- Simon Zack

Transkrypt

- Simon Zack
Kaptur
Emerytura. Dla jednych upragniona meta maratonu zwanego życiem zawodowym, dla drugich
niewygodna konieczność.
Do policji wstąpiłem zaraz po studiach. Przyjęto mnie z otwartymi rękami i nie mogę
zaprzeczyć, początki były obiecujące. Podobało mi się wszystko, co związane z mundurem. Byłem
zadowolony z pracy, może trochę mniej z płacy, dość szybko zjednałem sobie paru wiernych
przyjaciół. Kilku z nich wciąż pracuje, kilku odeszło z policji niedługo po mnie, dwóch odeszło...
już w ogóle. Nie o policji jednakże chciałem opowiedzieć, a przynajmniej nie bezpośrednio.
Czuję się staro. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to groteskowo w moim wieku, w końcu
przecież nie pożyłem jeszcze zbyt długo, jednak... czuję się staro. Widziałem chyba zbyt wiele.
Sceny, których powinno się unikać, a które są częścią pracy w tym zawodzie, obrazy, które chociaż
nie wiesz tego w momencie, gdy je oglądasz, determinują kształt twoich koszmarów na następne
lata.
Zdaje mi się też, że za dużo rozmyślam. Być może to nadmiar wolnego czasu, być może to
cisza pustego, wiekowego domu, w którym przyszło mi zamieszkać.
Kalendarzowe lato nadeszło kilka tygodni temu, upały ociągały się trochę z przybyciem, ale
w końcu i one zawitały w moje okolice, a jak twierdzili w prognozie pogody, opanowały również
resztę Polski. Żar lejący się z nieba, kotłujące się powietrze, drżące fale gorąca, gdy spogląda się
w dal, wszystkie te symptomy zwykłego gorącego lata zwielokrotnione, spotęgowane, zupełnie
jakby stare, dobre słońce zdecydowało się postąpić o krok bliżej matki ziemi, by spojrzeć, co
słychać u jej mieszkańców.
Miałem sen. Sen, który przypomniał mi o czasach spędzonych w szeregach policji.
O czasach, gdy we mnie buzował ogień ambicji, a z nieba lał się płynny ogień letniego słońca.
Powietrze wtedy, wiele lat temu, dokładnie tak samo jak dziś, stało zupełnie nieruchomo. Nawet
najdrobniejszy powiew nie przerywał nieznośnej stagnacji. Pociliśmy się strasznie. Ja wlewałem
w siebie butelkę za butelką wody mineralnej. Nawet przestępcy, jak się wydawało, zrobili sobie
wtedy wolne. W owym lipcu i sierpniu wskaźniki i statystyki pofrunęły w dół, do poziomu
najniższego od lat. Wiedzieliśmy, że prawdopodobnie kryje się za tym ta wprost piekielna pogoda,
ale woleliśmy myśleć, że to nasza zasługa – świeżej krwi – rekrutów.
Na początku lipca dostałem swoją pierwszą sprawę. Sprawę, która na pozór nie różniła się
niczym od wielu innych późniejszych zgłoszeń, ale którą zapamiętałem szczególnie. Obiecywałem
sobie, że nie zapomnę tej historii, planowałem, że kiedyś może ją nawet zapiszę. Praca i życie
policjanta zapewniły mi jednak tyle... rozrywki, że ten jeden lipcowy tydzień wyblakł, ucichł w mej
pamięci, odsunął się gdzieś na bok, w mroki zapomnienia.
Przypomniało mi o tej sprawie niezwykle upalne lato. Przypomniał mi niespokojny sen.
Postanowiłem jednak dotrzymać danej sobie obietnicy i spisać tę historię. Teraz gdy siedzę za
biurkiem, patrząc na własne dłonie wiszące nad klawiaturą, wracają wspomnienia. Dzisiaj za
oknem rozpościerają się co prawda zupełnie inne widoki niż za biurkiem na komendzie, ale
powietrze takie samo, podobnie rozedrgane, identycznie wrzące.
***
Świat, w którym dominującym kolorem była szarość, grafitowa szarość asfaltu pod stopami,
szarość betonowych płyt chodnikowych i krawężników, szarość bloków z wielkiej płyty,
górujących wszędzie, gdzie się spojrzało. Osiedle Niepodległości, przynajmniej z górnolotnie
brzmiącej nazwy.
Betonowa dżungla. Dżungla, w której wielopiętrowe bloki zastępowały majestatyczne
drzewa, rozsiane przed nimi kamienne ławki pełniły role krzewów, a wypełnione szarym, brudnym
piaskiem piaskownice przypominały wyschnięte sadzawki. Jak w każdej dżungli, tak i w tej nie
brakowało jednak kolorów. Plamy czerni i bieli – talerze anten satelitarnych – zdobiły barierki
balkonów, rozłożyste, skierowane w tę samą stronę. Zaparkowane przy chodnikach rzędy aut, różne
kształty, różne rozmiary, różne marki, różne kolory. Rdzawoczerwone, rdzawozielone, rdzawobiałe,
rdzawo-kiedyś-niebieskie.
Rdza... Zdawała się gnębić nie tylko karoserie, poręcze, balustrady i barierki, ale i samych
mieszkańców. Ludzie, jeżeli już któryś wychynął z jakiejś klatki schodowej, poruszali się powoli.
Może nigdzie im się nie spieszyło, może po prostu nie mogli szybciej, może temperatura wysysała
z nich energię, podsycając postępujący wewnętrzny proces rdzewienia. Żyli w tej dżungli,
egzystowali, mieszkali.
Pracownicy MPO mocujący się z pojemnikami na śmieci, starający się niespiesznie zmusić
je do przejechania kilku metrów w stronę pękatej, gulgoczącej i dudniącej śmieciarki, przykuwali
uwagę mężczyzny obserwującego ich z trzeciego piętra. Pochylony nad barierką balkonu, oparty na
tłustych od potu łokciach, leniwie podnosił papierosa do ust. Niczym przyspawany będzie trwał
przy tej barierce do wieczora lub do wyczerpania paczki papierosów. Dla niego było zbyt gorąco,
by móc wytrzymać w środku, a papierosy mentolowe przecież chłodziły. Musiały chłodzić...
Dziecko, siedmiolatek, siedziało na środkowej poręczy przekrzywionego trzepaka,
trzymając się chudą ręka rury i obserwując śmieciarkę. Malec dyndał zapamiętale chudymi nogami
wyzierającymi spod ortalionowych krótkich spodenek, zupełnie jakby chciał koniecznie sprawdzić,
jak daleko trzeba wyrzucić nogi do przodu, by cała reszta fiknęła do tyłu. Czekał. Tuż pod nim
leżała obdarta z kilku pięciokątnych łat piłka nożna. Może mimo żaru sączącego się
z bezchmurnego nieba paru kolegów wyjdzie z domu, może zagrają z nim w piłkę, może on tym
razem nie będzie musiał być bramkarzem i może starsi nie przyjdą i dla zabawy nie wrzucą piłki na
dach śmietnika.
Piętro za piętrem bloki pięły się na wysokość jedenastu, niektóre dwunastu kondygnacji.
Windy działały czasem, choć dość rzadko... coraz rzadziej.
Niewielkie mieszkanie prawie na samym szczycie bloku praktycznie nie różniło się od
pozostałych. Pożółkła tapeta, miejscami wystrzępiona i odstająca, pokrywała większość ścian. Stare
meble, skrzypiąca kanapa, telewizor, rozklekotane krzesła i wysłużony wiklinowy fotel bujany
zajmowały największy pokój. Stół pokryty powypalaną papierosami ceratą stanowił centrum
kuchni. Zlew z kilkoma naczyniami w środku rozbrzmiewał miarowym echem kropli kapiących z
nieszczelnego kranu. Brzęcząca ostatkiem sił lodówka z wyłamanym uchwytem stała pusta, jeśli nie
liczyć paru przeterminowanych opakowań kefiru, napęczniałych, grożących zaśmierdłą eksplozją
przy byle dotknięciu.
Niewielki pokój, z drzwiami przedzielonymi matową szybą, oddzielał od kuchni krótki
korytarzyk. W środku stał tapczan niedbale przykryty kocem. Biurko przy oknie czasy swej
świetności miało już dawno za sobą. Obok przygiętej do blatu lampki ze zbyt dużą żarówką, ledwo
mieszczącą się w metalowej obudowie, leżały porozrzucane niedbale: kilka kartek, kawałek
ołówka, długopis i dwie książki. Książki były wszędzie – na biurku, pod biurkiem, stos piętrzył się
w rogu, reszta zawalała krzywy regał. Różne tytuły, różne obwoluty, ten sam często opłakany stan.
Wypełniały przestrzeń niewielkiego pokoju po brzegi.
Ich właściciel kochał je, od kiedy tylko nauczył się czytać. Zbierał je, ratował ze śmietnika,
pożyczał od znajomych, gromadził, czytał. Wciąż czytał.
Teraz gdy dochodziła czwarta po południu, chłopak właśnie zerwał się z tapczanu.
Naciągnął na siebie ciemnoniebieską bluzę z obszernym kapturem. Wyszywany napis na klatce
piersiowej i plecach krzyczał: „Oakland Raiders”, tuż pod nim widniał emblemat wyobrażający
głowę pirata w kasku futbolowym, z przepaską na oku i dwiema skrzyżowanymi szablami w tle.
Drzwi do pokoju skrzypnęły cicho, gdy wyszedł na korytarz. Godzina szesnasta to
ostateczna pora, kiedy trzeba było wyjść z domu, jeśli nie chciało się spotkać wracającego z pracy
ojca. Zwykle chłopak wychodził wcześniej, tak by choćby przypadkiem nie natknąć się na ojca na
schodach, dzisiaj jednak zaczytał się zbytnio i stracił rachubę czasu. Stanął przy drzwiach
wejściowych. Szybkim ruchem ściągnął wiszącą na gwoździu smycz z kluczami. Butów nawet nie
sznurował. Wyszedł na klatkę schodową, zatrzasnął i zamknął drzwi.
Powoli naciągnął kaptur na głowę, jego twarz zniknęła w cieniu. Chwilę nasłuchiwał.
Nikogo. Żadnych kroków na schodach poniżej.
Zbiegał piętro po piętrze, skacząc po dwa, trzy stopnie. Na samym dole poprawił kaptur,
wbił dłonie w kieszenie i trącił barkiem przeszklone do połowy drzwi. Upalne powietrze wypełniło
płuca, splunął. Pot momentalnie oblał mu plecy i czoło, pociekł strużkami po brwiach, skroniach,
zaszczypał w oczy. Po sprincie z dziewiątego piętra serce dudniło, oddech uspokajał się
z wyraźnym ociąganiem.
– Hej! Hej, Kaptur! Zagrasz ze mną? – Chłopiec siedzący na trzepaku zeskoczył z poręczy
i rozpromieniony chwycił piłkę. – Zagrasz? Mogę stać na bramce, zagrasz?
– Spadaj, mały – rzucił zapytany, przechodząc obok.
Uśmiech dziecka zniknął tak szybko, jak się pojawił, maluch odsunął się z powrotem
w stronę trzepaka. Chłopak nazwany Kapturem przeszedł obok, zwolnił nieco, rozejrzał się wokoło,
szczególnie bacznie lustrując drogę od niedalekiego przystanku autobusowego do swojej klatki. Nie
widząc nikogo, obrócił się w kierunku dziecka.
– Podaj.
Chłopczyk upuścił trzymaną piłkę i kopnął, ustawiając się jednocześnie na środku trzepaka.
– Strzelaj! Będę bronił!
Kaptur schylił się i chwycił piłkę. Chwilę ważył ją w rękach, po czym zamachnął się
i rzucił. Przeleciała wysokim łukiem ponad zadzierającym głowę malcem i wylądowała na dachu
śmietnika.
Odległy pogłos skrzypiących hamulców poniósł się echem. Na przystanek powoli wtoczył
się autobus. Ludzie wysypali się ze środka i niespiesznie ruszyli w głąb osiedla.
– Grzesiek i Paweł idą! Zagraj z nami, Kaptur! Będzie super we czterech! Kaptur, ściągniesz
piłkę? Proszę cię. Proszę! – Dziecko bezsilnie śledziło sylwetkę pośpiesznie znikającą w alejce
między blokami. Prośby pozostały bez odpowiedzi.
Wakacje. Czas włóczenia się bez celu, czas przesiadywania z kolegami pod blokiem, czas
grania w karty lub w co bądź. Czas wielkiej nudy i poszukiwania metody jej pokonania, najlepiej
zabicia.
Po krótkiej włóczędze Kaptur spotkał dwóch kolegów. Jeden z nich chodził do tej samej
klasy co on, jeden do tej samej szkoły, ale o klasę wyżej. Mieszkali na jednym osiedlu, tworzyli
jedną paczkę. Spędzali niemalże każdy dzień w swoim towarzystwie.
Kaptur, Kuki, Smoła. W tym gronie imiona były niepotrzebne, wręcz niepożądane.
Artur Nowakowski – Kaptur, od kiedy dwa lata temu dostał od matki w prezencie zza
granicy bluzę, nigdzie się bez niej nie ruszał. W upał czy w deszcz, dzień i noc, niezależnie od
pogody czy temperatury, gdziekolwiek wychodził, miał ją na sobie. Skrywała jego twarz
w obszernym, obszytym kolorową nicią kapturze. Ktoś z klasy pochwalił jego ubiór, ksywa
przylgnęła od razu. Znajomi, koledzy, a powoli osoby w całej szkole zaczęli nazywać go w ten
sposób. Nauczyciele z początku toczyli z nim nieustającą wojnę o ściąganie kaptura podczas lekcji,
kilku nawet udało się ten nakaz wyegzekwować, większość grona pedagogicznego, przy braku
jednoznacznego poparcia rodziców, skapitulowała i oni również wkrótce zaczęli zwracać się do
niego przezwiskiem.
– Jak tam starzy, Smoła? Dostało ci się za świadectwo? – spytał Kuki, siedzący na stopniu
schodków prowadzących do trzeciej klatki w bloku numer pięć. Jego przydomek wziął się od
niezwykłego, według kumpli wręcz uderzającego podobieństwa do Ciasteczkowego Potwora –
postaci z Ulicy Sezamkowej. Krótkie ciemne włosy uwydatniające pulchną twarz, obfita postura,
zdradzająca umiłowanie do słodyczy, duże, wręcz nieproporcjonalnie wydatne usta i lekki zez oczu,
wiecznie rzucających wesołe spojrzenie. Podobieństwa Maćka Adamczyka do Ciasteczkowego
Potwora nie trzeba było się długo doszukiwać.
– Taaa – westchnął przeciągle Smoła, wyciągając z kieszeni nieco wymiętą paczkę
papierosów.
Marcin Kotliński zaczął palić w czwartej klasie podstawówki, czym szybko zdobył wielki
podziw i uznanie w gronie rówieśników. W drugiej klasie szkoły średniej doszedł do poziomu
dwóch paczek papierosów dziennie. Tajemnicą pozostawało, jak przez tak długi czas udawało mu
się utrzymać swój nałóg w tajemnicy przed rodzicami i babcią oraz skąd brał pieniądze na
niekończącą się lawinę paczek. W trzeciej klasie stwierdził, że pali za dużo, i ograniczył się do
jednej paczki dziennie. Zaczął też wszystkim, którzy zechcieli (lub nie) go wysłuchać, opowiadać
o substancjach smolistych, o których istnieniu najwyraźniej w końcu się dowiedział. „Smoła to
straszny syf, dlatego jadę na lightach” – zwykł mawiać, potakując z wolna głową, z wyrazem
zadumy na twarzy. Nie musiał długo czekać, aż wszyscy wkoło zaczęli go przezywać.
– Starzy pojechali na urlop i zostawili mnie z babcią – ciągnął Smoła. – Uznali, że jak mnie
nie zabiorą, to będzie to wystarczająca nauczka i kara za lipę na świadectwie.
– Gdzie pojechali? Pewnie gdzieś nad morze – dociekał Kuki.
– Pojechali w pizdu i w końcu mam święty spokój. Kaptur, palisz?
Kaptur wahał się chwilę, po czym wysunął rękę z kieszeni i sięgnął po papierosa.
– Tylko błagam cię, stary, weź, jak już palisz, to dopal do końca. Nie wyrzucaj połowy
papierosa, bo jak to widzę, to mnie...
– No, ostatnio go trochę zdusiło – zaśmiał się Kuki. Spoważniał szybko, gdy Kaptur
przysunął się bliżej i stanął nad nim. – Ej... dobra. Ja pierdzielę, jak ty wszystko bierzesz do siebie.
Żartowałem, okej? Okej?! – Rozłożył ręce w pojednawczym geście.
– Ktoś wie, co się dzieje z Pliwą? – zapytał Smoła, zaciągając się głęboko papierosem
i wydmuchując kłąb gęstego dymu wprost na głowę Kukiego.
– Weź no! Wiesz, że nie trawię tego gówna… – Kuki umilkł i rozkaszlał się.
– Pewnie znów ma kłopoty – burknął Kaptur, nachylając się do podanej zapalniczki.
Odpalił, po czym wciągnął gryzący dym w płuca. Zacisnął zęby. Nie zakaszlał. – Ostatnio, jak go
nie było parę dni, to nie mógł wychodzić z domu. Jego starsza dowiedziała się, że próbował ukraść
pieniądze z tacy.
– No co za gość. Z tacy? W kościele? – Kuki w końcu przestał kaszleć, uśmiech na powrót
wykrzywił jego wielkie usta. – No to przegiął! To jednak trzeba mieć pomysł.
– Pomysł miał zajebisty. Tylko wykonanie jakieś takie...
Zdanie wypowiedziane przez Kaptura w swej prostocie i zwięzłości opowiadało całą
szesnastoletnią historię życia Pliwy. Od kiedy poznali się jako kompletne dzieciaki, bawiąc się
razem w piaskownicy, mały jeszcze wtedy Andrzejek Pliwiński przejawiał ponadprzeciętną
pomysłowość. Zwykle zaczynało się niewinnie, kończyło prawie zawsze tragicznie.
Już pierwsza zabawa w piaskownicy, żywiołowa i wielce wciągająca próba zbudowania
bazy, w której można by się schować, skończyła się przysypaniem jednego z dzieci, zapiaszczeniem
oczu drugiego i wielkim guzem na czole samego Pliwy. Przerażeni ojcowie szarżujący z pobliskiej
ławki na ratunek dziecku, którego dyndające spod góry piasku nogi i zduszone krzyki w końcu
zwróciły uwagę dorosłych, nie mają w zwyczaju przejmować się malcami stającymi im na drodze
i podającymi łopatkę zabawkę. Pliwa już nigdy nie stawał większym na drodze.
– No to trzeba ruszyć dupsko i go odwiedzić, he? – Smoła podał rękę wstającemu z trudem
koledze. Kaptur niepostrzeżenie wrzucił papierosa do studzienki kanalizacyjnej. – Daleko nie
mamy.
Przeszli kilka klatek wzdłuż bloku. Mijający ich mężczyzna z psem burknął coś pod nosem,
gdy wypowiedzieli niedbałe „…bry”.
– Nie cierpię tego pieprzonego psa.
– Całkiem fajny ten kundel, czego się czepiasz?
– Tego się czepiam, Kuki, że na tak małego kundla, wali całkiem wielkie gówna, i ta zaraza
wali je dokładnie pod moją klatką. Wiesz, jak ciężko jest obmyć trampki z psiego gówna, Kuki?
– Czepiasz się.
– Kaptur, skocz po Pliwę, muszę przetłumaczyć coś grubemu.
Kaptur zniknął w drzwiach klatki. Nie różniła się niczym od tej w jego bloku. Architekci
ery, w której stawiano bloki, musieli śnić o kserokopiarkach, śnić na tyle mocno i często, że stały
się obsesją determinującą ich pracę. Ostry dźwięk dzwonka rozbrzmiał na klatce.
– Otwórz, Andrzejek – zza drzwi dobiegł stłumiony kobiecy głos. – Andrzejek! Drzwi!
Kaptur czekał chwilę, zastanawiając się, czy powinien nacisnąć dzwonek raz jeszcze.
– Kto tam? – spytał ten sam kobiecy głos już znacznie bliżej.
– Jest Pliwa? Ehem. Jest Andrzej?
– Nie ma go.
Kaptur zwalczył pokusę zapytania, do kogo więc skierowane były słowa, które przed
momentem słyszał. Stał chwilę niezdecydowany, po czym ruszył z powrotem do kolegów.
– Rozumiesz już więc, o czym myślę, gdy widzę tego cholernego kundla. – Smoła stał przed
Kukim, dźgając go palcem w pierś przy każdym wypowiadanym słowie.
Kuki, nic sobie nie robiąc z groźnego tonu i powagi kolegi, uśmiechał się beztrosko.
– Jest w domu, ale jego stara jak zwykle twierdzi, że nie – wtrącił Kaptur.
Smoła podniósł głowę, szukając wzrokiem odpowiedniego okna. Popiół ze świeżo
odpalonego papierosa powoli opadł na jego but.
– Skiepowałeś sobie na buta. Tego, który tak często musisz czyścić – zarechotał Kuki.
Smoła skrzywił usta.
– Następnym razem, zamiast tłumaczyć, po prostu cię walnę.
– Ta, jasne. To co z tym Pliwą? Stara go więzi w domu, jak zwykle?
– Pliwa! – po osiedlu poniosło się głośne wołanie.
Kaptur odruchowo rozejrzał się i cofnął bliżej wejścia do klatki. Kilka osób zwróciło twarze
w kierunku chłopców.
– Pliwa! – ryknął po raz drugi Smoła.
Skrzypnęło uchylane okno. Znad parapetu wychynęła twarz.
– Czego się drzesz, kretynie?!
– Pliwa! Oż, stary... Co ci się stało?
Twarz chłopaka wychylającego się z okna była mocno opuchnięta, pod prawym okiem
wyraźnie odcinał się kolorem duży siniak. Połowa górnej wargi, powiększona znacznie, raziła
ciemną czerwienią.
– Co cię to obchodzi, Smoła, co? I po jaką cholerę drzesz się na całe osiedle?
– Bo poczułem, że masz ochotę na papierosa, stary, a takiej ochocie nie można przecież
odmawiać. Tak więc skoro już wiemy, że jesteś w domu, to rusz dupę do nas – padła odpowiedź.
Smoła czerpał niewysłowioną radość z formułowania wypowiedzi w pompatyczny sposób, który
zwykł nazywać przejawami swojej ogromnej erudycji.
Kuki zachichotał, zadzierając głowę. W tej pozycji jego podwójny podbródek zdawał się
o wiele mniej wydatny. Zmrużył oczy oślepiony refleksem słońca w jednej z szyb.
– Zejdź, to Smoła ci opowie o swoim ulubionym psie – rzucił Kaptur. Zignorował spojrzenie
kolegi ciskające pioruny.
– Czekajcie, muszę pogadać z mamą. – Pokiereszowana twarz zniknęła, okno zamknęło się
z piskliwym zgrzytnięciem.
– Co mu się stało? – Kuki przeniósł spojrzenie na Kaptura, zupełnie jakby od niego
oczekiwał odpowiedzi.
Osiedle Niepodległości było miejscem, w którym młody człowiek relatywnie łatwo mógł
dorobić się takiego wyglądu. Wystarczyło zbyt późno wyjść z domu lub nieszczęśliwie skręcić
akurat nie w tę alejkę, co trzeba. Brak szczęścia mógł skrzyżować drogi młodego człowieka z grupą
innych młodych ludzi. Powody były wtedy nieistotne i niepotrzebne. Nielubienie się było w tym
środowisku równie naturalne co trzymanie się w grupach złożonych z co najmniej dwóch
osobników. Jeżeli byłeś mieszkańcem osiedla, byłeś młody i szwendałeś się sam, to prosiłeś się
o kłopoty. Pora dnia miała pewne znaczenie dla rachunku prawdopodobieństwa – za dnia wszystko
mogło skończyć się na kilku wyzwiskach, w nocy wyniku takiego niefortunnego spotkania mogłeś
być pewien.
– Dostał od kogoś wpierdziel – rzucił Kaptur, wzruszając ramionami. – Zaraz sam go
spytasz.
– Myślicie, że matka go puści?
W odpowiedzi drzwi do klatki stanęły otworem. Pliwa był najniższy i najwątlejszy z nich
czterech. Nosił wytartą zieloną czapkę z daszkiem, teraz mocno naciągniętą na głowę. Wyglądało
na to, że albo sam pożyczył od matki okulary przeciwsłoneczne, albo, co bardziej prawdopodobne,
zmusiła go do ich włożenia. Skrywały podbite oko znakomicie, były jednak o wiele za duże i na
chudej, pociągłej twarzy szesnastolatka wyglądały groteskowo.
– Niezła ta twoja nowa moda, Pliwa – zaśmiał się Smoła, podchodząc bliżej i ściskając
wyciągniętą dłoń. – Palisz? Papierosy są niezastąpione na ból. A z tego, jak wyglądasz, pewnie
musi cię boleć.
– Co ci się stało, stary? – spytał Kuki, gdy przyszła jego kolej na przywitanie.
Kaptur bez słowa podał rękę, bacznie lustrując oblicze kolegi.
– Ktoś z osiedla? – dopytywał Smoła, grzebiąc w kieszeni w poszukiwaniu zapalniczki. –
Jak tak, to załatwimy sprawę szybciutko, jeszcze dzisiaj. Zaraz zadzwonię po...
– To nikt z naszych – odezwał się w końcu Pliwa. Rozejrzał się wokoło, jakby chciał
sprawdzić, czy nie są obserwowani, spojrzał na okno swego mieszkania. – Chodźcie stąd, mama
pewnie patrzy.
Ruszyli przed siebie niespiesznym krokiem. Skręcili w drogę prowadzącą wzdłuż bloku do
pawilonu handlowego, stanowiącego centralny punkt osiedla. Gdy zniknęli z pola widzenia okien,
Smoła podał Pliwie papierosa, sam również płynnym ruchem wrzucił sobie jeden w usta.
Wyciągnął paczkę w stronę Kaptura.
– Opowiadaj w końcu, co się stało – rzucił Kuki, dziękując za papierosa ironicznym
grymasem.
– Jak to co? To, co zwykle, niefart. Pieprzony, kurewski niefart.
Usiedli na ławce. Pliwa opowiadał z początku urywanymi, krótkimi zdaniami. Mówił
o swojej kuzynce Ewelinie, która przyjechała na wakacje. Fakt, że czerwienił się coraz bardziej,
w miarę jak opisywał dziewczynę, pokazał kolegom o wiele więcej, niż on sam kiedykolwiek
odważyłby się publicznie wyznać. Dwa dni wcześniej Pliwa wraz z obiektem swych płomiennych
młodzieńczych uczuć wybrał się do nowo otwartego centrum handlowego. Wydarzenia nie
różniłyby się od zwyczajnego wakacyjnego dnia, gdyby podczas posiłku w lokalnym McDonaldzie
Pliwa nie wpadł na genialny, jak mu się wtedy zdawało, pomysł. Poprosił Ewelinę, aby zaczekała
na niego przed supermarketem, a sam pospieszył do środka.
Stoisko z perfumami kusiło dziesiątkami kolorowych plakietek, wymyślnych kształtów
buteleczek, a przede wszystkim oszałamiającą wręcz symfonią zapachów. Pliwa chwilę maszerował
tam i z powrotem, przyglądając się uważnie zawartości półek. Nie mógł się zdecydować.
Zlustrował ceny poszczególnych marek. Zbliżył buteleczkę najdroższych perfum do twarzy.
Owionął go lekki, słodkawy zapach, w którym subtelna woń wanilii mieszała się z akcentem
kwiatów. Skoro jemu się podobały, z pewnością spodobają się także jej.
– Kupiłeś jej perfumy? – z niedowierzaniem spytał Kuki.
– Jezus, gruby, ale ty potrafisz być durny. – Smoła pokręcił głową.
– Możesz mnie tak nie nazywać? Prosiłem cię.
– To znaczy jak? Durny czy gruby? Bo widzisz, problem w tym, że ty jesteś...
– Smoła, przymknij się – przerwał Kaptur.
– Jak macie mnie w dupie i macie zamiar się kłócić, to serdecznie was pier... – Pliwa
niespodziewanie zerwał się z ławki i ruszył w kierunku sklepów. Nerwowo sięgnął do ust
i z impetem cisnął niedopałek na trawnik. Przechodząca obok kobieta otwierała już usta, by zwrócić
mu uwagę, jednak gdy spostrzegła podbiegających do niego trzech młodych ludzi, szybko zmieniła
zamiary, wbiła wzrok w ziemię i przyspieszyła kroku.
– Ej, coś ty taki nerwowy, stary?
– Daj spokój, Andrzej, wiesz przecież, że Smoła lubi tak pieprzyć.
– Tak, ale ja nie zawsze mam ochotę na to jego pieprzenie. Zresztą co tu dużo opowiadać.
Nie mam czasu nawet. Matka wypuściła mnie tylko po to, żebym poszedł zrobić zakupy, więc i tak
zaraz muszę wracać.
– No ale co ci się stało?
– Gówno, Kuki. Wielkie gówno, skoro jeszcze się nie domyśliłeś. Ukradłem te pieprzone
perfumy. Byłem pewien, że wszystko sobie zajebiście zaplanowałem, ale oczywiście... Upewniłem
się, że nigdzie nie ma kamer, że nikt mnie nie obserwuje, oderwałem pasek magnetyczny
z opakowania i pewny siebie polazłem do wyjścia. Ochroniarze zgarnęli mnie, zanim dotarłem do
Eweliny, ale ona i tak wszystko widziała. „Proszę opróżnić kieszenie. Co to jest? Proszę z nami”.
Wylądowałem w ich biurze. Spytali, co mają ze mną zrobić. Straszyli, że wezwą policję, że
spierdzieliłem sobie nie tylko wakacje, ale i całe życie, takie tam pieprzenie. Nie wiem, czego
chcieli, może żebym im zapłacił, może żebym błagał, może spotkałem akurat dwóch pedałów
i myśleli, że im się ze mną poszczęści. Nie mam pojęcia. Powiedziałem, że mogą mi skoczyć. To
i jeszcze parę innych rzeczy.
– Jezu, Pliwa...
– I tak miałem farta. Jak już dostałem w pysk i upadłem, a oni przymierzali się, żeby mnie
skopać, to wszedł jakiś gość. Ten, co wszedł, był całkiem konkretny. Ja nie powiem nic o tym, co
się stało, oni nie zgłoszą sprawy kradzieży. Te perfumy kosztowały w cholerę kasy i jak mi to
tłumaczył, gdybym trafił na policję, to rzeczywiście byłoby źle. Szczęście w nieszczęściu.
Skończyło się na paru sińcach i tyle.
W milczeniu pokonali resztę drogi dzielącą ich od kompleksu sklepów. Pliwa szybko uwinął
się z krótką listą zakupów. Smoła kupił trzy paczki papierosów i zapasową zapalniczkę. Kuki zajął
się pałaszowaniem czekoladowego batona w rozmiarze XXL, jak krzyczał jaskrawożółty napis na
opakowaniu. Kaptur czekał przed sklepem, z pochyloną głową podpierał ścianę obok kosza na
śmieci. Dla przechodniów niemogących ujrzeć jego zamyślonej twarzy wyglądał, zupełnie jakby
spał.
– Powinniśmy skrzyknąć jeszcze kilku gości i zaczekać na tych z marketu. Jak skończą
pracę... – zaczął Kaptur, gdy ruszyli w drogę powrotną.
– Tobie chyba totalnie odwaliło, Kaptur. – Kuki rozdziawił usta.
– Jak pozwolisz sobie, żeby tobą pomiatano, to znaczy, że zasłuż...
Pliwa zatrzymał się. Brzęknęły cicho butelki w reklamówce. Wpatrywał się w mrok kaptura,
w którym powinna widnieć twarz kolegi, stał on jednak pod słońce, które mimo że zachodziło,
wciąż jaśniało oślepiającym ognistopomarańczowym blaskiem.
– Wiesz co, Kaptur? To nie ty dostałeś po ryju. To nie ty masz spuchniętą gębę. Sam
wpadłeś na pomysł zemsty na tych kutasach, którzy mnie pobili, czy wyczytałeś to w jednej z tych
swoich kretyńskich książek? Taki jesteś zawsze twardy i groźny, pewnie byś im spuścił niezły
łomot w tym biurze. Straszny z ciebie kutas.
Kaptur ruszył do przodu. Schwycił Pliwę za bluzę tuż pod szyją i szarpnął mocno. Pliwa nie
pozostał dłużny, upuścił reklamówkę i zacisnął drobne dłonie na szyi Kaptura. Kuki rzucił się, by
ich rozdzielić.
– Po-po-pojebało w-w-was? – Bezskutecznie starał się wcisnąć przed Kaptura. W chwilach
takich jak ta, gdy był mocno zdenerwowany, zaczynał się jąkać. Jego twarz poczerwieniała
i wyglądała teraz jak dorodny burak na szczycie pulchnej szyi. Zmierzwione włosy pokrywały
spocone czoło, krople potu płynęły po okrągłej twarzy, dyszał ciężko. – Daj spok-kój, Ka-Kaptur!
Kaptur!
Smoła przez długą chwilę, zbyt zaskoczony obrotem wydarzeń, stał jak wryty, z papierosem
dopalającym się w ustach. W końcu ruszył z miejsca, chwycił Kaptura wpół i wspólnymi z Kukim
siłami udało im się rozdzielić walczących.
Szarpanina przyciągnęła uwagę osiedla. Przechodnie przyglądali się chłopakom, nachylając
się do siebie i szepcząc coś po cichu. Kilka ciekawskich twarzy z balkonów różnych pięter śledziło
rozwój sytuacji. Starsza kobieta, wracająca z zakupami z tego samego sklepu, obchodziła ich
szerokim łukiem, łypiąc pełnym dezaprobaty wzrokiem, mamrocząc coś o dzisiejszej młodzieży
w nie do końca cenzuralnym języku.
Wszyscy czterej dyszeli ciężko. Pliwa splunął, pociągnął nosem. Schylił się po reklamówkę
i okulary, które upadły na chodnik. Rzucił kilka mało wyraźnych przekleństw pod nosem.
– Pieprzony u-upał – wydyszał Kuki, zgięty wpół, z dłońmi na kolanach, starając się
opanować walące serce i rozszalały oddech.
– Uspokoiliście się już? Mogę cię puścić, Kaptur? Słońce wam przygrzało?
Kaptur poprawił bluzę i odszedł parę kroków. Odetchnął kilka razy. Rozejrzał się. Naciągnął
kaptur głębiej na głowę i bez słowa ruszył przed siebie.
– Ej, Kaptur! No daj spokój! – zawołał za nim Kuki. – Chłopaki, no!
– Niech idzie. – Smoła odpalił papierosa. Żarzący się czubek wyraźnie drżał w jego ustach.
Buzująca adrenalina powodowała, że skronie pulsowały miarowo. Mięśnie drżały, ściśnięty
żołądek powoli rozluźniał się, brzuch bolał tępo, wtórując pieczeniu kilku pąsowych szram, które
wykwitły na szyi Kaptura po paznokciach Pliwy.
Wpatrując się w nierówne płyty chodnikowe, przesuwające się pod stopami niczym
wykrzywiona, zdeformowana szachownica, Kaptur włóczył się uliczkami osiedla aż do zapadnięcia
zmroku. Zaciskał zęby tak mocno, że szczęka zaczęła boleć. Wciąż miał nadzieję napotkać na swej
drodze kogoś, na kim mógłby wyładować kotłującą się w nim furię. Jednego, dwóch, trzech,
nieistotne, byleby nie uciekali, byleby stanęli do walki, byleby mógł wyrządzić im krzywdę, zadać
ból, sprawić, by cierpieli, by błagali o litość, której nigdy by nie uświadczyli. Chaos pełnych
nienawiści myśli wypełniał jego umysł, szukając sposobu urzeczywistnienia podsuwanych wizji,
urealnienia podszeptywanych morderczych pomysłów.
Przechodząc obok dużego, zardzewiałego pojemnika na śmieci, kopnął leżącą puszkę.
Przeleciała kilka metrów, z hukiem uderzając o ścianę. Echo poniosło się odbijane wielokrotnie od
pogrążających się powoli w ciemnościach ścian bloków. Zza kubła niczym smolista strzała
wystrzelił kot. Przerażone zwierzę w długich susach pognało przed siebie. Tknięty nagłym
impulsem Kaptur rzucił się w pogoń. Pęd powietrza huczał w jego uszach, gdy mijał jedno wejście
do klatki za drugim. Kot kluczył między ławkami, przystawał, spoglądał. Widząc nadbiegającego
człowieka, rzucał się do dalszej ucieczki. Kilka razy wbiegał w zaułki, skacząc od ściany do ściany,
bezskutecznie starając się znaleźć otwarte okienko do którejś z piwnic. Chłopak kontynuował
pościg. Stopy piekły, serce skakało w obłędnym rytmie, pompując krew do pracujących szaleńczo
mięśni. Nawet nie zauważył, gdy przemknął przed wejściem do swojej klatki, minął trzepak, przy
którym jeszcze za dnia spotkał dziecko z piłką, przebiegł koło śmietnika. Czarna sylwetka kota
migała wciąż kilkanaście metrów przed nim. Niedaleko z przodu zamajaczył skąpany w żółtym
świetle lamp przystanek autobusowy. Kaptur nieustannie biegł. Jego furia znalazła w końcu obiekt,
na którym mogła się skoncentrować. Kot w pełnym pędzie skoczył w dół kilku schodków
prowadzących z poziomu osiedla na przystanek. Sus koło wiaty, sus ponad krawężnikiem, sus
w stronę drzew po drugiej stronie drogi.
Nadjeżdżający samochód rozlał plamę świateł po asfalcie. Zmęczony po całym dniu pracy
kierowca prowadził jedną ręką, błądząc myślami między oczekującym w domu talerzem gorącej
zupy a swymi ustami. Nie jechał zbyt szybko, mimo wszystko jednak nie miał żadnych szans,
spostrzegł wypadającego zza przystanku zwierzaka zbyt późno. Hamulce zgrzytnęły, opony
zapiszczały posępnym wysokim dźwiękiem, a zaraz po nim głuche thum-khum gdzieś pod spodem.
Kierowca przełknął twardo ślinę, zaciskając usta. Chwila wahania i spojrzenie w tylne lusterko, na
rozognioną czerwoną łuną świateł stopu drogę. Nacisnął gaz. Odjechał.
Kaptur stał na szczycie schodów, dysząc ciężko. Szary asfalt, przecięty wpół dwoma
ciągłymi białymi liniami, znaczyły dwa krótkie czarne ślady hamowania. Dokładnie między nimi
widniała ciemna sylwetka. Zniekształcona, nieruchoma.
– Dobrze ci tak, sukinsynu – wyszeptał po chwili Kaptur.
Osiedle odpowiedziało milczeniem. Zza migocących srebrnym światłem telewizorów szyb
dochodziły stłumione dźwięki. Kaptur, przechodząc obok śmietnika, spojrzał na jego dach.
Uśmiechał się.
Po klatce schodowej szedł w ciemnościach, tak by blask światła nie wpadł do domu.
Otworzył drzwi tak cicho, jak się dało, poczuł ulgę, nie słysząc ze środka żadnych dźwięków, nie
widząc włączonego światła. Zdjął przepocone, wciąż tchnące gorącem buty i ruszył do swojego
pokoju. Odgłos chrapania ojca wypełniał korytarzyk. Ściągnął bluzę i starannie rozłożył ją na
poręczy krzesła przy biurku. Zapalił lampkę nocną, położył się i sięgnął po leżącą na podłodze
książkę. Czytał chwilę, pot schnął na ciele, zmęczone mięśnie odzywały się impulsami bólu.
Wyczerpanie nadchodziło powoli, niczym opadający lekko całun. Zasnął, nie gasząc światła.
Kilka następnych dni było podobnych do siebie. Kaptur budził się, gdy ojciec już wyszedł
do pracy. Jadł śniadanie lub brał pozostawione na blacie pieniądze. Mniej więcej do godziny
trzeciej czytał. Później wychodził, biorąc książkę ze sobą. Znajdywał sobie spokojne miejsce
i tkwiąc w upale, czytał dalej, aż do późna, gdy robiło się trochę chłodniej, światło dnia rzedło,
a lampy okazywały się zbyt słabe, by móc przy nich czytać. Wracał do domu późno. Raz
wieczorem zastał ojca w kuchni, siedzącego nad stertą papierów. Na krótkie: „Cześć” odpowiedział
tym samym, na pytanie: „Co słychać?” stwierdził: „Nic, nuda”. Ojciec spytał, czy jest głodny, nie
był. Za pozostawione rano przez ojca pieniądze zjadł śniadanie i obiad. Na tym skończyła się ich
rozmowa.
Następny dzień zburzył schemat. Koło godziny dziesiątej rano Kaptur usłyszał dzwonek do
drzwi.
– Cześć, Kaptur. Co porabiasz? – odezwał się zniekształcony przez domofon głos Smoły.
– Nic. Obudziłeś mnie w sumie.
– No sorki. Słuchaj, zszedłbyś tu do nas, mamy sprawę. Zapalimy, pogadamy.
Kaptur wahał się chwilę. Książka, którą rozpoczął zeszłej nocy, nie wciągnęła go na tyle, na
ile miałby nadzieję, toteż zgodził się.
– Zaraz zejdę.
– Spoczko. Czekamy.
Zmienił dżinsy, wziął też inne buty. Bluza pozostawała wciąż ta sama. Zaczynało już
wyraźnie czuć ją potem. Pomyślał, że wypierze ją wieczorem i wywiesi za okno. Ciepła, sucha noc
z pewnością zdąży ją wysuszyć.
Widok trzech chłopaków stojących przed klatką zatrzymał go w pół kroku. Nie spodziewał
się zobaczyć Pliwy. Kuki siedział przed wejściem odwrócony tyłem. Smoła palił oparty o ścianę.
Widząc schodzącego kolegę, uśmiechnął się.
– No cześć.
Kuki obrócił się. Najwyraźniej nikt nie powiedział mu o śladach czekolady znaczących
okolicę jego ust. Skinął głową na przywitanie i wstał.
– Okej. Więc po pierwsze macie pogodzić się z Pliwą. Bezdyskusyjnie, od razu, bez
zbędnych ceregieli i kwiecistych przemów – zaczął Smoła. – Możecie sobie podać ręce, możemy
wypalić fajkę pokoju, możecie nawet...
Pliwa odwrócił się. Opuchlizna na jego twarzy wyraźnie zmalała, za to siniak pod okiem
z koloru czerwonego przeszedł w odcień ciemnogranatowy. Nie nosił już okularów. Ich spojrzenia
spotkały się i chwilę mierzyli się wzrokiem. Pliwa wyciągnął rękę jako pierwszy.
– No i to mi się podoba! Kumple dają sobie po ryju, kumple ściskają sobie ręce, a teraz
kumple wypalą po fajeczce, a gruby z tego wzruszenia może się rozpłacze.
– Matoł – burknął Kuki, lecz uśmiech nie zniknął z jego twarzy.
– Więc teraz tak – rozpoczął Smoła, gdy skończyli palić. Rozejrzał się wokoło i zniżył
konspiracyjnie głos, nachylając się z lekka. – Pliwa ma kuzynkę, o której nam opowiadał. Nie
wspomniał natomiast, że kuzynka jest harcerką. Wczoraj udało nam się to z niego wyciągnąć.
– W sumie to przyszedł i sam nam powiedział. Nie? – wtrącił Kuki.
– Gruby... Ku-ki! Będę wdzięczny, jeśli nie będziesz mi przerywał. Psujesz mi całą
opowieść, wchodzisz mi w zdanie, a wiesz doskonale, że tego nie cierpię.
– Tak samo jak ja nie cierpię, jak mówisz na mnie „gruby”.
– Pliwa. Weź sam opowiedz, co wymyśliłeś – rzucił Kaptur.
– Moja kuzynka jest harcerką. Dzisiaj z matką pojechały na wycieczkę do Pieskowej Skały,
nocują tam, więc dziś i jutro do południa mam wolne.
– Chyba Piaskowej Skały, nie? – zapytał Kuki. – Sorry – dodał, widząc piorunujące
spojrzenia pozostałej trójki.
– Ewelina jest harcerką, twojej starszej nie ma. Macie jeszcze jakieś znakomite powody,
żeby wyciągać mnie na ten cholerny upał?
– Od kuzynki Pliwy wiemy o składnicy harcerskiej na Miodowej. Wiesz, zaraz za osiedlem,
kładka nad obwodnicą, później kawałek laskiem i w lewo na ogródki działkowe, a w prawo na
Miodową – tłumaczył dalej Smoła.
– No coś kojarzę – pokiwał głową Kaptur. – Jakieś tam magazyny stoją czy coś.
– No i mamy plan, żeby się tam dzisiaj wybrać. Podobno mają tam niezłe sprzęty, a jako że
cały zastęp wraz z matką Pliwy i jego kuzynką zwiedza dziś zamki, to nikt nam nie będzie
przeszkadzał. Gru... to znaczy Kuki narobił zapasów. – Smoła wskazał na schowany w kącie przy
drzwiach plecak. – Będzie co jeść. Ja oczywiście zadbałem o zapas fajek, więc o to nikt nie musi się
martwić. No więc? Ruszasz z nami?
– W sumie… I tak nie mam nic lepszego do roboty.
– Mówiłem? Wiedziałem, że nie przepuści takiej akcji. Nasz team znowu razem!
– Rekordowe temperatury zanotowano w dziesięciu miastach Polski – grzmiał lektor
wiadomości, gdy przechodzili obok wystawy z włączonym telewizorem.
Żar zaiste lał się z nieba, żadna, nawet najmniejsza chmura nie pojawiała się na
nieskazitelnej tafli błękitu. Termometry pokazywały trzydzieści kilka stopni w cieniu, słupki tych
w słońcu dobijały do pięćdziesiątki. Większość okien w blokach, które mijali, była otwarta,
mieszkańcy przegrywali wojnę z upałami z kretesem. Ci, którzy mogli sobie pozwolić na zakup
klimatyzatorów, należeli do niezwykle nielicznej grupy, cała reszta pozostawała w letargu,
ograniczając swoją aktywność do minimum, nie wychodząc z domów, cierpiąc.
Zanim dotarli do granic osiedla Niepodległości, czuli się nieźle zmęczeni. Bluza Kaptura
lepiła się do ciała, mimo wszystko jednak wciąż skrywała jego głowę.
– Jesteś pewien, że nie chcesz ściągnąć kaptura, stary? – zapytał Kuki, którego błyszcząca
od potu skóra upodabniała go teraz bardziej do młodego knurka niż człowieka. – W jakimś filmie
ostatnio było o udarach. Poza tym wiesz, my i tak wiemy, jak wyglądasz. Znamy się chyba od
przedszkola, co nie?
– Kuki. Jak chce nosić kaptur, niech nosi. Jak ty chcesz wpieprzyć kolejnego batona, to mam
ci truć dupę wykładami o niebezpieczeństwach otyłości? – zapytał Smoła z szyderczym śmiechem.
– Co właściwie mamy znaleźć w tej składnicy? – zmienił temat Kaptur.
– No myślę, że te wszystkie zajebiste bajery, którymi posługują się harcerze. Wiesz. Saperki,
noże, latarki, mundury – zaczął wyliczać Pliwa. – Cholera wie co tam jeszcze trzymają. To jest
składnica i siedziba tego ich hufca, czy jak to się tam nazywa.
– Ale wiesz to na pewno czy zgadujesz? – zainteresował się Kuki, szperając w plecaku. –
Dobra, chwila odpoczynku, bo normalnie zaraz padnę.
Po krótkiej przerwie kontynuowali podróż przez przyległe do osiedla pola. Obszary te,
ciągnące się jakiś kilometr, przeznaczone były do dalszej rozbudowy, dopóki jednak nie zaczęły
piąć się tu w górę kolejne bloki, teren ten służył głównie jako wybieg dla psów, zaimprowizowane
boisko piłkarskie lub miejsce na spacery. Wydeptana w niskiej, wypalonej upałami trawie ścieżka
biegła w linii prostej od pierwszych zabudowań osiedla aż do kładki dla pieszych rozciągniętej
ponad obwodnicą miasta. W przyszłości kładkę planowano zastąpić normalnym mostem, a ścieżka,
którą teraz szli chłopcy, miała zostać wyasfaltowana i łączyć osiedle z ulicami i obszarami po
drugiej stronie dwupasmówki. Na razie wciąż jednak pozostawała wąską stalową konstrukcją
mieszczącą co najwyżej trzech ludzi idących ramię w ramię.
Poręcz rozgrzała się w słońcu do temperatury parzącej przy dotknięciu. Przekonał się o tym
Kuki, wyciągając dłoń w poszukiwaniu oparcia przy wspinaniu się po stalowych schodkach. Syknął
z bólu i odruchowo cofnął rękę. Zaklął, po chwili jednak, gdy wspięli się na szczyt schodów, śmiał
się razem z kolegami. Kukiemu nigdy nie przeszkadzała świadomość, że ktoś śmiał się z niego;
jeżeli już ludzie przy nim się śmiali, nie widział powodu, by nie śmiać się razem z nimi. Taką miał
naturę.
Widok z kładki rozciągał się z jednej strony na skąpane w słońcu osiedle, z drugiej na
odległe kolorowe domki, rozsiane wśród drzewek i krzewów ogródków działkowych. W niewielkiej
odległości od ogródków lśniły jasno blachy kontenerów, baraków i zabudowań ulicy Miodowej.
Pod stopami chłopców ciągnęła się szeroka dwupasmowa autostrada, w dali falujące, rozedrgane
powietrze rozmywało jej kształty, migocząc niczym fatamorgana. Zapach rozgrzanego asfaltu
mieszał się z ciężkim smrodem spalin. Samochody osobowe przemykały pod spodem. Ich pracujące
silniki zlewały się w jeden głośny ryk. Ciężarówki wypełniały powietrze basowym pomrukiem,
nieliczne motory przemykały z zawrotną prędkością, świszcząc wysokim mechanicznym sopranem.
Ludzie podróżowali, na wczasy, w interesach, z wczasów, z delegacji, z i do domów. Autostrada
nigdy nie pozostawała pusta.
Niewielki lasek po drugiej stronie przyniósł upragniony cień. Kuki rozdzielił pozostałe
słodycze, które popili ciepłą colą. Smoła i Pliwa stoczyli krótki pojedynek przy użyciu
znalezionych patyków. Skończyło się przekleństwami, gdy jeden trafił drugiego w palec. Kuki
śmiał się serdecznie, siedząc oparty o pień drzewa. Kaptur stał obok niego z papierosem w ustach
i kiwał z politowaniem głową.
Ogródki działkowe znali dość dobrze. Spędzili wśród wzniesionych tu domków
i zaimprowizowanych budowli całe poprzednie wakacje. Skacząc przez płotki, wyrywając dziury
w przerdzewiałych stalowych siatkach, włóczyli się bez celu, kilka razy zdarzyło im się napotkać
niezadowolonych właścicieli, kończyło się zwykle na wyzwiskach i groźbach, kilka razy
dochodziło do szaleńczych pogoni i brawurowych ucieczek. Tereny ogródków wkrótce jednak
straciły swój czar i urok, nuda i rutyna zwyciężyły.
Smoła wskazał przewrócony płotek. Butwiejące deski, wyschnięte na wiór, ledwo
wystawały spod porastających je gęstych kęp.
– Pamiętacie, jak gonił nas ten siwy cap z tamtego domku? Kuki, zamiast przeskoczyć nad
płotkiem, wbił się prosto w niego.
– Potknąłem się.
– Facet był tak zszokowany – śmiał się Smoła. – Pamiętacie wyraz jego twarzy? Nie
wiedział, czy wkurzać się na rozwalony płot, czy ratować wrzeszczącego Kukiego. Boże, ależ to
był motyw.
Wszyscy roześmiali się. Nawet Kaptur, zwykle powściągliwy i poważny, teraz śmiał się
razem z nimi. Wspominali beztroski czas, ówczesny strach i panika zniknęły, pozostawiając
w pamięci tylko cenne chwile pełne radości, śmiechu i zabawy. Umilkli, dopiero gdy dotarli do
skrzyżowania. Strzałka, na której widniał napis „ul. Miodowa”, przymocowana do przechylonego
słupka, wskazywała w niebo. Polna ubita droga, która przyprowadziła ich tutaj, skręcając w prawo,
zmieniała się w pełną dziur asfaltową nawierzchnię. Po obu stronach jezdni rosły wysokie drzewa,
zza pni i gałęzi widać było fragmenty wysokich ogrodzeń, a tuż za nimi lśniące metalowe ściany
magazynów.
– No i dotarliśmy. Jest druga. Gdzie ta składnica?
– No w sumie to dokładnie nie wiem. Gdzieś w tym rejonie.
– Jaja sobie robisz.
– Mówiłeś, że wiesz, gdzie to jest.
– No na Miodowej.
– Wiesz, że to jest cholernie długa ulica? Wiesz, ile tu jest magazynów?
– Pliwa, czemu zawsze jak wpadasz na jakiś pomysł, to coś musi pójść nie tak? Czemu
zawsze coś się musi zjebać?
– Spokojnie! – przerwał Kuki, słysząc rosnącą irytację w głosie Kaptura. Wspomnienie
niedawnej bójki przyprawiło go o gęsią skórkę i bolesny skurcz żołądka. – I tak nie było co robić.
I tak już tu jesteśmy. Trzeba po prostu ruszyć dupska i znaleźć tę składnicę.
– Papieroska?
Emocje podsycane zdającą się wciąż rosnąć temperaturą opadały powoli. Szli w milczeniu,
rozglądając się, lustrując tablice informacyjne na ogrodzeniach i bramach oraz napisy na ścianach
mijanych budynków.
Większość miejskich firm i hurtowni na tym obszarze ulokowała swoje magazyny. Stosy
zużytych opakowań i drewnianych palet walały się na niektórych podwórzach, inne, te schludnie
uprzątnięte, z kostką brukową pokrywającą podjazdy, zaświadczały o lepszej kondycji firmy bądź
po prostu o większej dbałości właścicieli o porządek. Kuki zabawiał się, balansując na wijącym się
wzdłuż jezdni krawężniku, utrzymywał równowagę, stawiając krok za kroczkiem, przynajmniej do
czasu, gdy stopa ześlizgnęła się i skręciła boleśnie. Kuki syknął, obserwujący go Smoła przewrócił
oczami i westchnął ciężko. Ciągnące się już grubo ponad godzinę poszukiwania wciąż nie
przynosiły rezultatów.
– Dobra, proponuję dać sobie spokój – odezwał się, rozdeptując niedopałek, Smoła.
– Ej! Skoro Ewelina mówiła, że jest, to jest.
– Łazimy bez celu już prawie dwie godziny – zirytował się Kaptur.
– Jestem głodny – stwierdził Kuki, siadając na krawężniku, podwijając skarpetkę i oglądając
promieniującą bólem kostkę. – Ale z nogą przynajmniej chyba wszystko okej.
– A co kogo obchodzi twoja śmierdząca, tłusta syra, co? Jakbyś się nie bawił w baletnicę,
tobyś nie miał teraz powodów do płaczu.
– Wal się! Widzisz, żebym płakał, cieciu?
– Dobra, zamknąć się – warknął Kaptur, zatrzymując się. – Patrzcie.
Jakieś pięćdziesiąt metrów przed nimi od głównej drogi odchodziła boczna, wąska uliczka.
Na tablicy przypiętej do narożnego ogrodzenia widniał symbol harcerskiej lilijki.
– Składnica Harcerska „Finka” – przeczytał powoli Pliwa z tryumfalnym uśmiechem. –
Mówiłem, że znajdziemy!
– I co teraz? – spytał Smoła.
– Jak to co? Ruszcie dupę.
Upewniając się, że nie są obserwowani, ruszyli w kierunku wyznaczanym przez strzałkę na
tabliczce. Budynek składnicy okazał się ostatnim z rzędu magazynów. Sąsiadował z jednej strony
z hurtownią kosmetyków, najwyraźniej zamkniętą na głucho, z drugiej strony za siatką okalającą
posesję rozciągał się szpaler krzaków i chaszczy. Asfalt kończył się gwałtownie, dwa kiedyś
czerwono-białe metalowe słupki blokowały dalszy przejazd, ubita droga przechodziła dalej
w ścieżkę niknącą wśród zarośli.
– Łańcuch i kłódka na bramie. Dość wysoka ta siatka – ocenił Smoła. – Nie ma szans, żeby
gruby przelazł.
Kuki żachnął się, podchodząc bliżej i trącając Smołę barkiem.
– Przestań w końcu tak mnie nazywać.
– No proszę, jednak potrafisz się wkurzać.
– Wcale się nie wkurzam. Powtarzam ci w kółko, żebyś mnie tak nie nazywał, a ty ciągle
swoje. Byłoby ci przyjemnie, gdybym ci mówił, że jedzie ci z gęby jak z cholernej popielniczki?
– Mówi się: jak z koziej dupy, Kuki – roześmiał się Pliwa.
Smoła pobladł z początku, szybko jednak kolor powrócił na jego twarz, zdecydowanie
czerwieńszy niż zwykle.
– Ale z was kutasy – wycedził nerwowo, wytrząsając papierosa z paczki.
– Nie o to chodzi, Smołuś – zaczął Pliwa czułym głosem, opanowując śmiech i rozkładając
ręce. – Akceptujemy się wszyscy dokładnie tacy, jacy jesteśmy. Kuki jest tłusty i gruby jak wielka
świnia, tobie wali z paszczy jak z wysypiska, ja jestem szczupły, piękny i młody, a Kaptur wiecznie
się chowa. A teraz przestań stroić fochy i daj papieroska. Kaptur też zapali. Kaptur?
Wszyscy trzej rozejrzeli się w koło. Kolega zniknął. Jeszcze przed chwilą stał obok,
wpatrując się w ogrodzenie i chaszcze, teraz nigdzie nie było go widać.
– Kaptur? – zawołał Kuki. – Kaaaaptur!
– Pewnie, Kuki! Drzyj się dalej, na pewno nikt nie zwróci na nas uwagi.
– No co za gość. – Smoła rozpromienił się, wskazując za ogrodzenie.
Podeszli do bramy. Kaptur ciągnął właśnie fragment drewnianej palety, po chwili postawił
go na sztorc przy ścianie magazynu. Stanął na nim i ręką sprawdził, ile jeszcze brakuje mu do
parapetu zakratowanych okien, których rząd rozciągał się na całej długości ściany.
– Za krzakami, przy piątym czy szóstym słupku, jest poluzowana siatka – rzucił,
spoglądając na obserwujących go w milczeniu kolegów. – Przełaźcie i poszukajcie czegoś, co
można by jeszcze tutaj podstawić, wciąż brakuje z pół metra.
Znaleźli dziurę i przedostali się przez ogrodzenie. Poszukiwania czegokolwiek, co mogłoby
posłużyć za element powstającego rusztowania, zajęły im sporo czasu. Kilka większych kamieni,
które przytaszczyli wspólnie, dwa fragmenty drewnianych palet, trzy plastikowe skrzynki po
butelkach tworzyły teraz zaimprowizowaną, dość chybotliwą piramidę, na której szczycie
balansował Kaptur. Parapet sięgał mu do ramion.
– I co widzisz?
– Może któreś okno jest otwarte? Ano, ale co z kratami?
– Ta konstrukcja nie utrzyma cię zbyt długo, stary.
– Zobaczcie, czy ktoś nie idzie.
Kuki podszedł do rogu budynku i spojrzał na drogę. Była pusta. Smoła i Pliwa rozejrzeli się
po krzakach.
– Podaj mi tamten kamień – wskazał Kaptur.
– Czekaj, chyba nie macie zamiaru… Ej no, Smoła, zostaw ten kamień. Kaptur, co ty,
kuźwa, wyczyniasz? Weźże no...
Huk. Huk. Przerdzewiała krata odpadła od framugi. Brzęk tłuczonego szkła, odłamki
wpadły do środka, potęgując jeszcze hałas. Aż przykucnęli, rozglądając się w panice.
– Pojebało was – szepnął Kuki, łypiąc naokoło przerażonym spojrzeniem. – Jak ktoś to
słyszał i zadzwoni na policję? Albo jak ktoś tu przyjdzie?
Skrzypnięcie nad głowami przykuło ich uwagę. Spojrzeli w górę. Okno stało otworem,
Kaptur zniknął, po chwili z budynku doszedł ich stłumiony rumor.
– Wpadł do środka!
– O cholera.
– Kaptur, żyjesz? – spytał Smoła, ostrożnie wdrapując się na jedną z palet i wyciągając szyję
w stronę okien. – Kaptur! Kaptur! Artur, do kurwy nędzy, żyjesz tam?!
– Tak, zamknij się już – dobiegło ze środka. – Czekajcie tam i patrzcie, czy ktoś nie idzie.
Minuta po minucie dla trójki czekających na zewnątrz przeciągały się nieznośnie. Kuki
obgryzał paznokcie, co chwila wychylając się zza rogu i sprawdzając uliczkę. Smoła dreptał wzdłuż
płotu, nasłuchując. Pliwa przygryzał wargę, spoglądając to na chłopaków, to na otwarte okno.
– Dobra, zmywajmy się stąd, to był głupi pomysł – rzucił po chwili.
Kuki utkwił w nim pełne paniki spojrzenie. Smoła podszedł bliżej.
– A co z Kapturem? – zapytał.
– Ja go tam nie wrzuciłem, w ogóle to nie było mowy o żadnym włamaniu. Mieliśmy
tylko...
– Tylko co? Tylko popatrzeć przez szybę do środka? To nie trzeba było brać ze sobą
Kaptura, to po pierwsze, po drugie to...
Szczęknięcie zamka, cichy zgrzyt i zanim przerażeni chłopcy zdążyli cokolwiek zrobić,
drzwi z tyłu magazynu stanęły otworem.
– Sorki, że tak długo. – W drzwiach stanął Kaptur. – Co się tak gapicie? Włazić!
Wnętrze wypełniał zapach farby. Kurz unosił się w powietrzu, drobinki wirowały, tańcząc
w promieniach słońca. Zamknęli drzwi i chwilę stali bez ruchu, rozglądając się w koło. Podłogę
pokrywały płytki PCV w zgniłozielonym odcieniu. Ściany musiały zostać niedawno odmalowane,
lśniły blaskiem świeżej farby. Kaptur ruszył przodem. Przeszedł krótkim korytarzykiem i wskazał
wejście do pomieszczenia po lewej ręce.
– Tutaj wlazłem do środka. Jakiś kretyn poukładał przy ścianie jakieś tobołki. Nie widziałem
ich z góry. No cóż, będą mi musieli wybaczyć zniszczenie krzeseł i stolika.
Pozostali spojrzeli do środka, oglądając porozrzucane po podłodze zawiniątka i szczątki
wspomnianych mebli zagracające pomieszczenie.
– Skoczyłeś z wysokości okna? – spytał z wyraźnym niedowierzaniem Kuki.
– Gdybym skoczył, pewnie rozwaliłbym sobie łeb, Kuki. Opuściłem się na rękach. O, tu –
zademonstrował Kaptur, przechodząc ponad połamanym krzesłem. – Te pieprzone pokrowce są
prawie identyczne z kolorem podłogi, stanąłem na nich, nogi mi ujechały i poleciałem plecami
w krzesła i stół.
– Nic ci nie jest?
– Przeżyję.
Im dłużej eksplorowali wnętrze, tym bardziej strach zmieniał się w czystą ekscytację.
Rozdzielili się. Co chwila spotykali się na korytarzu, licytując się znaleziskami.
– W tym pokoju nic nie ma. Jakieś szafki, ale wszystkie pozamykane.
– Tam wiszą jakieś mundury i peleryny.
– Chłopaki! Chodźcie tu! Mają tu telewizor i wideo. Jak się włącza to cholerstwo?
– Bilard! No nie mogę! Harcerzyki mają tu własny stół do bilarda – krzyknął Smoła,
wypadając z jednego z pomieszczeń. – Szachy, bilard, rzutki. Bez kitu!
Czas płynął powoli, nie odczuwali go zupełnie. Rozegrali kilka partii rzutków, śmiejąc się
i dogryzając sobie nawzajem, później przyszedł czas na bilard. Znaleźli tylko jeden kij, zmieniali
się przy każdym uderzeniu. Salwy śmiechu i przekleństwa stawały się coraz głośniejsze, bile
uderzały o siebie coraz mocniej, z coraz większym impetem. Przestali nasłuchiwać, obawy i strach
zniknęły bez śladu, wyparte przez radość chwili. Smoła kilka razy bezskutecznie starał się trafić
czerwoną bilą do łuzy. W końcu nerwy mu puściły. Zaklął siarczyście, schwycił kulę i z całej siły
cisnął nią przed siebie. Huknęła o ścianę. Kuki, pochylony nad stołem, trzymając się za
podskakujący brzuch, starał się opanować napad spazmatycznego śmiechu. Kaptur chwycił kij
i zakręcił nim młynka, o mały włos chybiając głowy zaskoczonego Pliwy.
– Uaaaaa!!! – ryknął, przybierając pozę wojownika trzymającego miecz. – Smoła!
Wyzywam cię, stawaj!
– No ba! Czekaj, tylko se znajdę coś...
Pliwa tknięty nagłym pomysłem podskoczył do stołu i zgarnął kilka kul.
– Zawsze chciałem to zrobić – krzyknął i wybiegł z pokoju.
Kuki klęczał przy stole, dygocąc wciąż, nie potrafiąc zdławić targającego nim napadu
śmiechu. Smoła spojrzał na Kaptura, obaj powiedli wzrokiem ku wyjściu, w którym właśnie zniknął
Pliwa. Po chwili z pokoju obok dobiegła ich eksplozja pękającego szkła i plastiku, której
zawtórowało pełne tryumfu wycie Pliwy.
– I już nie będzie telewizorka!
Kaptur i Smoła rozdziawili usta i prawie w tym samym momencie rzucili się w stronę stołu,
zbierając i wydzierając sobie pozostałe bile.
– Gruby, chodź! – krzyknął Smoła, przeskakując nad skulonym na podłodze kolegą.
Twarz Kukiego, zalaną łzami śmiechu, zdobił uśmiech szerokości dojrzałego banana.
Dźwięki, które teraz wydawał, bardziej przypominały zawodzenie niż śmiech.
– Nieeeeee. Nie mogę! Mój brzuch! Aaaaa. Pliwaaaa totalnie rozwali ten lokal! Ha, ha, ha.
Za-zaczekajcie na mnie. – W końcu udało mu się wyzbierać na nogi. Z trudem ruszył śladami
kolegów.
Na pierwszy ogień poszedł telewizor. Szczątki kineskopu i elementy plastiku pokrywały
podłogę, każdy kolejny celny rzut zmieniał urządzenie w coraz mniej rozpoznawalną kupę
zniszczonej elektroniki.
– Sto punktów, jak ktoś rozwali resztkę kineskopu! Nie tak blisko! Tutaj, z tej linii, każdy
ma jeden rzut, dobra? A, ha, ha, ha, Kuki, ty ofiaro, noooo! Smoła, prawie, prawie!
Gdy z telewizora nie została ani jedna rozpoznawalna część, Pliwa z roziskrzonymi oczyma
porwał toczącą się po ziemi bilę.
– Ile tu jest rzeczy, które można rozwalić! Nadchodzę!
Rozdzielili się. Co chwila z któregoś z pomieszczeń dobiegał huk i brzęk niszczonych
sprzętów.
– Lampa! Dwadzieścia punktów!
– Magnetofon! Ha! Sam środek!
– Whoa!!! Rykoszetem od dwóch ścian w lustro!
Festiwal destrukcji trwał, dopóki starczyło im sił. Licytowali się, przekrzykiwali, śmiali
i wrzeszczeli na siebie. Pod koniec zabawy urządzili sobie kręgielnię, ustawiając znalezione puste
butelki przy wylocie długiego korytarza i ciskając w nie bilami. Szkło rozbryzgiwało się wszędzie,
zraszając przejście skrzącymi się odłamkami.
– Ręka mi zaraz odpadnie, przysięgam. – Pliwa oparł się o ścianę i dysząc ciężko, osunął się
na podłogę. Wyciągnął nogi. Zamknął oczy. – Ależ mi brakowało takiej totalnej wyżywki. Zajebista
sprawa. I kto miał taki pomysł? Kto jest najlepszy? Jakieś podziękowania by się należały, nie?
Brawa może nawet!
– Dobra, czas się zmywać, panowie. Robi się ciemnawo, a nie chce mi się zapierdzielać po
nocy przez ogródki i osiedle. Zabawa była zajebista. Dzięki, Pliwa. Ten pomysł naprawdę ci
wyszedł.
– Wezmę se jedną na pamiątkę – zawyrokował Kuki, oglądając bacznie poobijaną,
powyszczerbianą bilę. – Ta czerwona z białym pasem, kto nią ostatni rzucał?
– Pamiątki! – Smoła wyraźnie zapalił się do nowego pomysłu. – Nie możemy przecież
wrócić z pustymi rękami.
Rozpoczęli poszukiwania. Przetrząsali zdezelowaną składnicę wzdłuż i wszerz. Spotkali się
w jednym z pomieszczeń, gdzie w szufladzie rozbitego biurka Smoła znalazł dwa pudełka.
W środku, starannie zapakowane, lśniły nowością harcerskie noże – finki, z dopasowanym do
koloru rękojeści skórzanym futerałem. Po krótkiej naradzie zgodzili się, że jedna należy się
znalazcy, a druga autorowi planu, który okazał się tak doskonałą zabawą. Kukiemu udało się
znaleźć latarkę, zachwycony stwierdził, że bila i latarka to wystarczające zdobycze i że gotów jest
wracać do domu.
– Co jest za tymi drzwiami?
– Nie mam pojęcia. Zamknięte.
– A to jakiś problem?
Buchnęli śmiechem. Ostatnie promienie słońca żarzyły się w szczątkach rozbitego szkła,
korytarz tonął w pomarańczowym półświetle omiatającym postacie zapamiętale kopiące
i szturmujące drzwi. Zamek wytrzymał, ale zawiasy w końcu puściły. Chłopcy wpadli do
pomieszczenia.
– Zajebiście. Włamaliśmy się do klasy – stwierdził rozczarowany Smoła, lustrując równo
poustawiane rzędy krzeseł. – I nawet tablica jest.
– Patrzcie! – Pliwa ruszył w stronę biurka ustawionego przy tablicy.
– Ja pierdzielę! – Kuki rozdziawił usta, podchodząc bliżej. Obiektem zdziwienia okazał się
model torsu człowieka spoczywający na blacie.
– Fantom do szkoleń pierwszej pomocy – przeczytał Kaptur, sięgając po leżącą obok
książkę. – Kompendium pierwszej pomocy – brzmiał tytuł leżącej pod spodem.
– No nie wiem, jak wy, ale ja w życiu czegoś takiego nie widziałem. Popatrzcie na tę głowę.
Jak wyrzeźbiona! To chyba guma. – Kuki dotknął manekina. – Ale jaja. Na tym uczą pierwszej
pomocy?
– Usta-usta i te sprawy? – zadrwił Smoła. – No nie wiem, może gdyby to był manekin
z głową jakiejś fajnej laski, ale tak to nie... Co najwyżej możemy mu dać po ryju!
Zabawa rozgorzała na nowo. Manekin okazał się cięższy, niż przypuszczali na pierwszy rzut
oka. Kuki przekonał się również, że jest znacznie twardszy, sycząc z bólu i potrząsając dłonią po
uderzeniu w głowę. Pozostali ryknęli śmiechem.
– Trzymajże go prosto, ofiaro! Dajesz, Kaptur! Z półobrotu jak Chuck Norris. Tylko traf!
Łuhuhu! No, takiego kopa tobym nie chciał zarobić.
Następne poszły w ruch finki. Pchnięcia, cięcia, rzuty. Okrzyki podziwu i salwy śmiechu.
– Dobra. Ostatecznie i definitywnie. Gówno już prawie widzę! Zbieramy dupy w troki
i ruszamy do domu. Oj, będzie co wspominać. Takie akcje pozostają w pamięci na całe życie.
– Weźmy go ze sobą!
– Chyba cię powaliło, Pliwa. Wiemy, że miałeś zajebisty pomysł, i dziękujemy ci za niego
bardzo, ale ten pomysł teraz jest totalnie z...
– Wrzucimy go na autostradę – po słowach Kaptura zapadło milczenie. Wpatrywali się
w siebie, przenosili wzrok z jednej twarzy na drugą. Zaniemówili. Gdyby choć resztka zdrowego
rozsądku pozostała tego wieczoru w kipiących młodzieńczym szaleństwem umysłach, któryś z nich
może by się sprzeciwił, powiedział nie i przekonał innych.
Tego dnia jednak rozum zrobił sobie wolne, a na zastępstwo stawiła się anarchia.
Taszcząc na zmianę ciężki fantom, szepcąc konspiracyjnie i przemykając w ciemnościach
rozświetlanych jedynie krótkimi błyskami światła latarki Kukiego, czuli się jak partyzanci,
ryzykujący życie, wypełniając najważniejszą z misji. Odpoczywali, zmieniali się często, lecz nikt
nie narzekał. Przyświecający im wspólny cel, szatański pomysł, który opanował ich myśli, zdawał
się dodawać im sił, znieczulał cierpienia nadwyrężanych dźwiganiem mięśni, odrętwiał plecy
i krzyże prężące się w wysiłku. Pracowali jak jedna dobrze naoliwiona, zgrana maszyna, nie istniały
choćby najdrobniejsze uszczypliwości, nie było docinania sobie nawzajem, żadnego „grubego”,
żadnego „zamknij się, jedzie ci z gęby”. Kaptur z Pliwą dźwigali ramię w ramię; kiedy jeden się
potknął, drugi podawał mu rękę. Zaciskając zęby, ocierając lejący się w oczy pot, niezmordowanie
nieśli manekin. Kilka dni temu dzieliła ich przepaść wrzącej nienawiści, gdy rzucili się na siebie
z pięściami, teraz, tej nocy, po tamtych emocjach nie było śladu.
Czas się nie liczył. Wizja awantury od zatroskanych rodziców czy babć zdawała się
nieistotna, nie mogła zakłócić tego, co właśnie robili. To była ich noc, noc tych wakacji, noc buntu,
noc nieposłuszeństwa. Anarchia rządziła niepodzielnie. Jedyna iskierka, przebłysk rozumu,
rozbłysła na moment, gdy wnosili manekin po metalowych schodach.
– Jesteśmy pewni, że chcemy to zrobić? – szept Kukiego zagłuszył jadący w dole samochód.
Mimo to usłyszeli go wszyscy. Woleli jednak udawać, że szum autostrady był głośniejszy. Woleli
nie słyszeć.
W oddali pojawił się świetlisty punkt, w miarę jak mijały sekundy, zmienił się w dwa
zbliżające się kręgi świateł. Pojedyncze auto sunęło lewym pasem w ich stronę, przerywana linia
przecinająca pasy jezdni gnała obok w blasku reflektorów. Księżyc rozświetlał okolicę bladą
poświatą, kontury i kształty przyczajonych przy barierce postaci zlewały się z tłem kruczoczarnego
nieba.
– Teraz!
Opony zawyły posępnie, niczym wilki zawodzące o pełni księżyca. Autem rzuciło w prawo,
fantom z łoskotem gruchnął o asfalt parę metrów przed maską samochodu. Tył pojazdu stracił
przyczepność, ciągnąc resztę bokiem. Spojrzeli pod siebie, później na drugą stronę. Światła stopu
rozbłysły jak dwa czerwone ślepia, zadygotały, gdy auto wpadło na pas zieleni. Sekundę później
powietrze przebił huk miażdżonej blachy. Siła uderzenia wyrzuciła tył auta w powietrze, bagażnik
otworzył się niczym rozwarte do krzyku usta, pojazd zdawał się na jedną krótką chwilę zawisnąć
w powietrzu, po czym opadł na bok, drąc asfalt drzwiami od strony pasażera, siejąc krótkim
snopem iskier. Później nastała cisza. Nawet łomoczące dotąd serca teraz jakby ustały na moment
w milczeniu.
Uciekali.
Światła osiedla majaczyły przed nimi, zeschnięta ziemia pod stopami burzyła się
w obłokach kurzu, na które nie zwracali nawet uwagi. Gnali przed siebie niczym lunatycy dopiero
co przebudzeni ze snu, oszalali ze strachu. Czterotrybowa idealna machina, którą jeszcze niedawno
tworzyli, teraz rozpadła się na poszczególne trybiki. Goniła ich świadomość tego, co się stało, waga
tego, co zobaczyli. Biegli ile sił w nogach, nie zważając na nic. Dopiero gdy światła pierwszych
latarni poraziły ich oczy, zwolnili. Spojrzeli po sobie. Stanęli.
Smoła drżącymi rękoma wyszarpnął z kieszeni paczkę papierosów. Starając się wydobyć
jednego, rozerwał całe opakowanie. Śnieżnobiałe tulejki potoczyły się po chodniku. Smoła usiadł.
– Boże... Boże...
– Ja pie-pie-pier… To nie miało tak wyglądać! To kompletnie...
– Nic się nie stało – spokojny, zimny głos zmroził ich oddechy. Przestali dyszeć, przestali
dygotać. – Cały dzień włóczyliśmy się po osiedlu, wieczór spędziliśmy przy pawilonie.
– Ale...
– Nikt nigdy o nic nie zapyta, nikt nic nikomu nie powie. Pozbędziemy się pamiątek jutro.
Wybierzemy się do miasta, na spacer nad Wisłę.
– Kurwa, przecież właśnie...
– Jeżeli któryś się wygada... zabiję.
Zmowa milczenia zawiązana tej nocy ścisnęła ich wnętrzności, żołądki kotłowały się,
uczucie mdłości przeplatało się ze ściskającą za gardło paniką. Rozeszli się każdy do siebie. Żadne
słowa nie były więcej potrzebne. Wszyscy zrozumieli, że nakazy Kaptura były jedynym możliwym
wyjściem, wszyscy wiedzieli też, że jego groźba nie była... na niby.
Stojąc w swoim pokoju, przełykając ciężko ślinę, Kaptur rozglądał się po okolicy. Okna
pokoju wychodziły dokładnie na pola i odległą autostradę. Dziewiąte piętro zapewniało szeroką
i daleką panoramę widzenia. Nie chciał myśleć. Starał się ze wszystkich sił skoncentrować na
czymś, na postaci z którejkolwiek z książek, na zmyślonym zdarzeniu, o którym ostatnio czytał. Nie
wiedzieć czemu przed oczyma wciąż stawał mu jeden jedyny obraz.
Tonąca w świetle latarni wiata przystanku, nadjeżdżający samochód, pisk hamulców, czarna
sylwetka kota znikająca pod zderzakiem. Thum-khum. Głuche uderzenie, od którego cierpnie skóra
na szyi. Thum-khum i lodowate kleszcze miażdżą żołądek. Sus koło wiaty, sus ponad krawężnikiem,
sus w stronę drzew po drugiej stronie drogi. Thum-khum. Dobrze ci tak...
Głęboko wciągnął powietrze, jakby dopiero co wynurzył się z odmętów ciemnych wód na
powierzchnię. Zamrugał. Przed oczyma, daleko, daleko za polami, czerwony i niebieski blask
pulsował ponad autostradą, światła niewidocznych karetek, wozów straży pożarnej i policji
migotały miarowo. Dobrze ci tak...
Zgrzytnął zębami. Czuł, jakby wielki ciężar przygniatał jego klatkę piersiową, oddychał
urywanie i krótko, przełykając często, ściśnięte gardło drżało. Nienawidził tego uczucia, mrowienia
gdzieś jakby tuż za nosem, wędrującego nieubłaganie ku oczom, ciągnącego za sobą łzy. Uderzył
go smród własnego potu. Bluza! Wybiegł do łazienki, klęknął przy wannie. Napuszczał wodę
powoli, prysznicem, tak by hałas nie zbudził ojca. Wpatrując się w swoje falujące, zniekształcone
odbicie, nie zwracał uwagi na łzy cieknące po twarzy. Miął bluzę w palcach. Zdawało mu się, że
myśli kotłują się w jego głowie zupełnie jak prąd burzącej się wody tryskającej z prysznica. Proszek
wsypany do wypełnionej wanny rozpłynął się równomiernie w podwodnej chmurze. Po chwili
wanna zdawała się wypełniona mlekiem. Zanurzył bluzę. Klęcząc, półnagi, prał ubranie
powolnymi, wypracowanymi ruchami. Nie czuł upływu czasu. Dopiero gdy skóra rąk zaczęła piec
na tyle mocno, by przywrócić go do rzeczywistości, sięgnął do korka. Woda spływała powoli.
Materiał bluzy lśnił. Nieskazitelny kolor. Niezmienne logo. Czystość.
Powoli wstał. Kolana rwały piekącym bólem, zbyt długo klęczał na gołej, twardej posadzce.
Coś przykuło jego uwagę, ciemny prostokątny kształt leżący przy wannie. Schylił się i podniósł
książkę. „Kompendium pierwszej pomocy”. Musiał bezwiednie wsunąć ją w kieszeń bluzy, gdy
znalazł ją obok manekina. Wypadła na podłogę, kiedy ściągał ubranie.
Gdy wrócił do pokoju, spostrzegł, że czerwono-niebieskie światła ponad autostradą
zniknęły. Poczuł niewysłowioną ulgę. Otworzył ostrożnie okno, wpuszczając świeże powietrze,
odetchnął głęboko. Rozwiesił bluzę. Powłócząc nogami, dotarł do łóżka. Opadł ciężko. Zakręciło
mu się w głowie. Zmęczenie psychiczne i fizyczne wyczerpanie dawały o sobie znać. Powróciły
myśli i obrazy. Momentalnie otworzył szeroko oczy. Sięgnął po książkę.
Postępowanie przy krwotokach, ilustracje, rysunki. Chłonął je, koncentrował się na tym, co
miał przed oczyma. Zatrzymanie akcji serca. Pozycja boczna ustalona. Zasady reanimacji
krążeniowo-oddechowej. Zdania i instrukcje wirowały w jego głowie, wypierając wszystkie inne
myśli. Nawet nie poczuł, kiedy zasypia.
Śnił, że jedzie w karetce, syreny wyją nad głową, światła migają w rytmicznych odstępach.
Musi rozpocząć reanimację, nie ma czasu, nie może zwlekać. Musi działać natychmiast. Tylko jak
reanimuje się kota...
– Ile razy prosiłem cię, żebyś gasił światło przed zaśnięciem – głos ojca wyrwał go ze snu. –
Słuchaj, muszę wyjść pilnie do biura, wiem, że jest sobota, ale dzwonili. Słuchaj, na stole w kuchni
masz pizzę. Myślałem, że może zjemy razem. Zostaw mi kawałek. Jak coś, jestem pod telefonem.
To cześć.
Kaptur przez chwilę mrużył oczy, oślepiające światło słońca zalewało cały pokój. Poruszył
się. Ból zakwasów setkami igieł wbił się w senny umysł. Zaklął. Wspomnienia poprzedniej nocy
zdawały się tak nierealne jak akcja którejś z powieści science fiction czytanych niedawno. Myślał,
analizował, przypominał sobie. Strach i panika zdawały się czaić, czekać, aż wspomnienia dotrą do
momentu wypadku na autostradzie. Kaptur przypomniał sobie wszystko ze szczegółami. Ze
zdziwieniem i pewną ulgą stwierdził, że wydarzenia zdają się nie robić na nim tak druzgocącego
wrażenia jak poprzedniej nocy.
Wstał i zdjął z suszarki za oknem bluzę. Pachniała nieskazitelną czystością i świeżością.
Ułożył ją starannie na biurku. Poczłapał do łazienki i odkręcił wodę. Wanna powoli zaczęła się
napełniać. Wrócił do kuchni i wręcz rzucił się na karton z pizzą. Była zimna. Pyszna. Pierwsze dwa
kawałki prawie że połknął. Resztę zabrał ze sobą do łazienki.
Gdy zanurzał się w gorącej kąpieli, poczuł, jak przyjemne dreszcze rozlewają się po całym
ciele. Zamknął oczy. Sięgnął po kolejny kawałek pizzy. Nie spieszył się. Gdy pudełko było puste,
obmył usta i sięgnął po mydło.
Mógłby przysiąc, że spędził w łazience nie dłużej niż godzinę. Skoro więc dochodziła piąta
po południu, a ojciec obudził go stosunkowo niedawno, to musiał spać do około trzeciej. Chyba
nigdy w życiu nie zaspał tak długo. Nigdy w życiu jednakże nie był równie zmęczony. Zbierał
myśli. Pozwalał, by spokojnie, bez pośpiechu układały się w dalszy plan działania. Był wdzięczny
ojcu za niezadawanie pytań. Proste: „Gdzieś tak balował wczoraj, że zaspałeś do trzeciej?” mogło
obrócić się w katastrofę. Przypomniał sobie, że ojciec prosił o zostawienie mu kawałka pizzy.
Patrząc na puste, zamoczone wodą pudełko, zaklął.
Wyjście z domu w okolicach godziny piątej miało ten wielki plus, że słońce nie stało już
w zenicie i nie zsyłało bezlitośnie na ludzi fal nieznośnego żaru. Świeży materiał bluzy dotykał
czystego ciała, obszerny mrok kaptura zakrywał całą twarz. Gdyby nie pamięć o tym, co się stało,
Kaptur mógłby nawet poczuć się przyjemnie. Ruszył na spotkanie kolegów. W kieszeni spoczywała
książka, którą zabrał ze składnicy.
Spotkał całą trójkę siedzącą w milczeniu na ławce przed klatką Kukiego i Smoły. Byli
bladzi, mieli podkrążone oczy. Smoła palił papierosa, u jego stóp piętrzyła się kupka niedopałków.
Kuki grzebał butem w trawie, ze wzrokiem utkwionym w ziemi. Pliwa zamyślony pocierał palcami
daszek zielonej czapki.
– I jak tam? – Kaptur wyciągnął dłoń na przywitanie.
Ściskali ją zupełnie bez energii. Milczeli.
– Dobra. Słuchajcie – zaczął Kaptur, rozglądając się. – Co się stało, to się stało. Nie
zmienimy tego, możemy tylko...
– Facet walczy o życie. – Pliwa podniósł głowę i utkwił spojrzenie w mroku pod kapturem.
– Co?
– Ten facet z autostrady wczoraj. Maciek słyszał o nim rano w radiu.
– Maciek?
– Tak mam na imię, Artur. – Kuki podniósł głowę. – Maciek. Ku-ku-kurwa, Maciek.
Szczegółowo opisali cały wypadek. Facet w ciężkim stanie trafił do Szpitala Jana Pawła. Lekarze
walczą o jego życie. Policja poszukuje sprawców wypadku – wyrecytował beznamiętnym głosem.
– I dobrze. Niech se poszukuje. Gówno znajdą.
– A jak znajdą? – Smoła wyjął papierosa z ust. – A jak gość umrze? To chyba coś jak
morderstwo, nie? W filmach, jak się dobrowolnie zgłosić na policję, to jest złagodzenie...
– Stul pysk, Pliwa! – warknął Kaptur, czując, jak wzbiera w nim wściekłość. – Słuchaj.
Wszyscy słuchajcie! Gówno znajdą, bo nas tam nigdy nie było. Rozumiecie? Nikt nas nie widział.
Nas tam nie było. Cały wieczór spędziliśmy pod pawilonami. Macie te rzeczy, te ze składnicy?
Pokiwali głowami.
– Dobrze. Mamy jakieś trzy, cztery godziny, aż zrobi się ciemno. Wpieprzymy je do rzeki
i mogą se szukać, ile chcą.
W autobusie zmierzającym nad Wisłę nie zamienili ani słowa. Dopiero gdy szli wzdłuż
koryta rzeki, szerokim deptakiem, wpatrując się w ciemniejący horyzont i płynącą spokojnie wodę,
Kuki zapytał:
– Nie żal ci tego gościa, Artur?
Kaptur tak rzadko słyszał swoje imię z ust kolegów, że dłuższą chwilę nawet nie zorientował
się, że to do niego skierowane było pytanie. Dopiero utkwiony w nim wzrok trzech par oczu
wyrwał go z zamyślenia.
– A wam co odwaliło? Nagle zaczynamy gadać do siebie po imieniu? Maciek, Andrzej,
Marcin? Genialne! Sami na to wpadliście? Ma być dokładnie tak samo, jak było! Nic a nic się nie
zmienia. Kuki, Pliwa, Smoła! – rzucił trochę zbyt głośno. – Czy mi żal? Tak! Żal mi gościa. Ale co
się stało, to się nie odstanie, a nie chcę przez to spierdolić sobie reszty życia. Tak się składa, że
dobry Bóg nie obdarował nas w swojej hojności mocą cofania czasu, więc skoro raz coś się
spierdoliło, to trzeba sobie z tym radzić.
– Zabawne, że akurat ty wspomniałeś o Bogu.
– Bo?
– Bo to był twój pomysł, Kaptur.
Kaptur schwycił Kukiego za podkoszulek i pociągnął do siebie. Chwilę patrzył mu w oczy.
Spodziewał się znaleźć w nich tak naturalny w podobnej chwili strach. Nie znalazł. Otworzył usta,
by coś powiedzieć.
– Puść go, Kaptur, miejmy to z głowy. – Smoła odwrócił się do nich plecami, rozejrzał
dookoła i wyciągnął z kieszeni nóż. Nowiutka finka zapakowana w skórzany futerał poleciała
wysokim łukiem, niknąc z pluskiem w nurcie. Po chwili jej śladami pomknęły bilardowa kula
i latarka. Kaptur pozbył się książki.
Być może wyrzucenie tych przedmiotów miało dla chłopaków symboliczne znaczenie, a być
może milczenie stało się nieznośne, bo w drodze powrotnej zaczęli znów rozmawiać. Temat nie był
istotny, im bardziej trywialny, tym lepszy. Rozmowa pomagała im, przestawali chodzić zgarbieni,
nie chowali głów między barkami, z rzadka udawało im się nawet uśmiechnąć. Wspominali rok
szkolny. Klasówki, sprawdziany, gafy nauczycieli i głupie wpadki kolegów ze szkolnych ławek
wypełniały czas. Zdawali się godzić z tym, że Kaptur miał rację, że trzeba było wymazać
wczorajszy dzień, wieczór i noc z pamięci.
– Skoczycie ze mną do pizzerii? Muszę kupić ojcu... Muszę se kupić coś na kolację.
– Pewnie, bylebyś tylko się podzielił – uśmiechnął się Kuki. Usta wykrzywiły się we
właściwy sposób, lecz w lekko zezującym spojrzeniu zabrakło tej dobrze znanej iskierki wesołości.
Słońce chyliło się ku zachodowi. Nie spiesząc się, przeszli alejkami osiedla od przystanku,
mijając klatkę Kaptura, w stronę pawilonów. Podchodzili do nich od południa, od strony pizzerii,
której jaskrawy neon wyobrażający głowę w wielkim sombrero, bucząc monotonnie, jarzył się na
zielono. Im bliżej pawilonów, tym więcej mijali ludzi. Znajome twarze młodszych i starszych
mieszkańców osiedla otaczały ich ze wszystkich stron. Zrobiło się chłodniej, ludzie wylegli
pooddychać świeższym powietrzem, rozprostować nogi, poplotkować, zrobić niezbędne zakupy.
Kaptur zaśmiał się z dowcipu opowiedzianego przez Smołę. Sięgnął do kieszeni i wydobył
dwudziestozłotowy banknot. Nagle za plecami usłyszeli krzyk kobiety. Wszyscy czterej odwrócili
się błyskawicznie.
Nie dalej jak kilka kroków od nich na chodniku leżała starsza kobieta. Dosłownie przed
momentem mijali ją, gdy powolnym krokiem, niosąc siatkę z zakupami, zmierzała od strony
pawilonów. Z upuszczonej siatki rozsypały się puszki z jedzeniem dla kotów i jogurty.
Chłopcy stali jak wmurowani, patrząc w posianą zmarszczkami, starą twarz, otwierające się
i zamykające usta, ręce kurczowo zaciskane na klatce piersiowej unoszącej się w urywanym
oddechu. Coraz wolniej... coraz wolniej.
– Niech ktoś zadzwoni po pogotowie! – krzyknęła stojąca z boku kobieta z wózkiem.
– Już dzwonione! Już jadą! – odpowiedział jakiś starszy mężczyzna.
– O Boże, o Boże.
– Odsuńcie się, ludzie, odsuńcie się – grzmiał niski, przysadzisty facecik, wymachując
rękami, odganiając gromadzących się wokoło leżącej, milczących ludzi. Wyglądali jak sępy
zbierające się wokół wyczekiwanej zdobyczy.
Kaptur przypatrywał się tężejącemu obliczu staruszki. Widział, jak jej oczy wywracają się
i zamykają, patrzył, jak klatka piersiowa zamiera w ostatnim oddechu.
– A co to za jedna? – szept jednej kobiety do innej.
– Nie mam pojęcia. Chyba nie stąd. Ja jej tu nigdy nie widziałam wcześniej.
– Ja pierdolę. To się nie dzieje naprawdę. – Smoła z całych sił zaciskał oczy.
– Ostatnim razem, jak Kowalski spod czwórki dostał zawału na klatce, to jechali do niego
trzydzieści pięć minut! Wyobraża sobie pani? Trzydzieści pięć minut!
– Skaranie boskie z tą służbą zdrowia, mówię pani.
Szepty. Szepty. Szepty nikogo o niczym, zupełnie jakby u stóp tych ludzi nie umierał
człowiek, zupełnie jakby utkwione w leżącej oczy nie widziały.
Kaptur skoczył przed siebie, prosto na środek okręgu. Padł na kolana przy leżącej. Tłum
zamarł, ucichł. Chłopak zrzucił kaptur z głowy, przytknął ucho do piersi kobiety. Cisza. Nachylił się
nad ustami. Cisza.
– Co ty wyrabiasz? – głos kolegi gdzieś z tyłu.
Instrukcje i obrazy. Przecież miał je w głowie. Przecież je czytał, oglądał, śnił. Mostek, ile
palców od szyi? Czy to była odległość od szyi? Środek mostka. Na prostych rękach, ramiona nad
mostkiem, ucisk. Raz, dwa, trzy, cztery, tyle? Na pewno tyle? Oddechy... odchylić głowę, zatkać
nos, raz, dwa...
Szepty. Szepty wokoło.
Pot lał się po twarzy Kaptura strumieniami. Przed oczyma zaczęły dryfować ciemne plamy.
Co mówiła ta stara baba o karetce? Trzydzieści pięć minut. Przecież on nie da rady tyle, ile już
minęło? Raz, dwa, trzy...
– Dalej, stary! Wepchnij jej język do gardła! Prawdziwy francuski całus!
Nie wiedział, czy mu się zdawało, czy któryś z jego kolegów rzeczywiście podszepnął mu te
słowa. Zignorował je, zaciskając powieki. Tracił siły, tracił je o wiele za szybko. Raz, dwa...
Oddechy, pamiętać o oddechach. Trzydzieści pięć minut...
Świat powoli zaczynał wirować.
Ktoś szarpnął go do tyłu. Spojrzał półprzytomnym wzrokiem, mężczyzna w czerwonym
kombinezonie z odblaskowym paskiem, coś pokazuje, kiwa głową. Porusza ustami. Dlaczego nosi
lateksowe rękawiczki? Pochyla się nad staruszką.
Gdzieś z tyłu syrena, jej dźwięk przebija się do świadomości, powoli, zupełnie jakby ktoś,
kto wcześniej wcisnął na pilocie telewizora wyciszenie, teraz stopniowo pogłaśniał fonię. Dźwięki
wracają. Niebiesko-czerwone światła migają przed oczami. Dorwali go? Skąd wiedzieli?
Ktoś podchodzi do niego, znowu odblaskowa kurtka, nakłada mu coś na twarz, każe
oddychać spokojnie i głęboko. Z każdym oddechem wszystko się wyostrza, wraca, rozbrzmiewa
coraz głośniej.
– Oddychaj spokojnie. To tylko tlen. Nie bój się.
Kaptur spojrzał w oblicze pochylającego się przy nim mężczyzny, błękitne oczy spoglądały
spokojnie.
– Dobra! Krzysiek, zabieramy ją! Ma słaby puls.
Przenieśli kobietę na noszach do karetki. Ratownicy wymienili kilka uwag, terminów
medycznych, których Kaptur nie zrozumiał. Po chwili jeden z nich podszedł do niego i wziął pod
ramię.
– Nie zdejmuj maski. Chodź, pojedziesz z nami.
Pokręcił lekko głową, ale ruszył za mężczyzną.
– Uważaj na głowę. Usiądź tu. Tu masz poręcz, jakby rzucało.
Przez moment, zanim ratownik zamknął drzwi, Kaptur spostrzegł swoich kolegów stojących
w pierwszym rzędzie niewielkiego tłumu gapiów, który zebrał się wokół karetki. Patrzyli na niego
z niedowierzaniem. Pliwa nachylił się do Smoły i powiedział mu coś, na co ten zareagował
śmiechem. Spoglądali na niego. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że w ich spojrzeniu kryło się
szyderstwo.
– Nic się nie martw, młody – gdy karetka ruszyła, odezwał się drugi z sanitariuszy, siedzący
tuż przy leżącej kobiecie. – Twoja babcia przeżyje nas wszystkich. – Uśmiechnął się. – Dalej kręci
ci się w głowie? Nie? To dobrze. W takim razie możesz już zdjąć maskę. Połóż tam.
– To nie jest moja babcia.
– Nie? Słuchaj. Odwaliłeś kawał naprawdę świetnej roboty. Jak masz na imię?... Tak samo
jak mój brat! Słuchaj, Artur. Gdybyś nie kontynuował reanimacji do naszego przybycia, to... Ale tak
jak już mówiłem. Dobra robota! Gdyby więcej młodych ludzi było takich jak ty!
Kaptur milczał. Nie mógł wykrztusić z siebie słowa. Patrzył w twarz leżącej kobiety, na jej
spokojne oblicze, które częściowo zakrywała maska. Oddychała płytko, ledwo zauważalnie, ale
wciąż oddychała. Żyła.
Kaptur poczuł, jak zbiera mu się na łzy. Powstrzymał się, gryząc wargę niemalże do krwi.
Opadło na niego ogromne zmęczenie, podobne do tego, które czuł zeszłej nocy, kładąc się do łóżka.
Poprzednia noc powróciła wspomnieniami. Wiedziony nagłym pomysłem już miał zapytać
sanitariusza, czy ten nie wie czegoś o stanie mężczyzny z wypadku. Powstrzymał się w ostatniej
chwili. Przyglądający mu się ratownik uśmiechnął się serdecznie.
– Jak chcesz o coś zapytać, to wal śmiało.
– Jak... Jak długo pracuje pan jako...
– Jako ratownik medyczny? No, uzbiera się już trochę czasu, ale startowałem, jak byłem
niewiele starszy od ciebie teraz. Miałem coś ponad dziewiętnaście lat.
Głos w głowie podszepnął mu, by zapytać o to, ilu osobom w tym czasie uratował życie,
zanim jednak Kaptur otworzył usta, karetka gwałtownie skręciła.
– Dojeżdżamy!
Pośpiech, pośpiech i jeszcze raz pośpiech, to najbardziej zapamiętał Kaptur, gdy drzwi
karetki stanęły otworem. Sanitariusz poprowadził go na bok. Starszą kobietę wwieziono za drzwi
szpitala. Wkrótce zniknęła mu z oczu. Poprowadzono go do pokoju, w którym młody, ubrany
w biały fartuch lekarz zbadał mu tętno, poświecił niewielką latarką w oczy i zadał kilka pytań
o samopoczucie.
W pewnym momencie w drzwiach pojawiła się uśmiechnięta znajoma twarz ratownika.
– Z tą staruszką będzie dobrze, Artur. Zajmują się nią teraz właśnie – zapewnił. – Wiesz,
Marek, że młodzian sam reanimował, zanim przyjechaliśmy?
Lekarz spojrzał z pełnym aprobaty uśmiechem.
– No proszę. To tłumaczy to zmęczenie. Dobra robota.
Ratownik pokazał chłopakowi wyciągnięty do góry kciuk, zniknął, lecz po krótkiej chwili
wrócił.
– Wszystko z nim w porządku, Marek?
– Z tego, co widzę, to w jak najlepszym.
– Normalnie musielibyśmy wzywać twoich rodziców, ale może wolisz, żeby nie robić
zamieszania i podrzucić cię na osiedle? Kumpel zaraz kończy pracę, a on mieszka niedaleko ciebie.
Podwiózłby cię pod blok.
– Będę mógł ją odwiedzić? – Kaptura szczerze i mocno zaskoczyło wypowiedziane przez
siebie samego pytanie.
– Dzisiaj nie, ale jutro wpadaj nawet z samego rana.
Na osiedle dotarł po zmroku. Wysiadł na przystanku. Podziękował i wolnym krokiem ruszył
w kierunku domu. Rozmyślał. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów czuł w żołądku dziwne
mrowienie. Usta mimowolnie unosiły się w uśmiechu. Stając pod drzwiami, sięgnął, by ściągnąć
z głowy kaptur, kiedy zorientował się, że nie ma go na głowie. Skinął i uśmiechnął się szerzej.
Jeszcze dwadzieścia cztery godziny temu zdawało mu się, że cały jego świat zawalił się w gruzy,
z których nigdy nie będzie mu dane się podźwignąć, a teraz, następnego wieczora, stojąc przed
drzwiami domu, czuł coś, czego nie doznał od wielu lat. Czuł się dumny.
Jego humor zrzedł nieco, gdy znalazł kartkę od ojca leżącą na stole w kuchni.
„Kolacja w lodówce. P.S. Dzięki za pizzę”
Pod spodem widniał narysowany uśmieszek.
Jutro porozmawia z ojcem i wytłumaczy mu, co się stało, a przede wszystkim kupi mu
największą pizzę, ze wszystkimi możliwymi dodatkami i podwójnym serem.
Rozebrał się, złożył starannie bluzę, powiódł wzrokiem po rozrzuconych książkach,
szukając czegoś ciekawego, natrafił spojrzeniem na mocno zniszczony „Atlas anatomii człowieka”.
Ściągnął pożółkłą, wymiętą książkę z półki i podreptał do łóżka z zamiarem poczytania. Zasnął,
nim jego głowa dotknęła poduszki. Znowu nie wyłączył światła.
Obudził się kilka minut po dziewiątej. Chwilę leżał, patrząc w okno i rozmyślając. Jak
zacząć rozmowę z ojcem, co, a przede wszystkim ile mu powiedzieć? Wstał, ubrał się i poszedł do
kuchni. Ojca nie było w domu, na blacie czekała kartka.
Praca, bo musi, jest pod telefonem, zostawia pieniądze na obiad.
Kaptur poczuł wyraźne ukłucie irytacji. Praca w niedzielę, z tym jeszcze mógłby się
pogodzić, ale praca akurat w ten poranek, gdy miał ojcu coś ważnego do powiedzenia? Coś tak
ważnego? Schował pozostawione pieniądze do kieszeni, naciągnął kaptur i w pośpiechu wyszedł
z domu. W kiosku kupił dwa bilety autobusowe. Chwilę czekał na przystanku. Ruszył w podróż.
Przystanek – ulica Jana Pawła – szpital.
W dzień ogromny gmach szpitala robił jeszcze większe i bardziej odpychające wrażenie.
Zszarzała elewacja wielopiętrowej, kanciastej budowli zbyt przypominała Kapturowi rodzinne
osiedle Niepodległości. Nie lubił swoich bloków, nie lubił niczego, co się z nimi kojarzyło.
Rozsuwane automatycznie drzwi szpitala praktycznie się nie zamykały. Mrowie ludzi
wlewało się i wylewało głównym wejściem. Gdy przyjechał karetką, dostał się do szpitala niejako
od zaplecza. Teraz, stojąc w środku, mijany wciąż przez dziesiątki ludzi, lustrował wielką tablicę,
na której rozpisane były poszczególne oddziały szpitala. Oddział dziecięcy, oddział chorób
zakaźnych, oddział, którego nazwa okazała się kompletnie nieznanym słowem. Co gorsza, zaczęła
powoli docierać do niego świadomość, że jeśli rzeczywiście chce odwiedzić starszą kobietę, to nie
ma na to szans. Nie wie o niej kompletnie nic. Nie zna jej nazwiska. Jeśli powie teraz, że jednak jest
z nią spokrewniony? A jeśli prawda wyjdzie na jaw i zarzucą mu kłamstwo lub co gorsza...
– Adam? – znajomy głos za plecami.
Kaptur odwrócił się i ujrzał przyglądającego mu się młodego doktora, który badał go
poprzedniego wieczora.
– Artur.
– No tak. Wybacz, wiedziałem, że jakoś na A. Źle się czujesz?
– Nie. Nie. Przyszedłem… Odwiedzić tę... panią z wczoraj.
Lekarz uśmiechnął się ciepło.
– Pewnie. Podejdź tam do recepcji, poproś, żeby dali ci kapcie ochronne. – Wskazał ręką. –
I zaczekaj na mnie przy windach, tam, na końcu korytarza.
– Okej – skinął Kaptur. – Dziękuję – dodał po chwili.
– Nie ma za co. Jeszcze drobna rada – rzucił przez ramię lekarz. – Ściągnij ten kaptur, bo
wyglądasz, jakbyś zaraz miał wyjąć spod pachy uzi i powystrzelać wszystkich. Wiesz, jak w tym
serialu. Kojarzysz?
Kaptur nie miał pojęcia, jaki serial doktor miał na myśli, ale posłuchał sugestii i do recepcji
podszedł już z odsłoniętą twarzą. Wysilił się nawet na lekki uśmiech. Szurając po podłodze
ochronnym obuwiem, dotarł do wind. Nie musiał czekać długo.
– No to jazda. Piąte piętro. Sala numer osiem.
Sterylne biało-zielone wnętrza szpitala działały onieśmielająco. Kaptur człapał za doktorem,
kilka razy musiał schylić się i poprawić spadające, za duże kapcie.
– Słuchaj. To naprawdę niezwykła sprawa, to, co zrobiłeś wczoraj.
Kaptur poczuł, że się czerwieni.
– Sala numer osiem. To tutaj – wskazał lekarz, przepuszczając chłopaka przodem.
W niewielkiej sali stały cztery łóżka, tylko jedno z nich było zajęte. Staruszka leżała
z zamkniętymi oczami. Plątanina przewodów łączyła jej wątłe ciało z emitującą miarowe piski
aparaturą. Obok łóżka stał pałąk z podwieszoną kroplówką. Kap... Kap...
– Od wczoraj nie odzyskała jeszcze przytomności, ale jesteśmy dobrej myśli. To był zawał,
ale w porę trafiła do nas. No i oczywiście to też twoja zasługa.
– Mogę przy niej posiedzieć?
– Pewnie. Tutaj masz krzesło. Jakbyś czegoś potrzebował, to pokój pielęgniarek jest na
końcu korytarza, po prawej. Ruszam na obchód. Do zobaczenia.
Słońce prześwitywało przez cienkie szpary w zaciągniętych żaluzjach. Kaptur wpatrywał się
w śpiącą kobietę. Jej długie, smukłe dłonie zdawała się pokrywać nie skóra, ale pomarszczony,
wiekowy pergamin. Zmarszczki na twarzy i siwe włosy, ciągle jeszcze kręcące się w niewielkie
loki, zdradzały naprawdę podeszły wiek. Ile mogła mieć lat? Jak miała na imię? Nie przyszło mu do
głowy, by bliżej przyjrzeć się zawieszonej na poręczy szpitalnego łóżka karcie.
– Jestem Kap... Jestem Artur. Artur Nowakowski. To ja... wczoraj tam, na osiedlu, to ja...
Rozejrzał się w koło, upewniając się, że nikt go nie obserwuje. Na piętrze panowała prawie
zupełna cisza, przerywana jedynie szumem aparatury medycznej i miarowym pik-pik monitorów
EKG. Kaptur wpatrywał się w ekran, podążał wzrokiem za podskakującą linią. Rytm. Rytm serca.
Co z facetem z wypadku? Żołądek skurczył się momentalnie, na kark wystąpił zimny pot.
Nie było ucieczki przed myślami. Oddychał ciężko, w zamyśleniu przygryzał usta.
– Stało się coś... coś złego – szepnął, przysuwając krzesełko bliżej boku łóżka, ostrożnie, by
nie trącić kroplówki. – Zrobiliśmy… Zrobiłem coś strasznego.
Spokojna stara twarz o szlachetnych rysach. Zmarszczki zdobiły ją bardziej, niż szpeciły.
– Tak bardzo chciałbym móc się cofnąć. Nie wiem, po co w ogóle ruszałem się z domu.
Trzeba było siedzieć na dupie. Boję się, że ten człowiek zginął. To auto... Ten wypadek wyglądał
okropnie.
Minuta po minucie płynęły powoli, gdzieś poza postrzeganiem młodego, pochylonego
człowieka. Opowiadał powoli, urywanymi zdaniami, wyrzucał z siebie żal i ból, zbyt wielkie, by
móc utrzymywać je w środku. Po raz pierwszy w życiu spowiadał się.
Gdy godzinę później pielęgniarka weszła do sali, ujrzała plecy siedzącego przy łóżku
chłopaka. Jego dłoń spoczywała na leżącej na prześcieradle dłoni kobiety.
Kaptur podskoczył jak oparzony, gdy podeszła bliżej. Może nie słyszał stukotu jej białych
drewniaków na korytarzu, a może był zbyt zamyślony. Nerwowo otarł rękawem twarz, pociągnął
zatkanym nosem. Pielęgniarka rzuciła mu przelotne spojrzenie. Przekrwione, zaczerwienione oczy,
wyschnięte usta. Łzy.
– Wygląda na to, że wszystko w porządku – stwierdziła, wiodąc wzrokiem po karcie
i odczytach przyrządów. – Przepraszam – dodała, przechodząc obok i sprawdzając kroplówkę. –
Będzie dobrze. Proszę się nie martwić. Za jakieś pół godziny doktor przyjdzie i postaramy się panią
wybudzić.
– Ja nie mogę...
– Zaraz będą podawali obiad, szpitalna kuchnia nie jest taka zła. Może przyniosę porcję...
– Muszę iść.
Kaptur zerwał się z krzesła i wyszedł na zewnątrz. Szedł szybko nerwowym, sztywnym
krokiem. Zatkany nos doskwierał mu, co chwila nim pociągał. Szarpnął kaptur i naciągnął go na
głowę, widząc zbliżających się ludzi. Nie chciał, żeby patrzyli, nie chciał, żeby widzieli.
Winda w dół, ludzki potok, który przerzedził się dopiero za głównym wejściem. Gwar, upał,
szum samochodów. Kaptur opadł ciężko na siedzenie z tyłu autobusu. Zmiął w dłoni skasowany
bilet i wpatrzył się w swoje odbicie w szybie.
Korki w mieście, autobus ciągle ruszający i hamujący, współpasażerowie, spoceni, wciąż
wpadający na siebie, nic z tych rzeczy nie miało dla niego znaczenia. Poczucie winy mieszało się
z rosnącym strachem, żal kierował wspomnieniami. Złość, wściekłość, wkrótce furia. Przychodziły
i odchodziły falami niespokojnego, wzburzonego oceanu myśli.
Przegapił swój przystanek, zajechał za daleko i teraz wolnym krokiem, ze wzrokiem
utkwionym w chodniku kroczył z powrotem ku swemu blokowi.
– Proszę, proszę, czy to nie pan bohater?
Kaptur podniósł wzrok. Obok niego stał Pliwa.
– Cześć. Co jest? – rzucił Kaptur.
– Teraz to cześć, co?
– O co ci chodzi, Pliwa?
– Wpierdoliłeś nas po uszy w wielkie szambo, a sam starasz się wyplątać, co? Myślisz, że
jak uratujesz jakąś starą pizdę, to przychylniej na ciebie spojrzą? Wygadałeś się już? Opowiedziałeś
im wszystko? Gadaj, ty pieprzony skurwielu! – Oczy Pliwy gorzały szaleństwem i nienawiścią.
Kaptur aż zaniemówił, nigdy nie widział kolegi w takim stanie, nigdy nawet nie wyobrażał sobie, że
ten wątły, niski chłopak może wyglądać tak groźnie.
– To nie tak. Uspo...
– To wszystko twoja wina. Wszystko przez ciebie.
Szamotanina. Kotłowali się na trawie. Pięści Pliwy opadały na Kaptura, jego ręce uderzały
gdzie popadnie. Krzyczał. Kaptur skrył głowę w ramionach. Zbyt wiele w życiu przeżył podobnych
starć, by tracić głowę. Wyczekał na odpowiedni moment. Głuche uderzenie, głowa Pliwy
odskoczyła do tyłu, krzyk urwał się. Chłopak upadł na kolana, z nosa lała się krew, dławił się, łkał
i pluł.
Kaptur stał nad nim. Coś, głos z najmroczniejszych odmętów świadomości, podszepnęło
mu, żeby zakończyć to tu i teraz, kopnąć w głowę, nadepnąć z całej siły na twarz. I znowu, i znowu,
wdeptać w ziemię. Zabić. Zabić świadka. Zabić wszystkich świadków.
– Zabiję cię – wycharczał Pliwa, gramoląc się na nogi. – Gdzie biegniesz? Wracaj,
skurwielu, wracaj!
Kaptur biegł z całych sił, biegł do domu, biegł byle dalej od głosu, którego o mały włos nie
usłuchał. Wpadł na klatkę, ogromnymi susami pokonał schody, wparował do mieszkania. Powie
wszystko ojcu, dokładnie, ze wszystkimi szczegółami. Niech się dzieje, co chce.
– Tato? Tato?!
Był sam. Kartka na blacie stołu leżała dokładnie w miejscu, w którym ją odłożył. Ojciec nie
wrócił z pracy.
Mityczny świat książek dawał ukojenie, pozwalał uciec od realności, od rzeczywistości,
pozwalał nie myśleć i wypełnić czas do powrotu ojca. Czytał, czytał aż do zapadnięcia zmroku.
Czekał na szczęknięcie zamka w drzwiach, które z pewnością zaciśnie mu żołądek i gardło
w lodowatym uścisku przerażenia. To nie było ważne, musiał mu powiedzieć. Musiał.
Gdy zbudził się rano, z początku nie potrafił sobie przypomnieć, co się stało. Świadomość
w końcu nieubłaganie zwalczyła sen. Myśli powróciły. Pewność, że chciał porozmawiać z ojcem,
w świetle nowego dnia zblakła zupełnie. Teraz wydawało się to karkołomnym pomysłem.
Samobójstwem.
Wstał, spojrzał na siebie, wciąż miał na sobie swoją bluzę. Była w opłakanym stanie. Pod
pachą ziała rozdarta dziura, kaptur oderwany do połowy zwisał na plecach.
Pliwa.
Nienawiść na powrót wypełniła wszystkie zakamarki umysłu.
Ochłonął, biorąc kąpiel. Ojciec zostawił mu śniadanie. Kanapki ułożone równo na talerzu.
Kaptur, obwiązany ręcznikiem, żuł je beznamiętnie, wpatrując się w karteczkę i długopis.
Wiadomość od ojca niczym nie różniła się od wcześniejszych.
Chłopak tknięty nagłym impulsem odwrócił niewielki kawałek papieru, chwycił długopis
i napisał: „Tato, muszę z tobą pogadać”.
Kartkę zostawił na środku stołu. Talerz odłożył do zlewu. Nawet nie zwrócił uwagi, że ten
już przestał kapać, ojciec najwidoczniej musiał go w końcu naprawić.
Zdecydował. Gdy wyszedł z domu, kleszcze przerażenia miażdżyły mu wnętrzności.
Wiedział, że plan działania, który obrał, jest tak naprawdę jedynym wyjściem. Po tym, co zobaczył
dzień wcześniej w oczach Pliwy, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Musiał wszystko
wyprostować, musiał dowiedzieć się, czy kierowca przeżył wypadek, musiał opowiedzieć
o wszystkim ojcu. Pozostawiona kartka była preludium nieuniknionego, zaworem bezpieczeństwa,
który miał zapewnić, że nie będzie odwrotu, że trzeba będzie w końcu wziąć na siebie
odpowiedzialność. Jeżeliby tego nie zrobił, oszalałby. Zupełnie jak Pliwa.
W szpitalu chwilę zbierał się na odwagę, by podejść do recepcjonistki i zapytać o ofiarę
nocnego wypadku na autostradzie, przywiezioną do nich dwa dni wcześniej. Nie przemógł się.
Z ochronnymi kapciami na nogach poczłapał w kierunku wind. Musi się z nią zobaczyć. Musi się
upewnić, że ona żyje, że to jedno życie uratował.
Usiadł na taborecie obok łóżka. Monitory wciąż pikały miarowo. Niewiele się zmieniło od
jego ostatniej wizyty. Staruszka z niewzruszenie spokojnym obliczem leżała na łóżku.
– To ja, Artur.
Zamarł. Kobieta otworzyła oczy, spojrzała na niego. Impuls nakazał mu uciekać.
Uśmiechnęła się i wyciągnęła dłoń. Wahał się. W końcu podsunął krzesełko bliżej i podał jej
rękę. Dotyk jej dłoni był szorstki, lecz cudownie ciepły.
– Słyszałam cię – przemówiła. – Wczoraj.
– To niemożliwe. To... O Jezu...
Patrzyli sobie w oczy, przez chwilę panowała cisza.
– Wiesz, co mówiła mi moja matka? – zaczęła spokojnie kobieta. – Mówiła, że w życiu
możemy iść wieloma drogami. Życie stawia przed nami ścieżki, jedne łatwe, drugie ciężkie,
niektóre dobre, niektóre złe. Rozumiesz?
Skinął głową.
– Ty zabrnąłeś za daleko w jedną z tych fatalnych ścieżek, stały się rzeczy, które nigdy nie
powinny mieć miejsca, ale to już się stało.
– Jestem złym człowiekiem. – Opuścił głowę, załkał.
– Gdybyś nim był, nigdy nie uratowałbyś mi życia, Artur. Gdybyś nim był, nigdy nie
żałowałbyś tego, co zrobiłeś, nigdy nie przyznałbyś się, ani komuś obcemu, jak ja, ani swojemu
ojcu, ani tym bardziej samemu sobie.
Artur podniósł załzawione oczy i spojrzał w twarz kobiety.
– Słyszałam cię wczoraj, każde słowo. Powiedz to ojcu, dokładnie tak jak mnie. Wyobrażam
sobie, że nie będzie zachwycony, ale z tego, co mówiłeś, to dobry człowiek. Unikasz go, bo nie
lubisz z nim rozmawiać. No cóż, może to prawa twojego wieku, ale wciąż to twój ojciec i myślę, że
bardzo cię kocha i z pewnością ci pomoże. Każdy z nas kiedyś był młody, każdemu zdarzały się
błędy.
– Ale nie takie.
– Nigdy nie jest za wcześnie ani za późno, żeby zdecydować się zawrócić ze złej ścieżki
i wkroczyć na tę lepszą.
– A jeśli ten kierowca nie przeżył?
– A skąd wiesz, że nie przeżył?
– Nie wiem.
– Idź więc i zapytaj. Nie musisz zaraz opowiadać ludziom o wszystkim. Jedź na siódme
piętro, znajdź pokój pielęgniarek i zapytaj o panią Magdę. Znam ten szpital nie od dzisiaj,
spędziłam tu już niezły kawałek życia. Powiedz, że przychodzisz od Anny Rożnowskiej, że leżę na
piątym piętrze w tej sali i że proszę o informację o tym mężczyźnie z wypadku. Pani Magda jest
bardzo miła, zaprzyjaźniłyśmy się. Idź. Nie bój się.
Kaptur otarł oczy i uśmiechnął się. Ciężar przytłaczający jego piersi, tłumiący oddech po raz
pierwszy od kilku dni zdawał się zelżeć.
– Zaraz wracam. – Kiwnął głową. – Moja mama też ma na imię Anna.
Staruszka odprowadziła go lekkim uśmiechem.
Zrobił dokładnie tak, jak mu podpowiedziała. Pani Magda zaiste okazała się bardzo
sympatyczną kobietą po czterdziestce. Zapewniła, że przyjdzie odwiedzić panią Annę, i spełniła
prośbę o informację.
Kaptur, patrząc, jak stoi obok ze słuchawką telefonu w ręku, czuł, jak się poci. Chyba
jeszcze nigdy w życiu sekundy nie płynęły tak powoli, nigdy jeszcze nie wyczekiwał odpowiedzi
w takim przerażeniu.
– Dobrze, tak, rozumiem, dziękuję. – Uśmiechnęła się i odłożyła słuchawkę. – Powiedz pani
Ani, że pacjent pomyślnie przeszedł operację i dochodzi do siebie. Wyzdrowieje.
Całą siłę woli skierował do nieposłusznych nóg, które ugięły się pod nim. To nie była
radość. To nie była ulga. To było zmartwychwstanie.
Nie czekał na windę, leciał po schodach, czując się, jakby zupełnie nie dotykał stopni.
Wszystkie sprzęty, które zniszczyli u harcerzy, można odkupić, odpracuje to, odkupi je co do
jednego, samochód tego faceta też, choćby miał na niego pracować pół życia. Przyzna się do
wszystkiego, opowie o wszystkim ojcu, razem pójdą na policję. Jakąkolwiek karę wymyślą, podda
jej się bez sprzeciwu. Liczyło się tylko jedno słowo, jedno słowo: wyzdrowieje. Żyje!
Wpadł do sali numer osiem. Staruszka z jego twarzy wyczytała dobre wieści. Dopadł do
łóżka i ucałował ją w rękę.
– Biegnij do ojca. – Zaśmiała się cicho. – Odwiedź mnie jutro, jeśli chcesz. Opowiesz...
– Przyjdę na pewno! – rzucił z szerokim uśmiechem, rozpromieniającym całą twarz.
Wybiegł z sali i wkrótce ze szpitala. Dreptał w miejscu, wypatrując nadjeżdżającego autobusu.
Rozpierały go szalejące uczucia, czuł, jakby całą drogę na osiedle mógł przebiec. Ciężar opadł, a on
czuł się, jakby potrafił fruwać. W głowie ułożył sobie po kolei wszystko, zdanie po zdaniu, tak jak
powie to ojcu. Bał się jego reakcji, w końcu przecież nigdy wcześniej nie musiał mu mówić
o takich rzeczach. Nikt nie obiecywał, że droga, na którą właśnie wkraczał, która rozpościerała się
przed nim, będzie prosta. Ale po raz pierwszy w życiu szczerze czuł, że jest to ta właściwa.
Wbiegał po schodach, skacząc po dwa stopnie. Półpiętro, piętro, pół drugiego. Schwycił
barierkę i podciągnął się mocno, wskakując na poziom z czarnym napisem „Piętro II”.
Ktoś siedział na schodach. Zielona czapka.
Impuls bólu, który prawie momentalnie zmienił się w fale lodowatego zimna. Drugie
ukłucie, trzecie. Zaciśnięte, obnażone zęby i oczy pałające obłędem mignęły przed obliczem Artura.
Ciarki, niczym roje mrówek o drżących, kłujących nóżkach, spłynęły w dół, podcinając
nogi. Odrętwienie rozlewało się od brzucha po całym ciele. Upadł. Coś ciepłego zalewało jego
bluzę, cieknąc w dół, szeroka, coraz szersza kałuża rozrastała się w miejscu, gdzie leżał. Zamiast
wołania o pomoc z ust Kaptura wydobył się jedynie zduszony jęk. Podniesiona głowa opadła.
Rozgrzane promieniami słońca kamienne schody dotykały jego policzka. Były gorące. Były wrzące,
jak cały ten tydzień, jak całe tamto lato.
***
To była moja pierwsza sprawa – fantom do nauki pierwszej pomocy wrzucony na autostradę.
Szukaliśmy śladów, poszlak, wskazówek. Trop prowadził ze składnicy harcerskiej przy ulicy
Miodowej na osiedle Niepodległości. To przedziwne, ile osób obserwuje nas w chwilach, gdy
zupełnie o tym nie wiemy. Wkrótce znaleźli się świadkowie, którzy opowiadali o czwórce młodych
ludzi biegnących tej nocy na złamanie karku ku blokom.
Chodziłem, pytałem, rozmawiałem. Od słowa do słowa. Dość szybko udało się ustalić
tożsamość jednego z nich. Serdeczny dzieciak, przerażony i trzęsący się jak galareta, opowiedział
nam wszystko. Nie pamiętam, jak się nazywał, ale przezywali go Ciastko czy jakoś podobnie,
chyba Kuki. Tak, jak Ciasteczkowy Potwór.
Znalazłem Artura Nowakowskiego leżącego na klatce schodowej dzień później, gdy wraz
z moim partnerem szliśmy do jego mieszkania z nakazem aresztowania. Leżał na wznak w kałuży
krwi, której strużki zaschły, cieknąc po schodach.
Mój kolega wezwał pogotowie i posiłki. Ja odwróciłem chłopaka i próbowałem go ratować.
Pamiętam swoje dłonie całe we krwi. Na chwilę odzyskał przytomność, ledwo co. Powtarzał
w kółko: „Przepraszam. Przepraszam”. Musiałem się nachylić, by go usłyszeć. Nie wiedziałem
wtedy, o co mu chodziło. Dowiedziałem się dopiero później.
Sprawa manekina i wypadku na autostradzie zeszła na dalszy plan przy morderstwie.
Artur zmarł mi na rękach, zanim dotarło pogotowie. Nic nie mogliśmy zrobić, rany były
zbyt poważne. Jak się później okazało, zadane zostały zwykłą harcerską finką. Nakazano nam
odtworzyć dokładnie, jak się wyrażono, minuta po minucie, ostatnie dni życia chłopaka. Jako że
byłem młody i narwany, wywiązałem się z tego polecenia wręcz nadgorliwie.
Dowiedziałem się, kim był, gdzie mieszkał. Dowiedziałem się o jego relacjach z ojcem,
o matce pracującej w Stanach. Widziałem jego pokój, książki, które czytał. Słuchałem opowieści
jego znajomych i kolegów z osiedla. Pytałem, dociekałem, ustalałem. Jego koledzy byli w szoku,
pamiętam śmiechy niedowierzania, gdy dowiedzieli się, że Kaptur nie żyje. W końcu to do nich
dotarło. Smoła i Kuki opowiedzieli mi wszystko. Poznaliśmy sprawców włamania do składnicy
harcerskiej, a co za tym idzie – sprawców wypadku z manekinem na autostradzie. Dowiedzieliśmy
się o wydarzeniach ze starszą kobietą.
Sanitariusze opowiedzieli mi, jak Kaptur uratował jej życie. Jak jechali z nim w karetce.
Zbyt dokładnie pamiętam wyraz jej twarzy, gdy musiałem powiedzieć jej o Arturze.
Opowiedziała mi wszystko, co on opowiedział jej. Powiedziała mi też o drogach i ścieżkach życia,
piękne zdanie, które powtarzała jej matka. Powiedziała mi o radości, która zagościła w jej sercu,
o nadziei na widok człowieka, który pobłądził, a któremu udało się odnaleźć właściwą drogę.
Kobieta zmarła jakiś czas później. Zawał spowodowany przewlekłą niewydolnością serca.
Może Kaptur dał jej ten czas, aby mogli się pożegnać.
Nie.
On dał jej ten czas, aby mogli się przywitać.
Wkrótce poczułem, jakbym go znał, jakbym był przy nim przez te ostatnie dni. Stał mi się
bliski, wszyscy tłumaczyli, że to najczęstszy błąd żółtodziobów, związać się, zbliżyć się
psychicznie do ofiary w toku prowadzonego postępowania. Podczas gdy oni mówili „denat”,
„ofiara morderstwa”, ja wciąż nazywałem go po imieniu. Może przypominał mi trochę mnie
samego, może przypomniał mi o drogach, na które ja musiałem pobłądzić, nim znalazłem tę
właściwą.
Postanowiłem zapisać jego historię. Nie chcę, by została zapomniana.
Mam nadzieję, że Kaptur spotkał się z panią Anią gdzieś tam, po drugiej stronie.
Mam nadzieję, że ten jeden krok w dobrym kierunku, jeden jedyny, który dane mu było
zrobić, stał się jego odkupieniem.
Mam nadzieję, że sama szczera chęć poprawy wystarczyła mu za pokutę i gdziekolwiek jest,
nie musi już chować twarzy pod kapturem.