz rosyjskich i zarządu miejskiego powołano Komitet Parkowy, przystępując do przebudowy ogrodu na miarę wielkomiejskich ambicji elit miasta. Bezpośrednią okazją do rozpoczęcia intensywnych prac były powódź i huragan z sierpnia 1880 roku. Władze guberni oraz członkowie Komitetu Parkowego zaprosili wówczas do Kalisza znanego ogrodnika warszawskiego – Edmunda Jankowskiego, powierzając mu inwentaryzację parku i opraco‑ wanie programu przebudowy. Powstały wówczas projekt stanowił początek wieloletniej modernizacji ogrodu miejskiego. Ostatnie dwudziestolecie XIX wieku stanowił okres niezwykle ożywionej działalności Komitetu, władz miasta i guberni oraz elit burżuazyjnych i ziemiańskich, wspólnym wysiłkiem przekształcających ogród w turystyczna wizytówkę Kalisza i luksusowy salon. Wymieniono znaczną część drzewostanu, powstały nowe stawy i kanały, Makary Górzyński Dziewiętnastowieczny park miejski w Kaliszu Ryc. 1. Schematyczny plan parku miejskiego w Kaliszu, stan z 1908 roku. Oznaczenia na planie: A – Park tzw. „stary”, w zachodniej części założony pod koniec XVIII wieku, w części wschodniej pochodzący z XIX stulecia; B – „Borek” lub „Lasek”, park wokół teatru miejskie‑ go z ok. 1900 roku; C – park na Łęgu Rypinkowskim, założony w 1912 roku jako teren Kra‑ jowej Wystawy Ogrodniczej. 1 – Kawiarnia Wehnera; 2 – Hydropatia; 3 – Domek Szwajcar‑ ski i oranżeria; 4 – Teatr miejski; 5 – Pierwsza przystań wioślarska KTW; 6 – Druga przystań wioślarska KTW; 7 – wzgórze ze sztucznymi ruinami. Źródło: Kalendarz na Szkołę Rze‑ miosł w Kaliszu na rok zwyczajny 1908, fragment załączonego planu, opracowanie autora. 49 50 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Ryc. 2. Domek szwajcarski w parku kaliskim, pocztówka z ok. 1900 roku. Ze zbiorów Mirosława Kupczyka. ogrodnicy przearanżowali też układ parterów i dróg. Powstał szereg nowych mostów o różnorodnej architekturze, łączących park z miastem. Wraz z ogro‑ dzeniem zbudowano ozdobne bramy i stróżówki, altany, urządzono także zwierzyniec. Lata 80. przyniosły budowę pawilonów oranżerii i cieplarni oraz wzniesienie wzgórza ze sztucznymi ruinami i tarasami widokowymi. Przestrzeń ogrodu została wzbogacona o liczne formy rzeźbiarskie, stano‑ wiące węzłowe elementy poszczególnych wnętrz. O skali przedsięwzięcia świadczy między innymi fakt, że rzeźby zamawiano w fabryce „Thonwaren Fabrik Ernst March und Söhne” w Charlottenburgu, jednej z najsłynniejszych i największych niemieckich wytwórni rzeźb i elementów architektonicznych (Lippold, 2010: 99 – 106). Przebudowie i rozszerzeniu uległa oferta kawiarni, funkcjonowało kilka ozdobnych kiosków z wodami mineralnymi i słodyczami. Profesjonalne usługi sanatoryjne wprowadziła do Kalisza uruchomiona w 1904 roku Hydropatia, odpowiednik zakładu przyrodoleczniczego, oferująca głównie letnie pobyty rehabilitacyjne z kompleksową ofertą zabiegów. Jej siedzibą stała się położona w centrum parku budowla, wzniesiona w formie parterowego pawilonu z piętrowym skrzydłem o stylistyce wzorowanej na „szwajcarskiej” zabudowie uzdrowisk. Wraz z przekazami reklamowymi, na których Hydropatię otaczały strumienie i niemalże wysokogórskie świerki, architektura kreowała czytelny „produkt kulturowy” w przestrzeni parku, wzbogacając jego krajobraz o motyw „uzdrowiskowości”. Przełom wieków można uznać za kulminację modernizacji ogrodu, owocującą powstaniem Nowego Parku, zwanego też „Laskiem” lub „Borkiem”. Założono go równolegle z budową Teatru Miejskiego, łącząc nowe założenie z przystanią formującego się Kaliskiego Towarzystwa Wioślarskiego. Otrzymało ono formę brzozowo ‑świerkowego lasu z alejkami spacerowymi i kaskadą, stanowiąc oprawę dla wspomnianych, luksusowo zaprojektowanych gmachów, służących kaliskim elitom i klasie średniej. Zamknięcie procesu powiększania ogrodu wyznacza, zorganizowana jeszcze przed I wojną światową, Krajowa Wystawa Ogrod‑ nicza w 1912 roku. Jej owocem był – powstały wedle projektów Franciszka Szaniora – park wystawowy na Łęgu Rypinkowskim, w tym czasie powstała także nowa przystań i klub wioślarski. W ten sposób ukształtowała się trzy‑ częściowa – niezwykle malowniczo włączona w strukturę rzeki Prosny, jej Makary Górzyński Dziewiętnastowieczny park miejski w Kaliszu 51 Ryc. 3. Parter francuski wraz z oranżerią i cieplarnią w parku kaliskim, pocztówka z ok. 1900 roku. Ze zbiorów Mirosława Kupczyka. kanałów i otaczających półwyspów – dzielnica rozrywkowo‑uzdrowiskowa, zdominowana przez 23‑hektarowy park „stary” oraz liczące około siedem hektarów nowe fragmenty. W jej pobliżu ulokowano prestiżowe inwestycje, takie jak gmach wspomnianego teatru, Towarzystwo Muzyczne czy Stowa‑ rzyszenie Rzemieślników Chrześcijan. Park w kilku miejscach otaczała też luksusowa, apartamentowa zabudowa mieszkaniowa, między innymi przy obecnej ulicy Niecałej i w Alei Józefiny, pełniącej funkcję salonu miasta. Pod koniec wieku ogród miał status turystycznej wizytówki, głównego miejsca rozrywki i spędzania wolnego czasu. Przyjrzenie się jego funkcjonowaniu w epoce poprzez przestrzeń i architekturę, wobec roli jaką mógł pełnić dla różnych uczestników życia społecznego, stanowi zasadniczy przedmiot mego zainteresowania. W Wigilię św. Jana w czerwcu 1899 roku, tłumy publiczności zgromadziły się w parku miejskim, by wziąć udział w celebracji uroczystości wianków. Wystrzał fajerwerków ponad przystanią wioślarską obwieścił początek głównej atrakcji – defilady łodzi: „z góry rzeki zaczęły majestatycznie napływać wspa‑ niale przybrane łodzie, zamienione w fantastyczne okręty, włoskie gondole Łódź Towarzystwa Cyklistów przedstawiała olbrzymi bicykl z kwiatów, na którego wierchu gruchała para gołąbków. (…) wszystkie łodzie oświetlone lampionami chińskimi i ogniami bengalskimi defilowały poważnie przed przystanią Towarzystwa Wioślarskiego, rzęsiście lampionami oświetloną” („Gazeta Kaliska”, 1899: 2). Po kanonadzie rakiet rozpoczęły się koncerty orkiestry wojskowej i chóru kościoła świętego Mikołaja, prezentującego repertuar polskich pieśni historycznych, zaś o dziesiątej wieczorem widzowie zostali zaproszeni do obserwowania pływającej estrady. Kulminację programu stanowiły żywe obrazy, symbolizujące najważniejsze kaliskie towarzystwa, a strażacy zjednali sobie serca publiczności przedstawieniem gaszenia pożaru chaty wiejskiej, pływającej na platformie pośrodku kanału. W „Gazecie Kaliskiej” sprawozdawcy podkreślali wielkie wrażenie tej sceny i bogactwo doznań, jakich dostarczyły coroczne obchody nocy świętojańskiej. Choć wstęp do parku nigdy nie był odpłatny, tak korzystanie z różnych atrakcji wiązało się z nowoczesnym typem dostępu, warunkowanym poprzez transakcje pieniężne. Centrum rozmaitych przyjemności komercyjnych wyznaczała 52 Ryc. 4. Cukiernia parkowa w Kaliszu, rycina z „Albumu Kalisza” B. Szczepan‑ kiewicza z roku 1889. kultura popularna 2013 nr 3 (37) położona nad brzegiem rzeki restauracja z cukiernią i tarasem, istniejąca już w latach 30. XIX wieku, a pod koniec lat 70. gruntownie zmodernizowana przez nowego właściciela Ernesta Waehnera. Pawilon otoczono skwerem z rzeźbami i fontanną oraz wyposażono w estradę, na której koncertowały orkiestry – 15. Alexandryjskiego Pułku Dragonów i damska Lewandowskiego. Lokal był miejscem bardzo popularnych spotkań i popołudniowego wypoczynku, tu także organizowano improwizowane wydarzenia kulturalne. Z kawiarnianego tarasu niedaleko było do stawu Kogutek, który zimą funkcjonował jako wielka, odpłatna ślizgawka, w trakcie zabaw tanecznych na lodzie przy dźwiękach orkiestry wojskowej iluminowana lampionami i fajerwerkami. Popisy na Kogutku, jak i na mniej elitarnej Kokoszce należały do trwałych rytuałów i towarzyskich obowiązków, szczególnie pośród młodzieży. Ślizgawki były też miejscem odwzorowywania i rozpoznawania hierarchii i klasowych podziałów, szczególnie w rywalizacji o wdzięki płci pięknej. Literackie zapisy czy ślady tych doświadczeń znajdujemy choćby w Nocach i dniach, gdzie zimowy park rozrywek jest przedstawiony jako sfera wzrokowego pożądania, poszukiwania romansu i wstępu do modnego towarzystwa. „To właśnie na Kogutku Agnieszka Niechcicówna doznała pierwszych olśnień dziewczęcych na widok ładnego Krzysia Łaskiego i pierwszych uczuć zazdrości, gdy ten zaczął adorować na ślizgawce jej koleżankę Klarę Hilchen” – pisał historyk literatury Edward Polanowski (Polanowski, 1989: 10). Godne uwagi są wspomnienia Adama Madalińskiego, odnoszące się do początków XX wieku: „Od czasu rozpo‑ częcia się ślizgawek ogół uczniów dzielił się siłą rzeczy na dwie kategorie: szary plebs i arystokrację. (…) Na Starym Kogutku królowała arystokracja w mundurach prosto od krawca, w białych skórzanych rękawiczkach, z minami zdobywców świata. Tam nie widziałeś zrozpaczonych samotników (…) Dla nich grała muzyka wojskowa, przywilej arystokratycznych salonów, dla nich iluminowano staw i przepiękną wysepkę. Tu było upojenie młodości, tu był szał radości życia, miejsce tęsknot i marzeń, istny raj!” (Splitt, 1998). Zimowe Makary Górzyński Dziewiętnastowieczny park miejski w Kaliszu rozkosze były dla wielu młodych ludzi okazją do towarzyskiej inicjacji, ale i zetknięciem z przejawami hierarchii społecznej panującej w życiu miasta. Warto odnotować, że sytuacja ta wzbudzała kontrowersje i na łamach prasy wnoszono postulaty likwidacji opłat, gdyż dla rodzin biedniejszych komer‑ cyjny charakter lodowiska stanowił barierę, sprowadzając rolę ich latorośli do biernych obserwatorów cudzych rozrywek („Kaliszanin”, 1890, nr 13, s. 12). Latem dużą popularnością cieszyły się okolicznościowe zabawy, w tym dla biedniejszej publiczności, organizowane przez damy z dobrych kaliskich domów, z dochodem na cele Towarzystwa Dobroczynności. Przykładowo w sierpniu 1882 roku wyspa na Kogutku stała się miejscem wystawienia Wesela w Ojcowie Karola Kurpińskiego. Zakup biletu uprawniał do korzystania z innych parko‑ wych atrakcji, w tym pokazów pirotechnicznych i iluminacji, które zakończył popisowy numer pirotechnika Wolfa, „skok z fajerwerkami z 40 stopniowej drabiny do wody” („Kaliszanin”, 1882, nr 60, s. 25). O przestrzeni parku można mówić w kategoriach komercjalizacji pożądania – zarówno dostępu do „raju młodości”, jak i „rozrywek dla bogatych”. Na łamach kaliskiej prasy z epoki stałym elementem jest parkowa kronika towarzyska, zwracająca uwagę na powodzenie wianków i innych imprez, dostarczająca zapisu coraz to nowych wrażeń. W tej przestrzeni zabawy przełomu wieków, w tle oszałamiających widowisk i starannie zaaranżowanej scenerii lodowisk i kawiarni mogły się konstytuować różnorodne pożądania i tożsamości, zaś architektura parkowa wręcz zachęcała do wyzwalających nowe doznania rytuałów. „Wspaniałą ozdobą parku były wzniesione nad kanałem Babinką sztuczne ruiny zamku. Cóż to było za urocze miejsce! Tam zawsze umawialiśmy się na spotkania. Ukryci w cudownych zakątkach, wśród płaskorzeźb, posągów i kolumn oplecionych bluszczem, trawiliśmy długie godziny na rozmowach (…)”, wspominał Tadeusz Pniewski (Pniewski, 1988: 89). Sztuczne wzgórze, na którym wzniesiono ruiny, było jednym z ulubionych miejsc spacerowych, wspomnie‑ nie o nim zachowało się także na niezliczonych fotografiach i pocztówkach, awansujących to miejsce wręcz do jednego z symboli miasta. Jako malowniczy zakątek pełen zakamarków, z krytym tunelem, ruiny stanowiły nie tylko dekoracyjną scenografię, ale i przestrzeń ukrycia przed wzrokiem i intymnych rozmów. Jednocześnie tworzyły niezwykle interesujące miejsce przypominające o różnych wymiarach historii. Ich budowa w latach 1887 – 1888 była częścią modernizacji parku, a samą inicjatywę takiej formy upiększenia ogrodu przydaje się liberalnemu gubernatorowi Kalisza w tym czasie – Michałowi Piotrowiczowi Daraganowi, jednemu z głównych inicjatorów przemian ogrodu (Błachowicz, Tabaka, 2010: 13 – 16). Wewnątrz wzgórza ukryto rezerwuar fontanny, nad którym zaprojektowano tunel, schody, arkady i tarasy widokowe, najwyższy miał formę belwederu z połamanymi kolumnami. Otoczenie udekorowano różnorodnymi gatunkami drzew i krzewów oraz gazonami, pośród których stanęła figura Rycerza, zakupiona przez przemysłowców Schnerrów, po kilku latach została przeniesiona do nowego gmachu ratusza. W ściany tarasów wmurowano pamiątki historyczne z kaliskich budowli, w tym najcenniejsze zabytki odkryte przy budowie nowych domów – kartusze herbowe z bursy arcybiskupa gnieźnieńskiego Stanisława Karnkowskiego 3. Dla podkreślenia roztaczających się z tarasu widoków ogrodnicy przycięli otaczające drzewa, 3 Choć periodyk „Kaliszanin” niezwykle skrupulatnie relacjonował budowę ruin, jak i wszelkie zmiany w parku, nie są znani projektanci tego założenia; być może byli to otoczeni protekcją władz architekci rządu gubernialnego – Józef Chrzanowski i Eugeniusz Oraczewski – wraz z głównym ogrodnikiem parku, byłym pomocnikiem głównego ogrodnika królewskiego w Berlinie, Andrzejem Cieślarskim. 53 54 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Ryc. 5. Pocztówka z Kalisza z motywem ruin parkowych. Ze zbiorów Mirosława Kupczyka. odsłaniając krajobraz Prosny i pobliskiego, wiejskiego Rypinka: „Patrząc z tego punktu zdaje się, że pierś swobodniej oddycha, tyle tam przestrzeni i powietrza” – relacjonowano na łamach „Kaliszanina” („Kaliszanin”, 1888, nr 85, s. 2). Scenograficzne, antyczno‑średniowieczne ruiny – jako temat będące popularnym w XVIII i XIX wieku motywem ogrodowym – stały się miejscem budowania wizji historii i pielęgnowania pamięci, w którym zgromadzono niektóre zabytki przeszłości Kalisza. Herb arcybiskupa Karnkowskiego, przypominający o czasach nowożytnej świetności miasta, sugestia dawności i strzeżenie pamięci (rycerz‑halabardnik) o minionym okresie samorządności Kalisza w czasach Rzeczpospolitej – mogły być nie tylko wyrazem troski o pamiątki historyczne, ale i podtekstem o trwaniu pamięci i tradycji miasta w realiach popowstaniowych 4. Wzgórze było jednak przede wszystkim uniwersalnym przykładem użycia stylistyki historycznej do aranżowania współczesnych wydarzeń i turystycznego symbolu kultury popularnej. Kom‑ pozycję ruin niezwykle chętnie wykorzystywano jako motyw pocztówek i wręcz ulubioną scenerię rodzinnych czy szkolnych fotografii. Stworzone za pomocą architektonicznej gry historią miejsce, pomyślane jako nowoczesna atrakcja „wynalezionej tradycji”, stanowiło intrygujący przykład inkorporo‑ wania kultury historycznej we współczesny obszar popularnej rozrywki. Na podobnych zasadach – historii jako atrakcyjnego krajobrazu, części „kultury atrakcji” – wyeksponowano na wyspie przy teatrze nowożytną armatę arty‑ leryjską, znalezioną pod nieodległym miasteczkiem Turek i sprowadzoną do Kalisza w pierwszych latach XX wieku. Historia spotykała się jednak w tej przestrzeni także z wizjami przyszłości. W latach 70. XIX wieku magistrat próbował wykreować praktykę otwartej dyskusji obywateli Kalisza o potrzebach miasta. Miejscem narad prezydenta Franciszka Przedpełskiego, urzędników oraz przemysłowców i kaliskiej socjety stała się parkowa cukiernia. Tutaj decydowano między innymi o lokalizacji nowego gmachu ratusza, spierano się o politykę inwestycyjną i wizje przy‑ szłości Kalisza. Ten interesujący wątek obecności władzy w kaliskim „Edenie” 4 Taką funkcję wzgórza podtrzymano po I wojnie światowej, kiedy ustawiono w jego obrębie figury ze zniszczonego w czasie wojny gmachu ratusza. Makary Górzyński Dziewiętnastowieczny park miejski w Kaliszu rozwinąć można z drugiej strony o rolę, jaką ogród otrzymywał w rytuałach celebracji rodziny cesarskiej. Uczynienie z parku wizytówki miasta w kręgach elit uważano za zasługę gubernatora Daragana, troszczącego się rozwój Kalisza i przedstawianego w „Gazecie Kaliskiej” w roli oświeceniowego „dobrego księcia” (Dodatek Ilustrowany do no. 169 „Gazety Kaliskiej”, 1900). Po przejściu gubernatora na emeryturę w pierwszych latach XX wieku pojawił się nawet pomysł, aby do grona rzeźb parkowych dołączyło jego popiersie, zamiaru tego jednak nie zrealizowano. W stałym zwyczaju było organizowanie fajer‑ werków i pokazów pirotechnicznych dla uczczenia rocznic i rosyjskich świąt państwowych. W 1886 roku z okazji imienin cara w parku władze zorganizo‑ wały inscenizację bitwy o pływającą fortecę, którą eskadra łodzi zdobyła po walce na fajerwerki dokładnie w momencie odegrania hymnu państwowego (Błachowicz, Tabaka, 2013: 32). W 1892 roku podczas analogicznej uroczystości fajerwerkom towarzyszyły makiety wieży Eiffela i średniowiecznego zamku, zaś rok później gwoździem programu stała się kopia fontanny z Ogrodu Saskiego w Warszawie służąca za wyrzutnię fajerwerków („Gazeta Kaliska”, 1893, nr 48, s. 2). W program zręcznie wbudowywano akcenty cesarskie, manifestując je za pomocą symboli, portretów czy hymnu państwowego. Zwraca uwagę, w jaki sposób historyczna i współczesna architektura stawała się w czasie tego typu spektakli elementem repertuaru atrakcji, stanowiąc część komercyjnego rynku, na równi z pokazami fajerwerków, koncertami czy przedstawieniami osobliwości, jak „chodzące szkielety i widoki miast i gmachów” („Gazeta Kaliska”, 1893, nr 34, s. 2). Szczególnym ceremoniałem odznaczały się wizyty w Kaliszu dostojników cesarskich, w tym generał gubernatora Księcia Aleksandra Imeretyńskiego w lipcu 1897 roku. Park pełnił istotną rolę w programie wizytacji miasta. J. O. Książę raczył udać się do parku kaliskiego, tego prawdziwego Edenu. Powozem Dostojny Gość dojechał tylko do t. z. „Kogutka”, skąd pieszo obszedł park kwia‑ towy, zatrzymał się na chwilę przed klatką z ptakami i wszedł na taras. Tu, spocząwszy na ławce, prowadził JOK rozmowę z towarzyszącymi Mu Osobami i JW Gu‑ bernatorem, wyrażając swe zadowolenie z widoków malowniczych, jakie z tej miejscowości się przedstawiają. Tak notowali sprawozdawcy „Gazety Kaliskiej” (Ksiązę Imeretyński w gubernji Kaliskiej. Specjalne sprawozdanie “Gazety Kaliskiej”, „Gazeta Kaliska”, 1897, nr 55, s. 1). Zamknięcie książęcej wizytacji stanowiła wielką iluminacja ogrodu i „noc wenecka” na kanałach Prosny z fajerwerkami i występami kaliskich orkiestry i chórów oraz towarzystw kulturalnych. Dzielnica parkowa została na czas wizyty Imeretyńskiego zamknięta i przygotowana do roli oficjalnego salonu dyplomatycznego i sceny teatralnej. Tarasy widokowe nad Prosną i kawiarnia Waehnera służyły za miejsca politycznych spotkań. Noce weneckie połączone z maskaradami i przedstawieniami teatralnymi, były letnią specjalnością parkowych rozrywek. Tym razem zostały one „odegrane” przed oczyma księcia i niczym symulacja dla wybranych stanowiły część reprezentacji życia Kalisza wobec przedstawiciela Imperium, reprezentacji opartej na wizualnej kulturze pełnej atrakcji i szerokich widoków na okolice, które można by nazwać widokami władzy. Elitarny, świetnie utrzymany salon, park uzewnętrzniał też kulturowe i etniczne podziały, stając się miejscem podatnym na władzę rozgraniczania 55 56 kultura popularna 2013 nr 3 (37) i separacji. W ramach modernizacji w latach 80. ogród otoczono i zamykano na noc, co prasa uzasadniała ochroną przed „zbieraniem się w tej miejsco‑ wości śmiecia społecznego” („Kaliszanin”, 1879, nr 66, s. 276). Dla części mieszczańskich patronów obecność w ogrodzie przedstawicieli biedoty oraz dzielnicy żydowskiej była pod koniec XIX wieku „anomalią”, zagrażającą porządkowi i dobrej zabawie. „W dniach kiedy przed cukiernią gra muzyka, przedstawiciele dzielnicy żydowskiej i biedniejsza część ludności w ubraniach, czystość których wiele pozostawia do życzenia, tak gęsto obsiada ławki, że reszta publiczności musi szukać wypoczynku chyba w najodleglejszych częściach parku” – żalono się w „Gazecie Kaliskiej” w 1895 roku („Gazeta Kaliska”, 1895, nr 42, s. 1). Słodycze przyjemności i kulturowe rozkosze ogrodowych wnętrz zdawały się być najodpowiedniejsze dla publiczności elitarnej, bywającej tu w towarzystwie i użytkującej park jako scenograficzne przedłużenie apartamentu i pałacowego salonu. Stąd i rozmaite narzekania prasowe i częste w epoce wyrazy troski o park wobec aktywności różnego rodzaju niemoralnych „Zulusów”, czy to cyklistów, czy kąpiących się w rzece w adamowym stroju, czy buszujących po trawnikach dzieci. Ogród miejski Kalisza był także przestrzenią kultury widzianą poprzez literackie odpowiedniki, narzucające romantyczne odczytania. Poszczególne części parkowego Edenu na przełomie wieków posiadały nazwy współtworzące tego rodzaju interpretacje, jak „Pola Elizejskie” czy „Aleja Westchnień”. Na oddzielną analizę zasługuje bogaty program rzeźbiarski ogrodu i jego rola w „nastroju” i przeznaczeniu poszczególnych zakątków. Niósł on odwołania zarówno mitologiczne (figury Psyche, Flora, Satyr, Amor), jak i rodzajowe (Strzelec Alpejski, Sandalarka). W obu wypadkach mit czy scena rodzajowa stawały się narzędziem współczesnej aktualizacji w obrębie ogrodu kultury, stymulującego różnorodne podniety i namiętności w cieniu malowniczych zakątków, których atmosferę modelowano za pomocą rzeźby czy nastrojo‑ wej, tematycznej architektury „szwajcarskiej”, przenoszącej spacerowiczów w rzeczywistość odległą od pobliskiego, tłocznego miasta. Pożądanie i ma‑ rzenie o powodzeniu w uczuciach znajdowały ujście nie tylko na zimowej ślizgawce, ale i we wzajemnej obserwacji w parkowych wnętrzach. Jej ślady znajdujemy w ówczesnej prasie, jak choćby w „Kaliszaninie” z 1883 roku, gdzie za pomocą romansowej stylizacji opisano scenę flirtu młodego garsona z cu‑ kierni Waehnera „z piękną nieznajomą” na oczach ogródkowo‑kawiarnianej publiczności. Znamienne, że scenę przedstawiono jako motyw wdzięczny „dla malarza poety”, lokując w wizualności podstawowy nośnik podniet, ale i znajdując dla erotycznego pożądania skonwencjonalizowaną formę kulturową („Kaliszanin”, 1883, nr 56, s. 237 – 238). Pojmowaniu i opisywaniu tej przestrzeni za pomocą tekstów kultury i traktowaniu jej jako teatralnej scenografii sprzyjała lokalizacja nowego teatru miejskiego. Gmach ten z racji luksusowej, renesansowo‑barokowej architektury gazety przyrównywały do „pałacu wróżek” i „bomboniery”, budując „konsumpcyjne” metafory obcowania z przestrzenią sztuki: Zachwycony przechodzień zatapia chciwie spojrzenie w tej istnej bombonierze, przeczuwając już myślą smak słodyczy, których zakosztuje z chwilą otwarcia tej delikatnej zasłon‑ ki z koronek, zdobiących żelazne podwoje. W pięknym parku kaliskim wybudowano przybytek dla Melpomeny tak pod każdym względem bez zarzutu, że stworzo‑ no prawdziwą świątynię sztuki (…) (Rawicz, 1900: 2). Makary Górzyński Dziewiętnastowieczny park miejski w Kaliszu 57 Ryc. 6. Sandalarka – jedna z rzeźb w parku kaliskim. Pocztówka z ok. 1900 roku. Ze zbiorów Mirosława Kupczyka. Ryc. 7. Zakład hydropatyczny w Kaliszu, rycina przedstawiająca jedną z koncepcji budynku z 1904 roku, ostatecznie zrealizowanego w większej skali. Rycina z folderu informacyjnego „Zakład hydropatyczny w Kaliszu”, Kalisz 1904. 58 kultura popularna 2013 nr 3 (37) – pisano, jednocześnie jednak ukrywając towarzyszące funkcjonowaniu gmachu już od pierwszych dni ostre dyskusje wokół nazbyt „niskiego” re‑ pertuaru. Przedmiotem sporu była też polityczna wymowa przedstawień oraz wykorzystywanie gmachu do celów komercyjnych: pokazów filmowych (pierwszy w Kaliszu pokaz z 1902 roku) czy występów orientalnych tancerek (Kaszyński, 1961: 345 – 384; Konarska‑Pabiniak, 2006: 64). „Co byśmy robili, gdybyśmy nie mieli naszego pięknego parku? Takie pytanie nieraz słyszeć się daje wśród kaliszan zakochanych w swoim „letnim salonie”. „Zaledwie przestaniemy zachwycać się jakaś nowością, już oczekuje nas nowa” – kreślono obraz ekscytacji parkiem w epoce („Kaliszanin”, 1888, nr 54, s. 1). Jak starałem się pokazać na kilku przykładach, ogród miejski przełomu XIX i XX wieku stanowił jedną z najciekawszych dla historyka przestrzeni Kalisza. Jego przeprojektowywanie, wprowadzenie luksusowej architektury i plastyki ogrodowej – narracji przestrzennej wykorzystującej między innymi stereotypowe, popularne kody kulturowe („architektura szwajcarska”, „romantyczne ruiny” jako maska historii) – były realizacją zamiarów stworzenia nowoczesnego, reprezentacyjnego salonu, w którym przemysłowe społeczeństwo mogłoby dokonywać swych celebracji i rytuałów. „Park kaliski jest dla wszystkich miejscem przechadzki, tak dla starszych jest miejscem gawędy i rozmyślań, dla dzieci – igraszek, dla mody – popisu ze strojem, dla młodzieży – wesołych śmiechów lub słodkich spojrzeń Edenem, a często marzeń i dumań książkowych przybytkiem Nie było żadnego z tych dzieci lub wychowańców kaliskich, co w bieżącym stuleciu dołożyliby jakiś listek skromny do wieńca sztuk, nauki i prac społecznych, których by ma‑ rzeniom i myślom nie towarzyszył szelest drzew po ustroniach parkowych” – wspominał historyk i prawnik Adam Chodyński (Chodyński, 1875: 53). Ta pochodząca z lat 70. XIX wieku wypowiedź – z najbardziej bodaj znanego opisu parku – zwraca uwagę na wątki, które starałem się uwypuklić: ogród jako miejsce reprezentacji, władzy spojrzenia, popisu, zabawy, miejsce formowania się myśli i projektów przyszłości, kulturowa oaza sprzyjająca działalności w pobliskim mieście. Miłość do nadprośniańskiego Edenu była miłością uprzywilejowaną, wiążącą się z realiami posiadania i pożądania. Rozrywka i zabawa ujawniały społeczne kody dostępu, nierówności, ingerencje, a „sło‑ dycze” i „widoki” nie były pisane wszystkim. Kontakty w cieniu parkowych alej i pawilonów miały komercyjny, utowarowiony charakter, o czym ciekawie w przeddzień wybuchu wojny światowej pisał Kazimierz Halinka: „Czyż to nie jest prawdziwa idyllą, kiedy łódź sunie po falach Prosny, a w łodzi siedzą piękne anioły w powiewnych barwnych szatach. Młodzież wioślarska wypręża muskuły, uwydatnia rozwinięte klatki piersiowe i przedstawia się najkorzystniej pod względem fizycznym” (Halinka, 1914: 2). Pożądanie znajdowało tutaj kulturowo dopuszczalną formę, a niewiasty jawiły się jako „wytwory kultury”, „ubrane pracą fabryk kaliskich”, zaś „siłę pierwotną” reprezentowały krzepkie ciała „nieokrzesanych” wioślarzy, dzieła popularności ruchu higienicznego i gimnastycznego pośród klasy średniej. Wycieczka łodzią przez park dla dobrego towarzystwa kończyła się w pobliskim ogrodzie rozrywkowym w Piwonicach, gdzie jak opisywał Halinka, na neutralnym gruncie poza miastem następowało zbratanie stanów w komitywie transakcji i handlu. Inteligencja miejska oddaje się flirtom, młodzieńcy szukają posagu, a chłopi sprzedają krowy przy sąsiednich stolikach. W tym obrazku widzę obecność relacji, dla których kaliska dzielnica parkowo‑rozrywkowa przełomu wieków była „naturalną” przestrzenią. Jej funkcjonowanie, jak i strategie kulturowej historycyzacji „miejsca rozkoszy” Makary Górzyński Dziewiętnastowieczny park miejski w Kaliszu 59 Ryc. 8. Widok na teatr kaliski w otoczeniu par‑ kowym. Pocztówka z ok. 1900 roku. Ze zbiorów Mirosława Kupczyka. należałoby poddać wnikliwej analizie. Jednocześnie za celowe uznaję zestawienie jej z podobnymi przykładami z Królestwa i miast europejskich, między innymi z łódzkim Helenowem. Architektura i rzeźba grały w tej przestrzeni pierwszo‑ rzędną rolę jako narzędzia budowania wizualności nowoczesnego spektaklu społecznego, tworzonego w oderwaniu od pobliskiego miasta, a jednocześnie w symbiozie z jego zdominowaną przez mieszczaństwo i burżuazję obrazem, tworząc sferę „czasu wolnego” i „kulturalnej rozrywki”. Park miejski nie był oczywiście w Kaliszu przełomu wieków jedyną przestrzenią nowoczesnej rozrywki. Ogród sąsiadował z uważaną za salon miasta Aleją Józefiny, przy której funkcjonowały między innymi Ogródek Warszawski Wypiszczyka w typie teatrzyku variété oraz ogród rozrywkowy Kaliskiego Towarzystwa Cyklistów; tu w 1909 powstało także pierwsze kaliskie kino stałe „Oaza”. Odrębnym zagadnieniem, wymagającym zbadania jest również geografia sezo‑ nowych wycieczek podmiejskich, ogrodów rozrywkowych czy toru kolarskiego w Noskowie. Praca historyka, także wobec popularności parku w literaturze naukowej o Kaliszu, jawi się w tym wypadku obiecująco i interdyscyplinarnie. Bibliografia: Archer J. (2005). Social Theory of Space: Architecture and the Production of Self, Culture, and Society, „Journal of the Society of Architectural Historians”, 64, nr 4, (430 – 433). Biskupski Ł. (2013). Miasto atrakcji. Narodziny kultury masowej na przełomie XIX i XX wieku – kino w systemie rozrywkowym Łodzi. Warszawa. Błachowicz M., Tabaka A. (2010). Nowy Kaliszanin. Kalisz. Błachowicz M., Tabaka A. (2013). Dawne pikniki, czyli iluminacje. „Życie Kalisza”, 24, (32). Czechowska B. (2010). Kaliskie Korso. Architektura i urbanistyka Alei Wolności w XIX i XX wieku. Kalisz. Kaszyński S. (1961). Dzieje teatru kaliskiego, [ w: ] Gieysztor A. (red.), Osiem‑ naście wieków Kalisza. Kalisz. Konarska‑Pabiniak B. (2006). Teatry prowincjonalne w Królestwie Polskim (1863 – 1914). Płock. 60 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Lippold T. (2010). Berliner Terrakottakunst des 19. Jahrhunderts. Berlin. Ogborn M. (1998). Spaces of Modernity. London’s geographies 1680 – 1780. Nowy Jork – Londyn. Pniewski T. (1988). Kalisz z oddali. Kalisz. Polanowski E. (1979). W dawnym Kaliszu. Szkice z życia miasta 1850 – 1914. Poznań. Polanowski E. (1989). Maria Dąbrowska w krainie dzieciństwa i młodości. Poznań. Splitt J. A. (1998). „Perłą jest park jego…”. Widoki dawnego parku kaliskiego, wersja elektroniczna, serwis „200‑lecie kaliskiego parku miejskiego” w ramach http://www.info.kalisz.pl/historia/park.htm, [ dostęp: 30 XI 2013 ]. Szczerski A. (2010). Modernizacje. Sztuka i architektura w nowych państwach Europy Środkowo‑Wschodniej 1918 – 1939. Łódź. Źródła: Chodyński A. (1875). Park kaliski i alea Józefiny, „Noworocznik kaliski na rok zwyczajny 1875. Kalisz. Dodatek Ilustrowany do no. 169 „Gazety Kaliskiej”, 1900. Halinka K. (1914). Listy z Placu św. Józefa. „Gazeta Kaliska”, nr 149 (2), nr 155, (2). Książę Imeretyński w gubernji Kaliskiej. Specjalne sprawozdanie „Gazety Kaliskiej”. „Gazeta Kaliska”, 1897, nr 55 (1). Rawicz L. Z. (1900). Co piszą o teatrze naszym we Lwowie (przedruk z „Gazety Sportowej”), „Gazeta Kaliska”, nr 231 (2). „Kaliszanin” oraz „Gazeta Kaliska” – roczniki z lat 1871 – 1914. 62 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Lodż hot ge‑ huljet. Łódź hulała Martyna Steckiewicz Obraz kina i kultury atrakcji w żydow‑ skiej gazecie codzien‑ nej „Lodzer Tageblat” w latach 1908 – 1914 DOI: 10.5604/16448340.1094741 M a r t y n a S t e c k i e w i c z L o d ż h o t g e h u l j e t. Ł ó d ź h u l a ł a Prolog: 1908 Odeon, Théâtre Moderne, The Bio‑Express. Te, otwarte w 1908 roku w Łodzi, lokale oferujące projekcje filmowe, były zapowiedzią nadejścia nowej miej‑ skiej, masowej rozrywki – kinematogarafu. W styczniu tego samego roku do sprzedaży trafił pierwszy numer żydowskiej gazety „Lodzer Tageblat”, która ukazywała się potem codziennie, aż do wybuchu I wojny światowej. Jej zachowane roczniki dają dziś unikalną szansę wejrzenia w samo centrum życia łódzkich Żydów – jednej z istotnych dla rozwoju miasta grup etnicznych. Życie społeczności żydowskiej, zamieszkującej Europę Środkowo‑Wschodnią na przełomie XIX i XX wieku, zazwyczaj postrzegane jest przez pryzmat dwóch utrwalonych w powszechnej świadomości, statycznych obrazów: mieszkańców prowincjonalnych sztetli oraz hermetycznej grupy skoncentrowanej w jednej z części dużego miasta. Na obu tych wizerunkach ciążą wykształcone przez lata stereotypowe przekonania, które często pomijają złożone warunki, w ja‑ kich funkcjonować musiała diaspora. Nieobecna jest też zazwyczaj w tych narracjach kwestia wewnętrznych sporów – pęknięć, które pogłębiały się z czasem pod wpływem czynników zewnętrznych. Zwłaszcza w większych, rozwijających się intensywnie miastach, już od połowy XIX wieku wśród żydowskich mieszkańców dokonywały się wyraźne zmiany obyczajowe, na które wpłynęły zarówno dyskusje związane z żydowskim oświeceniem, jak i procesy zapoczątkowane postulatami myśli pozytywistycznej – postępującą industrializacją, a potem także gwałtownymi przewartościowaniami ideolo‑ gicznym wywołanymi przez wydarzenia 1905 roku (Lisek, 2010: 481). Wszystkie one przyczyniły się do rozwarstwienia monolitycznej struktury, którą do tej pory spajały wspólny rytuał i wielowiekowa tradycja. Zachodząca w ten sposób modernizacja społeczności, której przedstawiciele dążyć zaczęli do uniwersalnego wzorca kultury społeczeństwa przemysłowego, przebiegała w różny sposób. Żydzi zaczęli aktywnie brać udział w ówczesnym miejskim życiu – mieli ku temu coraz więcej możliwości, wcześniej skutecznie odbie‑ ranych im przez władze. Pod wpływem nowoczesnej literatury europejskiej oraz idei myślicieli przełomu wieków, angażowali się w ruchy społeczne i polityczne. Część z nich radykalnie odcinała się od tradycji rodzinnej, której wierni byli jeszcze ich rodzice, decydując się tym samym na całkowitą asymilację przez przejęcie wzorców kultury dominującej. Inni z kolei, po‑ szukiwali sposobów na redefiniowanie własnej żydowskości i wpisywanie jej w warunki nowoczesnego świata. Dylematy te doskonale widać choćby na przykładzie biografii twórców nowoczesnej literatury jidysz, którzy – dosłownie i w przenośni – szukali języka do opisu żydowskiego życia w warunkach no‑ woczesnego, zindustrializowanego świata. Pokazuje je także zakres tematyki poruszanej na łamach żydowskiej prasy – troski i rozrywki jej czytelników związane były z coraz mocniej różnicującymi i wyodrębniającymi się grupami, niejednokrotnie o sprzecznych poglądach oraz interesach. Celem tego opracowania jest analiza etnicznego wymiaru funkcjonowania systemu rozrywek w Łodzi z początku XX wieku, dokonana na podstawie reprezentacji zespołu komercyjnych miejskich rozrywek, które Łukasz Biskupski zaproponował nazywać kulturą atrakcji (Biskupski, 2013: 20) i wczesnego kina w żydowskiej gazecie codziennej „Lodzer Tageblat” w latach 1908 – 1914 1. Będzie 1 Jako cezurę przyjmuję wybuch pierwszej wojny światowej. Zebrany i analizowany w tekście materiał pochodzi z rocznika 1914 dziennika „Lodzer Tageblat”, który dostępny jest w Archiwum Państwowym w Łodzi, oraz z roczników: 1908 i 1912, dostępnych w zbiorach Biblioteki Narodowej w Warszawie. 63 Martyna Steckiewicz – doktorantka kulturoznaw‑ stwa w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, współpra‑ cowniczka Centrum Kul‑ tury Jidysz w Warszawie. 64 kultura popularna 2013 nr 3 (37) ona próbą odpowiedzenia na pytanie o to, czy i w jaki sposób lokalna żydowska społeczność przyswajała funkcjonujące w tym czasie formy miejskich rozrywek świeckich takich jak, ze swojego założenia uniwersalne i ponadnarodowe, kino 2. Wymarzone miasto Łódź Łódź jest modelowym przykładem wieloetnicznego ośrodka miejskiego, charakteryzującego się dynamicznym rozwojem przemysłowym. Łączył się on ze stałym wzrostem liczby ludności. Między 1793 a 1914 rokiem liczba mieszkańców Łodzi ze 191 osób wzrosła do niemal pół miliona. Proces ten dotyczył także społeczności żydowskiej, która w tych samych latach z liczby 11 osób zwiększyła się do ponad szesnastu tysięcy (Puś, 2003: 27; Tenenbaum, 1956: 252). Ta stale rosnąca liczba Żydów napływających do Łodzi i okolic, wynikała przede wszystkim z migracji zarobkowej – miasto jak magnes przyciągało tych, których nie zrażały zakazy osiedlania się, nakładane przez władze carskie na społeczność żydowską (Puś, 2003: 21). Większość Żydów znajdowała zatrudnienie w fabrykach, bądź zajmowała się drobnym rzemiosłem i handlem. Według spisu powszechnego z 1897 roku odsetek Żydów w tych sektorach wynosił około 12 proc. (Żarnowska, 1994: 91). Łódzką społeczność żydowską przełomu wieków w znaczniej mierze, choć nie wyłącznie, tworzyły więc rodziny robotnicze i drobnomieszczańskie (Tenenbaum, 1956: 187). Żydzi stali się tym samym istotną częścią nowoczesnej społeczności miej‑ skiej, choć potencjalnie dotyczyło ich przynajmniej podwójne wykluczenie. W skali lokalnej – jako mniejszości etnicznej, na którą przez lata nakładano zakazy i ograniczenia, oraz w szerszym znaczeniu, jako mieszkańców miasta dotychczas znajdującego się na peryferiach względem znacznie lepiej rozwiniętej Europy Zachodniej. Nowe koncepcje, formacje społeczne i możliwości, jakie oferowało coraz lepiej prosperujące miasto, aktywizowało społeczność na różnych polach. Zaczęły powstawać związki, partie polityczne czy towarzy‑ stwa zrzeszające ludzi o określonych przekonaniach i wspólnych priorytetach. Należy pamiętać o trudnościach, które wciąż jeszcze trzeba było przy tym pokonywać. Żydzi w Królestwie Polskim mieli zakaz tworzenia formalnych związków robotniczych. Ale to właśnie rzemieślnikom łódzkim jako pierwszym udało się w 1911 roku zdobyć pozwolenie na założenie żydowskiego klubu rzemieślniczego (Rak, 2010: 29). W ramach cechu powstały potem instytu‑ cje kulturalne i sportowe. Niezależnie od nich, w Łodzi działały też chóry (między innymi Łódzkie Żydowskie Towarzystwo Muzyczne i Literackie „Ha‑Zamir” [ „słowik” ]), koła teatralne czy towarzystwa sportowe. Syjoniści prowadzili zajęcia dla młodzieży w ramach przygotowującej do tworzenia nowego państwa tak zwanej „syjonistycznej farmy”, organizowanej regularnie w letniej siedzibie znanej łódzkiej rodziny Hamburskich (Tenenbaum, 1956: 246). Oprócz możliwości stworzonych przez diasporę, istniała też oczywiście bogata oferta popularnych rozrywek i aktywności miejskich skierowanych do wszystkich mieszkańców Łodzi. Narzucony przez produkcję fabryczną określony czas pracy, w istotny sposób wpłynął na powolne przewartościowywanie dawnego porządku judaistycz‑ nego cyklu tygodnia i roku, co łączyło się ze stopniowym odchodzeniem od 2 Tekst ten stanowi próbę uzupełnienia wizerunku łódzkiej kultury atrakcji przedstawionej w pracy Miasto Atrakcji, stąd pominiętych zostaje tu wiele kwestii związanych z ogólnymi warunkami kształtowania się miejskiego systemu atrakcji tego okresu, koncentrując się jedynie na społeczności żydowskiej. M a r t y n a S t e c k i e w i c z L o d ż h o t g e h u l j e t. Ł ó d ź h u l a ł a 65 Ryc. 1. Fragment strony tytułowej dziennika „Lodzer Tageblat” / 21.01.1914 obrzędu oraz tradycyjnego rytmu życia. Laicyzacja, wzmocniona rozwojem myśli socjalistycznej, dotyczyła w szczególności rzemieślników oraz robotni‑ ków pracujących w fabrykach i łączyła się ze zwiększonym zainteresowaniem kulturą świecką. Normowany, podzielony na zmiany czas pracy stworzył także nieistniejące wcześniej w podobnym znaczeniu pojęcie „czasu wolnego”. A ten doskonale wypełniały miejskie systemy rozrywek. Izrael Joszua Singer w powieści Bracia Aszkenazy opisał życie łódzkich Żydów z czasu rozkwitu lokalnych fabryk. O ówczesnym mieście pisał zaś: Łódź hulała. Miasto rosło z każdym dniem i godziną. Bu‑ dowano i murowano w nim nieustannie. [ … ] Łódzcy mło‑ dzi ludzie zaczęli się ubierać w europejskie ubrania i golić brody. Otwierające się wciąż nowe restauracje, kabarety, domy gry były przepełnione publicznością. [ … ] Łódź piła, śpiewała, tańczyła, biła oklaski w teatrach, grzeszyła w wesołych lokalach i grała w karty (Singer I. J., 1992: 78). Zmianie trybu życia towarzyszył zatem przebiegający gwałtownie proces akulturacji żyjącej do tej pory według starych zasad ludności żydowskiej. Ten zaś prowadził do przejęcia zwyczajów i wzorów kultury dominującej, włączenia się w nurt nowoczesnej społeczności miejskiej, z którą od teraz łączyły Żydów te same problemy związane z warunkami pracy, sytuacją bytową, ale też zainteresowania i rozrywki w czasie wolnym. Doskonale pokazuje to właśnie singerowska metonimia hulającej, śpiewającej Łodzi, gdzie coraz wyraźniej daje się słyszeć także głos społeczności żydowskiej. 66 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Wos hert zich in Lodż/ Co nowego w Łodzi 3 „Lodzer Tageblat” 4 to jedna z najstarszych łódzkich gazet codziennych wy‑ dawanych w języku jidysz. Pierwszy numer ukazał się 24 stycznia 1908 roku 5 i niemal natychmiast stał się najchętniej czytanym przez łódzkich Żydów dziennikiem (Tenenbaum, 1956: 253). Jego współzałożycielem był członek wspomnianej już rodziny Hamburskich: Emanuel Hamburski – dziennikarz i aktywny lokalny działacz społeczno‑polityczny (Puś, 2003: 119). W informacji o jego śmierci zamieszczonej w 1931 roku w tygodniku amerykańskiej spo‑ łeczności żydowskiej „Chicago Sentinel” pisano, że był to: „zamożny kupiec, prezes Centralnego Stowarzyszenia Kupców i Przemysłowców Województwa Łódzkiego, aktywny działacz syjonistyczny, założyciel i współpracownik wielu instytucji kulturalnych” („Chicago Sentinel”, 31.07.1931). Należy pamiętać o szczególnych warunkach, w jakich powstawał „Lodzer Tageblat”. Ze względu na obostrzenia cenzury carskiej, dzienniki żydowskie przez długi czas nie mogły ukazywać się na obszarze zaboru rosyjskiego, co w swojej monografii poświęconej prasie żydowskiej tłumaczy Marian Fuks: Władze carskie wiedziały, że język ten jest używany i rozumiany przez najszersze rzesze mas żydowskich i starały się nie dopuszczać do publikacji w nim wszel‑ kich materiałów, poza literaturą piękną. Uważały one, że Żydzi są nosicielami idei rewolucyjnych i nie należy im dawać do ręki oręża, jakim jest przede wszystkim prasa, powszechnie zrozumiała przez Żydów (…) Mimo zaufanych cenzorów, uważano, że taka prasa jest trudna do kontroli. (Fuks 1979:125 – 126) Podobnie jak w przypadku wielu innych dziedzin żydowskiego życia, przeło‑ mowym wydarzeniem stała się rewolucja 1905 roku, która w bezpośredni sposób doprowadziła do liberalizacji życia politycznego, wskutek czego władze zaczęły stopniowo wydawać zgody na zakładanie dzienników w języku jidysz (Fuks, 1979: 155). Kwestia wyboru języka nie była przypadkowa i często wynikała z poglądów politycznych założycieli gazet. Istniała oczywiście żydowska prasa w języku hebrajskim, jak również w językach powszechnych, nazywanych też narodowymi, to znaczy: polskim, rosyjskim oraz niemieckim. Na wybór języka jidysz, redaktorzy decydowali się często z powodów praktycznych – jako język codziennej komunikacji diaspory umożliwiał on dotarcie do najszerszego 3 Wszystkie tłumaczenia tekstów pochodzących z dziennika „Lodzer Tageblat” – M. S. Tytuły filmów lub wyrażeń użytych w cytowanych notkach i reklamach zapisywane są tu według współcześnie przyjętych standardów wymowy języka jidysz w transkrypcji polskiej. 4 Zastosowany w tekście tytuł dziennika jest zgodny z jego nagłówkiem w języku jidysz. Zarówno ta nazwa, jak i pojawiający się w górnej części strony tytułowej gazety zapis w alfabecie łacińskim („Lodzer Tageblatt”), to formy zniemczone, pokazujące specyfikę lokalnych wpływów językowych, a także ogólną tendencją wpływu języka niemieckiego na jidysz charakterystyczną mniej więcej do lat 20. XX wieku dla prasy, ale także tekstów literackich i użytkowych (szczególnie w postaci „zniemczenia” ortografii jidysz). W stan‑ dardowym języku jidysz, nazwa ta brzmiałaby najprawdopodobniej: „Lodżer Togblat”, nie wykluczone jednak, że dialektalna wymowa tytułu dziennika brzmiała jeszcze inaczej. Konsultacja językoznawcza: dr Agata Kondrat. 5 We wszystkich przypisach daty podano według kalendarza gregoriańskiego. M a r t y n a S t e c k i e w i c z L o d ż h o t g e h u l j e t. Ł ó d ź h u l a ł a kręgu odbiorców. Jednocześnie, jak zauważa redaktorka antologii poświęconej trójjęzycznej prasie żydowskiej Joanna Nalewajko‑Kulikov jidysz, podobnie jak miejscowe języki narodowe, był znacznie lepiej niż język hebrajski przy‑ stosowany do opisywania nowoczesnych, dynamicznych zmian zachodzących w ówczesnym świecie (Nalewajko‑Kulikov, 2012: 11). Pierwsze tytuły żydowskich gazet codziennych szybko zyskiwały ogromną popularność, co pokazywało jak duża była w tej grupie potrzeba dostępu do informacji. Oprócz wielonakładowych dzienników ukazujących się w dużych skupiskach diaspory takich jak Warszawa (między innymi słynne dzienniki „Der Weg” [od 1905], „Hajnt” [od 1908], „Der Moment” [od 1910]), gazety zaczęto wydawać także w mniejszych, lokalnych ośrodkach (Nalewajko ‑Kulikov, 2012: 14). Część z nich okazała się być efemerydami, nieliczne utrzymały się przez kilka – kilkanaście lat. Niemniej jednak większość cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, a tłumaczyć można to zarówno pragnieniem poznania najnowszych doniesień, jak i niemal powszechną umiejętnością czytania wśród Żydów. Wydawanie prasy w języku jidysz umożliwiało więc dotarcie do masowej liczby odbiorców. Podobnie było z „Lodzer Tageblat”, którego redakcja od samego początku deklarowała, że kieruje swoje treści do „wszystkich kręgów żydowskiego życia lokalnego” („Lodzer Tageblat”, 4.02.1908). Dziennik czytany był więc zarówno przez mieszczan, inteligencję, jak i robotników z Bałut (Rozier, 2008: 24). Głównym językiem, w którym pisano artykuły i notki prasowe w „Lodzer Tageblat” był jidysz, ale jednocześnie znaleźć można w nim reklamy czy krótkie teksty pisane po polsku, rosyjsku i nie‑ miecku. Ten polilingwizm, charakteryzujący gazetę codzienną, jest w istocie wizualizacją codziennego doświadczenia przedstawicieli diaspory, którzy często swobodnie posługiwali się kilkoma, niezbędnymi im do komunikacji kodami językowymi 6. Lektura pierwszych numerów „Lodzer Tageblat” uzmysławia jak ważna dla społeczności żydowskiej była kwestia posiadania własnej, lokalnej gazety, która przekazywałaby informacje na tematy istotne dla tej grupy. Założyciele „Lodzer Tageblat” podkreślali, że ich dziennik „jest lustrem łódzkiego życia”, a w artykułach i felietonach poruszali najistotniejsze bieżące zagadnienia i problemy związane z życiem Żydów i ich otoczenia („Lodzer Tageblat”, 6.02.1908). Dziennik od samego początku obok działów takich jak doniesie‑ nia ze świata, wiadomości polityczne, informacje na temat diaspory i prób organizacji życia żydowskiego w Palestynie, posiadał też rozbudowaną część zatytułowaną Co nowego w Łodzi, poświęconą wydarzeniom lokal‑ nym z uwzględnieniem między innymi: warunków socjalnych, statystyki ludności, sytuacji robotników czy wreszcie bieżących wydarzeń społeczno‑ -kulturalnych. Wśród tradycyjnych sposobów spędzania czasu wolnego, w których uczest‑ niczyli Żydzi szczególne miejsce zajmował teatr, wraz z muzyką postrzegany raczej jako formy sztuki niż rozrywki, co przejawia się chociażby w osobnej rubryce informacyjnej. W „Lodzer Tageblat” istniała stała rubryka zatytułowana Teater un muzik, gdzie zamieszczane były zapowiedzi teatralne i koncertowe, sprawozdania z przedstawień, których premiery odbywały się w miejscowych lokalach lub występów trup teatralnych z całej Europy, odwiedzających Łódź ze swoimi programami 7. Warto podkreślić, że publiczność żydowska chodziła 6 Wątek wielojęzyczności diaspory żydowskiej rozwija Benjamin Harshav – zob. B. Harshav, Wielojęzyczność, tł. Kondrat A., „Cwiszn” nr 1 – 2 /2011. 7 Kwestię łódzkiego żydowskiego życia teatralnego opracowała szczegółowo Leyko M. (red.), 67 68 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Ryc. 2. Zapowiedź występu najgrubszego i najchudszego czło‑ wieka świata („żywego szkieletu”) / „Lodzer Tageblat” 15.03.1912. nie tylko na przedstawienia dramaturgów tworzących w języku jidysz. Obok tytułów klasyków sceny żydowskiej, znaleźć można w „Lodzer Tageblat” informacje na temat wystawień dramatów klasyki europejskiej (Shakespeare) czy twórców współczesnych (Ibsen). Wielu świadków epoki i specjalistów podkreślało, że łódzki żydowski teatr reprezentował bardzo wysoki poziom. Jonas Turkow, reżyser, aktor filmowy i teatralny, we wspomnieniach zatytułowanych Farloszene sztern [ „ Zgasłe gwiazdy” ] pisze: „Łódź, miasto pracy i kapitału kryła w sobie także wspaniałą tradycję teatralną – to tam podejmowano jedne z ciekawszych teatralnych prób” (Turkow, 1953: 117). Kończy ten fragment stwierdzeniem: „Łódź była najbardziej teatralnym ze wszystkich teatralnych miast w Polsce”. Należy przy tym pamiętać, że w tradycji żydowskiej teatr nie stanowi jedynie rozrywki, ale obecny jest także w sferze sacrum. Uważa się, że coroczne przedstawienia przygotowywane specjalnie na święto Purim – tak zwane purimszpiln dały początek nowoczesnemu teatrowi żydowskiemu, który z czasem wyeman‑ cypował się i obejmował już głównie teksty świeckie (Kameraz‑Kos, 2008: 89). Teatr, w tym także przedstawienia przyjezdne, podczas których łódzka publiczność miała okazję podziwiać grę aktorską artystów z teatrów war‑ szawskich, petersburskich czy wileńskich, niewątpliwie wykształcił określony sposób recepcji przedstawień fabularnych, który potem charakteryzował też praktyki związane z odbiorem filmów. Równocześnie prasa żydowska odnotowuje wszelkie inne, dostępne jej czytelnikom formy rozrywek miejskich. Przyglądając się kompozycji kolumny poświęconej doniesieniom lokalnym zauważyć można, że od początku istniał wyraźny podział na ofertę teatralno‑muzyczną, zapowiadaną we wspomnianym już dziale Teater un muzik oraz informacje na temat innych atrakcji, które pojawiały się najpierw pojedynczo, potem zaś pod wspólną nazwą Farwej‑ lungen („Rozrywki”). Wśród nich znajdowały się zaproszenia do menażerii, w której zobaczyć można było dzikie zwierzęta z różnych zakątków świata („Lodzer Tageblat”, 27.02.1914), opisy panoptików gromadzących fascynujące zbiory etnograficzne czy gabinetów anatomicznych, w nich prezentowano rozmaite preparaty, takie jak: „prawdziwy szkielet [ podkreślenie w org. ], który został odkopany w roku 1891 przez słynnego angielskiego uczonego (…)” („Lodzer Tageblat”, 8.05.1914). Szeroko opisywano szczególnie wszelkiego (2010). Łódzkie sceny żydowskie. Studia i materiały. Łódź oraz: Leyko M., Zamknięta karta. Teatr żydowski w Łodzi, „Kronika Miasta Łodzi” 2007, nr 1 (71). M a r t y n a S t e c k i e w i c z L o d ż h o t g e h u l j e t. Ł ó d ź h u l a ł a rodzaju intrygujące rozrywki egzotyczne: pokaz indyjskich fakirów („Lodzer Tageblat”, 19.01.1912), iluzjonistów, spirytualistów i występy brzuchomówców z lalkami („Lodzer Tageblat”, 13.09.1908) oraz pokazy osobliwości, deformacji cielesnych i ciekawostek. Jak zapowiadano w reklamie teatru Arkadia: „każda rzecz z natury, która nie ma jeszcze nazwy zostanie tu pokazana” („Lodzer Tageblat”, 16.02.1912). Obserwując zmiany zachodzące w wyglądzie dziennika, wyraźnie widać, że rozrywki popularne zyskiwały coraz większe znaczenie w łódzkim życiu codziennym. W 1912 roku zapowiedzi teatrów rozmaitości oraz repertuary kinematografów pojawiały się już niemal regularnie w piątkowym wydaniu gazety, a reklamy lokali proponujących różnorodną ofertę atrakcji w 1908 roku prezentowanych w postaci listy punktów proponowanego aktualnie programu, rozrosły się do krzykliwych, rozbudowanych wizualnie reklam w roku 1912. Generalną zmianą w wyglądzie szaty graficznej „Lodzer Tageblat” Ryc. 3. Zapowiedź wyścigów automobili powietrznych, „Lodzer Tageblat” / 31.05.1912 było coraz częstsze zamieszczanie ilustracji uatrakcyjniających publikowane w nim artykuły. Pozwalały one na wizualną prezentację nowych rozrywek, takich jak choćby wyścigi automobili powietrznych, które w 1912 roku obejrzeć można było w Parku Helenów (Biskupski, 2013: 113): Żydowscy mieszkańcy Łodzi korzystali także z możliwości uczestnictwa w pokazach cyrkowych. W dziale Rozrywki regularnie pojawiały się reklamy cyrków, oferujących bogaty program artystyczny, w którego skład wchodziły także widowiska sportowe w postaci zapasów. Warto przyjrzeć się zjawisku popularności walk publicznych, które w omawianym tu okresie miały szcze‑ gólne znaczenie również dla Żydów. Ideologowie syjonizmu w postulaty związane z przygotowaniem się do emigracji i wspólnego budowania państwa żydowskiego, wpisali dbałość o formę fizyczną. Ataki antysemickie i nastroje pogromowe nasilające się pod koniec XIX i na początku XX wieku sprawiły, że wizja „żydowskich siłaczy” wzbudzała poczucie siły w społeczności, która przez otoczenie postrzegana była często jako słaba (dosłownie w sensie bu‑ dowy fizycznej) i pasywna, a w dyskursie antysemickim przedstawiana jako niezdolna do odbycia służby wojskowej, czy do podejmowania jakiejkolwiek aktywności fizycznej. To sprawiło, że nieco później, bo w latach 20. XX wieku, uosobieniem marzeń o żydowskiej sile stał się urodzony pod Łodzią, słynny artysta cyrkowy Zisze Brejtbart 8, który podczas pokazów łamał metalowe przedmioty i dźwigał niewiarygodne ciężary, zyskując miano legendarnego „żydowskiego siłacza” 9. Zapasy, w których udział brali przedstawiciele różnych nacji, bywały czasem okazją do manifestacji swojej przynależności do określonej grupy 8 Jego historia przedstawiona została w filmie Wernera Herzoga Niezwyciężony (2001). 9 Podobna wizja żydowskich mężczyzn obdarzonych nadludzkimi możliwościami i zdolnoś‑ ciami, przeniesiona została potem na grunt amerykański pod postacią komiksowej poetyki superbohaterów, choćby stworzonego przez Joego Shustera i Jerry’ego Siegla Supermana, zob. Benkenoun, 2001:6. 69 70 kultura popularna 2013 nr 3 (37) etnicznej. Dziennikarz „Lodzer Tageblat” tak opisywał zdarzenie, które miało miejsce 29 stycznia 1914 roku w Częstochowie: Podczas walki w cyrku żydowski atleta Brodski toczył bój z siłaczem Stupinem. Kiedy Brodski miał już swo‑ jego przeciwnika w dogodnej pozycji, pojawił się inny siłacz – Purikewicz i zaczął atakować Brodskiego. Stupin, chcąc skorzystać z okazji, złapał Brodskiego i usiłował powalić go na ziemię. Brodski założył skuteczny chwyt i znokautował Stupina za pomocą „tour de tête”. W cyrku rozległy się okrzyki: „Żyd!”, „Bejlis!” itd. Wtedy Brodski wystąpił i powiedział: „Urodziłem się Żydem i jako Żyd umrę, ale żaden z polskich ani innych atletów mnie tutaj nie pokona. A ja nie dam się przekupić za żadne pieniądze („Lodzer Tageblat”, 29.01.1914). Wydarzenie to doskonale pokazuje w jaki sposób arena – na co dzień miejsce rozrywki, stać może się rejestrem aktualnych nastrojów społecznych. Do cyrków, panoptików, menażerii, czy wreszcie teatrów rozmaitości i kinematografów chodzili przedstawiciele różnych warstw społecznych. Były one tanie, przez co dostępne zwłaszcza dla mniej zamożnych, przyciągały jednak także uwagę lepiej sytuowanych mieszkańców miasta. Izrael Rabon, pisarz języka jidysz, który wychował się i dorastał w robotniczej rodzinie na Bałutach, zawarł wspomnienie kultury atrakcji w powieści Ulica. (Jej akcja toczy się w latach 20. XX wieku, z ałożyć można jednak, że na literacki obraz Łodzi Rabona złożyły się także wcześniejsze wspomnienia). Autor takimi słowami opisuje publiczność zgromadzoną w jednym z łódzkich cyrków na pokazie zapasów: Wszedłem na balkon pierwszego piętra i popatrzyłem na widownię. W sali było około tysiąca osób. Na dole, w lożach siedzieli eleganccy panowie i damy w drogich sukniach i z niecierpliwością czekali na rozpoczęcie widowiska. Z mocno wymalowanych twarzy kobiet spoglądały rozciekawione, wyczekujące oczy. Pozostała część widzów składała się w większości z robotników łaknących chleba i rozrywki (Rabon, 1991: 72). Oglądanie pokazów żydowskich siłaczy, czy zapasów było z jednej strony rozrywką, z drugiej jednak (biernym) uczestnictwem w brutalnej walce wręcz. Odpowiadało to oczekiwaniom publiczności, która przez poczucie uwikłania w system klasowy mogła mieć poczucie bezsilności w zmaganiach z życiem codziennym. Ze względu na to, że materiał dostarczający wiedzy na temat recepcji kultury masowej wśród Żydów w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku jest dość ograniczony, warto przytoczyć tu jeszcze jeden fragment powieści Rabona ukazujący oczekiwanie i reakcje publiczności na prezentujących swoje umiejętności zapaśników: Damy na parterze pociągały nosami, jak mięsożerne zwierzęta, kiedy poczują zapach krwi. Tych szesnaście półnagich, rosłych, twardych jak skała torsów rozniecało M a r t y n a S t e c k i e w i c z L o d ż h o t g e h u l j e t. Ł ó d ź h u l a ł a emocje przed walką, wywoływało okrzyki bólu i triumfu. Na galerii błyszczały oczy demonstrujących przed paru godzinami włókniarzy. [ nawiązanie do wcześniejszej sceny demonstracji łódzkich robotników – przyp. M. S. ] (Rabon, 1991: 74). Kupcy bławatni idą do kinematografu Mimo widocznej dominacji teatru i koncertów muzycznych w doniesieniach kulturalnych dziennikarzy „Lodzer Tageblat”, sama praktyka uczestni‑ ctwa w pokazach filmowych nie była w nim bynajmniej marginalizowana czy deprecjonowana. Informacje na temat pokazów ruchomych obrazów w łódzkich bioskopach i kinematografach obecne były w „Lodzer Tageblat” od samego początku. Obok zapowiedzi spektakli teatralnych, dziennikarze donosili o nowych punktach programu teatrów typu variété między innymi odremontowanego w 1908 roku teatru Urania: Prawie każdego tygodnia teatr proponuje zupełnie nowy program, a łódzka publiczność może doskonale spędzić tu czas. (…) Oprócz wspaniałych śpiewów i numerów tanecznych, prócz kuplecisty Aleksandrowicza, który błyskawicznie stał się ulubieńcem publiczności – jest też teraz w Uranii także żongler Max Henry (…) W bio‑ skopie znajduje się seria pięknych obrazów („Lodzer Tageblat” 25.06.1908). Obecność ruchomych obrazów w proponowanym programie podkreślana była w każdej zapowiedzi repertuaru teatrów rozmaitości. Wraz z rozwojem kinematografii i systemu dystrybucji filmów coraz częściej pojawiały się też reklamy pokazywanych w łódzkich teatrach obrazów. Funkcjonujące już w tym czasie samodzielne lokale kinematograficzne, określane były w prasie jidysz przede wszystkim dwoma, powtarzającymi się przymiotnikami: „elegancki” (jid. „elegant”) oraz „pierwszorzędny” (jid. „ersztklasik”). Notka z lutego 1914 roku donosiła, że remont kinematogra‑ fu Sfinks odbył się „zgodnie z najnowszymi wymogami higieny i techniki” 71 Ryc. 4. Reklama poka‑ zów walk kobiecych w Cyrku „Colisée”, „Lodzer Tageblat” / 27.02.1914 72 kultura popularna 2013 nr 3 (37) („Lodzer Tageblat” 4.02.1914), które gwarantowały wysoki komfort oglądania prezentowanych tam filmów. Ta kreacja wyobrażenia o luksusie towarzyszącym pokazowi filmowemu, podnosiła status kina, które z założenia miało być formą powszechnie dostępnej, taniej rozrywki, przez co budowało wrażenie uczestniczenia w wydarzeniu wyjątkowym i elitarnym. Potęgowały je także doniesienia o najnowszych wynalazkach techniki, które sprowadzane były do miasta. W 1914 roku w Łodzi odbyły się pokazy kinetofonu – wynalazku pozwalającemu na udźwiękowienie filmu: Jak dowiedzieliśmy się, dyrekcja teatru „Casino” zakupiła słynny aparat kinetofon, który został stworzony niedawno przez samego Edisona. (…) Za sprawą kinetofonu publiczność będzie od teraz mogła jednocześnie widzieć i słyszeć ‑ dokładnie tak jak w teatrze (…). Nowy wynalazek Edisona dokona wielkiej rewolucji w kinematografii. Mieszkańcy Łodzi będą mieli niebawem okazję, aby się z nim zapoznać. („Lodzer Tageblat” 5.02.1914). Wyraźnie widać przy tej okazji, że doświadczenie związane z wprowadzeniem nowej techniki udoskonalającej powszechnie znane już ruchome obrazy, opisywane jest najczęściej w odniesieniu do dawnych, znanych widzowi wrażeń towarzyszących recepcji spektaklu teatralnego. Narracja związana z wczesnym kinem nasycona była więc porównaniami do uprzednich praktyk kulturalnych (najczęściej odbioru przedstawienia teatralnego), a nieznane terminy wprowadzano w bezpośrednim do nich nawiązaniu. Jednocześnie podkreślano rewolucyjność, aktualność wydarzenia, które zwiększało jego atrakcyjność – mieszkańcy Łodzi mieli oto szansę stać się naocznymi świad‑ kami światowego rozwoju techniki. Sposób pisania o wczesnym kinie i kinematografach oraz reklamowania nowych wchodzących do obiegu filmów w zasadzie nie odbiegał widocznie od stylu obecnego w prasie polsko czy niemieckojęzycznej. Także w warstwie językowej zaobserwować można charakterystyczny dla jidysz wpływ języków powszechnych zwłaszcza w warstwie słowotwórczej. W reklamach zapowia‑ dających przedstawienia czy filmy używano często tych samych sformułowań, a nazwy nowych zjawisk i pojęć tworzono ze słów pochodzących z języków powszechnych lub poprzez nie. Tak oto w „Lodzer Tageblat” reklamowały się: „der kinematograf‑teater”, „di menażerie”, „di luft‑ojtomobil‑wiszcziges”. Przejęcie powszechnie obowiązujących standardów dziennikarskich dowodzi, że prasa żydowska powstawała i funkcjonowała na wzór nowoczesnych dzienników europejskich. Zajmowała się także aktualnymi wydarzeniami zarówno z życia diaspory, jak i jej otoczenia, dlatego w naturalny sposób znalazło się tam miejsce także dla kultury masowej. Wzmiankowane w dzienniku filmy, które wyświetlane były w łódzkich kinematografach, w znacznej większości nie dotyczyły życia żydowskiego – były to uniwersalne reklamy kinoteatrów, które swój repertuar kierowały do wszystkich mieszkańców miasta 10. Żydzi, podobnie jak pozostali mieszkańcy miasta, w wolne wieczory oglądali filmy z Betty Nansen, Maxem Linderem, „wielkie historyczne dzieło sztuki” Kleopatra („Lodzer Tageblat” 30.01.1914), 10 Szczegółowe omówienie repertuaru kinematografów łódzkich tego okresu: Biskupski, 2013:255. M a r t y n a S t e c k i e w i c z L o d ż h o t g e h u l j e t. Ł ó d ź h u l a ł a Ryc. 5. Reklama filmu Dos lebn fun di jidn in palestina, „Lodzer Tageblat” /27.03.1914. czy „poruszający dramat przyrodniczy” Katastrofa pod ziemią („Lodzer Tage blat” 6.02.1914). Nie znaczy to jednak, że odniesienia tożsamościowe były zupełnie obojętne czytelnikom „Lodzer Tageblat”. Apogeum produkcji filmów jidyszowych przypadło co prawda dopiero na okres dwudziestolecia międzywojennego, jednak w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku swoją działalność rozpoczy‑ nały już najważniejsze potem wytwórnie filmowe, takie jak choćby założony przez Samuela Ginzburga i Henryka Finkelsteina Kosmofilm (Gross, 2002: 28), o którym w 1913 roku wspominał dziennikarz polskojęzycznego dziennika łódzkiego „Rozwój”: „W Warszawie powstało towarzystwo żydowskie p. n. Kosmofilm, które będzie przygotowywało specyalne filmy kinematograficzne z życia żydów” („Rozwój”, 30.08.1913). Warszawskie przedsiębiorstwo Mordki Towbina, Pawła Goldmana i Samuela Ginzburga Kantor Zjednoczonych Kinematografów Siła, w latach 1911 – 1912 wyprodukowało z kolei kilkanaście filmów fabularnych i krótkometrażowych o tematyce żydowskiej (Gross, 2002: 21). Filmy te trafiały nie tylko do widzów pochodzenia żydowskiego, ale do ogólnego obiegu, przy czym w literaturze można odnaleźć wzmianki o dużej popularności jaką cieszyły się wśród publiczności odwiedzającej kinematografy (Gross, 2002:24). Pojawiają się także czasem w repertua‑ rze łódzkich teatrów kinematograficznych z tamtego okresu. Najbardziej spektakularnym i wyróżniającym się przykładem prasowej recepcji filmu o tematyce żydowskiej była premiera obrazu Dos lebn fun di jidn in palestina (Życie Żydów w Palestynie) wyświetlanego w marcu 1914 roku w teatrze kinematograficznym Sfinks. Zapowiadany jako „największa sensacja od stuleci”, obraz ten prezentował: „wspaniałe sceny z życia pionierów w Palestynie (…) wszystkich znanych i słynnych przywódców, przepiękne widoki Jerozolimy, Jaffy, Tel‑Awiwu, technikum w Hajfie itd”. („Lodzer Tageblat”, 23.03.1914). Reklamy filmu pojawiały się w dzienniku wielokrotnie i, co istotne, od pozostałych wyróżniał je rozmiar – w jednym z numerów zapowiedź filmu dokładnie rozpisanego na poszczególne sceny zajmuje niemal całą szpaltę. Analizując sposób przedstawienia filmu należy uwzględnić kwestię dys‑ kursu syjonistycznego, który w „Lodzer Tageblat” przejawiał się nie tylko w politycznych sympatiach Emanuela Hamburskiego, ale był także obecny choćby w formie regularnych doniesień na temat przygotowań do emigra‑ cji oraz sprawozdań z tego, co dzieje się aktualnie w Palestynie. Zresztą zapowiadany był jako obraz, który „ma specjalne znaczenie dla każdego 73 74 kultura popularna 2013 nr 3 (37) czytelnika tego dziennika”. Wydaje się więc, że medium filmu stwarza tu nie tyle możliwość odbycia wirtualnej podróży, ale odpowiada raczej zbiorowej potrzebie potwierdzenia istnienia mitycznej Ziemi Obiecanej oraz „naocznego” przekonania się o jej wyglądzie: Każdy, kto chce zobaczyć cały Erec Izrael i najpiękniejsze widoki jego natury: doliny, góry, lasy, rzeki itd. oraz wszystkie starożytne i dzisiejsze miasta, a także kolonie i wszystkie żydowskie historyczne miejsca i budowle, powinien skorzystać z tej okazji i udać się do kinema‑ tografu Sfinks (…) („Lodzer Tageblat”, 27.03.1914). Potwierdzałaby to także wizualna forma zapowiedzi filmu. Wyodrębnienie go spośród innych, wyświetlanych w tym czasie obrazów, podkreśla etniczną i tożsamościową wspólnotę jego potencjalnych odbiorców. Pozostałe propozycje repertuarowe dotyczące filmów o tematyce ży‑ dowskiej nie były już aż tak wyraźnie wyróżniane, zaznaczano jednak ich wymiar etniczny. W maju 1914 na otwarcie kinematografu Moderne przy ulicy Młynarskiej 15 wyświetlano film Kol Nidre. Di szrekleche tragedie in krokewer szul (Kol Nidre. Straszliwa tragedia w krakowskiej synagodze ) zapowiadany jako „rzecz o żydowskim życiu w pięciu wspaniałych częściach” („Lodzer Tageblat” 1.05.1914). Trudno jednoznacznie stwierdzić z jakiego powodu filmy o tematyce żydowskiej stosunkowo rzadko pojawiały się w informacjach na temat wszystkich wyświetlanych w tym czasie w Łodzi obrazów. Na repertuar kinematografów w istotny sposób wpływały z pewnością względy dystrybu‑ cyjne. Jednak systematyczne zamieszczanie w jidyszowym dzienniku reklam i krótkich informacji prasowych pokazuje, że kino – światowe i etniczne stało się istotnym elementem ówczesnego miejskiego stylu życia przeciętnego żydowskiego mieszkańca Łodzi. Nie odstraszały go przy tym krytyczne głosy na temat szkodliwości kina. Warszawski dziennik w języku jidysz „Der Moment” przytaczał w 1912 roku list słynnego pediatry zamieszczony w „zagranicznym piśmie medycznym”, w którym przekonuje on o negatyw‑ nym wpływie ruchomych obrazów na zdrowie i rozwój wyobraźni dziecka 11. Wnioski Analiza informacji na temat kultury atrakcji w zachowanych rocznikach łódzkiej prasy jidysz z okresu sprzed I wojny światowej i porównanie ich z obrazem z prasy polskiej (Biskupski: 2013) dowodzi, że jej czytelnicy ko‑ rzystali z różnorodnych miejskich rozrywek w sposób podobny do innych mieszkańców Łodzi. Żydzi odwiedzali teatry variété, cyrki, panoptika czy kinematografy, a te publikowały swoje programy w jidyszojęzycznej prasie. Sama więc już obecność reklam skierowanych do żydowskiego czytelnika świadczy o tym, że ich twórcy postrzegali tę grupę jako istotnego konsumenta kultury masowej. Przybywająca liczba anonsów różnych lokali oferujących pokazy filmowe, świadczyłaby o wzrostowej tendencji partycypacji Żydów w miejskim systemie atrakcji, wymuszającej coraz silniejszą konkurencję w walce o żydowskich klientów. 11 „[ … ] mają bardzo szkodliwy wpływ na system nerwowy, psują wzrok i odpędzają sen”, [ w : ] „Der Moment”, Kegn kinematograf [ „ Przeciw kinematografowi” ], 7.11.1912. M a r t y n a S t e c k i e w i c z L o d ż h o t g e h u l j e t. Ł ó d ź h u l a ł a Rozrywka masowa obecna jest w prasie żydowskiej od samego początku jej istnienia – z tą tylko różnicą, że dziennikarze łódzkiego dziennika raczej nie relacjonowali przebiegu występów, czy pokazów, tak jak robili to w przypadku premier teatralnych. Dłuższe prezentacje programów rozrywkowych pojawiały się najczęściej w doniesieniach o otwarciu nowych lub nowo odremontowanych lokali, które oferowały odświeżony program atrakcji. Dominująca do tej pory wśród Żydów forma rozrywki teatralnej, z zało‑ żenia przeznaczona była dla konkretnej grupy biegle posługującej się języ‑ kiem, w którym grane było przedstawienie. Kino początkowo z ograniczoną do minimum warstwą słowną, będące symbolem nowoczesności i postępu techniki, stanowiło nowoczesną formę atrakcji dla widzów, niezależnie od ich przynależności kulturowo‑etnicznej. Świadczy o tym fakt, że w łódzkim dzienniku zamieszczane były głównie reklamy filmów o uniwersalnej tematyce, dokładnie tych samych, na które co tydzień wybierali się do kinematografów pozostali mieszkańcy miasta. Z jednej więc strony mamy do czynienia z przyjęciem panującego modelu konsumpcji uniwersalnych treści kultury masowej – żydowski pracownik fabryki tak jak wszyscy inni robotnicy przeznaczał część swojej pensji na oferowaną mu przez kinoteatry, teatry variété, czy cyrki rozrywkę w czasie wolnym. Z drugiej jednak strony, w przytoczonych przykładach występowania elementów tożsamościowych w kinie i rozrywkach tego okresu widać wyraźnie, że miały one istotne znaczenie w percepcji widowisk kultury masowej. Granica między pełną homogenizacją kulturową, a poczuciem identyfikacji z grupą etniczną nie była więc jednoznacznie wytyczona, a napięcia międzykulturowe w łatwy sposób sprawić mogły, że „uniwersalna rozrywka” stawała się walką o honor całej grupy. Nie można też zapominać o niezwykle popularnym i ważnym w tym kontekście nurcie kina jidyszowego, które pokazywało ówczesną rzeczywi‑ stość z perspektywy żydowskiej. Jego początki widać już w zapowiedziach repertuarowych publikowanych „Lodzer Tageblat”, w których dodatkowo podkreślano etniczny charakter obrazu filmowego, czy jego fabuły. Możliwość oglądania filmów stworzonych przez Żydów i o Żydach z pewnością nie była obojętna widzom pochodzącym z diaspory, dotyczyła bowiem ważnych dla nich problemów i spraw. W opracowaniach poświęconych jidyszowemu kinu, chociażby w klasycznej pozycji Natana Grosa Film żydowski w Polsce, podkreśla się natomiast, że filmy o tematyce żydowskiej popularne były także wśród publiczności nie‑żydowskiej. Włączały się w ten sposób w, z roku na rok coraz bardziej rozbudowany i zróżnicowany kinematograficzny repertuar. Dzięki wykorzystaniu języka jidysz, treści reklam i opisy ofert mogły trafić do masowego odbiorcy. Umocnienie jego pozycji i uznanie go w tym czasie za pełnoprawny język literacki, przyczyniło się do rozwoju różnorodnych form pisanych, w tym także do stworzenia językowych narzędzi dziennikarskiego opisu ówczesnej rzeczywistości. Reklamy lokali rozrywkowych publikowane w „Lodzer Tageblat”, były najczęściej tłumaczeniami reklam zamieszczanych w dziennikach polskich rosyjskich, czy niemieckich. Język jidysz przez swoją bliskość z życiem codziennym, umożliwiał swobodne wyrażenie ich treści i wprowadzanie do leksyki (a co za tym idzie także do powszechnej świado‑ mości) miejskich Żydów nowych terminów związanych z dokonującym się na ich oczach rozwojem techniki. Pozwoliło to na wykształcenie się prasowego i reklamowego języka fachowego, który powstawał w bezpośrednim kontakcie z innymi językami opisującymi rzeczywistość przełomu wieków. Bieżące informacje z zagranicy, relacje z wizyt słynnych pisarzy języka 75 76 kultura popularna 2013 nr 3 (37) jidysz, czy zapowiedzi występów artystów z odległych krajów pozwalały czytelnikowi poczuć się uczestnikami światowego życia. Jednocześnie bardzo istotne wydaje się być przywiązanie do miejsca i świadomość współtworzenia miejskiej rzeczywistości. W jednym z numerów dziennika, jego redakcja zachęcając czytelników do zamieszczania w nim swoich anonsów, pisze: Łódź nie jest już wsią. To wie każdy z nas. Ale trzeba też wiedzieć, że w mieście takim jak Łódź, która liczy już teraz ponad pół miliona dusz, wraz z przeniesieniem się z jednego miejsca na drugie nie wystarczy już tylko przybić tabliczkę do drzwi, jak robi się to w małych, prowincjonalnych miasteczkach. W takim dużym mieście jak Łódź trzeba również dobrze się rozreklamować. A dokonać można tego za pomocą atrakcyjnej reklamy. Najlepszą reklamą, która trafia wprost do rąk każdego klienta, kupca oraz sprzedawcy jest anons w „Lodzer Tageblat („Lodzer Tageblat” 24.06.1912). Dzienniki kreowały pewien obraz rzeczywistości, ale umacniały też poczucie przynależności do miejsca zamieszkania, uzmysławiały i tłumaczyły zmiany zachodzące w nowoczesnym społeczeństwie, w którym obowiązywały inne niż dotychczas zasady i normy postępowania. Dostosowując się do nich, Żydzi potwierdzali swoją pozycję pełnoprawnych obywateli, mających wpływ na rozwój swojego miasta. Łódź‑bohaterka powieści Izraela J. Singera to nie „żydowska część miasta”, ale miasto, którego Żydzi są częścią. Współtworzą jej codzienność i dzielą los innych pracowników fabryk, kupców bławatnych, widzów kinematografu. Praca naukowa finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „Narodowy Program Rozwoju Humanistyki” w latach 2013 – 2014, projekt nr 21 H 12 0206 81 (kierownik mgr Łukasz Biskupski). Bibliografia: Benkenoun L. (2001). Postaci żydowskie w komiksach, tł. Szwarcman‑Czarnota B. „Midrasz” 5 (49). Biskupski Ł. (2013). Miasto Atrakcji. Narodziny kultury masowej na przełomie XIX i XX wieku – kino w systemie rozrywkowym Łodzi. Warszawa. Fuks M. (1979). Prasa żydowska w Warszawie w 1823 – 1939. Warszawa. Gross N. (2002). Film żydowski w Polsce, tł. Ćwiakowska A. Kraków. Kameraz‑Kos N. (2008). Święta i obyczaje żydowskie. Warszawa. Krzysztofek K. (1993). Kultura a modernizacja społeczna. Warszawa. Lisek J. (2010). Wstęp, [ w: ] Lisek J. (red.), Nieme dusze? Kobiety w kulturze ji‑ dysz. Wrocław. Nalewajko‑Kulikov J. (2012). Wstęp [ w: ] Nalewajko‑Kulikov J. (red.), Prasa żydowska na ziemiach polskich: historia, stan badań, perspektywy badawcze, [w:] Studia z dziejów trójjęzycznej prasy żydowskiej na ziemiach polskich (XIX – X X w.). Warszawa. Puś W. (2003). Żydzi w Łodzi. Łódź. Rabon I. (1991). Ulica, tł. Modelski K. Wrocław. M a r t y n a S t e c k i e w i c z L o d ż h o t g e h u l j e t. Ł ó d ź h u l a ł a Rak B. E. (2010). Wspomnienia żydowskiego działacza rzemieślniczego, tł. Urynowicz M. Warszawa. Rozier G. (2008). Mojżesz Broderzon. Od Jung Idysz do Araratu, tł. Ritt J. Łódź. Singer I. J. (1992). Bracia Aszkenazy t. I, tł. Pomer S. Warszawa. Tenenbaum A. (1956). Lodż un ire jidn. Buenos Aires. Turkow J. (1953). Farloszene sztern t. I, tł. fragm. M. S. Buenos Aires. Żarnowska A. (1994). Klasa robotnicza Królestwa Polskiego 1870 – 1914. Warszawa. 77 78 kultura popularna 2013 nr 3 (37) „Obrazy wojny japoń sko‑rosyjskiej” Dafna Ruppin Retytułowanie pro‑ gramów filmowych poświęconych wojnie rosyjsko‑japońskiej w Holandii i holenderskich Indiach Wschodnich DOI: 10.5604/16448340.1094742 D a f n a R u p p i n „ O b r a z y w o j n y j a p o ń s k o ‑ r o s y j s k i e j ” 2 grudnia 1904 roku, niemal na rok po wybuchu wojny rosyjsko‑japońskiej, amsterdamski dziennikarz, który wybrał się do Circus Carré na pokaz filmowy napisał: „powinniśmy wspomnieć tytuł kinowy z wojny japońsko‑rosyjskiej; to doprawdy jeden z najlepszych obrazów jakie tam widzieliśmy” („Algemeen Handelsblad”, Tweede Blad, 2.12.1904) 1. Użycie tego dookreślenia – wojna japońsko‑rosyjska – zamiast ogólnie przyjętej w żargonie międzynarodowym nazwy wojna rosyjsko‑japońska, zresztą występującej również w doniesieniach innych holenderskich gazet na temat toczących się walk, jest spotykane w kilku innych źródłach na temat programów filmowych z tego okresu 2. Co więcej, odwrócenie nazwy pojawia się też w projekcjach w Holenderskich Indiach Wschodnich (obecnie Indonezja): kiedy obwoźne japońskie kino przyjeżdża na Sumatrę w sierpniu 1905, proponuje „obrazy z wojny japońsko‑rosyjskiej” („De Sumatra Post”, 22.8.1905) 3. Powracanie tej praktyki nazewniczej przez lata wojny skłania do zadania pytania: jaki efekt chcieli osiągnąć organizatorzy pokazów? Czy alternatywne nazewnictwo wojny zmieniało sposób postrzegania tego wydarzenia przez kinową widownię? Oraz, co to nam mówi na temat specyfiki zainteresowań i pozycji (spectatorial positions), z których publiczność odbierała te wydarzenia i ich kinową reprezentację? W niniejszym artykule koncentruję się na produkcji, rozpowszechnianiu i recepcji obrazów wojny rosyjsko‑japońskiej z perspektywy intermedialnej, badając wczesne kino w powiązaniu ze współczesnymi mu popularnymi mediami, w znaczeniu jednocześnie formalnym, jak i treściowym 4. Skupienie się na przypadku Holandii – w tym czasie pośledniej siły imperialnej w Azji, stosunkowo neutralnej w odniesieniu do omawianego konfliktu i, co więcej, nie będącej producentem tego typu obrazów, a raczej odbiorcą i dystrybu‑ torem tych produkowanych poza jej granicami – pozwoli nam zbadać, jak obrazy wojny adaptowano i przekształcano (reframed) w celu skonstruowania wiadomości zagranicznych dla holenderskiej publiczności. Ponadto przegląd popularnych mediów wizualnych, krążących w tym czasie w Holandii oraz Holenderskich Indiach Wschodnich, pomoże uwypuklić cechy wymiany politycznej i kulturalnej między koloniami a państwem macierzystym. Pierwsza część niniejszego tekstu prezentuje tło historyczne dotyczące wojny rosyjsko‑japońskiej i jej medialnych reprezentacji na Zachodzie, kon‑ tekst stosunków holendersko‑japońskich, jak również holenderski pejzaż medialny początku XX wieku. W drugiej części przyglądam się reprezentacjom wojny rosyjsko‑japońskiej w prasie ilustrowanej i książkach publikowanych w Holandii i Holenderskich Indiach Wschodnich w tamtym czasie. To po‑ zwoli zaobserwować, jak kształtowały się powszechne nastroje odnośnie tego konfliktu. W ostatniej części powracam do filmów krążących w holenderskiej metropolii i koloniach. Wojna rosyjsko‑japońska (1904 – 05) rozsławiła Japończyków jako zwycięzców armii Carskiej Rosji na Dalekim Wschodzie. Pokazała, że Japonia stała się wschodząca azjatycką potęgą zdolną pokonać potęgę europejską w konflikcie prowadzonym przy użyciu współczesnego uzbrojenia, co znacznie zmieniło międzynarodowy układ sił do końca XX wieku (Kowner, 2007 1 – 25). Główne potęgi europejskie oraz Stany Zjednoczone, chociaż nie brały bezpośrednio 1 Kolumna zatytułowana „Stadnieuws”, podkreślenie dodane. 2 Według strony Cinema Context (www.cinemacontext.nl), dostarczającej informacji na temat wczesnych projekcji filmowych w Holandii. 3 Kolumna zatytułowana „Advertentiën”. 4 Na temat intermedialności we wczesnym kinie zob. specjalny numer Early Popular Visual Culture, w szczególności wstęp: Shail, Andrew (2010: 5). 79 Dafna Ruppin, jest doktorantką Instytucie Badania Historii i Kultury Uniwersytetu w Utrechcie w ramach projektu ba‑ dawczego „Naród i jego Inny”. Jej badania nad wczesnym kinem w ko‑ lonialnej Indonezji kon‑ centrują się na produkcji, dystrybucji i recepcji kina w latach 1896 – 1918. 80 kultura popularna 2013 nr 3 (37) udziału w działaniach wojennych, były zaangażowane w konflikt wskutek podpisanych porozumień albo z Rosją, albo Japonią. Co więcej Francja, Imperium Brytyjskie i Stany Zjednoczone miały swój wkład finansowy w wojenne wysiłki. Rosję wspierała Francja, a Japonia, zaciągnęła kredyty u Brytyjczyków i Amerykanów. Reperkusjami wojny były zatem nie tylko upadek Rosji i ekspansja Japonii, ale miały wpływ na „gospodarkę i wojsko‑ wą organizację każdej potęgi początków XX stulecia” (Kowner, 2007: 4 – 5). Międzynarodowe zainteresowanie konfliktem zaowocowało dużą ilością doniesień medialnych. Świat obiegały liczne reprezentacje wizualne w postaci w ilustrowanych artykułów w prasie, fotografii i pocztówek oraz przedstawień teatralnych i filmów. Zachodni filmowcy szybko odpowiedzieli na zaintere‑ sowanie publiczności obrazami wojny, co skutkowało powstaniem filmowych programów łączących aktualności (actualities) z inscenizacjami wojny, jak również filmami o tematyce podróżniczej i egzotycznej, nie powiązanymi bezpośrednio z walkami. Przykładowo, brytyjska firma Charles Urban Trading Company filmowała inscenizowane działania wojenne, wysyłała również swojego operatora Josepha Rosenthala za linie japońskie, a Georga Rogersa na tyły rosyjskie, by dostarczyć aktualnych wiadomości z miejsca wydarzeń (McKernan, 1999: 75). W tym czasie Edison Company oraz Biograph Company w Stanach Zjednoczonych, chcąc odpowiedzieć na zainteresowanie widzów obrazami wojny, jednocześnie utrzymując niskie koszty produkcji, uciekły się do filmowania inscenizacji wojennych w Nowym Jorku i New Jersey opierając się na doniesieniach z frontu (Musser, 1991: 273 – 274). We Francji Pathé Frères produkowali podobną serię wojennych inscenizacji, powszechnie znanych jako rosyjsko‑japońskie Évènements. Zdaniem ich scenografa, one również były filmowane w zgodzie z doniesieniami dotyczącymi wojny, pojawiającymi się w najważniejszych francuskich gazetach tamtych dni (Bousquet, 1993 – 1996: 889). Mający wybitne wyczucie do interesów, bracia Pathé oferowali kinia‑ rzom dwa zestawy napisów końcowych – „Niech żyje Japonia!” lub „Niech żyje Rosja!” – w sześciu różnych językach, torując swoim filmom drogę do wyświetlania ich w programach wyrażających wprost przeciwne nastroje (Sadoul, 1973: 302). W przeciwieństwie do innych ówczesnych wojen, które były często konflik‑ tami kolonialnymi, łatwo dającymi się zobrazować jako bitwa między ludami cywilizowanymi a dzikimi, zagadnienie prezentacji wojny rosyjsko‑japońskiej kształtowało się nieco odmiennie. Jak w okresie wybuchu wojny twierdzono na stronach „The Times”: „to jest naprawdę starcie dwóch cywilizacji, i w tym leży, prawdopodobnie, jej głębokie znaczenie dla obserwatora. Po raz pierw‑ szy azjatycka potęga staje twarzą w twarz z europejską potęgą na równych warunkach i z równym uzbrojeniem” (Lehmann, 1978: 149) 5. Jednocześnie zarówno Rosjanie, jak i Japończycy byli dla Zachodu niemal tak samo „inni” (Kowner, 2007: 3): Rosjanie jako geograficznie i kulturowo najbardziej wschodni z europejskich narodów; Japończycy – jako „najbardziej zachodni z narodów” azjatyckich (Sladen, 1904: vii). Filmowcy i kiniarze musieli więc uciekać się do innych technik wywoływania sympatii dla jednej lub drugiej strony, najprawdopodobniej kierując się swoją wiedzą o preferencjach i orientacjach swojej publiczności. Żaden filmowy zapis z wojny rosyjsko‑japońskiej nie przetrwał w holen‑ derskich archiwach, ale dotarłam do źródeł na temat projekcji w reklamach oraz relacji dziennikarzy, którzy brali udział w tego rodzaju projekcjach na 5 „The Times”, 6.2.1904. Cyt. za: Lehmann, 1978: 149. D a f n a R u p p i n „ O b r a z y w o j n y j a p o ń s k o ‑ r o s y j s k i e j ” terenie Holandii i Holenderskich Indii Wschodnich, jak również do infor‑ macji dotyczących programów filmowych z tego okresu. Te nowe znaleziska dowodzą, że filmowe reprezentacje tej wojny pojawiły się na ekranie dosyć wcześnie. Pierwsza zarejestrowana projekcja filmu dotyczącego wojny (wy‑ produkowanego przez Pathé) miała miejsce w Amsterdamie w połowie marca 1904 roku, jedynie miesiąc po wybuchu wojny. Kolejne projekcje odbywały się na terenie całej Holandii aż do roku 1906. Filmy Pathé dotarły również do holenderskich kolonii w Indonezji, jako dodatek, między innymi, do produkcji Charlesa Urbana, filmów wytwórni Biograph i Japanese Cinema‑ tograph prezentowanych od drugiej połowy 1904 roku w wielu miejscach na przestrzeni całego archipelagu. Aby móc zastanawiać się, która wersja napisów końcowych (jeśli która‑ kolwiek) była wyświetlona na ekranie, i podjąć próbę usytuowania wczesnego kina w obrębie ówczesnych reprezentacji wojennych cyrkulujących w Holandii i Holenderskich Indiach Wschodnich, powinniśmy przyjrzeć się najpierw środowisku mediów wizualnych tego okresu. Przegląd holenderskiej pra‑ sy ilustrowanej i książek może nam pomóc w rozpoznaniu holenderskich nastrojów w czasie wojny rosyjsko‑japońskiej. Wymaga to od nas przyjęcia założenia, że istnieje pewien związek między doniesieniami informacyjnymi, komercyjną naturą popularnych mediów a preferencjami lokalnej publicz‑ ności. Zakładam mianowicie, że media – jako przedsięwzięcie podlegające prawom rynku – nie tylko kształtowały opinię publiczną, ale równocześnie odzwierciedlały ją, w celu sprzedaży większej ilości gazet i przyciągnięcia większej liczby widzów przed ekrany. W dniach bezpośrednio następujących po wybuchu konfliktu między Rosją i Japonią, w początkach lutego 1904 roku, rząd Holandii, w porozumieniu z rządem Holenderskich Indii Wschodnich, zadeklarowały, że metropolia, podobnie jak jej kolonie, pozostaną neutralne wobec zaostrzającej się sytuacji na Dalekim Wschodzie (Laffan, 2007: 225). W tym samym czasie, chociaż holenderskie gazety często twierdziły, że ich doniesienia na temat wojny również były neutralne, od samego początku zaobserwować można pewną stronniczość. Już w tygodniach poprzedzających wojnę, holenderskie gazety ilustrowane publikowały obrazy Japonii i Japończyków, jak również Korei i Mandżurii, a znacząco mniej Rosji. Bieżące wydarzenia były prezentowane razem z portretami ludzi, ich kraju i obyczajów, zmieniając wszystko, co miało cokolwiek wspólnego z Japonią, w sensacyjną wiadomość. W dodatku, w codziennych gazetach i tygodnikach pojawiały się reklamy zachęcające do kupna książek i albumów poświęconych Japonii. Niektóre z nich były wznowieniami wcześniejszych tytułów poświęconych zwłasz‑ cza gwałtownej modernizacji w okresie Restauracji Meiji – takich jak Een Herlevend Volk: Schets van de Japanners en hun Land (Wskrzeszony naród: szkic o Japończykach i ich ojczyźnie) Wickevoorta Crommelina (1904 [ oryg. 1895 ]) i Het Japansche Volk (Naród Japoński) Wijnaendtsa Franckena (1904), jak również publikacji na temat relacji japońsko‑holenderskich, jak w „Japan ‑Nederland” ( Japonia – Holandia) Nijpelsa (1904), czy trwającej wojny, jak na przykład raczej dosadnie zatytułowana De Oorlog in Oost‑Azië. Een nauwkeurig overzicht van den geweldigen strijd tusschen Rusland en Japan, verzameld uit de meest betrouwbare bronnen met beschouwingen en illustraties van ooggetuigen (Wojna w Azji Wschodniej. Dokładny obraz brutalnej walki między Rosją i Japonią, zebrane od wiarygodnych źródeł z obserwacjami i ilustracjami naocznych świadków ) de Voogta (ok. 1905). Słowem, Holandię ogarnęła „żółta febra”, nie pozostawiając wiele miejsca na informacje dotyczące Rosjan. 81 82 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Ta pro‑japońska tendencja być może nie jest zaskakująca w świetle histo‑ rycznych kontaktów pomiędzy Japonią a Holandią, która przez setki lat była jedynym zachodnim narodem, mającym zezwolenie na handel z Japonią oraz utrzymanie portu na sztucznej wyspie Dejima w okresie izolowania się Japonii od Zachodu (Cullen, 2006: 3). Historia ich wzajemnych relacji była tym samym dłuższa niż innych zachodnich potęg, a rdzenni mieszkańcy Holenderskich Indii Wschodnich byli zaznajomieni z Japonią wieki wcześniej (Laffan, 2007: 221 – 222). Dopiero w połowie XIX wieku Stany Zjednoczone zmusiły Japonię do otwarcia granic i kraj w przeciągu 50 lat przeszedł gwałtowną moderni‑ zację od ustroju feudalnego do nowoczesnego państwa (Cullen, 2006: 1). Ta szybka modernizacja wzbudziła szacunek na zachodzie, ale również wywołała strach przed możliwym zagrożeniem, jakie mogła stwarzać unowocześniona Japonia. Holendrzy byli po stronie admiratorów, przynajmniej pod koniec XIX stulecia, jak można sądzić na podstawie decyzji podjętej w 1899 roku, aby w swoich koloniach podnieść status Japończyków z Vreemde Oosterlingen (Orientalni Obcy) do równego Europejczykom – ze wszystkimi dodatkami i przywilejami, do których to uprawniało, i ku wielkiemu niezadowoleniu chińskiej mniejszości w koloniach (Fausser, 1994: 37). Obrazy, cyrkulujące w Holandii i Holenderskich Indiach Wschodnich, czerpano z ówczesnych periodyków europejskich, były to głównie zdjęcia i ilustracje pochodzenia angielskiego oraz francuskiego. W pierwszych dniach wojny gazety, pragnące zaspokoić ciekawość swoich czytelników za pomocą doniesień i obrazów, publikowały portrety japońskich i rosyjskich figur woj‑ skowych, Cesarza Japonii (Mikado), Cara, japońskich i rosyjskich okrętów wojennych, map regionu pokazujących rosyjskie i japońskie pozycje wojskowe. Jednak na obrazy prawdziwych walk trzeba było poczekać kilka miesięcy. Podobnie, jak w przypadku innych konfliktów tego okresu, w reprezentacji konfliktu panował „roboczy konsensus”, opisany przez Stephena Bottomore’a. W holenderskiej prasie ilustrowanej z tamtego okresu ciągle ukazywały się fotografie i/lub malowane impresje o tematyce wojennej: „fotografia użyta, aby nakreślić tło wydarzeń konfliktu, i wytwory artystów, aby oddać gorąc bitwy” (Bottomore, 2007: 1). Zatem najczęściej spotykamy zdjęcia oddziałów, szykujących się do wymarszu lub powracających z bitwy, tudzież krajobrazów, jak również ręcznie rysowane szkiców lub obrazy właściwych bitew. Ponadto w ciągu lat wojny holenderskie gazety zdawały się faworyzować doniesienia na temat Japończyków, prezentując ich obyczaje i kulturę, często w formie odcinkowej, na przykład w serii Uit het land der Chrysanten (Z kraju chryzantem) w „Nederlandsche Illustratie” (31.01.1904, 28.02.1904, 13.11.1904 i 14.05.1905) lub Japan in Woord en Beeld. – Van Menschen en Zaken (Japonia w słowie i obrazie – ludzie i firmy ) w „Wereldkroniek” (12.03.1904). Żaden odpowiednik tego typu materiałów dotyczących strony rosyjskiej nie został opublikowany. Wiele z tych obrazów przedstawiało wykwintne i egzotyczne kobiety japońskie, co odpowiadało typowej zachodniej reprezentacji „sfe‑ minizowanej Japonii” od końca XIX wieku (Mizuta, 2006: 35). Co ciekawe, obraz kobiecej Japonii był w istocie zgodny z tym, do czego mieszkańcy Holenderskich Indii Wschodnich byli przyzwyczajeni na co dzień. Według spisu z 1905 roku w Indiach (Wschodnich – uzup. tłum.) mieszkało zaledwie około tysiąca Japończyków, 80 proc. z nich stanowiły kobiety pracujące jako prostytutki lub fryzjerki (Laffan, 2007 : 223). Niemniej, nawet jeśli ogólny nastrój zdawał się sprzyjać Japonii, nega‑ tywne reprezentacje Japończyków od czasu do czasu również pojawiały się w mediach. Niektóre z nich odwoływały się do wcześniejszych doniesień D a f n a R u p p i n „ O b r a z y w o j n y j a p o ń s k o ‑ r o s y j s k i e j ” o „Żółtym niebezpieczeństwie”, ukazując obrazy okrucieństwa przypomina‑ jące te z czasów wojny chińsko‑japońskiej (1894 – 95) lub Powstania Bokserów (1900 – 01). Ogólnie wizerunek Japonii był pozytywny, nawet jeśli czasem niejednoznaczny i kształtowany za pomocą recyklingu tych samych, aktu‑ alnych i historycznych, obrazów dokumentujących wydarzenia militarne i konteksty kulturalne. Obrazy te stale powracały i były wykorzystywane przez wydawców, którzy musieli regularnie wypełniać strony swoich gazet. Wróćmy do filmowych reprezentacji wojny prezentowanych w Holandii. Tytuł programów filmowych Pathé (wojna japońsko‑rosyjska) wydaje się potwierdzać wysoką pozycję Japonii i marginalizację Rosji w holenderskim imaginarium wojennym. Ponadto tytuł materiału z Port Arthur, nazwany w katalogu Pathé La vigie de Port‑Arthur (Bousquet, 1993 – 1996: 889) (Wachta z Port Arthur) w holenderskich projekcjach wyraźnie narzuca interpretację, że oblężenie było spowodowane przez Japończyków: Belegering van Port Arthur door Japan (Oblężenie Port Arthur przez Japonię ). Z takim ujęciem tematu nie spotkałam się w żadnym innym kraju wyświetlającym ten film. Ten nietypowy wybór tytułu pozwolił dystrybutorom skonstruować doniesienie medialne o wymowie pasującej do nastroju narodowego i przeciwnej do wymowy samych obrazów, które były najpewniej bardziej przychylne wobec Rosjan, skoro filmy te były wyświetlane w tym czasie również w samej Rosji oraz wyprodukowane przez francuską [ a więc prorosyjską – przy. tłum. ] firmę. Strategia tworzenia znaczenia dla odbiorców nie poprzestawała na możliwych napisach końcowych, ale starała się upewnić, że od początku widzowie wiedzą, którą perspektywę filmowy program wydaje się reprezentować. Rzeczone filmy Pathé były wyświetlane również w Holenderskich Indiach Wschodnich przez inne firmy z różnych krajów. Na przykład Urban Bioscope Company reklamowała się w holenderskich gazetach kolonialnych na Jawie, najważniejszej wyspie Indonezji, podobnie jak w kinach Nowego Jorku, Londynu, Paryża i wszystkich dużych miastach Europy i Ameryki, podczas gdy Royal Bioscope wychwalał program „tego samego gatunku, co pokazy przyciągające tyle uwagi w „Alhambra Theatre w Londynie („Het Nieuws van den dag voor Nederlandsch‑Indië”, 20.12.1904) 6. Widzowie w koloniach mieli nawet szansę obejrzeć zdjęcia Josepha Rosenthal („Het Nieuws van den dag voor Nederlandsch‑Indië”, 8.09.1905) 7. I jeśli zastanawiamy się, po której stronie znajdowały się sympatie widzów w Indiach (Wschodnich), następujący opis niezidentyfikowanego pokazu w Sukabumi z grudnia 1904 roku daje dobre pojęcie o panujących nastrojach: „Pokazy Royal Bioscope zawsze przyciągają. Chińczycy i krajowcy szczególnie upodobali sobie tę rozrywkę, a ulubionym tematem tych spektakli jest oczywiście wojna rosyjsko‑japońska. W czasie wojennych wieczorów, jak będziemy je nazywać, wszystkie miejsca były wyprzedane, a każde zwycięstwo Japonii wywoływało głośny aplau („Het Nieuws van den dag voor Nederlandsch‑Indië”, 14.12.1904) 8. Projekcja japońskich filmów na Sumatrze w sierpniu 1905 roku spotkała się z równym podekscytowaniem, według dziennikarza, który odnotował „zachwyt”, „wesołość” i „spontaniczną radość” „De Sumatra Post”, 24.8.1905, Tweede Blad) 9. Niniejszy artykuł rozpoczęłam od pytania, czy odmienne nazewnictwo wojny rosyjsko‑japońskiej w filmowych programach z Holandii i Holenderskich 6 7 8 9 Kolumna zatytułowana „Advertentiën”. Podkreślenie w oryginale. Kolumna zatytułowana „Advertentiën”. Kolumna zatytułowana „Nederlandsch‑Indië”. Kolumna zatytułowana „Ons Dagelijksch Nieuws”. 83 84 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Indii Wschodnich zmieniało naturę wydarzenia doświadczanego przez kinową publiczność. Przykłady programów filmowych, razem z innymi popularnymi mediami sugerują, że Holenderscy widzowie, którzy powinni pozostawać neutralni w odniesieniu do tego konfliktu, mimo wszystko opowiadali się (lub byli do tego zachęcani) po jednej ze stron. Jednak dokładna analiza źródeł, a w szczególności zapisów reakcji publiczności w Indiach Wschodnich, skłoniło mnie do refleksji nad problemami związanymi z teoretyzowaniem pozycji odbiorczych widzów w takim lokalnym kontekście. Sugerowałabym na przykład, że doniesienia w niderlandzkojęzycznych gazetach kolonialnych interpretujących radość indonezyjskiej i chińskiej publiczności jako przejawu postaw pro‑japońskich mogą być zbyt pochopne w swoich sądach. Jest równie możliwe, że filmy te oferowały Indonezyjczykom i Chińczykom określoną, być może anty‑kolonialną pozycję odbiorczą, a ich zachwyt w tym wypadku byłby związany z patrzeniem, jak azjatycka potęga pokonuje europejską, i czerpania z tego siły i może inspiracji. Przenosząc uwagę ze strategii prezentacyjnych na doświadczenia odbiorcze widzów w lokalnym kinie, gdzie „lokalność jest par exellence poziomem, na którym filmy i widzowie się spotykają”, sugerowałabym, że musimy ostrożnie formułować sądy na temat konstrukcji tożsamości narodowych i etnicznych członków widowni społeczeństwa kolonialnego, szczególnie w przypadku wojny, której przebieg wpływał na postrzeganie równowagi sił pomiędzy zachodnimi i nie‑zachodnimi państwami i narodami (Kessler, 2010: 64). Chociaż w tym artykule bazuję na źródłach w języku niderlandzkimi, to pozostaję świadoma zróżnicowania doświadczeń widzów z innych grup etnicznych. W następnym etapie swoich badań sięgnę do dostępnych źródeł z prasy w językach wernakularnych w celu zestawienia ich z niniejszymi ustaleniami i uwypuklenia indonezyjskiej perspektywy. Przełożyli Arkadiusz Rogoziński, Łukasz Biskupski Pierwodruk La construcció de l’actualitat en el cinema dels orígens / The construction of news in early cinema / La construcción de la actualidad en el cine de los orígenes, red. Àngel Quintana i Jordi Pons, Copyright © 2012 Fundació Museu del Cinema‑Col·lecció Tomàs Mallol / Ajuntament de Girona i autorka. Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „Narodowy Program Rozwoju Humanistyki” w latach 2013 – 2014, projekt nr 21 H 12 0206 81 (kierownik mgr Łukasz Biskupski). Bibliografia: Bottomore S. (2007). Filming, Faking and Propaganda: The Origins of the War Film, 1897 – 1902. PhD Thesis, Utrecht University. Bousquet H. (red.) (1993 – 1996). Catalogue Pathé des années 1896 à 1914. Bas‑ sac: Henri Bousquet. Cribb R. (red.) (1994). The Late Colonial State in Indonesia: Political and Eco‑ nomic Foundations of the Netherlands Indies 1880 – 1942. Leiden. Cullen L. M. (2006). A History of Japan, 1582 – 1941: Internal and External Worlds. Cambridge. Fasseur C. (1994).Cornerstone and Stumbling Block: Racial Classification and the Late Colonial State in Indonesia, [w:] Cribb R. (red.), The Late Colo‑ D a f n a R u p p i n „ O b r a z y w o j n y j a p o ń s k o ‑ r o s y j s k i e j ” nial State in Indonesia: Political and Economic Foundations of the Nether‑ lands Indies 1880–1942. Leiden. Kessler F. E. (2010). Viewing Pleasures, Pleasuring Views: Forms of Spectator‑ ship in Early Cinema, in I. Schenk, M. Tröhler & Y. Zimmermann (red.), Film – Kino – Zuschauer: Filmrezeption. Marburg. Kowner R. (red.) (2007). The Impact of the Russo‑Japanese War. London and New York. Laffan M. (2007). Tokyo as a shared Mecca of modernity: War echoes in the co‑ lonialMalay world, [ w: ] The Impact of the Russo‑Japanese War. Kowner R. (red.). London – New York. Lehmann J.‑P. (1978). The Image of Japan: From Feudal Isolation to World Pow‑ er, 1850 – 1905. London, Boston, Sydney. McKernan L. (red.) (1999). A Yank in Britain: The Lost Memoirs of Charles Ur‑ ban, Film Pioneer. Hastings. Mizuta M. E. (2006). Fair Japan’: On Art and War at the Saint Louis World’s Fair, 1904. „Discourse”, Winter, (28–52). Musser C. (1991). Before the Nickelodeon: Edwin S. Porter and the Edison Man‑ ufacturing Company. Berkeley. Nijpels G. (1904). Japan‑Nederland. Vincent Loosjes: Haarlem. Sadoul G. (1973). Histoire générale du cinéma. t. 2: Les Pionniers du cinéma, 1897 – 1909. Paris. Shail A. (2010).Intermediality: Disciplinary flux or formalist retrenchment?, „Ear‑ ly Popular Visual Culture”, 8, (3–15). Sladen, Douglas (1904). Queer Things About Japan. London. Voogt Gos. de (ca. 1905). De Oorlog in Oost‑Azië. Een nauwkeurig overzicht van den geweldigen strijd tusschen Rusland en Japan, verzameld uit de meest betrouwbare bronnen met beschouwingen en illustraties van ooggetui‑ gen. Amsterdam. Wickevoort Crommelin, H. S. M. (1904 [ 1895 ]). Een Herlevend Volk: Schets van de Japanners en hun Land. Haarlem: Tjeenk Willink. Wijnaendts Francken, C. J. (1904). Het Japansche Volk. Haarlem: Tjeenk Willink. 85 86 Magdalena Saryusz‑Wolska kultura popularna 2013 nr 3 (37) Kino w ruinach romocja P filmów w Berlinie 1945 – 1949 DOI: 10.5604/16448340.1094744 M a g d a l e n a S a r y u s z ‑ W o l s k a K i n o w r u i n a c h Po zakończeniu II wojny światowej większość niemieckich miast była bardzo zniszczona. Berlin, Drezno, Hamburg, Kolonia, Monachium leżały w gru‑ zach. Na mocy postanowień zawartych podczas konferencji w Jałcie w lutym 1945 roku kraj został podzielony na cztery strefy okupacyjne: amerykańską, brytyjską, francuską i radziecką, a naczelną władzę objęła Sojusznicza Rada Kontroli. Również Berlin został podzielony na cztery sektory, co z badaw‑ czego punktu widzenia jest o tyle istotne, że pozwala analizować praktyki kulturalne różnych stref na przykładzie jednego miasta. Koncepcja, by alianci wspólnie zarządzali podbitym państwem została szybko porzucona i już jesienią 1945 roku każda ze stref funkcjonowała w dość autonomiczny sposób, realizując – między innymi – własną politykę kulturalną. Jednak dopiero wraz ze stopniowym rozwojem zimnej wojny, definitywnie rozeszły się interesy radzieckiej strefy okupacyjnej oraz stref zachodnich, które z kolei zaczęły się powoli jednoczyć. Kulminację tego procesu wyznaczyła blokada Berlina Zachodniego – w wymiarze politycznym była to próba szantażu zachodnich aliantów przez Związek Radziecki za reformę walutową i wprowadzenie w Niemczech Zachodnich nowej marki niemie‑ ckiej. W praktyce oznaczało to wyodrębnienie dwóch osobnych gospodarek. Podział ten został ostatecznie przypieczętowany powstaniem dwóch państw niemieckich: RFN w maju 1949 roku i NRD w październiku tego samego roku. Już w listopadzie 1944 roku przyszli okupanci Niemiec podpisali tak zwaną ustawę nr 191, na mocy której zakazali Niemcom wytwarzania i dystrybucji jakichkolwiek materiałów drukowanych, dźwiękowych, fotograficznych czy filmowych. 12 maja 1945 roku weszło w życie uzupełniające ją rozporządzenie, wprowadzające system licencyjny (Shandley, 2010: 20 – 26; Peitsch, 2009: 56; Pleyer 1965: 282 – 284). W praktyce oznaczało to, że wobec osoby, która udowodni, że nie ma nazistowskiej przeszłości, zakaz może być uchylony. W ten sposób Niemcy uzyskiwali pozwolenie – czyli licencję – na wydawanie gazet, czasopism, książek, produkcję lub wyświetlanie filmów czy prowa‑ dzenie audycji radiowych. O ile w strefach zachodnich licencję otrzymywały konkretne osoby (lub grupy osób), które pozytywnie przeszły weryfikację, to w radzieckiej strefie okupacyjnej licencje często przyznawano instytucjom, w tym partiom politycznym. W ten sposób kultura na zachodzie Niemiec wpisywała się w liberalny model ekonomiczny, w którym konkurowały ze sobą liczne podmioty gospodarcze. Tymczasem wschodni wariant preferował w roli aktorów życia kulturalnego duże organizacje, poddane centralnej kontroli, co ograniczało pole do konkurencji. Reaktywacja kina w Niemczech po 1945 roku Przemysł rozrywkowy zaczął się odradzać już w pierwszych tygodniach po wojnie (Glaser, 2002: 114). Władze radzieckie otworzyły pierwsze kina w Berlinie w maju 1945 roku, zanim wprowadzono podział na cztery sektory (do pierwszych wyświetlanych filmów należał Iwan Groźny Eisensteina). W zachodnich częściach Niemiec kina reaktywowano w kolejnych tygodniach, a pełne odtworzenie infrastruktury filmowej zajęło aliantom, w zależności od regionu, od kilku do kilkunastu miesięcy. Produkcję filmów fabularnych w okupowanych Niemczech rozpoczęto w 1946 roku. Pierwszy film, Mordercy są wśród nas (Die Mörder sind unter uns, reż. Wolfgang Staudte), powstał w nowej 87 Magdalena Saryusz ‑Wolska, pracownik naukowy Centrum Badań Historycznych Polskiej Akademii Nauk w Berli‑ nie; adiunkt w Instytucie Kultury Współczesnej Uniwersytetu Łódzkiego. Autorka między innymi książki Spotkania czasu z miejscem. Studia o pamięci i miastach (Warszawa 2011), redaktorka antologii Pamięć zbiorowa i kulturowa. Współczesna perspektywa niemiecka (Kraków 2009). 88 kultura popularna 2013 nr 3 (37) wytwórni DEFA (Deutsche Film AG) w radzieckiej strefie okupacyjnej; jako ostatnie produkcję filmową wznowiły władze strefy amerykańskiej (filmem … a niebo nad nami [ … und über uns der Himmel ] Josefa von Báky’ego z 1947 roku). Do momentu proklamacji o utworzeniu RFN i NRD powstało w Niemczech ok. 50 pełnometrażowych filmów fabularnych, co jednak stanowiło niewielką część całego wyświetlanego repertuaru. Szybka reaktywacja kinematografii miała podłoże polityczne, gdyż kino stanowiło ważny kanał propagandy (seans rozpoczynały kroniki filmowe, organizowano także osobne pokazy filmów dokumentalnych), co jednak nie wykluczało rozrywkowego potencjału medium. Erich Pommer, który pełnił funkcję Film Production Control Officer w strukturach amerykańskich władz okupacyjnych, pisał w 1946 roku: „Właściwa historia, na podstawie której nakręcony zostanie dobry film rozrywkowy, grany przez niemieckich aktorów, na niemieckim tle, może lepiej przysłużyć się naszemu celowi [ reedukacji i denacyfikacji – dop. M. S.‑W. ], niż najlepszy film propagandowy lub dokumentalny” (Jacobsen, 1989: 144). W doborze filmów na niemiecki rynek istotną rolę odgrywało także kryterium ekonomiczne. Mimo że we wszystkich strefach okupacyjnych ostateczna decyzja o dopuszczeniu filmu na niemieckie ekrany należała do przedstawicieli władz okupacyjnych (Pleyer, 1965: 25), to wszędzie brano pod uwagę interesy dystrybutorów, niezależnie od tego, czy byli to przedsiębiorcy zrzeszeni w amerykańskiej MPEA (Motion Picture Export Association, utworzona w 1945 roku) czy radziecki monopolista „Sovexport”. Niemiecki rynek dawał bowiem możliwość zarobienia na filmach, które w rodzimych krajach już dawno zeszły z ekranów. Chodzenie do kina należało do najpopularniejszych form spędzania wolnego czasu, co jednak nie było żadnym novum w sferze niemieckiej kultury popularnej – oglądanie filmów stanowiło równie powszechną rozrywkę przed wojną oraz w jej trakcie, szczególnie w wielkich miastach. Interesujące jest natomiast, jak szybko zwyczaj ten odrodził się w powojennych realiach, gdy sytuacja polityczna i społeczna radykalnie różniły się od lat wcześniejszych. Wedle różnych danych większość mieszkańców Berlina regularnie oddawała się tej przyjemności (Seydel, b.d.; n.n., 1948; n.n. 1949; Fay, 2008; Pleyer, 1965) 1. Z sondaży przeprowadzanych przez amerykańskie władze okupacyjne wyni‑ ka, że w Berlinie Zachodnim regularnie do kina chodziło 54 proc. dorosłej populacji (Greffrath, 1995: 124), przeważnie uczestnicząc w seansach raz w tygodniu (Müting, 1948). Statystycznie oznacza to, że oglądali każdy film w wybranym kinie, gdyż miały one na ogół jeden tytuł w repertuarze, który zmieniał się w rytmie tygodniowym. Z dostępnych danych wynika też, że nawet mało lubiane tytuły miały wysoką oglądalność – widzowie przyznawali, że je widzieli, choć im się nie podobały (Seydel, b.d.; n.n., 1948; Greffrath, 1995). Sugeruje to, że już sama wizyta w kinie była atrakcją. Jako, że kino należało do najtańszych rozrywek, liczba widzów spadała wraz z poprawą sytuacji ekonomicznej. O ile przed reformą walutową kina w zachodnich strefach okupacyjnych były przeważnie pełne, o tyle po czerwcu 1948 roku publiczność się skurczyła (Greffrath, 1995: 124) 2. „Reforma walutowa w istotny sposób zmniejszyła częstotliwość chodzenia do kina, szczególnie w Berlinie Zachodnim” (Greffrath, 1995: 124) – odnotowywano w jednym z amerykańskich raportów. Wzrost gospodarczy oraz lepsza kondycja finan‑ sowa ludności sprawiły, że droższe sposoby spędzania wolnego czasu stały 1 W jednej z ankiet prasowych pojawia się nawet odsetek 77 proc. respondentów, choć liczba ta na pewno jest zawyżona, gdyż udział w sondażu był dobrowolny (Müting, 1948). 2 Donosi o tym też dziennik „Nordwestdeutsche Rundschau” z dn. 26.11.1949. M a g d a l e n a S a r y u s z ‑ W o l s k a K i n o w r u i n a c h się dostępne dla wielu osób, powodując zmniejszenie widowni filmowej. W Berlinie Zachodnim spadek liczby widzów wiązał się ponadto z odpływem publiczności pochodzącej z Berlina Wschodniego, która – po wprowadzeniu osobnych walut – rzadziej dysponowała środkami potrzebnymi do oglądania filmów w sektorach zachodnich (n.n., 2011). W omawianym okresie szczególnie istotny jest społeczny podział widowni ze względu na płeć, gdyż ponadprzeciętnie liczną grupę w ówczesnej populacji (a zatem też i wśród widzów) stanowiły kobiety. Wielu mężczyzn zginęło na froncie, inni z kolei nawet przez kilka lat po wojnie przebywali w obozach jenieckich. Wprawdzie kino było „kobiecą” rozrywką niemal od początku swojego istnienia 3, ale zakres tego zjawiska w powojennych Niemczech był dotąd niespotykany. Jeśli przyjrzeć się zamieszczonej powyżej fotografii, można dostrzec, że większość osób, które stoją w kolejce do kina, to kobiety. Oczekiwania widzów męskich i żeńskich wobec powojennego repertuaru filmowego były jednak zgoła odmienne: z deklaracji składanych w ankietach prasowych oraz w sondażach przeprowadzanych przez amerykańskie władze okupacyjne (Müting, 1948; n.n., 1948; n.n. 1949; Seydel, b.d.; Fay 2008) wynika, że kobiety wolały raczej lekkie filmy obyczajowe, mężczyźni preferowali nato‑ miast poważniejsze produkcje. Mimo tych różnic repertuar był kształtowany i oceniany przede wszystkim przez mężczyzn, a wśród wiodących recenzentów tego okresu na próżno szukać kobiet (Weckel, 2003: 66). Preferencje kobiecych widzów szły w parze z doborem repertuaru, w któ‑ rym – niezależnie od strefy okupacyjnej – oferowano wiele lekkich produkcji niemieckich sprzed 1945 roku. Ponieważ nieme, na ogół, filmy z okresu Republiki Weimarskiej nie wywoływały dużego zainteresowania wśród publiczności 3 Dla niemieckiej publiczności tuż sprzed wybuchu pierwszej wojny światowej potwierdza to pierwsza rozprawa z zakresu socjologii kina (Altenloh, 2014); dla brytyjskiej publiczności lat trzydziestych potwierdza to Annette Kuhn (2014). 89 Ryc. 1. Kolejka przed kinem Tivoli w Berlinie, 1947, fot. G. Groene‑ feld. Źródło: Deutsches Historisches Museum © 90 kultura popularna 2013 nr 3 (37) przyzwyczajonej do kina dźwiękowego, to niemieckie tytuły w repertuarze pochodziły na ogół z okresu Trzeciej Rzeszy. Te z nich, które zawierały treści wojenne, ideologiczne czy polityczne (Pleyer, 1965: 26 – 27), nie były dopusz‑ czone do dystrybucji, wobec czego dominował tak zwany lżejszy repertuar, który – nawiasem mówiąc – stanowił lwią część nazistowskiej produkcji filmowej (Kłys 2011). Do lipca 1949 roku w strefie amerykańskiej dopuszczono do dystrybucji 306 filmów niemieckich sprzed 1945 roku i 194 amerykańskie (oraz ok. 350 filmów innej produkcji), w strefie brytyjskiej dopuszczono aż 504 filmy niemieckie sprzed 1945 roku i 137 brytyjskich (oraz ok. 550 innych filmów), w strefie francuskiej dopuszczono zaś 389 filmów niemieckich sprzed 1945 roku, 120 filmów francuskich (oraz ok. 380 innych filmów) (Pleyer, 1965: 26 – 27). Tak intensywna obecność filmów wyprodukowanych przez Ufę na ekranach po 1945 roku miała przede wszystkim dwie przyczyny: po pierwsze filmy te były chętnie oglądane przez publiczność (Shandley, 2010: 36; Müting, 1948), po drugie były znacznie tańsze w dystrybucji, gdyż nie trzeba ich było synchronizować i można było sięgnąć do istniejących kopii. Dominacja lekkiego repertuaru – widoczna również w katalogach programów filmowych (por. niżej) (Holba, 1976a; Holba, 1976b) – nie była zatem bezpośrednio warunkowana dominacją odbiorców wśród ogółu widzów, ale nie zmienia to faktu, że w dużym stopniu odpowiadała ich preferencjom. Praktyki promocyjne w kinach niemieckich po wojnie Rozkład demograficzny powojennego społeczeństwa niemieckiego oraz preferencje dominujących grup kobiecych wśród widowni rzucają ciekawe światło na ówczesne strategie promocyjne w kinematografii – co do zasad funkcjonowania bardzo zbliżone do międzynarodowych mechanizmów sprzed 1945 roku (Staiger, 2005). Prześledzenie tych praktyk pozwala przedstawić wyświetlane wówczas filmy z perspektywy towarzyszących im parateks‑ tów 4 (raczej: paraobrazów), które sytuowały poszczególne tytuły w różnych przestrzeniach dyskursywnych. Plakaty, programy, fotosy z planu, recenzje tworzą ramę warunkującą nie tylko samą decyzję o pójściu na dany film, ale też proces jego odbioru i interpretacji (Klinger, 1989). Warto zatem przyjrzeć się, w jakich kontekstach umieszczano utwory dystrybuowane w pokonanych i zrujnowanych Niemczech. Fakt, że chodzi o materiały wizualne sprawia ponadto, że parateksty te w widoczny sposób wkraczają do sfery publicznej (Müller, Segeberg 2008), są ważnymi elementami ikonosfery 5, kształtującymi wygląd większych i mniejszych miast – zwłaszcza w bezpośrednich okolicach kin. Choć jest to fenomen istotny dla całych dziejów kinematografii, to w wypadku omawianego miejsca i okresu mamy do czynienia ze specyficznym umiejscowieniem tych obrazów w ruinach. Mimo że niemiecka kultura po II wojnie światowej podlegała alianckiej kontroli, to model promocji filmów niewiele różnił się od strategii wypra‑ cowanych w latach wcześniejszych, zarówno w Niemczech (Snickars, 2008; Goergen, 2008), jak i w Hollywood (Staiger, 2005). W tekście tym opieram się na kategoriach wypracowanych przez Janet Staiger, która pokazuje, jak kształtował się okołofilmowy przemysł reklamowy w Stanach Zjednoczonych, 4 Na temat zjawiska paratekstów w kinematografii (pojęcie oryginalnie wprowadzone przez Gérarda Genette’a w odniesieniu do tekstów literackich) por. Gwóźdź, 2010. 5 Termin „ikonosfera” stosuję za M. Porębskim (1972). M a g d a l e n a S a r y u s z ‑ W o l s k a K i n o w r u i n a c h osiągając swą dojrzałość około 1930 roku (Staiger, 2005) 6. Autorka wiele miejsca poświęca relacjom między dystrybutorami a właścicielami kin, co wydaje się kluczowe również w odniesieniu do sytuacji niemieckiej w dyskutowanym tu okresie. To między te dwie grupy, działające na podstawie przyznanych im licencji, dzieliła się odpowiedzialność za reklamę filmów. Taki rozkład ról stanowił kontynuację strategii stosowanej w kinematografii już od drugiej dekady XX wieku (Staiger, 2005: 26). Dystrybutorzy dostarczali potrzebne materiały: wzory ogłoszeń reklamowych drukowanych w gazetach, plakaty, programy, streszczenia, informacje o aktorach, natomiast kiniarze troszczyli się o to, by dotrzeć z tym przekazem do potencjalnych widzów. Model ten był taki sam we wszystkich częściach Niemiec. Na Wschodzie jedynym dystry‑ butorem był „Sovexport”, na Zachodzie dystrybutorów reprezentowały często zrzeszające ich organizacje. Ta część kampanii promocyjnych, która leżała w rękach firm dystrybucyjnych, miała więc bardzo ogólny charakter, oparty na modelu mass appeal (Staiger, 2005: 20): koncentrowała się na przedstawieniu walorów filmu i raczej nie uwzględniała zróżnicowania widowni. Tytułom, które były dystrybuowane w różnych strefach okupacyjnych, towarzyszyła więc ta sama kampania. Na temat przyczyn tego stanu rzeczy można jedynie spekulować: albo była to kwestia niedostosowania wcześniejszych strategii promocyjnych do nowych warunków politycznych albo też chodziło o ograni‑ czenie kosztów. Kierowaniem przekazu do konkretnego widza, dopełnieniem kampanii o materiały uwzględniające preferencje lokalnej publiczności, a także informowaniem o seansach zajmowali się natomiast kiniarze – także pod tym względem sytuacja w okupowanych Niemczech nie różniła się od analogicznych działań przed wojną i zagranicą (Staiger, 2005: 37). Wszystkie omawiane tu przykłady pochodzą z Berlina, co wymaga pewnego komentarza. Z uwagi na podział miasta, oferuje ono możliwość omawiania praktyk promocyjnych wszystkich czterech stref okupacyjnych w jednym miejscu. Jednocześnie niełatwo jest dokonać precyzyjnego podziału między strategiami różnych stref, gdyż aż do budowy muru berlińskiego w sierpniu 1961 roku berlińczycy dość swobodnie przemieszczali się między sektorami. Berlińską publiczność traktuję więc jako pewną całość, gdyż ci sami widzowie mogli uczestniczyć w seansach w różnych częściach miasta. Począwszy od 1948 roku zaczął się nawet kształtować specyficzny berliński fenomen tak zwanych Grenzkinos, czyli przygranicznych kin w strefach zachodnich, które – przy wsparciu zachodnich władz okupacyjnych – przyciągały publiczność z sektora radzieckiego (n.n., 1950). Ponieważ – jak wyżej wspomniano – wprowadzenie zachodnich marek po reformie walutowej znacznie utrudniło mieszkańcom Berlina Wschodniego korzystanie z zachodnich kin, przygraniczne kina oferowały im bilety po niższej cenie (n.n., 2011) 7. 6 Kolejną wskazywaną przez Staiger cezurą jest początek lat pięćdziesiątych, gdy w kinema‑ tografii zadomowiły się statystycznie opracowywane badania rynku, które pozwalały na precyzyjne wskazanie korelacji między płcią, pochodzeniem społecznym czy regionalnym a preferencjami filmowymi (por. też Ohmer 2014). Wprawdzie omawiany tu okres sytuuje się przed tą cezurą, to metody te były już wówczas testowane w Niemczech przez amerykańskie władze okupacyjne (a zatem nie przez studia filmowe, jak to się rozpowszechniło kilka lat później w Stanach Zjednoczonych). Z jednej strony chodziło o ocenę propagandowego potencjału badanych filmów (Fay, 2008; Weckel, 2012), z drugiej zaś o dostarczenie informacji MPEA, z którą władze okupacyjne ściśle współpracowały, podejmując decyzje o repertuarze. 7 Cytowany tekst jest sprawozdaniem z projektu badawczego poświęconego berlińskim kinom przygranicznym, zrealizowanego w 2011 r. przez Fundację Niemieckiej Kinemateki (Stiftung Deutsche Kinemathek), Wyższą Szkołę Filmową i Telewizyjną w Poczdamie‑Babelsbergu 91 92 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Działania nadzorowane przez dystrybutorów Dystrybutorzy dostarczali nie tylko materiały promocyjne, ale także instruowali, jak prowadzić reklamę danego filmu. Sugerowali na przykład, by promocję rozpocząć od wywieszenia plakatu w kinie lub w przejściu na salę projekcyjną. Zalecano też, aby wywiesić zdjęcia z planu, które powinny być pogrupowane wokół mniejszych plakatów i uzupełnione o odpowiednie wycinki z gazet. O tej formie promocji Winfried Pauleit pisał: Są one [ kadry i fotografie z planu ] zwykle postrzegane jako fotografie użytkowe przemysłu kinowego, jako nośniki reklamy (…). Niektóre z nich urastają do ran‑ gi ikon kulturowych, ale większość z nich to produkt masowy, istniejący w cieniu właściwej atrakcji – filmu. Miejscem, gdzie prezentowano fotosy, było przez długi czas kino, a dokładniej: pasaż pomiędzy miejską ulicą a salą kinową; właśnie na przecięciu tych obszarów powinny uwodzić przechodniów i przyciągać ich do kina. Składają więc potencjalnemu widzowi obietnicę – nie czynią tego jednak, jak jarmarczne przekupki lub panie lekkich obyczajów. Towarzyszą projekcji filmu: przygotowują do niej i wyrażają żal po jej zakończeniu (Pauleit, 2010: 68). W wypadku filmu, na którego dokumentację się tu powołuję, czyli nakrę‑ conego w 1947 roku dzieła Małżeństwo w mroku (Ehe im Schatten, reż. Kurt Maetzig, DEFA) zalecano, by wyświetlić slajd reklamowy między kroniką filmową a głównym filmem – była to często stosowana alternatywa dla bra‑ kującego zwiastuna. Mniej więcej na tydzień przed rozpoczęciem projekcji umieszczano duży plakat na fasadzie kina od strony ulicy, na sam koniec przygotowywano wielkoformatową planszę, która wisiała nad głównym wejściem do kina – nie dostarczali jej dystrybutorzy, lecz malowano je ręcznie na podstawie odpowiedniego wzoru (Opis strategii promocyjnej…, 1947). Różnice w poszczególnych strategiach zależały przede wszystkim od tego, czy chodziło o premierę czy też zwykłe seanse. Najwięcej działań reklamowych towarzyszyło wchodzeniu na ekrany nowych filmów niemieckich, one też były najczęściej omawiane w prasie. Intensywnie zachęcano również do oglądania filmów, które cieszyły się dużą popularnością w kraju pochodzenia – ciekawym przykładem jest przedstawiony poniżej przykład promocji Laury (1944) Otto Premingera (Ryc. 2.). Poza plakatami, eksponowanymi w przestrzeni miejskiej w mniej lub bar‑ dziej tradycyjny sposób, ważnym elementem promocji filmów były programy filmowe (niem. Filmprogramme) – niewielkie, nierzadko kolorowe broszury informujące o danym tytule. Zwykle przedstawiały krótkie streszczenie, informowały o twórcach i obsadzie oraz zamieszczały kilka do kilkunastu fotosów, które miały zachęcić widzów do obejrzenia danego filmu. Czasem drukowano też ciekawostki na temat aktorów czy ich zdjęcia, niezwiązane (HFF Potsdam‑Babelsberg) oraz Muzeum Aliantów (Alliiertenmuseum) Por. http:// berliner‑grenzkinos.de/grenzkinos_projekt.html (dostęp: 22.1.2014) M a g d a l e n a S a r y u s z ‑ W o l s k a K i n o w r u i n a c h z pracą nad danym filmem. Każdy wydawany był jako osobny zeszyt z serii „Illustrierter Film‑Kurier”, „Illustrierte Film Revue”, „Film‑Bühne” czy „Film von Heute” – większość z nich posiadała długą tradycję w krajach niemieckojęzycznych. Protoplastą tych broszur były funkcjonujące od około 1915 roku foldery reklamowe dla kiniarzy, które zachęcały do zamówienia danego tytułu – przyjęły one później nazwę press‑booków (Staiger, 2005: 28). W odniesieniu do utworów wyświetlanych w kinach różnych stref oku‑ pacyjnych zwykle obowiązywał ten sam zeszyt, którego zawartość musiała być akceptowalna dla wszystkich instytucji kontrolujących, co stanowiło pokłosie uniwersalnego modelu mass appeal. Podobnie jak plakaty czy fotografie z planu, także to narzędzie rekla‑ mowe dowodzi ciągłości praktyk dystrybucyjnych – programy filmowe były powszechnym dodatkiem do seansu w kinematografii przedwojennej i wojennej. W odróżnieniu od plakatów, które jedynie sygnalizowały dostęp‑ ność filmu w kinach, programy oferowały bardziej szczegółowe materiały. Warto zwrócić uwagę, że w wypadku filmów zagranicznych treść folde‑ rów nie zawsze była w pełni tożsama z treściami w programach oryginal‑ nych. Ich badawczy potencjał leży zatem nie tylko w możliwości śledzenia 93 Ryc. 2. Promocja filmu Laura (1944) Otto Premingera w Berlinie. Źródło: Deutsches Historisches Museum ©. 94 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Ryc. 3. Okładka program filmowego Boomtown. Źródło: Stiftung Deutsche Kinemathek © M a g d a l e n a S a r y u s z ‑ W o l s k a K i n o w r u i n a c h repertuarów 8, lecz także badania wyobrażeń dystrybutorów na temat ocze‑ kiwań publiczności niemieckiej. Nie możemy na tej podstawie wnioskować natomiast o konkretnych praktykach odbiorczych. Jak słusznie zauważa Staiger: „Poddawanie pod refleksję zagadnień związanych z reklamą n i e [ podkr. w oryg. ] odpowiada na pytania o recepcję” (Staiger, 2005: 20) 9. Programy filmowe publikowano w różnych objętościach – od dwóch do nawet kilkunastu stron. Można je było zakupić razem z biletem za symboliczne kwoty: ich ceny wahały się – w zależności od formatu i liczby stron – od 20 fenigów do jednej marki. Na ostatniej stronie można znaleźć informacje o nakładzie (z reguły od 10.000 do nawet 100.000 egzemplarzy), co pozwala określić, czy dystrybutorzy spodziewali się raczej większej czy mniejszej frekwencji (należy oczywiście założyć, że nie każdy widz kupował własny egzemplarz). Ciekawe jest, że w warunkach skrajnego wręcz niedoboru pa‑ pieru – w ciągu pierwszych trzech lat po wojnie nawet dzienniki wydawane przez władze okupacyjne ukazywały się dwa, trzy razy w tygodniu, gdyż nie było ich na czym drukować (Peitsch, 2009: 49) – dystrybutorzy decydowali się na wysiłek i koszty związane z przygotowaniem i drukowaniem programów filmowych. Z perspektywy badań nad publiczną ikonosferą niemiecką tuż po wojnie warto zadać pytanie o przedstawienia płci i reżim spojrzenia w tych mate‑ riałach – przede wszystkim ze względu na wspomniane już dysproporcje demograficzne. Przewaga kobiet w populacji nie przekładała się wcale na zanikanie postaw patriarchalnych w tekstach kultury (Kuhn, 2000; Pinkert, 2008). W tym kontekście chciałabym wskazać na jeden przykład – pod wieloma względami reprezentatywny 10 – a mianowicie folder filmu Boomtown (reż. Jack Conway, 1940). Akcja traktuje o męskiej przyjaźni – główni bohaterowie, grani przez Clarke’a Gable i Spencera Tracy, to przedsiębiorcy naftowi. Kobiety, zwłaszcza piękna Betsy (Claudette Colbert) i Karen (Hedy Lamarr) odgrywają wprawdzie dużą rolę w ich wzajemnej relacji, jednak nie jest to melodramat. Amerykańskie materiały reklamowe przedstawiały albo dwóch mężczyzn albo czworo protagonistów łącznie. Tymczasem okładka niemieckiego programu przedstawia Clarke’a Gable i Claudette Colber, podkreślając patriarchalność ich relacji: ona pada w jego ramiona, on natomiast nawet na nią nie patrzy. Widzimy tylko jego twarz, jej oblicze ukryte jest za nim. Wolno przypuszczać, że żeńska, w większości, publiczność niemiecka nie była zainteresowana oglądaniem filmu o męskiej przyjaźni, co skłoniło twórców programu do podkreślenia wątku romansowego. Łatwo rozpoznawalne jest także oblicze znanego amanta filmowego. Mniej interesujący motyw przemysłu naftowego zaznaczony został natomiast w tle. Jako że zachodnioniemiecka premiera filmu odbyła się jesienią 1948 roku, a zatem już w okresie blokady Berlina Zachodniego oraz intensyfikacji zimnej wojny i amerykańskiego lęku przed komunizmem, ciekawy jest jednak sam fakt wprowadzenia na ekrany filmu o sukcesie typowego self‑made‑mana i w pozytywnym świetle przedstawia‑ jącego liberalny model kapitalizmu. 8 Użytecznym źródłem badań nad repertuarem filmowym są katalogi tych wydawnictw (Holba, 1976a; Holba, 1976b). Można bowiem założyć, że większości dystrybuowanych filmów – niezależnie od daty produkcji – towarzyszył aktualizowany, niemieckojęzyczny program, drukowany przed wprowadzeniem danego tytułu na ekrany. 9 Tłumaczenie cytatu na podstawie oryginalnej wersji tekstu (Staiger, 1990: 4). 10 Na przełomie 2011 i 2012 r. dokonałam obszernego przeglądu dostępnych programów kinowych w archiwum Fundacji Niemieckiej Kinemateki (Stiftung Deutsche Kinemathek) w Berlinie. 95 96 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Działania nadzorowane przez właścicieli kin Jak już wyżej wspomniano, promocja filmów była w znacznej mierze domeną właścicieli kin. Trzeba w tym miejscu dodać, że w radzieckiej strefie okupa‑ cyjnej upaństwowienie kinematografii postępowało powoli aż do 1953 roku i w pierwszym okresie po wojnie większość kin pozostawała – tak samo jak w strefach zachodnich – w prywatnych rękach. O ile część materiałów oraz instrukcje ich rozmieszczenia właściciele kin otrzymywali od dystrybutorów, o tyle informacje o terminach, liczbie i miejscu seansów leżały już wyłącznie w gestii kiniarzy. Powszechną praktyką – znów: zaczerpniętą z wcześniejszych epok historii kina i wcale niespecyficzną dla omawianego tu okresu – było drukowanie ulotek informujących o repertuarze na dany okres (przeważnie tydzień). Są to tak zwane programy kinowe (niem. Kinoprogramme). Jako że zwykle wyświetlano jeden główny film tygodniowo, czasem także kilka dodatkowych tytułów (przeważnie powtórek), a najważniejsze informacje na ich temat zebrane były w omówionych wyżej broszurach informujących o filmie, to w programach kinowych poświęcano miejsce na inne sprawy. Składały się one przeważnie z jednej lub dwóch dwustronnie zadrukowanych kartek, które sprzedawano za symboliczną opłatą lub rozdawano za darmo. Dlatego ważnym ich składnikiem były reklamy okolicznych sklepów, restauracji, punktów usługowych etc., co otwiera przestrzeń do studiów nad lokalnym wymiarem kina. Ulotki te odzwierciedlają także społeczne i ekonomiczne zróżnicowanie publiczności – niektóre z nich pokazują obraz luksusowych rozrywek, inne świadczą raczej o biedzie widowni 11. Zamieszczone tu przykładowe programy pochodzą berlińskich kin w sek‑ torze amerykańskim: „Neue Scala” i „Kammerspiele Britz”. Przykłady zostały tak dobrane, by ukazać dwa możliwe różne przypadki. „Neue Scala” było dużym i luksusowym kinem premierowym, „Kammerspiele Britz” – kinem osiedlowym. Różnicę tę widać po programach seansów: w „Neue Scala” pro‑ jekcjom filmów towarzyszyły numery muzyczne, taneczne, kabaretowe etc. (co bynajmniej nie było w powojennych Niemczech standardem), „Kamemrspiele Britz” nie oferowały natomiast żadnych dodatkowych elementów seansu, poza kroniką filmową, o której z zasady nie informowano w programach – po pierwsze dlatego, że była to oczywistość; po drugie dlatego, że publiczność za nimi nie przepadała (Fay, 2008: 55) 12. Z programu „Neue Scala” wyłania się raczej wizja zamożnych widzów, z których przynajmniej część musiała być obcokrajowcami. Widzimy reklamę jubilera, sklepów z luksusowymi tekstyliami, dywanami oraz z płytami gramofonowymi. Angielski napis na reklamie portrecisty sugeruje, że do kina tego chadzali żołnierze alianccy. Warto zatem odnotować, że niemiecka publiczność oglądała nieraz filmy w towarzystwie okupantów 13. 11 Na temat badań lokalnej publiczności filmowej pod kątem zróżnicowania społecznego widzów w różnych kinach por. studium poświęcone powojennym realiom w Ghent (Biltereyst, Meers, Van de Vijver, 2011). 12 Tezę o tym, że widzowie nie lubili kronik filmowych Fay formułuje na podstawie badań sondażowych prowadzonych przez amerykańskie władze okupacyjne w 1945 i 1946 r. 13 Podobną sytuację opisują Frank Kessler i Sabine Lenk na przykładzie widowni filmowej po I wojnie światowej w okupowanym Zagłębiu Ruhry (Kessler, Lenk, 2012). Fakt oglądania filmów w towarzystwie okupantów jest szczególnie ciekawy z polskiej perspektywy, jako że w okresie niemieckiej okupacji Warszawy krążyło powiedzenie „Tylko świnie siedzą w kinie” – oglądanie propagandowego repertuaru razem z niemieckimi żołnierzami M a g d a l e n a S a r y u s z ‑ W o l s k a K i n o w r u i n a c h 97 Ryc. 4. Program kina „Neue Scala” w Berlinie z kwietnia 1948 r. Źródło: Stiftung Deutsche K inemathek © Ryc. 5. Program kina „Kammerspiele Britz” w Berlinie z czerwca 1947 r. Źródło: Stiftung Deutsche Kinemathek © Program „Kammerspiele Britz” zawiera natomiast m.in. ogłoszenia o moż‑ liwości dziergania ubrań z włóczki dostarczonej przez klienta, reklamę sklepów rowerowego i barterowego – o tym ostatnim dowiadujemy się, że można tam było zamienić kilogram szmat na gąbkę lub kilogram papieru na dwie rolki papieru toaletowego. Rzecz jasna zróżnicowanie społeczne widzów odzwierciedla się w strukturze kin niemal od początków ich istnienia, jednak w omawianym okresie mamy do czynienia z wyjątkowo dużą stratyfikacją. Na tle bardzo ubogiego, w swej znakomitej większości, społeczeństwa niemie‑ ckiego wyróżniały się niewielkie grupy ludzi zamożnych, którzy bogacili się przeważnie na handlu na czarnym rynku oraz żołnierze alianccy, dysponujący wieloma pożądanymi dobrami. Oprócz ogólnego wglądu w strukturę społeczną danego kina programy te oferują także pewne informacje o zwyczajach widzów. Nierzadko bowiem znajdują się w nich reklamy okolicznych restauracji, kawiarni i lokali tanecznych. Pozwala to założyć, że ci sami odbiorcy, którzy chodzili do kina, bywali także uznawano za przejaw kolaboracji. Tymczasem powojenne źródła niemieckie nie wskazują na to, by wizyta w kinie, do którego chadzali też alianccy żołnierze, uznawana była za coś niestosownego. 98 kultura popularna 2013 nr 3 (37) M a g d a l e n a S a r y u s z ‑ W o l s k a K i n o w r u i n a c h w takich przybytkach, często zapewne po seansach. Specyfika tych miejsc zależała od rodzaju kina, w których się reklamowały – w luksusowych kinach premierowych ogłaszały się ekskluzywne restauracje i dansingi, w tanich kinach lokalnych – niedrogie bary, w których można było się napić piwa (świeżym piwem chwali się np. restauracja z anonsu na załączonym programie „Kam‑ merspiele Britz”). Myśląc o tego typu usługach w powojennych Niemczech, należy mieć na uwadze fatalną sytuację mieszkaniową w owym czasie i fakt, że prywatna rozmowa czy wręcz chwila samotności były możliwe raczej poza przepełnionymi mieszkaniami. Programy kinowe były skąpo ilustrowane (tło programu „Neue Scala”, zawierające ilustracje z motywami cyrkowymi, to raczej wyjątek). Niemniej jednak stanowiły istotny element okołofilmowej ikonografii. Na ogół przed‑ stawiały logo danego kina – powtarzało się ono także w innych materiałach promocyjnych, takich jak ogłoszenia w gazetach czy na słupach afiszowych, co uświadamia dużą dbałość o identyfikację wizualną i rozpoznawalność kin – Staiger zwraca uwagę, że była to jedna z pierwszych zasad wypraco‑ wanych w okołofilmowym przemyśle reklamowym (Staiger, 2005: 20). Na przedstawionym tu zdjęciu słupa afiszowego uwagę zwraca kilka rzeczy: przede wszystkim umieszczenie repertuaru kin w kontekście innych rozrywek – głównie kabaretu i popularnego teatru, co po raz kolejny należy postrzegać w kategoriach kontynuacji wcześniejszych tradycji i strategii reklamowych wypracowanych w okresie rozwoju kina (Snickars, 2008; Goergen, 2008). W berlińskim kontekście warto podkreślić, że słup afiszowy stanowił tutejszy wynalazek (dlatego po niemiecku nazywa się go Litfaßsäule, od nazwiska pomysłodawcy Ernsta Litfaßa) (Goergen, 2008: 72). Obok siebie widnieją tu informacje o seansach filmowych i spektaklach czy pokazach, z tym że stanowią one osobną ofertę. Formą kontekstualizacji kina są także widoczne na słupie ogłoszenia o usługach lichwiarskich (napis „Sofort Geld” pod plakatem z informacją o specjalnych pokazach dla berlińskich zakładów pracy: „Sondervorstellungen für die Berliner Betriebe”). W ten sposób kino sytuowane jest raczej w obrębie powszechnych i niewyszukanych form spę‑ dzania wolnego czasu, adresowanych w sporej mierze do ludzi niezamożnych. W porównaniu z wcześniejszymi epokami nie jest to wprawdzie nic nowego, jednak w omawianym tu okresie liczba ludzi ubogich, którzy nie mogli sobie pozwolić na droższe formy spędzania wolnego czasu, była nadzwyczaj wysoka. Istotny jest także równościowy potencjał kina – w odróżnieniu od widowni teatralnej czy gości lokali tanecznych, kobiety bez towarzystwa mężczyzn, a także dzieci i młodzież bez opieki dorosłych nie wzbudzały szczególnego zainteresowania na sali projekcyjnej. A to właśnie te grupy dominowały w niemieckiej strukturze społecznej po 1945 roku. Ponadto warto dostrzec różne umiejscowienie poszczególnych placówek. Ogłaszające się na słupie kino „Corso” znajdowało się w sektorze francuskim, a kino „Blauer Stern” – w sektorze radzieckim (kino to działa zresztą do dziś). Świadectwa oglądania filmów „między sektorami” odnajdziemy także w wielu programach kinowych, w których nierzadko reklamują się sklepy czy punkty usługowe zlokalizowane w sąsiedniej strefie. Sytuacja ta miała różne podłoże w różnych częściach miasta: o ile w sektorach brytyjskim i amerykańskim repertuary były zbliżone (wynikało to z umów barterowych między władzami okupacyjnymi), jakkolwiek poszczególne tytuły były wyświetlane w różnym okresie, o tyle repertuar w strefie francuskiej i radzieckiej był znacznie uboższy w pożądane przez widzów filmy hollywoodzkie. Przemieszczanie się między sektorami mogło mieć więc na celu zarówno obejrzenie filmu, który był akurat 99 na sąsiedniej stronie: Ryc. 6. Słup afiszowy w Berlinie, ok. 1947 r. Źródło: Deutsches Historisches Museum ©. 100 kultura popularna 2013 nr 3 (37) wyświetlany gdzie indziej, lub niedostępnego we własne strefie okupacyjnej – co najczęściej dotyczyło wspomnianych na początku kin przygranicznych. Artykuł powstał w ramach projektu „Kultury wizualne Niemiec 1945 – 1949” finan‑ sowanego przez Narodowe Centrum Nauki na podstawie decyzji nr. 2012/05/ D/ HS2/03490. Bibliografia Altenloh E. (2014). Socjologia kina. Publiczność, filmy i inne formy rozrywki, [ w: ] Klejsa K., Saryusz‑Wolska M. (red.). Badanie widowni filmowej Antologia przekładów. Warszawa [ w druku ]. Biltereyst D., Meers Ph., Van de Viver L. (2011). Social Class, Experiences of Distinction and Cinema in Postwar Ghent, [ w: ] Maltby R., Biltereyst D., Meers Ph. (red.). Explorations in New Cinema History. Approaches and Case Studies. Malden, Oxford. Fay J. (2008). Theatres of Occupation. Hollywood and the Reeducation of Postwar Germany. London. Glaser H. (2002). Kultura RFN. Zarys Historii 1945 – 1989. Warszawa. Greffrath B. (1995). Gesellschaftsbilder der Nachkriegszeit. Deutsche Spielfilme 1945 – 1949. Pfaffenweiler. Goergen J. (2008). Cinema in the Spotlight. The „Lichtspiel”‑Theatres and the Newspapers in Berlin, September 1913. A Case Study, [ w: ] Müller C., Se‑ geberg H. (red.). Kinoöffentlichkeit (1895 – 1920). Cinema’s Public Sphere. (1895 – 1920). Marburg. Gwóźdź A. (2010). Kino po kinie – film po kinie, [ w: ] Gwóźdź A. (red.). Kino po kinie. Film w kulturze uczestnictwa. Warszawa. Holba H. (red.) (1976a). Katalog der Illustrierten Film‑Bühne. Kino‑Programme. Wien. Holba H. (red.) (1976b). Filmprogramme in der DDR 1945 – 1975. Dokumentation. Wien. Jacobsen W. (1989). Erich Pommer. Ein Produzent macht Filmgeschichte. Berlin. Kessler F., Lenk S. (2012). Moviegoing under military occupation: Düsseldorf, 1919 – 25, [ w: ] Biltereyst D., Maltby R., Meers Ph. (red.). Cinema, Audien ces and Modernity. New perspectives on European cinema history. London, New York. Klinger B. (1989). Digressions at the Cinema: Reception and Mass Culture. „Cinema Journal” vol. 28, nr 4. Kłys T. (2011). Niemiecki film fabularny u schyłku Republiki Weimarskiej i w Trzeciej Rzeszy (1929 – 1945), [ w: ] Lubelski T., Sowińska I., Syska R. (red.). Kino klasyczne. Historia kina, t. 2. Kraków. Kuhn A. (2000). „Kann ich mir einen Mann leisten?”Frauengeschichtliche Überle‑ gungen zu einer Zeitungsumfrage des Jahres 1948, [ w: ] Bandhauer‑Schöffmann, Duchen C. (red.). Nach dem Krieg. Frauenleben und Geschlechterkonstruktione in Europa nach dem Zweiten Weltkrieg. Herbolzheim. Kuhn A. (2014). Słoiki po dżemie i „cliffhangery”. Brytyjscy seniorzy wspominają dziecięce wizyty w kinie, [ w: ] Klejsa K., Saryusz‑Wolska M. (red.). Badanie widowni filmowej Antologia przekładów. Warszawa [ w druku ]. Müller C., Segeberg H. (2008). „Öffentlichkeit” und „Kinoöffentlichkeit”. Zum Hamburger Forschungsprogramm, [ w: ] Müller C., Segeberg H. (red.). Kinoöffentlichkeit (1895 – 1920). Cinema’s Public Sphere (1895 – 1920). Marburg. M a g d a l e n a S a r y u s z ‑ W o l s k a K i n o w r u i n a c h Müting H. (1948). Deutsche Filme bevorzugt. „National‑Zeitung” 8 grudnia. n.n. (1948). Was ist? Was wird? – und was wir darüber denken. „Horizont”, 11 kwietnia. n.n. (1949). [ Wyniki ankiety prasowej, której uczestnicy odpowiadali na pytanie: „Dlaczego chodzi Pan/Pani do kina?” – brak tytułu ]. „Der Sozialdemokrat”, 8 lipca. n.n. (1950). Gute filme sehr begehrt. „Telegraf ” 8 lipca, za: http://berliner ‑grenzkinos.de/grenzkinos_geschichte.html (dostęp: 22.01.2014). n.n. (2011). Kalter Kinokrieg – Entstehung und Entwicklung der Berliner Grenzkinos http://berliner‑grenzkinos.de/grenzkinos_geschichte.html [22.01.2014]. Ohmer S. (2014). Nauka o przyjemności: George Gallup i badanie publiczności w Hollywood, [ w: ] Klejsa K., Saryusz‑Wolska M. (red.). Badanie widowni filmowej Antologia przekładów. Warszawa [ w druku ]. Opis strategii promocyjnej filmu Małżeństwo w mroku (1947), archiwum Akademie der Künste, Kurt Maetzig Archiv 8. Peitsch H. (2009). Nachkriegsliteratur 1945 – 1989. Göttingen. Pauleit W. (2010). Analiza filmu: paratekstualność i otwarte pole refleksji, [ w: ] Gwóźdź A. (red.). Kino po kinie. Film w kulturze uczestnictwa. Warszawa. Pinkert A. (2008). Can Melodrama Cure? War Trauma and Crisis of Masculinity in Early DEFA Film. „Seminar” vol. 44, nr 1. Pleyer P. (1965). Deutscher Nachkriegsfilm 1946 – 1948. Münster. Porębski M. (1972). Ikonosfera. Warszawa. Seydel H. (b.d.). Solche Filme wollen wir sehen. Wycinek prasowy bez danych bibliograficznych; Archiwum Akademie der Künste, Kurt Maetzig Archiv 18. Shandley R. (2010). Trümmerfilme.Das deutsche Kino der Nachkriegszeit. Berlin. Snickars P. (2008). Reading Berlin 1909. „Medienöffentlichkeit”, Daily Press and Mediated Events, [ w: ] Müller C., Segeberg H. (red.). Kinoöffentlichkeit (1895 – 1920). Cinema’s Public Sphere (1895 – 1920). Marburg. Staiger J. (2005). Waren anpreisen, Kunden gewinnen, Ideale verkünden. Nach‑ denken über Geschichte und Theorie der Filmwerbung, [ w: ] Hediger V., Vonderau P. (red.). Demnächst in Ihrem Kino. Grundlagen der Filmwerbung und Filmvermarktung. Marburg (oryg.: Staiger J. (1990). Announsing Wares, Winning Patrons, Voicing Ideals: Thinking about the History and Theory of Film Advertising. „Cinema Journal”, vol. 29, nr 3). Weckel U. (2003). The Mitlaufer in two German postwar films: representation and critical reception. „History and Memory”, nr 2. Weckel U. (2012). Beschämende Bilder. Deutsche Reaktionen auf alliierte Doku‑ mentarfilme über befreite Konzentrationslager. Stuttgart. 101 102 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Kultura filmowa ery blaxploitation w Los Angeles lat 70. Ewa Drygalska DOI: 10.5604/16448340.1094745 E w a D r y g a l s k a K u l t u r a f i l m o w a e r y b l a x p l o i t a t i o n w L o s A n g e l e s l a t 7 0 . Co poza Nowym Hollywood? Zaczynając badania nad zjawiskiem kina blaxploitation, ulegałam koncepcji czytania kina jako konsensualnego mitu, masowej fantazji czy barometru społecznego. Fascynacja połączona z pięcioletnim, żmudnym, filmoznawczym treningiem sprawiły, że pokusa fetyszyzacji znaczenia tekstu filmowego i jego interpretacji rozumianej jako odcyfrowywanie sensów już uprzednio w nim zawartych, odkrywanie jego znaczenia niejawnego poprzez (psycho) analizę symptomów, jest trudna do odparcia. Możliwość zrealizowania grantu badawczego w Los Angeles pozwoliła mi przemyśleć i przeorganizować założenia mojego projektu, który ostatecznie ukształtował się w optyce tak zwanej Nowej Historii Kina. Paradygmat ten postuluje umieszczanie filmów w obrębie historycznie usytuowanych intertekstualnych i intermedialnych sieci (Chapman i inni 2009: 4), i powiązanie przedmiotu badań z zagadnie‑ niami szerszymi, istotnymi dla historii kultury czy historii społecznej. Tym samym, rezygnują z historii kina pisanej poprzez pryzmat wielkich arcydzieł, które dostarczają estetycznych epifanii, ale niewiele potrafią nam powiedzieć o rzeczywistej historii kultury filmowej. Odejście od znaczenia tekstu wysuwa na plan pierwszy moment produkcji, dystrybucji, projekcji i recepcji w danym momencie historii. Zwrot historyczny nie będzie jednak oznaczał jedynie powrotu do archiwów i zajęcia się mikro‑historiami o lokalnym zasięgu, ale ma na celu reorientację projektu historii kina, relacji pomiędzy tekstem (filmem) a technologią, jego widzami czy wreszcie kontekstem społecznym, w jakim był on produkowany i konsumowany. W niniejszym artykule przed‑ stawię rewizjonistyczne ujęcie kinowej kultury blaxploitation w Los Angeles dokonane z perspektywy Nowej Historii Filmu. Jako amerykanista i filmoznawca sytuujący swoje zainteresowanie naukowe w obrębie kultury popularnej, dostrzegam nurtujący problem w badaniach nad amerykańską historią filmu. Przyglądając się przełomowi lat 60. i 70. w kinie amerykańskim, łatwo zauważyć, że oficjalny dyskurs filmoznawczy reprezentowany przez uniwersyteckie kursy i publikacje, koncentruje się na tak zwanym Nowym Hollywood i na jego wielkich autorach: Arthurze Pennie, Martinie Scorsese czy Robercie Altmanie. Opowieść o tej dekadzie przesuwa się majestatycznie od filmów, takich jak Jeździec znikąd (Easy Rider 1969, reż. Dennis Hopper), Bonnie i Clyde (1967, reż. Arthur Penn) do Zabriskie Point (1970, reż. Micheangelo Antonioni) czy Chinatown (1974, reż. Roman Polański). Filmy te zostały namaszczone jako kontrkulturowe arcydzieła i kamienie milowe w rozwoju języka filmu, a dogmat ten nauczany jest od lat w ramach historii filmu powszechnego. Jednak popularną wyobraźnią tego okresu zawładnął zupełnie inny fenomen, znajdujący się na rubieżach Fabryki Snów i polityki smaku, przez co konsekwentnie był pomijany w narracji o historii kina amerykańskiego. Problemy z czarnym kinem popularnym Głównym zarzutem kierowanym w stronę kina czarnej eksploatacji z punktu widzenia krytyki kulturowej oraz reprezentacji rasowych jest oskarżenie o eko‑ nomiczny oportunizm, zafałszowany model męskości/kobiecości, stereotypowe przedstawienie Afroamerykanów jako przerysowanych macho, romantyzację 103 Ewa Drygalska – dokto‑ rantka w Instytucie Ame‑ rykanistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz programu Interdyscypli‑ narnych studiów dokto‑ ranckich „Społeczeństwo ‑Technologie‑ Środo‑ wisko”, absolwentka filmoznawstwa na UJ. Publikowała w „Kwar‑ talniku Filmowym”, „Panoptikum”, na stale współpracuje z portalem „Popmoderna”. Obecnie realizuje grant badaw‑ czy Fulbright Junior Research Award na University of California w Los Angeles. 104 kultura popularna 2013 nr 3 (37) przestępczości czy wreszcie brak politycznego, emancypującego programu i rozpuszczenie realności w fantazji. Analiza recepcji blaxploitation może stanowić modelową egzemplifikację różnorodnych oczekiwań publiczności i recenzentów. Podczas, gdy filmy te cieszyły się ogromną popularnością zarówno wśród białej, jak i czarnej miejskiej młodzieży, instytucjonalna marginalizacja tego nurtu doprowadziła do obiegowej opinii o jego szkodliwości i braku wartości artystycznych. Jednak odrzucając paradygmat reprezentacjonistycz‑ ny (rozumiejący kino jako reprezentację rzeczywistości) i esencjalistyczny (zakładający istnienie pewnych „autentycznych” wzorców, jak na przykład „bycia czarnym”), wykraczamy poza dotychczasowe ramy krytyczne, w jakich zamknięte były „czarne filmy“ klasy B. Zamiast zastanawiać się nad tym, czy są one moralnie poprawne (emancypacyjne, feministyczne) czy też z gruntu złe i szkodliwe (eksploatujące czarną publiczność i operujące kulturowymi stereotypami), powinniśmy postawić w centrum uwagi relacje zachodzące pomiędzy filmami a publicznością. Kino bowiem nie daje się zredukować do jego formalnych (estetycznych) czy polityczno‑ekonomicznych (ideologicz‑ nych, kulturowych) składowych. Przeciwnie, oba te elementy wzajemnie się stwarzają, a dopiero w wyniku ich relacji powstaje dzieło filmowe. Przy próbie opisu interesującego mnie fenomenu, skupiam się na szeroko rozumianym imaginarium społecznym, ujmowanym jako coś szerszego i głębszego niż schematy intelektualne, do których sięgają ludzie, myśląc o rzeczywistości społecznej w sposób oderwany. Chodzić będzie raczej o sposób, w jaki ludzie wyobrażają sobie swoją społeczną egzystencję, jak przystosowują się do innych, jak toczą się sprawy między nimi i bliźnimi; to także oczekiwania, które zwykle się spełniają oraz głębsze normatywne koncepcje i obrazy, leżące u ich podstaw (Taylor, 2010: 37). Metodologia badań W opisie kinowej kultury blaxploitation w Los Angeles posługuję się archi‑ walnymi czasopismami, takimi jak „Los Angeles Times” oraz jego afroame‑ rykanski odpowiednik „Los Angeles Sentinel”, magazynami branżowymi „Variety”, „Boxoffice”, korzystam także z kolekcji dostępnych w bibliotekach uniwersyteckich i instytucjach zajmujących się gromadzeniem zbiorów amerykańskiej kinematografii. Wśród rozległych kolekcji specjalnych można odnaleźć między innymi dokumenty produkcyjne, prywatną korespondencję odnoszącą się do prac nad filmami, kolejne wersje scenariuszy, materiały marketingowe (pressbook) czy strategie dystrybucyjne dotyczące konkretnych tytułów. Poza kwerendą biblioteczną i archiwalną, istotną część mojego projektu stanowią etnograficzne badania terenowe nad publicznością i recepcją nurtu blaxploitation. Posługuję się między innymi wywiadami z właścicielami kin, osobami układającymi repertuar kinowy, profesjonalistami zaangażowanymi w tworzenie i dystrybucję filmów, wreszcie z samymi widzami. Richard Maltby przekonuje o wartości oral history w kontekście badań nad widownią, ponieważ – jak twierdzi – opowieści te nieustannie przypominają nam, że rytm obiegu filmowego i doświadczenie uczęszczania do kina są ściśle splecione z konkretnymi miejscami i zdarzeniami, codziennym życiem lokalnej spo‑ łeczności. Historie opowiadane badaczowi przez widzów kinowych zanurzają E w a D r y g a l s k a K u l t u r a f i l m o w a e r y b l a x p l o i t a t i o n w L o s A n g e l e s l a t 7 0 . naszą perspektywę w codzienności (Maltby, 2011: 10) i przewartościowują nasze teoretyczne założenia a priori. Spróbuję więc retrospektywnie zbudować archiwum historii mówionej interesującego mnie okresu. Era blaxploitation rozpoczęła się w 1971 roku wraz z eksperymentalnym formalnie i narracyjnie Sweet Sweetback’s Baadasssss Song Melvina Van Peeblesa, który był wtedy najchętniej oglądanym filmem niezależnym. Pozycję gatunku na rynku filmowym potwierdziło zainteresowanie premierą obrazu Shaft Gordona Parksa z tego samego roku. W latach 1971 – 1978 powstało, wedle różnych szacunków, od kilkudziesięciu do dwustu filmów przynależących do tego nurtu, filmy te tworzyli zarówno biali, jak i czarnoskórzy reżyserzy, w produkcjach zawsze jednak obsadzano aktorów czarnoskórych. Blaxploitation było nurtem trwającym niespełna dekadę w amerykańskim kinie eksploatacji, który wybuchł wraz z oszałamiającym sukcesem grindhouse’ów 1. Moment jego powstawania przypadł na czas intensywnych działań polityczno‑społecznych ruchu na rzecz praw obywatelskich w drugiej połowie lat 60. Kryzys w kinie głównego nurtu i zapaść finansowa Hollywood, zintensyfikowana około 1965 roku, również przyczyniły się do powstania niskobudżetowych produkcji przeznaczonych głównie dla czarnej, miejskiej, młodej publiczności. Pod koniec lat 60. Afroamerykanie, choć reprezentowali około 15 proc. całego społeczeństwa, stanowili aż jedną trzecią całego rynku sprzedaży biletów. Rynku, który – jak warto dodać – był do tej pory nie zagospodarowany. Ledwie kilka lat z trwającej ponad wiek historii kina nieodwracalnie zmieniło krajobraz amerykańskiej produkcji i dystrybucji filmowej, szczególnie jeśli chodzi o ogromny segment tak zwanej widowni „etnicznej”. W ciągu dwóch lat od premiery Sweetbacka wyprodukowano ponad sześćdziesiąt filmów przezna‑ czonych dla czarnej widowni. Produkcje te zalały rynek, zarabiając ponad dwieście milionów dolarów (Gipson, 1973: A1), otworzyły rynek dla popularnego kina afroamerykańskiego i szerszej publiczności. Choć era czarnego kina była krótkotrwała, przekonała Hollywood o istnieniu silnej grupy docelowej wśród Afroamerykanów, zmusiła biznes rozrywkowy do zwrócenia uwagi na jej potrzeby i choćby częściowych prób zagospodarowania tej niszy konsumenckiej. Poza etnicznością i klasą społeczną, to rasa była postawą ekonomicznego, politycznego i kulturowego podziału w amerykańskim społeczeństwie. Segre‑ gacja rasowa przecięła strukturę miast – dzielnice, środki transportu, a nawet kina podzielone były na białe i czarne/kolorowe. W Los Angeles u progu lat 70. aż 87 proc. wszystkich czarnych uczniów uczęszczało do szkół rasowych (Sides, 2003: 206), co obrazuje stopień społecznej i kulturowej segregacji. Pionierski Sweetback, nowe taktyki produkcyjne Film Van Peeblesa może stanowić świetny case study dla zrozumienia alter‑ natywnej wobec hollywoodzkich monopolistów strategii produkcji filmowej. Van Peebles nie tylko napisał i wyreżyserował swój film, lecz także zagrał w nim główną rolę, skomponował ścieżkę dźwiękową. Budżet filmu wyniósł jedyne pół miliona dolarów, które w większości Van Peebles pożyczył od komika‑aktora Billa Cosby’ego. Połowa ekipy filmowej wedle jego życzenia 1 Mianem grindhouse określa się kina, w których wyświetlane były filmy z gatunku exploitation. Swoją świetność grindhouse’y przeżywały w latach 60. i 70. 105 106 kultura popularna 2013 nr 3 (37) składała się z mniejszości narodowych: Indian, Latynosów i Afroamerykanów. Aby uniknąć konieczności opłacania związków zawodowych reżyser zakla‑ syfikował Sweetbacka jako film pornograficzny, zapewniło mu to większość niezależność (jako że biznes porno leżał poza jurysdykcją Hollywood) twórczą i kategorię X – filmu tylko dla dorosłych, co wykorzystał w chałupniczej promocji swojego obrazu. Tylko dwa amerykańskie kina zgodziły się wyświetlać film w 1971 roku: Detroit i Atlanta. Jednakże ekstatyczne reakcje młodej, czarnej publiczności szybko przekonały właścicieli kin do dystrybucji kontrowersyjnego, quasi‑pornograficznego obrazu. W sześć tygodni po swojej premierze film trafił na szczyt narodowego box‑office’u, choć grany był jedynie w jedenastu miastach (Pierson, 2005: 126). Wyprodukowany za skromne pięćset tysięcy dolarów, zwrócił się dwudziestokrotnie, przynosząc dziesięć milionów zysków. Kasowy sukces otworzył rynek dla czarnej widowni i filmowców. Po latach, w swojej książce Sweet Sweetback’s Baadasssss Song. A Guerilla Filmmaking Manifesto, Van Peebles wspomina, że frustracja warunkami pracy w Hollywood, brak niezależności twórczej i niskie pensje oferowane czarnym filmowcom wymusiły na nim decyzję o wejściu w rejon kina niezależnego (Van Peebles, 2004: 17). Stał się on pierwszym afroamerykańskim reżyserem, który ze swoim autorskim konceptem odniósł oszałamiający sukces finansowy. Pomysł na partyzanckie kręcenie filmów (guerilla filmmaking), od wielu lat praktykowany przez Spike’a Lee, wyszedł właśnie od Van Peeblesa, który postanowił kręcić komercyjne, acz autorskie, projekty dla swojej publiczności. Peebles zapewnił sobie całkowitą wolność twórczą, stosując taktyki podjazdowe w zderzeniu z gargantuiczną machiną hollywoodzką. Dywersyfikował źródła finanso‑ wania swoich filmów i nie uzależniał się wyłącznie od studyjnych budżetów. Sweetback często określany jest jako dzieło rewolucyjne w formie i treści, zrywające radykalnie z hollywoodzką tradycją opowiadania, zachęcające do wspólnotowej subwersji (Wiggins, 2012: 28 – 52). Wyzwalający potencjał filmu został dostrzeżony przez Huey P. Newtona – współzałożyciela Czarnych Panter – który poświęcił analizie dzieła Van Peeblesa cały numer magazynu wydawanego przez Pantery oraz uznał Sweetback za lekturę obowiązkową dla wszystkich członków organizacji. (Cripps, 1990: 250) Badania nad kinem a znaczenie lokalności. Przypadek Los Angeles Kino u progu lat 70. było jedną z najtańszych i najbardziej dostępnych rozrywek, zwłaszcza, że zazwyczaj cenę jednego biletu widz mógł obejrzeć aż dwa filmy. W samym Los Angeles w 1970 istniało sto sześć kin stałych i samochodowych (Core Collection), dla porównania dziś liczba ta – poza niewielkimi fluktu‑ acjami – nie przekracza sześćdziesięciu. Najwięcej kin powstało wzdłuż alei Broadway w centrum miasta – gdzie można było wybierać spośród czternastu iluzjonów – oraz przy Hollywood Boulevard, tu zbudowano aż szesnaście kin. Właśnie w Los Angeles znajdowało się także pierwsze premierowe (first‑run) kino założone i kierowane przez Afroamerykanów, skupiające się w swoim repertuarze na promocji czarnej kultury. Baldwin Theatre, które mogło pomieścić tysiąc osiemset widzów otwarto w 1949 roku, przy 3741 S. La Brea Avenue, w Baldwin Village tradycyjnie zamieszkanej w większości przez społeczność afroamerykańską. E w a D r y g a l s k a K u l t u r a f i l m o w a e r y b l a x p l o i t a t i o n w L o s A n g e l e s l a t 7 0 . Ostatnia wielka migracja Afroamerykanów do tej największej kalifor‑ nijskiej metropolii w latach 1960 – 69 (kiedy populacja tej grupy wzrosła o 50 proc.), zbiegła się ze znacznym wzrostem bezrobocia (Sides, 2003: 181 – 95). W latach 70. zarówno śródmieście, jak i Hollywood były etnicznie miesza‑ nymi częściami miasta, z wysoką przestępczością i niską stopą dochodów mieszkańców. Zwłaszcza śródmieście, aż do niedawna, uznawano za jedną z najuboższych i najbardziej niebezpiecznych dzielnic. Analiza repertuaru kinowego z lat 1971 – 7 8 na podstawie popularnych prasowych tytułów, takich jak „Los Angeles Sentinel” i „Los Angeles Times”, wykazała, że praktycznie wszystkie kina w tej części miasta (Los Angeles Theatre, Leow’s State, Palace, Arcade, Roxie i Tower) miały w swoim repertuarze najbardziej popularne tytuły blaxploitation. Czarne filmy królowały na afiszach także w tradycyjnie afroamerykańskich dzielnicach miasta: Inglewood (Imperial Loew, Academy, 5th Avenue Thatre), Crenshaw (Kabuki, New Imperial), North Hollywood (El Portal) czy Baldwin Hills (Baldwin Theatre). Dobrym źródłem dla badań nad społecznym doświadczeniem kina mogą być statystyki prowadzone podczas pokazów przedpremierowych (tak zwane sneak previews), które organizowano dla limitowanej publiczności w wybranych kinach. W ankietach rozprowadzonych przed filmem Shaft – wyświetlanym 23 maja 1973 roku w Academy Theatre, w rasowej dzielnicy Inglewood – sto czterdzieści cztery osoby (na sto sześćdziesiąt sześć przebadanych) uznały film za świetny lub dobry i poleciłoby go znajomym. Widzowie pytani o szczegó‑ łową ocenę, zwracali uwagę – zwłaszcza mężczyźni – na wyjątkowość filmu rozrywkowego z pozytywnym, czarnoskórym bohaterem („To był czadowy film. Shaft był ekstra gościem. Super twardym”), w komentarzach pojawiały się także uwagi dotyczące realizmu opowiadania o codziennym życiu w czarnym gettcie („To film o braciach i o tym jacy są naprawdę. Żadnego śpiewania i tańczenia”; „Power to the People!”), jego języku i relacjach między białymi i Afroamerykanami. Nieliczne, negatywne komentarze odnosiły się do słabych dialogów, nadmiernego użycia wulgaryzmów oraz scen erotycznych z udziałem aktorów o różnym kolorze skóry, na to najbardziej zwróciły uwagę respondentki. Respondenci odpowiadali nieco bardziej przychylnie („White chick. Black ass”) 2. Większość ankiet zawierała wyraźne prośby o kolejne części lub wręcz całą serię przygód czarnego detektywa skierowane pod adresem producentów („Sequel!!!!!”). (Shaft Files). Pomijanie lokalności w badaniach nad kinem przyczyniło się, jak prze‑ konuje Robert Allen, do nadmiernej waloryzacji znaczenia filmowej fabuły jako czynnika determinującego nawyk uczęszczania do kin (Allen, 2006: 62). Dla widzów oglądających filmy w lokalnych kinach kluczowym czynnikiem, decydującym o wyborze repertuaru, mogła być geograficzna bliskość, zwłaszcza w tak rozległej metropolii jaką jest Los Angeles, gdzie transport publiczny był i pozostaje trudno dostępny. W przeprowadzonych przeze mnie do tej pory wywiadach na pytanie, dlaczego badani wybierali akurat te konkretne tytuły, najczęściej odpowiadano, iż kino było ówcześnie po prostu czymś, co „się robiło”. Zwłaszcza dla widzów poniżej dwudziestego pierwszego roku życia grindhouse’y stanowiły substytut nocnych klubów i barów serwujących alkohol. Kina były miejscem spotkań nastolatków, randek i przede wszystkim wspólnej interakcji, niczym nie przypominającej dzisiejsze zindywidualizo‑ wane przeżywanie spektaklu filmowego. Większość moich rozmówców nie 2 W przypadku tego komentarza pozwalam sobie na pozostawienie zapisu oryginalnego, jako że próba jego tłumaczenia na język polski okazałaby się z pewnością zbyt karkołomna. 107 108 kultura popularna 2013 nr 3 (37) potrafiła odtworzyć fabuły oglądanych filmów, nazwiska aktorów, tytuły i bohaterowie mieszały się ze sobą w różnych, zaskakujących konfiguracjach. Jednak powtarzającym się motywem we wszystkich opowiadanych historii była atmosfera pełnego po brzegi kina, okrzyków, komentarzy, rozmów oraz nieodłącznej dla czarnego kina muzyki. W warstwie językowej filmy blaxploitation posługiwały się ulicznym żargonem ówczesnej dekady znanym pod określeniem jive, a kluczową rolę w dziele filmowym odgrywała mu‑ zyka – wykorzystywana nie tylko jako ilustracja, ale przede wszystkim jako nierozerwalne z obrazem didaskalia towarzyszące opowiadanej historii. Ścieżki dźwiękowe do filmów tego nurtu stały się arcydziełami ery soulu, promując największych czarnych artystów tego okresu: Curtisa Mayfielda w Super Fly, Williego Hutcha w The Mack, Isaaca Haynesa w Shafcie czy Jamesa Browna w Black Godfather. Widzowie niejako przenosili codzienności do sali kinowej czy wnętrza samochodu jak w przypadku niezwykle popularnych w tym czasie kin samochodowych (drive‑in). W Kalifornii, ze względu na sprzyjający klimat, kina samochodowe mogły funkcjonować cały rok, stanowiąc tańszą alternatywę tradycyjnego kina. Ponieważ za seans płaciło się od samochodu, a nie ilości znajdujących się w nim osób, młodzież korzystała z tej niebagatelnej oferty. Dodatkowym autem takich projekcji były podwójne fabuły w cenie jednej, które komponowano według schematu film premierowy plus powtórka sprzed kilku sezonów. Inne oglądanie. Kino a wspólnota Widzowie nie chodzili, jak dziś można zakładać, na konkretne fabuły, ocze‑ kując arcydzieł. Można w tym przypadku mówić raczej o doświadczeniu chodzenia do kina, które było powszechnie dostępne, ale zróżnicowane kulturowo i tożsamościowo. Brytyjska teoretyczka Annette Kuhn, zajmująca się w swoich pracach zagadnieniem pamięci kulturowej, rozwija typologię pamięci filmowej. Pokazuje w jaki sposób osobiste, wspólnotowe i społeczne doświadczenia splatają się i zacierają na różnych poziomach. Poza pamięcią fragmentaryczną i fabularną, Kuhn wyróżnia najważniejszy, najczęściej powtarzający się w badaniach typ pamiętania – oddzielony od samego tekstu, skupiony na samej aktywności związanej z uczęszczaniem do kina (Kuhn, 2011: 93). We wspomnieniach tego typu często pojawia się liczba mnoga, widzowie w wypowiedziach łączą osobiste doświadczenia ze wspólnotowym, czy też nadają kolektywną ramę osobistym doznaniom. Przyjrzenie się lokalnym praktykom „chodzenia na filmy” może przewartościować nasze rozumienie decyzji i wyborów, jakimi kierowali się widzowie, idąc do kin. Osobnym zjawiskiem w przypadku kina blaxploitation była jego duża popularność wśród białych Amerykanów. Tom Stempel w książce American Audiences on Movies and Moviegoing wspomina swoje doświadczenie dorastania wśród czarnego kina: biali w latach 70. oglądali filmy eksploatacyjne z czarnymi bohaterami i bardzo różnie na nie reagowali. Pamiętam gdy, sam zobaczyłem film Van Peeblesa, jeden z naj‑ bardziej antybiałych i brutalnych obrazów tego okresu, w kinie w Los Angeles, wśród widowni składającej się E w a D r y g a l s k a K u l t u r a f i l m o w a e r y b l a x p l o i t a t i o n w L o s A n g e l e s l a t 7 0 . głównie z białych, z klasy średniej. Nie mieli pojęcia co się dzieje. Pamiętam również białych widzów skandujących imiona czarnych bohaterów takich jak Shaft, kiedy ci rozprawiali się z białymi, skorumpowanymi policjantami i gangsterami. Jestem przekonany, że reakcje widowni w tym czasie miały coś wspólnego z popularnością ruchu na rzecz praw obywatelskich i rosnącym poparciem dla idei równości. Oczywiście entuzjazm dla tych postaw zaczął słabnąć wraz z konserwatyzmem lat 80 (Stempel 2001: 99). W innym wspomnieniu białego dziennikarza pojawia się uwaga o mieszance ekscytacji i strachu wywołanego wrażeniem transgresyjności doświadczenia bycia poza własną przestrzenią rasowego komfortu: Byłem wtedy młodym nauczycielem w jednym z czarnych filadelfijskich liceów. Sweet Sweetback był wtedy od trzech tygodni w kinie Milgram Theater, jednym z ostatnich art house’ów w śródmieściu. Film był niezwykle popularny wśród moich uczniów (głównie chłopców), którzy w koń‑ cu przekonali mnie bym się na niego wybrał. Pewnego dnia, w ciągu tygodnia, poszedłem na popołudniowy seans o 16, do wypchanej po brzegi sali kinowej. Stojąc w kolejce jako jedyny biały, czułem na sobie spojrzenia wszystkich dookoła, oblewał mnie zimny pot, bo moi towarzysze nie pojawiali się. Kiedy wreszcie dotarłem do okienka, starsza biała kasjerka spojrzała na mnie opiekuńczym wzrokiem pytając: Jesteś pewien co robisz synku?”. W końcu zasiedliśmy na balkonie i z miejsca wszyscy zaczęli się przekrzykiwać z filmem. Otwierający Sweetbacka napis This movie is dedicated to all the brothers and sisters who had enough the Man wywołał u wszystkich z miejsca fremetyczną reakcję. (…) Jak dużo białych z mojego pokolenia stanowczo odrzucałem rasizm i bi‑ goterię, ale nigdy nie czułem się tak niekomfortowo i nie na miejscu jak w tamtym kinie (Maynard, 2000: XI). Zasadne wydaje mi się mówienie o swoistym fenomenie kulturowym czy wręcz o erze blaxploitation. Są to pojęcia uzasadnione o tyle, iż recepcja i znaczenie społeczno‑kulturowe tych filmów wykraczały poza ich czas wyświetlania w kinach czy okazjonalną publicystykę. Wokół kina spod znaku blaxploitation rozwinął się fandom, nowe sposoby uczestnictwa w spektaklu filmowym oraz gorąca debata publiczna dotycząca kwestii tożsamości i spo‑ sobów jej reprezentacji, która toczy się właściwie do dziś. Teoria krytyczna wyrosła z black studies i tradycyjnie pojmowanych studiów filmoznawczych skupiła się na krytyce kina blaxploitation, wskazując na jego demoralizujące konsekwencje, brak walorów artystycznych oraz niesatysfakcjonujący sposób, w jaki filmy te reprezentowały esencjalistycznie rozumianą „czarność”. Kino zelektryzowało toczącą się wojnę kulturową pomiędzy teoretykami i intelek‑ tualistami o wyłaniającą się „autentyczną” czarną tożsamość, o wynikające z niej przekonania, wartości czy wręcz obowiązki. Przykładem takiej reakcji na toczące się tożsamościowe dyskusje może być list Barbary Jean Gardner, 109 110 kultura popularna 2013 nr 3 (37) wysłany do producenta filmu Shaft – Joela Freemana. Mieszkanka Los An‑ geles wyraża w nim oburzenie sceną erotyczną pomiędzy czarnoskórym detektywem a jego białą kochanką: Następnego ranka ona wciąż jest w jego mieszkaniu – CIĘCIE! STOP!HOLA! Ta scena jest OBRZYDLIWA! Ta dziewczyna jest prostytutką, a Shaft porzucił swoją Czarną boginię dla tego śmiecia! NIE! Nie każdy Czarny mężczyzna rzuciłby się na pierwszą lepszą okazję, by zaliczyć białą laskę!!!” (Joel Freeman Papers). Cytując Franza Fanona, autorka listu nawołuje do reprezentacji jedności i miłości pomiędzy czarnymi kobietami i mężczyznami, swój manifest kończy zaskakującą prośbą: „Czy mogłabym liczyć na jakąś rolę w pana kolejnym filmie? Pomyślałam, że nie zaszkodzi zapytać. Pozdrawiam, Beautiful Loving Active Clean Kind” (Joel Freeman Papers). Jednak większość widzów zareagowała przeciwnie do oczekiwań awangardy intelektualnej, dostrzegając upłynnienie procesów tożsamościowo‑twórczych, ich relacyjność i przygodność. To nie awangarda New Hollywood zawładnęła masową wyobraźnią początku i połowy lat 70., lecz właśnie kino eksploatacji. W pierwszej połowie lat 70. tylko trzy aktorki potrafiły przyciągnąć widownię do kin na każdy tytuł ze swoim udziałem. Były to: Barbara Streisand, Liza Minelli i Pam Grier, gwiazda niskobudżetowych czarnych filmów akcji (Sieving, 2005: 9). O kulturowych sposobach oglądania afroamerykańskich aktorów i aktorek na srebrnym ekranie opowiada Quentin Tarantino, dorastający w Los Angeles w erze blaxploitation. Reżyser wspomina ekstatyczne reakcje tłumów zgromadzonych w kinach: „Kiedy wyświetlano w kinach Coffy ludzie stawali na swoich siedzeniach i krzyczeli na całe gardło, żeby bohaterka doło‑ żyła tym typom” (Tarantino, 1998: 195). Blaxploitation wprowadził na ekrany nie tylko czarnych bohaterów (bo ci istnieli już wcześniej czego najlepszym przykładem były kariery takich popularnych wśród szerokiej publiczności gwiazd jak Noble Johnson czy Sidney Poitier), ale gloryfikował bohaterów antysystemowych: dilerów narkotyków, alfonsów, ulicznych krętaczy. Twórcy tego nurtu filmują afroamerykańskie getta, rozkład postindustrialnych miast, efekty postfordowskiej ekonomii, która zdominowała amerykańską gospo‑ darkę od końca lat 60., przynosząc uelastycznienie produkcji, a wraz z nią masowe zwolnienia, bankructwo wielkich fabryk i utratę znaczenia związków zawodowych. Obrazy te odznaczały się wyjątkowo niskimi budżetami i eks‑ presowym tempem produkcji, przynosiły jednocześnie duże zyski. W czasie największego kryzysu wielkich studiów filmowych to właśnie niezależne, małe wytwórnie notowały największe zyski, w czym przodowała American International Pictures (Shleyen, 1971: 3). AIP minimalizowało swoje koszty, unikając korzystania z drogich przestrzeni studyjnych, filmy kręcono głównie w plenerach. Jednocześnie sprawny marketing bazował na domniemanej autentyczności tych produkcji (Dallas Morning News, 1970: 10B). W swoich pionierskich badaniach nad czarną widownią kinową w Chicago w czasie Wielkiej Depresji, Mary Carbine przywoływana w książce Hollywood in the Neighborhood. Historical Case Studies of Local Moviegoing przez Roberta Allena zauważyła, że Afroamerykanie łączyli aktywność uczęszczania do kina ze specyficznymi dla siebie praktykami kulturowymi, a kina stawały się dla nich instytucjami ważnymi ze społecznego punktu widzenia, budowały wspólnotowe więzi (Allen, 2008: 28). Podobna rzecz miała miejsce w latach 70. Przykładem E w a D r y g a l s k a K u l t u r a f i l m o w a e r y b l a x p l o i t a t i o n w L o s A n g e l e s l a t 7 0 . takiego działania może być premiera filmu Shaft w Baltimore (24.06.1971), gdy na specjalne zaproszenie burmistrza Thomasa J. D’Alesandro III‑go i rady miejskiej do Baltimore przyjechali reżyser i odtwórca głównej roli, Richard Roundtree. Organizatorzy wydarzenia premierę filmu połączyli z dobroczynną galą na rzecz samopomocowego centrum Echo House, które realizowało projekty w biednych, czarnych dzielnicach miasta. W Seattle z kolei, czarni właściciele lokalnego kina pozwali (białego) dystrybutora filmu Super Fly za monopolistyczne praktyki, utrudniające małym iluzjonom wykupienie kopii filmu w czasie premierowej dystrybucji (Michener, 1972). AIP szybko zrozu‑ miało wartość współpracy z lokalnymi społecznościami, projektując swoje działania marketingowe w oparciu o takie kooperacje. W materiałach dla właścicieli kin dystrybuowanych wraz z kopiami filmów wytwórnia sugerowała przemyślane, czasami zaskakująco błyskotliwe strategie promocyjne dla swoich produkcji. Dla filmu Blacula (1972, reż. William Crain) AIP proponowała: Przyciągnięcie czarnej widowni może odbywać się na różnych poziomach. Warto zainwestować reklamę filmu w lokalnej prasie skierowanej do czarnych czytelników, wykupić czas antenowy w popularnych czarnych sta‑ cjach radiowych. Kościoły, targi spożywcze i sklepy, do których uczęszczają mogą być doskonałymi miejscami do przyciągnięcia czarnej widowni. W wyniku bliskiej współpracy z codziennymi gazetami może wyniknąć udostępnienie przez nie cennych osobowych baz danych. Także kontakt z organizacjami politycznymi i bractwami może zaowocować grupowymi sprzedażami biletów, które pomagają w nieformalnym obiegu filmu z ust do ust. Stworzyliśmy specjalne spoty radiowe dla Blaculi, które mają przyciągnąć publiczność. Proponujemy, by użyć ich w lokalnych radiostacjach szczególnie w czasie najbardziej popularnych audycji DJskich z czarną mu‑ zyką, najchętniej słuchaną przez młodzież (Samiel Z. Arkoff Papers). Interesującą taktykę zdobycia widza wykorzystano przy promocji filmu karate z wątkiem miłosnym Bamboo Gods & Iron Men, którego akcja rozgrywała się w krajobrazach Hong Kongu i Manili: Pomiędzy poniedziałkiem a czwartkiem wybierzcie jeden wieczór, zapraszając do swojego kina nowożeń‑ ców. Namówcie lokalne gazety, by opisały historię ich miłości, jak się poznali, gdzie pobrali i spędzili swój miesiąc miodowy oraz czy chcieliby go powtórzyć w scenerii Hong Kongu i Manili. Odwiedźcie lokalny klub karate i poproście o możliwość zawieszenia tam plakatu do filmu wraz z datami premiery w waszym kinie. W zamian klub sportowy może reklamować się u was. Rozpocznij współpracę z małą agencją podróży i poproś ją o materiały dotyczące Hong Kongu i Manili: zdjęcia, foldery hotelowe etc. W swoim kinie możesz umieścić napis: „Zobacz Hong Kong i Manilę w filmie Bamboo Gods & Iron Men i zaplanuj swoją podróż do tych 111 112 kultura popularna 2013 nr 3 (37) fascynujących miejsc z biurem podróży… (Samuel Z. Arkoff Papers). Wytwórnie filmowe na rubieżach Hollywood Większość wielkich wytwórni filmowych inwestowała w „czarne” filmy, ale symbolem owej ery pozostaje do dziś American International Pictures, dzia‑ łająca w Los Angeles pod kierownictwem Samuela Arkoffa i Jima Nicholsona, specjalizująca się w gatunku exploitation. To właśnie AIP wyprodukowało większość filmów przeznaczonych dla czarnej widowni kinowej w dekadzie lat 70. W przeciwieństwie do produkcji wielkich studiów filmowych, ta niezależna firma przodowała w najtańszych, najbardziej kontrowersyjnych i kampo‑ wych przykładach gatunku. Założeniem AIP było stworzenie alternatywy dla wielkich graczy na rynku filmowym, zbliżenie się do młodej, miejskiej widowni. Dzięki nagości i przemocy, niezależne studio mogło ograniczyć środki na promocję, posługując się jedynie – kontrowersją, gwarantującą przypływ widowni – zapowiedzią filmową. AIP wypuściło na amerykański rynek kilkadziesiąt tanich tytułów blaxploitation. Kino eksploatacji jest miejscem, w którym schronienie mogły znaleźć perwersje, seksualne fetysze i eskapistyczne fantazje. Exploitation – karnawał złego smaku – zazwyczaj skutecznie spychano na margines kultury popularnej, ograniczano do dys‑ trybucji szeptanej i grindhouse’ów. Czarne kino jednak zyskało ogromną, niespodziewaną popularność. Niskobudżetowe filmy kręcone pod tym szyldem przynosiły ogromne zyski i utrzymywały się na wysokich pozycjach w ame‑ rykańskich rankingach publiczności do 1976 roku, choć produkowano je aż do końca lat 70. (jeszcze w 1977 roku powstaje Abar: The First Black Superman w reżyserii Franka Packrda). Produkcja i warunki powstawania filmów eksploatacyjnych zasadniczo różniły się od strategii przyjmowanych przez studia filmowe w przypadku kina mainstreamowego. Wielkie studia filmowe podlegały zewnętrznym, instytucjonalnym rygorom klasyfikacji wiekowych oraz wewnętrznym politykom korporacyjnym. W memorandum studia MGM dotyczącym metod i procedur produkcyjnych z 1971 roku, wystosowanym do wszystkich producentów i reżyserów, możemy między innymi wyczytać, że wszystkie decyzje odnośnie dodatkowych scen i dubli, użycia eksplicytnego języka, nagości czy najmniejszych zmian w scenariuszu muszą być uprzednio zaaprobowane przez odpowiedni dział oraz dyrektora wykonawczego. Każdy projekt pod egidą studia musi być oceniany pod względem kodu produkcyjnego i przyszłych ratingów, przy czym MGM odrzuca zdecydowanie filmy, mogące trafić do kategorii X, czyli przeznaczonej dla widzów powyżej osiemnastego roku życia (Joel Freeman Papers). Ze znacznie mniejszą dozą biurokracji musiały się zderzać filmy skategoryzowane jako exploitation, najczęściej produkowane przez niezależne wytwórnie, lecz dystrybuowane pod auspicjami wielkich wytwórni. Budżety tych obrazów zazwyczaj nie przekraczały kwoty pół miliona dolarów, zdjęcia kręcono w kilkanaście dni. Z jednej strony odbijało się to na dbałości o filmowe detale (słynne mikrofony w przestrzeni kadrowej, na przykład w Dolemite z 1975 roku w reżyserii D’Urville’a Martina), z drugiej zaś pozwalało na dużą dozę improwizacji i zaangażowania aktorów oraz lokalnej społeczności w końcowy kształt filmu. Jednym z przykładów takiego sposobu produkcji jest film The Mack (1973), którego ostateczny scenariusz E w a D r y g a l s k a K u l t u r a f i l m o w a e r y b l a x p l o i t a t i o n w L o s A n g e l e s l a t 7 0 . został przepisany przez grających w nim Maxa Juliena i Richarda Pryora oraz reżysera Michaela Campusa, choć oficjalnie nie figurują oni jako scenarzyści. Zdjęcia do filmu kręcono w Oakland, gdzie mieściła się siedziba Czarnych Panter. Gdy członkowie organizacji usłyszeli o planowanej produkcji, uzy‑ skali od Michaela Campusa dotację w wysokości pięciu tysięcy dolarów, co ułatwiło kręcenie filmu. Osobista przyjaźń pomiędzy Maxem Julien oraz Huey P. Newtonem i Bobbym Sealem z Panter wpłynęła na ostateczny kształt postaci zaangażowanego społecznie brata głównego bohatera, którego dialogi zostały przeniesione wprost z oficjalnych przemówień Newtona. Opiekę nad produkcją zapewnili również bracia Ward, lokalni sutenerzy i dilerzy narkotyków, sprawujący nieformalną kontrolę nad czarną częścią miasta, gdzie kręcony był film. Ostatecznie wystąpili w filmie (im zadedykowanym) w epizodycznych rolach (The Mack Files). Jeden z największych kasowych hitów ery – Super Fly (1972, reż. Michael Campus) – był pierwszym filmem afroamerykańskim w całości sfinansowanym przez lokalną społeczność nowo‑ jorskiego Harlemu. Pięćset tysięcy dolarów na budżet filmu wpłacili prywatni inwestorzy: dwóch dentystów oraz sam reżyser. Film Parksa był też pierwszą produkcją, której ekipa techniczna składała się wyłącznie z Afroamerykanów i Portorykańczyków (Verril, 1972). Blaxploitation, podobnie jak reszta nurtu kina eksploatacji, stanowi rubieże Hollywood, a tanie i chałupnicze wykonanie sugerowałoby tandetę i upodo‑ banie do skrajnego eskapizmu. Jednak właśnie symboliczny i ekonomiczny dystans od kina głównego nurtu zapewniał jego twórcom autonomię twórczą oraz status ekscesu niepodlegającego kodeksom i ideologiom mainstreamu. Niezrealizowany na poziomie politycznym potencjał emancypacyjny tego kina ujawnia się w produkcji, jako projekt wspólnotowy. Nie tylko AIP, ale również wielkie wytwórnie, takie jak Metro Goldwyn Meyer produkowały filmy tego nurtu, który generował dla Hollywood duże zyski przy niskim nakładzie środków i zerowym ryzyku w czasach niekorzystnej dla kina koniunktury (rozpowszechnienie się odbiorników telewizyjnych). Wskazuje to na długi, sięgający jeszcze lat 30. (Flynn, McCarthy 1986: 73 – 84), nieroze‑ rwalny związek pomiędzy historią kina eksploatacji, a kina głównego nurtu, nakazując myślenie w kategoriach wzajemnych relacji i powiązań, a nie wykluczenia i różnicy między tymi dwoma obszarami. Schemat myślowy, wedle którego exploitation cinema jest wyjątkiem od instytucji i historii kina w ogóle, powinien być zastąpiony perspektywą inkluzyjną, zmierzającą do poszerzania filmoznawczych obszarów badawczych, a nie ich zawężania. Polityka i pamięć kulturowa a kino Badania nad recepcją pozwalają prześledzić dostępne w historii dominujące i peryferyjne strategie interpretacji. Janet Staiger w eseju W stronę historyczno ‑materialistycznych badań nad recepcją filmu podkreśla, że badania recepcji stawiają serię pytań o pozycję podmiotu: „Które z tych pozycji liczą się bardziej niż inne? Kiedy? Dlaczego? Jakie różnice wynikają z kategorii pod‑ miotu? Co dzieje się z interpretacją, jeśli pojawia się sprzeczność pomiędzy różnymi pozycjami podmiotu?” (Staiger, 2008: 195). Badaczka sugeruje, że zwrócenie uwagi na odbiór kina (formowania kanonów, pojawianie się i przemijanie kryteriów oceny, zjawiania się i zanikania smaków) może stać 113 114 kultura popularna 2013 nr 3 (37) dobrym narzędziem do zrozumienia, że znaczenia są wytwarzane przez jednostki w kontekście historycznym i społecznym. Taka praktykowana forma historii wizualnej stawia sobie za zadanie wskazanie na rolę, jaką przedstawienia audiowizualne (w tym ujęciu film) odgrywają w kreowaniu przedstawień historycznych światów możliwych, stając się swoistą alternatywą dla akademickiej historiografii, gdzie analizę filmowych reprezentacji traktuje się jako równorzędnych wobec pisanej historii o przeszłości. Współczesne badania rewaloryzują źródła wizualne, stawiają film na równi z historią pisaną, podkreślając, że oba zjawiska posiadają warstwę fikcyjną. Są tym samym jedynie reprezentacjami przeszłości, a nie obiektywnymi rekonstrukcjami faktów. Brytyjski teoretyk Alun Munslow podkreśla, iż istoty nie stanowi rozpoznanie, ale ukazanie możliwego biegu przeszłości. Historyk, podobnie jak twórca filmowy, jest tylko autorem, wybiera bowiem poszczególne argumenty, przywołuje przeszłość przez pryzmat ideologii. Historia pisana nie różni się tym samym od żadnego innego tworu narracyjnego. Jest bowiem subiektywistycznym, od‑ autorskim wytworem, którego tekstowy kod przesądza jedynie o fakcie, iż jest fikcyjny – podobnie jak film (Radwan, 2009). Jak polityka silnie spleciona jest z kinem popularnym, zaobserwować można właśnie w kinie blaxploitation, które trudno dziś analizować bez kontekstu ówczesnej Ameryki. W połowie lat 60. klimat społeczny w Stanach Zjed‑ noczonych stawał się coraz bardziej burzliwy, kontrrewolucja pociągnęła za sobą przebudzenie wielu zmarginalizowanych grup, które zaczęły walczyć o swoją podmiotowość polityczną. Wraz z feministkami, gejami, Hispanics i młodzieżą do głosu doszły również nacjonalistyczne tendencje wśród czarnej społeczności afroamerykańskiej, wiedzionej autorytetem Martina Luthera Kinga. Strategie polityczne ruchów afroamerykańskich oscylowały wokół dwóch przeciwnych biegunów: impulsu do integracji z systemem oraz potrzeby separacji od niego (Guerrero, 1993: 71). Kino blaxploitation – mimo iż posługi‑ wało się formułą popularną – było krytycznym, choć ambiwalentnym głosem w owej debacie. Niskobudżetowe produkcje rozsadzały tę dwubiegunowość i obnażały sztuczność przyjętych założeń ideologicznych, odnosząc się kry‑ tycznie zarówno do założeń integracjonizmu, jak i separatyzmu kulturowego. W 1984 roku historyk Marc Ferro zwrócił uwagę, że afroamerykańskie kino lat 70., wywracając przyjęte konwencje, jako pierwsze przedstawiło nową wizję historii – opozycyjną względem oficjalnego amerykańskiego dyskursu demokracji i melting pot (Ferro, 2011: 22). Francuski badacz choć sam zajmował się głównie badaniami nad rewolucją roku 1917 i filmem nazistowskim, do‑ strzegł potencjał kina popularnego w refleksji nad świadomością historyczną. Blaxploitation kwestionuje myślenie o historii w jej oficjalnej, triumfalnej wersji symbolizowanej przez słynne „I had a dream”, w której przedstawia się linearną, teleologiczną narrację o walce z rasizmem, kończącą się happy endem wraz z Martinem Lutherem Kingiem i rokiem 1967, czyli oficjalnym końcem segregacji. Nawet tak radykalne ugrupowania takie jak Czarne Pantery, których ideologicznym raison d’etre było obalenie systemu kapitalistycznego, zostały wchłonięte do tej popularnej opowieści. Oficjalny dyskurs podtrzymywany przez rocznice, święta takie jak Black History Month, filmy dokumentalne (Eyes on the Prize, 1987, PBS) konstruują mit o Ameryce jako kraju wolności E w a D r y g a l s k a K u l t u r a f i l m o w a e r y b l a x p l o i t a t i o n w L o s A n g e l e s l a t 7 0 . jednostki i demokracji. Czarne kino eksploatacji proponuje inną wersję tej narracji, pokazując jej dalszy ciąg, na którym oficjalna historia zazwyczaj się zatrzymuje: początek lat 70., rozrost gett, rosnące bezrobocie i przestępczość wśród Afroamerykanów oraz pozorną integrację. Ogłoszone zwycięstwo nad segregacją rasową nie przyniosło żadnych wymiernych efektów dla bohaterów zasiedlających filmowe getta Harlemu czy Watts. Blaxploitation stanowi tym samym interesujące źródło historii alternatywnej, transgresyjną reinskrypcję istniejących dyskursów. Nie wszyscy jednak odnosili się do nowego, czarnego kina z entuzjazmem. Po początkowej aprobacie ze strony organizacji afroamerykańskich, gdy Shaft zdobył nagrodę National Association for the Advancement of Colored People (NAACP) dla najlepszego filmu roku, a Melvin Van Peebles został uhonoro‑ wany tytułem reżysera roku, kino spod znaku blaxploitation doczekało się lawiny krytyki. Congress of Racial Equality uformował specjalną jednostkę pod nazwą Coalition Against Blaxploitation, która protestowała przeciwko powstającym produkcjom sugerując, że „Wszystkie te filmy pokazują czarnych w upokarzających, demoralizujących, zdegenerowanych i ogłupiających rolach superczarnuchów. (…) każdy zdrowy, tak zwany »racjonalnie myślący czarny lub lider« lub po prostu zwykły czarny lub Murzyn muszą w tym krytycznym momencie włączyć się do współpracy mającej na celu położenie kresu blacksploitation” (Los Angeles Sentinel 1972: B7). Do protestów prze‑ ciwko świętującym sukcesy w rankingach popularności filmom, dołączyły także NAACP, Black Against Narcotics and Genocide, Kuumba Workshop of Chicago oraz dziennikarze i publicyści. Zakończenie Zmasowana krytyka gatunku, naciski instytucjonalne, repetytywność fa‑ buł, coraz gorsze warunki finansowe ich produkcji oraz wejście do kin ery wysokobudżetowych blockbusterów sprawiły, że filmy te już w połowie dekady straciły na atrakcyjności, a nurt powoli dogasał zastępowany przez międzyrasowe kino akcji lat 80. spod znaku buddy movies. Nie zmienia to jednak faktu, iż nurt czarnych filmów klasy B dokonuje ostatecznego roz‑ montowania dotychczasowej wizji historii Ameryki, tworząc wizję zupełnie nową – przeciw‑historię społeczeństwa white anglosaxon protestant. Wizja ta została odrzucona przez dyskurs naukowy; w odczuciu klasycznego fil‑ moznawstwa akademickiego kino – a zwłaszcza kino rozrywkowe – było spektaklem dla pariasów, nie wartym głębszej refleksji. W moim odczuciu nurt blaxploitation domaga się krytycznej, dokładnej analizy, która wyjdzie poza rozumienie filmu wyłącznie jako formy artystycznej i uwzględni jego społeczne funkcjonowanie. Cel, jaki starałam się osiągnąć, ma charakter rewizjonistyczny, chodzi w nim o uzupełnienie opowieści o historii kina amerykańskiego, o ujęcia peryferyjne, odstające od kina głównego nurtu wychodzące po za „filmocentryzm” i wyobrażenie o filmie jako dziele sztuki. 115 116 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Bibliografia: Allen R. C. (2008). Decentering Historical Audience Studies: A Modest Proposal, [ w: ] Fuller‑Seeley K. H. Hollywood in the Neighborhood. Historical Case Studies of Local Moviegoing. Los Angeles. Allen R. C. (2006). Relocating American Film History: The ‘Problem’ of the Empirical. „Cultural Studies”, 20, (48 – 88). Chapman J., Glancy. M., Harper S., (2009). Introduction, [ w: ] Chapman J., Glancy. M., Harper S. (red.), The New Film History Sources, Methods, Approaches. New York. Cripps.T (1990). Sweet Sweetback’s Baadasssss Song and the Changing Politics of Genre Film, [ w: ] Lehman P. Close Viewings: an Anthology of New Film Criticism. Gainesville. Stempel T. (2001). American Audiences on Movies and Moviegoing. Lexington. Guerrero E. (1993). Framing Blackness: The African American Image in Film. Philadelphia. Didi‑Huberman G. (2007). The Site, Despite Everything, [ w: ] Liebeman S. (red.), Claude Lanzmann’s Shoah. Key Essays. Oxford. Van Peebles M. (2004). Sweet Sweetback’sSweetback Baadasssss Song. A Guerilla Filmmaking Manifesto. New York. Staiger J. (2008). W stronę historyczno‑materialistycznych badań nad recepcją filmu, [ w: ] Kurz I. (red.), Film i historia. Warszawa. Maltby R. (2011). New Cinema Histories, [ w: ] Maltby R., Biltereyst D. i Meers D. (red.), Explorations in New Cinema History: Approaches and Case Studies. Blackwell. Kuhn A. (2011). What to do with Cinema Memory?, [ w: ] Maltby R., Biltereyst D. i Meers D. (red.), Explorations in New Cinema History: Approaches and Case Studies. Blackwell. Taylor C. (2010). Nowoczesne imaginaria społeczne. Kraków. Gertner R. (1972). 1972 International Motion Picture Almanac. New York. Flynn C.i McCarthy T. (1986). B Movie Structure, [ w: ] Wheeler Dixon (red.), Producers Releasing Corporation. A Comprehensive Filmography and History. London. Ferro M. (2011). Kino i historia. Warszawa. Quentin Tarantino. (1998), [ w: ] Martinez G., Chavez D. i Chavez A., What It Was!; The Black Film Explosion of the ‚70s in Words and Pictures. New York. Sides J. (2003). L. A. City Limits. African American Los Angeles from the Great Depression to the Present. Los Angeles. Gipson G. (1973). Black Movies Gross Over $200 Million: Black Movies Gross Over $200 Million In Two Years. „Los Angeles Sentinel”, Mar 8. Allen, R. C. (2010). Getting to Going to the Show. „New Review of Film and Television Studies”, 3, (264 – 76). Wiggins B. (2012). You Talkin’ Revolution, Sweetback: On Sweet Sweetback’s Baadasssss Song and Revolutionary Filmmaking. „Black Camera”, 1, (28 – 52). Shleyen B. (1971). AIP Moves Onward and Upward, [ w: ] „Boxoffice”. Oct 4. Sieving Ch. (2005). She’s a stimulatin’, fascinatin’, assassinatin’ chick! Pam Grier as Star Text . Screening Noir. „Journal of Black Film, Television and New Media”, Culture, 1, (6 – 18). Pierson E. (2005). Blaxploitation, Quick and Dirty Patterns of Distribution. „Screening Noir. Journal of Black Film, Television and New Media Cul‑ ture”, Winter, 1, (123 – 130). Badiou A. (2009). Cinema as a Democratic Emblem. „Parrhesia”, 6, (1 – 6). E w a D r y g a l s k a K u l t u r a f i l m o w a e r y b l a x p l o i t a t i o n w L o s A n g e l e s l a t 7 0 . Maynard R. (2000). The Man, Feeling Out of Place at a Movie. „Los Angeles Times”, Jun 16. Michener Ch. (1972). Black Movies. „Newsweek”. Oct 23. Radwan M. (2009). Przyszłość przeszłości obrazowej. Wokół teorii visual history Roberta A. Rosenstone’a. „Kultura i Historia”, 16, http://www.kulturaihistoria. umcs.lublin.pl/archives/1595#_ftn79, [ dostęp: 06.09.2013 ]. Verril A. (1972), Superfly’s Happy Harlem Stay: Crew Black & Hispanic; Financing Script, P. R. All Black. „Variety”. Apr. 12. Bez autora: (1972). CORE Supports Fight of Black Exploitation. „Los Angeles Sentinel”. Aug. 17. (1970). There’s Hope in Film Crisis. „Dallas Morning News”. Jul 8. Materiały nieopublikowane: Shaft. Joel Freeman Papers, Special Collection. Margaret Herrick Library, Los Angeles. The Mack Files, Core Collection. Margaret Herrick Library, Los Angeles. Theatre List 1970, Core Collection. Margaret Herrick Library, Los Angeles. Samuel Z. Arkoff Papers 080. Department of Archives and Special Collections. William H. Hannon Library. Loyola Marymount University. 117 118 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Prze gląd filmów 70 mm Radomír D. Kokeš, Jakub Klíma wszech(mír) to nasz świat DOI: 10.5604/16448340.1094746 R a d o m í r D . K o k e š , J a k u b K l í m a P r z e g l ą d f i l m ó w 7 0 m m Przegląd filmów 70mm: Wszech(Mír) to nasz świat 1 miał miejsce w tym roku w Krnowie już po raz czwarty. W ciągu jednego wiosennego weekendu prezentuje się tu widzom od dziesięciu do czternastu filmów, w formacie, który przestał być stosowany w Czechach już w 1992 roku. Krnowskie kino Mír 70, gdzie odbywa się cała impreza, do niedawna było jedynym kinem w całej Republice Czeskiej, w którym można było wyświetlać filmy na taśmie 70mm(Danielis, 2007: 56) 2. Nie tylko zwiększająca się ilość uczestników, ale i aktywny udział coraz większej liczby zagranicznych gości, wskazują, że impreza z każdym rokiem jest coraz bardziej popularnym filmowym wydarzeniem – w lokalnym, jak i międzynarodowym kontekście. W toku swego rozwoju, krnowski przegląd zyskał własną specyfikę, odróżniającą go od innych europejskich festiwali skoncentrowanych na kwestiach formatu. Film 70mm na świecie i w Czechach System rejestracji Todd‑AO (posługujący się negatywem 65mm) pojawił się w Ameryce w roku 1955 i występował w różnych typach szerokokątnych for‑ matów kinowych (Cinerama – 1952, CinemaScope – 1953, VistaVision – 1954). Jego wynalazca, Michael Todd, jeden z pomysłodawców Cineramy, podobnie w formie Todd‑AO zaproponował system umożliwiający wyświetlanie na zakrzywionym ekranie obrazu szerokiego na 70mm. Przekątna obrazu na taśmie zajmuje około 53 mm, a 5 mm przypada na pasek magnetyczny z za‑ pisem stereofonicznego dźwięku, przy czym proporcje obrazu wynoszą 1:2,2, a prędkość odtwarzania jest zwiększona do 30 klatek na sekundę zamiast tradycyjnych 24 klatek. Pierwszymi pełnometrażowymi filmami zrealizo‑ wanymi w nowym formacie były w latach 1955 i 1956 Oklahoma! oraz W 80 dni dookoła świata (Belton, 1992: 158 – 160). Filmy kręcone w systemie Todd‑AO były wyraźnie związane z roadshowin‑ gowym typem realizacji. John Belton pisze, iż ten typ filmów był wyświet‑ lany tylko w kinach premierowych, co najwyżej dwa lub trzy razy dziennie (jako główny popołudniowy seans i dwa dodatkowe pokazy), a widzowie musieli rezerwować miejsca na te seanse (Belton, 1992: 158 – 182). Stwarzanie poczucia wyjątkowości takiego typu odbiorczych doznań w czasie projekcji (na przykład muzyczny wstęp albo przerywniki) wiązało się z wyższą ceną biletów i wyświetlaniem tylko w nielicznych premierowych kinach przez okres od jednego tygodnia aż do miesiąca (Toeplitz, 1976: 56–57; Belton 1992: 158 – 182). Filmy mogły dostać się do regularnej dystrybucji dopiero po dłuższym czasie i w zredukowanym formacie. Ten typ wyświetlania, w połączeniu z filmami w formacie 70mm, był w podobny sposób stosowany także w Czechach, na przykład bardzo popularny Flying Clipper – Traumreise unter weissen Segeln 1 W ciągu dwóch pierwszych edycji (2006 – 2007) przegląd przebiegał pod tytułem Semi‑ narium filmów 70mm: Wszech(Mír) to nasz świat, a od 2008 roku odbywa się pod wyżej wspomnianą nazwą. W tekście zamiennie stosowane są określenia „seminarium” i „prze‑ gląd” dla oznaczenia krnowskiego wydarzenia, niezależnie od tego, do której z edycji się odnoszą. Podobnie pojęcia „przegląd” i „festiwal” traktowane są jako synonimy, a nie dla rozróżnienia charakteru filmowej imprezy. 2 Obecnie, oprócz kina Mír 70 w Krnowie, filmy w formacie 70mm mogą być wyświetlane także w kinie Centrum Panorama w Varnsdorfie, w ostatnich latach przeszło gruntowną rekonstrukcję, której częścią było sprowadzanie techniki do projekcji filmów 70mm. Por. [ http://www.centrumpanorama.cz/cz/495‑o‑nas.html ]. 119 Radomír D. Kokeš, Jakub Klíma są doktorantami w Insty‑ tucie Filmoznawstwa i Kultury Audiowizual‑ nej Uniwersytetu im. Masaryka w Brnie. 120 kultura popularna 2013 nr 3 (37) w brneńskim kinie Jadran pokazywano nieprzerwanie aż przez 8 miesięcy (Havelka, 1975: 314 – 315). Do ówczesnej Czechosłowacji format 70mm trafił w pierwszej połowie lat 60., a pierwszym stałym kinem wyświetlającym filmy w tym formacie, było już wspomniane kino Jadran, otwarte 3 listopada 1964 roku w Brnie (jednak filmy 70mm zaczęto w nim pokazywać dopiero w pierwszej połowie 1965 roku). W kolejnym roku, w Pradze, otwarto sezonowe kino dysponujące aparaturą do wyświetlania filmów w formacie 70mm (w Parku kultury i oddechu Juliusa Fučíka), a w Ostrawie zaczęło działać stałe kino Vesmír. Do roku 1970 na ziemiach czeskich działało 40 stałych kin 70mm (Havelka, 1976: 329 – 370), między nimi znalazło się również kino Mír 70 otwarte w 1969 roku w Krnowie. Filmy w tym formacie na terenie Czech prezentowano aż do roku 1992, ich era zakończyła się wraz z ostatnim wyświetlanym obrazem – Total Recall (Danielis, 2007: 56). Europejskie przeglądy filmów 70mm Gdy film 70mm zniknął z regularnej dystrybucji, podzielił los formatów, które można dziś już tylko wspominać. Brytyjski Bradford Film Festival w roku 1993 ustanowił sekcję Widescreen Weekend (weekend z szerokim kątem), która odbywa się co roku na wiosnę – z wyjątkiem edycji z 1994 – włącza‑ jąc do swojego programu również filmy 70mm. Jak wskazuje sama nazwa, wyświetlane są nie tylko filmy 70mm, ale również inne szerokie formaty, między innymi CinemaScope i Cinerama (projekcja przy zastosowaniu trzech projektorów z oddzielnych kabin na jedno płótno ekranowe przygotowane specjalnie z myślą o systemie Cinerama). Bradford nawiązuje do praktyk związanych z roadshowingowym trybem wyświetlania, a ponadto łączy se‑ anse kinowe z innym atrakcjami filmowymi w ramach jednego wielkiego kompleksu, który oferuje oprócz Cineramy także kino IMAX 3D czy muzeum filmu i telewizji 3. Todd‑AO Festival w niemieckim Karlsruhe powstał znacznie później, z okazji pięćdziesiątej rocznicy narodzin formatu 70mm, w 2005 roku. Tak jak w trakcie Widescreen Weekend festiwalu w Bradford, także tutaj powstała weekendowa impreza. Kino w Karlsruhe posiada trzy sale, z których jedna została przystosowana do projekcji filmów w formacie 70mm. Podobnie jak w Bradford, w ciągu roku oprócz regularnych kinowych projekcji, wyświetla się tu również archiwalne filmy (nie tylko Todd‑AO). Krnowska droga od technofilii do kinofilii Od krnowskiego przeglądu 70mm, festiwale w Bradford i Karlsruhe różnią się tym, iż nie specjalizują się wyłącznie w formacie 70mm. Wspomniane festiwale powstały także dlatego, że w obu przypadkach projekcje filmów na taśmie 70mm odbywały się tam już wcześniej, przed ustanowieniem 3 http://www.in70mm.com/news/2006/cinerama_pictureville/index.htm, [dostęp: 6.03.2006]. R a d o m í r D . K o k e š , J a k u b K l í m a P r z e g l ą d f i l m ó w 7 0 m m specjalnych, poświęconych temu kinu „weekendów” 4. Krnowski Przegląd filmów 70mm, powstając w 2006 roku, w odróżnieniu od tamtych filmowych wydarzeń, nie nawiązywał bezpośrednio do żadnego ustalonego zwyczaju urozmaicania regularnych projekcji pokazami filmów o specyficznych forma‑ tach. Organizatorzy chcieli ożywić zainteresowanie formatem, który przestał być stosowany w dystrybucji w Czechach w roku 1992 i żadne z kin, w czasie kiedy odbywała się pierwsza edycja festiwalu, nie było w stanie tego formatu wyświetlać. W Bradford i Karlsruhe przyjęto popularny model filmowych projekcji z elementami roadshowingowych pokazów: możliwością korzystania z bufetu, otwierania i zasłaniania kurtyny, przerwami i muzycznymi wstępami. Krnowskie wydarzenie powstało z inicjatywy właściciela kina Mír 70, Pavla Tomeška, który zorganizował go przy współpracy ze Stowarzyszeniem Czeskich Klubów Filmowych (Asociace českých filmových klubů, AČFK) i Słowackim Instytutem Filmowym. Pavel Tomešek podczas planowania imprezy mógł pośrednio nawiązać do dwóch różnych tradycji: do regularnych krajowych seminariów organizowa‑ nych przez weekend (najczęściej od czwartku albo piątku do niedzieli) pod patronatem AČFK 5, a także do opisanego powyżej sprawdzonego weekendowego modelu przeglądów w formacie 70mm, stosowanego w Bradford, Karlsruhe lub później w Kopenhadze. Krnowski festiwal 70mm, w trakcie swej czteroletniej historii, umożliwia prześledzenie, jak wyraźnie zmieniała się jego koncepcja od pół‑amatorskiego wydarzenia do profesjonalnego przeglądu na europejskim poziomie. Na początku „technofilsko” stawiał przede wszystkim na nostalgię za forma‑ tem 70mm, lub zainteresowanie jego technicznymi aspektami, przy czym sam wybór filmów był raczej przypadkowy (wynikający przede wszystkim z tego, co było dostępne, a po części wypracowany na podstawie wzajemnej współpracy z akademickimi zainteresowaniami Katedry filmu i kultury audiowizualnej Uniwersytetu Masaryka w Brnie) 6. Podczas kolejnych edycji, festiwal zaczął systematycznie wabić widzów konkretnymi tytułami. Dziś już, oprócz studentów kierunków filmoznawczych lub osób pamiętających czasy wyświetlania filmów 70mm, przyjeżdża coraz więcej widzów w niewielkim stopniu zainteresowanych kwestiami formatu. Aby kino Mír 70 mogło pozyskiwać atrakcyjne filmy w najlepszej moż‑ liwej jakości, organizatorzy nawiązali kontakty z amerykańskimi studiami filmowymi i dystrybutorami (głównie 20th Century‑Fox i Warner Bros.), prywatnymi kolekcjonerami (na przykład Herbert Born, Francois Carrin, Hans Hänssler) oraz innymi przeglądami (Bradford Widescreen Weekend, Karlsruhe Todd‑AO Festival). Główny akcent został przesunięty z prostego pomysłu popularyzacji zapomnianego formatu, do próby stworzenia wywa‑ rzonego programu – filmów, które widzowie chcieliby obejrzeć na dużym ekranie (z innymi widzami), nawet jeśli widzieli je już wcześniej. W trakcie drugiej i trzeciej edycji stopniowo testowano możliwości, jak tego dokonać, 4 Oprócz festiwali w Bradford, Karlsruhe i Krnowie, od 2008 roku odbywa się też między innymi wiosenny weekendowy przegląd filmów 70mm w Kopenhadze [ http://www.in70mm. com/news/2009/imperial_ 70mm/index.htm ]; podczas 59 edycji Berlinale w roku 2009 zorganizowano wielką retrospektywę poświęconą filmom 70mm – więcej: [ http://www. berlinale.de/en/archiv/jahresarchive/2009/01_jahresblatt_2009/Retrospekti ve_09.html ]. 5 Chodzi między innymi o wiosenne i jesienne seminaria w Veselí nad Moravou, Seminarium brytyjskiego filmu, Seminarium archiwalnego filmu itd. 6 W programie znalazła się na przykład projekcja epopei Żołnierze wolności, tematycznie powiązana z przebiegającym wtedy kursem Kinematografia ZSRR 1945 – 1991. 121 122 kultura popularna 2013 nr 3 (37) a już czwarta odsłona z sukcesem połączyła nostalgię do filmów 70mm z dramaturgiczną koncepcją. W roku 2006, pierwsza edycja krnowskiej imprezy próbowała wywołać wśród publiczności nostalgię za formatem 70mm. Widzowie byli przyciągani możliwością zwiedzenia kabiny projekcyjnej, a przed seansami powtarzano różne zwyczaje praktykowane od lat 60. do 80. (różne napisy z diapozytywu, stopniowe otwieranie kurtyny demonstrujące szerokość ekranowego płótna). Teoretyk i historyk filmu, Jaromír Blažejovský, w wykładach poprzedzających projekcję, mówił o własnych doświadczeniach z tym formatem, jak również o znaczeniu formatu w kontekście brneńskiej kultury. Chociaż, spośród najbardziej popularnych tytułów, widzów przyciągał przede wszystkim Obcy (który miał tam dwie projekcje), kształt programu podyktowany był głównie tym, co się zachowało i było do dyspozycji (jednak czasami w bardzo złym stanie technicznym). Fakt, iż większy nacisk położono na format, niż na samą ofertę programową, potwierdzał także kilkugo‑ dzinny kompilacyjny zestaw fragmentów na taśmie 70mm, pochodzących z różnych filmów, wraz z komentarzem. W ramach tego pokazu, widzowie mogli obejrzeć, oprócz licznych fragmentów z filmów pełnometrażowych, także krótki dokument Jana Špáty Neděle. Zobaczyli również różnicę między poszczególnymi formatami dzięki demonstracyjnej projekcji tej samej sceny z Kleopatry na taśmie 16mm, 35mm oraz 70mm. Druga edycja z 2007 roku po części nawiązywała do koncepcji pierwszego przeglądu. Po pierwsze, znów zorganizowano pokaz fragmentów filmo‑ wych wraz z komentarzem, po drugie wyświetlono niektóre z popularnych filmów sprzed roku (Uwięzieni w kosmosie, Tabor wędruje do nieba), wreszcie po trzecie, w programie pojawił się Flying Clipper, o którym wspominano podczas otwarcia już w trakcie pierwszej edycji festiwalu, jako o wyjątkowo popularnym tytule w czechosłowackiej dystrybucji. Poszerzyła się również oferta dla kinofilskiej publiczności, która miała szansę obejrzeć filmy Bela, Becket, Niebiańskie dni i Doktor Żywago 7. Koncepcyjny przełom krnowskiego festiwalu nastąpił w roku 2008, gdy przybrał on wyraźnie profesjonalny charakter 8 i w ciągu roku nawiązał szereg nowych zagranicznych kontaktów. Trzecią edycją dołączył do grupy poważanych europejskich „formatowych” przeglądów, a w międzynarodowym kontekście nastąpiła jego instytucjonalizacja. Na seminaria odbywające się w trakcie trzeciej edycji przyjechali zagraniczni badacze i naukowcy. Duński naukowiec, Thomas Hauerslev, redaktor wpływowej internetowej strony In70mm.com, przyjął propozycję przeprowadzania krótkiego wykładu o for‑ matach filmowych, czym wzbogacił jeszcze edukacyjną część krnowskiego 7 Ilustratywny przykład „kinofilskiego” uczestnika krnowskiego wydarzenia przedstawia Petr Soukup, redaktor czeskiego portalu Zóna, zajmującego się pisaniem o „niecodziennych” filmach. Soukup trzy razy pod rząd (2007 – 2009) przyjechał do Krnowa, dzięki wielkiemu zainteresowaniu tylko kilkoma tytułami, po których projekcji opuszczał festiwal. W 2008 roku na stronie Zóna napisał o swojej (wcześniej planowanej) podróży, iż „niektóre kino‑ filskie okazje zdarzają się raz na wiele lat” a projekcja filmu Lawrence z Arabii stała się jego „życiowym kinofilskim wydarzeniem”. Por: [ http://zona.bloudil.cz./index.php?id=1904 ]. W odwołaniu do czwartej edycji, nawiązał do cytowanej opinii: „Przed rokiem relację z weekendowego przeglądu 70mm w kinie Mír w Krnowie nazwałem Jeden raz w życiu, ale to samo można by napisać o każdej z edycji tego fantastycznego wydarzenia”. Online: [ http://zona.bloudil.cz./index.php?id=2226 ]. 8 Jednym z etapów profesjonalizacji był w 2008 roku nowy zwiastun autorstwa Marka Loskota i Jiříego Fialy, absolwentów brneńskiej Katedry filmu i kultury audiowizualnej , którzy zrealizowali go na zlecenie Miejskiego centrum informacji i kultury w Krnowie, jako projekt tamtejszej inicjatywy Filmochod. R a d o m í r D . K o k e š , J a k u b K l í m a P r z e g l ą d f i l m ó w 7 0 m m przeglądu (słowa wstępu przed projekcjami, wystawa technicznego sprzętu kinowego, zwiedzanie kabiny projekcyjnej). Zagraniczna współpraca najwyraźniej przejawiała się w tworzeniu fe‑ stiwalowego programu. Obok projekcji filmowych rarytasów, jakimi były Yemelyan Pugachyov, Kapitan Florian z młyna, Kazimierz Wielki, widzowie oglądali odrestaurowane wersje takich klasyków jak Lawrence z Arabii, West Side Story czy Spartakus. Tak określoną wspomnianą wyżej, docelową grupę publiczności, tworzyli już nie tylko widzowie mający własne doświadczenia z tym formatem, ale też współcześni fani filmowi. Ta tendencja pojawiła się w trakcie tegorocznej, czwartej edycji, w której nacisk na format jako taki niemal zanikł 9, a uwaga skupiła się przede wszystkim na konkretnych filmach. Nostalgię za formatem zastąpiła wcześniej raczej skryta lokalna nostalgia, której obiektem stało się samo kino Mír 70 i jego tradycje. Kino 70mm obchodziło 40. rocznicę powstania, co umożliwiło pokazanie w ramach czwartej edycji odrestaurowanej kopii filmu Ci wspa‑ niali mężczyźni w swych latających maszynach, wyświetlanego w krnowskim kinie w formacie 70mm również przed czterdziestu laty. Wybór filmów był w trakcie czwartej edycji kluczowy, a wiązało się to z różnymi założeniami dramaturgicznymi. Jednym z nich była retrospektywa filmów 70mm powstałych w studiu DEFA: Kapitan Florian z młyna, Sygnały MMXX, Eolomea, Goya. Pierwsze dwa pojawiły się co prawda w programie już w latach wcześniejszych, ale nie były częścią żadnej jasno określonej sekcji tematycznej. Dalszy dramaturgiczny koncept tworzyła grupa wysokobudże‑ towych filmów s‑f, która oferowała trzy różne pojęcia tego gatunku w historii hollywoodzkiej kinematografii: 2001: Odyseja kosmiczna, Obcy i Terminator 2: Dzień sądu 10 . Czwarta edycja oznaczała ponadto ugruntowanie międzynarodowej pozycji, gdyż oprócz frekwencyjnego rekordu, przyjechało wielu zagranicznych gości z obwodu wspomnianych europejskich przeglądów (na przykład badacze Francois Carrin i Hans Hänssler). Niektórzy badacze przywieźli z sobą filmy, które nie tylko wypożyczyli, ale niekiedy nawet sami wyświetlili widowni, a Francois Carrin jako dodatek do projekcji filmów Baraka i Goya przywiózł 70mm kopię filmu reklamowego grupy Shell – Shellerama. Oprócz tego, w przeciwieństwie do poprzednich lat, festiwal zyskał większe zainteresowanie mediów, co skutkowało większą liczbą widzów, którzy przyjechali nawet z odległych zakątków Czech i ze Słowacji. Łączenie pomysłów W ciągu czterech lat swego istnienia, Przegląd filmów 70mm połączył ze sobą różne podejścia: technofilię i kinofilę, edukację i zabawę, kontekst lokalny z międzynarodowym. Jednak nie wymaga on wyłącznie filmów na taśmie 70mm, od zwracania uwagi na format akcent przesunął się raczej na prezentowanie go młodszej generacji, która w ciągu swojego życia była kon‑ frontowana głównie z innymi typami kinematograficznego seansu. Nostalgię za „siedemdziesiątką” wśród młodszych widzów zastąpiła (sądząc na postawie 9 Choć w trakcie poprzednich edycji, niektóre atrakcyjne filmy wyświetlano też z kopii 35mm, na przykład Podróż do Nowej Ziemi lub Sen nocy letniej. 10 Oprócz wspomnianego grona, znalazły się też tam wspomniani Ci wspaniali mężczyźni w swych latających maszynach, nowy francuski film Paryż 36, udało się wypożyczyć jego jedyną kopię na taśmie 70mm, Ostatnia dolina, Baraka i Nietykalni. 123 124 kultura popularna 2013 nr 3 (37) rozmów przeprowadzonych w trakcie trwania festiwalu) raczej nostalgia za wcześniejszymi projekcjami, gdy oglądali film w innym medium (telewizja, komputer) i na innym formacie (VHS, DVD). Format z obiektu wspomnień staje się dla nich obiektem zainteresowań lub też wyjątkowości – jak obraz Paryż 36, który to film mogli zobaczyć wcześniej i w lepszej jakości niż „pozostali”. Chodzi o inny rodzaj nowej medialnej arystokracji, jak ją pojmuje teoretyk filmu Barbara Klingerová (Klingerová, 2005: 83 – 104). Opisuje ona jak format DVD i kino domowe skupiają uwagę fanów filmowych na technicznych aspektach projekcji, jakości kopii i różnych wersjach filmu, bardziej niż na samym filmie. Krnowski przegląd stopniowo poszedł w drugą stronę, postanowił popula‑ ryzować zapomniany/nieznany format w ten sposób, iż umożliwił widzom oglądanie na dużym ekranie filmów, które być może chcieliby po raz kolejny, lub po raz pierwszy zobaczyć. Przyjadą za ulubionym filmem (lub kilkoma filmami), a wrócą zaznajomieni z formatem, który przez kilka dziesięcioleci prezentował najwyższą możliwą techniczną jakość. Tę hipotezę potwierdza ankieta, przeprowadzona w foyer kina, w której widzowie mogli wybierać spośród wszystkich dostępnych filmów 70mm, które najchętniej chcieliby zobaczyć w przyszłym roku. Podobnie sposób prezentacji festiwalu jest prowadzony na dwóch frontach, gdyż jednocześnie, a zarówno oddzielnie istnieje w lokalnej, jak i międzyna‑ rodowej świadomości. Krnowskiej publiczności jawi się jako wielka rodzima impreza, która jest przede wszystkim wiązana z jej inicjatorem i założycie‑ lem Pavlem Tomeškiem, a po drugie nawiązuje na długotrwałą tradycję formatu w kinie Mír 70. Jako międzynarodowe wydarzenie w kontekście innych podobnych europejskich przeglądów, krnowska impreza figuruje szczególnie dla zagranicznych mediów (wyspecjalizowanych stron inter‑ netowych i czasopism poświęconych filmowej technice (Hauerslav, 2007; Gill, 2007)). oraz zagranicznych gości. Z nimi organizatorzy krnowskiego festiwalu odwiedzają się nawzajem podczas kolejnych przeglądów lub też wzajemnie wypożyczają poszczególne filmy. Krnowscy działacze w 2009 roku pośredniczyli w wypożyczeniu kopii Becketa na Widescreen Weekend w Bradford. W roku 2008 podobnym sposobem dostarczyli kopię filmu Kapitan Florian z młyna na jubileuszową projekcję w berlińskim kinie Delphi. Paradoksalnie dla zagranicznych miłośników tematu, krnowska impreza jest bardziej kusząca niż dla wielu czeskich filmowych fanów (występuję tam też inna tendencja – zagraniczni goście przyjeżdżają dla wyjątkowego formatu, zaś czescy na filmy). O tym, że te stale rozwijane strategie krnowskiej imprezy cieszą się po‑ wodzeniem, świadczą dane dotyczące frekwencji. W ciągu pierwszej edycji w 2006 roku sprzedano 371 wejściówek (na 11 seansów), a projekcje w ramach festiwalu odbywały się pomiędzy regularnymi projekcjami dla miejscowej publiczności. W roku 2007 sprzedano już 1071 biletów (13 seansów), a w 2008 roku ich liczba wzrosła do 1225 (10 seansów). Największy „naturalny” wzrost nastąpił w trakcie tegorocznego czwartego przeglądu, kiedy to zakupiono 1761 biletów (14 seansów) 11. Wzrost pomiędzy pierwszą a drugą edycją był oczywiście spowodowany głównie tym, iż przy okazji trwania festiwalu zorganizowano walne zebranie AČFK. Wyraźną różnicę między frekwencją trzeciej i czwartej odsłony można zaś odczytać (obok większej liczby projekcji) przede wszystkim jako zmianę powyżej opisanych strategii i przesunięcia priorytetu z technofilii na kinofilię, od atrakcyjności samego formatu, do 11 Źródło: wewnętrzne materiały kina Mír 70. R a d o m í r D . K o k e š , J a k u b K l í m a P r z e g l ą d f i l m ó w 7 0 m m interesujących tytułów (a domyślnie także atrakcyjności formatu w jakim są wyświetlane). Przegląd stara się stale komunikować z jego uczestnikami, wychodzić naprzeciw ich potrzebom czy pomysłom, a jednocześnie wypracowywać jasną dramaturgiczną koncepcję, która będzie spełniać wymagania określane indywidualnymi potrzebami. Udaje mu się pozyskiwać różne typy widzów (od mieszkańców Krnowa, przez kiniarzy, studentów i kinofilii, aż po zagra‑ nicznych gości), budować świadomy stosunek do filmowego formatu poprzez atrakcyjne filmy, a przy tym funkcjonować na lokalnym i międzynarodowym poziomie, swoją koncepcją dopełniając wspomniane europejskie przeglądy o podobnym charakterze. Ponadto nie chodzi już tylko o jedyne takie wydarzenie w Czechach, dlatego że w maju 2009 uroczyście otwarto wspomniane już odrestaurowane kino 70mm w Varnsdorfie. Dotychczas w omawianym formacie pokazano tam tylko film Paryż 36, który niewiele wcześniej wyświetlano na krnow‑ skim festiwalu. Nie wiadomo zatem, jak dalej swoje techniczne możliwości wykorzysta kino w Varnsdorfie, ale Przegląd filmów 70mm w Krnowie dziś już jednoznacznie dowodzi, iż przy pomocy różnych sposobów, można wśród widzów ten pozornie martwy format ożywić. przełożył Mikołaj Góralik Pierwodruk: Iluminace. Časopis pro teorii, historii a estetiku filmu, Praha: Národní filmový archiv, 2009 (21), Nr 3. Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „Narodowy Program Rozwoju Humanistyki” w latach 2013 – 2014, projekt nr 21H 12 0206 81 (kierownik mgr Łukasz Biskupski). Bibliografia: Belton J. Widescreen Cinema (1992). London. Danielis A. Česká filmová distribuce po roce 1989, „Iluminace”, 19, (56). Gill M. (2007). Królewski format, „Kino”, 5, (48 – 49). Hauerslev T. (2008). 70mm isn’t dead it just smells funny! „Cinema Technology”, 21. Havelka J. (1975). Čs. filmové hospodářství. 1961 – 1965. Praga. Havelka J. (1976). Čs. filmové hospodářství. 1966 – 1970. Praga. Klingerová B. (2005). Współczesny kinofil. Filmowe zbieractwo po erze video, „Iluminace”, 17 (83 – 104). Thompson K., Bordwell D. (2009). Film History: An Introduction. Columbus. Toeplitz J. (1973). Nowy film amerykański. Warszawa. 125 126 kultura popularna 2013 nr 3 (37) rótki K przyczy nek do an‑archeo logii audio‑wizual ności filmu Tomasz Misiak Polska ii połowa xix wieku DOI: 10.5604/16448340.1094747 T o m a s z M i s i a k Krótki przyczynek do an‑archeologii audio‑wizualności film An‑archeologia mediów jest (…) zbiorem osobliwości. (…) Przez osobliwości rozumiem znaleziska z bogatej historii widzenia, słyszenia i łączenia za pomocą środków technicznych – znaleziska, w których rozbłyska coś, co wytwarza ich samoistne świecenie i co zarazem wskazuje poza znaczenie i funkcję, jaką tłumaczy kontekst ich powstawania. Siegfried Zielinski Wstęp Perspektywę teoretyczną prowadzonych tu dociekań stanowi koncepcja archeologii mediów Siegfrieda Zielinskiego. A mówiąc dokładniej jego propozycja an‑archeologii mediów. To w jej świetle chciałbym zarysować określoną w tytule problematykę audio‑wizualności filmu i kina ograniczoną do wybranego momentu polskiej historii. Jak rozumieć postawę an‑archeologiczną? Zielinski podpowiada: „w kon‑ cepcji archaiologia zawiera się nie tylko to, co stare, pierwotne (archaios), ale również czynność rządzenia, panowania (archein), jak też rzeczownik archos, przywódca. Anarchos to nomen agentis do archein i oznacza nieobecność przywódcy, a także rozwiązłość” (Zielinski, 2010: 37). Jeśli zatem archeologię traktować jako swoistą formę identyfikacji władzy w geście odkrywania i porządkowania historii, to an‑archeologia rezygnowałaby zarówno z władzy, jak i z chęci porządkowania. Co to oznacza dla badań nad mediami? Przede wszystkim „pochwałę osobliwości”. An‑archeolog w swej postawie badawczej wyczulony jest na to, co niezwykłe, sensacyjne, niepowtarzalne, ale zarazem z rozmaitych powodów (kulturowych, estetycznych, ideowych) zapomniane czy też zepchnięte na margines teoretycznych rozważań oraz praktycznych zastosowań. An‑archeolog wykorzystuje „pobudzający potencjał” odkrytych przez siebie sensacji by pokazać, że one wciąż działają pomimo tego, a może właśnie na przekór temu, że zostały pominięte i nie wpisały się w tradycyjną wizję historycznego postępu. W tym sensie an‑archeolog rezygnuje z władzy porządkowania. Nie chodzi o to, by traktować „znaleziska” jako brakujące elementy pozwalające lepiej zrozumieć zarysowany już w pewien określony sposób rozwój historyczny. W takiej perspektywie „porządek jest oznaką braku, a nie nadmiaru” (Zielinski, 2010: 38), a osobliwości stają się fenomenami wyrzuconymi na margines historii, który przypomina, że wizja postępu jest, podobnie jak składające się na nią elementy, teoretyczną konstrukcją, a nie odzwierciedleniem rzeczywistości. „Historia mediów nie jest odwzorowaniem wszechpotężnej tendencji [ rozwoju ] od form prymitywnych do coraz to bardziej złożonych” – zauważa Zielinski. Być może zatem rezygnując z władzy porządkowania będziemy bardziej wyczuleni na to, co indywidualne i niepowtarzalne. Czyż nie przy‑ pomina to o jednym z Baconowskich idoli? To idola tribus, w którym Bacon widział nieposkromioną skłonność do szukania prawidłowości, harmonii, porządku, symetrii przy jednoczesnej chęci udowadniania za wszelką cenę raz przyjętego poglądu. To właśnie perspektywa, której unika Zielinski. Bacon pisał: Rozum ludzki ma tę właściwość, że skłonny jest przyjmo‑ wać większy porządek i większą prawidłowość w świecie niż naprawdę znajduje, i jakkolwiek w przyrodzie istnieje wiele rzeczy jedynych w swoim rodzaju i całkiem od siebie różnych, to jednak rozum wymyśla między nimi paralele, 127 Tomasz Misiak – doktor filozofii. Łączy teorię z praktyką na polu sztuki i nauki. Autor książek naukowych „Estetyczne konteksty audiosfe‑ ry” oraz „Kulturowe przestrzenie dźwięku”, a także wielu artykułów opublikowanych w cza‑ sopismach i publikacjach zbiorowych. Poza pracą teoretyczną sprawdza rezultaty swoich docie‑ kań na gruncie praktyki artystycznej poszukując różnorodnych możliwości wyrazu rozpiętych po‑ między hałasem i ciszą w obrębie sztuki dźwięku. Na co dzień adiunkt w Katedrze Kulturoznaw‑ stwa Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Po‑ znaniu oraz wykładowca na Uniwersytecie Arty‑ stycznym w Poznaniu. 128 kultura popularna 2013 nr 3 (37) odpowiedniości i stosunki, które w rzeczywistości nie istnieją (Bacon, 1955: 69). Zielinski zaś przekonuje, że „myśli o stałym postępie od form niższych do wyższych, od tego, co proste, do tego, co złożone, należy się wyzbyć podobnie jak metafor, za pomącą których go opisywano i jeszcze się to robi” (Zielinski, 2010: 9). Chciałbym uaktywnić podobny sposób myślenia w ramach problemowych zaznaczonych w tytule niniejszego szkicu. Będę się starał przywołać takie wątki, które zostały zapomniane, o których rzadko się przypomina, a które, pomimo swojej nieaktualności na poziomie pragmatycznym, wciąż wydają się interesujące na poziomie ideowym i, jako osobliwości, odsyłają poza bez‑ pośredni kontekst swego powstania. Zanim jednak przejdę do konkretnych przykładów, zmuszony jestem zaznaczyć jeszcze jeden kontekst problemowy, który pozwoli na dokładniejsze zarysowanie podstaw teoretycznych, w które chciałbym wpisać niniejsze rozważania. W pewnym sensie problematyka ta wskazana została także przez Zielinskiego, lecz występuje ona u niego implicite, a należy ją przedstawić bezpośrednio. Chodzi o pojęcie audio‑wizualności i związany z nim problem zmysłowości odbioru audio‑wizualnego. Podtytuł książki Zielinskiego: O głębokim czasie technicznie zapośredniczonego słuchania i widzenia nie pozostawia wątpliwości, że an‑archeologia mediów to nie tylko opis określonych zjawisk czy obiektów, ale także związanych z nimi form odbioru. W kontekście filmu i kina zaś oglądanie i słuchanie pełnią pierwszorzędną rolę w odbiorze zapośredniczonych technicznie komunikatów. Próbując wykorzystać postawę an‑archeologiczną do badań dotyczących filmu należy więc choć szkicowo odpowiedzieć na pytanie o charakter słyszenia i widzenia oraz ich połączeń w ramach doświadczeń audio‑wizualnych. By odpowiedzieć na to pytanie chciałbym odwołać się do teorii „trans ‑zmysłowości” zaproponowanej w latach 90. ubiegłego wieku przez francuskiego badacza audio‑wizualności Michela Chiona. Konsekwencje teoretyczne, jakie wyprowadza Chion ze swoich badań nad filmem pozwalają bowiem na podkreślenie wagi analiz dotyczących zmysłów, a także korygują szereg mitów głęboko zakorzenionych w „dyskursie audio‑wizualnym”. Jednym z takich mitów jest przekonanie o odrębności, rozłączności słuchania i widzenia podczas odbioru przedstawień audio‑wizualnych. Pozwalało to na nobilitację procesu widzenia, a tym samym na sprowadzanie analiz dotyczących filmu do badań nad ruchomym obrazem. Obraz i ruch traktowano przy tym jako kategorie, które nie tylko wyznaczają odpowiednie sposoby myślenia o kinie ale także pozwalają na traktowanie filmu jako szeroko pojętej sztuki wizualnej. Tymczasem przecież mamy do czynienia ze sztuką audio‑wizualną czy też, jak chce Chion z „audio‑wizją”, która zaznacza swój słuchowo‑wzrokowy charakter, nie pozwalający na zupełnie odrębne traktowanie dźwięku i obrazu, słyszenia i widzenia. Zjawisk tych nie da się bowiem od siebie oddzielić. Wzrok dostarcza informacji i doznań, spośród których za‑ ledwie ułamek może uchodzić za tylko i wyłącznie wizual‑ ny (kolor), inne są natomiast trans‑zmysłowe. Podobnie też rzecz ma się ze słuchem, ponieważ zbiera różne informacje i doznania, a tylko część z nich można zaklasyfikować jako typowo słuchowe (wysokość i stosunki interwałów), reszta, tak jak w przypadku wzroku, nie da się jedno‑ znacznie przypisać żadnemu zmysłowi (Chion, 2012: 110). T o m a s z M i s i a k Krótki przyczynek do an‑archeologii audio‑wizualności film Tak rozumiane zależności pomiędzy słyszeniem i widzeniem pozwalają mówić o swoistej teoretycznej dychotomii pomiędzy inter‑ oraz trans‑zmysłowością. W trans‑zmysłowym modelu (lub meta‑zmysłowym), który stawiam w opozycji do inter‑zmysłowego, nie ma jednostkowych i odizolowanych danych zmysłowych, ponieważ zmysły, spełniając funkcję kanałów czy przejść, same nie stanowią terytorium ani właściwej domeny doświadczenia (Chion, 2012: 111). Dopiero w tak zarysowanej perspektywie an‑archeologiczne tropienie osobli‑ wości okazuje się przyczynkiem do pogłębionych badań nad filmem jako sztuką audio‑wizualną. Przyjrzyjmy się zatem teraz tym wybranym przykładom, które wyznaczały wczesne eksperymenty doprowadzające w konsekwencji do eksplozji filmu oraz jego popularyzacji jako sztuki audio‑wizualnej. Ochorowicz, Wikszemski, Prószyński – zapomniani prekursorzy Zacznijmy od wynalazków Juliana Ochorowicza (1850 – 1917) – fizyka, psychologa, filozofa, konstruktora, którego techniczne rozwiązania przyniosły mu rozgłos w całej Europie w latach 80. XIX stulecia. Opatentowany w 1882 roku mikrofon stanowi pierwszy poważny wkład polskich techników w rozwój urządzeń umożliwiających wzmacnianie i przenoszenie dźwięku na duże odległości. Konkurując na tym polu z innymi rozwiązaniami pojawiającymi się na gruncie europejskim, propozycje Ochorowicza dawały realną możliwość wyzwolenia się spod wpływu uciążliwego monopolu patentów Thomasa Edisona. Tekst przedstawiający zasady działania mikrofonu został napisany we Lwowie w 1878 roku i w tym samym roku opublikowany w czasopiśmie „Kosmos”. Ochorowicz, z charakterystyczną dla siebie filozoficzną dociekli‑ wością, zauważa: Nie tylko najprostsze wynalazki, ale i najprostsze te‑ oryje przychodzą zwykle najpóźniej. Myśl uderzona niezwykłością faktu, wyszukuje dlań najpierw równie niezwykłe objaśnienia i dopiero szereg długich doświad‑ czeń sprowadza nas na właściwy grunt przyrodniczy: prostoty i naturalności (Ochorowicz, 1878: 328). Wstęp ten nie stanowi tylko, jak moglibyśmy dzisiaj sądzić, błyskotliwego lecz zarazem lapidarnego wprowadzenia. Chodzi bowiem o cel znacznie po‑ ważniejszy, niż wzbogacenie tekstu naukowego filozoficzną retoryką. Chodzi o przeciwstawienie wyników własnych eksperymentów teoriom powszechnie przyjmowanym wówczas w całej Europie. Z odwagą i pewnością naukowca wierzącego w moc doświadczeń i eksperymentów wynalazca zauważa: (…) czytając zawiłe domysły francuskich i angielskich dzienników przyrodniczych na temat mikrofonu, za‑ uważyłem znaczną dysharmonię pomiędzy prostotą 129 130 kultura popularna 2013 nr 3 (37) faktów, a subtelnością wygłaszanych teoryj. Lękałem się jednak wystąpić przeciw przyjętemu przez najpierwsze powagi mniemaniu, jakoby mikrofon był tem dla ucha czem mikroskop dla oka (…) (Ochorowicz, 1878: 328). Mikrofon nie jest tym dla ucha, czym mikroskop dla oka! – to jedno z najważ‑ niejszych odkryć tamtego czasu, które przyczyniło się do rewizji bezkrytycznie przyjmowanych rozwiązań, umożliwiając rozwój pracy nad mikrofonem i telefonem oraz pozwalając w konsekwencji na przenoszenie dźwięków na odległość. Dlaczego to odkrycie jest takie ważne? Do momentu, gdy sądzono, iż mikrofon, podobnie jak mikroskop, „powiększa”, wzmacnia fale dźwiękowe nie potrafiono zastosować odpowiedniego przewodnika dla fal akustycznych. Wyniki doświadczeń Ochorowicza pokazały natomiast, że „ani dźwięki ani szmery jako zjawiska akustyczne nie ulegają żadnemu wzmocnieniu przez mikrofon, (…) natomiast towarzyszące im ruchy mechaniczne zostają wszystkie bez wyjątku zamienione na szmery i dźwięki odpowiedniej im siły”. A zatem, konkluduje wynalazca: „Mikrofon (połączony z telefonem) zmienia zjawiska mechaniczne na akustyczne i dołącza je do akustycznych, które przenosi łatwiej niż sam telefon, ale bez wzmocnienia” (Ochorowicz, 1878: 333) 1. Działanie mikrofonu nie powinno więc wiązać się ze zmianą ilościową – wzmocnieniem lecz ze zmianą jakościową – przekształceniem. Dopiero po przyjęciu takiego założenia można było rozpocząć pracę nad urządzeniem, które mogło stać się częścią rozmaitych aparatur audialnych. W tym też sensie doświadczenia i propozycje konstruktorskie Ochorowicza z pewnością zasługują na miano osobliwości. Jednak to nie sam mikrofon, ale eksperymenty nad łączeniem dostępnych wówczas możliwości w zakresie wzmacniania i przenoszenia dźwięku dopro‑ wadziły Ochorowicza do stworzenia pierwszego na świecie urządzenia do transmisji dźwięku. Połączenie telefonu magnetycznego z tubą akustyczną oraz „termomikrofonem” pozwoliło „po raz pierwszy w historii rozwoju techniki dźwiękowej na wystarczająco głośny i wyraźny odbiór dźwięków mowy czy muzyki w wielkim pomieszczeniu” (Wajdowicz, 1962: 25). Historyk techniki Roman Wajdowicz przypomina, że wynalazki Ochorowicza prezentowane były i doceniane na wielu prestiżowych wystawach 2, co zaowocowało wy‑ korzystywaniem jego patentów do głośnych transmisji koncertów czy oper z miejsc, które znajdowały się w dużej odległości od budynków wystawowych. Wyobraźmy sobie następującą sytuację: po raz pierwszy w życiu mamy możliwość wysłuchania koncertu w sali, w której n i e odbywa się koncert. Co więcej, wiemy, że koncert ten odbywa się w innej sali. Zarówno osoby znajdujące się t a m, jak i t u uczestniczą w tym samym wydarzeniu. Jakie znaczenie ma wytworzona w ten sposób różnica? Jakie znaczenie ma t r a n s m i s j a? Te pytania wskazywały na niezwykle różnorodną sferę dociekań związanych z relacjami łączącymi człowieka, technikę i sztukę stając się ważnymi dro‑ gowskazami na drodze do rozmaitych form technologicznego determinizmu. 1 Artykuł Ochorowicza, z którego pochodzą cytowane fragmenty dostępny jest także w katalogu HINT (Historia Nauka Technika) na stronie www.hint.org.pl. 2 Przy czym w jednym tylko 1885 roku wynalazki Ochorowicza prezentowane były aż na trzech wielkich wystawach: na Paryskiej Wystawie Elektryczności, Wystawie Powszechnej w Antwerpii oraz na III Wystawie Elektryczności w Petersburgu, gdzie Polak wygrał konkurs, którego celem miało być wyłonienie wyróżniającego się „systemu głośnego prze‑ noszenia telefonicznego dźwięków, za pomocą którego dostatecznie jasno i wyraźnie byłyby przekazywane mowa, śpiew i muzyka orkiestralna w Sali zdolnej pomieścić do 200 osób”. T o m a s z M i s i a k Krótki przyczynek do an‑archeologii audio‑wizualności film Zanim jednak dostatecznie pogłębiona została ludzka świadomość moż‑ liwości partycypacyjnych w medialnie zapośredniczonej kulturze, jedno było wówczas pewne: za sprawą wywołanych w ten sposób doświadczeń diametralnie zmieniła się sytuacja odbioru. Zapośredniczenie dźwięków, a później także obrazów doprowadziło do nowej sytuacji komunikacyjnej, która w przyszłości stanie się standardową sytuacją odbiorczą w kontekście przekazów audio‑wizualnych. Wynalazki Ochorowicza stanowią wyraźny przykład pionierskich eksperymentów, których znaczenie, nawet wbrew same‑ mu konstruktorowi, dalece wykracza poza bezpośredni historyczny kontekst powstania. Pamiętać zatem należy, że w wieku XIX zapoczątkowany został nie tylko, trwający do dziś, proces wzmożonej i konsekwentnej instytucjonalizacji przekazów audio‑wizualnych ale także proces standaryzacji określonych, cielesnych praktyk odbiorczych. Michał Libera zauważa w kontekście analiz dotyczących muzyki, że także wówczas w miastach powstają filharmonie – osobne budynki, których jedyną funkcją jest prezentowanie muzyki; nie służą już ani teatrowi, ani religii, ale nie dopuszczają także przenoszenia nawyków z ulicy. W Sali koncertowej mamy tylko słuchać. Co oznacza również: nauczyć się posługiwać naszym ciałem w takiej sytuacji. Nie ruszamy się, nie chodzimy, siedzimy wyprostowani (Libera, 2010: 66). Sytuacja ta przeniesiona zostanie w konsekwencji także do kina, choć nie odbędzie się to tak łatwo i restrykcyjnie, jak w przypadku filharmonii. I choć świadectwa dokumentujące historię organizowania pierwszych publicznych pokazów filmowych w Polsce zaświadczają o tym, że pierwsze „kina” aran‑ żowane były w przestrzeniach wcześniej przeznaczonych dla prezentacji muzyki (Dębski, 2012), to jednak w pełni nie dało się przenieść nawyków koncertowych do sytuacji wytworzonej przez przekaz filmowy. Podczas wielu projekcji filmowych we wczesnych kinach sprzedawano piwo, a zdaniem jednej z pierwszych badaczek „socjologii kina”, Emilie Altenloh, początkowo publiczność kinowa wywodziła się z niższych warstw społecznych (Altenloh, 2014). Opisy pierwszych publicznych pokazów filmowych pełne są sytuacji odzwierciedlających raczej nawyki z ulicy, niż zachowań, które byłyby świa‑ dectwem narodzin świadomości uczestnictwa w nowych formach instytucjo‑ nalizacji sztuki. Bez względu jednak na społeczne tło historii kinematografii, umożliwione przez wynalazki Ochorowicza sposoby prezentacji traktować należy jako zaczątek nowego myślenia o przekazach audio‑wizualnych. Wyraźny związek techniki i wynalazczości z kształtowaniem się określonych standardów w produkcji filmowej miały eksperymenty przeprowadzane przez Adama Wikszemskiego (1847 – 1889). To postawa będąca przykładem łączenia pracy naukowej z eksperymentami w dziedzinie techniki. Wikszemski jako lekarz i anatom zainteresowany problematyką drgań mięśniowych i pobudliwości nerwów wymyślał sposób zapisu fonogramów, który, jak sądził, pozwoli na uzupełnienie badań nad fizjologią człowieka. W opisie patentowym znajduje się następująca charakterystyka wynalazku: Jest to sposób, który przy pomocy fonogramów w kształ‑ cie taśm lub pasków z jednym brzegiem falistym przedstawiającym przebieg drgań, odpowiadającym zapisanym głosem lub dźwiękiem, umożliwia (…) 131 132 kultura popularna 2013 nr 3 (37) odtwarzanie tych głosów (…) dzięki temu, że falisty brzeg paska przesuwany jest z odpowiednią szybkością między źródłem światła a komórką selenową, umieszczoną za szczeliną ścianki (…) Komórka selenowa włączona jest w obwód prądowy z aparatem odsłuchowym (…) Na selen działa źródło światła tylko tą częścią krzywej utrwalonej na fonogramie, która znajduje się przed ot‑ worem szczeliny (Wajdowicz, 1962: 32). Znaczenie wynalazku Wikszemskiego dalece wykraczało poza wąską spe‑ cjalizację wyznaczoną przez samego konstruktora. Bardzo szybko fotogra‑ ficzny zapis dźwięku zaczął być stosowany w innych dziedzinach, a nazwa „fonogram” weszła na stałe do słownika pojęć technicznych i upowszechniła się na całym świecie. Od tej pory taśma, nośnik służący do utrwalania, zapi‑ sywania obrazów zyskuje nowe znaczenie. Wymyślony przez Polaka sposób zapisu dźwięku umożliwia bowiem proste łączenie zapisu obrazu i dźwięku na jednym nośniku, poprzedzając narodziny audio‑wizualności. I choć sam wynalazca zainteresowany był głównie zagadnieniem utrwalania dźwięku, to analizując znaczenie jego wynalazków Roman Wajdowicz zaznacza, iż przypuszczać można, że umieszczenie przez Wikszem‑ skiego śladu dźwiękowego na brzegu nośnika wpłynęło na powstały kilkanaście lat później sposób wykorzystania skraju filmowej taśmy obrazowej dla umieszczenia ścieżki dźwiękowej. Bezsporną zasługą Wikszemskiego jest opracowanie metody zmiennego naświetlania światło‑ czułej powierzchni nośnika dźwięku poprzez szczelinę mechaniczną za pomocą odpowiednio modulowanego strumienia świetlnego (Wajdowicz, 1962: 33). W ten sposób możliwe stało się połączenie światła, obrazu i dźwięku w me‑ chaniczno-analogowym systemie przekształceń, który okazał się motorem napędowym przemian konstytuujących nowy typ kultury audio‑wizualnej. Prekursorskie działania Wikszemskiego przyczyniły się także do wzmo‑ żonych poszukiwań w zakresie synchronizacji obrazu i dźwięku zapisywa‑ nego metodą mechaniczną. Wczesne próby przeprowadzane przez Edisona i jego współpracownika Williama Dicksona zwieńczone wynalezieniem Kinetophone’u, Chronophotographon Georga Demeny’a czy producen‑ ckie eksperymenty Léona Daumonta miały także swoje kontrpropozycje w działaniach polskiego konstruktora Kazimierza Prószyńskiego (1875 – 1945). Działalność Prószyńskiego rozwija się w niezwykle trudnym okresie dla rozwoju kinematografii. To bowiem okres, w którym tworzone krótkie i wciąż nieliczne formy audio‑wizualne w postaci krótkich filmów z towarzyszeniem dźwięków mechanicznych znacząco tracą na popularności. Przyczynia się do tego niska jakość aparatury dźwiękowej, a także niespotykany wcześniej na taką skalę rozwój filmu niemego, który za sprawą swych pełnometrażowych form wypiera w konsekwencji potrzebę dalszych prac zmierzających do synchronizacji obrazu i dźwięku 3. Prace Prószyńskiego okazują się w tym świetle tym bardziej znaczące. 3 Zob: Roman Wajdowicz, dzieł. cyt., s. 37. Autor zauważa, że „rozwój urządzeń dźwięko‑ wych opartych na zapisie mechanicznym (…) zostaje w tym okresie wyraźnie zahamowany i około 1914 r. filmy tego typu, zapoczątkowane w 1903 r., schodzą właściwie z ekranów kin”. T o m a s z M i s i a k Krótki przyczynek do an‑archeologii audio‑wizualności film Konstruktor z Warszawy jest twórcą wielu oryginalnych urządzeń, z których najważniejsze to: Pleograf – aparat projekcyjny z chwytakiem (1894), Tele‑ fot – aparat do przesyłania obrazów na odległość (1898), przesłona w aparacie projekcyjnym (1909), Aeroskop – ręczna kamera filmowa (1910) oraz amatorska kamera filmowa – Oko (1912). Opublikowany w 1898 roku w miesięczniku „Światło” opis bio – pleografu, pierwszego ważnego dla konstruktora urządzenia, wzbudzał wówczas duże uznanie nie tylko środowiska osób profesjonalnie zainteresowanych rozwojem fotografii, ale także szerszego grona fotografów – amatorów. Prószyński zbiera wiele funkcjonujących już wówczas w Europie rozwiązań i swym wynalaz‑ kiem umożliwia rozkwit fotografii nieprofesjonalnej otwierając szerokie pole eksperymentów przyczyniających się do pogłębienia świadomości dotyczącej związków ruchu i światła w otaczającej nas, zmiennej, to znaczy nie zapla‑ nowanej przez fotografa, rzeczywistości. Opis urządzenia rozpoczyna się od charakterystycznego w tym kontekście zdania: „(…) zamierzam opisać przyrząd, służący do kopiowania z natury i odtwarzania wrażeń świetlnych, jakie odbiera oko nasze przy wszelkich widocznych ruchach ciał z zachowaniem wrażenia ciągłości danych ruchów”. I, co ważne: „System (…) może być stosowanym tak do aparatów wielkich, służących do publicznych przedstawień, jak i do małych, amatorskich aparatów. (Prószyński i inni, 1899: 398). Realizując przy pomocy swego urządzenia krótkie filmy i opisując dokładnie ich powstawanie oraz publikując efekty swych prac w popularnonaukowych czasopismach, 4 Prószyński bez wątpienia przyczynił się do, niespotykanego wcześniej na taką skalę, zainteresowania technicznymi aspektami fotografii i filmu. Dla nas jednak najważniejsze są te próby, które przyczyniły się do roz‑ wiązania problemu synchronizacji obrazu i dźwięku. W tym celu Prószyński eksperymentuje ze sprzężonym powietrzem i w 1907 roku patentuje w Berlinie sposób pneumatycznego sprzężenia projektora z gramofonem („Aparat do zapewnienia współbiegu kinematografów i maszyn mówiących”). Nie są to jeszcze rozwiązania, które pozwalałyby na wyciągnięcie skrajnych konsekwencji z wynalazków Wikszemskiego i stosowanie jednego nośnika zarówno dla obrazu, jak i dźwięku, ale podkreślają wartości płynące z prób „udźwiękowienia” ruchomych obrazów czemu Prószyński oddał się bez reszty. Jednak pomimo oryginalności rozwiązań wynalazków tych nie udało się wprowadzić do produkcji przemysłowej w Polsce. Prószyński zmuszony był realizować swoje filmy w studiach angielskich, a po latach wszystkie jego patenty wykupione zostały przez firmy europejskie. Historycy techniki podkreślają, że swymi eksperymentami Prószyński podsunął ówczesnym technikom i konstruktorom nowy kierunek pomysłów w zakresie synchronizacji obrazu i dźwięku. Same losy tych wynalazków pozostają jednak nieznane. W kontekście jednego z nich, „Maszyny mówiącej, której talerz płytowy sprzężony jest z mechanizmem napędzającym” z 1911r Wajdowicz pisze: Także i o losach tego wynalazku Prószyńskiego niewiele nam wiadomo. Prawdopodobnie podzielił on los wielu innych z tego okresu i zakupiony został przez przemysłow‑ ców filmowych zachodnioeuropejskich, którzy w obawie przed konkurencją wykupywali licencje na wszystkie wynalazki z dziedziny techniki filmowej i dźwiękowej, 4 W artykule Bio – pleograf, który ukazał się w „Świetle” Prószyński zamieszcza kadry z jednego ze zrealizowanych przez siebie filmów przy użyciu opisywanego aparatu. Są to prawdopodobnie pierwsze tego typu ilustracje w polskim czasopiśmie. 133 134 kultura popularna 2013 nr 3 (37) uniemożliwiając powstawanie odpowiednich przemysłów w krajach zacofanych technicznie (Wajdowicz, 1962: 46). Być może zatem splot rozmaitych zależności polityczno‑ekonomicznych zadecydował w konsekwencji o tym, że wiele polskich wynalazków z tamtego okresu nie było w stanie zademonstrować w pełni swego prekursorskiego i ory‑ ginalnego charakteru. Zostały one wpisane i „rozpuszczone” w systemowych poszukiwaniach bardziej zamożnych i obdarzonych władzą instytucji, które doprowadziły do określonej standaryzacji w obrębie technicznych środków audio‑wizualnych. Ważniejsze jednak jest to, iż, jak świadczą źródła z tamtych lat, wyna‑ lazki polskich konstruktorów były motorami napędowymi i jednocześnie katalizatorami niezwykle wówczas silnych przeżyć dostarczanych przez możliwości obcowania ze sztucznie osiągniętymi synchronizacjami audio ‑wizualnymi. Trudno przecenić ten fakt świadczący o wpływie polskich wynalazców na powstawanie nowej, szukającej dopiero swojej tożsamości, kultury audio‑wizualnej oraz nowymi modelami partycypacyjnymi w jej obszarze. A oto jeden z opisów dokonany przez świadka pierwszego po‑ kazu „kinofonu” Prószyńskiego, który został opublikowany w krakowskim czasopiśmie „Czas”: „(…) Widzieliśmy wówczas zdjęcia kinematograficzne, w których obrazy oddane były ze wszystkimi dźwiękami, rozmową i tak dalej. Złudzenie chwilami było takie, że się zapominało, że dźwięki wydawane są przez aparat; wydawało się, że to w rzeczywistości mówią, grają i śpiewają pokazywane osoby” (Jewsiewicki, 1974: 99). Przemiany, zarówno te techniczne, jak i mentalne oraz kulturowe, które doprowadziły do oswojenia tego rodzaju doświadczeń są już jednak częścią współczesnej historii… Zamiast zakończenia: audio ‑wizualność rozproszona jako zwiastun nowej kultury? Prezentowane powyżej przykłady urządzeń oraz sposobów zapośredniczenia obrazu i dźwięku można potraktować jako osobliwe, prekursorskie i niepo‑ wtarzalne próby zainicjowania nie znanych wcześniej sytuacji związanych z odbiorem przedstawień audio‑wizualnych. To jednak „audio‑wizualność rozproszona” 5. Mamy bowiem do czynienia z sytuacją, w której tylko jeden element – dźwięk lub obraz są zapośredniczone przez wzmacniające bądź przekształcające technologie albo też, jak w przypadku synchronizacji Pró‑ szyńskiego, oba elementy są zapośredniczone ale przy użyciu odmiennych nośników i aparatur. W tym sensie wskazane wynalazki wysublimowały uwagę dotyczącą możliwych pól odniesień i relacji pomiędzy dźwiękiem i obrazem oraz słyszeniem i widzeniem, uczulając na pewne niedostrzegane na ogół akustyczne (poprzez wizualne) czy wizualne (poprzez audialne) aspekty prezentowanych przedstawień. Bez wątpienia jednak doświadczenia te przyczyniły się znacząco (nawet jeśli tylko w sferze ideowej) do powsta‑ nia późniejszych rozwiązań technicznych zmierzających do wytworzenia jednorodnej perspektywy audio‑wizualnej. To, co wcześniej rozproszone 5 Pojęcie „audio‑wizualności rozproszonej” użyte zostało przeze mnie w książce Estetyczne konteksty audiosfery. (Misiak, 2009). T o m a s z M i s i a k Krótki przyczynek do an‑archeologii audio‑wizualności film domagało się scalenia na polu technicznych oraz kulturowych możliwości odbioru i uczestnictwa. Co jednak może oznaczać sformułowanie, iż „to, co wcześniej rozproszone d o m a g a ł o się scalenia?”. Czyż w ten sposób nie stajemy w obronie linearności procesu historycznego w obrębie historycznych badań nad mediami? Czyż nie wzmacniamy tym sposobem tradycyjnej idei postępu, która każe nam podążać od rozwiązań mniej do bardziej złożonych i zakładać, że drugie – bardziej doskonałe, wywodzą się z pierwszych – mniej doskonałych? Łatwo można wpaść w pułapkę takiego myślenia. A przecież sami konstruktorzy niejednokrotnie dawali znać o tym, że ich postawa nie ma być wstępem umożliwiającym późniejsze rozwinięcie jakiegoś zagadnienia. Jeśli chcemy mówić o osobliwościach, musimy uszanować ich niepowtarzalność i zupełność. Tak było również w przypadku Prószyńskiego: „Co do żywych obrazów z dźwiękiem – nie jest to wynalazek wielkiej potrzeby, może on być raczej uważany jako dodatkowe urozmaicenie zwykłego kinematografu; (…) nie śpieszę zbytnio z eksploatacją jego (…) mam inne zadania przed sobą, o wiele ważniejsze, szczególnie dla kraju naszego (…)” (Jewsiewicki, 1974: 100, 102). W tym świetle Prószyński jest i zarazem nie jest prekursorem. Jest, gdyż z naszej współczesnej perspektywy dostrzegamy w jego działaniach zaczątek procesu, który później został w pewien sposób rozwinięty. Jego wynalazki zainicjowały z pewnością kolejne prace nad urządzeniami audiowizualnymi. Z drugiej jednak strony działania Prószyńskiego i innych wynalazców końca XIX stulecia, będące częścią określonych ekonomiczno‑społeczno‑kulturowych powiązań były o s o b l i w e, w sensie jaki nadaje temu terminowi Siegfried Zielinski. Współcześnie warto na nie zatem patrzeć z podwójnej perspektywy i dostrzegać w nich zarazem część jakiegoś procesu, jak i element niepowta‑ rzalny, nie dający się sprowadzić do żadnej określonej linii historycznego rozwoju. W ten sposób być może uda się uniknąć zacieśniania historycznych rozważań nad mediami do tłumaczenia procesu ich doskonalenia. Bibliografia: Altenloh E. (2014 [1914]). Socjologia kina. Publiczność, filmy i inne formy roz‑ rywki, [w:] Klejsa K., Saryusz‑Wolska M. (red.), Badanie widowni filmo‑ wej. Antologia przekładów. Warszawa [w druku]. Bacon F. (1955). Novum Organum, tłum. Wikarjak J., wstęp i opracowanie Ajdukiewicz K. Warszawa. Chion M. (2012). Audio‑wizja. Dźwięk i obraz w kinie, przeł. Szydłowski K., Sto‑ warzyszenie Nowe Horyzonty – Korporacja Ha!art, Warszawa – Kraków. Dębski A. (2012). Audiosfera wczesnych kin na przykładzie Wrocławia, [ w: ] Lo‑ siak R. i Tańczuk R. (red.), Audiosfera miasta. Wrocław. Jewsiewicki W. (1974). Kazimierz Prószyński. Warszawa. Libera M. (2010). Auskultacja. Laennec/Tsunoda, „Kultura Popularna” nr 2 (28) 2010. Misiak T. (2009). Estetyczne konteksty audiosfery.Poznań. Ochorowicz J. (1878). Teoryjka mikrofonu. „Kosmos”, 3. Prószyński K. (1999), Bio – pleograf. „Światło” 1999, nr 9. Wajdowicz R. (1962). Polskie osiągnięcia techniczne z dziedziny utrwalania i od‑ twarzania dźwięku do roku 1939, Wrocław– Warszawa – Kraków. Zielinski S. (2010). Archeologia mediów. O głębokim czasie technicznie zapośred‑ niczonego słuchania i widzenia, tł. Krzemieniowa K. Warszawa. 135 136 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Prze grane rewolucje kina 3‑d Paweł Sitkiewicz Dlaczego film jest, jaki jest DOI: 10.5604/16448340.1094749 P a w e ł S i t k i e w i c z P r z e g r a n e r e w o l u c j e k i n a 3 ‑ d Kino zawsze dążyło do tego, aby obraz na ekranie odpowiadał ludzkiej percepcji świata, który – jako że mamy dwoje oczu i dwoje uszu – odbieramy w barwach, w trójwymiarze i z pełną gamą efektów dźwiękowych. Mimo licznych prób, ogromnych inwestycji i agresywnej reklamy, do tej pory technologia 3‑D nie stała się – używając języka programów komputerowych – „ustawieniem do‑ myślnym”, na równi z dźwiękiem i barwą. Dlaczego? Moim zdaniem to jedna z najbardziej fascynujących zagadek historii kina, na dodatek o dużym znaczeniu. Przecież gdyby rewolucja 3‑D okazała się zwycięska, losy filmu potoczyłyby się inaczej. Rozwiązanie tej zagadki wymaga jednak zrewidowania wielu obszarów refleksji filmoznawczej, a także powrotu do źródeł sztuki filmowej. Już pierwsze publiczne projekcje filmów 3‑D, przypadające na drugą dekadę XX wieku, utrwaliły wśród widzów przekonanie, że efekt trójwymiarowości to niechybna przyszłość kina, a nawet zalążek rewolucji w sztuce ruchomych obrazów. Wierzono, że pewnego dnia film przekroczy ramy ekranu i zmiesza się z prawdziwym życiem. Istniało również poczucie, że ostatecznym celem rozwoju X muzy jest – jak pisał przedwojenny krytyk – uzyskanie „filmu dźwiękowego, plastycznego w kolorach naturalnych – filmu, który będzie pełnym syntetycznym obrazem natury” (Steinwurzel, 1936: 1). A nawet czymś więcej: symulatorem różnego rodzaju doznań i emocji. „Będzie on z niezwykłą wiernością odtwarzać życie. Patrząc na filmy plastyczne, po‑ wiedzmy wojenne, otrzymamy złudzenie, że sami bierzemy udział w tym, co się dzieje na ekranie” – wyjaśniał przed wojną polskim czytelnikom specjalista z Hollywood (Aleksanderson, 1932: 4). Co prawda recenzenci zainteresowani nowinkami mieli już wtedy świadomość, jak niedoskonały jest jeszcze efekt 3‑D, ale widząc tempo, z jakim rozwija się kino, przewidywali, że cel zosta‑ nie osiągnięty w najbliższych latach. Wszyscy się pomylili. Przed II wojną światową kino 3‑D pozostało ciekawostką znaną garstce widzów, choć sam pomysł przetrwał próbę czasu. Po raz drugi zapowiadano początek rewolucji 3‑D w latach 50. XX wieku, w epoce zaostrzającej się walki konkurencyjnej z telewizją. Powrócono do dawnej retoryki, choć już z mniejszym entuzjazmem snuto utopijne wizje totalnego kina przyszłości. Cały przemysł filmowy jest w stanie rewolucji, tak samo jak kiedyś po premierze Śpiewaka jazzbandu. Na dobre lub na złe cały skomplikowany proces powstawania filmu, począwszy od wyboru tematyki, a skończywszy na ekranowej prezentacji, przechodzi znaczącą modyfikację. Na niej Hollywood opiera swoje nadzieje na przyszłość. Tym magiczny słowem w obecnym zgiełku jest 3‑D – pisał Richard C. Hawkins (1953: 325), sugerując, że tak samo jak w okresie przełomu dźwiękowego z końca lat 20., kino zmienia się w sposób nieod‑ wracalny. Mimo że w latach 1952 – 1954 zrealizowano na świecie nie mniej niż 100 filmów trójwymiarowych, fascynacja efektem 3‑D okazała się znów sezonową modą. Wybuch rewolucji obwieszczano jeszcze dwukrotnie: w latach 80., na fali popularności Kina Nowej Przygody, a zwłaszcza w początkach XXI wieku, gdy po sukcesie Avatara (2009) Jamesa Camerona oraz serii kasowych blockbusterów w 3‑D, odżyły nadzieje na przełomowe zmiany w przemyśle filmowym. „Tym razem 3‑D zostaje na dobre, a przynajmniej tak zapewnia nas Hollywood” – pisał Dave Kehr. 137 Paweł Sitkiewicz – hi‑ storyk kina i mediów, wykładowca Uniwer‑ sytetu Gdańskiego. Autor trzech książek o filmie animowanym i kilkudziesięciu artykułów na temat przedwojennej kultury filmowej, plakatu, komiksu i animacji. 138 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Nie będzie jak we wczesnych latach 50., twierdzą wytwórnie, kiedy to moda na obrazy stereoskopowe skończyła się po kilku stresujących latach korzystania z niewygodnych okularów i nieporęcznej technologii polegającej na wyświetlaniu filmu z dwóch projekto‑ rów. (…) Z wielu powodów wytwórnie mogą mieć tym razem rację” (Kehr, 2010: 60). Ale sukces okazał się tylko połowiczny. Trzeba bowiem przyznać, że na przestrzeni ponad stu lat kino 3‑D przeszło długą drogę, stając się mocną gałęzią przemysłu rozrywkowego. Początkowo było traktowane jako trik i magia, potem zaś rozbudziło apetyt awangardy na sztukę totalną, odbieraną wszystkimi zmysłami, następnie weszło do regularnej dystrybucji, przyciągnęło kapitał i gwiazdy, zadomowiło się w filmowym mainstreamie, zdobyło szacunek zarówno w gronie artystów, jak i specjali‑ stów od marketingu. Sam proces technologiczny również bardzo się zmienił. Jak pisał Dave Kehr, porównując realizację filmu 3‑D dziś i pół wieku temu, pracę, która kiedyś wymagała umiejętności i siły kierowcy dwunastokołowej ciężarówki, obecnie wykonuje specjalista na licencji, klikając jednym palcem w klawisze komputera (Kehr, 2010: 60). Mimo to filmy 3‑D nadal stanowią niewielki odsetek globalnej produkcji, przez większość widzów traktowane są z niechęcią, w najlepszym razie z nieufnością, a już na pewno nie zrewo‑ lucjonizowały kina w takim stopniu, jak przewidywano w utopijnych wizjach. Argumenty zdroworozsądkowe W poszukiwaniu przyczyn nieudanej rewolucji na początku trzeba wspomnieć o powodach najbardziej oczywistych, które podpowiada zarówno historia kina, jak i doświadczenie każdego, kto zetknął się z projekcją 3‑D. Na liście tej znajdziemy konwencjonalne narzekania na niewygodne okulary, które burzą pełne zaangażowanie emocjonalne widza; bóle głowy spowodowane inwazyjnym efektem, drażniącym nasz aparat percepcyjny; niedoskonałości każdej technologii – od dwubarwnych okularów procesu anaglifowego, po rozmazany obraz wczesnych projekcji opartych na polaryzacji światła za pomocą dwóch projektorów (osobno dla każdego oka). Jakkolwiek są to argumenty, których nie da się zbagatelizować, nie mogły one zaważyć na przyszłości kina 3‑D w sposób definitywny, jako że rozwój wszystkich technologii filmowych, na przykład stop‑motion, CGI, motion capture, chroma key, polegał na ulepszaniu niedoskonałych pomysłów. Prawdą jest, że kino 3‑D nie wykształciło jak dotąd prostej i uniwersalnej technologii, takiej jak na przykład barwna taśma Eastman Kodak 5251 z 1962 roku, którą – w odróż‑ nieniu od wcześniejszych systemów – można było stosować w standardowych kamerach, uzyskując przy tym realistyczne kolory na ekranie. Tego rodzaju próby podejmowano zresztą od dziesięcioleci, ale z marnym skutkiem. Zagrożenia związane z rozwojem stereoskopii nowej generacji najlepiej obrazuje kazus radzieckiego patentu na projekcje filmów 3‑D z lat 40. XX wieku, który zapewniał stosowny efekt nie dzięki okularom, ale spe‑ cjalnemu ekranowi utkanemu z 30 tysięcy miedzianych nitek (Zone, 2007: 167 – 169). Wynalazek ten zakładał niestety, że widz przez cały seans będzie siedział w określonej pozycji (informacja na bilecie instruowała zresztą, jak oglądać taki film). Każda zmiana położenia ciała burzyła bowiem iluzję P a w e ł S i t k i e w i c z P r z e g r a n e r e w o l u c j e k i n a 3 ‑ d głębi (podobne zastrzeżenia budzą współczesne telewizory 3‑D działające bez okularów z filtrami polaryzacyjnymi). Mimo przychylnych recenzji i błogosławieństwa samego Siergieja Eisensteina, Stereokino Siemiona Iwa‑ nowa działało tylko kilkanaście lat i nie wpłynęło na popularyzację nowych technologii 3‑D. Przykład ten uwypukla zatem istotny problem. Środowisko filmowe nie miało dotąd albo interesu, albo po prostu ochoty, by zainwestować ogromne pieniądze w wymianę całej infrastruktury kin, ekranów, projektorów i sprzętu do realizacji specjalistycznych obrazów trójwymiarowych, które widz mógłby oglądać bez okularów i w wygodnej pozycji. Wszystkie „rewolucje 3‑D” przeprowadzano tak, by zminimalizować koszty. Łatwiej bowiem przekonać publiczność, zwłaszcza młodą, że designerskie okulary to dodatkowa atrakcja kina 3‑D, niż inwestować miliardy dolarów w technologię, która pogrąży na wiele lat w chaosie całe środowisko filmowe. Być może przeszkodą w upowszechnieniu filmu 3‑D jest zbiorowa pamięć o konsekwencjach rewolucji dźwiękowej z przełomu lat 20. i 30. XX wieku, która okazała się nie tylko kosztowna, ale również kłopotliwa, gdyż zburzyła istniejący star system, zmusiła twórców i dystrybutorów do ryzykownych inwestycji, skurczyła rynki zbytu (film dźwiękowy nie przemawiał uniwer‑ salnym językiem obrazów), wreszcie – wymogła nową kulturę produkcji, na której początkowo skorzystali inżynierowie i właściciele patentów, a nie artyści. Co gorsza, całe to zamieszanie zazębiło się z światowym kryzysem ekonomicznym. Rewolucja 3‑D przeprowadzona z całą bezwzględnością musiałaby również mieć wysoką cenę, której najwyraźniej nikt nie chciał dotąd zapłacić, niepewny jej skutków. Fabularność kina 3‑D „Pewien producent żartował, że jego następny film będzie w 4‑D: «To znaczy, że użyję technologii 3‑D, a oprócz tego posłużę się fabułą»” (Kerbel, 1980: 13). Ten stary środowiskowy żart doskonale oddaje stosunek wielu widzów do kina trójwymiarowego. Scenariusze przez dziesiątki lat były najsłabszą stroną tego rodzaju produkcji. Fabuły wczesnych filmów anaglifowych, w tym pierwszego pełnego metrażu 3‑D (Power of Love, 1922), które w większości nie przetrwały do czasów dzisiejszych, w ogóle nie są znane historykom kina, gdyż ówcześni recenzenci nie kwapili się, by streścić akcję – skupiali się wyłącznie na efekcie wizualnym. Wiele „klasyków” 3‑D z lat 50., takich jak Potwór z Czarnej Laguny (1954) czy Robot Monster (1953), to zarazem tak zwane najgorsze filmy świata, pokazywane, zwykle w wersji 2‑D, na przeglądach filmowych kuriozów. Dopiero w latach 80. twórcy kina 3‑D, wyciągając wnioski z błędów poprzedników, zaczęli zwracać większą uwagę na konstrukcję narracyjną filmów i ciekawą fabułę oraz subtelniej posługiwać się efektem 3‑D, który we wcześniejszych epokach często ograniczał się do jednej prostej sztuczki – lew, potwór, kosmita bądź jakiś obiekt wyskakiwał z ekranu wprost na widzów. Do sukcesu Avatara i innych wysokobudżetowych filmów 3‑D z XXI wieku kino trójwymiarowe przez kilka dekad borykało się ze stygmatem produkcji klasy B – niskobudżetowej, niestarannie zrealizowanej, nastawionej na efek‑ ciarskie sztuczki. Wizerunek ten nie wziął się z niczego. Jak niepoważne lub nieprofesjonalne potrafiło być podejście reżyserów do stereoskopii świadczy chociażby to, że Andre De Toth, uchodzący w latach 50. za specjalistę od filmów trójwymiarowych, autor kultowej produkcji 3‑D House of Wax (1953), miał tylko 139 140 kultura popularna 2013 nr 3 (37) jedno oko, nie widział więc efektu trójwymiarowości na ekranie, a filmy 3‑D kręcił – nomen omen – „na ślepo”, polegając na wskazówkach techników oraz podręcznikowych rozwiązaniach. Nieszczęściem kina 3‑D w XX wieku było to, że w latach jego największej popularności nie objawił się reżyser na miarę Orsona Wellesa, który nakręciłby Obywatela Kane filmu trójwymiarowego, wyznaczając mu nowe horyzonty artystyczne. Dopiero w XXI stuleciu uznani twórcy kina autorskiego, tacy jak Martin Scorsese, Wim Wenders, Ang Lee czy Werner Herzog, zainteresowali się stereoskopią, udowadniając, że film 3‑D nie musi być ani produkcją klasy B, ani gatunkowym wyrobem. Najbardziej znamiennym przykładem nieufności wobec formuły 3‑D są kulisy powstawania filmu Napoleon (1927) Abla Gance’a, który planował wykorzystać w swojej pięciogodzinnej superprodukcji kilka dodatkowych atrakcji wizualnych – szeroki ekran, barwę oraz stereoskopię. Zrealizował nawet sceny w technice anaglifowej, ponoć bardzo udane, ale ostatecznie odrzucił je w montażu, tłumacząc, że „jeżeli publiczność zobaczy ten efekt, będzie uwiedziona, ale straci zainteresowanie zawartością filmu. A tego właśnie bardzo nie chciałem” (Zone, 2007: 138). Z szerokiego ekranu i wsta‑ wek barwnych jednak nie zrezygnował. Myślę, że podobnie kalkuluje wielu współczesnych twórców kina: albo fabuła, ciekawie poprowadzona narracja, emocjonalne zaangażowanie w przekaz, albo atrakcje i optyczne sztuczki. To biegunowe podejście do trójwymiaru utrudnia oczywiście populary‑ zowanie kina 3‑D, choć wielu wpływowych pracowników branży filmowej wcale nie twierdzi, że to przeszkoda. Jak powiedział w wywiadzie dla „Los Angeles Times” Phil McNally z wytwórni DreamWorks: „Ludzie mówią, że 3‑D to sztuczka (gimmick), ale prawda jest taka, że całe kino jest sztuczką. Jeżeli naprawdę chcesz skupić się na opowiadaniu historii, to napisz książkę albo opowiedz historię przy ognisku” (Zone, 2012: 311). Ta prowokacyjna pewność siebie wynika pewnie z niezachwianej wiary w komercyjny po‑ tencjał blockbustera w 3‑D, przeładowanego efektami specjalnymi, które mogą rzekomo zastąpić interesującą historię. Kino 3‑D bez fabuły potrafi być niestety płaskie jak kartka papieru. Popularność seriali opartych na dobrym scenariuszu, takich jak Boardwalk Empire czy House of Cards, dowodzi, że masowa publiczność nie podziela jednogłośnie przekonań McNally’ego. Jak pisał słusznie Daniel L. Symmes, widownia nie ma nic przeciwko temu, aby oglądać film przez okulary, o ile oczywiście jest coś, co warto przez nie oglądać (Symmes, 1974: 479). Póki co decydenci z Hollywood uważają, że tym czymś muszą być przede wszystkim efekty specjalne, które starzeją się dużo szybciej niż zajmujące historie. Umotywowanie technologii Problem w tym, że kino 3‑D zawsze było tak zwanym medium atrakcji, kłó‑ cącym się z narracyjną formułą kina zerowego. Stawiało akcent na wizualne fajerwerki, zaczepiało widza w sposób bezpośredni, przekraczając niewidzialną granicę ekranu, ale co najistotniejsze – od zawsze w ekshibicjonistyczny sposób zdradzało fikcjonalność świata przedstawionego. Tradycyjny film – jak uczy nas psychoanalityczna teoria kina – jest rozrywką voyeurystyczną, która zakłada, że obecni na ekranie bohaterowie nie wiedzą, że ktoś ich obserwuje, dlatego, pomijając nieliczne wyjątki od reguły, nie nawiązują nawet kontaktu wzrokowego z widzami. Odwrotnie niż wiele filmów 3‑D, zwłaszcza tych złych, które przybierają niekiedy formę seansu iluzji w starym mélièsowskim stylu. P a w e ł S i t k i e w i c z P r z e g r a n e r e w o l u c j e k i n a 3 ‑ d Kino 3‑D paradoksalnie od zawsze miało trudności w znalezieniu reali‑ stycznej formuły, mimo iż w pionierskim okresie wydawało się, że stereoskopia została wymyślona właśnie po to, by upodobnić seans filmowy do naturalnej percepcji świata. „Film trójwymiarowy daje nam o wiele silniejsze złudzenie rzeczywistości niż film zwykły – pisał przed wojną Mieczysław Sztycer. – Złudzenie to jest tak wielkie, iż nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy tu do czynienia z rzeczywistością, której sami jesteśmy jednym z elementów” (Sztycer, 1936: 1). Odwrotnie niż dziś, realizm stereoskopii postrzegano wówczas jako przeszkodę na drodze do filmu artystycznego, który – według wielu wpływowych krytyków i estetyków – powinien stanowić pryzmat zniekształcający prawdziwy obraz świata. Przeciwnicy kina realistycznego, tacy jak Rudolf Arnheim, bali się, że stereoskopia niepotrzebnie „spotęguje wrażenie rzeczywistości”, a dla tego teoretyka przepustką na parnas było „niespełnienie warunków pełnej reprezentacji” przez X muzę (Arnheim, 1961: 121). Jego lęki okazały się po raz kolejny nieuzasadnione, jako że stereoskopia została zawłaszczona przez tzw. nurt fantastyczny sztuki filmowej. Nawet współcześnie, mimo postępu technologicznego, wielu widzów twierdzi, że efekt 3‑D jest „dziwny” i „nienaturalny”, a już na pewno nie odzwierciedla rzeczywistości w sposób realistyczny. Ontologiczny status obrazu 3‑D jest bowiem paradoksalny. Trójwymiarowy świat nie otacza widzów, jak przewidywali teoretycy w latach 30. XX wieku, ale znajduje się w oknie, z którego wyłaniają się różne obiekty lub postacie, przechodząc tym samym do rzeczywistości widza, a więc sali kinowej, która nie jest (a nawet być nie powinna) miejscem filmowej inscenizacji. Obiekty te, oderwane od zamkniętego i spójnego świata kreacji, dryfują pomiędzy realnością i fikcją (Sandifer, 2011). Sama głębia, którą oglądamy w oknie ekranu, również kłóci się z naturalną percepcją rzeczywistości w trójwymiarze: czasami sprawia wrażenie papierowych sylwetek na tle sztucznej, teatralnej dekoracji. Należy jednak pamiętać, że w kinie efekt ekranowego realizmu zawsze jest konwencją, dlatego nawet obraz 3‑D, ze wszystkimi jego niedogodnościami, mógłby uchodzić za realistyczny, gdyby tylko stał się „ustawieniem domyśl‑ nym” kina głównego nurtu. Tak się przecież nie stało. Użycie technologii 3‑D na ogół motywowano albo gatunkowo (fantastyka, animacja, adaptacje komiksów), albo narracyjnie (w niektórych starych filmach 3‑D tylko sceny koszmarów sennych, numery erotyczne bądź wycieczki do świata fantastycz‑ nego realizowano w trójwymiarze, w odróżnieniu od sekwencji realistycznych, kręconych w tradycyjnym 2‑D). Historia przemysłu filmowego uczy, że aby dana technologia mogła wejść do powszechnego użytku, stając się wspomnia‑ nym „ustawieniem domyślnym”, jak barwa i dźwięk, musi być motywowana chęcią uzyskania efektu realistycznego (Misek, 2010: 29 – 49). Przez dekady normą w światowym kinie był obraz czarno‑biały i płaski, a zarówno barwę (na przykład w jaskrawym i cukierkowatym Technicolorze), jak i trójwymiar motywowano konwencją gatunkową lub specyficznym charakterem opowieści. W latach 60. XX wieku, gdy do użytku weszła barwna taśma, kolor w filmie stał się w krótkim czasie normą, wyznacznikiem ekranowego realizmu. Od pewnego momentu użycie zdjęć czarno‑białych, niegdyś stylistycznie „przezroczystych”, wymagało motywacji (chęć uzyskania efektu retro lub noir, „uartystycznienie” zdjęć, motywacja gatunkowa). Obraz 3‑D nie upowszechnił się na równi z barwą i dźwiękiem nie tylko dlatego, że nie wynaleziono jak dotąd prostej i powszechnej technologii projekcji obrazów w trójwymiarze, ale również dlatego, że w ogóle nie podejmowano prób stworzenia realistycznej konwencji kina 3‑D. 141 142 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Jedynym bodaj ważnym wyjątkiem od reguły jest film M jak morderstwo (1954) Alfreda Hitchcocka, zrealizowany oryginalnie w wersji 3‑D przez reżysera, który – co warto podkreślić – stereoskopii nie cenił z tych samych powodów co Abel Gance, dlatego pewnie z takim wyczuciem posługiwał się trójwymiarem na ekranie. W tej realistycznej opowieści kryminalnej o zdradzie, szantażu i zbrodni niemal doskonałej pojawia się tylko jeden środek wyrazu z podręcznika dla reżyserów kina 3‑D – Grace Kelly, duszona przez zabójcę, wyciąga w akcie desperacji rękę w stronę widza, jakby prosiła o pomoc. Po chwili chwyta leżące na stole nożyczki i wbija przeciwnikowi w plecy. Pozostałe środki wyrazu pozwalają wykreować nietypowy jak na film 3‑D efekt ostentacyjnej teatralności, tyle że inscenizacji nie ogranicza brak czwartej ściany, zwyczajowo zarezerwowanej dla publiczności (i kamery). Zdaniem Sheldona Halla stereoskopia w filmie Hitchcocka, „uwypuklając przestrzeń akcji”, wprowadza „imaginacyjny dystans wobec wszystkich bohaterów”, z korzyścią dla fabuły i suspensu (Hall, 2004: 246). Film Hitchcocka okazał się jednak łabędzim śpiewem mody na kino 3‑D lat 50., do dziś zresztą znany jest niemal wyłącznie w wersji dwuwymiaro‑ wej. Nie dokonał rewolucji w podejściu do stereoskopii, mimo iż stanowił oryginalną propozycję urealistycznienia efektu, który kojarzył się wówczas głównie z historiami o kosmitach i potworze z Czarnej Laguny. Aby technologia 3‑D mogła upowszechnić się na równi z barwą i dźwię‑ kiem, twórcy kina stereoskopowego musieliby w latach 50., na fali wielkiej popularności tej formuły, podjąć dużo trudniejsze wyzwania niż realizacja filmów o tematyce – najogólniej mówiąc – realistycznej lub obyczajowej. Zamiast zabawiać widzów wyskakującymi z ekranu fajerwerkami, mu‑ sieli posłużyć się bogatszym językiem ruchomych obrazów, by wyeksponować trójwymiarowość świata przedstawionego w sposób bardziej wyrafinowany, np. za pomocą głębi ostrości, ruchomej kamery, dynamicznej kompozycji przestrzennej lub zróżnicowanych punktów widzenia. Dla hollywoodzkich najemników, oddelegowanych do realizacji filmów 3‑D, było to jednak zadanie przekraczające ich kompetencje. Moim zdaniem konsekwencją problemów warsztatowych oraz trudności z należytym umotywowaniem stereoskopii jest m.in. to, że obecnie 3‑D lepiej sprawdza się w kinie animowanym, które – nawet w mocno realistycznej technologii CGI – kreuje świat umowny, zredukowany do form uproszczonych, a poza tym – jak tłumaczył Hugh Murray, specjalista w tej dziedzinie – „animację komputerową w zasadzie konstruuje się w trzech wymiarach”, gdyż „wszystkie postacie, scenografia, rekwizyty – to geometria przestrzenna” (Zone, 2005: 135). Na dodatek komputer zapewnia dużo lepszą kontrolę nad kompozycją poszczególnych „warstw” obrazu niż operator realizujący zdjęcia w studiu lub plenerze. Popularność animacji 3‑D ma jednak swoją cenę: wielu widzom trójwymiar kojarzy się z efektem ostentacyjnie sztucznym, zaprojektowanym za pomocą klawiatury, a nie żywym obrazem świata. Efekt psychologiczny Wyjaśnienie ostatniej z przyczyn nieudanej rewolucji można by od biedy umieścić wśród argumentów zdroworozsądkowych, ale moim zdaniem wymaga ono rozwinięcia i umieszczenia w szerszym kontekście historii kina. Najkrócej mówiąc: widzowie dostrzegają głębię obrazu, nawet jeżeli film jest zrealizowany w dwóch wymiarach. Efekt ten potwierdza jeden z mitów założycielskich P a w e ł S i t k i e w i c z P r z e g r a n e r e w o l u c j e k i n a 3 ‑ d kina – przyjazd pociągu na stację La Ciotat z filmu braci Lumière pod tym samym tytułem (1895), który rzekomo wywoływał panikę na widowni, prze‑ konanej, że pojazd wyjedzie z ekranu i wszystkich zmiażdży. Nie chciałbym tu rozstrzygać, jak było naprawdę, tym bardziej że kilku historyków kina rozwikłało tę zagadkę, całkiem przekonująco argumentując, że tylko naiwni lub skrajnie niekompetentni widzowie naprawdę wierzyli w realność zagrożenia (Bottomore, 1999; Loiperdinger, 2004). Jak pisał Tom Gunning: „To nieprawda, że pędzący pociąg wywoływał negatywne doświadczenie strachu, przede wszystkim była to współczesna odmiana rozrywki z dreszczykiem” (Gunning, 1989: 37). Film Lumière’ów udowodnił, jak wielka potrafi być sugestywność filmowych obrazów w ciemnej sali – niezależnie od epoki lub użytej technologii. Przyjazd pociągu na stację La Ciotat daje odpowiedź na pytanie, dlaczego kino nie zostało wymyślone w wersji 3‑D (a dodajmy, że wszyscy pionierzy: Muybridge, Reynaud, Składanowscy, Lumière’owie, Edison i Porter, intere‑ sowali się stereoskopią; istniały nawet gotowe patenty). Już sam ruch obiektów na ekranie, wzmocniony przez efekt nowości kinematografu, ukazującego „żywe fotografie” w sposób sugestywny i ekspresyjny, pozwalał zaangażować się w odbiór do tego stopnia, że na moment znikała niewidzialna granica między salą a ekranem. Odbiorcy filmów przez długie lata nie odczuwali braku trzeciego wymiaru, zwłaszcza gdy odpowiednie środki wyrazu próbowały zrekompensować brak głębi. W historii kina wiele produkcji 2‑D reklamowano sloganem „efekt 3‑D bez okularów”, zapewniając widzów, że wielopoziomowa scenografia (jak w Gabinecie doktora Caligari Roberta Wienego, 1919) lub technika realizacji polegająca na kontrastowaniu poszczególnych planów (na przykład w Królewnie Śnieżce Walta Disneya, 1937) sprawią, że widz poczuje się tak, jakby był wewnątrz trójwymiarowego świata (Zone, 2007: 83; Walt Disney produkuje…, 1937: 3). Myślę, że wielu współczesnych widzów myśli podobnie: oglądając tradycyjne kino 2‑D, nie uważa, iż jest ono płaskie, natomiast filmy 3‑D prawe zawsze traktuje jako wynaturzenie naturalnej percepcji lub optyczną sztuczkę. W różny sposób można wyjaśnić, dlaczego film na płaskim ekranie wydaje się mimo wszystko przestrzenny i namacalny, a nawet stwarza poczucie zagrożenia. Na pewno i teoretycy reprezentacji w sztukach wizualnych, i specjaliści od teorii fikcji mieliby w tej kwestii dużo do powiedzenia. Najprościej rzecz ujmując, efekt ten tłumaczy wielowiekowa tradycja malarstwa europejskiego, która polega – jak pisał Michał Paweł Markowski (1999: 143) – na „przedstawieniu przestrzeni trójwymiarowej na płaszczyźnie o dwóch wymiarach, dzięki czemu płaszczyzna przedstawiona uzyskuje głębię, a znajdujące się na niej przedmioty – wypukłość”. Odbiorcy zaś wiedzą, jak patrzeć na obraz, zarówno malarski, jak i filmowy, by dzięki znajomości reguł perspektywy linearnej dostrzegać skomplikowane relacje przestrzenne na płaskiej powierzchni. Chciałbym również przywołać mniej oczywisty argument odwołujący się do wiedzy psychologicznej. Okazuje się, że we wszystkich kulturach, nawet tam, gdzie nie znano dotąd kina, publiczność tak samo reaguje na film, w którym jakiś obiekt niebezpiecznie szybko zbliża się w stronę widowni – czy to będzie pociąg, czy słoń, czy kosmita. Jest to bowiem naturalny odruch człowieka, za który odpowiadają wyspecjalizowane neurony, ukształtowany w czasach, gdy Homo sapiens zajmował niskie miejsce na drabinie pokarmowej swojego środowiska (Bottomore, 1999: 188 – 191). Optyczna sztuczka przywołuje tkwiący głęboko w ludzkiej psychice atawizm, którego nie stłumi nawet racjonalizm wynikający ze znajomości działania kinematografu. Szybko powiększający się obiekt, czy to płaski, czy trójwymiarowy, oznacza zagrożenie. 143 144 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Pociąg wjeżdżający na stację La Ciotat uczy nas więc, że efekt 3‑D jest w dużej mierze e f e k t e m p s y c h o l o g i c z n y m, a nie tylko techniczną sztuczką. Można go zatem uzyskać dużo prostszymi środkami niż za pomocą skomplikowanej i niewygodnej dla widza projekcji z użyciem okularów. Czasem wystarczy montaż, ruch, odpowiednio zbudowane napięcie. Już w 1939 roku pisano na łamach fachowej prasy, że „stereoskopia nie jest jedynym sposobem pozwalającym nam widzieć obraz plastycznie”, gdyż istnieje „plastyczność wyimaginowana” (Libowicz, 1939: 16, 19). Nie przez przypadek skutkiem każdej nieudanej rewolucji 3‑D było upowszechnienie się dużo prostszej technologii zastępczej, która miała pogłębić złudzenie trójwymiarowości na płaskim ekranie bez użycia okularów, podwójnych projektorów i tym podob‑ nych urządzeń. Technika zdjęć z głębią ostrości, szeroki ekran w systemach Cinemara i CinemaScope, wieloplany do fotografii poklatkowej, dźwięk przestrzenny w technice Dolby Surround – wynalazki te zyskiwały na znaczeniu w momencie, gdy fala popularności tradycyjnej stereoskopii opadała, a więc w końcu lat 30. i połowie lat 50. XX wieku. Ponadto wspomniane technologie reklamowano jako konkurencję dla niewygodnego i przyprawiającego o ból głowy kina 3‑D. „To nowy system filmowej projekcji, który daje złudzenie trzeciego wymiaru – głębi” (Zone, 2012: 70). Takimi oto słowami opisywano w 1952 roku system Cinerama, a więc projekcje na dużym i szerokim ekranie, lekko zaokrąglonym po bokach. Sugerowano jednocześnie, że to właśnie tradycyjne systemy kina 3‑D tworzą efekt „dziwnie płaskiego obrazu”. Problem ten okazuje się dużo głębszy, zwłaszcza w kontekście nowych mediów cyfrowych, które za pomocą różnych zabiegów „zanurzają” użytkownika w wirtualnym świecie fikcji. Teoretycy zajmujący się kwestią immersji piszą czasami o zjawisku „zanurzenia zmysłowego”, które powstaje – jak pisał Piotr Sitarski – bez potrzeby „iluzji zmysłowej”, albowiem „podstawą zanurzenia nie jest (…) fizjologiczne złudzenie, ale możliwość działania w innym świecie” (Sitarski, 2002: 39). Zdaniem Sitarskiego nie ma znaczenia, w jaki sposób kreuje się ów wirtualny świat: „czy przez t r ó j w y m i a r o w e o b r a z y [ podkr. – P. S. ], czy dzięki informacjom tekstowym”, gdyż – podobnie jak wypadku filmów 3‑D – ostateczny efekt znów ma charakter psychologiczny, dlatego nie wymaga skomplikowanych urządzeń, np. symulatorów rodem z kina SF. Kto wie, czy prowadzona z przerwami od stu lat rewolucja 3‑D nie jest tak naprawdę niepotrzebną batalią, której przywódcy dążą do tego, by wzbo‑ gacić kino o coś, czego nigdy mu nie brakowało. Poza tym rozwidlająca się na wiele ścieżek historia kina 3‑D dowodzi, że nie ma jednej definicji filmu trójwymiarowego, a co za tym idzie – nie można sprowadzać go do jednej, na dodatek kontrowersyjnej technologii. Nawet współczesne produkcje 3‑D tylko w pewnym stopniu oddziałują na widza siłą obrazów oglądanych przez okulary z filtrem polaryzacyjnym. Gdyby nie przestrzenny dźwięk w systemie dolby, duży i szeroki ekran, a zwłaszcza gigantyczny postęp w cyfryzacji sztuki filmowej i efektów specjalnych – marzenia o zwycięskiej rewolucji nie miałyby już żadnych podstaw. P a w e ł S i t k i e w i c z P r z e g r a n e r e w o l u c j e k i n a 3 ‑ d Bibliografia: Aleksanderson, inż. (1932). Jaki będzie film przyszłości?. „ABC”, 163 (4). Arnheim R. (1961). Film jako sztuka. tł. Wertenstein W. Warszawa. Bottomore S. (1999). The Panicking Audience? Early Cinema and the ‘Train Ef‑ fect’. „Historical Journal of Film, Radio and Television” 19, 2, (177 – 216). Gunning T. (1989). An Aesthetic of Astonishment: Early Film and the (In)credu lous Spectator. „Art and Text”, 34, (31 – 45). Hall S. (2004). Dial M for Murder. „Film History” 16, 3, (243 – 255). Hawkins R. C. (1953). Perspective on 3‑ D . „The Quarterly of Film Radio and Television” 7, 4 (325 – 334). Kehr D. (2010).3‑ D or not 3‑ D . „Film Comment”, 46, 1, (60 – 67). Kerbel M. (1980). 3‑ D or not 3‑ D . „Film Comment”, 6, 16, (11 – 20). Libowicz G. (1939). Film plastyczny. Przyczynek do nowej realizacji. „Wiadomości Kino‑Techniczne”, 1, (16 – 19). Loiperdinger M. (2004). Lumiere’s Arrival of the Train: Cinema’s Founding Myth. „The Moving Image: The Journal of the Association of Moving Image Archivists”, 41, (89 – 118). Markowski M. P. (1999). Pragnienie obecności. Filozofie reprezentacji od Plato‑ na do Kartezjusza. Gdańsk. Misek R. (2010). Chromatic Cinema. A History of Screen Color. Malden – Oxford. Sandifer P. (2011). Out of the Screen and into Theater: 3D Film as Demo. „Cine‑ ma Journal” 3, 50, (62 – 7 8). Sitarski P. (2002). Rozmowa z cyfrowym cieniem. Kraków. Steinwurzel S. (1936). Film plastyczny. „Wiadomości Filmowe”, 15, (1). Symmes D. L. (1974). 3‑ D : Cinema’s Slowest Revolution. „American Cinemato grapher”, 4. Sztycer M. (1936). Film plastyczny, jego technika i estetyka. „Film”, 16, (1). Walt Disney produkuje filmy trójwymiarowe (1937). „Wiadomości Filmowe”, 20 (3). Zone R. (2005). 3‑ D Filmmakers: Conversations with Creators of Stereoscopic Motion Pictures. Lanham. Zone R. (2007). Stereoscopic Cinema and the Origins of 3‑ D Film, 1838 – 1952. Lexington. Zone R. (2012). 3‑ D Revolution. The History of Modern Stereoscopic Cinema. Lexington. 145 146 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Fan‑ fiction a funk cjonowanie litera tury popularnej Aldona Kobus Zarys perspektywy historycznej DOI: 10.5604/16448340.1094750 A l d on a K ob u s F a n f ic t ion a f un k c jonowa n i e l i t e rat ur y p op ul a r n e j Paradygmat badań fanoznawczych Współczesne medioznawstwo zajmujące się badaniem zaangażowanej i ak‑ tywnej recepcji treści medialnych, jaka występuje w środowiskach fanowskich kultury popularnej, wykazuje kilka tendencji zapoczątkowanych już przez pionierskie prace w tej dziedzinie, którymi były Textual Poachers: Television Fans and Participatory Culture Henry’ego Jenkinsa i Enterprising Women: Television Fandom and the Creation of Popular Myth Camille Bacon‑Smith wydane w 1992 roku. Oba teksty wpłynęły na sposób definiowania tak zwa‑ nego fan studies – interdyscyplinarnej dziedziny łączącej elementy socjologii, antropologii i medioznawstwa. W pracach tych autorzy zakreślili podstawowe pola problematyczne badań fanowskiego odbioru, a także sposób postrzegania fanowskiej twórczości, która powstała na bazie pewnych tytułów z zakresu popkultury jako działalności wywrotowej, zawłaszczającej masowo produ‑ kowane sensy i znaczenia (metafora „tekstowego kłusownictwa” u Jenkinsa). Twórczość fanowska została więc zdefiniowana jako sposób na odebranie przemysłowi kulturowemu monopolu na produkcję współczesnych mitologii, przyczyniła się do oddania jej w ręce odbiorców, zgodnie z rozwiniętą przez Michela de Certeau teorią „taktyk konsumpcji” – oddolnych, pozbawionych umiejscowienia działań, podważających hegemonię producentów poprzez przewartościowanie i rekontekstualizację dostarczanych przez nich dóbr. Bacon‑Smith ustaliła prawidłowe podejście do fandomu i sedna fanowskiego odbioru poprzez wytwarzane przezeń artefakty, przede wszystkim fanfiction, fikcje fanowskie, wszelkiego rodzaju formy literackie oparte na poszczególnych tytułach z zakresu popkultury, publikowane w specjalistycznych fanowskich pismach produkowanych własnym sumptem i dystrybuowanych poprzez sieć znajomych na zasadzie non‑profit. W obu pracach naukowcy zgadzają się co do periodyzacji fanfiction jako zjawiska związanego z kulturą telewizyjną i za‑ początkowanego w drugiej połowie lat 60. przez rozwój fandomów (wspólnot fanowskich) telewizyjnych, kiedy to działalność fanowska – skupiona wokół serialu Star Trek (Gene Roddenbery, 1966 – 2005) – stała się widocznym, ogól‑ nokrajowym zjawiskiem dzięki lobbystycznemu działaniu fanów, próbujących utrzymać serial na antenie. Przeprowadzone przez nich badania fandomu Star Treka uznano za wzorcowy model postrzegania i problematyzowania fanowskiej działalności w dyskursie akademickim. Badacze ci przyczynili się również do odejścia od stygmatyzacji popkultury, co uznawano za dziedzictwo Szkoły Frankfurckiej (czy też raczej efektem amerykańskiej recepcji wybranych zagadnień z prac Frankfurtczyków), która bardzo długo określała nastawienie purytańskiego amerykańskiego medioznawstwa 1. Kolejni badacze subkultury fanowskiej dookreślili ramy czasowe fanfiction: era preinternetowa – badana między innymi przez Jenkinsa i Bacon‑Smith – trwała od końca lat 60. do 1 Znamiennym przykładem byłaby tu słynna praca Seduction of the Innocent autorstwa Fredrica Werthama z 1954 roku, opisująca kulturę masową jako mechanizm deprawowania młodzieży. Z kolei mechanizm medialnej paniki i funkcjonowanie figury fana‑prześladowcy jako jednostki wyalienowanej i niezrównoważonej psychicznie w medioznawstwie do lat 80. opisuje J. Jensen w Fandom jako patologia: konsekwencje definiowania, „Panoptikum” nr 11 (18) 2012. O tym, jak żywa wciąż jest ta tendencja przypomina dyskurs wytworzony wokół strzelaniny na premierze filmu Batman: Mroczny Rycerz powstaje (Christopher Nolan, 2012) w mieście Aurora w stanie Colorado, gdzie sprawca, jeszcze przed ujęciem i identyfikacją, został okrzyknięty „fanem” serii o Batmanie i przyrównywany kolejno (mylnie) do poszczególnych adwersarzy Mrocznego Rycerza. 147 Aldona Kobus – dokto‑ ranta literaturoznawstwa na Uniwersytecie Mikoła‑ ja Kopernika w Toruniu, absolwentka kulturo‑ znawstwa. Zajmuje się historycznym rozwojem instytucji autorstwa oraz prowadzi badania nad re‑ cepcją kultury popularnej, szczególnie skupiając się na zjawisku medialnych fandomów i cyberkultury oraz społecznym funkcjo‑ nowaniu nowych mediów. 148 kultura popularna 2013 nr 3 (37) drugiej połowy lat 80. Dla ery internetowej zaproponowałabym dokładną cezurę roku 1998 – kiedy to utworzony został serwis Fanfiction.net 2, przez długi czas największy i najprężniej działający serwis ogólnofandomowy, zbierający teksty z całego świata – chociaż większość badaczy skupia się na powstających już w latach 80. listach mailingowych zrzeszających fanów, autorów tekstów. Warto jednak pamiętać, że lista mailingowa nie stanowiła systemu dystrybucji radykalnie odmiennego od systemu upowszechniania klasycznych fanzinów – proces ich upowszechniania wciąż opierał się na szerszych kręgach znajomych. Dopiero lata 90., na skutek rozwoju Internetu, spowodowały nieodwracalną migrację fandomów do sieci, co zaowocowało wykształceniem się nowych form paraliterackich w obrębie fanfiction (role playing – zjawisko „promptu”, czyli swobodnego rzucania pomysłów na teksty w przestrzenie Internetu w nadziei, że ktoś podejmie się ich realizacji). Jednocześnie, rozwój technologii spowodował zmianę pozostałych aspektów twórczości fanowskiej (między innymi tworzenia fanvidów, czyli fanowskich klipów), przenosząc ją ze sfery analogowej do cyfrowej. Najważniejsza zmiana dotyczyła pola dystrybucji: zamiast modelu jeden‑do‑kilku, który określał funkcjonowanie fanzinów (fanowskich magazynów), wprowadzono dystrybucję na zasadzie wszyscy‑do‑wszystkich. Wiązało się to z pewną konsekwencją ujmowania fandomu właśnie przez wytwarzane w jego ramach artefakty: zaczęto definiować fana nie tyle przez afektywną więź z tytułem, stano‑ wiącym jego popkulturowy przedmiot pożądania, ile przez jego działalność twórczą, rozpowszechnianą w internetowym obiegu. W książce Fan Fiction and Fan Communities in the Age of the Internet pod redakcją Karen Hellekson i Kristiny Busse można odnaleźć przykłady, w których pojęcie fandomu zostało zawężone do umieszczonych w Internecie artefaktów fanowskiego autorstwa i fanowskich świadectw odbioru. Stąd w upowszechnionej definicji fandomu, we współczesnych pracach z dziedziny fan studies, określa się go jako niezhierarchizowaną, niezinstytucjonalizowaną, nieformalną i luźną organizacji fanów danego tytułu (książki, filmu, serii komiksów, serialu, gry komputerowej), przejawiającą twórczą aktywność i produkującą na bazie popkulturowego tekstu własne artefakty. Fanfiction jako zapomniany model autorstwa Nietrudno zauważyć tutaj proces postępującej gettyzacji: fanfiction zostaje nierozerwalnie powiązane z wąskim segmentem odbioru popkultury, ja‑ kim jest działalność fanowska, a następnie ograniczone do internetowej dystrybucji, stając się swego rodzaju ciekawostką, odseparowaną nie tylko od głównego nurtu literatury, ale od literatury jako takiej, w tym od teorii dzieła literackiego. Jedyną znaczącą pracą, próbującą analizować fanfiction w czysto literackim kontekście, jest The Democratic Genre. Fan Fiction in Literary Contex Sheenagh Pugh z 2005 roku. Autorka wykazuje na dwojaką strategię: z jednej strony, poszukuje śladów fanfiction – czy też tekstów, które współcześnie określilibyśmy w ten sposób – w historii literatury, stopniowo wykracza nawet poza kontekst kultury popularnej. Z drugiej strony, Pugh próbuje włączyć fanfiction w ramy teorii literatury, tworzy zarys genologiczny 2 https://www.fanfiction.net/ [ dostęp: 10.12.13 ]. A l d on a K ob u s F a n f ic t ion a f un k c jonowa n i e l i t e rat ur y p op ul a r n e j fanfiction oraz bada je w kategoriach intertekstualności, dzięki czemu otwiera nowe pole rozumienia tego mechanizmu. W ten sposób odsłania możli‑ wość skonstruowania szerszej definicji fanfiction jako strategii kreacji tekstu w ogóle, w szczególny sposób powiązanej ze statusem i funkcjonowaniem tekstu w obrębie kultury popularnej współcześnie. Zanika więc podział na wytwórczość fanowską i mainstreamową – ta pierwsza staje się przejawem mechanizmów napędzających popkulturę jako taką. Pugh odchodzi od badania specyfiki fanowskiego odbioru i zwraca uwagę na kwestię dystrybucji treści kulturowych, wskazując, jak prawo autorskie stwarza sfery nieautoryzowanego (niedozwolonego) użycia tekstów i kryminalizuje pewne formy twórczości. Dla autorki The Democratic Genre jedyną różnicą pomiędzy fanfiction a tekstem literackim jest niedochodowy charakter tego pierwszego, wymuszony przez funkcjonowanie prawa autorskiego. Można stąd wysnuć tezę, iż powstanie fanfiction jako poddanego gettyzacji gatunku stanowi pochodną rozwoju prawa autorskiego i jego coraz bardziej inwazyjnego charakteru. Teksty z XIX i początku XX wieku, konstruowane na tej samej zasadzie, co współczesne internetowe fanfiction, powstające na bazie pierwszych popularnych tytułów i włączane do oficjalnego obiegu wydawniczego, nie są uznawane za twórczość fanowską ani analizowane w tym kontekście, choć strukturalnie pozostają w takim samym stosunku do tekstu źródłowego, co typowy tekst fanfiction. Sytuacja ta potwierdza tezę Jenkinsa o autoreferencyjnym charakterze kultury popularnej, która przeformułowuje własne schematy w procesie nieustannego powtarzania (Jenkins, 2007: 3). Pugh poszukuje śladów strategii kreacji tekstu współcześnie określanych jako fanfiction na przestrzeni całej historii literatury europejskiej. W pierwszej kolejności analizuje romanse rycerskie, które bez wątpienia stanowiły średnio‑ wieczny ekwiwalent popkultury z jednej strony. Z drugiej strony, wspólnym dobrem kulturowym, wątkami i postaciami, każdy mógł dysponować na tyle swobodnie, na ile nie zniekształcał przy tym ducha opowieści. Trudno wyobrazić sobie, by Chrétien de Troyes zdecydował się opowiedzieć historię króla Artura z punktu widzenia Morgany, jak zrobiła to współcześnie Marion Zimmer Bradley w powieści Mgły Avalonu. Jednakże francuscy współautorzy legendy Robin Hooda nie mieli już obiekcji przed ingerencją w „oryginalną” (pytanie, czy w tym kontekście można mówić o sensowności podziału na oryginał i kopię, wątek główny i wątki poboczne, pozostaje otwarte) historię, wprowadzając chociażby wątek romansowy Lady Marion (Pugh, 2005: 9). Nie spodziewali się zapewne, że proces ten zakończy feministyczna produkcja telewizyjna Tony’ego Robinsona Maid Marian and Her Merry Men (1989 – 1994), w której postać kobiety wysuwa się na pierwszy plan (Pugh, 2005:10). Pugh analizuje popularne historie w literaturze od XII do XV wieku, między innymi Roberta Henrysona i jego sequele utworów Chaucera. Autorka wspomina o Szekspirze, którego inspiracje i zapożyczenia doczekały się niejednego opracowania, sięga także po przykład z końca XVII wieku – komedię The Relapse Johna Vanbrugha, stanowiącą sequel do Love’s Last Shift Colleya Cib‑ bera (Pugh, 2005:14). Ostatecznie zwraca uwagę na głośny przykład powieści Johna Reeda, z 2002 roku, Snowball’s Chance – alternatywną wersję Folwarku zwierzęcego Orwella, w którym terror oparty zostaje na kapitalistycznych i konsumpcyjnych wartościach (Pugh, 2005: 15). Sheenagh Pugh opisując w The Democratic Genre… tło historyczne, wska‑ zuje na dwie kwestie: po pierwsze zauważa związek spadku popularności intertekstualnej strategii kreacji tekstu wraz z rozwojem koncepcji autorstwa. Po drugie fakt, podawane przez nią przykłady nie zostałaby współcześnie 149 150 kultura popularna 2013 nr 3 (37) zakwalifikowane jako fanfiction z prostego względu. Zaliczają się do kanonu tak zwanej kultury wysokiej. Z tego samego powodu nikt nie potraktuje Castorpa Pawła Heulle jako fanfiction pisanego do powieści Tomasza Manna. Nietrudno też zauważyć, że obie te kwestie łączą się ze sobą. Instytucja autorstwa (authorship), której nowoczesne rozumienie w pełni ukształtował romantyczny egotyzm, skupiający się na indywidualnej ekspresji twórczej jednostki, zostaje poważnie naruszona przez pewien rodzaj zbiorowego autorstwa, jaki reprezentuje społeczność autorów fanfiction. Oczywiste jest, iż instytucja autorstwa jest tym silniejsza, im bardziej integralny i samoistny powstaje tekst (Bennet, 2005: 7 – 8). Fanfiction narusza więc także integral‑ ność tekstu: kwestionuje jego podstawowe założenia, przedstawia historię z innej perspektywy, daje pierwszeństwo innym wątkom, skreśla wizje alternatywne względem postanowień Autora, podważając jego autorytar‑ ność. O ile intertekstualność w obrębie kultury wysokiej stanowi przedmiot licznych rozważań i analiz, o tyle w przypadku popkultury temat ten zostaje zepchnięty do getta fanfiction, które nie bywa nawet analizowane w takich kategoriach. Jest to tym bardziej znamienne, iż Fiske – a za nim cała szkoła nowego kulturoznawstwa (new cultural studies) – postuluje, by traktować teksty kultury popularnej z taką samą uwagą, jaką poświęca się tworom kultury wysokiej. Co ciekawsze, podstawą kreowania mainstreamowej popkultury jest właśnie autorstwo zbiorowe, czy też mnogie (co wiąże się z faktem, iż w znacznej mierze jest to kultura audiowizualna), podobnie jak w przypadku społeczności fanowskich. Obrazuje to dość jednoznacznie stygmatyzujący charakter terminu „fikcji fanowskich” rozumiany jako mechanizm odcinania kontestujących odczytań kultury popularnej od mainstreamu, a nawet zbiorowej świadomości. Metoda ta uczyniła z fanfiction zamknięty obszar działalności popkulturowych fanatyków, przeciwstawiany właściwemu, „poprawnemu” modelowi odbioru preferowanej widowni. Jak trafnie zauważa Laurie Penny w swoim eseju Sherlock and the Adventure of the Overzealous Fanbase, w którym traktuje zresztą dwie wielkie współczesne Sherlockowe produkcje serialowe (Sherlock BBC i Elementary CBS) jako równoważne (w założeniu) fanowskie reinterpretacje kanonu dzieł sir Arthura Conan Doyle’a: W fanfiction znaczące jest to, iż często przedstawia takie historie, których opowiedzenie nie przyszłoby do głowy oficjalnym twórcom [ showrunners ], ponieważ autorzy fanficition wywodzą się z różnych środowisk. Wydaje się, że dyskomfort powodują nie tyle fanowskie rein‑ terpretacje, co fakt, że reinterpretacje te pochodzą od niewłaściwych fanów – kobiet, kolorowych, queerowych dzieciaków, napalonych nastolatków, ludzi, którzy nie zajmują się profesjonalnie pisaniem, ludzi, którym zależy na zachowaniu ciągłości serii (…) Właściwy sposób tworzenia mitów kulturowych, implikujący progres, stanowi męski przywilej reinterpretacji dzieł innych uprzywilejowanych mężczyzn z poprzednich epok, którego wszyscy inni mają wysłuchiwać w milczeniu. Tak zawsze było. Tak będzie w przyszłości, bez względu na to, co mówi Tumblr. Ale historię może napisać na nowo. Mity można naginać i zmieniać. Coś nowego i ekscytującego dzieje się właśnie w świecie narracji, a fani stanowią ważną część tego (Penny, 2014). A l d on a K ob u s F a n f ic t ion a f un k c jonowa n i e l i t e rat ur y p op ul a r n e j Z pewnością znamienną rolę w procesie gettyzacji fanfiction odegrał fakt, iż jest to dziedzina twórczości zdominowana przez kobiety. Genderowy aspekt fanowskiej twórczości został zauważony i podkreślony już przez Jenkinsa, a następnie przez każdego badacza fanowskiej subkultury. Ze swojej strony mogę tylko zaproponować pewną reinterpretację tego zjawiska, zgodnie z tezami Sandry M. Gilbert i Susan Gubar, które stwierdzają, iż sama konstrukcja instytucji autorstwa wyklucza ze swoich ram kobiety i kobiecość (Burke, 2006: 158). Autorki powołują się na Elaine Showalter, badaczka zauważa, iż kobiety wykształciły własną subkulturę literacką – definiowaną jednak w odniesieniu do męskiego mainstreamu (Burke, 2006: 159). Za taką subkulturę właśnie można uznać społeczność pisarek fanfiction w ich internetowej niszy. Prehistoria fandomów, czyli fanfiction przed powstaniem fanfiction Aby w pełni przedstawić koncepcję fanfiction jako części intertekstualnej strategii narracyjnej samej popkultury (lub kultury w ogóle), należy przyjrzeć się uważnie „prehistorii fandomów” – początkom popkultury i reakcją, jakie wzbudzały jej dzieła, stymulujące produkcję dalszych tekstów, powstających pomiędzy wiekiem XVIII (narodziny powieści popularnej) a pierwszą połową XX. Na ich przykładzie można zobaczyć, iż fanfiction nie stanowi przypadku wywrotowego „przeciwdziałania” czy też kontr‑odczytania popkultury i nie jest działaniem bezprecedensowym, jak chciałaby je widzieć większość współczesnych medioznawców, lecz elementem szerszego procesu historycz‑ noliterackiego, uwidaczniającym w swoim historycznym formowaniu sposób, w jaki łączą się z sobą kwestie odbioru, intertekstualności i oddziaływania prawa autorskiego na kreatywny potencjał kulturowy Pierwszą autorką, której dzieła stymulowały zakrojoną na szeroką skalę twórczość typu fanfiction była Jane Austen (Pugh, 2005: 27). Jednak samo badanie historycznej recepcji dzieł autorki Dumy i uprzedzenia (notabene, powieść posiada dziś ponad dwieście sequeli w oficjalnym obiegu wydawniczym 3, nie licząc setek tysięcy dostęp‑ nych w Internecie tekstów fanfiction) pozwala wyznaczyć nie tylko początki fanfiction jako strategii kreacji popkulturowego tekstu, ale i zaczątki fandomu jako zjawiska kulturowego – grupę największych wielbicieli Austen łączył nie tylko afekt żywiony względem jej twórczości, ale i specyficzne poczucie odrębności w stosunku do „zwykłych” czytelników, poczucie wspólnoty oparte na więzi z popularnymi powieściami, co okazywano poprzez wprowadzenie specjalnej nazwy dla tej właśnie grupy czytelniczej – „Janeites”. Współczesne fandomy również tworzą swoje nazwy na podstawie tytułów, wokół któ‑ rych istnieją „Sherlockianie”, czyli fani Sherlocka Holmesa 4, „Whovianie” 3 Ranking 200 najlepszych dostępny jest pod adresem https://www.goodreads.com/list/ show/90.Best_Pride_and_Prejudice_Sequels_Variations_Adaptations [ dostęp: 10.12.13 ]. 4 Warto przypomnieć, iż początkowo słowo „Sherlockianie” oznaczało tę grupę wielbi‑ cieli przygód najsłynniejszego detektywa wszechczasów, którzy byli przekonani, iż jest on postacią o tyle „realną”, o ile stanowi literacki odpowiednik przygód rzeczywistego detektywa, które wiadome są tylko sir Conan Doyle’owi; ich przeciwieństwem byli „Doyliści”, fani przygód Holmesa, którzy akceptowali jego całkowicie fikcyjny charakter. Obecnie termin „Doyliści” wyszedł z użycia, obrazując to, do jakiego stopnia autor stał się cieniem własnej kreacji, a „Sherlokista” oznacza po prostu fana Sherlocka Holmesa, bez względu na stosunek do „realności” detektywa. 151 152 kultura popularna 2013 nr 3 (37) (pl. „Whomaniści”), czyli wielbiciele Doctora Who (1963 – 2013), słynni „Trekkies” lub „Trekkerzy” – fani Star Treka. Fandom Austen był na tyle zauważalnym elementem wczesnej brytyjskiej popkultury, że Rudyard Kipling poświęcił mu krótkie opowiadanie zatytułowane The Janeite – opublikowane w zbiorze „Debits and Credits” z 1926 – przedstawiające losy żołnierzy walczących w I wojnie światowej, którzy w sekrecie pozostają wielkimi wielbicielami powieści Jane Austen. Przypadek ten wydaje się o tyle znamienny, iż wykazuje historyczną ciągłość, od początku XX wieku (lub XIX, jeśli brać pod uwagę niefabularne opracowania poświęcone samej Austen i tworzone przez jej spadkobierców i wielbicieli) do dzisiaj, od oficjalnych publikacji – wciąż pojawiających się ze względu na przejście prac autorki do tak zwanej „domeny publicznej” – do zgettyzowanej, internetowej twórczości, którą dokładnie analizuje Pugh, dając tym samym wgląd w proces zmiany statusu fikcji fanowskich i wyru‑ gowywania ich z obszaru tego, co uznawano za literaturę. Ciekawe jest też, że im wyższy status Austen uzyskiwała w krytyce akademickiej, tym mniej życzliwie spoglądano na osoby próbujące ponownie wykorzystać lub rozszerzyć wykreowane przez nią światy przedstawione. Za pierwszy sequel pisany do prac Austen uważa się Old Friends and New Fancies: An Imaginary Sequel to the Novels of Jane Austen autorstwa Sybil Brinton z 1913 roku, w którym spo‑ tykają się postaci ze wszystkich sześciu powieści autorki Dumy i uprzedzenia. Pracę można uznać za pierwszy crossover skonstruowany w ramach kultury popularnej. Crossover – krzyżowanie, łączenie ze sobą treści różnych dzieł, oryginalnie nie mających z sobą nic wspólnego – stanowi jedną z trzech podstawowych taktyk kreacji literatury typu fanfiction 5, jest też najbardziej widoczną w amerykańskiej popkulturze strategią narracyjną. Zasadniczo cały marketing konglomeratów komiksowych studiów Marvel i DC opiera się na taktyce crossover. Najnowszą i najgłośniejszą reminiscencją licznych inspiracji twórczością Austen jest Duma i uprzedzenie i zombie wydana w 2009, współautorstwa Jane Austen i Setha Grahame‑Smitha. Można powątpiewać, jak autorka przyjęłaby taką formę uznania. Znacznie ciekawszą formą wy‑ daje się trylogia Jane Fairfax autorstwa Michaela Thomasa Forda, w której autor przedstawia Austen jako żyjącą od XVIII wieku wampirzycę. Zabieg ten pokazuje kultową rangę samej autorki i jej status ikony we współczesnej popkulturze literackiej. Tylko nielicznych autorów spotkał wszak prestiż stania się postacią literacką i to żyjącą w fikcyjnym świecie, wykreowanym na bazie własnej twórczości. Podobny przypadek, aczkolwiek jeszcze za życia autorów, zdarzył się w korespondencyjnym kółku wzajemnej adoracji przyjaciół H. P. Lovecrafta, twórcy space horror, o czym szczegółowo później. Analogicznie do Austen, kultowy status szybko uzyskała twórczość Arthura Conan Doyle’a i cykl opowiadań o Sherlocku Holmesie. Wystarczy wspomnieć o fali żałoby, jaka ogarnęła Londyn, a nawet całą Anglię, po publikacji Ostatniej zagadki w 1893 roku. Wielbiciele najsłynniejszego detektywa wszech czasów nie tylko nosili oficjalną żałobę, ale dosyć gwałtownie protestowali przeciwko podjętej przez Doyle’a próbie zakończenia cyklu: fani masowo rezygno‑ wali z subskrypcji Stranda, napadali autora na ulicach, wygrażali w listach, czy nawet podejmowali nieudane próby zamachów na jego życie (przesyłanie pocztą bomb i zatrutych smakołyków). Presja odbiorców zmusiła autora do kontynuacji. Być może jego nonszalancki stosunek do postaci, której nie był w stanie uśmiercić, jest jednym z powodów, dla których oficjalna dystrybucja dzieł innych autorów, zapożyczających Sherlocka do własnych celów, nigdy nie 5 Obok sequeli (i prequeli) oraz alternatyw. A l d on a K ob u s F a n f ic t ion a f un k c jonowa n i e l i t e rat ur y p op ul a r n e j stanowiła dla Doyle’a problemu. I być może dlatego rozkwitała tak bujnie i to jeszcze za jego życia. Wystarczy wspomnieć odpowiedź, jaką dał Williamowi Gillete’owi odnośnie do wątpliwości, jakie ten miał wobec scenicznej adaptacji musicalowej przygód Sherlocka – „Możesz go ożenić lub zabić, zrobić z nim cokolwiek” (Eyles 1986:34). Doyle stworzył, między innymi w How Watson Learned the Trick z 1924 roku, kilka autoparodii samego Sherlocka, dając swoim czytelnikom przykład kreatywnego podejścia do odbioru przygód detektywa. Już od 1907 wychodziły również regularne serie książkowe w Niemczech (Aus den Geheimakten des Welt‑Detektivs) i we Francji (Les Dossiers Secrets de Sherlock Holmes i później Les Dossiers du Roi des Detectives), przedstawiające dzieje Sherlocka w odpo‑ wiednio rekontekstualizowanej, „unarodowionej” wersji. Autorzy, piszący na potrzeby obu przeróbek, dopuszczali się niewielkich zmian względem oryginału. Przykładowo, towarzyszem „niemieckiego” Sherlocka Holmesa był nie doktor Watson, ale dziewiętnastoletni włóczęga z Baker Street, Harry Taxon 6. Postać Sherlocka była również eksploatowana przez syna Doyle’a, Adriana Conana w serii The Exploits of Sherlock Holmes (1954), bazującej rzekomo na notkach autora i wykorzystującej elementy oryginalnej serii. W 1964 Sherlock spotkał agenta 007 dzięki Donaldowi Stanley’owi, który opublikował krótkie opowiadanie na ten temat, w nim słynny M okazuje się być w rzeczywistości profesorem Moriartym. The Seven‑Per‑Cent Solution Nicholasa Meyera z 1976 utrzymuje z kolei, że „Napoleon zbrodni” jest niczym innym jak wymysłem wspomaganego kokainą umysłu Holmesa, który roi sobie, iż posiada przeciwnika na takim poziomie. Inne ciekawe propozycje z zakresu fanowskiej twórczości to seria o przy‑ godach Mary Russel autorstwa Laurie R. King. W pierwszym tomie – The Beekeeper’s Apprentice (1994) – autor przedstawia okoliczności spotkaniu Sherlocka i szesnastoletniej, genialnej Amerykanki, która zdobywa jego serce, imponując mu swoim intelektem. Fabuła przypomina piętnowany w środowisku fanowskim motyw Mary Sue/Gary’ego Stu, czyli przeidealizowanej postaci, stanowiącej alter ego autora i wyraz jego fantazji życzeniowych, literaturę fantazmatyczną bez sublimacji. Znacznie ciekawsze sposoby rozwijania kobiecych postaci w świecie Sherlocka proponuje Carole Nelson Douglas w pięciotomowej serii poświęconej Irene Adler, jednej z niewielu osób, którym udało się przechytrzyć Holmesa. Podobnie odwołania do tej trzecioplanowej postaci znajdujemy w powieści dla młodzieży Sherlock, Lupin i ja. Trio Czarnej Damy autorstwa… samej Irene Adler. Pojawia się tu popularny motyw przy‑ jaźni Sherlocka Holmesa i Arsena Lupina, dżentelmena‑włamywacza z serii powieści Maurice’a Leblanca. Mamy zatem do czynienia z kolejnym kultowym przykładem techniki crossover. Postać Sherlocka często była wykorzystywana w tego typu narracji, w której bohater co rusz napotyka wybitne postacie swojej epoki, fikcyjne lub historyczne. Loren D. Estleman w cyklu Dalsze przygody Sherlocka Holmesa doprowadził do starcia najsłynniejszego detektywa z Draculą oraz z doktorem Jekyllem i mister Hyde’em. Kilka lat wcześniej Sherlock, na kartach powieści Sama Siciliano (The Angel of The Opera, 1994), poznał Upiora z opery. Najlepszym przykładem crossover jest bezapelacyjnie All‑Consuming Fire Andy’ego Lana, jedna z adaptacji książki o przygodach Doktora, na jej bazie powstał dla BBC serial Doctor Who, w której Doktor wspólnie z Sherlockiem Holmesem walczy ze stworami z Lovecraftowskiej 6 Podobną strategię przejawia się obecnie w życiu telewizyjnym, gdzie masowo wykupuje się licencje na amerykańskie sitcomy i programy rozrywkowe, kręcąc następnie własne wersje, zmieniając Kocham Lucy na Kocham Klarę. 153 154 kultura popularna 2013 nr 3 (37) paramitologii. Dzięki takiemu rozwiązaniu powstało niemal doskonałe połączenie najstarszych fandomów popkultury. Brakuje jedynie finałowej herbaty u sióstr Bennet. Model autorstwa zbiorowego w początkach amerykańskiej popkultury Jeszcze inna sytuacja literacka, bardziej zbliżona do kreacji tekstów typu fanfiction niż ogólnie przyjętych schematów wydawniczych w oficjalnym obiegu, miała miejsce w Stanach Zjednoczonych na początku XX wieku. Ze względu na szczególny status fantastyki w tym okresie i proces jej gettyzacji przejawiający się w oddolnej dystrybucji, grupa pisarzy z nurtu weird tales wykształciła nie tylko własne mechanizmy publikacji, ale i swego rodzaju wspólnotę tekstów, która polegała na daleko posuniętej współpracy czy też zbiorowym autorstwie. Mowa tu oczywiście o korespondencyjnym kole przyjaciół H. P. Lovecrafta, w jego wchodzili, między innymi Robert Bloch, Clark Ashton Smith, Robert E. Howard oraz August Derleth i Donald Wandrei – późniejsi założyciele wydawnictwa Arkham. Lovecraft obrósł już legendą Samotnika z Providence i nie brakuje opracowań na temat jego życia i twórczości, a także jego roli jako edytora tekstów innych autorów, której podejmował się bezpłatnie, przerabiając cudze utwory na własną modłę. Nie brak też opracowań korespondencji pomiędzy całą siatką powiązanych z nim autorów, w listach wyśledzić można koleje wzajemnych inspiracji i zapożyczeń. Na całą sytuację należy jednak spojrzeć z dwóch stron, aby prawidłowo umiejscowić ją w ramach historii i teorii literatury popularnej: po pierwsze, kwestia zbiorowego autorstwa, w której oryginalne pochodzenie określonych motywów i wątków zostaje pominięte lub zapomniane, ponie‑ waż cała uwaga skupia się na procesie twórczym, jaki napędzają wzajemne inspiracje i zapożyczenia; po drugie to sposób dystrybucji, organizowany własnym sumptem przez samych autorów. Jednym z bardziej oczywistych przykładów autorskiej współpracy jest opowiadanie Wyzwanie spoza światów, powstałe w sierpniu 1935, oczywiście stworzone drogą korespondencyjną przez Lovecrafta, Catherine L. Moore, Abrahama Merritta, Roberta E. Howarda i Franka Belknapa Longa. Co ciekawe, opowiadanie powstało również w dwóch wersjach – weird i science fiction (Lovecraft, 2013: 76). Mniej jasna jest genealogia postaci z mitolo‑ gii Cthulhu czy też mitologii R’lyeh, najważniejszej spuścizny Lovecrafta, stanowiącej istotny element także współczesnej amerykańskiej popkultury. Wiemy, że najsilniejszym bodźcem do rozwijania paramitologicznej twór‑ czości była dla Lovecrafta korespondencja z Clarkiem Ashtonem‑Smithem, który zresztą samodzielnie stworzył jedno z jej bóstw – Tsathogguę, po raz pierwszy postać pojawia się w The Tale of Satampra Zeiros, w jednym z opo‑ wiadań umieszczonych w cyklu legend hiperboreańskich (1929). Później to samo demoniczne bóstwo pojawia się w wielu utworach samego Lovecrafta, chociażby w słynnych W górach szaleństwa. O ile tutaj współpraca pomiędzy autorami jest zamierzona, a źródło zapożyczenia jawne, Lovecraft stosował o wiele subtelniejsze praktyki, wplatając mroczne bóstwa w treści tekstów, których edycję mu zlecano. Ostatecznie jego ingerencje w teksty innych autorów były tak drastyczne, że rodziły się kolejne Lovecraftowskie utwory: A l d on a K ob u s F a n f ic t ion a f un k c jonowa n i e l i t e rat ur y p op ul a r n e j Elektroniczny kat i Ostatnia próba powstały na bazie edycji tekstów Adolphe’a de Castro. Polskie wydanie Ostatniej próby w zbiorze pod tym samym tytułem nie tylko firmowane jest znakiem „Mitologii Cthulhu”, ale zawiera wyłącznie teksty powstałe w wyniku takich właśnie zabiegów edytorskich, przez co pierwotni autorzy opowiadań figurują jako współautorzy: Hazel Heald, C. M. Eddy Jr. i William Lumley. Także postacie mitologiczne kreowane przez korespondencyjnych przyjaciół Lovecrafta, które oryginalnie nie miały mieć nic wspólnego z mitologią Cthulhu, zostały przez niego zapożyczane – w nie zawsze oczywisty sposób, najczęściej przez nawiązanie czy zabieg językowy niż przeszczepienie do swojego fikcyjnego uniwersum (co jeszcze bardziej pasuje do metafory „tekstowego kłusownictwa” Jenkinsa, stworzonej do opisu fanfiction). Przykładowo, w liście do Howarda, Lovecraft pisał: „Byłoby zabawnie utożsamić twojego Kathulosa z moim Cthulhu – w istocie mogę go wypożyczyć i wykorzystać w przyszłości w jakieś mrocznej aluzji” (Lovecraft, 2013: 70). Kathulos pojawia się w powieści Howarda Trupiogłowy, jego reminiscencją u Lovecrafta jest L’mur‑Kathulos w Szepczącym w ciemnościach (Lovecraft, 2013: 70). Zapożyczenia i aluzje literackie wciąż jednak nie wyczerpują spektrum nawiązań, na jakim żerowali autorzy z kręgu korespondencyjnego. Jeszcze ciekawszym zabiegiem literackim, jak stosowali, było wykorzystywanie siebie nawzajem w swoich opowiadań, zazwyczaj, aby uśmiercić przyjacie‑ la w finale tworzonego właśnie horroru, co w kręgu autorów weird fiction zapewne uchodziło za wyraz szacunku i swego rodzaju hołd. W liście z 30 kwietnia 1935 do Roberta Blocha, Lovecraft udziela oficjalnego pozwolenia na „sportretowanie, zamordowanie, anihilowanie, dezintegrację, przeobrażenie, przepoczwarzenie bądź inne sponiewieranie niżej podpisanego” (Lovecraft, 2013: 154). Co znamienne, w liście tym określa Blocha jako „kolejne wcielenie Ludviga Prinna, autora DE VERMIS MYSTERIIS” (Lovecraft, 2013: 154), a sam składa podpisy w pięciu formach: jako H. P. L, wykorzystuje także imiona fikcyjnych postaci z własnej mitologii, z którymi się utożsamiał, w tym jako Abdul Alhazred, autor słynnej księgi Necronomiconu. Ludwik Prinn jest postacią z opowiadania Blocha The Shambler from the Stars (1935), a stworzona przez niego fikcyjna księga magii została inkorporowana oczywiście przez Lovecrafta do własnej mitologii. Podobna sytuacja spotkała ich kolegę – Au‑ gust Derleth zyskał w ramach korespondencji przydomek Comte d’Erlette ze względu na swoje francuskie korzenie. Później Bloch uczynił go autorem kolejnej księgi czarnej magii Cultes des Ghoules (Lovecraft, 2013: 156). Bloch „zabił” więc Lovecrafta właśnie w The Shambler from the Stars. Wcześniej Frank Belknap Long zrobił to samo w The Space‑Eaters. Autor Zewu Cthulhu zrewanżował się, uśmiercając Blocha w Duchu ciemności. Stosowane przez pisarzy chwyty ujawniają jak przebiegała subtelna gra aluzji i zapożyczeń w tym środowisku literackim, jak hermetyczny charakter miały niektóre z stosowanych tam mechanizmów, ale też jak cieńka była granica pomiędzy fikcją a rzeczywistością w sytuacji tak kreowanego zbiorowego autorstwa, w którym tekst nie należy wyłącznie do jednej osoby. O tym, jak dalece sam Lovecraft stał się ofiarą własnej literackiej legendy świadczy jego żywotność w popkulturze (co powinno stanowić temat osobnej analizy), ale też i wielce wymowny napis na jego nagrobku, głoszący: I’M THE PROVIDENCE. Inną jeszcze kwestią jest specyficzna inicjatywa autorów w związku z dystrybucją ich dzieł. Literatura fantastyczna w Stanach Zjednoczonych w tym okresie znajdowała się w niszy wydawniczej, ukazując się na łamach pulpowych magazynów, czyli tanich, wydawanych na gorszej jakości papierze brukowych pismach. Autorzy z kręgu towarzyskiego Lovecrafta ze względu 155 156 kultura popularna 2013 nr 3 (37) na specyfikę kultywowanej przez niech twórczości, znacząco odstającej od popularnych w tym czasie trendów, nie mogli liczyć na regularne publikacje. Najważniejsze pisma tego okresu, kształtujące całą późniejszą amerykańską subkulturę fanów fantastyki to oczywiście Weird Tales wydawane od 1923, Amazing Stories (1926), Astounding Stories (1930) oraz Black Mask, Dime Detec‑ tive, Flying Aces, Horror Stories, Marvel Tales, Oriental Stories, Planet Stories, Spicy Detective, Startling Stories, Thrilling Wonder Stories, Unknown i inne. Nie mogąc znaleźć wsparcia w oficjalnym wybiegu wydawniczym, nawet tak niskiego rzędu, Lovecraft i niektórzy z jego korespondentów musieli zdać się na oddolne drogi dystrybucji, czyli tak zwane fanziny – fanowskie magazyny, drukowane własnym sumptem i rozprowadzane drogą subskrypcji pocztowych. W ten sposób Lovecraft publikował swoje prace w The Fantasy Fan, fanzinie założonym przez Charlesa D. Horniga oraz w Science Fantasy Correspondent pod redakcją Willisa Conovera. Oczywiście publikację rozpowszechniano na zasadzie non‑profit, ze względu na fanowski charakter tego typu przedsięwzięć. Najbardziej rozwiniętą inicjatywą było jednak założenie przez Derletha i Wandreia oficyny wydawniczej Arkham House, powstałej specjalnie po to, by drukować utwory H. P. Lovecrafta, gdzie oficjalnie uporządkowano mate‑ riały pozostawione przez pisarza po jego śmierci. Nazwa została zaczerpnięta z jego twórczości. Arkham to fikcyjne miasteczko w stanie Massachusetts, w którym osadzona jest akcja części utworów autora Zewu Cthulhu. Co ciekawe, polscy fani wydawali przez pewien czas fanzin Arkham Courier poświęcony systemowi gry RPG Zew Cthulhu właśnie, opartej na twórczości Samotnika z Providence 7. Arkham pojawia się również jako nazwa domu dla psychicznie chorych w uniwersum Batmana w serii komiksów, filmów i gier sygnowanych przez DC oraz w innych utworach literackich, bazujących na mitologii Cthulhu. Inną osławioną przez Lovecrafta miejscowością jest Innsmouth, której nazwę pożyczył inny współczesny brytyjski pisarz – Neil Gaiman. Jego Studium w szmaragdzie stanowi zasadniczo tekst typu fanfiction zarówno dla Lovecrafta, jak i dla Sherlocka, których obu jest fanem. Fanfiction jako zawężanie pola możliwości twórczych przekształceń kultury Techniki narracyjne kręgu korespondencyjnego Lovecrafta przypomina‑ ją współczesne strategie tworzenia tekstu fanfiction, takie jak selfinserty (umieszczanie samego siebie w opowiadanej historii, co stanowi w pewien sposób pochodną czy też ostateczną konsekwencję autokreacyjnych motywów w obrębie samej, formowanej w Romantyzmie, instytucji autorstwa, które zacierały granicę pomiędzy twórczością a życiem), czy też zjawisko z nurtu RPF (Real Person Fanfiction). Najważniejsze jest tu jednak samo podejście do tekstu, jako do czegoś, co ma początek, ale nie ma źródła, co się nie kończy, co podlega nieustannym odczytaniom i reinterpretacjom – do tekstu jako archiwum. Podejście to cechuje każdego autora fanfiction, który nigdy nie postrzega tekstu jako skończonego i zamkniętego. Analizowanie histo‑ rii literatury popularnej w aspekcie tego, jak jej odbiór napędza produkcję 7 Cztery numery pisma dostępne są pod adresem: http://horror.polter.pl/Arkham‑Courier ‑c9806, [ dostęp: 10.12.13 ]. A l d on a K ob u s F a n f ic t ion a f un k c jonowa n i e l i t e rat ur y p op ul a r n e j dalszych tekstów, sprowadza się do badania dwuznacznej pozycji tekstu, który może jednocześnie funkcjonować jako przejaw intertekstualności (ze względu na wejście większości dawnych tytułów do domeny publicznej, co pozwala na swobodnie nawiązania i aluzje literackie w kolejnych utworach), jak i jako historyczny przejaw strategii narracyjnych fanfiction. W stosunku do współczesnych tekstów, objętych mniej lub bardziej restrykcyjnym prawem autorskim, sytuacja jest jaśniejsza – opowiadania autorstwa fanów Harry’ego Pottera można określić w pierwszej kolejności jako fanfiction, a dopiero potem zastanawiać się nad intertekstualnymi konotacjami tego związku. Perspek‑ tywa historyczna naświetla do jakiego stopnia działanie prawa autorskiego reguluje nasz sposób rozumienia dzieła literackiego i dopuszczalne strefy użycia i twórczości. Zastanawiać się też można, dlaczego współcześni autorzy, tworzący choćby na podstawie powieści Austen, decydują się na niedochodowe publikacje internetowe, zamiast rzucić swoją twórczość na wszystkożerne odmęty popkulturowego rynku wydawniczego – na samym fanfiction.net znajduje się ponad trzydzieści tysięcy tekstów powstałych na podstawie tylko i wyłącznie powieści Duma i uprzedzenie, każdy z nich stanowi potencjalne źródło dochodów. Lovecraft i jego przyjaciele mieli do dyspozycji prężny mechanizm prasy amatorskiej, jej złoty okres w Ameryce przypada na lata 20., co zapewniło im sprawny system dystrybucji. Współcześnie skończyliby zapewne jako grupa blogerów, pisząca fanfiction nawzajem do swoich tekstów. Przedstawienie historii fanowskiej twórczości literackiej pozwala zrozumieć, iż ekscytacja „tekstowym kłusownictwem” i jego „wywrotowym potencjałem” jest możliwa tylko w wąskim rozumieniu fandomu, który w tym ujęciu staje się systemowym buforem bezpieczeństwem, strefą krytyki popkultury napędzającą jej niepohamowaną konsumpcję. Wywrotowy potencjał fanfiction leży nie tylko w jego krytycznym odnoszeniu się do tekstów popkulturowych, ale też historycznym ujęciu tej formy twórczości, ukazującym postępujący mechanizm zawężania rynku wydawniczego poprzez ekspansję prawa autorskiego, które określa odgórnie strefę legitymizowanej twórczości. Pozwala też na nowe ujęcie badań nad intertekstualnością, podkreślając sztuczny, instytucjonalny charakter samego pojęcia „fikcji fanowskiej”, której funkcjonowaniu brak uzasadnienia w ramach samej teorii literatury – mechanizmy konstruowania fanfiction istniały na długo zanim pojawiło się samo to pojęcie. Dlatego spytać należy, czemu w ogóle się pojawiło, w jakim momencie historycznym i w związku z jakimi procesami, oraz – czemu właściwie ono służy. Zakończenie Dotychczasowe podejście medioznawstwa do fandomu oraz samych fan studies jako subdyscypliny cechuje dosyć wybiórcze nastawienie oparte na wąskim rozumieniu fandomu jako elementu nowoczesnej kultury medialnej. Poszukuje się więc przede wszystkim w fanowskiej twórczości krytycznego nastawienia do popkultury, subwersji nadawanych przez nią treści, szcze‑ gólnie w odniesieniu do kwestii kobiecej i werbalizacji kobiecego pożądania, skoro to kobiety stanowią znaczną większość autorek fanfiction. Być może największą zasługą tego ujęcia jest zwrócenie uwagi na kwestie reprezentacji medialnej i demograficzne zróżnicowanie widowni, które nie znajduje swojego odzwierciedlenia w prezentowanych jej treściach – co początkowo otworzyło drogę do większej różnorodności w produkcjach telewizyjnych. Badania nad historią twórczości fanowskiej, włączające ją w główny nurt literatury (wbrew 157 158 kultura popularna 2013 nr 3 (37) współczesnemu rozumieniu prawa autorskiego, ale zgodnie z samą strukturą tekstów), w połączeniu ze studiami nad zagadnieniem intertekstualności oraz historycznym rozwojem instytucji autorstwa pozwala na głębsze zrozumienie mechanizmów sterujących naszym rozumieniem tego, co określamy jako dzieło literackie. Pytanie o prawa autorskie – stawiane w kontekście nowych technologii cyfrowych – wydaje się o tyle istotniejsze, o ile copywrighting zaczyna służyć do blokowania rozwoju nowych form twórczości (recenzje videoblogowe, remiksy). Należałoby więc ponownie przemyśleć nasz sposób rozumienia autorstwa (jako instytucji i zespołu praw), przypominając sobie jego alternatywne modele funkcjonujące wcześniej, sposób w jaki stymulowały rozwój twórczości, jak sprzyjały rozwojowi rynku. Warto byłoby zdecydować, które elementy z nich powinny być kultywowane w przyszłości. Znamienne jest także, iż walka o nową koncepcję autorstwa rozegra się na polu kultury popularnej i jej odbioru, gdzie występuje coraz mniejsza zgoda na gettyzację jednej z najbardziej interesujących i zróżnicowanych sfer współczesnej twór‑ czości. Twórczość fanowska, jako skrajna forma intertekstualności, posiada solidne, historyczne podłoże i miejsce w tradycji literackiej. Jej stygmatyzacja (a teraz coraz częściej kryminalizacja tego zjawiska) nie zdołała wyprzeć ugruntowanego sposobu odbioru treści popkulturowych, którego wyrazem jest fanfiction – aktywnego, twórczego i krytycznego. Bibliografia: Bacon‑Smith C. (1992). Enterprising Women: Television Fandom and the Cre‑ ation of Popular Myth. Philadephia. Bennet A. (2005). The Author. London. Burke S. (2006). Autorship. From Plato to Postmodern. A Reader. Edinburgh. Eyles A. (1986). Sherlock Holmes: A Centenary Celebration. London. Jenkins H. (2007). The Wow Climax. Tracing the Emotional Impact of Popular Culture. New York. Jenkins H. (1992). Textual Poachers: Television Fans & Participatory Cultu‑ re. New York. Lovecraft H. P. (2013). Koszmary i fantazje. Listy i eseje, tł. Kopacz M. Kraków. Pugh S. (2005). The Democratic Genre: Fan Fiction in Literary Context. Glasgow. Penny L. Sherlock and the Adventure of the Overzealous Fanbase, [ w: ] http://www. newstatesman.com/culture/2014/01/sherlock‑and‑adventure‑overzealous ‑fanbase, [ dostęp: 21.01.14 ]. 160 Kalina Kukiełko ‑Rogozińska kultura popularna 2013 nr 3 (37) Nauko wiec czy artysta? Polskie interpreta‑ cje poglądów Mar‑ shalla McLuhana DOI: 10.5604/16448340.1094751 K a l i n a K u k i e ł k o ‑ R o g o z i ń s k a N a u k o w i e c c z y a r t y s t a ? Celem niniejszego artykułu jest próba usystematyzowania polskich interpretacji dorobku Marshalla McLuhana dokonanych w XX wieku. Ten ekscentryczny przedstawiciel światowej nauki, do dzisiaj – ponad trzydzieści lat po swojej śmierci – wciąż budzi wiele kontrowersji. Dlatego chciałabym prześledzić jak ów pionier akademickiej awangardy, odbierany był w polskiej nauce i publicystyce minionego stulecia. Zwłaszcza, że jego wkład w tworzenie teorii mediów (wizualnych i audiowizualnych), a tym samym również kultury współczesnej, jest moim zdaniem nieoceniony. Rozważania rozpocznę od przypomnienia najstarszych tekstów, które ukazały się w Polsce w latach 60., a zakończę na publikacji Krzysztofa Loski, otwierającej nowy etap rodzimego dyskursu o McLuhanie. Podobnie jak w myśli zachodniej, także i w naszym kraju trwająca kilka dekad dyskusja o kanadyjskim autorze, została sprowadzona przede wszystkim do pytania o „naukowość” bądź też „nienaukowość” jego poglądów. Pierwsze polskie publikacje dotyczące teorii McLuhana, zaczęły pojawiać się w pismach naukowych pod koniec lat 60., natomiast największa ilość poświęconych mu artykułów ukazała się w drugiej połowie następnej dekady. W latach 80. i 90. zainteresowanie tym badaczem wyraźnie osłabło, by na nowo pojawić się w XXI wieku. Warto zwrócić uwagę na fakt, że interpretacje poglądów McLuhana dokonane przez polskich autorów – takich jak Jakubowicz, La‑ lewicz, Toeplitz, czy Ryszkowie – w latach 70. na stałe wyznaczyły w Polsce kierunek myślenia o tym autorze i są punktem wyjścia dla większości analiz dokonywanych w latach późniejszych. Wieloletni spór o to, czy teksty McLuhana powinno traktować się jako pozycje stricte naukowe czy raczej jako rodzaj atrakcyjnej quasi‑naukowej twórczości nie został dotąd jednoznacznie rozstrzygnięty. Mam jednak wrażenie, że w rodzimym dyskursie dominuje przekonanie, iż nie są to prace naukowe, a popisy przemądrzałego augura, których w żadnym razie nie należy traktować poważnie. Nie zmienia to jednak faktu, że stały się one przedmiotem wielu artykułów oraz książek polskich naukowców i publicystów, wśród których kontrowersyjny Kanadyjczyk znalazł zarówno drobiazgowych krytyków, jak i żarliwych entuzjastów. Jednych i drugich zadziwił niezwykłą wiedzą i rozległym polem zainteresowań. Karol Jakubowicz, umiejscawia przedmiot zainteresowania McLuhana, na pograniczu kilku dziedzin, takich jak literaturoznawstwo, antropolo‑ gia kulturowa, historia czy socjologia. Ich połączenie daje bardzo ciekawą, choć miejscami nierówną i niekonsekwentną całość. „McLuhan w swoich pismach zdumiewa olbrzymią erudycją, niezwykle szerokimi horyzontami myślowymi i swobodą w traktowaniu o najbardziej niecodziennych tematach” (Jakubowicz, 1975: 82). Wszystko to sprawia, że poglądy profesora z Toronto mimo ewidentnych mankamentów mogą sprowokować czytelników do głę‑ bokiego przemyślenia przekonań uznawanych wcześniej za pewnik. W opinii Jakubowicza, który jako jeden z pierwszych próbował rozpropagować myśl McLuhana w Polsce, teorie tego autora zyskują zainteresowanie i przychylność odbiorców przede wszystkim dzięki swojej optymistycznej wizji przyszłości. W krajach uprzemysłowionych, coraz silniej zaznacza się bowiem poczucie „panowania” maszyn nad światem ludzi oraz związane z nim liczne ponure scenariusze dalszego rozwoju wydarzeń. Wprawdzie McLuhan nie przeczy istniejącym trudnościom, ale daje również nadzieję na zrozumienie i opa‑ nowanie biegu zdarzeń, zakładając, że przyszłość przyniesie rozwiązanie większości problemów związanych z rosnącą dominacją techniki (Jakubowicz, 1967: 260). 161 Kalina Kukiełko ‑Rogozińska – socjolog, kulturoznawca. Miłoś‑ niczka teorii Marshalla McLuhana. Absolwentka Szkoły Nauk Społecz‑ nych przy Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. Laureatka konkursu im. Profesora Stefana Morawskiego, a także Konkursu Narodo‑ wego Centrum Kultury na najlepszy doktorat z dziedziny nauk o kultu‑ rze. Zajmuje się przede wszystkim szeroko ujętą relacją sztuki i mediów. Adiunkt w Wyższej Szkole Humanistycznej TWP w Szczecinie. 162 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Po długim szeregu myślicieli, którzy głosili, że rozwój cywilizacji niesie nam zagładę – oto pojawił się prorok obiecujący zbawienie, nie stawiając żadnych warunków oprócz zrozumienia sposobu, w jaki przekaźniki kształ‑ tują nasze życie. A przy tym jest to prorok, trafiający bezbłędnie we współczesną modę na naukę i ekspertów o imponującej erudycji, posługujący się najbardziej wyszu‑ kanym żargonem naukowym, sprawiającym w dodatku wrażenie bezstronności i niezaangażowania (Jakubowicz, 1975: 93 – 94). Według Krzysztofa T. Toeplitza, autora wstępu zarówno do polskiego wydania książki Jonathana Millera Spór z McLuhanem, jak i Wyboru tekstów samego McLuhana, niezależnie od tego czy jego poglądy wytrzymują krytykę naukową, jest to pierwszy uczony typu akademickiego, który sformułował kompletną i optymistyczną teorię kultury masowej opartej na elektronicznych środkach przekazu. W tym kontekście, wkład McLuhana w rozwój myśli o kulturze uwidacznia się najpełniej w jego przeciwstawieniu się pesymistycznym kon‑ serwatystom (Toeplitz, 1974: 41). „Jest dziełem osobliwego paradoksu, że teoria kultury masowej Marshalla McLuhana, a ściślej – »kultury środków elektronicznych« (…) – stanowi jedyny dotychczas ugruntowany i optymistyczny pogląd na rolę tej kultury w rozwoju ludzkości (…)” (Toeplitz, 1975: 173). Zwraca na to uwagę również Antoni Bydłoń, podkreślając, że McLuhan wyróżnia się wśród współczesnych zachodnich krytyków i wizjonerów społecznych (wyrażających na ogół pesymizm i sceptycyzm), pierwszą od lat optymistyczną wizją przyszłości. „Poszukując dróg wyjścia z kryzysu cywilizacji druku, McLuhan przyjmuje paradoksalnie rolę proroka głoszącego wybawienie przy pomocy środków, w których większość krytyków społecznych widzi istotne niebezpieczeństwo i jedną z zasadniczych przyczyn kryzysu świata zachodniego” (Bydłoń, 1979: 16). Z drugiej strony, najważniejsze twierdzenia McLuhana wynikające z jego przekonania, że nowoczesne media prowadzą ludzkość w stronę „globalnej wioski” sprawiły, iż często był w naszym kraju uznawany po prostu za niepo‑ ważnego marzyciela. Ustalenie granicy między naukowym wnioskowaniem o przyszłości a nierealizowalną utopią, może być w przypadku twórczości tego autora bardzo trudne. Michał Komar zdecydowanie stoi na stanowisku, że wbrew scjentycznym pozorom, teoria McLuhana to tylko pseudonaukowa utopia. Nie oznacza to jednak, iż z tego powodu zostanie przez wszystkich odrzucona (Komar, 1974: 43 – 46). To właśnie owa utopijność okazała się przecież kluczem do niezwykłej popularności kanadyjskiego badacza wśród „nienaukowych” czytelników. W powszechnej świadomości może się on bowiem wydawać synonimem proroka głoszącego nadejście epoki globalnej plemienności, w której dzięki nowoczesnym technikom komunikacyjnym ziści się idea nowego wspaniałego świata. Społeczeństwo globalne osiągnęło czy osiągać zaczęło integrację właściwą ongiś tylko małym społecznościom lokalnym, na szczeblu tradycji ustnej, rytuału wyobrażeń mitycznych. (…) powstaje dziś nowa struktura antropo‑ logiczna – the global village. Różni się ona od dawnych wspólnot nie tylko rozległością zasięgu czy rodzajem środków przekazu, lecz i tym, że w jej wewnętrznym K a l i n a K u k i e ł k o ‑ R o g o z i ń s k a N a u k o w i e c c z y a r t y s t a ? obiegu znajdują się treści wyższej kultury artystycznej, informacja naukowa i polityczna. Jest to formacja »uczona« i uniwersalistyczna (Czerwiński, 1975: 140 – 1 41). Komentując ideę globalnej wioski, Elżbieta i Franciszek Ryszkowie, autorzy książki Między utopią a zwątpieniem, piszą, iż w działalności McLuhana chodzi przede wszystkim o pokazanie istoty ludzkiego życia, polegającej na ciągłym przekształcaniu rzeczywistości – niszczeniu i budowaniu jej na nowo. Jest to transformacja, której nie da się zatrzymać, więc siłą rzeczy systematycznie przybliżamy się do epoki elektryczności, stanowiącej, w ujęciu kanadyjskiego autora, najwyższe stadium postępu (Ryszkowie, 1970: 20). Jak widać optymizm, jako główna cecha charakteryzująca wizje McLuhana, często pojawia się w polskich interpretacjach jego poglądów. Przekonanie o pozytywnym charakterze tych twierdzeń bierze się, jak sądzę, ze zbyt powierzchownego odczytania napisanych przez niego tekstów, wynikającego ze słabej dostępności oryginałów. Nie można jednak uznać, że McLuhan rzeczywiście wyraża tylko pełne nadziei sądy lub za wszelką cenę próbuje umieścić je w swoich rozważaniach. „Optymizm McLuhana nie jest tak lekkomyślny, jak przypisują mu na ogół krytycy. Z naciskiem podkreśla on, że każdy postęp związany z usprawnieniem narzędzi, będących przedłużeniem ciała ludzkiego, jest ambiwalentny, gdyż narusza stan homeostazy” (Ryszkowie, 1970: 30), twierdzą w swojej książce Ryszkowie. „Jeśli będziemy (…) nazywać McLuhana optymistycznym prorokiem, to istotą tego proroctwa jest przede wszystkim wiara w twórcze możliwości człowieka (…)” (Ryszkowie, 1970: 27). Podobną opinię wyraża Jan Czyżkowski, zauważając, że choć McLuhan faktycznie pretenduje do roli optymistycznego proroka „ery technotronicznej”, przewidującego odrodzenie prawdziwego człowieczeństwa i naturalnej wspólnoty między ludźmi, to jednocześnie podkreśla, iż przejście: (…) do tego technotronicznego raju nie nastąpi bezboleś‑ nie: autor wielokrotnie ostrzega przed ciosami ze strony zmieniającego się środowiska. Ten nurt rozważań jest na tyle silnie wyeksponowany, że daje asumpt do sądu, iż dla McLuhana zmiana społeczna jest – niezależnie od długofalowych pozytywnych skutków – zmianą boleśnie doświadczaną, uderzeniem, wstrząsem (w tych zresztą terminach opisuje bodźce ze strony zmieniającego się środowiska technicznego) (Czyżkowski, 1976: 66). Za klucz do optymizmu McLuhana, w polskiej publicystyce, uznaje się jego liczne nawiązana do postępowania marynarza z noweli Edgara Allana Poe W bezdni Maelstromu. Naśladowanie zachowania owego żeglarza, jest dla kanadyjskiego autora gwarantem, iż w świecie niebezpiecznych mediów/ wirów nic mu nie grozi: „(…) nawet wtedy, gdy wciągnie go i pochłonie wir, będzie w stanie się z niego wydobyć, ponieważ zna [ jego ] działanie. (…) Najpierw pozwoli, by wir zepchnął go na dno, by następnie poddając mu się wraz z nim ponownie wydobyć się na powierzchnię” (Ryszkowie, 1970: 27). W przeciwieństwie do interpretacji zachodnich, postawa ta w Polsce nie jest traktowana jako nowatorska metoda badawcza, a jako wyraz konserwatyzmu McLuhana i (jakoby) postulowanej przez niego bierności wobec nowoczesnych technik. Moim zdaniem, owo „polskie” podejście wynika z przyjęcia poglądów Jonathana Millera, którego Spór z McLuhanem ukazał się po polsku wcześniej 163 164 kultura popularna 2013 nr 3 (37) niż teksty tytułowego bohatera. Z opowiadania Edwarda Allana Poe Miller wyprowadził stosunek do techniki oraz model działania współczesnego człowieka, jaki dostrzega w koncepcjach McLuhana. Według brytyjskiego myśliciela, bezwolne poddanie się wirom, pozwala wprawdzie współczesnemu człowiekowi przetrwać w cywilizacji technicznej, ale pozostawia niewiele miejsca na jej kreowanie. Nie ulega wątpliwości, że interpretacja Millera wywarła duży wpływ na polskich autorów, zajmujących się poglądami kanadyjskiego myśliciela. Przejęła ją również Halina Rotkiewicz, autorka książki Pedagogiczne aspekty teorii środków masowego przekazu Marshalla McLuhana, będącej pierwszą polską pozycją w całości poświęconą temu autorowi. Człowiek żyjący w cywilizacji technicznej, aby przetrwać w świecie nadmiaru wytworów produkcji przemysłowej i nadmiaru informacji, musi znaleźć w sobie mądrość marynarza z utworu Edgara Poe’go, bezwolnie poddawać się zewnętrznemu ciśnieniu, aby tą drogą szukać porządku rzeczy, umieć wykorzystać otaczającą go rzeczywistość. Przyjęcie takiej postawy wobec świata jest równoczesnym odrzuceniem wszystkich tych dążeń, które przynieść mogą z sobą tak istotne przemiany w dziedzinie techniki, jak zwolnienie, zatrzymanie, bądź też nadanie innego kierunku rozwojowi cywilizacji technicznej (Rotkiewicz, 1983: 42 – 4 4). Rotkiewicz porusza ten wątek również w recenzji Wyboru pism McLuhana, gdzie zauważa, że autor wprawdzie uznaje potrzebę ludzkiej aktywności we współczesnym świecie, ale jednocześnie postuluje, by w imię przetrwania pozostać biernym i dać się ponieść prądom nowoczesnych technik. Zdaniem Rotkiewicz, rozwój naukowo‑techniczny przytłoczył McLuhana na tyle, że zdając sobie sprawę z niemożności podjęcia skutecznego oporu, musiał przyzwolić na taką bezczynność. W oparciu o powyższe spostrzeżenia, autorka wysuwa wniosek, że błąd tego myśliciela polega na całkowitym zignorowaniu twórczej aktywności człowieka oraz pominięciu faktu, że każda technika jest owocem myśli ludzkiej i zawsze pozostaje w pełni od niej zależna (Rotkiewicz, 1977: 177). Z kolei Aleksander Radwański zwraca uwagę, że w Polsce poglądy Mc‑ Luhana są przykładem zjawiska, które wszyscy świetnie znają, ale nikt nie wie, o co naprawdę w nim chodzi. Zdaniem Radwańskiego jest w tym sporo winy samego McLuhana, który lubił wyrażać swoje twierdzenia w postaci chwytliwych haseł, niestety często traktowanych przez odbiorców jako całość jego teorii. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu głębsze przemyślenia badacza zostały pominięte w dyskursie popularnonaukowym. Fakt ten może wynikać również z tego, iż publikacje McLuhana są bardzo wymagającą lekturą „(…) więc nietrudno zgadnąć, że mało kto, tak naprawdę go prze‑ czytał, a jeszcze mniej osób zadało sobie trud solidnego przemyślenia jego teorii” (Radwański, 1998: 3). Poza tym, nawet wnikliwi czytelnicy mogą mieć kłopoty z przyswojeniem tych tekstów, wynikające ze specyficznego sposobu ich konstruowania. Wielość poruszanych zagadnień, zaskakujące zestawienia dowolnie dobieranych faktów, swobodne łączenie kilku dziedzin naukowych oraz oryginalny graficzny układ przekazywanych treści, które w intencji autora miały przyczynić się do głębokiego zaangażowania i aktywności K a l i n a K u k i e ł k o ‑ R o g o z i ń s k a N a u k o w i e c c z y a r t y s t a ? odbiorcy, w istocie znaczne je utrudniły. Z drugiej strony, jak zauważa Marcin Czerwiński, zwolennicy, krytycy i polemiści McLuhana wyjątkowo zgodnie podkreślają, że jego idee są wyrażone w sposób niezwykły. W przypadku twórczości tego autora mamy bowiem do czynienia z czymś szczególnym: jego teksty nie są ani prostymi esejami, ani tym bardziej uporządkowanymi wywodami naukowymi. Zdaniem Czerwińskiego każdy kto zajmuje się poglądami McLuhana, niezależnie od tego, czy stara się je popularyzować, czy też zwalczać, próbuje je również uporządkować, nadając im (w miarę możliwości) ciągłość i koherencję logiczną. Tymczasem, zgodnie z tym, co on sam pisze o »nieli‑ nearnej«, niedyskursywnej drodze intelektualnej (…), McLuhan prezentuje nam coś, co przypomina ślady po eksplozjach pomysłów lub utrwalone na kliszach rozbłyski intuicji. Nie utworzy się z tego konsekwentny system pojęć, nie wyłuska się stąd definicji ani dowodowej dokumentacji. Podjąć natomiast łatwo wiele frapujących półmetaforycznych określeń, pasjonujących nieraz po‑ równań czy zbliżeń między zjawiskami, których przed nim nikt ze sobą nie łączył (Czerwiński, 1979: 132). Nie ulega wątpliwości, że McLuhan odnosił się do tradycyjnego układu maszynopisu z wyraźnym lekceważeniem. Chcąc wyjść poza sferę i ogra‑ niczenia typografii, w swoich pracach zamieszczał nie tylko na tekst, ale wykorzystywał również efekty graficzne: różnorodne czcionki, rysunki, wykresy i kolaże. Nie można jednak traktować tych działań wyłącznie jako ekstrawagancji autora. Jest to raczej świadome przeciwstawianie kultury literackiej i kultury elektronicznej. Autor stosuje chaotyczny, nieco fanaberyjny tok wywodu, częściej niż logicznym wnioskowaniem posługuje się aforystycznym skrótem lub literacką analogią, czasem w sposób natchniony bredzi, używa pojęć nieostrych, wyżej ceni intuicję czy zgoła natchnienie niż racjo‑ nalizm – ów produkt kultury druku. (…) Wiele jest jednak w tych tekstach intelektualnego hosztaplerstwa, choćby w tych partiach, gdzie w oparciu o kilka celowo dobranych faktów buduje rozległe generalizacje (ad‑ vocatus diaboli podpowiada: czy kiedykolwiek nauki humanistyczne czyniły inaczej?) (Czyżkowski, 1976: 66). Co więcej, McLuhan pełnymi garściami czerpał z dorobku światowej my‑ śli i nauki, zajmując stanowisko, wedle którego wszystko co może służyć jako przykład i poparcie teorii jest dozwolone, nawet wtedy, gdy nie ma nic wspólnego z prawdą. Niestety takie postępowanie, zdaniem Ryszków, sprawia, że kiedy tylko wychodzi poza twierdzenia sprawdzalne empirycznie, ujawnia się jego poznawcza bezradność oraz metodologiczne ubóstwo, które stara się maskować hałaśliwą, choć skądinąd atrakcyjną, formą wykładu (Ryszkowie, 1970: 54). W artykule Próba zrozumienia McLuhana Janusz Lalewicz pisze: W miarę czytania zdumienie ustępuje oszołomieniu, oszo‑ łomienie irytacji (…) Żarty czy obłąkanie? Nawiedzenie 165 166 kultura popularna 2013 nr 3 (37) futurologa czy demagogia wieszcza? Uderzające spo‑ strzeżenia, zagadkowe parabole i aforyzmy, natarczywe argumenty i zaskakujące wnioski McLuhana układają się w wywody tyleż błyskotliwe, co bałamutne, oparte na oczywistych dwuznacznościach i wiązane niefra‑ sobliwymi paralogizmami – w sumie oszałamiające i porywające raczej, niż zasadne i przekonywające. Nie sposób takiej konstatacji uniknąć ani złagodzić, nie rezygnując z elementarnych wymagań racjonalnego myślenia (Lalewicz, 1976: 146). Musimy pamiętać również o tym, że McLuhan z rozmysłem tworzy swoje prowokacyjne twierdzenia, zakładając, że wprowadzenie groteskowej konwencji do dyskusji naukowej, może ją znacznie ożywić i uczynić bardziej efektywną. Ewa Kuryluk zwraca uwagę na inny kontekst takiej postawy: (…) rozbawienie zamiast powagi, prezentowanie quasi naukowych teorii o formie prostego rysunku, dowcipu czy cytatu z literatury, wykłady o charakterze wieczoru autorskiego, książki przypominające raczej Finnegans Wake niż uczone rozprawy – czy nie świadczy to o men‑ talności artysty? Artysty w najlepszym tego słowa zna‑ czeniu, który – alarmując – ma rację nawet wtedy, gdy się myli (Kuryluk, 1977: 10). W jaki sposób należy zatem czytać publikacje McLuhana? W odpowiedzi na to pytanie Jan Czyżkowski podkreśla, że w żadnym przypadku nie można traktować tekstów tego autora jako prac naukowych. Nie jest to bowiem nauka, a rodzaj publicystyki zawsze pozostającej poza sferą myśli stricte naukowej, choć często przenikliwej i obfitującej w niezwykle trafne spostrzeżenia. Zdaniem Czyżkowskiego nie ulega wątpliwości, że teksty McLuhana mogą stanowić interesującą inspirację własnych przemyśleń i refleksji, ale nie należy traktować ich jako czegoś więcej: inspiracja, zachęta, oryginalny głos w dyskusji? – tak; uzasadniona teoria naukowa? – zdecydowa‑ nie nie (Czyżkowski, 1976: 64). Pełna wewnętrznych sprzeczności koncepcja McLuhana wywołuje wiele kontrowersji i może być obiektem ostrej krytyki, zwłaszcza ze strony przedstawicieli nauki akademickiej. Ta zbudowana świadomie wbrew wymogom metodologicznym nauk społecznych wizja łatwo poddaje się krytyce z z metodologicznego punktu widzenia. Jej niesformalizowany język, bliższy niejednokrotnie językowi artysty niż uczonego, przypomina zdaniem wielu krytyków sposób pisania intelektualistów niechętnych empirii i formalizacji wiedzy typu Fromma, Riesmana czy Millsa (Bydłoń, 1979: 14). Irytację akademików budzi przede wszystkim całkowity brak porządku i spójności w wywodach tego autora: McLuhan często się powtarza, wykazuje denerwujący brak troski o to, by swoje twierdzenia przedstawić w sposób zrozumiały, a do tego notorycznie zmienia temat rozważań bez dokończenia czy wyjaśnienia poprzedniego wątku. Poza tym, sławny Kanadyjczyk lubi obracać się jedynie w kręgu cytatów z prac tych autorów, u których odnajduje poglądy wspierające swoje koncepcje. Co więcej, takie nawiązania uznaje za wystarczającą weryfikację swoich teorii i nie widzi już potrzeby odwoływania się do rzeczywistości empirycznej. K a l i n a K u k i e ł k o ‑ R o g o z i ń s k a N a u k o w i e c c z y a r t y s t a ? McLuhan cytuje wprawdzie różne fakty i przykłady wydarzeń, funkcjonują one jednak na zasadzie anegdotek. Nie podejmuje nigdy próby naukowego sprawdzenia i uza‑ sadnienia swoich twierdzeń. Tymczasem przedmiotem jego analizy (…) jest (…) zakres zjawisk poddających się metodom badawczym empirycznych nauk społecznych. Metod tych bynajmniej nie stosuje, posługując się jedynie nagromadzeniem cytatów, przykładów zaczerpniętych z różnych epok i warunków społecznych. Jak widać więc, grzeszy przeciwko kardynalnym zasadom nauk społecznych (…) (Jakubowicz, 1975: 88). Pomijając powyższe naukowe niedoskonałości twórczości McLuhana, warto pamiętać o tym, że jej głównym założeniem jest próba stworzenia kompleksowej teorii kultury w powiązaniu z całością dotychczasowego dorobku cywiliza‑ cyjnego człowieka. Dostrzega to Antonina Kłoskowska, która w Socjologii kultury pisze: Teoria McLuhana jest pełna sprzeczności wewnętrznych, niejasności i w wielu punktach także niekompetencji. Jednak mimo zastrzeżeń zasługuje na uwagę ze względu na rozgłos, jaki zyskała. Niewątpliwie słuszna, choć nie oryginalna, jest teza (…), że techniczne środki komuni‑ kowania rozszerzają zakres doświadczeń i oddziaływania ludzi poza granice określone zasięgiem naturalnych zdol‑ ności nieuzbrojonych zmysłów (Kłoskowska, 2007: 181). Prace McLuhana powinny wzbudzić zainteresowanie czytelników, starających się znaleźć klucz do zrozumienia istoty przemian kultury wywołanych przez dominującą pozycję techniki. Autor oferuje cenne spojrzenie na tę tematykę, nie tylko wskazując nowy obszar badań, ale inspirując również do powszechnej dyskusji nad społecznymi efektami komunikowania. Zdaniem Haliny Rotkiewicz zainteresowanie poglądami McLuhana w Polsce wynika przede wszystkim z jego nawiązania do niezwykle ważnej problematyki dotyczącej określenia relacji „człowiek – cywilizacja techniczna” i zwrócenia uwagi na trwałe implikacje, jakie ma dla ludzkości rozwój tech‑ niki (Rotkiewicz, 1979: 28 – 29). Rotkiewicz podkreśla jednak, że teksty jego autorstwa trzeba zawsze traktować dwojako: w pierwszym, wąskim ujęciu odnoszą się one jedynie do środków przekazu, w drugim zaś są próbą ukazania w szerszej perspektywie związków człowieka z otaczającym go światem. Ros‑ nąca powszechność elektronicznych środków przekazu pozornie prowadzi do unifikacji stylu życia i standardów wiedzy o świecie, ale zdaniem McLuhana, skupionego na roli samego przekaźnika, w rzeczywistości powoduje nowe, głębokie zaangażowanie odbiorcy w świat. Według autorki niezależnie od tego czy poglądy McLuhana są odrzucane, czy też dokonuje się ich twórczej asymilacji, mogą one stanowić istotny bodziec dla prób określenia miejsca człowieka w zmiennym świecie informacji. Upowszechnienie, kontrower‑ syjnych i przyjmowanych często w krańcowo odmienny sposób, twierdzeń tego autora pozwala bowiem formułować ważne pytania dotyczące istoty człowieka, jego relacji ze światem, a także perspektyw rozwojowych ludzi żyjących w zdeterminowanym technicznie środowisku (Rotkiewicz, 1983: 303 – 306). Nie ulega wątpliwości, że McLuhan jak mało kto zdawał sobie 167 168 kultura popularna 2013 nr 3 (37) sprawę z siły oddziaływania mediów oraz zagrożeń, jakie niesie ich rozwój. Oczywiście McLuhan nie jest pierwszym myślicielem, który podjął badania bezpośredniego oddziaływania techniki na jednostkę, ale bez wątpienia jako pierwszy tak wyraźnie wskazał znaczenie technik komunikacji w ludzkim życiu (Olszewski, 1978: 594 – 595). (…) jego intuicje i rozwiązania mimo całej bałamutności sformułowań i osobliwości systemu pojęciowego bardziej zasługują na poważne przemyślenie niż znakomita część eseistycznej i socjologicznej literatury na temat komuni‑ kacji masowej (…). Nie tyle ze względu na odkrywczość w sensie dosłownym (…) ile dlatego, że w zjawiskach dostrzeganych, ale traktowanych jako marginalne niuanse, potrafił dojrzeć i wskazać złożone mechanizmy, wielo‑ rako sprzężone z całością kultury i ważne dla sposobu jej funkcjonowania (Lalewicz, 1976: 147). Jak podkreśla Halina Rotkiewicz, warto pamiętać i o tym, że McLuhan jest nie tylko badaczem mediów i teoretykiem kultury, ale również filozofem. To stanowisko wydaje się bliskie również Krzysztofowi Losce, który podjął drugą w Polsce – po autorce Pedagogicznych aspektów… – próbę „(…) mono‑ graficznego ujęcia spuścizny teoretycznej kanadyjskiego »proroka mediów elektronicznych«” (Zawojski, 2002: 332). Mowa o książce Dziedzictwo Mc‑ Luhana – między nowoczesnością a ponowoczesnością, w której poglądy owego „kanadyjskiego proroka” zostały usytuowane między tytułową nowoczesnością a ponowoczesnością, modernizmem a postmodernizmem. W książce Loski „(…) dostajemy bardzo rzetelny obraz recepcji koncepcji McLuhana, zaprezentowany z dużym znawstwem i jednocześnie w szerokim kontekście nie tylko refleksji medioznawczej, ale i w odniesieniu do podstawowych problemów, jakie wiążą się z syndromem kultury ponowoczesnej” (Zawojski, 2002: 334). Dla autora Dziedzictwa…, McLuhan to przede wszystkim współczesny filozof mediów, który nie ma jednak ambicji sformułowania jednolitej i prawomocnej metody, za pomocą której wyjaśniać by można wszelkie zjawiska, dostrzega bowiem zmienność i niejednoznaczność wszystkich pojęć. Z drugiej strony, czynione przez McLuhana założenia wynikają z jego głębokiego przekonania o jedności kultury i integralnym charakterze rzeczywistości społecznej, z czym wiąże się jego dążenie do badania poszczególnych zjawisk w odniesieniu do całości, ponieważ, to całość określa naturę i wzajemne relacje swoich części. McLu‑ hanowi nie chodzi o wyciąganie ostatecznych wniosków, poznanie „prawdy” czy ocenę zachodzących w życiu człowieka zmian, ale o wskazanie punktów, które mogłyby stanowić zaczątek refleksji nad współczesnością, a także zachętę do przemyślenia podstawowych kwestii kultury współczesnej. Zdaniem Loski, od pierwszych publikacji kanadyjskiego autora, dostrzec można podstawową cechę, a jednocześnie poważną słabość jego koncepcji, mianowicie skłonność do myślenia deterministycznego, wedle którego decydującym czynnikiem postępu i wszelkich zmian w życiu ludzi, jest element technologiczny. „To technika tworzy świat, narzuca pewien styl życia, określa jego warunki, wzmacnia istniejące skłonności, wpływa na rzeczywistość społeczną oraz kształtuje świadomość człowieka. (…) Mechanizacja produkcji, alienacja pracy, postępująca specjalizacja i dehumanizacja stosunków międzyludzkich stanowiły cenę, która trzeba było zapłacić za rozwój społeczny” (Loska, 2001: 10 – 16). Choć McLuhan postrzega rzeczywistość społeczno‑kulturową jako K a l i n a K u k i e ł k o ‑ R o g o z i ń s k a N a u k o w i e c c z y a r t y s t a ? wynik ciągłego napięcia między dwoma modelami świata: mechanicznym (nowoczesnym) i elektronicznym (ponowoczesnym), jednoznacznie nie opowiada się za żadną z tych formacji. Myślenie McLuhana jest odległe od ponowoczesnych dylematów rozumu, jeśli ponowoczesność postrzegamy jako apologię przypadkowości, chaotyczności, anarchii, jako zgodę na świat sfragmentaryzowany, nieciągły i pozbawiony szans na odzyskanie całości. Jeśli jednak ponowoczesność rozumiemy jako sprzeciw wobec wszech‑ władzy instrumentalnego rozumu, jako skutek odrzucenia mechanistycznego światopoglądu i logiki przyczynowo ‑skutkowej, podważenia prymatu spojrzenia (zasady line‑ arności), jako krytykę klasycznego systemu przedstawia‑ nia (opartego na odtwarzaniu rzeczywistości), wówczas stanowisko McLuhana wyraźnie zbliża się do postmo‑ dernistycznych wizji rzeczywistości (Loska, 2001: 23 – 25). Andrzej Gwóźdź zauważa, że książka Loski, będąca studium z antropologii kultury współczesnej, paradoksalnie trafiła na księgarskie półki w znacznie lepszym momencie niż polskie tłumaczenia prac samego McLuhana, została bowiem niejako zapowiedziana przez obecny stan kultury audiowizualnej. Poza tym, Myśl profesora z Toronto przyjmuje autor za osnowę (…) swojego wywodu na temat kultury audiowizualnej. Właściwym bohaterem książki jest więc nie tyle sam McLuhan i jego teoria, co właśnie problemy kultury elektronicznej, wywołane przez McLuhana w końcu lat pięćdziesiątych pokupnym hasłem „przekaźnik jest przekazem”, nieco później wdzięcznie przekształconym na „przekaźnik jest masażem”. Krzysztof Loska idzie jednak dalej, proponując czytelnikowi klarowny wywód o spotkaniu nowoczesności z ponowoczesnością na kanwie krytycznej lektury (…) McLuhana i Baudrillarda (…) (Gwóźdź, 2002: 48). Faktycznie, związkom myśli McLuhana i najsłynniejszego francuskiego postmodernisty Loska poświęca rozdział swojej książki. Zdaniem autora, oddziaływanie McLuhana na poglądy Baudrillarda, pozwala bowiem na umiejscowienie koncepcji kanadyjskiego profesora w obszarze myślenia ponowoczesnego. Przewodnim motywem twórczości Baudrillarda, zauważa Loska, są zagadnienia związane z przemianami społecznymi wywoływanymi przez rozwój naukowo‑techniczny. Francuski myśliciel postawił sobie za cel opisanie nowego środowiska człowieka, a także adekwatne scharakteryzowanie współczesnej kultury (Loska, 2001: 107). W polskim dyskursie naukowym nazwisko McLuhana zostało przywołane również w dość zaskakującym kontekście. Otóż na łamach miesięcznika „Bibliotekarz”, rozgorzała dyskusja na temat likwidacji tradycyjnych bibliotek, do których przyczynić się miała także teoria kanadyjskiego uczonego. Jacek Wojciechowski, pisząc o zagadnieniach związanych z teorią informacji (i jak podkreśla „nieinformacji”), z niejasnych do końca powodów przytacza swoją 169 170 kultura popularna 2013 nr 3 (37) interpretację poglądów McLuhana, któremu zarzuca puszczenie w obieg niebezpiecznego mitu, sugerującego: (…) że linearność pisma zniewoliła ludzką wyobraźnię, podczas gdy przestrzenna struktura komunikacji au‑ diowizualnej przyniesie wyzwolenie. To bezzasadna, bałamutna bzdura, chociaż błyskotliwa. (…) No i jeszcze za sprawą (nie tylko) M. McLuhana wykluł się następny mit zagłady komunikacji pisemnej, którą ma rzekomo w całości zastąpić komunikacja elektroniczna i w związku z tym pojawiła się zapowiedź zaniku bibliotek trady‑ cyjnych. (…) Nie ma, to żadnych przesłanek, nie da się tego wyprowadzić z żadnej porządnej, prospektywnej analizy komunikacji społecznej, a jednak mit elektro‑ nicznego zbawienia krąży i obrasta w siłę. Mit groźny także dlatego, ze służy za przesłankę likwidowania bibliotek lub odstępowania od planów budowy (Woj‑ ciechowski, 1998: 5). Bezpardonowy tekst Wojciechowskiego wzbudził oburzenie Aleksandra Radwańskiego, który na łamach kolejnego numeru „Bibliotekarza”, podjął się „obrony” McLuhana, jednocześnie zarzucając Wojciechowskiemu pseu‑ doerudycję, niepotrzebną mglistość wywodu i marność własnych koncepcji (Radwański, 1998: 4 – 5). Skądinąd McLuhan często jest w Polsce przedstawiany jako „grabarz epoki Gutenberga”, zwiastujący ostateczny koniec drukowanej książki. Na przykład Witold Paźniewski w eseju Według McLuhana nieco ironicznie (choć z dużą dozą sympatii) pisze: Błyskotliwy badacz cywilizacji obrazkowej, jej główny prorok i demiurg, w roku 1970 ustalił dokłada datę śmierci książki. Jej zgon, po krótkiej i ciężkiej chorobie miał nastąpić w roku 1980. Puste księgarnie i biblioteki będą jedynym pomnikiem wystawionym ku czci odchodzącej w niebyt „ery Gutenberga” – prorokował profesor (…) nie przewidział tylko jednego, że on, Marshall Mc‑ Luhan (…) rozstanie się z tym światem tego właśnie roku. Dzięki takim zbiegom okoliczności, w naszym rzeczowym i przyziemnym świecie, przypadek okazał się zręcznym ironistą. To książka zdołała przeżyć Mc‑ Luhana (Paźniewski, 1998: 78). Niestety Paźniewski nie podaje źródeł tych twierdzeń, nie można zatem, podjąć próby ich weryfikacji. Co ciekawe, wątek „końca książki” właściwie nie pojawia się poza Polską, zapewne dlatego, że tak naprawdę trudno odnaleźć potwierdzające go odniesienia w pismach samego McLuhana. Być może niektóre z jego poglądów są przez rodzimych interpretatorów, traktowane zbyt dosłownie, bowiem autor nie twierdził nigdy, że zagłada kultury druku faktycznie nastąpi. Byłoby to równie idiotyczne jak oczekiwanie, że z chwilą rozpowszechnienia się pisma przestaniemy rozmawiać, K a l i n a K u k i e ł k o ‑ R o g o z i ń s k a N a u k o w i e c c z y a r t y s t a ? bo oto skończyła się epoka kultury oralnej. McLuhan twierdził, że będziemy inaczej postrzegać świat, bo inne przekaźniki kształtować będą naszą percepcję. I tak się stało, chociaż wielu ludziom mogło to umknąć, ponieważ przejawy nowej, elektronicznej rzeczywistości stały się widoczne dopiero z większego dystansu (Radwański, 1998: 4). Na koniec warto zauważyć, że w przypadku naukowej spuścizny McLuhana, mamy w Polsce do czynienia z prawdziwym ewenementem: mimo intelektual‑ nego zamieszania, jakie na całym świecie od kilkudziesięciu już lat wywołują prace tego autora, na język polski w całości przetłumaczono tylko dwie jego książki i to dopiero w 2001 i 2004 roku. Nie dziwi zatem, że zdecydowana większość rodzimych tekstów dotycząca jego pisarskich dokonań opiera się na cytatach „z drugiej ręki”. Ma to niestety wpływ na interpretacje polskich autorów, które najczęściej kompletnie mijają się z intencjami samego McLu‑ hana. Zaskakujący jest natomiast fakt, że mimo otwarcia na zachodnie rynki wydawnicze i łatwą dostępność wszelkich publikacji w Internecie, sytuacja ta nie uległa większej zmianie od lat siedemdziesiątych, kiedy to w polskich księgarniach pojawiło się najpierw tłumaczenie Sporu z McLuhanem Millera, a rok później polski Wybór pism. Książka Krzysztofa Loski, na której zakończyłam opis polskich tekstów poświęconych tytułowemu bohaterowi, stanowi moim zdaniem symboliczny punkt zwrotny w rodzimych rozważaniach nad twórczością tego autora. W pewnym sensie, zamyka bowiem starą dyskusję zogniskowaną raczej wokół postaci samego McLuhana, a jednocześnie otwiera nową, opartą na reinterpretacjach jego teorii w odniesieniu do mediów cyfrowych. Dzisiaj zainteresowanie McLuhanem nie sprowadza się już tylko do poszukiwania odpowiedzi na pytanie o to, czy jest prawdziwym naukowcem, ale do od‑ krywania w jego tekstach odpowiedzi na kolejne problematyczne kwestie, pojawiające się wraz z rozwojem nowych technik komunikowania. Okazuje się, że lektura jego prac pozwala na stwierdzenie, że prezentowane w nich poglądy są obecnie o wiele bardziej aktualne niż w momencie, w którym powstały. Wynika to zarówno z przemian cywilizacyjnych, jakie nastąpiły od tamtego czasu, jak i kierunku refleksji na temat mediów. Co więcej, twór‑ czość autorów postmodernistycznych, konstruujących teksty na podobnych jak McLuhan zasadach, sprawiła, że także jego publikacje stały się bardziej zrozumiałe dla czytelników. Myśl tego autora z powodzeniem można wpisać w szerszy kontekst przeobrażeń koncepcji teorii naukowych, prowadzących do uznawania wartości różnych środowisk badawczych. 171 172 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Bibliografia: Bydłoń A. (1979). Wizja społeczeństwa w koncepcji Marshalla McLuhana, „Czło‑ wiek i Światopogląd”, 11. Czerwiński M. (1975). Magia, mit i fikcja. Warszawa. Czerwiński M. (1979). McLuhan po polsku. „Przekazy i Opinie”, 1. Czyżkowski J. (1976). Konsolacje i utopie McLuhana. „Nowe Książki”, 19. Gwóźdź A. (2002). Stracone dziedzictwo McLuhana. „Kino”, 2. Jakubowicz K. (1967). Marshall McLuhan – czyli optymista wśród pesymistów, „Studia Socjologiczne”, 3. Jakubowicz K. (1975). Uwagi o McLuhanie. „Przekazy i Opinie”, 1. Kłoskowska A. (2007). Socjologia kultury. Warszawa. Komar M. (1974). Marshall McLuhan: utopia ery technotronicznej. „Studio” , 1 – 2. Kuryluk E. (1977). Artysta – sygnałem alarmowym. O spotkaniu z Marshallem McLuhanem. „Polityka”, 48. Lalewicz J. (1976). Próba zrozumienia McLuhana. „Dialog”, 12. Loska K. (2001). Dziedzictwo McLuhana – między nowoczesnością a ponowo‑ czesnością. Kraków. Olszewski E. (1978). W dyskusji z H. M. McLuhanem i J. W. Abramsem. „Zagad nienia Naukoznawstwa”, 4. Paźniewski W. (1998). Według McLuhana. „Nowe Książki”, 3. Radwański A. (1998). Szanujmy McLuhana. „Bibliotekarz”, 10. Rotkiewicz H. (1979). Cywilizacja współczesna i wychowanie. Poglądy Mar‑ shalla McLuhana a myśl pedagogiczna Johna Dewey’a. „Kwartalnik Peda‑ gogiczny”, 4. Rotkiewicz H. (1985). Człowiek i świat w erze Marconiego. Wybrane aspekty po‑ glądów Marshalla McLuhana. „Przekazy i Opinie”, 1 – 2. Rotkiewicz H. (1977). Marshall McLuhan: Wybór pism (recenzja). „Kwartal‑ nik Pedagogiczny”, 4. Rotkiewicz H. (1983). Pedagogiczne aspekty teorii środków masowego przekazu Marshalla McLuhana. Wrocław. Ryszkowie, E., F. (1970). Między utopią a zwątpieniem. Warszawa. Toeplitz K. T. (1974). Miller na tropie McLuhana. „Studio”,1 – 2. Toeplitz K. T. (1976). Marshall McLuhan – prorok elektronicznego zbawienia, [ w ]: M. McLuhan. Wybór pism, tł. Jakubowicz K. Warszawa. Toeplitz K. T. (1975). Słowo wstępne, Miller J., Spór z McLuhanem, tł. Bogu‑ cka A. Warszawa. Wojciechowski J. (1998). W kręgu informacji i nie informacji, [ w: ] „Bibliotekarz”, 4. Zawojski P. (2002). W galaktyce McLuhana. „Kwartalnik Filmowy”, 37 – 38. 174 Recenzja DOI: 10.5604/16448340.1094752 Bezgraniczna rozrywka, czyli o prezentacji filmów w Niemczech przed I wojną światową. Recenzja książki Masslose Unterhaltung: Zur Etablierung des Films in Deutschland 1896–1914 Josepha Garncarza. kultura popularna 2013 nr 3 (37) Niemieckie filmoznawstwo od ponad dwóch dekad intensywnie kieruje uwagę na wczesny okres kina. Można tu wspomnieć prace Heide Schlüpmann, Herberta Biretta, Corinny Müller, Martina Loiperdingera 1, Klausa Kreimeiera, czy też wydawany w latach 1992 – 2006 roc‑ znik „KINtop. Jahrbuch zur Erforschung des frühen Films”, wznowiony w 2011 roku w formie anglojęzycznej serii „KINtop. Studies in Early Cinema” (red. Frank Kessler, Sabine Lenk, Martin Loiperdinger). Do uznanych badaczy wczesnego kina w Niemczech należy również Joseph Garncarz, znany polskim czytelnikom choćby z tekstu o kinie objazdowym na Śląsku, który w swojej książce Maßlose Unterhaltung (Bez‑ graniczna rozrywka) podejmuje tematykę prezen‑ towania wczesnych filmów w różnorodności form instytucjonalnych, najpierw się uzupełniających, a następnie konkurujących, w konsekwencji czego ukształtowała się nowa formy rozrywki popularnej w kształcie znanym nam współcześnie. Ponieważ Garncarza interesuje przede wszyst‑ kim różnorodność sposobów prezentacji filmów w Niemczech w latach 1896 – 1914, nie wikła się on w teoretyczne rozważania związane z poję‑ ciami „film” i „kino”, objaśniając już we wstępie, co pod nimi rozumie: otóż „film” to sekwencyj‑ nie utrwalone na drodze fotograficznej obrazy, reprodukowane w sposób sprawiający wrażenie perfekcyjnej iluzji ruchu, „kino” natomiast to projekcja filmów przed publicznością, jeśli wy‑ łącznie lub w przeważającej części pokazywane są filmy. Takie naświetlenie sprawy pozwoliło autorowi skupić się na empirycznych zagadnie‑ niach związanych z upowszechnianiem filmu, których wymowa okazuje się nie mniej zaska‑ kująca dla tradycyjnej wiedzy filmoznawczej niż stwierdzenie André Gaudreault, że „wczesne kino nie było kinem”(M. Pabiś‑Orzeszyna, 2013: 104). Wymowę tez Garncarza wzmacnia solid‑ ny aparat metodologiczny, oparty na badaniach archiwalnych prowadzonych przez autora w ra‑ mach projektu „Industrializacja percepcji” na uniwersytecie w Siegen, których wynikiem są trzy bazy danych: kin jarmarkowych (nie „jar‑ marcznych” – postuluję pożegnanie się z tym terminem w poważnych pracach filmoznaw‑ 1 Warto wspomnieć również o tomie zbiorowym Ge‑ schichte des dokumentarischen Films in Deutschland, Band 1: Kaiserreich 1895 – 1918, red. U. Jung, M. Loiperdinger, Stuttgart 2005. recenzja czych 2) działających w Niemczech i częściowo w państwach ościennych, filmów wyświetlanych w Niemczech (w większości będących wynikiem archeologii czasopiśmienniczej Biretta) oraz pro‑ gramów kinowych z wybranych miejscowości 3. Zebranie tak obfitego materiału źródłowego i jego ocena możliwe były dzięki pomocy blis‑ ko dwudziestu magistrantek i magistrantów, co pokazuje też, z jak inspirującymi i poważnymi zadaniami konfrontowani są niemieccy studenci i jak wielkim darzy się ich zaufaniem (z pozyty‑ wnym skutkiem). Książka Garncarza, obok wstępu i zakończe‑ nia, składa się z ośmiu rozdziałów, które można sprowadzić do trzech głównych części: projekcje filmowe w ramach składankowych programów w teatrach variétés (międzynarodowych oraz lo‑ kalnych), projekcje kin objazdowych (jarmar‑ kowych oraz salowych – te drugie nie przewo‑ ziły wyposażenia niezbędnego do postawienia budynku kinowego), jak też kin stacjonarnych (sklepowych, kinoteatrów oraz pałaców kinowych). Dla każdego z typów autor określa brzegowe (bogate w kulturowe i ekonomiczne odniesienia) warunki działania, sposoby organizacji seansów z analizą przykładowych programów, jak też dystynkcje publiczności. Ostatni z rozdziałów koncentruje się na zaniku projekcji filmowych w teatrach variétés oraz stopniowym wypieraniu z rynku kin objazdowych pod wpływem konku‑ rencji kin stacjonarnych, co nastąpiło (dopiero!) po 1910 roku, gdy te ostatnie zaczęły powstawać w mniejszych miejscowościach. Z racji określonej dostępności źródeł (cza‑ sopism branżowych, lokalnej prasy i archiwów komunalnych) najobszerniejsze i najbardziej wymowne poznawczo (także z uwagi na sk‑ wantyfikowanie zagadnień) są rozdziały po‑ święcone międzynarodowym teatrom variétés, kinom jarmarkowym oraz kinoteatrom. I tak, dla przykładu, autor dochodzi do konkluzji, że 2 Stosowane w polskiej literaturze przedmiotu określenie „kino jarmarczne“ jest niezbyt szczęśliwą kalką niemie‑ ckiego „Jahrmarktkino”. O ile niemiecki termin odnosi się do jarmarku i ma charakter opisowy, to polskie wyrażenie ma charakter wartościujący – oznacza także „pozbawiony dobrego smaku, tandetny” (Słownik Języka Polskiego http://sjp.pl/, dostęp: 17.12.2013). Wobec powyż‑ szego postuluję stosowanie terminu „kino jarmarkowe”, które nie jest nacechowane wartościująco, a przez to nie zniekształca (wypacza) obrazu tej formy kina. 3 Zob. http://www.earlycinema.uni‑koeln.de/, dostęp: 17.12.2013. 175 już „relacje optyczne” w teatrach variétés około 1900 roku opowiadały kompleksowe historie, jeśli tylko odniesiemy je do całych programów, a nie pojedynczych filmów; że najlepsze kina jarmarkowe kojarzyły się ówczesnym widzom z okazałymi teatrami miejskimi, a ich właściciele zarabiali pieniądze porównywalne z pensjami ministerialnymi; że rozwój systemu dystrybucji filmowej warunkowany był przez boom kin sta‑ cjonarnych, a nie odwrotnie; że widownię kin jarmarkowych około 1905 roku można szacować nawet na 67 milionów widzów (przy 60 milio‑ nach mieszkańców Niemiec), a publiczność kin stacjonarnych przed wybuchem wojny aż na 250 milionów. Już tylko wspomniane liczby świadczą o olbrzymim sukcesie kina, które przez wiele lat było niedoceniane, ale Garncarz rozprawia się również z klasyczną teleologią, konkludując: „Gdyby przeforsowane zostały przeciwogniowe pomysły policyjne, film nigdy nie mógłby zna‑ leźć się w teatrach variétés. Gdyby filmy nigdy nie były składową programu variétés, możliwe, że nie powstałyby kina jarmarkowe. W takim wypadku około 1905 roku nie byłoby wystarcza‑ jącej liczby filmów dla powstania stacjonarnych kin” (Garncarz, 2010: 225). Co ważne, Garncarz jest zdania, iż instytu‑ cja kina jarmarkowego charakterystyczna była dla niemal całej Europy, wykraczając ze swoimi tezami poza granice tras niemieckich kiniarzy. 176 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Empiria prowadzonych badań pozwoliła autorowi na sformułowanie tezy, iż już przed wojną można mówić o narodowym ukierunko‑ waniu preferencji niemieckich widzów. Aby tę tezę udowodnić, Garncarz nie ograniczył się do podaży zagranicznych filmów na niemieckim rynku, ale z programów filmowych wyodrębnił tak zwane „punkty kulminacyjne”, analizował filmy poszczególnych krajów pod względem ich przeciętnego czasu trwaniu. Wyszło mu na przy‑ kład to, że podaż „dramatów” francuskich spadła na rynku niemieckim z 75proc. w roku 1907 do 16 prac. w roku 1912, amerykańskich wzrosła w tym samym okresie z 3 proc. do 50 proc., niemieckich zaś z 4 proc. do 10 proc. Sukces filmów ame‑ rykańskich był jednak tylko pozorny – w 1912 roku ich udział jako „punktów kulminacyjnych” programów wynosił zaledwie 10 proc., podczas gdy odsetek dramatów niemieckich sięgał 41 proc. Podałem powyższy przykład nie po to, aby za‑ męczać czytelnika szczegółowymi statystykami, ale żeby wskazać na metodę pracy Garncarza, która z filmoznawstwa czyni naukę niemal ści‑ słą, której niezmiernie daleko od arbitralnych sądów na temat „lepszości” jednych filmów nad drugimi, bliżej za to do nauki sprawdzalnej, dla której nowe dane zamieszczane w bazach mogą prowadzić do weryfikacji zaprezentowanych tez. Sądzę, że warto wskazać na dodatkowy fakt, który powoduje, że lektura książki Garncarza jawi się bardzo interesująco – otóż badał on kulturę filmową w Niemczech, co oznacza, że jego wywody w swojej ogólności odnoszą się również do ziem polskich pod zaborem pru‑ skim. Zresztą kinu objazdowemu na Śląsku, gdzie działali polscy i niemieccy przedsiębiorcy, poświęcił on spory pasaż. Tym samym historia Garncarza, stanowiąca też wkład do medialnej historii kultury rozrywkowej, może być źród‑ łem ciekawych inspiracji i dla polskich badaczy. Andrzej Dębski Bibliografia: Birett H. (1991). Das Filmangebot in Deutschland 1895 – 1911. München. Garncarz J. (2008). „Byliśmy na jarmarku”. Kina objazdowe na Śląsku przed pierwszą wojną światową, przeł. T. Gabiś, [ w: ] Wrocław bę‑ dzie miastem filmowym… Z dziejów kina w stolicy Dolnego Śląska, (red.) Dębski A., Zy‑ bura M. Wrocław. Kreimeier K. (2011). Traum und Exzess – Die Kulturgeschichte des frühen Kinos. Wien. Loiperdinger M. (1999). Film & Schokolade. Stollwercks Geschäfte mit lebenden Bildern. Frankfurt am Main – Basel. Müller C. (1994). Frühe deutsche Kinematogra‑ phie. Formale, wirtschaftliche und kulturelle Entwicklungen. Stuttgart– Weimar. Pabiś‑Orzeszyna M., Wczesne nie‑kino, recenzja książki Gaudreault A. Film and Attraction: From Kinematography to Cinema. „Ekrany” 2013, nr 6, (104). Schlüpmann H. (1990). Unheimlichkeit des Blicks. Das Drama des frühen deutschen Ki‑ nos. Frankfurt am Main – Basel. Geschichte des dokumentarischen Films in Deutsch land (2005). Band 1: Kaiserreich 1895 – 1918, red. Jung U., Loiperdinger M., Stuttgart. 178 kultura popularna 2013 nr 3 (37) Abstracts Michał Pabiś ‑Orzeszyna Cinema Of Attractions: Cartography, Critique, Index Makary Górzyński 19th Century Public Garden in Kalisz. History, Power And Commercialism in The Space of Popular Culture In this article I would like to present some re‑ flections on the role played by the “cinema of attractions” in the history of film studies. First part of my essay includes the preliminary de‑ scription of this idea: its definition, polemical context and change that “cinema of attractions“ brought to the dominant mode of historiographi‑ cal investigation in the light of so called “Bright‑ on project” and “historical turn”. The aim of the second part is to outline the possible criti‑ cal comments on “cinema of attraction” mostly rooted in David Bordwell’s and Charles Muss‑ er’s writings. In the third part I would like to sketch how those objections can be tempered if we enrich our understanding of “cinema of at‑ traction” with knowledge about the historical – material and intellectual – milieu in which this notion emerged. In this context I propose to see historiographical method conducted by the proponents of “cinema of attraction” (i.e. Tom Gunning, André Gaudreault) in the light of specific version of cinephilia that came to light in New York in the 1970s. Paper presents history of the public garden in Kalisz at the turn of 19th – 20th centuries and main narratives of its functioning. The aim of this article is to connect garden architecture and sculpture from around 1900 with the town public sphere and visual culture. Architectur‑ al structures and garden patterns shaped cru‑ cial spaces of modern recreation and commerce in this industrial city. At the same time, Kalisz public garden may serve as a perfect example of interactions in space between narratives of history, Russian government power or private desire, unfolding class‑, national‑ or gender ‑based divisions. abstracts Martyna Steckiewicz Lodż Hot Gehuljet. Łódź Was Fribbling. The Image of Cinema and the Culture of Attractions in „Lodzer Tageblat” From 1908 to 1914 Dafna Ruppin “Views From The Japanese‑Russian War”. Re‑titling Russo‑Japanese War Film Programmes in the Netherlands and Netherlands Indies 179 Lodz is a perfect example of the industrial, mul‑ tiethnic city, which was developing very inten‑ sively during the XIX century. The changes con‑ cerned also the social structure and lifestyle of its inhabitants. Creating of the new ideas and cultural customs affected the morals and prin‑ ciples. Jews as a constituted group of city resi‑ dents, were experiencing those changes as well. Systematically they took part in urban everyday life and became the attractive customer for the local entertainment industry. The article presents the analysis of the reception of early cinema in the Yiddish local newspaper „Lodzer Tage‑ blat”, for the first time published in 1908. The presence of announcements and advertisements proves that Jews constituted an important part of Lodz’s audience in premises offering differ‑ ent entertainment programs. By putting recep‑ tion of early cinema to the context of all other municipal entertainments offered by the local theaters, circus and cinematographs, I refer to to other research in early movie‑going in Łódź. This paper focuses on the production, dissemina‑ tion and reception of images of the Russo‑Japanese War from an intermedial perspective, examining early cinema as embedded within and engaged in exchanges with other contemporary popular me‑ dia, in terms of both content and form. Focusing on the case of the Netherlands ‑ by that point in time, a minor imperial power in Asia, relatively neutral in regards to the conflict and, moreover, not a producer of such images but rather a recip‑ ient and distributor of ones produced outside its borders ‑ will enable us to examine how images of war were adapted and reframed in order to con‑ struct an international news story for Dutch au‑ diences. Furthermore, an overview of the popular visual media circulating at the time in the Nether‑ lands and in the Netherlands Indies will help out‑ line features of the political and cultural exchang‑ es between the colonies and the home country. 180 Magdalena Saryusz‑Wolska C inema in The Ruins. Film‑Marketing in Berlin 1945 – 1949 Ewa Drygalska Film Culture in The Blax‑ ploitation Era in Los Angeles in The 1970s Radomír D. Kokeš, Jakub Klíma (Not) Only to Krnov to See 70mm Films kultura popularna 2013 nr 3 (37) The article deals with marketing strategies of films and cinemas in Berlin during the first years after World War II. The author analyses diverse sorts of advertising materials and discusses their visual presence in the ruined city. Special at‑ tention is paid to questions concerning the po‑ litical situation (Berlin as an occupied and di‑ vided city) as well as the demographic situation. Given the huge surplus of women in the Ger‑ man population after 1945, cinema audiences reflected this fact very precisely – seeing as the cinema was one of the few leisure time activi‑ ties in those years. In the article the author presents the prelimi‑ nary results of her research project on blaxploita‑ tion movie‑going culture in Los Angeles in the 1970s oriented towards New Film History para‑ digm. The term blaxploitation describes the ex‑ plosion of cheaply‑made black oriented b‑movies that was a consequence of grindhouse popular‑ ity and civil rights movement in the late 1960s. Firstly, presented study focuses on the histo‑ ry of 70mm film format. Secondly, it aims at inception of 70mm exhibition in CSSR as well as at contemporary 70mm theater houses net‑ work across Europe and the Czech Republic. Furthermore, the analysis is mainly concerned with local (czech) version of 70mm film fes‑ tival in Krnov and brings to light it’s journey from technophilia to cinephilia. The key con‑ clusion can be summarized as follows: analysed event gradually combined three approaches to‑ wards audiences and films: technophilic and cinephilic; educational and entertaining; local and international. abstracts Tomasz Misiak Short Contribution to An‑Archaeology of the Audio‑Visual. Poland – Second Half of the 19th Century Paweł Sitkiewicz Failed 3‑ d Revolutions. Why Cinema Is What it Is 181 Theoretical background conducted by me con‑ siderations are the concepts of Siegfried Zielin‑ ski and Michel Chion. Referring to these ana‑ lyzes present the Polish technical inventions of the second half of the nineteenth century that preceded audio‑visual media. Original design by Julian Ochorowicz, Adam Wikszemski and Ka‑ zimierz Prószyński became the pretext to think about a new type of audio‑visual culture. Me‑ dia proposed by the inventors indicated also al‑ low to talk about specific forms of media curiosi‑ ties. Setting new trends, however, were forgotten and pushed to the margins of theoretical analy‑ sis and practical technical solutions. Despite this ideological level are still very interesting in the context of archaeological research on the media. In his article I explain why 3‑D technology was not adopted by film indystry, despite several 3‑D revolutions and many costly attempts to pop‑ ularize stereoscopic technology in the main‑ stream cinema. I focus on four groups of argu‑ ments, relating to the (1) film industry and film exhibition, (2) screenplays and plots of popular 3‑D films, (3) the motivation of the 3‑D technol‑ ogy, and (4) psychological effect of 3‑D cinema, arguing that the 3‑D effect can be achieved by simpler procedures than projection with polar‑ oid glasses or sophisticated screens. Finally, I try to prove that the supporters of the 3‑D revolu‑ tion were fighting for something that tradition‑ al cinema never lacked. 182 Aldona Kobus Fan Fiction and the Function of Popular Literature – a Study in Historical Perspective Kalina Kukiełko ‑Rogozińska Scholar or Artist? Polish Interpretations of Marshall Mcluhan’s Views kultura popularna 2013 nr 3 (37) An essay attempting to trace an early history of fan fiction, taking it not only as a production of fandom’s artifacts but also as a pop cultural strategy of creation, a very part of reception and function of popular literature. Studying exam‑ ples of the early fandoms, such as Jane Austen’s and Arthur Conan Doyle’s novels, their fan ‑made sequels and other works based on their output and their position as a part of official publishing market, the text tries to undermine narrow understanding fan fiction as very young and subversive part of modern culture. It focus‑ es also on specific situation of collective writing and grassroots distribution of so called “weird fiction” at the beginning of 20th century upon studying the case of H. P. Lovecraft’s novels. By comparison of status of fan‑written stories at the beginning of the century and in the late 60s, it queries about changes not only on the publishing market but also in our understand‑ ing of authorship and literary work, the func‑ tion of intertextuality in popular culture and stigmatization of fan‑written works. The main aim of this article is to present inter‑ pretations of Marshall McLuhan’s views made by Polish scholars and commentators. In Po‑ land, long‑term discussion concerning McLu‑ han’s hypotheses has been reduced mainly to the question of their “artistic” or “scientific” charac‑ ter. Among Polish polemicists, the controver‑ sial Canadian has found scrupulous critics as well as ardent followers. Both were astonished by his extraordinary erudition and practically boundless areas of interests. However, there is still no certainty as regards whether we should see McLuhan’s texts as strict scientific publi‑ cations or rather as a kind of attractive artis‑ tic commentary. Kultura Popularna nr 3 (37) / 2013 Kultura Popularna Redaktor naczelny: Wiesław Godzic Z‑ca redaktora naczelnego: Mirosław Filiciak Sekretariat redakcji: Małgorzata Kowalewska, Lidia Rudzińska Koncepcja i redakcja naukowa numeru: Łukasz Biskupski Opieka naukowa: Mirosław Filiciak, Wiesław Godzic, Anna Zeidler-Janiszewska Korekta: Marta Olejniczak Layout: Edgar Bąk | www.edgarbak.info Skład i łamanie: Marcin Hernas | tessera.org.pl Publikacja numeru finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „Narodowy Program Rozwoju Humanistyki” w latach 2013–2014, projekt nr 21H 12 0206 81 (kierownik mgr Łukasz Biskupski). Redakcja: „Kultura Popularna” Instytut Kulturoznawstwa Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej ul. Chodakowska 19 / 31 03 – 815 Warszawa [email protected] www.swps.pl/kulturapopularna Wskazówki dla Autorek i Autorów są dostępne na stronie internetowej pisma. Redakcja zastrzega sobie prawo do wprowadzania zmian w nadesłanych tekstach. Rada Naukowa: Barbara Czerniawska (Uniwersytet w Göteborgu), Mirosław Duchowski (przewodniczący, Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie), Andrzej Gwóźdź (Uniwersytet Śląski), Tomáš Kulka (Uniwersytet Karola), Andrzej Pitrus (Uniwersytet Jagielloński), Roch Sulima (Uniwersytet Warszawski), Wacław Osadnik (Uniwersytet Alberty). Treść numeru, jeśli nie zaznaczono inaczej, jest dostępna na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – na tych samych warunkach 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz autorek i autorów oraz Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Treść licencji jest dostępna na stronie: http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/pl/legalcode Wersja elektroniczna pisma jest wersją pierwotną. Wydawca: Opieka wydawnicza: Andrzej Łabędzki