Pobierz plik z całością artykułu

Transkrypt

Pobierz plik z całością artykułu
EUROPA ŚRODKA
EUROPA ŚRODKA
CLAUDIO MAGRIS
EUROPA WIDZIANA Z TRIESTU*
Urodziłem się w Trieście i miasto to pomogło mi zrozumieć, już
w dzieciństwie, jedność europejskiej tradycji kulturalnej.
Jestem Włochem, Triest zaś jest miastem małym, lecz bardzo szczegól−
nym, miastem włoskim z niewielką mniejszością słoweńską oraz innymi
wspólnotami etnicznymi, istniejącymi zwłaszcza w przeszłości: z kulturo−
wą obecnością niemiecką, a przede wszystkim długą tradycją austriacką.
Do 1918 roku Triest stanowił część cesarstwa habsburskiego, był portem,
wyjściem na morze Europy Środkowej, tyglem narodów pochodzących
z całego regionu i tworzących mieszaninę różnorodnych składników.
Triest to, po pierwsze, miasto leżące przy granicy, po drugie — czego
nie należy mylić — jest miastem p o g r a n i c z a, po trzecie wreszcie, by−
wał ziemią niczyją pomiędzy granicami, bramą, przez którą kultura Euro−
py Środkowej docierała do Włoch i na Zachód. Przytoczę tylko jeden
przykład spośród wielu możliwych: triesteńczyka Edoarda Weissa, który
studiował przez wiele lat w Wiedniu i był pierwszym włoskim uczniem
Freuda, propagującym psychoanalizę najpierw we Włoszech, potem
w Stanach Zjednoczonych.
Triest to miasto, gdzie pojmujemy od razu, jak złożona jest kwestia
kulturowej tożsamości, krzyżowania się kultur, narodowości, języków.
Miasto żyjące w literaturze i literaturą, ponieważ literatura stanowi jedy−
ną przestrzeń, w której możemy odnaleźć siebie samych i dowiedzieć się
naprawdę, kim jesteśmy.
* Odczyt wygłoszony przez autora na International Writers’ Conference and Book Exhi−
bition w Dublinie w czerwcu 1991 roku. Opublikowany w „Lettera internazionale”, zima
1992 nr 31; „Lettre internationale”, wiosna 1992 nr 32. Ogłaszamy przekład z włoskiego
wg wersji francuskiej, skróconej przez autora.
29
Claudio Magris
Europa widziana z Triestu
Triest graniczący z żelazną kurtyną rozbudził we mnie szczególne za−
interesowanie Europą Środkową, jej mieszanka zaś kultury niemieckiej,
słowiańskiej, łacińskiej i żydowskiej skłoniła mnie do tego, by śledzić
z uwagą, co dzieje się w Europie Wschodniej.
Opowiadam często pewną triesteńską historię. W krótkim szkicu napi−
sanym w 1968 roku, z okazji pięćdziesiątej rocznicy końca I wojny świa−
towej i przyłączenia Triestu do Włoch, Biagio Marin, wspaniały poeta,
urodzony w Grado i zamieszkały w Trieście — umarł niedawno w wieku
dziewięćdziesięciu czterech lat — wspomina dzień rozruchów na Uniwer−
sytecie Wiedeńskim wiosną 1915 roku, na krótko przed przystąpieniem
Włoch do wojny. Marin, jak wielu triesteńskich irredentystów, ówczes−
nych poddanych cesarstwa habsburskiego, studiował zarówno we Floren−
cji, jak i w Wiedniu, i ze względu na swój gwałtowny temperament stał
się w austriackiej stolicy jednym z najbardziej nieprzejednanych przy−
wódców włoskich studentów, którzy chcieli, aby Trydent i Triest zostały
przyłączone do Włoch nawet za cenę wojny.
Z doświadczeniem i brakiem złudzeń kogoś, kto przeżył pięćdziesiąt
lat dzielących rok 1918 od 1968 i ze świadomością tego, co wydarzyło się
w tamtym okresie w Europie, Marin odtwarza ów dzień manifestacji wło−
skich studentów irredentystów, hasła przeciw cesarstwu, bójki ze studen−
tami innych narodowości — szczególnie z Niemcami. W pewnej chwili
— opowiada Marin — wezwał go rektor, ponieważ wiedział, że jest on
przywódcą demonstrantów. Kiedy wszedł do gabinetu rektora, usłyszał,
jak ten, stojąc, pyta go po niemiecku: „Junger Mann, was wollen Sie?”
(„Czego chcesz, młody człowieku?”). Marin odpowiedział z młodzieńczą
zuchwałością po niemiecku, że chce wojny z Austrią i żeby Triest należał
do Włoch. Rektor poprosił go, aby usiadł, i rzekł w płynnej włoszczyźnie,
że on sam studiował we Włoszech, zna je i ceni, ale że jako zjednoczone
państwo Włochy istnieją dopiero od kilkudziesięciu lat, a zatem wojna,
nawet zwycięska, zniszczyłaby ich struktury społeczno−polityczne, włoski
patriota powinien więc się zastanowić nad powagą chwili, właśnie z uwa−
gi na swoją miłość do Włoch.
Marin nie wiedział przez moment, co odpowiedzieć, jak gdyby te sło−
wa odsłoniły mu częściowo los Włoch i Europy po I wojnie światowej,
zaraz jednak odzyskał pewność siebie, wstał i z młodzieńczą arogancją,
którą tak dobrze opisuje pięćdziesiąt lat później, odpowiedział po nie−
miecku: „Panie rektorze, my pokonamy Austrię”. Wówczas rektor rów−
nież podniósł się z fotela i wskazując Marinowi drzwi, powiedział po nie−
miecku: „Junger Mann, ich wünsche ihnen und ihrem Lande alles gute”
(„Młody człowieku, życzę wszystkiego dobrego tobie i twojemu krajo−
wi”). Kilka tygodni później Marin przekroczył nielegalnie granicę i za−
ciągnął się jako ochotnik do włoskiej armii, ponieważ tymczasem również
30
Claudio Magris
Europa widziana z Triestu
Włochy przystąpiły do wojny, która już od roku pustoszyła Europę.
Podczas musztry pewien oficer odezwał się po raz kolejny niegrzecznie
do kadetów, traktowanych przezeń grubiańsko i wielokrotnie obrażanych.
Marin wystąpił wtedy z szeregu i oznajmił: „Kapitanie, jest pan draniem.
My, Austriacy, przyzwyczailiśmy się do innego zachowania”.
Ten epizod jest znamienny dla ponownego odkrycia Mitteleuropy,
które nastąpiło w ostatnich latach w wielu krajach, lecz znaczy coś jeszcze
innego. I wojna światowa, której ów młody człowiek tak niecierpliwie
oczekiwał, zmiotła z powierzchni ziemi nie tylko cesarstwo austrowęgier−
skie, lecz zniszczyła również wielowiekową cywilizację europejską i jej
światowe przywództwo.
W tej starej historii Marin określa się w Wiedniu jako Włoch rzucają−
cy wyzwanie cesarstwu, którego był poddanym, lecz wkrótce potem po−
czuje się we Włoszech Austriakiem, wychowanym i ukształtowanym ja−
ko jednostka przez kulturę, której był przecież wrogiem. I może na tym
właśnie polega jedno z zadań literatury: mówić „nie”, określać się za
pomocą przeczenia, nie utożsamiać z ustanowionym porządkiem, lecz
odczuwać silną więź z tym, co nieobecne, czego brakuje, czego jeszcze
nie ma, co n i e i s t n i e j e. Nie oznacza to pogardy dla otaczającego nas
świata, zdrady wyznawanych wartości, drogich nam barw, zapachów,
drobiazgów; kiedy Marin rzuca dumnie w twarz rektorowi: „Pokonamy
Austrię!”, kocha przecież jeszcze wiedeńskie ulice, kawiarnie, Lieder
Schuberta; kiedy jednak wszystko to zostaje ujęte w sztywną formułę,
opatrzone instytucjonalną pieczęcią, poeta ucieka, zaprzecza, wypatruje
czegoś innego.
Słowo „Europa” brzmieć będzie nadal prawdziwie i autentycznie, do−
póki oznaczać będzie cywilizację, z której się wywodzimy i która przenik−
nęła nas do głębi, dopóki będzie ona pewnym stylem, atmosferą, kochaną
przez nas bardziej niż jakakolwiek inna, koiné, czymś, co jest wspólne, do
czego instynktownie należymy, jak należy się do rodziny, miasta, klasy
szkolnej, pokolenia. [...]
Od Manna do Eliota, od Crocego do Hazarda, od Huizingi do Auerba−
cha i tylu innych, europejska cywilizacja rozpatrywana była jako spójna
jedność. Tożsamość ta nie jest jednak płaską uniformizacją, lecz wspól−
nym źródłem wielu różnic, tym, co w 1900 roku Brunetière — w szkicu
La littérature européenne — określa jako wspólną więź literatur narodo−
wych. Już jednak Mazzini w szkicu D’una letteratura europea z 1829 ro−
ku przywoływał słowa Goethego: „Widzę świt literatury europejskiej:
żaden naród nie będzie mógł uznać jej za swoją, wszystkie przyczynią się
do jej powstania”.
Częścią europejskiej tradycji jest obrona owej różnorodności przeciw
wszelkim próbom niwelizacji. Auerbach w swoim eseju Filologia literatury
31
Claudio Magris
Europa widziana z Triestu
powszechnej z 1952 roku ostrzega przed niebezpieczeństwem kulturowej
standaryzacji na skalę światową, zdolnej przekreślić miejscowe kultury.
Niebezpieczeństwo to jest wciąż aktualne, szczególnie dziś, w społeczeń−
stwie zdominowanym przez media, standaryzacja spowija świat żelatynową
otoczką, stosuje względem niego recycling i nieustanną uniformizację.
Główne niebezpieczeństwo tkwi w przemyśle kulturowym, skłaniającym
pisarzy raczej do obecności na konferencjach i wygłaszania odczytów niż
do swobodnego myślenia, i wytwarzającej nowe wzorce: wszyscy zwiedza−
ją galerię sztuki, lecz niemal nikt nie przygląda się konkretnemu obrazowi.
Dziedzictwo europejskie wymaga jednocześnie zwalczania innego,
przeciwstawnego niebezpieczeństwa. Odżywają wszędzie zajadłe nacjona−
lizmy o małym lub dużym zasięgu, nienawiści dzielące narody, regiony,
miasta; wszyscy wydają się żywić obsesję na punkcie własnej tożsamości
i nie wahają się negować tożsamości cudzej. Zostały obalone stalinowskie
mury, które narzuciły fałszywą jedność i uniemożliwiły powstanie jedno−
ści prawdziwej, lecz teraz wznosi się mury nacjonalistyczne, równie gro−
źne dla ludzkości. W imię europejskiej tradycji należy podjąć walkę z tym
barbarzyńskim unicestwieniem wszelkiej jedności, z upartym podkreśla−
niem własnej tożsamości, popychającej jednostki i grupy etniczne do ob−
sesyjnej rewindykacji własnej narodowości i do nienawidzenia narodowo−
ści swoich sąsiadów. Trzeba kochać własne tradycje i bronić ich, lecz nie
wolno nigdy zapominać, że istnieją inne wartości. Poczucie, że przynale−
żymy do jednej rodziny, oto europejskie dziedzictwo.
Wybór, od którego zależy los Zachodu, polega, jak pisze Vittorio Stra−
da, na ustaleniu, czy „historia najbliższych dwóch stuleci napisana zosta−
nie w duchu Nietzschego, czy też Dostojewskiego”. Obaj pisarze przewi−
dują, zgodnie ze słowami Nietzschego, „to, czego historia najbliższych
dwóch stuleci będzie świadkiem: nadejścia nihilizmu”; Nietzsche, który
widzi w tym wyzwolenie, pragnie (albo przynajmniej tak twierdzi) dopro−
wadzić do końca ów proces, usuwając z życia resztki wartości przypra−
wiających ludzi o udrękę, podczas gdy Dostojewski uważa nihilizm za
ostatni i najbardziej patologiczny przejaw dekadencji.
Niczym komitet Akcji Równoległej w Człowieku bez właściwości Mu−
sila, wielka literatura XX wieku odkryła, że nasze życie coraz bardziej
składa się z akcji równoległych i im podobnych, których jednak nie ma —
a więc z nieistniejących zdarzeń, rzeczy, organizowanych przez wyimagi−
nowanych funkcjonariuszy albo fantomatyczne władze; nasza rzeczywi−
stość coraz bardziej przypomina przedstawienie albo reprodukcję utraco−
nego już oryginału, w którego istnienie zaczynamy wątpić.
Flaubert pragnął napisać książkę o niczym i owo nic jest również
pustym echem gadaniny, na której zbudowane jest społeczeństwo i cywi−
32
Claudio Magris
Europa widziana z Triestu
lizacja, pustką, z której wyłaniają się słowa i poglądy, śmiałe projekty
i tryumfujące ideały; na nieistniejących fundamentach wznosi się miasta,
państwa, Kościoły, wiary i filozofie.
Dziś większość zachodniej filozofii głosi pochwałę kresu wartości
i upadek pojęcia veritas, pochwałę kiczu, jak gdyby był on wyzwoleniem.
Pisarz europejski musi być jednak wrogiem kiczu, jego ulotnych i nieod−
powiedzialnych pokus. Pisarz europejski, nie przekonany do rewolucji
i hałaśliwych buntów, musi pamiętać o stuleciach, które ma za sobą,
o wpojonych przez nie mądrości i sceptycyzmie, o kulturze klasycznej
czyniącej nas wolnymi, jak mówi jedna z postaci u Fontane’a, ponieważ
poczucie głębi, jakie z sobą ona niesie, dyskredytuje plemienne idole, go−
towe ogłosić się bogami. Z takim dziedzictwem autentycznej humanitas,
albo raczej z właściwym wyobrażeniem relacji czasu i wieczności, będzie
możliwe utrzymanie blasku małego płomienia, przesłanie listu w butelce,
aby spokojnie i godnie oprzeć się zalotom władzy i instytucji, nawet
wtedy, kiedy zaloty są szczere, a instytucje demokratyczne.
Jak twierdził wielki uczony, Paul Dirac, Europie będzie potrzebna
pokora.
CLAUDIO MAGRIS
tłum. Joanna Ugniewska
Ten numer w prenumeracie tylko — 8 zł
poza prenumeratą — 15 zł
skorzystaj z okazji
zaprenumeruj
„Zeszyty Literackie”!!!