Koniec raju na ziemi, czyli dlaczego
Transkrypt
Koniec raju na ziemi, czyli dlaczego
Koniec raju na Ziemi, czyli dlaczego Europejczycy muszą "zacisnąć pasa" Autor: Jarosław Giziński. Koniec raju na Ziemi, czyli dlaczego Europejczycy muszą "zacisnąć pasa" Proponowany przebieg zajęć Po wykonaniu tego ćwiczenia będziesz znał pojęcie państwo opiekuńcze oraz poznasz powody, dla których rządy zaczynają rezygnować z realizacji tej idei i jakie to wywołuje reakcje społeczeństw. Koniec raju na ziemi Spóźniliśmy się do świata powszechnego dobrobytu i opieki socjalnej. Polska wchodzi do Unii Europejskiej w chwili, gdy państwo opiekuńcze dożywa swych dni. Anna Johansson dowiedziała się o końcu szwedzkiego państwa powszechnego dobrobytu kilka miesięcy temu na nocnym dyżurze szpitala ortopedycznego. Po kilkugodzinnym oczekiwaniu w kolejce do lekarza z wyjącym z bólu dzieckiem na kolanach zrozumiała, że wpłacanie co roku kilkunastu tysięcy koron na fundusz ochrony zdrowia daje jej, co najwyżej, złudzenie bezpieczeństwa. Od tamtej pory, zżymając się i przeklinając, płaci za wizyty w prywatnym szpitalu. W końcu zdrowie dziecka jest najważniejsze. W państwie, które w formie podatków zabiera 53 proc. dochodów społeczeństwa, co piąty obywatel uznaje, że poziom świadczeń publicznej służby zdrowia jest zbyt niski i korzysta z prywatnych usług medycznych. Jak na ironię premier Göran Persson wypomniał niedawno współobywatelom, że ich udział w finansowaniu świadczeń społecznych jest wciąż zbyt mały. Szukając oszczędności, państwo od dawna dokonuje kolejnych cięć: odchudza administrację, ogranicza pomoc społeczną, zmniejsza dotacje dla samorządów. Ludwig von Mises, klasyk liberalizmu, już w 1953 roku pisał o "agonii państwa dobrobytu", tego dziecka XIX-wiecznego socjalisty Ferdinanda Lassale'a, dla którego Państwo (zawsze z wielkiej litery!) było "Bogiem i świętym Mikołajem w jednej osobie". Jednak większość polityków - zarówno z lewicy, jak i z prawicy - nie dostrzegała tego, co było oczywistością dla von Misesa. Państwo dobrobytu wydawało się im najlepszą metodą osiągnięcia sprawiedliwości społecznej. Po okropnościach II wojny światowej i w czasie zmagań z komunizmem, mamiącym lewicę Zachodu mrzonką "robotniczego raju", wyrównywanie szans społecznych i likwidowanie nędzy wydawało się rzeczywiście zadaniem szlachetnym. Tym bardziej że zarówno w Europie, jak i w Ameryce wciąż żywe było wspomnienie wielkiego kryzysu lat 1929-1932. Materiał opracowany w ramach Programu Edukacyjnego Newsweek Polska i Narodowego Banku Polskiego 2 Koniec raju na Ziemi, czyli dlaczego Europejczycy muszą "zacisnąć pasa" Socjaldemokratyczne państwo opiekuńcze stało się upragnionym modelem niemal całego zachodniego świata. Jego elementy w postaci programów welfare przejęły nawet państwa anglosaskie, z reguły niechętne pojęciu "sozialpolitik", wymyślonemu i hołubionemu przez kanclerza Ottona von Bismarcka. Von Mises nie doczekał się potwierdzenia swoich prognoz, jednak Europa 30 lat po jego śmierci boleśnie przekonuje się, że guru liberałów miał rację. Wszystko wyglądało dobrze, dopóki względnie wysoki przyrost naturalny pozwalał na finansowanie bismarckowskiej zasady "solidarności społecznej", czyli krótko mówiąc, dopóki pokolenie dzieci i wnuków mogło utrzymywać swoich dziadków i ojców. To skończyło się w latach 80. i 90., kiedy w kilku państwach po raz pierwszy pojawiły się problemy z tzw. reprodukcją prostą. W coraz bogatszych i nastawionych na własną wygodę społeczeństwach Zachodu dzieci zaczęło być coraz mniej. W Niemczech ironizowano, że zamiast zielonej karty dla informatyków rząd powinien wprowadzać ułatwienia wizowe dla kobiet chcących rodzić dzieci. Wkrótce problem kurczenia się ludności pojawił się nawet w biedniejszych państwach Europy Środkowej i Wschodniej. Na dodatek zachodnie rynki zaczęły podbijać tanie i coraz lepsze towary produkowane przez Azjatów, którzy o bezpieczeństwie socjalnym i o państwie dobrobytu nawet nie słyszeli. Tymczasem rządy europejskie zachowywały się tak, jakby nie dostrzegały tych demograficznych tendencji i wciąż "rozdawały dobrobyt". Prawie niezmieniony model państwa socjalnego przetrwał z rozpędu jeszcze kilka lat, ale teraz - kiedy pokolenie ostatniego wielkiego szczytu demograficznego z lat 40. XX wieku zbliża się do wieku emerytalnego - sytuacja zaczyna być coraz bardziej niepokojąca. W Wielkiej Brytanii na statystyczną kobietę przypada 1,3 dziecka, niewiele lepiej jest we Włoszech, w Hiszpanii i jeszcze kilku państwach europejskich. Jakby tego było mało, Europa - mniej dynamiczna od Ameryki - od kilku lat trwa w gospodarczej stagnacji. Perspektywy są co najmniej niepokojące - jeśli nie stanie się cud (albo nie zostaną wprowadzone naprawdę drakońskie reformy), za 15-20 lat fundusze emerytalne staną się niewypłacalne, prawie żadne państwo nie będzie w stanie utrzymać szczodrego systemu opieki społecznej, a cięcia budżetowe zdezorganizują normalne funkcjonowanie większości służb publicznych. Hasłami politycznymi przełomu XX i XXI wieku w Europie stały się "reformy" i "oszczędności". W tym wypadku to synonimy, bo owe reformy w praktyce oznaczają skreślenie z budżetów państw kolejnych pozycji. Polskie propozycje reform wicepremiera Hausnera nie są na tym tle niczym szczególnym. Wcześniej własne bardzo bolesne "kuracje odchudzające" przechodzili Węgrzy i Czesi, a ostatnio także Słowacy. Politycy w Europie Środkowej są o tyle w lepszej sytuacji, że przez długie lata mogli wskazać przyczynę swoich kłopotów. Od czasu Balcerowicza rządzący tłumaczą coraz bardziej planu zmęczonym społeczeństwom, że wciąż zmagamy się ze skutkami komunizmu, a kolejne reformy to jeszcze jeden element niezbędnej transformacji. Materiał opracowany w ramach Programu Edukacyjnego Newsweek Polska i Narodowego Banku Polskiego 3 Koniec raju na Ziemi, czyli dlaczego Europejczycy muszą "zacisnąć pasa" Znacznie trudniej wyjaśnić konieczność wprowadzenia oszczędności bogatszym i przywykłym do dobrobytu Europejczykom z Zachodu. Tam od lat 60. do 80. XX wieku zakres świadczeń "od kołyski do grobu" rósł, a zanurzone w dobrobycie społeczeństwa - przekonane, że właśnie osiągają błogi "koniec historii" - wymuszały wprowadzenie kolejnych udogodnień. Zasiłki socjalne, rodzicielskie, pracownicze, obniżanie wieku emerytalnego, darmowa opieka lekarska i edukacja na wszystkich poziomach, domy starców i zasiłki pielęgnacyjne, coraz dłuższe urlopy przy krótszym czasie pracy. Po zmianie śrub lewoskrętnych na prawoskrętne w latach 60. szwedzcy robotnicy otrzymywali "urlopy dostosowawcze" i mogli korzystać z pomocy psychologa... Jeszcze w 2001 r. szef brytyjskich konserwatystów (!) William Hague prowadził kampanię pod hasłem "żadnych nowych podatków i żadnych cięć budżetowych". Jego następca Ian Duncan Smith nawet w ferworze walki politycznej starał się już nie wygłaszać podobnych politycznych fantasmagorii. Wielka Brytania na tle reszty Europy i tak jest w korzystnej sytuacji. Państwo, mimo pogłębiającego się deficytu, utrzymuje względną równowagę budżetu. Drakońskie cięcia z epoki Margaret Thatcher i wcześnie rozpoczęte reformy systemu emerytalnego, polegające na skierowaniu części składek pracowników do prywatnych funduszy kapitałowych, powodują, że na Wyspach Brytyjskich nie wzrasta obciążenie budżetu kosztami obsługi systemu emerytalnego. Ale ta sytuacja ma też swoje ciemne strony: oblicza się, że ok. 8 mln Brytyjczyków nie odkłada regularnie na fundusze emerytalne, uznając, że mają pilniejsze wydatki. Publiczny system ochrony zdrowia jest tak zły, że obywatele Zjednoczonego Królestwa mają już prawo do korzystania z niektórych usług w innych państwach Unii Europejskiej. Kolejne raporty na ten temat mrożą Anglikom krew w żyłach. Kontrola szpitala St. Helier w hrabstwie Surrey wykazała niedawno, iż na 60 sprawdzanych lekarzy rodzinnych tylko jeden potrafił poprawnie zrobić niezbyt skomplikowany zastrzyk. Rząd będzie musiał wkrótce stoczyć dwie batalie. Pierwszą - o decentralizację władzy w ministerstwie zdrowia, dającą szpitalom możliwość zakładania trustów, czyli po prostu świadczenia płatnych usług medycznych poza umowami z funduszem zdrowia. Drugą - i w parlamencie, i w samej Partii Pracy - która będzie dotyczyć komercjalizacji brytyjskich uniwersytetów. Nie wiadomo jeszcze, co zrobić ze szkolnictwem publicznym niższego szczebla. Ale coś trzeba zrobić, bo i ono tłumaczy swoją mizerię dramatycznymi brakami finansowymi. Polem prawdziwej bitwy o reformy stała się przeciwna strona kanału La Manche. To właśnie Francuzi, wychowani w duchu etatyzmu, są najbardziej przywiązani do idei Państwa, a dokładniej mówiąc do obowiązków, jakie to państwo powinno mieć wobec obywatela. A państwo troszczy się o niego aż tak bardzo, że Paryż już trzeci rok z rzędu łamie unijny pakt stabilizacyjny, czyli przekracza dozwoloną w UE trzyprocentową granicę deficytu. Paryż unika kar tylko dzięki solidarności z mającymi podobne problemy Niemcami. Materiał opracowany w ramach Programu Edukacyjnego Newsweek Polska i Narodowego Banku Polskiego 4 Koniec raju na Ziemi, czyli dlaczego Europejczycy muszą "zacisnąć pasa" Ale rząd Jeana-Pierre'a Raffarina wie już, że doszedł do ściany. Minister finansów Francis Meyer przysięga, że nie wyda już ani centa ponad plan. "Nasza strategia brzmi: zero nowych wydatków" - oświadczył. Państwowa kasa chorych ma już 14 mld euro deficytu. Ograniczone zostaną więc dopłaty do części leków, za niektóre wizyty trzeba będzie płacić. Podobno w celach "edukacyjnych", by ludzie przekonali się, że usługi medyczne naprawdę nie są darmowe. Po skróceniu okresu pobierania zasiłku dla bezrobotnych z 30 do 23 miesięcy 250 tys. Francuzów od razu straci uprawnienia do tego świadczenia. W roku 2004 zasiłek straci 600 tys. kolejnych osób. Pozostanie im zasiłek socjalny, a po następnych dwóch latach bezrobotny nie będzie już miał prawa odmowy podjęcia wskazanej mu pracy nawet za wynagrodzenie niższe od oficjalnego minimum. - I co, po 15 latach płacenia składki ubezpieczeniowej mam zostać z niczym?! - zżyma się Lounes, sprzątacz, zwolniony właśnie z paryskiej firmy. Jednak najważniejsza będzie reforma francuskich świadczeń emerytalnych, bo podobnie jak w całej Europie kryje się tu prawdziwa bomba, która może rozsadzić budżet. Problem w tym, że właśnie projekt wydłużenia okresu pracy z 37,5 do 40 lat budzi największe emocje. To właśnie próba przeforsowania podobnej reformy spowodowała w 1997 r. upadek rządu Alaina Juppe. A to jeszcze nie koniec złych wieści - minister administracji Jean-Paul Delevoye chce odchudzić swój resort, zamiast dawać podwyżki, których znów zażądała armia urzędników. "Sposób, w jaki jesteśmy traktowani, jest nie do przyjęcia!" - irytuje się szef związku zawodowego CGT. I nie obchodzi go, że we Francji państwo jest pracodawcą aż 5 mln osób. Rząd będzie próbował zwolnić nieco ponad 30 tys. z nich, ale bojowe nastroje większości Francuzów zapowiadają kolejny trudny rok. I w Niemczech nie będzie on łatwiejszy. Po latach wahań i odkładania trudnych decyzji rząd kanclerza Schrödera przyjął osławioną Agendę 2010, czyli plan cięć budżetowych i reform prorynkowych. Podobnie jak Francuzi, także Niemcy pozbawią swoich bezrobotnych zasiłków, wypłacanych prawie bez końca, i pozwalających na przyjemne życie. Z mieszanymi uczuciami przyjmą to zapewne Portugalczycy, którzy czerpali spore zyski z niemieckich bezrobotnych, jeżdżących na Półwysep Iberyjski na tanie wczasy. Jednak ci sami Portugalczycy nieraz musieli czuć irytację, gdy obserwowali ten rajski żywot Niemców - przecież sami musieli wprowadzić ostre cięcia i zwolnić kilka tysięcy urzędników państwowych, a i tak zapłacą karę za przekroczenie trzyprocentowego progu deficytu budżetowego - tę samą karę, którą "darowały sobie" Francja i Niemcy. Być może teraz część Niemców żyjących od lat z zasiłku będzie musiała zabrać się za prace zarezerwowane dotychczas dla imigrantów. Możliwe, że znajdzie się jednak jakiś sposób, by nie narażać ich aż na taki szok. Natomiast w żaden sposób nie załata się dziury w finansach niemieckich kas chorych. Podobnie jak Szwedzi i Francuzi, także i Niemcy będą musieli płacić za niektóre usługi medyczne. Materiał opracowany w ramach Programu Edukacyjnego Newsweek Polska i Narodowego Banku Polskiego 5 Koniec raju na Ziemi, czyli dlaczego Europejczycy muszą "zacisnąć pasa" Od miesięcy nie sposób dostać się w Niemczech do okulisty albo dentysty. Powód? Od nowego roku nie będzie już dopłat do okularów i protez dentystycznych dla wszystkich chętnych. Powoli, acz nieuchronnie zbliża się też koniec raju niemieckich emerytów, nie bez racji nazywanych najszczęśliwszymi staruszkami świata. Odchodząc z pracy niekiedy już w wieku 58 lat, otrzymywali 70-80 proc. ostatniego zarobku i mogli przysyłać wnukom pocztówki z wakacji na Bermudach. Wątpliwe jednak, by za następne 30 lat ich wnuki mogły podążyć tym samym szlakiem. Dziura wielkości 8 mld euro w systemie emerytalnym zapowiada ograniczenie emeryckiego eldorado. Zwłaszcza że do systemu szczodrych świadczeń wchodzą emeryci z dawnej NRD, którzy nie wnieśli do niego nic. Jakby tego wszystkiego było mało, coraz gorętsza staje się pod koniec roku atmosfera w niemieckich szkołach wyższych. Planowane ograniczanie świadczeń spowoduje, że uczelnie chociaż w części przestaną być przechowalnią bezrobotnych i wiecznych studentów, zaczynających właśnie ósmy fakultet i nie kończących żadnego. Niemcy bez entuzjazmu odebrali ogłoszenie Agendy 2010. Tym razem nic im nie da odebranie władzy Gerhardowi Schröderowi i jego ekipie. Cudów nie obiecuje już nawet opozycja. Wręcz przeciwnie - Angela Merkel, ignorując protesty "społecznej" CSU, przeforsowała na ostatnim zjeździe CDU program, przy którym cięcia Schrödera to tylko niewinna kosmetyka. Chadecy najwyraźniej nauczyli się czegoś od Anglosasów, gdyż w ich programie mowa jest nie tylko o oszczędnościach, ale także o bardziej liberalnej i prorynkowej gospodarce, stawiającej na rozwój. Nie ma dziś chyba w Europie państwa, w którym równowaga budżetowa, ograniczanie wydatków i szczodrze niegdyś przyznawanych świadczeń socjalnych nie stałoby się problemem spędzającym sen z powiek polityków. Wszędzie - może poza Hiszpanią, w której w ubiegłym roku nieco zredukowano podatki - słychać motto "ciąć wydatki, zwiększać obciążenia". Gdzie tylko można, pojawiają się podwyżki akcyzy na papierosy i alkohol, nawet jeśli - tak jak we Włoszech - przekroczono już granicę racjonalnego opodatkowania akcyzowego, powyżej której rzeczywiste wpływy prawie nie rosną. Rząd Silvio Berlusconiego zdecydował się na cięcia w oświacie i sięgnął po pieniądze samorządów, obcinając małym gminom nawet 20 proc. dotacji. - Pierwszego stycznia zgaszę światło i pójdę się modlić, aby tylko na tym się skończyło - zapowiedziała pani Franca Biglio, burmistrz gminy Marsaglia w Piemoncie, a zarazem przewodnicząca Związku Gmin Włoskich. Aby zaoszczędzić, w swoim urzędzie pracuje jeszcze jako opiekunka społeczna i woźna. Coś zaczęło się psuć także w leżącej za miedzą zamożnej ojczyźnie bankierów. W Szwajcarii niedofinansowane koleje nie działają już z precyzją zegarków. Uczniowie i studenci protestują Materiał opracowany w ramach Programu Edukacyjnego Newsweek Polska i Narodowego Banku Polskiego 6 Koniec raju na Ziemi, czyli dlaczego Europejczycy muszą "zacisnąć pasa" w Zurychu przeciwko cięciom sięgającym 467 mln franków. Ale to dopiero początek - aby ratować finanse federacji, minister finansów zamierza oszczędzić w kilkunastu dziedzinach około 3 mld franków. Także na drugim końcu Europy bogaci Skandynawowie wciąż słyszą od swych polityków hasło "cięcia". W Danii nie będzie zapomóg dla małżeństw, w których oboje małżonkowie nie podejmują pracy. Duński rząd obciął też pomoc dla państw Trzeciego Świata, zasiłki dla uchodźców i imigrantów. Ironią losu jest fakt, że prawie wszędzie rola "bezwzględnych niegodziwców" przypadła rządom lewicowym - działaczom tych samych partii, które jeszcze kilka lat temu skłonne były przedstawiać Margaret Thatcher jako niemal czarownicę, a amerykański system wolnorynkowy jako raj tłustych kapitalistów i piekło wyzyskiwanych pracowników najemnych. To oczywiście nieprawda, że lewica z dnia na dzień zmieniła poglądy. W końcu jeszcze całkiem niedawno promowana idea "trzeciej drogi" autorstwa Tony'ego Blaira i Gerharda Schrödera zakładała naprawę efektywności ekonomicznej w celu ratowania "gospodarki społecznej" (czyli państwa bezpieczeństwa socjalnego pod nieco nowocześniejszym szyldem). Ta sztuka jednak się nie udała. Pozostały hasła (jak choćby te o "obowiązkach socjalnych państwa" w projekcie konstytucji europejskiej) i pusta kasa. To właśnie przymus finansowy, a nie ewolucja ideologiczna zmusił lewicę do przestawienia torów i poszukiwania skuteczniejszego i mniej rozrzutnego modelu państwa. Kres możliwości państwa dobrobytu odkryła szwedzka - jako jedna z pierwszych - socjaldemokracja w latach 90. Nic dziwnego, skoro liczby mówiły same za siebie: w latach 1960-90 szwedzki PKB wzrósł o 60 proc., ale zarobki realne pracowników tylko o 2 proc. Gdzie się podziała reszta? Tyle właśnie kosztowało połączenie pana Boga ze świętym Mikołajem... Problem w tym, czy Europejczycy zaakceptują próby poderwania ich do biegu. Bo w końcu nie chodzi tylko o oszczędności, ale poszukiwanie sposobu pobudzenia gospodarek. Tygodnik "Weltwoche" alarmuje: "Szwajcarska mentalność blokuje rozwój gospodarczy. Badania dowodzą, że Szwajcarzy interesują się tylko zdrowiem, bezrobociem i rentami. A tymczasem jedynie wzrost wydajności, obniżenie podatków i redukcja wydatków socjalnych jest w stanie wydobyć Szwajcarię z marazmu i zagwarantować konkurencyjność na rynku światowym". Nic dodać, nic ująć. Może poza tym, że to nie jest szwajcarska specjalność. Diagnozę tę można odnieść do niemal każdego państwa Europy. Jednak europejskie społeczeństwa bynajmniej nie chcą tego przyjąć do wiadomości. We Francji nie ma tygodnia bez demonstracji kolejnych grup zawodowych. Od kierowców i kolejarzy Materiał opracowany w ramach Programu Edukacyjnego Newsweek Polska i Narodowego Banku Polskiego 7 Koniec raju na Ziemi, czyli dlaczego Europejczycy muszą "zacisnąć pasa" po pielęgniarki i aktorów - z ulic francuskich miast nie niknie korowód demonstrantów powtarzających "non, non, non" na jakiekolwiek próby cięć świadczeń budżetowych. 35-godzinny tydzień pracy przedstawiany jest jako "zdobycz klasy pracującej". Na ulice wylegli Niemcy, demonstracje pojawiły się nawet w ospałych zwykle miastach Skandynawii i Szwajcarii. Polacy też mieli własną, siermiężną wersję państwa dobrobytu. Na swój sposób - tyleż rozrzutny, co nieefektywny - budował je u nas peerelowski socjalizm. Jednak prawdziwy raj na ziemi poznawali dopiero polscy emigranci trafiający na Zachód. W latach 80. nie mogli wyjść z podziwu: z dnia na dzień otrzymywali zapomogi, mieszkania, świadczenia lekarskie. A przecież byli tylko gośćmi prawdziwych beneficjentów socjaldemokratycznego dobrobytu. Nic dziwnego, że po obaleniu komunizmu w oczach wielu Polaków i ich sąsiadów z postkomunistycznej Europy Środkowej wejście do Unii Europejskiej miało oznaczać szybkie przekroczenie granic lepszego świata, pełnego dotacji, stypendiów i dopłat fundowanych przez zachodnich "wujków" (głównie z wdzięczności za obalenie komunizmu). Jednak im bliżej symbolicznej daty 1 maja 2004 roku, tym lepiej rozumiemy, że tym razem cudu nie będzie. Najwyraźniej spóźniliśmy się do Europy powszechnego dobrobytu. Jeszcze trochę wyszarpną rolnicy, jeszcze Bruksela wspomoże kilkadziesiąt projektów, które pozwolą poprawić naszą rozpadającą się infrastrukturę, jeszcze trochę pieniędzy będzie wolno przekazać rządowi na restrukturyzację tego albo innego sektora. Ale w europejskim pociągu nie przydzielono nam już tak wygodnych miejsc, jakie przed nami zajęli Grecy, Hiszpanie i Portugalczycy. Wprawdzie my też dostaniemy euro wędkę, ale już znacznie mniej euro ryb. Może więc po lekcję powinniśmy się udać do Finów, którzy swoje technologiczne mocarstwo zbudowali na peryferiach Europy, nie oglądając się na nikogo. Wykorzystali przy tym jedyne dostępne na ich granitowym ugorze surowce: upór i ciężką pracę. Materiał opracowany w ramach Programu Edukacyjnego Newsweek Polska i Narodowego Banku Polskiego 8 Koniec raju na Ziemi, czyli dlaczego Europejczycy muszą "zacisnąć pasa" Zadania Jaką ideę opisuje autor tekstu? Kiedy i gdzie powstała ta idea? Kto miał wpływ na jej powstanie? Jakie cele chciano osiągnąć poprzez realizację tej idei? Jakie problemy napotyka obecnie jej realizacja? Dlaczego pojawiły się te problemy? Jakie działania są podejmowane w celu ich rozwiązania? Kto podejmuje te działania? Wskazując działania, podziel je na dziedziny, których dotyczą. Kto i dlaczego przeciwstawia się tym działaniom? Jakie wnioski z opisywanych zjawisk wynikają dla Polski? Treść tekstu przedstaw w postaci mapy myślowej (wykorzystaj schemat). Materiał opracowany w ramach Programu Edukacyjnego Newsweek Polska i Narodowego Banku Polskiego 9 Koniec raju na Ziemi, czyli dlaczego Europejczycy muszą "zacisnąć pasa" Kto miał wpływ na jej powstanie? Kiedy i gdzie powstała ta Jakie cele chcia- idea? no osiągnąć przez realizację Jaką ideę tej idei? opisuje autor tekstu? Jakie wnioski Kto podejmuje z opisywanych te działania? zjawisk wynikają dla Polski? Jakie problemy napotyka obecnie realizacja tej idei? Jakie działania Kto i dlaczego są podejmowane przeciwstawia się w celu rozwiązania tych problemów tym działaniom? Materiał opracowany w ramach Programu Edukacyjnego Newsweek Polska i Narodowego Banku Polskiego 10 www.nbp.pl