Numer 4/2010 Tylko nie twardziel!
Transkrypt
Numer 4/2010 Tylko nie twardziel!
Numer 4/2010 Tylko nie twardziel! Dostawał dużo propozycji niewielkich ról filmowych, ale zdecydował: żadnych popłuczyn po Tygrysie z „Samowolki”, żadnych zakapiorów, twardzieli – i telefony przestały dzwonić… Tymczasem w Teatrze im. Jaracza Mariusz Jakus gra wspaniałe role dramatyczne (ostatnio w „Nad” – spektaklu zaproszonym na tegoroczne Warszawskie Spotkania Teatralne – i „Produkcie”) , pokazując swoje duże aktorskie możliwości. Możemy obserwować jego rozwój na łódzkiej scenie („Twardo po ziemi”). U progu kariery Bohaterami Festiwalu Szkół Teatralnych są młodzi artyści w momencie pierwszego zawodowego spełnienia. Tu dostają pierwsze ważne nagrody, tu zaczyna się ich droga… O znaczeniu imprezy oraz o zmianach w sposobie prowadzenia studentów Wydziału Aktorskiego PWSFTViT mówi jego dziekan, Bronisław Wrocławski („Orlęta”). Z Łodzi pochodzi Kreska łódzkiego autora rysunków satyrycznych, Józefa Skoniecznego – Skonego, była rozpoznawalna w całej Polsce. Tworzył nie tylko dla ogólnopolskich, ale i dla zagranicznych pism, zbierał nagrody i pochwały. Jego córka Grażyna również poszła artystyczną drogą, szukając swego miejsca to w Anglii, to we Francji, to w Szwajcarii – co rusz wracając jednak do Łodzi. Ostatnio zastanawia się, czy nie zostać tu na dłużej i nie zrobić na ASP brakującego dyplomu („Córka Skonego”). Trampolina Co dałby Łodzi tytuł Europejskiej Stolicy Kultury? Już sam wysiłek włożony w starania może stać się trampoliną do budowania strategii miasta na przyszłość („Aplikacja”). Czy w walce o tytuł ważne jest to, jakie wydarzenia ściągamy z zewnątrz, czy to, co „produkujemy” sami? W tym drugim przypadku łódzkie atuty już dziesiąty raz prezentuje Festiwal Nauki, Techniki i Sztuki („…i do przodu!”). Się dzieje Czy Łódź ma prężne środowisko literackie? Owszem, tylko nie dość nagłośnione w kraju. O Andrzeju Barcie czy Andrzeju Sapkowskim nie trzeba przypominać, ale działają też młodzi zdolni, zdobywając coraz więcej prestiżowych nagród. Mamy kilka konkursów o ogólnopolskiej randze („(Młodo)poetycki ferment”). Również w łódzkim filmie sporo się dzieje. W tej chwili powstaje lub niebawem powstanie dziewięć obrazów, a w marcu kręciła w Łodzi ekipa Agnieszki Holland („Się kręci”). Twardo po ziemi Rozmowa z Mariuszem Jakusem* Łukasz Kaczyński: – Jest pan aktorem nie cierpiącym na nadwyżkę wolnego czasu? Mariusz Jakus: – O tak. Niedawno odbyła się premiera spektaklu „Produkt”. Trwają próby do „Dybuka”, dość prawdopodobny jest mój udział w przedstawieniu „Contact” w Teatrze Wielkim, od października prowadzę zajęcia w PWSFTViT, współpracuję z warszawskim Teatrem Powszechnym. Natomiast świadomie ograniczyłem swoją obecność w filmach. Jeszcze w trakcie pracy nad serialem „Fala zbrodni” (rola komisarza Szymona Rafalskiego – przyp. red.) otrzymywałem bardzo dużo propozycji. Role na dzień, może dwa dni zdjęciowe. Ale powiedziałem: żadnych popłuczyn po Tygryssie z „Samowolki”, żadnych zakapiorów, twardzieli – i w końcu telefony przestały dzwonić. Niech upłynie trochę czasu, może znajdzie się ktoś ze świeżym spojrzeniem na moje aktorskie możliwości. – Na przykład Kuba Zubrzycki, student pierwszego roku „filmówki”? – Ma pan na myśli „At oglog” i rolę Doktora? Tak, razem z Kubą i zapaleńcami z Fabryczna ART zrealizowaliśmy pełnometrażowy film. Bez nacisków, ale i bez dotacji z zewnątrz. W listopadzie miał premierę na festiwalu „Pełny Metraż” w Lublinie. W wakacje planujemy drugą fabułę. Jest jeszcze, dzięki Bogu, kilku reżyserów, którzy nie idą na żadne kompromisy, nie ulegają modom: Mariusz Grzegorzek, Wojtek Smarzowski, może jeszcze paru innych. Dla nich warto ileś lat nie grać nic, by później zaistnieć w czymś takim jak „Dom zły”. Dzięki takim ludziom mam poczucie, że nie oddaliłem się od dobrego filmu. Nie, żebym miał coś przeciwko produkcjom telewizyjnym czy komediom romantycznym, lecz widziałem ostatnio sporo takich rzeczy i za to, co zrobiono, obsadę i reżysera trzeba by spalić na stosie. Nie muszę zresztą potwierdzać swojej pozycji w zawodzie nieustanną obecnością w szmirze, w jakichś „śpiewograch na lodzie”. Myślę, że mogę tak mówić, bo kilka razy odmówiłem udziału w takim programie. Młodszych kolegów mógłbym jeszcze zrozumieć, ale gdy zobaczyłem tam Jerzego Zelnika czy Grażynę Szapołowską… byłem zażenowany. – Mocne słowa. Ale i panu zdarzyły się jakieś rólki w serialach komediowych. Czy nigdy nie miał pan chęci odejść od ról zdeterminowanych przez pańską charakterystyczność i od tego, co pan robił do tej pory? – Każdy aktor chce grać wbrew swoim warunkom fizycznym i psychofizycznym. Wydaje mi się, że zawsze dość chłodno i realistycznie myślałem o swoim zawodzie, świadomie dokonywałem wyborów. Nie miałem wymarzonych ról. Nie chciałem ich mieć. Bałem się rozczarowania. To na ówczesny czas poważne i trzeźwe myślenie, dziś też wydaje mi się nie do końca głupie. Ja bardzo wcześnie musiałem dorosnąć – jestem jedynakiem, z natury samotnikiem, po ukończeniu podstawówki wyprowadziłem się z domu, by kontynuować naukę. Obce były mi młodzieńcze fascynacje. Wiedziałem, że od razu miną. Zawsze wszystko szybko sprowadzałem na ziemię, to znaczy: aktorstwo traktowałem nie jako misję, ale zawód, nie jako powołanie, ale rzetelne wyuczenie się rzemiosła. A gdy przy tym coś zaiskrzy – to fantastycznie. Choć przyznaję, jak sięgam pamięcią, zawsze chciałem grać. Jeszcze jako dziecko zapytałem mamę, czy istnieje coś takiego jak szkoła aktorska po podstawówce. Wybuchnęła śmiechem i odpowiedziała, żebym najpierw dostał się do liceum, ukończył je, a później, jeśli nadal świtałoby mi to w głowie… Brała to za dziecięcą fanaberię. – A gdzie cała ta mistyczna otoczka zawodu aktora? – Wie pan, uczyłem się w Krakowie, tam chodziłem do teatrów i to one mnie ukształtowały, głównie Stary Teatr. Klasyczny, repertuarowy, aktorsko-reżyserski. Nigdy nie lubiłem tzw. awangardy studenckiej, teatrów offowych, ulicznych. Gdyby istniał tylko taki teatr, nigdy bym nie został aktorem. Mnie najbardziej interesuje mądra, prosto opowiedziana, piękna historia, z dającą do myślenia puentą. Niektórzy mówią, że to skostniały teatr. Niech i tak będzie. – Wystarczy spojrzeć na pańskie role w tym sezonie w „Jaraczu”: w „Nad”, „Produkcie”, by przekonać się o sile oddziaływania takiego „skostniałego” teatru. Wyraziste, wbijające w fotel kreacje i świetny przykład uzupełniania się aktora i reżysera. – Bo ja w ogóle, nie tylko do reżyserów, mam w tym zawodzie szczęście. Ono polega na pojawianiu się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Tak było z Falkiem i „Samowolką”. Gdy kończyłem we Wrocławiu szkołę teatralną, zaczęły powstawać agencje aktorskie. W jednej z nich Falk zobaczył moją fotografię i zaprosił na zdjęcia próbne. Miałem szczęście, bo film spotkał się z ogromnym oddźwiękiem. Oczywiście, zdobyłem jakąś tam popularność, za „Samowolką” poszły kolejne propozycje. W teatrze w Poznaniu spotkałem Tomasza Zygadłę, który zrobił tam ze mną spektakl. Sam był na etacie w łódzkim „Jaraczu”, sprowadził mnie tu, gdzie trafiłem na dyrektora Waldemara Zawodzińskiego, u którego zagrałem w ośmiu przedstawieniach. Spotkałem Bogdana Hussakowskiego, Basię Sass, wspomnianego Mariusza Grzegorzka, u których gram duże, często główne role. Mam poczucie spełnienia zawodowego i oby to trwało. Tylko jakby wszystko to się działo niezależnie ode mnie. Obcy jest mi nawyk rozpychania się łokciami. Kompletnie nie jestem przystosowany charakterologicznie do tego zawodu. – Czy przychodzi taki moment, gdy sprawy materialne stają się nieistotne i można mówić tylko o satysfakcji z pracy? – Dla mnie taki moment następuje, gdy tekst jest już opanowany i człowiek zaczyna się bawić, wchodzić w skórę postaci. O, to jest fascynujące! Dorosły mężczyzna może sobie pozwolić, by kogoś poudawać jak dziecko. A im bardziej się to uda, tym ta zabawa jest fajniejsza. Natomiast początkowych etapów pracy nad rolą, prób stolikowych nie znoszę. Niektórzy moi koledzy je ubóstwiają jako „intymne spotkania ze sztuką”. Szalenie lubię pracę z Mariuszem Grzegorzkiem, który w teatrze dużo rzeczy robi po filmowemu. Jakby miał rozrysowane całe story. On potrafi bardzo łagodnie unikać tej wstępnej niezręczności podczas prób, daje aktorowi poczucie bezpieczeństwa. – Zdarzyło się, że gdy oglądał pan innego aktora, „trafiło” pana: do licha, to jest wielkie? – Myślę, że mieliśmy i nadal mamy wielu wspaniałych aktorów. Nazwiskami można sypać jak z rękawa: Igor Przegrodzki, Zbigniew Zapasiewicz, Franciszek Pieczka, Roman Wilhelmi, Bogusław Sochnacki, Gustaw Holoubek, Tadeusz Łomnicki i cały worek innych, a każdy jedyny w swoim rodzaju. „Trafiało” mnie często podczas oglądania Janusza Gajosa, w filmach, w teatrze telewizji. Rzadziej, niestety, widziałem go w prawdziwym teatrze. A jego rola w filmie „Żółty szalik” to jest Oscar. Ale idoli, mistrzów – tych nigdy nie miałem. *aktor Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi Córka Skonego Aleksandra Talaga-Nowacka Pamiętają Państwo karykatury Skonego – Józefa Skoniecznego – w łódzkich gazetach i czasopismach oraz ogólnopolskich periodykach satyrycznych, od „Muchy” po „Szpilki”, „Rózgi”, „Kaktusa” czy „Karuzelę”? Jego często nagradzane prace prezentowano na wystawach w Montrealu, Moskwie, Skopie, Atenach, Berlinie, Mediolanie, pojawiały się też w zagranicznych pismach. Nieżyjący już Skony – łodzianin, absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi – był jednym z najwybitniejszych polskich mistrzów rysunku humorystycznego. Ostatnio przypomniano jego nazwisko na głośnej wystawie w Muzeum Karykatury w Warszawie, poświęconej satyrze w czasach PRL. Jak wspomina łódzki przyjaciel artysty, red. Henryk Pawlak: – Nie był w swej satyrze złośliwcem, nie znęcał się nad bohaterami rysunków. Szukał w nich śmieszności. A że śmiech może zabić, to już inna sprawa… Był chyba z urodzenia humorystą. Najpełniej wyrażał się w formie rysunku bez podpisu, sztuce dzisiaj zanikającej, gdy w mediach króluje „rysowany felieton”, w którym obraz jest dodatkiem do tekstu. Skony uważał, że wszystko, co ma do powiedzenia o człowieku albo o sytuacji, może pokazać rysunkiem, nawiązać dialog z odbiorcą bez pośrednictwa słowa, bez narzucania interpretacji. Mógł sobie na to pozwolić, operując warsztatem profesjonalnego artysty. Wiedział, co to znaczy ekspresja kreski, kompozycja obrazu, synteza znaku plastycznego. O to ostatnie najbardziej mu chodziło, bo tu odkrywał paradoksy, nieoczekiwane skojarzenia, idiotyzmy naszej codzienności. Tu rodziła się śmieszność, urok i niepowtarzalny wdzięk humoru. Choć Skonieczny znany jest głównie z satyr, tworzył też grafiki i malował – preferował akademicki realizm. Skony miał córkę, Grażynę, która już jako kilkulatka próbowała go naśladować. Ojciec patrzył na obrazki z uśmiechem – nigdy nie narzucał córce swojej wizji, nie komentował. Niekiedy tylko doradzał wybór koloru. On wolał stonowane, spokojne beże i zielenie, córka preferuje żywe barwy Prowansji i Hiszpanii. Ale to dopiero od czasu, gdy zamieszkała we Francji i zaczęła podróżować po krajach śródziemnomorskich, napawać się ich słońcem. Wcześniej, w Anglii, inspirował ją mglisty klimat Wielkiej Brytanii, nastrojowy świat z obrazów Williama Turnera – którego nazywa swoim mistrzem. Od dwóch lat żyje w Szwajcarii – może miejsce słonecznych barw zajmą chłodne błękity alpejskich lodowców? Ale po kolei… Józef Skonieczny był pierwszym członkiem rodziny, który poszedł artystyczną drogą – córka wstąpiła w jego ślady. W mieszkaniu Skoniecznych bywali artyści, a ich rozmowy pobudzały wyobraźnię. Podobnie jak oglądane albumy malarstwa. Grażyna już w szkole podstawowej zaplanowała, że zostanie artystką. Do egzaminu do PWSSP przygotowywała się w pracowni rysunku Łódzkiego Domu Kultury – w jej grupie był m.in. Grzegorz Chojnacki, obecny rektor tej uczelni (już ASP). Odegra on jeszcze pewną rolę w życiu Grażyny… Łódź – Londyn Już w czasie studiów wyjechała do Londynu. Na prywatce poznała pochodzącego z Libanu Greka, George’a. Ciężko było się rozstać, ale rozpoczęta nauka obligowała. Przez dwa lata żyli daleko od siebie. W końcu w 1979 r. wzięli ślub – w Łodzi. I… znów żyli na odległość. Dyplom przecież wciąż był nieobroniony. Tak zostało do dzisiaj. Młoda mężatka wyjechała, żeby wreszcie być z mężem. Już miała wracać, by zrobić „nieszczęsny” dyplom, ale… ogłoszono stan wojenny. W tym roku mija 30 lat, od kiedy mieszka za granicą. Funkcjonuje tam jako Anna. – To moje drugie imię. Pierwsze jest nie do wymówienia poza Polską – mówi. W Londynie Grażyna Skonieczna-Karyoti – wyjątkowej urody słowiańska blondynka – urodziła syna Nicholasa, a siedem lat później równie jak ona piękną córkę Oliwię – bałkańską brunetkę. Przez pierwsze lata czuła się na obczyźnie zagubiona. Potem założyła z mężem – specjalistą z branży IT – firmę graficzną. Ona zajmowała się projektowaniem kart okolicznościowych, papierów ozdobnych, on – sprawami organizacyjnymi. Aż w kraju nastał kryzys i firma została sprzedana. W wolnych chwilach Grażyna Skonieczna poświęcała się sztuce wyższej. Dom był mały, za pracownię służyła więc kuchnia. W Anglii zafascynowała się malarstwem akwarelowym, które ma tam bogate tradycje. Akwarela idealnie odpowiadała jej warunkom mieszkaniowym – małe formaty, łatwo zmywalna farba. Londyn – Paryż – Genewa Po sprzedaniu firmy pan Karyoti znalazł pracę w Paryżu. Gdy po 12 latach spędzonych w Anglii wszyscy przenieśli się do Francji, do malowniczego miasteczka Poissy, pojawiły się pewne problemy. Jednak po dwóch latach rodzina stanęła na nogi. Pani Grażynie czas upływał na malowaniu – tym razem w dużym domu znalazło się miejsce na pracownię. Można było znacznie powiększyć formaty obrazów i zmienić technikę malarską, zwłaszcza że artystkę zainspirował śródziemnomorski pejzaż, intensywne, świetliste kolory – a te trudno osiągnąć za pomocą akwareli. Zaczęła używać farb akrylowych i olejnych, dodawać do nich piasku – by stworzyć na płaszczyźnie trójwymiarowy świat. Jej prace nabrały dynamiki i rozmachu. W Londynie malowała realistyczne obrazki, tutaj zaczęła przetwarzać rzeczywistość w abstrakcyjne formy. Wystawiała prace, współpracowała z galeriami, dawała lekcje malarstwa i rysunku. Ale kilka lat później rodzina Karyoti musiała przenieść się do szwajcarskiej Genewy. Znów z powodu pracy męża. Pani Grażyna zamierza rozpocząć współpracę ze szkołami artystycznymi. Chciałaby być nauczycielką, a jednocześnie promować sztukę młodych artystów – również polskich. Ma ochotę porzucić abstrakcję i wrócić do przedstawień człowieka; zamierza przypomnieć się w Polsce, pokazując swoje prace na wystawach. Syn i córka nie poszli w ślady mamy – oboje wybrali ekonomiczne wykształcenie. Ale Oliwia (21 lat) jest wrażliwa na muzykę, a Nicholas (28 lat) uwielbia architekturę. Znowu Łódź? Pani Grażyna bywa w Łodzi regularnie. To jej miłość. Wiadomo – sentyment. Ale nie tylko. Uważa, że miasto ma ogromny potencjał. Promuje je w swoim środowisku – w Londynie, Paryżu czy Genewie, opowiadając o jego fabrykach, pałacach, a zwłaszcza kamienicach. – Są przepiękne, ale niszczeją – trzeba je ratować i pokazać światu! Łódź w porównaniu z Warszawą ma ludzką skalę. Nie przytłaczają wielkie przestrzenie. Świetnym miejscem, które koniecznie należałoby ożywić, jest Stary Rynek. Miasto ceni cała rodzina Karyoti. Nicholas jest nim zafascynowany. Mówi, że gdyby był miliarderem, wszystkie pieniądze zainwestowałby w Łódź. Pani Grażyna z każdą przeprowadzką zbliża się do Łodzi o jakieś 100 km. Być może niedługo wróci całkiem, choćby na krótko. Rektor Chojnacki zaproponował jej dokończenie studiów. – Poważnie się nad tym zastanawiam. W końcu to tylko jeden semestr… Się kręci Bogdan Sobieszek Czy Łódź filmowa nadal istnieje? Jak najbardziej. Świadczą o tym liczne produkcje, które albo już się rozpoczęły, albo rozpoczną niedługo. Łódzkie studio Opus Film będzie głównym producentem nowego, pełnometrażowego obrazu słynnych reżyserów braci Quay (bliźniaków Stephena i Timothy’ego) zajmujących się animacją. Projekt oparty jest na „Sanatorium pod Klepsydrą” Brunona Schulza. Będzie się składał w 30 proc. z animacji, którą w całości reżyserzy zrealizują w swoim studiu w Londynie. Pozostała część filmu, tzw. żywy plan, powstanie w Łodzi, z polską obsadą i po polsku. Dekoracje staną w hali zdjęciowej Opusu przy Łąkowej. – „Sanatorium pod Klepsydrą” braci Quay powstaje w koprodukcji polsko-francuskoniemieckiej i będzie uzupełnieniem dzieła Wojciecha Jerzego Hasa – mówi Ewa Puszczyńska ze studia Opus Film. – Mam nadzieję, że produkcja ruszy pod koniec tego roku. Będzie to chyba największe wydarzenie nadchodzących miesięcy w Łodzi filmowej. Opus Film jest najprężniej działającą firmą producencką na naszym terenie i to głównie za sprawą projektów rozwijanych w Opusie Łódź nie wypada z branży. Po premierach „Zera” Pawła Borowskiego i „Mojej krwi” Marcina Wrony studio właśnie kończy prace nad kolejnym filmem fabularnym „Kitka” (wcześniejszy tytuł „Dwa światy zaświaty”) w reżyserii Ryszarda Brylskiego. Scenariusz napisała Agata Nowak, łodzianka mieszkająca w Pradze. – Urzekło mnie to, że projekt był taki „czeski”, inny niż wszystkie nasze scenariusze – mówi Piotr Dzięcioł, szef studia Opus Film. – Ryszard Brylski z Wojtkiem Lepianką, rozwijając scenariusz, zachowali ten „czeski” rys. Powstało bardzo fajne kino, może nawet komercyjne, ale w dobrym znaczeniu. Bohaterką jest młoda dziewczyna wchodząca w życie. Osiemnastoletnia Kitka ma niezwykły dar – potrafi kontaktować się z duchem zmarłej matki. Matka odwiedza ją, bo nie chce, by dziewczyna przegapiła prawdziwą miłość – do chłopaka, który mieszka i pracuje tuż obok niej. W głównych rolach: Helena Sujecka, Cezary Łukaszewicz, Marcin Łuczak. Na ekranie pojawią się także: Katarzyna Figura, Jerzy Trela, Bronisław Wrocławski, małżeństwo Basińskich z kabaretu Mumio, Antoni Pawlicki, Marek Kasprzyk. Opus przygotowuje również, w koprodukcji polsko-niemiecko-francuskiej, nowy obraz Ariego Folmana (autora „Walca z Bashirem”). „Kongres futurologiczny” jest luźno oparty na powieści Stanisława Lema. Główną rolę zagra Robin Wright Penn. Film opowiada o aktorce, która zawarła nietypową umowę z wielkim studiem filmowym. Jej wizerunek ma być zeskanowany, by w kolejnych produkcjach była wciąż młoda i piękna. Co najmniej tydzień zdjęć zaplanowano w Łodzi. Ich autorem będzie polski operator Paweł Edelman. Początek prac w przyszłym roku. Część animowaną wykona firma z południa Polski. „Siostra miłosierdzia” to nowy film Pawła Pawlikowskiego („Lato miłości”). Opus jest jego producentem wiodącym. Historia rozgrywa się we Wrocławiu, ale część zdjęć prawdopodobnie zostanie zrobiona w Łodzi. Scenariusz napisali Cezary Harasymowicz i Paweł Pawlikowski. To rzecz o zakonnicy, która dowiaduje się, że jest Żydówką. Na etapie rozwijania scenariusza w Opusie jest kolejny film Sławomira Fabickiego pt. „Jingo”. Zdjęcia zaplanowano na 2011 rok. Jeden z głównych bohaterów to szympans, który jest przewożony na sympozjum do Warszawy. Pod drodze wagon ze zwierzęciem zostaje odłączony od składu przez złodziei, którzy myśleli, że w środku są telewizory. Szympansa nie chcą. Zabiera go więc do domu mały Marek, który razem z kolegami pomagał przestępcom. Chłopiec i małpa zaprzyjaźniają się. Opus ma w planach także koprodukowany z Norwegami serial kryminalny. Duża część tej historii dzieje się w Łodzi – film pokazuje miasto czarne, złe, podziemne. Inny projekt jest oparty na powieści Marii Nurowskiej „Listy miłości”. Do Opus Film zgłosili się też Włosi z propozycją zrobienia filmu na podstawie dramatycznych wydarzeń związanych z przetrzymywaniem polskich pracowników na farmach włoskich. Łódź Film Commission, która zajmuje się wspieraniem lokalnego przemysłu filmowego, pracuje nad ściąganiem do Łodzi kolejnych produkcji. W marcu realizowano zdjęcia do nowego filmu w reżyserii Agnieszki Holland „Ukryci” (koprodukcja polsko-niemiecko-kanadyjska). Akcja rozgrywa się podczas okupacji hitlerowskiej. Drobny złodziej zmienia się w bohatera – ukrywa grupę Żydów z lwowskiego getta. Zdjęcia kręcono przez osiem dni w łódzkich kanałach, przy ul. Wojska Polskiego, Włókienniczej i Nowomiejskiej oraz na terenie Starego Miasta w Piotrkowie Trybunalskim. W pofabrycznych obiektach przy ul. Siewnej w Łodzi trwa produkcja filmu „Projekt Chopin” realizowana przez firmę Breakthru Films (producent oscarowego „Piotrusia i Wilka”). Obraz powstaje w technice stereoskopowej 3D jako połączenie zdjęć aktorskich z animacją lalkową. Jest reżyserowany przez Martina Clappa, Marka Skrobeckiego (kreacja, scenografia), Adama Wyrwasa (animacja). Autorem zdjęć jest Krzysztof Ptak, muzykę wykonuje słynny Lang Lang. W Se-ma-forze również powstaje animowany obraz poświęcony Chopinowi – autorski projekt Balbiny Bruszewskiej. Premiera – jesienią 2011 roku.