Jedz, módl się, kochaj

Transkrypt

Jedz, módl się, kochaj
Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment
pełnej wersji całej publikacji.
Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.
Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można
nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są
jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej
od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.
Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie
internetowym Bookarnia Online.
Elizabeth Gilbert
Jedz, módl się, kochaj
czyli jak pewna kobieta
wybrała się
do Italii, Indii i Indonezji
w poszukiwaniu
wszystkiego
Fragment
Przekład:
MARTA JABŁOŃSKA-MAJCHRZAK
3/139
Dla Susan Bowen
która zapewniała mi schronienie
nawet z odległości 12 000 mil
Mów prawdę, mów prawdę, mów prawdę[1].
Sheryl Louise Moller
[1]
Nie dotyczy nadzwyczajnej sytuacji związanej z handlem
nieruchomościami na Bali, jak opisano w Księdze 3.
Wstęp
czyli
Jak działa ta książka
czyli
sto dziewiąty koralik
Kiedy jest się w Indiach – szczególnie w miejscach świętych
i aśramach – spotyka się mnóstwo ludzi z zawieszonymi na szyi
koralikami. Na starych fotografiach można zobaczyć nagich,
wychudzonych i srogich joginów (a czasami pulchnych, sympatycznych i promiennych joginów) także z paciorkami na szyi. Taki
sznur koralików nazywają dźapamala. Używa się ich w Indiach od
stuleci – pobożnym hinduistom i buddystom pomagają się skupić
podczas modlitewnej medytacji. Naszyjnik trzyma się w jednej ręce
i w kółko przesuwa paciorki palcami – jeden na każde powtórzenie
mantry. Kiedy święte wojny przywiodły średniowiecznych
krzyżowców na Wschód, rycerze zobaczyli wyznawców tamtejszych
7/139
religii obracających przy modlitwie koraliki. Spodobał im się ten
pomysł i tak oto w Europie pojawił się różaniec.
Tradycyjny sznur dźapamala ma sto osiem paciorków. W co
bardziej ezoterycznych kręgach wschodnich filozofów liczbę 108
uważa się za niezwykle pomyślną, jest ona bowiem trzycyfrową
wielokrotnością trzech, której składniki dają w sumie dziewięć,
czyli trzy razy trzy. A trójka reprezentuje oczywiście najwyższą
równowagę, o czym doskonale wie każdy, kto kiedykolwiek
pomyślał o Trójcy Świętej czy choćby zwykłym stołku barowym.
Jako że cała ta książka poświęcona jest poszukiwaniu równowagi,
postanowiłam nadać jej formę dźapamali, dzieląc narrację na sto
osiem opowieści, czyli koralików. Ten sznur opowieści dzieli się
nadto na trzy części, poświęcone kolejno Italii, Indiom i Indonezji
– tym trzem krajom, które odwiedziłam podczas dwunastu
miesięcy poszukiwania samej siebie. Oznacza to, że każda część zawiera trzydzieści sześć opowieści, co ma dla mnie osobiście
szczególne znaczenie, ponieważ piszę to wszystko w trzydziestym
szóstym roku życia.
Zamiast rozgadywać się o numerologii, jak nie przymierzając
Louis Farrakhan, dodam tylko, że ułożenie tych opowieści na wzór
dźapamali podoba mi się również dlatego, że jest to takie...
składne. Szczere duchowe dociekania wymagają, i zawsze
wymagały, metodyczności i dyscypliny. Szukanie Prawdy nie jest
jakimś niezdarnym działaniem na chybił trafił, nawet teraz, w tych
czasach niezdarnych działań na chybił trafił. Zarówno jako osoba
poszukująca, jak i pisarka mocno się trzymam tych paciorków, co
pomaga mi się skupić na tym, czego próbuję dokonać.
Każda dźapamala posiada szczególny, dodatkowy sto dziewiąty
koralik, który niczym wisiorek dynda poza tym zrównoważonym
kręgiem stu ośmiu. Myślałam kiedyś, że to paciorek zapasowy, na
wszelki wypadek, spełniający taką rolę jak zapasowy guzik przy
drogim swetrze czy najmłodszy syn w rodzinie królewskiej. Najwyraźniej jednak służy on wyższym celom. Kiedy podczas
8/139
modlitwy twoje palce docierają do niego, oznacza to, że masz
przerwać i podziękować nauczycielom. Zatem tutaj, przy własnym
sto dziewiątym koraliku, robię przerwę, nim jeszcze na dobre rozpoczęłam. Składam podziękowania wszystkim moim nauczycielom, którzy tego roku wyłonili się przede mną pod tak wieloma
osobliwymi postaciami.
Z całego serca dziękuję mojej guru, która jest siłą napędową empatii i wspaniałomyślnie pozwoliła mi zdobywać wiedzę w swojej
indyjskiej aśramie. Jest to także stosowna chwila, bym wyjaśniła,
że piszę o swoich przeżyciach w Indiach z czysto osobistego punktu
widzenia, a nie jako uczony teolog ani czyjś oficjalny rzecznik.
Dlatego też w tej książce nie będę używać imienia mojej guru...
jako że nie mogę wypowiadać się w jej imieniu. Jej nauczanie
mówi samo za siebie. Nie ujawnię też, gdzie się znajduje jej
aśrama, by oszczędzić tej wspaniałej placówce rozgłosu, który
mógłby się okazać zbędny i niemożliwy do udźwignięcia.
Pragnę wyrazić swoją wdzięczność jeszcze jednej osobie. Różne
są powody, dla których pojawiający się tu czy tam w książce ludzie
nie noszą swoich prawdziwych imion ani nazwisk. Jeśli chodzi
o Hindusów i ludzi Zachodu, których spotkałam we wspomnianej
aśramie, sama postanowiłam nie ujawniać żadnych autentycznych
imion. Uznałam bowiem, że większość osób nie po to wyrusza na
duchową pielgrzymkę, by pojawić się potem jako bohater książki.
(Chyba że to jestem ja.) Zdecydowałam się na jeden tylko wyjątek
od tej narzuconej sobie reguły. Richard z Teksasu naprawdę ma na
imię Richard i naprawdę jest z Teksasu. Chciałam użyć jego
prawdziwego imienia, bo podczas pobytu w Indiach był dla mnie
kimś szczególnie ważnym.
I jeszcze jedno... kiedy spytałam Richarda, czy nie ma nic przeciwko temu, bym wspomniała w swojej książce, że był kiedyś ćpunem i pijakiem, powiedział, że zupełnie mu to nie przeszkadza.
„I tak już od dawna kombinuję, jak się do tego przyznać”,
oświadczył.
9/139
Najpierw jednak – Italia...
KSIĘGA PIERWSZA
Italia
czyli
„Mów tak, jak jesz”
czyli
trzydzieści sześć
opowieści
o poszukiwaniu
przyjemności
1
Chciałabym, żeby Giovanni mnie pocałował.
No tak, ale z wielu powodów jest to fatalny pomysł. Giovanni jest
o dziesięć lat młodszy ode mnie i – jak większość Włochów przed
trzydziestką – wciąż jeszcze mieszka z matką. To wystarczy, żeby
był niezbyt odpowiednim kandydatem na romantyczną znajomość.
Dodajmy, że jestem niezależną Amerykanką wolnego zawodu, po
trzydziestce; moje małżeństwo okazało się fiaskiem, niedawno zakończone, ciągnące się w nieskończoność korowody rozwodowe
były druzgocące, a przeżyty zaraz potem namiętny romans przyniósł bolesne rozczarowanie. Te następujące jedna po drugiej porażki spowodowały, że byłam przygaszona, rozbita i czułam się,
jakbym miała z siedem tysięcy lat. Dla zasady nie wypadało narzucać mojego żałosnego, poobijanego ja uroczemu Giovanniemu bez
skazy. Dodam jeszcze, że właśnie osiągnęłam wiek, w którym kobieta zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście najlepszym lekiem na
zabliźnianie rany po utracie jednego pięknego ciemnookiego
młodzieńca jest bezzwłoczne zaproszenie do łóżka innego. Dlatego
12/139
od paru miesięcy jestem sama. Ba, właśnie dlatego postanowiłam
spędzić cały rok w celibacie.
Co usłyszawszy, znający się na rzeczy obserwator mógłby zapytać: „To po co w takim razie przyjechałaś do I t a l i i?”
Na co mogłabym odpowiedzieć jedynie – szczególnie teraz, kiedy
patrzę na siedzącego po drugiej stronie stołu przystojnego Giovanniego – „Doskonałe pytanie”.
Giovanni jest moim partnerem w „dwustronnej wymianie”.
Może brzmi to nieco aluzyjnie, ale niestety, nic z tych rzeczy. Oznacza to tylko tyle, że spotykamy się wieczorami, kilka razy w tygodniu, żeby każde z nas mogło sobie poćwiczyć język ojczysty tego
drugiego. Najpierw rozmawiamy po włosku i on okazuje mi wielką
cierpliwość; potem mówimy po angielsku i wtedy ja okazuję mu
wielką cierpliwość. Odkryłam Giovanniego kilka tygodni po
przyjeździe do Rzymu dzięki tej wielkiej kawiarence internetowej
na piazza Barberini, po przeciwległej stronie od fontanny z rzeźbą
przedstawiającą seksownego trytona, wydmuchującego przez
muszlę strumień wody. Onże (to znaczy Giovanni, nie ten tryton)
umieścił na tablicy ogłoszeniowej informację o tym, że rodowity
Włoch szuka osoby będącej rodzimym użytkownikiem angielskiego, w celach konwersacyjnych. Tuż obok jego ogłoszenia wisiało drugie, identyczne, nawet wypisane taką samą czcionką. Jedyną różnicą była informacja dotycząca sposobu kontaktowania
się. Na jednej kartce widniał adres e-mailowy kogoś o imieniu Giovanni, na drugiej kogoś o imieniu Dario. Ale numer domowego
telefonu był taki sam.
Wiedziona moją genialną intuicją wysłałam e-maila do obydwu
mężczyzn jednocześnie, pytając ich po włosku: „Czy nie jesteście
przypadkiem braćmi?”
Tym, który zareagował odpowiedzią bardzo provocativo, był
Giovanni: „Jeszcze lepiej. Bliźniakami”.
Tak... dużo lepiej. Okazali się wysokimi, śniadymi, przystojnymi,
jednojajowymi dwudziestopięcioletnimi bliźniakami, obdarzonymi
13/139
tymi ogromnymi, ciemnymi włoskimi oczyma, których spojrzenie
powoduje, że rozpadam się na kawałki. Kiedy ich zobaczyłam, natychmiast przyszło mi do głowy, żeby nieco zmodyfikować reguły
dotyczące całorocznego celibatu. Na przykład mogłabym żyć
w całkowitej wstrzemięźliwości, nie licząc pary identycznych
dwudziestopięcioletnich włoskich przystojniaków. Coś mi to przypominało... jedną z moich przyjaciółek stosującą całkowicie wegetariańską dietę, nie licząc bekonu, niemniej... już w głowie
układałam list do „Penthouse’a”.
W półmroku rzymskiej kawiarni, ledwie rozjaśnianym migotliwym światłem świec, trudno było odgadnąć, czyje dłonie pieści...
Jednak nie.
Nie i jeszcze raz nie.
Przecięłam to fantazjowanie w pół słowa. Nie była to odpowiednia chwila, by szukać romansu i niechybnie jeszcze bardziej skomplikować sobie już i tak wystarczająco pokręcone życie. Chwila była
odpowiednia, by szukać uzdrowienia i pokoju, jaki może dać
wyłącznie samotność.
W każdym razie w połowie listopada nieśmiały, pilny Giovanni
i ja zakolegowaliśmy się. Jeśli zaś chodzi o Daria – przedstawiłam
tego bardziej rozrywkowego z braci mojej rozkosznej szwedzkiej
przyjaciółeczce Sofie i i c h rzymskie wieczory „dwustronnej wymiany” potoczyły się zupełnie inaczej. Giovanni i ja niestety tylko
rozmawiamy. A ściślej, jemy i rozmawiamy. Już od wielu tygodni
spędzamy miło czas, posilając się i gawędząc. Dzielimy się pizzą
i taktownymi uwagami dotyczącymi błędów gramatycznych. Dzisiejszy wieczór nie odbiegał w niczym od normy: urocze chwile,
wypełnione nowymi idiomami i świeżą mozzarellą.
Dochodzi północ, miasto spowija mgła. Giovanni odprowadza
mnie do mojego mieszkania bocznymi rzymskimi uliczkami, które
wiją się wokół starożytnych budowli naturalnie niczym strumienie
opływające kępy cyprysów. Dochodzimy do moich drzwi. Odwracamy się do siebie przodem. On ściska mnie serdecznie. Jest to
14/139
już jakiś postęp; przez kilka pierwszych tygodni ściskał tylko moją
dłoń. Myślę, że gdybym została we Włoszech na następne trzy lata,
zebrałby dość odwagi, żeby mnie pocałować. A przecież mógłby
mnie pocałować już teraz, tego wieczoru, pod moimi drzwiami...
wciąż jest na to jakaś szansa... ostatecznie nasze ciała przylegają do
siebie dość ściśle, w górze świeci księżyc... i oczywiście byłby to
o k r o p n y b ł ą d . . . ale to taka cudowna możliwość, że zaraz to
zrobi... że po prostu się pochyli... i... i...
Nic z tego. Koniec uścisku.
– Dobranoc, moja droga Liz – mówi.
– Buona notte, caro mio – odpowiadam.
Wspinam się po schodach do mojego mieszkania na trzecim
piętrze, całkiem sama. Wchodzę do maleńkiej kawalerki, całkiem
sama. Zamykam za sobą drzwi. Kolejna samotna noc w Rzymie.
Przede mną jeszcze jeden długi sen... a w łóżku tylko włoskie
rozmówki i słowniki – nikogo i niczego więcej.
Jestem sama, całkiem sama, zupełnie sama.
Kiedy ten fakt w pełni do mnie dociera, upuszczam torebkę,
padam na kolana i przyciskam czoło do podłogi. W tej pozycji
zanoszę wszechświatowi żarliwą modlitwę dziękczynną.
Najpierw po angielsku.
Potem po włosku.
A potem – na wszelki wypadek – w sanskrycie.
2
Skoro już tkwię na podłodze w tej pokornej pozie suplikantki,
pozwólcie, że tam pozostanę i cofnę się w czasie o trzy lata, do
chwili, w której zaczęła się ta cała historia – kiedy znajdowałam się
dokładnie w takiej samej pozie: na kolanach, na podłodze, pogrążona w modlitwie.
Wszystko poza tym w tamtej scenie sprzed trzech lat było inne.
Wtedy znajdowałam się nie w Rzymie, ale na przedmieściach
Nowego Jorku w łazience na piętrze dużego domu, który kupiłam
nieco wcześniej z mężem. Był zimny listopad, około trzeciej nad
ranem. Mąż spał w naszym wspólnym łóżku. Ja kryłam się w łazience już chyba czterdziestą siódmą z kolei noc i – jak w te wszystkie poprzednie noce – zanosiłam się płaczem. W rzeczy samej,
łkałam tak zawzięcie, że na kafelkach rozlało się wielkie jezioro łez
i smarków, prawdziwie Jezioro Dolne (powiedzmy) mojego wstydu
i lęku, i zakłopotania, i żalu.
Nie chcę już tego małżeństwa.
Tak bardzo się starałam, żeby tego nie wiedzieć, ale prawda narzucała mi się siłą.
16/139
Nie chcę już tego małżeństwa. Nie chcę mieszkać w tym dużym
domu. Nie chcę mieć dziecka.
Ale przecież powinnam chcieć dziecka. Kończyłam trzydzieści
jeden lat. Mój mąż i ja – byliśmy ze sobą osiem lat, sześć jako
małżeństwo – zbudowaliśmy całe nasze życie wokół tej oczywistości, że kiedy osiągnę już stateczny wiek lat trzydziestu, zechcę osiąść gdzieś na stałe i rodzić dzieci. Oboje spodziewaliśmy się, że do
tego czasu znudzą mi się już podróże i będę marzyć o życiu
w dużym, wypełnionym gwarem dziecięcych głosów domu z ogrodem, ręcznie robionymi narzutami na łóżkach i smakowitym gulaszem bulgoczącym na kuchence. (Fakt, że był to dość dokładny
obraz mojej matki, wskazuje wyraźnie, jaką trudność sprawiało mi
kiedyś odróżnienie siebie od tej silnej kobiety, która mnie wychowała.) Tymczasem odkryłam z przerażeniem, że nie chcę żadnej
z tych rzeczy. Lata mijały i niczym termin wykonania kary śmierci
zbliżała się TRZYDZIESTKA, a ja stwierdziłam, że wcale nie mam
ochoty zajść w ciążę. Czekałam i czekałam na to, żeby chcieć
dziecka, ale nic z tego. A wierzcie mi, ja wiem, jak to jest, kiedy się
czegoś chce. Znam uczucie pragnienia. Nie było go tam. Co więcej,
nie mogłam przestać myśleć o tym, co kiedyś powiedziała mi moja
siostra, karmiąc piersią swoje pierworodne: „Posiadanie dziecka
jest jak tatuaż na twarzy. Trzeba być całkowicie pewnym, nim się
podejmie ostateczną decyzję”.
Jak miałam się teraz wycofać? Wszystko już było na swoim
miejscu. To miał być właśnie t e n rok. Prawdę mówiąc, już od
kilku miesięcy staraliśmy się zajść w ciążę. Bezskutecznie (pomijając fakt, że z nerwów dopadły mnie jej złośliwe objawy – co rano
miałam nudności i zwracałam śniadanie). I co miesiąc, kiedy dostawałam miesiączkę, szeptałam ukradkiem w łazience: Dzięki, dzięki, dzięki, dzięki za jeszcze jeden miesiąc życia...
Próbowałam przekonać samą siebie, że to normalne. Doszłam do
wniosku, że wszystkie kobiety, kiedy chcą zajść w ciążę, muszą się
czuć jak ja teraz. („Ambiwalentnie” było tym słowem, którego
17/139
używałam, unikając bardziej precyzyjnej frazy: „Owładnięta strachem”.) Wmawiałam sobie, że moje odczucia są całkiem zwyczajne, pomimo wszystkich dowodów świadczących o tym, że jest inaczej... takich jak na przykład rozmowa ze znajomą, na którą
wpadłam przypadkiem tydzień wcześniej, a która właśnie odkryła,
że po dwóch latach wysiłków i fortunie wydanej na leczenie
bezpłodności jest wreszcie w ciąży. Była uszczęśliwiona. Od zawsze
marzyła o dziecku, oświadczyła. Wyznała, że od lat kupowała po
kryjomu ciuszki dziecięce i chowała przed mężem pod łóżkiem.
Widziałam radość na jej twarzy i wyglądało to bardzo znajomo.
Taką samą radością promieniałam poprzedniej wiosny, kiedy dowiedziałam się, że czasopismo, dla którego pracowałam, zamierza
wysłać mnie do Nowej Zelandii, żebym napisała artykuł
o poszukiwaniach kałamarnicy olbrzymiej. I pomyślałam sobie:
„Dopóki nie będę odczuwała takiego uniesienia na myśl o posiadaniu dziecka, jakie odczuwałam na myśl o podróży do Nowej
Zelandii i kałamarnicy olbrzymiej, to dziecka mieć nie mogę”.
Nie chcę już tego małżeństwa.
Za dnia nie dopuszczałam do siebie tej myśli, ale nocą zżerał
mnie straszliwy niepokój. To przecież katastrofa. Jaką trzeba być
wredną małpą, żeby zabrnąć tak daleko w małżeństwo po to tylko,
by z niego zrezygnować? Zaledwie rok temu kupiliśmy ten dom.
Czyż nie chciałam mieć ładnego domu? Czy nie byłam nim zachwycona? Więc dlaczego snuję się nocami po jego korytarzach,
wyjąc niczym Medea? Czy nie byłam dumna z wszystkiego, czego
się dorobiliśmy – okazałego domu, położonego w prestiżowej Hudson Valley, mieszkania na Manhattanie, ośmiu linii telefonicznych,
czy nie lubiłam naszych przyjaciół i pikników, i przyjęć? A co z tymi weekendami spędzonymi na wędrówkach pomiędzy regałami
pudełkowatego supermarketu, który sobie wybraliśmy, żeby kupić
jeszcze więcej artykułów gospodarstwa domowego na kredyt?
Uczestniczyłam aktywnie w każdym momencie tworzenia tego życia... dlaczego zatem czułam, że nie ma tu nic ze mnie? Dlaczego
18/139
byłam taka przytłoczona obowiązkami, znużona rolą głównej żywicielki, gospodyni domowej i koordynatorki życia towarzyskiego,
opiekunki psa, misją żony i przyszłej matki, i – gdzieś pomiędzy
tym wszystkim – pisarki...?
Nie chcę już tego małżeństwa.
Mój mąż spał w pokoju obok, w naszym łóżku. Jednakowo
kochałam go i nie znosiłam. Nie mogłam go obudzić, by się
podzielić własną udręką... bo niby po co? Już od miesięcy patrzył,
jak popadam w przygnębienie, widział, że zachowuję się jak wariatka (oboje zgodziliśmy się, że to odpowiednie słowo), teraz zaś jedynie go nużyłam. Oboje wiedzieliśmy, że coś jest ze mną n i e
w p o r z ą d k u, a on zaczynał tracić dla tego czegoś cierpliwość.
Kłóciliśmy się i wrzeszczeliśmy; byliśmy już zmęczeni w sposób typowy dla pary, której małżeństwo się rozpada. Mieliśmy spojrzenia
uciekinierów.
Rozliczne powody, dla których nie chciałam już dłużej być żoną
tego człowieka, są nazbyt osobiste i zbyt przykre, bym się tu nimi
dzieliła. W dużej części związane one były z moimi problemami, ale
w znaczącym stopniu nasze trudności wzięły się również z jego
problemów. Jest to zresztą całkiem naturalne; ostatecznie każde
małżeństwo to dwie osobowości – dwa głosy, dwie opinie, dwa
sprzeczne zestawy decyzji, pragnień i ograniczeń. Nie uważam jednak, bym miała prawo roztrząsać jego kłopoty w swojej książce.
Nie wmawiałabym też czytelnikom, że jestem zdolna przekazać
obiektywny obraz naszego związku, i dlatego historia tego
nieudanego małżeństwa nie zostanie tutaj przedstawiona. Nie będę
też omawiać tych powodów, dla których n a d a l chciałam być jego
żoną, wszystkich jego wspaniałych cech, ani nie powiem, dlaczego
go kochałam i dlaczego za niego wyszłam, i dlaczego nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Wystarczy powiedzieć, że tamtej
nocy on ciągle był dla mnie w równym stopniu drogowskazem jak
kulą u nogi. Jedyną rzeczą bardziej niewyobrażalną od odejścia
było pozostanie; jedyną bardziej niemożliwą od pozostania –
19/139
odejście. Nie chciałam niszczyć niczego ani nikogo. Chciałam po
prostu wymknąć się cichutko tylnymi drzwiami, nie powodując
żadnego zamieszania ani konsekwencji, i zatrzymać się dopiero na
Grenlandii.
To nie jest przyjemny fragment mojej opowieści, wiem o tym.
Dzielę się nim jednak w tym miejscu, ponieważ wtedy właśnie, na
podłodze łazienki, miało zajść coś, co na zawsze zmieniło bieg mojego życia... coś jak te nadzwyczajne astronomiczne wydarzenia,
kiedy to planeta bez najmniejszego powodu wywija nagle kozła
w kosmosie, jej płynne jądro się przelewa, bieguny przestawiają,
a ona zmienia kształt z kulistego w jajowaty. Coś w tym sensie.
A wydarzyło się to, że zaczęłam się modlić.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
3
Dostępne w wersji pełnej
4
Dostępne w wersji pełnej
5
Dostępne w wersji pełnej
6
Dostępne w wersji pełnej
7
Dostępne w wersji pełnej
8
Dostępne w wersji pełnej
9
Dostępne w wersji pełnej
10
Dostępne w wersji pełnej
11
Dostępne w wersji pełnej
12
Dostępne w wersji pełnej
13
Dostępne w wersji pełnej
14
Dostępne w wersji pełnej
15
Dostępne w wersji pełnej
16
Dostępne w wersji pełnej
17
Dostępne w wersji pełnej
18
Dostępne w wersji pełnej
19
Dostępne w wersji pełnej
20
Dostępne w wersji pełnej
21
Dostępne w wersji pełnej
22
Dostępne w wersji pełnej
23
Dostępne w wersji pełnej
24
Dostępne w wersji pełnej
25
Dostępne w wersji pełnej
26
Dostępne w wersji pełnej
27
Dostępne w wersji pełnej
28
Dostępne w wersji pełnej
29
Dostępne w wersji pełnej
30
Dostępne w wersji pełnej
31
Dostępne w wersji pełnej
32
Dostępne w wersji pełnej
33
Dostępne w wersji pełnej
34
Dostępne w wersji pełnej
35
Dostępne w wersji pełnej
36
Dostępne w wersji pełnej
KSIĘGA DRUGA
Indie
Dostępne w wersji pełnej
37
Dostępne w wersji pełnej
38
Dostępne w wersji pełnej
39
Dostępne w wersji pełnej
40
Dostępne w wersji pełnej
41
Dostępne w wersji pełnej
42
Dostępne w wersji pełnej
43
Dostępne w wersji pełnej
44
Dostępne w wersji pełnej
45
Dostępne w wersji pełnej
46
Dostępne w wersji pełnej
47
Dostępne w wersji pełnej
48
Dostępne w wersji pełnej
49
Dostępne w wersji pełnej
50
Dostępne w wersji pełnej
51
Dostępne w wersji pełnej
52
Dostępne w wersji pełnej
53
Dostępne w wersji pełnej
54
Dostępne w wersji pełnej
55
Dostępne w wersji pełnej
56
Dostępne w wersji pełnej
57
Dostępne w wersji pełnej
58
Dostępne w wersji pełnej
59
Dostępne w wersji pełnej
60
Dostępne w wersji pełnej
61
Dostępne w wersji pełnej
62
Dostępne w wersji pełnej
63
Dostępne w wersji pełnej
64
Dostępne w wersji pełnej
65
Dostępne w wersji pełnej
66
Dostępne w wersji pełnej
67
Dostępne w wersji pełnej
68
Dostępne w wersji pełnej
69
Dostępne w wersji pełnej
70
Dostępne w wersji pełnej
71
Dostępne w wersji pełnej
72
Dostępne w wersji pełnej
KSIĘGA TRZECIA
Indonezja
Dostępne w wersji pełnej
73
Dostępne w wersji pełnej
74
Dostępne w wersji pełnej
75
Dostępne w wersji pełnej
76
Dostępne w wersji pełnej
77
Dostępne w wersji pełnej
78
Dostępne w wersji pełnej
79
Dostępne w wersji pełnej
80
Dostępne w wersji pełnej
81
Dostępne w wersji pełnej
82
Dostępne w wersji pełnej
83
Dostępne w wersji pełnej
84
Dostępne w wersji pełnej
85
Dostępne w wersji pełnej
86
Dostępne w wersji pełnej
87
Dostępne w wersji pełnej
88
Dostępne w wersji pełnej
89
Dostępne w wersji pełnej
90
Dostępne w wersji pełnej
91
Dostępne w wersji pełnej
92
Dostępne w wersji pełnej
93
Dostępne w wersji pełnej
94
Dostępne w wersji pełnej
95
Dostępne w wersji pełnej
96
Dostępne w wersji pełnej
97
Dostępne w wersji pełnej
98
Dostępne w wersji pełnej
99
Dostępne w wersji pełnej
100
Dostępne w wersji pełnej
101
Dostępne w wersji pełnej
102
Dostępne w wersji pełnej
103
Dostępne w wersji pełnej
104
Dostępne w wersji pełnej
105
Dostępne w wersji pełnej
106
Dostępne w wersji pełnej
107
Dostępne w wersji pełnej
108
Dostępne w wersji pełnej
Ostateczne wyrazy uznania
i podziękowania
Dostępne w wersji pełnej
Jedz, módl
kochaj
Spis treści
się,
130/139
Okładka
Karta tytułowa
Dedykacja
***
Wstęp czyli Jak działa ta książka czyli sto dziewiąty koralik
KSIĘGA PIERWSZA Italia
131/139
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
132/139
34
35
36
KSIĘGA DRUGA Indie
133/139
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57
58
59
60
61
62
63
64
65
66
67
68
69
134/139
70
71
72
KSIĘGA TRZECIA Indonezja
135/139
73
74
75
76
77
78
79
80
81
82
83
84
85
86
87
88
89
90
91
92
93
94
95
96
97
98
99
100
101
102
103
104
105
136/139
106
107
108
Ostateczne wyrazy uznania i podziękowania
Karta redakcyjna
Tytuł oryginału: EAT, PRAY, LOVE: One
Woman’s Search for Everything Across
Italy, India and Indonesia
Copyright © 2006, Elizabeth Gilbert,
2006
All rights reserved
Copyright © for the Polish e-book edition
by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2012
Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym
utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki
został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub
zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie
prawa.
Redaktor: Katarzyna Raźniewska
Projekt graficzny okładki:
Leszek Szurkowski,
LES INC STUDIO, www.szurkowski.com,
www.eyeopenerbooks.com
Wydanie I e-book
(opracowane na podstawie wydania
książkowego: Jedz, módl się, kochaj, wyd.
IV, Poznań 2012)
138/139
ISBN 978-83-7818-104-0
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań
tel. 061-867-47-08, 061-867-81-40; fax
061-867-37-74
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl
al. Szucha 8, 00-582 Warszawa
e-mail: [email protected]
www.eLib.pl
@Created by PDF to ePub
Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment
pełnej wersji całej publikacji.
Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj.
Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można
nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są
jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej
od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu.
Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie
internetowym Bookarnia Online.