Udanych wakacji życzy Bartek

Transkrypt

Udanych wakacji życzy Bartek
Numer 3
Rok szkolny 2014 / 2015
Nie ma dla nas rzeczy niemożliwych! Bartek, by poznać lepiej Świat!
Bartek
Szkolna gazetka
Gimnazjum nr 7
im. Bartosza Głowackiego
w Krakowie
Udanych wakacji życzy Bartek !
"Moja przygoda z książkami"
Kocham książki !
Dnia 18 kwietnia tego roku odbył się
,,I Małopolski Zjazd Miłośników Książek''.
Został on zorganizowany przez uczennice
Gimnazjum nr 1 w ramach projektu
edukacyjnego. Uczestniczyło w nim około
pięćdziesięciu osób. Na liście zapisanych było stu
trzech uczestników. Połowa z nich nie wzięła
niestety udziału z powodu brzydkiej pogody.
Większość osób stanowiła młodzież w wieku od
12-17 lat, ale …
…
dość
suchych
faktów!
Na Rynek dotarłam wraz z siostrą dokładnie o
dziesiątej. Na spóźnialskich czekaliśmy pół
godziny, natomiast nawet mróz nie umiał
popsuć nam przyjemności poznawania nowych
ludzi. W końcu wyruszyliśmy i spokojnym
krokiem ruszyliśmy w stronę gimnazjum. Na
miejscu dotarliśmy po kilkunastu minutach.
Wstęp kosztował umowną złotówkę na pokrycie
kosztów nagród. Wśród tłumu dziewcząt
zauważyła dwie męskie postacie, myślę że
przestraszyli się nadmiaru płci przeciwnej i nie
wzięli udziału w atrakcjach przygotowanych
przez organizatorki w naszym wieku! Wchodząc
wybieraliśmy kolorowe paski, które oznaczały
przydzielenie
do
naszych
grup.
Wszystko odbyło się na średniej wielkości sali
gimnastycznej. Z przyjemnością weszłam do
czystego pomieszczenia, ale cóż to! Już koło
drzwi z wewnętrznej strony sali czekała na nas
niespodzianka.
Każdy
otrzymał
śliczną
bransoletkę z zawieszką w kształcie książeczki.
Teraz noszę ją codziennie. Okazało się, że dwie z
organizatorek tworzą własną biżuterię na
podstawie książek! Na początek oczywiście były
podziękowania za przybycie oraz przydzielenie
do odpowiednich grup. Zespół, w którym się
znajdowałam
liczył
dziewięć
osób.
W jednym zabrakło dwóch osób, natomiast w
naszym było o dwie za dużo. Postanowiłam
wraz z przyjaciółką, że to my się przeniesiemy.
W końcu to sposób na poznawanie coraz
większej ilości ludzi. W nowym zespole czułam
się świetnie. Pierwszym zadaniem, która dostała
każda grupa było podejście do wybranych
stanowisk, które nam podano. Na całej sali
rozmieszczone były sześć stanowisk, związane z
jednymi z najpopularniejszymi książkami
młodzieżowymi w XXI wieku, czyli: "Harry
Potter", "Niezgodna", "Igrzyska Śmierci", "Percy
Jackson i Bogowie Olimpijscy", "Pretty Little
Liars"
oraz
"Gwiazd
naszych
wina".
Na pierwszym stanowisku u Harry'ego
tworzyliśmy swoje własne mikstury, za zadanie
było utworzenie koloru odpowiadającego
grupie.
Nasza
drużyna
miała
kolor
pomarańczowo-czerwony. W drugiej stacji
przedstawialiśmy historię z ,,Niezgodnej" z
wylosowanym
przez
nas
bohaterem,
wylosowałyśmy główną "rolę", Tris. Było to dla
nas trudne zadanie, ponieważ nie mamy
zamiłowania do aktorstwa. Historię, więc
przedstawiłyśmy jako parodię. Na kolejnym
stanowisku wzięłyśmy udział w igrzyskach, ale
nie takich olimpijskich lecz śmierci, oczywiście!
Dałyśmy z siebie wszytko byłyśmy jedną z
najlepszych grup w tym wyzwaniu. Niestety
kolejne stanowisko wymagało szczególnego
myślenia... i talentu muzycznego! Wspólnymi
siłami udało się nam napisać świetną piosenkę
głoszącą o dalszych przygodach bohaterów.
Jednakże najpracowitszą osobą w tym zadaniu
była moja przyjaciółka z niesamowitym głosem,
to nie fair! Dalsze stacja była naprawdę trudna,
szczególni,e że żadna z nas nie przeczytała tej
książk,i lecz miałyśmy naprawdę dużo szczęścia.
Była to zagadka związana z tajemniczą A. i jej
zagadką zostawioną w aucie. Miałyśmy zgadnąć,
gdzie
auto znajdowało się w miejscu
publicznym . Postawiłyśmy na parking i
zdobyłyśmy punkty za dobrą odpowiedź.
Niesamowite, nie?! I tu docieramy do ostatniego
stanowiska.
Jak wiadomo w "Gwiazd naszych wina"
jeden z głównych bohaterów nie widział i w
pewnej sytuacji ze złością rzucał jajkami w czyjś
dom. Naszym wyzwaniem było poczuć się jak
ten bohater! Każda zamknęła oczy i rzuciła w
narysowany rysunek domu wiszący na ścianie
gumową piłeczką. Jest to bardzo trudne, tylko
jedna z nas trafiła i nie byłam to ja.
Po podliczeniu punktów wybrano zwycięską
drużynę.
Nie,
to
nie
byłyśmy
my.
Zajęłyśmy drugie miejsce, pierwsza grupa miała
nad
nami
przewagę
pół
punktu!
Nie przejęłam się tym, ponieważ naprawdę
dobrze się bawiłam. Po tej energetycznej
zabawie mieliśmy czas na zakup fandomowej
biżuterii. W ten sposób zyskałam prześliczny
wisiorek z kosogłosem. Przerwa minęła i tym
razem chętni wzięli udział w quizie, w którym
nie zabrakło pytań z wielu innych książek.
Następnie uzupełniliśmy ankietęczy
chcielibyśmy żeby zorganizowano drugi zjazd.
Jestem pewna, że wszyscy odpowiedzieli: tak.
Tym razem atrakcją był udział w konkursie, w
którym tematem było przebranie się za
bohaterów z książek. Moja siostra bliźniaczka i ja
"przebrałyśmy się" za bliżniaków Conora i
Travisa z Percy'ego. Wiele osób wykazało się
niezwykłą pracowitością i pomysłowością,
przebrania były jak z bajki! Wyznaczono trzech
zwycięzców i jedno wyróżnienie! Jak już
wspomniałam stroje były kapitalne. Pod koniec
zjazdu rozdano nagrody, którymi były oczywiście
książki i jeszcze raz serdecznie podziękowano za
przybycie. Chętni, którzy nie mieli dosyć, poszli
razem coś zjeść. Usiedliśmy przy stolikach i
rozmawialiśmy o swoich ulubionych bohaterach
i książkach.
Natomiast więcej informacji znajdziecie
na tej stronie: http://mimcity.pl/i-malopolskizjazd-milosnikow-ksiazek-relacja-i-galeria-zdjec/
, bo przecież nie mogło zabraknąć mediów.
Była to niesamowita przygoda i dzień
pełen wrażeń. Naprawdę mi się podobało. Mam
szczerą nadzieję, że kiedyś to powtórzę!
Anna Orzech kl. IB
Poczytajcie!
Londyn 28.03.15 r. godz. 20:16
Drogi pamiętniku!
Właśnie zjadłyśmy kolację i teraz siedzimy w swoim pokoju na piętrze. Po długim zwiedzaniu
Londynu,
jesteśmy strasznie zmęczone. Byliśmy dzisiaj w wielu miejscach, odwiedziliśmy
NationalMuseum. Było tam całkiem fajnie, tylko że po zrobieniu stu zdjęć mój aparat się rozładował,
więc musiałam użyć telefonu komórkowego. Mój błąd. Robiłam zdjęcia Poli i Natalii, które z wielką
chęcią pozowały z eksponatami. Przyznam, że Pola świetnie pasuje do tygrysa szablozębnego.
Następnie, udałyśmy się do Sali Zmysłów.
No, a tam spotkałyśmy Kasię, Alę i Kubę, których
wcześniej zgubiłyśmy. Tak, zapomniałam wspomnieć, że poszli do toalety, a my ich zostawiłyśmy…
Rozeszliśmy się we dwie strony. Ja z Polą i Natalią, a Ala razem z Kasią .Chyba dziewczyny też
zgubiły Kubę, bo potem do nich dzwonił. Ale najważniejsze było to, że w sali z kamieniami
szlachetnymi był dostęp do wifi!!! Prawie cały Facebook był wypełniony postami oraz zdjęciami z
naszej wycieczki. Następnie Pola chciała udać się do sklepu z pamiątkami, więc musiałyśmy z nią iść.
Ona tak strasznie szybko chodzi, prawie nie zdążyłyśmy jej dogonić! Sklep znajdował się przy samym
wejściu do muzeum. Był OGROMNY i posiadał dużo ciekawych pamiątek, między innymi długopisy
z logiem muzeum, kartki pocztowe, zabawki i dużo innych rzeczy. Ale moją uwagę przykuły
pluszowe pingwiny, które były w koszu naprzeciwko wejścia. Spojrzałam na nie od razu, ponieważ
uwielbiam pingwiny. Są takie puszyste i można się do nich przytulać ( ale to nie jest czas na
opisywanie pingwinów ). Dodam tylko, że w przyszłości na 100% kupię sobie żywego pingwina i
nazwę go Luke, a jeśli to będzie dziewczynka to China. Koniec już ze zwierzętami. Obok
NationalMuseum znajdowało się drugie, bardzo duże muzeum. Można było do niego wejść, ale nam
zabrakło czasu. Po zakończeniu zwiedzania, podeszliśmy do autokaru gdzie czekały już na nas
dziewczyny z grupy, czyli Oliwia, Irmina, Iwona, Zuza i Ola. Chyba był ktoś jeszcze..
A tak, przypominam sobie. Hubert, Marcin, Kacper i jacyś drugoklasiści. No a potem już
dotarła cała grupa. Wsiedliśmy do autokaru i pojechaliśmy do NASTĘPNEGO muzeum, czyli do
Madame TussaudsMuseum. Mówiąc w skrócie, było to muzeum figur woskowych. Podeszliśmy do
kolejki, w której aż roiło się od ludzi z Chin, czy tam z Japonii. Dostaliśmy bilety i weszliśmy do
środka. Podzieliliśmy się na 2-3 osobowe grupki, którymi się przemieszczaliśmy po obiekcie. Ja
oczywiście byłam PO RAZ KOLEJNY z Polą i Natalią. Pola była wszędzie. Dosłownie. Raz ma
zdjęcie z Georg’emClooney’em, raz z Julią Roberts, potem poszła do Johnny’egoDeepa, przy którym
stała Ala. Wspominałam już chyba o Ali? Ja zostałam z Natalią, więc zrobiłam jej kilka zdjęć. Ale
ciekawsza była druga sala. Była tam Marilyn Monroe, którą moja siostra uwielbia, Katniss, z serii o
Igrzyskach Śmierci oraz dużo innych postaci. No, i znalazłam Oliwię.
W końcu. Następnie przeszliśmy do Sali muzycznej, w której przedstawieni byli piosenkarze i
piosenkarki. Oczywiście był zespół, którego ja nie lubię, czyli One Direction. Czy oni muszą być
wszędzie?1 Naprzeciwko Sali muzycznej było pomieszczenie z rodziną królewską i z byłymi królami
Anglii. Razem z Natalią zrobiłyśmy sobie zdjęcie z królem Henrykiem VIII. Znaczy, Jerzy nam zrobił.
Gdy już wrócimy do Polski, to pokażemy zdjęcie pani od angielskiego. Była jeszcze jedna sala, w
której była projekcja filmu o super bohaterach, czyli Iron Manie, Spider Manie i takich tam. Czas
zwiedzania się skończył, więc pojechaliśmy na parking, z którego rodziny zabierają nas do swoich
domów.
Muszę już kończyć, bo zaraz będziemy oglądać z dziewczynami - Polą, Natalią i Olgą
(o Oldze jeszcze nic nie wspominałam) filmy.
Dobranoc pamiętniku, odezwę się jutro! 
Julia
14. PKO Cracovia Maraton, czyli biegnij z nami!
W niedzielę, 19 kwietnia
odbył się 14. PKO Cracovia Maraton.
Osoby chętne mogły uczestniczyć w
wolontariacie, który obejmował depozyt
oraz punkty żywnościowe. Grupa, z którą na
niego poszłam była w depozycie. Naszym
zadaniem było przechowanie rzeczy
biegaczy. Należało być na miejscu przed
godziną 7, bo musieliśmy przygotować
namiot na przyjęcie worków z rzeczami.
Ustawiliśmy stoły, po czym zabraliśmy się
do przyklejania kartek z numerami. Jak się
wyrobiliśmy z tą pracą organizator wziął 8
osób z naszej grupy, ponieważ nam
najsprawniej szło ze wszystkich grup
wolontariuszy.
Jak się okazało, musieliśmy
niebieski dywan na mecie!.
rozwijać
Biegacze zaczęli się przygotowywać do
startu. Ta część zadania nie była taka trudna.
Najcięższe było dopiero przed nami.
Wracając do depozytu ledwie się
przecisnęliśmy przez tłum ludzi. Czuliśmy
się jak sardynki w puszce. Jak weszliśmy do
depozytu dopiero mogliśmy na kilka sekund
odetchnąć. Ale zaraz musieliśmy brać się do
roboty. Ludzi było masa. Wszyscy
wolontariusze biegali w tam i z powrotem,
aby wziąć od uczestników ciężkie worki.
Nie było łatwo ogarnąć to wszystko. Nasza
grupa i dwie, które miały stanowisko blisko
naszego, układały worki tym samym
sposobem, lecz następne grupy zmieniły
kolejność, przez co mieliśmy niemały
problem. Z każdą chwilą ludzi było coraz
więcej, przez co zaczynaliśmy nie nadążać.
Dopiero około godziny 9 mogliśmy zwolnić.
Większość uczestników już się ustawiła na
starcie. Po rozpoczęciu biegu musieliśmy
ułożyć worki tak, abyśmy mieli pomiędzy
nimi przejście. Przez to, że części numerów
po prostu nie było, musieliśmy szukać tych,
które były po nich. Mieliśmy do oddania
mniej więcej 4 tysiące worków… Około pół
godziny później przyszli policjanci z psem.
Gdy z jego pomocą sprawdzali worki, my
postanowiliśmy z kilkoma osobami iść po
gadżety. Wróciliśmy cali obładowani
balonami, trąbkami, wiatrakami i innymi
zabawkami  .
Z dziewczynami
wpadłyśmy na pomysł, aby zacząć
przedrzeźniać kolegę. Chodziłyśmy za nim
trąbiąc, tłukąc się kołatkami i dmuchanymi
pałkami. Zrobiliśmy największy hałas ze
wszystkich. Pomogli nam w tym nasi
opiekunowie, którzy bawili się tymi
gadżetami jak dzieci…
Reszta osób z innych szkół czy grup trochę
dziwnie na nas patrzyła, bo się po prostu
goniliśmy z balonami w rękach, krzycząc
przy tym i śmiejąc się. Jak się w miarę
uspokoiliśmy, dostaliśmy czas wolny.
Oczywiście parę osób musiało zostać w
namiocie. Gdy kupiliśmy coś ciepłego do
picia, wróciliśmy do depozytu. Tam
siedzieliśmy, rozmawiając czy jeżdżąc
hulajnogą druha Leszka. Po godzinie 11
pierwsi uczestnicy zakończyli swój bieg.
Musieliśmy zacząć, ponownie obsługiwać
ludzi.
Biegacze ledwie szli. Byli owinięci złotą
folią, która zapewniała im choć trochę
ciepła. Wykończeni opierali się o stoliki.
Urządziliśmy sobie małe zawody, kto
szybciej odda i obsłuży ludzi. Szliśmy łeb w
łeb. Biegacze szybko dostawali swoje worki,
za co byli wdzięczni, bo mogli szybciej iść
odpocząć. Przez następne 2 godziny
biegaliśmy po worki, a końca nie było
widać. Było ich bardzo dużo. Po godzinie
14 zaczęło trochę ubywać. Gdy w naszych
rzędach było mało worków, rozdzielaliśmy
się na inne stanowiska. Gdy zostało mniej
więcej ze 30 sztuk, trochę się zaczęliśmy
nudzić. Organizator powiedział, że jeśli
jesteśmy głodni to możemy sobie wziąć
banany, kanapki, ciastka i wodę.
Już dawno tak się nie nabiegałam...
Niecierpliwie
czekaliśmy na ostatnich
biegaczy. Już po 15:20 mogliśmy sprzątać
namiot. Złożyliśmy ławki, odkleiliśmy
kartki, zebraliśmy śmieci i zanieśliśmy
resztę rzeczy do auta. Artykuły spożywcze,
które nie zostały zjedzone zostały
zawiezione do szpitali. Pożegnaliśmy się ze
sobą i mogliśmy, zmęczeni wrócić do domu.
To był wyjątkowy maraton! Już dawno tak
się nie nabiegałam...
Ola Orzech
Poczytajcie!
„Jacek Kaczmarski : Birkenau - moimi oczami…”
Twórcą współczesnym, który bardzo często odwoływał się w swojej twórczości do
innych tekstów kultury, szukając w nich tego, co wspólne, ponadczasowe był Jacek
Kaczmarski. Uniwersalnym źródłem natchnienia dla barda „Solidarności” były Biblia,
historia Polski i świata, mity, postacie, które funkcjonowały w społeczeństwach jako
archetypy. Nie ma chyba osoby, która nie słyszała „Murów” Jacka Kaczmarskiego, ale
pewnie nie każdy wie, że niektóre utwory – ekfrazy tego pieśniarza odwołują się do tekstów
ikonicznych, np.: gobelinów, obrazów, rysunków.
Działalność Kaczmarskiego ma dla wielu szczególne znaczenie. Według mnie, jako
artysta, był on bardzo niezależny, autentyczny, szczery, często ironiczny, brutalny w swoich
wypowiedziach. Jego spojrzenie na świat zostało zapisane w pieśniach, które wykonywał przy
dźwiękach gitary. Czuł się człowiekiem „zakotwiczonym” w kulturze, miał świadomość,
że nie można odciąć się od korzeni, tworzyć coś, co nie będzie miało żadnego związku z
dorobkiem i wartościami prezentowanymi przez poprzednie pokolenia. Dzieje ludzkości to
przecież historia przenikania się dobra i zła. Człowiek zmienił „garnitur”, stworzył
cywilizację, ale czy przez to stał się lepszy, bardziej świadomy swojego człowieczeństwa?
Nie sposób w krótkiej wypowiedzi omówić wszystkie teksty- ekfrazy Jacka Kaczmarskiego.
Ja postanowiłam skupić się na utworze „Birkenau” inspirowanym obrazem Jerzego
Krawczyka, pod tym samym tytułem. Wybór tej ekfrazy był dla mnie oczywisty, ze względu
na moje zainteresowania problematyką II wojny światowej.
Kaczmarski nie jest jedynym twórcą, który podjął w swoim dziele problematykę
obozu hitlerowskiego. Władysław Bartoszewski w książce, pt. „Mój Auschwitz” umieścił
kilka rysunków, obrazów, które bardzo sugestywnie pokazują współczesnemu człowiekowi,
jak wyglądało życie w „piekle na Ziemi”. Równie przerażające są słowa autora o tym, jak
funkcjonowali w tym miejscu Polacy. Mówi on „ Nie zauważyłem, żeby ktokolwiek ukląkł i
błagał o litość. Nie widziałem przypadków histerii. Nikt nie krzyczał, rzucał się, nie płakał”.
Z tego fragmentu wynika, że wielu ludzi było pogodzonych z losem, iż czeka ich śmierć,
gdyż mało kto przeżył ten właśnie obóz zagłady. My, Polacy, musimy zaciekle bronić historii,
tego jak tam było, gdyż prawda o obozach koncentracyjnych jest na świecie bardzo często
przeinaczana. W zagranicznych mediach nieraz możemy się spotkać z określeniem,
iż Auschwitz-Birkenau zbudowali nasi przodkowie. Większość z nas nie chce mieszać się w
dyskusję. Robiąc tak, akceptujemy oczernianie Polski na arenie międzynarodowej. Może się
wydawać, iż dobrego imienia naszego kraju, bronią jedynie byli więźniowie obozów. Tylko
oni zgłaszają głośny sprzeciw przeciwko nazywaniu „Auschwitz- Birkenau polskim obozem
zagłady”. Współczesne pokolenie jest ostatnim, które ma okazje porozmawiać z byłymi
więźniami, dowiedzieć się prawdy: jak było w obozach, jak wyglądało w nich życie. Możemy
doświadczyć autentyzmu, a nie kłamstwa, z którym spotykamy się codziennie, choćby
czytając różnego rodzaju wpisy w Internecie. Miejmy nadzieję, że młode osoby uważające się
za kosmopolitów, zainteresują się choćby na chwilę historią swojego kraju, może wtedy
przestaną rozpowszechniać twierdzenia, że obozy koncentracyjne były stworzone przez
Polaków.
W jednym z reportaży, emitowanym w telewizji z okazji 70 rocznicy wyzwolenia
Obozu, zobaczyłam coś, co mnie przeraziło, a jednocześnie zniechęciło do odwiedzenia tego
miejsca. Było to zdjęcie wychudzonych, małych dzieci. W tym właśnie momencie łzy zaczęły
mi płynąć do oczu. Chłopcy i dziewczęta niewiele przecież młodsi ode mnie, zostali tak
boleśnie doświadczeni przez życie. Większość moich rówieśników pytanych o to, co to jest
„Auschwitz” odpowiada „jeden z dawnych, niemieckich obozów koncentracyjnych”. Dla
mnie jednak, nie jest to pełny opis. To przede wszystkim piekło, w którym życie straciło
ponad milion ludzi, w większości Żydów. Obóz działał w latach 1940-45, a jego
pomysłodawcą był SS-Oberführer Arpad Wigand. Swoją decyzję o zbudowaniu kolejnego,
nazistowskiego miejsca zagłady, tłumaczył, iż przepełnione więzienia na terenie Górnego
Śląska oraz Zagłębia Dąbrowskiego, nie są w stanie pomieścić większej ilości osób. Jednak
propozycja złożona w 1939 roku musiała czekać rok, zanim doszła do skutku. To właśnie
27 kwietnia 1940 roku prawa ręka Hitlera- Heinrich Himmler- podpisał rozkaz założenia
obozu, który pierwotnie miał być miejscem przetrzymywania więźniów politycznych
i opozycjonistów, narodowości polskiej. Po rozbudowie, „Auschwitz”, stał się jednym z
największych miejsc zagłady Żydów, Polaków, Romów, jeńców radzieckich, a także osób
innej narodowości. Jak więc w kontekście prawdy o „Auschwitz” patrzeć ma tekst Jacka
Kaczmarskiego?
W tekście „barda Solidarności”, który składa się z trzech strof, występują rymy
krzyżowe. Jego wymowa nie jest, pozornie, łatwa do zrozumienia. W pierwszej strofie,
Kaczmarski wyraża dość drastyczną myśl. Ludzie, próbujący przeżyć w obozowych
pomieszczeniach są niepotrzebnie w nich przetrzymywani, gdyż tylko pozbawiają piece
solidnego opału, jakim są umarli już więźniowie. Można zadać pytanie, jaki sens ma życie
tych parunastu tysięcy kobiet, mężczyzn, dzieci skoro w zamian za ich istnienia niebo,
dostałoby swój długo wyczekiwany „pokarm”, jakim są szczątki ludzkie. Pierwsza zwrotka
ekfrazy, pokazuje, jak mało ważne dla niemieckich komendantów obozu było ludzkie życie,
skoro bez trudności pozbawiali go codziennie w komorach gazowych tak wielu „bliźnich”.
W drugiej strofie tekstu „Birkenau” Jacek Kaczmarski wyraża w pewien, bardzo
ironiczny sposób krytykę osób odpowiedzialnych za palenie zwłok. Obwinia je o to, iż czas
pomiędzy kolejnym paleniem zwłok jest zbyt długi, a także zarzuca im, iż są nieczuli na „jęki
głodnego komina”. Czytając wszelkiego rodzaju wspomnienia byłych więźniów obozu
Auschwitz- Birkenau, możemy wywnioskować, iż proces palenia zwłok odbywał się prawie
bez przerwy. Jacek Kaczmarski był na pewno „rozgoryczony” postawą komendantów obozu.
Skoro pozbawiali życia tak wielu ludzi, czemu nie pozbawili go jeszcze więcej osób?
Przecież właśnie o to im chodziło. Z zeznań byłych komendantów obozu, możemy
dowiedzieć się, iż swoją postawę tłumaczyli tylko „wypełnianiem rozkazów”. Czemu nie
wykonali powierzonego im zadania do końca? Czemu nie pozbawili życia wszystkich ludzi
narodowości żydowskiej, romskiej, choć według ich wodza, te dwie rasy nie miały racji bytu?
„Po ustalonych raz na zawsze drogach płynie nad nimi ślepe oko Boga”- tak brzmią
dwa, ostatnie wersy pieśni Jacka Kaczmarskiego, pt. „Birkenau”. Wielu ludzi po II wojnie
światowej zadawało pytania: „Gdzie był Bóg, skoro pozwolił na Holocaust?”, „Gdzie był Bóg
skoro pozwolił na budowanie i masowe zabijanie ludzi w obozach koncentracyjnych?”. Ktoś
kto nie żył w tamtych czasach nie jest w stanie racjonalnie odpowiedzieć na te pytania. Żydzi
byli swego rodzaju „kozłami ofiarnymi”. To właśnie oni, jak żadna inna narodowość,
ucierpieli najbardziej podczas II wojny światowej. Ks. Józef Tischner w swojej książce,
pt. „Myślenie w żywiole piękna” najdosadniej pokazuje tę prawdę. W jego dziele
przeczytamy: „Czym był Holocaust? Przypadkiem? Znakiem, że Bóg zapomniał o ludzkości?
Dla Levinasa1 w losie Żydów podczas drugiej wojny ukazała się prawda o naturze
człowieczeństwa. Żydzi stali się „zakładnikami” ludzkości i w ten sposób pokazali światu, na
czym polega „ludzkość”. Nie jest to jedyna odpowiedź na bardzo trudne pytanie, jakie zostało
podane w tej właśnie książce. Wiele osób po II wojnie światowej zastanawiało się nad sensem
wiary w Boga. W tekście ks. prof. Józefa Tischnera znajdziemy taką oto odpowiedź:
„Dopiero po Oświęcimiu możliwa jest „wiara dojrzałych”- wiara, która wierzy i służy Bogu,
nie pytając o nagrodę i nie oczekując dziecięcych pociech”. Wydaje mi się, że Jacek
Kaczmarski z tym poglądem się nie zgadza w utworze „Birkenau”. Bóg stracił wzrok lub nie
chce widzieć. Bycie „ślepym” jest równoznaczne z byciem obojętnym, odwróconym plecami
do świata, cierpienia, zagłady.
Jerzy Krawczyk, malarz, którego praca stała się inspiracją dla Kaczmarskiego,
tworzył głównie dzieła przedstawiające życie obozowe, dotyczące społeczności żydowskiej,
a także dotykał tematu Holokaustu. Jego malarstwo jest bardzo autentyczne, to swoistego
rodzaju komentarz obwiniający ludzi i wykreowany przez nich świat. Czarno-biały, olejny
(stworzony bowiem został w technice olej na płótnie) obraz, powstały w 1961 roku, 20 lat
później stał się inspiracją dla Jacka Kaczmarskiego do stworzenia tekstu pt. „Birkenau”.
Obecnie, wielbiciele twórczości Jerzego Krawczyka, mogą podziwiać dzieło sztuki w
Muzeum Narodowym w Warszawie.
Na obrazie Jerzego Krawczyka możemy zobaczyć, dla większości, dość nieoczywisty
symbol, kojarzący się każdemu człowiekowi z czymś innym. Przedstawione zabudowania
układają się w literę „M”. Według mnie, ten znak chce skierować nas na takie słowa jak:
„mord”, „męka”, „martwi”. Te wszystkie wyrazy bardzo dobrze ilustrują istnienie obozu w
Oświęcimiu. Czarna smuga zauważalna w lewej części obrazu to droga, która poprzez
cierpienia miała zaprowadzić więźniów obozu do Boga. Jeden dzień w tym miejscu dla ludzi
to była wieczność. Tym właśnie niekończącym się symbolem, przedstawionym na obrazie są
tory. Nie wiemy, gdzie i kiedy mają one swój koniec. Na pewno jednak posiadamy wiedzę,
jak to wydarzenie się nazywa. Jest to śmierć, która uwalniała więźniów od niepotrzebnych
cierpień, złudnej nadziei. Czarno- biała barwa obrazu wprowadza nas w nastrój smutku,
zadumy, może także sugerować, iż obozy koncentracyjne są przeszłością, tak samo jak
jednolity kolor wyświetlaczy telewizorów. Pryzmy, które na obrazie budują proste kreski
1
Emmanuel Levinas- (ur. 12 stycznia 1906 w Kownie, zm. 25 grudnia 1995 w Paryżu) – filozof
francuski (pochodzenia żydowsko-litewskiego) oraz komentator Talmudu. Ks. Józef Tischner w oparciu o
rozmowy z tym uczonym, napisał wiele tekstów.
wskazują, iż nie trzeba wielu słów, aby oddać całą prawdę o obozach koncentracyjnych.
Nie trzeba używać wyniosłych, wygórowanych środków stylistycznych, bo najprostsze
ukazują całą prawdę. Według mnie, dzieło Jerzego Krawczyka jest swego rodzaju prośbą,
apelem o to, by kolejny raz w historii świata nie doświadczać takich cierpień, jak m.in. w,
Auschwitz-Birkenau.
Nie musimy znać wielu dat, skomplikowanych nazw, aby być patriotą. Słuchając
pieśni Jacka Kaczmarskiego, jesteśmy w stanie przyswoić sobie najważniejsze pojęcia
charakteryzujące dane miejsca lub wydarzenia. Ekfraza „Birkenau” pozwala nam przyswoić,
wyobrazić sobie, jak wyglądało życie w obozie zagłady w Oświęcimiu. Dlatego, uważam,
iż każdy człowiek, który nie lubi uczyć się o przeszłości powinien posłuchać utworów „barda
Solidarności”. Wówczas będzie mógł zrozumieć, że historia to nie tylko niezliczona ilość
dat, ale także inspiracja dla twórców różnych dziedzin sztuki.
Praca konkursowa
Aleksandry Sochackiej, uczennicy kl. 2a,
laureatki wojewódzkiego konkursu literackiego
„Lekcja historii i sztuki z Jackiem Kaczmarskim”.
Poczytajcie!
Najpiękniejsza kraina
Cóż to za kraina piękna ?
Rzeka płynie niczym zaklęta
Na zamku królewskim, jak nigdzie na świecie
Widok najpiękniejszy zresztą sami wiecie!
Na Rynku krakowskim cudne Sukiennice
A na Kazimierzu urocze kamienice
Wszystko to, jak mówi stare przysłowie
Znajdziecie nie gdzie indziej, jak właśnie w Krakowie
Astella
a
Poczytajcie.
„Na planecie Jurkosmos”
Na odległej planecie mieszkał sobie król Jerzy. Miał córkę Jurosławę i żonę Jurosławicę.
Martwił się , bo był już w podeszłym wieku, a nie znalazł jeszcze następcy tronu. Napisał
więc ogłoszenie, które brzmiało:
„KRÓL SZUKA MĘŻA DLA SWEJ CÓRKI!”
Dnia 1 maja 2015r. na zamku w Jurkosmosie odbędzie się wybór księcia
dla mej córki, Jurosławy. Wszystkich księżąt, którzy chcą poślubić moją córkę
zapraszam 30 kwietnia 2015r. o godz. 15:30 na spotkanie wstępne. Prosimy
mieć przy sobie dowód osobisty. Książęta, którzy nie będą mogli stawić się
osobiście prosimy o telefon pod numer: 888999322
Król Jurkosmosu,
Jerzy
1 maja wszyscy książęta przybyli do zamku. Król i królewna siedzieli w wielkiej sali, do
której przychodzili kandydaci. Nagle Jurosławę olśniło piękno jednego z kandydatów.
Nazywał się Ziutosław i był księciem Ziutosmosu. Był bardzo przystojny, ale mało
inteligentny. Drugi oczarował zaś jej ojca: miał na imię Ziutek i był bratem Ziutosława. Był
bardzo inteligenty, ale mniej przystojny. Jurosława i Jerzy długo zastanawiali się, jak wyłonić
odpowiedniego kandydata. Postanowili przeprowadzić test. Wzięli najpierw Ziutosława.
Księżniczka kazała mu zabić wielkiego smoka. Ział on ogniem i ruszał swym długim
ogonem. Ziutosław postawil na proste, siłowe rozwiązanie narażając przy tym swoje życie.
Jurosława podziękowała mu i kazała przyprowadzić brata Ziutka. Miał on to samo zadanie.
Książę popisał się świetna taktyką. Wypchał on zwierzę siarką i dał smokowi do zjedzenia.
Smok nieświadomy niczego zjadł owe zwierzę i bardzo zaczęło mu się chcieć pić. Pił, pił, pił
i pił, aż pękł. Księżniczka i król oczarowani inteligencja Ziutka wybrali jego. Król i królowa
wydali im przecudowne wesele. Cała rodzina żyła długo i szczęśliwie. Po śmierci króla
Ziutek wspaniale rządził państwem wprowadzając wiele nowoczesnych rozwiązań.
Morał z tej bajki taki: „Nie zawsze inteligencja idzie w parze z wyglądem”. 
Ania Jurkowska, 1b.
ROZDZIAŁ I
„Przetrwaj”
-Nie mogę się doczekać Grecji! Będzie niesamowicie! -Cieszyła się
Victoria.
-Kiedy w końcu wejdziemy do autokaru? -Zapytałem się naszego opiekuna
panią Wools
-Bądź cierpliwy Nathaniel jak kierowca wróci ze swoich zakupów to od razu
pojedziemy.
Wszyscy czekaliśmy na stacji benzynowej z walizkami czekając na naszego
kierowce, który miał nas zaprowadzić do Grecji. Było bardzo gorąco, że się na
zewnątrz wytrzymać nie dało, dlatego też usiedliśmy z naszą „paczką” przy
cieniu rzucające przez drzewo, które stało obok parkingu. W naszą stronę
zmierzał wysoki mężczyzna w średnim wieku, w czerwonej koszuli w kratkę i
krótkich jeansowych spodniach trzymający w ręku zimny napój.
-Wybaczcie, że tak długo mnie nie było, ale wiecie jaka jest teraz pogoda. Uśmiechnął się po czym wsiadł do czerwonego autokaru i podjechał pod nas, a
my chowaliśmy nasze walizki do bagażnika. Gdy tylko to zrobiłem wsiadłem do
naszego pojazdu i szybko zarezerwowałem dla nas miejsce, czyli to najlepsze
nie na końcu lecz w środku, gdzie był nieduży stół i mogło tam usiąść aż cztery
osoby do tego obok tego był drugi stoliczek. Rozsiadłem się po lewej stronie
obok okna wpatrując się w innych. Po chwili poczułem szturchnięcie na moim
prawym ramieniu, gdy się odwróciłem zobaczyłem Victorię, która uśmiechnęła
się szeroko i zapytała czy mogłaby tu usiąść, bez wahania się zgodziłem. Potem
jeszcze dosiedli się do nas Michael, jeden z moich ulubionych kolegów i nasza
przyjaciółka Darie, która trzymała w rękach książkę i usiadła obok Michaela.
Obok nas usiadł Jacob i Ashley, którą poznaliśmy niedawno na zakończeniu
roku szkolnego podczas jednego z apeli.
Gdy tylko ruszyliśmy wszyscy wokół rozmawiali o różnych rzeczach, a ja
wpatrywałem
się przez okno podziwiając i rozmyślając nad różnymi rzeczami.
-Hej co jest? Czemu się nie odzywasz? -Zapytała się z zaciekawieniem Michael.
-Hm? Co? A nie nic po prostu zastanawiam się nad różnymi rzeczami odpowiedziałem wpatrując się w szybę.
-Na przykład nad czym? -Dopytała się Victoria.
-A nie ważne. - Speszyłem się..
-No dobra... A więc co robimy? Już się robi ciemno może taki mały horrorek,
co wy na to? Mam przy sobie laptop -Powiedziała Victoria wyciągając z
podręcznej torby szary laptop po czym otworzyła go i zaczęła grzebać i szukać
różnych filmów.
-Jesteś genialna! -Pochwalił ją Michael.
-Oj wiem -Uśmiechnęła się Victoria. -No dobra! Mam już może być
„Sierociniec”?
-Nie oglądałem, ale słyszałem, że dobre. Więc czemu nie? -Odpowiedziałem.
-Ej my też chcemy coś widzieć! -Powiedziała Ashley
-Michael postaw laptop tak, żeby wszyscy widzieli. -Zaproponowała Darie
Ten sprawnie ustawił laptop tak, że wszyscy mogli oglądać i rozpoczął się
seans. Oglądaliśmy do północy niektórzy nawet zasnęli, a ja w połowie
przestałem oglądać, bo nie wydawał się być dla mnie jakiś bardzo interesujący
zacząłem poznawać nową osobę, która się nazywała Jean. Nie był z naszego
1
miasta tylko z jakiegoś małego miasteczka niedaleko stolicy. Spojrzałem ostatni
raz na zegarek i była wtedy godzina 01:42 . Rozejrzałem się wokół siebie
większość już spała, a reszta gadała sobie cicho, a nasi opiekunowie gadali
sobie w najlepsze. Stwierdziłem, że spróbuje zasnąć, żeby podróż szybciej
minęła.
Obudził mnie głośny dźwięk klaksonu, który nie dawał nikomu spokoju.
Starałem się
przebudzić i ogarnąć co się stało. Wszyscy wokół mnie też byli niewyspani, a
niektórzy nawet pół przytomni. Spojrzałem na godzinę była dopiero piąta nad
ranem i nagle tir z prawej strony zaczął popychać nasz autokar w stronę klifu.
Wszyscy byliśmy przerażeni, każdy krzyczał ze strachu, a nasi opiekunowi
próbowali nas wszystkich uspokoić, ze nic się nie stanie i stało się autokar
wypadł z klifu i spadał w dół. Jedynie co pamiętam z tamtego wydarzenia to
krzyki, trzaski i zapach krwi.
Po przebudzeniu się leżałem na ziemi już poza autokarem z lekko
przeciętym ramieniem
prawdopodobnie wywołanym przez rozbite szkło. Rozejrzałem się wokół i
zobaczyłem jak bardzo autokar był zmasakrowany i było czuć wszędzie zapach
krwi. Stanąłem na nogach i powoli podchodziłem do autokaru, który miał
przód cały rozwalony, a tyły były trochę mniej potrzaskane. Zobaczyłem czyjąś
wystająca rękę i od razu podbiegłem, żeby sprawdzić czy żyje. Wyciągnąłem z
tej osoby kawałek dachu i przeczołgałem ciało w bezpieczne miejsce, żeby
zidentyfikować osobę i była to Darie, która prawdopodobnie jeszcze żyła i
miała jedynie parę siniaków i kilka skaleczeń na nogach i na ramionach. Nagle
usłyszałem jak ktoś wstaje, dźwięk dochodził z drugiej strony busu szybko
pobiegłem tam sprawdzić i to byli ledwo przytomni Michael i Victoria.
Usiadłem obok nich, żeby sprawdzić czy im nic nie jest.
-Halo... Victoria słyszysz mnie? -Pochyliłem się nad nią i zacząłem szturchać
się po policzkach.
-O Jezu... wszystko mnie boli, co się stało? I gdzie my w ogóle jesteśmy? Wymamrotała.
-Nasz autokar miał wypadek i wypadł z klifu to cud, że nic ci nie jest. Zobaczę
co u Michaela, zaczekaj tu.
-Hej... żyjesz? -Zapytałem się wpatrując się w nieruchome ciało. Gdy tylko
straciłem wiarę w to, że żyje, otworzył oczy i o dziwo wiedział co się stało.
-Taa... żyje. Utknęliśmy tu chyba na dobre, co?
-Niestety... Ale jeszcze coś wymyślimy. - Odpowiedziałem.
-Na szczęście mam tylko drobne skaleczenia i parę siniaków na rękach, ale to
nic. A jak tam u was? -Zapytała się zmartwiona Victoria.
-Myślę, że to nic poważnego. Mam taką nadzieję... -Bąknąłem wstając.
-Gdzie ja jestem? Jest tu ktoś? -Wyjąkała Darie.
-Tak my tu jesteśmy. Jak się czujesz? -Zapytała się Victoria
-Mogło być lepiej jestem prawie cała posiniaczona! - Krzyknęła Darie.
-Spokojnie, coś wymyślimy jeszcze. To chyba tyle z ocalałych. - Powiedział
Michael wstając i badając zniszczony autokar.
-Na to wygląda. - Dodałem.
-Macie może jakiś pomysł? -Zapytała się nas Darie
-Jesteśmy w jakimś lesie albo w dżungli... chyba Powiedział Michael
rozglądając się wszędzie.
-Na razie powinniśmy zebrać jakieś potrzebne rzeczy. Może coś z walizek
2
innych zostało coś co będzie nam potrzebne? Przydałby się jakiś prowiant zasugerowałem podchodząc do autokaru.
-Dobra, to może ja i Darie przeszukamy, a wy się rozejrzyjcie po okolicy może
znajdziecie jakąś pomoc albo coś co nam może pomóc -Powiedziała Victoria
-Dobra. - Odparłem po czym ruszyłem z Michaelem wgłąb buszu szukając
pomocy.
Po wielogodzinnych przeszukiwaniach nic nie znaleźliśmy, a dziewczyny
jedynie co
znaleźli do użytku to sucharki, scyzoryk, ręczniki, dodatkowa para ubrań,
czapka reszta rzeczy była zniszczona albo zbędna. Victoria była dawniej
harcerką i potrafi rozpalić ogień i to między innymi dzięki niej przeżyliśmy
naszą pierwszą noc w obcym nam miejscu. Na pożywienie mieliśmy jedynie
sucharki, które szybko się skończyły. Postanowiliśmy od razu z rana wyruszyć
przed siebie szukając wyjścia z tego miejsca i jakiejkolwiek pomocy. Z rana
wyruszyliśmy przed siebie w głąb gęstego lasu. W dalszych etapach naszej
podroży to prawie już słońca nie było widać. Mimo tego nie mogliśmy się
zatrzymać, bo nawet nie znaliśmy drogi powrotnej. Gdy tylko Darie zobaczyło
światło na końcu lasu zawiadomiła nas po czym sama pobiegła przodem
zostawiając nas przez chwile w tyle, ale my także pobiegliśmy. Jak tylko
wyszliśmy Darie upadła na ziemie z wrażenia, a my także byliśmy z tego
szczęśliwi, bo byliśmy na wybrzeżu i była woda słodka, gdzie mogliśmy się w
końcu czegoś napić i przez chwile odpocząć. Prawdopodobnie był to ocean
według Victorii. Siedzieliśmy parę dobrych godzin siedząc nad brzegiem w
milczeniu i wpatrywaniu się w horyzont dopóki Michael wstał i powiedział,
żebyśmy rozdzielili się na parę zadań i stworzenia jakiegoś harmonogramu. Po
wielu godzinnych ustaleniach ustaliliśmy, że Michael będzie tworzył szałasy
oraz inne tego typu rzeczy, Victoria i Darie będą szukać surowców do
pomocy, a ja mam łowić ryby i zdobywać nam pożywienie. Dzięki temu
przeżyliśmy nasz pierwszy tydzień nie najlepszych warunkach mimo tego nadal
lepsze niż spanie na piasku czy kamieniu.
Pewnej nocy usłyszeliśmy zza krzaków jakiś dziwny szelest, powiadomiłem
od razu
resztę i wszyscy schowaliśmy za ogromną skała wychylając lekko i wpatrując
się w miejsce hałasu. Po chwili zza krzaków wyszedł chudy, ciemnoskóry
mężczyzna z dziwną maską, który miał w rękach dzidę i rozglądał się za
naszymi szałasami i ogniskiem. Szukał nas i cały czas rozglądał się, gdy tylko
był odwrócony od nas dałem sygnał, żebyśmy ruszyli do ataku.... (cdn.).
Nam Nguyen, 2b
3