Światopogląd - Żywiołak

Transkrypt

Światopogląd - Żywiołak
Światopogląd
Joanna Dudek
1|S t r o n a
Kodeks Wędrowniczy
Być wędrownikiem to niemała sztuka, a dostępna tylko dla tych, którzy posiadają
prawdziwie harcerską postawę. Wędrownikowi nie wystarcza znajomość miejsca
zamieszkania, wędrownika ciekawi świat, wędrownik, patrząc w swą przyszłość,
pragnie odnaleźć własną ścieżkę.
Wędrowanie to znacznie więcej niż przemierzanie kilometrów czy wytrwałość fizyczna.
To sztuka wchłaniania życia, które nas otacza, to oczy i uszy otwarte, to tajemnica
współodczuwania przyrody i człowieka. Wędrówką nie będzie przyspieszony tupot nóg,
nadmiar krzykliwego humoru, lecz właśnie cisza wśród ciszy lasu, skupienie wobec
wschodów czy zachodów słońca. To wyczucie wędrownik łatwo odszuka w sobie.
Wędrownik - jest zawsze gotów nieść pomoc.
Wędrownik - jest przyjacielem całego świata. Wędrownika ciągnie w dal siła
nieprzeparta na coraz to nowe, nieznane szlaki, nie pozwala zastygnąć mu w
wygodnym, osiadłym życiu, toczącym się zbyt wolno.
Wędrownik - spostrzega urok życia wszędzie, gdziekolwiek się znajdzie, gdyż odkrywa
to, czego inni w pozornej monotonii codziennych dni dopatrzyć się nie umieją.
Wędrownik zna radość trudnych zwycięstw, urok przyrody, piękno zdobywania
samotnie niewydeptanych ścieżek.
Wędrownik - stale uprawia wędrówki, wędruje w zimie, w lecie, na wsi, w mieście,
tropi miejsca, gdzie może być pożyteczny. Drogę jego wędrówki wyznaczają wartości
zawarte w Prawie i Przyrzeczeniu Harcerskim.
2|S t r o n a
Było już ciemno, zbliżała się północ. Wracałam z imprezy. Nie chciało mi się
jeszcze iść do domu, więc stwierdziłam, że pójdę na spacer. Nie zastanawiałam się
dokąd idę. Po prostu szłam przed siebie. Myśląc o wszystkim. Wszystkim co przeżyłam,
co mogę przeżyć, o moim życiu i innych bardziej lub mniej poważnych sprawach. Nie
wróciłam nawet uwagi, że doszłam do tej części miasta, w której jeszcze nigdy nie
byłam. Drogę oświetlało mi tylko kilka latarni, a mimo to bardzo mi się tam podobało.
Zawsze bałam się samotnych, nocnych wycieczek. Tamtego wieczoru, jakbym o tym
zapomniała, jakbym gdzieś tam w centrum zostawiła swoje lęki i strachy. Pociągały
mnie tam tajemnicze kamieniczki, słabo oświetlone ulice i przenikająca duszę cisza.
Zauważyłam ławkę przy jednej z gazowych lamp. Z ochotą na niej usiadłam, bo nie
byłam przyzwyczajona do tak długich wędrówek. Z jednej strony chętnie szłabym
jeszcze i jeszcze, ale z drugiej byłam ogromnie zmęczona.
Zaczęłam się zastanawiać co będę robić w życiu. O tej porze zawsze nachodziły
rozmyślania na takie tematy. Takie... życiowe. Niby takie najprostsze, związane z
codziennością, czymś co nieubłaganie się toczy, prze do przodu, ale w zasadzie bardzo
trudne, wymagające od nas chwili zastanowienia, czasu, gdzie po prostu na moment
skupimy się i będziemy myśleć nad przyszłością, nad tym co chcemy osiągnąć, zrobić.
Jest tyle możliwości, tyle ścieżek, które mogę wybrać, a ja czuję się w tym wszystkim,
jak dziecko we mgle. Im mam więcej opcji do wyboru, tym bardziej jestem
niezdecydowana. Nie umiem powiedzieć, co chcę robić, co mnie najbardziej interesuje,
czy co najbardziej lubię. Jestem ogromnie niezorganizowana i nieogarnięta. A
powinnam to wiedzieć. Powinnam znać siebie. Mam 19 lat i ciągle nie wiem, jaką
drogę obrać na dalsze lata.
- Kurde – mruknęłam z swojej bezsilności. – Ogarnij się kiedyś, kobieto... – szepnęłam
do siebie.
Wyciągnęłam z kieszeni kurtki MP4 i włączyłam . OSTATNIO ODTWARZANA
PIOSENKA: The Kooks – „Young Folks”. „Skąd to się tu wzięło” – przemknęło mi przez
myśl, ale nie skupiłam się na tym, bo moją uwagę bardziej przykuło rozpamiętywanie
minionych lat. Piosenka z mojej przeszłości przypomniała mi beztroskie lata, gdy nie
przejmowałam się niczym, a jedynym zmartwieniem było to, czy starczy mi pieniędzy
na gumę do żucia, nie musiałam podejmować ważnych decyzji, chyba że chodziło o to,
z którą lalką mam spać. No dobra, przesadzam. Ale na pewno moje życie było mniej
skomplikowane. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak trudno jest żyć. Nie docierało
do mnie, że codziennie spotykamy się z różnymi przeciwnościami losu. Zresztą, od tego
jest przecież dzieciństwo, czas, w którym możemy się cieszyć chwilą, nie dostrzegając
żadnych konsekwencji.
3|S t r o n a
Po tym utworze przyszedł czas na kolejny, i kolejny, i jeszcze następny.
Słuchałam, słuchałam, aż nagle wszystko ucichło. Popatrzyłam na ekran urządzenia,
żeby sprawdzić co się stało.
- No tak, bateria padła – mruknęłam do siebie.
Usłyszałam ciche trele jakichś ptaków. W środku nocy ptaki? Zdziwiło mnie to.
Może i nie ogarniałam świata zwierząt, ale ptaki zawsze śpiewały o poranku, a do rana
przecież jeszcze było mnóstwo czasu. Stwierdziłam, że pójdę zobaczyć, dlaczego
zwierzęta już hałasują.
Odgłosy dobiegały zza budynku stojącego na rogu ulicy. Gdy tam doszłam,
oniemiałam. Przede mną rozciągał się duży, oświetlony starymi latarniami park. Nie
było tam żywej duszy, ale za to nad wejściem wisiał masywny, oldschoolowy zegar
wskazujący godzinę 3.57.
-Już jest tak późno? Kurde. Tylko czy ten zegar dobrze chodzi...? – znowu mówiłam do
siebie. Ostatnio bardzo często mi się to zdarzało.
-Bardzo dobrze. W ogóle się nie spóźnia – ktoś mi odpowiedział.
Wtedy przestraszyłam się nie na żarty. Całą moja odwagę i opanowanie szlag
trafił. Z trudem odwróciłam się, tam skąd dobiegał głos.
-Oj, nie chciałem cię przestraszyć. Lubię tu przychodzić w nocy. Nie zrobię ci nic złego,
spokojnie.
-Przecież jestem spokojna. I nie boję się – rzuciłam. Chciałam, by zabrzmiało to
beztrosko i nonszalancko, ale przez ściśnięte ze strachu gardło wyszło jeszcze bardziej
beznadziejnie.
-Nie bój się.
-Łatwo ci mówić – żachnęłam się. – Niezbyt często spotykam facetów w środku nocy, w
dodatku w miejscu, którego nie znam.
-Hm, racja. Wybacz. Nie chciałem cię przestraszyć. Tylko nigdy tu nikogo nie ma, a
fajnie jest do kogoś otworzyć buzię.
Mimo że w ogóle go nie znałam i wymieniłam tylko kilka nieskładnych zdań,
czułam, że nic mi nie zrobi. Nie wiem dlaczego. Jego głos miał w sobie jakieś
uspokajającą moc. Stał opierając się o ogrodzenie parku. Jego twarz tonęła w
półmroku, przez co nawet nie wiedziałam, jak wygląda. Mimo wszystko się nie bałam.
4|S t r o n a
To znaczy, bałam się samego wydarzenia, tego, że nie jest to normalne, gdy o 4 rano
gadam z nieznajomym. Ale nie chciałam uciekać. A może powinnam? Jednak coś
trzymało mnie przy tym człowieku, chociaż nawet nie wiedziałam, jak ma na imię.
Właśnie! Imię!
-Jeśli już tak rozmawiamy, to w zasadzie, jak masz na imię? – zapytałam. Głos coraz
mniej mi drżał.
-Tomek. A Ty?
-Julia - odparłam i nieśmiało się uśmiechnęłam.
-Chcesz coś zobaczyć?
-W zasadzie chętnie, aczkolwiek niezbyt to rozsądne.
-Bo...?
-Hm, pomyślmy. Poznałam Cię parę minut temu, jesteś facetem, jest noc, jesteśmy w
miejscu, którego w ogóle nie znam. Chyba dlatego – odparłam z uśmiechem.
-No tak, jest w tym trochę racji. Ale spoko, nie bój się. Zobaczysz, że ci się spodoba –
mówił.
-Jasne. Nie mam już siły, ale chodźmy.
Tomek przeszedł przez bramy parku i skierował się ku jednej z alejek. Szliśmy
spacerkiem, ramię w ramię, nigdzie się nie śpiesząc, podziwiając cuda natury. A droga
była naprawdę warta uwagi. Na bokach chodniczka były posadzone drzewa w
jednakowych odstępach. Ich korony splatały się ze sobą, co tworzyło coś na kształt
tunelu. Co jakiś czas pojawiały się rabatki kwiatowe. Łuna księżyca dodawała całemu
otoczeniu dodatkową aurę tajemniczości. Nie rozmawialiśmy. Było tam tak ślicznie;
obawialiśmy się, że jeśli coś powiemy, to wszystko umknie, jakby było tylko ulotną
chwilą. Zaczynało już świtać.
W końcu doszliśmy do niewielkiej polanki na wzgórzu w parku. Rozciągał się z
niej cudowny widok na całe miasto pogrążone w śnie, które oświetlały duże neonowe
napisy i uliczne latarnie. My byliśmy jakby odcięci od tamtego świata. Byliśmy na łonie
natury, w miejscu, do którego cywilizacja jeszcze nie wkradła się do końca. Nieopodal
cicho szemrała jakaś rzeka, a na drzewach ptaki na dobre rozpoczęły swój koncert.
Słońce niepewnie wychylało się znad horyzontu. U stóp wzniesienia wiła się kręta,
asfaltowa droga.
5|S t r o n a
-Cudownie – szepnęłam i usiadłam na trawie wpatrując się we wschodzące słońce.
Była rosa, a stokrotki właśnie rozwijały swoje kwiatostany po przespanej nocy.
Wszystko budziło się do przeżycia kolejnego, pięknego dnia.
Na porannym niebie były widoczne różne pastelowe kolory, jakby jakiś artysta
malował tam swoje impresjonistyczne dzieło. Nad linią horyzontu rozciągał się długi
czerwono-pomarańczowy pas. Tuż nad nią był łososiowy kolor, a jeszcze wyżej jawiła
się bladożółta poświata. Dało się te kolory podzielić na osobne przestrzenie, ale w
zasadzie wszystkie mieszały się ze sobą, co dawało magiczny efekt, od którego nie dało
oderwać się wzroku. Dodatkowo pierwsze, poranne chmury były podświetlone przez
blade promienie słoneczne.
-Dlatego lubię tu przychodzić – powiedział Tomek po cichu.
Oboje podziwialiśmy piękno przyrody. Nie musieliśmy nic mówić, żeby wiedzieć,
że czujemy to samo. Znałam go tak krótko, a czułam, że nadajemy na tych samych
falach.
Nagle usłyszeliśmy potężny huk. W ogóle nie zrozumieliśmy, co się stało, dopóki
nie usłyszeliśmy rozdzierającego serca krzyku. Od razu spojrzeliśmy na drogę. Naszym
oczom ukazała się ogromna kraksa. Szybko zbiegliśmy zboczem w dół. Rozglądnęliśmy
się i zauważyliśmy dwóch poszkodowanych. Ja podbiegłam do osoby leżącej przy
chodniku, a Tomek – do samochodu.
Bałam się, okropnie się bałam. Nigdy nie umiałam poradzić sobie w takich
sytuacjach. Nawet na szkoleniu z pierwszej pomocy w mojej szkole strasznie się
denerwowałam. Ale stwierdziłam, że nie mogę sobie pozwolić w takim momencie na
strach, to ode mnie zależało życie tej osoby. Zebrałam się w sobie i zaczęłam robić to,
co pamiętałam z owego szkolenia.
-Halo, czy pan mnie słyszy? – pytałam poszkodowanego. Nie odpowiadał.
-To teraz chyba trzeba sprawdzić czy oddycha – mówiłam do siebie. – Raz, dwa, trzy,
cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć – odliczałam głośno zbliżając
policzek do jego twarzy.
- Tomek, zadzwoń na pogotowie! On nie oddycha! Chłopak, koło dwudziestki. Robię
RKO.
-O matko! dobrze, tutaj nie jest aż tak źle – odparł.
-Cholera! Przecież sobie nie poradzę – lamentowałam. – Weź się i działaj – szepnęłam.
6|S t r o n a
Splotłam ręce i położyłam na mostku mężczyzny.
-Trzydzieści do dwóch, tak? To raz, dwa, trzy... – cały czas mówiłam na głos to, co
robiłam. – Dwa wdechy, kurna. Dasz radę, ratujesz komuś życie. Chusteczka! Tak, tyko
gdzie mam. Wiem! W kieszeni – szybko ją wyciągnęłam, wytargałam dziurę na środku i
położyłam na ustach poszkodowanego i wykonałam oddechy ratownicze.
Gdy zaczynałam piątą serię RKO, usłyszałam z oddali sygnał karetki.
Poszkodowany gwałtownie otworzył oczy. Przeraziłam się okropnie, ale
zachowałam zimną krew. Od razu skończyłam uciskać jego klatkę piersiową. On, zaczął
kaszleć i energicznie mrugać.
Karetka zaraz
poszkodowanych.
przyjechała
na
miejsce
wypadku
i
przejęła
od
nas
-Gdzie ich zabieracie? – zapytałam.
-Do szpitala na Kopernika – rzucił sanitariusz.
-Ma pan może kartkę i długopis? - powiedziałam do kierowcy ambulansu.
-Tak, już ci daję.
-To mój numer telefonu. Jak zmieni się stan poszkodowanych, albo coś takiego, to
proszę do mnie zadzwonić - napisałam kilka liczb na karteczce.
-A pani z rodziny? - zapytał i wskazał na poszkodowanych.
-Nie, ale martwię się - odparłam.
Medycy błyskawicznie wykonali swoją prace, zebrali od nas wywiad, czyli
dowiadywali się co się stało, powiedzieli, że mamy się zgłosić za dwa dni na policję.
-Szlag. Dlaczego właśnie nam. Nie ogarniam. Przecież... Dobrze, że mu nic nie jest. Co
teraz zrobimy. Boję się, że coś się jeszcze stanie. Nie lubię policji - zalałam Tomka
potokiem bezsensownych słów po odjeździe karetki.
-Julia, spokojnie! Uratowałaś mu życie. Uspokój się - krzyknął.
-Może i masz rację, ale kompletnie nie wiedziałam co robić. Zawsze się boję. Jestem
taka niezorganizowana - zaczęłam się nad sobą użalać.
Poczułam na swoich ramionach ręce Tomka. Trochę mnie to zdziwiło.
7|S t r o n a
-Nie płacz, głupia. Powinnaś się cieszyć i być dobrej myśli - szepnął.
Płacz? Jak płakać? Chyba mu się coś pomyliło. Szybko się od niego oderwałam i
odruchowo dłońmi starłam łzy z policzków. Jednak tam były.
-Uh. Przepraszam, ale... No... Nie lubię, jak kobiety płaczą - nieudolnie tłumaczył się ze
swojego zachowania Tomek.
-Cóż, to ja narzekam na wszystko i lamentuję - uśmiechnęłam się. Dziwnie, a raczej
tak... nienaturalnie się czułam z tym, że mnie przytulił, ale wolałam nic o tym nie
mówić. W zasadzie było mi miło, że mnie nie wyśmiał, że próbował jakoś wesprzeć,
zrozumieć, pocieszyć.
-Chyba powinniśmy wracać do domu. To znaczy ja powinnam - powiedziałam po
chwili. Zaczynałam być lekko śpiąca. Nawet po tak emocjonujących zdarzeniach.
-Odprowadzić cię? - zapytał cicho Tom.
-Jak ci się chce - odparłam z nadzieją, że odpowie "tak". Nie lubiłam wracać do domu
sama. Zawsze lubiłam, jak ktoś chciał mnie odprowadzać.
-Mogę - odpowiedział z uśmiechem.
Słońce na dobre zawiesiło się na nieboskłonie, dzięki czemu mogłam dokładnie
przyjrzeć się jego twarzy. Gdy się uśmiechał robiły mu się urocze dołeczki na
policzkach, a prawa brew automatycznie wędrowała ku górze. Miał średnio długie,
ciemno brązowe włosy i lekki zarost na twarzy. Miał może... 180 cm wzrostu, przez co
oczywiście był ode mnie wyższy i oglądając go musiałam nadwerężyć nieco mój kark.
Miał na sobie zwykłe czarne jeansy, fioletowy ogromny podkoszulek i szarą, dużą bluzę
z kapturem. Gdy zaczęliśmy rozmawiać przy bramie parku, wyobrażałam sobie go
zupełnie inaczej. Co prawda to nie wygląd decyduje o człowieku, ale tu zdecydowanie
jest to jego plus. Jego wizerunek nie umywa się do samego przebywania z nim i
rozmowy.
-W zasadzie... - zaczęłam i urwałam na chwilę. -... to nie wiem gdzie iść.
-Hahaha - zaśmiał się bez cienia złośliwości.
-No naprawdę, trafiłam tu przez przypadek i nie wiem, jak teraz dojść do mnie do
domu.
-To gdzie mieszkasz? - zapytał śmiejąc się.
8|S t r o n a
-Roosvelta.
-Serio? I nigdy tu nie byłaś? Przecież to jest kilka przecznic stąd.
-No, tak jakoś wyszło. Chodźmy - powiedziałam.
Szliśmy powoli. Mimo narastającego zmęczenia, nie chcieliśmy się śpieszyć. Ja
podziwiałam miasto o tak wczesnej porze. Między budynkami pozostały jeszcze
strzępki nocnej mgły. Na ulice zaczęli wychodzić dorośli śpieszący się do pracy i dzieci
leniwie dreptające do szkół. Co chwilę ktoś otwierał kolejny sklep. A robotnicy drogowi
ślamazarnie zaczynali zabierać się do remontowania chodnika. Czułam się tam tak,
jakby mnie w ogóle nie było. Jak obserwator, który oglądając życie innych wgłębia się
w ich psychikę. Tak, tak. Patrząc na to wszystko myślałam o innych ludziach, o ich
problemach czy trudnych wyborach.
Szliśmy ulicami, których nigdy wcześniej nie widziałam. Nie wiedziałam, że w
moim mieście jest tyle zabytkowych budynków. Co chwilę widziałam na elewacjach
tablice pamiątkowe: o żołnierzach walczących w czasie II wojny światowej, o
wybitnych pisarzach, którzy przebywali tam w określonym czasie i wiele innych. Świat
ma tyle do zaoferowania, tyle rzeczy, o których jeszcze nie wiemy, a my ograniczamy
się tylko do jakiejś jego części, którą dobrze znamy, która towarzyszy nam przez całe
życie. Zamykamy się na nowe informacje, mimo że są one pod nosem. Wystarczy się
rozejrzeć. Sama taka byłam. Tylko to, co jest, to nic nowego, tylko rzeczy, które znam
od dawna. Bałam się nowych rzeczy. Po tej nocy coś się zmieniło. Nie wiem co.
Powędrowałam do miejsca, którego wcześniej nie znałam, rozmawiałam z osobą,
której wcześniej nie znałam, podziwiałam wschód słońca, jakiego nigdy wcześniej nie
widziałam, byłam w sytuacji, w której w normalnych warunkach nie umiałabym się
odnaleźć. Wszystko było dla mnie nieznane. Czułam, że zaszła we mnie jakaś
przemiana. Jeszcze nie do końca wiedziałam jaka, ale idąc tak tą ulicą zwracałam
uwagę na błahe rzeczy, których wcześniej nawet bym nie zauważyła.
-Patrz, jaka fajna kawiarnia - powiedziałam nagle. - Chodźmy na kawę!
-Chciałaś spać - odparł Tomek.
-Ale... nie chcę już. Kobieta zmienną jest - zaśmiałam się.
-To chodź.
Weszliśmy do kawiarni "Grimal". Od progu było czuć świeżo parzoną, mocną
kawę. Usiedliśmy przy stoliku przy oknie, obserwując uważnie życie na ulicy. Za chwilę
9|S t r o n a
podeszła do nas kelnerka. Ja wybrałam Cappuccino, a Tomek chciał zwykłą czarną
kawę. Po chwili już sączyliśmy pyszne napoje.
-Przyjemnie tu - zaczęłam.
-Nawet bardzo - uśmiechnął się mój rozmówca.
-Wybacz, że cię tak wyciągnęłam, ale tak jakoś mnie naszło. Jeśli chcesz iść do domu,
to może jakoś trafię do siebie - powiedziałam.
-Wiesz, jakbym chciał, to już dawno bym sobie poszedł.
- W zasadzie, dlaczego podszedłeś do mnie te kilka godzin temu? - zapytałam z
ciekawości.
-Sam nie wiem. Uwielbiam nocne spacery, ale zawsze jestem na nich sam, bo przecież
normalni ludzie o tej godzinie śpią. Ja jakoś czasami nie mogę i wychodzę do tego
parku. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem normalną osobę, a nie jakiegoś pijanego żula.
Przynajmniej miałem z kim porozmawiać.
-Nie bałeś się, że zacznę krzyczeć czy uciekać? - drążyłam temat.
-Może trochę. Cóż, brałem tę opcję pod uwagę, ale jakoś niezbyt się nią
przejmowałem. Wyznaję zasadę, że co będzie to będzie, więc nie ma co gdybać. I
cieszę się, że podszedłem do Ciebie.
-Ja też - zaśmiałam się.
W "Grimalu" siedzieliśmy jeszcze przez dobre dwie godziny, zamawiając kolejne
pyszności. Na szczęście ceny nie były zbyt wygórowane, dzięki czemu mogliśmy sobie
na to pozwolić. Obsługa też była bardzo miła, bo po zamówieniu trzeciego eklerka dali
nam kolejnego gratis.
W końcu wyszliśmy i poszliśmy w kierunku mojego domu. Nie zajęło nam to
dużo czasu. Po niespełna 15 minutach byliśmy już pod moją klatką.
-To tu. Dziękuję bardzo. Za wszystko. Może cię to zdziwi, ale ta noc dużo zmieniła w
moim życiu - powiedziałam na pożegnanie.
-Nie ma za co i polecam się na przyszłość - uśmiechnął się.
-Wpiszesz mi swój numer telefonu? - zapytałam. Chciałam mieć z nim w przyszłości
jakiś kontakt.
10 | S t r o n a
-Już, daj - wziął moją komórkę i wstukał numer. Puścił do siebie dzwonka, dzięki czemu
oboje mieliśmy do siebie kontakt.
-Cześć! -krzyknęliśmy i rozeszliśmy się w swoje strony. Ja na górę, a on tą samą drogą,
którą szliśmy.
Gdy wchodziłam do domu zegar wybił godzinę 9. Poczułam, jak bardzo byłam
zmęczona. Poszłam do łazienki i szybko wzięłam prysznic. Od razu po tym udałam się
do swojego dużego, miękkiego łóżka. Przed zaśnięciem myślałam o całej tej nocy.
Wszystko było bardzo dziwne. Chyba nikt by mi nie uwierzył, że coś takiego przeżyłam,
ale nie żałowałam. Było przyjemnie, nawet mimo tego tragicznego wypadku wszystko
szczęśliwie się skończyło. I poznałam świetną kawiarnię niedaleko mojego mieszkania.
A przede wszystkim miłego, ciekawego faceta. I przede wszystkim pomyślałam nad
moim życiem. Zawsze to jakiś krok do ogarnięcia siebie. Chwilę później już odpłynęłam
w objęcia Morfeusza.
Obudziłam się rześka i wyspana po kilku godzinach. Nie wiedziałam w zasadzie,
która godzina, ale w końcu miałam wakacje, więc nie musiałam się tym w ogóle
przejmować. Ze względu na dużą ilość wolnego czasu pomyślałam, że mogę gdzieś iść.
Poznawać nowe miejsca tak, jak wczoraj. Chodzić do kolejnych miejsc, których jeszcze
nie znam. Po wczorajszych wydarzeniach byłam żądna przygód. Nie chciałam siedzieć
w domu i nic nie robić. Chciałam chodzić, działać, poznawać nowych ludzi. Wstąpiło we
mnie coś co nie pozwalało mi siedzieć w domu i nic nie robić. Zmieniłam się.
Wcześniej wolałam spokojnie siedzieć i zbytnio się nie przemęczać. A teraz? Rozpierała
mnie energia.
Wzięłam telefon z nocnej szafki i odszukałam w kontaktach numer Tomka.
Chciałam do niego zadzwonić, żeby go gdzieś wyciągnąć, zrobić coś razem.
-Pii...Pii...Pii...Halo - odebrał zaspanym głosem mój nowy znajomy.
-Cześć. Chyba Cię obudziłam, przepraszam - zaczęłam trochę głupio.
-Nic się nie stało, w sumie jest już 15, więc teoretycznie nie powinienem jeszcze spać odparł, a ja czułam, że na jego twarz wkradł się uśmiech.
-Dzwonię, żebyśmy gdzieś poszli.
W odpowiedzi usłyszałam długie ziewnięcie, a potem:
-W sumie to czemu nie. Tylko jeszcze nie wiem gdzie.
11 | S t r o n a
-Ja też nie. Chodźmy gdziekolwiek. Chciałabym coś zrobić!
-To pomyślę nad czymś. Za 30 minut u ciebie?
-Nie, no, ja dopiero wstałam. Najwcześniej za godzinę – zaśmiałam się.
-Ok, ok. to do zobaczenia.
-Pa – rzuciłam i się rozłączyłam.
Od razu wstałam i skierowałam swoje kroki do łazienki. Szybki, zimny prysznic od
razu przywrócił mnie do życia. Później zaczęłam sobie robić „śniadanie”. Płatki z
mlekiem – jak najbardziej. Wtem zadzwonił mój telefon. Byłam pewna, że to Tomek.
Pewnie wymyślił dokąd pójdziemy. Odebrałam bez patrzenia na ekran.
-No cześć. Wymyśliłeś coś? – rzuciłam wesoło.
-Cześć. Co niby MIAŁAM wymyślać? – odezwał się znajomy głos w słuchawce, ale to nie
był mój nowy znajomy.
To Sara. Moja przyjaciółka. Po maturze pojechała na wakacje do USA. Nasz
kontakt trochę się rozluźnił, ale cały czas byłyśmy sobie bliskie i rozumiałyśmy się
prawie bez słów.
-O, kurde. Siema. Nie ogarnęłam, że to ty! Jeeej – ucieszyłam się bardzo. – Co u Ciebie?
-Wróciłam właśnie do kraju i chciałam się spotkać. I kogoś Ci przedstawić –
powiedziała.
-Hm… W zasadzie to ja też mogę ci kogoś przedstawić – uśmiechnęłam się. Możesz
przyjść do mnie za 40 minut?
-Spoko, będę. To siema. Kocham cię – krzyknęła do słuchawki.
-Ja ciebie też. Do zo – odpowiedziałam.
Rozłączyłyśmy się.
Ubrałam się w czarne szorty i niebieską koszulkę na ramiączkach. Do tego
trampki i kilka kolorowych bransoletek na rękę. Na włosach splotłam sobie jednego
kłosa i związałam go gumką z czarno-błękitnym kwiatkiem.
Miałam jeszcze trochę czasu, więc ogarnęłam się trochę i włączyłam na chwilkę
komputer. Sprawdziłam pocztę internetową. Było kilka maili, a wśród nich wiadomość
od mojej mamy. Zdziwiłam się, że nie zadzwoniła.
12 | S t r o n a
„Cześć córciu.
Wybacz, że nie dzwonię, ale będę mieć trochę czasu dopiero późno w nocy i nie
chcę Cię budzić. Co u Ciebie? Masz pieniądze? Czy Ci coś wysłać?
Piszę, żeby Ci powiedzieć, że za dwa tygodnie będę miała urlop. I nie wiem, czy
chcesz, żebyśmy do Ciebie przyjechali, czy Ty chcesz przyjechać do nas? Napisz i szybko
zadecyduj, bo nie wiem jakie zamawiać bilety.
Całuję, mama.
P.S.: Masz pozdrowienia od taty!”
Moi rodzice nie mieszkają ze mną. Wyjechali kilka lat temu do Niemiec, żeby
zarobić trochę pieniędzy. Kilka razy w roku jeździmy do siebie nawzajem. Zawsze
utrzymujemy kontakt telefoniczny, ale ostatnio on jakoś zanikł. Dlatego ucieszyłam się,
że mama do mnie napisała.
-Chyba wolę, żeby oni przyjechali tutaj. Sara wróciła, poznałam Tomka. Nie mogę tego
od tak zostawić. A zawsze uda mi się jakoś wygospodarować czas dla wszystkich –
mruknęłam.
Już chciałam odpisywać mamie, żeby przyjeżdżali tutaj, ale zadzwonił dzwonek
do drzwi.
Otworzyłam, a tam Sara z jakimś facetem. Od razu rzuciłyśmy się sobie w
ramiona i zaczęłyśmy krzyczeć, a ów chłopak dziwnie na nas patrzył.
Dziewczyna miała piękne, długie, brązowe włosy. Ciemna kotara rzęs zasłaniała
jej duże, tajemnicze, bursztynowe oczy. Miała na sobie beżową sukienkę, szary sweter
i koturny. Wyglądała nieziemsko, bo przed wyjazdem zazwyczaj nosiła dresy i szerokie
koszulki.
Weszliśmy do kuchni i zalałam przyjaciółkę gradem pytań:
-Cześć! Co u ciebie? Opowiadaj wszystko! I kim on jest? – przy ostatnim zdaniu
skinęłam głową w stronę chłopaka.
Ta popatrzyła na mnie cała rozpromieniona i do razu zaczęła opowiadać:
-To Marco. Poznałam go w Ameryce. Jest nieziemski. I… jesteśmy parą! – krzyknęła z
radością. – W dodatku jego dziadkowie są z Polski, dzięki czemu mówi trochę po
polsku.
13 | S t r o n a
Trochę się zdziwiłam i nie wiedziałam co powiedzieć. Oczywiście cieszyłam się
ze szczęścia przyjaciółki, ale nie przypuszczałam, że jej życie się tak potoczy.
Otrząsnęłam się z tego zdziwienia i mocno przytuliłam Sarę.
-Ogromnie się cieszę. Nie spodziewałam się tego, ale mam nadzieję, że Wam się ułoży.
Gdzie będziecie mieszkać? Tu czy w Stanach? – zaczęłam pytać.
-Na szczęście tutaj, to znaczy, nie żebym nie chciała tam, ale nie wyobrażam sobie,
żeby się tam przeprowadzić. A poza tym Marco otwiera właśnie filię swojej firmy w
Polsce – wytłumaczyła mi.
Ja w odpowiedzi tylko się uśmiechnęłam. Nie umiałabym żyć ze świadomością,
że ona jest setki tysięcy kilometrów ode mnie i nie wróci. Pojedyncze wyprawy, czy
wakacje, to co innego. Dobrze, że jednak zostaje.
Nagle przypomniałam sobie o moim gościu, a jej chłopaku i powiedziałam:
-Chodźmy lepiej do niego, bo pewnie nie wie co tam ma robić.
Poszłyśmy do salonu, a w tym samym czasie zadzwonił dzwonek do drzwi.
„Pewnie Tomek” – pomyślałam.
-Spodziewasz się kogoś?
-Tak, też muszę Ci kogoś przedstawić, ale to tylko mój kolega – rzuciłam idąc do
przedpokoju, aby otworzyć.
Tak jak podejrzewałam był to mój nowy przyjaciel. Stał przed moimi drzwiami w
całej swojej okazałości. Miał ogromny uśmiech na ustach, a w ręce dużą torbę.
Zaciekawiło mnie co w niej.
-Wchodź – powiedziałam przepuszczając go w drzwiach. – Mam gości, ale nie przejmuj
się niczym.
-Yyy… Ok – trochę się speszył, ale wszedł do salonu.
Mina Sary była nie do opisania. Zdziwienie pomieszane z ogromną radością,
nutką podziwu i szczyptą zadowolenia. Nie za bardzo wiedziałam o co jej chodzi.
-Cześć – powiedział niepewnie. – Jestem Tomek – zreflektował się i zaczął zachowywać
się normalnie.
-Sara. Miło mi – podali sobie ręce.
14 | S t r o n a
-Marco. Mi również miło – powiedział z akcentem Amerykanin.
Widać było, że się wszyscy polubili. Zresztą, Tomka nie da się nie lubić. Emanuje
tak pozytywną energią, którą wszystkich zaraża, że nie sposób mu się oprzeć!
-Wymyśliłem, żebyśmy pojechali za miasto, nad jezioro – zaczął mówić z uśmiechem.
To wyjaśniałoby, dlaczego ma taki pakunek.
Spodobał mi się ten pomysł. Nigdy nie jeździłam na żadne rodzinne wycieczki po
okolicy, sama też nigdzie nie bywałam, a poznawanie nowych rzeczy i miejsc bardzo mi
się spodobało. Poza tym spędzimy więcej czasu z Sarą i Markiem. Chyba.
-Dla mnie ok. Macie jakieś plany? Czy jedziecie z nami? – zapytałam z uśmiechem, aby
zweryfikować moje domysły.
Para spojrzała na siebie wymownie, a potem Marco powiedział:
-Możemy jechać.
Po niecałych dwóch godzinach wygrzewaliśmy się już na pomoście nad wodą.
Było już późne popołudnie, ale słońce nadal zaszczycało nas swoim ciepłem. Mimo że
nie znałam towarzyszących nam panów zbyt długo, to czułam się w ich towarzystwie
bardzo swobodnie, dlatego też zaczęłam chlapać wszystkich wodą. Wszyscy mieli
doskonałe humory, dzięki czemu nikt się nie obrażał, każdy się dobrze bawił. Gdy
zmęczyliśmy się już ciągłymi wygłupami, poszłam na spacer z Tomkiem i zostawiliśmy
naszych przyjaciół na chwile tylko we dwoje.
Postanowiliśmy obejść akwen dokoła. Nad brzegiem jeziora nie było co prawda
żadnej wytyczonej ścieżki, ale nie zraziło to nas do wycieczki. Korzystać z ciepłych
promieni słonecznych, a przy okazji podziwialiśmy piękno przyrody, czyli coś co
ostatnio zaczęło zwracać coraz większą moją uwagę.
- Masz bardzo miłych przyjaciół – zaczął rozmowę Tomek. – Niesamowite, że w
Ameryce wpadli właśnie na siebie. Tyle tam ludzi, a Sara trafiła właśnie na faceta z
polskimi korzeniami – rozwodził się nad miłosną historią mojej przyjaciółki.
- Tak, zdecydowanie. Cieszę się, że są szczęśliwi – powiedziałam patrząc w stronę
pomostu.
Dalej szliśmy w milczeniu, ale bynajmniej nie było ono krępujące. Był to nasz, a
w zasadzie mój, drugi taki spacer, niby nic takiego, a ile przeżyć i nowych doznań.
Otaczało nas mnóstwo różnych stworzeń i roślin. Wszystko było pełne życia. Na
15 | S t r o n a
cienkich gałązkach brzóz przysiadały jakieś ptaki. Śpiewały tak pięknie, wydawało mi
się, że to były słowiki. Zaraz nad żyzną, brązową glebą widać było piękne, błękitne
niezapominajki, które pracowicie zapylał ogrom brzęczących pszczół. Dla mnie, dla
mieszczucha, który nie wystawia nosa poza znane mu już rewiry, wszystko to było
nadzwyczajne. Piękno i prostota przyrody były dla mnie niepojęte.
Z moich rozmyślań wyrwał mnie gwałtowny ruch i nieoczekiwany ból barku. Od
razu dotarło do mnie, że po prostu dostałam piłką. Podniosłam przedmiot z ziemi i
rozglądnęłam się kto zgubił zabawkę.
- Nic się nie stało? – zapytał z troską mój towarzysz.
- Nie, nie. Nic mi nie jest – uśmiechnęłam się. – Chodźmy oddać tym dzieciakom tę
piłkę. – dodałam wskazując na grupkę urwisów bawiących się na plaży.
Dopiero teraz dotarło do mnie, że obeszliśmy całe jezioro. Podeszłam do
jednego z chłopców i podałam mu piłkę. Ten popatrzył na mnie dużymi, niebieskimi
oczami, które przepełnione były różnymi, skrajnymi emocjami. Jego spojrzenie było
bardzo głębokie, można było wyczytać z niego, że dużo przeszedł w swoim krótkim
życiu. Po chwili odebrał ode mnie przedmiot.
- Dziękuję pani – podziękował i szybko uciekł do kolegów.
Uśmiechnęłam się tylko i przez chwilę wpatrywałam się w gromadę dzieci.
- A co ty się tak im przyglądasz? – zapytał mnie nagle Tomek.
- Uh. Nic, nic. Zastanawia mnie dlaczego on się mnie tak przestraszył i od razu uciekł –
myślałam nad tym.
Mój nowy znajomy uśmiechnął się pod nosem, pokiwał głową i zaczął mi
opowiadać:
- To chłopcy z domu dziecka w naszym mieście. Nie wiem czy wiesz, ale za parkiem, w
którym wczoraj byliśmy, niedaleko mojego domu jest taki. Każde dziecko ma za sobą
jakąś przeszłość. Te dzieci są takie małe, a tyle już przeżyly.
- Skąd wiesz? – zapytałam.
- Co skąd wiem?
- Że te dzieci są z domu dziecka. Przecież to straszne, poza tym gdzie ich opiekun?
16 | S t r o n a
- Tam stoi – wskazał palcem na brzeg akwenu. – Przychodzę do nich czasami, a ich
wychowawca to mój kolega z podwórka.
Dotarło wtedy do mnie, jak mało wiem o Tomku. Ale nie to zaprzątało mi całą
głowę. Myślałam o tych dzieciach. O tym, jak można im pomóc. O tym, jak ja mogę im
pomóc. Moje życie przebiegało w miarę spokojnie. Oczywiście miałam różne problemy,
każdy je ma. Ale, gdy porównałam je z bagażem doświadczeń dzieci z domu dziecka,
stwierdziłam, że nie przeżyłam niczego i powinnam się cieszyć, że Bóg dał mi
możliwość dorastania w normalnej, kochającej rodzinie. Ci mali obywatele żyli na Ziemi
dopiero parę, może paręnaście lat, a wycierpieli więcej niż niejeden staruszek. Musieli
szybko dorosnąć, bo nie mieli nad sobą już rodzicielskich skrzydeł. Doszłam do
wniosku, że nawet jeśli opiekunowie nie wiem jak się starali i tak nie zastąpią im
prawdziwych rodziców. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja nie mogłabym być takim
wychowawcą w domu dziecka. Te maluchy potrzebują dużo ciepła i opieki, a ja
starałabym się im to zagwarantować.
„Tak. To chcę robić. Nieść pomoc innym, pomagać im w trudnych sytuacjach, wyciągać
dłoń do tych, których pokrzywdził los.” – pomyślałam.
Do tej pory nie wiedziałam, czego chcę, co chcę robić w życiu. Teraz wiem. I zdaję
sobie sprawę z tego, jak trudne czeka mnie zadanie. Ale na pewno ten trud jest wart
późniejszej satysfakcji z wykonanej pracy i z radości podopiecznych.
W czasie, gdy ja podejmowałam ważne, życiowe decyzje, podszedł do nas
przyjaciel Tomka.
- Cześć. Dawno Cię u nas nie było – przywitał się z chłopakiem. – Cześć, jestem Mikołaj
– powiedział do mnie i przy okazji wyrwał mnie z zamyślenia.
- Cześć, Julia – przedstawiłam się. – Tomek przed chwilą powiedział mi, czym się
zajmujesz. Mogłabym Ci jakoś pomagać? – wypaliłam prosto z mostu. Zawsze byłam
dość bezpośrednia.
- Yyy… Trochę mnie zaskoczyłaś, ale tak. Zawsze przydadzą się dodatkowe ręce do
roboty przy takiej ilości dzieci – był zaskoczony, ale z każdym kolejnym wypowiadanym
słowem na jego twarz wpływał coraz większy uśmiech.
Tomek także był zdziwiony moimi słowami. Nie odzywał się odkąd się przywitali,
ale po jego minie łatwo można było wywnioskować co myśli.
17 | S t r o n a
- Wybacz, że tak zaczęłam, ale właśnie uzmysłowiłam sobie, co chcę robić w przyszłości
i zaczęłam od razu wdrażać to w życie. Mogę się iść z nimi już zapoznać? – zapytałam z
nadzieją w głosie.
Mikołaj z lekkim wahaniem mi pozwolił. Ucieszyłam się.
- Ale zdajesz sobie sprawę, że nie mogę cię zatrudnić i płacić za twoją pracę? Nie mamy
na razie takich możliwości. Jeśli ci to nie przeszkadza, to mogłabyś zostać po prostu
wolontariuszką.
W odpowiedzi pokiwałam energicznie głową na znak, że się zgadzam i
odwróciłam się od mężczyzn.
- Stary, skąd ty ją wytrzasnąłeś? I czy nie robię głupstwa pozwalając jej zajmować się
młodymi? – usłyszałam jeszcze, gdy odchodziłam w stronę dzieci, ale nie przejęłam się
tym, bo wiedziałam, że Tomek wszystko mu wyjaśni.
- Cześć – powiedziałam wesoło do chłopców.
- Dzień dobry pani – odpowiedzieli mi wszyscy chórem. – Czego pani od nas chce? –
zapytał jeden z nich, ten, który wziął ode mnie piłkę.
- Chciałam się z wami zaprzyjaźnić – odparłam. – Będę do was przychodziła i pomagała
panu Mikołajowi w zajmowaniu się wami.
Ich reakcje były różne. Jedni się uśmiechnęli, na twarzach innych pojawił się
grymas, ale na szczęście zaraz zniknął i wszyscy zgodnie się na mnie rzucili w okrzykiem
radości. Poczułam ulgę, że mnie dobrze przyjęli.
- To w co się bawimy? – zapytałam, gdy już wyswobodziłam się z ich uścisku.
- My mamy taką super grę w piłkę. Na pewno jej pani nie zna, ale jest naprawdę fajna i
się pani spodoba – wyrwał się jeden i zaczął mi opowiadać i zaraz potem zaczęliśmy
grę.
Po godzinie wszyscy byliśmy zmęczeni i Mikołaj zarządził, że jest już późno i
wracamy do domu. Pożegnaliśmy się ze wszystkimi i poszliśmy do Sary i Marca.
Chłopcy nie chcieli mnie w ogóle puścić, ale gdy obiecałam im, że niedługo ich
odwiedzę, pozwolili mi iść. Ogromnie się cieszę, że mnie zaakceptowali. Było to moje
małe zwycięstwo w zapowiadającej się ciężkiej, ale pożytecznej pracy z młodymi.
Kolejnym krokiem będzie poznanie dziewczynek z tego domu dziecka.
18 | S t r o n a
- Ogromnie się cieszę z tego, że spotkaliśmy tutaj te dzieciaki – rzuciłam, gdy
zbliżaliśmy się do pomostu, na którym leżeli nasi znajomi.
- Ja też. Ale co cię tak wzięło na pracę z nimi? – zapytał.
- Nie wiem, nagle to sobie uświadomiłam. Gdy myślałam o ich sytuacji stwierdziłam, że
muszę im jakoś pomóc, że muszę zrobić coś, żeby im się lepiej żyło. Tak jakoś, ale te
zabawy z nimi sprawiały mi dużą radość – tłumaczyłam mu.
Posiedzieliśmy jeszcze chwilę nad wodą, a później wszyscy wróciliśmy do mojego
mieszkania. Sara z chłopakiem po chwili poszli do domu, bo następnego dnia jechali do
rodziców dziewczyny, a ja z Tomkiem zostaliśmy z brakiem planów na resztę wieczoru.
- Idziemy gdzieś? – zapytałam.
- Masz jeszcze na coś siłę? – popatrzył na mnie.
- No właśnie jakoś tak dziwnie, tak – odpowiedziałam. Mimo że spędziliśmy ten dzień
bardzo intensywnie, to nie czułam zmęczenia.
- To chodźmy. Wiem, gdzie nie byłaś, a gdzie ci się na pewno spodoba.
Szliśmy chodnikiem w przeciwną stronę niż park, w którym się poznaliśmy.
Latarnie na dobre rozświetliły ulice naszego miasta. Na ulicy można było zauważyć
ludzi wychodzących na podobne spacery, jak my. Restauracje i kluby były niemalże
całe zapełnione. Miasto zaczęło żyć na drugą zmianę.
Po chwili doszliśmy do jakiegoś pięknego budynku. Na elewacji wyrzeźbione były
z białego marmuru piękne wzory i różne postacie. Dopiero po chwili zobaczyłam, że na
samej górze budowli był krzyż. Uśmiechnęłam się pod nosem i zaczęłam się
zastanawiać, dlaczego przyszliśmy do kościoła.
Popatrzyłam z pytaniem w oczach na Tomka, a ten powiedział:
- Nie patrz tak, zaraz się przekonasz, dlaczego tu przyszliśmy.
Weszliśmy do środka i usiedliśmy w jednej z tylnych ławek. W środku siedziało
kilkoro ludzi. Było bardzo cicho, majestatycznie, a nutkę mistycyzmu dodawały palące
się w prezbiterium kadzidła. Po chwili wszedł ksiądz i wystawił na ołtarz Najświętszy
Sakrament. Klęknęliśmy.
„Przyszliśmy na adorację” – zdziwiłam się.
19 | S t r o n a
Zaraz jednak zrozumiałam, z jakiego powodu chłopak mnie tu przyprowadził.
Klimat stworzony przez kapłana, śpiew i aura samego budynku były niesamowite,
wprost idealne do różnych przemyśleń.
„Za parę godzin minie dopiero jeden dzień, jak poznałam Tomka, a tyle rzeczy w moim
życiu uległo zmianie. Muszę to sobie jakoś podsumować. Skąd on wiedział, że będzie
mi potrzebne coś takiego? Po pierwsze, poznałam świetnego przyjaciela. Po drugie,
polubiłam piesze wędrówki i doceniłam piękno otaczającego nas świata. Po trzecie,
poznałam okolicę mojego mieszkania i chcę poznawać nowe tereny. Po czwarte,
uratowałam życie człowiekowi. Mam nadzieję, że z nim wszystko w porządku. Mają
zadzwonić ze szpitala, ale chyba jutro się tam wybiorę. Ale wracając do mojego
podsumowywania to… Po piąte, zdecydowałam, co będę robić w życiu, a to była dla
mnie zawsze najtrudniejsza decyzja. Nigdy nie wiedziałam, w czym jestem najlepsza i
co sprawia mi największą przyjemność, a teraz po prostu to wiem. I czuję, że chcę to
robić. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym wczoraj nie poszła do tego parku. Pewnie
siedziałabym na kanapie przed telewizorem, jadła jakieś świństwo i nie zmieniła
nastawienia do całego świata, a przecież on ma nam tyle do zaoferowania. Musimy
tylko się na niego otworzyć!”
- Dziękuję – szepnęłam.
Opowiadnie napisane w ramach realizowania Próby Wędrowniczej
Żywiołak - gazeta 4. Szczepu Harcerskiego „Żywioły”
www.zywiolak.4szczep.zhp.net.pl
20 | S t r o n a