Jak rozumiemy muzykę [2]
Transkrypt
Jak rozumiemy muzykę [2]
Jak rozumiemy muzykę [2] Zajmijmy się samym procesem przyswajania (percepcji) muzyki, czyli przekształcania szeregu bodźców akustycznych w muzykę. Samo bowiem słyszenie muzyki nie oznacza jeszcze jej percepcji (przyswajania). Ten skomplikowany proces dokonuje się w naszym mózgu i polega, najogólniej mówiąc, na przetwarzaniu informacji. Bez tej pracy mózgu każdy utwór muzyczny wydawałby się nam bezładnym szeregiem dźwięków o różnej wysokości, głośności i barwie – po prostu wielkim chaosem. Nasz mózg przekształca owe bezładne następstwa w uporządkowane (i dlatego piękne) melodie, harmonie, frazy, wreszcie całe kompozycje o określonej formie, ekspresji, stylu. Podobnie jak komputer, ludzki mózg byłby zupełnie „głupi”, gdyby nie miał odpowiednich programów do rozszyfrowywania takich szeregów dźwięków i akordów. Nawet na najnowocześniejszym komputerze bez odpowiedniego programu nie napisalibyśmy niczego nie mówiąc już o wysyłaniu e-maili czy korzystaniu z internetu. To wiedzą dziś niemal wszyscy. Nie wszyscy jednak wiedzą, że owe programy komputerowe (mówiąc inaczej pewne ich umiejętności) wzorowane są na umiejętnościach ludzkich – na pracy naszego mózgu. Jednak w odróżnieniu do komputera człowiek nie może żadnego programu (umiejętności) sobie kupić i zainstalować; musi po prostu tego nauczyć się (najogólniej mówiąc – być wychowany, wykształcony w danej dziedzinie, zawodzie, umiejętnościach). Kończąc jakąś szkołę otrzymujemy zespół wiadomości, umiejętności, system procedur – to jest nasz „program”, np. program krawca (szycia odzieży), muzyka (grania, śpiewania, dyrygowania, komponowania, nauczania muzyki), lekarza (umiejętność leczenia chorób) itp. itd. Nie zawsze do tego jest potrzebna szkoła; dziecko przecież stopniowo „samo” uczy się chodzić, rozumieć mowę i mówić, w kontaktach ze swoim otoczeniem. Podobnie pierwsze kontakty z muzyką (im wcześniejsze, tym lepiej) „uczą” dziecko „programu” (umiejętności) rozumienia muzyki. Jest to przykład procesu uczenia się pewnych czynności przez samo ich wykonywanie (Arystoteles pisał w „Etyce Nikomachejskiej”: „Tego, co winniśmy robić uprzednio się nauczywszy, uczymy się dopiero robiąc to właśnie”.). Dziecko uczy się takiego „języka muzycznego”, z jakim obcuje na co dzień, tak jak języka ojczystego. A że najczęściej są to piosenki, bądź inne utwory utrzymane w konwencji tonalnej, taki właśnie język odkłada się w jego pamięci jako pewien program porządkujący później słuchane kompozycje. W rezultacie takiego wychowywania (kształcenia, budowania programu) – „czym skorupka za młodu nasiąknie...” – trudno jest po latach, już dorosłym melomanom, zrozumieć kompozycje współczesne. Może to wydać się nawet paradoksalne, że współczesny język ojczysty jest nam bliski, a współczesny język kompozytorski – tak odległy jak staropolszczyzna. W filharmoniach na co dzień obcujemy najczęściej z językiem kompozytorskim martwym od stuleci! Ale jak to się dzieje, że mózg przekształca jakieś następstwa dźwiękowe w uporządkowane pełne ładu melodie, harmonie, frazy, wreszcie całe kompozycje ? Wiemy już, że słuchając od dziecka tonalnych melodii, kompozycji pisanych w systemie opartym na skalach majorowej (dur) i minorowej (moll), w naszej pamięci utrwalają się typowe dla tych utworów rodzaje następstw dźwiękowych i akordowych. Co więcej zostają też zakodowane następstwa charakterystyczne dla poszczególnych kompozytorów. Dlatego osłuchany meloman bez trudu odróżnia np. koncert Vivaldiego od Beethovena, Brahmsa czy Chopina. Co więcej potrafi zidentyfikować nieznany i nigdy nie słyszany utwór jako np. symfonię Haydna. Zatem dzięki informacjom zakodowanym w tkance kory mózgowej, czyli mówiąc inaczej dzięki wiedzy i doświadczeniom nagromadzonym w naszym, umyśle jesteśmy w stanie nadawać strumieniom dźwięków określony sens, sens stylu historycznego czy kompozytorskiego, sens formy (budowy) utworu, sens użytych środków kompozytorskich, sens tematu, sens ekspresji itd. Wiemy już, jak ważne jest tzw. „osłuchanie” muzyczne (odpowiednik oczytania w literaturze) dla umiejętności słuchania i przeżywania muzyki. Mówiąc najprościej, im więcej słuchamy, tym lepszy jest nasz „program komputerowy”, bardziej niezawodny, otwarty na większe obszary muzyki, pozwalający lepiej rozumieć, a więc i przeżywać muzykę różnych epok stylistycznych, wielu kompozytorów. Na czym jednak polega tzw. rozumienie muzyki, czy trzeba mieć do tego specjalistyczne przygotowanie, czy muzyka jest może w pełni zrozumiała tylko dla muzyków? Od razu śpieszę donieść, że nawet bardzo wielu muzyków nie rozumie tego, co gra. Trzeba jednak powiedzieć, że nieco czym innym jest rozumienie muzyki przez muzyka, a czym innym przez krytyka czy melomana. Zacznę od muzyka - wykonawcy. Jeden z najwybitniejszych pianistów XX wieku Arturo Benedetti Michelangeli kiedyś tak się wyraził na temat swoich uczniów: „Trudno uwierzyć, jak wielka jest liczba osób, które grają nie rozumiejąc muzyki”. Genialny polski pianista Józef Hofman podejmował się dowieść każdemu, kto zechce mu zagrać, że „nie tylko nie gra więcej, niż jest napisane, ale w rzeczywistości dużo mniej niż pokazują nuty”. I jeszcze jeden wielki pianista ubiegłego stulecia, Światosław Richter tak mówił: „Nigdy nie miałem wątpliwości, jak dany utwór powinien być wykonany. Dlaczego ? To całkiem proste: zawsze bardzo uważnie czytam nuty – to wszystko. Pewnego razu Kurt Sanderling [wybitny dyrygent - przyp. SO] powiedział o mnie: «To nie jest takie oczywiste, że on gra dobrze. Cały sekret jednak w tym, że on uważnie czyta nuty.»” Lidia Kozubek (pianistka, profesor warszawskiej Akademii Muzycznej, uczennica Artura B. Michelangellego) w książce poświęconej swojemu mistrzowi, pisała: „Wykonawca jest tylko lektorem muzyki. Ale musi umieć dobrze czytać [nuty], ponieważ w nutach jest wszystko zawarte (...) Michelangeli odczytywał z największą dokładnością nie tylko wysokość dźwięku, określenia artykulacyjne, dynamiczne i charakteru utworu zapisane słowami, ale dążności i energetyczne napięcia każdej frazy, motywu, a nawet poszczególnego dźwięku (...) słowem wszystko, co stanowi treść danej muzyki wyrażoną symbolem zapisu i jej konwencje wykonawcze właściwe dla danego stylu i epoki muzycznej.” Czyżby więc cała tajemnica rozumienia muzyki sprowadzała się do wnikliwego odczytywania pisma nutowego? I tak, i nie. Dla muzyka jest to sprawa najważniejsza (obok oczywiście techniki gry), ale dla melomana – zupełnie niepotrzebna. Wykonawca powołuje do życia utwór utajony w zapisie nutowym, a jak wiadomo zapis nie precyzuje wszystkich jego elementów. W nutach twórca zapisuje dokładnie wysokości dźwięków i czas ich trwania (pomijam zapisy muzyki współczesnej, która niekiedy oddaje te decyzje wykonawcy); ale już głośność określana jest słownie i mało precyzyjnie, nie mówiąc już o barwie dźwięku i artykulacji. Aby zagrać utwór ze zrozumieniem i owo rozumienie przekazać słuchaczowi, wykonawca powinien nie tyle czytać, co studiować nuty, rozważać ich sens ukryty w kontekstach (relacjach z sąsiednimi nutami, wzajemnie relacje fraz, większych cząstek utworu, aż do relacji całych części, np. symfonii, koncertu, kantat, oratorium itd.) Im bardziej wnikliwie studiuje partyturę, dochodzi do ciekawszych interpretacji tekstu. Tutaj są zupełnie zbędne tzw. techniki szybkiego czytania, które zawsze dają ilość kosztem jakości. A że wykonawca jest przecież człowiekiem uwikłanym w pośpiech współczesnego życia, najczęściej nie starcza już mu czasu na wnikliwe studiowanie sensu muzyki. Meloman najczęściej nie zna nawet nut, więc co mu po nich. Może jednak rozumieć muzykę lepiej od niejednego wykonawcy. Dochodzimy to do kwestii tzw. muzykalności. Umiejętność odczuwania i rozumienia muzyki jest bardzo złożona w swojej istocie. Niezbędna jest do tego tzw. muzykalność. Człowiek muzykalny – jak pisze prof. Maria Manturzewska, wybitny psycholog muzyki – w szczególny sposób przeżywa oraz interpretuje muzykę. Wykazuje intuicję muzyczną, samodzielność myślenia muzycznego i oceny muzycznych wartości. Jest wrażliwy na przebieg frazy, na zmiany dynamiczne, na ogólną budowę utworu i szczegóły tej budowy. Lubi słuchać muzyki, ma swoje ulubione utwory i określone preferencje muzyczne. Możemy przypuszczać, że u podstaw jego stosunku do muzyki – tej umiejętności wykrywania sensu w zjawiskach muzycznych – leży szczególna wrażliwość emocjonalna typu estetycznego. Ma ona charakter całościowy, jest reakcją globalną całego naszego organizmu i osobowości na zjawiska muzyczne. Wrażliwość ta przypuszczalnie organizuje procesy percepcji i myślenia muzycznego i powoduje, że szeregi dźwięków układają się nam w estetycznie znaczące całości – melodie, harmonie, rytmy. Właściwość ta wiąże się przypuszczalnie z funkcjonowaniem filogenetycznie najstarszych obszarów mózgu. Wskazywałoby to, że muzyka i stosunek człowieka do niej stanowią najstarsze elementy naszej kultury. Muzykalność jak każdą zdolność można kształcić lub doprowadzić do obumarcia. Najlepszym sposobem do jej zdławienia jest głośna muzyka tzw. młodzieżowa, która przez częste słuchanie szczególnie na walkmanach – jak już wiemy – może przyczynić się do fizycznego stępienia bądź nawet utraty słuchu. Zresztą słuchanie każdej muzyki ze słuchawkami na uszach może spowodować nawet śmierć melomana, jak to miało miejsce kilka lat temu w Tatrach, kiedy zginął pod kołami ciągnika znany krytyk i pisarz muzyczny Tadeusz Kaczyński jadąc na rowerze Doliną Chochołowską i słuchając w chwili wypadku walkmana. W takich sytuacjach jesteśmy podwójnie odcięci od świata zewnętrznego i nie mamy szansy reagowania na sygnały akustyczne. Naszej muzykalności możemy jednak pomóc poprzez słuchanie muzyki artystycznej (nie lubię terminów „poważna” i „klasyczna”, bo one wykluczają całe obszary pięknej muzyki filmowej czy nawet tzw. rozrywkowej, np. piosenki takich artystów jak Charles Aznavour, Gilbert Bécaud, Ewa Demarczyk, Celine Dion, Beatlesi itd.), folkowej itp. Słuchając muzyki artystycznej utrwalamy w swej świadomości (i pamięci) to wszystko, czym kompozytorzy wypełniają swoje dzieła, czyli całe bogactwo melodii, harmonii, rytmów, barw muzyki jej form i ekspresji. Żłobią one w naszym umyśle swoiste „koleiny”, w które trafia każdy kolejno słuchany utwór. Tym właśnie należy tłumaczyć, że tak chętnie słuchamy znanych już utworów, bądź znanych lub podobnych stylów. Nasza percepcja jest wówczas niejako „prowadzona” owymi koleinami. A ułatwienie daje nam zawsze przyjemność. Natomiast każda nowość, zwłaszcza tak radykalna jak kompozycje awangardowe nie natrafiając na owe koleiny, wywołuje najpierw dezorientację, a następnie niechęć lub nawet sprzeciw. Jednak po częstszych kontaktach z nowszą muzyką wyżłobią się w naszej świadomości nowe koleiny wrażliwości na nieznane nam dotąd piękno. Ileż dzieł dzisiejszego repertuaru koncertowego było kiedyś takimi odrzucanymi, i to w atmosferze skandalu, awangardowymi utworami, np. balet Święto wiosny Igora Strawińskiego, Suita scytyjska Sergiusza Prokofiewa na początku ubiegłego stulecia. Ale również w epokach zdawałoby się już zamierzchłych, „nowe” zawsze musiało sobie torować drogę do wrażliwości słuchaczy. Już w różnych kulturach starożytnych spotkamy mity, w których nowatorów spotyka krytyka, niekiedy nawet sroga kara za jakiekolwiek odstępstwa od ustalonych raz na zawsze reguł muzycznych. W antycznej Grecji takimi eksperymentatorami byli niejaki Frynis z Mitelyny, Tymoteusz z Miletu i Terpander z Lesbos. Oto fragment legendy niemal dosłownie cytowanej w jednej z komedii Ferekratesa: Przygnębiona, kuśtykająca kobieta w łachmanach odpowiada na pytania pełne współczucia: „Jam jest muzyka i kiedyś dobrze mi się powodziło. Ale teraz, o przyjacielu, Tymoteusz i inni sponiewierali mnie. – Jaki Tymoteusz? – Rudzielec z Miletu. - Tymoteusz także cię sponiewierał? – On jest najgorszy ze wszystkich. Jego dźwięki roją się wokół melodii, jak mrówki, i to w najwyższym rejestrze. Posiekał mnie, jak kapustę, i nafaszerował cuchnącą mieszaniną. A kiedy byłam sama, napadł na mnie, obnażył i związał dwunastoma strunami...” (Tymoteusz dodał do kithary kilka strun, które całkowicie zmieniły dotychczasowy jej strój; innowację tę można porównać z późniejszym o 2500 lat kryzysem systemu dur-moll i odkryciem atonalności, była to więc niemała rewolucja). Inny przykład pochodzi z okresu, kiedy dawne wiole musiały ustąpić pola skrzypcom, altówce i wiolonczeli. Okazuje się, że nie poddały się bez walki. Jej świadectwa znajdujemy w ówczesnym piśmiennictwie. Jeszcze w XVIII wieku jeden z autorów stwierdza, że „skrzypce nie są instrumentem szlachetnym”. W 1740 roku, kiedy skrzypce zdominowały już orkiestry (Vivaldi umiera w 1741 r.), opublikowano we Francji pracę niejakiego Huberta le Blanca, w której broniąc starych wiol przed skrzypcami i wiolonczelami, oskarża te drugie o „przeraźliwie ostre brzmienie” nie mogące konkurować „z subtelnym brzmieniem wioli, jej eufonicznym rezonansem”. Tak popularny i lubiany od wielu lat Koncert skrzypcowy Czajkowskiego, uznawany za perłę literatury skrzypcowej, kiedy nie był jeszcze tak dobrze znany także burzył pewne kanony piękna i w Wiedniu po prawykonaniu spotkał się z ogólnie nieprzychylnymi ocenami, m.in. z taką recenzją jednego z czołowych estetyków i krytyków muzycznych XIX w. – Edwarda Hanslicka: „...lecz wkrótce ordynarność bierze tu górę i panuje do końca pierwszej części. Na skrzypcach już się tu nie gra, tylko się je szarpie, rozdziera i bije... [Finał] przenosi nas w atmosferę brutalnej i smutnej wesołości jakiegoś rosyjskiego kiermaszu. Widzimy wręcz dzikie prostackie twarze, słyszymy przekleństwa i czujemy wódkę. Friedrich Fischer, patrząc kiedyś na plugawe obrazki, zauważył, że one śmierdzą oczom. Koncert skrzypcowy Czajkowskiego nasuwa nam po raz pierwszy przykrą myśl, że może być taka muzyka, która śmierdzi uszom”. Podobne przykłady z każdej epoki mógłbym mnożyć. Istotna jest pewna prawidłowość: wprowadzaniu każdej nowości w muzyce towarzyszy mniejszy bądź większy opór słuchaczy, co można by porównać do zjawiska inercji w fizyce klasycznej. Zanim ten opór (przyzwyczajeń, nawyków percepcyjnych) zostanie przezwyciężony i zostaną wykształcone nowe nawyki (owe „koleiny”) musi minąć pewien czas. W czym leży jednak sedno tego zjawiska i co powoduje, że jedne szeregi dźwięków układają się nam w estetycznie znaczące całości, a inne nie – o tym w następnym wykładzie.