ME nr2 tablet - Street Food Polska

Transkrypt

ME nr2 tablet - Street Food Polska
nr 2/2016
EGZEMPLARZ BEZPŁATNY
Pin Up Candy
Królowa
burleski
Krótka historia piwa
14-16
Festiwal Burning Man
Spotkanie z Mad Maxem
17-20
Prawie wszystko o tequili
27-29
4-6
2
W NUMERZE
Pin Up Candy - rozmowa z królową burleski ................................... 4
Wrocław w obiektywie AZT .............................................................. 8
Deseo Patisserie & Chocolaterie ..................................................... 10
Krótka historia piwa ......................................................................... 14
Spotkanie z Mad Maxem .................................................................. 17
Maciek Trojanowicz o miłości do muzyki ........................................ 21
Grr...a muzyka. Recenzje Irka „Grr” Grzybowskiego ...................... 23
Twarde parapety ............................................................................... 25
Prawie wszystko o tequili ................................................................. 27
Festiwal whisky w Jastrzębiej Górze ............................................... 30
Pot Spot - przepisy kulinarne .......................................................... 33
Walenty Kania - przepisy kulinarne ................................................. 34
Budapeszt od kuchni ........................................................................ 36
Wrocław - streetfood ........................................................................ 39
EPICURE MAGAZINE POLSKA
Redaktor naczelny: Żorż Ponimirski
Wydawca: Izabela Skoczek Street Food Polska
WWW: www.epicuremagazine.pl
Facebook: https://www.facebook.com/EpicureMagazinePolska/
Reklama: [email protected]
Druk: www.kieleckadrukarnia.pl
Fot. Piotr Pawlik
Słowem wstępu
3
Witajcie w drugim numerze Epicure Magazine. Jesień i zima
to dwie najbardziej dla mnie depresyjne pory roku. Jednak
w Epicure Magazine konsekwentnie dostarczamy Wam
przyjemności.
A więc muzyka. Dwa spojrzenia. Troyann pisze o swojej miłości
do muzyki, o tym, jak to ona decyduje, gdzie pojedzie. Irek „Grr”
Grzybowski recenzuje płyty. Czasami zimne, czasami nostalgiczne, ale zawsze pełne pasji i buzujące emocjami. Uwaga, grzecznie nie jest, ale Grr...a muzyka! Michał Krzaklewski zabierze nas
na festiwal Burning Man, by pokazać samochody rodem z planu
filmowego Mad Maxa. Łukasz Smoliński i Natalia Sitarska w rozmowie z Epicure Magazine opowiadają o miłości do słodyczy i jak
stworzyli w Warszawie cukiernię, która śmiało może konkurować
z najlepszymi na świecie. Michał Turecki relacjonuje długo wyczekiwany wyjazd do Budapesztu i podpowiada, gdzie zjeść pulled
pork z mangalicy, a gdzie napić się craftowego piwa. Odwiedzimy
Belvarosi Disznotoros – mięsną świątynię, wpadniemy też
do najstarszej cukierni w Budapeszcie. Damian Tomalik opowiada,
co działo się podczas Festiwalu Whisky w Jastrzębiej Górze. Stefan
Mikulski rozpoczyna cykl o rzemieślniczych piwach, nie tylko
dla hopheadów. Podajemy też przepisy na rozgrzewające dania
– swoje sekrety zdradzają Walenty Kania i Pot Spot. Przyjaciele
z bloga Ale Meksyk opowiedzą, czym różni się tequila od mezcalu i podadzą Wam przepis na egzotycznego drinka. Królowa
Klasycznej Burleski, czyli Pin Up Candy, specjalnie dla nas tłumaczy między innymi, czym jest burleska, co sprawia jej największą
przyjemność i jakie ma plany na przyszłość. Antonia Zofia Tereszko
pokaże Wam Wrocław w swoim obiektywie. Wrocław odwiedzimy
także, by wspólnie z Piotrem Gładczakiem spróbować tamtejszego street foodu. Maciek Bielawski zdradzi historię korespondencji
z Lou Reedem. Jak sami widzicie – za oknem szaro i zimno, a u nas
gorąco i kolorowo. Miłego czytania!
Żorż Ponimirski
4
Pin Up Candy
Rozmowa
z królową burleski
Chcę, aby Polska
zakochała się
w burlesce!
5
Śledzę Twojego bloga od około sześciu lat, ale z tego co wiem,
wystartowałaś wcześniej. Zacznijmy więc może od krótkiej
prezentacji.
Kim jesteś i co robisz?
Pin Up Candy: Jestem królową burleski.
Co to jest ta cała burleska? W internecie można znaleźć taką
definicję: „Burleska – forma teatralna. (...) W formie plebejska, nierzadko wulgarna. (...)”. Patrząc na Twoje występy taka
definicja wydaje się nieco krzywdząca. Mało tu plebejskości
czy wulgarności, a dużo wyrafinowania i zmysłowości. Więc...
Jak to jest w końcu? Sztuka czy jarmarczne pokazy?
Współczesna burleska to nowa dziedzina sztuki, ani jarmarczna,
ani zbyt wysoka. Nazwa jest zaczerpnięta z dawnych czasów
i koniecznie dziś wszyscy chcą ją do czegoś przypisać. Jako
prekursorka mogę powiedzieć, że nie można oceniać tej nowej
formy ekspresji. Wszystko rozgrywa się na poziomie emocji, jakie
ja przekazuję i jakie odbiera widz. Masz rację, burleska w moim wydaniu jest wyrafinowana i zmysłowa, dlatego tak chętnie widzowie
przychodzą na moje pokazy. Burleska jest autonomiczną dziedziną sztuki i na pewno doczeka się niejednego opracowania.
Jak to się wszystko zaczęło? Skąd fascynacja burleską?
Zaczęło się od realizacji marzenia, od szukania swojej formy
ekspresji i od kochania siebie. Zawsze powtarzam, że zaczęłam
interesować się tą forma sztuki szukając dojrzałej kobiecości.
Burleskowego ducha tchnęła we mnie muza, ta sama, która napędzała Botticellego do stworzenia arcydzieła Narodziny Wenus.
Wtedy stwierdziłam, że nie stracę swojego życia w korporacji,
bo… nie mogę tracić życia, kiedy istnieje świat ruchu i tak przepięknej ekspresji. Tak narodziła się moja burleskowa Wenus...
Kiedy zapytamy osobę na ulicy o burleskę, większość pewnie
nie będzie miała pojęcia, o co pytamy. Kilka procent skojarzy Ditę Von Teese, kilka obejrzało film z Christiną Aguillerą.
W Polsce to chyba nie jest popularna forma rozrywki? Ja
akurat śledzę na Facebooku różne związane z tym tematem
profile, ale wydaje mi się, że mimo wszystko to ciągle raczej
egzotyka. Jak według Ciebie postrzega się burleskę w Polsce?
Czy ta forma sztuki ma szansę się przebić, czy pozostanie
ciekawostką dla wtajemniczonych?
Burleska zawsze będzie ciekawostką dla wtajemniczonych,
a tych w Polsce jest coraz więcej. Mogę to stwierdzić po frekwencji
na moich pokazach. Swój udział w programie „Mam Talent” promowałam pod hasłem „Chcę, aby Polska zakochała się w burlesce” i udało mi się zaszczepić tę miłość. Podróżuję po całej Polsce
z występami dla różnych grup odbiorców, organizuję pokazy
oraz festiwale. Co jest ciekawe, Polacy są bardzo otwarci na tak estetyczne pokazanie kobiecości, zawsze z pieprzykiem, na granicy,
ale tego właśnie szuka świadome społeczeństwo. Zainteresowanie
burleską jest coraz większe. Oczywiście nie zawsze tak było, mój
sukces to lata pracy poświęconej sztuce i przede wszystkim ludzie,
którzy są przy mnie i wspierają mnie w tym, co robię.
Osiągnęłaś w tej branży bardzo dużo. Zorganizowałaś pierwszy w Polsce pokaz burleski, pojawiasz się w mediach ogólnopolskich, jesteś półfinalistką „Mam Talent”, no i najważniejsze
– chyba jako pierwsza Polka pojawiłaś się na najważniejszych
imprezach tego typu w Europie? Plus w tym roku Korona
Królowej Klasycznej Burleski w Moskwie (gratulacje!).
Rozumiem, że nie spoczywasz na laurach. Jakie masz plany
na przyszłość?
Właśnie pakuję walizki na kolejny festiwal. Tym razem podbijam
Tel Aviv, gdzie burleska jest całkowitą nowością. Na przyszły rok
planuję kolejną edycję Slavic Burlesque Festiwal, festiwalu, który
promuje burleskę w państwach postkomunistycznych. Pin Up
Candy będzie gościem na kilku nowych zagranicznych festiwalach,
może w końcu odwiedzę Las Vegas! Korona Królowej Burleski
z Moskwy otwiera wiele dróg, nie tylko za granicą. Polska również
potrzebuje śmiałego rozwoju sceny burleski, co na pewno nastąpi
w tym i przyszłym roku.
Co w Twojej pracy jest najtrudniejsze, a co sprawia Ci największą przyjemność?
Ciężko jest mówić o trudach czegoś, co się kocha. Burleska nie jest
tylko moją pracą, to moja pasja i „way of life”. Nie przeszkadzają
mi nocne godziny pokazów, nie mam nic przeciwko życiu w trasie.
Uwielbiam hotelowe śniadania i serwis sprzątający, który musi
radzić sobie z brokatem, jaki po sobie zostawiam.
Czy na co dzień także jesteś Pin Up Girl? Ubierasz się, że tak
to ujmę, normalnie, czy może wierna jesteś stylowi pin-up?
Pin-up to dla mnie strój normalny. W porównaniu
z burleskowymi kreacjami sukienka w stylu lat pięć-
Zdjęcia: Shi Communication i Łukasz Żelaszkiewicz (cuore.pl)
6
dziesiątych wydaje się skromnym wdziankiem. Nie
wychodzę z domu bez czerwonej pomadki na ustach,
a jeżdżąc starymi samochodami jestem wręcz zobowiązana
do odpowiedniego ubrania. Nie oznacza to, że zawsze jestem ubrana
w sukienki z halką. Można wystylizować strój pin-up, który jest
odpowiedni nawet do garażu. To jak wyglądam, to wypadkowa wieloletnich zabaw ze stylem pin-up i vintage. Idąc ulicą widzę spojrzenia
zainteresowanych kobiet, czasami podejdzie do mnie starszy pan
i zaczyna obsypywać mnie komplementami. Wtedy wiem, że warto
przywiązywać uwagę do stroju.
Jak godzisz życie prywatne z zawodowym?
Moje życie prywatne jest całkowicie podporządkowane życiu
zawodowemu. To była kwestia wyboru, ale wiem, że moja decyzja
była słuszna. Nie jest łatwo zajmować się sztuką burleski. Jeśli
ktoś myśli, że bez problemu połączy normalną pracę z pokazami,
to może być w błędzie.
B
urleska w moim
wydaniu jest
wyrafinowana
i zmysłowa, dlatego
tak chętnie widzowie
przychodzą na moje
pokazy.
Myślę, że wielu facetów chciałoby, by ich wybranki miały w sobie coś z pin-upki. Co możesz poradzić dziewczynom, które
chciałyby pójść w Twoje ślady? Są jakieś „szkoły burleski”?
Myślę, że poszukiwania w tym stylu tylko dla zadowolenia męskich
pragnień to nie jest dobra motywacja. Pin-up girl to pewne siebie
kobiety, które wchodzą w ten styl dla siebie, nie dla kogoś. Myślę,
że takie podejście powinno być motywacją w każdym działaniu. Jeśli
natomiast jakaś pani chciałaby nauczyć się sztuki uwodzenia, zapraszam do siebie na indywidualne warsztaty. Na pewno pomogę…
Bardzo dziękuję za wywiad. Czy na koniec chcesz coś powiedzieć czytelnikom Epicure Magazine?
Mogę dodać jedynie, aby za wszelką cenę próbowali odnaleźć
w życiu spełnienie. Dla mnie burleska to pełnia szczęścia!
Epicure Magazine dziękuje Agencji Shi Communication
(http://shicommunication.pl) za umożliwienie przeprowadzenia wywiadu
8
Wrocław w obiektywie AZT
Antonia Zofia Tereszko
(pseudonim) o sobie:
Od kilku lat robię to, co naprawdę lubię, czym się pasjonuję,
bez czego już nie mogę żyć – fotografuję. Jakieś sześć lat temu dostałam telefon z możliwością fotografowania, zrobiłam kilka zdjęć
i... przepadłam dla nich... Ponieważ jestem rodowitą wrocławianką, zaczęłam fotografować moje piękne miasto, z jego ciekawą
architekturą, zabytkami, mostami, a w szczególności urokliwymi
zakamarkami, o których istnieniu nie każdy, tak zwany zwykły
spacerowicz, wie. Fascynują mnie małe uliczki, z kawiarenkami
i kolorowymi tłumami ludzi, murale malowane przez artystów
na starych ścianach szarych budynków. Teraz już nie wyobrażam
sobie życia bez fotografowania – pasji, którą odkryłam w sobie,
niestety dość późno.
9
10
DESEO
Patisserie & Chocolaterie
Najnowsze dziecko Natalii Sitarskiej i Łukasza Smolińskiego
- znanych blogerów kulinarnych i przedsiębiorców
Nie będziemy rozmawiać o Waszym blogu. Skupimy się
na Waszym najnowszym projekcie – DESEO. Dlaczego cukiernia? Dlaczego nie np. steakhouse albo lokal z kuchnia azjatycką, którą przecież uwielbiacie?
Można powiedzieć, że otwarcie DESEO to zbieg wielu różnych okoliczności. To nie jest tak, że od zawsze marzyło nam się otwarcie
cukierni. To nie jest tak, że usilnie szukaliśmy kolejnego pomysłu
na biznes, bo dwie firmy, blog i dziecko to już naprawdę sporo zajęć. Zwłaszcza gdy nadal chcesz mieć czas na swoje pasje, podróże
i inne przyjemności. Powstanie DESEO to wynik spotkania pewnych
osób w pewnym, jak się wydawało, sprzyjającym czasie, a dodatkowo inspiracji tym, co dzieje się w cukiernictwie na świecie,
a co u nas, w Polsce, dopiero raczkuje. Dlaczego nie kuchnia azjatycka czy steakhouse? Bo nigdy nie chcieliśmy otwierać restauracji
i myślę, że po doświadczeniu z DESEO tym bardziej nie będziemy
chcieli.
Łukasz, jak robi się patiserię? Wstałeś rano i przy śniadaniu
postanowiliście z Natalią otworzyć DESEO? Byłeś wkurzony,
że w Polsce nie możesz zjeść takiego deseru jak np. w Paryżu?
Byłoby pięknie, gdyby to było takie proste. Fakt, w Polsce w bardzo
niewielu miejscach można zjeść deser jak w Paryżu czy Barcelonie.
Można powiedzieć, że DESEO to jedno z 3-5 takich miejsc w kraju!
W Paryżu takich cukierni jest kilka w jednej dzielnicy. Włożyliśmy
w nasz lokal ogromną ilość pracy – od pomysłu na markę, nazwę,
logo, od znalezienia lokalu pod pracownię, remontów, zakupu
skomplikowanych sprzętów, urządzenia kawiarni, znalezienia
zespołu, po opracowanie receptur, smaku, wyglądu ciastek. Masa
pracy. I co kluczowe – ta praca nigdy się nie kończy. Zawsze,
każdego dnia, jest mnóstwo spraw do załatwienia. Jeśli komuś się
wydaje, że otwiera cukiernię czy restaurację, a potem ma zespół
i tylko spija śmietankę, to cóż – pomyłka.
Zanim otworzyliście DESEO, troszkę pojeździliście w poszukiwaniu inspiracji. Jakie kraje odwiedziliście? Jakie lokale?
Który wywarł na Was największe wrażenie?
Ruszyliśmy do Paryża i Barcelony. To miejsca, w których nowoczesne cukiernictwo ma się świetnie i jest tam pełno miejsc, które
mogą inspirować. Nasi faworyci to na pewno L’Eclair de Genie
w Paryżu, czyli eklerki od Christophe’a Adama, jednego z najlepszych cukierników we Francji. Przepięknie wyglądają, wspaniale
smakują, a ich różnorodność – zarówno jeśli chodzi o krem,
jak i wykończenie – zachwyca. Od początku marzyliśmy, by mieć
w DESEO eklerki i teraz, po kilku miesiącach, wracamy do nich.
11
Nie jest to łatwy produkt, bo to deser nawet nie jednodniowy,
a poranny – musi być ultraświeży, by ciasto było chrupiące, a krem
nie zasychał. Niestety, w Polsce rzadko kto trzyma takie standardy.
Eklery w stylu francuskim często mają w środku wyschnięty krem,
a ciasto jest rozmoczone od spodu, a na górze wyschnięte. My
chcemy iść w stronę najlepszych standardów, właśnie takich,
jak w Paryżu. W Barcelonie zachwyciła nas La Patisserie Barcelona
– to stosunkowo nowe miejsce, ich pastry chef to młody człowiek,
a robi niesamowite rzeczy.
DESEO to... cukiernia? Kawiarnia? Sklep z pralinkami?
DESEO, jak sama nazwa wskazuje, to Patisserie & Chocolaterie,
czyli z jednej strony cukiernia, z drugiej strony sklep z pralinkami.
Specjalizujemy się w indywidualnych ciastkach, zwanych z francuskiego petit gateau, robimy również torty od takich małych
dla 4-6 osób, do wielkich, nawet na 150 osób. Naszym wyróżnikiem
na pewno są czekoladowe praliny, ręcznie robione przez naszych
cukierników. Jesteśmy też kawiarnią – można do nas przyjść
na kawę, herbatę, ciastko i posiedzieć na miejscu.
Jak powstają te wszystkie cuda? Skąd czerpiecie pomysły,
a skąd składniki?
Pomysły to przede wszystkim dzieło naszych cukierników,
na czele z pastry chefem Arturem Jajecznikiem. On wymyśla nowe
ciastka czy smaki tortów, choć czasem my też coś sugerujemy,
jakie połączenie fajnie byłoby wprowadzić. Ale dalej – to już dzieło
naszego zespołu. Razem testujemy nowości, ich smak i wygląd.
Składniki mamy od sprawdzonych dostawców, używamy najlepszych produktów, na których pracują również chociażby cukiernie
francuskie.
Najlepsze, co udało Wam się do tej pory stworzyć w DESEO,
to…
Nie da się znaleźć jednej rzeczy. Każdy smak ma swoich fanów,
większość połączeń budzi zachwyty. Na pewno mamy kilka hitów
sprzedażowych, takich jak mocno czekoladowe Morato czy Azia,
łącząca mus z białej czekolady z imbirem i kaffirem, i galaretkę mano-marakuja. Wiele osób zachwyca się jesienną Castana z musem
kasztanowym i cremeux z pomarańczy albo Cabrą, która łączy
kozi ser i gruszkę. Na pewno najodważniejszym połączeniem jest
Matcha – mus z zielonej herbaty matcha i galaretka marakuja-kokos-tonka. Wykorzystanie matchy w deserach to również trend
z Paryża. Z tortów wielu fanów ma Mora, czyli mus z białej czekolady z jeżynami i galaretką z jeżyn na kardamonie.
Bardzo podoba mi się, że tak śmiało łączycie różne smaki, czasami wręcz wydawałoby się kompletnie niepasujące. I wychodzi z tego coś pysznego. Czyja to zasługa?
Bez dwóch zdań cukierników. Dodatkowo też próbowania wszystkiego i szukania optymalnych połączeń, optymalnej ilości.
Wasze produkty do tanich nie należą. Mówiąc wprost
- dla większości ludzi są drogie. Miałem okazję ich próbować,
więc zgadzam się, że cena jest adekwatna do jakości.
Jak jednak przekonałbyś kogoś, że warto do Was wejść
i zapłacić 17 złotych za ciastko?
Myślę, że wystarczy najpierw zajrzeć do sieciówki typu Costa
Coffee i zobaczyć, ile tam kosztuje ciastko. Zwykle kawałek tortu
kosztuje tam 13-16 złotych! Czy na tym tle nasze produkty są drogie? Niekoniecznie. Zwłaszcza że składniki, które stosujemy, i praca, którą wkładamy w desery, kosztuje
12
znacznie więcej. Myślę, że warto też porównać nasze
desery do cen deserów w dobrych restauracjach.
Tam ceny zaczynają się od 15 złotych za deser, a czasem
to nawet 25-30 złotych. Czy nasze ciastka pasowałyby jako deser
w dobrej restauracji? Jak najbardziej! Z trzeciej strony w Paryżu,
Barcelonie czy nawet w Budapeszcie takie wyroby zaczynają się
od 6 euro, a czasem kosztują i 8 euro za porcję.
Realizujecie także niestandardowe zamówienia. Jeśli zapragnę
zjeść pralinę, ciastko albo tort o smaku tatara, zrobicie mi go?
Realizujemy, ale zawsze trzeba pamiętać, że technicznie
nie wszystko jest możliwe. Przy niestandardowych zamówieniach
potrzebujemy więcej czasu, a jeśli szykujemy dedykowany smak,
musimy przeprowadzić próby zarówno smaku, jak i wyglądu.
To trwa. Czasem nawet, jeśli chcemy sprostać oczekiwaniom Gości,
nie jest to możliwe technicznie, bo np. nie da się stworzyć pralin
w określonym kolorze czy zmienić składu ciastka, pozbywając się
jednego elementu.
Śledzac Wasz profil na facebooku widziałem, że realizowaliście
zamowienia m.in. dla Lexusa czy nc+ czy Quatar Airlines.
Ilu takich klientów macie już w swoim portfolio?
Obecnie całkiem sporo: Lexus, Qatar Airways, DIOR, Channel,
La Mania, Mojito, Bank Pekao. Dla AXA Assistance szykowaliśmy
ciastka w kolorze ich logo, teraz szykujemy ciastka i torty związane
z przeprowadzką SAGE. Robiliśmy czekoladki dla PKP Intercity,
dedykowane ciastka dla NEW Balance, torty dla TVN. Trochę tego
jest! Myślę, że wynika to z dwóch rzeczy – z jednej strony jesteśmy elastyczni i nasze wyroby potrafią przekazać wiele przez swój
wygląd i kolor, z drugiej strony zarówno ja, jak i Łukasz przez lata
byliśmy związani z rynkiem reklamy i marketingu (ja nadal poniekąd jestem), więc idealnie rozumiemy potrzeby agencji i klientów
korporacyjnych.
Oboje z Natalią prowadzicie własne biznesy, poza tym jest
jeszcze blog i dwójka dzieci. Jak udaje Wam się połączyć
wszystko w tak perfekcyjną całość?
Duuuuuużo pracy, duuuużo energii i dobra organizacja.
Przyjemność dla Was to...?
Przyjemność to podróż albo rodzinna, albo we dwoje, czasem
bliska, czasem daleka, w nieznane, przyjemność to dobry
obiad w dobrym towarzystwie, to kolacja ze znajomymi, to czas
z dziećmi lub czas we dwoje. Przyjemność to też praca, którą
kochasz.
Natalia Sitarska i Łukasz Smoliński
Z jednej strony blogerzy, autorzy jednego z najpopularniejszych w Polsce blogów
podróżniczo-kulinarnych Tasteaway.pl, z drugiej, i może przede wszystkim,
przedsiębiorcy. Są współwłaścicielami luksusowej cukierni DESEO Patisserie &
Chocolaterie, specjalizującej się w ciastkach typu petit gateau, tortach i ręcznie
robionych czekoladowych pralinach. Dodatkowo Łukasz od 2012 roku jest współwłaścicielem sieci tea labów brytyjskiej marki Bubbleology, specjalizujących się
w pochodzącej z Tajwanu buble tea, a Natalia razem ze wspólnikiem prowadzi
brainlab – agencję badawczo-strategiczną, zajmującą się badaniami rynku.
Prywatnie rodzice 5-letniego Maksa i kilkutygodniowej Jagody, podróżnicy,
smakosze, szczęśliwi ludzie
14
Jeżeli wino pochodzi z winnicy,
to piwo musi pochodzić z piwnicy
P
iwo - jak sama słowiańska nazwa wskazuje - to coś do picia. Takie były realia ludzkości (przynajmniej w Europie)
aż do pierwszej połowy XIX wieku. W szczególności w większych
skupiskach ludności dostępna woda była
pełna bakterii, najzwyczajniej szkodliwa
dla zdrowia. Wody zaś do picia nie przegotowywano, ponieważ opał był kosztowny. Prawda,
pito również wino i miody. Jeżeli wino się uda
i nie skwaśnieje, to nie zawiera bakterii i jest
produktem całkiem trwałym. Do dziś dzieciom
w krajach śródziemnomorskich podaje się do
posiłków wodę zaprawioną winem, a im dziecię starsze, tym wina w szklance jest coraz
więcej. Prawda, wynaleziono także gorzałkę,
lecz trudno ją traktować jako codzienny napój.
Zatem wszyscy, jak jeden mąż i żona, w tym
też i dzieci, pili w czasach dawnych piwo jako
napój podstawowy.
Ale też, co to było za piwo… Jak na dzisiejsze standardy był to wyjątkowo niskoprocentowy napój alkoholowy. Skiełkowane
nasiona zbóż (słód) przeprowadzano w gorącej wodzie w postać płynną, następnie tę
brzeczkę gotowano (czyli warzono). Warka
taka fermentowała pod wpływem drożdży
tworząc troszkę alkoholu i dwutlenek węgla, a ten spieniał napój. Chmielu dodawano odrobinę dla smaku, nie dla goryczki.
Piwo przechowywano w zimnej piwnicy, by
się w miarę możliwości szybko nie zepsuło. Zwróćmy uwagę na słowo „piwnica”.
W Polsce nadal podziemny składzik nosi nazwę od przechowywania tam piwa. Czeskie
„pivníce” oznacza zaś piwiarnię, miejsce
spożywania piwa.
Dawne piwo robiono, jak to mówią
Białorusini, „po prostu”, bez głębszej myśli.
Piwo służyło do picia. Jaki w tym sekret?
Lepsze, co nie znaczy mocniejsze, piwo ro-
biono w klasztorach. Mnisi również musieli
coś pić, mieli natomiast wiele czasu na doskonalenie warzenia piwa. Co ciekawe, najlepsze dawne piwa pochodziły z zakonów
o surowej regule, nakazującej ciężką pracę,
ascezę i milczenie – z klasztorów trapistów
czy cystersów. Zatem piwo było napojem
codziennym, a do zalania pały służyły wina,
miody, okowita.
Oczywiście, mocniejsze piwo warzyło się już od dawna, przede wszystkim
w Niemczech. Nie były to jednak trunki
powszechnie pite w Europie, a jedynie
w krajach niemieckich. Ciemne piwo porter, znane w Anglii od XVIII wieku, było
napojem prostaków, w końcu jego nazwa
oznacza tragarza. Zjednoczone Królestwo
upijało się wtedy ginem. Odrębną sprawą
są „rolnicze” piwa Belgii czy Francji. Przy
żniwach czy wykopkach w upał pić chce się
okrutnie, a robotnicy rolni nie mogą jednak
15
chodzić pijani. Warzyło się dla nich wczesną
wiosną lekkie, ożywcze, dość słabe piwo
i to niekoniecznie z jęczmienia, ale na przykład z pszenicy.
W 1660 roku na dworze angielskiego króla Karola II pojawiła się herbata, lecz dopiero
w wieku dziewiętnastym, wraz z rozwojem
przemysłu, handlu, żeglugi, z wiktoriańskim
dostatkiem Wielkiej Brytanii – Europa rozpoczęła masowe picie herbaty. Wówczas
piwo uległo diametralnej przemianie.
Przestało być napojem codziennym, stało
się zaś popularnym trunkiem na skalę całej
Europy.
Ciekawy los dotknął wtedy zakonników.
Piwo na dobrą sprawę przestało być potrzebne, a utrzymanie klasztorów kosztowało coraz więcej. Mimo że reguły klasztorów piwnych były surowe, a mnisi kręcili
nosami, zmuszeni zostali do warzenia coraz
mocniejszego piwa, już przeznaczonego
na sprzedaż. Równie ciekawie działo się
w Wielkiej Brytanii, gdzie piwo zaczęto warzyć jako trunek na skalę przemysłową.
Dawne piwo było szalenie nietrwałe, psuło
się szybko. Tymczasem brytyjskie kolonie, szczególnie Indie, domagały się piwa
z Anglii. Stopniowo używano do produkcji
coraz więcej słodu, piwo stawało się coraz
mocniejsze, dodawano również coraz więcej chmielu, ponieważ zawarte w chmielu
olejki mają właściwości bakteriobójcze.
Takie utrwalone alkoholem i chmielem piwo
można już było transportować w beczkach
żaglowcami do Indii. Wtedy powstała nazwa India pale ale (indyjskie piwo jasne).
Tyle, że pojęcie „mocne i nachmielone”
w kontekście historycznym to lekka przesada. Historycy upierają się, że takie piwa
zawierały zaledwie 3,2-3,8% alkoholu,
a i nachmielenie było dość skromne.
O piwach historycznych można gadać
godzinami. Przejdźmy więc do piw bliższych
naszym czasom. Epoka industrializacji
- to piwa z „browarów parowych” oraz masowa zmiana technologii na piwa dolnej
fermentacji, czyli fermentowane w temperaturach piwnicy (zmiana ta nie przyjęła
się jedynie w Wielkiej Brytanii, gdzie do dziś
piwo fermentuje w temperaturze otoczenia,
na ciepło, „fermentacja górna”). Wszelakie
te piwa, najczęściej o umiarkowanej mocy,
stały się tym, co dziś określa się jako zwykłe
piwo, takie po prostu dla ochłody i lekkiego
upicia się. Robiło się (jak widzi to laik) piwa
jasne i ciemne, jeśli mocne, dodawało się do
warzenia podwójną ilość słodu (piwa dubeltowe). Dziś znawcy podzielili takie piwa tradycyjne na style, dostrzegając
różnice zarówno regionalne,
Jedno z niewielu piw historycznych, wyrabianych do dnia dzisiejszego,
to fiński styl sahti. Tradycyjnie warzy się w wiadrze gęstą, dwudziestoprocentową brzeczkę ze słodu żytniego, zaprawia gałązkami i jagodami jałowca, a piwo
fermentowane jest na ciepło przy użyciu drożdży piekarskich. Powstaje mocny,
dziesięcioprocentowy trunek nie zawierający w ogóle chmielu. Piło się go przy
okazji świąt i zabaw, na przykład na weselach. Na zdjęciu współczesna interpretacja polskiego browaru Pinta, piwo podane na sposób ludowy w kuflu.
Brytyjski browar Morland, należący do koncernu Greene King,
prawowicie szczyci się ponad stuletnią tradycją,
choćby z tego względu, że do dziś używa historycznego
szczepu drożdży i przestrzega oryginalnych receptur.
Amerykańskie piwo „Pale
Ale” z browaru rzemieślniczego Sierra Nevada, działającego w Kalifornii oraz Północnej
Karolinie, jest warzone
nieustannie od 1980 roku.
16
wykorzystywane do warzenia
składniki oraz rozmaite cechy
samego trunku, jak i różnice w wytwarzaniu. Warto jednak pamiętać, że te wszystkie tradycyjne piwa nie mają najczęściej nic
wspólnego z dzisiejszymi markami. Jeżeli
wielki browar polski należący do koncernu
powołuje się na rok 1629, to jedynie naiwne
dziecko może wierzyć, że dzisiejszy sikacz
ma cokolwiek wspólnego z historią…
Prawdziwa tragedia piwna przydarzyła
się po II wojnie światowej. W piwowarstwie
postawiono na masowość produkcji i sprzedaż, szczególnie pod wpływem Ameryki.
Osławiony amerykański „Budweiser” to
klasyczny przykład zniszczenia piwa. Na
świecie ponad 95% sprzedawanego piwa
można określić jedną nazwą stylu piwnego:
International Pale Lager (międzynarodowe
jasne piwo leżakowane). Wszystkie te piwa
są imitacją amerykańskiego lagera lub czeskiego pilsnera. Wszystkie nie mają smaku, zapachu, wyglądają identycznie, a ich
jedyny cel to łatwe dostarczenie alkoholu
do głowy, co jakikolwiek smak czy zapach
mógłby utrudnić. To jest to, co nazywa się
„piwkiem” czy „piwskiem”, i co jest dostępne w każdym sklepie pod setkami marek.
Browary regionalne też coś muszą sprzedawać, w dodatku możliwie tanio, więc
reklamują swoje wyroby, nierzadko produkowane w zardzewiałej aparaturze i w niehigienicznych warunkach jako „piwa tradycyjne”. Nie wierzcie im. Czy piwo pochodzi
z koncernu czy z browaru regionalnego
– najczęściej nie różni się niczym. A teraz
przejdźmy błyskawicznie do piw prawdziwych, piw dobrych.
Zdesperowani brakiem dobrego piwa na
rynku niektórzy Amerykanie warzyli piwo
w swych domach już w latach 60. minionego wieku, doskonaląc swe umiejętności
w kolejnej dekadzie. W roku 1978 prezydent
Jimmy Carter podpisał ustawę o deregulacji rynku piwnego. Niebawem otworzyły się
w Ameryce gotowe do działania i sprzedaży
browary rzemieślnicze, założone przez domowych piwowarów. Jednym z pionierów
był browar Sierra Nevada, który w 1980
roku wypuścił na rynek dwa pyszne piwa,
do dziś produkowane „Pale Ale” (piwo jasne) oraz „Stout” (piwo ciemne). Od tego
czasu powstało w USA ponad 3000 browarów rzemieślniczych, a kraj ten stał się
ojczyzną piwnej rewolucji.
Europa długo nie mogła się przebudzić.
Dopiero w 2006 roku dwóch nauczycieli matematyki i fizyki rozpoczęło warzenie swojego piwa w kuchni w Kopenhadze,
dając początek marce Mikkeller. Panowie
wpadli na zgrabny pomysł: oni wiedzą,
jak warzyć piwo, wykorzystają więc moce
produkcyjne istniejącego browaru celem
uwarzenia znacznej ilości dobrego piwa
na sprzedaż. Tak powstał tak zwany browar
kontraktowy. W 2007 roku dwaj szkoccy
24-latkowie wzięli ryzykowny kredyt bankowy, wydali wszystkie swoje pieniądze, wynajęli budynek, zakupili aparaturę i tak powstał
pierwszy europejski mikrobrowar BrewDog.
W zeszłym roku szkocki browar zatrudniał już
540 pracowników (oraz psa!), posiadał 32000
akcjonariuszy, miał 44 puby w Europie. 4 maja
2016 BrewDog otworzył swój pierwszy pub
z restauracją w Warszawie.
W zeszłej dekadzie liczni Polacy, zainspirowani amerykańskim przykładem, zajęli się domowym wyrobem piwa. Spotykali
się wpierw nieformalnie. Na internetowych
forach wymieniali się doświadczeniami,
uczestniczyli w konkursach piwowarów domowych (pierwszy taki konkurs odbył się
w 2003 roku w Żywcu pod nazwą Birofilia,
trzy lata później podobny konkurs miał
miejsce we Wrocławiu). Znana jest historia
„Codera”, który uwarzył samodzielnie piwa
we wszystkich znanych ponad dwustu stylach, a kiedy kończył warzyć ostatnie, już
zakładał z kolegami browar Artezan. Lecz
palma pierwszeństwa należy się browarowi
Pinta z Żywca. Trzech współzałożycieli ruszyło w 2011 jako browar kontraktowy. Dziś
Pinta to nie tylko pionierzy polskiej rewolucji piwnej, ale i liderzy w produkcji dobrego
piwa.
Czym jest piwo rzemieślnicze (ang. craft
beer)? Jest to prawdziwe, dobre piwo, które
warzone jest z głębszą myślą, posiadające
piękny wygląd, aromat, smak oraz posmak.
Piwo rzemieślnicze pije się dla doznań
zmysłowych, dla degustacji, nie dla upicia
się. Czy piwowar rzemieślnik, czy barman
odpowiedniego pubu, czy sprzedawca dobrego piwa, czy jego miłośnik („chmielowa
głowa”, hophead) dba o krzewienie kultury
piwnej, o wyjaśnianie tajników różniących
rozmaite piwa. Warzenie dobrego, cieszącego nasze zmysły, piwa jest sztuką. Nie
zapominajmy również o artystycznych nalepkach na butelkach i degustowaniu dobrego piwa z odpowiedniego szkła. A gdzie
takie piwa można nabyć? Przede wszystkim
w specjalistycznych sklepach z piwem (a te
rosną jak grzyby po deszczu) oraz w specjalistycznych pubach (multitapach), które
niestety istnieją jedynie w większych miastach Polski, a i to nie we wszystkich.
Tyle na dziś. W następnym odcinku opowiemy przede wszystkim o tym, jak rozpocząć piwną przygodę i równocześnie uniknąć rozczarowań.
Stefan „Mikeš” Mikulski
Tytuł artykułu jest mottem wrocławskiego
sklepu specjalistycznego z piwem „Piwnica przy
Zaporoskiej”, prawdopodobnie największego sklepu
tego typu w Polsce.
Wszystkie przedstawione na ilustracji butelki od piwa pochodzą z polskich browarów rzemieślniczych. Jedenaście piw, każde inne od pozostałych.
17
Fot. flicr.com
Niesamowity festiwal
Burning Man na pustyni
Black Rock Desert
w Newadzie
Spotkanie z Mad Maxem
C
o ma wspólnego grecki filozof
Epikur z postacią Mad Maxa,
bohatera
postapokaliptycznych filmów drogi w reżyserii
Georga Millera, który przemierza pustkowia świata wyniszczonego przez konflikty nuklearne i napotyka plemiona barbarzyńców, dla których
jedyną świętością jest paliwo do ich piekielnie szybkich i krwiożerczych maszyn, o które walczą na śmierć i życie? Na pierwszy
rzut oka niewiele. Bo co może łączyć twórcę
filozofii, która opiera się na czerpaniu przyjemności z życia, z wypalonym wojownikiem
szos, walczącym o przetrwanie w świecie
pozbawionym wszelkich zasad?
Jest jednak takie miejsce, gdzie te dwa,
zupełnie różne, światy łączą się w niesamowitą całość. To pustynia Black Rock Desert
w Newadzie, na środku której, na dnie wyschniętego jeziora, od 1997 roku odbywa
się festiwal zwany Burning Man. Ktoś pomyśli, ok. festiwal festiwalem, ale co to ma
wspólnego z motoryzacją? Samochody,
to nie tylko suche dane testowe i parame-
try silników. W Stanach Zjednoczonych,
gdzie auto jest czymś w rodzaju świętości,
przyjemność podróżowania przejawia się
w projektowaniu aut mających dawać nieograniczoną frajdę z jazdy, komfort i dużo
przestrzeni. Dlatego motoryzacja tutaj jest
ciekawa, różnorodna, indywidualna i nie ma
ograniczeń. O tym możemy się też przekonać na Burning Man.
Nieważne, dokąd dolecisz samolotem,
zawsze będziesz musiał dojechać na teren
festiwalu. No chyba że masz awionetkę,
to możesz przylecieć – jest pas startowy.
Są rożne sposoby dotarcia na miejsce: autostop, rower, motocykl, ale najpopularniejszym z nich jest RV, czyli kamper.
Pod główną bramę podjeżdżamy
po zmroku. Witają nas miliony kolorowych
świateł, buchające w niebo płomienie,
jak w mieście Bartertown z trzeciej części
Mad Maxa. Brakuje tylko mamuśki Tiny.
Nagle za plecami czujemy zbliżający się
i rytmicznie dudniący bas. Odwracamy się.
Oślepiający błysk i z płomieni wyłania się
ogromna samobieżna ośmiornica, której
macki, ruszając się w górę i w dół, zioną
ogniem, a z centralnego punktu w niebo
bucha wielka kula ognia. Wszystko to w towarzystwie ciężkiego rytmicznego techno,
rodem z berlińskich klubów i bawiących
się na pojeździe ludzi. Tak wyglądało moje
pierwsze spotkanie z wszędobylskimi „mutant cars”, czyli mobilnymi konstrukcjami
tworzonymi przez uczestników, by majestatycznie przemieszczać się po terenie
festiwalu z prędkością nieprzekraczającą
5 mil/h. Biorąc pod uwagę powierzchnię,
na której odbywa się festiwal (około 25 kilometrów kwadratowych), jest świetnym
wyborem. Aby dostać pozwolenie na poruszanie się naszym „mutantem”, musimy
go najpierw skonstruować, wysłać zdjęcie
do organizatorów i mieć nadzieję, że nasz
twór spodoba się. Oczywiście, nie każdego
stać na budowę i transport swojego wozidła,
więc najpopularniejszym środkiem transportu jest tu bezapelacyjnie rower, którego zalety doceni każdy uczestnik festiwalu
po pierwszym dniu przemieszczania się po miasteczku
18
Black Rock City. Wyobraźmy
sobie 50 tysięcy ludzi z całego świata, w tym bardzo wielu
artystów, hipisów, hedonistów i to, co powstaje w ich głowach, a potem zmienia się
w najróżniejsze formy transportu od najdziwniejszych rowerów, przez elektryczne
pojazdy, fury z odciętymi dachami, jeżdżące
buty Converse, samobieżne DJ’ki i kanapy,
maszyny kroczące, narty z kółkami oraz te
największe, majestatycznie sunące okręty
pustyni, żaglowce, pirackie łajby zbudowane na przyczepach lub starych podwoziach
autobusów. Kreatywność niektórych zapiera dech, ale za dnia zobaczymy dopiero
przedsmak. Bo te konstrukcje w pełnej krasie najlepiej podziwia się w nocy. Black Rock
City zmienia się w dzikie, napędzane benzyną i gazem, oświetlone milionami świateł,
buchającymi płomieniami i pulsujące muzyką miejsce. Każda osoba, każdy rower
czy inny pojazd obwieszony jest wszelkiego
rodzaju ozdobami świetlnymi, od świeczek
przez palniki na propan butan, po wielkie
i dopracowane systemy LED.
Gdy przystaniemy na chwilę i rozejrzymy się wokół, otoczeni feerią kolorowych
świateł możemy poczuć się jak w środku
galaktyki. Galaktyki Mad Maxa. Zresztą
Rockatansky, czułby się tam jak w domu,
bo choć na festiwalu panuje świetna, można
powiedzieć, że trochę hipisowska atmosfera, to nikt nie zapomina o tym, że bez
wysokooktanowej benzy, oleju napędowego i gazu całe to ogromne przedsięwzięcie siadłoby jak rozdeptana purchawka.
Oczywiście, mamy panele słoneczne, wiatraki itp., ale żeby zasilić 20-metrowy okręt,
który świeci jak bożonarodzeniowa choinka
i ma soundsystem jak na dobrej dyskotece,
trzeba ciągnąć za sobą przyczepę z porządnym agregatem. Różnorakie „mutant cars”
właściwie przez całą dobę poruszają się
po terenie wokół centralnego punktu festiwalu, zwanym „Playa”, gdzie znajdują się
19
także instalacje artystyczne. W dobrym tonie jest czasem przystanąć i zaprezentować
swój soundsystem festiwalowiczom. Gdy
tylko jakiś „okręt” zakotwiczy na chwilę,
od razu zbiera się obok niego mnóstwo
osób i zaczyna się impreza.
„Playa” to jednak nie wszystko, bo większość terenu zajmują obozowiska, rozlokowane promieniście od centralnego punktu
wzdłuż głównych dróg w kształcie okręgów.
Przemieszczając się po tym miasteczku
widzimy cały przekrój środków transportu.
Królują oczywiście RV (Recreation Vehicle)
w każdej postaci, od starych parchów, ledwo co trzymających się kupy i pamiętają-
cych jeszcze lata 70., przez standardowe
kampery o długości około 8-10 metrów, po
luksusowe autobusy z rozsuwanymi ścianami i jaccuzi w środku. Spośród zwykłych
samochodów najczęściej spotkamy minivany lub vany, bo to najlepsze połączenie pakowności z możliwością noclegu i schłodzenia się, gdy pustynia da nam w kość. Silnik
naszego pojazdu lub generator w kamperze
możemy odpalać na maksymalnie cztery
godziny dziennie, więc nad większością aut
obozowicze ustawiają plandeki lub wiaty,
by jak najbardziej ograniczyć dostęp promieni palącego słońca i zapewnić sobie
choć trochę cienia. Trzeba pamiętać,
by na teren festiwalu wjechać z pełnym bakiem albo wziąć zapas w baniaku. Jak o tym
zapomnimy, a w zbiorniku zrobi się sucho,
możemy mieć problem.
Dużo jest też samochodów ciężarowych (takie duże kurierskie z rampą z tyłu)
oraz naczep, na których przyjeżdżają kontenery. W przypadku ciężarówek wygląda
to mniej więcej tak, że ludzie przywożą w nich
swoje „mutant cars”, agregaty, namioty, rowery, prowiant, a gdy wszystko wyładują, w środku robi się miejsce na nocleg. Potem wystarczy wstawić klimatyzator i mamy piękną
„jaskinię”. Kontenery to po prostu wcześniej zbudowane i wy-
20
posażone pudła wyglądające
w środku jak połączenie arabskiego domu z sypialnią Beavisa i Butthead’a,
czyli dywany, kanapy i poduszki, w których
urzędują uczestnicy festiwalu. Do tego dochodzą samochody obsługi, między innymi jeepy
i pickupy rangersów, zajmujących się ochroną
imprezy, samochody techniczne, podnośniki
z koszami, wózki widłowe, no i oczywiście cysterny do opróżniania toalet.
Przekrój pojazdów, jakie możemy spotkać na festiwalu Burning Man odzwierciedla Amerykę i jej mieszkańców, ale z nieco
innej strony niż ją znamy. Trochę pokręconą, dziwną, szaloną, ale też bardzo pozytywną, otwartą. Patrząc po pojazdach, mocno
indywidualną i starającą się czerpać z życia
przyjemność, nie utrudniając go sobie zbytnio. Konstrukcje, które powstają, wyrażają
osobiste gusta i pragnienia konstruktorów.
Może to być okręt kapitana, brutalna i ciężka maszyna w stylu tych znanych z Mad
Max’a lub obity pluszem i oklejony folią
aluminiową statek pięknych kosmitek albo
po prostu jakiś wrak z działającym silnikiem
i kanapą na dachu.
Dla fanów motoryzacji wyjazd do Stanów
Zjednoczonych to spełnienie marzeń. A jeśli
można go połączyć z prawdziwym road tripem to jest się w pachnącym benzyną niebie. Wyjazd na festiwal Burning Man był uzupełnieniem i zwieńczeniem naszej wyprawy.
Tytuł artykułu nie bez powodu nawiązuje
do legendarnego filmu, który stał się ikoną
dla fanów motoryzacji, a jego ostatnia część
zwieńczyła dzieło. Zawsze chciałem choć
trochę poczuć ten klimat i na Burning Manie
dostałem to, czego chciałem, bez dostania
po mordzie, jak to by było w prawdziwym
świecie Mad Maxa. Własnoręcznie sklecone
maszyny z potężnymi V8, skrawki ciuchów,
maski na twarz i gogle, a wszystko skąpane
w pustynnym kurzu. Czego chcieć więcej?
Peace, Love & Gasoline
Szerzej o samym festiwalu Burning Man
napiszę w oddzielnym artykule, który będzie miniprzewodnikiem, opisującym podróż na festiwal, nasz road trip, element
na stałe związany z Ameryką i pozycją samochodu w jej kulturze.
Michał Krzaklewski
21
Pytasz o rozkosz?
Odpowiem – muzyka
Maciek Trojanowicz o swojej miłości
do muzyki i o tym, jak muzyka wpływa
na wybór miejsc, które chce odwiedzić
Właśnie trwa mój czwarty poranek
w Berlinie. Piję kawę w knajpie na Moabit
(cudowna dzielnica) i wspominam przed
wyjazdem kończący się urlop. Był cudowny.
Kiedy jednak spytasz mnie, które atrakcje wywarły na mnie największe wrażenie, moja odpowiedź może Cię mocno
zaskoczyć. Brama Branderburska? Fajna,
ale nie. Kreuzberg? Przereklamowany.
Lokalna kuchnia? Kebaby są spoko. Dla
mnie największymi atrakcjami oraz głównymi celami tej krótkiej podróży były dwa
wydarzenia: koncert Radiohead, zespołu
życia, oraz impreza techno w legendarnym
klubie Tresor. Dwa skrajnie różne doświadczenia, dwa powody, które stanowią o sensie mojego życia.
Nie dla mnie wylegiwanie się na plaży
całymi dniami. Wycieczki objazdowe bardziej mnie denerwują, niż mogą zaoferować
jakiekolwiek rozkosze. Sporty ekstremalne
mogłyby spowodować ekstremalne obrażenia, skoro zwykła piłka nożna spowodowała
u mnie kilka złamań z obojczykiem na czele
(spokojnie, obojczyk nie wylądował w moim
czole). Co więc przynosi mi największe ukojenie i stanowi sens podróżowania?
Muzyka. Mam szczęście być dzieckiem
dwojga cudownych osób, które mają bardzo
dobry i różnorodny muzyczny gust. Jeszcze
zanim poszedłem do przedszkola, śpiewałem z mamą „Creep” – utwór, który zwieńczył koncert grupy z Oxfordu. Od dziecka
dobra muzyka była mi wszczepiona jako
istotny element życia. Nie sądziłem jednak,
że będzie determinować wszystkie moje
wakacyjne podróże i urlopy.
Kiedy tuż po liceum zacząłem pracę
w jednej z sieci restauracji jako barman, sądziłem,
N
ajwiększymi atrakcjami
oraz głównymi celami tej
krótkiej podróży były dwa
wydarzenia: koncert Radiohead,
zespołu życia, oraz impreza techno
w legendarnym klubie Tresor
22
że znalazłem fajne miejsce
na przepracowanie wakacji.
Niestety, po zaledwie miesiącu musiałem
zrezygnować. Powód? Nie dostałem wolnego na festiwal Open’er, gdzie zagrać
mieli The Muse. Ta decyzja zmieniła całkowicie moje życie. To wtedy wkroczyłem
na ścieżkę spełniania muzycznych marzeń,
postawiłem to na piedestale priorytetów
i uznałem, że nikt nie stanie mi na drodze
do szczęścia.
Na rynek pracy trafiłem stosunkowo
niedawno, bo w 2010 roku, i właściwie każdy (poza jednym) urlop wykorzystałem,
by pojechać na jakiś festiwal, koncert lub imprezę. Myślałem, że z tego wyrosnę, ale ten
rok wybitnie zdaje się niszczyć moje oczekiwania. Spontanicznie pojechałem do Łodzi
na festiwal DomOffOn. Później kolejna edycja Up To Date w Białymstoku. Wcześniej
w tym roku – Audioriver w Płocku, Oscar
Mulero we Wrocławiu.
Nawet ewolucja mojego gustu muzycznego zdaje się nie zmieniać mojego podejścia do podróżowania. Zastanawiałem się,
czy romans z muzyką techno nie zabije mojego zamiłowania do odwiedzania festiwali.
Nic podobnego! A powoli zaczyna planować
kolejny rok. Zresztą, byłem w Berlinie po raz
trzeci, więc przytoczę powody poprzednich
dwóch wizyt. Listopad roku 2011 - koncert
The Antlers, zaledwie kilka godzin w mieście. Sierpień sprzed dwóch lat – imprezy
w słynnych klubach. I to ówczesna wizyta
w Tresorze mnie ukierunkowała na muzykę
techno. W ciągu kilku dni zdążyłem wreszcie choć trochę poznać stolicę Niemiec.
Choć nadrzędnym celem wyjazdu był koncert Radiohead. A kolejnym – Ancient
Methods w Tresorze.
Zdałem sobie ostatnio sprawę, jak wiele
miejsc odwiedziłem tylko dlatego, że jechałem tam na jakiś koncert. Kilka edycji festiwali Coke Live czy Selector oraz koncert
Sigur Ros ciągnęły mnie do Krakowa, by poznać to miasto lepiej. Kilkanaście razy odwiedziłem Katowice z powodu Offa, Taurona
czy The National. Długo bym pewnie jeszcze
czekał na odwiedzenie Białegostoku, gdyby
nie festiwal Up To Date. Do Płocka, gdzie
co roku odbywa się Audioriver, pewnie bym
nawet nie planował zajrzeć. O tym, że Łódź
jest świetnym miastem, przekonałem się
dopiero w tym roku za sprawą DomOffOnu.
Nawet Barcelonę dwukrotnie odwiedziłem
z powodu festiwalu Primavera.
Każde z tych miast zyskało mały kawałek
w moim serduszku. Serduszku, które żyje
dla muzyki. I dla muzyki jeździ po świecie.
Nie wyobrażam sobie spędzić całego dnia
na plaży z brzuchem do góry. No, chyba
że byłaby to plaża na Ibizie, gdzie każdego
niemal dnia grają wybitni producenci i DJ’e.
Muzyka nadaje sens moim podróżom.
Każda z tych podróży mnie wzbogaca o cudowne dźwięki. A te nadają sens mojemu
istnieniu.
W domu znów za długo nie wysiedzę.
Bilbo Baggins wyruszał ku przygodzie.
Troyann wyrusza z domu ku muzyce, którą
kocha.
Maciek „Troyann” Trojanowicz
23
Grr...a muzyka
Płyty recenzuje Irek „Grr” Grzybowski
Magazine „Real Life” (1978)
Słucham ich od lat, w każdych warunkach
psychosomatycznych, klimatycznych, bez
względu na fazy księżyca czy też stan wody
na Nysie w Kłodzku. I, co w muzyce jest niezwykle rzadkie, bardzo dobrze wchodzi także na trzeźwo.
Howard Devoto to gość, który miał
pierdolca i który bardzo pragnął założyć
kapelę. Mając dość ogólną wizję i puszczając zainteresowanym płyty The Stooges,
mówił: – Słuchajcie, chcę grać coś takiego. I w ten sposób poznał Pete’a Shelleya.
A w międzyczasie przecież dość dużo się
działo: The Sex Pistols na Wyspach (Devoto
nawet zorganizował im dwa koncerty
w Manchesterze), The Ramones i Television
w „koloniach”, pojawił się punk. A Howard,
widząc to i słysząc, i jednocześnie kipiąc
z ambicji, nie mógł się w tym tyglu pozbierać. A przecież niemiłosiernie pragnął sukcesu. W takich właśnie realiach powstał The
Buzzcocks. Ale Howard (a miał, jak zauważyłem, pierdolca) opuścił zespół jeszcze
przed pierwszym LP, bo mu się nutki jednak
nie zgadzały. I założył Magazine. I chyba
właśnie w ten sposób narodził się post punk.
Proste? Proste. Na początku 1978 roku zespół wydał swój pierwszy singel „Shot By
Both Sides”. Zaś „Real Life” to ich pierwsza
i, niestety, najlepsza płyta, bo po niej było
już dość marnie i podle. Ale pieprzyć to,
bo przecież ten kamień węgielny okazał
New Order „Power, Corruption &
Lies” (1983)
Punk is dead. Ian nie żyje. Trudno nie zauważyć, że „Movement” było demonstracją
niepewności, bezradności i zagubienia. A ta
płyta była zupełnie inna, wnosiła nowe.
Kiedy obiektywnie zacząłem słuchać muzyki, Ian nie żył już od kilku lat. Joy Division
było dla mnie legendą i czymś, czego już na
żywo nie zobaczę. New Order było czymś
dziwnym – i nowe, i jednocześnie łączyło.
Syntezatory wkroczyły na salony, a poezja
zastąpiła przypadkowe zlepki słów. Co
przedziwne, linie basowe właśnie na klawiszach wygrywa Gillian Gilbert, a Peter Hook
na basie wygrywa linie melodyczne, jednocześnie obsługując automat perkusyjny.
Cios. Warto dodać, że Sumner wyzwala się
z maniery naśladowania Curtisa na wokalu.
W ten sposób spadkobiercy licealnych tragedii zapraszają tych, co ocaleli, do zabawy.
Taki pomost. Tak to odebrałem i bardzo polubiłem. Nie będę się rozpisywał o muzyce.
się na wagę bardzo solidnego fundamentu.
Tutaj nie ma nudy. Mówią, że „Definitive
Gaze” (pierwszy numer na płycie) to ich
najlepszy kawałek i jeden z tych „kultowiejszych”. Fakt, to wunderwaffe tamtego czasu. Ale według mnie szkoda, że płyta nie zaczyna się od drugiego numeru („My Tulpa”)
gdyż byłoby to jedno z lepszych otwarć
ever. Trudno. I tak jest zajebiście. Dalej jest
ładnie i ładniej - miks punka i wszelkiego
dobra, łącznie z klawiszami, gdzie pięknie
plumkał Dave Formula. Rozkminiając całość, ta płyta wprost zapowiadała lata 80.,
nową falę i nowy romantyzm. I tak się przecież stało. Muzyka Magazine przetrwała
i ewoluowała. Ich styl połączył awangardę
z popem, co dało im wieczne życie, a covery grane są przez Radiohead, Morrissey’a,
Petera Murphy’ego czy Ministry. Chwilo
trwaj, każdy powinien wysłuchać przed
śmiercią, choćby tej jesieni. Nie umierajcie
więc zbyt szybko.
https://www.youtube.com/
watch?v=9qk2huZdwL8
Irek „Grr” Grzybowski
Zwyczajnie odpowiadała mi, we właściwych
chwilach robiła idealny klimat. I dalej robi.
Płyta ma piękną okładkę. Obraz na okładce
jest autorstwa XIX-wiecznego francuskiego
artysty Henri Fantin-Latoura. Duży wpływ
na tytuł i okładkę miał Bernard Sumner.
https://www.youtube.com/
watch?v=tL6n8DyTvJI
– Przyszedłem na świat wraz z narodzinami
muzyki punk, którą później pokochałem. Wiem,
co to prywatka, adapter, walkman, kaseta, przeżyłem „zimę stulecia” i komunizm. Na pierwszy
koncert uciekłem z domu w wieku 14 lat. Miałem
wspaniałych mentorów, którzy zaszczepili we
mnie muzykę, a która stała się częścią mojego
życia. I tą muzyką chciałbym się podzielić.
24
Bauhaus, „The Sky’s Gone Out”
(1982)
go bagna... Znaczy, był już popyt. Dla mnie
najlepszy krążek Angoli. Zajebiste teksty
Murphy’ego, piękna (czasem dosłownie),
synkretyczna muzyka, genialne brzmienie.
Bardzo lubię włączyć. „Silent Hedges” i „The
Three Shadow”. Są domniemanym szkieletem płyty i pięknie mi robią nastrój, ale najlepszy jest „Swing The Heartache”. Arcydzieło.
Potrafię do tego nawet tańczyć. Niemniej zachęcam do posłuchania całości. A ta całość?
Zdecydowanie jeden z moich ulubionych krążków w ogóle. Gorąco polecam.
https://www.youtube.com/
playlist?list=PLDD7A2B56C4180126
Tom Waits „Rain Dogs” (1985)
ka. Patrzysz w okna mieszkań, teatrów
i burdeli, a tam blichtr, światła, bourbon
leje się litrami... Człowieku, witaj w Nowym
Jorku! Choć jesteś niczym zmokły, bezdomny pies...
„Gdzieś w środku nocy żarówka na drucie
z rur kapie woda, kominy i wrony
szyny wyjeżdżają z czarnego tunelu
nic już nie przeszkodzi...”
Inna historia, ale treścią jak bardzo pasuje, bo ta historia zawsze może mieć dalszy
ciąg...
https://www.youtube.com/
watch?v=kH-lDwh7o1U
Wieże Fabryk „Dym” (2010)
gitary, wykrzyczany, ekspresyjny wokal i jebana egzystencja w bardzo dobrych tekstach. Wydaje się, że ten temat to łatwizna,
ale przecież nie chodzi o typową w tym smutnym kraju kwestię narzekania, ale o pewien
kierunek, wskazówkę. Czujne ucho i bystry
umysł wychwycą. Słuchajcie więc z uwagą.
„To maszyna, to piękne”, to żyje. To nie jest
nawiązanie, to jest po prostu dalszy ciąg.
Zimna fala ciągle pulsuje, gdzieś między ustami, w przestrzeni, zaś skórę wypełnia kosmos.
https://www.youtube.com/
watch?v=JuLlJ7S_NrU
Lydia Lunch „Queen Of Siam”
(1980)
I to jest szczera miłość do muzyki. Kiedyś
w zinach czytało się fajne historie o brudnych zakamarkach Amsterdamu i Harlemu.
To było jak bagno i poniekąd mnie wciągnęło. Takie właśnie rzeczy dzieją się na tej
płycie. Same świetne numery, teksty rozbierają nawet z gaci, zajebiście brzmiąca,
przesycona soczystym saksofonem, fajnie
zbasowana i kurewsko niebanalna. I ten
nonszalancki wokal... Najbardziej seksowna
spośród wszystkich moich płyt. Kosmiczna.
https://www.youtube.com/
watch?v=8BzQGuUIjYs
Trzecia ich płyta, także sygnowana „Beggars
Banquet”. Krytycy dowalili do pieca, publika
zaś nie zawiodła i w efekcie album dotknęło
znamię kultowości. Pieprzyć krytyków. Całe
dobro tej muzyki zaczęło do mnie spływać
pod koniec lat 80. W punkowym otoczeniu
wisiała wobec niej raczej pogarda, czego
absolutnie nie kumam. Może to wina wina?
Ja nasiąkłem, nie winem a muzyką. Woody
znosił różne cuda, fajne rzeczy mieli też kumple w Bydgoszczy. Kaseta z tym materiałem
zaś przepadła w odmętach akademickie-
Zakazane rewiry i codzienny żywot wykolejeńca. Cały czas pada deszcz, oślizgłe
ściany czynszówek i trzeszczące schody
ewakuacyjne. Wielkie Jabłko, obskurne,
mokre i śmierdzące, okrągły księżyc świeci
ćmawo. Ulicami, prócz wyziewów rynsztoka, snują się jeszcze poszukujący wrażeń.
Tyle języków wokół, a ty nie kumasz nic.
Wszyscy pijani w sztok. Dużo dźwięków
i chce się tańczyć, ale nogi jakby ugrzęzły
w śmieciach, rzygowinach i jakimś ulicznym mule. Ale chce się przez ten szlam
brnąć, bo to zawsze jakieś wyzwanie, wal-
Litzmannstadt stało się miejscem, gdzie
nastąpiła inkarnacja tej właściwej Siekiery,
z poświatą Killing Joke i Joy Division. Nie tej
z Budzyńskim, to inna historia jest.
Lubię być w Łodzi. Być. Spać, mieszkać,
jeść, oddychać, żyć. Tam nie ma nic pięknego, tam jest po prostu dobrze. Pomiędzy
tymi wszystkimi pobytami w Łodzi przeplata się ta muzyka, idealnie wbija.
W odniesieniu do zimnej fali jest tutaj
wszystko, co ważne – rytmiczne brzmienie
sekcji wspomagane mrocznymi partiami
Pójdź pomiędzy punkowców i zapytaj, czy
to znają. Żaden, kurwa... A wieczorem,
w ciemnościach i ukradkiem, wrzucają na
talerz. No, twarde skurwiele...
A ja mam kumpla, do którego mogę zadzwonić i zapytać: – Hej! Lydia Lunch to
coś zajebistego, koniecznie wrzuć i słuchaj.
Tylko na dobrym sprzęcie!
A on mnie wysłucha, po czym odpowie: – Kurwa, człowieku, chyba żartujesz?
Właśnie jej słucham! WTF?
25
Twarde parapety
Bielawski opisuje więc z jednej strony
klimat małego miasta końca Peerelu, z kolejkami po słone masło i gumami do żucia
barwionymi rysikami z kredek, z drugiej zaś
rzeczywistość niedostępną, której namiastką w Polsce są kolorowe i pachnące towary
zza żelaznej kurtyny. W to szaro-kolorowe
tło wpisana jest historia samotnego bohatera, Maciusia. Żyje w rozdarciu – z jednej
strony cieszy się, że ma dostęp do lepszego, niemieckiego świata, z drugiej – tęskni
za tatą. Maciuś mocno wierzy, że niedługo
wyjadą z mamą do Niemiec. Że zostaną
„ściągnięci”.
I właśnie te rozterki, opisane prostym
językiem dziecka, poruszają najbardziej.
Bohater „Twardych parapetów” oprowadza czytelnika po swoim dziecięcym
świecie. Wspomina tatę, szukając jego
Maciek Bielawski, Twarde parapety,
Osobno 2016
śladów w kulkach kurzu czy w garażu,
do którego ojciec codziennie odprowadzał samochód. Wtajemnicza w swoje
pasje rybki, sklejane modele samolotów, fotografię, by za chwilę skupić się
na równie samotnej, nadużywającej alkoholu matce. Życie Maciusia toczy się w orbicie doskonale sportretowanych postaci:
babci, cioci, wujka czy kolegów i koleżanek z klasy i podwórka. To życie wypełnione i smutkami, i radościami – jak życie
każdego dziecka, pełne ciekawych, często zaskakujących obserwacji. Dlatego
książkę tę warto polecić nie tylko czytelnikom urodzonym w latach 70., lubiącym
nostalgiczne powroty do przeszłości,
ale i młodszym – jako ciekawe świadectwo czasów końca Peerelu.
Żorż Ponimirski
Fot. Roland Okoś
M
aciek Bielawski jest autorem nie tylko literackiego żartu o znajomości
z Lou Reedem (tekst na następnej
stronie), ale również powieści „Twarde
parapety” – o chłopcu wychowującym się
na świdnickim blokowisku. Piotr Bratkowski
w „Newsweeku” napisał, że to jedna z ciekawszych książek o latach 80.
Historia jest prosta i, wydaje się, dość typowa dla pokolenia dzisiejszych czterdziestolatków. Jest więc tatuś, który wyjechał
do Niemiec na zarobek, i matka, samotnie
wychowująca synka. Takich rodzinnych
modeli było w latach 80. sporo. Chyba każdy zna kogoś, kto miał za granicą rodzinę,
i każdy wie, jakim wydarzeniem w życiu
tejże osoby była na przykład paczka, pełna
tego wszystkiego, czego brakowało w polskich sklepach.
Maciek Bielawski
(ur. w 1975 r. w Świdnicy). Publikował w czasopismach „Ha!art” (45. numer czytelników i czytelniczek) i „Wysokich Obcasach” (wyróżnienie
w konkursie „Moja droga”). Mieszka we Wrocławiu.
26
Lou Reeda poznałem w 1997 roku. Kolega zaprosił mnie
do domu na oglądanie filmu „Trainspotting”. Bardzo spodobała
mi się historia grupy szkockich przyjaciół, a szczególnie piosenka
„Perfect Day” Lou Reeda. Czym prędzej napisałem do niego list
i wysłałem na adres, który dostałem od kolegi, a kolega od mieszkającego w Stanach kuzyna – założyciela największego polonijnego fanklubu Lou Reeda.
„Drogi Panie Lou,
jestem świeżo po obejrzeniu filmu „Trainspotting”, do którego skomponował Pan piosenkę. Jest świetna, optymistyczna, choć
ostatecznie dość smutna. Ma pan niezły wokal i potrafi układać ciekawe melodie. Czy mógłbym z panem korespondować?
Kłaniam się, Maciek Bielawski ze Świdnicy w Polsce”.
Odpowiedź przyszła po dwóch latach – i to po polsku! Okazało
się, że Lou w młodości uczył się naszego języka (po prostu jego
dziewczyna z podstawówki miała polskie korzenie). Ależ mnie
to pozytywnie zaskoczyło! Lou wyrażał ubolewanie, że musiałem
tak długo czekać na odpowiedź, ale usprawiedliwił się: w dniu,
w którym dotarł list, akurat przeprowadzał się do nowego mieszkania, więc cały worek korespondencji z tego dnia pojechał innym
busem, a busa tego po drodze do nowego mieszkania skradziono
i znaleziono po dwóch latach w jakiejś bocznej uliczce Bronxu.
Dlatego tak długo musiałem czekać na odpowiedź. „Proszę sobie wyobrazić, że w stercie listów był między innymi list od Maxa
Factora Młodszego, który zaprosił mnie do stworzenia linii kosmetyków. Niestety, kopertę otworzyłem dopiero po dwóch latach, gdy
nieborak był już na tamtym świecie…” - napisał Lou.
Nadmienił też, że cieszy się, iż spodobała mi się piosenka
„Perfect Day”, jednak pozwolił sobie na uwagę, że nie skomponował jej na potrzeby filmu, a na jeden z wcześniejszych albumów, który pozwala sobie załączyć do listu. To już wiedziałem
(i przeczytałem tę uwagę z charakterystycznym rumieńcem zakłopotania), bo zaraz po wysłaniu listu do Lou sprawdziłem w encyklopedii wszystkie informacje związane z jego działalnością
na scenie muzycznej. Wyszło na jaw wiele faktów: na przykład ten
z bananem z okładki pierwszej płyty zespołu Velvet Underground,
którego Lou był członkiem. Zacznę od tego, że mój cioteczny
wujek z Nowego Jorku handlował w latach 60. bananami. W jednym z listów do mamy napisał, że nie miał dotychczas problemów z odbiorcami, tym bardziej że miał naprawdę zdrowe owoce,
gdyż brał je od sprawdzonych plantatorów. Trafił mu się jednak
przy poniedziałku niecodzienny, mocno wybredny klient w otoczeniu wielu interesujących kobiet i przez dwa dni szukał odpowiedniego banana, za którego zapłacił w końcu tyle, ile kosztuje
normalnie funt albo i dwa tych owoców. W kolejnym liście wujek
wspomniał, że banan posłużył temu panu, jako wzór do namalowania obrazu, a obraz ten znalazł się na okładce płyty jakiegoś ze-
społu, ale jakiego – tego wujek nie wiedział. I tu jesteśmy w domu!
Napisałem o tym Lou – musiał uśmiać się serdecznie, bo odpisał,
że ten pan, który tak skrupulatnie wybierał banana u mojego wujka,
to malarz Andy Warhol i że znali się dobrze.
Dzięki tej informacji zainteresowałem się malarstwem. Niestety,
inne obrazy nie były już takie ładne jak Warhola, więc w sumie
poprzestałem na pop-arcie. Lou nie zgodził się z tym – napisał mi,
że koniecznie należy wyjść poza pop-art i polecił kilku innych artystów, w tym naszego polskiego Wojciecha Kossaka (co również mi
się nie spodobało, bo nie przepadam za scenami batalistycznymi)
i ichniego Pollocka, co również nie przypadło mi do gustu, bo takie mazaje to sam mogę namalować. Lou nie odniósł się do moich
uwag i nie wracał już do tematu malarstwa. Ja również.
Nasza korespondencja rozwinęła się. Pisałem do Lou dziesiątki
listów, on odpisywał po roku lub dwóch. Ach, jak bardzo jednak
czekałem na te listy! Lou pisał, co jadł na śniadanie, a co na kolację. Raz wysłał mi przepis na ciasto bananowe bez dodatku mąki.
Robię je do dziś i za każdym razem smakuje tak, jakbym kosztował
je pierwszy raz. Ja, w rewanżu, wysłałem mu przepis na jajecznicę
z siedmiu jajek na żółtym serze. Odpisał, że smaczna, ale zbyt kaloryczna. Trudno się było nie zgodzić.
Pisał o swoich ulubionych zespołach. Lubił Roda Stewarta
i Bee Gees, przy których, jak zaznaczył, można się lepiej wyskakać
niż przy MC5. Byłem mile zaskoczony, gdy okazało się również,
że zna Czerwone Gitary i żałuje, że nie zaistnieli na scenach amerykańskich – i że mogliby zrobić karierę nie tylko w klubach polonijnych. Lou pisał: „Seweryn Krajewski był całkiem przystojny i miał
dobry głos. Pamiętam czasy mocnego zapotrzebowania na takich
dżentelmenów”.
W jednym z listów zapytałem, czy nie wysłałby mi zaproszenia
do Stanów, żebyśmy się wreszcie spotkali. Odłożyłem nawet pieniądze na bilet lotniczy. Niestety – Lou odpisał dopiero po roku:
„Obecnie rzadko bywam w Stanach, więc może odłóżmy to na później”. I nawet dobrze się stało, ponieważ pieniądze na bilet przejadłem, a nie śmiałem prosić go o pożyczkę.
W 2008 roku, gdy ożenił się z Laurie Anderson, nie miał już
dużo czasu na korespondencję ze mną. W 2010 roku odpisał tylko
raz. I bardzo krótko:
„Drogi Maćku, nie mam obecnie czasu na korespondencję.
Wybacz, ale w związku z tym, że jestem w rozjazdach życiowo-artystycznych, nie będę odpisywał na twoje listy. Nie obrażaj się,
proszę. Mam sporo rzeczy na głowie – odezwała się Metallica
i przebąkują coś o nagraniu wspólnego albumu. Myślę, że to dla
nich spora szansa, więc prawdopodobnie się zgodzę. Bądź zdrów!
I oglądaj dużo obrazów. Twój Lou”.
To był przedostatni list.
Ostatni wysłała jego żona.
„Maćku, kłania się Barbara, żona Edka. Mieszkam
na Greenpoincie. Edek zmarł tydzień temu. Podczas porządkowania jego rzeczy znalazłam listy od ciebie oraz podpięte pod te listy kopie odpowiedzi, które wysyłał podpisując się jako Lou Reed.
Pozdrawiam cię serdecznie i przepraszam za to, co przez tyle lat
działo się między wami. Wybacz! Barbara.
PS. Jeśli chciałbyś zatrzymać się w Nowym Jorku, obojętnie kiedy, serdecznie zapraszam. Lou ma nad naszym mieszkaniem niewielkie studio nagrań; co prawda rzadko w nim bywa, bo to jedno
z jego wielu studiów, ale gdy tylko się w nim pojawi, na pewno
będzie mu miło cię gościć”.
27
Tequila
M
eksyk to nie tylko ostre jedzenie, papryczki, piramidy
Majów i Azteków, czy szerokie, kolorowe sombrero.
Jest jeszcze jeden symbol,
który nierozerwalnie łączy
się z tym krajem. Tequila.
Ten wysokoprocentowy napój alkoholowy coraz częściej jest także doceniany w Polsce, nie tylko w formie czystej,
ale i koktajlach. Nadal jednak wiele osób
podchodzi do niego z rezerwą. Nie wiedzą, jaką tequilę kupić, w jaki sposób ją pić
i z czym łączyć. Tym bardziej że jest przecież jeszcze coś takiego, jak mezcal. Co to
takiego i czym różni się od tequili?
Każda tequila jest mezcalem,
jednak nie każdy mezcal tequilą
Nazwa tequila została przejęta od nazwy
meksykańskiego miasteczka Tequila w stanie
Jalisco, gdzie rozpoczęto jej produkcję. I choć
na świecie cieszy się większą popularnością,
to jednak w Meksyku popularniejszym trunkiem jest mezcal, czyli meksykańska „wódka” z robakiem. Co to dokładnie ten mezcal?
To narodowy trunek uznawany za przodka
tequili. Różni się od niej smakiem, procesem
produkcji i „robakiem”, który jest dodawany do mezcalu. Ten robak to larwa motyla
Hipopta agavis, zwana też gusano. Są dwie
odmiany larwy: czerwona – gusano rojo i biała lub złotawa – gusano de oro. Żerują one
na liściach agawy. Wrzuca się je do mezcalu
po zakończeniu procesu fermentacji i destylacji. Jeżeli nie ulegną rozkładowi, przystępuje
się do butelkowania. Co najważniejsze, robaki
wkłada się do butelek dla poświadczenia autentyczności alkoholu i jako dowód pochodzenia. Zjeść go czy nie? To już pozostawiamy
do Waszej decyzji. O popularności mazcalu
niech świadczy meksykańskie przysłowie:
„Para todo mal, mezcal, y para todo bien
también”
„Na wszystko co złe mezcal, na wszystko
co dobre też”
Musimy pamiętać o jednej podstawowej
zasadzie – każda tequila jest mezcalem, ale
nie każdy mezcal jest tequilą.
meksykański
trunek narodowy
28
Są trzy główne różnice pomiędzy tymi trunkami.
Miejsce produkcji
Tequila i mezcal produkowane są w różnych regionach Meksyku. Tequila jest rodzajem mezcalu produkowanym w pięciu
regionach: Jalisco, Michoacan, Guanajuato,
Nayarit i Tamaulipas, i robionym tylko z niebieskiej agawy. Jalisco jest bez wątpienia
najważniejszym regionem, gdzie położone
jest wspomniane już miasto Tequila. Mezcal
z kolei robiony jest w ośmiu regionach:
Oaxaca, Durango, Guanajuato, Guerrero,
San Luis Potosi, Tamaulipas, Zacatecas
i Michoacan. W regionie Oaxaca produkuje
się około 80-90% tego alkoholu.
Rodzaj agawy
Tequila, zgodnie z prawem, może być robiona wyłącznie z jednego rodzaju agawy
– niebieskiej, natomiast mezcal produkowany jest z około 30 różnych jej odmian,
najczęściej jednak jest to agawa espadin.
Co ciekawe, specjalny departament rządowy ma za zadanie kontrolować produkcję
oraz uprawę odmiany agawy niebieskiej,
potrzebnej do produkcji tequili.
Proces produkcji
Proces produkcji tequili i mezcalu różni się.
Z tego powodu uzyskują one odmienne smaki i aromaty. Uprawa agawy i jej zbiory są
w obu przypadkach takie same. Średni wiek
uprawy agawy, od posadzenia do wycinki,
to około 8 lat, choć niektóre zbiera się w wieku 12 lat. Zarówno tequilę jak i mezcal uzyskuje się z pnia agawy nazywanego „pina”,
przypominającego po odcięciu liści ananasa.
Następnie przygotowuje się tak zwaną
pulpę, z której wyciska się sok i poddaje
obróbce. I na tym etapie produkcja obu
trunków zaczyna się różnić. W przypadku
tequili, pinias gotowane są w wielkich przemysłowych piecach. Później są rozdrabniane, poddawane fermentacji i procesowi
destylacji aż do powstania trunku.
W przypadku mazcalu mamy do czynienia
z bardziej tradycyjną produkcją, gdzie wykorzystuje się jeszcze techniki sprzed kilkuset
lat. Pinias opala się w dołach wykopanych
w ziemi, tzw. podziemnych piecach. Wykłada
się je rozgrzanymi kamieniami, liśćmi kaktusa, kawałkami drewna i ziemią. W takich
warunkach pinie agawy gotuje się przez
trzy dni. Dzięki temu procesowi nadaje się
mezcalowi specyficzny, dymny aromat. Po
ugotowaniu pinie rozgniata się w młyńskich
kamieniach napędzanych siłą koni lub osłów,
zostawia się do fermentacji i poddaje proce-
sowi destylacji. Ta, można by rzec, ręczna
robota, sprawia, że cena niektórych mezcali
osiąga poziom 300-400 złotych.
Dlaczego po tequili mamy kaca?
Główny podział tequili to podział na tę wyprodukowaną w 100% z agawy oraz mieszaną, tak zwaną tequila mixto. Tequila mieszana musi zawierać minimum 51% niebieskiej
agawy, pozostałe 49% to najczęściej trzcina cukrowa. To właśnie dlatego, że głównie
pija się wersję mieszaną, mamy na drugi
dzień tak zwane urwanie głowy, czyli kaca.
Dodatkowo, do mieszanej tequili czasem dodawane są barwniki lub ekstrakty
zapachowe. Od 2006 roku tequilę mieszaną
można butelkować poza terytorium Jalisco,
a co więcej – poza Meksykiem. Aby poznać,
z jaką tequilą mamy do czynienia, wystarczy
spojrzeć na etykietę i znaleźć napis „tequila
– 100% agawa”. Jeśli widnieje samo słowo
tequila, mamy do czynienie z mieszaną.
Kolejny podział uwarunkowany jest
liczbą destylacji i długością leżakowania.
Możemy wyróżnić tutaj tequile: blanco, oro,
reposado, anejo i extra anejo. Oczywiście te
najdłużej leżakujące są najdrożse, a ich ceny
sięgają nawet 225 tys. dolarów (ok. 800 tys.
zł) za butelkę, jak to jest w przypadku Ultra
Premium Ley. 925 Pasion Azteca. Innymi
słowy – jest to dość duży rozstrzał cenowy
pomiędzy tymi, które można spotkać w naszych polskich dyskontach, gdzie butelkę
można dostać już za około 40 złotych.
Rodzaje tequili
Większość z osób rozróżnia dwa rodzaje
tequili: srebrną i złotą... Oczywiście, można jeszcze podzielić na dobrą i niedobrą,
ale tego akurat nie będziemy poruszać,
bo to rzecz gustu. Tak naprawdę tequile
nie rozróżnia się tylko kolorem. Na to, z jaką
tequilą mamy do czynienia, wpływają czas
uprawy, sposób destylacji oraz leżakowania.
Silver – Blanco to najpopularniejsza
tequila srebrna, inaczej nazywana blanco
lub plato. Do jej produkcji wystarczą dwa
procesy destylacji. Są też takie odmiany,
które destyluje się jeden raz, ale te już noszą nazwę „ordinary”, a to za sprawą bardzo
intensywnego smaku i aromatu. Jest ona
przeważnie przechowywana w stalowych
beczkach, a długość jej leżakowania to mniej
więcej dwa miesiące od momentu destylacji.
Czasem nawet nie ma czasu leżakować, jest
od razu rozlewana do butelek – ale to już
tequila najniższego gatunku. Niestety, jest
to najpopularniejsza tequila w Polsce.
Gold – Joven to odmiana złotej tequili.
Podobnie jak srebrna, najniższego gatun-
ku i najkrótszego czasu leżakowania. Jak
sama jej nazwa wskazuje (joven znaczy po
hiszpańsku młody/młoda), czas leżakowania takiego alkoholu nie jest długi. Często
też tequila joven stanowi mieszankę dwóch
rodzajów tequili: blanco oraz rocznej.
Ważnym elementem w produkcji tej tequili
jest proces barwienia alkoholu na złoto,
przez domieszkę karmelu, fruktozy lub aromatów drewna.
Reposado jest z kolei odmianą złotej
tequili o odrobinę delikatniejszym smaku. Jej smak i aromat jest uzależniony
od długości leżakowania. Czas spoczywania
alkoholu w beczkach wynosi od dwóch miesięcy do roku. Tym samym smak, aromat,
jak i kolor uzyskiwane są dzięki dębowym
beczkom, w których leżakuje. Podobnie jak
tequila blanco, jest dostępna w Polsce.
Anejo – kolejna odmiana złotej tequili.
Jest to już wysoko sklasyfikowany gatunek
tequili. Leżakuje w małych dębowych beczkach od jednego roku do trzech lat.
Muy anejo. Ostatnia odmiana złotej
tequili. Muy anejo oznacza trunek bardzo
stary (muy – bardzo, anejo – wiek). Jest
to najwyżej sklasyfikowany rodzaj tequili.
Leżakuje w dębowych beczkach przeważnie
od trzech do dziewięciu lat. Warto pamiętać, że optymalnym czasem do leżakowania
jest pięć lat, ponieważ jakość tequili od tego
momentu może się pogarszać.
Tequile smakowe
Oprócz tequili klasycznych i tych bardziej
wykwintnych można spotkać również coś
a’la likiery tudzież nasze nalewki, a dokładnie tequilę z domieszką meksykańskiej klasyki, czyli czekolady – tequila dark
chocolate, czekolady z chilli –tequila chili
chocolate, czy też kawy – tequila coffee.
Zawierają około 35 procent alkoholu.
Magda i Łukasz Sawa
Olkusko-kieleckie małżeństwo mieszkające
w Warszawie. Kulinarni zapaleńcy i pasjonaci
kuchni meksykańskiej, autorzy bloga Ale Meksyk!
Uzależnieni od tacos, guacamole i churros z czekoladą. Gotują, podróżują i odwiedzają restauracje,
a wrażeniami dzielą się na blogu /react-text www.
alemeksyk.eu.
29
Do dekoracji:
ćwiartka limonki
plasterek ogórka
plasterek jalapeno
Tequila Touch Down
Tequila Touch Down to pewnego rodzaju wariacja na temat bardzo popularnego koktajlu na bazie tequili, soku pomarańczowego
i soku z grenadyny, a mowa tu o Tequili Sunrise – jednym z najpopularniejszych koktajli w latach 90. Tequila Touch Down to wersja
bardziej gazowana, z mocniejszym akcentem lemoniady. To właśnie lemoniada stanowi uzupełnienie klasycznego wydania tego
drinka.
Składniki na 1 drink:
40 ml tequili,
60 ml soku pomarańczowego,
gazowana lemoniada (może być sprite lub 7up),
15 ml soku z grenadyny,
lód.
Wykonanie:
Do wysokiej szklanki wrzucić lód, mniej więcej do 3/4 wysokości. Sprawdza się kruszony, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby
użyć lodu w kostkach. Następnie dolać 40 ml tequili, 60 ml soku
z pomarańczy i wymieszać łyżką barmańską lub zwykłą, aż składniki się połączą i schłodzą. Dopełniamy szklankę lodem, mniej
więcej po same brzegi. Odmierzyć jeszcze 10-15 ml soku z grenadyny i delikatnie wlać na lód. Na sam koniec uzupełnić gazowaną lemoniadą. Udekorować plasterkiem pomarańczy lub zestem
z jego skórki.
K
ażda tequila
jest mezcalem,
ale nie każdy
mezcal jest tequilą
Pikantna margarita ogórkowa
Najpopularniejszą margaritą jest klasyczna (wytrawna), zaraz
po niej truskawkowa... Ale dlaczego nie pomieszać bardzo świeżych i pikantnych smaków i nie zrobić ostrej margarity ogórkowej?
Połączenie świeżej papryczki jalapeno, likieru pomarańczowego,
syropu z agawy, świeżego ogórka i kluczowego składnika, jakim jest
tequila, tworzy rewelacyjną kompozycję smakową.
Składniki na 1 drink:
60 ml tequili
2 plasterki świeżego ogórka
1 plasterek świeżej papryczki jalapeno
15 ml syropu z agawy lub syropu cukrowego
po 20 ml soków z limonki, cytryny i triple sec (np. Cointreau)
kostki lodu
Wykonanie:
Plasterki ogórka i jalapeno wrzucić do shakera i wygnieść muddlerem (tłuczkiem barmańskim). Nie ugniatać zbyt długo. Następnie
do shakera dodać lód, tequilę, likier pomarańczowy triple sec, syrop
z agawy lub syrop cukrowy, sok z limonki i sok z cytryny. Zamknąć
shaker i energicznie wstrząsać przez kilka sekund, aby składniki się
schłodziły i połączyły. Tak przygotowaną margaritę przelać przez sitko barmańskie do kieliszka lub szklanki. Rant szkła udekorować kawałkiem limonki, plasterkiem ogórka i plasterkiem jalapeno. Można
wcześniej udekorować jeszcze brzeg szkła odrobiną crusty z soli.
30
Jastrzębia Góra kusi
miłośników szkockiej
Dom Whisky – piękne słońce przywitało gości pierwszego dnia.
26 i 27 sierpnia w Domu Whisky
w Jastrzębiej Górze odbyła się trzecia
edycja Festiwalu Whisky. Największy
tego typu festiwal w Polsce działa
na prostych zasadach. Za cenę 100 zł
za bilet jednodniowy lub 150 zł
za dwudniowy, każdy miłośnik whisky
obcuje z festiwalowymi trunkami.
Kupując bilet dostajemy książeczkę festiwalową z opisem prezentowanych podczas danej
edycji whisky, torebeczkę oraz kieliszek degu-
Stoisko The Bar, na którym znajdowały się m.in: whisky Tamdhu, Smokehead,
Peat Chimney, Tomintoul, Glencadam oraz bourbony Elijah Craig czy Pikesville.
stacyjny. Wyposażeni w taki zestaw możemy
rozpocząć wycieczkę po stoiskach wystawców, rozkoszując się wszelkimi dostępnymi
napitkami. Mamy do wyboru ponad setkę
festiwalowych whisky i ponad 500 tych, które można kupić za festiwalowe kupony (5 zł/
kupon). Dodatkowo, zawsze możemy wejść
do Domu Whisky i tam naszym oczom ukaże
się 1800 butelek najlepszych trunków świata.
Dla miłośnika whisky - raj, raj na Ziemi.
Oprócz stanowisk wystawców, na terenie festiwalu zawsze stoi scena, a na niej
praktycznie przez cały dzień występują zespoły muzyczne, stand up-erzy, obywają się
konkursy. Również na niektórych stoiskach
spotkać można artystów. W tym roku miłą
niespodzianką był zespół Blues Junkers,
ze wspaniałą wokalistką Natalią, której
głos rozbrzmiewał na parceli Jim Beama.
Główny koncert festiwalu – zespołu Golden
Life kończył dzień pierwszy. Sam festiwal
zaś, muzycznie, otworzył Witold Konopka
– dudziarz, który prowadził także warsztaty
gry na tym wspaniałym instrumencie.
Bardzo ważnym punktem każdego
Festiwalu Whisky są panele dyskusyjne oraz
Master Class, czyli warsztaty połączone
z degustację szczególnych edycji i roczników whisky. Można pokusić się o stwierdzenie, że na festiwalu Master Class prowadzą
31
Barmani z Cocktail Bar Max, słynącego ze wspaniałych koktajli, jak zawsze stanęli na wysokości
zadania. Kto nie był w Jastrzębiej Górze i nie odwiedził kultowego Bar Maxu, ten powinien to nadrobić. Tu wszystko jest w wersji Max.
Scena festiwalowa i zespół Craig & Haker Band.
prawdziwe gwiazdy świata whisky. Globalni
ambasadorzy brandów, pisarze, master destilerzy. Lista Master Class podczas III spotkania w Jastrzębiej Górze była długa, a znamienitych nazwisk jeszcze dłuższa. Jest to
prawdopodobnie jedyny czas, kiedy spotkać
można: Charlesa Mclean’a – światowy autorytet w dziedzinie szkockiej whisky, pisarza,
konsultanta przemysłu gorzelniczego czy
sir Colina Hampden-White’a, redaktora prowadzącego „Whisky Magazyn” i „Whisky
Quarterly”, odznaczonego tytułem „Keeper
of the Quaich”. Równie miło było spotkać
charyzmatycznego Struana Granta Ralph’a,
Global Ambasadora Glenfiddich.
Georgia Moon – nieszczególnie szlachetne,
lecz pyszne. Idealny koktajlowy moonshine.
Destylaty Cadenhead dostępne były na stoisku
Best Whisky Market. Tu 28-letni Small Batch,
który powstał z połączenia destylatów Linkwood
Destillery i Glenlivet. Tak właśnie powinien smakować idealny Speyside.
Główny koncert na festiwalowej scenie Golden Life był zwieńczeniem pierwszego dnia festiwalu.
Wszystkie te wymienione atrakcje sprawiają, że festiwal to prawdziwa, profesjonalna impreza branżowa, w jakże nieskrępowanej formule. Spotykają się na niej
profesjonaliści z branży spirytusowej, gastronomicznej, handlu oraz turyści.
Przyjazd na Festiwal Whisky to dobry
pomysł na zakończenie sezonu wakacyjnego. Może mieć zarówno charakter
męskiej wyprawy, ale także rodzinnego
wypadu. Ponieważ to ostatni weekend
wakacji, to w zasadzie nie ma też większych problemów z noclegami, a sama
Jastrzębi Góra nie jest przepełniona turystycznym zgiełkiem. Miło spędza się czas
na porannym spacerze, nie potykając się
o parawany.
Jedno jest pewne. Będę tam za rok i za
rok, i za dwa także, bo każdy festiwal to magiczny czas dla przyjaciół i whisky. Dlatego
namawiam serdecznie do spróbowania atmosfery festiwalowej, jak i lampki dobrej
szkockiej. Do zobaczenia 25 i 26 sierpnia
2017 roku. Na www.festiwalwhisky.pl znajdziecie wszystkie niezbędne informacje.
Pozdrawiam
Damian Tomalik
Rockabilly Steakhouse & Whisky Bar
32
Strefa mniejszych stoisk. Spotkać można tu było Wolf Destillery, TheBar, Ardbeg, Best Whsiky Market. Sądząc po frekwencji, ulubione miejsce festiwalu.
Japońska Nikka Yoichi prezentowana na stoisku
M&P Alkohole i Wina Świata.
Strefa miłośników cygar.
Kaff & Race - najładniejsza kawiarnia na kółkach
we francuskiej furgonetce.
Autor (z prawej) z Krzysztofem Maruszewskim – założycielem i prezesem Struan Grant Ralph (Glenfiddich) oraz sir Colin Hampden-White. Po Master
Stilnovisti, wydawcą i redaktorem naczelny Whisky Magazynu, jedynego Class, w Domu Whisky, był czas na wymianę kilku zdań.
w Polsce czasopisma, traktującego o whisky.
Y
S
I
P
E
Z
R
P
Kuchenna sztuka w jednym garnku…
Poleca
Gulasz wołowy
Pot Spot
Składniki:
1,5 kg goleni wołowej (może być też pręga
lub udziec)
1,2 l krojonych pomidorów (trzy puszki
po 400 ml)
3 papryki (czerwona, zielona i żółta)
3 większe marchewki
2 nieduże pietruszki
3 średniej wielkości cebule
3 duże ząbki czosnku
250 g selera naciowego
1 pęczek natki pietruszki
oliwa lub olej do smażenia
Przyprawy:
3 łyżki papryki w proszku
2 łyżeczki papryki wędzonej w proszku
1 łyżeczka mielonego kminku
5 liści laurowych
5 ziaren ziela angielskiego
1 duża gałązka świeżego rozmarynu
1 duża gałązka tymianku
1 papryczka chilli (lub pieprz cayenne
w proszku), sól, pieprz
Wykonanie:
Mięso pokroić na małe kawałki (około 1,5
cm) lub w paski. W kostkę pokroić marchewkę, seler naciowy, łodygi natki pietruszki, pietruszkę. Paprykę i chilli pokroić
w paski, cebulę w pióra. Czosnek drobno
posiekać. Na mocno rozgrzaną patelnię,
najlepiej o grubym dnie, wlać odrobinę
Curry z dyni
33
Składniki:
1 dynia Hokkaido o wadze około 2 kg
3 cebule
1,5 kg piersi lub udek z kurczaka
2 łyżki zielonej pasty curry
2 puszki 400 ml mleczka kokosowego
2 ząbki czosnku
pęczek kolendry (łodyżki do podsmażenia,
listki do dekoracji)
sól
palec imbiru
pieprz
olej lub olej kokosowy
limonka
Wykonanie:
Kurczaka opłukać, dokładnie osuszyć
i oczyścić z kostek i błonek. Pokroić w kost-
oliwy lub oleju. Smażyć mięso partiami,
by miało ładny, brązowy kolor. W dużym
garnku rozgrzać olej, wrzucić wszystkie
warzywa. Mieszać od czasu do czasu, dusić
około 10 minut. Wrzucić wszystkie przyprawy poza solą. Zamieszać i dusić do miękkości. Dorzucić przesmażone mięso. Patelnię
po smażeniu mięsa zalać szklanką wody, zeskrobać z niej kawałki przysmażonego mięsa i wlać do garnka. Dolać tyle wody, by prawie całkowicie przykryła mięso. Zagotować,
zmniejszyć ogień i dusić przez godzinę,
mieszając od czasu do czasu. Po godzinie
doprawić solą do smaku. Dodać pomidory
z puszki. Dusić gulasz przez kolejne 30-60
kę i obtoczyć w soli, pieprzu i łyżce curry.
Przez 1,5 godziny marynować w lodówce
pod przykryciem, po czym podsmażyć
na patelni. Z dyni wyjąć pestki. Miąższ pokroić w małą kostkę. W dużym garnku podgrzać olej kokosowy lub zwykły. Podsmażyć
cebulę, czosnek, łodyżki kolendry i imbiru. Dodać pozostałą pastę curry i dynię.
Dolać mleczko kokosowe i dwie puszki
wody. Gotować, aż dynia zmięknie, następnie zmiksować na krem. Na koniec dodać
do kremu kurczaka, zetrzeć skórkę i doprawić sokiem z limonki. Dosolić. Jeśli będzie
za mało pikantne, dodać więcej pasty curry.
Podawać z ryżem lub kuskusem, wierzch
posypać kolendrą i chilli.
Pot Spot Food Truck
https://www.facebook.com/potspotfood/
minut, aż mięso skruszeje, a sos częściowo
odparuje. Doprawić solą i pieprzem. Dodać
chilli. Podawać z kaszą gryczaną, chilli, pietruszką i kwaśną śmietaną.
Pot Spot Food Truck
Krążą legendy, że wszystko, co da się przygotować
w garnku, znajdziesz właśnie tu. Specjalnością są
zupy i eintopfy: gulasze, stroganoffy, zupy-kremy,
zupy z warzyw sezonowych, vege zupy, indyjskie
Rogan Josh, gumbo z południowej Luizjany.
PRZ
34
Walenty Kania
czyli smaki całkiem nieoczywiste
Fartuch Sapera Panierowany
Składniki na 4 porcje:
1 kg flaków (żwacz)
1pęczek natki pietruszki
1 gałązka tymianku
1 liść laurowy
1 ząbek czosnku
1 butelka białego wytrawnego wina
sok z jednej cytryny
4 łyżki oliwy
olej
2 łyżeczki mocnej francuskiej musztardy
2 jajka
100 g bułki tartej
1 łyżka masła
1 kg ziemniaków
1 limonka lub cytryna
sól, pieprz
Wykonanie:
Żwacz oczyścić, opłukać, sparzyć, pokroić
na 10 części. Włożyć do garnka, zalać osoloną wodą, dodać nać pietruszki, tymianek,
czosnek, liść laurowy. Gotować pod przykryciem na małym ogniu przez 10 godzin.
Podczas gotowania sprawdzać stan wody,
braki uzupełniać. Po 10 godzinach duszenia, odcedzić, przestudzić. Do dużego, głębokiego naczynia wlać wino, sok z cytryny,
4 łyżki oliwy, dodać musztardę, wymieszać.
Do tak przygotowanej marynaty włożyć
kawałki żwacza, wstawić do lodówki, marynować przez noc. Na drugi dzień odcedzić
flaki, jeśli trzeba doprawić solą, pieprzem,
Wątróbka po wielkopolsku
Składniki na 4 porcje:
500 g wątróbki drobiowej
200 g pieczarek
6 małych ogórków korniszonów
1 cebula
2 łyżki koncentratu pomidorowego
sól, pieprz
a następnie obtoczyć w ubitych jajkach i panierować w tartej bułce. Smażyć na maśle
i oleju. Ugotować ziemniaki w mundurkach,
pokroić w talarki. Na talerzach układać
ziemniaki, na nich flaki, podawać z ćwiartką
limonki lub cytryny.
* Esprit Victor Boniface Castellane (17881862) – marszałek Francji, wielbiciel flaków. Kiedy spożywał flaki w Lyonie, nazwał
je „fartuch sapera”. Potrawę skojarzył sobie
ze skórzanym fartuchem, noszonym przez
żołnierzy swej formacji.
Wykonanie:
Wątróbkę umyć, oczyścić z błon, opłukać,
osączyć, pokroić duże kawałki na mniejsze.
Cebulę obrać, opłukać, pokroić w piórka.
Pieczarki opłukać, pokroić wraz z korniszonami w plasterki. Na rozgrzanym oleju
przesmażyć cebulę. Dodać wątróbkę, pieczarki, korniszony. Podlać odrobiną wody
i dusić pod przykryciem na małym ogniu
parę minut. Dodać koncentrat pomidorowy
i gotować, aż sos zgęstnieje. Przed podaniem przyprawić solą, pieprzem.
EPIS
Y
Y
S
I
P
RZE
P
Ozorki wieprzowe w sosie
chrzanowo-śmietanowym
Składniki na 4 porcje:
1 kg ozorków wieprzowych (5-6 sztuk)
włoszczyzna (1 marchew, 1 pietruszka, kawałek selera, kawałek kapusty włoskiej)
2-3 łyżki chrzanu
1 szklanka śmietanki 30%
2 duże cebule
tłuszcz do smażenia
mąka
sól, pieprz
Żołądki drobiowe z kapustą
kiszoną i papryką
Składniki na 10 porcji:
1 kg żołądków
1 kg kapusty kiszonej
2 grzyby suszone
tłuszcz
2 łyżki koncentratu pomidorowego
słodka mielona papryka
ostra wędzona papryka
sól, pieprz
Wykonanie:
Żołądki oczyścić, umyć, osuszyć, pokroić
na małe kawałki. Przesmażyć na tłusz-
Tatar transylwański
Składniki na 1 porcję:
150-200 g mięsa ze źrebaka
1 żółtko
1/2 cebuli
1 ogórek konserwowy
1-2 papryki ostre marynowane
sól, pieprz
Walenty Kania
(ur. 1980 r. w Zakopanem) – z wykształcenia technolog żywności i zootechnik,
z pasji kucharz, podróżnik i miłośnik wszelakich dziwactw kulinarnych. Ukończył
Technikum Technologii Żywności w Nowym Targu oraz Wydziały Hodowli i Biologii
Zwierząt na Akademii Rolniczej w Krakowie i Uniwersytetu Przyrodniczego
35
Wykonanie:
Ozorki oczyścić, umyć, włożyć do garnka,
zalać wodą, ugotować. Na początku gotowania zbierać szumowiny. Następnie dodać
liść laurowy, ziele angielskie, oczyszczoną
włoszczyznę. Gdy ozorki będą miękkie, wyjąć, pozbawić skóry, pokroić na mniejsze
kawałki. Wywar przecedzić, a włoszczyznę, liść laurowy, ziele angielskie usunąć.
Cebulę obrać, pokroić w piórka, usmażyć
na rozgrzanym tłuszczu. Następnie obsypać mąką i rozprowadzić wywarem. Do sosu
dodać ozorki i chrzan. Wlać śmietankę i zagotować. Doprawić solą i pieprzem.
czu, podlać niewielką ilością wody i dusić
pod przykryciem na małym ogniu
do miękkości. Kapustę zalać wodą, zagotować, odcedzić, a wywar pozostawić. Zalać
ponownie wodą i gotować do miękkości
pod przykryciem na małym ogniu. Cebulę
obrać, umyć, osuszyć, pokroić w piórka,
usmażyć. Do cebuli wsypać sporą ilość
papryki słodkiej, ostrej, wymieszać i zdjąć
z ognia. Grzyby wymoczyć, ugotować, drobno pokroić. Kapustę, żołądki, cebulę, grzyby
połączyć, podlać wywarem z kiszonej kapusty i grzybów, dodać koncentrat pomidorowy. Przyprawić solą i pieprzem. Zagotować
i odstawić na parę godzin.
Wykonanie:
Mięso umyć, osuszyć, drobno posiekać.
Paprykę, ogórka, cebulę pokroić w drobną
kostkę. Z mięsa uformować kulkę z wgłębieniem. Do wgłębienie dodać żółtko kurze.
Obok mięsa układać małe kupki z cebuli, papryki, ogórka. Osobno podawać sól i pieprz.
w Lublinie. Autor unikatowych opracowań badawczych „Perlice i ich znaczenie
w przemyśle drobiarskim” oraz „Porównanie presji drapieżników na lęgi bażantów”. Szlify kucharskie zdobywał podczas wielokrotnych podróży kulinarnych
po Europie, Azji i Australii. Autor książek kulinarnych „Kuchnia dla odważnych.
Podroby” oraz „Kuchnia dla odważnych. Raki”.
36
Budapeszt od kuchni, czyli mangalica,
mięsne specjały i tort Dobosza
P
odczas wakacji wybraliśmy się
do Budapesztu. Stolica kraju naszych bratanków kusiła
mnie od dawna i żałowałem,
że do tej pory nie udało mi się jej
odwiedzić. A naprawdę warto.
Wymienię tu kilka lokali, które najbardziej
przypadły nam do gustu. Wszystkich upatrzonych wcześniej miejsc odwiedzić się
nie udało. Niektóre były zamknięte na głucho, bez podania przyczyny. Mimo to, trafiliśmy na kilka perełek.
Butter Brothers
Niewielka piekarnio-kawiarnia, zlokalizowana w okolicy Głównej Hali Targowej.
Nowoczesny, surowy wystrój, dosłownie
kilka stolików, niemal zawsze zajętych.
I długa, odkryta lada z przygotowywanymi
na miejscu wypiekami słodkimi i wytrawnymi. Do tego kanapki z różnymi dodatkami
i doskonała kawa. Czegóż chcieć więcej?
To był jedyny lokal śniadaniowy, który odwiedziliśmy podczas wyjazdu. Jedliśmy tam
przez trzy dni, a ostatniego dnia wróciliśmy
po przekąski na podróż. Choć ostatnio powoli zaczyna się to w Polsce zmieniać, to
wciąż niewiele jest w kawiarniach opcji dla
osób, które zamiast słodkości mają ochotę
na normalne śniadanie. W Butter Brothers
około 30 procent wypieków stanowią przekąski niesłodkie. W ciasto francuskie zawijane są pomidory z bazylią, węgierskie
salami i ser żółty albo ser żółty i ostra węgierska papryczka. Nie chciałbym jednak
zapomnieć o słodkościach. Właściciele oraz
wsparcie w kuchni, którzy dbali, żeby klientom nigdy niczego nie brakowało, w przygotowywane na miejscu ciasto francuskie
pakowali owoce, nadzienia czekoladowe
czy jeden z naszych faworytów – doskonały biały ser. Nazwa przybytku jest jak
najbardziej na miejscu, bo i z ciepłych przekąsek masło potrafiło cieknąć po palcach,
i wypiekane na miejscu bułeczki maślane,
będące podstawą kanapek, idealnie do nazwy pasowały. Moje ulubione kanapki są
z węgierskim salami, żółtym serem, sałatą
i pomidorem. Doskonałej jakości składniki
w miękkim i delikatnym w smaku pieczywie
komponowały się idealnie. No i kawa. Nie je-
Butter Brothers - Lónyay utca 22. Śniadanie dla dwóch osób około 2500 forintów (około 36 złotych).
Strona na Facebooku: https://www.facebook.com/Butter-Brothers-1383017678583129/
stem wielkim kawoszem, ale taką mógłbym
pić codziennie. Była idealnym dopełnieniem
doskonałego śniadania. Jeśli kiedyś w porze śniadaniowej znajdziecie się w okolicy,
zamiast szukać czegoś do zjedzenia na ciepło w Głównej Hali Targowej, udajcie się do
Butter Brothers i cieszcie świeżymi wypiekami w rozsądnych cenach. Polecam.
37
Street Food Karavan
- Mangalica & Tarsai
Street Food Karavan to zlokalizowana
na Pesztańskim brzegu Dunaju przestrzeń,
na której stoi kilkanaście food trucków i budek z jedzeniem. Musieliśmy się tam wybrać
nie tylko dlatego, że uwielbiamy street food,
ale przede wszystkim dlatego, że wśród wystawców znalazłem coś, co nie pozwalało mi
spać na długo przed wyjazdem. Na stoisku
Mangalica & Tarsai można spróbować pulled porka z mangalicy. Mangalica to znana
i ceniona węgierska rasa świń, które oprócz
tego, że wyglądają przeuroczo, to smakują
po prostu genialnie. Pulled pork z takiego
mięsa wydawał mi się strzałem w dziesiątkę.
Któregoś dnia, pomiędzy jednym a drugim
węgierskim kraftowym piwem, znaleźliśmy
się na Karavanie. Obeszliśmy cały teren,
ale od początku wiedziałem, na co mam
ochotę. Po kilku minutach od zamówienia
otrzymaliśmy pulled porka i hot doga z kiełbaską z mangalicy. Płaska bułka pszenna
szczelnie wypełniona nadzieniem, składającym się z mięsa, cebuli i węgierskiej słodkiej papryki, prezentowała się przepięknie.
Po spróbowaniu stwierdzam, że ta kanapka
może być jednym z powodów, dla których
kiedyś wrócę do Budapesztu. Soczysta,
miękka, rozpływająca się w ustach wieprzowina uzupełniona delikatną słodkością cebuli i charakterystycznym smakiem
węgierskiej papryki. Do tego podpieczona
bułka, która trzyma wszystko w ryzach
od pierwszego do ostatniego gryza.
Kanapka idealna. Hot dog prezentował się
wcale nie gorzej. Spróbowałem go również
i muszę przyznać, że był to jeden z najlepszych hot dogów, jakie jadłem. Karavan
to miejsce, którego podczas pobytu
w węgierskiej stolicy po prostu ominąć
nie możecie.
Belvarosi Disznotoros
Mięsna świątynia ukryta w jednej z mniejszych uliczek Budapesztu. Miejsce, gdzie
królują smażenina, grillowane mięso i węgierskie kiszonki. Patrząc na ladę, trudno
zdecydować się na jeden tylko przysmak,
dlatego wybraliśmy trzy rodzaje grillowanych kiełbasek. Pierwsza to typowa kaszanka, druga – coś w stylu wątrobianki na ciepło,
a ostatnia to typowa węgierska wieprzowa
kiełbasa z dużą ilością papryki. Do tego
miseczka kiszonek, i dwie osoby mają całkiem solidny lunch. Kaszanka miała niemal
zupełnie gładką konsystencję i była doskonale przyprawiona. Kiełbaska węgierska,
w której wyraźny mięsny smak rywalizował
z intensywną, paprykową nutą, również
Karavan Street Food Market - Kazinczy utca 18. Mangalica & Tarsai. Mangalica Pulled Pork
– 1500 forintów (około 21,5 zł), Mangalica Hot Dog – 1000 forintów (około 14 zł).
Strona na Facebooku: https://www.facebook.com/streetfoodkaravan
była doskonała. Odkryciem była dla mnie
wątrobianka. Niemal zupełnie gładka konsystencja, smak kojarzący się z najlepszą
pasztetową, ale podaną na ciepło. Ciężko
opisać to słowami, tego trzeba spróbować.
Podejrzewam, że jest to jedna z rzeczy, którą
można albo kochać, albo znienawidzić. Mały
talerzyk z jabłkowymi paprykami, o różnym
stopniu ostrości, świetnie się komponował
i oczyszczał kubki smakowe przed kolejnymi kęsami idealnie zgrillowanych kiełbasek.
Warto wspomnieć, że w lokalu nie ma miejsc
siedzących. Jemy przy półkach, przy ścianach. Nie wpływa to w żaden sposób na moją
pozytywną ocenę, trzeba się
38
Belvarosi Disznotoros - Károlyi Mihály utca 17. Trzy rodzaje kiełbasek z talerzykiem kiszonek - około 2000 forintów (około 29 zł).
Strona na Facebooku: https://www.facebook.com/belvarosidisznotoros/
jednak przygotować, że to nie restauracja
z obsługą kelnerską.
Ruszwurm
Miejsce – legenda. Podobno najstarsza cukiernia w Budapeszcie. Słyszałem, że cesarzowa Sisi uwielbiała przygotowywane tu
słodkości do tego stopnia, że dowożono je
dla niej powozem do Wiednia, kiedy akurat
nie przebywała w Budapeszcie lub w jego
okolicach. Uznałem, że będzie to dobre miejsce, by spróbować jednego z klasycznych
węgierskich deserów, czyli tortu Dobosza.
Ciasto biszkoptowe przekładane kremem
kakaowym i filiżanka espresso wydawały
się idealną opcją na przystanek po zwiedzaniu Muzeum Historii Budapesztu. Moja towarzyszka zamówiła tort z lekkim kremem
truskawkowym. Wprawdzie sposób podania
z wierzchnią warstwą karmelu leżącą na kawałku tortu wydał mi się lekko niechlujny,
to jednak smak wszystko zrekompensował.
Puszysty biszkopt i intensywnie kakaowy
krem. Warto spróbować. Drugiego ciasta
nie spróbowałem, ale podobno również
było bardzo smaczne – nie bardzo słodkie
i intensywnie owocowe. Do tego całkiem
smaczna kawa i widok z ogródka na kościół
Świętego Macieja w gratisie. Ruszwurm
to dobre miejsce na chwilę przerwy podczas
zwiedzania Wzgórza Zamkowego.
Legfelsőbb Beeróság
Legfelsőbb Beeróság - Dohány utca 20.
Strona na Facebooku: https://www.facebook.
com/lbeerosag/
Na koniec taka perełka – jedno z kilku miejsc,
które mieliśmy odwiedzić w poszukiwaniu
węgierskiego rzemieślniczego piwa. Po
pierwszej wizycie wiedzieliśmy już, że inne
miejsce nie jest nam potrzebne. Kilkanaście
kranów z piwem i dużo więcej butelek w lo-
Ruszwurm - Szentháromság utca 7. Dwa kawałki tortu i espresso - 1640 forintów (około 24 zł).
Strona internetowa: http://www.ruszwurm.hu/
dówkach. Do tego sympatyczna, kompetentna i bez problemu porozumiewająca
się w języku Shakespeare’a obsługa. Jeśli
będziecie w okolicy Street Food Kawavan,
to zajrzyjcie tam na jedno bądź kilka węgierskich piw. Nie będziecie żałować.
Jeszcze kilka moich uwag i przestróg.
Zabytki Budapesztu, wymieniane w przewodnikach, w większości są przepiękne i naprawdę
warte zobaczenia. Parlament, Plac Bohaterów
czy Bazylika Świętego Stefana robią ogromne
wrażenie. Zabytkowa linia metra też jest całkiem ciekawa. Muzeum Historii Budapesztu na
Wzgórzu Zamkowym bym odradzał. Wszystko,
z wyjątkiem kaplicy wykutej w skale, jest średnio interesujące, a samo muzeum wygląda jakby zostało stworzone najpóźniej w latach 80.
ubiegłego wieku. Brakuje mu nieco świeżości.
Odradzam też z całego serca Labiryntus, który jest jednym z najgorszych doświadczeń
w moim życiu. Chodzenie przez 45 minut
w całkowitych bądź częściowych ciemnościach i oglądanie poustawianych tu i tam manekinów w strojach udających te sprzed 200
lat i woda kapiącą na głowę. A za te wszystkie „niesamowite” atrakcje, przypominające
wyjście do piwnicy po ziemniaki, skasują Was
na 2500 forintów (około 36 zł), czyli cenę lunchu
dla dwóch osób. Nie warto. W Budapeszcie
jest też mnóstwo bezdomnych. Choć nie są
oni specjalnie irytujący, mają swoje obozowiska na wielu stacjach metra, a siły porządkowe
nic sobie z tego nie robią. W sklepach i restauracjach raczej bez problemu porozumiecie
się po angielsku. Rozmówki polsko-węgerskie
nie będą potrzebne.
Podsumowując, Budapeszt to miasto
piękne, ale sprawiające wrażenie niedokończonego. Wszędzie rozkładają się albo składają sceny, drewniane budki z pamiątkami,
na Wzgórzu Zamkowym taksówki przepychają się przez tłumy turystów. A to, że bilety
72-godzinne nie mieszczą się do zwykłych
kasowników przy wejściu na peron metra i są
sprawdzane przez obsługę tuż przed automatami woła o pomstę do nieba. Cieszę się,
że odwiedziłem to miasto, ale teraz planuję
już kolejną wizytę, w Pradze.
Michał Turecki
Pasjonat jedzenia, fan futbolu amerykańskiego,
sędzia futbolowy
39
Wrocław
E
uropejska Stolica Kultury 2016,
Miasto Spotkań, tygiel kulturowy… Jakkolwiek nie nazwać
Wrocławia, ciężko znaleźć kogoś, kto powiedziałby o stolicy
Dolnego Śląska złe słowo. Nie
przez przypadek co i rusz zajmuje czołowe
lokaty w rankingach miejsc, w których żyje
się najlepiej. Decydują o tym otwartość, nowoczesność, mieszające się z tradycjami,
szybki rozwój, szansa na niezłą pracę, a także cała gama rozrywek – od sportu przez
kulturę, aż po jedzenie. I na tym ostatnim
się skupię.
Znacie większą przyjemność od jedzenia? Ja też nie. Zwłaszcza dobrego jedzenia. A tego we Wrocławiu mamy ostatnio
pod dostatkiem. Warto w tym miejscu przytoczyć trochę historii, nawet tej nieodległej,
kiedy to lokalna gastronomia kwiliła gdzieś
na peryferiach i nie potrafiła przez lata powstać z kolan, pomimo wielowiekowych,
jeszcze niemieckich tradycji. Do 2012 roku,
a więc do pamiętnego Euro, trudno było
znaleźć choć kilka miejsc, jakie w ciemno
można by polecić.
Wszystko zaczęło się zmieniać w okolicach 2013 roku. Wtedy gastronomia w całej Polsce zaczęła odzyskiwać należną
jej rolę w codziennym życiu. Ważną rolę.
Bo jedzenie poza domem dostarcza tyle
radości. Zapraszam Was na pierwszą część
podróży po wrocławskich przyjemnościach
kulinarnych. Streetfoodową. Tak ważną
w miastach, w dużej mierze zdeterminowanych przez studentów. Takich jak Wrocław
właśnie. Przejdziemy się szlakiem food
trucków i barów, bo wspomniany rozwój
gastronomii miasto zawdzięcza w pewnym
stopniu właśnie młodym, zaangażowanym
ekipom streetfoodowym.
Wycieczkę rozpoczynamy z dala od ścisłego centrum, bo Wrocław, niestety, nie
lubi food trucków i nie wpuszcza ich na tereny należące do gminy. Dlatego też właściciele restauracji na kółkach zmuszeni są
szukać swojego miejsca na terenach prywatnych. Ale nie od dziś wiadomo – Polak
najlepiej radzi sobie w trudnych sytuacjach.
Radzą sobie także wrocławskie ekipy food
truckowe. Na dzień dobry udajemy się
na ulicę Borowską, do trucka osiem misek
– w stolicy Dolnego Śląska właściwie legendarnego przez poziom serwowanego tu
jedzenia, przystępne ceny i, przede wszystkim, fenomenalną bułę maślaną z pulled
pork. Parowana buła, przypominająca nieco
przedszkolnego pampucha, podana z rozpadającą się w ustach wieprzowiną, to zdecydowanie numer popisowy na Borowskiej.
Idealna przekąska, pozytywnie nastrajająca
na resztę dnia, no i dająca pozytywnego
kopa, który będzie nam potrzebny w trakcie
spaceru, bo od kolejnego punktu na mapie dzieli nas dobrych kilkanaście minut.
Rowerem.
Przemierzamy kolejno ulice: Borowską,
Armii Krajowej, Ślężną i Swobodną, i docieramy do pierwszego wrocławskiego
food trucka – Pasibusa. Obecnie to już
prężnie działająca marka z kilkoma lokalizacjami w mieście. Ale tą najważniejszą,
pierwszą, przecierającą szlaki dla innych
nadal pozostaje Dziadzio – najstarsze auto
w pasibusowym taborze. Tutejsze burgery
pod chmurką smakują fantastycznie,
zarówno w lecie, jak i podczas mrozów.
Puszysta, obsypana sezamem bułka, charakterne, grubo mielone mięso i sezonowe
składniki, a także powtarzalność, sprawiają, że chce się tu wracać jak najczęściej.
To burgerowy top, streetfoodowy wyznacznik jakości i miejsce, w którym spokojnie
można na półki odstawić bajki o tym, że
burgery to nuda. Nie w Pasibusie.
Po chwili zbliżamy się do wrocławskiego Rynku. Ledwie kilometr dalej znajduje
się klimatyczny multitap Marynka Piwo
i Aperitivo, łączący wszystko to, czego potrzeba po męczącym dniu – piwo i świetne
jedzenie. W Marynce napijecie się codziennie innego, rotującego na kranach piwa
rzemieślniczego oraz zjecie wybitną, piszę
to z pełną odpowiedzialności, wybitną pizzę w stylu neapolitańskim z food trucka
Happy Little Truck. Pizza z HLT to świetnej
jakości składniki, cieniutkie
ciasto i niezmiennie wielki
The eating
place
Streetfood
40
żal, pojawiający się przy spożywaniu ostatniego kawałka.
Uzależnia, więc uważajcie.
Nie mamy jednak czasu na drugą,
bo kawałek dalej zatrzymujemy się na kolejne piwo, w multitapie 4Hops, gdzie swój kąt
w kuchni zagospodarował streetfoodowy
zespół Panczo. Mało które jedzenie tak dobrze pasuje do kratowego piwa, jak właśnie
tex-mex od Panczo. Niezależnie od tego,
czy wybierzecie burrito, quesadillę lub tacos, ogrom atakujących aromatów sprawi,
że zostaniecie na jeszcze jedno piwo, i jeszcze jedno taco. Zwłaszcza to z wieprzowiną
i podkręcającą smak salsą z papryczką carolina reaper.
Czas jednak goni, więc wchodzimy
na tętniący życiem od rana do wieczora Rynek. W jednej z bocznych uliczek,
na Szewskiej, w niewielkim, niepozornym
lokaliku swoje miejsce znalazły Bratwursty.
To tutaj zjecie mięsiste, zamknięte w bułce, mocno nawiązujące do niemieckiej
tradycji regionu wursty. Wursty to jedno,
przystępna cena to drugie, a na dokładkę,
warto zamówić bułkę z golonką i kapustą
oraz tę z serem smażonym i boczkiem
– absolutny hit.
Jeśli jakimś cudem znajdziecie jeszcze
miejsce w żołądku, musicie zajrzeć za róg,
do Witka na Wita Stwosza – baru będącego
prekursorem wrocławskiego streetfoododu. Żeby docenić serwowane tu tosty, musicie pamiętać początek lat 90. i dopiero
co wykluwający się biznes gastronomiczny
w wolnej Polsce. Tosty U Witka są takie, jak
przed dwudziestu laty – wypełnione serem,
pieczarkami i ziołową przyprawą, chrupiące
i niedrogie. To miejsce dla osób kochających klasykę.
Dlaczego naszą gastronomiczną wycieczkę po Wrocławiu rozpoczęliśmy
od streetfoodu? Bo uliczne jedzenie
to prawda. Streetfood odzwierciedla charakter danego miejsca i tak jest w przypadku Wrocławia. Reprezentuje naszą
otwartość, różnorodność, a zarazem pewną
zachowawczość.
W kolejnym odcinku wyruszymy śladem
wrocławskich śniadań.
Piotr Gładczak
Miłośnik jedzenia wszelakiego, najlepiej spożywanego w towarzystwie dobrego piwa rzemieślniczego.
Założyciel Wrocławskich Podróży Kulinarnych,
przewodnika po wrocławskich barach, restauracjach
i food truckach.
REKLAMA
W EPICURE MAGAZINE
Jesteśmy magazynem life style’owym. Piszemy dla osób
świadomych, jak ważną rolę odgrywają w życiu przyjemności.
W Epicure Magazine przeczytacie więc m.in. o podróżach,
motoryzacji, jedzeniu, muzyce i dobrych alkoholach.
W każdym numerze znajdziecie także
wywiady z ciekawymi ludźmi.
Magazyn ukazuje się w wersji elektronicznej i drukowanej.
Dystrybucja papierowej wersji Epicure Magazine odbywać się
będzie poprzez lokale gastronomiczne, barber shopy, salony
samochodowe etc. – miejsca, gdzie przychodzą
ludzie świadomi swoich potrzeb.
Pierwszy numer kolportowany będzie w lokalach w Kielcach,
Łodzi, Krakowie i Warszawie. Numer 2 ukaże się na przełomie
listopada i grudnia 2016 roku. Wraz ze wzrostem nakładu
planujemy rozszerzyć dystrybucję na kolejne miasta.
Miejsca, w których prowadzić będziemy dystrybucję, zostaną
w atrakcyjny sposób oznakowane, będą również wymienione
zarówno w druku, jak i na portalu.
Gazeta w obu wersjach jest bezpłatna, co zwiększa znacząco
dotarcie do potencjalnych klientów. Niebawem w internecie
ruszy także portal, będący rozszerzoną wersją EM.
Interesuje Cię reklama na łamach Epicure Magazine?
Skontaktuj się z nami: [email protected]
Możliwe są tradycyjne formy reklamy w postaci wykupienia
miejsca w gazecie (moduły) i na portalu EM, ale także artykuły
sponsorowane, testy produktów, wywiady,
jak również partnerstwo (np. technologiczne),
mecenat całego wydania, wkładka tematyczna.
Do końca grudnia 2016 roku obowiązują ceny promocyjne!
Wydawcą Epicure Magazine jest firma Street Food Polska,
współpracująca z wieloma międzynarodowymi markami,
mająca doświadczenie w promocji w social mediach.
43