Picoult Jodi - Głos serca

Transkrypt

Picoult Jodi - Głos serca
JODI
PICOULT
GŁOS SERCA
Przełożyła
Agnieszka Barbara Ciepłowska
Prószyński i S-ka
Tytuł oryginału SONGS OF THE HUMPBACK WHALE
Copyright © 1992 by Jodi Picoult
All rights reserved
Projekt okładki Ewa Wójcik
Zdjęcie na okładce © Digital Vision/Getty Images/Flash Press Media
Redaktor prowadzący Katarzyna Rudzka
Redakcja Wiesława Karaczewska
Korekta Grażyna Nawrocka
Łamanie Ewa Wójcik
ISBN 978-83-7839-150-0
Warszawa 2012
Wydawca
Prószyński Media Sp, z o.o.
02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7
www.proszynski.pl
Druk i oprawa
MORAVIA BOOKS
MORAVIA BOOKS
www.cpi-moravia.com
Timowi.
Za wszystko, co mi dałeś.
Prolog
REBEKA
Listopad 1990
W prawym górnym rogu fotografii widać miniaturowy
samolot, który wygląda, jakby leciał prosto w moje czoło. Jest maleńki, stalowo-błękitny. Rozdęty, wydłużony
owal, przecięty pośrodku skrzydłami. Właściwie ma
kształt krzyża. Takie było pierwsze spostrzeżenie mamy,
gdy otrzymałyśmy to zdjęcie w Massachusetts.
- Spójrz, Rebeko - powiedziała - to znak.
Mając trzy i pół roku, przeżyłam katastrofę lotniczą.
Od tamtej pory mama twierdzi, że jest mi przeznaczony
szczególny los. Nie mogę przyznać, że się z nią zgadzam.
Nic nie pamiętam. Któregoś razu mama i tata się pokłócili, potem mama płakała, stojąc nad zlewem, a tata pozdejmował ze ścian co cenniejsze obrazy i zamknął je w
bagażniku samochodu. Wtedy mieliśmy chevroleta impalę. W rezultacie mama zabrała mnie do domu dziadków,
żółtego, przestronnego budynku pod Bostonem. Tata
ciągle dzwonił. Groził, że jeśli nie wrócę do domu, zawiadomi FBI. W końcu mama się złamała, uznała jednak,
że nie może ze mną lecieć. Dokładnie rzecz biorąc,
7
powiedziała: „Kochanie, jest mi naprawdę przykro, ale
nie wytrzymam z tym człowiekiem ani minuty”. Ubrała
mnie w cytrynową sukienkę, dzierganą na drutach, do
tego kazała włożyć białe rękawiczki. Na lotnisku, zanim
przekazała mnie stewardesie, jeszcze ucałowała na do
widzenia i poprosiła: „Nie zgub rękawiczek. Zapłaciłam
za nie jak za zboże”.
Z samej katastrofy pamiętam bardzo mało. Samolot
rozpadał się na kawałki, złamał się tuż przed ósmym rzędem. Pilnowałam rękawiczek jak źrenicy oka, ludzie się
nie ruszali, a ja nie miałam pewności, czy wolno mi oddychać.
I to właściwie wszystko. Dopiero kiedy podrosłam na
tyle, by rozumieć więcej, mama powiedziała mi, że byłam jedną z pięciu ocalałych. Moje zdjęcie zamieszczono
na okładce „Time'a”. Widnieje na nim ubrana w żółtą
sukienkę zapłakana dziewczynka z rozłożonymi rączkami. Zrobił je jakiś farmer prymitywnym tanim aparatem.
Za jego sprawą trafiło do prasy i poruszyło serca milionów Amerykanów. Mama opowiedziała mi też o płomieniach sięgających nieba, o czarnym dymie, liżącym
chmury, i o tym, jak nieistotna okazała się w porównaniu
z tym kłótnia z tatą.
Zdjęcie z samolotem w rogu zrobił nam w dniu wyjazdu z Kalifornii jakiś kierowca ciężarówki. Mama miała włosy ściągnięte w koński ogon. Niby obejmowała
mnie za ramiona, ale dłoń położyła mi na szyi, nienaturalnie zaciskając palce, jakby chciała mnie powstrzymać
od ucieczki. Uśmiechała się. Ubrana była w jedną z koszul taty. Ja się nie uśmiechałam. Nawet nie patrzyłam w
obiektyw.
8
Kierowca nazywał się Flex. Miał rudą brodę, ale wąsów już nie. Powiedział, że od Nebraski nie spotkał milszego widoku niż my dwie. Sfotografował nas własnym
aparatem, bo my się za bardzo śpieszyłyśmy, żeby zabrać
nasz.
- Dajcie mi adres, przyślę wam odbitkę - obiecał.
Mama uznała, że diabła tam, w końcu to adres domu,
który jej brat wynajmuje obcym ludziom, więc jeśli Flex
okaże się wariatem i podpalaczem, to i tak wszystko jedno.
Flex przesłał zdjęcie, dostaliśmy je spod adresu wujka
Joleya. Przyszło w używanej, przeadresowanej brązowej
kopercie, naznaczonej wężem dwudziestu pięciu znaczków po jednym cencie. Kierowca ciężarówki dołączył do
fotografii karteczkę samoprzylepną, której mama nie
pozwoliła mi przeczytać.
Opowiadam ci historię naszej podróży, bo to właśnie
ja złożyłam zdarzenia w całość. Ta historia dotyczy nas
wszystkich: mamy, taty, wujka Joleya, Sama i nawet Hadleya, jednak każde z nas widzi ją inaczej. Dla mnie
przewija się ona wstecz. Jak puszczony do tyłu film. Nie
mam pojęcia, dlaczego tak ją widzę. Wiem, że na przykład mama patrzy na nią inaczej.
Gdy przyszła odbitka od Flexa, wszyscy stanęliśmy
przy kuchennym stole i się jej przyglądaliśmy. Mama,
tata, ja, Joley i Sam. Joley powiedział, że ładnie wyszłam, i spytał, gdzie zrobiłyśmy to zdjęcie. Sam pokręcił
głową i odszedł od stołu.
- Nic nie widać - ocenił. - Ani drzew, ani kanionów,
nic.
9
- Nas widać - powiedziała mama.
- Nie dlatego zostało zrobione - rzekł Sam. Jego
słowa oprószyły kąty srebrnym pyłem. - Coś w nim jest.
Tylko my tego nie widzimy. - I wyszedł z kuchni.
Mama i ja spojrzałyśmy na siebie ze zdziwieniem. To
była nasza tajemnica. Odruchowo wbiłyśmy wzrok w
punkt na autostradzie, na prawo od naszych postaci. Tam
Kalifornia przechodziła w Arizonę. Kierowcy ciężarówek wyczuwają tę zmianę w nawierzchni drogi. Nikt
inny jej nie dostrzega.
1.
JANE
W noc przed ślubem obudziłam się z krzykiem. Rodzice przybiegli do mojego pokoju, zamknęli mnie w
uścisku, głaskali i przytulali, a ja nie mogłam przestać
krzyczeć. Nawet z zaciśniętymi ustami. Z gardła wydzierał mi się przenikliwy pisk nocnego zwierzęcia.
I mama, i tata wychodzili z siebie, żeby mnie uspokoić. Mieszkaliśmy wtedy na przedmieściach Bostonu, w
nieciekawej okolicy. Sąsiedzi budzili się jeden po drugim. Patrzyłam na światła zapalające się w kolejnych
domach - niebieskie i żółte, mrugające jak w wigilię Bożego Narodzenia - i głowiłam się, co mi jest.
Nie było to zjawisko powszednie. Miałam dziewiętnaście lat, właśnie ukończyłam Wellesley College z najwyższymi notami, co w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym nadal stanowiło nie lada osiągnięcie.
Miałam poślubić wymarzonego mężczyznę, uroczystość
zaplanowano w typowym dla Nowej Anglii drewnianym
białym kościółku, a wesele - wystawne i huczne, uświetnione kawiorem z bieługi i obecnością kelnerów w białych rękawiczkach - zaplanowano w ogrodzie naszego
11
rodzinnego domu. Czekała na mnie praca, którą miałam
rozpocząć po powrocie z miesiąca miodowego. Trudno o
lepszy układ. Nie przewidywałam żadnych kłopotów.
Dzisiaj też nie wiem, co mi się wtedy stało. Krzyk,
równie niespodziewanie jak się narodził, w końcu się
urwał i następnego ranka wyszłam za mąż za Olivera
Jonesa - za tego Olivera Jonesa - by żyć długo i szczęśliwie.
Jestem jedynym logopedą w okolicy, co oznacza, że
jeżdżę po przedmieściach San Diego od jednej szkoły do
drugiej. Teraz, kiedy Rebeka podrosła na tyle, żeby sama
o siebie zadbać, a Oliver większość czasu spędza poza
domem, już nie jest to uciążliwe, bo mam znacznie mniej
obowiązków w domu. Lubię swoją pracę, jednak zupełnie inaczej niż Oliver swoje zajęcie. On chętnie by zamieszkał w namiocie na wybrzeżu Argentyny i bez
ustanku obserwował wieloryby w ciepłych wodach oceanu.
Moja praca polega na niesieniu pomocy dzieciom z
wadami wymowy, z rozszczepieniem wargi, podniebienia albo jednego i drugiego. Z początku, gdy przychodzą
do mojego prowizorycznego gabinetu, szurają nogami,
nieśmiało zerkają na imponujący sprzęt audio i milczą.
Czasami ja też milczę, czekam, aż dziecko się przełamie i
zapyta, co ma robić. Niektóre zakrywają usta dłonią, jedna dziewczynka nawet się popłakała. Nie znoszą dźwięku
własnego głosu, nienawidzą części ciała, które inni uznali
za brzydkie. Moja rola polega na uświadomieniu im, że
istnieje osoba gotowa słuchać, co mają do powiedzenia,
w taki sposób, w jaki muszą mówić.
12
Opowiadam im, że kiedy miałam siedem lat, wymawiałam literę „s” z przyświstem. W szkole się ze mnie
śmiali, więc mówiłam jak najmniej i nie miałam wielu
przyjaciół. Któregoś razu nauczycielka oznajmiła klasie,
że zorganizujemy przedstawienie i wszyscy weźmiemy w
nim udział. Byłam tak przerażona perspektywą czytania i
recytowania tekstu przed wszystkimi, że postanowiłam
udać chorą. Gdy mama wyszła z pokoju, nagrzałam termometr przy żarówce. Zostałam w domu. Trzeciego dnia
zadzwoniła nauczycielka i mama zorientowała się w
oszustwie. Gdy wróciłam do szkoły, wychowawczyni
poprosiła mnie na stronę. Powiedziała mi, że wszystkie
role zostały już obsadzone, dla mnie zarezerwowała najistotniejszą funkcję, kierownika efektów dźwiękowych.
Jak w filmach. Przez trzy tygodnie dzień w dzień zostawałam w szkole po lekcjach, a wychowawczyni uczyła
mnie, co robić. Po jakimś czasie okazało się, że dzięki
seplenieniu mogę naśladować wóz strażacki, ptaka,
mysz, pszczołę i wiele innych dźwięków. W dzień przedstawienia zostałam wyposażona w czarną szatę i mikrofon. Inni uczniowie odgrywali zaledwie po jednej roli, ja
natomiast wydawałam odgłosy kilku zwierząt i urządzeń.
Tata był ze mnie bardzo dumny. O ile pamiętam, tylko
raz w życiu to od niego usłyszałam. Właśnie wtedy.
Taką historię opowiadam na koktajlach organizowanych przez Centrum Badań Oceanicznych, na których
bywamy z Oliverem. Ocieramy się tam o ludzi sławnych
i bogatych, wspomagających instytut dotacjami. Przedstawiamy się zawsze jako państwo Jones, małżeństwo z
tytułem doktorskim, chociaż ja mam tylko magistra.
13
Wymykamy się z przyjęcia, gdy inni siadają do głównego dania, biegniemy do samochodu, żartując sobie ze
smokingów i kreacji wyszywanych cekinami. Potem Oliver prowadzi, a ja zwijam się w kłębek, opieram mu
głowę na ramieniu i słucham opowieści, które słyszałam
już tysiąc razy. O czasach, gdy wieloryby żyły w każdym
oceanie.
Mimo wszystko Oliver ma to coś. Wiesz, o co mi
chodzi. Był pierwszym mężczyzną, którego widok zaparł
mi dech w piersiach. Jeszcze i dzisiaj czasem się to zdarza. Tylko przy nim czułam się na tyle bezpiecznie, by
stworzyć dom, urodzić dziecko, by dzielić z nim życie.
Jednym uśmiechem potrafi cofnąć czas o piętnaście lat.
Mimo wszelkich różnic stanowimy jedność.
W tej szkole, gdzie pracuję we wtorki, mój gabinet
zorganizowano w stróżówce. Wczesnym popołudniem
sekretarka puka do drzwi i mówi, że dzwoni do mnie
doktor Jones. Prawdziwa niespodzianka. Oliver jest w
tym tygodniu w domu, podsumowuje jakieś badania, ale
zwykle nie ma ani czasu, ani ochoty do mnie dzwonić.
Nigdy nie pyta, w której szkole jestem konkretnego dnia.
- Proszę mu przekazać, że jestem zajęta z uczniem odpowiadam i wciskam klawisz magnetofonu.
Pomieszczenie wypełnia się dźwiękiem samogłosek.
Aaaa... Eeee... Iiii...
Zbyt dobrze znam Olivera, żeby dać się wciągnąć w
jego grę.
Eeee yyy. Eeee yyy. Ech, ty.
Oliver jest człowiekiem sławnym. Gdy się poznaliśmy, był nikim, ale dziś jest jednym z najwybitniejszych
badaczy wielorybów i ich zwyczajów. Dokonał odkryć,
14
które wstrząsnęły światem nauki. Jest tak sławny, że ludzie fotografują się z naszą skrzynką pocztową, jakby
chcieli stwierdzić z dumą: „Widziałem dom doktora Jonesa”. Najistotniejsze osiągnięcia Olivera związane są ze
śpiewem wielorybów. Wydaje się, że poszczególne stada
śpiewają te same pieśni i przekazują je kolejnym pokoleniom. Oliver je nagrywa. Nie do końca rozeznaję się w
pracy męża, ale jest w tym tyle samo mojej, ile jego winy. On już od dawna nie mówi mi o pomysłach, jakie się
rodzą w jego głowie, a ja czasami zapominam spytać.
Naturalnie kariera Olivera zawsze stała na pierwszym
miejscu. Przeprowadziliśmy się do Kalifornii, by mógł
podjąć pracę w San Diego, w Centrum Badań Oceanicznych, a zaraz potem wyszło na jaw, że jego najgorętszą
pasją są humbaki zamieszkujące wody przy Wschodnim
Wybrzeżu. Od pierwszej chwili chciałam uciec z San
Diego, ale nic Oliverowi nie powiedziałam. Co ma być,
to będzie, uznałam. On musiał wrócić do Bostonu, a ja
zostałam z maleńkim dzieckiem w klimacie, gdzie panowało wieczne lato, gdzie nigdy nie pachniało śniegiem.
Nie odbiorę jego telefonu.
Nie dam się znowu nabrać, koniec, kropka.
Co innego grać drugie skrzypce, a co innego patrzeć,
jak jest w takiej pozycji ustawiana Rebeka. W wieku
czternastu lat posiadła umiejętność patrzenia na życie z
rezerwą - dla mnie niedostępną po przekroczeniu lat
trzydziestu pięciu. Moim zdaniem, nie podoba się jej to,
co widzi. Gdy Oliver przyjeżdża do domu, co zdarza się
rzadko, spędza więcej czasu w swoim gabinecie niż z
nami. Interesują go wyłącznie kwestie związane z
15
morzem. Jak traktuje mnie, to odrębna sprawa, mamy za
sobą niejedną burzę. I - poza wszystkim innym - to ja w
nim się zakochałam. Z Rebeką jest inaczej. Ona nie daje
Oliverowi wiary na piękne oczy, tylko dlatego, że on jest
jej ojcem. Ma swoje wymagania.
Wiadomo, jak to bywa z nastolatkami: ucieczki z domu, nieplanowane ciąże, rzucanie szkoły... Słyszałam, że
takie zdarzenia często mają źródło w problemach rodzinnych. Właśnie dlatego postawiłam Oliverowi ultimatum.
Piętnaste urodziny Rebeki, wypadające w przyszłym tygodniu, zbiegły się w czasie z planowanym wyjazdem
Olivera na wybrzeża Ameryki Południowej, w celu obserwacji długopłetwców na obszarach godowych. Oliver
zamierza jechać. Ja oczekuję, że zostanie.
Mówię mu przez to: Rebeka jest twoją córką. Nawet
jeśli nas oboje rozdzieliła przepaść tak wielka, że już
siebie nie poznajemy, to jednak jesteśmy razem w jednym życiu, w tym wycinku czasu. I co ty na to?
Jedną z przyczyn, dla których milczałam, był wypadek Rebeki. U jego źródeł leżała kłótnia z Oliverem,
więc robiłam, co w mojej mocy, żeby coś takiego się
nigdy nie powtórzyło. Nie pamiętam, o co się wtedy poróżniliśmy, ale powiedziałam mu, co myślę, a on mnie
uderzył. Wzięłam dziecko na ręce - Rebeka miała wtedy
trzy i pół roku - i uciekłam do rodziców. Powiedziałam
mamie, że się rozwiodę, bo Oliver zachowuje się jak wariat, a na dodatek mnie uderzył. Oliver zadzwonił i
oznajmił, że nie obchodzi go, co będę robiła ja, ale nie
mam prawa zabierać mu córki. Zagroził pozwaniem do
sądu. Wobec czego pojechałam z małą na lotnisko.
16
- Kochanie, jest mi naprawdę przykro - powiedziałam - ale nie wytrzymam z tym człowiekiem ani minuty.
Wcisnęłam stewardesie sto dolarów, żeby przyjęła
dziecko bez opieki. Samolot rozbił się pod Des Moines.
Dalej pamiętam, dopiero jak stałam na polu kukurydzy i
patrzyłam na dymiący wrak. Wydawał się nadal w ruchu.
Wiatr gwizdał między częściami maszyny, docierały do
mnie głosy, których nie potrafiłam zlokalizować. A za
mną Rebeka, osmalona, lecz cała i zdrowa, jeden z pięciorga pasażerów, którzy przetrwali katastrofę, skulona w
ramionach ojca. Odziedziczyła po Oliverze jasne włosy i
piegi. Oraz niepowszednią urodę. Spojrzeliśmy po sobie
z Oliverem i wtedy zrozumiałam, dlaczego los kazał mi
się zakochać akurat w tym mężczyźnie. Ponieważ we
dwoje stworzyliśmy dziecko, zdolne swoim urokiem poruszyć zimny głaz.
2.
OLIVER
Humbaki hawajskie i karaibskie są, moim zdaniem,
znacznie szczęśliwsze od tych, które żyją u wybrzeży
Nowej Anglii. Śpiewają pieśni radosne, staccato, żywe.
Bardziej jak melodie grane na skrzypcach niż na obojach.
W ich nurkowaniu, w ich skokach nad wodę jest gracja,
jest triumf. Gładkie wielorybie ciało sunie przez morski
lej prosto w niebo, z wyciągniętymi płetwami wznosi się
z głębin oceanu, przywodząc na myśl powtórne przyjście
Chrystusa. Natomiast pieśni humbaków ze Stellwagen
Bank chwytają za serce, przepełniają człowieczą duszę.
W tych wielorybach zakochałem się, gdy pierwszy raz
usłyszałem ich wołanie: rozdzierające, przenikliwe,
dźwięk podobny do rytmu człowieczego serca, przerażonego samotnością. Przy słuchaniu taśm z nagraniami
pieśni populacji wielorybiej z północnego Atlantyku zdarza mi się rozpłakać.
Współpracę z Rogerem Payne'em rozpocząłem na
Bermudach, w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym
dziewiątym, gdy wraz ze swoim kolegą, Scottem McVayem, doszli do wniosku, iż dźwięki wydawane przez humbaki, przez Megaptera novaeangliae, są w rzeczywistości
pieśniami.
18
Oczywiście jest to określenie dość swobodne, jednak
ogólnie można się zgodzić, że mamy do czynienia z
„ciągiem dźwięków ułożonych przez wykonawcę w
określony wzór”. Pieśni wielorybów takie właśnie są:
dwa lub więcej dźwięków tworzy frazę, fraza jest powtarzana i staje się motywem. A kilka motywów to pieśń.
Przeciętna pieśń wielorybia trwa od siedmiu do trzydziestu minut. Wykonujący ją osobnik powtarza tony w ustalonym porządku. Istnieje siedem podstawowych typów
dźwięków: jęki, postękiwanie, wołanie, kwilenie, ćwierkanie, grzechotanie i świsty. Każdy ma swoje wariacje.
Wieloryby z odrębnych populacji śpiewają różne pieśni,
które z czasem się zmieniają, podlegając ogólnym prawom rozwoju, a wszystkie wieloryby przyswajają sobie
zachodzące zmiany. Humbaki nie powtarzają pieśni automatycznie, raczej dodają coś od siebie, wplatają nowe
elementy. Jeszcze do niedawna przypisywano tę umiejętność wyłącznie człowiekowi.
Oczywiście to tylko teoria.
Nie zawsze zajmowałem się badaniem wielorybów.
Karierę w zoologii rozpocząłem od obserwacji robaków,
następnie awansowałem na badacza nietoperzy, potem
sów i w końcu - wielorybów. Po raz pierwszy usłyszałem
długopłetwca przed laty, gdy wsiadłem do łodzi wiosłowej, spuszczonej z większej jednostki, i raptem uświadomiłem sobie, że znajduję się dokładnie nad tym imponującym morskim ssakiem, a dno łodzi drży od jego głosu.
Mój udział w badaniach polegał na odkryciu, że śpiewają wyłącznie samce. Hipoteza ta istniała wcześniej,
natomiast zdobycie dowodów wymagało określenia płci
poszczególnych wielorybów, znajdujących się w morzu.
19
Zaglądanie im pod brzuch jest wykonalne, lecz niebezpieczne, wobec czego, mając na względzie osiągnięcia
genetyki, zacząłem rozważać możliwość pobrania próbki
komórek. Wymyśliłem strzałkę wystrzeliwaną ze zmodyfikowanego działka harpunniczego, umożliwiającą pobranie próbki pozwalającej na wykonanie biopsji. Strzałka, trafiając wieloryba, zbierała fragment jego naskórka
grubości mniej więcej centymetra, po czym należało ją
ściągnąć liną. Była pokryta antybiotykiem, by chronić
wieloryba przed ewentualną infekcją. Mam za sobą wiele
nieudanych prób, jednak w końcu zgromadziłem obszerny materiał badawczy. Do dnia dzisiejszego zarejestrowano wyłącznie pieśni samców. Nie udało się nagrać ani
jednej śpiewającej samicy.
Po dwudziestu latach analiz wiemy niemało o różnych
pieśniach wielorybów, natomiast niewiele o celu ich
śpiewania. Ponieważ pieśni są przekazywane z pokolenia
na pokolenie, a w całości wybrzmiewają tylko na obszarach godowych, postrzegamy je jako ewentualną metodę
przyciągania uwagi samic. Znajomość konkretnych pieśni może być warunkiem wstępnym kopulacji, a jej
wzbogacanie i ozdabianie - odgrywać rolę dodatkowego
atutu. Wyjaśniałoby to złożoność wielorybich pieśni oraz
konieczność poznania tych, które są aktualnie w modzie samice wybierają partnera na podstawie zasłyszanych
dźwięków. Według innej teorii próbującej tłumaczyć to
zjawisko, wielorybi śpiew ma przyciągać nie samice, lecz
samce. Są to akustyczne miecze, jeśli można się tak wyrazić, pozwalające samcom konkurować o względy przyszłej partnerki. Jej potwierdzenie mają stanowić blizny,
powstałe w czasie walk godowych.
20
Niezależnie od tego, jakie przesłanie niosą ze sobą te
cudowne dźwięki, wzbudziły one wiele domysłów i spowodowały zebranie licznych informacji na temat zachowań humbaków. Wieloryby należące do konkretnej populacji śpiewają określoną pieśń. Co za tym idzie, jeśli
znamy pieśni populacji, można określić pochodzenie
każdego samca, niezależnie od tego, gdzie został zarejestrowany jego śpiew. Zyskaliśmy nową metodę śledzenia
wielorybich wędrówek, alternatywę dla inwazyjnego
oznaczania zwierząt lub identyfikowania ich na podstawie wyglądu sfotografowanej płetwy ogonowej. Możemy
rozpoznawać samce na podstawie ich śpiewu, możemy
do grup samców przypisać samice, kierując się pieśniami, których słuchają.
Ostatnio zadaję sobie pytanie, czy powinniśmy może
przywiązywać większą wagę do poszczególnych osobników. Czy dzieje poszczególnych wielorybów, informacje
o tym, gdzie je widziano, co robiły, z którymi innymi się
zadawały, pozwolą nam odkryć, dlaczego śpiewają tak, a
nie inaczej?
Prowadzę intensywne badania. Moje artykuły drukowały „Newsweek”, „Christian Science Monitor” i „New
York Times”. Nie przerywając pracy, zawarłem związek
małżeński, spłodziłem dziecko. Od tej pory brakuje mi
czasu albo dla rodziny, albo na pracę. Znalazłem się w
potrzasku. Wieloryby nigdy nie śpią. Oddech nie jest u
nich odruchem bezwarunkowym. Muszą się wynurzać,
by nabrać powietrza. Dryfują w głębinach oceanu, niezdolne do dłuższego wypoczynku.
Swego czasu usiłowałem połączyć rodzinę i pracę.
Zabierałem Rebekę i Jane na morze, puszczałem w domu
21
nagrania pieśni humbaków z Nowej Anglii, zainstalowałem nagłośnienie w kuchni i w łazience. A potem, któregoś dnia, zastałem Jane dłubiącą nożem w kuchennym
głośniku. Powiedziała: „Już nie mogę tego słuchać”.
Raz, gdy Rebeka miała pięć lat, popłynęliśmy na Bermudy, obserwować obszary godowe humbaków ze
Wschodniego Wybrzeża. Było wtedy ciepło, moja córka
w drodze na rafę wskazywała morświny. Jane miała na
sobie mój sztormiak. Pamiętam doskonale, bo na niebie
nie było ani jednej chmurki, ona jednak wolała ciężką
kurtkę niż gęsią skórkę od wilgotnej bryzy. Stała przy
relingu „Podróżnika”, mojej wynajętej łodzi, słońce zaróżowiło jej włosy. Mocno ściskała barierkę - nigdy nie
czuła się swobodnie na wodzie. Po zejściu na ląd zawsze
robi kilka kroków tam i z powrotem, upewnia się, że stoi
na twardej ziemi.
Wieloryby się bawią. Gdy dotarliśmy do właściwego
miejsca i opuściliśmy hydrofon, kilkaset metrów od nas
znajdowała się grupa humbaków. Chociaż nagrywaliśmy
pieśni głęboko w wodach oceanu, obserwowaliśmy stado
baraszkujące na powierzchni. Płaskie uderzenia ogona,
ruchy spokojne i majestatyczne, powolne obroty, wzajemne ocieranie się płetwami grzbietowymi, wyskoki z
wody, szybkie, mocne, przywodzące na myśl pocisk. A
potem zanurzenie, wślizgnięcie się między fale. Marmur,
kość słoniowa i biel.
Usłyszeliśmy melancholijne tony wielorybiej pieśni.
Zrozumieliśmy, że oglądamy artystycznie wystawiony
balet, nie wiemy jedynie, o czym opowiada. Łodzią zakołysało na boki, Rebeka przytrzymała się nogi Jane. Pomyślałem wtedy: „Moje kobietki, najpiękniejsze na świecie”.
22
Rebeka, chociaż była wtedy jeszcze mała, sporo pamięta z naszej wyprawy na Bermudy. Nie zapamiętała
wielorybów. Opowiada o zaróżowionym piasku, o Diabelskiej Dziurze, gdzie rekiny pływają człowiekowi pod
nogami, o stawie z wysepką dokładnie w kształcie Bermudów. Nie pamięta matki w żółtym sztormiaku ani powolnego radosnego tańca wielorybów. Ani ich wołania,
na które zwróciła uwagę.
- Tatusiu, dlaczego nie możemy im pomóc?
Nie przypominam sobie, by Jane wyraziła swoją opinię. W kwestiach dotyczących wielorybów pozostawała
milcząca.
3.
JANE
W sprawach rodzinnych Rebeka jest prawdziwym stoikiem. Co oznacza, że gdy ja w pewnych sytuacjach wychodzę z siebie, ona nie daje nic po sobie poznać. Dobrym przykładem jest jej pierwsze zetknięcie ze śmiercią,
gdy zdechła jej ukochana świnka morska, Tofik. Moja
córka zupełnie spokojnie posprzątała klatkę i pochowała
zimne, sztywne ciałko na podwórku, podczas gdy ja, u jej
boku, zalewałam się łzami. Trzymała rozpacz na wodzy
osiem dni. Dziewiątego zastałam ją przy zmywaniu naczyń, rozszlochaną, jakby świat się skończył. Chwilę
wcześniej upuściła półmisek, odłamki szkła rozsypały się
wokół jej stóp w promienisty wzór.
- Pamiętasz, jaki był śliczny? - spytała przez łzy.
Gdy wracam po pracy, Rebeka jest w swoim pokoju.
Tego lata zarabia jako ratownik. Kończy zmianę o drugiej, więc dociera do domu wcześniej niż ja. Ogląda „Koło fortuny”, chrupiąc słupki marchewki. Podaje odpowiedzi szybciej niż uczestnicy. Macha do mnie.
- „Opowieść o dwóch miastach” - mówi.
W telewizorze rozlega się gong.
24
Rebeka idzie do kuchni, plaskając bosymi stopami.
Ma na sobie czerwony kostium kąpielowy z napisem
RATOWNIK na piersiach, na głowie starą czapkę z
daszkiem. Jak na swoje niecałe piętnaście lat, wygląda
bardzo poważnie, czasem ludzie biorą nas za siostry. I
nic dziwnego. W dzisiejszych czasach nierzadko w wieku trzydziestu pięciu lat rodzi się pierwsze dziecko.
- Tata jest w domu - ostrzega Rebeka.
- Wiem. Dzwonił do mnie do pracy.
Nasze spojrzenia się spotykają. Rebeka wzrusza ramionami. Ma oczy Olivera, jej wzrok wędruje gdzieś
ponad moim ramieniem, ale nie skupia się na niczym
konkretnym.
- Będzie jak zawsze. Pójdziemy do kina, obejrzymy
film, który mu się i tak nie spodoba, a potem wybierzemy
się na duże lody. - Niespiesznie otwiera drzwi lodówki. Nie ma nic do jedzenia.
To prawda. Nawet mleko się skończyło.
- Może wolałabyś jakiś inny scenariusz? W końcu to
twoje urodziny.
- Nie ma problemu.
Nagle odwraca się do drzwi, w których stanął Oliver.
Mój mąż przestępuje z nogi na nogę, obcy człowiek
we własnym domu. Po chwili podchodzi do mnie i cmoka mnie w policzek.
- Mam złą wiadomość - mówi z uśmiechem.
Oliver zawsze wywiera na mnie kojący wpływ. Jest
bardzo przystojny. Chociaż dużo czasu spędza na powietrzu, skórę ma nie suchą i spaloną na brąz, ale gładką jak
jedwab w kolorze mrożonej kawy. Oczy błyszczące,
przywodzące na myśl mokrą farbę, a dłonie duże i silne.
25
Gdy widzę go stojącego w progu, nie czuję namiętności,
podniecenia. Nie przypominam sobie, czy kiedykolwiek
tak na niego reagowałam. Daje mi poczucie wygody,
niczym para ulubionych butów.
Uśmiecham się do niego, wdzięczna za ciszę przed
burzą.
- Tato - odzywa się Rebeka - twoja zła wiadomość to
żadna tajemnica. Wiedziałam, że w moje urodziny wyjedziesz.
Oliver, patrząc na mnie, wyraźnie się rozpromienia,
jakby mówił: „A widzisz? Nie ma sprawy”. Obrócił się
do Rebeki.
- Wybacz, mała. Sama wiesz, jak jest. Mój wyjazd leży w interesie nas wszystkich.
- Konkretnie kogo?
Jestem zdziwiona, że powiedziałam to na głos. Oliver
przenosi na mnie wzrok. Oczy ma wyblakłe, spojrzenie
beznamiętne. Tak się patrzy na obcego w metrze. Zsuwam z nóg pantofle, biorę je w prawą dłoń.
- Nic nie mówiłam. Po sprawie.
Rebeka, wracając do salonu, dotyka mojej ręki.
- Nie ma problemu - szepcze.
- Wynagrodzę ci to - przyrzeka Oliver. - Gdy zobaczysz prezent, zemdlejesz z wrażenia.
Rebeka jakby go nie słyszała. Wzmacnia dźwięk w telewizorze, zostawia mnie samą z moim mężem.
- Co jej dasz? - pytam.
- Nie wiem. Coś wymyślę.
Ściskam razem palce dłoni - nabrałam tego nawyku w
kontaktach z Oliverem - i idę na górę. Na półpiętrze
26
obracam się, widzę, że Oliver też wchodzi na piętro.
Chcę zapytać, kiedy wyjeżdża, ale z moich ust wychodzi
coś zupełnie innego.
- Niech cię szlag.
I rzeczywiście, właśnie to mam na myśli.
Niewiele w nim zostało z dawnego Olivera. Pierwszy
raz zobaczyłam go na Cape Cod, czekając z rodzicami na
prom na Martha's Vineyard. Miał dwadzieścia lat, pracował w Instytucie Oceanografii w Woods Hole. Miał
proste blond włosy, opadające niesymetrycznie na lewe
oko, i cuchnął rybami. Jako typowa nastolatka spodziewałam się, że między nami zaiskrzy, jednak nic podobnego się nie stało. Stałam, gapiąc się na niego jak cielę na
malowane wrota, i czekając, aż mnie zauważy. Nie wiedziałam, że powinnam się postarać jakoś zwrócić na siebie jego uwagę.
Mogłoby się na tym skończyć, ale dwa dni później,
gdy wracaliśmy promem, on znowu pracował przy doku.
Zdążyłam zmądrzeć. Rzuciłam do wody portmonetkę,
wiedząc, że prąd zniesie ją w jego stronę. Po dwóch
dniach zadzwonił do mnie do domu z informacją, że znalazł moją własność, i spytał, czy chcę ją odzyskać. Gdy
zaczęliśmy się spotykać, powiedziałam rodzicom, że to
zrządzenie losu.
Wtedy znów pracował przy basenach pływowych,
słuchałam opowieści o mięczakach, jeżowcach i całym
ekosystemie, niszczonym przez kaprys oceanicznej fali.
Twarz Olivera promieniała, gdy dzielił się swoimi morskimi odkryciami. Teraz mój mąż jest szczęśliwy jedynie
wówczas, kiedy zniknie w niewielkim domowym gabinecie, by w samotności analizować zebrane materiały.
Zanim uchyli rąbka tajemnicy przed resztą świata,
27
zmienia się z Olivera w doktora Jonesa. Dawniej pierwsza otrzymywałam gorące wieści, dziś nie jestem nawet
piąta w kolejce. Na drugim podeście odwracam się do
Olivera.
- Czego będziesz szukał?
- Gdzie?
- W Ameryce Południowej.
Usiłuję się podrapać w plecy, ale nie sięgam, Oliver
mi pomaga.
- Będę obserwował zimowe obszary godowe. Długopłetwców.
Jakbym była ostatnią kretynką. Patrzę na niego znacząco.
- Chętnie bym ci wszystko opowiedział, ale to dość
skomplikowane.
Dupek.
- Pamiętasz, że jestem dydaktykiem? Między innymi
dzięki temu wiem, że każdy może zrozumieć wszystko.
Trzeba jedynie umieć odpowiednio przedstawić informacje.
Słucham własnych słów tak, jak uczę moich uczniów
słuchać zmieniającego się rytmu. Trochę jakbym się z
boku przyglądała tej dziwacznej scenie z teatralnej jednoaktówki, przedstawiającej skupionego na sobie profesora i jego zbzikowaną żonę. Trochę jestem zdziwiona
postawą Jane. Żona powinna ustąpić. Jane jest posłuszna
Oliverowi. Odnoszę wrażenie, że głos nie do mnie należy. Że to nie jestem ja.
Znam nasz dom doskonale. Wiem, ile stopni prowadzi
na piętro, w którym miejscu przetarł się dywan, bez patrzenia znajdę to miejsce na poręczy, gdzie Rebeka wycięła w drewnie inicjały nas wszystkich trojga. Zrobiła
28
to, mając dziesięć lat, żeby uwiecznić naszą trójkę dla
potomności.
Kroki Olivera cichną w gabinecie. Idę korytarzem do
sypialni małżeńskiej, rzucam się na łóżko. Próbuję wymyślić, jak uczcić urodziny Rebeki. Może cyrk? Nie, to
zbyt dziecinne. Kolacja w Le Cirque i zakupy u Saksa już
były. Wycieczka do San Francisco albo do Portlandu w
Oregonie czy do Portlandu w Maine... Nie wiedziałabym,
gdzie ją zabrać. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co
lubi moja córka. A czego ja chciałam, mając piętnaście
lat? Olivera.
Rozbieram się, chcę odwiesić garsonkę. Otwieram
szafę i widzę, że zniknęły moje pudełka z butami. Na ich
miejscu pojawiły się kartony oznaczone datowanymi
naklejkami. Materiały badawcze Olivera. Zabrakło mu
miejsca we własnej szafie, ubrania przechowuje złożone,
w łazienkowej szafce na ręczniki. W tej chwili nie obchodzi mnie, gdzie są buty. Rzecz w tym, że Oliver naruszył moją przestrzeń.
Z energią, o którą siebie nie podejrzewałam, chwytam
ciężkie pudła i rzucam je na podłogę. Jest ich ponad
dwadzieścia, w nich mapy i wykresy, w niektórych transkrypcje taśm. Dno jednego z kartonów pęka, zawartość
oprósza mi stopy jak pierze.
Huk dotarł do Olivera. Mój mąż wchodzi do sypialni
akurat w chwili, gdy ustawiam ścianę z kartonów obok
drzwi, na korytarzu. Sięgają Oliverowi niemal do pasa,
jakoś udaje mu się je przytrzymać.
- Bardzo mi przykro - oświadczam - ale musisz je
zabrać.
- W czym problem? Przeniosłem twoje buty pod
umywalkę.
29
- Nie chodzi o buty, tylko o przestrzeń. Nie życzę
sobie twoich rzeczy w mojej szafie. Nie będę tolerowała
kaset... - Kopię w najbliższy karton. - Kaset z nagraniami
pieśni twoich ukochanych wielorybów w mojej szafie.
Koniec, kropka.
- Naprawdę nic nie rozumiem - mówi Oliver cicho.
Wiem, że go zraniłam. Dotyka pudla stojącego tuż
przy mojej prawej stopie, smutnym wzrokiem obejmuje
zgniecione papiery na podłodze, sprawdza, czy nic nie
ucierpiało. Widzę czułość, do której u niego nie przywykłam.
Następne minuty mijają tak oto: ja wynoszę następny
karton na korytarz, Oliver zabiera go z powrotem do sypialni. Kątem oka widzę Rebekę, cień za murem z pudeł.
- Jane! - Oliver odchrząkuje. - Przestań.
Niepostrzeżenie coś we mnie pęka. Chwytam jakieś
kartki z uszkodzonego pudła i rzucam nimi w Olivera.
On się cofa, jakby dostał czymś ciężkim.
- Zabierz mi to sprzed oczu - mówię. - Mam tego dosyć, ciebie mam dosyć, rozumiesz?
- Usiądź - mówi Oliver.
Nie siadam.
Kładzie mi ręce na ramionach, popycha w dół, a ja
wykręcam się i nogą przewracam trzy, może cztery kartony. Znowu mam wrażenie, że obserwuję sztukę teatralną, siedząc wysoko na balkonie. Patrzenie na sprzeczkę z
tego punktu widzenia pozwala nie postrzegać siebie jako
jej uczestnika, uwalnia od odpowiedzialności. Nie muszę
się zastanawiać, skąd we mnie ta wojowniczość, dlaczego zamknięcie oczu nie pomaga zamilknąć. Widzę, jak
się wyrywam z uchwytu Olivera, co trzeba uznać za
30
dziwne, bo przycisnął mnie całym swoim ciężarem.
Chwytam jedno z pudeł i z niemałym wysiłkiem przekładam nad poręczą. Jego zawartość stanowią, zgodnie z
nalepką, próbki fiszbinowców. Wiem, że Oliver dostanie
szału.
- Nie rób tego - mówi, przepychając się obok muru z
pojemników. - Mówię poważnie.
Potrząsam kartonem, wydaje mi się coraz cięższy. Już
nie pamiętam, o co zaczęliśmy się kłócić. Dno pudła nie
wytrzymuje, zawartość leci w dół, na parter.
Oboje chwytamy się poręczy, patrzymy, jak materiał
badawczy spada: kartki papieru fruną jak pióra, cięższe
próbki w woreczkach strunowych stukają o terakotę. Z
góry nie widać, ile uległo zniszczeniu.
- Przepraszam - szepczę. Nie mam odwagi spojrzeć
na Olivera. - Nie wiedziałam, że się rozleci.
Oliver nie odpowiada.
- Posprzątam to wszystko - obiecuję - i poukładam.
Możesz trzymać wieloryby w mojej szafie, wszystko
jedno.
Zbieram kartki rozrzucone po korytarzu, ściskam je w
objęciach jak plon. Nadal nie patrzę na Olivera, więc nie
widzę, na co się zanosi.
- Ty dziwko.
Chwyta mnie za nadgarstki. Jego spojrzenie tnie jak
nożem, mówi wyraźnie: jesteś szmatą, jesteś niczym.
Widziałam takie oczy, próbuję sobie przypomnieć kiedy,
ale to bardzo trudne, gdy człowiek ma wrażenie, że umiera. Widziałam takie oczy. Nazwał mnie dziwką.
To coś jest we mnie, czekało latami.
Kolana mi się uginają, przeguby mam czerwone - a
przecież zaczynam stawać na własnych nogach. Tego mi
31
brakowało od dziecka. Siły, która przenosi góry, która
daje potężną moc i potrafi wskrzeszać zmarłych. Teraz
we mnie narasta, popycha mnie do działania, każe walczyć. Zdumiona własną energią, oswobadzam jedną rękę
i najmocniej jak potrafię, uderzam Olivera w twarz.
Puszcza mój drugi nadgarstek, cofa się o krok. Słyszę
krzyk, po chwili orientuję się, że to ja krzyczę.
Oliver pociera dłonią czerwony policzek, chroniąc
resztki dumy, unosi głowę. Gdy spogląda na mnie ponownie, na jego ustach rysuje się uśmiech, ale wargi ma
obwisłe jak klaun.
- Zapewne należało się tego spodziewać - mówi. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Dopiero wtedy, gdy już poruszył kwestię mojego ojca,
temat niedozwolony, czuję na dłoni piekące uderzenie,
ślad, jaki moje palce zostawiły na jego skórze. I ból, rozlewający się jak krew od kłykci, przez nadgarstek, aż do
serca.
Nie przypuszczałam, że przeżyję chwilę gorszą niż
wówczas, gdy Oliver mnie uderzył. Wtedy zabrałam
dziecko i uciekłam, a w wyniku tego Rebeka przeżyła
katastrofę lotniczą. Sądziłam, że skoro Bóg istnieje, dopilnuje, by podobny koszmar nie zdarzył się jednej osobie dwukrotnie. Nic mnie jednak nie przygotowało na to,
że zrobię coś, czego obiecałam sobie nigdy nie zrobić, i
tym samym stanę się własnym koszmarem.
Przepycham się obok Olivera i zbiegam ze schodów.
Boję się obejrzeć czy odezwać. Nie panuję nad sobą.
Ze sterty brudnego prania wyciągam jakiś stary Tshirt Olivera i szorty. Łapię kluczyki od samochodu. Z
obrotowego wizytownika wyciągam tekturkę z adresem
32
Joleya i wychodzę bocznymi drzwiami. Nie oglądam się
za siebie, trzaskam nimi, nadal mam na sobie tylko bieliznę, wsiadam do chłodnego, bezpiecznego wnętrza mojego starego kombi.
Jestem przekonana, że łatwo ucieknę od Olivera. Tylko jak uciec przed samą sobą?
Przeciągam palcami po skórzanej tapicerce, wciskam
paznokcie w dziury, w przetarcia, świadczące o upływie
czasu. W lusterku wstecznym dostrzegam swoją twarz,
mam kłopot z jej rozpoznaniem. Po kilku sekundach
orientuję się, że słyszę czyjś oddech.
Rebeka trzyma na kolanach walizeczkę. Płacze.
- Mam wszystko, co trzeba - mówi.
Dotyka mojej dłoni, dłoni, która uderzyła jej ojca, która zadała cios mojemu mężowi, która rozdrapała zabliźnione rany.
4.
JANE
Gdy skończyłam dziesięć lat, tata uznał, że może mnie
zabrać na polowanie. Co roku, wraz z przybyciem gęsi,
gdy liście zaczynały zmieniać kolory, tata stawał się innym człowiekiem. Z szafki zamykanej na klucz wyjmował strzelbę i czyścił ją całą bardzo dokładnie, łącznie z
wnętrzem luf. Jechał do ratusza po licencję myśliwską,
dostawał stempel z rysunkiem ptaka tak pięknym, że aż
łzy mi się kręciły w oczach. Mówił o pieczonej gęsi na
obiad, którą sam ustrzeli, i w końcu, w niedzielę rano,
przynosił do domu szarego pierzastego ptaka, po czym
zabierał Joleya i mnie, by nam pokazać, gdzie go upolował.
Mama przyszła do mojego pokoju o czwartej rano i
powiedziała, że jeśli mam iść na polowanie, muszę już
wstawać. Wyszliśmy z domu we dwoje z tatą jeszcze w
kompletnych ciemnościach. Pojechaliśmy jego fordem na
pole, własność człowieka, który latem uprawiał tam kukurydzę, a właśnie kukurydza, zdaniem taty, jest gęsim
przysmakiem. Na miejscu okazało się, że tam, gdzie zaledwie kilka tygodni wcześniej pięły się ku niebu rośliny
wyższe ode mnie, zostały tylko zeschłe poduchy kwiatostanów między kikutami łodyg.
34
Ojciec otworzył bagażnik, wyjął z niego skórzany pokrowiec, w którym przechowywał strzelbę i zabawne
sztuczne gęsi, których używaliśmy z Joleyem, kiedy bawiliśmy się w wyścig z przeszkodami. Rozmieścił je na
polu, następnie zebrał suche patyki i ustawił z nich rodzaj
szałasu dla mnie oraz drugi, dla siebie.
- Siedź i ani drgnij - polecił. - Oddychaj po cichu i
nie waż się wstać.
Przycupnęłam, podobnie jak on, i obserwowałam
słońce, które malowało niebo, w miarę jak wstawała niedziela. Liczyłam swoje palce, oddychałam płytko i cicho,
posłuszna nakazowi. Od czasu do czasu zerkałam na tatę:
bujał się na piętach i w roztargnieniu gładził kolbę.
Po jakiejś półgodzinie zdrętwiały mi nogi. Bardzo
chciałam wstać, pobiegać, uwolnić się od dziwacznego
ucisku za oczami, który pojawia się, gdy człowiek ma za
mało snu. Wiedziałam jednak, że mi nie wolno. Tkwiłam
w bezruchu, nawet kiedy zachciało mi się siku.
Zanim gęsi faktycznie się pojawiły, na co, zdaniem taty, nigdy nie trzeba było długo czekać, nacisk na pęcherz,
zwielokrotniony przez pozycję kuczną, stał się nie do
zniesienia. Czekałam cierpliwie, aż ptaki zaczną żerować, i wtedy zawołałam:
- Tato, muszę siusiu!
Gęsi wzbiły się w powietrze z ogłuszającym szumem
setek skrzydeł, bijących jak jedno serce. W życiu nie
widziałam czegoś podobnego, takiej masy szarych piór,
frunących w niebo niczym chmura. Byłam przekonana,
że właśnie dla tego widoku tata zabrał mnie na polowanie.
35
A on, zaskoczony moim okrzykiem, stracił szansę na
dobry strzał. Nacisnął spust dwukrotnie, lecz nic to nie
dało. Odwrócił się do mnie bez słowa. Wiedziałam, że
jest źle.
Pozwolił mi iść do lasku tuż obok pola. Zdziwiłam
się, że nie dał mi nic, co by mogło zastąpić papier toaletowy, w końcu gdy podciągnęłam majtki oraz kombinezon, czułam się brudna. Wróciłam karnie do szałasu z
zeschłych badyli. Czułam się dużo lepiej.
- Chyba cię zamorduję - wycedził ojciec.
Czekaliśmy jeszcze dwie godziny. Słyszeliśmy
grzmiące wystrzały z różnych stron, ale nie zobaczyliśmy
już ani jednej gęsi.
- Wszystko przez ciebie - oznajmił tata zadziwiająco
spokojnie. - Nie masz pojęcia o polowaniu.
Właśnie zbieraliśmy się do powrotu, gdy nad naszymi
głowami przeleciało stado kruków. Tata uniósł strzelbę i
jeden czarny ptak spadł na ziemię. Miotał się, zataczał
koła - tata odstrzelił mu część skrzydła.
- Tato, dlaczego to zrobiłeś? - szepnęłam.
Sądziłam, że celem polowania jest zdobycie mięsa.
Kruków się nie jada. Ojciec podniósł ptaka, zaniósł go
kawałek dalej. Z przerażeniem patrzyłam, jak skręcił mu
kark i rzucił truchło na ziemię. Wrócił uśmiechnięty.
- Jeśli puścisz parę z ust przy mamie, to cię spiorę,
jasne? I bratu też ani słowa. Ta sprawa zostaje między
nami, jesteś na to dość duża. Rozumiemy się?
Starannie umieścił strzelbę, ciągle jeszcze dymiącą, w
skórzanym pokrowcu.
5.
JANE
- Dobrze - zwracam się do Rebeki. - Wiem, co robimy.
Poprawiam lusterko boczne, wyjeżdżam z osiedla na
autostradę prowadzącą do plaży w La Jolla. Rebeka już
wyczuwa, że szykuje się dłuższa trasa. Opuszcza szybę i
wystawia stopy przez okno. Milion razy jej powtarzałam,
że to niebezpieczne, ale z drugiej strony, nie mam pewności, czy moje towarzystwo nie stwarza większego zagrożenia, więc udaję ślepą i niedorozwiniętą. Rebeka
wyłącza radio, słuchamy pomrukiwania i zgrzytów silnika, symfonii odgrywanej przez stare auto. Słone powietrze gwiżdże na przednim siedzeniu.
Gdy docieramy do publicznej plaży, słońce oblewa
szkarłatem brzuch obłoku, wyciągając go jak hamak.
Parkuję w zatoczce przy chodniku biegnącym wzdłuż
plaży, na ukos od boiska do siatkówki. Siedmiu młodych
mężczyzn, chyba wszyscy przed dwudziestką, wyskakuje
do nieba i wygina się w łuk na tle oceanu. Rebeka obserwuje ich z uśmiechem.
- Zaraz wrócę - mówię, a kiedy moja córka proponuje, że się ze mną wybierze, proszę, by została.
37
Odchodzę od boiska, idę plażą, czuję piasek wsypujący się przez koronkowe dziury w tenisówkach. Chrzęści
mi między palcami, układa się pod stopą w drugą podeszwę. Stoję prosto, osłaniam oczy od słońca i zastanawiam się, jak daleko trzeba by popłynąć, żeby zobaczyć
Hawaje. A konkretnie, jak daleko odpłynąć od wybrzeża
Kalifornii, by zobaczyć ląd.
Oliver powiedział kiedyś, że w pewnym konkretnym
miejscu na południe od San Diego można obserwować
wieloryby z lądu, bez lornetki. Gdy zapytałam go, dokąd
płynął, odpowiedział śmiechem.
- A ty dokąd byś się wybrała? - zapytał.
Nie miałam odwagi go uświadomić. Z czasem niejednego się dowiedziałam. Nauczyłam się, że od Alaski po
Hawaje i od Nowej Szkocji do Bermudów prowadzą
równoległe szlaki dwóch grup humbaków. Pojęłam, że
szlaki humbaków z Zachodniego Wybrzeża nie krzyżują
się z drogami długopłetwców ze Wschodniego.
Dokąd ty byś się wybrała...
Mam trzydzieści pięć lat i nadal za swój dom uważam
Massachusetts. Zawsze tak było. Znajomym mówię, że
jestem z Massachusetts, chociaż od piętnastu lat mieszkam w Kalifornii. Oglądając wiadomości, sprawdzam
pogodę na północnym wschodzie kraju. Zazdroszczę
bratu, który przemierzył cały świat i cudownym zrządzeniem opatrzności wrócił.
Z drugiej strony, nie ma się czemu dziwić. Jemu zawsze wszystko się udawało.
Mewa z wrzaskiem krąży mi nad głową. Bicie jej
skrzydeł wydaje mi się wyjątkowo głośne, nienaturalne.
38
W pewnej chwili rzuca się w wodę, chwyta kawałek jakiejś padliny, wynurza się i odlatuje. Zadziwiające, jak
bez wysiłku przemieszcza się między powietrzem, wodą
i ziemią.
Któregoś lata, gdy jeszcze byliśmy dziećmi, rodzice
wynajęli dom na Plum Island, przy północnej części wybrzeża Massachusetts. Z zewnątrz dom wyglądał jak ciężarna kobieta, wybrzuszone piętro wieńczyła krucha wieżyczka. Czerwone ściany wymagały odmalowania, wnętrze ozdobiono różnymi drobiazgami żeglarskimi oraz
oprawionymi w ramy plakatami przedstawiającymi puszyste kocięta. Lodówka pamiętała przełom stulecia,
miała głośny silnik i wiatrak. Joley i ja mieliśmy wtedy
odpowiednio siedem i jedenaście lat, spędzaliśmy w domu niewiele czasu. Wychodziliśmy na dwór zaraz po
śniadaniu i wracaliśmy, dopiero gdy noc zacierała granicę między niebem a oceanem, który uważaliśmy za swoje
podwórko.
Pod jesień rozeszły się plotki o huraganie, więc oboje,
jak wszystkie inne dzieciaki, chcieliśmy pływać na trzymetrowych falach. Staliśmy na plaży i patrzyliśmy na
kolumny wody wznoszące się jak symbole oceanu. Kusiły nas: chodźcie, pływajcie, nie zrobimy wam krzywdy.
Gdy w końcu zebraliśmy się na odwagę, wypłynęliśmy
za fale, a potem jechaliśmy na nich na brzuchu, aż ciskały nami o brzeg z takim impetem, że w kieszeniach strojów kąpielowych mieliśmy garście piachu. W którymś
momencie Joley jakoś nie mógł złapać fali. Wypływał
kilkaset metrów w ocean, próbował wracać z falą, ale mu
się nie udawało, brakowało mu sił, w końcu miał dopiero
siedem lat. Szybko się zmęczył. Stałam schwytana za
39
nogi przez cofającą się falę i wyraźnie widziałam puchnącą wodę, która tworzyła między nami coraz wyższy
mur.
Dalej wypadki potoczyły się tak szybko, że nikt nic
nie zauważył - ani inne dzieci, ani rodzice. Joley zaczął
krzyczeć, zanurkowałam i żabką płynęłam dotąd, aż znalazłam się daleko za nim. Wtedy wystrzeliłam nad powierzchnię, objęłam brata z całej siły i cudem dotarłam
do następnej fali. Joley wylądował na kamienistej plaży
twarzą w dół, nałykał się trochę piachu. Zjawił się tata,
przyszedł po nas, zapytał, co my, u diabła, robimy w wodzie w taką pogodę. Potem siedzieliśmy i wysychaliśmy,
patrząc na huragan przez okna o szybach zabezpieczonych iksami z taśmy. Następny dzień wstał jasny i słoneczny, kolejne także, ale ja się już nie kąpałam. Jeśli
wchodziłam do wody, to najwyżej do pasa. Tak mi zostało do dzisiaj. Rodzice przyjęli, że przestraszyłam się huraganu, lecz nie mieli racji. Nie chciałam oddać się tak
łatwo potędze, która omal nie odebrała mi jedynego
członka rodziny, którego kocham.
Przysuwam się do oceanu o centymetr, nie chcę mieć
mokrych nóg, ale kiedy wkładam dłonie do wody, fala
omywa mi buty. Jak na czerwiec jest dość chłodna, pomaga ostudzić płonącą skórę. Gdybym tak popłynęła
daleko przed siebie, niewyobrażalnie daleko, czy zdołałabym wyciszyć tę część mnie, która nienawidzi? Tę, co
potrafi uderzyć?
Nie pamiętam, jak to było za pierwszym razem, tylko
Joley o tym wie.
- Mamo - ściąga mnie do teraźniejszości głos Rebeki
- co się właściwie stało?
40
Chętnie bym jej powiedziała wszystko, od samego początku, jednak pewnych spraw lepiej nie wyciągać na
światło dzienne. Wobec czego mówię o pudełkach z butami i o nagraniach Olivera, o rozerwanym kartonie, rozrzuconych próbkach fiszbinu i zniszczonych archiwach.
Przyznaję, że uderzyłam Olivera, lecz nie zdradzam, jak
mnie nazwał.
Rebeka jest wyraźnie zasmucona, widzę, że nie bardzo
wie, czy mi wierzyć. W końcu twarz jej się rozjaśnia.
- Tylko tyle? Spodziewałam się czegoś naprawdę
poważnego. - Niepewnym gestem wyciąga rękę, owija
wokół palców nitkę zeschłych wodorostów. - Należało
mu się.
- Rebeko, to mój problem, nie twój.
- Ale i tak mu się należało - powtarza z uporem.
Nie potrafię się szczerze sprzeciwić.
- Mimo wszystko.
Rebeka siada po turecku na piasku.
- Chcesz wrócić?
Wzdycham. Jak wytłumaczyć piętnastolatce zawiłości
małżeństwa?
- Tak się nie robi. Nie można znienacka zniknąć bez
słowa. Jesteśmy z Oliverem związani. Poza tym mam tu
pracę.
- Zabierzesz mnie ze sobą, prawda?
Kręcę głową.
- Rebeko...
- Mamo, przecież widzę, że potrzebujesz... oddechu.
- Rozkłada szeroko ręce. - I czasu do namysłu. A o mnie
się nie martw. Wszystkim rodzicom się to zdarza. Potrzebują świeżego spojrzenia. Trochę czasu osobno.
41
- Daj spokój. I wiedz, że nawet gdybym faktycznie
postanowiła wyjechać, nie wzięłabym cię ze sobą. Jesteś
także jego córką. Może mi powiedz - rzucam wyzwanie,
patrząc jej prosto w oczy - co twój ojciec ci zrobił takiego, żebyś go miała opuścić?
Rebeka podnosi kamień. Jest płaski, w sam raz do
puszczania kaczek. Odbija się sześć... nie, siedem razy.
- A co zrobił, żebym została? - Podnosi na mnie
wzrok, zrywa się na nogi. - Jedźmy teraz - mówi. - Póki
jeszcze możemy go przechytrzyć. Jest naukowcem, ma
wprawę w tropieniu, więc im szybciej ruszymy, tym lepiej. Możemy pojechać wszędzie. Dokąd tylko zechcemy! - Wyciąga rękę w stronę parkingu. - Pieniędzy nie
mamy dużo, więc trzeba będzie oszczędzać. Zadzwonię
do pani Nulty i powiem jej, że nie mogę przyjść na basen, bo mnie dopadł jakiś wirus. Może być angina. A ty
zawiadomisz swojego szefa, że się ode mnie zaraziłaś.
Zrobię wszystko, tylko jedźmy. Jeśli chodzi o latanie
samolotem... - Nie kończy zdania, śmieje się cicho, rusza
w moją stronę, opada na kolana. - Co myślisz?
- Posłuchaj mnie, posłuchaj uważnie. Chciałabym
mieć pewność, że rozumiesz, co się stało. Powiem to
głośno i wyraźnie. Uderzyłam twojego ojca. Nie wiem,
skąd mi się to wzięło, nie rozumiem, dlaczego to zrobiłam. Uderzyłam go ot tak, po prostu. Możliwe, że zdarzy
mi się to ponownie.
- Nie zdarzy.
Ruszam wolnym krokiem wzdłuż brzegu.
- Nie rozumiem, jak to się stało, ale nie sposób zaprzeczyć, że straciłam panowanie nad sobą, a to może się
powtórzyć. To się podobno czasami dziedziczy, rozumiesz? Co będzie, jeśli uderzę ciebie? - Słowa padają z
42
moich ust jak kamienie. - Skrzywdzę własne dziecko?
Rebeka obejmuje mnie mocno, ukrywa twarz na moim
ramieniu. Ona też płacze. Ktoś obserwujący mecz siatkówki krzyczy głośno:
- Dobre zagranie!
Przyciskam ją do siebie.
- Ciebie nie będę się bała - szepcze Rebeka tak cicho, że przez chwilę mylę jej głos z szumem fal. - Przy
tobie czuję się bezpieczna.
Ujmuję jej twarz w dłonie i myślę:
Tym razem mogę wiele zmienić.
Rebeka przytula mnie mocno, dłonie ma zaciśnięte w
pięści. Nie muszę pytać, co w nich ściska z całej siły, bo
dobrze wiem: naszą przyszłość.
- Nie mam pojęcia, dokąd jechać - przyznaję. - Może
twój wujek będzie wiedział?
Myśląc o Joleyu, łatwiej zapomnieć Olivera. Jedynie
bratu ufam bezgranicznie, tak jest od zawsze. Rozumiemy się bez słów. A ponieważ był tam, gdy wszystko się
zaczęło, zrozumie.
Raptownie uwalniam się z objęć córki i puszczam
sprintem. Wyrywany stopami piasek frunie w powietrze.
Kiedyś robiliśmy tak z Joleyem.
Uciekaj do woli, ale i tak się nie ukryjesz, podsuwa mi
niepokorna pamięć.
Spróbować jednak mogę. Wyraźnie czuję ucisk powietrza w płucach, zaczyna mnie kłuć w boku i ten ból,
fantastyczne odczucie czysto fizyczne, łatwe do umiejscowienia, uświadamia mi, że mimo wszystko jeszcze
żyję.
6.
REBEKA
2 sierpnia 1990
Sam, który w życiu się nie ruszył z Massachusetts,
opowiada mi o chińskim obrządku śmierci. Za kilka
chwil wyjdę z jego sadu, na razie siedzimy w mrocznej
piwnicy Wielkiego Domu, na pordzewiałych bańkach na
mleko z początku dwudziestego wieku. Przywykliśmy do
duchoty, białej myszy i wilgotnego zapachu jabłek, nieodłącznie związanego z fundamentami, z zaprawą rozprowadzaną cydrem. Siedzimy oparci o siebie plecami,
Sam podpiera mnie w ten sposób, bo ciągle jeszcze nie
jestem w szczytowej formie. Czuję jego oddech i bicie
serca. Nie byliśmy bliżej od mojego przyjazdu do Stow.
Zaczynam rozumieć mamę.
W ściany piwnicy wbudowano potężne belki, gdzieś
stoi zapomniany fotel bujany, walają się potłuczone słoje
na przetwory. Odróżniam fragment zębatych wnyków.
- W Chinach nie można pochować człowieka, dopóki odpowiednio dużo ludzi nie złoży mu wyrazu szacunku - mówi Sam.
44
Mam do niego zaufanie i nie pytam, skąd wie. Samowi wierzy się na słowo. Dużo czyta.
- Nawet turyści mogą wejść do domu pogrzebowego
i pokłonić się wdowie, oni też się liczą. Nieważne, czy
się znało zmarłego.
Na środku brudnej podłogi tkwi kwadracik światła, z
jedynego okna w piwnicy, stale zamkniętego na kłódkę.
- Przez ten czas rodzina siedzi na chodniku przed
domem pogrzebowym i składa z papieru różne kształty:
zamki, samochody i ubrania, biżuterię i monety.
- Origami - podrzucam.
- Chyba tak. Robią tego bardzo dużo, wszystko, czego zmarły nie miał, kiedy żył, a potem, przy kremacji,
palą też wszystkie te papierowe skarby. Chodzi o to, żeby
człowiek miał to w następnym życiu.
Ktoś uruchamia traktor. Dziwi mnie, że w sadzie
nadal toczy się praca jak zwykle. Po tym wszystkim, co
zaszło.
- Dlaczego mi to mówisz? - pytam.
- Bo nie mogę tego powiedzieć twojej mamie.
Czy wobec tego oczekuje, że jej powtórzę? Zastanawiam się, czy dobrze zapamiętam, co powiedział. Bo dla
niej ważne byłoby dokładne przekazanie słów.
Sam wstaje gwałtownie, spadam z bańki na mleko. On
patrzy na mnie, leżącą na podłodze, lecz nie próbuje mi
pomóc wstać. Podaje mi flanelową koszulę, należącą do
Hadleya, którą dałam mu potrzymać na kilka chwil.
- Ja też go kochałem. Był moim najlepszym przyjacielem - mówi Sam. - O Boże, przepraszam.
Łzy płyną mi z oczu, płaczę głośno.
45
W prześwicie okienka pojawia się twarz wujka Joleya.
Stuka w szybę z taką siłą, że chyba stłucze szkło. Wycieram nos w piękną niebieską koszulę Hadleya.
Wujek Joley jest na zewnątrz, z moimi rodzicami. Na
pewno on namówił mamę do powrotu do Kalifornii. Nikt
inny nie ma na nią takiego wpływu, może z wyjątkiem
Sama, a on by tego nie zrobił.
Sam bierze mnie na ręce. Wyczerpana, kładę mu głowę na ramieniu, staram się myśleć logicznie. Na zewnątrz jest zbyt jasno. Osłaniam oczy, trochę przed światłem, a trochę dlatego, że wszyscy pracownicy sadu przyszli pod dom, oglądać przedstawienie, na mnie patrzeć.
Tylko mój ojciec się uśmiecha. Dotyka moich włosów
i otwiera drzwiczki lśniącego lincolna Town Car. Pilnuje,
by nie zbliżyć się za bardzo do Sama, w końcu nie jest
głupi. Spoglądam na ojca przelotnie.
- Cześć, mała - rzuca niegłośno.
Nie czuję nic.
Sam kładzie mnie na tylnym siedzeniu, na starych
derkach z końskiego włosia, widziałam je w stodole.
Przypominają mi Hadleya. Był zupełnie inny niż Sam.
Miał rozburzone jasne włosy i jasnobrązowe oczy, jak
mokry piasek w Kalifornii. Warga pośrodku opadała mu
odrobinę za nisko.
- Są twoje - mówi Sam. Przykłada mi dłoń do czoła.
- Nie masz gorączki - dorzuca rzeczowym tonem.
Potem przyciska usta do mojego czoła, tak jak robi to
mama. Udaje, że jeszcze raz sprawdza mi temperaturę.
Zamyka drzwiczki samochodu, odcinając mnie od
dźwięków. Słyszę tylko własny oddech, ciągle urywany.
Wykręcam szyję, by wyjrzeć przez okno.
46
Oglądam piękną pantomimę. Sam i mój ojciec stoją na
dwóch krańcach sceny. W tle - wierzby i zielony traktor.
Mama trzyma w rękach obie dłonie wujka Joleya. Płacze.
Wujek Joley unosi jej brodę palcem, a wtedy mama zarzuca mu ręce na szyję. Próbuje się uśmiechnąć, naprawdę wkłada w to wiele wysiłku. Potem wujek Joley wskazuje coś, czego nie widzę, i klepie mojego ojca po plecach. Zabiera go z mojego pola widzenia. Ten ogląda się
za siebie. Chce widzieć mamę, która zostaje.
Sama i mamę dzieli dosłownie parę centymetrów. Nie
dotykają się. Mam wrażenie, że gdyby się dotknęli, pojawiłyby się niebieskie iskry. Sam coś mówi, a mama
patrzy w stronę samochodu. Nawet z tej odległości dostrzegam w jej oczach siebie.
Odwracam się, by dać im trochę prywatności. Potem
w oknie pojawia się wujek Joley, stuka w szybę, żebym
ją opuściła. Sięga aż do połowy siedzenia i chudymi ramionami przyciąga mnie za kołnierz koszuli.
- Opiekuj się nią - mówi.
Słysząc go, zaczynam sobie uświadamiać, jaka jestem
zagubiona.
- Nie wiem, co robić - przyznaję.
Rzeczywiście nie wiem. Nie mam pojęcia o utrzymywaniu w całości rodziny, zwłaszcza takiej, która przypomina rodową wazę, stłuczoną i sklejoną ze względu na
jej urodę. Nikt nie wspomina o śladach, widocznych jak
na dłoni.
- Wiesz więcej, niż ci się wydaje - zapewnia mnie
wujek Joley. - Niby dlaczego Hadley zakochał się w
dzieciaku? - Uśmiecha się, wiem, że się ze mną droczy.
47
Równocześnie jednak przyznał, że Hadley się we
mnie zakochał, że ja się w nim zakochałam. Proste. Porażona opadam na oparcie. Właśnie zyskałam pewność, że
wreszcie prześpię noc.
Otwarcie przednich drzwiczek brzmi jak złamanie metalowej pieczęci na nowej puszce piłek tenisowych. Mama i tata równocześnie wsuwają się do samochodu. Od
strony ojca stoi wujek Joley, podpowiada, jak jechać.
- Sto siedemnastą traficie prosto na autostradę.
Tę czy inną, myślę sobie.
Wszystkie prowadzą do jednego miejsca, prawda?
Sam stoi od strony otwartego okna mamy. Oczy mu
pobladły, są jasnobłękitne, ma się wrażenie, że przez
otwory w głowie prześwituje niebo. Niesamowity i
straszny widok, ale mama nie może oderwać wzroku.
Ojciec uruchamia silnik, poprawia zagłówek.
- Będziemy długo jechać - mówi.
Zachowuje się swobodnie, jak zwykle. Bardzo się stara, ale jest już za późno. Gdy rusza, pod kołami pieni się
kurz. Mama i Sam nie odrywają od siebie wzroku.
- Wszystko będzie w porządku - oświadcza ojciec.
Sięga za swoje siedzenie i poklepuje mnie po stopie.
Gdy samochód toczy się podjazdem, mama odwraca
głowę, patrzy Samowi w oczy.
- Przejechałyście kawał drogi - mówi ojciec. - Ściągnęłyście mnie na drugi koniec świata.
Mówi coś dalej, przestaję go rozumieć. Mama obraca
się na siedzeniu do tyłu, zamyka oczy.
Przypomina mi się, jak Hadley szczepił jabłonie. Odcinał z kwitnącego drzewka pęd z pąkiem, po czym na
48
starym drzewie, które już nie owocowało, ostrym nożem
robił w korze nacięcie w kształcie litery T. Mówił, że
trzeba bardzo uważać, żeby naciąć tylko korę, a nie samo
drzewo. Wyjmował przygotowaną wcześniej gałązkę
młodszego drzewka z torebki foliowej, skracał ją uważnie, odsłaniał kawałek właściwego drzewa. Któregoś
razu, zdumiona, dostrzegłam w środku pędu listek. Nigdy
jakoś nie myślałam o tym, gdzie są liście, zanim się pokażą. Hadley usunął listek i mi go dał. Potem wetknął
zraz wycięty ze środkowego wieńca, z dobrze wykształconymi pąkami, pod korę starego drzewa i mocno owinął
zielonkawą taśmą. Tak jak się bandażuje zwichniętą
kostkę.
Zapytałam go, kiedy przeszczep zacznie rosnąć, i dowiedziałam się, że mniej więcej za dwa tygodnie będzie
wiadomo, czy się przyjął. Jeśli tak, liście będą zielone. W
przeciwnym razie i liście, i pąk uschną. Nawet jeśli przeszczep się przyjmie, nowa gałązka zacznie rosnąć dopiero od następnej wiosny. Wyjaśnił mi, że przy szczepieniu
najwspanialsza jest możliwość ofiarowania staremu
drzewu, które już nie owocuje, nowego życia. Na konkretnej gałęzi pokażą się zaszczepione tam owoce. Teoretycznie można by mieć na jednej jabłoni cztery albo i
pięć różnych gatunków jabłek.
Odsuwam derkę rozłożoną na podłodze między
przednimi a tylnymi siedzeniami. Pod nią ktoś, pewnie
Sam, szczodrze nasypał jabłek. Są cortlandy i jonatany,
bellflowery, macouny i bottle greeningi. Zdumiewa mnie,
że potrafię rozróżnić i nazwać wszystkie te gatunki. Jeśli
intuicja mnie nie zawodzi, w bagażniku też są jabłka
oraz, na pewno, cydr. Wszystko dla nas, do zabrania do
Kalifornii.
49
Sięgam po cortlanda, głośno odgryzam duży kęs.
Przerywam tym sposobem ojcu, który nie potrafi zamilknąć.
- Oho - reflektuje się. - Widzę, że jesteś zaopatrzona.
Dorzuca coś na temat jakości powietrza w Massachusetts w porównaniu z LA i mówi dalej, ale ani mama, ani
ja go nie słuchamy. Mama spogląda na jabłko głodnym
wzrokiem.
Podaję jej pozostałe pół. Bierze z uśmiechem. Odgryza kawał jeszcze większy niż ja. Z kącika jej ust spływa
sok, ale ona nie zwraca na to uwagi. Kończy jabłko,
opuszcza szybę, wyrzuca ogryzek. Wystawia głowę
przez okno. Włosy zasłaniają jej część twarzy, część rozświetlają.
Wyprzedza nas motocykl. Na tyle blisko, że alarmuje
ojca, a mnie wytrąca z zamyślenia.
Efekt Dopplera, myślę, słuchając cichnącego warkotu
silnika, gdy motor się oddala. Nie znika całkiem, tylko na
jakiś czas wyjeżdża poza moje pole widzenia.
Mama chwyta moje spojrzenie. Bądź dla mnie silna.
Bądź silna. W samochodzie rozbrzmiewa pieśń ciszy.
Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że ojciec jest na nią
głuchy. Myśli mamy omywają mnie falami, ciągną do
niej jak morski pływ: kocham cię. Kocham cię.
7.
SAM
Pewnie mi nie uwierzysz, ale ta historia jest prawdziwa. Kiedy byłem dzieckiem, na strychu w stodole stało
stare, zepsute radio. Zawsze byłem przekonany, że gdyby
nam się udało je naprawić, usłyszelibyśmy stare audycje:
„Amos and Andy”, reklamy pasty do zębów Pepsodent,
„Pogadanki przy kominku”. Wyobrażałem sobie głosy
przerywane trzaskami jak przy złym połączeniu telefonicznym, zanikające w eterze sylaby. Dzień w dzień marudziłem, żeby ojciec owinął zielony drut wokół żółtego
albo pogmerał w ogromnym dziobatym głośniku, ale on
nieodmiennie odpowiadał, żebym się zajął swoimi obowiązkami, i na tym się kończyło.
Gdy się urodziłem, tata dobiegał pięćdziesiątki, a radio pochodziło z czasów jego szumnej młodości. Nie
wiem, dlaczego nie chciał, żebym je ruszał. Wyglądało
dokładnie tak, jak możesz je sobie wyobrazić: wielka
skrzynia z rzeźbionego, gładkiego, lśniącego mahoniu,
inkrustowanego mosiądzem, w niej głośnik większy od
mojej twarzy i skala pęknięta przy jakimś upadku. Bardzo chciałem, żeby ojciec, niechętny, lecz cierpliwy, poszedł ze mną na strych w stodole, tam gdzie stało radio,
51
imponujące, niczym współczesna szafa grająca. Błagałem go, żeby je naprawił, żeby uruchomił, jak traktor i
pompę ręczną - ojciec był właśnie taki. Prosiłem i przekonywałem, bo chciałem usłyszeć historię tego sprzętu.
On za każdym razem odpowiadał, że nie ma cierpliwości do tych elektrycznych wynalazków, tak je nazywał. I radził mi, żebym nie marnował czasu. Radio skrywało jakąś tajemnicę. Dlaczego znalazło się na strychu,
do tej pory nie wiem.
Miałem czternaście lat, gdy wypożyczyłem z biblioteki książkę o elektronice i zacząłem eksperymentować z
najróżniejszymi czarnymi i czerwonymi splątanymi
przewodami, jakie znajdowałem w domu. Fascynowały
mnie te pajęczyny. Rozłożyłem na części pierwsze swój
budzik, po czym złożyłem go z powrotem w całość. Rozłożyłem i złożyłem aparat telefoniczny. To samo zrobiłem z pasem transportowym, służącym do sortowania
jabłek na sprzedaż. Coraz częściej myślałem o tym, co
jest we wnętrzu różnych rzeczy. Ojciec nie zauważył, że
rozmontowuję i z powrotem składam wszelkie urządzenia. W końcu, którejś niedzieli, odkręciłem tylną ściankę
radioodbiornika, a potem zbyt przestraszony, by się posunąć dalej, odłożyłem ją obok skrzyni aż do następnego
dnia.
Tej nocy jabłka zaczęły gnić. Bardzo to było dziwne.
Mieliśmy sto akrów. Choroba, właściwie zaraza, szła ze
wschodu na zachód. Powoli, obejmując jakieś dwadzieścia akrów co noc, niszcząc najlepsze drzewa. Następnego dnia spryskiwaliśmy i przycinaliśmy konary, próbowaliśmy wszelkich znanych sposobów. Drugiej nocy
52
macouny zaczęły spadać z gałęzi. Ojciec wrócił do palenia papierosów. Sprawdził stan oszczędności na koncie.
W środku nocy wymknąłem się na strych. Jakiś czas leżałem na stercie siana i tymotki, wyobrażając sobie rytmiczne dźwięki utworów granych przez big-band, rozczulające przeboje Andrews Sisters, unoszące się aż po
łukowaty dach i wirujące między belkami. Następnie
przykręciłem tylną pokrywę radia na miejsce.
Nie spodziewaj się cudów. Tamtego roku straciliśmy
połowę zbiorów. Cała sprawa nie miała nic wspólnego z
nieszczęsnym radiem. Okazało się, że to był pasożyt,
którego naukowej nazwy już nie pamiętam. Miałem dopiero czternaście lat, co ja tam wiedziałem... Widziałem
małe białe robaki, trochę podobne do stonki ziemniaczanej, tylko bardziej żarłoczne. Sześć lat temu, gdy rodzice
przeprowadzili się na Florydę, naprawiłem radio. Miałem
wtedy dwudziestkę na karku, nadal spodziewałem się
usłyszeć Herba Alperta, a zamiast niego dostałem Madonnę. Śmiałem się, słuchając jej głosu, schrypniętego,
jakby ze starej płyty gramofonowej.
Z jabłkami radio nie miało nic wspólnego, chyba już
mówiłem?
8.
OLIVER
Wyjątki z artykułu, który Oliver pisze dla „Journal of
Mammalogy”
Mam nadzieję, że już nie wrócą.
Szczegółowe analizy pieśni humbaków z wód tropikalnych po podbiegunowe przy wschodnich wybrzeżach
północnej części Oceanu Spokojnego (Payne i in., 1983)
oraz przy zachodnich wybrzeżach północnej części Oceanu Atlantyckiego wykazały, iż pieśni zmieniają się
stopniowo, a równocześnie stosunkowo szybko, zgodnie
z niepisanymi prawami ewolucji.
Uprzednio sądzono, iż długopłetwce śpiewają wyłącznie
podczas miesięcy zimowych, gdy znajdują się na wodach
tropikalnych, oraz w czasie migracji (Thompson i in.,
1979, i inne). Nasze obserwacje, prowadzone od czerwca
do sierpnia na podzwrotnikowym obszarze żerowania w
okolicy Stellwagen Bank, wydają się potwierdzać owe
przekonania. W około czternastu godzinach nagrań dokonanych w okolicy podzwrotnikowej dały się słyszeć
jedynie odgłosy bez określonego wzorca, nie odkryliśmy
pieśni.
54
Na pewno wróci, inaczej nie wzięłaby ze sobą Rebeki.
Tak czy inaczej, nie będę przepraszał. Ona zawiniła. Wina leży wyłącznie po jej stronie. Nadal mam ślad na twarzy!
Jeszcze do niedawna jedyną kompletną pieśnią wielorybią, zarejestrowaną w okolicy zwrotnikowej, była ta
przedstawiona w publikacji McSweeneya i in. (1983), z
dwóch nagrań zebranych na południowo-wschodnich
wodach Alaski, na przełomie sierpnia i września. Owe
nagrania, powstałe jako wynik stu pięćdziesięciu pięciu
dni prowadzenia nasłuchu w ciągu pięciu pór letnich,
przedstawiają skróconą wersję podstawowego śpiewu
zimowego humbaków z okolic wschodniego wybrzeża
północnej części Oceanu Spokojnego i zawierają identyczny materiał, śpiewany w takim samym porządku jak
pieśni hawajskie z pobliskich terenów zimowych.
Nie wiem, co w nią ostatnio wstąpiło. Zachowuje się
całkiem inaczej niż zwykle. Przychodzi do mojego biura w
najmniej spodziewanych porach, ma jakieś oczekiwania,
wymagania, żądania, których nie mogę spełnić. Powinna
wiedzieć, co jest ważne dla naukowca. Poszukiwanie, tropienie, dreszcz emocji, towarzyszący badaniom. A teraz
jeszcze i to. Uderzyła mnie. Przyłożyła mi z całej siły.
I ten dziwny wyraz twarzy, po tym jak mnie uderzyła.
Wyraźnie ten policzek zabolał ją bardziej niż mnie. Widziałem to w oczach. Jakby została skrzywdzona, zniszczyła własny wizerunek.
Odnosimy się tutaj do pierwszych kompletnych nagrań pieśni długopłetwców, zarejestrowanych w okolicy
55
zwrotnikowej, na obszarach żerowania w północnej części Oceanu Atlantyckiego, łącznie z dowodami sugerującymi, że:
a) wieloryby najwyraźniej rozpoczynają śpiewanie
przed migracją oraz
b) śpiewanie na podzwrotnikowych żerowiskach występuje powszechnie jesienią.
Nasze obserwacje prowadzone były w pobliżu Stellwagen Bank w Massachusetts, tam również dokonywaliśmy
nagrań. Jest to wydłużony region płycizn, ciągnących się
na północ od Cape Cod w południowej części zatoki Maine. Każdego roku obszar ten zajmowany jest przez sezonowo powracającą populację humbaków (Mayo, 1982,
1983), żerującą w tym rejonie (Hain i in., 1981).
Poprzednim razem była to jesień. Koniec września.
Jane zabrała dziecko. Po katastrofie, gdy zobaczyłem ją
w szpitalu, wyglądała na załamaną. Na zdruzgotaną.
Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że to się powtórzy, na
pewno bym nie uwierzył. Przy czym ja dotrzymałem
obietnicy. Nie uderzyłem jej. Sama sobie znalazła powód
do odejścia. Co to było? Cofam w myślach obrazy i zdarzenia, jak przewijaną taśmę. Wracam do bodźca, który
spowodował wybuch, do punktu krytycznego. To mój
śmiech. Potem słowa, afirmacja przeszłości, od której
ona chce uciec: niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Opisaliśmy budowę pieśni przy użyciu ogólnie przyjętej terminologii. Podsumowując: pieśni humbaków składają się z następujących po sobie odrębnych tematów,
powtarzanych w przewidywalnym układzie. Każda
56
sekwencja tematów jest uważana za oddzielną pieśń, a
wszystkie pieśni, śpiewane przez pojedynczego wieloryba bez przerwy, w czasie dłuższym niż minuta, tworzą
sesję (Jones, 1970).
Znam jej przeszłość. W zasadzie o niej nie rozmawialiśmy, ale prawda jest prawdą. Jaki ojciec, taka córka.
Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Sam się dziwię, bo to
brzmi zjadliwie. Każda akcja wywołuje reakcję. Ona uderzyła mnie. Ja uderzyłem ją. Czy można kogoś słowami
skrzywdzić fizycznie?
Wstępne analizy materiału uzyskanego w czasie trzydniowych nagrań jesienią roku 1988 wykazują, że
wszystkie trzy dzienne próbki zawierają kompletne pieśni długopłetwców. Porównanie z pieśniami marcowymi,
a więc zarejestrowanymi pod koniec sezonu zimowego:
dowodzą one, że pieśni listopadowe w ogromnym stopniu przypominają pieśń z końca poprzedniego sezonu
zimowego, co potwierdza hipotezę (Jones, 1983), że pieśni ulegają zmianom przede wszystkim, gdy są śpiewane,
a nie podczas lata, gdy panuje cisza.
Wyobraźmy sobie następującą scenę: Oliver Jones
siedzi na stopniach swojego okazałego domu w San
Diego i pisze artykuł do profesjonalnego czasopisma.
Rozpraszają go światła przejeżdżających samochodów.
Oliver Jones, opuszczony przez swoją rodzinę z powodów, których nie pojmuje. Oliver Jones broni się przed
oszalałą żoną mocą słów. Jednym zdaniem. Oliver Jones.
Naukowiec. Badacz. Zdrajca. Jakież ona miała z nim
57
życie? Czy mogłaby powiedzieć coś, co by mnie zmusiło
do odejścia?
Ponieważ dysponujemy obszernym materiałem, obejmującym poszczególne osobniki, rezydujące sezonowo w
okolicy zatoki Maine, oraz pokaźną kolekcją pieśni długopłetwców z żerowisk usytuowanych przy zachodnim
wybrzeżu północnej części Oceanu Atlantyckiego, pozyskiwanymi od roku 1952, badania te powinny okazać się
pomocne w rzuceniu światła na funkcje pieśni z żerowisk
znajdujących się w okolicach podzwrotnikowych oraz
ich powiązania z pieśniami z żerowisk zimowych. W
przyszłości mamy nadzieję określić, jaki procent pieśni
można usłyszeć na żerowiskach, które osobniki je śpiewają oraz w jakim celu.
Tym razem musi wrócić do domu. Ponieważ chcę jej
powiedzieć, że wiem, dlaczego odeszła. Ze istnieje niejakie prawdopodobieństwo, iż wina leży po mojej stronie.
Wobec czego, jeśli nie wróci do domu sama, ja ją znajdę.
Tropienie jest drugą naturą naukowca.
9.
JANE
W okresie dorastania Joley i ja, zamiast się kłócić,
przeszliśmy rytuał wzajemnego ratowania sobie życia.
To ja go kryłam, gdy pierwszy raz uciekł z domu i zatrudnił się na Alasce jako robotnik na wieży wiertniczej.
Ja zapłaciłam kaucję i wyciągnęłam go z więzienia w
Santa Fe, gdzie trafił za obrazę gliniarza z drogówki. Gdy
przeprowadziwszy w college'u odpowiednie badania,
nabrał pewności, że święty Graal jest ukryty w Meksyku,
zawiozłam go do Guadalajary. Odwiodłam go od próby
przepłynięcia kanału La Manche, odpowiadałam na
wszystkie jego listy i telefony. Przez cały ten czas, gdy
Joley szukał swojego ukochanego skrawka świata, znałam każdy jego krok.
A z drugiej strony, Joley zawsze był moim najgorętszym wielbicielem. Wierzył we mnie tak żarliwie, że z
czasem ja także zaczęłam w siebie wierzyć.
Rebeka jest w 7-Eleven, kupuje coś do jedzenia. Powiedziałam jej, żeby nie szastała pieniędzmi, bo nie mamy zbyt dużo gotówki, a na kartach kredytowych Olivera
też daleko nie zajedziemy, zanim je zablokuje. Połączenie telefoniczne do Stow w Massachusetts odbiera ktoś
59
imieniem Hadley. Mężczyzna ma piękny głos.
- Jane - powtarza moje imię. - Joley wspominał o
pani.
- Aha. - Kiwam głową, niepewna, jak zareagować. To dobrze.
Hadley idzie po Joleya na pole. Odsuwam słuchawkę
od ucha i liczę dziurki w mikrofonie.
- Jane! - Głośne, cudowne powitanie.
Przyciskam słuchawkę do ucha.
- Cześć, Joley - mówię, po czym zapada cisza.
Panikuję, wduszam guziki z cyframi, dziewiątkę i
szóstkę. Czy połączenie zostało zerwane?
- Mów, o co chodzi - zarządza mój brat. Gdyby to
był ktokolwiek inny, zapytałabym, skąd wie.
- Oliver... - zaczynam, ale zaraz kręcę głową. - Nie,
nie on. Ja... Zostawiłam go. Zabrałam Rebekę i wyjechałam. Jesteśmy w 7-Eleven w La Jolla i nie mam bladego
pojęcia, co robić ani dokąd jechać.
Pięć tysięcy kilometrów dalej Joley wzdycha.
- Dlaczego?
Chciałabym zażartować, jakoś dowcipnie przekazać
fakty.
Fakty są śmiechu warte, myślę, i uśmiecham się mimowolnie.
- Joley... ja go uderzyłam. Przyłożyłam Oliverowi.
- Przyłożyłaś Oliverowi...
- Tak - potwierdzam szeptem, jakbym go chciała
uciszyć, jakby cały kraj pomiędzy nami słyszał naszą
rozmowę.
- Pewnie zasłużył! - śmieje się Joley.
- Nie w tym rzecz.
60
Widzę Rebekę, podchodzącą do lady w 7-Eleven.
Wzięła paczkę batoników Yodels.
- Przed kim uciekasz?
Ręce mi się trzęsą, więc przyciskam słuchawkę uchem
do ramienia. Milczę, mam nadzieję, że brat sam znajdzie
odpowiedź.
- Musimy się spotkać - orzeka Joley z powagą. - Muszę się z tobą zobaczyć, żeby pomóc. Dojedziesz do
Massachusetts?
- Raczej nie. - Naprawdę tak uważam.
Joley zjeździł świat wzdłuż i wszerz, chodził po grotach, pływał po oceanach, dotarł na krańce Ziemi, natomiast ja zawsze tkwiłam na przedmieściach gdzieś na
Wschodnim lub Zachodnim Wybrzeżu. Całe życie spędziłam w dwóch zakątkach, oddzielonych od całości kuli
ziemskiej. Nie mam pojęcia, gdzie leży Wyoming czy
Iowa, albo czy podróż przez Stany trwa dni czy tygodnie.
Nie mam wyczucia kierunku. Nie wyznaję się na takich
sprawach.
- Słuchaj mnie uważnie i zapamiętaj, co powiem. Pojedziesz ósemką na wschód do Gila Bend w Arizonie.
Rebeka ci pomoże, bystry z niej dzieciak. Rano idź na
pocztę i zapytaj o list na twoje nazwisko. Napiszę ci, jak
masz jechać dalej. Będę cię prowadził krok po kroku.
Słuchasz?
- Tak.
- Dobrze. - Ma kojący głos. - Będę do ciebie cały
czas pisał.
Rebeka staje przed budką, podsuwa mi batonik.
- Sama nie wiem... A jeżeli któryś list nie dojdzie?
- Czy ja cię kiedyś zawiodłem?
Nigdy. Właśnie dlatego łzy ciekną mi po twarzy.
61
- Powiedz coś jeszcze - proszę.
Mój brat zaczyna mówić. Niespiesznie, z miłością,
przechodzi z tematu na temat.
- Rebece się tutaj spodoba. Będzie zachwycona sadem, on ma sto akrów. Sam przyjmie was z otwartymi
ramionami. Jest właścicielem sadu. Młody jak na farmera, jego rodzice przeszli na emeryturę i wyjechali na Florydę.
Dużo się od niego nauczyłem.
Gestem zapraszam Rebekę bliżej, przekrzywiam słuchawkę, żebyśmy słyszały obie.
- Hoduje różne odmiany jabłek: Priairie Spy, Cortland, Imperial, Lobo, Mcintosh, Regent, Delicja, Empire,
Northern Spy, Prima, Priscilla, Golden Delicious i Winesap. Wieczorem, kiedy się człowiek kładzie spać, słychać
beczenie owiec. A rano wystarczy otworzyć okno i już
się tonie w zapachu cydru i turówki.
Rebeka zamyka oczy, opiera się o wyłożoną gumą
ściankę.
- Cudownie się tego słucha - mówię. Jestem zaskoczona, że głos mi nie drży. - Nie mogę się doczekać, kiedy
cię zobaczę.
- Nie ma powodu do pośpiechu. Nie będziecie jechały autostradami. Poprowadzę was przez miejsca, które,
moim zdaniem, powinnyście odwiedzić.
- A jeżeli...
- Oliver was nie znajdzie, na pewno. Wiem, co mówię.
Słucham oddechu brata po drugiej stronie linii. W La
Jolla zmienia się atmosfera. Słone powietrze odsłania
molekuły, wiatr wieje w odwrotną stronę. Dwóch chłopców na tylnym siedzeniu dżipa wącha nocne niebo jak
62
psy myśliwskie.
- Wiem, że się boisz - mówi Joley.
On mnie rozumie. Gdy to do mnie dociera, osuwam
się, spływam, osiadam w troskliwych rękach brata.
- Czyli wujek będzie na nas czekał w Gila Bend? pyta Rebeka.
Próbuje dopracować szczegóły, taka już jest. Co jakieś
sto kilometrów, skoro w radiu słychać tylko szumy, zadaje mi kolejne pytanie, dotyczące organizacji podróży.
- Nie. Wyśle nam list. Chyba chce, żebyśmy w drodze do Massachusetts trochę pozwiedzały.
Rebeka wysuwa stopy z trampek, opiera nogi na desce
rozdzielczej. Wokół obu małych palców wykwita na szybie mgiełka jak szron.
- Bez sensu. Tata nas znajdzie.
- Tata będzie nas szukał na najkrótszej trasie między
dwoma punktami, nie sądzisz? Nie pojedzie do Gila
Bend, tylko do Vegas.
Jestem z siebie dumna. Strzeliłam tym Vegas w ciemno, ale z miny Rebeki wnioskuję, że trafiłam.
- A co, jeśli nie będzie listu? Jeżeli to będzie trwało
wieczność? - Rebeka zsuwa się na siedzeniu, teraz ma
kilka podbródków. - Za kilka tygodni ktoś nas znajdzie,
umierające na tylnym siedzeniu kombiaka na czerwonkę,
wszawicę albo robaki w sercu.
- Raczej nie. Te nicienie u ludzi nie przeżywają.
Przyłapuję Rebekę na przyglądaniu się moim nadgarstkom, wspartym o szeroką kierownicę. Teraz mam
63
na nich siniaki, szafranowe, podciekające fioletem, jak
pokaźne hinduskie bransolety, tyle że moich nie sposób
zdjąć.
- Żałuj - odzywam się z cicha - że nie widziałaś jego
policzka.
Przesuwa się w lewo, przekrzywia głowę, by spojrzeć
z punktu widzenia kierowcy.
- Obym go już nigdy nie zobaczyła.
Jest prześliczna. Ma proste jasne włosy, sięgające ramion, latem jej skóra nabiera koloru orzechów laskowych. A oczy stanowią najdziwniejsze pod słońcem połączenie błękitu przejętego od Olivera i mojej szarości:
nieziemsko zielone, jak wygaszacz monitora komputerowego, przejrzyste, niepokojące. Nie zastanowiła się
nad skutkami odejścia od ojca, na jakiś czas, a może na
zawsze. Ona widzi dramat: wybuch, trzaśniecie drzwiami, jedyną w życiu sposobność, by przeżyć zdarzenia
żywcem wyjęte z powieści dla nastolatków. Nie powiem,
żebym jej to miała za złe, a równocześnie trudno mi sobie wybaczyć, że ją ze sobą zabrałam. Po prostu nie mogłam jej zostawić. Absolutnie.
- Mamo - odzywa się Rebeka rozdrażniona. - Ziemia
do mamy.
Uśmiecham się do niej.
- Wybacz.
- Możemy się zatrzymać? - Spogląda na zegarek,
złotego concorda na skórzanym pasku, gwiazdkowy prezent od Olivera sprzed kilku lat. - Dopiero wpół do dziesiątej. Na pewno dotrzemy na miejsce przed północą, a ja
naprawdę muszę siku.
64
Nie mam pojęcia, skąd jej się wzięto przekonanie na
temat północy, ale coś wyliczała na podręcznej mapie,
znalezionej między poduszkami tylnego siedzenia.
- Geografia jest obowiązkowa na wiedzy o społeczeństwie - oznajmiła.
Zatrzymujemy się przy zjeździe w boczną drogę i zamykamy samochód. Idę z córką do lasu, do toalety...
Przecież nie puszczę jej samej w środku nocy. Trzymamy
się za ręce, idziemy ostrożnie, by nie nastąpić na pnącza
sumaka jadowitego.
- Miły spacer - mówi Rebeka, siusiając.
Przytrzymuję ją za przedramiona.
- Chyba jest cieplej niż normalnie? - zastanawia się
głośno.
- Ciągle zapominam, że jesteś dziewczyną z Kalifornii. Nie mam pojęcia, czy jest cieplej niż normalnie. Na
Wschodnim Wybrzeżu nocą zwykle bywa jakieś dziesięć
stopni.
- Nic nie mam... - zauważa Rebeka. Patrzę na nią,
nie rozumiejąc.
- Nie mam papieru toaletowego.
- Ja też nie mam.
Ona chce sięgnąć po liście płożące się na ziemi, ja łapię ją za nadgarstek.
- Nie! Nie wiesz, na co trafisz. Może na sumaka albo
licho wie co. Jeszcze tylko tego nam trzeba, żebyś nie
mogła usiąść w czasie podróży przez cały kraj.
- No to co robimy?
Nie chcę jej zostawić samej.
- Śpiewaj.
65
- Co?
- Śpiewaj. Pobiegnę do samochodu, a jeśli przestaniesz śpiewać, będę wiedziała, że masz kłopoty.
- To głupie. Przecież jesteśmy w Arizonie, nie w LA.
Tutaj nie ma żywej duszy.
- Tym bardziej.
Rebeka patrzy na mnie z niedowierzaniem, w końcu
zaczyna śpiewać coś z rapu.
- Nie to - sprzeciwiam się. - Śpiewaj coś, co znam,
żeby mi się nie pomyliło.
- Ale jazda... - Rebeka kręci głową. - Co masz w repertuarze, mamo?
Na moment traci równowagę, rzuca przekleństwo. Zastanawiam się chwilę. Niewiele nas łączy na niwie muzyki.
- Może coś Beach Boysów? - podsuwam, zakładając,
że przez piętnaście lat życia w Kalifornii musiało jej się
coś obić o uszy.
- „Dziewczyny ze Wschodniego Wybrzeża są super”
- nuci Rebeka. - „Naprawdę świetne ciuchy mają...”.
- Doskonale - oceniam. - A dziewczyny z północy?
- Całują tak...
Podśpiewując razem z córką, wracam do samochodu.
Oddaliwszy się, wołam, żeby śpiewała głośniej. Gdy zapomina słów, śpiewa „da-da-da”. Widzę samochód, rzucam się biegiem, znajduję chusteczkę, którą starłam
szminkę, ruszam z powrotem.
- „Szkoda, że nie mogą wszystkie być z Kalifornii” słyszę, biegnąc do córki. - Widzisz? Nikogo nie było.
- Ostrożności nigdy za wiele.
66
Leżymy we dwie na masce chevy'ego, plecami wsparte o przednią szybę. Nadsłuchuję szumu rzeki Kolorado,
którą przekraczałyśmy parę kilometrów wcześniej. Rebeka postanawia liczyć gwiazdy.
Ostatnim batonikiem dzielimy się jak jointem, odgryzając coraz mniejsze kawałki, jakby każda obawiała się
oskarżenia o zużycie do końca. Kłócimy się, czy widzimy spadającą gwiazdę (nie, to reflektory śmigłowca) i
czy gwiazdozbiór Kasjopei jest widoczny o tej porze
roku (tak). Gdy nie mijają nas żadne samochody, panuje
nieomal całkowita cisza, dociera do nas tylko szum odległej autostrady.
- Ciekawe, jak tu jest za dnia - zastanawiam się głośno.
- Pewnie tak samo jak teraz. Kurz, czerwień. Goręcej. - Rebeka wyjmuje mi z palców resztkę batonika. Chcesz jeszcze? - Wrzucają do ust i rozgniata językiem o
przednie zęby. - Wiem, wiem, ohyda. Pewnie uważasz,
że tu jest potwornie gorąco, jak w LA, gdzie drogi się
uginają pod ciężarem człowieka.
Patrzymy w niebo, jakbyśmy na coś czekały.
- Wiesz co? - odzywa się Rebeka. - Moim zdaniem,
naprawdę nieźle sobie radzisz.
Podpieram się na łokciu.
- Tak?
- Tak. Serio. Przecież mogłabyś się załamać albo coś
w tym stylu. Płakać bez przerwy i bać się jazdy autostradą.
- Nie mogłabym - oświadczam z przekonaniem. Muszę się zająć tobą.
- Mną? Sama potrafię o siebie zadbać.
- Właśnie tego się boję - odpowiadam ze śmiechem,
67
ale mówię pół żartem, pół serio. Nie sposób nie zauważyć, że za jakieś dwa, trzy lata moja córka będzie skończoną pięknością. W tym roku przerabiali w szkole
„Romea i Julię”, Rebeka oznajmiła, że Romeo był mięczakiem. Powinien był najzwyczajniej w świecie dać
nogę razem z Julią, przełknąć dumę i znaleźć sobie robotę w jakimś średniowiecznym McDonaldzie.
- A co z poezją? - zapytałam. - Co z tragedią?
W odpowiedzi usłyszałam, że wszystko to bardzo
piękne, ale prawdziwe życie wygląda inaczej.
- No weź... - odzywa się teraz. - Znowu patrzysz na
mnie krowimi oczami.
Chętnie bym tak została na masce samochodu przez
długi czas i przyglądała się, jak córka obok mnie dorasta,
ale uciekając przed własnymi problemami, nie mogę sobie pozwolić na ten luksus.
- Jedziemy - mówię, spychając Rebekę z maski. Wystawisz głowę przez okno i dokończysz liczenie po
drodze.
Gdy dostrzegamy drogowskaz na Gila Bend, ziemia
jest już czerwona jak cegła, poznaczona żyłkami nocnych
cieni kaktusów. Pobocza się obniżają, więc mamy wrażenie, że powinnyśmy dostrzec miasto, a jednak widzimy
tylko ziemię. Rebeka obraca się na siedzeniu, sprawdza,
czy właściwie odczytałyśmy zielony znak.
- No i gdzie to właściwie jest?
Jedziemy parę kilometrów, ciągle nie dostrzegając
żadnej ludzkiej siedziby. W końcu zatrzymuję się na poboczu i wyłączam silnik.
- Zawsze możemy spać w samochodzie - mówię. Jest ciepło.
68
- Mowy nie ma. Tutaj na pewno są kojoty i inne takie.
- I to mówi osoba, która nie miała oporów przed siusianiem w towarzystwie wszelkich możliwych świrów,
ukrywających się w lesie.
- Mogę w czymś pomóc?
Obie podskakujemy. Trzy i pół godziny słyszałyśmy
tylko siebie. Od strony Rebeki stoi kobieta z potarganym
siwym warkoczem, zwisającym na plecy.
- Samochód się zepsuł?
- Bardzo przepraszam, jeśli wjechałyśmy na teren
pani posiadłości, zaraz ruszamy.
- Nie ma potrzeby - odpowiada kobieta. - Nikomu
nie przeszkadzacie.
Wyjaśnia nam, że znalazłyśmy się na terenie mniejszego rezerwatu Indian w Gila Bend. Rozwichrzone lawendowe kształty w oddali to jak najbardziej domy.
- Jest większy rezerwat, mniej więcej dziesięć kilometrów na wschód, ale atrakcje turystyczne są tutaj.
Ma na imię Hilda, zaprasza nas do siebie.
Mieszka w piętrowym budynku z cegły, gdzie pachnie
jak w akademiku. To budownictwo subsydiowane przez
rząd, wyjaśnia. Zostawiła włączone wszystkie światła.
Dopiero gdy wchodzimy do środka, orientuję się, że niesie papierową torbę. Na pewno wyciągnie z niej dżin
albo whisky, słyszałam o takich jak ona. Tymczasem
wyjmuje karton mleka i proponuje Rebece koktajl czekoladowy.
Na ścianach wiszą ręcznie tkane makaty we wszystkich kolorach południowo-zachodniej tęczy oraz naszkicowane węglem rysunki kanionów i byków.
69
- Co o niej myślisz? - pytam Rebekę, gdy Hilda znika w kuchni połączonej z łazienką.
- Szczerze?
Kiwam głową.
- Ledwo wierzę, że ty tu jesteś, mamo. Chyba postradałaś zmysły. Jest północ, do samochodu podchodzi
całkiem obca kobieta i mówi: „Cześć, zapraszam do siebie”, w dodatku to Indianka, a ty po prostu zgarniasz
graty i idziesz. Co się stało z zasadą, że od obcych nie
wolno brać cukierków?
- Zaproponowała koktajl czekoladowy - poprawiam
córkę. - O cukierkach nie było mowy.
- Rany boskie.
Hilda wraca z wiklinową tacą, na niej znajdują się trzy
szklanki z pienistą zawartością oraz dojrzałe śliwki. Kobieta bierze w rękę owoc i mówi, że rosną niedaleko, u
jej przyrodniego brata. Dziękuję jej, popijam koktajl.
- Jak to się stało, że trafiłyście o północy na Psie
Rozdroże?
- Psie Rozdroże? - powtarzam zdziwiona. - Myślałam, że jesteśmy na ósemce.
- Zjechałyśmy z ósemki - przypomina mi Rebeka.
Odwraca się do Hildy. - To długa historia.
- Mnie tam się nigdzie nie śpieszy. Cierpię na bezsenność. I mam zgagę. Tylko mleko mi pomaga. Dlatego
byłam na Psim Rozdrożu w środku nocy.
Kiwam głową ze współczuciem.
- Jedziemy z Kalifornii. W pewnym sensie uciekłyśmy z domu.
70
Próbuję się roześmiać, odebrać słowom wagę, ale widzę, że ta kobieta, którą dopiero co poznałam, przygląda
się siniakom na moich nadgarstkach.
- Rozumiem - mówi.
Rebeka pyta, gdzie mogłaby się położyć, więc Hilda
przeprasza nas, wychodzi do drugiego pokoju i tam rozkłada łóżko polowe. Wyjmuje z szafy poduszki, a z kredensu w kuchni prześcieradła drukowane w postacie z
komiksu „Fistaszki”.
- Mamo, idź spać - mówi Rebeka, siadając obok mnie
na dwuosobowej sofie. - Martwisz mnie.
Hilda prowadzi ją do sypialni, widzę, jak córka wślizguje się pod przykrycie, słyszę jej westchnienie, gdy
chłonie chłód płócien. Hilda stoi w drzwiach, czeka, aż
Rebeka zaśnie, potem cofa się, odsłaniając mi jej twarz,
widoczną z profilu, oblaną srebrnym blaskiem, powleczoną urodą księżyca.
10.
JOLEY
Kochana Jane!
Pamiętasz, jak miałaś' osiem lat, a ja cztery, i rodzice
zabrali nas do cyrku? Tata kupił nam małe latarki z
czerwonymi czubkami, żebyśmy mogli nimi wymachiwać,
gdy na scenę wychodzili klauni... Kupił też orzeszki... i to
ile! Łupinki upychaliśmy po kieszeniach. Widzieliśmy
kobietę, która włożyła głowę w paszczę tygrysa, i mężczyznę, który skoczył do balii z wodą z tak wysoka, że wydawał nam się zawieszony wśród chmur. Były też karły o
ciemnej skórze, przeskakujące przez siebie po kolei, katapultowane za pomocą najzwyklejszej piły, jak ta na
naszym podwórku. Mama powiedziała wtedy: „Niech
wam nie przyjdzie do głowy robić tego w domu”. Chwytała tatę za rękę, gdy akrobaci wykonywali najtrudniejsze
sztuczki na stalowym trapezie, spotykając się w locie jak
sokoły w czasie godów, tylko na moment, nim pochwycili
drugi trapez i każdy odfruwał w swoją stronę. Nie bardzo
przyjrzałem się temu występowi, bo patrzyłem na dłoń
mamy, na jej palce, splecione z palcami taty, jakby miały
prawo tak się ułożyć, na brylantowy pierścionek zaręczynowy, skrzący się wszystkimi barwami tęczy.
72
Potem nastąpił antrakt... czy w cyrku tak to się nazywa? Przez nasz sektor przepychał się mężczyzna w zielonym kubraku, zaglądając dzieciom w twarze. Nagle
przede mną wyrosła jakaś kobieta i zawołała: „Tom!
Tom!”. Wskazywała przy tym na mnie. Pochyliła się i
powiedziała mamie, że nigdy w życiu nie widziała tak
ślicznego chłopca. A mama na to, że dlatego nazwała
mnie Joley, od francuskiego joli, czyli ładny. Jakby jej się
zdawało, że jest Francuzką. Wtedy podszedł do nas ten
mężczyzna w zielonym i przykucnął. Powiedział: „Chłopcze, czy chciałbyś się przejechać na słoniu?”. Mama
oznajmiła wtedy, że mam siostrę i jedno bez drugiego
nigdzie się nie ruszy. Rzucili na ciebie okiem i powiedzieli: „Dobrze, skoro tak, niech będzie, ale chłopiec siada z
przodu”. Zabrali nas za kulisy (znowu mam wątpliwości:
czy w cyrku wchodzi się za kulisy?), tam kruszyliśmy łupinki orzeszków, depcząc po nich, aż przyszła jakaś pani
cała w cekinach. Podsadziła nas jedno po drugim i kazała usiąść na słoniu.
Sheba (tak miała na imię słonica) poruszała się fragmentami, ćwiartkami. Najpierw prawa przednia część
szła do przodu, potem prawa tylna. Lewa przednia, lewa
tylna. Skórę miała jak miękki karton, a wystające spod
siodła włosy drapały mnie w nogi. Wjechaliśmy na arenę,
ja siedziałem przed Tobą. Oślepiły nas lampy błyskowe,
ogłuszył gromki głos konferansjera, człowieka, który wydawał mi się Bogiem. Podał wszystkim nasze imiona i
wiek. Widziałem smugi barw, wirujące na miejscach dla
publiczności. Starałem się odszukać mamę i tatę. Ty
trzymałaś mnie mocno w pasie. Powiedziałaś: „Żebyś nie
spadł”.
73
Skoro czytasz ten list, to znaczy, że dotarłyście do Gila
Bend. Na pewno zjadłyście coś i zdążyłyście się wyspać.
Po wyjściu z poczty zobaczycie po prawej stronie aptekę.
Właściciel ma na imię Joe. Zapytajcie go, jak wyjechać
na drogę numer siedemnaście. Pojedziecie w stronę
Wielkiego Kanionu. Naprawdę warto go zobaczyć. Powiedz Joemu, że ja was przysłałem, potraktuje was jak
należy.
Droga zajmie wam osiem godzin. Znajdźcie sobie nocleg, a rano idźcie do urzędu pocztowego, najbliżej północnego krańca kanionu. Tam będzie na was czekał kolejny list.
A wracając do cyrku: zrobili nam zdjęcia na słoniu,
tylko Ty się o tym nigdy nie dowiedziałaś. Jedno, na którym twojej twarzy prawie wcale nie widać, zostało wykorzystane na plakacie Ringling Bros w następnym roku.
Reklamówka przyszła pocztą, gdy byłaś w szkołę. Ja wtedy wcześniej wróciłem z przedszkola. Mama pokazała mi
zdjęcie i chciała je powiesić na ścianie mojej sypialni.
Nazwała mnie „śliczności ty moje”. Nie pozwoliłem jej
powiesić plakatu. Nie mógłbym patrzeć na zdjęcie, gdzie
widać Twoje ręce trzymające mnie w pasie, ale twarz
ginie w cieniu. W końcu mama wyrzuciła reklamówkę, a
przynajmniej tak powiedziała. Posadziła mnie i wyjaśniła
mi, że Bóg dał mi nieprzeciętną urodę i muszę do tego
przywyknąć. Odpowiedziałem, całkiem bez emocji, że nic
nie rozumiem. Posadzili mnie z przodu, bo ładnie wyglądam. Ale czy nie widzieli, że to Jane jest śliczna?
Całuję Was serdecznie
Joley
11.
REBEKA
29 lipca 1990
Barwna muszla otwiera się i zamyka z trzaskiem tuż
przed moją twarzą błyskają światła rozbrzmiewają głosy
umierających zwierząt co się stało pytam co się stało?
czasami dociera do mnie jak teraz kiedy świat stał się
czarno-biały czasami wiem i nie mogę od tego uciec chociaż krzyczę i się modlę.
Widziałam ludzi rozdartych na dwoje jak popsute lalki
w szczątkach maszyny która mknęła przez niebo a świat
zawsze miękki niczym błękitna bawełna stał się zły i
splamiony bólem.
Czy wiesz że byłam świadkiem końca świata widziałam jak niebo i ziemia zamieniły się miejscami dowiedziałam się skąd przychodzą diabły byłam taka mała zaledwie trzy i pól roku a ciężar życia tak bardzo przygniatał mi czoło że musiał mi zmiażdżyć głowę.
Na koniec tego wszystkiego rząd dziewiąty odpłynął o
centymetry jak szybowiec w noc i nad jego zepsutym końcem widziałam fajerwerki brylantowe eksplozje szkła i
wbrew sobie zaczęłam płakać.
75
Jest taki dźwięk który wydają ludzie niemi w godzinie
śmierci gdy są mordowani dowiedziałam się tego wiele
lat później z wieczornych wiadomości ich struny głosowe
nie drgają więc do słuchającego dociera drżące powietrze wciągane i wypychane poza ścianę ciszy to jest głos
przerażenia w próżni.
Od wielu dni na mojej klatce piersiowej tkwi lampart.
Wciągam w piuca zatęchłe powietrze, które on wydycha.
Drapie mnie pod brodą i liże po karku. Gdy zmienia pozycję, żebra mi się poruszają.
- Odzyskuje przytomność - słyszę pierwsze słowa od
długiego czasu.
Otwieram oczy i widzę w tej kolejności: mamę, tatę i
sufit sypialni w Wielkim Domu. Zaciskam powieki. Coś
tu się nie zgadza. Spodziewałam się domu w San Diego.
Całkiem zapomniałam o Massachusetts.
Chcę usiąść, ale lampart prycha głośno i wbija we
mnie szpony.
- Co z nią? - słyszę ojca. - Jane, pomóż jej jakoś. Co
się z nią dzieje?
Mama przyciska mi do czoła chłodny ręcznik, nie dostrzega potwora.
- Nie widzisz go? - dziwię się.
Z moich ust dobywa się ledwo słyszalny szept. Tonę.
Udaje mi się odkaszlnąć, pozbywam się flegmy, ciągle
na nowo. Ojciec wyciera mi brodę. Mama płacze. Żadne
z nich nie wie, że wystarczy, by zszedł ze mnie lampart,
a wszystko będzie w porządku.
76
- Wracamy do domu - mówi ojciec. - Wynosimy się
stąd.
Ma na sobie niewłaściwe ubranie, przybrał nieodpowiednią minę, nie pasuje do farmy. Szukam odpowiedzi
na twarzy mamy.
- Zostaw nas na chwilę same.
- Musimy przez to przejść razem - oponuje ojciec.
Mama kładzie mu rękę na ramieniu. Jej dłoń wygląda
całkiem fajnie, jak egzotyczny kwiat albo róg strychu w
stodole.
- Proszę.
Stryszek.
- Powiedz mi - mówię. Znów próbuję usiąść. - Hadley nie żyje.
Mama i tata spoglądają po sobie, po czym ojciec bez
słowa wychodzi.
- Tak - mówi mama. Jej oczy wzbierają łzami. - Tak
mi przykro. - Kładzie rękę na obszytą sercami kołdrę.
Ukrywa twarz w pieczarze mojego brzucha, w futrzanej piersi lamparta. - Strasznie przykro.
Zwierzę wstaje, przeciąga się, znika. Ku swemu zdumieniu nie płaczę.
- Powiedz mi wszystko, co wiesz.
Mama siada prosto, wstrząśnięta moją odwagą. Mówi,
że Hadley skręcił kark przy upadku. Zdaniem lekarza,
umarł natychmiast. Minęły trzy dni, tyle trzeba było, żeby wydobyć jego ciało z rozpadliny.
- Co robiłam przez te trzy dni? - pytam szeptem. Jestem zakłopotana, rzeczywiście nie wiem.
- Masz zapalenie płuc. Większość tego czasu przespałaś. Kiedy twój ojciec tu przyjechał, ciebie nie zastał.
Pojechałaś za Hadleyem. Wymógł na Samie, żeby we
77
dwóch pojechali cię szukać. - Odwraca wzrok. - Nie
chciał zostawić nas tu we dwoje.
Innymi słowy, ojciec wie. Interesujące.
- Co to znaczy: „Wracamy do domu”?
Mama przykłada mi rękę do czoła.
- Do Kalifornii. A czego się spodziewałaś? Coś mi
umknęło.
- Co my tu właściwie robimy?
- Teraz nie czas o tym rozmawiać. Musisz nabrać sił.
Odsuwam kołdrę i mnie zatyka. Całe nogi mam w siniakach, zadrapaniach, owinięte żółtawymi bandażami.
Klatkę piersiową pooraną bruzdami zaschniętej krwi.
- Kiedy Hadley spadł, usiłowałaś do niego zejść mówi mama. - Sam cię odciągnął, a ty darłaś skórę paznokciami. Nie sposób cię było powstrzymać, chociaż
byłaś owijana, w co się dało, i dostawałaś środki uspokajające. - Znowu płacze. - Bez przerwy powtarzałaś, że
chcesz wydrzeć sobie serce.
- Nie wiem po co - szepczę. - Przecież ty już to zrobiłaś.
Przechodzi w drugi koniec pokoju, jak najdalej.
- Co mam powiedzieć? Co chcesz ode mnie usłyszeć? Sama nie wiem. Nie może zmienić tego, co już się
stało.
Zaczynam sobie uświadamiać, jak bardzo wszystko się
zmienia, gdy człowiek dorasta. Kiedy byłam mała i chorowałam, mama siedziała przy mnie i śpiewała. Karmiła
mnie galaretką truskawkową i spała skulona tuż przy
mnie, nadsłuchując zmian w moim oddechu. Bawiłyśmy
się, że jestem księżniczką zamkniętą w wieży przez złego
czarownika, a ona moją damą do towarzystwa. Razem
wypatrywałyśmy przybycia rycerza w lśniącej zbroi.
78
- Dlaczego chcesz, żebym ci przebaczyła? - pytam. Co ci z tego przyjdzie?
Odwracam się od niej, owce Sama, wszystkie siedem,
truchtają ścieżką, którą wycięły przez środek pola.
- Dlaczego chcę, żebyś mi przebaczyła? Bo sama
nigdy nie wybaczyłam ojcu i wiem, jaki wpływ wywrze
na ciebie nienawiść. Kiedy zaczynałam dorastać, ojciec
mnie bił. Bił mnie i bił moją matkę, a ja robiłam, co w
mojej mocy, żeby nie bił Joleya. Znienawidziłam ojca, a
z czasem także siebie. Nigdy w siebie nie uwierzyłam, bo
jakim cudem miałabym być cokolwiek warta albo nawet
ważna, skoro krzywdził mnie własny ojciec? W końcu o
tym zapomniałam. Wyszłam za Olivera, a cztery lata
później on mnie uderzył. Wtedy uciekłam po raz pierwszy.
- Katastrofa lotnicza - mówię, a mama kiwa głową.
- Wróciłam ze względu na ciebie. Wiedziałam, że
najważniejsze na świecie jest zapewnienie ci poczucia
bezpieczeństwa. A potem ja uderzyłam twojego ojca i
wszystko zaczęło się od początku. - Ukrywa twarz w
dłoniach. - Historia się powtarza i tym razem to ja jestem
agresorem. Obojętne, jak daleko pojadę, obojętne, ile
stanów albo krajów zostawię za sobą, od siebie nie
ucieknę. Nigdy ojcu nie wybaczyłam, bo sądziłam, że w
ten sposób ja będę górą. Niestety, to nieprawda. On wygrał. Jest częścią mnie, kochanie. - Bierze w rękę stary
marmurkowaty dzban, który jest w rodzinie Sama od
długiego czasu. Nieuważnie pozwala mu się wyślizgnąć
z dłoni i roztrzaskać o podłogę. - Przyjechałam tutaj i
przez chwilę byłam szczęśliwa, znowu zapomniałam.
Zapomniałam o twoim ojcu i o tobie. Zakochałam się do
szaleństwa... - Uśmiecha się nieobecna duchem. - Nie
79
potrafiłam sobie wyobrazić, by ktokolwiek inny na świecie mógł być tak szczęśliwy. W tym także... zwłaszcza
moja córka. Przecież gdybyś ty zakochała się w mężczyźnie, który skończył dwadzieścia pięć lat, i to było w
porządku, to ja nie mogłam pokochać jego rówieśnika,
rozumiesz?
Widziałam mamę z Samem w cieniu sadu. Rozumieli
się bez słów. Właśnie z tego powodu minione dni były
inne. Nigdy jej takiej nie widziałam. Nigdy dotąd jej
obecność nie sprawiała mi takiej radości. Nie pojmuję, co
tutaj robi mój ojciec ani dlaczego chce jej powrotu. Tu
nie ma kobiety, której on chce. Ona już w ogóle nie istnieje.
- Widziałam cię z nim - mówię.
- Gdyby to było mi pisane, doszłoby do tego przed
laty.
Już nie muszę jej pytać, dlaczego wraca do domu.
Znam odpowiedź. Mama uważa, że zawiodła, nie tylko
mojego ojca, ale mnie. Nie może mieć Sama, to jej kara.
Marzenia nie zawsze się spełniają. W prawdziwym świecie „wieczność” to czasem tylko weekend.
Mama podnosi na mnie wzrok. Gdy nasze spojrzenia
się spotykają, ciszą napływają słowa. Nie mogę mieć
tego, czego ty nie możesz mieć. Powstałaś za sprawą
mojego życia i właśnie dlatego moje losy zależą od ciebie.
Dziwne, myślę.
Dowiedziałam się o istnieniu uczuciowego paragrafu
22 wcześniej niż mama. Właśnie ja przekazałam jej tę
wiedzę.
80
Uśmiecha się do mnie, podnosi płat gazy z moich
piersi.
- Czasami trudno mi uwierzyć, że masz dopiero piętnaście lat - mówi cicho.
Gładzi mnie delikatnie. Pod jej dotykiem rany się zamykają. Patrzymy w milczeniu, jak skóra się goi i siniaki
bledną. Blizny pozostaną.
Spodziewałam się jego wizyty w środku nocy. Tylko
on nie przyszedł się ze mną zobaczyć, odkąd odzyskałam
przytomność. Najpierw powstaje tylko szpara między
drzwiami a framugą, potem widzę latarkę, i zanim wujek
Joley podejdzie do łóżka, wiem, dokąd się wybieramy.
- Jeśli ruszymy teraz, na pewno zdążymy - oznajmia.
- I nikt się nie domyśli, dokąd nas wyniosło.
Niesie mnie na rękach do starego niebieskiego pikapa,
który przez kilka tygodni nie miał silnika. Spycha auto
podjazdem na jałowym biegu. Przygotował mi narzutę pomarańczową z pomponami w kolorze fuksji, klasyczny
powrót do przeszłości, w lata siedemdziesiąte. Między
nami, na popękanej skórze siedzenia, tkwi termos z czarną kawą i babeczka owsiana z rodzynkami.
- Zakładam, że jeszcze nie doszłaś do siebie.
Kręcę głową, a on włącza wycieraczki. Wciska dozownik płynu do mycia szyb, ciecz przelatuje nad dachem samochodu jak wystrzelona z pistoletu na wodę,
moczy skrzynię.
- To by było tyle - mówi Joley.
Jest przystojny, chociaż jakby wypłowiały. Włosy mu
się kręcą nad uszami, nawet tuż po obcięciu. Uwagę
zwracają oczy - położone tak blisko siebie, że przywodzą
81
na myśl albo mongolizm, albo wyjątkową inteligencję zależnie od punktu widzenia. Potem dostrzega się usta, w
kolorze cynii, pełne jak u dziewczyny. Jeśli weźmiesz
ulubiony plakat Mela Gibsona, złożysz go, wsadzisz do
kieszeni dżinsów, a potem przepuścisz przez pralkę i
suszarkę, zdjęcie spłowieje, będzie spokojniejsze, mniej
wstrząsające, gładsze na brzegach. Wypisz, wymaluj,
wujek Joley. Słońce wstaje, gdy przekraczamy granicę
New Hampshire.
- Niewiele z tego wszystkiego pamiętam - mówię. Większą część drogi spędziłam w ładowni ciężarówki.
- Niech zgadnę: w ramach chłodzenia?
Muszę się uśmiechnąć. Gdy ojciec z Samem mnie
znaleźli, miałam czterdzieści stopni gorączki.
Wujek Joley głównie milczy. Wie, że tego mi trzeba.
Od czasu do czasu prosi, żebym mu nalała kawy do kubka, a ja spełniam jego prośbę i podsuwam mu naczynie
do ust, jakby to on był chory.
Mijamy brązowy znak drogowy, informujący o granicy regionu White Mountain.
- Pięknie tutaj - zauważam. - Prawda?
- Naprawdę ci się podoba? - pyta wujek.
Zbija mnie z pantałyku.
Przesuwam spojrzeniem po szczytach i dolinach. W
południowej Kalifornii ziemia jest płaska, bez niespodzianek.
- Tak, naprawdę.
- Wobec tego jest pięknie.
Jedziemy po drogach, jakich bym sobie nie potrafiła
wyobrazić. Wątpię, czy to w ogóle są drogi. Wiją się
przez las, wydają mi się raczej koleinami wyżłobionymi
82
zimą przez narciarzy niż trasą dla samochodów, ale rzeczywiście prowadzą skrótem. Samochód podskakuje,
rzuca w przód i w tył, kawa się rozlewa, nietknięta babeczka wtacza się pod fotel. Zatrzymujemy się na podwórku domu matki Hadleya. Nie mogę nie rozpoznać
tego miejsca. Zostawiamy auto niby gałązkę oliwną między domem a Zdradziecką Górą.
- Cieszę się, że przyjechaliście - mówi pani Slegg.
Otwiera siatkowe drzwi. - Słyszałam, co się z tobą stało.
Obejmuje mnie ramieniem, pomaga iść, wprowadza
do kuchni.
Okropnie mi wstyd. Jej syn umarł, a ona się przejmuje
moimi zadrapaniami.
- Bardzo mi przykro. - Z trudem wymawiam słowa,
które podsunął mi Joley. - Przykro mi z powodu pani
straty.
Matka Hadleya szeroko otwiera oczy, jakby była
kompletnie zaskoczona kondolencjami.
- Kochanie, to również twoja strata.
Siada obok mnie, na krześle z oparciem w drabinkę.
Przykrywa moją rękę podpuchniętą dłonią. Ma na sobie
niebieską podomkę i fartuch w krzykliwych kolorach z
naszytą maliną.
- Wiem, czego wam trzeba - oznajmia. - Dobrze
wiem. Gdzie ja mam głowę? Taki kawał drogi przyjechaliście, aż z Massachusetts, a ja tu siedzę jak jakiś kołek.
Otwiera pojemnik na chleb, wyjmuje z niego świeże
bułki, obwarzanki z francuskiego ciasta i ciasteczka z
sezamem.
- Dziękuję pani, nie jestem głodna.
83
- Mów mi ciociu - nakazuje. - Nic dziwnego, dziecinko, nic dziwnego. Pewnie jeszcze ledwo stoisz na nogach, co dopiero stawić czoło takiemu bólowi...
Wujek Joley podchodzi do okna. Patrzy na góry.
- Gdzie będzie pogrzeb?
- Niedaleko. Na cmentarzu, gdzie i mój mąż jest pochowany, niech spoczywa w spokoju. Mamy grób rodzinny.
Pani Slegg mówi tak spokojnie, że zaczynam obserwować ją uważniej: czyżby nie kochała syna? Czy raczej
jest zamknięta w sobie, będzie rwała włosy z głowy, gdy
zostanie sama?
Do kuchni wchodzi jakiś chłopiec. Wyjmuje z lodówki mleko, dopiero wtedy nas zauważa. Jest tak podobny
do Hadleya, że czuję się znokautowana.
- Ty jesteś Rebeka?
Kiwam głową.
- A ty...?
- Cal - odpowiada. - Jestem młodszym bratem. To
znaczy: byłem. - Odwraca się do matki. - Idziemy?
Ma na sobie dżinsy i flanelową koszulę.
Cal, dwóch przyjaciół Hadleya ze szkoły i wujek Joley przyjmują na cmentarzu rolę karawaniarzy. Jest kaznodzieja, który odprawia cichą, spokojną posługę. W
połowie obrządku na trumnie siada rudzik. Dziobie wieniec. Pani Slegg przygląda mu się przez kilka chwil, po
czym krzyczy do duchownego, by zamilkł. Osuwa się na
ziemię, brnie do trumny, chce zdjąć kwiaty. W rozgardiaszu ptak odlatuje. Ktoś odprowadza matkę Hadleya na
bok.
Przez całą ceremonię nie uroniłam ani jednej łzy.
84
Obojętne, gdzie spojrzę, wszędzie widzę tę górę, czekającą, by zagarnąć Hadleya na nowo, gdy już stanie się
częścią ziemi. „Tu mieszkać będę pośród twojego orszaku - robactwa”, przychodzi nagła myśl. Za nic w świecie
nie potrafię sobie przypomnieć, skąd ten cytat. Pewnie z
jakiejś lektury szkolnej, ale trudno mi w to uwierzyć.
Szkoła wydaje się strasznie odległa, byłam wtedy inną
osobą.
Czterech mężczyzn występuje naprzód i wolno spuszczają trumnę na skórzanych pasach do dołu. Odwracam
się. Do tej chwili udawałam, że Hadleya w ogóle tu nie
ma, że to tylko przedstawienie, a on czeka na mnie w
Wielkim Domu. Teraz widzę napięte z wysiłku mięśnie
na plecach wujka Joleya, naprężone muskuły Cala, jego
zaciśnięte na pasach dłonie. Zyskuję przekonanie, że
szorstka, musztardowa skrzynia nie jest pusta.
Zasłaniam uszy, by nie słyszeć jej uderzenia o dno
grobu. Narzuta spada z moich ramion, widać, co mi się
stało. Nie zauważa tego nikt prócz pani Slegg. Ona stoi
nieco dalej i tylko płacze trochę bardziej.
Przed opuszczeniem cmentarza Cal daje mi koszulę,
którą Hadley miał na sobie dzień przed śmiercią. To nią
się otulam, kiedy przychodzą Sam i ojciec. Jest niebieska, flanelowa, w czarną kratę. Cal składa ją w trójkąt,
jak flagę. Potem podwija rogi i mija podaje. Nie dziękuję
mu, nie żegnam się z pogrążoną w żałobie matką Hadleya. Pozwalam, by wujek odprowadził mnie do samochodu. W drodze powrotnej prawie się nie odzywamy.
Odwozi mnie z powrotem tam, gdzie wszyscy pozostali
czekają na koniec świata.
12.
OLIVER
Idę do instytutu jak gdyby nigdy nic. Nie zjawiam się
tam codziennie i nie mam szczególnego powodu, by
przyjść akurat dzisiaj, poza tym, że idąc korytarzem, słyszę pełne szacunku powitania: „Dzień dobry, doktorze
Jones”, „Witamy, doktorze Jones”. Człowiek wie, że
żyje.
Zeszłej nocy nie mogłem spać, więc oglądałem taśmy
z ostatniej wyprawy na Maui. Puszczałem je na odtwarzaczu w sypialni w kółko i na okrągło. Na tych taśmach
długopłetwce podnoszą się z wody majestatycznie, wyginają w łuk, po czym obsuwają na powrót do oceanu,
otwierając w nim całkiem nowe przejścia. Można dostrzec wieloryby pod wodą, przewidywać, kiedy wyłamią
się nad powierzchnię, z połyskliwymi płetwami, z pulsującymi ogonami. Przez jedną najcudowniejszą chwilę,
nim czar dobiegnie końca, stanowią ucieleśnienie doskonałości.
Oglądałem taśmy kilkakrotnie, aż do świtu. Nie wiedzieć czemu zacząłem się zastanawiać, ile to już minęło
długich miesięcy, odkąd po raz ostatni kochaliśmy się z
Jane. Niestety, nie potrafię sobie tego przypomnieć.
86
Okna mojego gabinetu w instytucie wychodzą na marinę San Diego. Trzy ściany są przeszklone, wyobraź to
sobie, a w czwartej znajdują się dębowe drzwi z paneli.
W oryginale drewno było jasne, ale postanowiłem je
przyciemnić, by lepiej podkreślić ich strukturę, a Jane,
wtedy zachwycona tym pomysłem, nalegała, by jej powierzyć wykonanie. Przychodziła do mnie do biura przez
cały tydzień, robiła na drzwiach plamy z farb o różnych
odcieniach i nazwach, takich jak „cohasset kolonialny”,
„mahoniowy połysk” czy „naturalny”, co dla mnie
brzmiało ironicznie. W końcu wybrała „złoty dąb”, który
okazał się stanowczo bardziej brązowy niż złoty. Siedziałem przy biurku, gdy pojawiła się z gumową ściągaczką,
jednorazowym pędzlem oraz dużą puszką wybranego
specyfiku, chociaż wystarczyłaby czwarta część tej ilości. Malowała bardzo systematycznie, od dołu ku górze,
bez chlapania, osuszając drzwi po każdej warstwie, aż
byłem z niej dumny. Szczerze powiedziawszy, z przyjemnością się na nią patrzyło. Gdy skończyła, odsunęła
się od drzwi, stanęła bliżej biurka.
- I co myślisz... - zaczęła.
Raptem zasłoniła usta. W dwóch susach znalazła się z
powrotem przy drzwiach, zaczęła skrobać schnącą farbę
gumową ściągaczką. Podbiegłem do niej, zamknąłem ją
w objęciach, starałem się ją uspokoić.
- Nie widzisz?
Szerokimi gestami wskazywała kilka linii.
- Jest pięknie.
Tak było rzeczywiście.
- Naprawdę nie widzisz?! - krzyknęła. - Patrz! Tutaj!
Twarz diabła!
87
Ponieważ nie pozwoliłem obedrzeć drzwi z farby, od
tamtego czasu nie pojawiła się w moim biurze. W sumie
jestem zadowolony. Zamykam drzwi za sobą i przekrzywiam głowę na różne sposoby, próbuję zobaczyć tę
twarz.
Jane z pewnością pojechała do brata. Samochodem albo pociągiem, bo za nic w świecie nie nakłoni Rebeki do
lotu. Raczej nie pociągiem, za łatwo by mi było odszukać
je po biletach. Mógłbym polecieć do Bostonu, byłbym na
miejscu pierwszy. Tyle że ten jej nieszczęsny brat też
tam będzie, no i na pewno by znalazł jakiś sposób, żeby
uprzedzić Jane. Jest między nimi jakaś wręcz telepatyczna łączność, równie zdumiewająca, co irytująca.
Opcja druga: po jakimś czasie mogę zawiadomić policję, zażądać poszukiwań. W końcu przecież nie złamałem prawa, nie zrobiłem nic, co by dało Jane powód do
odejścia. Mogę ją obciążyć zarzutem porwania dziecka.
Oczywiście w tej sytuacji straciłbym możliwość działania na własną rękę.
Wyjście trzecie: wytropić ją samemu. To trochę jakbym chciał wziąć motyla na smycz, by wyprowadzić go
na spacer, ale przypuszczam, że jeśli zyskam pojęcie o
drodze, jaką wybrała, dam radę ją złapać.
Nigdy w życiu nie zapisałem konkluzji przed zebraniem danych uzasadniających hipotezę. Na polu nauki
nigdy nie musiałem się tłumaczyć. A może tym razem po
prostu działać, a to, co potrzebne, zebrać po drodze? Może najpierw ją złapać, a potem decydować, co jej powiedzieć?
Wciskam brzęczyk wzywający Shirley, moją sekretarkę, wysoką kobietę o farbowanych na rudo włosach, która chyba się we mnie podkochuje.
88
Otwiera dębowe drzwi.
- Słucham pana.
- Mam pewien kłopot i muszę cię prosić o pomoc.
Jej usta układają się w prostą linię, jest gotowa przyjąć
na siebie odpowiedzialność.
- Chodzi o wyjazd do Wenezueli. Trzeba go odwołać.
- Do Wenezueli?
Kiwam głową.
- Zrób wszystko, co się okaże konieczne, daję ci
wolną rękę. Możesz kłamać, zmyślać, fantazjować, co
tylko będzie trzeba. Potrzebuję miesiąca dla siebie. Przynajmniej. To też możesz im powiedzieć. - Pochylam się
nad biurkiem i ujmuję ją za nadgarstki (za nadgarstki!). Liczę na ciebie - mówię miękko. - To nasz sekret.
Koszty podróży pokryje instytut, obawiam się tego
stwierdzenia, ale biedna Shirley straci pracę. Muszę pamiętać, żeby jej wysłać jakiś drobiazg, gdy całe to zamieszanie się skończy.
Kiwa głową, dzielny żołnierz.
- Czy będzie pan się dowiadywał o wiadomości?
- Dwa razy dziennie - kłamię.
Wolę jak najszybciej się uporać z moim rodzinnym
bałaganem i spokojnie okopać z powrotem w badaniach,
niż działać pół na pół, trochę tu i trochę tam. Nie zadzwonię ani razu, póki nie znajdę Jane.
Po wyjściu sekretarki gaszę górne światła, spuszczam
rolety. Włączam taśmę ze Stellwagen, tę najlepszą, skomplikowaną składankę z dna oceanu. W późnych latach
siedemdziesiątych statek kosmiczny Voyager wszedł na
orbitę, mając na pokładzie nagrania pozdrowień w pięćdziesięciu pięciu językach, muzyki Bacha, Mozarta i
89
jakiejś grupy rockowej oraz te właśnie pieśni humbaków.
Mapa Stanów Zjednoczonych, którą wyjmuję z szuflady, jest nieco wyblakła, ale funkcjonalna. Wygląda
obco: przywykłem do wirów i kłębów na mapach nawigacyjnych. Za pomocą linijki oraz czerwonego flamastra
kreślę prostą długości siedmiu centymetrów, następnie
zaznaczam okręg, którego jest ona promieniem. Taką
odległość mogły pokonać zeszłej nocy. Phoenix albo
Vegas. Sacramento, Guaylas lub Mexico. Tak wychodzi
z moich obliczeń.
Skoro umiem podążać śladem wielorybów, chociaż
nie znam ich prawie wcale, to z pewnością odszukam
własną żonę.
Tyle tylko, że tym wypadku trzeba myśleć jak Jane:
wyrywkowo, eklektycznie, nieprawdopodobnie. Jeśli
chodzi o wieloryby, dysponujemy wiarygodnymi wskazówkami: znamy prądy morskie, żerowiska, miejsca doskonale nadające się do obserwacji. Orientujemy się,
gdzie zaczynają podróż oraz dokąd zmierzają. Pracujemy
z wyprzedzeniem, łączymy kolejne fragmenty wiedzy.
Podobnie jest z techniką sonarową, wykorzystywaną
przez wieloryby - fale dźwiękowe odbijają się od podwodnych formacji geologicznych, dzięki czemu zwierzę
nieomylnie odnajduje wolną przestrzeń i właściwą drogę.
Jeżeli Jane i Rebeka kierują się do Massachusetts, nie
pojadą przez Mexico ani Sacramento. Zielonym markerem przekreślam te dwa miasta. Zostaje przestrzeń między Phoenix a Vegas. Mogą być wszędzie.
Opieram głowę na blacie, czuję na policzku chłód
marmuru. Poddaję się melodii wielorybiej pieśni. Nie ma
w niej słów, nie ma refrenu. Przypomina raczej zaśpiewy
90
afrykańskich plemion: wzór, choć regularny, jest obcy
naszej kulturze. Żadnej potoczystości, przewidywalności.
Tematy wracają w najmniej spodziewanych momentach,
wzorzec wyśpiewany już dwa razy pojawia się znowu.
Czasami wieloryby śpiewają razem, a kiedy indziej wołają przez ocean samotnie.
Bezwiednie nucę z nimi. Myśleć jak Jane. Myśleć jak
Jane.
Opieram głowę na przedramionach. Wieloryby nie
mają strun głosowych. Nie wiemy, jak wydają dźwięki.
Nie wykorzystują do tego wypychania powietrza - brak
wokół nich bąbelków, gdy śpiewają. A przecież jakoś
pojawiają się te klikania, te gwizdy, to zawodzenie wiolonczeli.
Przed sobą mam drzwi pomalowane przez Jane. Nagle, bez ostrzeżenia, zanurzony w odgłosach morza, wyraźnie dostrzegam twarz diabła.
13.
SAM
Jabłko, mówię im, pojawiło się przed Adamem i Ewą
w opowieści o stworzeniu świata. Jabłoń musiała rosnąć
przynajmniej trzy lata. Tyle czasu potrzebuje młode
drzewko, by wydać owoce. Nie mówiąc już o procesie
poczęcia.
Od tego stwierdzenia co roku zaczynam spotkanie w
mojej Alma Mater, w technikum zawodowym, Minuteman Career and Technical High School w Lexington.
Stanowię w szkole nie lada atrakcję - jestem właścicielem jedynego sadu w Massachusetts, przynoszącego bezdyskusyjne zyski, zatrudniam pięćdziesięciu ludzi, zarządzam stuakrowym, doskonale prosperującym gospodarstwem, mam świetne układy z kupcami z Sudbury Farms
i Purity Foodstores, a akcja WYBIERZ SAM ściąga do
mnie w weekendy gości nawet z Nowego Jorku. W pewnym sensie zwaliło się na mnie to wszystko, gdy ojciec
po operacji serca przeszedł na emeryturę, ale o tym nie
wspominam.
Dzieciaki wydają mi się co roku młodsze, chociaż
pewnie będziesz mieć rację, jeśli stwierdzisz, że to ja
jestem coraz starszy. Tym razem jest ich mniej niż przedtem, wszystko za sprawą ekonomii. Chcą pracować przy
92
wytopie stali albo produkcji mikroczipów, farmerstwo się
nie opłaca. Patrzę, jak wchodzą do sali. Nadal dziewięćdziesiąt dziewięć procent stanowią chłopcy, co zrozumiałe. Nic nie mam przeciwko płci żeńskiej, ale praca w
sadzie wymaga krzepy i siły, jaką dysponuje mało która
kobieta, Miała ją na przykład moja matka, ale ona była
wyjątkiem.
Nie zamierzam opowiadać o prowadzeniu sadu ani o
granicach opłacalności czy parchu, ani podawać podręcznikowych przykładów zarządzania. Powiem im coś,
czego nie spodziewają się usłyszeć, spróbuję im pokazać
moje życie. Przekażę im kilka historyjek spośród tych,
jakie dorastając, słyszałem od ojca, gdy siadaliśmy na
ganku, spowici odurzającym zapachem cydru. Właśnie te
opowieści zasiały w mojej głowie ziarno pomologii. Zakończyłem edukację na poziomie technikum i może i nie
mam tyle rozumu co zarządca z wyższym wykształceniem, przyznaję: wielu spraw nie rozumiem. Dlatego na
te sprawy nie będę marnował ich czasu. Zamiast tego
podzielę się z nimi tym, co wiem najlepiej.
W rzeczywistości jabłko wspomniane w Biblii wcale
nie było jabłkiem. W Palestynie jabłka nie rosną w ogóle,
natomiast pierwsze tłumaczenie Pisma Świętego zostało
dokonane w jednym z krajów położonych bardziej na
północ, a jabłka pochodzą z Anglii, no i taki skutek. Słyszałem, że na szczytach Gór Skalistych znaleziono skamieniałości muszli pochodzących z czasów, gdy sięgała
tam woda. Istnieją także skamieniałości jabłek. Archeolodzy natrafili na pozostałości tych owoców w postaci
węgla, zachowanego w błocie na terenie wykopalisk
obejmujących prehistoryczne siedziby człowieka gdzieś
93
w Szwajcarii. Aż trudno sobie wyobrazić.
Uprawa jabłek szła na zachód, i to szybko. Jabłoń wyrasta z nasienia. Rzuć ogryzek na ziemię, a już po dwóch
latach rośnie w tym miejscu młode drzewko. Kiedy byłem dzieckiem, na farmach rodziców moich przyjaciół
jabłonie wyrastały właściwie wszędzie, gdzie się niczego
nie uprawiało. Młodziutkie drzewka dawały sobie radę z
krowami, które skubały liście. Po kilku latach wyrastały
nad krowy i zrzucały owoce. Wtedy bydło tłoczyło się
przy pniu i zjadało słodkie jabłka... rozrzucając nasiona.
Na naszym pastwisku rosło drzewo rodzące owoce czerwone jak ogień, prawie tak smaczne w cieście jak macouny. Nigdy nie doszedłem, co to był za gatunek, nigdy
ich nie sprzedawałem... może szkoda, bo pewnie byłbym
znacznie bogatszy, niż jestem.
Znajdziecie jabłka w mitologii nordyckiej, greckiej i
w bajkach dla dzieci. Ojciec opowiadał mi wszystkie te
historie. O zatrutym jabłku Królewny Śnieżki, o tym, jak
Adam i Ewa popadli w niełaskę. W Skandynawii pewna
bogini imieniem Iduna zawsze miała skrzynię pełną złotych jabłek nieśmiertelności, które zapewniały bogom
wieczną młodość. Pod koniec dziewiętnastego wieku w
Anglii święto płodności dedykowano jabłoni, która miała
zapewnić obfite zbiory. A tutaj, w Nowej Anglii, dziewczęta, obierając jabłka, rzucały przez ramię długie pasma
skórki, by z litery, w jaką się ułożyła, odczytać imię
przyszłego ukochanego.
W tym miejscu proszę Hadleya, który skończył technikum zawodowe Minuteman Tech razem ze mną i od
tego czasu pracuje w sadzie, by rozdał jabłka, które
94
przyniosłem. Niech dzieciaki same popróbują, co daje
ludzka praca i cierpliwość, wtedy zrozumieją dużo więcej, niżbym im mógł naopowiadać. Potem jest czas na
zadawanie pytań, a ja na nie chętnie odpowiadam. Z wykładami mam kłopot, ale pytania to zupełnie inna para
kaloszy. Zawsze wolałem słuchać, niż mówić.
- Dzierżawi pan ziemię? - pytają dzieciaki.
- Dzielicie się pół na pół?
Jeden pilny uczeń chce się dowiedzieć więcej na temat
korzyści ze szczepienia odrośli w porównaniu ze szczepieniem pąków. Nauczyłem się tych oficjalnych terminów pewnie ze dwa lata temu. Natomiast moje ulubione
pytanie pada z ust dzieciaka siedzącego w ostatnim rzędzie. Wcześniej nie odezwał się słowem. Zeskakuję z
podium, idę do chłopaka, pochylam się nad nim, a on
czerwienieje.
- Co chcesz wiedzieć? - pytam cicho, tak że nikt inny
nie słyszy. - Wiem, że chcesz o coś zapytać.
Pytanie jest, tkwi w jego oczach.
- Pana ulubione? - słyszę i doskonale wiem, o co
chodzi.
- Spitzenburg - odpowiadam - ale one już wymarły.
Wobec czego pewnie powinienem powiedzieć: jonatany. Tego pytania nigdy nie zadałem, gdy mój ojciec tu
opowiadał, a ja byłem jeszcze uczniem.
Potem wysyłam Hadleya truckiem z powrotem. A ja i
Joellen, nauczycielka matematyki oraz moja pierwsza
dziewczyna, idziemy w miasto. Jest taka chińska knajpka, którą oboje lubimy, a w Stow raczej trudno o chińską
kuchnię. Zamawiam dla niej mai tai, który tutaj podawany jest w porcelanowym orzechu kokosowym z dwiema
95
różowymi parasolkami, dla siebie biorę cierpiącego drania. Kiedy Joellen ma trochę w czubie, zapomina, że z
niewyjaśnionych bliżej powodów mnie nienawidzi, więc
pewnie jak w zeszłym roku wylądujemy na tylnym siedzeniu jej forda escorta i pognieciemy trochę podręczniki
i liczydła, przywracając dawne czasy.
Nie kocham Joellen. Chyba nigdy nie kochałem i może właśnie dlatego teraz jej się wydaje, że mnie nienawidzi.
- No i co tam u ciebie, Sam? - pyta, pochylając się
nad pieczonymi skrzydełkami kurczęcymi po pekińsku.
Jest młodsza ode mnie o rok, ale odkąd pamiętam,
wyglądała na trzydziestkę.
- Głównie przycinanie. Trzeba się przygotować na
jesienny najazd.
Pod koniec września otwieramy sad dla przyjezdnych.
Bywa, że w jedną niedzielę zgarniam tysiaka z okładem z jabłek, cydru i hurtowej sprzedaży po cenie detalicznej
cheddara z Vermontu.
Joellen wyrastała w Concord, w jednej z trzech czy
czterech naprawdę biednych rodzin, mieszkających w
przyczepach kempingowych. Do szkoły poszła, żeby
zostać stylistką urody, zyskała uznanie jako manikiurzystka, świetnie zdobiła paznokcie.
- Znalazłeś swój gatunek?
Długie lata mozoliłem się w szklarni, szczepiłem i
przeszczepiałem, krzyżowałem gatunki w nadziei uzyskania jakiegoś naprawdę niesamowitego jabłka, które
zadziwi świat. Stworzyłem własną formę inżynierii genetycznej, staram się odtworzyć Spitzenburga lub wynaleźć
gatunek jak najbardziej do niego podobny, a lepiej
96
przystosowany do naszego klimatu, żeby tym razem nie
wyginął. Nie umiem ocenić, czy Joellen jest rzeczywiście
zainteresowana tematem, czy sobie ze mnie pokpiwa.
Nigdy nie potrafiłem zorientować się w jej charakterze.
Joellen macza palce w sosie z kaczki i rozmyślnie
wolno oblizuje każdy po kolei do czysta. Wyciąga dłoń
w moją stronę.
- Zauważyłeś coś?
Nauczyłem się patrzeć najpierw na paznokcie. Dziś
widnieją na nich miniaturki bohaterów z „Ulicy Sezamkowej”. Wielki Ptak, Ernie, Snuffy, Oskar.
- Niezłe. Gdzie się tego nauczyłaś?
- Ściągnęłam z plastrów dla dzieci. - Wzdycha rozdrażniona. - Umiem przerysowywać. Ale nie o to chodzi.
Przyjrzyj się.
Porusza palcami, a ja szukam na dłoni nowej
zmarszczki, może skaleczenia, czegokolwiek.
- Pierścionek - mówi wreszcie Joellen. - Na litość
boską...
Jezu, zaręczyła się.
- Fantastycznie, gratulacje. Cieszę się razem z tobą.
Wcale nie wiem, czy tak jest rzeczywiście, ale mam
świadomość, że właśnie to powinienem powiedzieć.
- Kim jest ten szczęśliwiec?
- Nie znasz go. Służy w piechocie morskiej. W ogóle
w niczym ciebie nie przypomina. Pobieramy się we
wrześniu, oczywiście będziesz zaproszony na ślub.
- Aha - mówię i jednocześnie postanawiam ominąć
imprezę szerokim łukiem. Opieram się impulsowi, by
sprawdzić, czy Joellen jest w ciąży. - Jak ma na imię?
97
Słuchając opowieści o Edwinie Cubblesie, pochodzącym z Chevy Chase w stanie Maryland, kończę jeść, dopijam swojego drinka, a następnie drinka Joellen. Zamawiam dwa następne, i te także wypijam. Podczas gdy ona
opowiada, jak się poznali na balu przebierańców, wydawanym z okazji święta czwartego lipca (on był przebrany
za morsa, ona za Scarlett O'Harę), ja staram się ustawić
prosto parasolki z drinków w gęstym, nasyconym ziarnami sosie z kaczki.
W zeszłym roku, po moim wykładzie, pojechaliśmy w
miejsce, gdzie niegdyś oboje straciliśmy cnotę - do rezerwatu, na łąkę, która z końcem lata fioletowiała od
wierzbówki. Usiedliśmy na masce autka Joellen, wypiliśmy napój czekoladowy Yoo-Hoo, kupiony w pobliskim
sklepiku, a potem przenieśliśmy się na ziemię i patrzyliśmy, jak nadciąga noc. Joellen usiadła mi między nogami, oparła ręce na moich zgiętych kolanach jak na podłokietnikach i odchyliła się do tyłu. Czułem zapięcie jej
stanika przez dwie koszule. Opowiedziała o tym, jak jej
przykro, że ze mną zerwała, a ja jej przypomniałem rzeczywistość, która była całkiem odwrotna - pewnego dnia
zwyczajnie sobie uświadomiłem, że moje uczucia w stosunku do Joellen się wypaliły. Trochę jak węgiel drzewny, powiedziałem. Wiesz, najpierw są gorące od pomarańczowego żaru, a wystarczy na chwilę się odwrócić i
już człowiek sam się dziwi, kiedy zdążył w ich miejscu
powstać szary popiół. Mówiąc to, położyłem dłonie na
jej piersiach, a ona mnie nie powstrzymała. Obróciła się i
zaczęła mnie całować, przesuwała rękami po moich wyjściowych spodniach khaki, a kiedy mi stwardniał, powiedziała:
- No proszę, Sam, a podobno nie masz ochoty.
98
Joellen w dalszym ciągu opowiada o Edwinie. Przerywam jej.
- Jesteś jedyną moją dziewczyną, która wychodzi za
mąż.
Patrzy na mnie prawdziwie zaskoczona.
- Miałeś inne dziewczyny?
Chociaż nie zamówiliśmy głównego dania, proszę o
rachunek. Niech to będzie prezent zaręczynowy, zwykle
płacimy każde za siebie. Joellen zdaje się nie zauważać,
że lo mein ani wołowina ze strączkami groszku jeszcze
się nie pojawiły na stole, i w sumie nic dziwnego, w ogóle niewiele zjadła.
- Nie musisz mnie odwozić do domu - mówię i czuję, że się czerwienię. - Joley albo Hadley po mnie podjedzie.
Kelner jest garbaty. Ponieważ czuję się zmieszany,
wyjmuję z portfela kilka dolarów więcej. Przyniósł z
rachunkiem podłużne kawałki ananasa i ciasteczka z
wróżbą. Joellen patrzy na mnie wyczekująco, uświadamiam sobie, że powinienem wybrać ciastko.
- Najpierw ty - zarządzam.
Jak dziecko nurkuje w kałużę soku ananasowego, paznokciem otwiera ciasteczko niczym dłutem.
- „W twoim uśmiechu piękno jest i szczęście” - czyta, zadowolona z oceny. - A u ciebie co?
Przełamuję ciasteczko na pół.
- „Za każdym rogiem czeka cię sukces” - kłamię.
W rzeczywistości jest tam jakiś idiotyzm na temat gości z daleka.
Gdy wychodzimy z restauracji, Joellen bierze mnie
pod rękę.
- Szczęściarz z tego Edwina - oświadczam.
99
- Ja mówię o nim Eddie. - I zaraz dodaje: - Naprawdę tak myślisz?
Koniecznie chce mnie odwieźć do Stow. Podkreśla, że
pewnie ostatni raz widzi mnie jako panna, z tym nie mogę się sprzeczać. Mniej więcej w połowie drogi, w Maynard, zatrzymuje wóz na parkingu przy kościele, typowym dla Nowej Anglii budynku o ścianach obitych poziomo ułożonymi listwami, pomalowanymi na biało, z
kolumnami oraz wieżyczką, wszystko jak należy. Joellen
odsuwa swój fotel maksymalnie do tyłu, zamyka dach.
Mam nieodparte wrażenie, że muszę wysiąść. Nerwowo otwieram schowek na rękawiczki, przerzucam
zawartość. Mapa stanu Maine, szminka, dwie linijki, manometr i trzy kondomy.
- Dlaczego się zatrzymałaś?
- O rany, Sam, przecież jadę i jadę. Wolno mi chwilę
odpocząć?
- Mogę ja poprowadzić. Zamienimy się miejscami i
poprowadzę. I tak będziesz musiała wracać.
Dłoń Joellen wędruje po desce rozdzielczej niczym
krab, osiada na moim udzie.
- Nigdzie mi się nie śpieszy.
Przeciąga się, specjalnie wygina ciało, żebra unoszą
się w górę, piersi rozpłaszczają o bluzę.
- Zrozum, nie mogę - mówię.
- Czego? - pyta Joellen. - Sama nie wiem, co my
właściwie robimy.
Rozluźnia mi krawat, odpina guziki koszuli. Wysuwa
krawat spod zapiętego na bokach kołnierzyka, owija go
sobie wokół dłoni jak sznur, przekłada mi nad głową aż
na kark. Przyciąga mnie do siebie, całuje.
100
Boże drogi, ależ ona całuje!
- Jesteś zaręczona - protestuję, a kiedy moje wargi
się poruszają, jej usta, przyciśnięte do nich, podążają za
nimi jak echo.
- Ale nie zamężna.
Zdumiewająco zwinnie przekłada nogę nad dźwignią
zmiany biegów, siada na moich kolanach twarzą do
mnie.
Jeszcze moment i stracę opanowanie. Staram się jej
nie dotykać. Zaciskam palce na jakichś plastikowych
elementach pasa bezpieczeństwa, ale ona bierze mnie za
ręce i podnosi je do piersi.
- Coś ty taki drętwy? Nie poznajesz mnie czy jak?
Drętwy. Słowo zamiera szronem na szybie. Może to
moralność, a może skretynienie? W uszach mi huczy, a
ona się o mnie ociera. Wsuwa dłoń w moje szorty, czuję
jej paznokcie.
Ten szum w uszach, to słowo „drętwy”, w głowie mi
się kręci, w pewnej chwili uświadamiam sobie, że nie
odpowiadam za własne czyny, bo moje dłonie same
chwytają Joellen, czuję smak jej sutków, ona się na mnie
zamyka, przytrzymuje mnie w środku. Pamiętasz, jak
byliśmy razem, kochany, wtedy, na tamtej łące, mieliśmy
po piętnaście lat, całe życie na nas czekało jak skrzynia
pełna skarbów, z miłością szeptało się w ucho dziewczyny. Pamiętasz jak łatwo było powiedzieć: „na zawsze”?
Po wszystkim Joellen ma rozpuszczone włosy, ubrania leżą rozrzucone dookoła. Podaje mi swoje majtki,
żebym się wytarł, uśmiecha się i mruży oczy, wracając
na fotel kierowcy.
- Miło było cię znowu spotkać, Sam - mówi, chociaż
jesteśmy piętnaście kilometrów od mojego domu.
101
Wkłada bluzę, ale stanik zostawia na tylnym siedzeniu, między przyborami szkolnymi. Chce prowadzić naga
od pasa w dół, stwierdza, że nikt prócz mnie tego nie
zobaczy. Potem prosi o mój podkoszulek, który wylądował na podłodze, chce na nim usiąść, żeby nie poplamić
czerwonego aksamitu.
Gdy zatrzymujemy się na moim podjeździe, nie całuję
jej na pożegnanie. Nawet się nie odzywam, po prostu
wysiadam.
- Mogę zatrzymać koszulkę? - pyta Joellen, a ja nie
odpowiadam.
Nie zamierzam jej życzyć pięknego ślubu, spodziewam się, że spadnie na mnie grom z jasnego nieba. Na
litość boską, przecież byliśmy na kościelnym parkingu.
Gdy wchodzę do Wielkiego Domu, Hadley i Joley
siedzą w kuchni, grają w kierki. Żaden z nich nie podnosi
wzroku, gdy rzucam krawat na podłogę. Ściągam koszulę, ciskam ją, aż sunie po linoleum.
- To jak tam? - odzywa się Hadley z szerokim
uśmiechem. - Dała ci?
- Weź ty się, kurna, zamknij - rzucam i idę na górę.
Pod prysznicem zużywam całą kostkę mydła i gorącą
wodę do ostatniej kropli. Mimo to wiem, że minie ładnych parę dni, zanim znowu będę się czuł czysty.
14.
JANE
Otwiera się przed nami jak piekielna otchłań - ogniście czerwonymi, złotymi oraz pomarańczowymi warstwami skał. Jest tak wielki, że człowiek przesuwa spojrzeniem od lewej do prawej i wątpi, czy ziemia zdoła się
kiedykolwiek połączyć na nowo. Widziałam go z samolotu, lecz z wysoka przypominał odcisk kciuka na szybie.
Cały czas mam wrażenie, że za moment zjawi się ktoś,
kto zabierze namalowane tło. „To wszystko, dziękujemy,
mogą państwo iść do domu”. Nic podobnego jednak się
nie dzieje.
W punkcie widokowym przy drodze ciągnącej się
wzdłuż Wielkiego Kanionu parkuje sporo aut. W popołudniowym świetle strzelają lampy błyskowe, matki odciągają dzieci od barierki ochronnej. Rebeka siedzi na
samej balustradzie. Dłonie ma po obu stronach bioder,
jak klamrę.
- Wielki - mówi, gdy wyczuwa mnie za plecami. Chętnie bym tam zeszła.
Wobec tego szukamy informacji o wycieczce na
osiołku, takiej, gdzie człowiekowi robią zdjęcie, które po
powrocie do domu ustawia się w salonie. Okazuje się, że
ostatnia tura już poszła, co niespecjalnie mnie wzrusza,
103
ponieważ nie bardzo mnie pociąga jazda na ośle. Z drugiej strony, zgadzam się z Rebeką: trudno z tego miejsca
ogarnąć wąwóz. Człowiek chciałby najpierw przyjrzeć
mu się dokładniej, z bliska, jak fragmentom układanki, a
dopiero potem zastanowić się nad nim całym.
Uświadamiam sobie, że myślę o rzece, która stworzyła tę rzeźbę, o słońcu, malującym go soczystymi barwami. Zastanawiam się, ile milionów lat to trwało, a także o
tym, kto obudził się pewnego ranka, spojrzał i powiedział: „O, mamy kanion”.
- Mamo - odzywa się Rebeka, obojętna na piękno
przyrody. - Zaczynam być głodna.
U jej stóp kłębi się stadko drobnych japońskich dzieci,
wszystkie ubrane są w identyczne niebieskie mundurki
szkolne. Mają aparaty fotograficzne „dla małp”, połowa
grupy uwiecznia kanion, druga robi zdjęcia mojej córce.
Sięgam nad głowami dzieci, ściągam Rebekę z barierki. I tak zaczęłam się o nią denerwować.
- Niech będzie. Znajdziemy jakąś knajpkę.
Ruszam w stronę samochodu, ale jeszcze zawracam,
chcę spojrzeć ostatni raz. Ogromny. Anonimowy. Mogłabym skoczyć w tę przepaść, sturlać się po jej ścianach,
nikt by mnie nie znalazł.
Rebeka, z założonymi na piersiach rękami, czeka na
mnie w samochodzie.
- Śniadanie było dawno i małe. Trochę suszonej wołowiny u Hildy.
- Za to gratis - podkreślam.
Rebeka przewraca oczami. Głodna szybko się irytuje.
- Widziałaś po drodze reklamę jakiejś knajpki? - pytam.
104
- Nic nie widziałam. Tylko piasek.
Wzdycham, uruchamiam silnik.
- Lepiej się do tego przyzwyczaj. Słyszałam, że podróż przez Środkowy Zachód potrafi być paskudna.
- Możemy już jechać? - pyta skrzywiona Rebeka. Proszę.
Po kilku kilometrach mijamy niebieski metalowy znak
z napisem „Jake” i strzałką. Rebeka wzrusza ramionami,
co oznacza: „Dobra, skręcamy”.
- To powinna być knajpka, tak na mój gust - mówię.
Warto odnotować, że otoczenie Wielkiego Kanionu
jest zdecydowanie brzydkie. Teren płaski, piaszczysty,
zakurzony, jakby cały splendor okolicy wyssała główna
atrakcja. Można jechać, nawet autostradą, długie kilometry i nie napotkać żadnej roślinności, żadnego żywszego
koloru.
- Tutaj! - krzyczy Rebeka.
Wciskam hamulec. Zawracamy o sto osiemdziesiąt
stopni, skręcamy w boczną drogę, która w chmurze pyłu
prowadzi nas do jakiejś chałupy. Nie ma przy niej innych
samochodów, to w ogóle nie jest knajpka. Znajdujemy
się na lotnisku, w oddali widnieje samolocik, robi wrażenie porzuconego.
Do naszego wozu podchodzi mężczyzna o krótko
przyciętych jasnych włosach, w okularach.
- Cześć. Chcecie się przelecieć?
- Nie - odpowiada Rebeka szybko.
Obcy wyciąga do niej rękę przed moim nosem.
- Nazywam się Jake Pierzasty. Bóg mi świadkiem.
- Jedźmy - prosi Rebeka. - Tu nie ma knajpy.
- Latam nad kanionem - ciągnie Jake, jakbyśmy go
105
słuchały. - Taniej nie polecicie. Nigdzie nie zobaczycie
tego co tutaj. - Puszcza oko do Rebeki. - Pięćdziesiąt od
osoby.
- Jak długo? - pytam.
- Mamo... - skamle Rebeka. - Litości...
- Tak długo, jak trzeba - odpowiada Jake.
Wysiadam z samochodu. Rebeka przeklina i rozkłada
siedzenie. Samolot, widziany z daleka, wygląda, jakby
się toczył do przodu.
- Człowiek nie widział kanionu, jeśli go nie obejrzał
od środka. Sie nie wierzy własnym oczom.
To samo chodzi mi po głowie.
- Nie stać nas! - jęczy Rebeka.
Wtykam głowę przez okno.
- Nie musisz lecieć.
- Za nic w świecie nie wsiądę do tego samolotu.
- Rozumiem. Ale ja bym poleciała. - Przysuwam się
bliżej. - Na osiołkach nie pojedziemy, a uważam, że
przynajmniej jedna z nas powinna obejrzeć kanion z bliska. Pokonałyśmy kawał drogi, a sama rozumiesz, człowiek nie widział kanionu...
- ...jeśli go nie obejrzał od środka - kończy za mnie
Jake.
Uchyla nieistniejącego kapelusza. Rebeka wzdycha i
zaciska powieki.
- Spytaj go, czy ma coś do jedzenia.
Parę minut później moja córka macha do mnie, siedząc na masce samochodu, a Jake zabiera mnie swoją
cessną w przestworza. Trudno uwierzyć, że to urządzenie
faktycznie poleci, ma pordzewiałe śruby i szczerbate
śmigła. Panel kontrolny, element, który zawsze
106
utożsamiałam z mnóstwem błyskających światełek i gadżetów powiązanych z radarami, okazał się nie bardziej
skomplikowany niż deska rozdzielcza w moim wozie. A
przepustnica, dzięki której Jake odrywa samolot od ziemi, przypomina pokrętło od klimatyzacji.
W momencie startu uderzam głową w metalową ramę
maszyny. Dziwi mnie chropowatość lotu, podskakiwanie
w powietrzu, jakby w nim były wyboje.
Następnym razem wezmę aviomarin, postanawiam.
Jake coś do mnie mówi, ale nic nie słyszę, silnik go
zagłusza.
Z wnętrza plastikowego bąbla mam panoramiczny widok: drzewa, autostrada, Rebeka. Wszystko coraz mniejsze, coraz dalej. Patrzę, jak ziemia zostaje za nami i nagle
pod spodem otwiera się pustka.
Spadliśmy z klifu - ostatnia, paniczna myśl.
Ale nie, nie spadamy. Skręcamy w prawo i oglądam
ten przepiękny wąwóz w sposób niesłychany, widzę
krawędzie, strukturę, barwy; gdy patrzę z bliska, stają się
prawdziwe. Mijamy szmaragdowe jeziora, rosnące w
miarę jak zniżamy lot. Lecimy nad szczytami wyniesień i
wąskimi dolinami, między rzeźbionymi skałami. W pewnej chwili pojawia się zielona wioska, filigranowa półka,
poznaczona kropkami czerwonych dachów i prowizorycznie ogrodzonych farm. Łapię się na pragnieniu, by
pójść do tej wsi. Chcę wiedzieć, jak to jest żyć w cieniu
naturalnych murów.
Zawracamy zbyt wcześnie. Słońce obmywa nam twarze, muszę osłonić oczy. Oddycham głęboko, próbuję
osadzić w sobie tę zdumiewającą przestrzeń, gdzie brak
107
solidnego oparcia dla stóp, gdzie niegdyś płynęła woda.
Gdy w drodze powrotnej przelatujemy nad krawędzią i
znów pod nami przesuwa się zwykła, płaska ziemia, widzę Rebekę siedzącą na masce samochodu. Jake ląduje,
ja myślę o tym, jakie miasta, jakie rzeźby zaległy tysiące
kilometrów pod morzami.
15.
JOLEY
Kochana Jane,
sprzątałem w szafie na wasz przyjazd i wiesz, co znalazłem? Maszynę naśladującą szum fal, nadal sprawną.
Pamiętasz? Wystarczy podłączyć urządzenie do prądu.
Mama mi je kupiła, kiedy zacząłem mieć kłopoty ze snem.
Wtedy była to nowość, maszyna naśladująca odgłosy
natury. Sztucznie wytworzony dźwięk fal miał w naszym
domu zagłuszać odgłosy rozpadającej się rodziny.
Kiedy miałem dziewięć lat, a Ty trzynaście, kłótnie
stawały się coraz głośniejsze, w końcu drżał strych i księżyc spadał z nieba. „Ty szmato!”, krzyczał tata. „Ty
kurwo!”. Musiałaś mi przeliterować to słowo, a o znaczenie dowiedzieć się od niegrzecznych koleżanek w szkole. W poniedziałki i wtorki tata wracał do domu pijany,
oddech mu cuchnął jak gorzelnia. Otwierał drzwi z takim
rozmachem, że waliły w ścianę, ciężkim krokiem, od którego drżał sufit, czyli podłoga naszych sypialni, szedł do
kuchni. Kiedy się ma dziewięć lat i mieszka w pokoju o
ścianach ozdobionych sylwetkami smukłych statków, które poruszają się pod wpływem strachu lub oszołomienia
albo jednego i drugiego, człowiek jest gotów zrobić
109
wszystko, byle nie być samemu. Czekałem na właściwy
moment, gdy płacz mamy zagłuszał tupot moich stóp, i
uciekałem do Twojego pokoju, w którym wszystko było
miękkie, różowe i przesycone Tobą.
Czekałaś na mnie. Pozwalałaś mi wpełznąć pod kołdrę
i przytulałaś mnie, jeśli tego potrzebowałem. Czasami
zapalaliśmy światło i graliśmy w karty, kiedy indziej
opowiadaliśmy sobie historie o duchach albo śpiewaliśmy piosenki z reklam telewizyjnych, a czasem nie mieliśmy innego wyjścia i słuchaliśmy. Potem, gdy słyszeliśmy, jak mama wspina się po schodach i zamyka za sobą
drzwi sypialni, a zaraz później słychać było ciężkie kroki
ojca, zatykaliśmy uszy. Wymykaliśmy się z Twojego pokoju i na palcach skradaliśmy się na dół, by szukać tropów,
dowodów: stłuczonego wazonu czy śladów krwi - takie
odkrycia mogły zająć naszą uwagę jeszcze na jakiś czas.
Zwykle nie znajdowaliśmy nic, salon był taki jak zawsze,
miejsce, gdzie mogliśmy sobie wyobrażać, że jesteśmy
przeciętnymi, szczęśliwymi amerykańskimi dzieciakami.
Parę miesięcy później mama zastała mnie w Twoim
pokoju rano. Tak się zdarzyło, że spaliśmy dłużej niż ona.
Tacie nic nie powiedziała. Zaniosła mnie, całkiem nieprzytomnego, do mojego pokoju i powiedziała, że nie
wolno mi przychodzić do Ciebie nocą. Przy następnej
awanturze musiałem głośno płakać, żeby nie słyszeć, co
się dzieje. Tata wbiegł na piętro, szarpnięciem otworzył
drzwi. Zanim ogarnąłem ewentualne konsekwencje, ty
przecisnęłaś się pod jego ramieniem i mnie sobą zasłoniłaś. „Wyjdź, tatusiu”, powiedziałaś. „Dzisiaj sam nie
wiesz, co robisz”.
110
Następnego dnia mama kupiła tę maszynkę udającą
fale. W pewnym stopniu się sprawdziła, słyszałem znacznie mniej. Ale nie mogłem się do Ciebie przytulić, zwinąć
w kłębek ukryty w zapachu szamponu dla dzieci i talku.
Nie słuchałem kołysanki dla kangurka. Jedynym pocieszeniem była ściana dzieląca nasze pokoje: mogłem drapać w zaszyfrowany sposób, a Ty wiedziałaś, jak mi odpowiedzieć. Tyle tego miałem. Drapanie i szum fal, których nie było, każący mi wyrzucić z myśli głuche odgłosy
ciosów, kiedy tata bił mamę, a potem także Ciebie.
Pojedźcie drogą numer osiemdziesiąt dziewięć do Salt
Lake City. Jest tam woda, której nie widać. Ucałuj ode
mnie Rebekę, oczywiście.
Joley
16.
REBEKA
25 lipca 1990
Widząc swoje odbicie w oknie ciężarówki, pojmuję,
dlaczego nikt się nie zatrzymywał. Tkwię na deszczu od
trzech godzin, a nie dotarłam jeszcze nawet do autostrady. Włosy mam przylepione do głowy, moja twarz przypomina jajko na miękko. Na rękach i nogach mam plamy
błota, przypominające jakieś ludowe wzory. Nie wyglądam jak autostopowiczka, tylko jak weteran z Wietnamu.
- Dzięki Bogu - szepczę do siebie.
Spomiędzy zębów wydostaje mi się sinawa chmurka.
Massachusetts to nie Kalifornia. Może jest z dziesięć
stopni ciepła, chociaż to lipiec i słońce dopiero co zaszło.
Nie unikam ciężarówek, tego się nauczyłam w czasie
podróży przez cały kraj. Kierowcy nie są źli, pozory mylą, na przykład jak w wypadku tak zwanego szkolnego
twardziela, który nigdy nie uderzy pierwszy. Człowiek w
szoferce tej ciężarówki jest ogolony na łyso i ma wytatuowanego węża, spełzającego z czubka głowy na kark.
Uśmiecham się do niego.
112
- Chcę się dostać do New Hampshire.
Kierowca gapi się na mnie z głupim wyrazem twarzy,
jakbym wymieniła nazwę, której w życiu nie słyszał. W
końcu coś mówi, ale nie do mnie. Raptem spostrzegam
pasażera. Nie potrafię określić, czy to chłopak, czy
dziewczyna, widzę jedynie, że właśnie się budzi. Przeczesuje włosy dłonią - teraz widzę, to chłopak - i pociąga
nosem, żeby go przeczyścić. Znowu się trzęsę, już wiem,
że tu nie ma dla mnie miejsca.
- Słuchaj no - odzywa się do mnie kierowca. - Nie
dałaś dyla z domu?
- Nie dałam.
- I żeby było jasne. - Mierzy mnie spojrzeniem spod
zmrużonych powiek. - Małolatów nie bierzemy.
- Małolatów? Mam osiemnaście lat. Tylko nie wyglądam. Jestem cztery godziny w drodze.
Chłopak na siedzeniu pasażera ma na sobie koszulkę
White Snake z obciętymi rękawami. Odwraca się do
mnie, uśmiecha szeroko. Brakuje mu dwóch zębów na
przedzie.
- Osiemnaście? He, he!
Pierwszy raz w życiu doświadczam, jak to jest być
rozbieranym wzrokiem. Zakładam ręce na piersiach.
- Ej, Spud - zwraca się chłopak do mężczyzny za
kierownicą. - Niech jedzie z tyłu. Świeże mięsko do mięska!
Obaj wybuchnęli śmiechem.
- Z tyłu?
Chłopak pokazuje kciukiem.
- Trzeba podnieść klapę. Tylko ją porządnie zamknij
od środka.
113
Mówiąc do mnie, wychyla się przez okno, czuję w jego oddechu czekoladę.
- Niedługo się zatrzymamy na odpoczynek. Rozumiesz, panna, całkiem niedługo.
Przybija z kierowcą wysoką piątkę, podkręca szybę.
Ciężarówka jest biała, nieoznaczona, więc nie wiem,
jakiej zawartości się spodziewać. Muszę najpierw sięgnąć nad stalową ramą i zwolnić zamek, potem schylić
się i pociągnąć za klamkę. Wiem, że się śpieszą, więc jak
najprędzej włażę do środka i pociągam klapę za sznurek,
który ktoś przyczepił do wewnętrznej wyściółki.
Nie ma okien. Panują smoliste ciemności i lodowate
zimno. Macam dookoła jak ślepa, wyczuwam pod palcami kurczaki w plastikowych torebkach, steki z kością.
Ciężarówka rusza. Przez ścianę z surowego mięsa słyszę
chłopaka śpiewającego razem z taśmą Guns N' Roses.
Zamarznę na śmierć, myślę.
Przeraża mnie to bardziej niż samotna wędrówka nocą. Za dwie godziny, gdy otworzą klapę, będę sinym embrionem.
Myśl, nakazuję sobie stanowczo.
Myśl.
Jak, na litość boską, żyją Eskimosi?
Wreszcie sobie przypominam. Dawno temu, w piątej
klasie podstawówki, uczyliśmy się o Inukach. Zapytałam
wtedy panią Cleary, dlaczego nie marzną w domach zbudowanych z lodu.
- Cóż, palą ogniska - odpowiedziała nauczycielka.
Poza tym, choć trudno to sobie wyobrazić, igloo jest
prawdziwym domem. Dziwnym, ale wspaniałym. Zatrzymuje ciepło ludzkiego ciała.
114
Miejsca mam niewiele, jednak daję sobie radę. Kucam, bo boję się stanąć w jadącej ciężarówce. Paczka po
paczce przekładam mięso spod ścianki, zostawiając niewielką przestrzeń, w sam raz dla mnie. Idzie łatwiej i
szybciej, gdy oczy mi przywykają do ciemności. Orientuję się, że jeśli poprzekładam kurczęta polędwicą, jest
szansa, że całość nie zwali mi się na głowę.
- E, panna! Co ty tam kombinujesz? - słyszę. - Szykujesz się dla mnie?
- Earl - odezwał się szorstki głos kierowcy - zamknij
paszczękę albo cię tam wrzucę, żebyś ochłonął.
Kulę się na niewielkiej przestrzeni, obejmuję ciasno
ramionami.
Niedługo będzie mnie obejmował kto inny, myślę.
Wcale nie mam pewności, czy faktycznie jest mi cieplej, ale przynajmniej tak mi się wydaje, a to już naprawdę coś.
Wszystko przez nią. To ona przekonała Sama, żeby
wyrzucił Hadleya, bo przecież inaczej Hadley by nie odszedł. Wszystko się układało i Sam był z niego zadowolony, nie było żadnych problemów. Wszystko przez matkę. Chce dyrygować całym światem i na dodatek jest
przekonana, że ma do tego prawo.
Ona może biegać i chichotać z Samem jak ostatnia
idiotka, tak? A kiedy ja się zakochałam, prawdziwie i na
poważnie, to koniec świata! Między mną i Hadleyem
naprawdę coś jest. Wiem, co mówię. W szkole chodziłam
z różnymi chłopakami. Czasem tydzień, czasem dłużej.
Teraz to coś zupełnie innego. Hadley opowiedział mi, jak
jego tata umarł przy pracy, na jego oczach. I o tym, jak
omal się nie utopił w zamarzniętym stawie. Powiedział
115
mi też, jak raz ukradł paczkę ciastek z Walmartu i nie
mógł spać, póki jej nie oddał. Czasami, opowiadając mi o
sobie, płakał. I powiedział, że jestem jedyna i wyjątkowa.
Pobierzemy się. Chyba w Missisipi albo gdzieś, nie
pamiętam, można legalnie wziąć ślub w wieku piętnastu
lat. Zamieszkamy na własnej farmie. Będziemy hodowali
truskawki i fasolę, pomidorki koktajlowe i pewnie jabłka,
ale na pewno nie będzie ani grama rabarbaru. Urodzę
pięcioro dzieci i mogą wszystkie wyglądać jak Hadley,
nie ma sprawy, bylebym tylko miała dla siebie jedną
dziewczynkę. Zawsze chciałam mieć kogoś do mnie podobnego.
Zaproszę ojca na weekend - matka się wścieknie. A
kiedy przyjedzie z Samem w gości, wcale ich nie wpuścimy. Poszczujemy ich dobermanami, wytresowanymi,
żeby rozpoznawać ich zapach. A jak stanie przed samochodem i będzie nas głośno przepraszała, włączymy zewnętrzne głośniki stereo i zagłuszymy ją balladami Tracy
Chapman, grupy Buffalo Springfield albo innych ulubionych wykonawców Hadleya.
Przyszedł do mnie, zanim wyjechał. Wślizgnął się do
mojego pokoju i przycisnął mi rękę do ust, zanim zdążyłam się odezwać. Powiedział, że musi wyjechać. Potem
ściągnął buty i wszedł pod kołdrę. Wsunął ręce pod moją
koszulę nocną. Powiedziałam mu, że ma zimne dłonie,
ale tylko się zaśmiał i przycisnął je do mojego brzucha.
- Nie rozumiem - szepnął. - Pracuję u Sama ponad
piętnaście lat. Jest mi bliższy niż rodzony brat. Czuję się
tutaj bardziej u siebie niż w domu.
Wydało mi się, że płacze. Nie chciałam tego widzieć,
więc nie odwróciłam się do niego twarzą.
116
- Wrócę po ciebie - powiedział. - Na pewno. W życiu nie spotkałem kogoś takiego jak ty.
To były, moim zdaniem, najwłaściwsze słowa.
Nie zamierzałam siedzieć i czekać na niego, przyglądając się, jak matka z Samem w kuchni wyjmują z jabłek
ogryzki albo jak ona jemu masuje stopy po kolacji. Nie
miałam najmniejszego zamiaru udawać, że nic się nie
stało. Najwyraźniej wcale jej na mnie nie zależy, bo w
przeciwnym razie nie wyrzuciłaby Hadleya.
Kiedyś powiedziałam Hadleyowi: „Wiesz, prawie
mógłbyś być moim ojcem”. Dziesięć lat to jednak spora
różnica wieku. Jego zdaniem, nie jestem zwykłą piętnastolatką. Piętnastolatki w Stow czytają magazyny dla
małolatów, takie jak „Tiger Beat”, i jeżdżą do Bostonu
zobaczyć przybyłe gościnnie gwiazdki z oper mydlanych.
Uświadomiłam mu, że Stow jest jakieś trzy lata do tyłu,
bo w San Diego robią to dwunastolatki.
- Może te dzieciaki faktycznie mają po dwanaście lat
- zastanowił się Hadley.
Wierzę w miłość. Moim zdaniem, uderza w człowieka
jak grom z jasnego nieba i zbija go z nóg, zajmuje
wszystkie myśli w każdej minucie dnia i nocy. Kiedy
jestem blisko Hadleya, oddycham szybciej. Nogi mi drżą.
Gdybym mocno potarła oczy, zobaczyłabym pod powiekami jego postać. Byliśmy razem cały okrągły tydzień.
Nie zrobiliśmy tego. Bardzo mało brakowało... tamtego razu na słomie, na końskich derkach. On mnie powstrzymał, on mnie odpychał, ciekawe, nie? Myślałam,
że chłopaki chcą wyłącznie seksu... między innymi dlatego oszalałam na jego punkcie.
117
- Naprawdę chcesz tak natychmiast wydorośleć? spytał.
Matka wprowadziła mnie w sprawy seksu, gdy miałam cztery lata.
- Kiedy mężczyzna i kobieta bardzo się kochają... zaczęła. Umilkła i po chwili się poprawiła: - Kiedy mężczyzna i kobieta są małżeństwem i bardzo się kochają...
Moim zdaniem, nie zauważyła, że zwróciłam uwagę
na to potknięcie. Teoretycznie mam nie uprawiać seksu
do ślubu, ale myślę, że to bez sensu. Po pierwsze, większość dziewczyn w gimnazjum zdążyła to zrobić przed
końcem szkoły i mało która zaszła w ciążę, w końcu nie
jesteśmy głupie. A po drugie, przecież małżeństwo nie
jest sensem życia. Można wyjść za mąż, jasne, ale to niekoniecznie musi się łączyć z miłością.
Chyba zasnęłam na jakiś czas w tym mięsnym igloo.
Budzę się i nie mam pewności, czy mrugnęłam, czy
przez otwieraną klapę wpadła smuga światła. Tak czy
inaczej, wrażenie znika bardzo szybko i kilka sekund za
późno orientuję się, że nie jedziemy.
Jest tu ten chłopak, przewraca ścianę mrożonek z siłą
superbohatera. W ciemnościach zęby ma niebieskie jak
błyskawica. Widzę jego żebra.
- Coś cicho siedzisz - mówi, odsłaniając moją kryjówkę.
Nie jestem tak przestraszona, jak powinnam. Rozważam, czyby nie udać martwej, ale nie mam pewności, czy
to go powstrzyma.
- Zabawimy się. Najpierw ja. - Ściąga do końca koszulkę, jego skóra lśni.
- Gdzie jesteśmy?
118
Oby na parkingu jakiegoś McDonalda, jeśli zacznę
krzyczeć, może mnie ktoś usłyszy.
- Jak będziesz naprawdę dobra, pozwolę ci zerknąć. Zastanawia się moment nad swoimi słowami, potem wybucha śmiechem i zbliża się o krok. - Naprawdę dobra.
Poważnie. - Szturcha mnie w ramię. - Twoja kolej, panna.
Ściągaj szmaty.
Zbieram jak najwięcej śliny i pluję mu na klatkę piersiową.
- Świnia - cedzę przez zęby.
Mam przewagę, bo jemu jeszcze wzrok nie przywykł
do ciemności. W czasie gdy on usiłuje dociec, co właściwie zrobiłam, przepycham się obok niego i wyciągam
ręce do klapy. Chwyta mnie za włosy, zaciska rękę na
gardle i przyszpila do lodowatej ściany chłodni. Wolną
ręką łapie mnie za nadgarstek i przyciska moją dłoń do
swojego krocza. Czuję przez dżinsy wyraźne drgnienie.
Podrywam kolano i z zadziwiającą siłą kopię go w
nabiał. Chłopak zatacza się do tyłu, między brojlery i
steki, ręce przyciska do pachwin.
- Popierdoliło cię! - wyje.
Odrzucam klapę i wpadam do restauracji szybkiej obsługi.
Chowam się w najbezpieczniejszym miejscu, w damskiej toalecie. Zamykam się w kabinie, kucam na sedesie.
Liczę do pięciuset, ignoruję szarpanie za drzwi, gdy ktoś
sprawdza, czy zajęte. Nigdy więcej nie pojadę z mężczyznami, postanawiam. Nie dam rady.
W końcu uznaję, że niebezpieczeństwo minęło, wychodzę z kabiny i staję przed umywalką. Ciepłym
119
przemysłowym mydłem zmywam błoto z rąk i nóg, szoruję twarz, potem wsadzam głowę pod dmuchawę, suszę
włosy. Między kosmykami grzechoczą sople lodu. Gdy
wyglądam zza drzwi łazienki, do środka wchodzi jakaś
starsza pani. Ma na sobie zieloną wełnianą garsonkę,
kapelusz, a na szyi sznurek pereł.
Nie ma ich. Przesuwam wzrokiem po ścianach restauracji, chcę się zorientować, gdzie jestem, takie przydrożne jadłodajnie wszędzie wyglądają identycznie. Pracownik miesiąca: Vera Cruces. Serwujemy chudą wołowinę,
pieczoną, a nie smażoną. Starsza pani wychodzi z łazienki.
- Proszę pani - zaczepiam ją. - Potrzebuję pomocy...
Obrzuca spojrzeniem moje ubranie, ocenia, czy się do
mnie odezwać. Sięga do portmonetki.
- Nie, nie, dziękuję - protestuję. - Nie chcę pieniędzy. Usiłuję się dostać do New Hampshire. Moja mama
tam mieszka, jest chora. Z internatu wyjechałam z chłopakiem, ale się pokłóciliśmy i mnie tu zostawił.
Odwracam się, łapię urywany oddech, udaję szloch.
- Gdzie chodzisz do szkoły, dziecko? - pyta kobieta.
Jestem zakłopotana. Znam tylko gimnazja w Kalifornii.
- W Bostonie - odpowiadam z uśmiechem.
Żeby odwrócić jej uwagę od tematu, chwieję się lekko
i opieram o ścianę. Nieznajoma wyciąga rękę, chce mnie
podtrzymać, ujmuję jej ciepłą, szczupłą dłoń.
- Przepraszam. Niezbyt dobrze się czuję.
- Widzę, dziecko, widzę. Zawiozę cię do Laconii,
tam spróbujemy cię wsadzić w autobus.
120
Rzeczywiście czuję się nieszczególnie. Właściwie nie
udawałam, kiedy się zachwiałam. Oczy mnie strasznie
pieką, w ustach mam smak krwi. Gdy kobieta, która
przedstawiła się jako pani Phipps, w drodze do samochodu podaje mi ramię, wspieram się na nim z niekłamaną
wdzięcznością. Kładę się na tylnym siedzeniu, przykryta
żakietem od Diora, i zasypiam.
Kiedy się budzę, pani Phipps zerka na mnie w lusterku
wstecznym.
- Witaj, dziecko. Już po dziesiątej. - Uśmiecha się,
przypomina mi drobnego ptaszka, strzyżyka. - Lepiej się
czujesz?
- Doprawdy bajecznie - odpowiadam.
Usłyszałam to określenie w jakimś starym filmie i od
tamtej pory zawsze chciałam go użyć.
- Chyba masz gorączkę - mówi pani Phipps bez nacisku. - Czerwona jesteś jak burak.
Siadam, patrzę w lusterko. Ma rację.
- Jak tak na ciebie patrzę - ciągnie - to mi wyglądasz
na dziewczynkę z Windsoru, nie mylę się, prawda?
Nie mam pojęcia, jak wygląda dziewczynka z Windsoru.
- Pewnie - odpowiadam z uśmiechem.
- Chodziłam do szkoły panny Porter. Oczywiście już
dawno.
Podjeżdża do niewielkiego centrum handlowego z
dziwaczną budką pośrodku.
- Oto Laconia - stwierdza. - Przespałaś całą drogę.
Gdzie dokładnie mieszka twoja mama?
Przez chwilę gapię się na nią, nic nie rozumiejąc,
wreszcie sobie przypominam, co powiedziałam.
121
- W Carroll w White Mountains.
Pani Phipps kiwa głową i każe mi zostać w samochodzie. Wraca z biletem autobusowym oraz sztywnym
banknotem dziesięciodolarowym w ręku.
- Weź, dziecko. Na wypadek gdybyś czegoś potrzebowała w drodze.
Gdy wysiadam z auta, poklepuje mnie jak kota i
udziela rad na drogę. Twarz ma pomarszczoną niczym
suszona śliwka. Życzy mi powodzenia, wsiada do swojej
toyoty i odjeżdża, machając na pożegnanie. Przygnębia
mnie ten widok. Jest mi przykro, że skłamałam i że ta
przemiła staruszka będzie jechała sama przez noc, tą samą drogą, co zboczeńcy w ciężarówkach.
Dom Hadleya, zgodnie z informacjami z książki telefonicznej, znajduje się przy 114 Sandcastle Lane. Jest to
zwykły podłużny budynek w kolorze awokado wyglądający, jakby go tornado porzuciło u stóp ogromnej góry.
Ta góra to podwórko Hadleya; jeżeli się stanie odrobinę
za blisko, ma się wrażenie, że dom został oparty o skalną
ścianę. Nie ma dzwonka, jedynie kołatka w kształcie
żaby. Wiem, że otworzy Hadley, przecież pokonałam
szmat drogi.
Najpierw widzę jego oczy, miękkie i brązowe jak
ziemia, w kolorze burzy. Na mój widok się rozszerzają.
- Skąd ty tutaj? - pyta radośnie.
Szerokim gestem otwiera siatkowe drzwi, wychodzi
na ganek. Oto staje przede mną obiekt mojej miłości.
Obejmuje mnie i podnosi.
- Zaskoczony?
122
- Jak diabli! - Dotyka mojej twarzy opuszkami palców. - Nie wierzę własnym oczom. - Wyciąga szyję,
spogląda między filarami ganku. - Z kim przyjechałaś?
- Sama. Uciekłam.
- Chyba żartujesz. - Siada na pordzewiałym żelaznym stołku. - Nie możesz tu zostać. Jak sądzisz, gdzie
najpierw będą cię szukać?
Ma rację. Chwieję się jak od ciosu, dociera do mnie,
że cały mój wysiłek pójdzie na marne.
- Po drodze jeden debil chciał mnie zgwałcić - mówię i zaczynam płakać. - I chyba jestem chora i nie chcę
być u Sama bez ciebie. - Z nosa mi cieknie, ocieram go
rękawem. - Nie chcesz mnie tutaj?
- Ciii... - Przyciąga mnie bliżej, staję między jego
nogami. Krzyżuje za mną kostki. - Chcę, żebyś tu była. Całuje mnie w usta, w oczy, w czoło. - Jesteś rozpalona.
Co się stało?
Opowiadam całą historię, calutką. Raz wali pięścią we
framugę, raz się śmieje.
- Trzeba cię stąd zabrać - decyduje. - Sam będzie cię
tutaj szukał.
Każe mi zaczekać, znika za drzwiami. W kącie okna
widzę telewizor, idzie „Strefa mroku”. Nad otomaną wystają mechate różowe kapcie, widzę też fragment kraciastej pikowanej podomki.
- Kto to? - słyszę.
Hadley wraca z dwoma kocami, bochenkiem chleba,
plastikowym kubkiem oraz trzema puszkami z gotowym
makaronem. Wrzuca wszystko do plecaka.
Powiedziałem matce, że przyszedł kolega i razem
skoczymy do baru. Nie będzie się martwiła, a jakby ją
ktoś pytał, nic nie powie.
123
Bierze mnie za rękę i prowadzi na podwórko, stawia
przed górą.
- Tędy - mówi.
Wsuwa moją stopę w szczelinę, pokazuje mi, co robić.
W zasadzie nie tak trudno wejść na Zdradziecką Górę.
Pnie się tarasami, mniej więcej po trzech metrach wspinaczki człowiek natrafia na płaski teren i tak aż do szczytu. Z powietrza na pewno przypomina egipskie piramidy.
Hadley niesie plecak i idzie za mną, na wypadek gdybym
spadła. Jestem dumna, że daję sobie radę. Wspinamy się
mniej więcej godzinę, księżyc oświetla nam drogę.
Hadley prowadzi mnie na polankę otoczoną sosnami.
Obchodzimy ją dookoła, po północnej stronie przytrzymuje mnie w pasie. Stoimy na skraju pionowego urwiska. W dole, pewnie ze trzydzieści metrów niżej, leniwie
płynie rzeka.
Podczas gdy Hadley szykuje obozowisko, ja siedzę na
krawędzi klifu, machając nogami. Nie boję się wysokości, wysokość mnie fascynuje. Rzucam w dół kamyki i
gałązki, stopniowo coraz większe, słucham, jak długo
spadają, zanim uderzą o skały.
- Kolacja! - woła Hadley, więc wracam na polankę.
Jeden koc rozłożył na grubej warstwie sosnowych
igieł, tworzących zaskakująco miękki materac. Pośrodku
stoi świeca (nie widziałam jej wcześniej, pewnie miał w
kieszeni) i puszka ravioli.
- Zapomniałem o sztućcach.
Karmi mnie palcami. Chłodne pierożki mają metaliczny posmak, są bezdyskusyjnie zachwycające. \Obiecaj mi, że jak wstaniesz w nocy na siusiu, nie
pójdziesz na urwisko.
124
Rozciera mi ramiona pokryte gęsią skórką. Szczękam
zębami.
- Nie ruszę się od ciebie na krok - zapewniam. - Poważnie.
- Ciii...
Przygląda mi się, jakby miał przechodzić test sprawdzający, czy pamięta kształt moich ust, kolor oczu.
- Nikt cię nie zna tak dobrze jak ja - mówi. - Oni nie
wiedzą, jak to jest. - Kładzie się na brzuchu, opiera policzek na moim udzie. - Plan mamy taki: zostaniemy tu na
noc, a rano wsiadamy do trucka i jedziemy z powrotem
do Stow. Porozmawiasz z mamą. Będzie bardziej skłonna
do słuchania, jeśli wrócimy z własnej woli. Myślę, że się
uda.
- Nie wracam tam - oznajmiam. - Nie wolno jej było
tak zrobić.
- Rebeko, daj spokój, nikt nie jest nieomylny. Masz
do niej pretensje? A gdyby twoja córka spotykała się z
facetem dziesięć lat starszym? Też byś się o nią martwiła, prawda?
W jego włosach tańczą promienie księżyca.
- Z kim ty właściwie trzymasz? - rzucam oskarżycielsko, ale on całuje mnie w kolano, w to łaskotliwe
miejsce. Nie mogę się gniewać naprawdę.
Kładę się obok niego, zamyka mnie w objęciach i po raz
pierwszy od wielu godzin robi mi się ciepło. Hadley
zdejmuje kurtkę, niezdarnie utyka mi ją przy ramionach,
w pewnej chwili zderzamy się czołami, oboje wybuchamy
śmiechem. Gdy mnie całuje, myślę o zapachu prasy cydrowej i o tym, jak czuć lato, kiedy wiadomo, że jego
koniec jest bliski.
125
Rozpinam mu koszulę, flanelową, i przytulam ją do
siebie. Hadley ma na piersiach włosy w niespotykanym
rudawym odcieniu. Są skręcone w spiralki, przypominające rysunki na mapach nautycznych ojca. Pocieram je,
zagarniam palcami w przeciwną stronę, w efekcie stają
sztorcem. Hadley mi śpiewa.
Wkrótce docieramy do punktu, w którym bywaliśmy
wcześniej, całkiem nadzy. Jeśli Hadley rozcapierzy palce, przykrywa mi dłońmi prawie cały kręgosłup.
- Proszę cię, nie chcę już dłużej być dzieckiem.
Uśmiecha się. Odsuwa mi włosy z czoła.
- Nie jesteś.
Całuje moją szyję, piersi, brzuch i biodra, a potem
tam, w dole.
- Co robisz? - szepczę, chociaż właściwie mówię do
siebie.
Coś kiełkuje, rodzi się energia, która zbiera mi krew z
palców i otwiera nieznane. Wczepiam się we włosy Hadleya, wbijam mu paznokcie w barki. Boję się, że już nigdy więcej nie zobaczę jego twarzy. W końcu jednak
przesuwa się po moim ciele w górę i poruszamy się jak
żagiel, jak sam wiatr. Całuje mnie w usta, mocno, namiętnie. Dziwne, smakuje oceanem.
Zasnęliśmy, więc ich nie usłyszeliśmy. W ostrym
świetle poranka stoją nad nami we trzech: strażnik z parku, Sam i mój ojciec.
- O rany - mówi Sam.
Hadley zrywa się na równe nogi. Ma na sobie bokserki. Wkładam jego koszulę, nogi owijam kocem. Niezbyt
dobrze widzę, pieką mnie oczy.
126
- Hadley - odzywam się nieswoim głosem. - To jest
mój tata.
Niepewny, co robić, Hadley wyciąga dłoń. Ojciec nie
podaje mu ręki. Zdumiewa mnie jego obecność w tym
miejscu. W dodatku jest ubrany w spodnie od garnituru,
koszulkę polo i brązowe pantofle. Jakim cudem wdrapał
się tutaj na takich podeszwach?
Głowa pęka mi z bólu, więc się z powrotem kładę.
Strażnik, jedyna osoba, która zwraca na mnie uwagę,
przyklęka i pyta, czy dobrze się czuję.
- Szczerze mówiąc, to właściwie nie wiem.
Staram się usiąść z jego pomocą, ale w uszach i za
oczami pojawia się ostry ból. Hadley też przyklęka. Prosi
strażnika, żeby mnie zabrał na polanę, z dala od wszystkich.
- Łapy przy sobie! - odzywa się mój ojciec ostrym
tonem. - Nie waż się jej tknąć.
Sam mówi Hadleyowi, że tak będzie lepiej.
- Taki z ciebie mądrala?! - krzyczy Hadley na Sama.
Mam ogromne kłopoty z koncentracją. Słyszę słowa
dopiero po kilku sekundach. Słońce kąpie się między
twarzami mężczyzn, wybielając je, niczym na prześwietlonych zdjęciach. Bardzo się staram skupić na oczach
Sama, najjaśniejszym kolorze w zasięgu mojego wzroku.
Przy nim ojciec wydaje się mały i dwuwymiarowy, jak
figurka z papieru.
- Rebeko. - Głos ojca dociera do mnie z drugiego
końca tunelu. - Nic ci nie jest? Czy on cię skrzywdził?
- Na pewno jej nie skrzywdził. - Sam pochyla się nade mną, twarz ma zniekształconą jak odbicie w krzywym
zwierciadle. - Możesz wstać?
Kręcę przecząco głową.
127
Hadley, niepomny słów mojego ojca, których zresztą
już nie pamiętam, obejmuje mnie za ramiona. Przysuwa
twarz tak blisko, że mogę czytać mu w myślach. Myśli:
„Kocham cię. Pamiętaj o tym”.
- Posłuchajcie mnie - mówię, ale nikt mnie nie słyszy.
- Przyjechała do mnie - wyjaśnia Hadley. - Autostopem. Zamierzaliśmy dziś wrócić do ciebie, wszystko
wyjaśnić.
- Mówi zbyt głośno.
- Hadley - odzywa się Sam. - Najlepiej będzie, jeśli
Rebeka pójdzie z nami - mówi powoli. - A ty na razie
zostań tutaj.
- Posłuchajcie mnie - powtarzam, jednak wszyscy
mnie ignorują.
Przychodzi mi do głowy, że może w rzeczywistości
nic nie powiedziałam.
Hadley podnosi się i odchodzi od pozostałych. Ręce
opiera na biodrach. Kiedy się do nas odwraca, widać niebieskie żyły na jego skroniach. Patrzy na Sama.
- Znasz mnie. Od zawsze. W głowie mi się nie mieści... - Przenosi wzrok na mojego ojca. - W głowie mi się
nie mieści, że we mnie zwątpiłeś. Jesteś moim przyjacielem. Kocham cię jak brata. Nie kazałem jej tutaj przyjeżdżać. W życiu bym tego nie zrobił. Ale skoro już jest, nie
będę patrzył z założonymi rękami, jak ją zabieracie. Bo
widzisz, Sam - cofa się o krok - ja ją kocham.
Zbieram resztki sił, idę do Hadleya. Nie całkiem wyprostowana, ale i nie na czworakach. On zamyka mnie w
objęciach, przyciska moją twarz do piersi. Szepcze mi
coś do ucha, nic nie rozumiem.
128
- Zostaw ją, draniu! - warczy ojciec.
Sam kładzie mu rękę na ramieniu, ale on strząsa jego
dłoń i wrzeszczy pełnym głosem:
- Łapy precz od mojej córki!
- Oddaj nam ją - mówi spokojnie Sam.
- Proszę pana - odzywa się strażnik. Pierwsze słowa,
które słyszę wyraźnie.
- Nie - mówię cicho do Hadleya.
On klęka i ujmuje moją twarz w dłonie.
- Nie płacz, maleńka. Wyglądasz, jakbyś obierała
cebulę. Nos ci się robi czerwony...
Podnoszę na niego wzrok.
- Posłuchaj mnie, maleńka. Obiecałem, że po ciebie
wrócę, prawda? Twój ojciec przejechał za tobą szmat
drogi. Wracaj do domu. - Gardło mu się ściska, głos załamuje.
Przesuwam palcem po jabłku Adama.
- Powinnaś iść do lekarza. Wróć z Samem, wyzdrowiej, a ja po ciebie przyjadę. Wszystko się ułoży, zobaczysz. Jedź z nimi.
- Oddaj nam ją - mówi Sam.
Wiem z całkowitą pewnością, że jeśli zejdę z tej góry
bez Hadleya, więcej go nie zobaczę.
- Nie mogę - mówię mu i taka jest prawda.
Tylko on mnie kocha. Nikt inny mi nie został. Oplatam go ramionami w pasie, przytulam się do niego.
- Musisz z nimi jechać - nalega łagodnie. - Dla mnie
też tak będzie lepiej, rozumiesz?
- Nie. - Przyciskam się do niego mocniej.
- Jedź, Rebeko. Jedź - mówi nieco głośniej.
Oswobadza się z mojego objęcia, trzyma mnie za ręce.
129
- Nie pojadę.
Łzy płyną mi po twarzy, z nosa mi cieknie, mam to
gdzieś.
Nie pojadę, powtarzam w myślach.
Nie pojadę.
Hadley spogląda w niebo, chwyta mnie za nadgarstki i
stanowczo odpycha. Na tyle mocno, że upadam na ziemię, między kamienie. Na tyle mocno, że pozbawiony
mojego ciężaru, traci równowagę.
Usiłuję go chwycić, jestem za daleko. Łapię powietrze, a on spada za krawędź rozpadliny.
Leci powoli, koziołkując w powietrzu, jak niezręczny
akrobata, słyszę szum rzeki, taki sam jak w nocy, zanim
odezwało mi się w dłoni bicie jego serca. Ciężki niby
oddech jest trzask kręgosłupa na rzecznych głazach.
Wtedy wszystko, co we mnie wzbierało, nagle się wylewa. Bez słów. To akord, który wybrzmiewa, gdy ostry
nóż rozpłata duszę człowieka. Dopiero teraz, przy tym
wszechogarniającym dźwięku, wszyscy gotowi są słuchać.
17.
OLIVER
Paliwa zabrakło mi w Carefree, w stanie Arizona, jakby nie mogło gdzieś indziej. Do stacji benzynowej muszę
brnąć w upale dobrze ponad kilometr. Nie jest to interes
rodzinny, jakiego bym się tutaj spodziewał, lecz całkiem
porządna konstrukcja z chromu i stali, należąca do sieci
Texaco. I tylko jeden pracownik.
- Hej - odzywa się na mój widok.
Właściwie na mnie nie patrzy, więc zyskuję okazję, by
mu się dokładnie przyjrzeć. Ma długie ciemne włosy i
potworny trądzik. Daję mu jakieś siedemnaście lat.
- Pan nietutejszy.
- Poważnie? - Pozwalam sobie na większą dozę ironii, niż powinienem. - Skąd wiesz?
Chłopak w odpowiedzi śmieje się nosowo i wzrusza
ramionami. Najwyraźniej jednak zamierza odpowiedzieć
na moje retoryczne pytanie.
- Znam wszystkich z miasta. Tak mi się wydaje.
- Wnikliwy z ciebie gość - odpowiadam z uśmiechem.
- Wnikliwy - powtarza, przymierzając się do słowa.
131
Raptem przypomina sobie o pracy, zeskakuje z pięćdziesięciolitrowej beczki, na której dotąd siedział, i pyta,
czy mi pomóc.
- Trochę bezołowiowej - zamawiam. - Zabrakło mi
paliwa.
Ogląda z uwagą mój kanister, upominek z banku, w
którym oboje z Jane mamy konta oszczędnościowe. Nazywa się on Marine Midland Bank, w logo ma opływowy
rysunek wieloryba. Wybraliśmy tę instytucję z oczywistych względów emocjonalnych.
- A wie pan co? - zagaja chłopak. - Widziałem już
coś takiego.
- Kanister? Wyobrażam sobie.
- No tak, ale taki z wielorybem. Z takim samym rysunkiem. Wczoraj napełniałem dokładnie taki sam. Ta
pani, co tankowała, napełniła bak, a potem zobaczyła, że
przyjmujemy płatność kartą kredytową, i poprosiła, żebym jej kanister też napełnił.
Przecież Jane też ma taki, uświadamiam sobie. Po
drugim roku korzystania z usług banku również wybraliśmy kanister. Mieliśmy już wtedy od nich bardzo przyzwoity toster.
- Jak wyglądała? - Twarz mi czerwienieje, włosy na
karku stają dęba. - Był z nią ktoś jeszcze?
- A bo ja tam wiem...? Nie pamiętam. Codziennie się
tu milion ludzi przewija. - Podnosi na mnie wzrok. Jest w
nich litość, dopełnienie mojego wstydu. - W każdym
razie na pewno nie były tutejsze.
Chwytam go za kołnierzyk i przyszpilam do dystrybutora z olejem napędowym.
132
- Słuchaj no - mówię głośno i wyraźnie. - Szukam
swojej żony, ta kobieta to mogła być ona. Zastanów się i
postaraj sobie przypomnieć, jak wyglądała. I czy była z
nią dziewczynka. Oraz czy rozmawiałeś z nią o celu podróży.
- Dobrze, dobrze. - Chłopak mnie odpycha. Zerka na
mnie spod oka i powoli okrąża wyspę z dystrybutorami
do samoobsługi. - Chyba miała ciemne włosy - mówi,
zaglądając mi w twarz, by sprawdzić, czy to właściwa
odpowiedź. A potem uderza dłońmi w uda. - Niezła ta
panna, co z nią jechała. Towarek rewela. Blondyneczka z
dupcią pierwsza klasa. Brała klucz do łazienki. - Śmieje
się. - Powiedziałem jej, że chętnie dorzucę klucze od
domu, jeśli tam na mnie zaczeka, aż wrócę z roboty.
Lepszych wieści nie miałem od ładnych paru godzin.
Przy takim ogólnikowym opisie nadal nie wiem nic pewnego, jednak w mojej sytuacji każda podpowiedz jest
lepsza niż nic.
- Dokąd pojechały? - pytam, najspokojniej, jak można w tych okolicznościach.
- Siedemnastką. Pytały, jak wyjechać na siedemnastkę. Pewnie chciały trafić do Wielkiego Kanionu.
Oczywiście. Przecież Rebeka na pewno chce jak najwięcej zobaczyć. Obejrzeć w drodze wszystkie atrakcje
turystyczne. Tego nie wziąłem pod uwagę.
- Dziękuję - mówię do chłopaka. - Od razu lepiej.
Uśmiecha się szeroko. Powinien nosić aparat ortodontyczny.
- Dolar dwadzieścia pięć. - Macha ręką. - A tam,
niech będzie na koszt firmy.
133
Opuszczam stację biegiem, nawet nie dziękuję chłopakowi. Nie przeszkadza mi upał ani odległość od samochodu. Wielki Kanion. Wlewam paliwo do baku, uruchamiam silnik, wyobrażam sobie wszystko razem: Jane,
Rebekę i majestatyczne czerwone skalne ściany, wyrzeźbione przez rzekę Kolorado.
18.
SAM
Moim zdaniem, jeśli zostawić sprawy ich naturalnemu
biegowi, dzieje się źle. Jabłonie rosnące dziko nad brzegami strumieni rzadko bywają zdrowe. Nie twierdzę, że
nie sposób uzyskać jabłka doskonałego bez pomocy
chemii, ale uważam to za rzecz trudną.
Hoduję w sadzie owce, bo stosuję niewiele oprysków.
Sam nie wiem dlaczego, po prostu niespecjalnie podobają mi się pestycydy. Guthion, thiodan, dieldrin, elgetol już same nazwy brzmią niedobrze, prawda? Mimo
wszystko musiałem pójść na kompromis, bo jako komercyjny sadownik muszę produkować owoce zdolne konkurować z plonami od innych hodowców, w przeciwnym
razie supermarkety nie kupią mojego towaru. Wobec
tego staram się używać jak najmniej toksycznych preparatów: dodine zamiast parathionu, przeciw parchom i
pleśni, guthionem pryskam tylko raz, więc ryzykuję
gniazda zgnilizny. Całkowicie unikam 2,4-D, bo nie znoszę preparatów bez prawdziwych nazw, zamiast tego
środka mam owce. Pasą się w sadzie, zjadają trawę i
chwasty rosnące wokół drzew, sprawdzają się jak najlepsze kosiarki, więc nie muszę stosować chemikaliów.
135
Wbrew sobie tuż przed zbiorami spryskuję ethrelem i
NAA odgrodzone drzewa, których owoce przeznaczone
są dla supermarketów, bo - szczerze mówiąc - jeśli moje
jabłka nie będą tak czerwone i soczyste jak inne, zniszczy mnie konkurencja.
Joley jest w stodole, szykuje thiodan. Pora ochronić
drzewa przed mszycami. Nikt nie chce jabłka z robakiem. Nie widziałem się z nikim od poprzedniego wieczoru, kiedy to byłem z Joellen. Cieszę się, że to Joley,
nie Hadley. Joley ma wyczucie. Wie, kiedy zostawić
człowieka w spokoju.
- Witaj, Sam - mówi, nie podnosząc wzroku.
- Spryskujesz tylko północno-zachodnią ćwiartkę sadu, pamiętasz?
Nie muszę tego mówić, bo Joley jest urodzonym farmerem. Jest ode mnie starszy, nie bardzo wiem o ile, ale
nie mamy żadnych kłopotów z porozumieniem. Hadley
czasami potrafi mi odszczeknąć, Joley - nigdy. Nie ma
wykształcenia sadowniczego, ale jest urodzonym farmerem, chyba już wspominałem?
Pojawił się parę sezonów temu, w niedzielę pod hasłem WYBIERZ SAM, gdy po całym sadzie biegały
dzieciaki. Podobnie jak komary dostawały się w miejsca,
gdzie ich być nie powinno, a przeganiane pojawiały się z
innej strony, natrętne i denerwujące. Przyjeżdża do nas
dużo ludzi z Bostonu, bo cieszymy się dobrą opinią, a
ponieważ Joley wyglądał jak typowy sztywniak w koszuli z kołnierzykiem, przyjąłem, że mieszka w apartamencie nad przystanią, weźmie buszel czy dwa jabłek i zniknie. Tymczasem on przyszedł do punktu sprzedaży detalicznej, który otwieramy na jesień. Stanął przed nieczynnymi konwejerami, służącymi do sortowania owoców,
136
i wodził palcami po przekładniach. Trwało to długo, aż
pomyślałem, że coś z nim nie tak, może człowiek jest
nierozgarnięty, więc mu nie przeszkadzałem. W końcu
poszedł do sadu, a ja za nim, zafascynowany.
Nigdy tego nie powiedziałem, ale w życiu nie widziałem czegoś równie zdumiewającego. Pracuję w tym sadzie całe życie. Nauczyłem się, jak przechodzić pod zwisającymi nisko gałęziami jabłoni. I nigdy nie robiłem
tego, co owego dnia zobaczyłem. Joley zostawił za sobą
tłum gości, poszedł daleko poza ogrodzony teren, gdzie
hodujemy jabłka na sprzedaż, i stanął przed pewnym
drzewem. Miałem ochotę na niego nawrzeszczeć, ale
zamiast tego poszedłem za nim, chowając się za pniami.
Zatrzymał się przed jabłonią z gatunku Mac i otoczył
dłońmi jeden z jej różowych kwiatów. Było to młode
drzewko, szczepione może ze dwa sezony wcześniej,
więc jeszcze nie miało owoców. W każdym razie tak mi
się wydawało. Delikatnie potarł kwiat, dotknął miękkiego wnętrza, a potem splótł dłonie, jakby się modlił. Stał
tak przez kilka chwil, a ja byłem tak zaskoczony, że nie
mogłem wydobyć głosu. W końcu otworzył dłonie, a w
nich trzymał gładkie, okrągłe, czerwone jabłko. Nie wierzyłem własnym oczom.
Czarodziej, pomyślałem zdumiony.
Owoc wisiał na cienkiej gałązce, uginającej się pod
nienaturalnym ciężarem. Joley zerwał jabłko i odwrócił
się do mnie, jakby cały czas wiedział o mojej obecności.
Wyciągnął do mnie otwartą dłoń z owocem.
Chyba mu nie zaoferowałem pracy oficjalnie, zdaje
się, że nawet nie szukałem pracownika. Joley został do
137
wieczora, a potem wprowadził się do jednej z wolnych
sypialni w Wielkim Domu. Pracował równie dobrze jak
Hadley, który wyrastał na farmie w New Hampshire,
zanim ojciec mu zmarł, a matka sprzedała ziemię. Wystarczyło Joleyowi raz pokazać, co ma zrobić, od razu
stawał się mistrzem. Teraz szczepi lepiej niż ja. Jego specjalnością jest przycinanie. Potrafi z wyczuciem trymować gałązki młodych drzew, nie robiąc im krzywdy, i w
następnym sezonie drzewo ma najpiękniejszy pod słońcem parasol liści.
- Zagonił ktoś owce do zagrody? - pytam.
Nie mogą się zbliżyć do chemii.
Joley kiwa głową, podaje mi gumowy wąż i dyszę. W
naprawdę dużych sadach opryski robi się maszynowo,
ale ja wolę ręcznie. Potem, zbierając owoce, mam wrażenie, że naprawdę o nie zadbałem.
Idziemy do młodych maców i miltonów, które będą
zbierane w sierpniu i wrześniu. Ciekaw jestem, kiedy
Joley zapyta mnie o minioną noc.
- Mam prośbę - mówi, przymierzając się do średniej
wielkości drzewka. - Potrzebne mi twoje pozwolenie.
- Daj spokój. Przecież wiesz, że możesz robić, co
chcesz.
Opuszcza dyszę, płyn skapuje mu na stopy. Denerwuję się. On patrzy na mnie bez słowa, wreszcie zauważa
krople, mocniej zakręca dyszę.
- Moja siostra i siostrzenica mają kłopoty. Muszą się
gdzieś zatrzymać na jakiś czas. Zaprosiłem je tutaj. Nie
wiem, jak długo będą musiały zostać.
- Aha. - Nie wiem, czego się spodziewałem, jednak
mam nieodparte wrażenie, że to, co słyszę, jest gorsze od
moich przewidywań. - Nie ma sprawy. Jakieś kłopoty?
138
Nie chcę być wścibski, lecz wydaje mi się, że powinienem wiedzieć. Jeśli wpadły w konflikt z prawem,
pewnie zmienię zdanie.
- Siostra odeszła od męża. Przyłożyła mu, zabrała
dzieciaka i wyjechała.
Usiłuję sobie wyobrazić siostrę Joleya. Wspominał o
niej. Zawsze wydawało mi się, że jest do niego podobna:
smukła i ciemnowłosa, szczera, otwarta. Tak widzę
większość dziewcząt z Newton, skąd pochodzi Joley:
dobrze ubrane, pachnące bzem, z ciężkimi gładkimi włosami. Dziewczęta z przedmieść Bostonu są bogate i zarozumiałe. Jeśli ktoś mnie im przedstawia, potrząsają moją
dłonią, a potem, gdy sądzą, że nie widzę, sprawdzają, czy
się nie pobrudziły. „Farmer”, mówią. „Interesujące”. Co
oznacza: „Nie wiedziałam, że jeszcze jacyś ostali się w
Massachusetts”.
Tyle tylko, że takie kobiety nie odchodzą od mężów, a
już na pewno ich nie biją. Po cichu biorą rozwód i pół
domku letniego.
Może jest gruba, wygląda jak zawodnik sumo?
Ze względu na Joleya myślę o tej obcej kobiecie jak
najlepiej. On mówi o siostrze całkiem sporo, chociaż
nigdy długo. Można odnieść wrażenie, że to bohaterka.
- Gdzie ona jest? - pytam.
- Jedzie w stronę Salt Lake City - odpowiada Joley. Piszę do niej listy, pokazuję drogę. Nie ma zbyt dobrego
wyczucia kierunku. - Milknie. - Słuchaj, gdyby zadzwonił jej mąż, powiedz, że nic nie wiesz, dobrze?
Mąż. Facet od wielorybów. Przypominają mi się różne
szczegóły. Dziewczynka ma na imię Rebeka. W pokoju
139
Joleya jest fotografia ślicznego chłopca (to on) i chudej
bladej dziewczyny, która go do siebie przyciska. Spytałem o tę brzydką dziewczynę i ze zdziwieniem usłyszałem, że są spokrewnieni.
- To ta z San Diego - mówię.
Joley przytakuje.
- Tam już nie wróci - dodaje, a ja się zastanawiam,
skąd ta pewność.
Sięga pod drzewo, odsuwając w bok strumień pestycydów, podnosi ułamaną gałązkę. Wtyka ją do tylnej
kieszeni spodni.
- Wyszła za idiotę - wyjaśnia. - W życiu nie zrozumiem, co w nim widziała. Cholerne wieloryby.
- Wieloryby - powtarzam. - Aha.
Jeszcze nie słyszałem, by Joley mówił z taką pasją.
Zwykle jest cichy, nie rzuca się w oczy i swoje myśli
zatrzymuje dla siebie.
Celuje strumieniem chemikaliów w niebo, by na
drzewo spadł sztuczny deszcz.
Zamyka dyszę, starannie odstawia pojemnik na ziemię.
- Właściwie dlaczego stosujesz chemię? Nie ma jakiegoś naturalnego środka?
Siadam na brązowej plamie suchej trawy, rozciągam
się na wznak.
- Pojęcia nie masz, ile różnej francy czepia się towaru, jeśli go nie pryskać. Mszyce, robaki, parchy, grzyby...
od metra tego. Nie dasz rady zajmować się każdym
osobno. - Osłaniam oczy przed słońcem. - Jak zostawisz
sprawy własnemu biegowi, zostaniesz z ręką w nocniku.
- Ano - potwierdza Joley. - Coś o tym wiem. - Siada
obok. - Polubisz ją. Trochę mi ją przypominasz.
140
Zastanawiam się, czyby nie spytać w czym. Ale nie
jestem pewien, czy chcę znać odpowiedź. Pewnie rzecz
w tym, jak się tu przyjął. Orientuję się, że chciałbym
wiedzieć więcej o tej Jane, jak wygląda, jakie książki
czyta, skąd wzięła odwagę, żeby uderzyć męża. Wygląda, że niezła z niej „odjechana laska”, jak by powiedział
mój brat.
- Dzisiaj kobiety już same nie wiedzą, czego chcą.
Najpierw wychodzą za mąż, a potem się ciskają. Szkoda
gadać.
Joley się śmieje.
- Jane zawsze wiedziała, że chce być z Oliverem.
Chociaż reszta rodziny nie miała pojęcia dlaczego. Podpiera się na łokciu. - Wiesz, Sam, ten facet to prawdziwy okaz. Klasyczny naukowiec. Przez cały dzień z
klapkami na oczach, a jak wieczorem zobaczy w domu
własną córkę, to ma fart, jeśli sobie przypomni jej imię.
Bez przerwy gada o cholernych taśmach z nagraniami
pieśni wielorybów...
- Joley, gdybym cię nie znał, tobym pomyślał, że jesteś zazdrosny.
Wyrywa oset rosnący mu za plecami.
- Może i jestem. - Wzdycha. - Widzisz, ona jest naprawdę wspaniała. A Oliver przerabia ją na swoją modłę.
Wcale go nie obchodzi, jaka ona jest naprawdę, nie interesuje go, jaka była. Gdyby została ze mną... wiem, to nie
to samo, ale teoretycznie... dziś byłaby zupełnie inną
osobą. Taką jak dawniej. A już na pewno nie bałaby się
własnego cienia. - Wyjmuje gałązkę z kieszeni, też kładzie się na wznak. Mówiąc po twojemu, kiedyś była jak
Red Astrachan, a teraz jest jak dziczki.
141
Uśmiecham się do niego. Dziczki są cierpkie, prawie
niejadalne, nadają się tylko do dżemów. Natomiast red
astrachany, no cóż, trudno sobie wyobrazić coś lepszego:
słodkie na surowo, słodkie po ugotowaniu.
Przetaczam się, odsuwam od Joleya, chcę zmienić temat. Dziwnie się czuję, gdy tak rozmawiamy. Co innego,
kiedy ustalamy sprawy związane z sadem albo gadamy o
moim życiu. Mimo wszystko on jest ode mnie starszy i
skoro o tym pamiętam, trudno mi wyrywać się z radami.
Wobec tego pozostaje mi słuchać.
- Powiesz, co się stało wczoraj w nocy? - pyta Joley.
Mam swoją zmianę tematu.
- Przecież wiesz. - Siadam, strzepuję trawę z nogawek dżinsów. - Joellen wychodzi za mąż. Powiedziała mi
to, a potem zaczęła się do mnie przystawiać.
- Chyba żartujesz.
- Na taki temat nie żartuję. - Mówię to lekkim tonem, ale Joley patrzy mi w twarz, jakby mnie oceniał
przed podjęciem decyzji
- Nie będę pytał, co z tego wyszło - śmieje się w
końcu.
- Czasem lepiej nie wiedzieć.
- Poważnie?
Kręcę głową, uśmiecham się szeroko. Powiedziałem
to głośno, tutaj, w ogromnym sadzie, na mojej własnej
ziemi, i dzięki temu zrobiło się to jakoś do przyjęcia.
Skoro już to z siebie wyrzuciłem, będę mógł zapomnieć.
Odwracam się do Joleya.
- Zdarzyło cię się kiedyś wdepnąć w takie bagno,
czy to moja specjalność?
142
On się dalej śmieje, wstaje, opiera się o drzewko, które niedawno zostało zaszczepione.
- Zakochałem się tylko raz w życiu - oświadcza więc nie jestem ekspertem.
- Wielkie dzięki za pomoc.
Podaje mi rękę, pomaga wstać. Zabieramy wąż do
oprysków i pojemnik z płynem, wchodzimy głębiej w
komercyjną połowę sadu. Ja idę jeszcze kawałek dalej,
zatrzymuję się na wzniesieniu, omiatam spojrzeniem cały
sad. Na wprost widzę ludzi formujących korony młodych
drzewek, dalej Hadleya, spryskującego jabłonie thiodanem. Teraz, w lipcu, wszystkie liście już się rozwinęły,
pąki rozkwitły, sięgają ku niebu jak barwne palce.
Joley podaje mi gałązkę znalezioną wcześniej, kandydatkę na wczesnojesienne szczepienie.
- Uszy do góry - mówi. - Jak będziesz grzeczny, to ci
przedstawię moją starszą siostrę.
19.
REBEKA
22 lipca 1990
W kolejce po lody mama zaczyna mówić o Samie.
- Co sądzisz o Samie? - chce wiedzieć. - Tak na poważnie.
Spodziewałam się tego pytania, przyznaję. Przez cały
dzień ani razu się nie pokłócili. Właściwie za każdym
razem, kiedy widziałam mamę, był z nią Sam, czy na
leniwym spacerze w południowym krańcu sadu, czy przy
obieraniu fasoli na ganku, kiedy słońce zaczęło dawać się
we znaki, czy po prostu przy rozmowie. Zastanawiałam
się, o czym rozmawiają, skoro Sam nie ma żadnego pojęcia o zaburzeniach mowy, a mama nie wie nic na temat
sadownictwa. Pewnie obgadywali wujka Joleya, w końcu
to jedyny ich wspólny temat. Raz czy drugi uznałam, że
ja jestem tematem.
- Właściwie go nie znam - odpowiadam. - Wydaje
się miły.
Mama staje przede mną, zasłania mi resztę świata.
- Po prostu miły?
144
Co mam powiedzieć? Przyszpila mnie wzrokiem, czeka na bardziej konkretną opinię, na właściwą odpowiedź,
a ja nie mam pojęcia, czego ode mnie oczekuje.
- Jeżeli pytasz, czy możesz się z nim bzyknąć, to odpowiedź brzmi: skoro chcesz, jak najbardziej.
- Rebeko!
Kobieta stojąca w kolejce przed nami, a także Hadley,
Joley i Sam odwracają się w naszą stronę. Mama uśmiecha się i zbywa ich machnięciem ręki.
- Nie wiem, co w ciebie wstąpiło - mówi ciszej. Chwilami mam wrażenie, że jesteś zupełnie inną osobą
niż ta, którą zabrałam w podróż na wschód.
Bo i jestem, mam ochotę powiedzieć. Zakochałam się
do szaleństwa. Ale takich rzeczy nie mówi się matce,
zwłaszcza jeśli ona się niespodziewanie zaprzyjaźnia z
facetem, który przypadkiem jest w tym samym wieku co
twój ukochany.
- Rebeka zje małe czekoladowe - zwraca się mama
do wujka Joleya. - Ja kawowe. Możesz kupić? My się
przejdziemy.
Oswabadzam się z jej uścisku.
- Nie chcę czekoladowych - protestuję, chociaż właśnie takie zamierzałam wziąć. - Mama nigdy nie wie,
czego ja chcę. - Obrzucam ją spojrzeniem. - Wezmę sorbet pomarańczowy.
- Jak to? Przecież nie znosisz sorbetu pomarańczowego. W zeszłym roku powiedziałaś, że smakuje jak
syrop przeciwgorączkowy dla dzieci.
- Sorbet pomarańczowy - powtarzam. - Wiem, czego
chcę.
145
Żeby uniknąć sceny, odchodzę z mamą. Hadley i Sam
zajmują się jakimś rowerem terenowym.
- No, co jest? - pytam, wychodząc z założenia, że jeśli wyciągniemy sprawę na światło dzienne, szybko się z
nią załatwimy.
Na pewno chodzi o Hadleya i o to, że spędzamy razem dużo czasu. Kto wie, może nawet dowiedziała się,
co robiliśmy w stodole.
Myślałam o tym w nocy, kiedy nie mogłam zasnąć, bo
brakowało mi odgłosów Kalifornii. Tutaj nie słychać
samochodów ani dziecięcych trójkołowców na chodniku,
ani szumu fal. Zamiast tego dzwonią cykady, które Hadley nazywa podglądaczami, wiatr szeleści w gałęziach i
beczą owce. Przysięgam, że słychać tutaj reflektory samochodowe. Nie widzę z sypialni podjazdu, więc muszę
biegać do okna na końcu korytarza, by sprawdzić, co
podjechało, policzyć samochody i upewnić się, że ojciec
jeszcze się nie zjawił. Jeśli miałabym wyobrazić sobie
coś gorszego niż rozmowa z mamą o Hadleyu, jest to
rozmowa z ojcem o całej tej wyprawie.
A oto co zamierzam powiedzieć mamie: wiem, że twoim zdaniem - jestem na to za młoda, ale z drugiej
strony, uznałaś mnie za dość dorosłą, żeby mnie tutaj
przywieźć. I jestem na tyle dojrzała, że rozumiem, co się
działo między tobą a tatą, i wiedziałam, co jest dla nas
lepsze na dłuższą metę. Więc nie mów mi, że nie wiem,
co mówię. A poza tym, wcale nie byłaś starsza, kiedy
zaczęłaś chodzić na randki z tatą.
Tymczasem słyszę od mamy takie słowa:
- Wiem, że, twoim zdaniem, zdradzam ojca.
146
Gapię się na nią osłupiała. Wcale nie o mnie jej chodzi. Nie zauważyła niczego między mną a Hadleyem.
- Wiem, nadal jestem jego żoną. Codziennie rano na
twój widok zaczynam myśleć o tym, co zostawiłam w
Kalifornii. Całe życie. Zostawiłam tam caluteńkie życie.
Odeszłam od mężczyzny, który na swój sposób jest ode
mnie zależny. I dlatego czasami się zastanawiam, co ja tu
właściwie robię, na tej farmie, w tej dziurze zabitej dechami... - Obejmuje gestem ręki okolicę. - Z tym... Cichnie.
- Z czym? - dopominam się o zamknięcie kwestii.
- Z tym niesamowitym człowiekiem. Z niesamowitym człowiekiem? Mama się zatrzymuje.
- Jesteś na mnie wkurzona.
- Nie.
- Przecież widzę.
- Nie, naprawdę.
- Nie musisz kłamać.
- Mamo - odzywam się głośniej. - Nie kłamię.
Czy aby na pewno? Odwracam się do niej, przykładam dłonie do ust.
Kto tu się zachowuje jak dziecko?
- A właściwie to co jest między tobą a Samem?
Mama czerwienieje. Moja mama, czerwona jak rak!
- Nic - przyznaje. - Ale miewam zwariowane myśli.
To nic nie znaczy. Całkiem nic.
Moja własna mama. Kto by pomyślał.
- Nie przypuszczałam, że tak się zgracie.
- Ja też nie - przyznaje. - Ale chyba nie w tym rzecz. Patrzy w stronę Hadleya i Sama, którzy razem z wujkiem
147
Joleyem czekają na froncie kolejki po lody. Miejsce ma
zupełnie inny charakter niż to, gdzie byliśmy wczoraj,
gdy mama i Sam nie darzyli się sympatią. Tutaj właściciele produkują lody na miejscu. Oferują tylko siedem
smaków i wiecznie mają tłum klientów.
- Powinnyśmy wracać - mówi mama, choć najwyraźniej nie ma na to ochoty.
Z początku Sam nie chciał mieć z moją mamą do czynienia. Po kiepskim starcie ze strzyżeniem owiec, który
zaowocował fatalnym pierwszym wrażeniem, powiedział
Hadleyowi, że moja matka to wielkomiejska pinda i musi
się jeszcze sporo nauczyć o prawdziwym życiu. Hadley
powtórzył to mnie, ja mamie, a ona tylko prychnęła i
stwierdziła, że taka farma na wschodzie też niewiele ma
wspólnego z prawdziwym życiem.
A potem, dokładnie wczoraj wieczorem, zaczęli się
prowadzać razem. Najpierw jak ich zobaczyłam, to mało
oczu nie przetarłam, uznałam, że mama postanowiła sobie tego wieśniaka obejrzeć z bliska. I właściwie niespecjalnie zwracałam na nich uwagę. Spędzałam czas z Hadleyem... między nami od razu zaiskrzyło, a po zeszłej
nocy kto wie, co może z tego wyniknąć. Hadley był niesamowity. Przez cały dzień robił mnóstwo rzeczy, o których do tej pory nie miałam pojęcia: troszczył się o sadzonki, przerabiał pień na deski, tworzył z nich różne
przedmioty, które zostaną na zawsze. Był fantastyczny.
Absolutnie fantastyczny.
A moja mama tymczasem zakochiwała się w Samie.
- Podkochujesz się w Samie - mówię, sprawdzając
na głos swoją teorię.
148
- Litości. Przecież jestem kobietą zamężną. Nie zapomniałaś o tym przypadkiem?
Dłuższą chwilę patrzę na nią bez słowa.
- A ty?
Nie winiłabym jej, gdyby o tym zapomniała. Sama z
trudnością przywołuję obraz twarzy ojca, a przecież mam
mniej powodów, by chcieć od niego uciec. Jeśli myślę o
nim naprawdę intensywnie, widzę jego oczy: ogromne,
błękitne, niewiarygodnie zmęczone. Oczy i zmarszczki
wokół ust, ale już nie same usta. A także zgięte palce,
trzymające długopis. I tyle. Wspomnienia z piętnastu lat.
- Pamiętam, oczywiście - odpowiada mama poirytowana. - Przecież jesteśmy małżeństwem od piętnastu lat.
Chyba powinno się kochać osobę, z którą się wzięło ślub,
mam rację?
- Nie wiem. Ty mi powiedz.
Zbijam ją z pantałyku.
- Tak - odpowiada po chwili. - Powinno się ją kochać. - Wymawia słowa powoli. Wyraźnie usiłuje przekonać samą siebie. - Sam jest tylko przyjacielem. - Macha ręką, jakby ścierała wszystko, co powiedziała. - Tylko przyjacielem - powtarza. Podnosi na mnie wzrok. W
oczach ma zaskoczenie świadczące o tym, że zapomniała
o mojej obecności. - Chciałam po prostu, żebyś wiedziała, w czym rzecz.
- Doceniam to - mówię, tłumiąc śmiech. Pojęcia nie
mam, co chciałaby usłyszeć. - Lody nam się roztopią.
Mama chwyta mnie za rękę, chce wrócić do lady.
Oswobadzam dłoń, bo Hadley patrzy.
- Mamo, litości, nie jestem już dzieckiem.
149
Idę do Hadleya, daję mu spróbować moich lodów. On
się uśmiecha, sadza mnie sobie na kolanach i przeciąga
językiem po karbach wyżłobionych przez maszynę porcjującą lody. W końcu zamieniamy się lodami, bo tak
naprawdę to ja rzeczywiście nie lubię sorbetu pomarańczowego.
Mama stoi po przekątnej. Podsuwa swój rożek z lodami Samowi, a on jej swój wafelek. W pewnej chwili
Sam źle ocenia odległość i na nosie mojej mamy pojawia
się waniliowa plamka. Mama śmieje się i wciska lody
Samowi w brodę. Nie sposób na nich patrzeć bez uśmiechu.
Mama zachowuje się całkiem jak dzieciak, myślę.
Zupełnie jak ja.
Wujek Joley, Hadley i ja jedziemy nad Żabi Staw na
pace czerwonego pikapa. W tym stawie Sam uczył się
pływać, kiedy jeszcze był dzieckiem, to raptem parę kilometrów od sadu.
- W latach pięćdziesiątych - krzyczy Sam z szoferki był tylko ten jeden staw! W tym z liliami ciągle jeszcze
są ryby.
Właściciel ziemi postanowił coś niecoś zmienić, więc
wykopano obok oryginalnego stawu drugi, nasypano
piasku na dno, zakotwiczono pływające pomosty. Płaciło
się raz na sezon i cała rodzina mogła korzystać do woli.
Niedziela jest idealna. Słońce rozgrzewa metalowe
dno samochodu do białości, więc wszyscy troje siedzimy
na T-shirtach. Wiatru prawie nie ma, ale kiedy się człowiek nad tym zastanowi, wyczuwa coś na kształt lekkiej
bryzy. Świat pachnie szczęściem.
150
- Myślę, że ci się tam spodoba - rzuca Hadley, przekrzykując głośny szum opon. - Nie ma fal.
Może nawet mama zdecyduje się popływać. Zawsze
zakładałam, że nie lubi wchodzić do wody z powodu
pływów oceanicznych. Mało tego, była wyraźnie pozytywnie nastawiona do całej wyprawy na piknik. Sama
spakowała jedzenie i bez przerwy zachwycała się, jak to
przyjemnie będzie się ochłodzić.
Słońce pali mnie w głowę. Osłaniam ją dłonią, zyskuję chwilę cienia.
- Jak rozgrzana patelnia - mówię Hadleyowi i pozwalam mu sprawdzić.
Wujek Joley wziął ze sobą ukulele, próbuje grać
pierwsze akordy „Schodów do nieba”. Prawie mu się
udaje, ale brzmi to dziwacznie, przypomina muzykę
rdzennych mieszkańców Hawajów. Trochę mnie irytuje,
natomiast Hadley przy tym usypia. Głowę położył na
moich kolanach. Wujek Joley brzdąka przez całą drogę:
„Happy Birtday”, temat przewodni z Klubu Myszki Miki,
„Blue Velvet” i „Twist and Shout”.
Sam skręca w zarośla, które nagle się otwierają, odsłaniając piaszczysty podjazd. Chwilę późnej zmienia się
on w prawdziwą drogę. Na jej końcu znajduje się parking
z metalową bramą na zardzewiałych zawiasach.
- Przez parę lat całość była zamykana na noc - wyjaśnia Sam. - Ale dzieciaki przeskakiwały przez płot i
urządzały imprezy na plaży. A jak właściciele przestali
zamykać bramę, dzieciakom znudziło się przychodzić.
Obudzony Hadley dodaje od siebie:
- Bo najlepiej smakuje zakazany owoc. Po co wyważać otwarte drzwi.
151
Sam wystawia głowę przez okno, próbuje dojrzeć Hadleya.
- Ty też tu przychodziłeś? - Śmieje się głośno. - Dobre!
Sam i mama niosą nad staw lodówkę, ja biorę ręczniki, rakietki do badmintona i żółtą piłkę. Wujek Joley zabiera swoje ukulele. Przy zielonej budce Sam się podpisuje.
Staw okazuje się znacznie większy, niż oczekiwałam.
Jest prawie dokładnie kwadratowy i nic w tym dziwnego,
skoro został stworzony przez człowieka. Obok widać
prawdziwy staw, ten Żabi Staw, to w zasadzie jezioro,
tak wielkie, że jeden z brzegów ginie w oddali. Przy
brzegu widzę dwie żaglówki, ciemny rower wodny i metalową łódź wiosłową, każdy sprzęt oznaczony literami
SŻS - Stowarzyszenie Żabich Stawów.
Za moimi plecami wyrasta Sam.
- Jeśli sprzęt jest wolny, można z niego korzystać. Obraca się do mojej matki, opowiada o zmianach, jakie
tu nastąpiły przez dwadzieścia lat. - Kiedyś był pomost
dla nurków. A tam, widzisz? Ten drugi nie zawsze sięgał
brzegu. Dawniej trzeba było do niego dopłynąć. Dzieciaki, które chcą wypływać za boje, muszą przejść próbę
pływacką.
Hadley i wujek Joley wyjmują mi z rąk ręczniki i piłkę. Najwyraźniej wszystko zaplanowali. Chwytają mnie,
kopiącą i wrzeszczącą, i licząc do trzech, wrzucają do
wody z pomostu numer jeden. Gdzieś z daleka dobiega
nas połajanka tłustego ratownika. Nie wolno zrzucać
ludzi. Z tego pomostu nie wolno.
Hadley skacze za mną i chwyta mnie za kostkę. Wciąga mnie pod wodę. Jest ciemna, zabarwiona czymś na
152
niebiesko, miejscami zimniejsza, gdzie indziej cieplejsza.
Szukam cieplejszego miejsca, gdzie Hadley nie będzie
chciał znowu mnie topić.
Wujek Joley kończy rozmowę z ratownikiem i zamaszyście skacze na główkę. Wynurza się i już mówi:
- Niebiesko mamy jak w misce klozetowej, bo dodają do wody chemikalia. Dzięki temu barwnikowi wolniej
rosną glony.
- Glony! - Otrząsam się z obrzydzenia. - Fuj!
Na plażach San Diego też na pewno są jakieś glony,
ale człowiek wie, że znikają z odpływem.
Mama rozkłada ręczniki na wąskiej plaży. Właściwie
trudno to miejsce nazwać plażą, przywodzi na myśl raczej dwie stertki piasku przywiezione przez buldożery i
gładko zagrabione.
Moglibyśmy tego i owego nauczyć miejscowych, myślę sobie.
Na końcu rządka z ręczników pasiastych mama kładzie jeden różowy, od Ralpha Laurena, promujący
„Nędzników”. Tuż przy nich rozściela duży kraciasty
koc. Ciekawa jestem, kto tam zajmie miejsce.
Wcale nie zwraca uwagi na pozycję słońca.
- Hej! - woła w pewnej chwili do Sama, lecz on jej
nie słyszy.
Dokładnie rzecz biorąc, w tej samej chwili, gdy ona
go woła, Sam wskakuje do wody po podwójnym salcie.
Bez trampoliny to naprawdę niezły wyczyn. Trzeba być
skocznym, wysoko się wybić. Wszyscy pozostali, już w
wodzie, klaszczą. Sam wychodzi na pomost numer dwa,
kłania się nisko.
153
W przeciwieństwie do Hadleya ma zwarte ciało.
Ciemne włosy na piersiach rosną w kształcie serca. Za to
na nogach jest ich zaskakująco mało. Ma szerokie barki,
wąskie biodra, silne ramiona (od całego tego podnoszenia) i muskularne uda. Pamiętam, przy którymś obiedzie
obiło mi się o uszy, że ma kłopoty z kupowaniem dżinsów, nogawki zawsze są za ciasne w udach, dla odmiany
talia za luźna, czy jakoś tak.
- Chodź! - woła Hadley, przepływając za mną. - Ścigamy się!
Rusza zamaszystym kraulem. O mało nie wpada na
wujka Joleya, płynącego leniwie na plecach i podśpiewującego coś w jakimś obcym języku. Przypominam sobie,
że pływanie jest dla wujka czymś w rodzaju praktyki
religijnej. Mama nie ma pojęcia, skąd mu się to wzięło.
Docieramy do drugiego stawu równocześnie.
- Tylko dlatego, że jesteś o dziesięć lat młodsza.
- Tralalala. - Śmieję się głośno. - Przydałoby ci się
trochę treningu.
- Poważnie? - Łapie mnie za włosy i przytrzymuje
pod wodą.
Otwieram oczy, masuję mu nogi. Kiedy mnie puszcza,
przepływam między nimi, przeciągając palcami po wewnętrznej stronie ud.
- Zagranie poniżej pasa! - skarży się Hadley.
Przenosimy się na płytszy brzeg, gdzie dzieciaki z
wiaderkami grzebią w piasku. Siadamy w wodzie, pozwalamy jej opływać nadgarstki.
- Dawniej ciągle budowałam zamki z piasku.
- Wychowałaś się na plaży. Pewnie doszłaś do niezłej wprawy.
154
- Nienawidziłam tego. Nie zdąży się człowiek nacieszyć wynikiem dwugodzinnej ciężkiej pracy, bo zaraz
przychodzi fala i wszystko niszczy.
- Wobec czego postanowiłaś nie chodzić na plażę.
Zastosowałaś bojkot.
Odwracam się do niego zaskoczona.
- Skąd wiesz? Rzeczywiście za każdym razem, kiedy
w weekend rodzice pakowali do samochodu materace,
ręczniki plażowe i lodówkę turystyczną, urządzałam dziką awanturę.
- Zgadłem - śmieje się Hadley. - Widzę, że byłaś
dzieckiem z temperamentem.
- Byłam? Ludzie mówią, że nadal jestem.
- Temperament masz, zgoda. Ale dzieckiem już nie
jesteś. Masz więcej rozumu niż niejeden dorosły. I na
pewno nie zachowujesz się jak ja, kiedy miałem piętnaście lat.
- Ale to było w epoce dinozaurów.
- Fakt. - Pokazuje w uśmiechu wszystkie zęby. - W
epoce dinozaurów.
Chciałabym znać Hadleya, kiedy był w moim wieku.
Udaję, że zakopuję kamyk.
- A jak się zachowywałeś?
- Dużo przeklinałem i paliłem papierosy. Razem z
Samem podglądaliśmy dziewczyny w szatni od wuefu.
Nie byłem taki grzeczny jak ty.
Grzeczny. W oku Hadleya odbija się perfekcyjnie
okrągłe słońce.
- Chyba rzeczywiście jestem grzeczna.
Jakiś czas gramy na płytkiej wodzie w badmintona,
potem łapiemy żaby. Palcami stóp wygrzebujemy z dna
155
płaskie kamienie i puszczamy nimi kaczki. Kto lepiej.
Jakiś czas spędzamy wyciągnięci płasko na mokrym i
śliskim drewnianym pomoście numer jeden, zasypiamy,
trzymając się za ręce. Od czasu do czasu chwytam spojrzenie matki. Nie wiem, czy nam się przygląda, czy też
raczej zerka przypadkiem. W pewnej chwili, gdy Sam
wychodzi z wody, coś do niego mówi. Sam spogląda w
naszą stronę i wzrusza ramionami.
Przy lunchu mama pomija Hadleya i udaje, że to
przypadek. Potem robi wielką aferę na temat piwa, które
jemu wolno pić, a mnie nie.
- Niektórzy tutaj - mówi, wbijając we mnie wzrok są jeszcze za młodzi na picie.
Hadley i tak odlewa mi połowę swojego piwa, kiedy
mama idzie do toalety. Wujek Joley radzi mi, żebym się
nią nie przejmowała, kiedy się tak zachowuje.
Po lunchu mama koniecznie chce posprzątać. Wkłada
śmiecie w jedną torebkę, na wszelki wypadek jeszcze w
drugą, porządkuje resztki, składa używane serwetki.
Strząsa okruszki z ręczników. Sam czeka na nią jakiś
czas, w końcu skacze do wody i dwukrotnie przepływa
staw. Najwyraźniej mama powiedziała, że po lunchu
wejdzie do wody.
W końcu Sam wraca do stworzonej przez moją mamę
oazy. Ona stoi przed ręcznikami, szukając jeszcze czegoś
do zrobienia. Wujek Joley, Hadley i ja klęczymy w płytkiej wodzie i czekamy, co będzie dalej. Hadley obejmuje
mnie obiema rękami w pasie i przyciska do niezatapialnych kieszeni przy spodenkach kąpielowych.
Sam bierze moją mamę na ręce i niesie ją w stronę
płytszego końca stawu. Mama nadal jest w szortach.
156
- Daj spokój - mówi, ale się śmieje.
Wymachuje nogami, inni plażowicze obserwują scenę
z leniwym zaciekawieniem, widzą w niej zabawę. Opieram się o Hadleya, czekam, kiedy matka zmieni ton.
- Sam - odzywa się z większym naciskiem.
Minęli już wejście na pomost drugi, prawie dotarli do
wody.
- Naprawdę nie mogę - dodaje.
Sam zatrzymuje się, poważnieje.
- Umiesz pływać?
- Umiem - przyznaje mama.
Błąd. Duży błąd.
Sam wchodzi do wody, mama zaczyna krzyczeć.
- Nie! Sam! Zostaw mnie!
- I dobrze mu tak - mówi wujek Joley do nikogo w
szczególności.
Sam idzie dalej. Woda moczy mamie spodenki, rozlewa się po nich szeroką plamą. Mama przestaje kopać,
bo orientuje się, że w ten sposób tylko szybciej się moczy. W pewnej chwili odnoszę wrażenie, że się poddała.
Sam, człowiek oddany swojej misji, wchodzi do wody
coraz głębiej.
- Nie rób mi tego - prosi mama szeptem, wszyscy
czytamy jej słowa z ruchu warg.
- Nie bój się - odpowiada Sam, a ona mocniej zaciska wokół niego ramiona. On patrzy jej prosto w oczy,
nie widzi reszty świata. - Jeśli nie chcesz znaleźć się pod
wodą... jeśli naprawdę stanowczo tego nie chcesz, to zawrócę. Natychmiast. Wystarczy jedno twoje słowo, żeby
mnie powstrzymać.
157
Mama wygląda na przerażoną. Robi mi się jej żal.
- Jestem z tobą cały czas - zapewnia ją Sam. - Nie
stanie ci się nic złego.
Mama zamyka oczy.
- Idź. Może właśnie tego mi trzeba.
Drobnymi krokami Sam idzie dalej, aż woda sięga
mojej mamie pod brodę. Wtedy każe jej się skupić na
swoich oczach. „Patrz mi w oczy. Prosto w oczy”, mówi
i zanurza się pod powierzchnię.
Wydaje się, że zniknęli na bardzo długo. Wszyscy
plażowicze patrzą. Kilkoro ciekawskich dzieci z maskami na twarzy podpływa bliżej, podgląda dwójkę ludzi
pod wodą. Nagle mama i Sam wynurzają się, unisono
łapiąc oddech.
- Och! - krzyczy mama! - Cudownie!
Przy mruganiu z rzęs spadają jej krople, rozgarnia
wodę szerokimi ruchami, docierają do nas marszczone
kręgi. Sam triumfuje. Puszcza oko do wujka Joleya i staje
obok mojej mamy, osobisty ochroniarz, który spełnił
obietnicę. Dopóki on tu jest, nic jej się nie stanie. I już
nic nie będzie się działo.
Bardzo dobrze, uznaję.
Hadleya i mnie znudziło to przedstawienie, idziemy
sprawdzić, czy da się popływać kajakiem. W tym czasie
mama płynie kraulem.
W którymś momencie tylko my dwie nie śpimy. Leżymy na ręcznikach na wznak i dopatrujemy się znajomych kształtów w obłokach. Ja widzę lamę i spinacz.
Ona dostrzega lampę naftową i kangura. Szukamy
158
kameleona, jakoś go nie widać.
- Jeśli chodzi o Hadleya - odzywa się mama. - Zastanawiałam się nad tym wszystkim.
Sztywnieję.
- Lubimy się - mówię w końcu.
- Zauważyłam. Sam mówi, że Hadley bardzo cię lubi.
Podpieram się na łokciu.
- Tak powiedział?
- Nie użył aż tylu słów. W każdym razie, jego zdaniem, Hadley jest człowiekiem odpowiedzialnym.
W roztargnieniu zrywa źdźbło trawy.
- No bo jest. Zajmuje się na farmie wszystkim, czego
nie dopilnuje Sam. Jest jego prawą ręką.
- I mężczyzną. A ty jesteś dzieckiem.
- Mam piętnaście lat - przypominam jej. - Nie jestem
dzieckiem.
- Jesteś dzieckiem.
- Ile miałaś lat, kiedy zaczęłaś chodzić z tatą?
Mama przekręca się na brzuch, wbija brodę w piasek.
Ledwie rozumiem słowa. Chyba mówi:
- Wtedy to było co innego.
- Nieprawda. Przecież nie można sterować uczuciami. Nie zakręcisz napływu emocji jak kran z wodą.
- Widzę, że znasz się na rzeczy.
Mam ochotę powiedzieć: „tak samo jak ty”, w końcu
jednak milczę.
- Nie można sterować uczuciami - podejmuje wątek
- ale można odsunąć się od niewłaściwej osoby. To właśnie staram się ci powiedzieć. Przestrzegam cię, zanim
będzie za późno.
159
Odtaczam się od niej. Czy ona naprawdę nie rozumie,
że już jest za późno?
Budzi się Sam, siada, jest między nami. Dalej musiałybyśmy rozmawiać przez niego. Mama, pewnie wbrew
własnym postanowieniom, posyła mi znaczące spojrzenie. „Wrócimy do tematu”.
Będą łowić ryby z metalowej łodzi wiosłowej, zostawiają mnie do pilnowania wujka Joleya, Hadleya i lodówki. Wyjmuję nektarynkę, zjadam ją powoli. Sok
ścieka mi po szyi, zasycha w lepką skorupę.
Mama nie wie, o czym mówi. Nie mam pociągu do
„starszych panów”. Ciągnie mnie do Hadleya. Odganiam
muchę z jego ucha. Ma na nim trzy znamiona, dotąd nie
zwróciłam na nie uwagi. Liczę je dwukrotnie, zafascynowana. W jego obecności zapominam, kim jestem, nie
wiem tego i wcale mnie to nie obchodzi. Na pewno jestem wspaniała, bo on wyraźnie świetnie się czuje w moim towarzystwie. Przytula mnie tak, jak ja w dzieciństwie
przytulałam chińskie lalki. Były piękne, miały malowane
twarze, ośmielałam się tylko na kilka chwil zdejmować je
z półek w sypialni.
Wujek Joley nie chrapie, ale ciężko oddycha przez
sen. Szorstkie dźwięki wydobywają się z niego seriami.
Łatwo odnaleźć w nich rytm, lecz nagle zmienia wzorzec
i słuchający zostaje zawieszony w próżni, czekając na
dokończenie nowego szablonu. Po paru minutach wstaję,
przeciągam się i ruszam spacerem wokół stawu, mocząc
palce w wodzie, wypisując inicjały na piasku. H.S.+R.J.
Uświadamiam sobie, że tych liter nie zmyje fala.
Na drugim końcu stawu rosną trzciny, między nimi
widać pałki. Są ciemnożółte, wysokie jak ja. Dostać się
160
tam nie ma jak, to bagno. Kiedy ratownik nie patrzy,
chowam się za pierwszym rzędem. Wtedy gdy już jestem
ukryta, ostatni raz patrzę na Hadleya. Przedzieram się
przez trzciny.
Pod nogami mam gąbkę, która zamyka mi się wokół
kostek. Idę dalej. Chcę wiedzieć, dokąd dojdę. Gdzieś
przecież musi być woda.
Krzyk kormorana mówi mi, że dotarłam do krańca.
Nie widzę brzegu. Muszę rozgarniać rękami gęsto rosnące trzciny. Dotarłam do części stawu, której nie widać z
miejsca przeznaczonego do pływania. Przede mną otwiera się zatoczka ocieniona przez wierzby. Na środku jest
łódź. Mama i Sam.
Mama właśnie złowiła rybę, nie mam pojęcia jaką, z
rzędem kolców na grzbiecie. Haczyk wystaje z boku
otworu gębowego. Mama trzyma wędkę, Sam wygładza
rybie kolce i delikatnie uwalnia ją z haczyka. Słyszę
stłumiony chrzęst. Wkłada rybę do wody, oboje patrzą,
jak w zadziwiającym tempie odpływa. Nie miałam pojęcia, że ryba może się poruszać tak szybko. Podnoszę
wzrok na mamę i Sama, wyglądają na zadowolonych.
Wiosła są oparte o siedzenie mamy. Ona siadła na
dnie, wsparła dłonie na burtach i odchyliła się do tyłu.
Sam przechodzi na jej stronę, ostrożnie stawiając nogi na
kołyszącej się łodzi, obejmuje ją w talii. Ona siada prosto, a on wcale nie jest zaskoczony. Moja mama pochyla
się i całuje Sama.
Serce bije mi szybciej, chętnie bym odeszła, ale wtedy
by mnie usłyszeli. Staram się myśleć o ojcu, chcę o nim
pamiętać, jednak przypomina mi się jedynie miniony
161
Dzień Matki, gdy podał jej śniadanie do łóżka. Obudził
mnie, bo chciał wiedzieć, jakie jajka mama lubi najbardziej. Popatrzyłam na niego jak na wariata. W końcu to
on jest jej mężem, nie ja, a nie wie, że ona w ogóle nie
jada jajek?
Sam zakrywa dłonią pierś mojej matki i całuje ją w
szyję. Coś do niej mówi, ale nic nie słyszę. Pociera pierś
kciukiem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki
pojawia się sutek. Mama zaciska dłonie na burtach.
Otwiera oczy. Łódź obraca się na wodzie, w pewnej
chwili widzę oczy Sama. Zrobiły się... głębsze. Inaczej
nie umiem tego określić. Całuje ją znowu, pod tym kątem
widzę, że ona mu chętnie odpowiada.
Poruszają się wolno. Nie mam pewności, czy z powodu łodzi, czy tego, co się dzieje. W głowie mi huczy, nie
wiem dlaczego. Nie potrafię zdecydować, czy powinnam
być zła na mamę. Nie wiem, czy mam próbować odejść.
Jedno wiem na pewno: w życiu mamy takiej nie widziałam. Przechodzi mi przez głowę dziwna myśl: Czy to na
pewno jest moja mama? Sprawdzić ponownie.
Odwracam się i biegnę przez moczary najszybciej, jak
mogę. Potykam się o znak „Wstęp wzbroniony” z łańcuchem, kaleczę w udo. Ignorując gwizdek ratownika, nurkuję w chłodną wodę, ginę w anonimowym stawie.
Otwieram oczy jak najszerzej. Wyobrażam sobie, że woda wpływa mi do głowy. Docieram na drugą stronę,
chowam się pod pomostem. Wychodzę, dopiero gdy jestem gotowa. Wtedy rzucam się na swój ręcznik obok
Hadleya, jakby mi rzeczywiście było wszystko jedno.
20.
JANE
Jest siódma rano, jadę pustą autostradą, gdy w pewnej
chwili zauważam we wstecznym lusterku różową ciężarówkę.
Boże, nareszcie jakieś towarzystwo, wzdycham.
Ciężarówka podjeżdża coraz bliżej, a kiedy się ze mną
zrównuje, widzę, że to hot dog na kółkach. To znaczy,
chyba samochód, ale najwyraźniej pokryty papierem
uformowanym na kształt parówki w bulce. I z zygzakiem
musztardy. Na chrupkiej skórce pieczywa widnieje podpis: OSCAR MAYER.
- Niesamowite.
Kierowca, którego ledwie widzę przez wycięte w dekoracji okienko, pokazuje w uśmiechu wszystkie zęby.
- Rebeko! - szturcham córkę. - Pobudka! Patrz! Musisz to zobaczyć na własne oczy, bo inaczej nie uwierzysz.
Rebeka podciąga się trochę wyżej na siedzeniu i mruga dwukrotnie. Potem na powrót zamyka oczy.
- Śpisz i śnisz - oznajmia.
- Nie śpię, tylko prowadzę - protestuję głośno.
Otwiera oczy ponownie.
163
Kierowca ciężarówki macha do niej ręką. Rebeka
przechodzi na tylne siedzenie.
- „Moja ulubiona wędlina to jest Oscar”... - nuci piosenkę z reklamy. Urywa. - Co to jest? - Szuka wzrokiem
drzwi zamrażarki, czegokolwiek, co by tłumaczyło taki
wygląd samochodu.
- Zwolnię i go przepuszczę.
- Coś ty! Przyśpiesz! Zobaczymy, ile wyciąga taki
kolos z parówką.
Wobec tego naciskam pedał gazu nieco mocniej. Hot
dog wytrzymuje sto dwadzieścia kilometrów na godzinę,
sto trzydzieści, nawet sto czterdzieści.
- Proszę, proszę, jaki aerodynamiczny.
Rebeka wraca na siedzenie pasażera.
- Kupimy sobie?
Kierowca hot doga zajeżdża mi drogę. Irytuję się, bo
przy tym omiata folią parówki nasze railingi do mocowania bagażnika. Zaraz potem znosi go na pobocze, więc
błyskawicznie zostaje za nami, jednak szybko nas dogania. Opuszcza okno, gestem prosi Rebekę, by zrobiła to
samo. Wygląda sympatycznie, więc jej na to pozwalam.
- Przerwa na śniadanie?! - Kierowca przekrzykuje
szum powietrza.
Pokazuje niebieski znak, informujący o gospodzie
przy następnym zjeździe.
- Sama nie wiem - waham się. - A ty jak uważasz?
- Może pozwoli się przejechać tym cudem... Dobra! woła Rebeka i częstuje obcego uśmiechem, w którym
lśni czar wszystkich dziewcząt na świecie.
164
Wjeżdżamy za hot dogiem na parking przed zajazdem
Słup Soli. Dwa okna są zabite deskami, oprócz naszych
stoi tylko jeden samochód, pewnie kucharza. Tak czy
inaczej, nie widać znaków ostrzegawczych, wystawionych przez kontrolerów sanepidu. Swoją drogą, ciekawe,
czy tutaj takich mają.
Rebeka pierwsza wyskakuje z auta i biegnie pomacać
tworzywo, z którego zrobiono bułkę do hotdogowej ciężarówki. Ku naszemu rozczarowaniu okazuje się ono
twarde i szorstkie. Kierowca wysiada z szoferki.
- Cześć - mówi zaskakująco wysokim głosem. Jakby
jeszcze nie przeszedł mutacji. - Miło, że zjecie ze mną
śniadanie. Nazywam się Ernie Barb.
- Lila Moss - przedstawiam się, wyciągając rękę. - A
to moja córka, Pearl.
Rebeka, zaskoczona, wita się lekkim ukłonem.
- Ładny wózek, co? - zwraca się Ernie do Rebeki.
- Ładny to nie jest dobrze powiedziane. - Przeciąga
dłonią po literach na bułce. „O” jest większe od jej głowy.
- Ciężarówka reklamowa. Użytek z niej niewielki,
ale przynajmniej zwraca uwagę.
- Rzeczywiście - przyznaję. - Pracujesz dla firmy
Oscar Mayer?
- Jasne. Jeżdżę po kraju i dbam, żeby ludzie o niej
pamiętali. Upowszechnienie marki jest istotnym elementem sprzedaży mięsa przetworzonego.
Kiwam głową.
- Oczywiście.
Ernie dotyka mojego ramienia i razem idziemy do zajazdu.
165
- Jadłeś tu już kiedyś? - pytam.
- Jasne! Często tu jadam. Całkiem przyzwoicie karmią.
Wchodzi pierwszy, za nim ja, na końcu Rebeka. Do
wnętrza prowadzą wahadłowe drzwi, zastanawiam się,
jak zamykają tę knajpkę na noc.
Ernie ma krótko przycięte jasne włosy, sterczące w
różne strony. Chociaż widzę tylko kępki, wydaje mi się,
że miejscami rosną gęściej, a miejscami są rzadsze. Skórę ma tłustą, na szyi leżą trzy, a może i cztery podbródki.
- Annabelle! - woła i po chwili pojawia się niska,
gruba kobieta w skróconym fartuchu kelnerki.
Wychodzi z męskiej toalety.
- Wróciłem, kochana.
- Aha. - Kobieta ma tak złowieszczy głos, że Rebeka
sztywnieje. - A czemuż to zawdzięczamy ten zaszczyt? I zaraz, jakby się zreflektowała, cmoka go prosto w usta i
dodaje cicho: - Cieszę się, że cię widzę.
- To Lulu, a to Pearl - przedstawia nas Ernie.
- Lila - koryguję, a on powtarza słowo, obracając je
w ustach jak kamyk. - Spotkaliśmy się na drodze.
- No i dobrze - kwituje jego słowa Annabelle.
Kolejna zmiana nastroju.
Rzuca na blat trzy jadłospisy i znika, nieoczekiwanie
zirytowana.
Poza Annabelle oraz niewidocznym szefem kuchni
(chyba że to ona jest szefem kuchni...) jesteśmy tylko my
troje. Jeszcze wcześnie, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mało kto zagląda do Słupa Soli. Wystrój jest trochę dziwny: domowo marszczone zasłony, niestety, w
166
chorobliwie zieloną kratę, solidne drewniane stoły w
różnych odcieniach oranżu.
- Miło dla odmiany przekąsić coś w towarzystwie oznajmia Ernie.
Rebeka i ja uśmiechamy się uprzejmie.
- Na drodze człowiek samotny.
Kiwamy głowami.
Rebeka próbuje rozgniatać palcem krople wody na
szklance.
- Pearl - zwraca się do niej Ernie.
Rebeka nie reaguje.
- Pearl!
Tym razem hałas, nie imię, zwraca jej uwagę.
- Ile masz lat?
- Prawie piętnaście. Skończę w przyszłym tygodniu.
Spogląda na mnie pytająco, nie wie, czy jej wiek nie
jest przypadkiem, podobnie jak nasze imiona, informacją
zastrzeżoną, której nie powinna zdradzać obcemu.
- Wspaniale - oświadcza Ernie. - Wobec tego świętujemy.
Wykręca się z krzesła i idzie do męskiej toalety, która,
sądząc po zachowaniu Annabelle, znajduje się na drodze
do kuchni. Wraca po chwili, niosąc nasze śniadanie. Z
jajecznicy Rebeki sterczy ozdobna świeczka, stearyna
kapie na smażone wiórki ziemniaków.
Ernie sam odśpiewuje „Happy Birthday”.
- Jak to miło, prawda? - zwracam się do Rebeki. Niespodzianka, sympatyczny prezent.
- Będzie i prawdziwy prezent - obwieszcza Ernie. Śniadanie stawiam ja.
167
- Dziękuję panu.
Rebeka bierze do ręki widelec, a Ernie przypomina
jej, żeby pomyślała życzenie. Słucha jego rady, zdmuchuje świeczkę, przewracając ją na serwetkę i powodując
mały pożar, który Ernie gasi sokiem pomidorowym.
W czasie śniadania Ernie opowiada o swojej pracy:
jak ją dostał (wujek w firmie), czy ją lubi (lubi), jak został nagrodzony (HOT DOG! Publicity Award w 1986 i
1987). W końcu pyta, skąd jesteśmy (z Arizony) oraz
dokąd jedziemy (do mojej siostry Grety w Salt Lake City). Rebeka kopie mnie pod stołem za każdym razem,
gdy kłamię, ale nie ma lepszego rozwiązania. Oliver potrafi być bardzo domyślny.
Ernie zjadł: stertkę placków z konfiturą malinową,
trzy jajka, kiełbaskę, w ramach przystawki smażone wiórki ziemniaków, cztery tosty, babeczkę, dwa krokiety,
grejpfruta i wędzoną makrelę. Dopiero przy omlecie z
grzybami stwierdza, że jest napchany. W kuchni Annabelle upuszcza coś, co się tłucze.
W końcu Ernie nie płaci za śniadanie, bo Annabelle
stwierdza, że jest ono na koszt firmy. Stoi w progu, gdy
idziemy do ciężarówki-hot doga.
- Drogie panie - odzywa się Ernie - miło było was
poznać.
Daje mi swoją wizytówkę, na której nie ma adresu
domowego, jedynie numer telefonu w samochodzie.
Stoimy z Rebeką przed gospodą i patrzymy, jak
sztuczny hot dog znika za horyzontem. Na tyle daleko
jedna od drugiej, żeby się nie dotknąć.
- Za czerwona, żeby wyglądała na prawdziwą - ocenia Rebeka. - No nie?
21.
JANE
Rebeka wygląda przez okno, patrzy na płaskie pole
bieli. Hipnotyzujące.
- Myślisz, że tak wygląda niebo? - pyta.
- Mam nadzieję, że nie. Przydałoby się trochę koloru.
Łatwo byłoby dać się zwieść i uwierzyć, że Great Salt
Plains są pokryte śniegiem, gdyby nie temperatura - trzydzieści pięć stopni w cieniu oraz porywy gorącego wiatru, zionącego w twarz jak piekielny oddech. Salt Lake
City, skarłowaciałe przy kolosalnej mormońskiej świątyni, nie jest miejscem, gdzie czułabym się komfortowo.
Bogiem a prawdą, mam wrażenie, że tonę w tym obcym
wyznaniu, w nieznanym klimacie, w zaskakującej architekturze. Ubranie się do mnie lepi. Chcę odebrać list Joleya i wyjechać. Niestety, naczelnik poczty, szczupły
mężczyzna w średnim wieku z obwisłymi wąsami, twierdzi, że nie ma listu do Jane Jones. Ani do Rebeki Jones.
W ogóle do żadnych Jonesów.
- Niech pan sprawdzi jeszcze raz, bardzo pana proszę.
Rebeka została przed budynkiem, gdy wychodzę, siedzi na stopniach. Mogłabym przysiąc, że widzę upał
wznoszący się z chodnika.
169
- Mamy kłopoty - mówię, siadając obok córki. Jej też
koszulka przykleiła się do pleców. Pod pachami rysują
się wilgotne kręgi potu. - Nie ma listu od Joleya.
- Zadzwoń do niego.
Rebeka pojmuje znaczenie słów Joleya zupełnie inaczej niż ja. Przecież nie potrzebuję jego wskazówek, tylko głosu. Nieważne, co mówi, ważne, że mówi.
- Tutaj są dwa urzędy pocztowe, zajrzymy do drugiego.
W drugim urzędzie też nic dla mnie nie ma. Zastanawiam się, czyby nie narobić rabanu, jednak rezygnuję,
nikt by na tym nie zyskał. Wobec tego przechodzę do
pocztowej poczekalni, następnie wychodzę na rozżarzony chodnik, gdzie stoi Rebeka, wcielenie oskarżenia.
- Aha - mówi tylko.
- Powinien tu być. - Podnoszę wzrok na słońce, które
najwyraźniej przed chwilą wybuchło. - Joley by mi tego
nie zrobił.
Chce mi się płakać, zastanawiam się nad konsekwencjami, raz jeszcze spoglądam w słońce. Z moich ust wydobywa się syknięcie, bo gwiazda wali we mnie z całą
mocą. Świat znika w czerni.
- Odzyskuje przytomność - stwierdza ktoś.
Dłonie. Dłonie zimną wodą chłodzą mi kark i czoło.
Ta twarz, za duża. Pojawia się w polu widzenia.
Oliver?
Próbuję mówić, ale nie pamiętam, gdzie mam głos.
- Mamo. Mamo.
170
To Rebeka. Czuję jej zapach. Otwieram oczy szeroko,
widzę córkę. Klęczy przy mnie, końce jej włosów muskają mi brodę jedwabiem.
- Zemdlałaś.
- Uderzyła się pani w głowę - odzywa się nieokreślony głos, który słyszałam już wcześniej. - Skaleczyła
się pani, ale nie trzeba szyć.
- Gdzie jestem?
- W budynku poczty - odpowiada mi inny głos, potem kuca przede mną jakiś mężczyzna.
Uśmiecha się. Jest przystojny.
- Dobrze się pani czuje?
- Tak.
Przekręcam głowę. Po prawej mam trzy młode kobiety ze ściereczkami.
Jedna z nich przestrzega:
- Niech pani nie siada za szybko.
Rebeka ściska mnie za rękę.
- To Eric. Pomógł mi cię wnieść do środka. A to jego
żony. Ocuciły cię.
Wygląda na przestraszoną. Trudno się dziwić.
- Żony. Aha.
Jedna z kobiet podaje Rebece słoiczek i wyjaśnia jej,
jak skorzystać z zawartości, gdyby omdlenie przydarzyło
się powtórnie.
- U nas jest gorąco i sucho - mówi Eric - dlatego gościom często się to zdarza.
- My tylko przejeżdżamy - koryguję, jakby to miało
znaczenie. - Co mi się stało w głowę?
- Uderzyłaś się - oświadcza Rebeka rzeczowym tonem.
171
- Powinnam się zgłosić do lekarza?
- Nic pani nie będzie - zapewnia mnie środkowa żona. Ma długie czarne włosy, splecione we francuski warkocz.
- Ja jestem pielęgniarką, a Eric lekarzem. Pediatrą,
ale zna się na omdleniach.
- Wiedziała pani, gdzie stracić przytomność - mówi
Eric, a kobiety się śmieją.
Próbuję stanąć, jednak mam miękkie kolana. Eric podtrzymuje mnie szybko, zakłada sobie moje ramię na szyję. Niebo wiruje.
- Posadzimy ją - zarządza Eric. - Najlepiej będzie zwraca się do Rebeki - jeśli zabierzemy was nad jezioro.
Właśnie tam jedziemy, a twojej mamie przyda się trochę
chłodu.
- Mamo, jedziemy? - pyta Rebeka. - Słyszałaś, co
pan powiedział? - Niepotrzebnie krzyczy.
- Nie jestem głucha. Dobrze. Jedźmy.
Rebeka, Eric i dwie żony stawiają mnie na nogi. Trzecia niesie moją torebkę.
W minivanie Erica leżą dmuchane koła i ręczniki plażowe. Zostają odsunięte, żebyśmy się zmieściły we dwie z
Rebeką. Eric układa mnie na plecach, z uniesionymi nogami. Od czasu do czasu pociągam łyk zimnej wody z
termosu. Pojęcia nie mam, gdzie jest jezioro, nad które
jedziemy, i jestem zbyt zmęczona, żeby się tym interesować.
Gdy się zatrzymujemy nad brzegiem Wielkiego Jeziora
Słonego, jestem pod wrażeniem. Ciągnie się jak okiem
sięgnąć, równie dobrze mógłby to być ocean. Eric znosi
mnie nad samą wodę po stromym brzegu, co zaskakuje, bo
jest dość delikatnej budowy. Sporo osób pływa w jeziorze.
172
Ja siadam na piaszczystym dnie, w płytkim miejscu, moczą mi się szorty i pół koszulki. Proszę, żeby mnie nikt
nie namawiał do wchodzenia głębiej. Nie lubię pływać,
muszę mieć grunt pod nogami.
Zastanawiam się, czy kiedykolwiek wyschnie mi
ubranie, gdy raptem sobie uświadamiam, że woda ciągle
mnie wypycha na powierzchnię. Muszę zagrzebać ręce w
piasku, żeby faktycznie siedzieć. Kosztuje mnie to mnóstwo energii. Eric z dwiema żonami przepływa obok
mnie na pontonie.
- I jak, lepiej się pani czuje? - pyta.
- Lepiej - kłamię jak z nut, jednak rzeczywiście zaczyna mi się robić chłodniej.
Skóra już nie wydaje się szorstka i spękana. Zanurzam
głowę, chcę zmoczyć włosy.
Mija mnie Rebeka, chlapiąc niemiłosiernie.
- Ale super!
Nurkuje i po chwili wystawia głowę, całkiem jak wydra. Zapomniałam, że bardzo lubi pływać... sama staram
się nie wchodzić do wody.
Rebeka odpływa nieco dalej.
- Mamo, zobacz, bez rąk i nóg! - woła.
Wyciąga w powietrze kończyny, unosi się na wodzie
jak boja.
- Wszystko za sprawą zasolenia wody - objaśnia mi
Eric, delikatnie pomagając wstać. - Pływa się łatwiej niż
w oceanie. Niezła rozrywka, jak na stan bez dostępu do
morza.
Córka namawia mnie, żebym się położyła na plecach.
- Popłyniemy razem. Jestem ratownikiem, pamiętasz?
173
Obejmuje mnie w pasie i energicznie macha nogami.
W jej ramionach, pod jej opieką, nie protestuję. A także
dlatego, że nadal czuję się słabo.
Po chwili zbieram się na odwagę i otwieram oczy.
Widzę obłoki na niebie, leniwe, przejrzyste. Słucham
oddechu córki. Skupiam się na tym, by nie ważyć nic.
- Zobacz, mamo.
Rebeka tańczy w wodzie przede mną.
- Płyniesz sama. Naprawdę!
Już mnie nie trzyma. Na środku tego wielkiego jeziora
utrzymują mnie na powierzchni jakieś niewidzialne moce.
22.
REBEKA
21 lipca 1990
- Co ja ci zrobiłam?! - krzyczę na Hadleya.
Schodzi ze wzgórza, znika mi z zasięgu wzroku. Nie
mam pojęcia, co takiego zrobiłam.
Tak jest cały dzień. Hadley już wyszedł, zanim się
obudziłam. Poszedł do owiec, trzeba je było nakarmić.
Dowiedziałam się od niego, że karma dla owiec składa
się z owsa, melasy, jęczmienia i kukurydzy.
- Wsadź nos do puszki - powiedział - powąchaj, jak
pięknie pachnie.
Wobec czego wsadziłam głowę do chłodnej metalowej puszki i wciągnęłam miodową woń. Gdy podniosłam
głowę, Hadleya już nie było. Zniknął bez pożegnania.
Teraz znalazłam go na wzgórzu. Pił z wojskowej manierki. Nie zrobiłam nic, tylko dotknęłam jego ramienia,
całkiem lekko, żeby go nie przestraszyć. On jednak podskoczył na pół metra i rozlał wodę na koszulkę.
- Do diabla! - wrzasnął. Odsunął się. - Dasz ty mi
spokój?
175
Nie rozumiem. Całe trzy dni, odkąd tu jesteśmy, był
dla mnie bardzo miły. Sam zaproponował, że mnie
oprowadzi po sadzie. Pokazał mi różne gatunki jabłek.
Pozwolił mi owinąć rękę taśmą do przeszczepianych gałązek, żebym zobaczyła, jak to jest. Pokazał mi, jak się
robi cydr. Wcale go o to wszystko nie prosiłam, sam
chciał.
Wczoraj, kiedy zabrał mnie na traktor, opowiedziałam
mu o tacie. O jego badaniach. O tym, jak wygląda, kiedy
mówi o pracy. Wargi mu drgają, a na policzkach wykwita rumieniec. A kiedy mówi o mnie, to tak jakby mówił o
niczym.
W czasie tej rozmowy Hadley powiedział:
- Na pewno pamiętasz jakieś wspólne mile chwile.
Też mi się tak zdawało. Ale przypomniałam sobie tylko, jak mi kupił rower. Wyszedł ze mną na ulicę, żeby mi
pokazać, jak się jeździ. Wyjaśnił, jak pedałować i utrzymywać równowagę, naukowo. Kilka razy podbiegł obok
mnie, krzycząc: „Świetnie! Brawo! Doskonale!”, a potem
został z tyłu. Pedałowałam dalej, aż dotarłam do wzgórza, na które nie miałam szans wjechać. Ciągle myślałam
tylko o tym, by pokazać tacie, jak dobrze sobie radzę.
Kiedy się przewróciłam, martwiłam się o rower, pogięty i
powgniatany, nie zauważyłam, że krwawię. W tamtą
Gwiazdkę założono mi szwy na ręku i na czole. Bo ojciec
wrócił na chwilę do domu, zadzwonić w sprawach służbowych.
Hadley słuchał bez słowa. Potem zmienił temat. Powiedział, że jeśli się człowiek obchodzi z jabłkami jak z
jajkami, jeżeli je odpowiednio zapakuje, na pewno się nie
poobijają.
176
Próbowałam wrócić do poprzedniego wątku. Skoro
już zacznę mówić, nic mnie nie powstrzyma. Opowiedziałam Hadleyowi o tamtym dniu, kiedy tata uderzył
mamę, i o katastrofie lotniczej. Zatrzymał traktor na
środku pola i słuchał. Powiedziałam, że nie kocham ojca.
- Każdy kocha ojca.
- Dlaczego? Kto powiedział, że tak ma być?
Uruchomił silnik traktora i przez resztę popołudnia
rzadko się odzywał. Nie zjadł z nami obiadu. A teraz to.
Uważa mnie za rozpuszczonego bachora. Jego zdaniem, coś jest ze mną nie tak, jak powinno. Może człowiek powinien kochać rodziców niezależnie od wszystkiego.
Z mamą jest łatwiej. Z powodu sposobu myślenia.
Mam wrażenie, że chodzę po jej śladach, bo obojętne,
dokąd skręcę, ona doskonale wie, gdzie jestem. I nie
ocenia mnie na każdym kroku, tak jak mamy moich przyjaciółek swoje córki. Akceptuje mnie taką, jaka jestem. I
chyba ona też woli taki układ. Zdaje mi się, że jesteśmy
do siebie podobne. Słucha mnie, lecz nie dlatego, że jest
moją matką. Słucha mnie, bo ode mnie oczekuje tego
samego.
Kiedy byłam mała, udawałam, że ojciec wymyślił dla
mnie pieszczotliwe przezwisko. Miał mnie nazywać kurczątko, otulać w nocy kołdrą, dokładnie co drugą noc, na
zmianę z mamą. Wierzyłam w ten wymysł tak mocno, że
zaciskałam powieki i czekałam, aż usłyszałam kroki, a
potem czułam, jak ktoś wpycha prześcieradło pod materac. Wtedy zerkałam. Zawsze widziałam mamę.
Gdy podrosłam, próbowałam się dowiedzieć, co go
fascynuje. Szperałam w szufladach w gabinecie, ze
wszystkich stron oglądałam mapy. Podkradłam taśmy z
177
wielorybimi pieśniami i słuchałam ich na walkmanie.
Kiedyś spędziłam cały tydzień na sprawdzaniu niezrozumiałych dla mnie słów z jego artykułu. Gdy po powrocie z podróży odkrył, że myszkowałam w szufladach,
wezwał mnie do gabinetu. Kazał mi się schylić i dał mi
klapsa. Miałam dwanaście lat.
Przeszłam przez etap, gdy starałam się dowiedzieć, co
jeszcze może ojca zainteresować. Obserwowałam go, jak
zachowuje się w stosunku do mamy. Spodziewałam się
zobaczyć miłość i niby widziałam, ale dziwną. Mieszkali
pod jednym dachem, a potrafili cały dzień się do siebie
nie odzywać. Na różne sposoby próbowałam zwrócić na
siebie jego uwagę. Nosiłam stanowczo za krótkie spódnice. Malowałam się przed wyjściem do szkoły. Namówiłam starszą siostrę przyjaciółki, żeby mi kupiła paczkę
papierosów, i zostawiłam je na stercie podręczników,
żeby je ojciec zobaczył. Nie zająknął się słowem na ten
temat. Natomiast mama uziemiła mnie na miesiąc.
W moich wspomnieniach ojciec tylko raz jeden był
panem sytuacji. Kiedy miałam pięć lat, popłynęliśmy
całą rodziną na Bermudy. On do pracy, a mama i ja odpocząć. Zaliczyliśmy mnóstwo atrakcji turystycznych,
piekliśmy hot dogi na plaży. Któregoś dnia wynajętą łodzią wypłynęliśmy w morze, by nagrywać wieloryby.
Mama trzymała się mocno relingu, ja mocno trzymałam
się mamy. Ojciec biegał po łodzi, wydając rozkazy ludziom, którzy dla niego pracowali. Kazał zmieniać kurs
albo zwiększać prędkość do iluś tam węzłów. Tylko na
moment zatrzymał się na dziobie z lornetką w dłoniach, a
gdy dojrzał to, czego wypatrywał, uśmiechnął się szeroko.
178
Nigdy nie widziałam u niego takiego uśmiechu. Przestraszyłam się i ukryłam twarz w sztormiaku mamy.
Jeśli nie ma przy mnie Hadleya, nie znajduję w sadzie
nic do roboty. Wujek Joley pojechał z Samem do miasta,
innych robotników nie znam. Są uprzejmi, ale nie mają
dla mnie czasu. Nawet nie znam ich imion.
Włóczyłam się bez celu i ku swojemu zaskoczeniu w
komercyjnej części sadu natrafiłam na mamę. Moją mamę, która nie ma żadnego pojęcia o sadownictwie i wcale
jej to nie obchodzi. Dzień jest leniwy.
- Straszny upał - mówi mama na mój widok. - Człowiek ma ochotę wrócić do Kalifornii.
Siedzi oparta o jabłoń, jedną z tych, które niedawno
zostały spryskane. Ładną bawełnianą koszulkę będzie
czuć środkiem owadobójczym o zapachu cytrynowym.
Nie poruszam tego tematu. Już i tak za późno.
- Gdzieś ty zniknęła w tym luksusowym ośrodku
wypoczynkowym?
- A co robić? Byłam z Hadleyem, ale on dzisiaj nie
ma dla mnie czasu. - Staram się mówić nonszalancko. Odkąd Sam zniknął za horyzontem, zrobił się z niego
straszny ważniak.
- Litości. - Mama przechyla głowę do tyłu, teraz celuje brodą w bryzę. - Nawet nie wymawiaj przy mnie
tego imienia.
- Sam?
- Normalny wariat. Żadnego obycia. Prostak... - Pociera kark. - Po prostu niegrzeczny. Brałam dziś rano
179
prysznic... Wiesz, że w łazience nie ma zamknięcia. A
ten wchodzi jak gdyby nigdy nic. Staje przed lustrem i
zanim zdążyłam powiedzieć „bardzo przepraszam”, nasmarował twarz kremem do golenia. Kiedy mnie usłyszał, obrócił się, rozumiesz? Obrócił się do mnie i patrzy.
Jeszcze się wkurzył i mówi, że nie jest przyzwyczajony
do towarzystwa kobiet, które pół życia spędzają w łazience.
Jestem zachwycona.
- Widział cię?
- Oczywiście, że mnie widział.
- Nie wierzę. Poważnie?
- Poważnie. Zresztą co za różnica.
- Wujek mówi, że Sam jest naprawdę zdolnym biznesmenem. Zwiększył zyski z sadu trzykrotnie w porównaniu z tym, co zarabiał jego ojciec.
- Może być najzdolniejszym biznesmenem na świecie, a to i tak nie zmienia faktu, że jest koszmarnym gospodarzem.
- W zasadzie nie zostałyśmy tu zaproszone.
- Nie o to chodzi.
Mam ochotę zapytać, o co chodzi, ale po namyśle odpuszczam.
Mama wstaje, poprawia koszulkę. Czuć ją sztuczną
cytryną. Nie zwraca na to uwagi.
- Podoba ci się?
Przetrząsnęła szafę w pokoju, w którym śpi, chyba
matki Sama. Przejrzała ubrania, których tamta nie zabrała
na Florydę. Jest zupełnie inaczej zbudowana, dlatego
większość pożyczonych ubrań nosi z paskiem od Sama,
w którym zrobiła dodatkową dziurkę.
180
- Mamo? Dlaczego tak strasznie nie znosisz Sama?
Przecież nawet go nie znasz.
- Wręcz przeciwnie, doskonale znam. Oboje zostaliśmy wychowani zgodnie z ogólnie przyjętymi stereotypami. W Newton nabijaliśmy się z dzieciaków z technikum, bo nie poszły do college'u, nawet stanowego. Uważaliśmy, że każdy mechanik i stolarz wywodzi się z Minuteman Tech i na dodatek jest z tego dumny, czego myśmy nie pojmowali. W końcu dobre wykształcenie jest
najważniejsze. Nie przeczę, Sam Hansen jest mężczyzną
inteligentnym. Więc chyba można by się po nim spodziewać czegoś więcej niż to? - Gestem obejmuje sto
akrów rozpasanej zieleni, nakrapianej czerwienią wczesnych jabłek. - Skoro jest taki mądry, to dlaczego wystarczy mu do szczęścia jeżdżenie całymi dniami na traktorze?
- Wcale nie jeździ całymi dniami - protestuję. - Nawet nie obeszłaś sadu. Oni tutaj ciężko pracują. I wszystko musi być dobrze zgrane, wiesz? Sezon za sezonem.
Ty byś nie dała rady.
- Co ty wygadujesz? Po prostu nie chcę.
- Czepiasz się. Poważnie. - Przekręcam się na
brzuch, wącham koniczynę. - Nie dlatego nienawidzisz
Sama. Moim zdaniem, dlatego, że jest nieziemsko szczęśliwy.
- Śmieszne.
- Dokładnie wie, czego chce i jak to osiągnąć. Nawet
jeśli ty chcesz czegoś całkiem innego, to on i tak jest o
krok przed tobą. - Podnoszę na nią wzrok. - I to cię doprowadza do białej gorączki.
- Wielkie dzięki, panie doktorze Freud. - Mama siada na chłodnej trawie, podciąga kolana pod brodę. - Nie
181
jestem tutaj dla Sama. Przyjechałam do Joleya. I dobrze
nam razem.
- A co dalej?
- Zostaniemy tu na jakiś czas - zaczyna, lekko się zacinając. - Poukładamy sobie, co się da, dopiero potem
zdecydujemy, co dalej.
- Innymi słowy, masz zero pojęcia.
Mama obcina mnie spojrzeniem, które ma mi przypomnieć, że nadal potrafi mnie ukarać.
- Rebeko, o co ci chodzi? Stęskniłaś się za ojcem?
- Skąd taki pomysł?
- Sama nie wiem. W każdym razie, gdybyś tęskniła,
mów śmiało, wygadaj się. W końcu jest twoim ojcem.
- Nie tęsknię za tatą - zaprzeczam głosem bez wyrazu. - Ani trochę.
Wilgoć pełznie przez wzgórze, zawisa na gałęziach
drzew. Ściska mi gardło, lekko dławi. Nie tęsknię za ojcem, nawet jeśli się staram.
- Ciii... - Moje drugie wcielenie przyciąga mnie do
siebie.
Siedzimy pod ciężkimi ramionami starego makintosza, na którym zaszczepiono spartany. Mama przytula
mnie z niewłaściwych powodów, ale i tak jest cudnie. Z
daleka widzę dżipa z Samem i wujkiem. Wysiadają, ruszają w naszą stronę. W pewnym momencie wujek zauważa nas obie. Mówi coś do Sama, wskazuje nas. Zatrzymują się, Sam i mama przez moment patrzą sobie w
oczy. Potem wujek idzie do nas, a Sam skręca w lewo.
182
Tego wieczoru przy kolacji wujek Joley opowiada
nam o pewnym kupcu z Purity Foodstores. To kobieta,
nazywa się Regalia Clippe. Sam wspominał o niej wcześniej, ale wujek poznał ją dopiero dzisiaj. Pani Regalia
ma metr pięćdziesiąt wzrostu i waży dobrze ponad sto
kilogramów. Uwielbia plotkować, dziś opowiadała o
sobie. Akurat wróciła po ślubie, który zawarła w Kościele Żywego Słowa Bożego w Reno, w stanie Nevada.
Świeżo upieczony mąż jest jedynym producentem darni
w New Hampshire. Minionej nocy prawie nie spała.
Ciekawe, czy miała sińce pod oczami.
- Jesteś niemożliwy - śmiała się mama z wujka. Ciągle trafiasz na takich dziwacznych ludzi. Przekroczyłeś już chyba wszelkie statystyki.
Hadley, który też jadł z nami kolację, poprosił mnie o
podanie cukinii. W tym jednym zdaniu było więcej słów,
niż powiedział do mnie przez cały dzień.
- To ja poznałem Regalię Clippe - oznajmia Sam. Jest moim kontrahentem. Nie ma nic wspólnego z Joleyem.
- Nie o to mi chodziło. - Mama zerka na mnie.
- Kościół Żywego Słowa Bożego - powtarza wujek
Joley, a mama się śmieje. Wujek opiera łokcie na stole.
- Śliczny masz śmiech. Jak srebrne dzwonki.
- Kościół Dzwoniący Żywym Słowem Bożym? rzuca Sam i wszyscy wybuchają śmiechem.
Staram się złapać spojrzenie Hadleya, ale on wpatruje
się w talerz, jakby w życiu nie widział takiego dziwadła.
- Trzeba coś zrobić z chwastami w zachodniej
ćwiartce - mówi do Sama. - Wymknęły się spod kontroli.
Można by tam wpuścić owce... Skoro już są ostrzyżone,
nie ma powodu trzymać ich w zagrodzie.
183
Sam kiwa głową, więc Hadley uśmiecha się do talerza. Widzę, że jest zadowolony z tej decyzji.
- Dobre wieści są takie - podejmuje Sam - że Regalia
Clippe odnowiła z nami kontrakt na odmianę Red Delicious.
- Fantastycznie - mówię.
Hadley podnosi wzrok.
- A ilu jeszcze ma kontrahentów? - pyta Sama.
- No, koniec - mówi Sam. - Hadley sprowadził mnie
na ziemię. - Ma uśmiech na twarzy, nie jest zły. - Nie
wiem ilu. Nie pytałem. Na pewno była zadowolona z
odnowienia kontraktu, a w zeszłym roku dostarczaliśmy
towar za Collinsa, kiedy mu mszyce położyły zbiory. I
tyle.
Na kolację jest cukinia z migdałami, pieczony kurczak, groszek i tłuczone ziemniaki. Wszystko bardzo
smaczne. Przygotował ją Sam, uwinął się błyskawicznie.
Hadley mówi, że gotowanie zawsze załatwia Sam.
- Jak wam minął dzień? - pyta wujek Joley.
Mama zamierza odpowiedzieć, lecz spostrzega, że wujek patrzy na mnie i Hadleya. Hadley czerwienieje jak
pomidor. Mama splata dłonie na kolanach.
Sam z brzękiem upuszcza widelec na brzeg talerza.
Wreszcie Hadley podnosi wzrok na mojego wujka.
- Nie byliśmy razem. Miałem pełne ręce roboty.
Zwija serwetkę w kulkę i rzuca nią do kosza na śmieci.
Pudłuje, trafia w psa.
- Czas na mnie - mruczy pod nosem.
Z hurgotem odsuwa krzesło i wybiega z kuchni.
- Co mu odbiło?
Sam nakłada sobie górę ziemniaków, kręci głową.
184
- Sam, tak się zastanawiałam - odzywa się moja
mama - dlaczego hodujesz tylko jabłka?
Kopię ją pod stołem. Nie jej sprawa.
- Jabłka wymagają dużo czasu i wysiłku.
Mam wrażenie, że Sam słyszy to pytanie nie po raz
pierwszy.
- Chyba zarobiłbyś więcej, gdybyś zróżnicował
uprawy.
- Sekundę, przepraszam - mówi Sam zbyt spokojnie.
- Kim ty właściwie jesteś? Przyjeżdżasz sobie z innego
świata i dwa dni później dyktujesz mi, jak mam prowadzić interes?
- Nie chciałam...
- Gdybyś miała chociaż minimalne pojęcie o prowadzeniu farmy, może byśmy porozmawiali.
- Co za dużo, to niezdrowo. - Mama jest o krok od
płaczu, słyszę to, mówi niskim głosem. - Chciałam tylko
podtrzymać rozmowę.
- Same kłopoty z wami - podsumowuje Sam. - Nie
da się ukryć.
W głosie mamy pojawia się chrypa. Pamiętam jedną z
jej ulubionych historyjek z przeszłości, o tym jak za czasów college'u pracowała przy zamieszczaniu ogłoszeń w
„Boston Globe”. Jeden z klientów zakochał się w jej głosie. Sprzedał łódź w pierwszym tygodniu, lecz nadal wydzwaniał do redakcji, tylko po to, by usłyszeć głos mojej
mamy. Ponawiał ogłoszenie przez całe lato, wyłącznie
dlatego, że chciał jej słuchać.
- Sam.
Wujek Joley dotyka ramienia mojej mamy. Ona wstaje i biegnie w stronę stodoły.
185
Zostajemy we trójkę: Sam, ja i wujek Joley. Jakiś czas
siedzimy w milczeniu.
- Ktoś chce dokładkę kurczaka? - pyta Sam.
- Wydaje mi się, że przesadziłeś - mówi wujek. Powinieneś przeprosić.
- O rany... - wzdycha Sam i odchyla się na oparcie.
- To twoja siostra. Ty ją zaprosiłeś. Ona tu po prostu
nie pasuje. Powinna stukać wysokimi obcasami po marmurach jakiegoś salonu w Los Angeles.
- Bez przesady - protestuję. - Wcale jej nie znasz.
- Znam takie jak ona. Dobra, niech wam będzie. Pójdę i przeproszę. Kurna żeż... Królestwo za trochę ciszy i
spokoju. - Wstaje, odsuwa talerz. - To by było tyle, jeśli
chodzi o kolację w miłym towarzystwie.
We dwoje z wujkiem kończymy cukinię. Potem ziemniaki. Milczymy. Moje stopy plaskają o linoleum.
- Idę.
- Rebeko, zostaw ich. Dadzą sobie radę. Muszą się
dogadać.
Może i ma rację, ale to moja mama. Oczyma wyobraźni widzę, jak wbija się w Sama pazurami, zostawia
na jego twarzy i ramionach krwawe ślady. A potem rysuje się inny obrazek. Sam jest silniejszy. Zrobiłby to? Czy
to tylko specjalność mojego ojca?
Najpierw ich słyszę, dopiero potem widzę. Są za szopą na traktor i kultywator. Ponieważ istnieje możliwość,
że wujek Joley ma rację, postanawiam się nie wtrącać.
Pochylam się nisko, drzazgi wbijają mi się w koszulkę.
- Przecież powiedziałem, że mi przykro - słyszę Sama. - Co jeszcze chcesz usłyszeć?
186
Głos mamy dobiega z pewnej odległości.
- Masz rację. To twój dom, twoja farma, a mnie w
ogóle nie powinno tu być. Joley cię nakłonił, żebyś nas
przyjął. To znaczy, nie powinien był cię prosić o taką
przysługę.
- Dziękuję za wytłumaczenie. Doskonale rozumiem,
co znaczy „nakłonił”.
- Miało zabrzmieć inaczej. Wszystko mówię na
opak. Każde zdanie dociera do ciebie z odwrotnym sensem, niżbym chciała.
Sam opiera się ciężko o ścianę szopy, mam wrażenie,
że mnie wyczuje przez deski.
- Mój ojciec prowadził sad bez szczególnego planu.
Tu jakiś gatunek, tam inny, drzewka komercyjne wymieszane z detalicznymi... Od jedenastego roku życia przekonywałem go, że trzeba to robić inaczej. A on zawsze
odpowiadał, że nie wiem, o czym mówię. Teorię znałem,
jednak doświadczenia mi brakowało, no bo i skąd miałbym je mieć? Dopiero kiedy przeprowadził się na Florydę, wykopałem młodsze drzewka i przesadziłem je tam,
gdzie je sobie wyobrażałem. Kilka straciłem, wiedziałem,
że ryzyko jest ogromne. Ojciec nie był tutaj ani razu od
przejścia na emeryturę, a kiedy dzwoni, udaję, że
wszystko wygląda tak, jak on zostawił.
- Rozumiem.
- Nie rozumiesz. Nie obchodzi mnie, co byś chciała
tutaj hodować: kapustę czy arbuzy. Możesz o tym opowiadać Joleyowi, swojej córce i komu tam jeszcze chcesz.
A po mojej śmierci możecie sobie tutaj hodować, co wam
się żywnie podoba. Ale dopóki żyję, nigdy mi nie mów, że
coś robię źle. Ta farma... jest dla mnie najważniejsza na
187
świecie. To tak jakbym... jakbym ci powiedział, że twoja
córka jest głupia.
Mama nie odpowiada.
- Wcale nie chciałabym tu arbuzów - mówi w końcu.
Sam się śmieje.
- No dobra, to zacznijmy od początku - proponuje. Nazywam się Sam Hansen. A ty?
- Jane. Jane Jones. Dobry Boże... Jestem najnudniejszą osobą pod słońcem.
- Bez przesady.
Słyszę całkiem wyraźnie, jak podają sobie ręce. Jest
cicho jak makiem zasiał.
Wracają podwójnym krokiem czterech stóp, zbliżają
się do miejsca, gdzie tkwię w ukryciu. W panice przeczołguję się na drugą stronę szopy, z dala od ich głosów.
Teraz mogę iść tylko do stodoły. Staram się dokonać
tego jak najciszej, ale sandały szeleszczą na słomie. Rozpłaszczam się na ziemi, wczołguję do środka.
Siadam i pierwsze, co widzę, to nietoperz. Jest ciemny, owinięty skrzydłami, tkwi w rogu strychu. Mam
ochotę krzyknąć, ale co by mi to dało?
Nietoperz wydaje z siebie skrzekliwy pisk i przelatuje
obok. Osłaniam twarz dłońmi, coś łapie mnie za nadgarstki. Obracam się, to Hadley.
- Co ty tu robisz? - pytam przerażona.
- Mieszkam. A ty co tu robisz?
- Podsłuchiwałam. Słyszałeś ich?
Hadley kiwa głową. Wyciąga źdźbło z którejś beli
siana, wkłada je między przednie zęby.
- Miałem nadzieję na nokaut w pierwszej rundzie.
188
- Jesteś okropny! - rzucam mu w twarz, ale ze śmiechem.
W tym świetle wygląda na wyższego. A wargi bardzie
niż normalnie wyginają się do dołu. Wyciągam rękę.
Chcę go dotknąć. Zawstydzona cofam dłoń.
- Wyrobiłeś się z robotą?
- Z jaką robotą?
- Przy kolacji mówiłeś wujkowi...
- A... - Kopie stertkę siana. - Aha.
Długi czas milczy, aż się zastanawiam, co znowu jest
źle.
- Co ja ci zrobiłam?
- Nic. Jesteś ślicznym dzieciakiem i tyle.
- Nie jestem dzieciakiem.
Unoszę brodę.
- Wiem, ile masz lat. Spytałem Joleya. I to by było
tyle.
- I tak nic nie rozumiem. Jeszcze wczoraj miło spędzaliśmy razem czas, a dzisiaj, jak grom z jasnego nieba,
traktujesz mnie, jakbym roznosiła zarazę.
- Po prostu nie mogę być ciągle z tobą. - Chodzi tam
i z powrotem po niewielkim prostokącie księżycowego
światła. - Ja tu pracuję. Zarabiam na życie. Rozumiesz?
- Nie, nie rozumiem. Nie mam pojęcia o pracy zarobkowej, ale wiem doskonale, jak się powinno traktować przyjaciół.
- Nie rób mi tego.
Zaciskam pięści.
Czego? Nic nie zrobiłam. W ogóle nic.
Hadley odmierza krok w moją stronę, a mnie serce
zamiera, ot tak. Cofam się o krok.
189
Przyciśnięta do beli siana oddycham ciężko. Wdycham tę koszmarną suchą trawę, dostaje mi się do płuc.
Hadley pochyla się nade mną, widzę w jego źrenicach
odbicie swojej twarzy.
Kładę dłoń na jego piersi i odpycham go, odchodzę w
drugi koniec stodoły.
- Musisz powalczyć z chwastami... Mówiłeś przy kolacji. Kiedy jabłka zaczną spadać? We wrześniu? - Nawijam jak najęta, terkoczę na temat, który jest mi całkiem
obcy. - Dokąd pojedziesz jutro? Tak sobie myślałam,
czyby nie skoczyć do centrum handlowego w Stow. Nie
byłam tam jeszcze, a wujek mówi, że jest sklep z płytami
w sam raz dla mnie i w ogóle. Pytałam cię już, co będziesz robił jutro?
- To - mówi Hadley, obejmuje mnie w talii i całuje.
Wydawało mi się, że najwspanialsze uczucie na świecie to jazda na rowerze ze wzgórza, na które trudno się
było wdrapać. Jazda podobna do lotu, z szybkością większą niż prędkość dźwięku, z rękami uniesionymi wysoko
w powietrze, z rozwianymi włosami. Jedną dłoń zawsze
kulę ze złączonymi palcami i łapię w nią powietrze, a
przecież na dole, gdy znajdę się u stóp wzgórza, nieodmiennie jest pusta.
Myślę o tym, gdy Hadley przyciska mnie do siebie,
oczy mam szeroko otwarte, bo się boję, że jeśli je zamknę, po otwarciu nie znajdę tego, co tak rzeczywiste.
Hadley spogląda na mnie w którejś chwili i uśmiecha się
z wargami na moich ustach.
- Na co patrzysz? - pyta szeptem.
- Na ciebie.
23.
JOLEY
Ojciec zmarł trzy lata przed matką. Zdaniem lekarza na atak serca, ale Jane i ja mieliśmy ogromne wątpliwości, bo przecież w takim wypadku musiałby mieć serce.
Jane mieszkała wtedy w San Diego, a ja byłem w
Meksyku. Prowadziłem badania nad Cortezem, które
przekształciły się w poszukiwania świętego Graala, a
następnie w nie pamiętam już co. Jane jedyna wiedziała,
gdzie jestem, a byłem niedaleko Tepehuanas, w osadzie
tak małej, że nie miała własnego imienia. Mieszkałem u
ciężarnej gospodyni imieniem Maria, wraz z jej trzema
kotami. Prowadziłem wykopaliska w pobliskich górach.
Nie znalazłem nic, a zdradziłem to jedynie Jane.
Matka oczywiście najpierw zadzwoniła do Jane. Podejrzewam, że chętnie by się na pierwszym miejscu
skontaktowała ze mną, jednak nie znała mojego adresu i
nie potrafiła wybierać rozmów międzynarodowych. Powiedziała córce, że ojciec padł trupem. W szpitalu pytali
ją, czy skarżył się na gazy i czy wydawał jakieś dźwięki
przez sen, lecz matka nie wiedziała. Od lat spała z zatyczkami w uszach, ze względu na chrapanie ojca, i zawsze kładła się pierwsza.
191
- Jak sądzisz - spytała Jane ostrożnie, gdy lecieliśmy
do Bostonu - czy przez ostatnie dziesięć lat uprawiali
seks?
- Nie wiem - odparłem. - Pojęcia nie mam, co robili.
Czy wspomniałem, że wszystko to stało się w ostatni
weekend przed Wielkanocą?
Po przyjeździe do domu zastaliśmy matkę na frontowym trawniku. Miała na sobie znajomy fioletowy szlafrok, a na stopach wsuwane kapcie, chociaż minęło już
południe.
- Mamo - odezwała się Jane, rozkładając ramiona.
Matka uściskała Jane w taki sam sposób jak zwykle:
patrząc na mnie, nad jej ramieniem. Zawsze się zastanawiałem - i nadal zachodzę w głowę, czy obejmując mnie,
patrzyła na córkę. Ze względu na Jane mam taką nadzieję.
- Już po wszystkim - oznajmiła Jane.
A matka popatrzyła na nią jak na szaloną.
- Jak to: po wszystkim?
Jane przeniosła na mnie wzrok.
- Nic, nic, tak mi się powiedziało.
Gdy wchodziliśmy po schodach do domu, odciągnęła
mnie na bok.
- Co się z nią dzieje? - spytała. - Czy może to ze mną
coś nie tak?
Skąd miałem wiedzieć? Byłem w tym domu jedyną
osobą, której nie dotknęła przemoc ojca, głównie dzięki
ingerencji siostry. Jane poświęciła mi swoje dzieciństwo,
więc co miałem powiedzieć?
- Z tobą wszystko w porządku - zapewniłem.
192
Zostaliśmy wyznaczeni do zorganizowania stypy. Ciało tatusia leżało na lodzie od trzech dni, bo żaden kościół
nie chciał odprawić pogrzebu ze względu na Wielkanoc.
Teraz jednak, gdy uroczystość wyznaczono na poniedziałek, trzeba było poczynić odpowiednie przygotowania.
Poszliśmy z Jane do działu delikatesowego w Star Market, najbliższego sklepu w okolicy. Szczerze powiedziawszy, żadne z nas nie dbało o wygląd potraw.
- Dzień dobry - powitał nas z uśmiechem tęgi mężczyzna za ladą. - Przyjechali goście na święta?
W czasie gdy matka przechodziła przez rytuał płaczu,
wyrywania włosów i gładzenia starych fotografii, my z
Jane siedzieliśmy na piętrze w swoich dawnych pokojach. Rozmawialiśmy o wszystkim, co zdołaliśmy odszukać w pamięci, staraliśmy się zostawić za sobą przeszłość. Dotykałem miejsc na ciele Jane, gdzie dawniej
widniały siniaki. Czekałem, aż zacznie mówić o tamtej
najgorszej awanturze, lecz ona jedynie wspomniała zdarzenia tej nocy, gdy została zmuszona do wyjazdu.
W wieczór przed pogrzebem ułożyliśmy się do snu w
swoich starych łóżkach, przy otwartych drzwiach, na
wypadek gdyby mama nas potrzebowała. Niedługo po
trzeciej Jane przyszła do mojego pokoju. Zamknęła
drzwi, usiadła na krawędzi łóżka i po chwili podała mi
zdjęcie nas obojga, znalezione między zagłówkiem jej
łóżka a ścianą.
- Chyba ze mną jest coś nie tak - szepnęła. - Nic nie
czuję. Robię, co trzeba, rozumiesz, ale w ogóle mnie nie
obchodzi, że ten człowiek umarł.
Zamknąłem jej rękę w dłoniach. Miała na sobie starą
koszulę nocną matki. Zorientowałem się, że zgaduję, w
193
czym sypia w domu, z Oliverem. Na pewno nie śpi nago
jak ja. Nie lubi tego uczucia.
- Wszystko z tobą w porządku. Wziąwszy pod uwagę okoliczności.
- Ona płacze. Jest w żałobie. A przecież jej wyrządził znacznie większą krzywdę.
Słowa zlały się w jeden strumień, Jane wsunęła się
pod moją kołdrę. Miała strasznie zimne stopy i, co dziwne, takie zostały przez całą noc.
Na pogrzebie duchowny nazwał ojca podporą miejscowej społeczności. Wspomniał, że był oddanym mężem i ojcem. Trzymałem Jane za rękę. Żadne z nas nie
płakało ani nawet nie próbowało udawać, choćby dla
przyzwoitości.
Trumna była otwarta. Mama tak sobie życzyła. Jane
przyjmowała kondolencje, a ja obejmowałem matkę za
ramiona, często ją podtrzymując. Podsuwałem jej soki i
biszkopty, i robiłem wszystko, co sugerowały różne ciotki, pełne dobrej woli, by pomóc jej przebrnąć przez trudne chwile.
Dawno minęło popołudnie, zanim krewni i farbowani
przyjaciele ruszyli na cmentarz. Organizator pogrzebu
wręczył mojej siostrze rachunek, a ona po chwili zniknęła. Gdy spytałem go, gdzie jej szukać, wskazał pokój, w
którym wystawiono otwartą trumnę. Rzeczywiście, Jane
stała tam nad jego ciałem, nad woskową maską, bez śladu grymasu budzącego grozę, bez cienia dawnej siły,
którą tak dobrze znałem. Moja siostra przeciągnęła palcem po jedwabiu na krawędzi drewnianej skrzyni. Dotknęła starego niebieskiego krawata ojca. A potem gwałtownie uniosła rękę. Chwyciłem ją za drżący nadgarstek,
zanim uderzyła trupa.
24.
SAM
Jeśli przyjrzeć się uważnie, można w moich oczach
zobaczyć blizny. Urodziłem się z zezem, pierwszą operację przeszedłem jako niemowlę, nic z niej nie pamiętam.
Z medycznego punktu widzenia ingerencja polegała na
naprężeniu wiotkich mięśni, które powodowały uciekanie
oka. Pewnie założono mi niewidoczne szwy. Teraz, po
dwudziestu czterech latach, prawie nie ma śladu. Została
tylko cienka przejrzysta linia w każdym oku, przypominająca żółtą rzęsę. Można ją dostrzec, jeśli się patrzy w
kącik mojego oka.
Do czasu drugiej operacji nosiłem okulary ze szkłami
grubymi jak dno butelki, przez co wyglądałem na żabę
ewentualnie prawnika. Miałem niewielu przyjaciół, w
czasie przerwy siadałem sam za huśtawkami i zjadałem
kanapkę zapakowaną przez mamę do pudełka. Czasami
przychodziły inne dzieci, nazywały mnie okularnikiem
albo robiły zeza i głośno się śmiały. Jeżeli wracałem do
domu zapłakany, mama mnie przytulała - ukrywałem
twarz w jej fartuchu, pachnącym świeżą mąką - i opowiadała mi, jaki jestem przystojny. Chciałem jej wierzyć,
niestety, nie mogłem. Wbijałem wzrok w ziemię.
195
Nauczyciele zaczęli mówić, że jestem nieśmiały, i
wzywali mamę, coraz bardziej zatroskaną. Któregoś dnia
rodzice powiedzieli mi, że będę miał operację. Jakiś czas
spędzę w szpitalu z opatrunkiem na oczach, a kiedy mi
go zdejmą, będę widział jak wszyscy inni. Wspomniałem
już, że nie pamiętam pierwszej operacji, natomiast drugą
- doskonale. Bałem się, że po niej świat okaże się zupełnie inny. Zastanawiałem się, czy po zdjęciu bandaży będę wyglądał tak, jak mi się zdawało. Czy kolory pozostaną takie same.
Dzień po operacji usłyszałem u stóp łóżka głos matki.
- Sam, kochanie moje, jak się czujesz?
Ojciec dotknął mojego ramienia i podał mi jakiś pakunek.
- Ciekawe, czy zgadniesz co to.
Rozdarłem papier i przesunąłem palcami po fałdach
miękkiej skórki piłki do gry w piłkę nożną. A co najlepsze, dokładnie wiedziałem, jak ona wygląda.
Poprosiłem, żeby mi pozwolono ją trzymać w czasie
zdejmowania bandaży. Lekarz pachniał płynem po goleniu i krok po kroku opowiadał, co robi. W końcu kazał
mi otworzyć oczy.
Otworzyłem. Wszystko było zamazane, ale odróżniałem czarne i białe pięciokąty na piłce. Czerń była w dalszym ciągu czarna, a biel biała. Zamrugałem i świat się
wyostrzył, stał się nawet wyraźniejszy niż przed operacją. Uśmiechnąłem się na widok matki.
- To ty - powiedziałem.
- A kogo się spodziewałeś?
Czasami, patrząc w lustro, widzę zeza. Spotykałem się
z paniami, które mi opowiadały, jakie mam niesamowite
196
oczy: niespotykany kolor porównywały do mgły latem i
innych takich rzeczy. Słowa spływają ze mnie jak woda
po kaczce. Nie jestem przystojniejszy od pierwszego z
brzegu innego mężczyzny. Pod wieloma względami
nadal jestem okularnikiem, jedzącym drugie śniadanie za
huśtawkami. Mama spaliła wszystkie fotografie, na których miałem zeza. Uznała, że skoro już przeszedłem operację, nie potrzebujemy takich pamiątek. Dlatego też zostało mi tylko wadliwe postrzeganie od czasu do czasu i
blizny. Mam też tamtą piłkę. Trzymam ją w szafie. Uważam, że czegoś takiego się nie wyrzuca.
25.
JANE
Nigdy w życiu nie kochałam się z nikim poza Oliverem. Owszem, moje pokolenie dorastało pod hasłem
„seks, narkotyki i pokój na świecie”, ale ja nigdy się z
nim nie identyfikowałam. Poznałam Olivera, mając lat
piętnaście, i tylko z nim się spotykałam aż do ślubu.
Stworzyliśmy pewien wzorzec, lecz zawsze zatrzymywaliśmy się przed punktem krytycznym. Rozmawiałam o
seksie z przyjaciółkami i udawałam, że pierwszy raz
mam za sobą. Ponieważ nikt mnie nie poprawiał, przyjęłam, że mówię rzeczy właściwe.
Oliver mnie nie naciskał. Przyjęłam, że sypiał z innymi kobietami, jak wszyscy chłopcy, których znałam, natomiast nigdy nie nalegał, bym zrobiła coś, czego nie
chciałam. Prawdziwy dżentelmen, mówiłam przyjaciółkom. Mogliśmy siedzieć godzinami w bostońskich dokach i tylko trzymać się za ręce. Kiedy całował mnie na
do widzenia, było to tylko cmoknięcie, jakby znacznie
więcej zachowywał na później.
Moja najlepsza przyjaciółka z college'u, Ellen, opowiadała mi ze wszystkimi szczegółami o pozycjach seksualnych, jakie razem z jej chłopakiem, Rogerem, doprowadzili do perfekcji w volkswagenie garbusie. Kiedyś
198
przyszła do klasy wcześniej, wyciągnęła przed siebie
nogi i narzekała, że ma straszne zakwasy w łydkach. Ja
spotykałam się z Oliverem pięć lat, a nigdy nawet się nie
zbliżyłam do tej nieokiełznanej namiętności, o której
Ellen wspominała od niechcenia, jakby mówiła o rozmiarze rajstop. Zaczęłam nabierać przekonania, że coś jest ze
mną nie w porządku.
Któregoś wieczoru, gdy wybraliśmy się z Oliverem do
kina, poprosiłam, żebyśmy usiedli w ostatnim rzędzie.
Puszczali wtedy „Tacy byliśmy”. Gdy tylko zeszła z
ekranu czołówka, podałam Oliverowi popcorn i zaczęłam
przesuwać kciukiem wzdłuż wewnętrznego szwu jego
spodni. Myślałam sobie: jeśli to go nie podnieci, to chyba
już nic innego. Oliver wziął mnie za rękę i zamknął ją w
swoich dłoniach.
Spróbowałam jeszcze raz, później, w czasie filmu.
Wzięłam głęboki oddech i pocałowałam go w szyję, potem w krawędź ucha. Robiłam wszystko to, o czym słyszałam od Ellen, co uznałam za wykonalne w miejscu
publicznym. Rozpięłam środkowy guzik koszuli Olivera i
wsunęłam pod nią rękę. Gładziłam jego gładką oliwkową
skórę na piersiach, silne ramiona. Co niesamowite, przez
cały czas patrzyłam na ekran, jakbym rzeczywiście oglądała film.
Oliver był przepiękny. Miał grube blond włosy i
uśmiech, który mnie rzucał na kolana. Jasne oczy nadawały mu nieobecny wyraz. Chciałam, żeby mnie zauważył naprawdę, uznał za całkowicie swoją.
W czasie sceny, gdy Robert Redford i Barbra Streisand spacerują po plaży, planując imię dla dziecka,
199
Oliver chwycił mnie za rękę, wyciągnął ją spod koszuli,
zapiął guzik i przyjrzał mi się uważnie. Wyprowadził
mnie z sali kinowej.
Nie patrząc na mnie, zaczekał, aż człowiek sprzedający popcorn odwróci się w inną stronę. Wtedy wślizgnął
się na schody prowadzące na balkon, którego akurat tego
wieczoru nie otwierano.
Na balkonie nie było żywego ducha. Wejście odgrodzono złotymi linami. Oliver przycisnął się do mnie od
tyłu. Zdjął koszulę. Widziałam go na tle ściany obitej
atłasową tkaniną.
- Czy ty wiesz, co mi robisz? - spytał.
Rozpiął moją bluzkę, jednym ruchem rozsunął suwak
dżinsów. Kiedy stałam przed nim w bieliźnie, zrobił krok
do tyłu i tylko patrzył. Zaczęłam się obawiać ludzi z dołu, gdyby ktoś się odwrócił, miałby całkiem inne przedstawienie. Oliver, jakby czytał w moich myślach (wtedy
chyba rzeczywiście mógł), posadził mnie sobie na kolanach.
Znaleźliśmy się na skrajnym fotelu w ostatnim rzędzie. Ja byłam zwrócona do oślepiającego światła projektora, on szklanymi oczami w stronę ekranu. Zsunął mi
ramiączka stanika i wziął piersi w dłonie, jak na wagę.
Trzymał je bardzo lekko, może nie wiedział, co z nimi
zrobić. Stanik opadł mi na biodra. Oliver rozpiął guziki
rozporka. Za pomocą odrobiny akrobatyki zsunęliśmy
mu spodnie na kostki, nawet nie wstałam. W tle słyszałam rozmowę bohaterów filmu.
- Kochasz mnie? - szepnęłam mu w szyję, niepewna,
czy usłyszy.
200
Oliver spojrzał na mnie. Bezdyskusyjnie spojrzał na
mnie, po raz pierwszy wiedziałam z całkowitą pewnością, że zyskałam jego niepodzielną uwagę.
- Właściwie - powiedział - sądzę, że tak.
Zaczęłam robić różne rzeczy, o których opowiadała
mi Ellen: naciskać na niego, kołysać się w biodrach, najpierw powoli, coraz szybciej. Majtki mi zwilgotniały w
kroku. Czubek penisa Olivera wystawał przez rozporek
w bokserkach, różowy i napuchnięty. Ostrożnie przesunęłam po nim palcem wskazującym. Podskoczył.
Gdy Oliver mnie dotknął, myślałam, że zemdleję.
Gdyby nie oparcie fotela z poprzedniego rzędu, na pewno
bym spadła. Odciągnął mi na bok majtki w kroku, a drugą ręką rozsunął szorty. Byłam zafascynowana. Patrzyłam na tę pulsującą, poznaczoną węzłami strzałę, kompletnie zapomniawszy, że jest ona połączona z Oliverem.
Przyglądałam się jej przez cały czas, gdy on poprawił się
na siedzeniu i uniósł moje biodra. Wtedy zniknęła we
mnie przy akompaniamencie ostrego bólu. Ellen nie mówiła, że będzie bolało. Mimo wszystko nie krzyczałam
ani nie płakałam, ze względu na tych wszystkich ludzi na
parterze. Oczy miałam otwarte szeroko, wpatrywałam się
w aksamitną kurtynę na tylnej ścianie. Dopiero wtedy
Oliver się odezwał.
- Robiłaś to już kiedyś?
Potrząsnęłam głową. Myślałam, że przestanie, ale na
to było już za późno. Nie całkiem pewna, co właściwie
robię, poruszałam się z nim w jakimś prymitywnym tańcu, złożonym ze wstrząsów i uderzeń. Patrzyłam, jak
Oliver w niedowierzaniu zamyka oczy. W ostatniej chwili
201
z siłą Atlasa poderwał mnie za biodra i odepchnął. Zaraz
przycisnął do siebie, do piersi, ale jeszcze zobaczyłam
go, czerwonego i gładkiego, zogromniałego i rozedrganego. Wytrysnął fontanną gorąca, lepką substancją, która
skleiła nam brzuchy. Oliver warknął coś, gdy chciałam
się odsunąć.
Jakoś wyszłam wtedy z kina, ale przez kilka dni byłam obolała. Przestałam wypytywać Ellen o jej randki z
Rogerem. Oliver zaczął do mnie wydzwaniać dwa, trzy
razy dziennie, gdy wiedział doskonale, że jestem w szkole.
Kupiliśmy prezerwatywy i zaczęliśmy robić to regularnie, na tyle że przestało boleć, chociaż raczej nie miałam orgazmu, takiego, o jakim mówiła Ellen. Robiliśmy
to w moim pokoju w akademiku, w samochodzie
Olivera, w trawie przy jeziorku Wellesley i w składziku
obok sali gimnastycznej. Wydawało się, że im mniej odpowiednie miejsce, tym więcej mieliśmy uciechy. Widywałam się z Oliverem co wieczór i co wieczór uprawialiśmy seks. Zaczęłam opowiadać Ellen, co robimy.
Któregoś wieczoru Oliver nie wykonał najmniejszego
gestu, żeby mi zdjąć ubranie. Zapytałam go, czy dobrze
się czuje, a on mnie zapewnił, że tak i że po prostu nie
ma na to ochoty. Tamtego wieczoru płakałam. Byłam
pewna, że zapowiada to koniec naszego związku. Na
następne spotkanie włożyłam sukienkę, która się Oliverowi najbardziej podobała, chociaż szliśmy na kręgle. W
drodze powrotnej w samochodzie nie dałam mu szansy
na odmowę. W czasie jazdy do akademika rozpięłam mu
spodnie i doprowadziłam do tego, że musiał zaparkować
w bocznej ciemnej uliczce. Mimo wszystko, niezależnie
202
od tego, co robiłam, nie wykazywał inicjatywy. Pozwalał
sobą dysponować. W końcu zapytałam, o co chodzi.
- Po prostu dzisiaj nie mam ochoty. Czy naprawdę
musimy to robić codziennie?
Nie widziałam powodu, by miało być inaczej. Jeśli o
mnie chodziło, seks równał się miłości. Jeżeli człowiek
uprawia seks, to kocha i jest kochany. Skoro Oliver nie
pragnął mnie zawsze, ciągle i w każdej chwili, to coś
było nie w porządku. Zwierzyłam się Ellen, że mój chłopak chce ze mną zerwać, a kiedy zapytała, skąd wiem,
powiedziałam jej, dlaczego tak sądzę. Była wstrząśnięta.
Zapewniła, że każdy chłopak chce uprawiać seks zawsze.
Zamknęłam się w pokoju w akademiku i przez dwa dni
płakałam, przygotowując się na najgorsze.
Tymczasem Oliver wrócił, i to z pierścionkiem z brylantem. Ukląkł na jedno kolano, tak jak w filmach, i
oświadczył się. Powiedział, że chce, żebym z nim była na
zawsze. Brylant miał pół karata i był prawie bez skazy.
Tak powiedział. Ustaliliśmy datę na lato, na dzień po
wręczeniu dyplomów. Potem kochaliśmy się na szorstkiej wykładzinie w pokoju akademickim, w pośpiechu,
bo moja współlokatorka miała wrócić lada sekunda.
Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęłam sobie uświadamiać, że seks nie równa się miłości. Po ślubie okoliczności się zmieniły. Chodziliśmy spać każde o innej porze, a
on nie przepadał za seksem w świetle dnia. Czasem nie
widywaliśmy się nawet przez miesiąc czy dwa, potem
dochodziło do zbliżenia, i znów każde z nas szło swoją
drogą. Rzadko chcieliśmy się kochać oboje. Wiele się
zmieniło od czasu college'u. Rebeka została poczęta w
203
noc, gdy najbardziej życzyłam sobie, żeby Oliver zostawił mnie w spokoju i pozwolił mi spać.
Gdy powiedziałam córce o seksie, pilnowałam, by
wspomnieć, że to dziedzina życia związana z małżeństwem. Nie jestem hipokrytką. Powiedziałam tak, bo
chciałam, żeby w małżeństwie poznała ten ogień, a nie
jedynie stygnące popioły.
26.
REBEKA
19 lipca 1990
Znak wskazujący sad Hansena, biały z ręcznie wymalowanymi jabłkami na obramowaniu, pojawia się z lewej
strony szosy. Mama zauważa go bez mojej podpowiedzi.
Skręcamy w boczną drogę, opony zgrzytają na żwirze.
Po obu stronach ciągną się kamienne mury, na tyle niedoskonałe, iż wiadomo, że zostały postawione ręcznie.
Droga jest dziurawa, w zagłębieniach stoi deszczówka.
Jedziemy na szczyt wzgórza. Gdziekolwiek spojrzeć,
ciągną się równe rzędy jabłoni. Wiem, że to jabłonie, bo
wiem, gdzie jesteśmy, inaczej bym ich nie poznała.
Większość jest chuda i naga. Gdzieś w oddali, zaledwie
na jednym drzewku, chyba widzę małe zielone jabłuszka.
Jakoś spodziewałam się owoców na każdym, w tym samym czasie.
Mama parkuje na trawiastym wzgórku, który wydaje
się w sam raz na samochód. Kilkaset metrów dalej znajduje się garaż, w nim stare kombi, trochę przypominające
nasze, oraz duży zielony traktor. A oprócz nich mnóstwo
205
różnych maszyn i urządzeń, absolutnie mi nieznanych.
Naprzeciwko garażu stoi obszerna czerwona stodoła. Tuż
pod dachem widnieje rozpowszechniony w Pensylwanii
okrągły holenderski znak, mający chronić przed złymi
czarami.
- Gdzie ten Joley? - zastanawia się mama. - Przecież
jesteśmy na czas.
Spogląda na mnie, przenosi wzrok na nieprawdopodobny widok dookoła. Za stodołą, za niezliczonymi
akrami jabłoni, wyłania się pole wysokiej trawy, prowadzące wprost na brzeg jeziora. Nawet stąd widać, że woda jest krystalicznie czysta, a dno piaszczyste.
Na grzbiecie wzgórza stoi ogromny dom, biały, z zielonymi wykończeniami. Ma piętrowy ganek, przed nim
wisi hamak. Do środka prowadzą duże podwójne drzwi z
szybami z wzorzystego szkła. Od razu wiem, że w holu
są długie spiralne schody. Na pierwszym piętrze widzę
cztery okna.
- Możemy się rozejrzeć - podsuwam i ruszam w
stronę budynku.
- Daj spokój. Nie wypada tak wchodzić do cudzego
domu. Poszukamy Joleya.
Bierze mnie pod ramię.
Schodzimy ze wzgórza w stronę stodoły, a gdy jesteśmy bliżej, do naszych uszu dociera jednostajne brzęczenie. Zdejmuję z zawiasów i przesuwam segment ogrodzenia, otaczającego zagrodę. Wszędzie pełno ciemnawych kulek. Nie trzeba geniusza, żeby się w nich domyślić odchodów. Pod gzymsem stoi jakiś mężczyzna z
narzędziem elektrycznym w ręku, podłączonym do przewodu ginącego gdzieś w górze. Przed nim siedzi owca,
206
jak człowiek, na tylnej części ciała, a on trzyma ją za
przednie kopyta. Na pierwszy rzut oka wygląda to na
dziwaczny taniec. Mężczyzna zaczyna golić skłębione
runo. Owca wydaje mi się dziwna, wcale nie przypomina
białego obłoczka. Wełna spada gęstą warstwą na słomę i
kurz. W miarę jak owca staje się coraz bardziej goła,
uwagę przyciągają jej zmęczone oczy i okrągły brzuch.
Od czasu do czasu mężczyzna siłuje się ze zwierzęciem,
macha maszynką do golenia, popycha owcę stopą, okręca
we właściwą stronę. Najwyraźniej za każdym razem stawia na swoim. Naprężają mu się mięśnie na ramionach.
W końcu wyłącza buczące narzędzie i pomaga zwierzęciu stanąć na czterech nogach. Ono patrzy na niego,
jakby zostało zdradzone. Już wcale nie przypomina
owcy, raczej kozę. Biegnie kamienistą ścieżką w stronę
jabłoni. Mężczyzna ociera czoło rękawem koszulki.
- Przepraszam bardzo - odzywa się mama. - Czy pan
tu pracuje?
Nieznajomy uśmiecha się szeroko.
- Chyba można tak powiedzieć.
Mama podchodzi krok bliżej. Patrzy pod nogi, uważa,
gdzie stawia stopy.
- Czy zna pan Joleya Liptona? On też tu pracuje.
- Jeśli pani chce, zaraz do niego zaprowadzę. Jeszcze
mi jedna została do ostrzyżenia.
- No dobrze - zgadza się mama, wyraźnie zawiedziona. - Niech będzie.
Opiera się o płot, zakłada ręce na piersi.
- Jeśli pani mi pomoże z tą ostatnią sztuką, pójdzie
szybciej. Trzeba ją złapać.
Otwiera drzwi, których wcześniej nie zauważyłam,
207
prowadzące najwyraźniej do zagrody w stodole. Mama
przewraca oczami, ale idzie za mężczyzną. Słyszę jego
głos, mówi coś do owcy łagodnym tonem. Po chwili ukazują się w przejściu, we troje, mężczyzna ruchem głowy
wskazuje miejsce, gdzie strzygł poprzednie zwierzę.
Mamie koszulka zsuwa się z prawego ramienia, bo
jest przechylona na tę stronę. Mięśnie barku ma napięte,
z pewnością jest jej niewygodnie.
- Co mam zrobić?
Nieznajomy mówi jej, że trzeba zaprowadzić owcę
tam, gdzie stała poprzednia. Udaje się im to zrobić. Potem mężczyzna puszcza zwierzę ze swojej strony, żeby
sięgnąć po golarkę. W tej samej chwili mama także się
prostuje.
- Co pani robi?! - krzyczy robotnik.
Owca śmiga przed siebie.
- Łap ją! - woła do mnie siłacz.
Sprawa nie jest łatwa. Za każdym razem, gdy rzucam
się w stronę uciekinierki, ona odskakuje w innym kierunku.
Robotnik patrzy na moją matkę, jakby pierwszy raz w
życiu widział taką idiotkę.
- Myślałam, że będzie stała - tłumaczy się mama.
Biegnie w kąt zagrody, rzuca się na owcę, chce ją złapać za kudły na karku. Jest bardzo blisko, ale stopa jej się
obsuwa na wilgotnej trawie i mama ląduje na stercie łajna.
- Ooo... - Jest na skraju łez. - Rebeko, pomóż mi.
W końcu robotnik sam łapie owcę i sam ją strzyże.
Albo udaje, że nie widzi upadku mojej mamy, albo go to
nie obchodzi. W ciągu dwóch, może trzech minut kończy
208
golenie, zostawiając miękką wełnę rozłożoną na ziemi
jak śnieg. Mama wstaje i stara się strząsnąć z siebie
owcze odchody. Nie chce ich dotykać rękami, więc ociera się o płot. Robotnik na ten widok wybucha śmiechem.
Wypuszcza owcę, zamyka drzwi do zagrody w stodole
i odłącza golarkę. Podchodzi do miejsca, gdzie stoimy
we dwie z mamą.
- Drobiazg - mówi, z trudem opanowując rechot. Gumką się zetrze.
Mama jest wściekła.
- Śmiem twierdzić, że robotnik nie powinien się zachowywać w taki sposób w stosunku do gości. Opowiem
o tym zajściu Joleyowi, a on z pewnością przedstawi
sprawę właścicielowi sadu.
Mężczyzna wyciąga do mamy rękę, ale po namyśle ją
cofa.
- Szkoda gadania. Jestem Sam Hansen. A pani pewnie jest siostrą Joleya.
Scena jak z dobrej komedii. Śmieję się, a mama mierzy mnie groźnym wzrokiem.
- Czy mama mogłaby się umyć, zanim pójdziemy do
wujka? - pytam, po czym wyciągam rękę. - Jestem Rebeka. Siostrzenica Joleya.
Sam prowadzi nas do budynku usytuowanego na
wzgórzu, który nazywa Wielkim Domem. Opowiada, że
został zbudowany w dziewiętnastym wieku, jest wyposażony w bardzo proste sprzęty, utrzymane w wiejskim
stylu, głównie z jasnego drewna, zdobionego czerwienią i
zielenią. Pokazuje nam nasze pokoje, na piętrze, dokąd
wchodzimy po spiralnych schodach. W moim pokoju
209
Sam mieszkał jako dziecko, mama dostaje sypialnię jego
rodziców.
Umyta i przebrana schodzi na parter, trzymając w rękach brudne ubrania.
- Co z tym zrobić? - pyta.
- Najlepiej wyprać - oświadcza Sam.
Idzie do wyjścia, zostawiając moją mamę zamienioną
w słup soli.
- Fantastyczny gospodarz! - rzuca mama z przekąsem.
Idziemy przez sad, Sam opowiada o różnych jego częściach. Najwyższa, ta, przez którą jechałyśmy, to część
komercyjna, rosnące tam jabłka sprzedaje się do sieci
supermarketów. Na dole są drzewa z owocami przeznaczonymi do detalu, dojrzewającymi później, sprzedawanymi miejscowym sklepikom i bezpośrednio chętnym.
Każda część jest podzielona na mniejsze, zależnie od
gatunków jabłek. Jezioro na krańcu sadu nazywa się Dar
i tak, owszem, można się w nim kąpać.
W pewnym momencie Sam woła do wysokiego mężczyzny, który przycina gałęzie drzewka:
- Hadley! Chodź, poznasz rodzinę Joleya.
Tamten schodzi z drabiny, a wtedy widzę, że wcale
nie jest stary. Ma słoneczne, nieregularnie przycięte włosy i łagodne, piwne oczy.
Jak krowa, myślę sobie.
Najpierw uśmiecha się do mnie. Potem potrząsa dłonią mojej matki i w końcu się przedstawia.
- Nazywam się Hadley Slegg. Miło mi poznać szanowną panią.
- „Szanowną panią” - szepcze do mnie mama.
210
Unosi brwi.
Hadley zostaje nieco z tyłu za Samem i moją mamą,
żebyśmy mogli w drodze rozmawiać we dwoje.
- Domyślam się, że ty jesteś Rebeka.
Cieszę się, że o mnie słyszał. Nawet nie pytam od kogo.
- Jak ci się podoba w Massachusetts? - pyta.
- Fajnie jest - mówię. - Spokojniej niż w Kalifornii.
- Nigdy tam nie byłem. Słyszałem to i owo, jasna
sprawa, ale nigdy nie byłem.
Chętnie bym się dowiedziała, co słyszał, ale nie rozwija tematu.
- Chodzisz jeszcze do szkoły? - chce wiedzieć.
Już nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś pytał mnie o
szkołę.
- A ty?
Śmieje się.
- Dobry Boże, nie. Już dawno skończyłem z edukacją. Nie byłem najlepszym uczniem pod słońcem, rozumiesz. - Macha ręką w kierunku mijanych drzew. - Lubię
to, co robię, a dzięki Samowi mam dobrą pracę. - Przygląda mi się nieco uważniej. - Widzę, że dobrze pływasz.
- Skąd wiesz? - Jestem autentycznie zdumiona.
- Napis prześwituje przez koszulkę.
Ale ze mnie idiotka. Dziś gorąco, mam na sobie kostium kąpielowy z napisem RATOWNIK.
- Pracowałam w San Diego. Nie przy oceanie, tylko
na basenie.
Podnoszę na niego wzrok, ale zakłopotana zaraz odwracam spojrzenie.
- To trudna praca - słyszę. - Bardzo odpowiedzialna.
211
Podnosi rękę, przeczesuje włosy palcami. Pachnie truskawkami.
- Jeśli chcesz - proponuje - oprowadzę cię i pokażę,
co się tu robi. To naprawdę ciekawe.
- Fajnie. - A właśnie się zastanawiałam, co będę robiła na farmie, gdzie wszyscy są zajęci swoimi sprawami.
- Jeśli będę mogła w czymś pomóc, to chętnie.
Hadley uśmiecha się do mnie.
- Hej, Sam! - woła. - Mamy tanią siłę roboczą. Rebeka będzie pracowała za darmo.
Sam, który od czasu do czasu zamienia kilka słów z
moją mamą, odwraca się, żeby na mnie spojrzeć.
- Dobra. W razie czego możesz strzyc owce - oznajmia z szerokim uśmiechem. - Chyba że mama cię ubiegnie.
Akurat w tej chwili mama puszcza się biegiem.
- Jest Joley! - krzyczy. - Joley!
Wujek Joley stoi na drabinie, owija zieloną taśmą gałązkę drzewa. Widzi moją mamę, ale nie przerywa pracy.
Wykonuje ją powoli, ostrożnie, starannie, Sam patrzy na
niego z uśmiechem. Potem wujek kładzie dłoń na gałęzi i
zamyka oczy. Na moment. Wreszcie schodzi z drabiny i
przytula siostrę.
Podchodzą bliżej.
- Widzę, że przetrwałaś podróż - zwraca się do mnie
wujek.
Całuje mnie w czoło. Wcale się nie zmienił.
- Rozumiem, że już się poznaliście - zwraca się do
Sama i Hadleya.
- Niestety - mruczy moja mama pod nosem, spoglądając na Sama.
212
Na pewno ją usłyszał.
Joley przenosi wzrok z mojej mamy na Sama, ale żadne z nich już się nie odzywa.
- Cieszę się, że was widzę, kochane. Mamy sporo do
nadrobienia.
- Może weź sobie wolne na resztę dnia - proponuje
mu Sam. - Rzadko się widujesz z siostrą.
Joley dziękuje i bierze moją mamę za rękę.
- Jak się trzymasz? - pyta, zaglądając jej głęboko w
oczy, całkiem jakbyśmy my wszyscy rozpłynęli się w
powietrzu.
Czujemy się trochę nieswojo, Sam idzie z powrotem
do zagrody dla owiec, Hadley pyta, czy chcę zostać z
wujkiem, czy dowiedzieć się czegoś o przycinaniu drzewek. Zastanawiam się, czy nie zostać, w końcu nie widziałam wujka naprawdę długo, jednak po namyśle mówię Hadleyowi, że z nim pójdę.
Prowadzi mnie przez detaliczną część sadu, pokazuje
różne gatunki jabłek. Niektóre nazwy brzmią znajomo:
Golden Delicious, Macintosh, Cortland. Większość jednak jest mi obca: Gravenstein czy Milton.
- Te nazwy brzmią jak nazwiska na skrzynkach
pocztowych szalenie bogatych ludzi - zauważam, a Hadley się śmieje.
Idąc, trzyma się prosto, z mojego punktu widzenia jest
bardzo wysoki, wygląda, jakby dotykał słońca. Nad jeziorem głęboko wciąga powietrze.
- Czujesz? - pyta.
Rzeczywiście, czuć miętę.
- Wszędzie tutaj rośnie dziko.
- Jesteś ze Stow? Wszystko wiesz.
213
- Wychowywałem się na farmie w Massachusetts odpowiada Hadley z uśmiechem. - Mama sprzedała ją po
śmierci taty. Teraz mieszka w New Hampshire, w górach. - Odwraca się do mnie. - A ty jesteś z San Diego?
Podnoszę na niego wzrok.
- Wyglądam, jakbym była z San Diego?
Zrywa trzcinę rosnącą na skraju wody, rozgryza ją
przednimi zębami.
- Bo ja wiem? A jak wyglądają ludzie z San Diego?
- To niepoczytalni blond chudzielcy.
To miał być żart. Tymczasem Hadley przygląda mi się
z uwagą, tak intensywnie, że chyba zaraz wypali mi
wzrokiem dziurę w koszulce. Zaczął od stóp, wreszcie
dotarł do oczu.
- Dwie rzeczy z trzech się zgadzają - oznajmia w
końcu. - Nie powiem które.
Jakiś czas idziemy brzegiem Daru, trzciny smagają
nas po kolanach. W pewnej chwili Hadley sięga w dół i
od niechcenia zdejmuje mi z uda kleszcza. Opowiada o
wujku Joleyu i Samie.
- Joley zwyczajnie przyszedł któregoś dnia. Muszę
przyznać, że byłem trochę zazdrosny, bo pracowałem z
Samem już siedem lat, a tu się zjawia taki elegancik z
miasta i zaczynają się cuda. Prawdziwe cuda, mówię ci.
Twój wujek... Ale to śmiesznie brzmi! Joley potrafi leczyć drzewa. Uratował ich tyle, że nie wiem.
Jestem pod wrażeniem. Mam ochotę dotknąć jakiegoś
drzewa, by sprawdzić, czy ta umiejętność nie jest przypadkiem dziedziczna. Hadley nadal opowiada. Trochę
dziwnie mówi - pewnie to się nazywa akcent bostoński.
Jakoś inaczej wymawia „a” i omija „r”.
214
- Sam przejął sad, kiedy jego ojciec miał zawał. Teraz rodzice mieszkają w Fort Lauderdale, na Florydzie.
Miał różne pomysły, od dawna. I jak tylko za ojcem zamknęły się drzwi, tego samego dnia wjechały maszyny i
zaczęło się przesadzanie drzew. - Obejmuje spojrzeniem
równe rzędy jabłoni. - Teraz to już wygląda całkiem nieźle, ale ja bym tak nie zaryzykował. A Sam jest właśnie
taki.
- Jaki?
- Chyba ma żyłkę hazardzisty. To ryzykowne przesadzać ukorzenione drzewa, i on o tym wiedział. Jeśli
chodzi o hodowlę, jest ode mnie mądrzejszy. Nie podobało mu się to, co tutaj było. Widział to inaczej. No i
musiał wszystko poustawiać po swojemu.
Hadley siada na stercie kamieni nad brzegiem jeziora i
wskazuje w górę, na drzewo.
- Słyszysz tego kardynała?
Słyszę jakieś dźwięki, przywodzące na myśl piszczącą
zabawkę: niski i wysoki, raz za razem. Po chwili z gałęzi
podrywa się czerwony ptaszek.
Facet zna się na rzeczy, myślę.
- Cieszę się, że Sam pozwolił nam tu przyjechać mówię dla podtrzymania rozmowy.
- Bez obrazy dla ciebie i twojej mamy, ale zrobił to
dla Joleya. Nie przepada za gośćmi, szczególnie kiedy to
kobiety z Kalifornii. Żeby już powiedzieć całą prawdę,
bił się z myślami przez tydzień. - Podnosi na mnie
wzrok. - Lepiej było tego nie mówić.
- Nie ma sprawy. Najwyraźniej Sam nie polubił mamy. Wpadła w stertę łajna, a on palcem nie kiwnął, żeby
jej pomóc.
215
Hadley śmieje się głośno.
- Jak ktoś wpadnie w stertę łajna, nie bardzo jest jak
mu pomóc. Czy twoja mama pochodzi z tej okolicy?
- Z Newton. To niedaleko?
Hadley gwiżdże przez zęby.
- W kilometrach całkiem blisko, ale to inny świat.
Sam nie przepada za okolicami Bostonu. Tamtejsi
mieszkańcy mają władzę, głosują zawsze przeciwko
udzielaniu pomocy okolicznym farmerom, chociaż nie
mają pojęcia, na czym polega nasza praca. Kiedy byliśmy w szkole, dziewczyny z Newton zawsze chichotały
na nasz widok... Wiesz, w sensie: możecie nas podziwiać, ale się za bardzo nie zbliżajcie. Zupełnie jakbyśmy
byli zawsze brudni, tylko dlatego, że żyjemy z pracy własnych rąk, a nie siedzimy za biurkiem. No i niektóre z
nich były całkiem całkiem. Dlatego Sam się wściekał.
Odwraca się do mnie. Ma na twarzy uśmiech i wyraźnie zamierza coś powiedzieć, jednak uśmiech schodzi mu
z twarzy, Hadley po prostu patrzy.
- Masz naprawdę ładne oczy.
- Skutek mutacji - wyjaśniam. - Na biologii omawialiśmy kombinacje genetyczne, no wiesz: B, b i tak dalej.
Wszyscy z niebieskimi oczami mówili, że należą do grupy bb, a wszyscy z brązowymi do grupy Bb albo BB. A
ja powiedziałam, że mam zielone oczy. No i nauczycielka nam wyjaśniła, że oczy zielone są mutacją niebieskich. Jak u radioaktywnego potwora.
- Bardzo ładna mutacja - ocenia Hadley.
216
Uśmiecha się do mnie, a ja dochodzę do wniosku, że
nigdy dotąd nie widziałam nikogo o tak szczerym uśmiechu. Wygląda, jakby mówił: „Chodź ze mną, mamy czas
do końca świata”.
Spacerujemy jeszcze trochę nad brzegiem jeziora, Hadley mówi, że pełno w nim okoni, bo razem z Samem
zarybili jezioro dawno temu, kiedy jeszcze byli dziećmi.
Potem przecinamy północną część sadu i wreszcie, daleko od domu, zaczynam dostrzegać jabłonie z owocami na
gałęziach. Hadley mówi, że to purytany i quinte, odrobinę zbyt cierpkie na surowo, lecz doskonałe do gotowania.
Podchodzimy bliżej, dostrzegam Sama, wujka Joleya i
mamę.
- Gdzie byliście? - pyta wujek Joley. - Zbieramy się
na obiad.
Hadley popycha mnie lekko między łopatkami, żebym
się wysunęła krok do przodu.
- Byliśmy nad jeziorem - mówi. - Rebeka opowiadała mi, jakie wariactwa wyprawialiście na bożonarodzeniowych imprezach rodzinnych.
Wszyscy się śmieją.
- Joley mówił - zwraca się moja mama do właściciela - że ma pan tutaj sto akrów sadu.
Sam przytakuje, ale z wyrazu jego twarzy widać, że
nie chce rozmawiać. Nie wiem, czy chodzi o temat, czy o
moją mamę.
- Zna się pani na hodowli jabłek? - pyta.
Mama kręci głową.
- To nie ma o czym gadać - podsumowuje Sam.
- Wręcz przeciwnie - upiera się mama. - Jakie gatunki tu rosną?
217
Sam ją ignoruje, więc Joley i Hadley go zastępują i
jak z rękawa sypią nazwami różnych gatunków jabłek
rosnących w sadzie.
- A te?
Mama zrywa wczesny owoc z drzewa, które akurat
mijamy.
- Purytan - wyjaśnia Hadley.
Wypadki następują po sobie bardzo szybko. Mama
podnosi jabłko, ogląda je w promieniach słońca, po czym
opuszcza rękę do ust, gotowa wbić zęby w skórkę. Raptem Sam, który idzie za nią, macha gwałtownie nad jej
ramieniem i wytrąca jej owoc z dłoni. Jabłko toczy się po
skoszonej trawie i zatrzymuje pod innym drzewem.
- Rany boskie, co mu jest? - syczy mama przez zęby.
Samowi oczy ciemnieją, przybierają kolor chmur burzowych.
- Dzisiaj były pryskane - mówi w końcu. - Mogłaby
się pani zatruć.
Mija moją mamę i idzie pierwszy do Wielkiego Domu. Przechodząc obok świeżo zerwanego jabłka, miażdży je ciężkim butem. Mama trzyma się za gardło. Przez
kilka sekund wszyscy wpatrujemy się w obnażony
miąższ.
27.
OLIVER
Nie byłem jeszcze w Salt Lake City, co mnie stanowczo martwi. Ponieważ być może u podstaw tej zaimprowizowanej podróży nie leży najwłaściwsza ocena charakteru Jane, lecz moje własne podświadome pragnienia?
Muszę brać pod uwagę ewentualność, że Jane i Rebeka
znajdują się już w stanie Kolorado albo nawet jeszcze
dalej. Gdybym ich nie znalazł w Kolorado, dogonię je w
Kentucky. Lub w stanie Indiana, obojętne. Ważne, żebym do nich dotarł przed Massachusetts. Muszę im
przedstawić swój punkt widzenia, zanim Joley po raz
kolejny urządzi Jane pranie mózgu.
Joley Lipton. Prawdziwa zmora. Nigdy się nie rozumieliśmy. Nawet gdy przekonałem do siebie rodziców
Jane, co nie należało do zadań łatwych, skoro byłem
dwudziestolatkiem chodzącym na randki z ich nastolatką,
nie zyskałem aprobaty jej brata. Ani wtedy, ani później.
Niewiele brakowało, a nie zjawiłby się na ślubie. Dopiero kiedy pojął, że swoim uporem krzywdzi Jane, zgodził
się przyjść. Słowa dotrzymał, lecz przez całą ceremonię i
podczas wesela siedział w najdalszym kącie. W chwili
gdy ogłaszano nas mężem i żoną, głośno beknął.
219
Zakładam, że to był on. Nie złożył mi życzeń. Rozpuścił
pogłoskę, że mus łososiowy jest nieświeży. I wyszedł o
wiele za wcześnie.
Moim zdaniem, jest beznadziejnie zakochany w Jane.
Miłością dalece wykraczającą poza zwykłe układy charakterystyczne dla rodzeństwa. Zawsze miał tendencje do
włóczęgostwa, a Jane stale jest wobec niego lojalna.
Uważam, że Joley nie zasługuje na tak wierne wsparcie.
Owszem, słyszałem, co przeszli w dzieciństwie, najwyraźniej udało mu się uniknąć przysłowiowego fatum. Jest
w nim coś dziwnego. Może irytuje mnie z jednego bardzo konkretnego powodu, a mianowicie dlatego, że nie
potrafię zdefiniować konkretnie, co w stosunku do niego
czuję. Wiecznie coś kombinuje. Wkłada Jane do głowy
różne niedorzeczne przekonania na temat instytucji małżeństwa. On, którego nigdy nie widziałem z kobietą.
Dzwoni w niewłaściwych momentach i przyjeżdża bez
zapowiedzi. Jeżeli Jane dotrze do Joleya, zanim ją odnajdę, może już nie wrócić. Zostanie uwarunkowana w nieodpowiedni sposób. Najprawdopodobniej nie będzie
chciała mnie słuchać.
Oślepiająca biel bije w oczy, słona pustynia. Nagle
znajduję się na środku pustkowia, jadę, strzała wypuszczona w przestrzeń. Swoje wiem: otoczenie nie jest bezbarwne. Biel to zbitka wszystkich kolorów tęczy.
Zjeżdżam na pobocze, gdzie stoi kilka samochodów, a
turyści robią zdjęcia. Teren jest płaski, perspektywa rozległa. Gdyby nie rekordowa temperatura na plus, łatwo
byłoby dać się przekonać, że widzę śnieg.
Jakaś kobieta stuka mnie w ramię.
220
- Proszę pana, można prosić?
Podsuwa mi aparat fotograficzny, wskazuje, który
przycisk wdusić. Odwraca się i biegnie do barierki, gdzie
już siedzi jej towarzysz podróży, starszy mężczyzna w
zielonym kombinezonie.
- Raz, dwa, trzy - mówię.
Błyska lampa. Mężczyzna nie ma zębów, dostrzegam
to, gdy rozciąga wargi w uśmiechu.
Zawsze chciałem zobaczyć Wielkie Jezioro Słone ten fenomen nonsensu. Intryguje mnie sam fakt jego istnienia: słona woda w środku lądu, ocean z dala od oceanów. Podobno jest tak ogromne, że mogłoby być oceanem. W każdym razie małym. Spoglądam na zegarek,
jest siedemnasta dwadzieścia. Dziś już nic nie osiągnę.
Mogę pojechać nad jezioro, rozejrzeć się, znaleźć nocleg
w jakimś motelu. Skoro już muszę jechać przez całą
Amerykę, równie dobrze mogę mieć z tego jakąś przyjemność.
Nie chcę jechać przez miasto, gdyż obawiam się godzin szczytu, o ile u mormonów bywają godziny szczytu.
W związku z czym skręcam na obwodnicę oflankowaną
białą ziemią. Od czasu do czasu bryza lub przejeżdżająca
ciężarówka zdmuchuje na asfalt sól, która wiruje przed
samochodem niczym zbłąkany duch. Nie ma znaków
kierujących nad jezioro, a nie chcę tracić czasu na pytanie o wskazówki na stacji benzynowej, więc jadę za innymi samochodami. Na pewno któryś, a zapewne więcej
niż jeden, zmierza nad Wielkie Jezioro Słone. Mijam
kolejne auta, zaglądając im w okna, wypatrując dzieci,
materaców i nadmuchiwanych kół - elementów zdradzających cel podróży.
221
W siódmym samochodzie z rzędu siedzi ktoś w kostiumie kąpielowym. Z mojego punktu widzenia pasażerką jest młoda kobieta w czerwonym kostiumie z ramiączkami skrzyżowanymi na plecach, całkiem jak w
służbowym stroju Rebeki, z napisem RATOWNIK na
piersiach. Wóz to kombi, wypisz, wymaluj samochód
Jane: ten sam kolor, takie samo wgniecenie na zderzaku.
Staram się podjechać równolegle, krew mi szumi w
uszach. Kto prowadzi? Nie widzę, lecz gdy znajduję się
bliżej, dostrzegam u dziewczyny długie blond włosy,
zwinięte na karku w coś na kształt koka. Rebeka. Przyśpieszam, wciskam pedał gazu w podłogę, wymijam tamten samochód. Wracam na swój pas ruchu, zerkając w
lusterko wsteczne. Podnosząc wzrok, spodziewam się
zobaczyć Jane, jej palce stukające w kierownicę, jej okulary przeciwsłoneczne, skośne, odblaskowe. Zamiast tego
widzę krzepkiego mężczyznę z czarną brodą i tatuażem
na piersiach. CHODŹ DO MAMCI. Dziewczyna wcale
nie jest Rebeką, kierowca na mnie trąbi, gdyż zajechałem
mu drogę.
Tak czy inaczej, jadą nad Wielkie Jezioro Słone, wobec czego trzymam się za nimi, dopóki nie zobaczę jeziora z samochodu. Wtedy pokonuję jeszcze kilometr, żeby
ich nie spotkać twarzą w twarz. Parkuję w strefie zakazu
i idę nad brzeg.
Jak okiem sięgnąć - woda. Głęboka i spokojna, marmurowo-niebieska z drobnymi falami, jakie widuje się na
Wielkich Jeziorach Północnoamerykańskich. W zasadzie
nietrudno uznać, że ma się przed oczami ocean. Siadam
na brzegu, zdejmuję buty i skarpetki. Opieram się na łokciach. Wyobrażam sobie wieloryba wyskakującego nad
222
powierzchnię pośrodku tej wielkiej wody. Widok w
dwóch kolorach, czarnym i białym, jak na starym filmie.
Słucham wiatru i wyobrażam sobie zamiast niego rozdzierający dźwięk, jaki powodują wieloryby, łamiąc lustro oceanu, potem słyszę głuchy jęk przez otwór wydechowy, oczyszczanie. Słońce w drodze ku ziemi zachowuje stały rytm.
Co za dzień, nasuwa mi się spostrzeżenie.
Co za dzień.
Nie bez wątpliwości, jednak w końcu podwijam wysoko nogawki spodni i ściągam koszulę, zostawiam ją
razem z butami i skarpetkami na brzegu. Wchodzę do
wody, bielizna przykleja mi się do ud. Nurkuję, po czym
z całych sił płynę do miejsca, gdzie wyobraziłem sobie
wieloryba.
Zdumiewająca jest zawartość soli w tym jeziorze. Nadaje mu smak oceanu, człowiek się w nim czuje jak w
oceanie, unosi się jak w oceanie. Prawdopodobnie miejscami jest bardzo głębokie. Na brzegu bawią się dzieci,
jednak tam, gdzie ja się zatrzymałem, nie ma właściwie
nikogo. Odgarniam włosy z oczu, przyglądam się brzegowi. Ludzie zaczynają się zbierać, czas na kolację. Ja
też powinienem wracać, wynająć jakiś pokój na noc, żebym jutro mógł ruszyć z samego rana. Niezależnie od
tego, dokąd mam jechać.
Płynę na brzuchu, potem składam się wpół i głową w
dół schodzę w stronę dna jeziora. Chętnie bym zobaczył,
co tam jest: ognisty koral czy ukwiały, a może nawet
rekiny o białych brzuchach i podmorskie wzgórza? Macham nogami energicznie, aż do chwili, gdy ciśnienie
grozi mi popękaniem bębenków w uszach. Widzę jedynie
mętną czerń. Obracam się o sto osiemdziesiąt stopni i
223
płynę ku powierzchni. Przebijam ją z siłą wieloryba, łapczywie wciągam powietrze.
Jakiś dwupłat leci tuż nad wodą, po chwili skręca w
stronę słońca. Tego samego, na które patrzą Jane i Rebeka, niezależnie od tego, gdzie się znajdują. Uświadamiam
to sobie z niekłamaną ulgą.
Przynajmniej nie muszę się przejmować, że opuszczą
kraj. Nie ma takiej siły, która by zmusiła Rebekę do wejścia na pokład samolotu.
Przez jakiś czas po katastrofie prowadzaliśmy Rebekę
na pobliskie lotnisko wojskowe, gdzie realizowano specjalne programy dla osób odczuwających strach przed
lataniem. Rzecz polegała na modyfikacji behawioralnej:
biorący udział w programie wykonywali niewielkie kroki, prowadzące do kolejnych zmian, i w ten sposób
przywykali do latania. Pierwszy krok stanowiło samo
przyjście na lotnisko, jednie po to, by na nie popatrzeć.
W kolejnym tygodniu oddawało się bilet w okienku rezerwacji. Następnie siedziało się w terminalu, a po jakimś czasie wychodziło na zewnątrz, patrzeć na samolot.
Dalsze osiągnięcia przychodziły stopniowo: wejście na
schody samolotu (dwa tygodnie), chodzenie po pokładzie
(dwa tygodnie), siedzenie przez godzinę w fotelu maszyny stojącej na płycie lotniska (cztery tygodnie). W końcu
samolot ruszał w piętnastominutową podróż wokół zatoki.
Zabraliśmy Rebekę na ten kurs, mimo że była jeszcze
bardzo mała, ponieważ lekarka psychiatra, która miała ją
wtedy pod opieką, zarekomendowała ów program. Przekonała nas, że wydarzenia takie jak to, przez które przeszła Rebeka, zostawiają w psychice dziecka niezatarty
224
ślad, nawet jeśli nie od razu widać skutki. Bywa, że
dziecko idealnie dostosowane do środowiska któregoś
dnia znienacka się załamuje pod wpływem niewyartykułowanego strachu przed lataniem. I tak Rebeka, najmłodsza jak dotąd uczestniczka kursu, została przyjęta do grupy leczenia fobii. Od razu stała się maskotką, ulubienicą
wszystkich uczestników programu, kobiety gotowe były
toczyć walkę o to, która ma ją trzymać, sprawdzać, czy z
małą wszystko w porządku i czy zrozumiała polecenia.
Natomiast Rebeka nie przywiązywała do programu
szczególnej wagi. Po wyjściu ze szpitala w Des Moines
ani razu nie wspomniała o wypadku, a także nie miała
żadnych objawów świadczących, że brała udział w katastrofie, toteż my również nie poruszaliśmy tematu i chroniliśmy ją przed jakimikolwiek odniesieniami. Powiedzieliśmy jej, że na kurs chodzi dla przyjemności, tak jak
inne dziewczynki na balet albo lekcje gry na pianinie.
Oczywiście zwykle woziła ją Jane, ja często wyjeżdżałem służbowo.
Byłem w jednej z takich podróży, gdy Rebeka chwilowo straciła panowanie nad sobą. Miało to miejsce w
drugim tygodniu ćwiczenia siedzenia w samolocie.
Pierwszy tydzień Jane zrelacjonowała mi na tle trzasków
połączenia z Chile. Rebeka radziła sobie dobrze. A potem, całkowicie niespodziewanie, w pamiętną sobotę,
straciła nad sobą panowanie, rzucała się na siedzenia,
krzyczała i płakała. Psychiatra poradziła nam kontynuowanie kursu pomimo tego wybuchu. Uznała go za manifestację strachu. Jako naukowiec byłem skłonny się z nią
zgodzić. Tymczasem Jane się sprzeciwiła, odmówiła
wożenia Rebeki na zajęcia, a ja, przebywając w Ameryce
225
Południowej, nie miałem na nią wpływu. Rebeka skończyła wtedy cztery lata. Od tamtej pory jej noga nie postała na pokładzie samolotu.
Oczywiście. Pojadą do stanu Iowa.
Płynę, patrząc w słońce. Ależ ze mnie głupiec. Powinienem był się domyślić wcześniej. Tak się skoncentrowałem na Jane, że nie dojrzałem prawdziwych motywów
jej działania. Przecież najistotniejszym elementem decydującym o jej krokach jest Rebeka. Gdzie będzie chciała
jechać Rebeka, tam pojedzie Jane. Nastolatka zechce,
rzecz jasna, obejrzeć miejsce katastrofy, odświeżyć
wspomnienia albo raz na zawsze się z nimi rozstać.
Wszystko inne, co postanowią obejrzeć w drodze do
Massachusetts, napotkają jedynie przypadkiem. Najważniejszym punktem jest stan Iowa. Tam pojadą na pewno.
Ogarnia mnie przemożna ulga. Znajdę je w What
Cheer w stanie Iowa. Nie spuszczę oka z pola kukurydzy,
gdzie ciągle jeszcze tkwi wrak, póki ich nie zobaczę, a
wtedy porozmawiamy. Jestem o krok przed nimi. Zaczynam się uśmiechać, coraz szerzej, i chwilę później śmieję
się głośno.
28.
JOLEY
Kochana Jane,
jak ci się podoba Fishtrap? Fantastyczne miejsce, żeby się odciąć od wszystkiego, a szczególnie od cywilizacji. Montana jest bardzo ładna, a niedoceniona. Nie
śpieszcie się. Nie jest ważne, kiedy tu dotrzecie, ale jak.
Sporo myślałem o waszej wizycie, o mnie i o Tobie.
Szczególnie o wieczorze przed twoim ślubem, kiedy siedzieliśmy na tylnym ganku naszego domu w Newton.
Miałaś na sobie tę żółtą sukienkę, co to, Twoim zdaniem,
pogrubiała cię w biodrach, i takiego samego koloru buty.
Włosy ściągnęłaś w koński ogon. Nigdy nie zapomnę tamtego widoku, bo wyglądałaś idealnie kompletnie. Wyszłaś
na ganek z butelką coli w ręku i zaproponowałaś parę
łyków, nie patrząc mi w oczy. Wtedy już od ładnych paru
dni niewiele rozmawialiśmy. Od czasu gdy powiedziałem,
że nie przyjdę na Twój ślub.
Nie chodziło o Ciebie. Myślę, że wiesz o tym od dawna. Miałem szesnaście lat i nikt mnie nie słuchał, łącznie
z Tobą. Miałem przeczucia dotyczące Olivera. Nie umiem
tego nazwać inaczej. Budziłem się w środku nocy spocony,
227
szarpałem pościel. Miałem sny, których nie zdradziłem
ani Tobie, ani nikomu innemu.
Wtedy powiedziałaś: „Dzieciak z ciebie, Joley. Nie rozumiesz, co to znaczy być zakochanym. Człowiek wie,
kiedy znajdzie swoją drugą połowę. Zastanów się, jak
długo chodzę z Oliverem. Gdybyśmy mieli się rozejść,
rozstalibyśmy się już dawno”.
Powiedziałaś mi to kilka miesięcy przed ślubem, w
czasie robienia kolacji. Przyrządzałaś wtedy potrawkę.
Pamiętam doskonale, ponieważ kiedy mówiłaś, olej ciągle pryskał ci w twarz. Powiedziałaś mi to wtedy, bo błagałem cię, żebyś oddała Oliverowi pierścionek zaręczynowy. Rzeczywiście byłem dzieciakiem i może faktycznie
nic nie wiedziałem o miłości, ale gotów byłem się założyć, że ty wiesz równie mało jak ja. Tobie jedynie wydawało się, że wiesz, ot i cała różnica. Tak czy inaczej. Kiedy ustaliliście datę ślubu, ja obwieściłem, że nie przyjdę,
bo to niezgodne z moimi zasadami.
Wtedy przestałaś jeść. Z początku myślałem, że to
nerwy przedślubne, ale kiedy wszystkie ubrania zaczęły z
ciebie spadać, i Twoje, i mamy, gdy musiałaś nosić z paskiem najciaśniejsze dżinsy, zorientowałem się, że przyczyna nie ma nic wspólnego ze ślubem. Och, Jane... Bardzo chciałem ci powiedzieć, że nie to miałem na myśli, że
cofam słowo, ale bałem się, byś nie odczytała tego jako
błogosławieństwa dla zamążpójścia, więc milczałem.
Tamtego wieczoru przed ślubem przyszłaś na ganek.
Patrzyłem na trawnik czy raczej na te jego drobne fragmenty, które pozostały na widoku po rozstawieniu pasiastych różowych namiotów. Całe podwórze obwieszono
228
białymi wstęgami i festonami z krepdeszynu. Odnosiło się
wrażenie, że czekamy na cyrk, a nie na pana młodego.
Nie będę na ten temat żartował. Podałaś mi colę.
- Joley - powiedziałaś - przywykniesz do niego..
Odwróciłem się do ciebie, nadal nie patrząc Ci w
oczy.
- Nie muszę do niczego przywykać.
Zawsze dotąd mi ufałaś, nie rozumiałem, dlaczego nagle się to zmieniło. Do dzisiaj nie potrafię nazwać tego,
co w Oliverze mnie odpychało. Chyba chodziło o kombinację: on plus Ty.
Zaczęłaś wymieniać zalety Olivera, przekonywać, że
jest miły, uprzejmy, ważny. Powiedziałaś: najważniejsze,
że zabierze mnie z tego domu. Pokiwałem głową, ale pomyślałem: „Za jaką cenę?”.
Wtedy pojawiły się jastrzębie. Krążyły nad nami zdumiewająco długo. Już wtedy stanowiły w Massachusetts
prawdziwą rzadkość. Z rozpostartymi ogonami, pomarańczowe strzały, dziobami przełamywały błękit nieba.
Raz biły skrzydłami, raz szybowały, rysując znaki w nieznanym, pochyłym alfabecie.
- Joley, patrz! - Ścisnęłaś mnie za rękę. - Co o tym
sądzisz?
Moim zdaniem, był to omen, dlatego postanowiłem
pozwolić jastrzębiom zdecydować o moim zachowaniu w
związku ze ślubem. Zawsze umiałem czytać znaki i byłem
z tego dumny. Drgnienie głosu mamy zdradzało mi jej
stan, prysznic, który brałaś nocą, koszula nocna - podarłaś ją na strzępy. Oliver, jastrzębie. Oboje wpatrywaliśmy się w ptaki tańczące nad naszymi głowami, łączące
229
się jak akrobaci. Cztery skrzydła przesłaniały słońce, a
gdy gody dobiegły końca, rozdzielenie się ptaków przywodziło na myśl rozdarte serce. Jeden jastrząb poleciał
na wschód, drugi na północ. Odwróciłem się do Ciebie i
powiedziałem:
- Przyjdę na ślub.
Wobec tego możesz chyba powiedzieć, że Cię zdradziłem, ponieważ cały czas wiedziałem, że Twoje małżeństwo nie przetrwa. Nie powiedziałem Ci tego, bo nie miałaś powodu mi wierzyć. Aż do teraz. Nie opowiedziałem
Ci też snu, który do mnie przychodził każdej nocy aż do
Twojego ślubu. Widziałem w nim was w akcie miłosnym.
Zapewniam Cię, bardzo trudno bratu myśleć o siostrze w
takiej roli. W moim śnie obejmowałaś go nogami. Nagle
przełamałaś się na pół, jak rosyjska lalka pusta w środku.
Wewnątrz byłaś druga ty, mniejsza. Oliver najwyraźniej
nic nie zauważył. Nadal dźgał cię rytmicznie. Po chwili
znowu przełamałaś się na pół i odsłoniłaś kolejną mniejszą siebie. Trwało to, aż w końcu byłaś tak maleńka, że
ledwo widziałem Twoją twarz. Byłem przerażony, może
właśnie ze strachu zawsze się budziłem. W noc przed
ślubem sen wyśnił mi się do końca. I kiedy Oliver wreszcie doszedł, Ty przełamałaś się w pół po raz kolejny, a w
środku nie było już nic, tylko wyeksponowany Oliver.
Gdy obudziłem się tej nocy, usłyszałem Twój krzyk.
Krzyczałaś aż do wschodu słońca.
Dotrzesz na miejsce szybciej, niż ci się wydaje. Najdalej za tydzień. Przekaż Rebece najlepsze życzenia urodzinowe.
230
Jedź drogą numer piętnaście na północ, do dwójki, i
nią na wschód, do miejscowości Towner w Dakocie Północnej. Podróż może zająć kilka dni, ale nie sposób zabłądzić. W Towner jest tylko jeden urząd pocztowy. Dobry Boże, nie mogę się Ciebie doczekać.
Kocham Cię
Joley
29.
JANE
Po Utah podarłyśmy jedną z kartek, na których Oliver
zapisywał zużycie paliwa, i na jej fragmentach zapisałyśmy nazwy pięciu stanów: Nevada, Kolorado, Nowy
Meksyk, Wyoming i Idaho. Włożyłyśmy wszystkie pięć
strzępków do trampka Rebeki, po czym oddałam jej zaszczyt wyboru miejsca przeznaczenia. Zgodnie z moimi
przewidywaniami, w Idaho czekał na nas kolejny list
Joleya, przewodnik po równinach.
Decydujemy o sprzedaży samochodu w miejscowości
Poplar w stanie Montana. W zasadzie chcemy nie tyle go
sprzedać, ile wymienić na tańszy i zyskać trochę gotówki. Mam ze sobą karty kredytowe, ale jestem za cwana,
żeby z nich korzystać. Oliver na pewno jedzie za nami, a
ponieważ wszystkie karty są na jego nazwisko, American
Express z przyjemnością poinformuje go o naszych zakupach, a także datach oraz miejscach ich dokonania.
Ostatni raz skorzystałam z karty kredytowej, płacąc za
benzynę na granicy Kalifornii i Arizony. A potem zarządziłyśmy kilkoma setkami dolarów tak, że wystarczyły
na podróż przez prawie połowę Ameryki, co zasługuje na
podkreślenie.
Dlaczego właściwie nie uciekłyśmy do Palm Springs
albo do Aspen, do któregoś z miast o rozdętej gospodarce,
232
zamieszkanych przez bogaczy? Dlaczego akurat Montana?
- Poplar - mówi Rebeka.
Jej rolą jest odczytywanie małych brązowych znaków
drogowych, ustawionych wzdłuż dwójki. Rzeka Missouri
płynie po prawej stronie samochodu, wzdłuż drogi. Kiedy nieco wcześniej zaczęłyśmy odczuwać nudę, próbowałyśmy ją prześcignąć. Moja córka siedzi po turecku,
włosy fruwają jej wokół twarzy, nieposkromione. Dziś
jeszcze się nie uczesała - spałyśmy w samochodzie, bo
nie miałyśmy pieniędzy na motel, dzięki Bogu, było dość
ciepło. Rozłożyłyśmy tylne siedzenia i przykryłyśmy
zardzewiałe zawiasy starym kocem. Koło zapasowe posłużyło nam za poduszkę. Właściwie było dość sympatycznie, mogłyśmy oglądać gwiazdy.
- Nie widzę żadnych domów - informuje Rebeka. Może lepiej już skręćmy.
Szukamy miejscowości, w której byłoby trochę więcej
mieszkańców, a w Montanie, jeśli o to chodzi, akurat na
dwoje babka wróżyła. Już ładne parę godzin temu zrezygnowałyśmy z szukania pośrednika w handlu samochodami. W tym stanie najwyraźniej przejęły tę rolę stacje
benzynowe.
Obiecałam Rebece, że będzie mogła wybrać samochód. W końcu jutro wypadają jej urodziny, a jest bardzo
dzielna, nie skarżyła się nawet, że musi spać na tylnym
siedzeniu. Długo rozważamy, jaki rodzaj samochodu
byłby najbardziej praktyczny, a jaki wymarzony. Dla
mnie mercedes, dla niej mazda miata. Zastanawiamy się
także nad prawdopodobieństwem znalezienia w Montanie samochodu, który w ogóle zapali.
233
Zatrzymujemy się na końcu drogi gruntowej. Nie widać żadnego znaku, żadnej innej drogi, nic. Nie mam
pojęcia, w którą stronę skręcić, więc spoglądam na Rebekę.
- Zdaje się, że miejscowość Poplar nie jest taka znowu popularna - oświadcza moja córka, chichocząc.
Po lewej mamy gęsty las. Po prawej fioletową górę.
Możemy jechać wyłącznie do przodu, czyli przez coś w
rodzaju pola, porośniętego jakimiś czerwonymi kwiatkami i krzewami o małych żółtych owocach.
- Trzymaj się - uprzedzam Rebekę.
Wrzucam niski bieg i jadę wolniutko, gniotąc szerokimi oponami wysoką trawę oraz chwasty.
Trawa przesłania widok. Boję się, że rozjedziemy jakieś dziecko czy krowę albo dla odmiany wpakujemy się
na kombajn. Czuję się trochę jak w myjni samochodowej, gdzie mokre szczotki suną po samochodzie niby
milion ozorów, tyle tylko, że tutaj są one miękkie i
srebrne. Pełzniemy jakieś dziesięć kilometrów na godzinę, trzymamy kciuki.
- Ale jazda! - zachwyca się Rebeka. - W okolicy San
Diego nie ma takich miejsc.
- Nie ma - przyznaję, nie do końca pewna, czy to dobrze, czy źle.
- Mogę wysiąść i cię poprowadzić. Ostrzec, gdybyś
miała rozjechać świstaka czy coś takiego.
- Nie wysiadaj, bo mogę rozjechać ciebie.
Rebeka wzdycha zrezygnowana, osuwa się na siedzeniu. Zajmuje się splataniem włosów w warkocz francuski.
Dla mnie to niesłychany wyczyn, skoro nie ma lustra. Na
koniec okazuje się, że zgubiła gumkę do włosów. Szpera
234
w śmieciach, które utkwiły między siedzeniami, i znajduje drucik do zamykania woreczka śniadaniowego. Nadaje
się doskonale.
Raptem trawa się kończy i przed maską wyrasta mi
automat z colą. Gwałtownie wciskam hamulec, Rebeka
uderza o przednią szybę.
- Oż cholera... - Rozciera czoło. - Chcesz mnie zabić? - Wygląda do przodu. - A co to tu robi?
Cofam wóz parę metrów, żeby ominąć automat.
Wreszcie zostawiam za sobą ostatni rządek zielska i wyjeżdżamy na wolność, na czarną asfaltową nawierzchnię
stacji benzynowej. Składa się ona z jednego tylko dystrybutora i niewielkiego betonowego budynku, zbyt małego,
żeby się w nim zmieścił warsztat, ale też naprzeciwko
miejsca, gdzie zaparkowałyśmy, stoi w rządku przynajmniej dziesięć samochodów, co każe się domyślać, iż
mogą być na sprzedaż. O dystrybutor opiera się stary
mężczyzna o siwych włosach, splecionych w warkocz
spływający na plecy. Rozwiązuje krzyżówkę. Podnosi na
nas wzrok, wcale nie wydaje się zdziwiony, że wyjechałyśmy z pola obrośniętego chaszczami.
- Wściekły na trzy litery? - pyta.
- Zły.
Wysiadam z samochodu.
Mężczyzna nie zadaje sobie trudu, by na mnie spojrzeć. Wpisuje słowo, które mu podałam.
- Pasuje. Czym mogę służyć?
Rebeka także wychodzi z auta, trzaska drzwiczkami.
Odsuwa się od wozu o kilka kroków, przygląda się naszemu kombi i wybucha śmiechem. Rzeczywiście, jest
235
przybrany gałązkami krzewów z drobnymi żółtymi owocami oraz kwiatami rudbekii, które pozaczepiały się na
bagażniku dachowym. Wygląda niczym środek transportu jakiejś komuny z lat sześćdziesiątych.
Rebeka odczepia od wozu splątane rośliny.
- Cóż, w zasadzie chciałybyśmy zmienić samochód mówię. - Potrzebny nam jakiś bardziej szpanerski.
Mężczyzna wydaje dziwny dźwięk przez nos, po
czym wyciąga z kieszeni chusteczkę i przeciera nią czoło.
- Bardziej szpanerski - powtarza, okrążając nasze
kombi. Znowu ten dźwięk przez nos. - Nic łatwiejszego.
- To bardzo dobry samochód. Mocny i solidny. Ma
tylko sześćdziesiąt tysięcy przebiegu. Miodzio. - Uśmiecham się do Indianina, ale on tego nie widzi, bo jest zajęty oglądaniem opon.
- Skoro taki cholernie dobry, to czemu pani go nie
chce?
Rzucam Rebece spojrzenie, które nakazuje milczenie.
- Mogę z panem porozmawiać w cztery oczy, panie...?
- Długa Szyja. Nazywam się Joseph Długa Szyja.
Przemykają mi przez głowę najróżniejsze tłumaczenia
i wyjaśnienia, ale kiedy otwieram usta, mówię prawdę.
- Uciekłyśmy z domu, z Kalifornii. Jedziemy na drugi koniec kraju. Potrzebny nam samochód, ale i gotówka,
dlatego tu jesteśmy.
Mężczyzna przygląda mi się smolistymi oczami i nie
wierzy w ani jedno moje słowo.
- Niech no mi pani powie zwyczajnie, proszę pani.
- No dobrze - zgadzam się. - Niech będzie. Sprawa
236
wygląda tak: córka ma jutro urodziny. Całe życie uczy
się stepowania. Teraz w Los Angeles jest nabór do filmu,
a ona chce w nim wziąć udział, właśnie taki obiecałam
jej prezent. Marzy, żeby zostać wielką gwiazdą, tylko że
nie bardzo mamy pieniądze na kostium i na samochód,
żebyśmy zajechały z fasonem, bo przecież grube ryby w
Hollywood muszą ją zauważyć. Dlatego postanowiłyśmy
sprzedać nasz wóz, kupić jakiś tańszy, a za resztę gotówki sprawić jej ładny kostium i wynająć limuzynę na przyjazd na konkurs. - Wszystko to wyrzucam z siebie na
jednym oddechu, po czym opieram się o dystrybutor,
kompletnie wyczerpana. Gdy podnoszę wzrok, mężczyzna podchodzi do Rebeki. Oczy mu błyszczą.
- Zatańcz - nakazuje.
Rebeka nigdy w życiu nie brała lekcji stepowania,
więc spodziewam się kompletnej klapy, tymczasem ona
zaczyna przytupywać, przesuwać stopami po asfalcie,
uderzać raz piętą, raz palcami, wystukiwać rytm.
- I śpiewać też umiem - oznajmia z szerokim uśmiechem.
Długa Szyja wpatruje się w nią zauroczony.
- No, no, nieźle, całkiem nieźle. Kto wie, może będzie z ciebie druga Shirley Temple? - Prowadzi Rebekę
do rzędu samochodów. - Który ci się podoba?
Rebeka zagryza dolną wargę.
- Ojej, nie wiem. Mamusiu... Możesz tu podejść? Jak
myślisz? Który byłby dobry?
Gdy staję obok, lekko szturcha mnie łokciem.
- Kochanie... - mówię powoli. - Chciałabym, żebyś
ty wybrała. Przecież to też ma być twój prezent.
237
Rebeka składa ręce z zachwytu. Wybór ma niewielki:
kilka sfatygowanych cadillaców, niebieski dżip, zakurzony Chevrolet nova.
- Może ten? - Wskazuje niewielki mg, którego nie
zauważyłam.
Zawsze unikałam małych samochodów ze względów
bezpieczeństwa. Ten stoi na wpół ukryty za tabliczką z
ceną benzyny, jest czerwony, na każdym zakolu ma plamy rdzy. Tapicerkę w wielu miejscach poprzecieraną.
- Zamykanie dachu automatyczne - oznajmia Długa
Szyja. - I działa.
Rebeka przeskakuje nad drzwiami autka i ląduje na
przednim siedzeniu. Jedna noga więźnie jej w dziurawej
piance, wystającej spod popękanego winylu.
- Ile? - pytam, a Rebeka i Długa Szyja oboje podskakują, jakby o mnie całkiem zapomnieli. - I ile pan da za
kombi?
Długa Szyja uśmiecha się kwaśno, wraca do naszego
wozu. Wyciąga zza bocznego lusterka stokrotkę.
- Trzy tysiące, chociaż to i tak za dużo.
- Żartuje pan??? - wybucham. - On ma dopiero cztery lata! Jest wart dwa razy tyle!
- Nie jest - zaprzecza Indianin i wraca do mg. - Ten
sprzedam za tysiąc.
Rebeka odwraca się do mnie z tragicznym smutkiem
w oczach, przeznaczonym dla sprzedawcy.
- Za drogo, tak?
- Nic nie szkodzi, kochanie. Pojedziemy gdzieś indziej. Do Hollywood jeszcze spory kawałek, na pewno
znajdziemy jakiś ładny samochodzik.
- Pięćset - wtrąca Długa Szyja. - I ani grosza mniej.
238
Na stację podjeżdża jakaś kobieta w cytrynowym vanie, zatrzymuje się przed dystrybutorem. Długa Szyja
przeprasza nas i idzie napełnić klientce bak. Rebeka kiwa, żebym do niej podeszła. Ja też przekładam nogę nad
drzwiczkami, chociaż robię to mniej żwawo niż ona. Siadam za kierownicą.
- Gdzie się nauczyłaś stepować? - pytam.
- W szkole, na wuefie. Miałam do wyboru tetherball
albo stepowanie.
Opiera głowę na moim ramieniu.
- Jak myślisz, dostanę się na Broadway?
- Szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy dałabyś
sobie radę w Poplar. Ale ładnie zamydliłaś człowiekowi
oczy.
Próbuję włączyć radio, niestety, jest zepsute. Poruszam dźwignią biegów ustawioną na wsteczny. Rebeka
otwiera schowek na rękawiczki. Jest pusty. Sięga pod
siedzenie, szuka dźwigni pozwalającej przesunąć je do
tyłu. Wyciąga zakurzoną żółtą kopertę, wetkniętą między
sprężyny.
- O, co to?
Otwiera klamerkę. Wyciąga ze środka banknoty, same
dwudziestki. Oczy jej się robią okrągłe jak spodki, a ja
chwytam kopertę. Zaczynam liczyć w pośpiechu, byle
zdążyć, zanim Długa Szyja skończy obsługiwać klientkę.
- Ponad sześćset - oświadczam. - To się dopiero nazywa zwrot gotówki.
Rebeka widzi, że cytrynowy van odjeżdża, wtyka kopertę z powrotem między sprężyny pod siedzeniem.
- Na pewno chcesz akurat ten? - pytam głośno, gdy
Długa Szyja zmierza w naszą stronę.
239
Rebeka kiwa głową.
- Wobec tego - podsumowuję - wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, kochanie.
- Och, mamusiu! - piszczy Rebeka i zarzuca mi ręce
na szyję. Po chwili wyswobadza się z mojego uścisku, by
energicznie potrząsnąć dłonią Indianina.
- Dziękuję! Bardzo panu dziękuję!
- Przyniosę umowę - oznajmia sprzedawca i kuśtyka
w stronę betonowego budyneczku, gdzie zapewne mieści
się biuro.
Rebeka uśmiecha się, póki nie zamkną się za nim
drzwi.
- Wynośmy się z tej dziury - mówi do mnie. Opiera
głowę na zagłówku, kładzie dłoń na szyi. - Czy dzisiaj
jeszcze ktokolwiek stepuje?
Długa Szyja pojawia się z żółtą kopertą w ręku, bardzo podobną do tej, która tkwi pod siedzeniem, więc zastanawiam się, czy to przypadkiem nie on sam ukrył
banknoty i o nich zapomniał. Przeliczam gotówkę.
- Powinien pan trzymać pieniądze w banku. Może
pana ktoś okraść.
Indianin śmieje się głośno, pokazując braki w uzębieniu.
- Tutaj? Do Poplar turyści nie przyjeżdżają. A jakby
co - pokazuje na strzelbę ustawioną niedaleko dystrybutora - rabusie wiedzą, co ich czeka.
Uśmiecham się słabo.
- No cóż... - Zastanawiam się, czy zastrzeli nas na do
widzenia, jeśli przypomni sobie, że zostawił w samochodzie pieniądze. - Dziękujemy panu.
Rebeka przeniosła wszystkie nasze rzeczy z bagażnika
kombi. Miękką podłużną torbę z tylnego siedzenia, mapy
240
ze schowka na rękawiczki... Upycha, co się da, w mikroskopijnym bagażniku naszego nowego samochodu.
- Niech pan mnie wypatruje w filmach! - wola do
Indianina.
Zatrzymujemy się przy kombi, które jeszcze do niedawna było nasze, spodziewając się czegoś na kształt
wyrzutów sumienia, bo przecież człowiek, sprzedając
samochód, zawsze zostawia w nim cząstkę siebie. Ten
jednak przypomina mi Olivera i ucieczkę z domu. Nic
nie wskazuje na to, żebym miała za nim tęsknić.
- Mamusiu! - ponagla mnie Rebeka. - Spóźnimy się
na nabór!
Gdy jedziemy przez pole, wyciąga ręce nad głowę.
Jazda jest łatwiejsza, skoro wracamy po własnych śladach. Ponieważ mamy opuszczony dach, chwasty zaglądają prosto do wnętrza, Rebeka chwyta je przed twarzą i
klatką piersiową, układa bukiet z różnych odcieni fioletu.
- Ale wózek! - krzyczy uszczęśliwiona, jej słowa giną w szumie wiatru.
Rzeczywiście, mamy niezłą zabawę. Samochód jest
bez wątpienia bardziej zwrotny niż kombi. Stale zerkam
w lusterko wsteczne, odruchowo szukając jego drugiej
połowy. Miejsca jest akurat w sam raz dla mnie i Rebeki.
- Jak sądzisz, czyje to pieniądze?
- Teraz chyba nasze - odpowiada Rebeka. - Ale z
ciebie matka! Robisz ze mnie oszustkę i złodziejkę.
- Kłamałaś na własne konto. Nie kazałam ci urządzać występu. A jeśli chodzi o kradzież, to w zasadzie
przecież kupiłyśmy samochód razem ze wszystkim, co
się w nim znajduje.
Rebeka spogląda na mnie i wybucha śmiechem.
241
- No dobrze - przyznaję - może nie było to do końca
uczciwe.
Jakaś trzcina drapie mnie w policzek, na pewno zostawia ślad.
- Moim zdaniem - teoretyzuję swobodnie - pieniądze
należały do bogatej dziedziczki, która zakochała się beznadziejnie we właścicielu ziemskim.
- Ale masz fantazję! - śmieje się Rebeka. - Możesz w
wolnej chwili zacząć pisać scenariusz opery mydlanej,
najlepiej... „Wszystkie moje dzieci”.
- Właściciel ziemski widzi nadchodzącego barona,
który niesie ciało ukochanej. Musi zdecydować, czy
uciekać z samochodem, czy zostać i pogrążyć się w żałobie. Oczywiście zostaje...
- Oczywiście.
- ...i ginie śmiercią tragiczną, zastrzelony przez barona, który następnie zostawia samochód ukochanej w
zapomnianej przez Boga i ludzi miejscowości w Montanie, gdzie go nikt nie znajdzie, a sam przenosi się wraz z
majątkiem do Estonii i tam żyje pod przybranym nazwiskiem. - Robię głęboki wdech. - I jak?
- Po pierwsze, jakim cudem pieniądze znalazły się w
samochodzie, skoro zmarła ukochana do niego nie dotarła, zanim została zmarłą? Po drugie, co za idiota zostałby, żeby dostać kulkę tylko dlatego, że jego przyjaciółka
została usunięta z tego padołu? Jeżeli naprawdę ją kochał, powinien żyć tak, jak planowali we dwoje.
Rebeka poprawia siedzenie i niechcący trąca lusterko
wsteczne.
- Mamo, jesteś beznadziejną romantyczką.
- A twoim zdaniem, czyje to pieniądze?
242
Zaczyna po jednym wyrzucać kwiaty z bukietu. Zdają
się frunąć, jakby żyły własnym życiem.
- Moim zdaniem, to jest kasa tego Indianina. Schował ją tak dawno, że kompletnie o niej zapomniał. Pewnie już nas ściga niebieskim dżipem.
- Bez sensu - oceniam bezlitośnie. - A w dodatku ta
historia nie jest interesująca.
- Jak chcesz ją doprawić, to możemy się umówić, że
pieniądze pochodzą z napadu na bank. Co by wyjaśniało,
dlaczego tam nie trzyma gotówki. - Rebeka przekrzywia
głowę. - A teraz, skoro jesteśmy bogate, jak to uczcimy?
- A co chciałabyś zrobić?
- Wziąć prysznic. Kupić majtki. Różne takie luksusy
chodzą mi po głowie.
- Powinnyśmy kupić ubrania - przytakuję. - Chociaż
nie przypuszczam, żebyśmy tu znalazły coś, co nam się
spodoba.
Wszystko jedno. Od czterech dni mam na sobie tę samą brudną koszulkę Olivera, a Rebeka sypia w kostiumie
kąpielowym, który ma na sobie całymi dniami.
- Wobec tego w najbliższej miejscowości robimy zakupy.
- W najbliższej miejscowości, która będzie wyglądała jak miejscowość - uściślam.
- W najbliższej miejscowości, w której będzie sklep.
- Rebeka kładzie ręce na brzuchu. - Kiedy jadłyśmy śniadanie?
- Dwie godziny temu. Dlaczego pytasz?
Zwija się w kłębek, głowę kładzie na podłokietniku
przy dźwigni zmiany biegów. W tym autku nie ma tyle
miejsca co w kombi.
243
- Brzuch mnie boli. Może nie jestem głodna, tylko
zjadłam coś nieświeżego. Jajko albo coś.
- Mam się zatrzymać?
Przyglądam się jej uważnie, wydaje się blada.
- Nie, jedź. - Zamyka oczy. - Nie jest tak znowu
strasznie. Czasem się uspokaja, czasem wraca.
Przyciska brzuch rękami. Zasypia na jakieś pół godziny. Robi mi się lżej na sercu, bo wiem, że nie cierpi. Tak
to już jest być matką. Czuję to co córka, boli mnie wtedy,
gdy ona cierpi. Czasami mam wrażenie, że mimo całkiem tradycyjnego porodu nie zostałyśmy rozdzielone.
Niewiele straciła w czasie snu. Minęłyśmy granicę
Dakoty Północnej i najwyraźniej zostawiłyśmy za sobą
wielkie fioletowe wyniesienia gór.
- Już jesteśmy?
Rebeka siada prosto, odsuwa z twarzy pasma włosów,
które wyswobodziły się z warkocza. Siada swoim zwyczajem po turecku i nagle z jej ust wyrywa się krzyk
przerażenia.
Skręcam na pobocze, hamuję gwałtownie.
- Co się stało?
Sięga między nogi, unosi dłoń naznaczoną krwią.
- Aha - oddycham z ulgą. - Spokojnie. Właśnie dostałaś okresu.
- Okresu? - Jest oszołomiona. - Tak po prostu?
Zaczyna się uśmiechać, potem nawet się śmieje. Pomagam jej wysiąść z samochodu, oceniamy rozmiar
szkód. Kostium jest w kroku naznaczony rosnącą brązową plamą, trochę krwi rozmazało się na winylowym siedzeniu autka. Siedzenie wycieram do czysta szmatką z
bagażnika, potem odchodzimy we dwie trochę dalej od
244
szosy. Idziemy całkiem płaską równiną, nie ma tu najmniejszego krzaczka, nawet kaktusa, za którym można
by się schować, ale też ruch na drodze nie należy do natężonych. W mojej kosmetyczce, którą dzięki Bogu Rebeka chwyciła, wybiegając z domu w San Diego, szukam
tamponu albo podpaski. Jest podpaska. Pomagam córce
umieścić ją w kroku kostiumu kąpielowego.
- Oby do sklepu - mówię.
- Ohyda - krzywi się Rebeka. - Jak pielucha.
- Witaj w świecie kobiecości.
- Mamo... - Mierzy mnie spojrzeniem z ukosa. - Tylko mi teraz nie praw kazań o dorastaniu, dobrze? Sama
zrozum, mam piętnaście lat, pewnie już wszystkie inne
dziewczyny w szkole dawno mają okres, naprawdę nie
trzeba mnie bardziej dołować. O seksie wiem wszystko, a
nie mam najmniejszej ochoty na wykład o odpowiedzialności, zgoda?
- Nie ma sprawy. Tylko powiedz, jeśli znowu będzie
cię bolał brzuch. Dam ci proszek.
- Strasznie długo na to czekałam - uśmiecha się Rebeka. - Żeby mi wreszcie cycki urosły. Nie miałam pojęcia, że tak to będzie wyglądało. Nie do wiary.
- Ktoś powinien był ci powiedzieć w okolicach dwunastego roku życia, że to nic takiego znowu fantastycznego.
- Czuję się jak ostatnia idiotka. Myślałam, że umieram.
- U mnie było tak samo. Nawet nie powiedziałam
mamie. Położyłam się do łóżka, objęłam ramionami i
czekałam na śmierć. Byłam przekonana, że umrę przed
końcem dnia. Joley mnie tak znalazł, przyprowadził twoją babcię, a ona uraczyła mnie wszystkimi wykładami,
których ty nie masz ochoty słuchać.
245
Wróciłyśmy do samochodu, Rebeka waha się przez
moment, wreszcie siada.
- Koniecznie muszę tu siedzieć? - pyta zniesmaczona, chociaż fotel naprawdę jest czysty.
- Osobiście wybrałaś sportowe autko.
Jakiś czas mości się na fotelu, kilkakrotnie poprawia,
przyzwyczaja do podpaski.
- Da radę? - pytam, a ona, nie patrząc na mnie, kiwa
głową. - Wobec tego szukamy sklepu.
Rebeka opiera głowę na ramieniu wyciągniętym na
drzwiczkach. Tyle chciałabym jej powiedzieć, przed tyloma sprawami ostrzec, przed reakcją łańcuchową, jaka
jest konsekwencją tego wydarzenia. Na przykład o zmianie kształtu bioder, o odkrywaniu mężczyzn, o miłości i o
jej przemijaniu.
Moja córka raptem zaczyna szukać czegoś w schowku
na rękawiczki, który przecież już dokładnie sprawdziła.
Może szuka, a może udaje, że szuka czegoś, czego tam
wcale nie ma. Przymyka oczy, pozwala, by wiatr rozwiał
jej włosy. Drucik do zamykania torebek śniadaniowych
frunie gdzieś w kierunku Montany.
30.
REBEKA
18 lipca 1990
Ludzie w koszulkach z napisem OBSŁUGA kierują
nas na koniec kolejki, przypominającej węża pełznącego
wzdłuż doku w Port Jefferson. Czekamy na swoją kolej,
mama wymyśla historie na temat ludzi w pobliskich samochodach. Kobieta z dzieckiem na siedzeniu pasażera
jedzie z wizytą do zaginionej przed laty ciotki w Old
Lyme, do osoby, po której została nazwana jej córka.
Jakiś biznesmen jest w rzeczywistości szpiegiem, rozpracowującym działania Straży Przybrzeżnej USA. Czasami
mama mnie zadziwia.
- Tędy proszę! - woła mężczyzna w służbowej koszulce.
Mama uruchamia silnik, wrzuca bieg. Wspinamy się
na boczną rampę, wjeżdżamy przez ogromne bramy
promu, mocowane na zawiasach. Jakbyśmy się wsuwały
w rozwarte szczęki białego wieloryba.
Kolejny członek obsługi wskazuje nam miejsce do zaparkowania - w połowie stromej rampy. Są dwie, identyczne, samochody parkują na nich i pod nimi. A ja się
zastanawiałam, jak oni nas wszystkich upchną.
247
Podróż trwa godzinę i piętnaście minut. Spędzamy ten
czas na górnym pokładzie, leżymy na kamizelkach ratunkowych. Od czasu gdy ruszyłyśmy w drogę z odsłoniętym dachem, zaczęłam nabierać koloru. Nawet mama
złapała trochę opalenizny.
- Będziemy w Massachusetts z samego rana - mówi.
- Najdalej w południe powinnyśmy dotrzeć do wujka.
- Najwyższy czas. Mam wrażenie, że jedziemy całe
życie.
- Ciekawa jestem, co on właściwie robi w sadzie? zastanawia się mama. - Kiedy byliśmy mali, nie mieliśmy nawet ogródka. To znaczy, nic się nam nie udawało,
wszystko marniało. Myśleliśmy, że to przez ubogą glebę.
- Jak znalazł pracę?
- W sadzie?
- Aha. Skoro nie ma doświadczenia w rolnictwie?
Mama osłania oczy przed słońcem.
- Właściwie nie powiedział. Wspomniał coś, że tam
zajrzał i człowiek go najął. Właściciel sadu. Zdaje się, że
nawet jest młodszy od Joleya. Odziedziczył sad po ojcu. Siada. - Wiesz, jak to jest. Ambitny typ, co to chce być
farmerem od urodzenia. Już kiedy jest mały jak żuczek.
- Jak pchełka.
- Wszystko jedno.
- Skąd wiesz, jaki on jest - dziwię się - skoro wcale
go nie znasz? I nie masz pojęcia o uprawie jabłek?
- Kochana! - Mama śmieje się głośno. - Co w tym
może być trudnego?
Prom na wstecznym powoli obraca się o sto osiemdziesiąt stopni. Dzięki temu w doku możemy z niego
248
zjechać. Z tego, co widzę, Bridgeport to w sumie żadne
wielkie halo.
Wydaje się, że wszystkie inne rzędy samochodów ruszają przed naszym, na dodatek, ponieważ sterczymy w
połowie rampy, nie widzimy, czy cokolwiek się rusza.
Właściwie widzimy tylko zad forda taurusa, stojącego
przed nami. Na zakurzonej tylnej szybie ktoś mu napisał
BRUDAS. W końcu mężczyzna w koszulce obsługi
wskazuje na nas i daje nam znać, że możemy ruszać.
Tyle tylko, że kierowca taurusa, zamiast jechać do przodu, wrzucił wsteczny. Wjeżdża nam prosto w zderzak.
Słyszę zgrzyt metalu.
- Rany boskie - syczy mama. - Tylko tego brakowało.
- Chyba trzeba wysiąść?
Nie mam pewności. Mężczyzna z obsługi mówi coś
głośno, ale i tak nie rozróżniam słów. Ogólnie sens można odczytać jako: „Jedziemy, droga pani”. Mama zjeżdża
z promu, przedni zderzak częściowo zwisa. Skręca na
prawo, by usunąć się innym z drogi, tam czeka taurus.
Mama wysiada z samochodu, staje przed maską, ocenia szkody.
- Da się jechać. Kiepsko wygląda i tyle. - Gołymi rękami próbuje przygiąć zderzak z powrotem na właściwe
miejsce.
- Nie można wymagać zbyt wiele od bryki za pięć
stów.
Z taurusa wysiada kierowca. Jego auto nie ucierpiało.
- Tak mi przykro! - zapewnia. - Oczywiście zapłacę
za szkody. Mogę od razu dać pani gotówkę, jeśli pani
odpowiada takie wyjście, albo spiszemy protokół dla
ubezpieczenia, co pani woli.
249
Mężczyzna wyłamuje palce, jest do tego stopnia zdenerwowany, że prawie śmieszny.
- Fatalnie, fatalnie. - Mama załamuje ręce. - Naprawa będzie kosztowała pewnie ze czterysta dolarów... Jak
ci się zdaje, kochanie? - zwraca się do mnie.
- Co najmniej. W końcu to nowiutki samochód.
- Nowy? - Mężczyźnie z wrażenia brakuje tchu.
Najwyraźniej nie dostrzega rdzawych plam. - Bardzo mi
przykro, naprawdę. Nie sposób wyrazić. Sam nie wiem,
jak to się stało, że wrzuciłem wsteczny. Coś mi się pomyliło. - Pochyla się nad naszym wykrzywionym zderzakiem, przeciąga po nim palcami. - Nie mam przy sobie takiej sumy, ale jeśli panie zechcą pojechać za mną,
zaraz będę miał. Chętnie przekażę gotówkę z ręki do
ręki, przynajmniej nie stracę punktów w ubezpieczeniu.
- Nie mamy zbyt wiele czasu - zastrzega mama.
- To niedaleko. Nazywam się Ernest Elkezer, jestem
kustoszem Muzeum Barnuma, tutaj, na Main Street. Teraz zamknięte, ale wpuszczę was, zerkniecie sobie panie
na zbiory, zanim ja wyjmę gotówkę z sejfu. Przynajmniej
tyle mogę zrobić.
Mama siada za kierownicą i uruchamia silnik.
- Ale mamy fart! Nie dość, że samochód dostałyśmy
gratis, to jeszcze teraz wpadnie nam bonus w postaci
czterech setek. - Zwraca twarz ku słońcu. - Rebeko,
dziecko drogie, bogowie są dziś dla nas łaskawi.
Muzeum PT. Barnuma znajduje się tuż obok nowoczesnego budynku ratusza. Dziwnie jest wejść przez
ogromne drzwi, jeszcze przed chwilą zamknięte. Czuję
się trochę, jakbym robiła coś zabronionego.
250
- Panie na pewno wiedzą, że Generał Tomcio Paluch
urodził się w Bridgeport - objaśnia nam pan Elkezer. Miał sześćdziesiąt cztery centymetry wzrostu.
Włącza światła: jedno, drugie, trzecie, i mroczny hol
budzi się do życia.
- Proszę się czuć zupełnie swobodnie. Znajdą tu panie wiele interesujących pamiątek cyrkowych. I z pewnością warto zajrzeć na drugie piętro.
Drugie piętro jest niemal w całości zajęte przez miniaturę namiotu cyrkowego. Na trocinach widnieją trzy
czerwone kręgi. Nad jednym z nich rozwieszono siatkę
dla akrobatów występujących na trapezie. W kątach
tkwią ciężkie bębny, na których mają stawać słonie. Nad
głowami przeciągnięto grubą linę, poznaczoną węzłami.
- Gdyby to było trochę większe, chętnie bym spróbowała - mówi mama, z jedną nogą na wystawie.
Zamykam oczy, widzę publiczność, czerwony blask
latarek na sznurkach nad głowami dzieci.
Zostawiam mamę, okrążam imitację cyrku. Znajduję
wystawę poświęconą Jumbo, słoniowi, którego szkielet
podobno znajduje się w Amerykańskim Muzeum Historii
Naturalnej w Nowym Jorku. To jest dopiero coś. Pochylam się, by z bliska obejrzeć fotografię kolosalnego
szkieletu, ze stojącym obok człowiekiem, który ma
uzmysłowić patrzącemu skalę. Tym człowiekiem jest
sam Ernest Elkezer. Akurat gdy czytam podpis, pojawia
się kustosz we własnej osobie, z pogniecioną kopertą w
ręku.
- Jumbo jest moim ulubieńcem - oznajmia. - Przybył
do nas prawie sto lat temu, na statku ochrzczonym „Asyryjski Monarcha”. Barnum prowadzał go po Broadwayu,
251
przy akompaniamencie orkiestry dętej, przy dźwięku
fanfar.
Mama podchodzi do nas, Elkezer odruchowo podaje
jej kopertę.
- Wtedy mało kto widział słonia. Dlatego liczyło się
nie tylko to, że był wyjątkowy, ale że w ogóle był. Trzy
lata później zderzył się z pociągiem towarowym. Kilka
innych słoni przechodzących przez tory także doznało
obrażeń, lecz przeżyły. Jemu się nie udało.
- Wpadł pod pociąg? - upewniam się osłupiała.
- Ty przeżyłaś katastrofę - przypomina mi mama.
- Barnum podzielił zwierzę i różne jego fragmenty są
w różnych muzeach. Nawet serce sprzedał. Uniwersytetowi Cornelia, za czterdzieści dolarów. Wyobrażają sobie
panie?
- Powinnyśmy już iść - przypomina mama.
- Aha, pieniądze są w kopercie - mówi Elkezer. Może pani przeliczy?
- Z pewnością nie ma potrzeby. Dziękuję panu.
- O nie, to ja pani dziękuję.
Zostawiamy go na drugim piętrze, z dłonią lekko złożoną na fotografii Jumbo.
Niedaleko ciężkich drzwi muzeum mama rozdziera
kopertę.
- Znowu jesteśmy bogate! - podśpiewuje. - Bogate!
Wsiadamy do samochodu, ruszamy z parkingu. Zderzak szoruje po krawężniku. Mijamy chłopców grających
w piłkę ręczną i grubą kobietę o skórze koloru melasy.
Na rogu ulicy właśnie dochodzi do wymiany: mężczyzna
w skórzanej czapce rozwija zmięty kawałek papieru.
252
Ja mimo wszystko ciągle mam przed oczami powolną
kolumnę samochodów podążających za orkiestrą w takt
muzyki granej na trąbach, powolny ciężki taniec słoni
kroczących Main Street.
31.
JANE
Urodziny Rebeki obchodzimy w geograficznym środku Ameryki Północnej. Tuż pod Towner w Dakocie Północnej. Wręczam córce babeczkę z zatkniętą na środku
świeczką i śpiewam „Happy Birthday”. Rebeka się czerwieni.
- Dzięki, mamo. Nie musiałaś się aż tak starać.
- Na dodatek mam też prezent - obwieszczam i wyjmuję z tylnej kieszeni spodni kopertę.
Obie ją znamy, to ta, w której tkwiły pieniądze pod
siedzeniem mg. W środku, na kartce z motelowej papeterii, widnieje prowizoryczny weksel.
- „Gwarantuję ci” - czyta Rebeka na głos - „kupno
wszystkiego, co zechcesz, w granicach zdrowego rozsądku”.
Śmieje się i rozgląda dookoła. Zatrzymałyśmy się
przy tablicy oznaczającej ów środek geograficzny. Poza
drogą, jak okiem sięgnąć, ciągnie się pustka.
- Najpierw chyba musimy wrócić do cywilizacji oświadczyła przytomnie.
- Właśnie nie, w tym rzecz. Dzisiaj jedziemy wyłącznie po to, żeby znaleźć odpowiedni sklep z ubraniami. Teraz to najważniejsze.
254
Stara koszulka Olivera jest pokryta plamami z jedzenia i oleju samochodowego. Moja bielizna może spokojnie stać o własnych siłach. Rebeka nie wygląda lepiej.
Biedna mała nie ma nawet stanika.
- No i jak to jest mieć piętnaście lat? - pytam.
- Właściwie tak samo jak czternaście.
Wskakuje do samochodu. Opanowała tę sztukę w
stopniu mistrzowskim. Ja ciągle raczej przepełzam nad
drzwiczkami i zwykle trafiam stopą w klamkę.
- No dobra - odzywa się Rebeka, wystawiając nogi
nad drzwiczki. - Dokąd jedziemy?
Proponuję Towner. Tam skierował nas Joley, więc to
pewnie jednak jakieś ludzkie siedlisko, chociaż już się
nauczyłam, że w Dakocie Północnej wystarczy stacja
benzynowa i trzy domy na krzyż, żeby można było mówić o miejscowości.
Rebeka prowadzi mnie boczną drogą. Jakieś dwa kilometry nie widzimy żadnych oznak życia, a co dopiero
handlu. W końcu ukazuje się naszym oczom mocno
zniszczona stodoła, zdecydowanie przechylona w prawo.
Na ścianie znajduje się okrągły znak mający strzec przed
złymi czarami, dwa ptaszki połączone dzióbkami, przedstawione w podstawowych barwach.
- „U Eloise”? - dziwi się Rebeka. - Sklep?
- Tu na pewno nie ma sklepu. Przecież to nawet nie
jest prawdziwy budynek.
A jednak widać kilka zaparkowanych samochodów,
tak starych i spłowiałych, że mam wrażenie, jakbym się
znalazła na planie filmu z lat pięćdziesiątych. Bez przekonania parkuję obok nich i wysiadam z auta.
255
Szeroko otwarte drzwi stodoły zablokowane są długimi świecami przeciwkomarowymi o zapachu cytryny.
We wnętrzu znajdują się rzędy beczek z pokrywami na
zawiasach. Oznaczone są napisami: MĄKA, CUKIER,
BRĄZOWY CUKIER, SÓL, RYŻ. W powietrzu unosi
się gęsta woń, która uderza od razu po przestąpieniu progu. Trochę przypomina paloną melasę. Z boku, w zagrodzie, znajduje się ogromna maciora. Leży na boku, chyba
wywróciła się pod własnym ciężarem. Dopiero po chwili
dostrzegam łaciate prosięta, przepychające się do sutków.
Obok świńskiej zagrody ciągnie się długa drewniana lada, wsparta na krzyżakach, na niej widzę kasę, solidną,
srebrną, taką, na której wyskakują odpowiednie tabliczki:
pięćdziesiąt centów, jeden dolar, bez opłaty.
- W czym mogę pomóc? - pyta mnie jakaś kobieta.
Była za ladą cały czas, tylko pochylona nad zagrodą
dla świń, zatem żadna z nas jej nie zauważyła. Rebeka
już poszła dalej, zwiedzając najciemniejsze zakątki, więc
ja muszę odpowiedzieć.
- Chciałybyśmy w zasadzie - zaczynam kulawo - kupić jakieś ubrania.
Kobieta splata dłonie przed sobą. Ma sztywno przylizane rude loki, potrójny podbródek i metr czterdzieści w
kapeluszu. Jej buty popiskują przy każdym kroku, jakby
były mokre.
- Dobrze pani trafiła - oznajmia. - Mamy po trochu
wszystkiego.
- Widzę.
- Kupuję zawsze po jednej sztuce z każdego rozmiaru. Klient się wtedy szybciej decyduje.
256
Boję się kupić cokolwiek u Eloise. Faktycznie ma
wszystkiego po jednej sztuce, ale niekoniecznie rzeczy,
które by się chciało mieć.
- Mamo - odzywa się Rebeka, idąc w naszą stronę. Zobacz. - W rękach trzyma suknię wieczorową wyszywaną cekinami. - Super, nie? Ekstrasexy.
Suknia ma cieniutkie ramiączka i za dużo lycry.
- Zaczekaj, aż skończysz siedemnastkę - oceniam.
Rebeka wydaje z siebie jęk zawodu i znika za belą
perkalu.
- Przepraszam panią... - odzywam się do kobiety,
która już prowadzi mnie przez mroczny labirynt.
- Niech mi pani mówi Eloise, jak wszyscy.
Rebeka, nadal z obcisłą suknią w rękach (dokąd się
chodzi w takim stroju w miejscowości typu Towner?),
szpera w stercie ubrań.
- Znalazłaś coś, kochanieńka? - pyta ją Eloise. Odwraca się do mnie. - Jesteście razem?
- W sumie tak - potwierdzam i podchodzę do Rebeki.
Ona zerka na metkę przy czerwonych szortach.
- Zobacz, mamo. - I zaraz do Eloise: - Są takie numer trzy?
- Wszystko jest wyłożone. Co tam zechcesz zmierzyć, zaniosę ci do przebieralni.
Kołysząc się na boki, znika za rogiem, wiedziona
chyba szóstym zmysłem, bo sterty ubrań sięgają jej nad
głowę.
- Kładę w szóstce! - woła do Rebeki.
Wystawiam głowę za róg, zerkam na przebieralnie. To
przegrody dla krów.
- Mamo.
257
Wracam do Rebeki, oczy jej się świecą.
- Patrz. - Pokazuje mi markowe dżinsy. - Tylko trzy
dolary. A ten kostium kąpielowy, La Blanca, dolar pięćdziesiąt.
Przesuwam palcem po metce. Cyfry są wypisane
ołówkiem.
- Chyba będziemy tu stale przyjeżdżać po ciuchy.
Sama zaczynam przeglądać rzeczy na wieszakach.
Przy takich cenach nie mam nic do stracenia. Eloise okazuje się osobą rozważną. Rzeczywiście zamawia po jednej sztuce z każdego rozmiaru. Innymi słowy, prążkowane spodnie od Liz Clairborne są do wzięcia po jednej
parze z rozmiaru 4, 6, 8,10,12,14 i 16. Jeśli przypadkiem
nosisz dziesiątkę, a inna kobieta, na którą pasuje ten sam
rozmiar, zawita tutaj pierwsza, masz pecha. Przekonuję
się o tym na własnej skórze przy kilku ciuszkach, które
przyciągają moje spojrzenie. Noszę ósemkę, najwyraźniej w Dakocie Północnej to popularny rozmiar. Widzę
wyraźnie, że najlepiej sprzedaje się moja ósemka oraz
szesnastka. Rebeka ma dużo większy wybór, nadal cieszy
się figurą sprzed okresu dojrzewania.
Eloise zjawia się przede mną z sympatyczną żółtą
chłopką w rękach.
- Tak mi się zdaje, że ładnie jej w tym będzie. - Rusza w stronę przebieralni. - Mówiłaś, że trójka, kochanieńka?
- Przydałoby się jej trochę majtek i jakiś stanik - rzucam za Eloise. - Dostaniemy tutaj?
Właścicielka prowadzi mnie do innego rzędu beczek,
oznaczonych rozmiarami. Sięgam do tej z napisem
„Czwórka” i wyciągam garść majtek: różowe, liliowe, z
czarnej koronki, białe w zielone kwiatki.
258
- Fantastycznie. - Odkładam tylko czarną koronkę,
pozostałe wieszam sobie na przegubie.
Eloise przynosi schludnie zapakowany biustonosz.
Zanoszę go córce.
- Bieliznę też możesz przymierzyć. I tak kupimy.
- Mamo... - Wystawia głowę nad drzwiami wahadłowymi. - No wiesz.
- Ach, tak.
Szperam w torebce, szukając podpaski. Nie widzę kosza na śmieci. Pochylam się ku Rebece.
- Schowaj tamtą pod sianem albo gdzieś.
Rebeka urządza dla mnie i Eloise pokaz mody. Siedzimy na beczkach z bielizną, założywszy nogę na nogę,
a ona wychodzi w żółtej chłopce.
- Ślicznie wyglądasz! - ocenia Eloise.
Ma rację. Rebeka splotła włosy, wyłożyła na sweter
okrągły kołnierzyk od pasującej do chłopki na szelkach
pasiastej bluzki z dżerseju. Skrzyżowane na plecach
szelki zapinają się na guziczki w kształcie kredek. Pokaz
odbywa się na bosaka. Rebeka okręca się energicznie,
spódnica podfruwa.
- Niech zgadnę - zastanawia się Eloise, wskazując
bose stopy mojej córki. - Siódemkę nosisz?
Szurając, oddala się w inną stronę, gdzie z krokwi
zwisa prawdziwa kanoe.
W końcu Rebeka decyduje się na sześć par szortów,
osiem niezobowiązujących bluzeczek, parę dżinsów, jedne białe spodnie siedem ósmych, bawełniane skarpety,
buty czarne i białe, najrozmaitsze fragmenty bielizny,
nocną koszulę, drukowaną w pluszowe misie, bawełniany sweter, niebieskie bikini w kropki oraz dwie spinki
259
do włosów ze zwisającymi z nich wstążkami z grubego
jedwabiu.
- Auć - martwi się, oglądając ubrania starannie poskładane przez Eloise. - Będą kosztowały fortunę.
Raczej nie. Na bieżąco liczyłam z grubsza w pamięci,
nie przypuszczam, żebyśmy przekroczyły pięćdziesiąt
dolarów.
- Kochanie, dzisiaj twoje urodziny. Korzystaj.
Rebeka zarzuca mi ręce na szyję.
- No to teraz - odzywa się Eloise - czego szukamy?
Patrzy na mnie.
- Nie, nie, dziękuję.
Nerwowo zakładam nogę na nogę i od razu zdejmuję.
- No, nie! - sprzeciwia się Rebeka. - Musisz coś ze
sobą zrobić, skoro już ja wyglądam jak modelka. Inaczej
cię ze sobą nie zabiorę.
- Faktycznie, przyda mi się bielizna - przyznaję.
Okazuje się, że siedzę na beczce z rozmiarem numer
siedem. Zeskakuję z niej, otwieram wieko, zawieszam na
przegubie kilka par majtek. Ostatnia, jaka mi trafia do
ręki, to stringi w lamparcie cętki.
- O, te są w sam raz dla ciebie, mamo. Musisz je
wziąć koniecznie.
- Bez przesady.
Mają swój wdzięk, podobnie jak pas do pończoch czy
same pończochy, na przykład jedwabne. Zawsze mi się
podobały. Podobają mi się związane z tymi rzeczami
skojarzenia, ale w praktyce nie miałabym pojęcia, co
właściwie z takimi fatałaszkami zrobić, więc nie zawracam sobie tym głowy.
260
Rebeka i Eloise robią rundę wśród wieszaków, ściągając bawełniane sukienki i szorty khaki, dorzucają kilka
jedwabnych topów. Trudniej im znaleźć mój rozmiar, jak
wspomniałam, najwyraźniej jest w okolicy dość rozpowszechniony.
- Dajcie spokój, to naprawdę niepotrzebne...
- Cicho, idź się przebrać - ustawia mnie Rebeka.
Poddaję się, wchodzę do krowiego boksu, zdejmuję
tenisówki. Słoma włazi mi między palce, kłuje. Eloise
wtyka głowę do przebieralni, co mnie trochę zawstydza.
Krzyżuję ręce na piersiach.
- Cześć - mówię nieśmiało.
Eloise rzuca na podłogę dwa pudełka z butami. Parę
skórzanych sandałów i czarne pantofle na obcasie. Obie
pary numer osiem. Skąd wiedziała?
Przed zmierzeniem sprawdzam cenę na każdym ubraniu. Taki mam nawyk po zakupach w drogich kalifornijskich butikach. Tutaj całkowicie nieprzydatny. Nic nie
kosztuje więcej niż pięć dolarów. Pierwsza sukienka jest
za ciasna w biuście. Rzucam ją na siano, naprawdę zawiedziona. Jakoś miałam nadzieję, że wszystko będzie na
mnie wyglądało równie idealnie jak na Rebece.
Następna jest chłopka, bardzo podobna do tej, którą
wzięła Rebeka, tylko czerwona, upstrzona błękitnymi i
różowymi kwiatkami. Do niej biała bawełniana bluzka z
guziczkami na plecach i kwiatkami wyszytymi na kołnierzyku oraz przy brzegu rękawków. Wkładam ten komplet
razem z sandałami i wychodzę z przebieralni. Rebeka
klaszcze.
- Naprawdę ci się podoba?
Nie ma luster, więc mogę polegać wyłącznie na opinii
córki.
261
Ostatnia do mierzenia jest obcisła czarna sukienka bez
rękawów. Wkładam do niej pantofle na obcasach. Nie
potrzebuję lustra. Czuję, że jest źle. Łatwo sobie wyobrazić widok miejsc, które zwykle ukrywam: zbyt szerokie
biodra, wystający brzuch... To sukienka dla Rebeki, nie
dla mnie.
- Chcesz się pośmiać? - wołam do Rebeki.
Zeskakuje z bieliźnianej beczki i wchodzi do przebieralni, przytrzymując za sobą otwarte drzwi.
- Kto by pomyślał - mówi - że z mojej mamy taka
modelka!
- Oślepłaś czy co? Nie widzisz tłuszczu na biodrach?
Pośladki ci nie przeszkadzają? Ani opona na brzuchu?
Rebeka kręci głową.
- Nie mówiłabym ci, że wyglądasz świetnie, gdybym
tak nie myślała. - Celuje palcem w moje biodro i zwraca
się do Eloise: - Co zrobić z majtkami, żeby się nie odcinały?
Eloise unosi palec wskazujący, każąc nam zaczekać,
podbiega do beczki z bielizną i wyciąga z niej stringi w
lamparta. Rzuca mi je, lekkie jak puch.
- Mowy nie ma - protestuję. - Nie włożę tego.
- Oj, spróbuj - upiera się Rebeka. - Tylko przymierz.
Przecież nie musisz od razu kupować.
Wzdycham, podciągam wąską spódnicę. Ściągam
majtki, nie zdejmując butów, podnoszę do światła lamparci trójkącik ze sznureczkami.
- Ten kawałek materiału powinien być z przodu - informuje mnie córka.
- A ty skąd wiesz?
Staję na jednej nodze, potem na drugiej, podciągam
262
stringi i stwierdzam, z niemałym zdumieniem, że są fantastycznie wygodne. Ledwie czuję cieniutką tkaninę między nogami. Obciągam czarną sukienkę i chwilę drepczę
w miejscu, by przywyknąć do dotyku tkaniny między
pośladkami. Wreszcie otwieram drzwi przebieralni.
- Bomba - ocenia Eloise.
Rebeka odwraca się do niej.
- Bierzemy - decyduje.
Kreacja kosztuje niecałe cztery dolary.
- Nie bierzemy - koryguję. - Gdzie ja niby mam w
tym chodzić? - Wracam do przebieralni, ściągam z siebie
obcisłą sukienkę, zostaję bez stanika, tylko w stringach. Wyrzucanie pieniędzy.
- Jakby cię te cztery dolary ratowały - upiera się Rebeka.
W czasie gdy my się kłócimy, Eloise przynosi delikatną różową koszulkę.
- Może to się spodoba. - Podtyka mi ciuszek. - Bo i
koszula nocna by się przydała.
Biorę negliż z jej rąk. Tkanina jest miękka, ześlizguje
się na podłogę, spływa na słomę jak zerwany kwiat.
Zdarza się, raz, może dwa razy w życiu, że zanim
człowiek siebie zobaczy w mierzonym ciuszku, jest całkowicie pewny, że wygląda w nim zabójczo. Nie miałam
takiego wrażenia przy czarnej sukience, na której punkcie oszalała Rebeka. Ale ta satyna z plecionymi ramiączkami i rozcięciami po bokach jest dla mnie stworzona.
Wkładam ją, przesuwam dłońmi po biodrach, obejmuję własne piersi. Rozstawiam nogi, cieszę się dotykiem
satyny na rozpalonej skórze. Więc tak to właśnie jest
czuć się sexy.
263
Coś podobnego miałam na sobie w noc poślubną: białe body z koronką przy dekolcie i sześcioma obszytymi
tkaniną guziczkami na przodzie. Tę noc spędziliśmy w
bostońskim hotelu Meridien. Oliver nie powiedział słowa
na temat wykwintnej bielizny. Zdarł ją ze mnie w czasie
gry wstępnej, a kiedy już się wymeldowaliśmy z hotelu,
zdałam sobie sprawę, że body zostało na podłodze apartamentu dla nowożeńców.
Wychodzę, by się pokazać Rebece, ale i tak wiem, że
to wezmę. Gdybym mogła, wyszłabym w tej koszulce ze
sklepu i jechała w niej autostradami przez całe Stany, by
czuć dotyk satyny między udami przy każdej zmianie
biegów. Przybieram dramatyczną pozę i wyginam się
oparta o ścianę boksu.
Rebeka i Eloise biją brawo. Kłaniam się. Zamykam za
sobą drzwi i bardzo wolno ściągam koszulkę przez głowę. Co tam wyrzucanie pieniędzy. Prawda wygląda tak,
że w życiu nie spałam z nikim poza Oliverem. Więc dla
kogo niby mam się w to stroić?
Zaczynam wkładać bawełniane majtki, które mam
zamiar kupić, lecz nagle nieruchomieję. Zdejmuję je i
ponownie wkładam stringi. Na wierzch szorty, zapinam
guzik, potem suwak. Kiedy się pochylam, by zawiązać
tenisówki, przypomina mi się dawno utracone wrażenie
wolności. Czuję się, jakbym miała sekret, którego naprawdę nikt nie musi znać.
32.
OLIVER
Skoro zyskałem pewność, że Jane i Rebeka jadą do
stanu Iowa, przestałem się niepokoić. Nawet pozwoliłem
sobie na dwie godziny wolnego, zadzwoniłem do instytutu, zapisałem informacje w notatniku, jakie zawsze są
przy łóżku w hotelach Holiday Inn.
Jeszcze nie świętuję zwycięstwa, dobry naukowiec nie
składa sobie gratulacji, póki nie osiągnie sukcesu, nie
sprosta wyzwaniu do samego końca. Muszę wyprzedzić
Jane. Odkryłem, dokąd zmierza, zanim ona sama to sobie
uświadomiła. Jane jest osobą, która minie stan Iowa, a
potem, przypomniawszy sobie o katastrofie lotniczej córki, zawróci w połowie drogi. Oczywiście nie ma to już
najmniejszego znaczenia. Ponieważ gdy zawróci, ja będę
na miejscu i zabiorę ją z powrotem do San Diego. Tam
jest jej miejsce. Jeżeli wszystko przebiegnie zgodnie z
planem, wrócę do domu w sam raz na początek migracji
długopłetwców na żerowiska wokół Hawajów.
Rozmawiałem dziś rano z Shirley, która pełni wartę w
biurze, i poprosiłem ją o drobną pomoc w poszukiwaniach. Biedna dziewczyna mało się nie popłakała, kiedy
mnie usłyszała. Aż mi jej żal. Nie ma mnie w biurze zaledwie cztery dni robocze. Kazałem jej skontaktować się
265
z odpowiednim bibliotekarzem, który odszuka mikrofilmy dotyczące lotu 997 z Midwest Airlines we wrześniu
1978 roku. Ma zebrać jak najwięcej szczegółowych informacji o miejscu katastrofy, a posiadając te dane, skontaktować się z Urzędem Stanowym w Iowa i wykorzystując wpływy instytutu, uzyskać nazwiska właścicieli pobliskich farm. Zamierzam skontaktować się z nią za dwa
dni. W ten sposób się dowiem, gdzie powinienem czekać.
Następnym zadaniem jest określenie, jaką rolę należy
odegrać. Będą mi potrzebne dwa wystąpienia: w roli
skruszonego męża oraz dziarskiego wybawiciela. Dopiero praktycznie w ostatniej chwili podejmę decyzję, która
rola okaże się właściwa.
Czy ja zawsze byłem tak doskonałym analitykiem?
Dopiero południe, lecz mam ochotę świętować. Pokonałem kryzys. Trzymam w ręku wszystkie elementy
układanki, nawet jeśli na razie jeszcze nie potrafię ich
właściwie dopasować. Muszę ruszyć w drogę najdalej o
drugiej, chcę zdążyć do następnego Holiday Inn na kolację. Spoglądając na zegarek (to nerwowy nawyk, w rzeczywistości nie muszę wiedzieć, która godzina), idę wolnym krokiem do hotelowego holu, do baru.
Hol wygląda tak samo jak wszystkie inne w hotelach
sieci Holiday Inn. Błękit i srebro, wykładzina w drobny
wzór, zbyt mocno przeszklona winda i fontanna w
kształcie delfina lub cherubina. Nawet obsługa recepcji
zaczyna wyglądać w każdym mieście jak klony jednego
człowieka. Bar jest urządzony w brązach, fotele obciągnięte sztuczną skórą przypominają filiżanki, czekają
266
szklaneczki z bąbelkowanego szkła do whisky z wodą.
- Czym mogę służyć? - pyta kelnerka.
Czy to kelnerka, czy barmanka? Jak one się teraz nazywają?
Na lewej piersi ma plakietkę z napisem MARY
LOUISE.
- Dzień dobry, Mary Louise - zaczynam jak najuprzejmiej. - Co by mi pani poleciła?
- Po pierwsze, nie nazywam się Mary Louise. Mam
jej fartuch, bo mój został w nocy skradziony razem z
samochodem i kluczami do domu przez mojego byłego
chłopaka, wyjątkowego kutasa. Po drugie - robi pauzę tu jest bar. Nasza specjalność to whisky jako taka i whisky z lodem. Wobec tego: życzy pan sobie coś wypić,
czy tylko marnuje mój czas, jak wielu innych dupków,
którzy tu przychodzą kompletnie bez sensu?
Rozglądam się dookoła. Jestem jedynym klientem.
Uznaję, że kobieta jest zdenerwowana z powodu ostatnich przykrych zdarzeń.
- Poproszę dżin z tonikiem - decyduję.
- Nie ma dżinu.
- Wobec tego whisky... Canadian Club z imbirem.
- Drogi panie - cedzi dziewczyna przez zęby. - Mamy jacka danielsa i colę z kija. Niech się pan zdecyduje.
Albo wróci później, jak już przyjedzie zaopatrzenie.
- Rozumiem. Poproszę jacka danielsa bez dodatków.
Uśmiecha się do mnie przelotnie i odchodzi. Jest nawet ładna. Z uszu zwisają jej ozdobne fifki. Rebeka mnie
tego nauczyła. O ozdobnych fifkach. Kiedyś, gdy szliśmy
promenadą wzdłuż plaży, podniosłem coś podobnego,
długi kolczyk, ozdobiony piórami i koralikami. Sądziłem,
267
że ten przedmiot jest związany z kulturą indiańską albo
może należał do jakiegoś zagranicznego turysty.
- To fifka - powiedziała Rebeka mimochodem, wzięła ode mnie znalezisko i wrzuciła do kosza na śmieci. Do palenia zioła.
Kelnerka wraca z moim drinkiem, nieomal rzuca go
na blat, wokół tworzy się bursztynowa kałuża. Zamiast
stawić czoło jej humorom, wycieram whisky serwetką.
Widnieją na niej dwa słowa, złożone ze złotych liter.
HOLIDAY INN! Kelnerka siada na stołku barowym,
opiera policzek na dłoni. Nie odrywa ode mnie wzroku.
Pociągam łyk trunku, staram się nie myśleć o tej osobie. Zazwyczaj nie zwracam uwagi na kobiety, wprawiają mnie w zakłopotanie. Ta jednak jest inna. Nie dość że
ma w uszach te pierzaste kolczyki z fifkami, to jeszcze
ubrana jest w skórzaną czerwoną spódnicę, która ledwo
zakrywa jej pośladki, i nabijany ćwiekami gorset. Do
tego białe rajstopy z dużymi czarnymi kropkami, które
rozciągają się na mięśniach ud. Jest stanowczo zbyt mocno umalowana, ale widać w tym jakiś artystyczny cel:
jedno oko ma pomalowane na fioletowo, drugie na zielono.
Usiłuję sobie wyobrazić Jane w takim stylu i zaczynam się głośno śmiać.
Kelnerka zsuwa się ze stołka, podchodzi do mnie. Celuje mi w szyję długim czerwonym paznokciem.
- Słuchaj no, zboczeńcu. W tej sekundzie przestaniesz się na mnie gapić i schowasz fiuta.
Chociaż wcale mnie nie zna, mówi to z taką nienawiścią, z takim przekonaniem, że czuję się zmuszony odpowiedzieć.
268
- Nie jestem zboczeńcem.
- Taaa, jasne. To kim jesteś?
Nawet się nie odwraca.
- Naukowcem.
Teraz okręca się na pięcie i mierzy mnie wzrokiem.
- Dobre. Wyglądasz dużo lepiej niż ci smutni panowie w poliestrowych garniturkach.
Opuszczam wzrok. Spodnie mam odpowiednie na lato, płócienne.
Kelnerka parska, wybucha śmiechem.
- Nabijam się z ciebie.
Wydobywa skądś składane lusterko, mam wrażenie,
że z majtek. Ogląda zęby. Znajduje plamkę szminki i
energicznie pociera ją kciukiem.
- Przykra sprawa z tym chłopakiem - mówię. - I z
samochodem.
Kelnerka z trzaskiem zamyka lusterko i chowa je, tym
razem pod gorset. Kawałek różowego plastiku wystaje
między piersiami.
- Dziękuję. Wyjątkowe zero. - Spogląda w stronę recepcji, a gdy uznaje, że nikt nie zwraca na nią uwagi,
siada na pobliskim fotelu, przewieszając nogi przez poręcz.
- Nie przeszkadzam.
- Nie, skądże.
Zawsze mnie intrygowały kobiety tego rodzaju. Pasujące doskonale do filmów dla dorosłych albo do zdjęć na
opakowaniach artykułów erotycznych. Znałem w życiu
kilka kobiet poza Jane, dokładnie dwie przed małżeństwem i jedną w trakcie, bardzo krótko. Była nurkiem w
czasie jednej z wypraw morskich. Żadna z nich nie
269
zachowywała się jak ta tutaj. Ta kelnerka jest czymś więcej niż kobietą, jest osobnikiem wzorcowym.
- Długo tu pracujesz?
Odpowiedź nie obchodzi mnie wcale. Chcę tylko patrzeć na wargi kelnerki, kiedy się poruszają. Płynnie,
ciężko, jak zastygająca guma.
- Dwa lata. Zawsze na dziennej zmianie. Nocami jestem w całodobowym minimarkecie. Oszczędzam na
przeprowadzkę do Nowego Jorku.
- Byłem tam. Spodoba ci się.
Mierzy mnie złowrogim spojrzeniem.
- Masz mnie za jakąś wsiową dziołchę z Nebraski?
Ja się urodziłam w Nowym Jorku. Dlatego tam wracam.
- Rozumiem.
Podnoszę szklankę, kręcę nią, żeby alkohol zawirował. Po czym zwilżam palec i przesuwam lekko po krawędzi naczynia. Od momentu gdy palec jest odpowiednio wilgotny, tarcie powoduje powstawanie przeciągłego
dźwięku. Przypomina mi on, szczerze powiedziawszy,
pieśni wielorybów.
- Ale fajne! - zapala się dziewczyna. - Naucz mnie
tego.
Pokazuję jej, co trzeba zrobić. To nietrudne. Orientuje
się szybko, twarz jej promienieje. Przynosi jeszcze kilka
szklanek w różnym stopniu napełnionych whisky. Nie
zamierzam jej mówić, że taki sam efekt osiąga się z wodą, skoro w tej sytuacji zyskuję gratisowego drinka. Razem tworzymy melancholijną, piskliwą symfonię.
Kelnerka śmieje się i chwyta mnie za ręce.
- Dosyć! Dość! Dłużej nie wytrzymam, uszy mnie
270
od tego bolą. - Przytrzymuje moje dłonie jeszcze moment, patrzy na palce. - Jesteś żonaty. - Stwierdzenie, nie
oskarżenie.
- Tak - przyznaję. - Ale jej tu nie ma.
Mówię to bez żadnego podtekstu, zwyczajnie stwierdzam fakt. Tymczasem dziewczyna, której wiekiem bliżej do Rebeki niż do mnie, pochyla się i mówi:
- Naprawdę?
Jest bardzo blisko, czuję jej oddech, słodki jak po dropsach odświeżających. Unosi się z fotela i przesuwa po
stole - najpierw ręce. Mijają dekor na krawędzi stolika i
chwytają za kołnierz mojej koszuli.
- Czego jeszcze możesz mnie nauczyć?
Muszę przyznać, że w tej chwili oczyma wyobraźni
widzę ją nago, z tatuażem w jakimś intymnym miejscu.
Mówi tym niskim, lekko schrypniętym głosem, żebym jej
to zrobił znowu, i jeszcze raz, i ciągle na nowo. Widzę ją
w moim bezpiecznym pokoju tutaj, w Holiday Inn, ubraną w skórzany stanik i te niemożliwe rajstopy w kropki,
rozpartą swobodnie na łóżku. Zupełnie jak w niskobudżetowym filmie pornograficznym. Byłoby to nieprawdopodobnie łatwe. Nie zdradziłem jej swojego nazwiska
ani zawodu, mógłbym na kilka chwil zamienić się w kogoś innego.
- Nie możesz wyjść z pracy - mówię. - Nie ma cię
kto zastąpić.
Oplata mi szyję rękami. Pachnie piżmem i dezodorantem.
- A co mi zrobią?
Dostałem do pokoju dwa klucze. Wysuwam jeden z
kieszeni, razem z pięciodolarowym banknotem za drinka.
271
Należy jej się solidny napiwek. Klucz uderza w brzeg
szklanki, dzwoni. Wstaję, tak jak to robią dżentelmeni w
Hollywood, i bez słowa, nie oglądając się za siebie, idę
do wind.
Po zamknięciu drzwi opieram się o ścianę. Oddycham
szybko. Co ja robię? Co ja wyprawiam? Czy to zdrada,
jeśli się udaje kogoś, kim się nie jest?
Wchodzę do pokoju hotelowego i natychmiast rozluźniam się w znajomym otoczeniu. Po lewej łóżko, a za
drzwiami łazienka, tam cienka nakładka na desce sedesowej, zmieniana przez pokojówkę codziennie rano.
Rozkładany stojak na bagaż i spis numerów serwisowych, a także zasłony w falujący wzór, uszyte z jakiegoś
łatwo palnego materiału. Wszystko jest tak, jak zostawiłem, znajduję w tym pokrzepienie.
Kładę się na łóżku, ręce wyciągam wzdłuż tułowia.
Jestem nagi. Klimatyzacja, która obowiązkowo jak w
każdym hotelu szumi, mierzwi mi włosy na piersi. Wyobrażam sobie twarz kelnerki, jej wargi zsuwające się po
moim ciele niczym strużka wody.
Przez cztery i pół roku chodzenia z Jane nie odbyliśmy stosunku płciowego. Miałem dwie kobiety na boku,
które nic nie znaczyły. Wiadomo, jak to się mówi: z jednymi się sypia, z innymi żeni. Było całkiem jasne, do
której kategorii należy Jane. Pachnąca mydłem cytrynowym i nosząca opaski pasujące do torebki. Gdy studiowała w Wellesley, a ja pracowałem w Instytucie w Woods
Hole, ustalił się pewien rytm. Widywaliśmy się w weekendy, bo dojazdy były za drogie, żebym sobie mógł pozwolić na częstsze wizyty, wychodziliśmy gdzieś razem.
272
Wkładałem jej ręce pod bluzkę, a potem odprowadzałem
z powrotem do akademika.
Ostatniego roku jej nauki w college'u coś się zmieniło.
Jane przestała odsuwać moje ręce, które w ciemnościach
pokonywały kolejne warstwy ubrań. Zaczęła nimi sama
kierować, prowadzić je do właściwych miejsc, dbając, by
się poruszały w odpowiednim rytmie. Robiłem, co mogłem, żeby ją powstrzymać. Sądziłem, że lepiej niż ona
znam konsekwencje.
Po raz pierwszy uprawialiśmy seks na balkonie starego kina. Prowokowała mnie na widowni na parterze,
gdzie znajdowaliśmy się między ludźmi. Zaciągnąłem ją
na balkon, zamknięty wtedy dla widzów z powodu remontu. Kiedy ją rozebrałem i stanęła na tle światła projektora, uświadomiłem sobie, że dłużej nie dam rady się
opierać. Ocierała się o mnie, aż myślałem, że eksploduję,
więc chwyciłem ją za biodra i wepchnąłem się do środka.
Traciłem panowanie nad sobą, wszystko przez tę ciepłą
miękkość, jak zaciśnięte gardło. Uświadomiłem sobie, że
Jane nie oddycha. To był jej pierwszy stosunek płciowy.
Na pewno ją wystraszyłem na śmierć, ale wtedy już
nie myślałem racjonalnie. Skoro wreszcie zakosztowałem
miodu, nie mogłem zostać o chlebie i wodzie. Od tamtego wieczoru wydzwaniałem do niej codziennie i przyjeżdżałem dwa, trzy razy w tygodniu. Pracowałem wtedy
nad basenami pływowymi i całymi dniami gapiłem się na
nie, na bezkręgowce i wodorosty, na całe systemy, niszczone bezlitosną falą. Obracałem kraby i rozplątywałem
ramiona rozgwiazdy - bez krztyny zainteresowania. Nie
robiłem notatek. A gdy mentor z instytutu uświadomił mi
273
moją postawę, nie pozostało nic innego, jak przestać widywać się z Jane.
Nie miałem szans wyrobić sobie nazwiska, jeśli całymi dniami myślałem o obiekcie namiętności. Okłamywałem Jane na różne sposoby: kiedyś powiedziałem, że
mam grypę, innym razem, że zostałem włączony do projektu obejmującego badanie meduz i muszę być dyspozycyjny. Więcej czasu poświęcałem pracy, dzwoniłem do
Jane rzadziej i utrzymywałem bezpieczny dystans.
Mniej więcej w tym czasie byłem świadkiem cudu:
narodzin grindwala w niewoli. Obserwowaliśmy ciężarną
samicę, przypadkiem byłem akurat w budynku, gdy zaczął się poród. Matkę przetrzymywano w ogromnym
zbiorniku podwodnym, by łatwiej ją było obserwować,
więc naturalnie, gdy rozpoczęło się to niesłychane zdarzenie, wszyscy porzucili swoje zajęcia i przyszli je podziwiać. Dziecko wydostało się z matki wraz ze strumieniem krwi. Samica krążyła wokół niego, póki nie oswoiło
się z wodą, a potem wpłynęła pod nie i podniosła na powierzchnię, by zaczerpnęło powietrza.
- Ciężka sprawa - odezwał się naukowiec obok mnie.
- Urodzić się w wodzie, a oddychać powietrzem.
Tamtego dnia wybrałem się do miasta i kupiłem pierścionek zaręczynowy. Wcześniej nie przyszło mi do
głowy, że mogę nie tylko być sławny, ale także zdobyć
sławę z Jane przy boku. Mogłem zjeść omlet, nie rozbijając jaj. Posiadała wszelkie zalety, a ja wiedziałem, że
nigdy nie dorosnę do roli małżonka. Mając Jane, miałem
nadzieję. Rozumiałem poświęcenie.
Jane. Urocza, wyjątkowa Jane.
274
Czy uwierzy w powodzenie nowego początku?
Nagle, upokorzony własnym zachowaniem, zakrywam
dłońmi przyrodzenie. Ubieram się najszybciej, jak potrafię, zasuwam walizkę. Muszę wyjść, zanim przyjdzie
kelnerka. Co za pomysły...? Ciągnę walizkę długim korytarzem do windy, ukrywając się za balustradami, upewniając się, że jej nie ma. Uspokojony muzakiem, oddycham głęboko i zjeżdżam na parter, myśląc o Jane. Tylko
i wyłącznie o Jane.
33.
REBEKA
15 lipca 1990
Indianapolis Jones, DJ radiowy i wcale nie nasz krewny, oznajmia, że temperatura sięgnęła czterdziestu ośmiu
stopni Celsjusza.
- Czterdzieści osiem - powtarza mama.
Odrywa rękę od kierownicy, jakby się sparzyła. Wypuszcza powietrze między przednimi zębami.
- W takiej temperaturze ludzie umierają z gorąca informuje.
Ugrzęzłyśmy w fali suchego ukropu. Na dodatek czas
wydaje się płynąć tutaj wolniej, chociaż to pewnie z powodu upału. Jedziemy do Indianapolis, ale chyba tam nie
dotrzemy. Jak tak dalej pójdzie, samochód wybuchnie,
bo od żaru w powietrzu zapali się benzyna.
Jest tak gorąco, że nie mogę nawet siedzieć. Koniec
świata: tęsknię za naszym dobrym starym kombi. Ile w
nim było cienia! W mg nie ma się gdzie schować. Zwinęłam się w mikroskopijną kulkę, głową prawie dotykam
gumowej maty na podłodze.
276
- Pozycja embrionu - mówi, patrząc na mnie, mama.
Udaje nam się w końcu dojechać do miasta, ale temperatura w tym czasie wzrasta jeszcze o stopień. Winyl
na fotelach samochodowych zaczyna pękać, pokazuję to
mamie.
- Daj spokój — śmieje się ze mnie. - Był popękany,
jak kupowałyśmy samochód.
Czuję każdy oddech porów na twarzy. Pot spływa mi
po wewnętrznej stronie ud. Myśl o wjechaniu do centrum
składającego się z betonu i stali budzi we mnie obrzydzenie.
- Zaraz zacznę krzyczeć - ostrzegam.
Zbieram ostatnie atomy siły i wydaję z siebie potworny wrzask, dzwoniący w uszach krzyk banshee, powstający nie wiedzieć w której części mojego ciała.
- No dobrze. - Mama próbuje zatkać uszy, ale nie
może jednocześnie prowadzić. - W porządku! Wystarczy.
Co ci potrzebne do szczęścia? - Patrzy na mnie, czekając
na odpowiedź. - Lody? Klimatyzacja? Basen?
- Tak, tak, basen - wzdycham. - Chcę do wody.
- Wystarczyło powiedzieć. - Trąca palcem krem z
filtrem tkwiący między siedzeniami. - Posmaruj się, bo
dostaniesz raka skóry.
W informacji turystycznej dowiadujemy się, że w Indianapolis nie ma basenu publicznego, lecz stosunkowo
niedaleko znajduje się basen należący do YMCA, gdzie
prawdopodobnie zostaniemy wpuszczone za opłatą. Mama uzyskuje wskazówki w sprawie dojazdu, po drodze
zatrzymujemy się jeszcze po list od wujka Joleya.
277
- A jeśli to będzie basen kryty? - jęczę niespokojna.
Zaraz jednak słyszę charakterystyczne odgłosy: okrzyki,
piski i pluski, głosy dzieci, mokry chrobot ciężkiego
ręcznika, ciągniętego po betonie. - Bogu dzięki!
- Podziękujesz mu, jak się znajdziesz w środku mamrocze mama pod nosem.
Pewnie wiesz, jak reaguje ciało, kiedy w upiornie gorący letni dzień znajdziesz się w zasięgu rzutu beretem
od chłodnego błękitnego basenu? Człowiek natychmiast
osiąga błogi stan odprężenia, niedostępny przez minione
siedem godzin, spędzone pod lejącym się z nieba żarem,
jakby dla ochłodzenia wystarczyła sama myśl, że wreszcie będzie można dać nurka. Tak właśnie ja się czuję,
gdy czekam przyciśnięta plecami do żółtej ściany budynku YMCA. Mama negocjuje. Kobieta przy wejściu informuje ją, że nie mają zwyczaju wpuszczać osób niebędących członkami organizacji.
- Zapiszmy się - szepczę. - Błagam, zapiszmy się.
Nie wiem, czy w końcu decyduje współczucie, czy
przypadek, lecz kobieta wpuszcza nas za opłatą pięciu
dolarów od osoby i wkrótce stajemy nad brzegiem nieba.
Cement pali w stopy. Na płytszym końcu basenu odbywa
się lekcja pływania. Ratownik, a zarazem instruktorka,
nazywa swoich uczniów rybeńkami. Ćwiczą rytmiczne
oddychanie, najwyżej połowa grupy wykonuje instrukcje.
- Nie wchodzisz? - pytam mamę.
Stoi koło mnie w pełnym rynsztunku, nawet nie wzięła kostiumu z samochodu.
- Sama wiesz, jak jest - wykręca się.
278
Wszystko jedno, naprawdę wszystko mi jedno. Nie
mam czasu się z nią sprzeczać. Chociaż ratownik krzyczy, że nie wolno, skaczę do wody na głębszym końcu,
gdzie są trzy metry wody.
Wstrzymuję oddech jak najdłużej. Przez jakiś czas
śmierć przez utonięcie wydaje mi się lepsza niż wystawienie głowy na żar spływający z nieba. Gdy wystrzelam
nad powierzchnię, powietrze oblepia mi twarz jak ciężki
ręcznik. Mama zniknęła.
Nie ma jej przy samochodzie. Nie siedzi pod żadnym
z parasoli, gdzie zaległy kobiety o obfitych kształtach, w
kwiecistych kostiumach. Znacząc drogę ścieżką kropel,
idę do budynku.
Mijam salę, gdzie odbywają się zajęcia tai-chi. Jestem
zdumiona: komu się chce ćwiczyć w taki dzień jak dzisiaj? Dalej w korytarzu dostrzegam niebieskie drzwi
oznaczone napisem SZATNIA DAMSKA. W środku jest
parno i mokro. Słychać rozmowy kobiet pod prysznicami. Niektóre stoją za zasłonkami, jednak większość korzysta z grupowych pryszniców, gdzie nie ma mowy o
jakiejkolwiek prywatności. Trzy kobiety golą nogi, dwie
myją włosy. Ta, która stoi najdalej po prawej, jest młoda
i ma tatuaż na lewej piersi. Czerwoną różyczkę.
- Co robisz w weekend? - pyta.
Podskakuję z zaskoczenia, ale nie do mnie jest skierowane to pytanie.
Kobieta z prysznicem za plecami sięga po ręcznik i
wyciera oczy. Jest ogromna, ma cellulit na ramionach i
udach, a poznaczona rozstępami skóra na brzuchu zwisa
w kształcie litery V, zasłaniając intymne części ciała.
Wzrok przyciągają pomalowane paznokcie u stóp.
279
- Przychodzi Tommy. Z Kathy i z dzieciakiem.
- Tommy, ten najmłodszy? - upewnia się kobieta z
tatuażem.
- Tak.
Wielka kobieta jest starsza, niż mi się z początku wydawało. Póki miała szampon na włosach, nie widziałam,
że czerń przetykają liczne siwe pasma. Mówi z włoskim
akcentem.
- Zadał się z rozwódką, pamiętasz. Ciągle mu powtarzam: rób, co chcesz, tylko się nie żeń. Same rozumiecie.
Trzecia kobieta energicznie kiwa głową. Ma kształty
gruszki i tlenione włosy. Czwarta jest bardzo stara, cała
pomarszczona, przypomina wielką rodzynkę. Klęczy pod
prysznicem, jakby się modliła, strumień wody bije ją w
plecy. Ostatnia ma długie siwe włosy i jest cała okrągła:
ma okrągłe ramiona, biodra, brzuch. A brodawki wciągnięte do środka.
- Wiesz, Peg, nie do końca rozumiem, dlaczego
przyjmujesz go we własnym domu - dziwi się ta okrągła.
- Przecież możesz postawić sprawę jasno: albo przychodzisz sam, albo nie przychodź w ogóle.
Ogromna wzrusza ramionami.
- Jak powiedzieć coś takiego własnemu dziecku?
Jedna po drugiej wychodzą spod pryszniców, zostaje
tylko staruszka. Zaczynam się zastanawiać, czy nie stanowi ona przypadkiem stałego wyposażenia. A może
potrzebuje pomocy? Tak sobie właśnie rozmyślam, kiedy
odsuwa się zasłonka naprzeciwko i z kabiny wychodzi
moja mama.
- Cześć, kochanie.
Całkiem jakby spodziewała się mnie tu zastać.
280
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że wchodzisz do
budynku? Niepokoiłam się o ciebie.
Wszystkie kobiety zatrzymują na nas wzrok. Gdy odpowiadamy spojrzeniem, udają zajęte czymś innym.
- Powiedziałam. Tyle że byłaś pod wodą. - Odwija
ręcznik, ma na sobie kostium kąpielowy. - Chciałam się
ochłodzić.
Nie zamierzam się z nią kłócić. Idę zygzakiem między
szafkami. Mama zatrzymuje się przed Peg, która wyjmuje z szafki bieliznę.
- Niech pani da synowi czas - mówi. - Jeszcze mu się
odmieni.
Na zewnątrz przysiada na płytszym brzegu basenu i
macha nogami. Po jakimś czasie przesiada się na pierwszy schodek, tyle tylko, by zamoczyć pupę. Podpływam
do niej pod wodą i łapię ją za kostki. Krzyczy.
- Nie siedź tutaj. Wszystkie dzieciaki sikają do wody
na płytszym końcu - wyjaśniam.
- Jak się tak zastanowić, to chyba potem całość
spływa w głębszy koniec, co?
Usiłuję jej wytłumaczyć, że siedzi w basenie: może
się złapać ściany w dowolnym momencie, że warto się
zamoczyć odrobinę wyżej pasa.
- Tu jest płycej niż w Wielkim Jeziorze Słonym, a
tam pływałaś na plecach.
- Zrobiłam to wbrew swojej woli. Nabrałaś mnie.
Irytuje mnie. Odpływam kraulem, nurkuję pod sznurem białych i niebieskich pływaków, oddzielającym płytką część basenu od głębokiej, przekręcam się na plecy.
Na niebie tłoczą się obłoki. Mogę w nich zobaczyć, co
281
zechcę: obwarzanki, akrobacje cyrkowe, homary i parasolki. Z uszami pod wodą słucham własnego pulsu.
Unoszę się w ten sposób jakiś czas, aż wpadam na kobietę w czepku ozdobionym plastikowymi kwiatami.
Ustawiam się pionowo i rozglądam. Mamy nie ma na
schodkach, nie siedzi też na brzegu basenu. Znowu zniknęła. Gdzie się podziała tym razem? I nagle ją dostrzegam, w wodzie dobrze powyżej pasa. Jedną ręką trzyma
się ściany, drugą chwyta sznur z białymi i niebieskimi
pływakami. Podnosi ciężką linę, przekłada ją nad głową.
Założę się, że nie słyszy pisków dzieci ani plaskania
klapków w kałużach. I nie myśli o upale. Ponownie przytrzymuje się brzegu i jedną stopę zsuwa po skośnym dnie
głębszej części, sprawdzając własne ograniczenia.
34.
SAM
- No więc tak: dwóch facetów otwiera bar - mówi
Hadley, po czym robi przerwę na łyk piwa. - Szykują
wszystko po kolei jak trzeba: sprzątają, urządzają, zamawiają trunki. Wreszcie przychodzi wielki dzień, otwierają
lokal. Czekają na klienta, a wtedy do baru wchodzi pasikonik, wypasiona sztuka, metr osiemdziesiąt.
- Zaczyna się - wtrąca Joley.
Hadley parska śmiechem, prycha mi piwem na koszulę.
- Co jest, kurna - mówię, ale też się śmieję.
- Dobra, dobra, słuchajcie. Więc ten pasikonik...
- Wypasiona sztuka, metr osiemdziesiąt - wyręczamy
go równocześnie z Joleyem.
Hadley pokazuje w uśmiechu wszystkie zęby.
- Wypasiona sztuka... siada przy barze i zamawia
wódkę z colą. No to facet, który robi za barmana, idzie
do swojego kumpla i mówi: „Patrz, stary, nie wierzę własnym oczom. Za pierwszego klienta mamy pasikonika”.
Śmieją się obaj, potem ten barman wraca do gościa z
zamówionym drinkiem i mówi: „Nie wierzę własnym
oczom, jesteś naszym pierwszym klientem i jesteś pasikonikiem”. „No tak, faktycznie”, mówi pasikonik. „Wiesz,
283
że jest drink, co się nazywa tak jak ty?”.
- Mam przeczucie - zwraca się do mnie Joley - że
końcówka będzie do niczego.
- Ej, nie przerywaj! - ucisza go Hadley. - Więc barman mówi: „Wiesz, że jest...”.
- „...drink, co się nazywa tak jak ty?” - podpowiadam.
- A pasikonik na to: „Ciekawe. Nigdy nie słyszałem
o drinku »Irving«„ - kończy Hadley i ryczy ze śmiechu
tak głośno, że wszyscy na nas patrzą.
- W życiu nie słyszałem głupszego dowcipu oznajmia Joley.
- Co fakt, to fakt - potwierdzam. - Koszmarnie głupi.
- Głupi - przyznaje Hadley - ale normalnie, kurde,
śmieszny!
Jasne. Skoro jest dobrze po północy, a my wypiliśmy
po dziesięć piw na głowę, wszystko jest śmieszne. Mamy
konkurs na opowiadanie głupich dowcipów. Zwycięzca
pije za darmo. Siedzimy tu już jakiś czas. Na początku,
gdzieś koło dziewiątej, w barze nie było prawie nikogo,
teraz panuje ścisk. Obgadujemy wchodzące babki. Chociaż nie ma wśród nich naprawdę ładnych, to w miarę jak
robi się ciemniej, wszyscy wyglądamy lepiej. Posiedzimy
pewnie jeszcze z godzinkę. Będziemy opowiadać durne
kawały i obgadywać kobiety, ale żaden z nas do żadnej
nie wystartuje, więc gdzieś koło trzeciej wyjdziemy i
każdy z nas obudzi się sam, za to z kacem.
Przychodzimy tu co kilka tygodni. Zaproszeni są
wszyscy pracownicy. Rozmawiamy o tym, co im przeszkadza, a przy okazji wiadomo, że szef stawia.
284
Niektórzy przychodzą się poskarżyć głównie po to, żeby
dostać darmowe piwo. Spotkanie zaczyna się nieoficjalnie o dziewiątej, zwykle najdalej do wpół do dwunastej
wszyscy inni odpadają. Od dziewiątej do dziesiątej rzeczywiście rozmawiamy o sprawach sadu: ja mówię
wszystkim, jakie mamy przychody i wydatki, opowiadam
o spotkaniach z ewentualnymi kupcami, a oni o nowym
traktorze albo zmianach w podziale pracy. O ile mi wiadomo, wyłącznie moi najemni nie założyli związku zawodowego. Pewnie właśnie przez te rozmowy. Oczywiście nie wszystko da się załatwić, w końcu nie śpimy na
pieniądzach, ale dla ludzi jest ważne, żeby wiedzieli, że
chcę ich słuchać.
Zawsze na koniec zostajemy we trzech: Hadley, Joley
i ja. Głównie pewnie dlatego, że wszyscy trzej mieszkamy w Wielkim Domu, przyjeżdżamy jedną bryką i nie
mamy nic lepszego do roboty. Obowiązkowo bierzemy
udział w konkursie na najgłupszy dowcip, wrzucamy
ćwierćdolarówki do szafy grającej i ustalamy, czy kawałki Meatloafa to już prehistoria. Joley tak twierdzi, ale
on przecież jest o pięć lat starszy. Hadley wyszukuje jakąś dziewczynę i przez trzy godziny opowiada, że
chciałby z nią zatańczyć, a potem robić inne, mniej przyzwoite rzeczy, ale ma cykora, więc w połowie drogi do
jej stolika zawraca i dostaje od nas parę kuksańców. Jeśli
Joley wypije trochę więcej, naśladuje postacie z serialu
„Honeymooners” i wołanie indyka. Chyba nic dziwnego,
że zwykle to ja prowadzę w drodze powrotnej?
- Opowiedz o siostrze - proszę Joleya, który wraca
od baru z kolejnymi trzema piwami Rolling Rock.
- No, mów - popiera mnie Hadley. - Klasa babka?
285
- Kurna żeż, przecież to jego siostra.
Hadley unosi brwi, na tym etapie kosztuje go to sporo
wysiłku.
- No i co? - zaperza się. - Jego siostra, nie moja.
Joley śmieje się głośno.
- Dużo zależy od tego, co rozumiesz przez „klasa
babka”.
Hadley wskazuje dziewczynę opartą na barze, oblizującą oliwkę, ubraną w czerwoną skórzaną spódnicę.
- To jest klasa babka - mówi.
Wydyma usta i głośno cmoka.
- Czy mógłby ktoś przelecieć tego szczeniaka? - pyta
Joley. - Chodzący magazyn gruczołów męskich.
Hadley podnosi się z trudem, nie udaje mu się utrzymać pionu, lecz uparcie podąża w stronę dziewczyny w
czerwonej spódnicy. Przytrzymuje się oparć krzeseł i
innych gości. Dociera do baru, staje przy dziewczynie,
odwraca się do nas i mówi bezdźwięcznie: „Patrzcie”. Po
czym stuka dziewczynę w ramię. Ona spogląda na niego,
krzywi się i rzuca mu oliwkę w twarz.
Hadley na miękkich nogach wraca do stolika.
- Zakochała się we mnie od pierwszego wejrzenia.
- Twoja siostra przyjedzie niedługo? - pytam.
Rzeczywiście, nic nie wiem. Joley poruszył temat raz i
więcej do niego nie wrócił.
- Chyba za pięć dni. Tak myślę.
- Nie możesz się jej doczekać?
Joley wtyka palec w szyjkę pustej zielonej butelki.
- Jasne, że nie mogę. Wyjechała do Kalifornii strasznie dawno.
- Lubicie się.
286
- Nie mam lepszego przyjaciela.
Joley podnosi na mnie otwarte spojrzenie, czasami ludzie pod takim wzrokiem czują się nieswojo. Hadley
kładzie głowę na stole.
- Ale co, laska jest, nie? Ważna sprawa.
Joley podciąga go za włosy.
- Laska to jest Rebeka - mówi. - Żebyś wiedział.
Moja siostrzenica. Ma piętnaście lat i normalnie wszystkie tu babki bije na głowę.
Puszcza Hadleya, rozlega się plaśnięcie, gdy policzek
styka się z blatem.
- Nieletnia - mamrocze Hadley.
- Będziesz rzygał? - pytam. - Chcesz do kibla?
Hadley próbuje potrząsnąć głową, nie podnosząc jej
ze stołu.
- Chcę jeszcze jedno piwo. - Macha ręką. - Garkon!
- Mówi się garçon, ty idioto. - Odwracam się do Joleya. - Żałosny. Zawsze tak kończy. - Opowiedz mi o tej
swojej Jane. - Ktoś musi podtrzymać rozmowę.
- Przede wszystkim uciekła z domu. Pewnie zaraz po
niej zjawi się w sadzie jej mąż.
- Pięknie! - rzucam ironicznie. - Nie ma to jak skandal w Stow.
- Spokojnie. Ten facet to kompletny dupek.
- Co takiego??? - oburza się Hadley.
Klepię go po ramieniu uspokajająco.
- Śpij spokojnie. - Odwracam się do Joleya. - A nie
jest przypadkiem dość sławnym dupkiem?
- W zasadzie tak. - Joley kładzie pustą butelkę na
boku. - Ale przez to nie jest ani trochę mniej dupkiem.
287
- Skoro jest takim dupkiem, to po co za nią jedzie?
- Bo ona jest klasa babka - oznajmia Hadley z mocą.
- Pamiętasz?
- Bo nie potrafi odpuścić - koryguje Joley. - Nie rozumie, że jej lepiej będzie bez niego, bo on potrafi dbać
wyłącznie o siebie.
- Głęboka myśl - orzeka Hadley i wstaje, by udać się
do toalety.
- Mnie to wygląda na operę mydlaną - podsumowuję.
- Czy ona nie może po prostu wpaść do Meksyku i
wziąć rozwód?
- Nie zrobi nic, póki tu nie przyjedzie i ze mną nie
porozmawia. Tu nie chodzi tylko o Olivera. Chodzi o
nasze dzieciństwo i dorastanie. Ona mnie potrzebuje.
Lubię Joleya, więc mam nadzieję, że się nie myli.
Ze wszystkich sił staram się powstrzymywać od wydawania sądów na temat jego siostry. W końcu przecież
nawet jej nie znam. Praktycznie rzecz biorąc, powinienem podchodzić do niej tak samo jak do Joleya. Joley
udowodnił, ile jest wart. Kocha patrzeć na rozwijające się
rośliny, tak samo jak ja. Tylko że za każdym razem, kiedy próbuję sobie wyobrazić jego siostrę, widzę ją jak
każdą inną dziewczynę. Od razu mam przed oczami osobę patrzącą na mnie z góry - ze względu na to, skąd pochodzę i kim chciałem zostać.
Niedługo po tym, jak Joley zaczął pracować w sadzie,
okazało się, że chodziłem kiedyś z taką jedną Emily, która jako dziecko mieszkała dwa domy od Joleya. Miała
czarne włosy do pasa i oczy jak szmaragdy, a na dodatek
jeszcze cycki jak króliczek „Playboya”. Gapiłem się na
288
nią w sklepie żelaznym, w końcu spytałem, czy jej pomóc, bo najwyraźniej nie odróżniała mutry od nakrętki.
Teraz myślę sobie, że wszystko było z góry ukartowane.
Oczywiście odwiozłem ją do domu i tam, wtedy, na ulicy, gdzie mieszkał Joley, po raz pierwszy w życiu dziewczyna zrobiła mi laskę.
Zaprosiła mnie na imprezę w domu jednej ze swoich
przyjaciółek. Pamiętam, przyszedłem wystrojony w niedzielne ubranie, a ona miała na sobie fioletową spódniczkę, przylegającą jak druga skóra. Przez pierwsze dwie
godziny gapiłem się na wysoki i sklepiony jak w katedrze
sufit obcego pałacu i na okna z witrażami. Potem Emily
złapała mnie za rękę i poprosiła do tańca. Przepchnęliśmy się na środek parkietu, tuż obok innej pary. Obróciła
mnie tak, żebym patrzył w twarz wysokiemu chłopakowi
w swetrze tenisowym, i wybuchnęła płaczem. „Zobacz,
co mi zrobiłeś!”. Myślałem, że zwraca się do mnie, spojrzałem w dół, czy aby nie nadepnąłem jej na nogę. Ona
jednak mówiła do tego wysokiego chłopaka, który, jak
się okazało, dwa tygodnie wcześniej ją rzucił. „Zobacz krzyknęła - z czym ja się przez ciebie muszę zadawać!”.
Z czym, nie: z kim. Na moment znieruchomiałem, a
potem, przygwożdżony natarczywymi spojrzeniami bogatych dzieciaków, które wpatrywały się we mnie, jakbym co najmniej miał trzy głowy, wybiegłem przez
wspaniałe ciężkie drzwi i pojechałem z powrotem do
Stow. Joley wspomniał, że starsza siostra Emily była
jedną z przyjaciółek Jane. Obracały się w tym samym
towarzystwie. Może nawet Jane była na tamtej imprezie.
Właśnie to pierwsze przyszło mi na myśl, gdy Joley
powiedział o przyjeździe siostry: może mnie widziała.
289
Pojawi się, zobaczy mnie, jak tylko wejdzie do sadu,
wybuchnie śmiechem i zapyta: „To ty...?”. Na mojej własnej ziemi odbierze mi godność, będę się czuł równie
bezwartościowy jak wtedy, gdy byłem dzieckiem.
- Ziemia do Sama - wzywa mnie Hadley, który wrócił z toalety. Ciągnie za sobą dziewczynę w czerwonej
spódnicy. - Zobaczcie, chłopaki, kto chce nam postawić
kolejkę. - Puszcza do dziewczyny oko. - Żartuję, żartuję.
Powiedziałem jej, że to wy chcecie jej postawić piwo.
- Ja... - uśmiecham się do nieznajomej.
- Chłopak jest zaręczony - informuje Joley. - Właśnie mamy wieczorek kawalerski.
- Aha! - śmieje się dziewczyna. - Coś w rodzaju
Ostatniej Wieczerzy?
Pochyla się nad stołem.
- Ja się nie ożenię - obiecuje Hadley.
- To ja się żenię. A on będzie wychodził ze skóry,
póki z nim nie zatańczysz. Może nawet zacząć zachowywać się gwałtownie, kto wie? Proszę, wyświadcz nam
wszystkim tę drobną przysługę.
Hadley pada na kolana i przyjmuje pozycję błagalną.
Dziewczyna śmieje się, chwyta go za rękę.
- Azor, do nogi! - Odchodząc od stolika, spogląda na
mnie. - Jesteś mi winien kolejkę, szykuj kasę.
Razem z Joleyem patrzymy na Hadleya tańczącego z
dziewczyną w czerwonej skórzanej spódnicy. Leci akurat
„Twist” Chubby Checkera, ale oni tańczą wolno. Hadley
oparł czoło o szyję dziewczyny. Trudno ocenić, czy stoi
o własnych siłach, czy partnerka go podtrzymuje.
290
Po tańcu dziewczyna znika w okolicy łazienki, a Hadley wraca do stolika.
- Zakochała się we mnie - oznajmia. - Sama mi powiedziała.
- Zabieramy go stąd, zanim spłodzi potomka - mówię Joleyowi.
- Chwileczkę! - spostrzega Joley. - Jeszcze nie opowiadałem dzisiaj głupiego dowcipu.
Patrzymy na siebie z Hadleyem. Na głupi dowcip w
barze zawsze jest odpowiednia pora.
- Dobra. - Joley zaciera ręce. - Słuchajcie. Trzy
sznurki stoją przed barem.
- Sznurki?
- Aha, sznurki. Chcą się napić. Pierwszy sznurek
wchodzi do baru, wskakuje na stołek i mówi do barmana:
„Dobry wieczór panu. Poproszę o drinka”. A barman na
to: „Nie obsłużę cię, bo jesteś sznurkiem”. I wykopuje go
z baru.
- Sznurek... - mówi Hadley. - Suuuper.
- Drugi sznurek wchodzi do baru, ma zamiar wypróbować inną metodę. Siada na stołku, wali pięścią w ladę i
mówi: „Dawaj driniola, barman, ale już!”. Facet patrzy
na niego, śmieje się do rozpuku i w końcu mówi tak:
„Wybacz, kochany, ale nie mogę cię obsłużyć. Jesteś
sznurkiem”. I jego też na kopach wystawia z baru.
Wraca dziewczyna w czerwonej spódnicy, siada Hadleyowi na kolanach.
- Trzeci sznurek cały czas patrzy, co się dzieje. I w
końcu mówi do przyjaciół tak: „Wiem, co zrobić!”.
Mierzwi czuprynkę, skręca się w pasie i wchodzi do baru. Siada na stołku i mówi: „Cześć. Poproszę drinka”.
291
Barman wzdycha. „Słuchaj, mówiłem ci raz, mówiłem
drugi i powtarzam trzeci: nie mogę cię obsłużyć. Jesteś
sznurkiem”. Sznurek się obraża. Podpiera pod boki. Patrzy barmanowi prosto w oczy. „Mnie nie wyrolujesz!” Joley zanosi się śmiechem. - Łapiecie? Sznurek mówi:
„Mnie nie wyrolujesz!”.
Ja też zaczynam się śmiać. Hadley albo nie łapie, albo
nie uważa dowcipu za śmieszny.
Dziewczyna w czerwonej spódnicy zaciska wargi,
próbuje się nie śmiać.
- W życiu nie słyszałam głupszego dowcipu.
- Aha! Wygrałem! Niech mi który podskoczy! - cieszy się Joley.
Przyciąga do siebie dziewczynę, całuje ją w usta.
- Naprawdę był głupi - śmieje się nieznajoma. - Poważnie.
- Mój był głupszy! - oświadcza Hadley stanowczo,
waląc dłonią w stół.
- Bo ja wiem? - zastanawiam się głośno. - Ten był
faktycznie idiotyczny.
Gdzieś w tle barman ogłasza ostatnią kolejkę. Hadley
i Joley patrzą na mnie wyczekująco, obaj chcą wygrać.
Tak, w konkursie na najgłupszy dowcip ja jestem sędzią.
Oceniam treść, siłę pointy, sposób opowiadania. Aha, no
i przekonanie opowiadającego o zwycięstwie. Dla efektu
udaję niezdecydowanie, chociaż bezwzględnie muszę się
zgodzić z naszą zaproszoną dziewczyną. Joley wygrywa.
35.
JOLEY
Kochana Jane,
pamiętasz, jak spłonął dom Cosgrove'ów? Chodziłaś
wtedy do gimnazjum, ja jeszcze ciągle byłem dzieciakiem.
W środku nocy do pokoju przyszła mama, Ty już z nią
byłaś, przed chwilą Cię obudziła. Powiedziała: „Dom
Cosgrove'ów się pali”. Całkiem spokojnie. Państwo
Cosgrove mieszkali od strony naszego podwórza, za laskiem. Tata już zdążył się ubrać i zejść. My także musieliśmy się ubrać, chociaż była trzecia nad ranem. Gdy zeszliśmy do kuchni, zadzwonił telefon. Pani Silverstein,
mieszkająca po drugiej stronie ulicy, zobaczyła pomarańczowe płomienie za naszym domem i sądziła, że to u
nas wybuchł pożar. „Nie”, pamiętam słowa taty. „To nie
u nas”.
Gdy nikt nie patrzył, przekradliśmy się we dwoje na
podwórze, gdzie zaraz za płotem zaczynał się lasek. Weszliśmy między drzewa, między wysokie chłodne brzozy,
wędrowaliśmy po wilgotnym kobiercu z sosnowych igieł.
Zbliżyliśmy się do płonącego domu. Stał on wejściem w
stronę lasku, z bliska słyszeliśmy huk ognia, przypominający ryk lwa. Płomienie wsysały powietrze, wybuchały
iskrami w noc, tworząc miliony nowych gwiazd. Powiedziałaś: „Ale ładnie!”. A gdy przypomniałaś sobie o
293
tragedii sąsiadów, zakryłaś usta dłonią.
Chcieliśmy obejść dom, wyjść na sąsiednią ulicę,
gdzie strażacy przygotowywali się dogaszenia ognia.
Widzieliśmy wybuchające okna. Znajome dzieciaki z sąsiedztwa stały na płaskich, uśpionych wężach. Gdy strażacy odkręcili hydranty, woda popłynęła niczym krew w
żyłach, strącając dzieciaki jedno po drugim. Uznaliśmy,
że nie ma już czego oglądać, zwłaszcza że po tamtej stronie domu tkwili zapłakani państwo Cosgrove w szlafrokach.
Tata został w domu, podciągnął na dach węże ogrodowe, a gdzie nie sięgały, tam wiadrami lał wodę, przekonany, że ogień rozniesie się po całej okolicy, a zwłaszcza dosięgnie najbliższych domów. Polewał wodą dach.
Uznał, że mokry się nie zajmie.
Ogień się nie rozprzestrzenił. Dom państwa Cosgrove
został wypatroszony. Zburzono go i - z pieniędzy z ubezpieczenia - rozpoczęto budowę dokładnie takiego samego, czego mama nie mogła pojąć.
W tamtym tygodniu zdarzyła się też katastrofa w Bostonie. Całkiem nowe okna w budynku Johna Hancocka
zaczęły wyskakiwać z ram. Spadały pięćdziesiąt pięter,
rozbijały się, stwarzając niebezpieczeństwo. Policja odgrodziła cały kwartał, otaczający wieżowiec. Wydawało
się, że okna nie wytrzymują niższego ciśnienia na dużej
wysokości, wskutek czego powietrze z budynku je wypychało. Później, kosztem ogromnych nakładów, wszystkie
je wymieniono. Dowiedzieliśmy się niedługo potem, że
państwo Cosgrove zainstalowali w swoim nowym domu
ogromne okno z budynku Hancocka. Podobno w niskim
domu można je było wykorzystać. Nie nadawało się tylko
do drapacza chmur.
294
Tuż przed drogą numer dwa, prowadzącą do Minnesoty, skręć w dwudziestą dziewiątą, na południe. Dojedziesz
nią do Fargo. Tam skręć na wschód w dziewięćdziesiątą
czwartą. Poprowadzi Cię ona prosto do Minneapolis.
Musicie tam być przed siódmą rano w sobotę. Nie zdradzę, co takiego się będzie działo, powiem tylko, że jeszcze
nigdy czegoś takiego nie widziałyście.
Mam nadzieję, że Rebece podobały się urodziny, w
końcu mało które dziecko ma okazję obchodzić je w geograficznym centrum Ameryki Północnej. A skoro już mowa o kierunkach, potem będziecie jechały do stanu Iowa.
Myślę, że wiesz, gdzie dokładnie.
Pozdrów ode mnie małą.
Joley
36.
JANE
Chociaż Joley nie wspomniał, dokąd powinnyśmy pojechać w Minneapolis, trafiamy na miejsce bez najmniejszego kłopotu. Jesteśmy na nogach od czwartej rano,
chcemy dotrzeć do miasta na czas, niestety, ostatnie półtorej godziny pełzniemy w żółwim tempie. Ruch regulują
policjanci w białych rękawiczkach, bez przerwy gwiżdżą.
Dookoła mnóstwo nastolatków w podrasowanych autach.
Parkują swoje chevrolety camaro w parku i siedzą na
dachach, paląc.
- Mam tego dosyć - oznajmia Rebeka. - Idę spytać,
co się tu dzieje.
Przeskakuje drzwiczki pasażera, nim zdążę jej tego
zabronić, i podbiega do jakiegoś młodego policjanta,
ostrzyżonego na zapałkę. Ten wyjmuje gwizdek spomiędzy warg, coś do niej mówi, ona się uśmiecha i wraca do
samochodu.
- Wyburzają stary budynek Pillsbury.
Nie jestem przekonana, czy to faktycznie tłumaczy całe zamieszanie tak wcześnie rano w sobotę. Czy ludzie
naprawdę wstali o bladym świcie, żeby obejrzeć jakieś
wyburzanie?
296
Przez następne dwadzieścia minut przesuwamy się
centymetr po centymetrze w stronę policjanta, z którym
rozmawiała Rebeka.
- Przepraszam! - Wychylam się przez przednią szybę. - Nie bardzo wiemy, dokąd jechać.
- Na pewno pani nie zabłądzi. Całe miasto jest poogradzane.
Jedziemy wobec tego poogradzaną trasą, za innymi
samochodami. Mijamy budynek Poczty Głównej oraz
parking. Następnie rzekę. Wreszcie docieramy do miejsca, gdzie inni zatrzymują się na dobre, parkują gdzie
popadnie. Orientuję się, że rozmyślam nad tym, jak się
stąd wydostaniemy, skoro zostałyśmy zablokowane przez
sześć innych samochodów, które okrążyły nas niby płatki
środek kwiatu. Jakiś otyły mężczyzna sprzedaje koszulki
z napisem „Dawny horyzont Minneapolis”.
- No to chodźmy.
Wysiadam z auta i idę za innymi ludźmi. Kierują się
na wschód, jak pielgrzymka. Idą całe rodziny, ojcowie
niosą na barkach małe dzieci. Docieramy do miejsca,
gdzie wszyscy się zatrzymują. Jedni szukają miejsca na
stopniach, inni na poręczach i podporach billboardów wszędzie, gdzie się da. Jakaś kobieta tuż obok nas zatrzymuje się raptownie i podaje swojemu towarzyszowi
styropianowy kubek. Nalewa kawy z termosu.
- Nie mogę się doczekać - mówi.
Z drugiej strony mamy za sąsiada wielkiego rumianego mężczyznę we flanelowej koszuli z obciętymi rękawami. Trzyma sześciopak piwa.
- Piękny dzień na demolkę - oznajmia z uśmiechem.
297
Rebeka pyta go, czy wie dokładnie, który to budynek
Pillsbury.
- Teraz to ten. - Mężczyzna wskazuje ogromny drapacz chmur, cały ze szkła i chromu. - A przedtem był
tamten. - Przesuwa palec po linii horyzontu, pokazując
przysadzisty budynek, rażący między nowoczesnymi
wieżycami. Nic dziwnego, że ma zostać wyburzony.
- Próbowali go sprzedać? - pyta Rebeka.
- Ty byś kupiła? - Mężczyzna podsuwa jej piwo, Rebeka odmawia, tłumacząc, że jest niepełnoletnia.
- Ohoho! Nigdy bym nie powiedział.
Brakuje mu na przedzie jednego zęba.
- Trafiłyście na historyczny moment - wyjaśnia. Ten budynek stał tutaj od zawsze. Pamiętam, jak był jedynym drapaczem chmur w Minneapolis.
- Wszystko się zmienia - rzucam niezobowiązująco,
bo najwyraźniej czeka na jakąś reakcję.
- Jak to ma wyglądać? - pyta Rebeka.
Na to odwraca do nas głowę kobieta stojąca po drugiej
stronie Rebeki.
- Użyją dynamitu. Powkładali go co drugie piętro,
więc budynek będzie się składał jak domek z kart.
Z niewidocznego głośnika rozlega się głos:
- Nie rozpoczniemy wysadzania budynku, póki wszyscy nie cofną się za pomarańczową linię.
Powtarza informację dwukrotnie.
Ciekawa jestem, gdzie znajduje się pomarańczowa linia. Jeżeli tam, gdzie największy tłum, to trudno winić
gapiów. Pewnie nawet nie widzą własnych stóp.
- Proszę się cofnąć za pomarańczową linię!
298
Przy kolejnym ostrzeżeniu tłum zaczyna się ściskać,
jak sweter zrobiony ciasnym ściegiem. Ktoś wpycha
mnie w miękki brzuch dużego mężczyzny. On z kolei
wykorzystuje moje ramię jako podstawkę pod piwo.
- Dziesięć... dziewięć... osiem... - dobiega z głośnika.
- Ale odjazd! - mówi mężczyzna.
- Siedem... sześć...
Gdzieś w tle rozbrzmiewa wycie syren.
Nie słyszę ostatnich słów odliczania. Budynek zapada
się w sobie, po kolei, od góry do dołu. Najpierw widzę
składające się ściany, dopiero potem słyszę huk wysadzanego dynamitu. Żużlowe bloki kruszą się piętro za
piętrem.
Bum! Słyszymy kolejną eksplozję, znowu po fakcie,
gdy już rozleciał się kolejny duży fragment budynku.
Razem z murami odchodzi historia. Nie mija nawet pięć
minut, a po wieżowcu zostaje tylko dziura w miejskim
krajobrazie.
Ludzie zaczynają się przepychać, strumień ciał porywa nas obie. Zawracający gapie niosą nas niczym krew w
krwiobiegu.
Mniej więcej w połowie drogi do samochodu uświadamiam sobie, dlaczego świat wygląda inaczej. Otóż
dlatego, że wszystko, co nieruchome, pokryła warstwa
pyłu. Jest szarobiały, jak sztuczny śnieg w telewizji. Rebeka nabiera trochę w dłoń, szybko go jej wytrącam. Licho wie, co tam w nim jest.
Nie rozpoznaję naszego mg. Odchodząc, nie podniosłyśmy dachu, cały jest obsypany pyłem. Mamy pył także
na ubraniach i między palcami, mrugamy, żeby się go
pozbyć z oczu. Ciągle go przybywa od strony wyburzonego budynku, jak po wybuchu nuklearnym.
299
Rozkładamy dach samochodu, po raz pierwszy od
czasu gdy go kupiłyśmy.
Wiem, że muszę odebrać list Joleya, lecz nie chcę teraz chodzić ulicami Minneapolis. Bo co będzie, jeśli zawali się jakiś inny budynek? Proponuję Rebece wypad na
śniadanie.
Przy bekonie ze smażonymi ziemniakami mówię jej,
że jedziemy do stanu Iowa. Na miejsce katastrofy lotniczej. Podkreślam, że się nad tym zastanawiałam. A skoro
już i tak jesteśmy w pobliżu, możemy zerknąć na wrak.
O ile mi wiadomo, w dalszym ciągu tkwi na polu kukurydzy. Czekam na odpowiedź, gotowa zmierzyć się z
obiekcjami. Tymczasem nie ma żadnego oporu. Może
Joley ma rację i Rebeka faktycznie jest gotowa. Zadaje
tylko jedno pytanie:
- Dlaczego nikt nie uprzątnął wraku?
37.
REBEKA
Gdy wróciłyśmy z mamą do Kalifornii po katastrofie
lotniczej, wujek Joley namówił ją do uczęszczania na
spotkania grupy wsparcia dla molestowanych żon. Powiedział, że jak się jest z innymi, którzy przechodzą
przez to samo, człowiekowi jest łatwiej. A mama jak
zwykle mu uwierzyła.
W tym wypadku pomysł okazał się trafiony. Mama
nigdy nie wspomniała o nim tacie. Mnie, małe dziecko,
zabierała ze sobą. Zaraz po przedszkolu jeździłyśmy na
sesję terapeutyczną. Grupa składała się z siedmiu kobiet.
Bawiłam się na podłodze, solidnie zaopatrzona w zabawki. Czasami pewna ruda pani, nosząca jaskrawą biżuterię,
brała mnie na ręce i mówiła, że jestem śliczna. Chyba to
była psycholog.
Podobał mi się początek sesji, zawsze taki sam: kobiety, które prawie zawsze płakały, odkrywały siniaki i stłuczenia w różnych interesujących kształtach: kotła, pelikana, drzewa. Inne pokrzykiwały i dotykały mniej bolesnych obrzęków. Miały nadzieję wyzdrowieć. A te, które
przypominały moją mamę, które nie miały fizycznych
śladów przemocy do pokazywania, opowiadały swoje
historie.
301
Mężowie na nie krzyczeli, poniżali je, ignorowali.
Mimo bardzo młodego wieku dostrzegałam różnicę między krzywdą fizyczną a ranieniem słowem. Przyglądałam
się skaleczeniom i opuchliznom pobitych kobiet. Mama
nigdy nic nie pokazywała, zawsze coś opowiadała. Sądziłam, że mamy szczęście.
Po kilku tygodniach mama zrezygnowała z terapii.
Powiedziała mi, że już wszystko jest w porządku. Nie ma
powodu tam przychodzić. Nie utrzymywała kontaktu z
krzywdzonymi żonami. W tajemniczych okolicznościach
je poznałyśmy i nigdy więcej nie spotkałyśmy.
38.
JOLEY
Kochana Jane,
czy chcesz, czy nie, muszę Ci powiedzieć, dlaczego moim zdaniem - Rebeka przeżyła.
W dzień katastrofy byłem w Meksyku. O ile dobrze
pamiętam, pracowałem nad tłumaczeniem pewnego inkaskiego dokumentu, stanowiącego element moich poszukiwań Graala. Wiedziałem, że jesteś u mamy. Rozmawiałaś ze mną dwa dni wcześniej. Wszystko jedno. Zadzwoniłem sprawdzić, jak sobie radzicie, a Ty zaczęłaś opowiadać, co zrobił Oliver. Że ma zamiar nasłać na was FBI.
Tłumaczyłem Ci, że nie ma aż takich znajomości, ale Ty
już zdążyłaś, z samego rana, wsadzić Rebekę do samolotu. „Zgłupiałaś!”. Palnąłem się w czoło. „Na własne
życzenie straciłaś największy atut”.
Nie rozumiałaś, o co mi chodzi, ale też oczywiście postrzegałaś Rebekę zupełnie inaczej niż ja. Wiedziałem o
tym od pierwszej chwili, gdy wziąłem ją, maleńką, na
ręce. Ona od początku była Tobą. Zawsze bezskutecznie
wyjaśniałem ludziom cudowną złożoność, stanowiącą
moją siostrę. A potem Ty, za pierwszym podejściem,
stworzyłaś kopię samej siebie. Oddanie jej Oliverowi
równało się powtórzeniu ogromnego błędu.
303
Sprzeczałem się z Tobą, czy powinienem jechać do
Kalifornii, odebrać małą, zanim Oliver dotrze na lotnisko. Czasu miałem w sam raz. Powiedziałaś, że jestem
śmieszny. Bo przecież w końcu Oliver jest ojcem dziecka,
a w ogóle, to mam się nie wtrącać w nie swoje sprawy. Z
pewnością wiedziałaś, jak trudno było mi uzyskać połączenie telefoniczne z Meksyku, mimo to rzuciłaś słuchawkę.
Teraz powiem Ci, do czego doszedłem. Dokładnie w
czasie naszej rozmowy wydarzyła się eksplozja samolotu
nad polem kukurydzy. Mam taką hipotezę: Rebeka przeżyła, bo się o nią kłóciliśmy. Tylko spokojne dusze idą do
nieba.
Tego samego dnia, po południu, usłyszałem o katastrofie, usiłowałem się do Ciebie dodzwonić. Niestety, jak
wspomniałem, uzyskanie połączenia ze Stanami graniczyło z cudem. Zresztą Ty wtedy byłaś już w drodze do stanu
Iowa. Dowiedziałem się potem od mamy, że oboje z
Oliverem dotarliście do szpitala w tym samym czasie.
Przy następnej rozmowie zapewniałaś mnie, że wszystko
jest w porządku. „Tak jak powinno być, naprawdę”. Nie
chciałaś rozmawiać o mężu, powiedzieć mi, czy cię przeprosił, w ogóle wracać do tego, że cię uderzył. Odgrodziłaś się murem. Zachowywałaś się jak wtedy, gdy coś podobnego zdarzyło nam się po raz pierwszy, w dzieciństwie.
Postanowiłem nie wywoływać wilka z lasu. A dlaczego? Bo tym razem musiałaś wziąć pod uwagę Rebekę.
Gdy byliśmy mali, milczałaś na temat zachowania ojca ze
względu na mnie, jednak tym razem nie chodziło o tatę i
nie mnie chroniłaś. Oliver jest inny. Nawet krzywdził Cię
inaczej.
304
Co istotniejsze, Rebeka jest inna. W skrytości ducha
ciągle żywiłem nadzieję, że będziesz chciała ją ochronić,
chociaż nie zdołałaś ochronić siebie.
Przez lata czekałem, żebyś zrozumiała, że musisz
odejść. Wiem, wydaje Ci się, że skoro uderzyłaś pierwsza, wina leży po twojej stronie, lecz wierzę w ciągłość
losów i pamiętam doskonale: to Oliver zaczął. Dawno
temu. Właśnie dlatego Rebeka przeżyła katastrofę lotniczą: dwanaście lat temu została oszczędzona, by teraz
móc Cię uratować.
Od razu po powrocie z Meksyku, zanim odwiedziłem
Ciebie czy mamę, zatrzymałem się w What Cheer w stanie Iowa, by zobaczyć pozostałości samolotu, którego
upadek przeżyła Rebeka, i zrozumiałem, dlaczego farmer
nawet nie próbował usuwać wraku. Nie miało to nic
wspólnego z przekazem dla potomności ani szacunkiem
dla zmarłych. Po prostu ziemia obumarła. Tam już nigdy
nic nie wyrośnie.
Nie przypuszczam, by odwiedziny tego miejsca były
dla was łatwe. Z drugiej strony jednak, macie za sobą już
ponad połowę drogi, więc dotrzecie do sadu, zanim się
obejrzycie. Jedźcie osiemdziesiątką do Illinois, potem do
Chicago, do Lenox Hotel. Jak zawsze będzie na Ciebie
czekał list.
Ściskam Cię najserdeczniej
Joley
39.
REBEKA
Piątek, 13 lipca 1990
Samolot linii Midwest Airlines, lot numer 997, rozbił
się dwudziestego pierwszego września 1978 roku w rolniczej miejscowości What Cheer, leżącej niecałe sto kilometrów na południowy wschód od stolicy stanu Iowa,
Des Moines. W gazecie czytałam, że na pokładzie znajdowało się stu trzech pasażerów. Przeżyło, łącznie ze
mną, pięć osób. Nie pamiętam z tego wydarzenia nic.
Ma się wrażenie, że na farmę Arlo van Cleeba potrafi
wskazać drogę każdy. To tam rozbił się samolot. W zasadzie nie Arlo, lecz jego syn, Rudy van Cleeb, zrobił mi
słynne zdjęcie, gdy uciekam od wraku, wymachując rękami. Również on zawiózł mnie do szpitala. Chętnie bym
mu podziękowała, jednak okazuje się, że nie żyje. Zginął
w jakimś wypadku z kombajnem.
Arlo van Cleeb jest bardzo zaskoczony moim widokiem. Co chwila szczypie mnie w policzek i powtarza
mamie, że wyrosłam na ładną dziewczynkę. Siedzimy u
niego w salonie, słucham mamy, opowiadającej historię
mojego życia. Dotarliśmy dopiero do ósmego roku, gdy
306
zagrałam ząb trzonowy w szkolnym przedstawieniu na
temat higieny ustnej.
- Wybaczcie - przerywam. - Nie chcę być niegrzeczna, ale może byśmy tam poszli?
- Bóg kocha cnotę cierpliwości - oznajmia pan van
Cleeb.
Jakieś siedemdziesiąt milionów lat później mama
wstaje z kwiecistej kanapy.
- Jeśli nie miałby pan nic przeciwko...
- Ależ skąd! Dlaczego miałbym mieć coś przeciwko?
Jestem zaszczycony, że przyjechałyście.
Kukurydza jest niesamowita. Wyższa ode mnie i
znacznie grubsza, niż przypuszczałam. W stanie Iowa
trzeba bardzo uważać na skrzyżowaniach, bo samochodów nadjeżdżających z boku w ogóle nie widać przez
gęsty las łodyg. Rozumiem teraz, dlaczego nie poszłyśmy
same przez pole. Pewnie w życiu byśmy nie znalazły
drogi powrotnej. Pan Cleeb porusza się w kukurydzy,
jakby szedł wyraźnie oznaczonym szlakiem. W końcu
rozgarnia ostatni szereg roślin.
Otwarta przestrzeń ma wielkość boiska do piłki nożnej. Ziemia jest czarna jak węgiel. Na środku tkwi zardzewiały wrak, przełamany pośrodku i na spoinach trochę przypomina homara. Jedno skrzydło sterczy w górę
jak łokieć. Widzę kilka oddzielonych fragmentów: rząd
szkieletów po fotelach, kolosalny wiatrak silnika, śmigło
mojej wielkości.
- Mogę? - pytam, wskazując samolot.
Farmer kiwa głową. Podchodzę do wraku, dotykam
rdzy, rozcieram ją między palcami. Jest pomarańczowa,
307
zmienia się w pył. Samolot, chociaż w częściach, nadal
wygląda jak maszyna do latania. Przeciskam się przez
rozcięcie w kadłubie i idę wzdłuż dawnego przejścia.
Wokół metalu wiją się chwasty. Nadal czuć spaleniznę.
- Wszystko w porządku? - woła mama.
Liczę dziury po oknach.
- Tutaj siedziałam - informuję, odnajdując jedną z
tych po prawej. - Dokładnie tutaj.
Staję w miejscu, gdzie był fotel. Czekam, aż coś poczuję.
Idę do końca kabiny pasażerskiej.
Jak stewardesa, myślę sobie.
Tyle że pasażerami są duchy.
Co z ofiarami katastrofy? Czy gdybym poszukała pod
kawałkami powyginanej stali, po której idę, znalazłabym
bagaż podręczny, marynarki, kieszonkowe wydania książek?
Nie pamiętam katastrofy. Pamiętam pobyt w szpitalu,
pielęgniarki, które siadały przy moim łóżku i czytały mi
rymowanki. Po pierwszych, charakterystycznych słowach robiły pauzę, czekały, czy dokończę zdanie. Najpierw długi czas spałam, potem, gdy się obudziłam, byli
przy mnie rodzice. Oboje. Ojciec przywiózł żółtego misia, nie tego mojego ukochanego, tylko nowego. Siedział
na brzegu łóżka, mama po drugiej stronie. Pogładziła
mnie po włosach i powiedziała, że bardzo mnie kocha.
Jak tylko lekarze uznają, że jestem zdrowa, wrócimy do
domu i wszystko będzie dobrze.
Ze względu na szczególne okoliczności rodzicom pozwolono zostać w szpitalu na noc. Spali na ciasnym łóżku obok mojego. Kilka razy budziłam się, by sprawdzić,
308
czy nie zniknęli. W pewnym momencie przyśnił mi się
koszmar. Nie pamiętam tego snu. Żółty miś wysunął mi
się z objęć. Rodzice mieli mało miejsca, więc razem zwinęli się w kłębek. Tata objął mamę, a mama miała usta
przyciśnięte do jego ramienia. Pamiętam, patrzyłam na
ich dłonie, na splecione palce. Zasnęłam i nie utrzymałam miśka, myślałam, że to ważne. Rodzice się obejmowali. Wyglądało to tak... solidnie, że zamknęłam oczy i
zapomniałam o koszmarnym śnie.
Nie pamiętam katastrofy. Przeciskam się przez jakąś
inną szczelinę w metalu i siadam na krawędzi skrzydła.
Zamykam oczy, wyobrażam sobie ogień. Próbuję usłyszeć krzyki, lecz nie potrafię. Słyszę wiatr. Śpiewa w
metalu, jakby grał na gigantycznym flecie. Kukurydza
zaczyna szeptać. Wtedy uświadamiam sobie, gdzie są ci
wszyscy ludzie. Ci, którzy zginęli. Wcale stąd nie odeszli. Zostali w ziemi i w pokaleczonym wraku. Wstaję i
biegnę przed siebie. Przyciskam ręce do uszu, nie chcę
słyszeć ich głosów. Po raz drugi uchodzę śmierci.
40.
JANE
Samolot linii Midwest Airlines, lot numer 997, rozbił
się dwudziestego pierwszego września 1978 roku w rolniczej miejscowości What Cheer, leżącej niecałe sto kilometrów na południowy wschód od stolicy stanu Iowa,
Des Moines. Załoga zginęła, jednak zapis z czarnych
skrzynek pozwolił stwierdzić, iż przyczyną wypadku
była awaria obu silników. Pilot usiłował lądować w Des
Moines.
Wszystko to przeczytałam i powtórzyłam córce. Nie
byłam w najmniejszym stopniu przygotowana na widok,
jaki odsłania przede mną Arlo van Cleeb na polu kukurydzy.
Ciemny szkielet wije się na przestrzeni ponad stu metrów
czarnej ziemi. W kilku miejscach deszcz i błoto przez
dwanaście lat zdołały pogrzebać niektóre części samolotu. Na przykład pół ogona znajduje się teraz pod ziemią.
Luki i dziury zieją w miejscach, gdzie metal uległ rozerwaniu w czasie katastrofy, oraz tam, gdzie go usunięto,
by dostać się do ciał. Czerwona i niebieska farba z logo
linii Midwest porosły mchem. Gdy Rebeka rusza w stronę
wraku, wyciągam rękę, by ją powstrzymać, jednak udaje
mi się opanować odruch. Moja córka wpelza do wnętrza
przez okno kokpitu. W tej samej chwili farmer pyta:
310
- Wie pani, czego brakuje?
Potrząsam głową.
- Ognia. Nie ma ognia, no i wody, której używali do
gaszenia. Teraz samolot jest martwy. Nie tak jak na zdjęciach.
Pewnie ma rację. Rzeczywiście, przypominam sobie
obraz rozpowszechniony przez media: strażacy wydobywający z wraku ofiary, rozoraną ziemię, płomienie sięgające nieba.
- Rebeko! - wołam. - Wszystko w porządku?
Czuć spalenizną. Rebeka wystawia głowę przez dziurę
w ścianie. Macham do niej. Jakoś nie mogę się pozbyć
wrażenia, że ten monstrualny potwór ze stali ją połknie.
Czy będzie niespokojna? Popłacze się? Właściwie
nigdy nie płakała. Nigdy z nikim nie rozmawiała o tym
wydarzeniu. Twierdzi, że nic nie pamięta.
Biorąc ślub, umówiliśmy się z Oliverem, że nie będziemy od razu mieli dziecka. Zamierzaliśmy poczekać,
aż Oliver dostanie awans, a przynajmniej aż wróci na
Wschodnie Wybrzeże. Przewidywaliśmy konieczność
wyjazdu do Kalifornii, lecz nie spodziewaliśmy się, że to
będzie przeprowadzka na stałe. Chyba byłam wtedy za
młoda, by na poważnie rozważać, czy chcę mieć dziecko.
Oliver nie chciał.
Gdy dostał awans i przenieśliśmy się do San Diego,
wkrótce stało się jasne, że nie da się szybko spłacić zobowiązań i wrócić do Woods Hole. Instytut Oceanografii
w San Diego cieszył się znacznie większym prestiżem.
Może Oliver zdawał sobie z tego sprawę od samego początku, nie mam pewności. Tak czy inaczej, zrozumiałam,
311
że na dobre znalazłam się pięć tysięcy kilometrów od
domu i przyjaciół. Oliver był zbyt zajęty nową pracą, by
na mnie zwracać uwagę, a nie stać nas było na moje studia, więc pogrążałam się w samotności. Dlatego podziurawiłam krążek.
Szybko zaszłam w ciążę i wszystko zaczęło się zmieniać. Z początku Oliver wydawał się rzeczywiście zafascynowany. Przez kilka miesięcy robił to, co zwykle robią mężowie w takich sytuacjach: przypominał mi, żebym się nie męczyła, przykładał ucho do mojego brzucha. Potem miał więcej zajęć w pracy, dostał awans
wcześniej, niż się spodziewał, i zaczął podróżować z
innymi badaczami. Nie było go przy narodzinach Rebeki,
ale wtedy mi na tym nie zależało. Miałam córkę i naprawdę wierzyłam, że więcej mi do szczęścia nie trzeba.
Po katastrofie lotniczej pierwszą moją myślą było, że
to kara za oszukanie Olivera. Drugą, że za odejście od
niego. Niezależnie od przyczyny, wina leżała po mojej
stronie. Ojciec akurat oglądał mecz baseballu w telewizji,
transmisja została przerwana, nadano specjalne doniesienie ze stanu Iowa. Ja byłam w kuchni. Gdy krzyknął, że
rozbił się jakiś samolot, nie musiałam nawet słuchać numeru lotu. Wiedziałam. Tak to już jest między matką a
córką.
Poleciałam do Iowa, pamiętam, przyglądałam się innym ludziom na pokładzie. Czy byli między nimi krewni
pasażerów samolotu linii Midwest? Ta kobieta w różowym kombinezonie? Popłakiwała od czasu do czasu. Czy
miało to coś wspólnego z katastrofą w What Cheer?
Zanim przyleciałam do Des Moines, osoby, które
przeżyły wypadek, zostały przyjęte do szpitala. Wpadłam
312
na Olivera w drzwiach wejściowych. Też wysiadł z taksówki. Pobiegliśmy zielonymi korytarzami, wołając Rebekę. Nie poszłam do kostnicy szukać ciała. Zrobił to
Oliver. Wyszedł z uśmiechem na ustach. „Nie ma jej
tam!”, powiedział. „Nie ma!”.
Na oddziale pediatrycznym znaleźliśmy dziewczynkę
opisaną jako Jane Doe, czyli osobę niezidentyfikowaną.
Zwracali się do niej „Jane”, co dla mnie bardzo dziwnie
brzmiało. Gdy nas wpuszczono do jej pokoju, spała, odurzona lekami. „Skończyło się na kilku zadrapaniach”,
powiedziała jedna z pielęgniarek. „Miała szczęście dziewuszka”.
Oliver trzymał mnie za rękę, gdy podeszliśmy do łóżka, na którym leżała Rebeka, krucha i śmiertelnie blada
na tle szpitalnej pościeli w kropki. Miała w nosie rurki
aparatu wspomagającego oddychanie, na czole nerkowaty siniak. Oliver przyniósł jej żółtego misia. Rozpłakałam
się, bo uświadomiłam sobie, że Edison, ukochany miś
Rebeki, najprawdopodobniej spłonął. „Nie płacz”, powiedział Oliver, przytulając mnie. Pachniał szamponem,
którego używaliśmy w domu, w San Diego. Minęło kilka
minut, nim sobie uświadomiłam, że on także cały czas
płakał.
Rebekę zwolniono ze szpitala po dwóch dniach. Pojechaliśmy na miejsce katastrofy. Wyglądało chyba inaczej. Zastanawiam się, czy pewne rzeczy - siedzenia,
silnik, jakieś inne elementy - nie zostały usunięte w ciągu
minionych lat. Przepraszam Arlo van Cleeba na chwilę i
ruszam wokół szczątków samolotu.
Metalowe żebra celują w niebo pod dziwacznymi kątami. Choć wiele zawiasów pozostało nietkniętych, drzwi
313
nigdzie nie widzę. Po bokach skrzydeł tkwią splątane
węzły czarnej stali. Zniknęły wszystkie okna. Przypominam sobie, gdzieś słyszałam, że eksplodują przy gwałtownej zmianie ciśnienia, a taka występuje, gdy samolot
spada. Nagle uświadamiam sobie, że nie widzę córki.
Biegnę dookoła samolotu, próbuję zaglądać z daleka w
kolejne dziury i szpary, gdzieś ją wypatrzyć. Wreszcie ją
dostrzegam przed sobą. Oczy ma zaciśnięte, głowę ściska
dłońmi, jakby się bała, że się jej rozpadnie. Biegnie tak
szybko, że spod stóp wylatuje w powietrze strumień błota. Chyba nie zdaje sobie sprawy, że krzyczy co sił w
płucach.
- Rebeko! - wołam.
Otwiera oczy, ten zaskoczony odcień zieleni. Pędzi ku
mnie, błaga o pomoc, o ochronę, i tym razem jestem na
miejscu, czekam, gotowa ją przygarnąć.
41.
OLIVER
Samolot linii Midwest Airlines, lot numer 997, rozbił
się dwudziestego pierwszego września 1978 roku w rolniczej miejscowości What Cheer, leżącej niecałe sto kilometrów na południowy wschód od stolicy stanu Iowa,
Des Moines. Gdy pilot uświadomił sobie, że nie zdoła
dotrzeć do lotniska, skierował maszynę nad pole kukurydzy. Statek powietrzny wylądował na zbiornikach paliwa, doszło do eksplozji.
Istnieją raporty, jak te, przesłane mi faksem przez sekretarkę, które zaprowadziły mnie na miejsce katastrofy.
Znalezienie telefaksu w What Cheer okazało się niełatwym zadaniem, jednakże z nim także się uporałem i
mam dwa dni przewagi.
Oczywiście wiem, kto to taki Arlo van Cleeb, lecz
nigdy nie byłem zwolennikiem pośredników, wobec czego rozłożyłem stanowisko na jego polu kukurydzy, o
niczym go nie informując. Mam składane krzesełko i
termos z kawą. Przenośny wiatrak z klipsem, bo na tej
szerokości jest gorąco. Siedzę za kotarą z łodyg kukurydzy, ukryty wśród zieleni, a jednocześnie w miejscu strategicznym, bo wszystko widzę. Dwa dni czekam na Jane
i Rebekę. Z lornetką w ręku.
Nie było to całkiem bezczynne czterdzieści osiem godzin. Częściowo przesłonięty widok na wrak podsunął mi
315
nieco odmienną perspektywę niż otrzymane faksem zdjęcia z pierwszych stron „New York Timesa” oraz „Washington Post”. Gdy po raz pierwszy dostrzegłem kadłub
maszyny, poczerniały od ognia i upływu czasu, długo mu
się przyglądałem przez firanę kukurydzy, stanowiącej
mój kamuflaż. Szczerze powiedziawszy, w pierwszej
chwili odniosłem wrażenie, jakbym patrzył na wyrzuconego na brzeg wieloryba. Kształt ogromny, z odblaskami
słońca na ogonie lekko zapadniętym w ziemię. Warto
zwrócić uwagę na podobieństwa między wielorybem a
samolotem. Wydłużony kształt, centralny punkt kokpitu,
charakterystyczny zarys szczęki. A także skrzydła jak
płetwy, miejsce odcięcia ogona, sama płetwa ogonowa.
Wcześniej nie patrzyłem na wieloryby z punktu widzenia
aerodynamiki, lecz ich budowa, rzecz jasna, ma niezaprzeczalny sens także pod tym względem. Cechy, które
ułatwiają pływanie, odgrywają podobną rolę w czasie
lotu.
Podróż mnie znudziła, cieszę się, że wkrótce nastąpi
jej koniec. Zabiorę rodzinę do domu i ponownie zajmę
się badaniami.
Właśnie nalewam sobie drugi kubek kawy (przykro
mi się przyznać, lecz właśnie takiego nieprzyjemnego
zwyczaju nabrałem w czasie tej podróży), gdy widzę
farmera, tego van Cleeba, idącego między łodygami.
Następnie z morza zieleni wychodzi Rebeka. Włosy ma
związane z tyłu. Tuż za nią jest Jane.
Stoi prosto, z rękami wspartymi na biodrach, rozmawia z farmerem. Pozornie wydaje się pogrążona w rozmowie, jednak oczy ją zdradzają: stale omiata wzrokiem
kadłub samolotu, taksuje go, uważnie śledzi kroki Rebeki. Doprowadziła tę sztukę do mistrzostwa. Dlaczego
316
nigdy wcześniej nie dostrzegłem u niej zachowań matczynych?
Rebeka wskazuje wrak, podchodzi bliżej. Wchodzi do
wnętrza poranionego metalowego ciała, jak ja przed
dwoma dniami. Dotyka, zdaje się, wszystkiego, kataloguje, przetwarza informacje. Oczy ma szeroko otwarte, od
czasu do czasu zagryza dolną wargę. Stoi zaledwie parę
metrów ode mnie, gdy mówi całkiem wyraźnie: „Tutaj
siedziałam. Dokładnie tutaj”.
Wsuwam dłoń między łodygi, odchylam je na bok,
żeby wyraźnie widzieć jej twarz. Jest bardzo do mnie
podobna, pod wieloma względami. Moje włosy, moje
oczy. I zawsze potrafiła skrywać emocje. Nawet po katastrofie. Wcale nie chciała o niej mówić. Ani ze mną, ani
z Jane, ani z psychiatrami. Przekonywali ją, żeby odgrywała wydarzenia za pomocą lalek i modeli, a ona nie
chciała. Wtedy uważałem za interesującą taką silną wolę
u osoby tak młodej, zaledwie czteroletniej. Teraz mam
wątpliwości.
Chętnie bym wziął córkę w ramiona i zapewnił ją, że
wszystko jest w najlepszym porządku. A ona by się rozpromieniła jak słońce, zaskoczona moim widokiem. Tak
właśnie to wyglądało, gdy była dzieckiem, a ja wracałem
do domu z Brazylii albo Maui, skądkolwiek. Zwykle
chowałem po kieszeniach zabawki, muszle albo buteleczki z piaskiem. Mówiłem jej, że zawsze przywiozę jej
ze sobą kawałek ziemi stamtąd, dokąd jechałem, gdy ją
zostawiałem. Jestem gotów wyjść spomiędzy kukurydzy,
gdy kątem oka dostrzegam Jane. Woła Rebekę. Idzie w
moją stronę.
Oswobadzam zielone łodygi, okrywa mnie cień. Oddech
317
mam urywany, przeraża mnie perspektywa rozmowy z
żoną.
Po pierwsze, nie mam pojęcia, co jej powiedzieć.
Wiem, powinienem był przygotować coś wyjątkowego,
coś na kształt zalotów, ale wszystkie pomysły z ostatnich
dwóch dni zwyczajnie wyparowały mi z głowy. Zostało
tylko jakieś ogólne wrażenie, ale co niby mam z tym zrobić? Chcę zwyczajnie podejść do Jane i powiedzieć, że
stęskniłem się za widokiem, jak smaży naleśniki. I że nikt
poza nią nie zostawił mi wyznania miłosnego na zaparowanym lustrze. A czasem, gdy słońce kładzie się na rozwiniętej płetwie ogonowej humbaka, chciałbym, żeby
razem ze mną podziwiała ten widok. W czasie wykładu
chętnie bym widział jej twarz w pierwszym rzędzie.
Ależ głupiec z ciebie, Oliverze, myślę.
Jesteś najlepszy w swojej dziedzinie. Opublikowałeś
więcej niż jakikolwiek inny badacz w twoim wieku. Jesteś ekspertem. A nie umiesz jej powiedzieć, że nie możesz bez niej żyć.
Tydzień przed katastrofą lotniczą Jane i ja się pokłóciliśmy. Nie pamiętam, o co poszło, lecz powód mógł być
równie śmieszny jak ostatnio, gdy posprzeczaliśmy się o
urodziny Rebeki. Doprowadziła mnie do tego, że ją uderzyłem.
Otwartą dłonią, nie pięścią, jeśli to ma jakieś znaczenie. Myślałem, że umrę. Wiedziałem o jej dzieciństwie, o
przejściach z ojcem. Wiedziałem, że nie powinienem był.
Jane zabrała Rebekę do swoich rodziców, do Massachusetts. Tak bardzo chciałem jej powrotu, że czułem w
ustach smak tego pragnienia. Lecz podobnie jak teraz,
nie wiedziałem, co powiedzieć. Wiedziałem jedynie, że
318
gdzie będzie Rebeka, tam za nią pójdzie Jane. Wtedy
żyła dla Rebeki, tak samo zresztą jak teraz. Dlatego zagroziłem działaniami prawnymi, jeśli nie odda dziecka.
Spodziewałem się, że wrócą razem, nawet jeśli nie ująłem tego w ten sposób.
Gdy usłyszałem przez radio o katastrofie lotniczej, zacząłem dygotać tak bardzo, że musiałem zjechać z autostrady.
To pomyłka, to się nie stało, powtarzałem w kółko.
Nie straciłeś rodziny. Całej. W jednej chwili.
Pojechałem na lotnisko, zaparkowałem w strefie dwugodzinnej, co uświadomiłem sobie, dopiero gdy kupiłem
bilet do stanu Iowa. Znalazłem w butiku jakiegoś pluszowego misia - czyżbym zaklinał rzeczywistość? - i
wsiadłem do samolotu. Rozejrzałem się po twarzach pasażerów, zastanawiając się, kto jeszcze leci do Des Moines z powodu katastrofy. Na miejscu okazało się, że
ranni trafili już do szpitala. Moja taksówka zatrzymała
się tuż za inną, z której wysiadała Jane. Niewiele brakowało, żebym padł na kolana, widząc ją z rozmazanym na
policzkach tuszem i czerwonym od płaczu nosem. Patrzyłem na nią i wszystkie słowa przebaczenia ugrzęzły
mi w krtani. W żaden sposób nie umiałem pojąć, dlaczego z tej samej taksówki nie wysiada Rebeka. Ogłupiały
spytałem, gdzie jest nasza córka. Nie wiedziałem, że Jane
nie leciała lotem 997. Dowiedziałem się dopiero kilka
minut później, i to głównie dzięki dedukcji.
Razem z innymi nieprzytomnymi ze strachu krewnymi pasażerów poproszono nas do kostnicy, byśmy spojrzeli na ciała wydobyte z wraku. Jane została przed
drzwiami, trzymała się wiszącej na ścianie gaśnicy. Ja
319
wszedłem do zimnego wnętrza. Nie pamiętam oglądania
zakrwawionych szczątków dzieci i niemowląt. Gdyby
Rebeka tam była, nie wiem, czybym to przyznał przed
koronerem, nawet przed samym sobą.
Znaleźliśmy ją na oddziale pediatrycznym, oplataną
rurkami i przewodami. Podniosłem jej ramię, wetknąłem
pod rękę żółtego miśka. Przyciągnąłem Jane bliżej, oparłem twarz o jej włosy, dłońmi przeciągnąłem po plecach.
Właściwie nie powiedziałem nic, by ją zachęcić do powrotu do domu. Chyba po prostu dobrze odczytałem sygnały, uznałem, że zrozumiała.
Jane idzie dookoła samolotu, zatrzymuje się prawie
dokładnie przed moją kryjówką. Oto szansa dla mnie.
Powiem jej. Zacznę od wypowiedzenia jej imienia.
Jest tak blisko, że mogę jej dotknąć. Wiatr tłucze się
we wraku samolotu. Potem świszcze nienaturalną nutą.
Wyciągam rękę przez ślepe łodygi kukurydzy, rozczapierzam palce.
- Jane - szepczę.
W tej samej chwili spomiędzy poszarpanych szczątków metalu wynurza się Rebeka. Ściska głowę rękami.
Krzyczy, uciekając od kadłuba, oczy ma zamknięte. Jane
rozkłada ramiona. Mówi coś, ale co - nie słyszę. Rebeka
otwiera oczy. Odsuwam na bok łodygi kukurydzy, ujawniam się, lecz nie sądzę, by Rebeka, która stoi zwrócona
do mnie twarzą, w ogóle mnie zauważyła. Pada Jane w
objęcia, ściska ją z całej siły, z trudem łapie oddech.
Przesuwa po mnie spojrzeniem, ale nie widzi nic, na
pewno. Jane głaszcze córkę po włosach.
- Ciii... - mówi.
320
Śpiewa coś cicho i Rebeka w końcu zaczyna oddychać
równo. Zaciska dłonie na koszuli Jane, mnie ją w rękach.
Stoję od nich może metr, lecz równie dobrze mógłbym być oddalony i o kilometr. Nie jestem wtajemniczony. Nie umiem pomóc. Gdyby Rebeka miała wybór, do
mnie by nie przybiegła. Nie mam pewności, czy przybiegłaby do mnie Jane. Pozwalam kukurydzy zamknąć się
przed moją twarzą i odwracam się od nich obu. Nawet
gdybym zdołał nakłonić Jane, by mnie wysłuchała, by
zrozumiała, dlaczego nie mogę bez niej żyć, to za mało.
Znienacka pojmuję: nie stanowię części własnej rodziny. Nigdy bym nie powiedział, że jestem naukowcem,
gdybym nie potrafił tego udowodnić. Jak mogę powiedzieć, że jestem ojcem i mężem?
Jane mówi coś do Rebeki. Słowa są coraz cichsze,
uświadamiam sobie, że we dwie odchodzą. Podejmuję
chyba najważniejszą i najtrudniejszą decyzję w życiu.
Nie będę ich wołał, skoro nie wiem, co powiedzieć. Nie
ujawnię się, skoro nie mam im czego pokazać. Muszę
sporo przemyśleć, ale teraz działam zgodnie z instynktem. Chociaż trudne to jak diabli, pozwalam im odejść.
42.
JANE
Meldujemy się w jedynym motelu w What Cheer.
Orientuję się nagle, że myślę o sprawach, o których zapomniałam lata temu. Jeszcze bym zrozumiała, gdyby
chodziło o katastrofę, gdybym ją odruchowo odtwarzała
w myślach ciągle na nowo. Nic podobnego. Widzę ojca.
Chodzi pod ścianami po motelowym pokoju, podnosi
szklaneczki, prostuje lustro w łazience. Spuszcza wodę w
toalecie, dwa razy. Nie śmiem zasnąć. Potem, tak jak
przewiduję, rusza w stronę mojego łóżka. Po drodze jednak skręca i siada na drugim łóżku, obok Rebeki. Oddech
ma gęsty od szkockiej, ściąga koc, odsłaniając moją córkę, odzierając ją z okrycia.
Gdy zdarzyło się to po raz pierwszy, miałam dziewięć
lat. Rodzice pokłócili się, mama wyszła z domu, pojechała do ciotki w Concord. Ja robiłam wszystko, co powinnam: naszykowałam kolację dla taty i Joleya, posprzątałam kuchnię, pamiętałam nawet, żeby włożyć do zlewu
gumowy wąż od zmywarki. Wszyscy unikaliśmy rozmowy o mamie.
Ponieważ mamy nie było, a ja miałam przekonanie, że
zasłużyłam na nagrodę, poszłam do jej pokoju, prosto
322
do tacki z perfumami. Mama pachniała codziennie inaczej: pomarańczami z ostrą przyprawą, świeżym ciastem
cytrynowym, chłodnym marmurem, a nawet wiatrem.
Gdy wychodziła z pokoju, zostawiała za sobą wspomnienie - zapach.
Wiedziałam, czego szukam. Czerwonej szklanej buteleczki w kształcie maliny, z perfumami, które nazywały
się Framboise. Obce słowo było wyrżnięte w szkle. Mama nie pozwalała mi się perfumować. „Małe dziewczynki, które się perfumują, wyrastają na latawice”, mawiała.
Bardzo ostrożnie wzięłam w ręce kruchą buteleczkę,
uważałam, by nie uronić ani kropli. Zatkawszy ją palcem,
odwróciłam do góry nogami, tak jak mama co rano. Potem dotknęłam wilgotnym opuszkiem, pachnącym malinami, skóry na szyi, na nadgarstkach i w zgięciach kolan.
Zawirowałam.
Cudownie, pomyślałam.
Zapach będzie ze mną, gdziekolwiek pójdę. Stanęłam,
przytrzymując się słupka łóżka rodziców.
W drzwiach stał ojciec.
- Co ty tu robisz? - spytał, pociągając nosem.
Pochylił się nade mną, chwycił mnie za bluzkę. Przez
zasłonę malin przedarł się smród whisky.
- Idź się umyć! Natychmiast!
Kazał mi się rozebrać do naga, choć nie robiłam tego
przy nim od pięciu lat. Obserwował mnie, stojąc w progu
łazienki, ręce założył na piersiach. Cały czas płakałam.
Płakałam, gdy zbyt gorąca woda parzyła mi skórę, gdy
stałam na macie i wycierałam się ręcznikiem.
- Idź do siebie! - polecił ojciec.
323
Wciągnęłam przez głowę flanelową koszulę i pościeliłam łóżko do spania. Powtarzałam sobie, że to wieczór
jak każdy inny i nie będę leżała, czekając na karę.
Przyszedł do mnie Joley, który właśnie miał się położyć. Skończył dopiero pięć lat, lecz i tak wiedział.
- Co źle zrobiłaś? - zapytał.
Wytłumaczyłam mu, najlepiej jak umiałam, że wpadłam na głupi pomysł, by udawać mamę.
- Nic nie poradzisz - zakończyłam. - Uciekaj do siebie, bo i ciebie zbije.
Czekałam tej nocy całą wieczność, jednak ojciec nie
przychodził. To było chyba najgorsze. Wyobrażałam
sobie, co strasznego obmyśla. Czym będzie mnie bił.
Paskiem? Szczotką? Gdy usłyszałam jego ciężkie kroki
na schodach, ukryłam się pod kołdrą. Zakręciłam koszulę
nocną wokół kostek jak sznur. Liczyłam do stu.
Przy siedemdziesięciu siedmiu ojciec obrócił gałkę w
drzwiach mojego pokoju. Usiadł na brzegu łóżka i czekał, aż wystawię głowę spod kołdry.
- Nie dostaniesz dzisiaj kary - powiedział. - A wiesz
dlaczego? Bo dobrze gotujesz.
- Naprawdę? - upewniłam się zdumiona.
- Naprawdę.
Zdjął buty i zapytał, czy mi opowiedzieć bajkę.
- Tak - zgodziłam się.
Uznałam, że w sumie nie jest źle.
Ojciec zaczął opowiadać bajkę. O złej kobiecie, która
zamknęła córkę w szafie razem z myszami i nietoperzami. Ojciec dziewczynki chciał ją ratować, ale kobieta
postawiła na straży wielkie psy. Żeby ocalić córkę, musiał zabić jej matkę.
324
- I co dalej? - spytałam.
- Nie wiem. Nie wymyśliłem zakończenia.
- Tak nie można! - zaprotestowałam.
Zaproponował, żebyśmy wymyślili zakończenie razem.
Ponieważ był zmęczony, spytał, czy może się położyć.
Przesunęłam się na łóżku. Zastanawialiśmy się nad
sposobami uśmiercenia złej kobiety. Zaproponowałam
wbicie kołka w serce, lecz ojciec wolał zatrutą herbatę.
Wymyślaliśmy też, co jeszcze mogło się znajdować w
szafie: duchy, tarantule i piranie ludojady. Podsunęłam
pomysł, by dziewczynka spróbowała wydostać się sama,
jednak ojcu się to nie spodobało.
Gdy zrobiło mu się chłodno, wsunął się pod kołdrę,
tak blisko, że gdy mówił, od jego oddechu poruszały mi
się włosy.
- Jak sądzisz, co się stanie z dziewczynką? - spytał i
położył mi rękę na piersi.
Nie powinien był tego robić, wiedziałam z pewnością,
bo całe ciało natychmiast mi stężało. Nie powinien był
tego robić, tyle że, z drugiej strony, przecież był moim
ojcem. I był taki miły. Mógł mnie zbić, a nie zbił.
- Nie wiem - szepnęłam.
- A może niech będzie tak: tata otruje dobermany
herbatką, a złej kobiecie wbije kołek w serce. I oba pomysły wykorzystane.
Bez najmniejszego wahania, dumny z rozwiązania
problemu, wsunął mi rękę między nogi. Jego dłoń ciężka
jak głaz spoczęła mi na wzgórku.
- Tato...
- Podoba ci się? - szepnął. - Dobre zakończenie?
325
Leżałam bez ruchu. Udawałam, że to nie ja, że to jakaś inna dziewczynka, czyjeś obce drżące ciało, a kiedy
usłyszałam, że ojciec oddycha głęboko i równo, wyślizgnęłam się z łóżka. Nie zaskrzypiała ani jedna sprężyna
w materacu, bezdźwięcznie obróciłam gałkę w drzwiach.
Ruszyłam biegiem, najszybciej jak mogłam. Na dole
schodów potknęłam się i uderzyłam w głowę. Krew płynęła mi po twarzy, a ja zamaszystym gestem otworzyłam
drzwi wejściowe i wybiegłam w noc, na bosaka. Grunt
usunął mi się spod nóg, nie wiedziałam już, kim ani
czym powinnam być.
Nad ranem jakiś policjant znalazł mnie na podwórku u
sąsiadów i zaprowadził do domu. Trzymając mnie za
rękę, zadzwonił do drzwi. Otworzył ojciec. Miał na sobie
najlepszy garnitur, nawet Joley był ubrany w świąteczny
strój, z zapinanym na guzik krawatem.
- Przed chwilą dzwoniłem na posterunek - oświadczył ojciec rozpromieniony. - To się nazywa szybka reakcja.
Żartował z policjantem, zaprosił go na kawę. Spojrzał
na rozcięcie na moim czole, chciał zetrzeć zaschniętą
krew palcem, ale się odsunęłam.
- Jak chcesz - powiedział. - Idź na górę i doprowadź
się do porządku.
Szłam po schodach, za mną Joley, a ojciec rozmawiał
z policjantem.
- Nie wiemy, w czym rzecz. Mała ma koszmary.
- Co ci zrobił? - spytał Joley, gdy zamknęłam za nami drzwi łazienki.
Nic mu nie powiedziałam, ale pozwoliłam patrzeć, jak
przemywam rozcięcie wodą utlenioną. Przygotował mi
326
plaster. Nie zdziwiło mnie, że skaleczenie miało kształt
krzyża.
Powiedziałam bratu, że muszę zrobić siku, i wypchnęłam go za drzwi. Potem zamknęłam je starannie, ściągnęłam przez głowę koszulę nocną, podarłam ją na strzępy i
wrzuciłam do kubła na śmieci. Na wewnętrznej stronie
drzwi wisiało duże lustro, w którym mama się przeglądała, szykując się na specjalne wyjścia. Z parteru dobiegał
mnie śmiech ojca. Patrzyłam w lustro, szukając jakichś
znaków na częściach ciała, które znienawidziłam, lecz
nic się nie zmieniło. Stałam wyprostowana, smukła, z
rękami opuszczonymi wzdłuż boków. Z obcego rytmu w
sercu poznawałam, że jestem inną osobą. Nie rozumiałam, jak to możliwe, żebym w tej sytuacji wyglądała całkiem zwyczajnie.
43.
JANE
Powiedziałam Rebece, żeby dzień w Chicago zaplanowała, jak zechce. Ja nie byłam w nastroju. W nocy
mało spałam, a ponieważ krzyczałam przez sen, ona też
nie wypoczęła. Obudziłam się w jej objęciach. „Wstawaj,
wstawaj”, powtarzała. Nie powiedziałam jej, co mi się
śniło. Skłamałam, że chodziło o katastrofę lotniczą. A
potem, rano, gdy brała prysznic, zadzwoniłam do Joleya.
Po rozmowie z nim byłam zdecydowana jechać prosto do
Massachusetts. Do diabła z planami Joleya i jego listami,
do diabła z moimi problemami z orientacją w terenie. Z
tego, co widziałam na mapie, mogłybyśmy być w Massachusetts następnego dnia rano. W samochodzie zapytałam Rebekę, co o tym myśli. Spodziewałam się wybuchu
radości, bo gdy sądziła, że nie patrzę, liczyła stany, które
nam pozostały do odwiedzenia. Tymczasem spojrzała na
mnie ze smętną miną.
- Chcesz odpuścić w połowie drogi?
- Co za różnica? - zdziwiłam się. - Przecież i tak
chodzi o to, żeby dotrzeć do Massachusetts.
Rebeka spojrzała na mnie posmutniałymi oczami.
Wbiła się w siedzenie, założyła ręce na piersi.
328
- Rób, co chcesz.
Co miałam robić? Pojechałyśmy do Chicago. Nawet
gdybyśmy miały jechać od razu na miejsce, i tak było po
drodze.
Chętnie zajrzałabym do Art Institute, wyjątkowego,
encyklopedycznego muzeum sztuki, albo wjechała na
platformę widokową Sears Tower, jeszcze niedawno
najwyższego drapacza chmur w kraju, lecz ona wybrała
Shedd Aquarium, mieszczące się w ośmiokątnym budynku z białego marmuru, stojącym nad brzegiem jeziora
Michigan. W broszurze, którą wzięła przy wejściu, zaznaczono dumnie, iż jest to największe kryte akwarium
na świecie.
Rebeka biegnie od razu do kolosalnego zbiornika w
centralnej części budowli, gdzie odtworzono karaibską
rafę koralową, razem z płaszczkami, rekinami, żółwiami
morskimi oraz węgorzami. Odskakuje do tyłu, gdy rekin
piaskowy rzuca się na rybę podawaną przez nurka.
- Zobacz, jakie ma brzuszysko. Na pewno nie jest
głodny. Po co je, skoro nie jest głodny?
Rekin wbija zęby w rybę, odgryza połowę. Drugą
część bierze delikatniej. Nurek drapie go po nosie. Ryba
wygląda na zrobioną z szarej gumy.
Idziemy przez wystawę stworzeń słonowodnych,
gdzie ryby pływają jaskrawymi ławicami jak latawce na
szerokim niebie. Mają najbardziej nieprawdopodobne
kolory. Zawsze mnie to zdumiewało. Po co się stroić w
cytrynę, fuksję albo fiolet głęboko pod wodą, gdzie nikt
tego nie widzi?
329
Mijamy pomarańczowe błazenki z białymi paskami,
potem rozdymki, które puchną i wyglądają jak jeżozwierze, jeśli jakaś inna ryba zanadto się zbliży. Są tu ryby z
Morza Śródziemnego i z Oceanu Arktycznego. Z całego
świata.
Zostaję na dłużej przed jaskrawofioletową rozgwiazdą. W życiu nie widziałam tak intensywnego koloru.
- Chodź, zobacz! - wołam Rebekę.
Staje obok mnie i bezdźwięcznie mówi:
- Aaale!
- Jak myślisz, dlaczego ma jedną nóżkę krótszą? Moje pytanie słyszy przechodząca nieopodal kobieta w białym fartuchu laboratoryjnym. Biolog morski? Pochyla się
nad niewielkim zbiornikiem. Jej oddech osiada mgiełką
na szybie.
- Rozgwiazdy potrafią się regenerować. Co oznacza,
że w miejsce nóżki urwanej czy uciętej wyrasta nowa.
- Jak u traszki - mówi Rebeka, a kobieta kiwa głową.
- Wiedziałam - mówię do siebie. - To dlatego, że
rozgwiazdy żyją w basenach pływowych - ciągnę głośniej. - Fale często naruszają równowagę tego środowiska, więc nic nie ma szans tam osiąść na stałe.
- Rzeczywiście - potwierdza kobieta. - Jest pani biologiem?
- Mam męża biologa.
Rebeka potakuje.
- Nazywa się Oliver Jones. Zna go pani?
Kobieta z wrażenia wstrzymuje oddech.
- Ten Oliver Jones? A niech mnie! Czy mogłybyście
chwilę zaczekać? Chciałabym wam kogoś przedstawić.
330
- Męża tutaj nie ma - wyjaśniam. - Nie przypuszczam, żebym ja okazała się interesująca dla tej osoby.
- Ależ na pewno. Już choćby dlatego, że jest pani jego żoną.
Znika za panelem, w którym bym się nigdy nie domyśliła drzwi.
- Skąd wiesz o basenach pływowych? - pyta Rebeka.
- Nauczyłam się mimochodem. Kiedy chodziłam z
twoim ojcem, nie mówił o niczym innym. Jeśli będziesz
grzeczna, opowiem ci o krabach pustelnikach i meduzach.
Rebeka przyciska nos do szkła.
- Niesamowite, że ludzie w Chicago znają tatę. Jakoś
tak przez to jesteśmy sławne.
Pewnie ma rację, przynajmniej jeśli chodzi o grupę
ludzi zajmujących się oceanami. W żaden sposób nie
łączyłam tego akwarium z Oliverem, przynajmniej nie
świadomie. Te delikatne ryby, te drżące bezkręgowce są
krańcowo odległe od atletycznych wielorybów, jego miłości. Aż dziwne, że jedne i drugie żyją w tym samym
środowisku. Trudno uwierzyć, iż wieloryby nie zajmują
całej wolnej przestrzeni, nie zjadają całego dostępnego
pożywienia. A jednak. Nie stanowią dla ryb tropikalnych
żadnego zagrożenia. Są ssakami. Nie jadają ryb. Za pomocą fiszbinów odfiltrowują plankton.
Mam przed oczami torebkę strunową, spadającą na
parter, na meksykańskie niebieskie płytki w domu w San
Diego. Fiszbiny.
- Mamo. - Rebeka ciągnie mnie za koszulkę.
Przede mną tkwi typowy mól książkowy z kozią
bródką i najcieńszymi brwiami, jakie widziałam u mężczyzny.
331
- Nie wierzę własnym oczom - mówi. - Chociaż stoję
z panią twarzą w twarz.
- Nie ma powodu do zachwytów - hamuję go. - Nie
mam żadnej styczności z wielorybami.
Nieznajomy uderza się dłonią w czoło.
- Ale ze mnie głupek! Nazywam się Alfred Oppenbaum. Miło mi panią poznać. To dla mnie prawdziwy
zaszczyt.
- Pan zna Olivera?
- Czy go znam? Jest dla mnie bogiem!
Rebeka rzuca kilka słów przeprosin i znika za zbiornikiem z danio pręgowanymi, dopiero tam zaczyna się
śmiać.
- Śledziłem wszystkie jego osiągnięcia - kontynuuje
młody człowiek. - Mam nadzieję - pochyla się ku mnie,
zniża głos - mam nadzieję zostać tak wybitnym naukowcem jak on.
Alfred Oppenbaum ma może ze dwadzieścia lat, co
oznacza, że przed nim jeszcze długa droga.
- Zapewniam pana...
- Proszę mi mówić po imieniu. Al.
- Zapewniam cię, Al, że wspomnę o tobie mężowi.
- Byłbym ogromnie wdzięczny. Proszę mu przekazać, że moim ulubionym artykułem jest ten dotyczący
przypadkowości i sekwencji motywów w pieśniach długopłetwców.
Uśmiecham się.
- Cóż...
Wyciągam rękę.
- Nie może pani jeszcze odejść. Muszę pani pokazać
element wystawy, który właśnie projektuję.
Prowadzi nas za ten maskujący drzwi panel w ścianie.
332
Tam znajdują się stulitrowe akwaria, pełne skorupiaków i
ryb. Po zewnętrznej stronie szyb każdego zbiornika zwisają siatki i gniazdka elektryczne. Widzimy również tyły
akwariów udostępnionych zwiedzającym.
Wszyscy tutaj noszą białe fartuchy, które w świetle
żarówek fluorescencyjnych nabierają niebieskawego odcienia. Al, mijając kolejne osoby, coś do nich szepcze.
Obracają się w naszą stronę, gapią z otwartymi ustami.
- Dzień dobry, pani Jones - mówią jedno za drugim.
Całkiem jak służba pozdrawiająca osobę królewskiego
rodu.
- Dzień dobry, pani Jones.
Jedna z kobiet, pewnie odważniejsza, występuje do
przodu, zagradzając mi przejście.
- Dzień dobry pani - mówi. - Nazywam się Holly
Hunnewell. Czy może pani nam powiedzieć, nad czym
doktor Jones teraz pracuje?
- Planował podróż za kilkoma humbakami, podążającymi ze Wschodniego Wybrzeża Stanów na żerowiska
w pobliżu Brazylii - odpowiadam i słyszę wyraziste
„Och!”. - Nie wiem, do czego konkretnie potrzebne mu
są te badania - dorzucam przepraszająco.
Kto by pomyślał, że Oliver ma tylu wielbicieli? Al
prowadzi nas do mrugających rurek.
- Teraz nie robią wielkiego wrażenia. Najlepiej wyglądają w ultrafiolecie.
Kiwnięciem głowy porozumiewa się z kolegami, w
pomieszczeniu robi się ciemno. Al wciska guzik i niespodziewanie rozlega się jego głos, komentarz nagrany
na tle ćwierkania i szczebiotu wielorybów. Nie wiadomo
333
skąd pojawia się neonowo niebieski zarys humbaka.
Rozkłada płetwę ogonową.
- W latach siedemdziesiątych doktor Oliver Jones
odkrył, iż walenie z gatunku humbaków dysponują, podobnie jak ludzie, umiejętnością rozbudowywania oraz
przekazywania swoich pieśni z pokolenia na pokolenie.
Na skutek długotrwałych i pracochłonnych badań doktor
Jones wraz ze współpracownikami zdefiniował metodę
identyfikacji za pomocą pieśni konkretnych stad wielorybów, także śledzenie szlaków wędrówek tych ssaków
morskich na oceanach całego świata. Przedstawił również teorie dotyczące corocznych zmian w pieśniach wielorybów. Chociaż znaczenie śpiewu pozostaje dla nas
tajemnicą, wiemy, że pieśni wykonują wyłącznie samce,
co prowadzi naukowców do skłaniania się ku tezie, iż
wydawane przez nie dźwięki służą wabieniu samic.
Głos Ala cichnie, wołanie i grzechotanie wieloryba
przechodzi w crescendo.
- Oliver będzie pod wrażeniem - odzywam się po jakimś czasie.
- Tak pani sądzi? - raduje się Al. - Cieszę się, że pani
mu powie o moim pomyśle.
- Powiem mu, że powinien tu przylecieć i sam obejrzeć prezentację.
Niewiele brakuje, by Al zemdlał. Rebeka odstawia na
miejsce młodego żółwia lądowego, którego pieszczotliwie drapała po skorupie, i wychodzi za mną do sali wystawowej.
Gdy odzyskujemy bezpieczeństwo w ciemnym akwarium, siadam na jednej z marmurowych ław, rozstawionych po całym wnętrzu.
334
- Nie do wiary. Nawet go tu nie ma, a i tak potrafi
zmarnować człowiekowi dzień.
- E, przesadzasz. W sumie było całkiem fajnie.
- Nie miałam pojęcia, że ludzie w środku kontynentu
wiedzą cokolwiek o wielorybach. Że w ogóle mają ochotę o nich myśleć.
Rebeka uśmiecha się szeroko.
- Nie mogę się doczekać, kiedy opowiem o tym tacie.
- Będziesz musiała jeszcze parę chwil zaczekać oznajmiam nieco zbyt ostro.
Patrzy na mnie zdziwiona.
- Powiedziałaś, że mogę do niego zadzwonić.
- To było dawno. Jeszcze blisko Kalifornii. Zresztą i
tak nie ma go w domu. Na pewno pojechał nas szukać.
- Skąd wiesz? Gdyby nas szukał, toby już znalazł.
Ma rację. Nie wiem, czemu tak opornie mu idzie.
Chyba że poleciał od razu do Massachusetts.
- Lub może jednak wybrał się do Ameryki Południowej.
- Tego by nie zrobił. Musisz to przyznać, nawet jeśli
o nim źle myślisz.
Rebeka odchyla się na oparcie, zaczepia pięty na krawędzi siedziska.
- Na pewno za tobą tęskni - mówię.
Uśmiecha się do mnie. Za jej plecami widzę srebrne
ryby, cienkie jak papier. Oliver z pewnością wie, jak się
nazywają. Tutaj, w akwarium, potrafiłby nazwać każde
stworzenie.
- Założę się, że za tobą też - odpowiada Rebeka.
44.
OLIVER
Pierwszy raz zobaczyłem Jane w Woods Hole, stojąc
po pas w ciemnej wodzie. Ona była na przystani promu,
nie wiedziała, że ją obserwuję, zgiętą wpół nad przegniłym ogrodzeniem, ubraną w letnią sukienkę w drobną
kolorową kratkę. Wiatr przyklejał tkaninę do jej krągłych
kolan. Nie wiedziała, że widzę, jak na mnie patrzy. Gdyby wiedziała, czułaby się upokorzona. Była bardzo młoda, bezdyskusyjnie. Zdradzał to sposób żucia gumy czy
choćby wodzenie czubkiem sandała po rysach w drewnie. Badałem wtedy baseny pływowe, a ona przywodziła
na myśl stworzenie z innego siedliska, mianowicie ślimaka. Istotę bezbronną, gdy się ją pozbawi skorupy.
Odebrała mi spokój. Musiałem koniecznie zobaczyć ją
całą, prawdziwą, bez pancerza.
Ponieważ nie byłem dobry w podchodach towarzyskich, udawałem, że jej wcale nie widzę, że nie dostrzegam jej zerkania w moją stronę, gdy wsiadała na prom
płynący na wyspę Martha's Vineyard. Najzwyczajniej w
świecie założyłem, że pojawiła się w moim życiu na
moment i nigdy więcej na siebie nie wpadniemy. Na
wszelki wypadek jednak zostałem przy pracy w dokach
dwa dni dłużej, niż to było konieczne.
336
Wiedziałem, że do niej należy portmonetka unosząca
się na powierzchni wody, zanim ją otworzyłem. Mimo
wszystko ręce mi się trzęsły, gdy pchnąłem zatrzask i
wyjąłem ze środka mokrą legitymację.
Aha, więc ma na imię Jane, pomyślałem.
W tamtym okresie życia podporządkowywałem
wszystko jednemu celowi, poświęciłem się badaniom
związanym z biologią oceaniczną. Wykształcenie zdobyłem na Harvardzie, w trybie przyśpieszonym, więc po
trzech latach otrzymałem dyplom oraz stopień naukowy i
w ten sposób, w wieku lat dwudziestu, zostałem najmłodszym badaczem w Woods Hole.
Nie miałem wielu przyjaciół. Nie odróżniałem dni tygodnia od weekendów, zawsze mnie zaskakiwał widok
promu wypełnionego po brzegi pasażerami udającymi się
na czterdziestoośmiogodzinny wypoczynek. Dzień w
dzień chodziłem ubrany w piankę, wyciągałem z morza
rozgwiazdy, mięczaki i stawonogi, żyjące na dnie w
płytkich wodach oceanu. Na randki się nie umawiałem.
Dlatego byłem zaskoczony, że przedmiot związany ze
stałym lądem, laminowana legitymacja obcej małolaty,
wywołał u mnie gwałtowne reakcje. Biorąc prysznic i
ubierając się w ramach przygotowań do długiej drogi do
Newton, stale wykrywałem u siebie zastanawiające reakcje fizyczne. Palpitacje. Nadmierne pocenie. Nudności.
Zawroty głowy.
Państwo Lipton mieszkali na Commonwealth Avenue.
Zajmowali jedną z mniejszych posiadłości w Newton,
dziś byłaby ona warta kilka milionów dolarów.
337
Zaparkowałem na podjeździe i wdusiłem przycisk
dzwonka. Z wnętrza dotarł dźwięk przypominający ryk
lwa. Spodziewałem się służącej, tymczasem drzwi otworzyła sama Mary Lipton, matka Jane. Tak założyłem, a
pamiętałem ją z doku. Była to kobieta filigranowa, krucha, o kasztanowych włosach, upiętych w kok. Mimo
ciepłego czerwca miała na sobie wełniany sweter.
- Słucham pana?
Minęło kilka chwil, nim przypomniałem sobie ludzki
język.
- Nazywam się Oliver Jones - wykrztusiłem w końcu. - Pracuję w Instytucie Oceanografii w Woods Hole.
Przyjąłem, że dzięki prestiżowi instytutu zyskam w
zaistniałej sytuacji kilka punktów. Założenie okazało się
błędne.
- Znalazłem portmonetkę, przyjechałem ją oddać.
Mary Lipton wzięła ode mnie portmonetkę córki, obróciła ją w drobnych dłoniach.
- Rozumiem - rzekła, ważąc słowa. - Fatygował się
pan tak daleko?
- Byłem w okolicy.
Wtedy się uśmiechnęła.
- Zapraszam do środka. Dzieci są w ogródku.
Poprowadziła mnie przez hol: między rzeźbionymi
dębowymi panelami, po marmurowej podłodze, pod zdobionym freskami sufitem. Pod wpływem impulsu odwróciłem się i spojrzałem na drzwi wejściowe: duże witrażowe okna rzucały na chłodny marmur diamentowy
wzór. Wyrastałem w Wellfleet, na Cape Cod, w domu,
który dla turysty przyjeżdżającego na lato miał całkiem
338
przyzwoitą wielkość i standardy, ale nie wytrzymywał
porównania z taką bostońską rezydencją. Mary wypytała
mnie o rodzinę, zawód i wykształcenie. Przeprowadziła
przez bibliotekę, następnie salon, a tam, przez ogromne
balkonowe drzwi, na ganek. Roztaczał się stamtąd widok
na trawiasty pagórek, ukryty w cieniu lasu. Bliżej domu
trawnik plamiły dwa ręczniki, czerwone jak kałuże krwi.
Siedzieli na nich dziewczynka i chłopiec, Jane i zapewne
jej brat. Gdy matka podeszła do drewnianej barierki, oboje instynktownie podnieśli wzrok. Jane miała na sobie
bikini, żółte. Wciągnęła przez głowę T-shirt i podbiegła
do ganku.
- Pan Jones przywiózł twoją portmonetkę - oznajmiła
Mary.
- Bardzo panu dziękuję - odezwała się Jane takim tonem, jakby ćwiczyła wypowiadanie tej kwestii.
Wyciągnąłem rękę.
- Nazywam się Oliver. Mów mi po imieniu.
- Dobrze - zaśmiała się Jane. - Zostaniesz chwilę?
Gdy się śmiała, błyszczały jej oczy. Miały niespotykany kolor, jak kocie.
Mary Lipton zawołała chłopca siedzącego na trawniku.
- Joley, chodź, przyniesiemy lemoniadę.
Chłopiec wstał posłusznie. Chociaż skończył dopiero
jedenaście lat, stanowił wzór urody. Miał gęste włosy,
mocno zarysowaną szczękę, olśniewający uśmiech.
- Jakby sama nie mogła przynieść - rzucił, trącając
lekko Jane, gdy koło niej przechodził.
- Zostanę - potwierdziłem. - Ale niedługo, bo muszę
wracać na Cape Code.
339
- Pracujesz tam?
Wróciły zawroty głowy. Oparłem się o chłodne drewno ganku.
- Jestem biologiem morskim.
- Ooo... Ja jeszcze chodzę do szkoły.
Gdybym był mądrzejszy, zakończyłbym sprawę na
tym etapie. Różnice wieku zanikają z upływem czasu, ale
w okresie dojrzewania pięć i pół roku to wieczność. Jane
patrzyła na mnie... jakbym był stary. Jakby wzrok ją
omamił wtedy w Woods Hole, jakby widziała przez mgłę
kogoś, kto przy następnym spotkaniu okazał się zupełnie
inną osobą, niż oczekiwała.
- Mam dwadzieścia lat - powiedziałem, mając nadzieję, że pojmie moje intencje.
Odprężyła się, a w każdym razie mnie się tak wydawało.
- Rozumiem.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie przywykłem do
kontaktów z ludźmi, większość czasu spędzałem w wodzie. Jane wybawiła mnie z kłopotu.
- Co robiłeś w doku?
I tak opowiedziałem jej o basenach pływowych, o
licznych skorupiakach żyjących w tak niesprzyjającym
środowisku, o tym, że przez kilka lat będę je badał i napiszę o nich pracę.
- A co potem? - spytała.
- Co potem?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Zbyt wiele zależało od tego końcowego etapu.
- Zajmiesz się czymś innym? Nie wiem, fladrami albo miecznikami? Albo może delfinami? - Uśmiechnęła
340
się do mnie szeroko. - Lubię delfiny. To znaczy, nic o
nich nie wiem, ale zawsze wyglądają na szczęśliwe.
- Ty też - wypaliłem i zamknąłem oczy.
Głupek, potworny głupek. Niechętnie otworzyłem
oczy, po kolei, jedno po drugim, a ona ciągle stała w tym
samym miejscu, czekając na odpowiedź na swoje pytanie.
- Jeszcze nie wiem, co będę robił - powiedziałem
zgodnie z prawdą. - Może zajmę się delfinami.
- Aha.
- Aha - powtórzyłem, jakby właśnie zapadła decyzja
w sprawie moich dalszych losów. - Teraz muszę już iść,
ale chciałbym się z tobą jeszcze zobaczyć. Chciałbym się
z tobą widywać.
Jane spiekła raka.
- Fajnie.
Jedno krótkie słowo zdjęło mi z barków ogromny ciężar. Podobną euforię czułem wówczas, gdy jako nieletni
uczeń opublikowałem pierwszy artykuł naukowy. Główna różnica polegała na tym, że wtedy zastanawiałem się,
jak daleko zajdę, a teraz potrafiłem myśleć wyłącznie o
Jane Lipton.
Na ganku pojawił się jakiś mężczyzna. Teraz już swoje wiem, ale przedtem uznałem, że tylko wyobraźnia każe mi sądzić, iż Jane stężała.
- Jones? - odezwał się mężczyzna dudniącym głosem. - Alexander Lipton. Dziękuję panu za przyniesienie
portfela Jane.
- Portmonetki - poprawiła go Jane szeptem. - To
portmonetka.
- Nie ma za co.
Uścisnąłem wyciągniętą dłoń.
341
Ojciec Jane był mężczyzną postawnym, dominującym,
miał skórę pociemniałą od opalenizny i zmrużone oczy.
Muszę przyznać: te oczy od razu mnie zaniepokoiły, nie
mogłem odróżnić źrenicy od tęczówki, obie były równie
czarne. Miał na sobie strój do golfa. Podszedł do Jane,
objął ją ramieniem.
- Już sami nie wiemy, co robić z naszą małą - powiedział.
Jane wywinęła się z uścisku i mruknęła coś o sprawdzaniu lemoniady. Drzwi do domu otworzyła tak delikatnie, że nawet się dobrze nie bujnęły na zawiasach. Zostawiła mnie z ojcem samego.
- Słuchaj no mnie pan, panie Jones - odezwał się
Alexander Lipton. Momentalnie zmienił się na twarzy.
Przywodził na myśl prawnika od spraw kryminalnych,
stał się człowiekiem o twardym charakterze, który nie
ustąpi na krok. - Powiedziałem Jane, że jak skończy piętnaście lat, może się spotykać, z kim zechce. Skoro jej się
podobasz, nie ma sprawy, jej wybór. Ale jeśli ją skrzywdzisz, przysięgam na Boga, powieszę cię za jaja na wieży
kościoła. Wiem, że masz ogładę, sam byłem w Harvardzie, jednak jeżeli ją tkniesz, zanim skończy siedemnaście
lat, odechce ci się żyć, gwarantuję.
Wziąłem go za psychopatę. Przecież w ogóle mnie nie
znał. Chwilę później Alexander Lipton rozchmurzył się
jak niebo po burzy, rysy mu złagodniały, zmienił się w
człowieka interesów w średnim wieku.
- Żona mówi, że jesteś biologiem morskim.
Zanim zebrałem się na odpowiedź, przyszły Jane z
matką, niosąc tacę, na której stały trzy szklanki oraz
okryty szronem dzbanek. Jane nalała lemoniadę, Mary
342
podała nam szklanki. Alexander Lipton pochłonął napój
jednym łykiem, a gdy tylko odsunął szklankę od ust, żona znalazła się u jego boku, by go uwolnić od naczynia.
Pożegnał się z nami i wyszedł, Mary poszła za nim.
Patrzyłem na Jane. Trzymała szklankę w obu dłoniach, prawdziwe dziecko. Poczekałem, aż wypije
wszystko, wtedy powtórzyłem, że już naprawdę muszę
iść.
Odprowadziła mnie do samochodu. Staliśmy chwilę
przed moim starym buickiem. Słońce przypiekało głowy.
Jane podniosła na mnie wzrok.
- Specjalnie wrzuciłam portmonetkę do wody - powiedziała.
- Wiem - przyznałem.
Zanim wsiadłem do samochodu, zapytałem, czy mogę
ją pocałować na do widzenia. Zgodziła się, więc ująłem
twarz dziewczyny w ręce. Wtedy po raz pierwszy jej
dotknąłem. Skórę miała sprężystą, lekko tłustą od olejku
do opalania. Zamknęła oczy i odchyliła głowę. Czekała.
Pachniała masłem kakaowym i czystym potem. Bardzo
chciałem ją pocałować, lecz w uszach ciągle miałem głos
jej ojca. Uśmiechnąłem się do swojego szczęścia i myśląc o tym, że mam bardzo dużo czasu, przycisnąłem
wargi do czoła Jane.
45.
JANE
Kochany Joleyu!
Chciałabym, żeby tata mógł mnie teraz zobaczyć. Cały
ranek spędziłyśmy z Rebeką na torze wyścigów samochodowych Indianapolis Speedway, poszłyśmy też do muzeum poświęconego NASCAR, Narodowej Organizacji
Wyścigów Samochodów Seryjnych i wszelkim przedmiotom związanym z takimi wyścigami. Pamiętasz, jak co
roku oglądaliśmy z tatą całe pięćset okrążeń? Nigdy nie
rozumiałam, dlaczego wyścigi samochodowe były dla
ojca ważne. Zwłaszcza że sam nigdy nie próbował sił w
tej dyscyplinie sportu. Kiedyś, gdy byłam już starsza,
powiedział, że chodzi mu o zawrotną szybkość. My, pamiętam, oglądaliśmy wyścigi ze względu na katastrofy.
Lubiłam efektowne wybuchy na torze i kłęby hebanowego
dymu, podobało mi się, że inne samochody jadą dalej
prosto, w środek wiru, w to swoiste czarne pudło i wyjeżdżają z niego nienaruszone.
Musiałam praktycznie zaciągnąć Rebekę do autobusu
jadącego torem wyścigowym. Zamknęłam oczy i próbowałam sobie wyobrazić tę prędkość, która oczarowała
tatę. Nie było to łatwe w pojeździe pełznącym siedemdziesiąt kilometrów na godzinę po nawierzchni
344
przeznaczonej do poruszania się z prędkością pięć razy
większą. Gdy wy siadłyśmy, każda z nas otrzymała kartę,
podpisaną przez prezesa toru: „Niniejszym potwierdzam,
iż okaziciel tego biletu zaliczył jedno okrążenie toru wyścigowego „Indianapolis »500« Mile Speedway”. Zaśmiałam się. To wcale nie tak dużo, wiesz? Tata na pewno przyczepiłby tę kartę nad swoim biurkiem, na tablicy
przeznaczonej na biuletyn Stowarzyszenia Inżynierów
Motoryzacji, którą mama bezskutecznie usiłowała zdjąć.
A potem tak: gdy dostałyśmy po karcie, zaczęłam się
zastanawiać, co właściwie miałabym z nią zrobić. Na
pewno nie przyczepiłabym jej na lodówce ani na żadnej
tablicy. Nie była też dość ważna, żebym ją chciała nosić
w portfelu. Zastanawiałam się, czy by jej nie położyć na
grobie taty, jak już dotrę do Massachusetts. I jak tylko o
tym pomyślałam, palce mi się same rozsunęły, naprawdę
ot tak, po prostu, jakby stanowiły część ciała należącego
do kogoś innego, i wiatr poniósł kartę ku niebu. Był piękny dzień, nad głową miałam białe puszyste obłoki, od
spodu gładkie jak wyprasowane, jakbym na nie patrzyła
przez szklany blat stołu, na którym zostały starannie ułożone. Karta frunęła wyżej i wyżej, w stronę słońca, a gdy
sobie uświadomiłam, że jej więcej nie zobaczę, na mojej
twarzy pojawił się uśmiech.
Nie wiem, dlaczego uznałam, że muszę Ci o tym opowiedzieć. Wydaje mi się, że ten list częściowo ma być przeprosinami za to, jak Cię potraktowałam, kiedy do Ciebie
dzwoniłam. Czasami zachowuję się tak, jakby to była
Twoja wina, że tata nigdy Ci nic nie zrobił, a ja odgrywam męczennicę. Może usiłuję to jakoś poukładać. Znaleźć sens.
345
O pewnych rzeczach nigdy Ci nie mówiłam, przynajmniej nie otwarcie. Na pewno już dawno się domyśliłeś. Miałam powody milczeć. Gdy ojciec zaczął przychodzić nocą do mojego pokoju, myślałam, że zwariuję. I
nieważne, że przychodził zaledwie raz czy dwa w miesiącu. Zawsze wtedy był dla mnie bardzo miły. Powtarzał, że
jestem kochaną córeczką, a ja mu wierzyłam. Mimo
wszystko, gdy gałka w drzwiach zaczynała się obracać,
pałce same mi się zaciskały na krawędzi materaca i krew
gęstniała w żyłach. Dochodziłam do stanu, gdy jedynym
sposobem na pozwolenie mu, by robił, co chciał, było
udawanie, że ja to nie ja. Wyobrażałam sobie, że jestem
w zupełnie innej części pokoju, w którymś kącie albo w
szafie. Patrzyłam. Widziałam wszystko, co się działo, a to
już nie było aż takie straszne.
Któregoś ranka udałam, że jestem chora, bo nie chciałam iść do szkoły. Gdy mama szykowała mi drugie śniadanie, powiedziałam jej, że tata przyszedł w nocy do mojego pokoju. Upuściła puszkę z tuńczykiem, olej zbryzgał
całą podłogę.
- Na pewno ci się śniło.
Obie kucnęłyśmy, sprzątając z linoleum tłuszcz i kawałki ryby.
Powiedziałam jej, że to nie pierwszy raz i że tego nie
lubię. Rozpłakałam się, mama przytuliła mnie, zostawiając na nocnej koszuli tłuste ślady palców. Obiecała mi, że
to się więcej nie powtórzy.
Tego wieczoru tata nie przyszedł do mojego pokoju.
Poszedł do swojej sypialni. Docierały do nas odgłosy
koszmarnej awantury. Słyszeliśmy krzyki, głuche trzaski,
346
brzęk tłuczonego szkła. W środku tej awantury Ty wślizgnąłeś się do mojej sypialni i ukryłeś pod kołdrą. Rano
mama miała zabandażowaną rękę, a kawałek ramy łóżka
rodziców, zrobionego z sosny, był odłupany.
Gdy tata pojawił się w mojej sypialni następnym razem, oznajmił, że musimy poważnie porozmawiać. „Ja
znajduję dla ciebie czas, staram się, żeby nam było przyjemnie, a ty jak mi dziękujesz? Biegniesz do mamy skarżyć się, że nie lubisz spędzać ze mną czasu!”. Powiedział,
że musi mnie za takie zachowanie ukarać. Postanowił
dać mi klapsa, tym razem na gołą pupę. Potem ostrzegł
mnie, żebym już nikomu o niczym nie mówiła. Bo najlepiej, żeby nikt nie ucierpiał. Ani mama, ani Joley, nikt.
Oglądając się wstecz, myślę, że miałam sporo szczęścia. Od pracowników socjalnych w San Diego słyszałam
o dzieciach młodszych niż ja, które znosiły znacznie gorsze molestowanie seksualne. W moim przypadku nigdy
nie wyszło ono poza dotykanie, i wszystko razem trwało
dwa lata. Gdy skończyłam jedenaście lat, urwało się
równie gwałtownie, jak zaczęło.
Chciałam, żebyś wiedział, dlaczego nigdy Ci o tym nie
mówiłam, chociaż przypuszczam, że już dawno się domyśliłeś. Teraz już tata raczej Cię nie skrzywdzi.
Proszę Cię, nie bądź na mnie zły. Nie gniewaj się...
Przerywam pisanie i czytam list. Rebeka odkręca wodę pod prysznicem, zaczyna śpiewać na cały głos. Po
chwili namysłu drę papier na strzępy. Na tak wiele kawałków, że na każdym zostaje nie więcej niż jedno słowo. Wrzucam je do kosza na śmieci, a potem biorę
347
zapałki zostawione przez obsługę przy łóżku i podpalam
te papierowe skrawki. Kosz jest z plastiku, płomień
przypieka ścianki.
Nigdy już nie będą różowe jak wnętrze muszli, myślę.
Najwyraźniej zniszczyłam kosz.
46.
JOLEY
Kochana Jane,
gdy miałaś dwanaście lat, dostałaś królika imieniem
Fitzgerald. Wypatrzyłaś to słowo na którejś z półek w
szkolnej bibliotece i Ci się spodobało. Sam królik nie był
tak interesujący jak związane z nim okoliczności. Tata
złamał mamie dwa żebra. Poszła do szpitala, a Ty się tym
tak przejęłaś, że nie chciałaś jeść, pić, spać ani w ogóle
nic. W końcu tata Cię przekabacił, przynosząc do domu
tego królika, w kolorze ciasteczka Oreo, z uszami, które
nie do końca chciały stanąć.
Na nieszczęście był wtedy luty, więc zamiast zbudować
zwierzakowi domek w ogródku, na Twoją prośbę zatrzymaliśmy go w domu. Znieśliśmy ze strychu wielkie stare
akwarium, ustawiliśmy je na podłodze w salonie. Nasypaliśmy na dno ściółki, pachnącej lasem, i wpuściliśmy
Fitzgeralda do środka. Kicał w kółko, przyciskał nos do
szkła. Skrobał pazurami w kątach.
Po jakimś czasie okazało się, że to prawdziwie diabelskie nasienie. Przegryzał przewody telefoniczne, robił
dziury w skarpetkach, napoczął fotel bujany. I mnie skaleczył.
349
Kochałaś to stworzenie z piekła rodem. Wkładałaś mu
ubranka dla lalek, zabierałaś go do swojej błyszczącej
odświętnej torebki, śpiewałaś mu ballady Beatlesów.
Któregoś ranka zastaliśmy go leżącego na boku. Odkryliśmy wtedy, że jest samcem. Przeczuwałaś, że taka
zmiana pozycji to zły znak. Kazałaś mi wsadzić rękę do
klatki Fitzgeralda, a skoro mnie nie skubnął, stało się
jasne, że jest chory. Mama odmówiła zabrania go do
weterynarza. Musiałaby w takim wypadku zbliżyć się do
zwierzęcia, a to nie wchodziło w rachubę. Kazała Ci zachowywać się rozsądnie i przygotować do szkoły.
Krzyczałaś, kopałaś i podarłaś tapicerkę na dwuosobowej sofie, w końcu jednak poszłaś do szkoły. Tamtego
dnia jednak, jakby za zrządzeniem opatrzności, zapowiedziano sezonowy sztorm. Gdy zaczął padać śnieg tak gęsty, że z okien klasy nie widzieliśmy boiska, zwolniono
nas ze szkoły. Po powrocie do domu zastaliśmy Fitzgeralda martwego.
Dziwne, choć nigdy wcześniej nie zetknęliśmy się ze
śmiercią, oboje doskonale wiedzieliśmy, co robić. Przede
wszystkim, natychmiast się zorientowaliśmy, że królik nie
żyje. Mieliśmy świadomość, że tak go zostawić nie można, więc zrobiliśmy, co w naszej mocy. Ja wziąłem z szafy
taty pudełko po butach, bo tylko do takiego mieścił się
króliczy trup, a Ty wynalazłaś mamy srebrne łyżki do
serwowania dań i schowałaś je w kombinezonie. Włożyliśmy ocieplane spodnie, długie buty i przyszedł czas na
przełożenie ciała do pudełka. „Ja nie mogę”, powiedziałaś, więc owinąłem zimne łapy Fitzgeralda ściereczką do
naczyń i w ten sposób go podniosłem.
350
Zanim wyszliśmy z domu, na ziemi leżało dobre dziesięć centymetrów śniegu. Zaprowadziłaś mnie na szkolny
plac zabaw, w miejsce, które widać było z okien twojej
klasy, skąd mogłaś patrzeć na grób przez cały szkolny
dzień. Wyjęłaś łyżkę z kieszeni i zaczęłaś nią dziobać zamarzniętą ziemię. Mnie też dałaś łyżkę. Godzinę później,
gdy brązowa gleba otworzyła się przed nami jak głodne
usta, złożyliśmy Fitzgeralda na wieczny spoczynek. Zmówiliśmy „Ojcze nasz”, jedyną modlitwę, jaką pamiętaliśmy. Ułożyłaś na śniegu krzyż z kamieni i w końcu się
rozpłakałaś. Było tak zimno, że łzy zamarzały Ci na policzkach.
Jedź drogą numer siedemdziesiąt do dwójki, potem
czterdziestką. Twoim celem jest Baltimore. Jeśli dotrzecie
tam przed piątą, warto zajrzeć do mojego ulubionego
muzeum - do muzeum zbiorów medycznych przy uniwersytecie Johnsa Hopkinsa.
Potem twierdziłaś, że nigdy w życiu nie miałaś królika.
Ale ja zachowałem żywe wspomnienie, z ważnego powodu. Wtedy gdy go pogrzebaliśmy, po raz pierwszy ja Ciebie prowadziłem za rękę, nie odwrotnie.
Całuję Cię
Joley
47.
JANE
Poza nami jest tylko jedna grupa zwiedzających, nastoletni chłopcy, wszyscy ubrani w koszulki ozdobione
ich hasłem przewodnim. „Badacz medycyny”. Słowa
widnieją na tle szkicu ludzkiego szkieletu zarysowanego
czarną kreską. Najwyraźniej trafiłyśmy na grupę skautów, zainteresowanych studiami medycznymi.
Jeśli tak jest rzeczywiście, jeżeli ci młodzi ludzie zamierzają zostać lekarzami, w życiu bym ich nie przyprowadziła do tego muzeum. Wydzielony z terenu kampusu
uniwersytetu Johnsa Hopkinsa jak jeniec poddany kwarantannie, budynek okazuje się jeszcze bardziej ponury w
środku niż na zewnątrz. Zakurzone półki oraz przyćmione światła każą wędrować zwiedzającym przez posępny
labirynt.
Podbiega do mnie Rebeka.
- Obrzydliwie tutaj. Chyba wujek coś pomylił.
Z tego, co widzę, jednak nie pomylił. Uwagę przykuwa pedantyczna dbałość o eksponaty, niesłychana osobliwość zbiorów. Joley kolekcjonuje fakty, a tutaj mamy
przed oczami tematy na rozmowy towarzyskie do końca
życia.
- Nie - zaprzeczam. - Na pewno nie pomylił.
352
- W głowie się nie mieści, co tu pokazują. Nie do
pomyślenia, że ktoś zadał sobie trud, żeby to wszystko
zakonserwować.
Prowadzi mnie do jednego z kątów, gdzie badacze
medycyny gęgają jak stado gęsi, pochyleni nad szklaną
gablotą. W jej wnętrzu znajduje się ogromny, przerośnięty szczur, napuchnięty i pstrokaty. Szklane oczy zastygły
skierowane na północ. Opis eksponatu wyjaśnia, że zwierzę stanowiło wynik eksperymentu, a zmarło od zastrzyków z kortyzonu. W chwili śmierci ważyło dziesięć kilogramów i dwieście gramów, czyli mniej więcej tyle co
przeciętny pudel.
Gapię się na gumowaty kształt jeszcze jakiś czas, aż
dociera do mnie wołanie Rebeki z innego miejsca sali.
Macha do mnie znad wystawy zajmującej całą długość
ściany, przedstawiającej żołądki zastygłe w czasie. W
dużych pojemnikach, napełnionych formaldehydem, pokazane są anomalie. Jest seria kulek z włosów w żołądkach kocich i ludzkich. Jest wyjątkowo ohydny słój z
żołądkiem, w którym tkwi szkielet niewielkiego zwierzęcia. „Niesamowite!”, głosi opis. „Pani Dolores Gaines z
Petersburga na Florydzie połknęła kotka”.
Okropność, myślę.
Czy ta kobieta nie wiedziała, co robi?
Pod kolejną ścianą znajduje się labirynt półek z płodami zwierzęcymi. Jest źrebię, pies, świnia. Rebeka informuje mnie, że w przyszłym roku na biologii będzie
robiła sekcję świni. Rozwój płodu ludzkiego przedstawiono w kilku stadiach: w wieku trzech tygodni, trzech
miesięcy i siedmiu miesięcy. Zastanawiam się, kto oddał
swoje dzieci do muzeum. Gdzie dziś są te matki.
353
Rebeka staje przed ludzkimi płodami. Wyciąga palec
w stronę okazu trzytygodniowego. Nawet nie przypomina on jeszcze dziecka, przywodzi na myśl raczej papierowe ucho, różową amebę. Ma czerwoną kropkę, wyglądającą jak sztorm na Jupiterze, to jest oko. Cały zarodek
jest wielkości paznokcia na małym palcu Rebeki.
- Naprawdę byłam taka mała? - pyta moja córka retorycznie.
Muszę się uśmiechnąć.
Przed trzecim miesiącem widać, że dziecko naprawdę
jest dzieckiem. Zbyt duża przejrzysta głowa poznaczona
jest cienkimi naczyniami krwionośnymi, zdążającymi do
oka okrytego czarną powieką. Patykowate ręce z płetwiastymi dłońmi oraz nogi skrzyżowane po turecku wystają
z ciała, które jest prawie samym kręgosłupem.
- Kiedy zaczyna być widać ciążę? - pyta Rebeka.
- U każdego inaczej - odpowiadam. - Chyba też zależy, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka. U mnie
nie było widać nic aż do trzeciego miesiąca.
- Jak to? Przecież ono jest takie malutkie. Co tu widzieć?
- Płód ma ze sobą spory bagaż. Kiedy byłam w ciąży
z tobą, miałam praktyki dyplomowe w szkole podstawowej. W tamtych czasach nie wolno było uczyć, jeśli się
było w ciąży. To znaczy, w zasadzie nie było to zabronione, ale nie należało do codziennych zjawisk, a po porodzie bezdyskusyjnie kończyło się pracę. W miarę jak
przybywało mi brzucha, nosiłam coraz obszerniejsze
koszmarne hipisowskie tuniki. Cały wydział zwracał mi
354
uwagę: „Jane, chyba przybrałaś na wadze”. A ja odpowiadałam „No właśnie, i jakoś nie mogę schudnąć”. Zdarzało się, że musiałam uciekać z konsultacji, bo dostawałam mdłości. Wmawiałam wszystkim, że przechodzę
różne odmiany grypy.
Rebeka obraca się do mnie, zafascynowana historią o
samej sobie.
- I co potem?
- Rok szkolny się skończył. - Wzruszam ramionami.
- Urodziłaś się w lipcu, dwa tygodnie po rozpoczęciu
wakacji. Zostało mi jeszcze pół roku nauki od jesieni,
wtedy zajął się tobą ojciec. A potem zostałam z tobą w
domu, aż poszłaś do żłobka. Później skończyłam kurs i
zdałam egzaminy.
- Tata siedział ze mną w domu przez pół roku? - powtarza Rebeka. - Całkiem sam? Nie wiedziałam.
Kiwam głową.
- Zapomniałam o tym.
- Dawaliśmy sobie radę? To znaczy: umiał zmieniać
pieluszki i tak dalej?
Śmieję się głośno.
- Tak. Zmieniał ci pieluszki, odbekiwał cię, kąpał i
nosił na plecach do góry nogami, trzymając za kostki.
- I ty na to pozwalałaś???
- Tylko dzięki temu przestawałaś płakać.
Rebeka uśmiecha się nieśmiało.
- Powaga?
- Powaga.
Wskazuje płód siedmiomiesięczny, kompletny, wyposażony w drobne paluszki, nos i pączek penisa.
- To już dziecko - mówi. - Tak powinno wyglądać.
355
- Rodzi się większe. W zasadzie natura mogłaby znaleźć jakiś łatwiejszy sposób reprodukcji. Poród jest jak
próba przepchnięcia fortepianu przez dziurkę w nosie.
- Czy to dlatego nie mam rodzeństwa?
Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Ona nie pytała, a my
nie poruszaliśmy tematu. Właściwie nie istnieje żaden
konkretny powód, dla którego nie mamy więcej dzieci.
Może przestraszyła nas ta katastrofa lotnicza. Może byliśmy zbyt zajęci.
- Nie potrzebowaliśmy kolejnych dzieci. Udało nam
się idealnie za pierwszym razem.
Rebeka uśmiecha się ponownie, w ponurym świetle
muzeum bardzo przypomina Olivera.
- Tak tylko mówisz.
- Masz rację. W rzeczywistości postanowiliśmy cię
oddać do tego muzeum. W zamian za przyzwoitą gotówkę, rzecz jasna. Żeby uzupełnić tę wystawę. Trzy tygodnie, trzy miesiące, siedem miesięcy... i piętnaście lat!
Rebeka zarzuca mi ręce na szyję. Gdy się odzywa,
wbija mi w ramię brodę, o kształcie dokładnie takim jak
moja.
- Kocham cię - mówi zwyczajnie.
Gdy usłyszałam od niej te słowa po raz pierwszy, zalałam się łzami. Miała wtedy cztery lata, właśnie wytarłam ją do sucha po zabawie w śniegu. Mówiła całkiem
poważnie. Ona z pewnością nie pamięta, ale ja nigdy nie
zapomnę, że miała na sobie czerwony kombinezon firmy
Oshkosh, skarpetki zjechały jej w palce butów, a na rzęsach osiadły ośmiokątne płatki śniegu.
Właśnie po to zostałam matką. Obojętne, ile trzeba
czekać, żeby zrozumiała, skąd się biorą dzieci, ile kolek,
356
ile szwów trzeba przecierpieć, ile razy ma się wrażenie,
że się traci kontakt z dzieckiem. Warto przez to wszystko
przejść dla tej jednej chwili. Nad ramieniem córki widzę
mózg małpy i oczy kozy. W szklanym cylindrze tkwi
gruba brązowa wątroba. A dalej - rząd serc, ułożonych
według wielkości: myszy, świnki morskiej, kota, owcy,
bernardyna, krowy.
Ludzkie byłoby gdzieś pośrodku, myślę sobie.
48.
OLIVER
W Blue Diner w Bostonie mają dwie taśmy: Meat
Puppets i Dona Henleya. Puszczają je na zmianę dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wiem, bo siedzę tutaj
przynajmniej dobę, obserwuję kelnerki wracające na kolejną zmianę. Mogę już śpiewać z każdą z dwóch taśm.
Muszę przyznać, że wcześniej żadnego z tych nagrań nie
słyszałem, ciekaw jestem, czy Rebeka je zna.
- To Don Henley - mówi Rasheen, kelnerka, dolewając mi kawy do kubka. - Grał w The Eagles. Coś ci
dzwoni?
Wzruszam ramionami, podśpiewuję razem z taśmą.
- Załapałeś - ocenia Rasheen ze śmiechem.
Z kuchni dopinguje mnie zajęty przy grillu obrośniętym tłuszczem Hugo, kucharz bez kciuka.
- Masz ładny głos, wiesz?
- Aha. - Wsypuję do kawy cukier z torebki. - Jestem
sławnym pieśniarzem.
- Chrzanisz - osadza mnie Rasheen. - Czekaj, zgadnę. Grasz bluesa. Są tacy. Siwa broda, trąbka i już im się
wydaje, że są jak Wynton Marsalis.
- Rozszyfrowałaś mnie. Nic się przed tobą nie ukryje.
358
Siedzę na tym stołku w Blue Diner na ulicy Kneeland
od tak dawna, że nie mam pewności, czy umiałbym stanąć. Oczywiście mogłem wziąć pokój w Four Seasons
albo w Park Plaza Hotel, jednak nie mam ochoty spać. W
zasadzie nie spałem od wyjazdu ze stanu Iowa, czyli trzy
i pół dnia. Jechałem do Bostonu bez żadnej przerwy. Pojechałbym od razu do Stow, ale się - szczerze mówiąc boję. Ona jest nadnaturalną potęgą, z którą muszę się
liczyć. Nie, nie. Skreślić ostatnie zdanie. Nie ona stanowi
problem. Wcale nie ona. To ja. Po prostu łatwiej jest obwiniać Jane niż siebie. Postępuję w ten sposób od bardzo
dawna, dlatego właśnie takie wytłumaczenie zawsze
pierwsze przychodzi mi na myśl.
Szef Blue Diner wyświadczył mi przysługę. Nie doniósł władzom o przypadku włóczęgostwa. Może po prostu widać, że jestem człowiekiem nieszczęśliwym - mam
na sobie pogniecioną marynarkę, pod oczami ogromne
sińce. A może wynika to ze sposobu jedzenia: zamawiam
trzy dania dziennie, specjalność zakładu. Dostaję je ułożone na talerzu w geometryczne wzory. Stoją przede
mną, póki Rasheen, Lola albo śliczna Tallulah nie zdecyduje, że już całkiem wystygły, i zabierze jedzenie z powrotem do kuchni. Gdy tylko ktoś chce słuchać, mówię o
Jane. Czasami nikt nie słucha, a ja i tak mówię, z nadzieją, że moje słowa natrafią na jakiegoś odbiorcę.
Rasheen już prawie kończy zmianę, co oznacza, że
przyjdzie Mica. To skrót od „Monica”. Znam już rozkład
zmian w Blue Diner. Mica przychodzi późnym wieczorem, bo w dzień się uczy, będzie asystentką stomatologa.
Tylko ona jedna zadawała mi pytania. Gdy opowiedziałem
359
jej historię exodusu Jane, oparła łokcie na poplamionym
białym blacie, głowę na dłoniach.
- Oliver, ja wychodzę - informuje mnie Rasheen,
wkładając kurtkę z demobilu. - Pewnie zobaczymy się
jutro.
W drzwiach mija się ze swoją zmienniczką, furkoczącą papierem, różowym mundurkiem i płaszczem ze
sztucznej skóry.
- Oliver? - dziwi się Mica na mój widok. - Miałam
nadzieję, że już cię tu nie zastanę. Nie mogłeś zasnąć?
Potrząsam głową.
- Nawet nie próbowałem.
Mica macha do Hugona, który - co dziwne - najwyraźniej także nie śpi. Jest tu równie długo jak ja. Kelnerka przyciąga stołek, siada obok mnie i bierze kawałek
ciasta spod porysowanego plastikowego klosza.
- Wiesz, dzisiaj na wykładach myślałam o tobie. Doszłam do wniosku, że Jane będzie pod wrażeniem. Z tego, co mówisz, bardzo się zmieniłeś.
- Chciałbym w to wierzyć. Niestety, nie mam takiej
pewności jak ty.
- Rewelacyjny akcent - rzuca Mica do nikogo w
szczególności. - Chyba mniej więcej brytyjski?
- Mniej więcej.
Chociaż mnie pytała, niewiele jej powiedziałem o sobie, zdradziłem jedynie, że przyjechałem z San Diego.
Mam nieodparte wrażenie, że informowanie o ukończeniu Harvardu czy o pochodzeniu z Cape Cod mogłoby
zniszczyć aurę tajemniczości.
- Nic dziwnego, że Jane się w tobie zakochała. Dusza towarzystwa z ciebie.
360
Sięga nad kontuarem po dzbanek i nalewa sobie kawy.
Po ceremonii ślubnej wielebny zaprowadził nas do biblioteki w domu rodziców Jane. Powiedział, żebyśmy
sobie podarowali kilka chwil na osobności, bo tego dnia
już nam się nie trafi spokojniejszy moment. Był to miły
gest, jednak nie miałem żadnych pilnych informacji dla
Jane. Wydawało mi się to stratą czasu. Nie chciałbym
zostać źle zrozumiany: kochałem Jane, tylko niespecjalnie interesował mnie sam ślub. Dla mnie małżeństwo
stanowiło środek prowadzący do celu. Dla niej było nowym początkiem.
Gdy Jane złożyła przysięgę, poświęciła sporo uwagi
znaczeniu wypowiedzianych słów. Ja nie mogę tego o
sobie powiedzieć. W rezultacie przez tych kilka chwil w
bibliotece mówiła ona. Powiedziała, że jest najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. Bo kto by pomyślał, że spośród wszystkich otaczających mnie kobiet właśnie z nią
zechcę spędzić resztę życia.
Powiedziała to wszystko gładko, ale podejrzewam, że
kilka miesięcy zajęło Jane zrozumienie, o co jej naprawdę chodziło. Łatwo wdrożyła się w życie małżeńskie:
zanosiła koszule do pralni, zapisała się na kursy na uniwersytecie, robiła zakupy, płaciła rachunki za telefon.
Muszę przyznać, świetnie nadawała się do małżeństwa,
dzięki czemu i moje doświadczenia okazały się znacznie
lepsze, niż sądziłem. Każdego ranka całowała mnie na
pożegnanie i wręczała drugie śniadanie w brązowej torebce. Gdy wracałem z instytutu, czekała na mnie kolacja, a Jane pytała, jak minął dzień. Tak bardzo weszła w
rolę żony, że mnie całkowicie podbiła. Zacząłem się zachowywać jak prawdziwy mąż. Czasem podkradałem się
361
do niej, gdy myła włosy pod prysznicem, i obejmowałem
ją od tyłu. W samochodzie sprawdzałem, czy zapięła
pasy.
Nie mieliśmy pieniędzy, lecz Jane najwyraźniej tego
nie zauważała lub jej to nie obchodziło. Któregoś wieczoru po kolacji odłożyła z brzękiem sztućce na brzeg
talerza i uśmiechnęła się z ustami pełnymi taniego spaghetti.
- Życie jest piękne - powiedziała. - Szczególnie gdy
człowiek ma wszystko, czego mu trzeba do szczęścia.
Tej nocy obudziła się z krzykiem. Usiadłem, chwilowo oślepły w ciemnościach, i po omacku znalazłem drogę przez łóżko.
- Śniło mi się, że umarłeś - powiedziała. - Utonąłeś,
bo coś się stało z butlą. A ja zostałam sama.
- To bez sensu - powiedziałem pierwsze, co mi przyszło na myśl. - Zawsze starannie sprawdzamy sprzęt.
- Nie o to chodzi. Co będzie, jeśli któreś z nas
umrze? Co wtedy?
Sięgnąłem za siebie, zapaliłem lampę, żeby spojrzeć
na zegarek. Była trzecia dwadzieścia.
- Pewnie drugie z nas wstąpiłoby ponownie w związek małżeński.
- Ot tak?! - wybuchnęła Jane. Usiadła na łóżku prosto, odwróciła ode mnie twarz. - Żony nie wybiera się jak
towar z półki.
- Nie, oczywiście, że nie. Po prostu, gdybym umarł
młodo, chciałbym, żebyś była szczęśliwa.
- Bez ciebie? Małżeństwo to najpoważniejsza decyzja życiowa. Człowiek postanawia spędzić z tą drugą
osobą resztę życia. Wobec tego, co robić, jeśli ta osoba
odchodzi? Skoro się podjęło to zobowiązanie?
362
- Czego ode mnie chcesz?
Jane spojrzała na mnie i powiedziała:
- Chcę, żebyś żył wiecznie.
Teraz wiem, co powinienem był odpowiedzieć: „Ja też
chcę, żebyś żyła wiecznie”. A przynajmniej powinienem
był pomyśleć o takiej odpowiedzi. Zamiast tego ukryłem
się w bezpiecznym labiryncie badań naukowych.
- Jane, daj spokój. „Wieczność” zależy od punktu
widzenia. Jest pojęciem szalenie relatywnym.
Tamtej nocy spała na kanapie, pod zapasowym prześcieradłem.
Mica przerywa mi.
- Mój wujek był w szpitalu z powodu złamanego
serca. Naprawdę, jak Boga kocham. Najpierw ciocia Noreen zginęła pod kołami ciężarówki, a dwa dni później
wujek dostał skurczów.
- To był zawał mięśnia sercowego.
- Ja tam wiem swoje - upiera się Mica. - Miał złamane serce. - Unosi brwi, jakby chciała powiedzieć: „Miałam rację”. - I co było dalej? - pyta.
- Nic.
Jane wstała rano, przygotowała mi drugie śniadanie i
pocałowała mnie na do widzenia, jakby nic się nie wydarzyło. A ponieważ żadne z nas nie umarło, nie musieliśmy sprawdzać teorii w praktyce.
- A jak myślisz - zastanawia się Mica głośno - można się zakochać więcej niż raz?
- Oczywiście.
Miłość zawsze wydawała mi się kwestią tak ulotną, że
nie sposób jej przypisać jakimś szczególnym okolicznościom.
363
- Myślisz, że człowiek zakochuje się na różne sposoby?
- Oczywiście - powtarzam.
Nie chcę o tym rozmawiać. Nie lubię rozmów o takich
sprawach.
- I w tym rzecz - mówi Mica. - Gdybyś znalazł czas,
żeby o tym pomyśleć i porozmawiać, nie siedziałbyś teraz w knajpie i nie topił smutków w kawie.
Co ona tam wie, myślę.
Zwykła kelnerka. Na pewno kocha opery mydlane.
Mica obchodzi ladę, staje ze mną twarzą w twarz.
- Powiedz mi, jak było w domu po jej odejściu.
- Właściwie całkiem przyjemnie. Miałem mnóstwo
wolnego czasu. Nie musiałem się martwić, że praca przesłoni mi inne sprawy.
- Jakie inne sprawy?
- Rodzinne. Choćby takie jak urodziny Rebeki. Upijam łyk kawy. - Wcale za nimi nie tęskniłem.
W rzeczywistości w ogóle nie mogłem pracować, ponieważ albo szalałem z niepokoju, albo ciągle miałem
przed oczami Jane. Zrezygnowałem z istotnej wyprawy
badawczej wyłącznie po to, by je obie sprowadzić do
domu.
Mica pochyla się w moją stronę. Jej usta znajdują się
o centymetry od moich.
- Kłamiesz. - Wkłada fartuch i idzie w stronę Hugona. - Z kłamcami nie gadam.
Przecież czekałem na nią cały dzień. Czekałem na nią,
bo ona słucha.
- Nie odchodź.
Obraca się na pięcie.
- A co, drugi raz tego nie zniesiesz?
364
- Naprawdę chcesz wiedzieć, jak było bez niej w
domu? Stale czułem jej obecność. Tak jak teraz. Nie kładę się spać, bo czasem budzę się w środku nocy i czuję ją
obok siebie. Czy to ma jakieś znaczenie? Czasami, gdy
jestem sam, wydaje mi się, że ona za mną stoi, patrzy na
mnie. Jakby nigdy nie odeszła. Jakby zawsze była tuż
obok.
Och, Jane. Przyciskam policzek do chłodnej lady.
- Piętnaście lat całowałem ją na dzień dobry i do widzenia, i wcale tego nie zauważałem. Weszło mi to w
krew i tyle. Nie potrafię powiedzieć, jaką ma skórę w
dotyku, nie pamiętam, jak to jest trzymać ją za rękę. Nagle łzy napływają mi do oczu, nie zdarzyło mi się to
od dzieciństwa. - Nie pamiętam wielu ważnych chwil.
Gdy ponownie odzyskuję ostrość widzenia, Mica
rozmawia z Hugonem, równocześnie wkładając płaszcz
ze sztucznej skóry.
- Zabieram cię do siebie. To w Southey, więc kawałek drogi, ale dasz radę.
Obejmuje mnie ramieniem, jest prawie tego wzrostu
co ja, opieram się na niej, zsuwając się ze stołka. Droga
zajmuje nam piętnaście minut i przez cały ten czas jak
ostatni idiota płaczę, chociaż bez trudu wyobrażam sobie,
jak to wygląda.
Mica otwiera drzwi mieszkania i przeprasza za bałagan. Na podłodze walają się kartony po pizzy i podręczniki. Prowadzi mnie do drugiego pomieszczenia, niewiele większego niż przeciętna garderoba, gdzie znajduje się
biała wersalka oraz lampa stojąca. Rozluźnia mi krawat.
- Bez głupich pomysłów - ostrzega.
365
Pozwalam, by zdjęła mi buty i rozpięła pasek, po
czym padam na wersalkę jak ścięty. Mica przynosi miskę
z wodą oraz ręcznik, kładzie sobie moją głowę na kolanach i omywa mi skronie.
- Uspokój się, rozluźnij. Musisz odpocząć.
- Nie zostawiaj mnie.
- Posłuchaj uważnie. Muszę iść do pracy. Ale wrócę.
Obiecuję. - Pochyla się nade mną. - Mam dobre przeczucie.
Czeka jakiś czas, w końcu uznaje, że zasnąłem, a wtedy zsuwa moją głowę z kolan i wymyka się z pokoju.
Udaję, bo wiem, że musi wrócić do baru. Potrzebuje pieniędzy. Wyłącza światła, zamyka za sobą drzwi wejściowe. Mam szczery zamiar wstać, lecz ciało znienacka obrasta nadmiernym ciężarem, nie dam rady. Zamykam
oczy, wtedy znów ją widzę.
- Jane? - szepczę.
Może tak by to właśnie wyglądało, gdybyś umarła.
Może bym rozpaczał, żałując, że nie została mi dana jedna minuta więcej. Może poświęciłbym czas i pieniądze
na kontakty z medium, jednym, drugim i trzecim, odszyfrowując przesłania ze świata duchów, w nadziei na odnalezienie ciebie, bym mógł ci powiedzieć to, czego nie
powiedziałem. Może zaglądałbym dwukrotnie w każde
lustro i okno wystawowe, żeby jeszcze raz ujrzeć twoją
twarz. Może leżałbym w łóżku, tak jak teraz, zaciskając
pięści z całej siły, starając się przekonać siebie, że stoisz,
prawdziwa, z krwi i kości, tuż przede mną. Przypuszczam jednak, że gdybyś umarła, nie miałbym już najmniejszej szansy. Nie zdołałbym ci powiedzieć tego, co
powinienem ci powtarzać dzień w dzień: kocham cię.
49.
JANE
Mężczyzna chwyta barana zręcznym ruchem tancerza,
kładzie na boku, łapie za nogę pod kolanem i obraca.
Przedziwne skrzyżowanie pas de deux i nelsona. Zwierzę
dyszy ciężko, a on obiera je z runa. Kłaki spadają w zbitym kawałku. Po lewej stronie są białe i czyste.
Skończywszy, odrzuca nożyce na ziemię, stawia zwierzę na nogi i wyprowadza za kark przez bramkę w ogrodzeniu. Daje mu klapsa w pośladek, baran truchta, całkiem nagi.
- Przepraszam - odzywam się - czy pan tu pracuje?
Nieznajomy się uśmiecha.
- Chyba można tak powiedzieć.
Podchodzę kilka kroków bliżej, uważam, gdzie stawiam stopy, chciałabym, żeby mokra słoma nie przyczepiła się do moich tenisówek, które ciągle jeszcze są białe.
- Czy zna pan Joleya Liptona? - pytam, podnosząc
wzrok. - On też tu pracuje.
Mężczyzna kiwa głową.
- Jeśli pani chce, zaraz do niego zaprowadzę. Jeszcze
mi jedna została do ostrzyżenia.
- No dobrze - zgadzam się z ociąganiem.
367
Nieznajomy prosi mnie o pomoc, bo w ten sposób
pójdzie szybciej. Pokazuje drzwi w stodole, których
wcześniej nie zauważyłam. Odwracam się do Rebeki i
mówię bezdźwięcznie „Szczyt wszystkiego”. Wchodzę
za robotnikiem do stodoły.
- Cześć, maleńka - szepcze mężczyzna. - Cześć, panieneczko. Nie bój się, kruszynko, nic złego ci nie zrobię.
- Mówiąc, podchodzi coraz bliżej, aż w pewnej chwili z
okrzykiem chwyta owcę za wełnę na grzbiecie. - Z drugiej strony! - rzuca mi rozkaz. - Jest młoda i płochliwa,
będzie uciekać.
Robię to samo co on, wczepiam się palcami w runo.
We troje idziemy w stronę brązowej maty.
- Co mam robić? - pytam, bo mam wrażenie, że powinnam po prostu iść i sama znaleźć Joleya. Bóg jeden
wie, ile potrwa to całe strzyżenie.
- Trzeba ją zaprowadzić tam, gdzie stała poprzednia
- mówi nieznajomy, brodą wskazując przed siebie.
Puszcza zwierzę od swojej strony, więc ja także wyplątuję dłonie z runa. Owca zerka na mnie i śmiga przed
siebie.
- Co pani robi?! - krzyczy robotnik. - Łap ją! - woła
do Rebeki.
Rebeka rzuca się na zwierzę, lecz ono robi unik. Robotnik patrzy na mnie jak na idiotkę.
- Myślałam, że będzie stała - wyjaśniam.
Teraz czuję się zobowiązana pomóc w schwytaniu
niesfornej owcy. Biegnę w kąt zagrody, już mam zwierzę
pod ręką, lecz nagle tracę równowagę i chociaż wyciągam ręce do płotu, do Rebeki, łapię powietrze. Upadam z
głośnym plaśnięciem.
368
- Rebeko - słowa z trudem wychodzą przez ściśnięte
gardło - pomóż mi.
Robotnik się śmieje. Łapie owcę bez trudu, stawia ją
na macie. Strzyże dosłownie w ciągu kilku sekund, podczas gdy ja usiłuję się pozbyć owczego łajna z nóg. Nie
mogę się uwolnić od smrodu.
- Drobiazg - rzuca robotnik, przechodząc obok. Gumką się zetrze.
Mam serdecznie dosyć tego prostaka.
- Śmiem twierdzić, że pracownik nie powinien się
zachowywać w taki sposób w stosunku do gości - oznajmiam najbardziej wyszukanym tonem rodem z koktajl
party. - Opowiem o tym Joleyowi, a on z pewnością
przedstawi sprawę właścicielowi sadu.
Mężczyzna wyciąga do mnie rękę, ale cofa ją, spostrzegając moje umazane palce.
- Szkoda gadania. Jestem Sam Hansen. A pani pewnie jest siostrą Joleya.
Innymi słowy ten idiota, ten błazen, który przeszedł
samego siebie, żeby mnie poniżyć i upokorzyć, jest
owym fantastycznym chłopakiem, na którego temat Joley
wyśpiewuje peany?
Odwracam się od niego skrępowana, wściekła i w
ogóle do niczego.
- Muszę się umyć - szepczę do Rebeki.
Sam prowadzi nas do budynku, który nazywa Wielkim Domem, najskromniejszego dworku, jaki możliwy
jest w tym stylu, pilnującego stu akrów jabłek. Cały czas
trajkocze, szafuje datami i faktami, które zapewne mają
zrobić na nas wrażenie: budynek postawiono w dziewiętnastym wieku, jest umeblowany antykami, ple, ple, ple.
369
Prowadzi mnie spiralnymi schodami na piętro, do drugiego pokoju po prawej.
- Zostawiła pani rzeczy w samochodzie? - pyta, jakby to też była moja wina. - Tutaj mieszkali moi rodzice.
Będą na panią pasowały rzeczy mamy, niech pani poszuka w szafie.
Wychodzi, zamykając za sobą drzwi. Pokój jest ładny.
Przy łożu z czterema kolumnami znajduje się nocny stolik, na nim owalne klonowe pudełka. Zasłony i narzuta
mają ten sam wzór: szerokie biało-niebieskie pasy, jak na
markizach. Nie widzę biurka, toaletki - ani szafy.
Ciekawe, gdzie rodzice Sama trzymali ubrania.
Opieram się o ścianę, a ta, przyciśnięta moim ciężarem, odskakuje do przodu, odsłaniając ukrytą garderobę
wielkości sypialni.
- Ładnie - mówię do siebie.
Zamknięte drzwi są całkiem niewidoczne, zamaskowane doskonale spasowaną tapetą w chabry. Zamykam je
i otwieram ponownie, łatwo odskakują z zatrzasku. W
garderobie znajduję kilka letnich sukienek i spódnic.
Wcale nie są takie szkaradne, jak się spodziewałam. Wybieram sukienkę w pastelową kratkę. Okazuje się o dwa
rozmiary za duża, więc przewiązuję ją w pasie bandaną
znalezioną na haczyku.
Kusi mnie, by zostawić brudne ubranie w sypialni na
podłodze, ale coś mi mówi, że pokojówki tutaj nie ma.
Wobec tego zbieram je, lewą stroną do wierzchu, i idę na
parter. Rebeka z Samem czekają przy schodach.
- Co z tym zrobić? - pytam.
Sam przygląda mi się dłuższą chwilę.
370
- Najlepiej wyprać - oświadcza, odwraca się i wychodzi.
- Fantastyczny gospodarz - mówię Rebece.
- W sumie fajny - przytakuje Rebeka. Pokazuje mi,
gdzie jest pralka.
- Bogu dzięki. Spodziewałam się balii i tary.
- Idziecie? - drze się Sam przez siatkowe drzwi. Nie mogę czekać na was do jutra.
Idziemy za nim przez sad, który - muszę przyznać jest naprawdę piękny. Drzewa rozpościerają ramiona w
ośmiornicowych uściskach, ozdobione klejnotami błyszczących zielonych liści i naszyjnikami pąków. Rosną w
równych rzędach, między nimi jest sporo wolnego miejsca. Niektóre tak wybujały, że splątują gałęzie z sąsiadem. Sam Hansen opowiada nam o sadzie, pokazuje, w
której części rosną owoce do sprzedaży detalicznej, a
gdzie do hurtowej. Każda grupa drzew jest przecięta kilkoma ścieżkami, oznaczenia na tych dróżkach informują,
co rośnie w danym miejscu i komu zostanie sprzedane.
- Hadley! - krzyczy właściciel, podchodząc do jednego z drzew. - Chodź, poznasz rodzinę Joleya.
Z drabiny schodzi jakiś mężczyzna, który był ukryty
za pniem. Wysoki, z sympatycznym uśmiechem. Na oko
chyba mniej więcej w wieku gospodarza. Chwyta mnie
za rękę i energicznie nią potrząsa.
- Nazywam się Hadley Slegg. Miło mi poznać szanowną panią.
Szanowną panią. Co za maniery! Z pewnością nie jest
bliskim krewnym Sama Hansena.
Rusza z nami do niższej ćwierci sadu, gdzie, jak rozumiem, zastaniemy Joleya. Nie mogę się doczekać, kiedy
371
go zobaczę, nie widzieliśmy się tak dawno, że nie wiem,
czego się spodziewać. Zapuścił włosy? Najpierw coś
powie czy zwyczajnie mnie uściska? Zmienił się?
- Podobno macie za sobą kawał drogi - mówi gospodarz.
Podskakuję w miejscu. Zapomniałam o nim.
- Owszem - potwierdzam. - Przez cały kraj. Oczywiście byłam też w Europie i w Ameryce Południowej, z
wyprawami badawczymi, w których uczestniczył mój...
mąż. - Zacinam się lekko na słowie „mąż” i przyłapuję
pana Hansena na uważniejszym spojrzeniu. - Bywałam w
wielu interesujących miejscach. A dlaczego pan pyta?
Pan podróżuje?
- Bez przerwy. Przynajmniej duchem. - I tak to zostawia, tajemniczo, na chwilę dość długą, bym się zaczęła zastanawiać, czy przypadkiem nie stanowi dowodu na
prawdziwość stwierdzenia, że pozory mylą. - Nigdy nie
byłem poza granicami Nowej Anglii, ale chyba nikt nie
przeczytał więcej książek podróżniczych niż ja.
- Dlaczego pan nie jedzie?
- Przy hodowli jabłek nie ma urlopu. - Uśmiecha się,
wygląda ładnie. Robi to za rzadko. - Jak tylko się stąd
ruszę, natychmiast myślę o wszystkim, co może się zawalić. Łatwiej mi od przyjazdu pani brata. Dzielę się
obowiązkami i odpowiedzialnością z nim i z Hadleyem.
Mimo wszystko tu jest całkiem inaczej niż w biurze. Nie
można przełożyć owocowania tak jak jakiegoś umówionego spotkania.
- Rozumiem - mówię, choć w rzeczywistości nie rozumiem nic. Idziemy jakiś czas w milczeniu. - A gdyby
pan mógł, dokąd by pan pojechał?
372
- Do Tybetu - odpowiada bez wahania.
Zdumiewa mnie. Większość ludzi odpowiedziałaby:
„do Francji” albo „do Anglii”.
- Chciałbym przywieźć - podejmuje Hansen - niektóre azjatyckie gatunki jabłek, rozpowszechnić je w naszym klimacie. W razie potrzeby hodowałbym nawet w
szklarniach.
Orientuję się, że się na niego bezczelnie gapię. Jest
młody, młodszy od Joleya, ale już mu się rysują
zmarszczki w kącikach ust. Ma gęste, ciemne włosy i
mocno zarysowaną dolną szczękę oraz skórę jakby przyciemnioną stałą opalenizną. A jeśli chodzi o oczy, nie
umiem powiedzieć nic pewnego. Są neonowe, nieziemsko błękitne, ale nie takie jak Olivera. Oczy tego chłopaka płoną.
Podnosi na mnie wzrok, więc zbita z tropu odwracam
spojrzenie.
- Joley mówił, że pani uciekła z domu.
- Tak powiedział?
- Wspomniał coś o kłótni z mężem.
Blefuje, myślę.
Joley w życiu by nikomu tak nie powiedział.
- Odnoszę wrażenie, że to nie pańska sprawa.
- W pewnym sensie moja. Co pani robi, to osobna
sprawa, ale nie chcę tu żadnych kłopotów.
- Proszę się nie martwić. Jeśli Oliver przyjedzie, trup
nie będzie się ścielił gęsto. Unikniemy rozlewu krwi.
Obiecuję.
- Szkoda. Krew jest świetnym nawozem. - Zaczyna
się śmiać, po chwili cichnie, wyraźnie zdziwiony, że
mnie jego dowcip nie śmieszy. Odchrząkuje. - A pani
jaki ma zawód?
373
Odpowiadam, że jestem logopedą. Podnoszę na niego
wzrok.
- Pracuję w różnych szkołach w San Diego i na
przedmieściach, diagnozuję dzieci z wadami wymowy,
spowodowanymi przez rozszczepienie podniebienia albo
inne deformacje czy dysfunkcje.
- Może mi pani wierzyć lub nie - wtrąca Hansen ironicznie - ale naprawdę chodziłem do szkoły.
Potrząsa głową i przyśpiesza kroku.
- Nie chciałam sprawić panu przykrości - zapewniam. - Wiele osób nie ma szczególnego pojęcia o praktyce w pracy logopedy. Przywykłam do wyjaśniania.
- Proszę mnie posłuchać. Wiem, skąd pani pochodzi.
Wiem, co pani myśli o takich jak ja. I, szczerze mówiąc,
mam to gdzieś.
- Nic pan o mnie nie wie.
- A pani o mnie - odcina się ten arogant. - Więc
niech zostanie, jak jest. Przyjechała pani w odwiedziny
do brata, proszę bardzo. Chce pani zostać jakiś czas, nie
ma sprawy. Niech każde z nas robi swoje.
- I bardzo dobrze! - I bardzo dobrze.
Zakładam ręce na piersiach i wbijam wzrok w płaską,
spokojną powierzchnię jeziora na dnie doliny.
- Chcę wiedzieć, dlaczego pan mi nie pomógł.
- W stodole? - Pochyla się ku mnie, czuję pot, owce i
słodycz siana. - Bo doskonale wiem, kim pani jest.
Zrobił w tył zwrot, stawia długie kroki.
- Co pan chce przez to powiedzieć? - wołam za nim.
- Świnia - syczę przez zęby.
Robię jeszcze dwa kroki, po czym widzę drabinę,
opartą o wysokie drzewo całe w pąkach.
374
- Jest Joley! - krzyczę. - Joley!
Zbieram w garść długi dół sukienki i puszczam się
biegiem.
Joley okleja gałąź jakąś zieloną taśmą izolacyjną.
Włosy ma nadal krótkie, lekko kręcone przy uszach. Jest
zwarty, silny, pełen wdzięku. Otwiera oczy, unoszą się
długie czarne rzęsy, odwraca do mnie głowę.
- Jane! - mówi, jakby naprawdę wcale się mnie tutaj
nie spodziewał.
Uśmiecha się, a wtedy świat staje na głowie.
Joley zeskakuje z drabiny, zamyka mnie w objęciach.
- Jak się masz - szepcze mi w szyję.
Mrugam gwałtownie, żeby nie płakać. Tak długo czekałam.
Odsuwa mnie na odległość ramienia, przygląda się
mojej twarzy, ramionom, biodrom. Trzymając za rękę,
prowadzi do Rebeki.
- Widzę, że przetrwałaś podróż - zwraca się do niej i
całuje ją w czoło.
Ona pochyla głowę, jakby przyjmowała błogosławieństwo. On uśmiecha się do Sama i Hadleya.
- Rozumiem, że już się wszyscy poznaliście.
- Niestety - mruczę pod nosem.
Sam gromi mnie wzrokiem, Joley przenosi spojrzenie
ze mnie na niego i z powrotem, żadne z nas się nie odzywa. Joley zaciera ręce.
- Cieszę się, że tu jesteś. Mamy sporo do nadrobienia.
Pan Hansen w odruchu niespodziewanej łaski daje Joleyowi wolne popołudnie. Stajemy z bratem przed sobą
375
i po prostu na siebie patrzymy, czekając, aż wszyscy sobie pójdą.
Mój młodszy brat, myślę.
Co ja bym bez niego zrobiła?
Podprowadza mnie do mocno skarlałego drzewa o niskich gałęziach. Jest poczerniałe i pozbawione liści, moim zdaniem, długo nie przetrwa.
- Robię, co mogę - mówi Joley, gładząc konar - ale
chyba masz rację, raczej nic z tego nie wyjdzie.
Siada okrakiem na jednym z zakrzywionych drzewnych ramion i gestem zachęca, bym zrobiła to samo. Jakiś czas patrzymy na siebie bez słowa, potem zaczynamy
mówić równocześnie. Wybuchamy śmiechem.
- Kto pierwszy? - pyta Joley.
- Ty. Ja chciałam ci podziękować, że mnie tu sprowadziłeś. - Uśmiecham się, myśląc o listach przywołujących przeszłość, pisanych na żółtym papierze, bez marginesów, w pochyłych linijkach, jakby słowa miały spaść
ze strony, gdyby je pozbawić kleistej struktury zdań. Bez ciebie bym nie dotarła.
- Cieszę się, że tu jesteś. Ślicznie wyglądasz. Jak
nigdy.
- Daj spokój - gaszę go, ale Joley kręci głową.
- Poważnie. - Uśmiecha się do mnie, ugniata moje
palce, jakby przeprowadzał na nich resuscytację.
- Dobrze ci tutaj? - pytam.
- Rozejrzyj się! Jak w raju! Jakby sam Bóg usadowił
tutaj i jezioro, i wzgórze... A ja mogę tu pracować.
Szczęściarz ze mnie. Naprawiam to, czego się nie da naprawić. Wskrzeszam drzewa. - Zagląda mi w oczy. - Żyję
jak w baśni. Jestem bóstwem powtórnej szansy.
376
Śmieję się.
- Innymi słowy, jesteś w niebie. Nic dziwnego, że i
ja tu trafiłam.
- A skoro już o tobie mowa... - Joley patrzy na mnie,
czekając na moje słowa.
- Nie wiem, od czego zacząć.
- Wszystko jedno. I tak dojdziemy do sedna.
- Jedno mogę ci powiedzieć. - Nerwowy śmiech. Nie wyjechałam z domu po długich i głębokich przemyśleniach. Zrobiłam to pod wpływem impulsu. Ot tak. Strzelam palcami. - Sama nie wiem dlaczego.
- W takim razie powiedz, dlaczego uderzyłaś Olivera
- prosi Joley z uśmiechem. - Nie zrozum mnie źle. Moim
zdaniem, był to doskonały pomysł.
- Znasz odpowiedź na pamięć. Dziecko traktowane
brutalnie przenosi takie zachowania na własnych bliskich. Dużo ostatnio myślałam o tacie. Sytuacja jest klasyczna. Grzechy ojca przechodzą na następne pokolenie.
Joley rozkłada moją dłoń na swoim udzie.
- Czy on tu jedzie?
- Dałam mu najwyżej dziesięć dni. - Obracam na
palcu obrączkę. Jestem zdziwiona, że nadal ją mam. - A
może jednak wybrał się zgodnie z planem do Ameryki
Południowej. W tym wypadku zyskuję przynajmniej
miesiąc odroczenia.
- Przykro mi to mówić, ale jednak kiedyś go kochałaś.
Joley zawsze przechodzi do sedna szybciej niż inni.
- Podobała mi się myśl, że jestem w nim zakochana mówię - a to kiepski substytut życia. - Patrzę na brata. Powiedziałam ci, że nie chodzi o Olivera. Chodzi o mnie.
377
Akurat pękłam w momencie, kiedy się kłóciliśmy, i tyle.
Co tu dużo mówić, posprzeczaliśmy się, czy w mojej
szafie powinny stać pudełka z butami, czy kartony z materiałem badawczym. Takie sprawy nie rujnują małżeństwa. - Opuszczam wzrok na swoje kolana. - Boję się.
Piętnaście lat robiłam wszystko, żeby mu się przypodobać. Prałam, sprzątałam, gotowałam. Zachowywałam się
tak, jak powinnam. Nie wiem, dlaczego akurat tamtego
dnia go uderzyłam. Może w ten sposób chciałam się
uwolnić.
- Czy tego chcesz teraz?
- Sama nie wiem. - Wzdycham. - Wyszłam za mąż
bardzo młodo. Wcześnie urodziłam dziecko. Gdy ktoś
mnie pytał, kim jestem, odpowiadałam: „żoną”. Albo:
„matką”. Nie potrafię powiedzieć, kim rzeczywiście jestem, jaka jestem. Jaka jest Jane.
Brat nie odrywa wzroku od mojej twarzy.
- Czego pragniesz?
Zamykam oczy, szukam odpowiedzi.
- Och, Joley - odzywam się w końcu. - Wrócę do
domu i będę żoną doskonałą oraz matką idealną. Będę
robiła wszystko, co robiłam i co powinnam robić, i nigdy
w życiu nie wrócę do tego tematu. Będę żyła najzwyklejszym życiem pod słońcem. Tylko mi obiecaj, że przez
moje własne cudowne pięć minut będę żyła w raju. Nie
poskarżę się jednym słowem, gdy moje pięć minut dobiegnie końca.
50.
SAM
Ścięliśmy się od razu. Wiedziałem, że w końcu przyjedzie, ale nie wyczekiwałem jej z utęsknieniem. Oczywiście zjawiła się w środku strzyżenia. Widzę, jak wysiada z samochodu razem z córką, ale udaję głuchego i
ślepego. Gdy wchodzi do zagrody, akurat strzygę barana.
Niewiele mogę o niej powiedzieć, bo patrzę, co robię, ale
nogi ma niezłe. Staram się skupić na golarce. Runo musi
być równe, przesuwam nią po boku barana, jakbym filetował okonia. Dobra wełna idzie po dolar pięćdziesiąt za
kilogram, ta z brzucha taniej. Mama, kiedy tu mieszkała,
gręplowała i przędła wełnę, potem robiła z niej swetry,
koce, kapy, dywaniki. Dzisiaj sprzedajemy runo do miasta i tyle. Od czasu do czasu kupuję jakiś koc utkany z
wełny od różnych owiec.
Ta kobieta idzie po słomie jak po polu minowym. Na
litość boską, to przecież zwykły gnój. Połowa warzyw,
które kupuje w supermarkecie, jest pewnie nawożona
czymś w tym rodzaju.
Pyta mnie, czy znam Joleya.
Może nie trzeba było się z niej nabijać. W końcu w
sumie faktycznie jej nie znam. Tylko się wszystkiego
domyślam.
Jakoś jednak daję się podkusić. A co tam, zwyczajnie
379
chcę sobie popatrzeć, jak się zachowa, kiedy będzie jak
ryba wyjęta z wody. Dlatego proszę, żeby mi pomogła
przyprowadzić następną owcę. Idzie za mną do stodoły.
Mam zamiar załatwić sobie ubaw po pachy, a potem jej
powiedzieć, kim jestem.
Naśladuje mnie, wczepia się palcami w runo, jakby je
zasupłała z rękami. Powoli wracamy, pochyleni, między
nami owca. Już prawie jesteśmy na miejscu. Zerkam na
paniusię z miasta, muszę przyznać, robi wrażenie. Przynajmniej nie boi się pobrudzić rąk. Ma wysokie czoło i
mały nos, zadarty na końcu, jakby trochę za mały do twarzy. Żadna z niej piękność, ale brzydka nie jest. Taka
świeża, jak spod prysznica. No, nie widziałem jej, jak się
zrobi na bóstwo, w końcu tam u siebie pewnie się maluje,
nosi kilogramy biżuterii i najmodniejsze ciuchy.
Z trudem hamuję śmiech, chętnie bym ją pochwalił,
dobrze jej idzie. Puszczam owcę, by sięgnąć po maszynkę, a zwierzę w tej samej chwili śmiga w stronę dziewczyny.
- Co pani robi?! - krzyczę odruchowo. - Łap ją! wołam do małej.
Dziewczyna... Rebeka, rzuca się na owcę, ale ta odskakuje w przeciwną stronę. Odwracam się do siostry
Joleya. Po prostu nie mogę uwierzyć, że na świecie istnieje tak kolosalna głupota, że można puścić owcę przed
strzyżeniem.
- Myślałam, że będzie stała - mówi paniusia.
Na litość boską, przecież wystarczy odrobina zdrowego rozsądku. Ta miastowa lebiega patrzy na mnie przepraszająco, ale w końcu do niej dociera, że to jej nic nie
da, i wreszcie zabiera się do łapania owcy. Rusza w jej
stronę, tym razem nie patrząc pod nogi. Oczywiście
380
przewraca się i ląduje na stercie łajna.
Nie planowałem takich atrakcji, słowo. Myślałem, że
trochę się z niej pośmieję, pokażę lasce z Newton, jak
naprawdę wygląda praca na farmie, a potem zaprowadzę
ją do Joleya. A tu taki cyrk. Ledwo powstrzymuję
śmiech. Łapię owcę i całą uwagę skupiam na strzyżeniu.
Najpierw brzuch, potem grzbiet. Między nogami, kark
dookoła. Przytrzymuję zwierzę nogami, kolanem przyciskam, żeby leżało na boku, drugi strzygę. Runo spływa
dywanem białym jak śnieg. Jest doskonałe, od spodu
bielutkie, splamione zaledwie paroma kropkami lanoliny.
Wełna doskonała: sprężysta, skręcona od naturalnych
olejków ze skóry. Kończę z owcą w dwie minuty, daję jej
lekkiego klapsa w zadnią nogę. Wyskakuje do przodu,
ale jeszcze rzuca mi obrażone spojrzenie. Zaraz biegnie
na łąkę, do reszty stada.
Podchodzę do siostry Joleya, która szoruje plecami po
płocie. Za nic w świecie nie chce dotknąć łajna. Tego już
dla mnie za wiele. Nie wytrzymuję i wybucham jej śmiechem w twarz. Strasznie śmierdzi. Nawet włosy ma umazane gnojem.
- Drobiazg - mówię. - Gumką się zetrze.
Tak naprawdę mam ochotę powiedzieć: „Przepraszam, fatalnie wyszło”.
Ona jest tu tak nie na miejscu i wygląda tak żałośnie,
że aż mnie sumienie gryzie. Naprawdę nie chciałem. Nagle jednak paniusia przechodzi metamorfozę. Dosłownie,
fizycznie. Prostuje się, unosi brodę, oczy jej ciemnieją.
Znam takie lalunie.
381
- Śmiem twierdzić, że pracownik nie powinien się
zachowywać w taki sposób w stosunku do gości - rzuca
lodowatym tonem. - Opowiem o tym zajściu Joleyowi, a
on z pewnością przedstawi sprawę właścicielowi sadu.
- Szkoda gadania - rzucam i mówię jej, kim jestem.
Wyciągam do niej rękę, ale zaraz cofam. Natomiast
dziewczyna podaje mi rękę i sama się przedstawia. Śmieje się głośno, więc tu wszystko w porządku.
- Chodźmy - mówię. - Umyje się pani w Wielkim
Domu.
Pokazuję im ich pokoje, przynajmniej tyle mogę zrobić po wpadce w stodole. Mówię siostrze Joleya, że może
sobie wziąć któreś z ubrań matki zostawionych w szafie.
Będą na nią za duże, ale jakoś da sobie radę. Niewiele
brakuje, żeby mnie przytrzasnęła drzwiami.
Schodzę na dół, Rebeka zagląda do szuflad starej komody, jeszcze po mojej babci.
- Nic tam nie ma.
Podskakuje pod sufit.
- Przepraszam, jakoś tak... Ja nie chciałam.
- Chciałaś. I nie ma sprawy. To teraz twój dom.
Przynajmniej na jakiś czas.
Otwieram jedną z szuflad, wyjmuję centa z głową Indianina, bitego w tysiąc osiemset osiemdziesiątym
ósmym. Ciekaw jestem, czy wie, że to szczęśliwa moneta.
Rebeka ogląda inne pomieszczenia. Hol i kuchnię wyłożoną niebieskimi kafelkami, bibliotekę z półkami zasłaniającymi całe ściany. Większość książek opisuje dalekie egzotyczne miejsca. Sam je zbierałem długie lata.
- O rany! - Bierze do ręki album przedstawiający
382
Canadian Rockies, jedno z siedmiu pasm Gór Skalistych.
- Tam też byłeś?
Wchodzę za nią do biblioteki.
- Wiesz, co to jest podróż mentalna?
- Aha. Tak podróżowałam aż do tego lata.
Uśmiecha się, szczera, otwarta, nie ma absolutnie nic
do ukrycia. Lubię ją.
- Usiądę przed domem. Możesz zaglądać, gdzie
chcesz.
Zostawiam ją przy antycznym sekstancie, ustawionym
na półce nad kominkiem.
- Instrument nawigacyjny - mówię, wychodząc.
Przysuwa się bliżej, stare deski podłogi wzdychają
pod jej ciężarem.
Dzień jest ciepły, ale nie gorący. Takie lato. Patrzę na
zegarek ze zniecierpliwieniem, a to nie w porządku. Minęły dopiero cztery minuty od chwili, gdy zostawiłem
siostrę Joleya na piętrze, a ona w końcu przecież musi się
umyć. No i powinienem pamiętać, że to w sumie moja
wina, cała ta przygoda z łajnem. Patrzę na sad. Z Wielkiego Domu widać prawie cały. Szukam Joleya albo Hadleya, właściwie w ogóle kogoś, kogokolwiek, komu
bym mógł przekazać je obie. Nie mam wprawy w podejmowaniu gości, nigdy nie wiem, co powiedzieć.
Szczególnie w takim przypadku. Nie podejrzewam, żeby
paniusia z Kalifornii zrozumiała cokolwiek z mojego
życia. Ja o jej sprawach też nie mam pojęcia. Natrafiam
wzrokiem na drogi rozdzielające różne gatunki, widzę,
które trzeba spryskać, które przyciąć. Patrzę na równe
rzędy drzew, ale oczami wyobraźni widzę paniusię z Kalifornii. Stoi w garderobie, zdejmuje koszulkę.
383
Wciskam ręce w kieszenie i zaczynam pogwizdywać.
Schodzi na parter ubrana w kraciastą sukienkę mojej
matki. Pastelowe barwy przywodzą na myśl otulony
mgłą zachód słońca. Tata zawsze narzekał, że od tych
kolorowych linijek oczy bolą patrzeć, dlatego wyjeżdżając, mama zostawiła tę sukienkę. Faktycznie, za bardzo
podkreślała jej szerokie biodra, natomiast na siostrze
Joleya wygląda właściwie elegancko. Jest ściągnięta w
pasie bandaną... w ogóle możliwy jest taki obwód talii?
Ramiona, trochę za chude jak na mój gust, wystają z rękawów niby blade patyki. Podobny kolor jak na kratce,
taki brzoskwiniowy, ma na policzkach, więc wszystko
razem pasuje.
Niesie brudne ubranie.
- Co z tym zrobić?
- Najlepiej wyprać - odpowiadam nie swoim głosem.
Schrypniętym i niepewnym.
Odwracam się i ruszam drogą, zanim sobie uświadomi
dziwne brzmienie mojego głosu.
Doganiają mnie szybko. Unikam pytań, opowiadając o
sadzie. Gdy spostrzegamy jezioro Dar, mówię Rebece, że
dobrze się w nim pływa, a na wypadek gdyby chciała
powędkować, informuję o okoniach. Przyłapuję Jane na
rozglądaniu się dookoła, na obserwacji drzew, które w tej
części sadu są grubsze i starsze - głównie mekintosze. W
końcu zauważa staw. Mijając ją, czuję cytrynę i czyste
pranie. Jej skóra, nawet z bliska, przypomina mi wewnętrzny brzeg kwiatu jabłoni. Bez jednej skazy.
- Hadley! - wołam.
Schodzi z drabiny ustawionej za drzewem, które właśnie przycina. Kiedy go przedstawiam, robi wszystko,
384
czego ja nie zrobiłem w stodole. Podaje rękę siostrze
Joleya, potrząsa nią w dół i w górę, skłania głowę w stronę Rebeki. A potem patrzy na mnie w taki sposób, jakby
doskonale wiedział, że już jest ode mnie lepszy.
Zostaje z tyłu, pogadać z Rebeką, potrafi szybko ocenić charakter człowieka. Mnie zostawia z wielmożną
panią Jones. Kusi mnie, żeby następne dziesięć akrów iść
bez słowa, ale z drugiej strony, już się dzisiaj wystarczająco popisałem.
Sam, chłopie, kobieta przyjechała z drugiego końca
kraju, mówię sobie.
Na pewno wymyślisz jakiś temat.
- Podobno - odzywam się - macie za sobą kawał
drogi.
Podskakuje, tak samo jak Rebeka, przyłapana na
grzebaniu w szufladach.
- Owszem - odpowiada z rezerwą. - Przez cały kraj.
Spogląda na mnie, jakby dawała mi czas, by do mnie
dotarły jej słowa, po czym znowu zmienia się w wyniosłą
paniusię z Kalifornii.
- Oczywiście byłam też w Europie i w Ameryce Południowej, z wyprawami badawczymi, w których uczestniczył mój... mąż.
A, owszem, Joley wspominał o tym facecie od wielorybów. No i o powodach jej wyjazdu z domu.
- A dlaczego pan pyta? Pan podróżuje?
Uśmiecham się i mówię jej, że byłem wszędzie, tylko
w myślach. Nie wiem, co ona o tym sądzi, wreszcie słyszę zadane głosem bez wyrazu pytanie, czemu nie ruszę
w prawdziwą podróż. Próbuję jej wyjaśnić, że uprawa
jabłek różni się od każdej innej pracy, ale ona nic nie
rozumie. W sumie wcale mnie to nie dziwi.
385
- A gdyby pan mógł, dokąd by pan pojechał? - pyta.
Odpowiedź mam natychmiast. Chciałbym wybrać się
do Tybetu, po jabłka. Wiem, że technicznie import produktów rolniczych trwa całe miesiące i w życiu bym nie
przebrnął przez formalności celne, ale gdybym wziął
trochę zrazów do bagażu, na pewno bym je przewiózł
bez problemu. Wyobrażasz sobie, co by było, gdybym
przywiózł oryginalnego Spitzenburga albo jakiś jeszcze
starszy gatunek i odnowił go w sadzie?
Uświadamiam sobie, że stanowczo za dużo mówię.
Przenoszę na nią wzrok, a ona się na mnie gapi. Wytrąca
mnie z równowagi, czuję się jak idiota, wypowiadam
pierwszą rzecz, jaka mi przychodzi do głowy:
- Joley mówił, że pani uciekła z domu.
Cała krew odpływa jej z twarzy, przysięgam.
- Tak powiedział?
Wspominam, że chyba miało to coś wspólnego z jej
mężem. Nic szczególnego nie chcę przez to powiedzieć,
ale jej oczy miotają błyskawice. Wszystkie jasne fragmenty zapełniają się czernią, jak u pumy. Siostra Joleya
prostuje się i mówi mi, że to nie moja sprawa.
Rany, ale damulka. Jakbym wszedł w posiadanie jakiejś wielkiej tajemnicy. Przecież w końcu tylko powtarzam to, co usłyszałem od jej własnego brata. Skoro
chciała utrzymać sekret, niech ma pretensje do Joleya,
nie do mnie.
Nie pozwolę się tak traktować, ostatecznie to ja jestem
tu u siebie. Powinienem był być mądrzejszy, od samego
początku. Nic się nie zmieniło pomiędzy takimi jak ona i
takimi jak ja. Niektórych drzew po prostu nie da się przesadzić. Niektórych stylów życia nie da się połączyć.
386
Siostra Joleya zakłada ręce na piersiach.
- Nic pan o mnie nie wie.
- A pani o mnie - rzucam wściekły. - Więc niech zostanie, jak jest. Przyjechała pani w odwiedziny do brata,
proszę bardzo. Chce pani zostać jakiś czas, nie ma sprawy. - Pot zalewa mi skronie. - Niech każde z nas robi
swoje.
Podrywa głowę tak gwałtownie, że pasmo z końskiego
ogona trafia jej na usta.
- I bardzo dobrze!
- I bardzo dobrze.
No to po sprawie. Mam taki układ z Joleyem i Hadleyem: jeśli chcą kogoś tu sprowadzić, nie ma problemu,
ich sprawa. Wobec tego, jeśli Joley chce, żeby jego siostra tutaj trochę pomieszkała, nie będę mu wchodził w
drogę. Ale nie mam zamiaru się zajmować tą chińską
księżniczką.
- Chcę wiedzieć, dlaczego pan mi nie pomógł.
- W stodole?
Uśmiecham się z nieskrywaną satysfakcją. Bo twoje
przyjaciółki wytykały mnie palcami. Bo na tamtym przyjęciu, kiedy byłem jeszcze prawie dzieciakiem, taka jak
ty posłużyła się mną niczym bezdusznym narzędziem.
Bo mogłem patrzeć, ale nie wolno mi było dotknąć.
- Bo doskonale wiem - mówię - kim pani jest.
Triumfuję. Ruszam w stronę części komercyjnej. Po
chwili słyszę jej głos, podobny do śpiewu kardynała, w
sadzie tych ptaszków pełno.
- Jest Joley! - krzyczy. - Joley!
We dwoje tworzą niesamowity widok. Ten facet, któremu ufam jak bratu, i kobieta, która stała się wyłącznie
źródłem przykrości od pierwszej chwili, gdy ją zobaczyłem.
387
Z początku Joley jej nie słyszy. Dłonie przyciska do
drzewa, na którym zaszczepił gałązkę. Głowę pochylił z
czcią, namawia roślinę do życia. W następnej chwili, gdy
podnosi wzrok, w ten charakterystyczny dla siebie sposób, trochę oszołomiony, widzi siostrę. Zeskakuje z wysokiego szczebla drabiny, biegnie na spotkanie. Podnosi
ją i okręca dookoła, a ona obejmuje go za szyję i trzyma
kurczowo, jak tonący, co to brzytwy się chwyta. W życiu
nie widziałem dwóch tak kompletnie różnych osób, które
by do siebie równie idealnie pasowały.
Przyglądamy się im razem z Hadleyem i Rebeką, zaczynamy się czuć niewygodnie. Mamy wrażenie, że nie
tylko my jesteśmy intruzami, ale wręcz cały sad, i jezioro, i niebo. Nawet sam Bóg postarałby się zapewnić tym
dwojgu odrobinę odosobnienia.
- Joley, może weź sobie wolne do końca dnia - proponuję. - Rzadko się widujesz z siostrą.
Zawracam w stronę stodoły, muszę tam posprzątać po
strzyżeniu, oddzielić wełnę z ostatniej owcy, powiązać
worki, przygotować do zawiezienia do miasta. Zrobię to
w tym tygodniu. Zostawiam Hadleya do opieki nad Rebeką, najwyraźniej dobrze się rozumieją. A potem, z palącym słońcem na karku, wracam przez sad.
W życiu do nikogo nie poczułem antypatii tak szybko.
Przyznaję, nie zachowałem się jak należy, z całym tym
wypadkiem przy strzyżeniu i w ogóle, głupio wyszło, ale
też miała mnóstwo okazji, żeby się przekonać, że to nie
było celowe.
Dziesięć akrów z powrotem do stodoły. To długa droga, a ja cały czas myślę o pani Jane, o jej twarzy z rumieńcami w tym samym kolorze, który dominuje na
388
sukience mamy, o tym, jak w jednej chwili ta kobieta jest
wyniosłą damulą, a w drugiej tuli się do Joleya, szukając
u niego wsparcia.
Próbuję się czymś zająć w szklarni, jednak nie mogę
się skupić. Ciągle mi się przypominają te idiotyzmy z
czasów szkolnych. Kretyńskie incydenty z dziewczynami
z miasta, z którymi pewnie pani Jones była zaprzyjaźniona. Chyba zawsze podobały mi się dziewczyny w tym
typie: o zaróżowionych policzkach, jakby właśnie wyszorowanych do czysta. O prostych lśniących włosach,
pachnących z bliska malinami. Zakochuję się w takich od
pierwszego wejrzenia, serce mi wali jak młotem, gardło
mam ściśnięte, aż zdobędę się na odwagę i po raz kolejny
spróbuję zawrzeć znajomość. Nigdy nie wiadomo, powtarzam sobie. Może ta dziewczyna nie ma pojęcia, skąd
pochodzę. Może akurat jej nie będzie to przeszkadzało.
W końcu jednak wszystko idzie po staremu. Nie muszą
nic mówić wprost, przekaz i tak jest całkiem jasny: trzymaj się ze swoimi.
Na tym właśnie polegała moja pierwsza pomyłka z
Jane Jones. Powinienem był po prostu zachować się obojętnie. Pokazać jej, gdzie znaleźć Joleya, i pod żadnym
pozorem nie prosić o pomoc w strzyżeniu owiec. Chciałem sobie zażartować i zrobiłem źle. Ona jest inna niż
my. Nie załapała dowcipu.
Uświadamiam sobie, że nie wiedząc kiedy, wyszedłem ze szklarni. Stoję przed martwą jabłonią, patrząc na
Joleya z siostrą. Joley mnie zauważa, pozdrawia. Z innej
strony zbliżają się Hadley z Rebeką.
- Gdzie byliście? - pyta Joley. - Czas na obiad.
389
Otwieram usta, lecz nie wydobywa się z nich żaden
dźwięk.
- Byliśmy nad jeziorem - mówi Hadley. - Rebeka
opowiadała mi, jakie wariactwa wyprawialiście dawniej
na bożonarodzeniowych imprezach rodzinnych.
Ma chłopak wyczucie. Potrafi rozładować najbardziej
napiętą sytuację, wprowadzić wszystkich w dobry nastrój.
- Joley mówił - odzywa się pani Jones. Do mnie się
odzywa. - Joley mówił, że ma pan tu sto akrów sadu.
Patrzy mi w oczy, twarz ma rozjaśnioną, jest przyjaźnie nastawiona.
- Zna się pani na uprawie jabłek? - pytam niepotrzebnie gburowato.
Kręci głową przecząco, koński ogon podskakuje na jej
ramionach. Koński ogon. Mało która dorosła kobieta nosi
koński ogon. Właśnie w tym rzecz.
- To nie ma o czym gadać.
Hadley patrzy na mnie, jakby mówił: „Co cię opętało?”.
- Wręcz przeciwnie. Jakie odmiany tu rosną?
Ponieważ nie odpowiadam, Hadley i Joley jeden przez
drugiego opowiadają o gatunkach jabłek rosnących w
moim sadzie. Podchodzę do martwego drzewa i dosłownie centymetry od jej twarzy obieram gałąź z kory. Udaję, że robię coś ważnego.
Pani Jones podchodzi do innego drzewa.
- A te?
Zrywa purytana, unosi do gorącego południowego
słońca, a potem opuszcza do ust, gotowa wbić zęby w
miąższ. Widzę ją od tyłu, domyślam się, co chce zrobić.
390
Wiem też, że te drzewa rano były opryskiwane pestycydami. Działam instynktownie: błyskawicznie sięgam nad
jej ramieniem, czuję jej plecy, cieple i mocne, wytrącam
owoc z zaciśniętych palców, jabłko toczy się po ziemi
niczym kamień. Pani Jones obraca się, stoimy twarzą w
twarz.
- Rany boskie, co mu jest?
Myślę sobie: wsiadaj do samochodu, wracaj, gdzie
twoje miejsce. Albo daj mi święty spokój, chcę robić to,
co uznaję za stosowne.
Myślę też: proszę, proszę, znalazła się wielka pani.
W końcu pokazuję na drzewo, z którego zerwała
owoc.
- Dzisiaj były pryskane. Można się zatruć.
Omijam ją, przechodzę przez aurę jej perfum i ciepłą
warstwę otulającego skórę powietrza. Muskam jej ramię i
piętą miażdżę cholerne jabłko. Wbijam wzrok w Wielki
Dom. Idę, nie oglądając się za siebie.
Myślę sobie:
Co z oczu, to z serca.
51.
JANE
Ponieważ Wielki Dom postawiono w dziewiętnastym
wieku, wymieniono w nim całą hydraulikę. Są w tym
budynku łazienki, jednak za mało. Wszyscy mieszkańcy
piętra muszą korzystać z tej przy sypialni rodziców: jednej wanny na lwich łapach, z zaciąganą dookoła zasłoną
prysznicową, oraz jednego starego sedesu z górnopłukiem, opróżnianym za pomocą łańcuszka.
Dzisiaj zwlekam się z łóżka niemożliwie późno, więc
mam pewność, że wszyscy inni wyszli już do pracy. Łazienka jest wolna, wobec czego ją zajmuję i odkręcam
prysznic. Pomieszczenie napełnia się parą, ja podśpiewuję standardy doo wop, a co za tym idzie, nie widzę ani
nie słyszę, gdy otwierają się drzwi. Wystawiam głowę,
bo sięgam po ręcznik, żeby wytrzeć oczy, i widzę Sama
Hansena przed lustrem.
Wytarł fragment szkła z pary, całą twarz ma w pianie
do golenia. Jestem do tego stopnia wstrząśnięta, że stoję
goła i oniemiała, z otwartymi ustami. W drzwiach łazienki nie ma zamka, więc rozumiem, że wszedł. Ale że
został? I się goli?
392
- Bardzo przepraszam - mówię. - Biorę prysznic.
Sam odwraca się do mnie.
- Widzę.
- Nie uważasz, że powinieneś wyjść?
Trzy razy stuka brzytwą w porcelanową umywalkę.
- Wiesz co, po południu mam spotkanie w Bostonie,
a za niecałą godzinę ważną rozmowę w Stow. Nie mogę
czekać, aż skończysz się pluskać i zwolnisz łazienkę.
Muszę się ogolić. Nie moja wina, że wybrałaś akurat
najgorszy czas na prysznic, że masz zwyczaj kąpać się w
południe.
- Zaraz, chwileczkę.
Zakręcam wodę, zabieram ręcznik z wieszaka. Owijam się nim, potem odciągam zasłonkę.
- Naruszasz moją prywatność - mówię. - Zawsze
wchodzisz do zajętej łazienki bez pytania? Czy tylko
mnie tym zaszczycasz?
- Kobieto! - Przeciąga brzytwą po policzku. - Przecież uprzedzałem, że wchodzę.
- Nic nie słyszałam.
- Zapukałem i powiedziałem, że muszę wejść. A ty
powiedziałaś: „yhm”. Słyszałem na własne uszy.
- Śpiewałam pod prysznicem! Wcale cię tu nie zapraszałam.
Odwraca się do mnie, dla podkreślenia wagi słów
unosi brzytwę.
- A skąd niby ja miałem to wiedzieć?
Gapi się na mnie, z twarzą w białej pianie jest dziwaczną wersją Świętego Mikołaja. Błyskawicznie, prawie niedostrzegalnie, omiata wzrokiem mnie całą, owiniętą ręcznikiem od stóp do głów.
393
- Szczyt wszystkiego - oburzam się.
Wychodzę z wanny, otwieram drzwi łazienki. Zalewa
mnie fala zimnego powietrza, dostaję gęsiej skórki, włosy na karku mi się jeżą.
- Idę do sypialni. Daj mi znać, jak skończysz, proszę.
Odchodzę, zostawiając mokre ślady na orientalnym
chodniku w korytarzu.
W sypialni kładę się, rozwijam i wygładzam ręcznik,
lecz po namyśle znów się w niego zawijam. Przy moim
szczęściu on tu za moment wmaszeruje. Po chwili rozlega się głuche uderzenie w grube drzwi.
- Łazienka wolna - słyszę stłumiony głos Sama.
Kręcąc głową, wracam do łazienki i tym razem zastawiam drzwi koszem na brudną bieliznę. Nie jest na tyle
ciężki, by kogokolwiek zatrzymać, ale przynajmniej
usłyszę, gdy się będzie przewracał. Wchodzę do wanny,
zmywam szampon z włosów. A także kończę piosenkę.
Zakręcam wodę, odciągam zasłonkę prysznicową i
dopiero wtedy uderza mnie, że jest ona biała, nieomal
przejrzysta. Przysuwam do niej dłoń, widzę wszystkie
palce, prawie normalnie. Co oznacza, że Sam najprawdopodobniej zobaczył mnie w całej okazałości. Goluteńką.
Wycieram kawałek lustra do sucha, szukam nowych
zmarszczek, sprawdzam, czy pogłębiły się stare. Przyglądam się sobie nieco dłużej niż zwykle, zwracając
szczególną uwagę na wyraz oczu. Budzi się we mnie
ciekawość, co też właściwie zobaczył Sam. I czy mu się
to spodobało.
394
- Czekajcie! - wołam z okna sypialni. - Nie zostawiajcie mnie!
Joley, który stoi przy samochodzie z Hadleyem i Rebeką, daje mi znać, że usłyszał.
Mijam lustro, wsuwam potargane włosy za uszy, biegnę do schodów.
Po drodze mijam Sama idącego w górę. Burczy coś
pod nosem. Ja też nie jestem uszczęśliwiona jego widokiem. Czuję, że poczerwieniałam na twarzy.
- Dokąd jedziemy? - pytam, wychodząc na patio z
jasnych cegieł, otwierające się na sad.
Joley wita mnie uśmiechem.
- Niedaleko. Muszę po południu skoczyć z Samem
do Bostonu, na spotkanie w interesach.
Ma na sobie koszulkę, którą mu przysłałam na zeszłe
Boże Narodzenie: polo w szerokie pasy rugby, pomarańczowe i śliwkowe. Jest sprana, co mnie uszczęśliwia
bezdyskusyjnie, ponieważ oznacza, że się spodobała.
- Jak spałaś?
- Fantastycznie - odpowiadam zgodnie z prawdą.
Drugą noc śpimy w Wielkim Domu i drugiej nocy zasnęłam w chwili, gdy dotknęłam głową poduszki. Częściowo pewnie dlatego, że dużo czasu spędzamy na powietrzu, na słońcu i lato zbija nas z nóg. A częściowo
pewnie z powodu samego łóżka: to podwójne łoże małżeńskie z czterema słupkami, puchowymi materacami i
pierzyną. Hadley pokazuje Rebece, jak owinąć dojrzałą
pałkę wodną łodygą, żeby z jej brązowej głowy zrobić
pocisk. Trafia mnie w nogę. Rebeka jest zachwycona.
- Pokaż jeszcze raz - prosi.
395
Idę w ich stronę, ruchomy cel. Hadley osłania oczy
przed słońcem.
- Ona mi kazała, słowo!
Lubię chłopaka. Polubiłam od razu. Częściowo może
przez kontrast z Samem. Hadley jest szczery. Nie ma w
nim żadnych sekretów. Pozory nie mylą. I jest bardzo
miły dla Rebeki. Gdy zjawiłyśmy się w sadzie, momentalnie ją zaadoptował. Moja córka chodzi za nim jak
szczeniak, przygląda się przycinaniu drzew i szczepieniu
młodych gałązek, nawet rąbaniu drzewa. Ostatnio zawsze, gdy widzę Hadleya, ona przy nim jest.
Rebeka z pomocą Hadleya montuje wyrzutnię pałki.
- Teraz włóż palce w pętlę - instruuje ją Hadley,
ostrożnie przesuwając jej dłoń - i pociągnij.
Ona zagryza dolną wargę i wykonuje instrukcje. Brązowa część trzciny przelatuje mi nad głową i trafia Joleya. Brat idzie w naszą stronę, ręce trzyma w kieszeniach
spodenek.
- Dokąd dzisiaj, załogo?
- Możemy je zabrać do miasta - podsuwa Hadley. Do supermarketu. Zobaczą, gdzie lądują nasze jabłka.
- Zyskają niezapomniane wrażenia - dodaje Joley.
- Nie musisz mi organizować rozrywki - zapewniam.
- Wystarczy, że mogę tutaj być. Skoro was obowiązki
wzywają, my się zajmiemy sobą.
Całe wczorajsze popołudnie spędziłam z Joleyem. On
pracował, ja szłam za nim od drzewa do drzewa. Powiedział, że może spokojnie przeszczepiać gałązki i jednocześnie ze mną rozmawiać. I tak rozmawialiśmy - o
miejscach, które odwiedziłyśmy w drodze do Massachusetts. O mamie i o tacie. Powiedziałam mu, jakie stopnie
396
Rebeka miała na wiosnę. I o tym, co Oliver zamierzał
robić na wodach przy wybrzeżu Ameryki Południowej.
Joley mnie natomiast nauczył nazw gatunków jabłek rosnących w sadzie Hansena. Zademonstrował mi, co zrobić, by młoda gałązka stała się częścią umierającego
drzewa. Pokazał mi jabłonie, które przetrwały ten proces,
i inne, którym się to nie udało.
Dobrze mi z bratem. Wystarczy mi stanąć obok niego,
by sobie uświadomić, jak pusty jest świat, gdy go przy
mnie nie ma. Jestem przekonana, że umiemy wzajemnie
czytać sobie w myślach. Bardzo często, gdy jesteśmy
razem, nie marnujemy słów, a skoro któreś z nas zaczyna
mówić, uświadamiamy sobie, że oboje krążyliśmy wokół
tego samego wspomnienia.
Joley ustala z Hadleyem plany na popołudnie w sadzie. Okazuje się, że Hadley także będzie zajęty - pod
nieobecność Sama przejmuje jego rolę. Zakładam, że
mimo wszystko znajdzie czas dla Rebeki, będzie pracował w jej towarzystwie, tak jak Joley w moim.
Tymczasem oni obaj patrzą na siebie, po czym odzywają się równocześnie:
- Lody.
- Lody? - powtarza Rebeka. - Jakie lody?
- Zabieramy je do Buttrick - mówi Hadley. - Bez gadania. Trzymają tam holsztyny, z ich mleka robią lody.
- Dopiero jedenasta. Nawet nie zjadłam śniadania.
- Nie szkodzi - ocenia Joley. - Otwierają o dziesiątej.
- Sama nie wiem...
Joley chwyta mnie za rękę i ciągnie w stronę niebieskiego pikapa, stojącego na podjeździe.
397
- Nie bądź taka akuratna. Odpuść trochę.
Hadley zaprasza mnie do szoferki, on z Rebeką będzie
jechał na pace. Joley uruchamia silnik. W chwili gdy
włącza cofanie, Hadley zeskakuje z samochodu.
- Jedną sekundę! - woła i biegnie do garażu.
Wyłania się z niego, trzymając w rękach dwa składane
leżaki w jaskrawe pasy. Podaje oba Rebece.
Zerkam przez tylne okienko, jak rozstawia leżak dla
mojej córki. Szerokimi, teatralnymi gestami pomaga jej
się umościć. Ona się śmieje. Dawno nie widziałam jej tak
szczęśliwej.
- Miły jest - mówię.
- Hadley? - upewnia się Joley.
Cofa wóz pod górę, po czym wykręca o sto osiemdziesiąt stopni. Zerka w lusterko wsteczne, pewnie
sprawdza, co się tam z tyłu dzieje. Leżak Rebeki ześlizguje się, wpada na leżak Hadleya. Moja córka ląduje
chłopakowi na kolanach.
- Tak, Hadley jest naprawdę miły. Mam tylko nadzieję, że nie będzie zbyt miły.
Wyglądam przez zakurzone okienko, jednak sytuacja
wygląda niewinnie. Hadley ze śmiechem pomaga Rebece
wrócić na leżak, pokazuje jej, jak się zakotwiczyć o burty.
- Rebeka jest jeszcze dzieckiem.
- Skoro już mowa o dzieciach - podejmuje Joley - a
właściwie o rodzicach... Chciałbym wiedzieć, jakie masz
plany.
Bawię się klapką od schowka na rękawiczki, otwieram
ją i zamykam, znowu otwieram. Nic tam nie ma, tylko
mapa Maine i otwieracz do kapsli.
398
- Jakie mam plany? Myślałam, że przyjechałyśmy na
wakacje.
Joley zerka na mnie kątem oka.
- Jasne. Skoro tak chcesz.
Odruchowo rozpieram się w fotelu, kładę nogi na desce rozdzielczej, choć przecież córce zawsze powtarzam,
żeby tego nie robiła. Dojeżdżamy do świateł, słyszę głosy Rebeki i Hadleya.
- Osiemdziesiąt dwie butelki piwa na murze! - śpiewają.
Joley patrzy na mnie znowu.
- Nie będę już do tego wracał, ale wcześniej czy
później, raczej wcześniej, Oliver pojawi się w sadzie i
zażąda wyjaśnień. Nie jestem pewien, czy potrafisz mu
ich udzielić. Mam natomiast pewność, że nie będziesz
wiedziała, co powiedzieć, kiedy każe ci wsiadać do samochodu i wracać z nim do domu.
- Dobrze wiem, co mu wtedy powiem - oznajmiam
ku własnemu zdziwieniu. - Powiem: „nie”.
Joley wciska hamulec, słyszę łoskot dwóch leżaków o
tylną ścianę szoferki.
- Aua! - skarży się Rebeka.
- Przyjechałaś tu z córką, a ona nie wie, co się dzieje
w twojej głowie. Czy to w porządku zabrać ją z domu ot
tak, a potem zaskoczyć informacją, że już tam nie wraca?
I że nie będzie mieszkała z ojcem? Pytałaś ją, co ona
myśli o tym wszystkim?
- Jakoś nie - przyznaję. - A co ty byś zrobił na moim
miejscu?
- To nie ma znaczenia. Wiem natomiast, co powinnaś zrobić. Nie zrozum mnie źle. Cieszę się, że tu jesteś,
399
i wcale mi nie zależy, żebyś wyjeżdżała, ale już nie jesteś
w Massachusetts u siebie. Powinnaś wrócić do San
Diego, usiąść z Oliverem w kuchni przy stole i pogadać o
tym, co poszło źle.
- Mój brat, nieuleczalny romantyk - kwituję oschle.
- Pragmatyk - poprawia mnie Joley. - Moim zdaniem, piętnaście lat to dużo czasu, żeby znaleźć błąd.
Hadley krzyczy do Joleya, że właśnie minęliśmy
skręt. Joley cofa w szutrówkę.
- Obiecaj mi, że się zastanowisz. Nawet jeśli nasz
ukochany Oliver będzie stał na progu, kiedy wrócimy do
sadu, nie otworzysz ust, póki nie usłyszysz, co on ma do
powiedzenia.
- Mam go słuchać? Rany boskie, przecież słucham
go przez całe życie. A kiedy ja będę mówić? Kiedy
przyjdzie moja kolej?
Joley się uśmiecha.
- Powiem ci coś, czego nauczyłem się od Sama.
- Koniecznie?
- Jest świetnym przedsiębiorcą. Nie mówi zbyt wiele
i już z tego powodu zyskuje przewagę. Zmusza partnera
w interesach do mówienia, do powtarzania argumentów.
A on siedzi i słucha. Robi przez to wrażenie, jakby wiedział wszystko, nad wszystkim doskonale panował. Widzisz, znam go całkiem nieźle, więc widzę, że czasami
robi w gacie ze strachu. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to,
że on wie, jak to wykorzystać dla swojego dobra. Czeka i
ogarnia sytuację, jest tak cichy, że gdy w końcu jednak
otworzy usta, słucha go cały świat bez wyjątku.
Opieram głowę na pasie bezpieczeństwa.
400
- Uprzejmie ci dziękuję za światłą radę.
- Wyobraźmy sobie, że ona nie ma nic wspólnego z
Samem. - Joley pokazuje w uśmiechu wszystkie zęby. Jest cenna, niezależnie od tego, co o nim myślisz.
Nawet nie zauważam, kiedy wyjeżdżamy na piaszczystą drogę, wzbijając w powietrze kłęby pyłu. Ręcznie
malowany znak obwieszcza: BUTTRICK. Budynek ma
kształt litery T. Widzę rząd dziewcząt w fartuszkach w
żółtą kratkę, każda z długopisem i notatnikiem w dłoniach, gotowe przyjmować zamówienia. Na dachu, nad
znakiem firmowym, widnieje ogromna plastikowa krowa.
- Podoba ci się krowa? - pyta Hadley Rebekę.
Pomaga jej zsiąść z samochodu.
Moja córka kiwa głową.
- W życiu czegoś takiego nie widziałam.
Hadley prowadzi ją do płotu. Na poziomo ułożonych
drewnianych balach poprowadzono dodatkowo drut kolczasty. Całość otacza dużą łąkę, na której pasą się holsztyny. Wyglądają jak upozowane do fotografii.
- To miejsce przypomina mi New Hampshire - mówi
Hadley. - Moja mama tam teraz mieszka.
Przeskakuje ogrodzenie, nieomal ściąga na siebie
uwagę rozleniwionych krów. Jedna nawet odwraca łeb.
Hadley wyciąga rękę do Rebeki, pomaga jej przejść
przez ogrodzenie.
- Kiedy wracacie? - pytam brata.
- Na obiad. Będą korki.
Hadley bierze Rebekę za rękę i prowadzi ją do jednej
z krów. Ta akurat leży, nogi ma podwinięte pod tułów.
Rebeka w jednej dłoni ściska rękę Hadleya, drugą wyciąga
401
do zwierzęcia. A ono oblizuje jej palce. Rebeka śmieje
się i odsuwa.
- Często widujesz takie w San Diego? - pyta Hadley.
Rebeka kręci głową.
- No coś ty.
- Mają cztery żołądki. Nie wiem dokładnie, po co im
aż tyle.
- Cztery żołądki! - dziwi się Rebeka. - Niezłe.
Hadley odstępuje o krok. Widać, że nie przywykł do
grania pierwszych skrzypiec i przyjmowania roli eksperta.
- Nie można ich wypasać razem z owcami, bo owce
obgryzają trawę bardzo nisko, a krowa owija kępę jęzorem i wyrywa. - Jest wyraźnie zadowolony. - Mają tylko
jeden rząd zębów, na dole.
Rebeka nigdy dotąd nie interesowała się zwierzętami
hodowlanymi, teraz chłonie każde słowo.
- Porozumiewają się uszami - podejmuje Hadley,
jeszcze bardziej ożywiony. - Uszy postawione, krowa
szczęśliwa. Uszy leżą, krowa zła. Jedno stoi, jedno leży
oznacza: „Co jest?”. - Śmieje się głośno. - Gdybyś tu
zamieszkała - zniża głos - gdybyś tu zamieszkała na zawsze, kupiłbym ci cielaka.
Przez kilka sekund przytrzymuje ją spojrzeniem, po
czym się odwraca.
- Fajnie by było - przyznaje Rebeka. - Nazwałabym
go Brykuś.
Hadley, który od jakiejś chwili chodzi po okręgu, nagle się zatrzymuje.
- No coś ty. - Ze zdumienia otwiera usta. - Miałem
Brykusia, jak byłem mały.
402
Przygląda się Rebece z taką ciekawością, że ona
spuszcza wzrok na dłonie.
- A po co im łaty? - pyta nieśmiało.
- To kamuflaż.
- Powaga?
Rebeka przesuwa palcem wzdłuż krawędzi łaty w
kształcie czajnika.
- No tak. Ale Bogiem a prawdą, krów nigdy nie zabierało się na linię frontu. Tylko byki.
Czeka, aż Rebeka zacznie się śmiać, i rechoczą we
dwoje. Później schyla się do niej i cicho coś mówi. Nic
nie słyszę.
Rebeka puszcza się biegiem. Po chwili rzuca spojrzenie na Hadleya i rusza za nim, biegną dookoła łąki, przeskakując kamienie, omijając krowy, które zamarły ze
strachu.
- Czy to niebezpieczne? - pytam.
- Biegają szybciej niż krowy - zapewnia Joley. - Nie
ma się czym przejmować.
Bawią się w berka. Hadley jest szybszy, w końcu ma
znacznie dłuższe nogi. Podnosi Rebekę wysoko. Ona
ledwie dyszy, próbuje go ciągnąć za włosy, wali pięściami po barkach.
- Postaw mnie! - krzyczy, śmiejąc się głośno. - No
już, postaw!
- Dobrze sobie radzi z dziećmi - mówi Joley, kończąc wafel w kształcie rożka.
Rebeka przestaje walczyć, a Hadley trzymają pod pachy. Wyglądają jak para tancerzy. Rebeka wiotczeje,
Hadley opuszczają na ziemię. Moja córka poważnieje.
Hadley się od niej odwraca. Pociera kark i zawraca w
naszą stronę.
403
- Zaczekaj! - krzyczy Rebeka.
Hadley nie reaguje.
- Zaczekaj na mnie!
Po południu, gdy wszyscy zniknęli, spaceruję po sadzie i myślę o Oliverze. Jest gorąco, zbyt gorąco na spacery, lecz w Wielkim Domu mam jeszcze mniej zajęcia
niż w sadzie. A między drzewami nudno bez Joleya. Rebeki nie widziałam od powrotu z lodów, a nie zamierzam
spędzać czasu z robotnikami. W końcu zdejmuję buty i
idę brzegiem jeziora.
Zaczynam myśleć o Oliverze, bo spódnica nuci jego
imię. Z każdym krokiem kołysze się w przód i w tył, a
złapane w nią powietrze wydaje dźwięki podobne do
dwóch słów: O-li-ver Jones. O-li-ver Jones.
Jakie właściwie są zasady? Czy dwoje ludzi może
przez piętnaście lat zmienić się do tego stopnia, że ich
małżeństwo przestaje mieć rację bytu? W przypadku
rozwodu nazywa się to niezgodnością charakterów. Chyba u nas tego nie dostrzegam. Niekiedy wystarczy, że
Oliver na mnie spojrzy, a ja widzę go znowu w Woods
Hole, zanurzonego po pas w wodzie, z rękami pokrytymi
błotem, ostrożnie trzymającego w dłoniach jakąś muszlę.
Czasami, gdy na niego patrzę, zapadam się w jego jasnych morskich oczach. Niestety, takie chwile są coraz
rzadsze. Szczerze mówiąc, zdarzają się tak rzadko, że
mnie zaskakują.
Nagle zdaję sobie sprawę, że przede mną stoi Rebeka.
Biorę ją pod ramię.
- Straszny upał - mówię. - Człowiek ma ochotę wrócić do Kalifornii.
404
Podciągnęła T-shirt, przekładając dół przez dekolt,
podwinęła rękawki, a mimo to po brzuchu i plecach
spływa jej pot. Włosy zaplotła i związała trawą.
- Nie ma co robić. Byłam z Hadleyem, ale on dzisiaj
nie ma dla mnie czasu.
Wzrusza ramionami, jakby ją to niespecjalnie obeszło,
ale ja i tak domyślam się prawdy. Przecież widziałam ich
na łące, wiem, że oszalała na punkcie tego chłopaka.
Wakacyjna miłość. Joley słusznie ocenił, że Hadley dobrze sobie radzi z dzieciakami. Lepiej powiedzieć piętnastolatce, że ma się dużo pracy, niż że jest za smarkata.
Rebeka wydyma wargi.
- Odkąd Sam zniknął za horyzontem, zrobił się z
niego straszny ważniak.
Sam.
- Litości...
Opowiadam jej o scenie w łazience, mam nadzieję ją
rozweselić.
Rzeczywiście, twarz jej się rozjaśnia.
- Widział cię?
- Oczywiście, że mnie widział.
Kręci głową, przysuwa się bliżej. Patrzy na mnie znacząco.
- Nie wierzę. Powaga?
Wreszcie zyskałam jej uwagę.
- Powaga. Zresztą co za różnica.
Po chwili opowiada mi tę samą historyjkę, którą usłyszałam od Joleya, jaki to Sam jest boski w interesach, jak
stworzył ten sad z niczego, jakim jest wzorowym przykładem człowieka sukcesu dla miejscowej społeczności.
405
Orientuje się, że nie słucham, więc chce mnie zaintrygować.
- Mamo, dlaczego tak strasznie nie znosisz Sama?
Przecież nawet go nie znasz.
Parskam śmiechem, ale wychodzi mi prychnięcie.
- Wręcz przeciwnie, doskonale znam. Oboje zostaliśmy wychowani zgodnie z ogólnie przyjętymi stereotypami.
Mówię jej, co dziewczęta z Newton sądziły o chłopcach z Minuteman Tech, jak całkowicie byli oni pochłonięci zdobywaniem wykształcenia zawodowego, gdy my
ceniłyśmy wartość naprawdę dobrej edukacji.
- Nie przeczę, Sam Hansen jest mężczyzną inteligentnym - przyznaję. - Więc chyba można by się po nim
spodziewać czegoś więcej niż to?
Obejmuję gestem sto akrów sadu i w tym samym
momencie dociera do mnie, co robię. Nawet ja muszę
przyznać, że sad jest piękny, pomalowany tysiącem barw.
Może akurat nie dla mnie, ale pewnie jednak jest coś
wart.
Rebeka zrywa trawę.
- Nie dlatego nienawidzisz Sama. Moim zdaniem,
dlatego że jest nieziemsko szczęśliwy.
Długo mówi o prostym życiu i o osiąganiu celów, w
końcu unoszę brwi.
- Wielkie dzięki, panie doktorze Freud.
Przypominam jej, że nie jestem tutaj dla Sama. Przyjechałam do Joleya.
Właśnie w tej chwili wytrąca mnie z równowagi. Pyta,
co mamy zamiar robić dalej. Nie odpowiadam wprost,
mówię, że jakiś czas zostaniemy, poukładamy sprawy,
potem zdecydujemy, co dalej. Rebeka podpiera się na
łokciu.
406
- Innymi słowy - oświadcza - masz zero pojęcia.
Pochylam się nad nią.
- Rebeko, o co ci chodzi? Stęskniłaś się za ojcem?
Nie wiem, jaka jest jej rola w kontekście mojego
układu z Oliverem. Gdzie jest miejsce tej istoty? W połowie stworzonej ze mnie, w połowie z Olivera...
- Gdybyś tęskniła, mów śmiało, wygadaj się. W końcu jest twoim ojcem.
Dla dobra córki staram się nikogo nie odsądzać od
czci i wiary.
Rebeka spogląda w niebo.
- Nie tęsknię za tatą - zaprzecza. - Ani trochę.
Po jej twarzy spływają łzy. Przyciągam ją do siebie i
przytulam. Przypomina mi się dzień, gdy opuściłyśmy
Kalifornię. To ona, moja córka, pierwsza wsiadła do samochodu. To ona spakowała torbę. Zanim w ogóle zdałam sobie sprawę, że chcę wyjechać, ona już wszystko
przygotowała.
W pewnym momencie, gdy miałam kilkanaście lat,
uświadomiłam sobie, że nie kocham ojca. Nie została we
mnie ani odrobina miłości. Całkiem jakby za każdym
razem, kiedy mnie bił, za każdym razem, gdy nocą przychodził do mojego pokoju, zabierał mi jej trochę, jakby
odciągał mi krew.
Brak miłości nie był bolesny. Przyjęłam, że ojciec sam
do tego doprowadził. Musiałam stracić ciepłe uczucia.
Gdybym kochała go tak mocno jak w dzieciństwie, z
pewnością umarłabym tej nocy, gdy pierwszy raz został
w mojej sypialni.
Widzę po twarzy Rebeki, nawet czuję z ciepła jej skóry, że myśli o tym, co to znaczy kochać ojca i czy
407
naprawdę warto. Nie mam pewności, czy po dojściu do
tego punktu można jeszcze zawrócić.
- Ciii...
Przytulam ją i kołyszę. Robię wszystko, by do tego
punktu nie dotarła. Wrócę do Olivera. Będę go kochała.
W oddali pojawia się dżip. Widzę go wyraźnie, ruchomą kropkę przy stodole. Z samochodu wysiada Joley,
ten drugi to na pewno Sam. Choć jest tak daleko, nasze
oczy się spotykają. Nie wiem, o czym on myśli, ale ja
czuję się schwytana w pułapkę, w żaden sposób nie potrafię odwrócić wzroku.
52.
SAM
Przez ostatnie dwa dni boli mnie głowa. Nie tak zwyczajnie. Ból zaczyna się od uszu, idzie przez oczy, potem
przez grzbiet nosa. W życiu nie miałem takiego bólu
głowy, od dwudziestu pięciu lat. Z czego wynika, że
wszystko przez Jane Jones.
Dziś rano zastałem ją w łazience pod prysznicem.
Zrozumiała to całkiem opacznie. Byłem umówiony na
spotkanie w interesach. Normalnie, jeśli się śpieszę, a
Joley albo Hadley akurat bierze prysznic, nikomu nie
przeszkadza, że zrobię w tym czasie w łazience to, co
muszę. Może po prostu nie przywykłem do kobiet w domu. Wszystko jedno. Ta przeszkadza wyjątkowo.
Wracamy z Joleyem z Bostonu, po fantastycznym
spotkaniu z kupcem z Purity Foodstores. Odnowiliśmy
kontrakty na Red Delicious. Nie mogę powiedzieć, żeby
Regalia mi się specjalnie podobała, jest gruba i zawsze
zjada na obiad więcej niż ja, ale tak czy inaczej, podpisała kontrakt.
- Myślę, że to początek długiej i owocnej współpracy
- wyznała dzisiaj nad quiche.
409
Spojrzała na mnie znacząco.
Zabawne, zabieram Joleya na spotkania biznesowe z
kobietami albo przedstawicielami sieci supermarketów,
bo się podoba i wie, jak wykorzystać swój wdzięk. Zna
się na tych różnych zasadach towarzyskich, na których ja
nigdy się nie wyznawałem. Tymczasem Regalii wyraźnie
akurat ja wpadłem w oko. A skoro jestem człowiekiem
interesu, uśmiechnąłem się i puściłem do niej oko. Czasami wydaje mi się, że takie zachowanie jest niehonorowe, jednak z drugiej strony, wśród kupców kobieta zdarza się jedna na milion, więc w końcu mogę chyba wykorzystać swoje atuty, żeby dobić targu?
Joley prowadzi. Właśnie mijamy ręcznie malowany
znak, witający w Stow, gdy zaczyna mówić, a milczał
całą drogę od samego Bostonu.
- Chciałbym z tobą porozmawiać o mojej siostrze.
- Ale po co? - dziwię się, bębniąc palcami w deskę
rozdzielczą. - Nie ma o czym gadać. Jesteś zadowolony,
że przyjechała, i szafa gra.
- No tak. Powinienem się cieszyć tym, co mam, póki
się jeszcze nie pozabijaliście.
- Eee tam, bez przesady. Ja nic do niej nie mam, ona
nic do mnie nie ma, po prostu staramy się na siebie nie
wpadać.
- Co poszło źle?
- Nic. Po prostu nie pasujemy do siebie i tyle. Ale to
nie znaczy, że mamy się zaraz pozabijać.
Joley wzdycha.
- Nie będę cię naciskał. Na pewno wiesz, co robisz.
Chciałbym cię tylko prosić, żebyś ze względu na mnie
dał jej trochę luzu.
410
- Nie ma sprawy.
Joley spogląda na mnie.
- No to w porządku.
Parkuje na podjeździe, wysiadamy z dżipa, w oddali
widać Jane i Rebekę. Napotykam spojrzenie Jane, jakby
nas coś połączyło, żadne z nas nie potrafi pierwsze odwrócić wzroku. To by oznaczało przegraną.
- Idziesz? - pyta Joley, ruszając w ich stronę.
- E, nie - odpowiadam, w dalszym ciągu patrząc na
jego siostrę. - Zrobię kolację.
Przełykam głośno i odwracam się. Na plecach czuję
świdrujące spojrzenie.
Obieram ziemniaki, kroję cukinię, szykuję dwa kurczaki, obsypuję je mąką i podsmażam. Siekam migdały
do warzywa i łuskam groszek. Wszystkiego nauczyłem
się od matki. Zwykle ja tutaj gotuję. Gdybym zostawił tę
działkę Hadleyowi albo Joleyowi, jedlibyśmy głównie
mrożonki.
Niecałą godzinę później uderzam w zardzewiały trójkątny dzwon na ganku. Joley, Jane i Rebeka nadchodzą
ze wschodniej części sadu, Hadley z zachodniej. Rządkiem ciągną na górę, do łazienki, potem jedno po drugim
zajmują miejsca wokół stołu.
- Nakładajcie sobie - zachęcam i sam biorę pierś
kurczęcia.
Joley opowiada siostrze o Regalii Clippe, ja nie biorę
udziału w rozmowie. W końcu byłem tam, wszystko
wiem. Obserwuję Hadleya, który jest dziwnie cichy.
Zwykle przy kolacji nie dopuszcza nikogo do głosu, więcej gada, niż je. Dziś jednak nie je i nie gada. Przesuwa
groszek po talerzu, upycha ziarnka przy ziemniakach.
411
Jakiś czas wszyscy zajmujemy się posiłkiem, więc jedynym dźwiękiem jest pobrzękiwanie sztućców o talerze,
starą grubą porcelanę, jeszcze po mamie. Joley macha
kością z udka, pokazuje na swoje pełne usta. Po chwili
przełyka, chwali kolację.
- Wiesz co, Sam, gdyby ci się kiedyś sad znudził,
zajmij się kateringiem dla smakoszy.
- Smażony kurczak to niewielkiego. Nie przesadzajmy, jeść trzeba i tyle. Nie ma o czym gadać.
- Właśnie że jest - sprzeciwia się Rebeka. - Mama
tak nie gotuje.
Łokciem wskazuje matkę, która odkłada sztućce i tylko na nią patrzy.
- Jak wam minął dzień? - pyta Joley.
Jane otwiera usta, ale on pytał Rebekę i Hadleya.
Hadley czerwienieje.
O co tu chodzi?
Chcę pochwycić spojrzenie Hadleya, ale on nie patrzy
na nikogo. Widelec wyślizguje mi się z palców, uderza o
talerz.
Hadley podrywa głowę.
- Nie byliśmy razem - rzuca z rozdrażnieniem. Miałem pełne ręce roboty.
Mruczy coś jeszcze, po czym zwija serwetkę w kulkę i
celuje do kosza na śmieci. Pudłuje całkiem zdrowo, trafia
Piątaka, setera irlandzkiego.
- Czas na mnie - oznajmia.
Zrywa się od stołu, omal nie przewracając krzesła.
Wychodząc, trzaska drzwiami.
- Co jest grane? - pytam, ale najwyraźniej nikt nic
nie wie.
412
Wszyscy znowu przycichają. Mnie to nie przeszkadza.
I tak niespecjalnie gadam przy stole. A potem nagle, jak
grom z jasnego nieba, odzywa się siostra Joleya.
- Sam - zwraca się do mnie - tak się zastanawiałam,
dlaczego sadzisz tylko jabłka?
Powoli wypuszczam powietrze przez nos. Słyszałem
to pytanie przynajmniej milion razy od głupich ślicznych
dziewcząt, które sądziły, że to dobry sposób na okazanie
zainteresowania moim zajęciem.
- Jabłka wymagają dużo czasu i wysiłku - mówię nie
bez trudu.
Doskonale wiem, że nie odpowiedziałem na pytanie.
- Chyba zarobiłbyś więcej, gdybyś zróżnicował
uprawy.
Wraca ból głowy. Jeszcze trochę, a doprowadzi mnie
do szaleństwa.
- Sekundę, przepraszam - zwracam się do Jane. Kim ty właściwie jesteś? Przyjeżdżasz sobie z innego
świata i dwa dni później dyktujesz mi, jak mam prowadzić interes?
- Nie chciałam...
Ból jest koszmarny, sięga karku. Zaczynam się pocić.
- Gdybyś miała chociaż minimalne pojęcie o prowadzeniu farmy, może byśmy porozmawiali.
Odezwałem się ostrzej, niż zamierzałem. Jane podnosi
na mnie zaszklone oczy. Przez jedną chwilę, jedną krótką
chwilę, czuję się fatalnie.
- Co za dużo, to niezdrowo - mówi siostra Joleya niskim głosem. - Chciałam tylko podtrzymać rozmowę.
- Sam - odzywa się Joley ostrzegawczym tonem.
Jest już jednak za późno.
Jane wstaje i wybiega z kuchni.
413
Co z nimi? Najpierw Hadley, teraz Jane... Zostajemy
przy stole we trójkę.
- Ktoś chce dokładkę kurczaka? - próbuję rozrzedzić
atmosferę.
- Wydaje mi się, że przesadziłeś - mówi Joley. - Powinieneś przeprosić.
Najwyraźniej będzie dwoje na jednego. Zamykam
oczy, chronię się przed bólem głowy. Pod powiekami
widzę siostrę Joleya, idącą samotnie przez sad. Nie jest
dobrze oświetlony. Jane może sobie zrobić krzywdę.
Co za idiotyczne skojarzenie?
Mocno potrząsam głową, znów myślę trzeźwo.
- To twoja siostra. Ty ją zaprosiłeś. Ona tu po prostu
nie pasuje. - Uśmiecham się bez przekonania. - Powinna
stukać wysokimi obcasami po marmurach jakiegoś salonu w Los Angeles.
Rebeka zrywa się z miejsca.
- Bez przesady - protestuje. - Wcale jej nie znasz.
- Znam takie jak ona - mówię, patrząc jej w oczy.
Przez chwilę mam wrażenie, że ona też się rozpłacze. Dobra, niech wam będzie. Pójdę i przeproszę.
Chcę to zrobić dla spokoju własnego sumienia, ale oni
nie muszą o tym wiedzieć. Nie chcę stracić twarzy, więc
zaciskam zęby i udaję, że ciężko wzdycham.
- Kurna żeż - dodaję. - Królestwo za trochę ciszy i
spokoju. - Podnoszę się z krzesła. - To by było tyle, jeśli
chodzi o kolację w miłym towarzystwie.
Przed domem świerszcze urządziły koncert. Noc jest
wilgotna, więc wszystkie kwiaty pochyliły się wyczerpane. Od strony garażu, w którym stoi traktor i taśma do
414
sortowania, niedaleko stodoły, dobiega jakiś hałas. Piskliwy krzyk, potem odgłos darcia materiału. Idę tam,
skręcam za róg i znajduję Jane Jones na skrzynce z moimi glinianymi rzutkami strzeleckimi. Tymi pomarańczowymi, na których ćwiczę trafianie do celu. Sięga do
skrzynki, chwyta dysk i rzuca nim, jak latającym talerzem, w ceglaną ścianę odległą jakieś pięć metrów. Jeszcze się tamten nie zdążył roztrzaskać, a Jane już trzyma
następny, gotowa rzucić.
Muszę jej przyznać: uparta z niej sztuka. Widzę, całym ciałem przygotowuje się do rzutu, chyba sobie wyobraża, że mną miota o ścianę. A ja myślałem, że zrobi
sobie krzywdę... Jest całkiem inna, niż mi się wydawało.
Staram się iść cicho.
- Trudniej trafić do nich z broni - mówię.
Obraca się błyskawicznie, wyszukuje mnie w ciemności. Gdy skupia na mnie wzrok, jej twarz zmienia wyraz.
- Nie wiedziałam, że ktoś tu jest. - Krótkim gestem
ogarnia szczątki rzutków. - Przepraszam.
Wzruszam ramionami.
- Kosztują grosze. Cieszę się, że nie wściekłaś się w
holu. Tam jest antyczna porcelana.
Jane wykręca palce, jest zdenerwowana. Nikt by nie
zgadł, że jest ode mnie dziesięć lat starsza, wygląda jak
dziecko. Z tego, co widziałem, częściej reaguje po dziecinnemu niż jej córka. Może faktycznie przesadziłem.
- Słuchaj... - zaczynam. - Jeśli chodzi o to, co przy
stole... Naprawdę mi przykro. Głowa mnie boli i przesadziłem.
Patrzy dziwnie, jakby mnie zobaczyła pierwszy raz.
415
- No co? - pytam odruchowo. - Co jest?
- Nie słyszałam dotąd, żebyś mówił bez złości w
głosie - wyjaśnia. - Tylko tyle.
Podchodzi do mnie, ręce jej się kołyszą przy bokach.
W każdej dłoni trzyma rzutek. Na wypadek gdybym
zmienił front?
- Jutro wyprowadzimy się z Rebeką do najbliższego
hotelu.
Ból głowy wraca. Jeśli faktycznie tak zrobi, Joley będzie mi suszył głowę do końca życia.
- Przecież powiedziałem, że mi przykro. Co jeszcze
chcesz usłyszeć?
- Masz rację. To twój dom, twoja farma, a mnie w
ogóle nie powinno tu być. Joley cię nakłonił, żebyś nas
przyjął. To znaczy, nie powinien był cię prosić o taką
przysługę.
Uśmiecham się krzywo.
- Dziękuję za wytłumaczenie. Doskonale rozumiem,
co znaczy „nakłonił”.
Jane unosi obie ręce.
- Miało zabrzmieć inaczej.
Obraca się, światło ze stodoły pada na jej twarz. Niedużo, ale i tak widzę, że znowu ma łzy w oczach.
- Wszystko mówię na opak. Każde zdanie dociera do
ciebie z odwrotnym sensem, niżbym chciała.
Opieram się o ścianę i zaczynam jej opowiadać o ojcu.
Jak się z nim kłóciłem o sposób prowadzenia sadu. Jak
od razu po jego przeprowadzce na Florydę poprzenosiłem drzewa w miejsca, które uznałem za właściwe.
Słucha cierpliwie, odwrócona do mnie plecami.
- Rozumiem - mówi w końcu.
416
W rzeczywistości jednak nie rozumie nic, bo nic nie
wie o uprawie jabłek. A co gorsza, wcale jej nie widzi
jako dochodowego interesu. Dla niej sad to inny rodzaj
pracy na roli. A praca własnych rąk jest, zdaniem dziewczyny wychowanej w Newton, poniżająca. Czuję coś,
czego nie czułem od czasu ukończenia Minuteman Tech:
wstyd. W prawdziwym świecie ludzie nie zajmują się
uprawą jabłek. Gdybym rzeczywiście był kimś, chciałbym zarabiać jak najwięcej pieniędzy. Miałbym więcej
niż jeden garnitur i jeździłbym ferrari testerossą, nie traktorem.
- Nie rozumiesz. Nie obchodzi mnie, co byś chciała
tu hodować: kapustę czy arbuzy. Możesz o tym opowiadać Joleyowi, swojej córce i komu tam jeszcze chcesz. A
po mojej śmierci hodujcie sobie tutaj, co wam się żywnie
podoba. Ale dopóki żyję, nigdy mi nie mów, że coś robię
źle. - Przysuwam się bliżej, nasze twarze dzielą zaledwie
centymetry. - To tak jakbym... jakbym ci powiedział, że
twoja córka jest głupia.
Cofa się o krok, jakbym ją uderzył. Twarz jej bieleje.
Patrzy na mnie z niewiarygodną siłą, tylko tak potrafię
to opisać. Jakby mogła mnie przestawić wzrokiem. A ja
patrzę na nią i po raz pierwszy widzę ją naprawdę. I widzę, co ma wyraźnie wypisane na całej twarzy.
„Błagam”.
Otwiera usta, lecz nie może wydobyć głosu. Odchrząkuje.
- Wcale nie chciałabym tu arbuzów.
Uśmiecham się, potem zaczynam śmiać i ona także się
śmieje.
- No dobra, to zacznijmy od początku - proponuję. Nazywam się Sam Hansen. A ty?
417
- Jane. - Odgarnia włosy z czoła, chce wywrzeć dobre pierwsze wrażenie. - Jane Jones. Dobry Boże... Jestem najnudniejszą osobą pod słońcem.
- Bez przesady.
Wyciągam rękę, a gdy podaje mi dłoń, czuję na skórze
odciski jej palców. Ten dotyk oboje nas przyprawia o
wstrząs. Prawdopodobnie jest to wyładowanie elektryczności nagromadzonej przy chodzeniu po zakurzonej podłodze szopy. Oboje odskakujemy na taką samą odległość.
Następnego dnia rano zastaję Jane przy kuchennym
stole. Jest wcześnie, więc się dziwię.
- Nie chciałam blokować łazienki - mówi z uśmiechem.
- Jakie plany na dzisiaj? - pytam, nalewając sobie
szklankę soku. Podsuwam jej butelkę. - Chcesz?
Potrząsa głową, wskazuje na kubek z kawą.
- Nie, dziękuję. Nie wiem, co będę dzisiaj robiła, Joley spał, kiedy wróciliśmy, więc nie spytałam go o dzisiejszy dzień.
Wczoraj wieczorem oprowadziłem Jane po sadzie. W
ciemności trzeba zachować ostrożność, ale jeśli się zna tę
ziemię tak dobrze jak ja, nie ma się czego bać. Pokazałem jej, które jabłka pójdą bezpośrednio do Regalii
Clippe, a które na jesienne stragany. Nawet założyliśmy
się, o pięć dolców, o losy najnowszych szczepionek Joleya. Ona twierdziła, że się przyjmą, ja - przeciwnie. Widzę, że drzewo nie ma już żadnych szans. Nawet cuda
czynione przez Joleya mają swoje granice. Jane pytała
mnie, jak jej zapłacę za wygrany zakład, jeśli już jej nie
będzie w Massachusetts.
418
- Prześlę pocztą - oznajmiłem z szerokim uśmiechem.
Na co ona odparła, żebym dał sobie spokój.
- Nie, poważnie - upieram się przy swoim. - Jeśli
mówię, że będziemy w kontakcie, to będziemy.
W drodze powrotnej do Wielkiego Domu zastanawialiśmy się, jakie wnioski inni wysnuli z naszej nieobecności. Zgodnie ustalamy, że, ich zdaniem, pozabijaliśmy się
wzajemnie, wobec czego czekają na następny dzień, żeby
przy świetle odszukać trupy. W połowie drogi natknęliśmy się na świstaka. Przystanął na moment, spojrzał na
nas, po czym wskoczył do jakiejś dziury. Jane nigdy dotąd nie widziała świstaka. Podkradła się do nory, usiłowała zajrzeć do środka. Większość znanych mi kobiet na
widok wielkiego, tłustego, paskudnego świstaka wieje
gdzie pieprz rośnie.
Przyglądam się, jak miesza kawę.
- Zastanawiałem się, czybyśmy się dziś nie wybrali
nad Żabi Staw. Świetne miejsce do pływania.
- Aha. Ja nie bardzo pływam, ale Rebeka będzie zachwycona. Szczególnie w taką pogodę.
- Jasna sprawa.
Jest dopiero siódma rano, a za oknem już prawie trzydzieści stopni.
- Ja pójdę teraz trochę powędkować. Zanim wszyscy
wstaną. - Przysiadam na krześle naprzeciwko Jane. Normalnie zabieram ze sobą Piątaka, ale z tobą byłoby
mi przyjemniej.
- Na ryby? - Wyraźnie się waha. Podnosi na mnie
wzrok z uśmiechem. - Chętnie.
- Potrafisz dotknąć żywej ryby?
- Potrafię. Ale nie będę nabijała robaków na haczyk.
419
Biegnę do stodoły po sprzęt wędkarski, potem idziemy nad jezioro Dar. Jest tam stara łódź wiosłowa, ta sama od czasów, kiedy byłem dzieciakiem. Tkwi na pożółkłych trzcinach, odwrócona do góry dnem, pod nią leżą
wiosła. Jest zielona, bo taki miałem grunt, kiedy pierwszy raz ją malowałem - mając dwanaście lat. No i dzięki
temu nie muszę kupować farby.
Najbardziej lubię właśnie tę porę dnia w sadzie. Woda
śpiewa pod wiosłami, płynę na środek jeziorka. Jane siedzi naprzeciwko, sztywna, z rękami na kolanach. Trzyma
słoik z robakami.
- Ładnie tutaj - mówi. Po czym kręci głową. - Mało
powiedziane.
- Fakt. Jestem tu prawie w każdą niedzielę, jeśli tylko mogę. Mam wrażenie, jakbym wchodził w obraz. Coś
w tym stylu.
- Wobec tego niszczę harmonię.
Otwieram skrzynkę, wyjmuję haczyk i spławik.
- Nic nie niszczysz. Też się tu przydajesz. - Pokazuję
słoik. - Podasz robaka?
Jane bez namysłu odkręca wieczko, wyjmuje tłustą
dżdżownicę.
- Złap pierwszego okonia - podaję jej wędkę. Umiesz zarzucać?
- Chyba tak.
Radzę jej, żeby celowała w lilie za moimi plecami.
Wstaje niepewnie, łapiąc równowagę na rozkołysanej
łodzi, i przekłada blokadę kołowrotka. Ze świstem puszcza żyłkę nad moją głową, faktycznie całkiem nieźle.
Zwija nadmiar żyłki i siada.
- Teraz czekamy?
420
Kiwam głową.
- Zaraz coś się złapie. Wiem, co mówię.
Lubię wędkowanie, bo kojarzy mi się z Bożym Narodzeniem, kiedy człowiek dostaje pudełko z tajemniczą
zawartością. Podobnie tutaj: coś napręża żyłkę i nigdy
nie wiadomo: szczupak, perca, okoń czy inne bassowate.
Trzeba nawijać żyłkę na kołowrotek, powoli, cierpliwie,
żeby jej nie zerwać. Potem coś się rzuca w wodzie, łuski
błyszczą w słońcu, nareszcie masz rybę w dłoni.
Siedzimy w spokojnej kołysce łodzi, słońce spływa
nam na koszulki. Jane trzyma korkową rękojeść lekko,
więc modlę się odruchowo: „Boże, niech mi nie utopi
wędziska, jak będzie branie”. Tylko tego brakuje, żeby
moja ulubiona, szczęśliwa wędka wylądowała za burtą.
Jane, oparta na łokciach, wychyla się za dziób.
- Powinienem był ci powiedzieć - odzywam się - ale
chyba wiesz, że możesz korzystać z telefonu, kiedy zechcesz. Gdybyś chciała zadzwonić do Kalifornii. Do męża albo do kogoś innego.
- Dzięki.
Rzuca mi niezobowiązujący uśmiech, obraca wędkę w
dłoniach. Jakby mnie ktoś spytał, to powinna zadzwonić
do tego swojego naukowca. Pewnie facet odchodzi od
zmysłów, zastanawiając się, gdzie mu żona zniknęła. W
każdym razie ja bym się tak czuł, gdyby mnie żona zostawiła. W końcu jednak nic nie mówię. Skoro prosiłem
Jane, żeby się nie wtrącała w moje sprawy, na pewno nie
będę się mieszał w jej życie.
Pyta mnie, o której inni wstają w niedzielę. Już mam
odpowiedzieć, gdy nagle czubek wędki gwałtownie idzie
w dół. Jane ma oczy otwarte szeroko, mocno łapie
uchwyt. Okoń ucieka z żyłką.
421
- Ale silna! - woła Jane.
W tym samym momencie okoń wyskakuje nad wodę,
wypręża grzbiet, szykuje się do następnej próby ucieczki.
- Widziałeś? Widziałeś?
Sięgam za burtę, łapię żyłkę. Wyciągam z wody niebieskozieloną zdobycz. Haczyk utkwił w kącie pyska,
ryba ciągle walczy.
- Mam go - mówię.
Szeroko otwarty pysk układa się w idealnie krągłe
„O”. Na brzegach jest przezroczysty. Ogon chlapie w
jedną i drugą, wykrzywiając ciało ryby w półkole, aż
trudno uwierzyć, że to stworzenie ma kręgosłup. Trzymam okonia na żyłce w taki sposób, że jedno zamglone
zielone oko patrzy na mnie, a drugie na Jane. Ryba obserwuje nas oboje równocześnie.
- Jak ci się podoba twój połów?
Jane uśmiecha się tak szeroko, że widzę wszystkie jej
zęby: ładne, równe, białe, jak ziarna w kolbie kukurydzy
z gatunku Silver Queen.
- Prześliczna - mówi Jane.
Stuka palcem w ogon. Ryba wypręża się w jej stronę.
- Prześliczna - powtarzam.
Wielka, silna, okazała... Jeszcze nie słyszałem od
wędkarza, żeby złowił prześliczną rybę.
Mówiąc, przesuwam wolną ręką po śliskim ciele. Nie
mogę złapać za mocno, bo kiedy wpuszczę rybę z powrotem do wody, będzie ją czuć człowiekiem. Wyjmuję haczyk z otwartego pyska.
- Zobacz.
Trzymam zdobycz nad wodą, rozwieram palce. Przez
chwilę ryba unosi się bez ruchu tuż pod powierzchnią,
422
potem silnym ruchem ogona odpycha się w głąb, nurkuje, tak głęboko, że natychmiast tracimy ją z oczu.
- Podoba mi się, że ją uwolniłeś - mówi Jane. - Dlaczego to zrobiłeś?
Wzruszam ramionami.
- Wolę ją złowić jeszcze raz, niż zrobić z niej cienki
filet. Zatrzymuję tylko te, które już można zjeść.
Podaję jej wędkę, ale ona kręci głową.
- Teraz ty.
Wobec tego łowię. Szybko wyciągam z wody percę,
kilka okoni - dwa małe i jednego przyzwoitych rozmiarów. Każdą rybę oglądam na słońcu, gloryfikuję trofeum,
pokazuję Jane różnice między gatunkami. Dopiero gdy
puszczam wolno ostatniego okonia, spostrzegam, że ona
nie bardzo mnie słucha. Obejmuje prawą dłoń lewą, ściska palec wskazujący.
- Przepraszam - odzywa się, czując na sobie mój
wzrok.
- Drzazga mi weszła.
Biorę w rękę jej dłoń. Po chłodzie ryby zaskakuje
mnie ciepło jej skóry. Drzazga jest dość duża, wbita głęboko.
- Mogę spróbować wyjąć teraz - mówię. - Lepiej to
zrobić, bo inaczej może się wdać zakażenie.
Patrzy na mnie z wdzięcznością.
- Masz igłę? - pyta, ruchem głowy wskazując
skrzynkę z przyborami wędkarskimi.
- Mam czyste haczyki. Nadadzą się.
Wyciągam z plastikowego woreczka nowiuteńki haczyk i prostuję go, wygląda jak miniaturowa strzała. Staram się nie sprawiać Jane bólu, ale czubek jest skonstruowany w taki sposób, by skutecznie wbić się w ciało,
423
żeby ryba nie zdołała się sama uwolnić. Jane zamyka
oczy, odwraca głowę. Skrobię czubkiem haczyka po skórze. Gdy pojawia się krew, wkładam dłoń Jane do wody,
żeby ją oczyścić.
- Już po wszystkim?
- Prawie - kłamię gładko.
Nawet nie zacząłem się zbliżać do drzazgi. Przecieram
kolejne warstwy naskórka, od czasu do czasu spoglądam
na spiętą twarz Jane. W końcu trącam srebrny kawałek
drzewa, udaje mi się go wypchnąć na tyle, że jest za co
złapać.
- Teraz już pójdzie szybko - mówię szeptem.
Zębami chwytam czubek drzazgi, wyciągam ją ze skóry. Kolejny raz płuczę palec. Mówię Jane, że może już
obejrzeć rękę.
- A czy ja chcę?
Górna warga jej drży, czuję się okropnie.
- Przykro mi, że bolało, ale przynajmniej już po
wszystkim.
Dzielnie kiwa głową, wygląda jak dziecko.
- Coś mi się zdaje, że nigdy nie chciałaś być lekarzem.
Jane kręci głową. Wyciąga rękę z wody, krytycznie
ogląda skórę, oceniając rozmiar szkód. Patrzę, jak wkłada palec do ust, wysysa ranę.
Też mógłbym to zrobić.
Chciałbym to zrobić.
53.
OLIVER
Mija parę sekund, wreszcie zaczynam coś kojarzyć.
Nigdy wcześniej nie straciłem przytomności. Nigdy dotąd nie obudziłem się w dziwnym otoczeniu, o którym
nie potrafiłbym nic powiedzieć. Patrzę na zasłony z
frędzlami, mrugam kilkakrotnie, przypominam sobie, że
jestem w mieszkaniu kelnerki imieniem Mica, wraca do
mnie pełny obraz koszmarnej sytuacji.
Mica siedzi ze skrzyżowanymi nogami na podłodze,
dosłownie metr ode mnie. Dobrze przynajmniej, że pamiętam jej imię.
- Cześć - odzywa się cicho.
W rękach trzyma łańcuch ze sreberek po gumie do żucia.
- Wystraszyłeś mnie trochę.
Siadam i odkrywam, że mam na sobie tylko bokserki.
Z wrażenia zapiera mi dech w piersiach, owijam się brązowym kocem.
- Czy między nami...
- Czy coś zaszło? - dopowiada Mica z uśmiechem. Nie. Pozostałeś całkowicie wierny swojej cierpiącej Jane.
Przynajmniej w czasie, który spędziłeś tutaj.
425
- Wiesz o Jane.
Dziwne, że jej powiedziałem.
- Zanim straciłeś przytomność, mówiłeś o niej bez
przerwy. Rozebrałam cię, bo jest chyba ze czterdzieści
stopni, nie chciałam, żebyś dostał udaru w czasie drzemki dla urody.
Popycha w moją stronę srebrny łańcuch. Ponieważ nie
mam pomysłu, co z nim zrobić, wieszam go sobie na
szyi.
- Muszę do niej jechać - oznajmiam.
Próbuję wstać, niestety, zmieniam pozycję zbyt szybko. Pokój wiruje mi przed oczami. Mica mnie podtrzymuje, sadza z powrotem.
- Powoli. Najpierw powinieneś coś zjeść.
Nie zamierza gotować. Podaje mi album na zdjęcia. W
środku znajdują się jadłospisy wszelkich możliwych
kuchni: tajskiej, chińskiej, wegetariańskiej, z pizzerii
oraz kurczak barbeque.
- Nie wiem, naprawdę. Ty wybierz.
Mica przegląda album.
- Tajskie odpada. Nie jadłeś przez trzy dni. Weźmiemy humus i dip tofu z Zielonej Sałaty.
- Fantastycznie. - Podpieram się na łokciu, to i tak
spory wysiłek. - Mica - odzywam się po chwili. - Gdzie
spałaś?
O ile dobrze pamiętam, znajdujemy się w jednopokojowym mieszkaniu, w którym właściwie nie ma wolnego
miejsca.
- Na wersalce, z tobą - odpowiada spokojnie. - Nie
przejmuj się, nie jesteś w moim typie.
- Nie?
426
- Jesteś zbyt... nie wiem, jak to powiedzieć... za
sztywny. Lubię mężczyzn swobodniejszych, bardziej w
stylu cygańskim.
- No tak. Głupi jestem.
Mica dzwoni do wegetariańskiej knajpki.
- Przywiozą za kwadrans.
Ze zdumieniem uświadamiam sobie, że faktycznie
umieram z głodu. Przyciskam rękę do żołądka.
- Ciekaw jestem... Czy znasz może jakieś sady jabłkowe w okolicy?
Mica przewraca oczami.
- Jesteśmy w środku Bostonu. Najbliższe miejsce z
dużą ilością owoców to Quincy Market.
- Powinienem się dostać do Stow. Albo do Maynard.
Jakoś tak.
- To na zachód od miasta. Tam w ogóle są wszystkie
sady w Massachusetts. Jak chcesz, zadzwoń do informacji.
Przekręcam się na brzuch, sięgam po telefon.
- Tak - mówię, gdy odbiera rytmiczny głos. - Szukam Joleya Liptona w Stow.
Pracownica informacji przekazuje mi, że nie znalazła
osoby o takim nazwisku. Nie ma jej także w Maynard ani
w Bolton.
- Mówiłeś chyba, że on pracuje u kogoś? - zastanawia się Mica.
Kiwam głową.
Ona łączy palce u nóg miedzianym spinaczem.
- Na jakiej podstawie sądzisz, że będzie miał własny
numer telefonu?
- Po prostu strzelam w ciemno - burczę zirytowany.
427
Wyciąga nogę przed siebie.
- Wybacz. Nie chciałam być niemiła. Po prostu zdążyłam do ciebie przywyknąć, wiesz: przebieranie, mycie,
przekładanie... Przypuszczam, że nie masz dużego pojęcia o sprawach praktycznych.
Przebieranie?
- Na twoim miejscu - ciągnie - pojechałabym do
Stow i tam o niego wypytała. W końcu Stow to nie Boston. Ten twój Joley na pewno robi zakupy w jakimś niedużym sklepie, chodzi do fryzjera i inne takie, rozumiesz.
- No tak.
Co racja, to racja. Nie ma innego wyjścia, muszę
przeczesać tamtą część Massachusetts, z nadzieją na sukces. Chwytam jej rękę, która jest tuż obok mnie, i całuję.
- No proszę, są jeszcze rycerze na tym świecie mówi Mica.
Rozlega się dzwonek do drzwi, moja kelnerka idzie po
tofu.
Powoli wraca mi pamięć: nie spałem od wyjazdu z
Iowa, zdawało mi się, że Jane jest cały czas przy mnie,
bardzo chciałem jej powiedzieć...
Ze świeżą energią zeskakuję z wersalki, zbieram
ubranie rozrzucone po ciasnej sypialni jak w czasie orgii.
Włączam pilotem telewizor, szukam programu z wiadomościami. Wkładając spodnie, skaczę po kanałach, aż
znajduję kobietę o kojącym głosie.
- Podjęto wysiłki zmierzające do uwolnienia humbaka, który niedaleko Gloucester zaplątał się w sieci rybackie.
Mica wraca z zamówionym rogiem obfitości.
- Co takiego? - Osuwam się na kolana.
428
Mica podbiega do mnie, z pewnością przestraszona,
że upadając, trafię w telewizor.
- Naukowcy z Centrum Badań Oceanicznych w
Provincetown od czterech godzin pracują nad uwolnieniem humbaka imieniem Marble z sieci skrzelowych,
porzuconych przez jakiś statek rybacki. - Prowadząca
program uśmiecha się do kamery, za jej plecami widnieje
zdjęcie długopłetwca wynurzającego się z wody. - Więcej wiadomości na temat ich działań podamy w wiadomościach o godzinie osiemnastej. Mamy nadzieję, że
wtedy Marble będzie już wolna.
Chwytam pilota i przeskakuję na inną stację, nadającą
relację z Gloucester na żywo. Komentator mówi, że wieloryb został znaleziony niedawno, naukowcy starają się
określić najbezpieczniejszy i najskuteczniejszy sposób
uwolnienia samicy. W drugim planie widzę mężczyznę,
którego pamiętam z czasów, gdy pracowałem w Woods
Hole.
- To jest Windy McGill.
- Strasznie smutne - mówi Mica, wydymając wargi. Nie znoszę takich wiadomości o wielorybach.
- Jak się stąd dostać do Gloucester?
- Pojechać.
- Gdzie jest mój samochód?
- Myślałam, że wybierasz się w pierwszym rzędzie
do Stow.
Jane.
Wzdycham ciężko.
- Jestem biologiem morskim, znam długopłetwce
pewnie lepiej niż ktokolwiek inny w Stanach. Jeżeli szybko dotrę do Gloucester, najprawdopodobniej uratuję tę
429
samicę. Z drugiej strony, jeżeli pojadę do Stow, zyskam
teoretyczną szansę na uratowanie małżeństwa.
- Nie potrzebujesz mnie, żeby sobie wytłumaczyć, co
jest ważniejsze.
Dzwonię do Centrum w Provincetown. Numer pamiętam, po tylu latach.
- Mówi Oliver Jones. Potrzebne mi wskazówki, jak
dotrzeć do uwięzionego wieloryba. I niech ktoś zadzwoni
do Windy'ego, powie mu, że już jadę. Będą potrzebne
dwie łodzie Zodiac z zewnętrznymi silnikami, a dla mnie
kombinezon.
Sekretarka natychmiast wypełnia moje polecenia. Miło wiedzieć, że nawet na odległość cieszę się szacunkiem. Mica nie spuszcza ze mnie wzroku.
- Czy to nie z takiego powodu zaczęły się twoje kłopoty?
Zawiązuję buty.
- Nie popełniam tego samego błędu dwukrotnie. Pochylam się, całuję ją w czoło. - Dziękuję ci za opiekę i
hojność. Teraz ja muszę być opiekuńczy.
- Nie zrozum mnie źle... właściwie cię nie znam.
Proszę cię, nie daj się wciągnąć w to wszystko. Obiecaj
mi, że w ciągu dwudziestu czterech godzin będziesz w
Stow szukać żony.
Zapinam koszulę, upycham ją w spodniach. Przeczesuję włosy szczotką mojej wybawicielki.
- Obiecuję.
Mówię to szczerze. Nie tracę z oczu najważniejszego
celu, czyli swojej rodziny. Nie wiem, gdzie są, więc zamiast szukać igły w stogu siana, wykorzystam media,
430
by skłonić żonę i córkę do kontaktu. A może przy okazji
uda mi się zrobić wrażenie na Jane. Badania, które prowadzę dla własnych celów, mogą jej nie poruszać, lecz
pomoc umierającemu zwierzęciu znajdzie jej uznanie.
Mica prowadzi mnie do samochodu, który został w
takiej szemranej okolicy, że aż dziw, iż stoi nietknięty,
ma nawet kołpaki. Dostaję mapę północnego wybrzeża
Massachusetts i pocztówkę z Blue Diner. Na odwrocie
widnieje imię i numer telefonu mojej nowej znajomej.
- Daj mi znać, jak ci poszło - prosi. - Lubię szczęśliwe zakończenia.
54.
JANE
Cały ranek spędziłam z Samem i nigdy nie czułam się
tak dziwnie. On mnie uczy rzeczy, o których nie mam
bladego pojęcia. Gdyby powiedział, że moim największym życiowym pragnieniem będzie robienie salta w
cieniu jabłoni, prawdopodobnie bym mu uwierzyła.
Co w sumie mi pasuje, tyle że kilka razy przyłapałam
Rebekę na spojrzeniu, które wyraźnie mówiło, że nie jest
pewna, czy jej matka jest tą samą osobą co trzy dni temu.
I raczej nie jestem. Muszę przyznać, że przeszłam definitywną transformację. Mam znacznie lepszy nastrój. Winna jestem jej wyjaśnienie. Za każdym razem, gdy dzisiaj
na nią patrzę, widzę w jej oczach odbicie Olivera, co
budzi we mnie poczucie winy. Nie chciałabym źle się
wyrazić: jesteśmy z Samem po prostu przyjaciółmi. Miło
spędzamy razem czas, a to przecież nie zbrodnia. Mimo
wszystko jednak jestem przecież kobietą zamężną. Muszę się troszczyć o córkę.
- Grosik za twoje myśli - mówi Sam, patrząc na mnie
z drugiej strony samochodu.
- Za moje myśli grosik??? - Uśmiecham się szeroko.
- Dziesięć baksów i wchodzisz.
432
- Dziesięć baksów? Rozbój w biały dzień!
- Inflacja.
Sam opiera łokieć o otwartą szybę.
- A może postawię ci lody?
Wiezie nas - Joleya, Rebekę, Hadleya i mnie do jakiegoś innego punktu z lodami, w drodze nad staw, gdzie
zamierzamy popływać. Joley, Rebeka i Hadley siedzą na
pace, na T-shirtach, żeby sobie nie poparzyć nóg. Śpiewają na cały głos.
- Zastanawiałam się, jak wytłumaczyć Rebece, że
nagle przestaliśmy się kłócić.
- Nie rozumiem, co jej do tego.
- Bo nie masz dzieci. Jestem jej winna wyjaśnienie.
Jeśli będę się uchylać, straci do mnie zaufanie. Jeśli straci
zaufanie, przestanie mnie słuchać i skończy jak inne
piętnastolatki: w ciąży i paląc crack.
- To się nazywa optymistyczne spojrzenie. Może jej
po prostu powiedz, że w końcu uległaś mojemu czarowi.
- Jasne. Bo pęknę ze śmiechu.
- Powiedz jej prawdę. Powiedz, że wczoraj w nocy
wyjaśniliśmy sobie wszystko i zawarliśmy rozejm.
- Tak było?
- Można tak powiedzieć, zgodzisz się?
Wystawiam głowę przez okno, obracam się na siedzeniu.
Rebeka dostrzega mnie i macha energicznie. Potem
nagle widzę Hadleya i Joleya - pojawiają się z drugiej
strony platformy. Odwracam się z powrotem, chowam do
kabiny.
- To nie wszystko - mówię i wcale nie jestem pewna,
czy powinnam ciągnąć temat.
Bo jeśli sobie to wymyśliłam?
433
Podjeżdżamy do znaku „stop”, Sam zatrzymuje wóz
na moment dłużej, niż musi.
- Jane, wiesz, dlaczego się tak strasznie kłóciliśmy?
Wiem, chociaż wcale nie chcę.
Podnoszę wzrok, Sam nie spuszcza ze mnie spojrzenia.
- Gdybyśmy się tak nie lubili - podejmuje - nie byłoby się czego bać.
W aucie jest gorąco. Zaczynam się pocić.
- Wiesz - oblizuję wargi - czytałam gdzieś, że przy
temperaturze powietrza trzydzieści sześć stopni w połączeniu z wilgotnością na poziomie siedemdziesięciu procent człowiek ma wrażenie, jakby było około siedemdziesięciu stopni. Chyba w „Timesie” zamieścili taką
specjalną tabelkę.
Sam zerka na mnie z uśmiechem. Ustępuje mu napięcie barków, przesuwa się w fotelu, tak że siedzi znacznie
dalej ode mnie.
- Dobrze - mówi cicho. - Dobrze.
Przy stoisku z lodami obserwuję Sama z daleka. Opiera się o słup telefoniczny, obok Hadleya i Joleya, pokazuje na rower terenowy. Od chwili gdy zostałyśmy z Rebeką same, córka nie patrzy mi w oczy.
Postanawiam wyłożyć kawę na ławę.
- Co sądzisz o Samie? - pytam. - Tak na poważnie.
Rebeka robi wielkie oczy, jakby się wcale nie spodziewała tego tematu.
- Zorientowałaś się na pewno - ciągnę - że się porozumieliśmy, i pewnie się nad tym zastanawiałaś.
- Właściwie go nie znam - mówi. - Wydaje się miły.
434
- Po prostu miły?
Staję przed nią tak, żeby musiała na mnie patrzeć,
kiedy mówi.
- Jeżeli pytasz, czy możesz się z nim bzyknąć, to odpowiedź brzmi: skoro chcesz, jak najbardziej.
- Rebeko! - Chwytam ją za ramię. - Nie wiem, co w
ciebie wstąpiło. Chwilami mam wrażenie, że jesteś zupełnie inną osobą niż ta, którą zabrałam w podróż na
wschód.
Kręcę głową, a kiedy córka unosi twarz w moją stronę, znowu widzę w jej rysach Olivera. Biorę głęboki
wdech.
- Wiem, że, twoim zdaniem, zdradzam ojca.
Prawda wygląda następująco: przy Samie nie myślę o
Oliverze. I jestem z tego powodu szczęśliwa. Po raz
pierwszy od wyjazdu z Kalifornii czuję się naprawdę
wolna. Z drugiej strony, nigdy nie rozważałam, co stanowi o wierności w małżeństwie. Nigdy nie musiałam.
Czy zdradą wobec Olivera jest spędzanie czasu z mężczyzną, przy którym o nim zapominam?
- Wiem, nadal jestem jego żoną. Codziennie rano na
twój widok zaczynam myśleć o tym, co zostawiłam w
Kalifornii. Całe życie. Zostawiłam tam caluteńkie życie.
Odeszłam od mężczyzny, który na swój sposób jest ode
mnie zależny. I dlatego czasami się zastanawiam, co ja tu
właściwie robię, na tej farmie, w tej dziurze zabitej dechami... Z tym... - Przerywam, bo zahaczam wzrokiem o
Sama.
Puszcza do mnie oko.
- Z czym?
- Z tym niesamowitym człowiekiem - wymyka mi
435
się niespodziewanie i w tej samej chwili wiem, że mam
kłopoty.
Rebeka odsuwa się o kilka kroków, pociera brodę,
jakbym ją uderzyła. Odwraca się do mnie plecami, więc
próbuję sobie wyobrazić, jaki będzie miała wyraz oczu,
gdy na mnie spojrzy.
- A właściwie, to co jest między tobą i Samem?
Twarz mi oblewa fala gorąca. Przyciskam dłonie do
policzków, chcę ją zatrzymać.
- Nic - szepczę, zła, że Rebeka w ogóle o czymś takim pomyślała. Moja córka. - Ale miewam zwariowane
myśli.
- Nie przypuszczałam, że się tak zgracie.
- Ja też nie - przyznaję. - Ale chyba nie w tym rzecz.
A właściwie w czym?
Joley stoi przy ladzie, ma w ręku kilka wafli.
- Powinnyśmy wracać - zauważam, lecz się nie ruszam.
- Podkochujesz się w Samie - rzuca Rebeka.
- Litości. Przecież jestem kobietą zamężną. Nie zapomniałaś o tym przypadkiem?
Słowa pojawiają się automatycznie. Kobieta zamężna.
- A ty?
- Pamiętam, oczywiście. Przecież jesteśmy małżeństwem od piętnastu lat. Chyba powinno się kochać osobę,
z którą się wzięło ślub, mam rację?
- Nie wiem. Ty mi powiedz.
Mrużę oczy.
- Tak. Powinno się ją kochać.
Chociaż dobrze, gdyby się okazało, czy można w dalszym ciągu kochać tę osobę, z którą się wzięło ślub. Nie
jest to jednak temat na teraz.
436
- Sam jest tylko przyjacielem - zapewniam córkę
stanowczo. - Tylko przyjacielem.
Jeśli będę to powtarzała wystarczająco często, sama
uwierzę.
Staw wyłania się w gąszczu znienacka. Jest kwadratowy, połyskliwy, z trzech stron otoczony spaloną słońcem trawą, z czwartej widnieje sztuczna plaża. Sam mówi, że dno także jest piaszczyste.
- Dla mnie to nie ma znaczenia - mówię pogodnie. Nie zamierzam wchodzić do wody.
- Założę się, że zmienisz zdanie.
- Założę się, że nie zmieni - słyszę Joleya. - Namawiam ją do wejścia do wody od dwudziestu lat.
Odkłada ukulele na ręcznik, ściąga koszulkę. Zostaje
w spłowiałych spodenkach kąpielowych w kratkę.
- Czekajcie! - woła do Hadleya i Rebeki, którzy już
stoją na brzegu wody.
Zaczynam układać ręczniki tak, jak lubię: brzegi lekko
zachodzą na siebie, żeby piasek nie dostał się na wierzch.
- Przynajmniej chodź ze mną na brzeg - namawia
mnie Sam.
Podnoszę wzrok akurat w chwili, gdy Hadley efektownie skacze z pomostu. Pomosty są dwa, biegną od
brzegu w stronę środka stawu.
- Niech będzie. - Zostawiam ręczniki w połowie
układania. - Ale tylko na brzeg.
Hadley i Rebeka zostali w płytszej wodzie, chłopak
przepływa jej między nogami, wynurza się, mając ją na
437
barkach. Rebeka odbija się od niego i skacze. Wypływa
na powierzchnię, odgarnia włosy z twarzy.
- Jeszcze raz! - woła.
Nawet nie wiem kiedy, stoję po kostki w wodzie.
- Całkiem nieźle, co? - mówi Sam.
Woda jest cieplejsza, niż się spodziewałam. Kręcę
głową. Spoglądam w dół, na powierzchnię lśniącą błękitem, i nagle dostrzegam coś jeszcze.
Gdybym nie wiedziała, że to niemożliwe, powiedziałabym, że przy moich kostkach wiją się miliony plemników. Wyskakuję z wody, Sam łagodnie popycha mnie do
niej z powrotem.
- To kijanki. Wiesz, będą z nich żaby.
- Podpływają za blisko.
- Nic nie poradzisz. Były tu pierwsze.
Zanurza w stawie złączone dłonie.
- Jak byliśmy mali, przynosiliśmy kijanki do domu,
w wiadrze. Karmiliśmy je sałatą, ale i tak zdychały.
- Nie przepadam za żabami - mówię.
- Wolisz robale?
- Wolę robale - przyznaję z uśmiechem.
- Żaby są niesamowite - mówi Sam, biorąc mnie za
rękę. - Mogą oddychać i na powietrzu, i w wodzie. Oddychają przez skórę. Naukowcy mówią, że nie mają poprzednika w łańcuchu ewolucji. Podobno ludzie wyszli z
oceanów, a żaby powstały gdzieś między wodą a lądem.
- Skąd ty to wiesz?
Sam wzrusza ramionami.
- Jakoś tak. Po prostu. Dużo czytam.
438
W tle słyszę krzyk Rebeki. Instynktownie sprawdzam,
co się dzieje. Jest bezpieczna. Hadley usiłuje ją zepchnąć
z pomostu. Sam też im się przygląda.
- To chyba niesamowite być matką.
Uśmiecham się.
- Nie da się tego opisać. Człowiek odkrywa w sobie
zwierzęcy instynkt. Poznałabym krzyk Rebeki zawsze i
wszędzie.
Rebeka skacze z pomostu na brzuch. Jest w tym sporo
wdzięku.
Sam puszcza moją rękę i pokazuje w dół. Stoję w wodzie po kolana. Nawet nie zauważyłam, kiedy do niej
weszłam. Wzdrygam się, ale jesteśmy na tyle daleko od
brzegu, że nie bardzo mam dokąd uciekać.
- To był chwyt poniżej pasa - oświadczam.
- Faktycznie - uśmiecha się Sam szeroko. - Ale skuteczny.
Widzę, że patrzy przeze mnie w dal, więc się odwracam.
- Skończę układać ręczniki. Idź popływać.
Ułożenie sześciu ręczników nie zajmuje mi wiele czasu, więc siadam na rogu jednego z nich i patrzę na moje
towarzystwo, hasające w stawie. Hadley i Rebeka szukają u niej środka ciężkości. W końcu znajdują go mniej
więcej na wysokości bioder. Mogłabym im to powiedzieć. Rebeka biegnie w płytkiej wodzie do Hadley a, on
ją podnosi wysoko, trzymając w pasie, oczywiście oboje
się przewracają. Joley leniwie płynie swoim ulubionym
stylem, na plecach, wypuszcza ustami fontannę. Sam się
popisuje. Biegnie po drewnianym pomoście, wyskakuje
wysoko w powietrze, robi podwójne salto.
439
Jak dzieciak, myślę.
Raptem uświadamiam sobie, że jest dzieciakiem.
Podciąga się na pomost, kłania. Wszyscy klaszczą,
nawet ratownik. Sam nurkuje ponownie, przepływa aż do
brzegu pod wodą. Idzie do naszych ręczników, otrząsa na
mnie wodę z włosów. Miło jest być mokrym.
- Smętnie bez ciebie - słyszę. - Chodź do nas.
Mówię mu o dawnej przygodzie w morzu, o tym, jak
omal nie utonęłam, i że od tego czasu nie pływam. Od
czasu do czasu, jeśli jest bardzo gorąco, mogę się zanurzyć w basenie albo wchodzę do oceanu po kostki. Za nic
w świecie nie zanurzę się cała. Nie chcę ryzykować. Sam
wstaje, robi trąbkę z dłoni.
- Hej, Joley! - woła. - Wiesz, że ona się nie kąpie
przez ciebie?
Rebeka i Hadley są na pomoście, opalają się. Nie mieści mi się w głowie, że jest im wygodnie na twardych
deskach, bez żadnego ręcznika czy choćby koszulki. Widzę ich tylko częściowo, zasłaniają mi nogi Sama, dopiero kiedy on znów siada, zyskuję pełny obraz. Rebeka jest
tak chuda, że przez czerwony kostium kąpielowy widać
żebra. Stopy ma odchylone na zewnątrz, to cecha dziedziczna. A jej dłoń swobodnie przykrywa rękę Hadleya.
- Sam - odzywam się, wskazując ich oboje. - Czy ja
nie wiem o czymś, o czym powinnam wiedzieć?
- Spokojnie. Rebeka to jeszcze dziecko. A Hadley
nie jest idiotą. Przyjrzyj się, zasnęli. Pewnie nawet nie
wiedzą, co robią.
Mogłabym przysiąc, że Rebeka otworzyła na moment
oczy, sprytne i zielone, ale może się mylę.
440
Po chwili zapominam o całej sprawie i siedzę na plaży, w wyobraźni pływając z Samem. Najpierw ja nadaję
tempo, później on. W połowie drogi go wyprzedzam.
Ponieważ wygląda, jakby to nie robiło na nim wrażenia,
zarządzam motylka. Przyglądam się jego ramionom wytryskującym z wody, torsowi, okrągłym ustom, wciągającym powietrze.
Po jedzeniu Sam skacze do wody, więc sądzę, że o
mnie zapomniał. Wraca jednak, cały mokry.
- Obiecałaś - mówi. - Powiedziałaś, że po jedzeniu.
- Daj spokój, przecież to bez sensu.
- Ufasz mi?
- Co ma piernik do wiatraka? - Będę się sprzeczać.
- Ufasz?
Muszę podnieść na niego wzrok. Wolałabym chodzić
po rozżarzonych węglach albo tańczyć w ogniu.
- Tak - mówię.
- To dobrze!
Bierze mnie na ręce, jakby miał zamiar przenieść
przez próg.
Jestem tak zafascynowana dotykiem jego skóry, że nie
zwracam uwagi na to, dokąd mnie niesie. Do tej pory
stykały się tylko nasze dłonie, a teraz, znienacka, czuję
jego ręce, pierś, kark, plecy. Tylko z jednym mężczyzną
byłam tak blisko: z Oliverem. Sam stawia długie kroki,
idzie w stronę wody.
Tracę panowanie nad sytuacją, myślę.
Muszę się od niego odsunąć.
- Sam - odzywam się. - Sam.
Zaczynam panikować. Utopię się. Umrę. W ramionach innego mężczyzny.
441
Zatrzymuje się gwałtownie i odzywa całkiem od niechcenia, aż na moment zapominam, gdzie jesteśmy, co
robimy.
- Umiesz pływać?
- Umiem - przyznaję, gotowa do dalszych wyjaśnień.
„W zasadzie umiem, ale...”.
Sam wchodzi do wody.
- Nie! - krzyczę.
Nic z tego. Przyciska mnie mocniej i idzie dalej. Woda sięga mi palców u stóp. Przestaję kopać, gdy chlapie
mi na twarz.
W tych ostatnich kilku momentach widzę brata, młócącego ramionami ocean u wybrzeży Plum Island, wciąganego w głębię przez cofającą się falę.
- Nie rób mi tego - proszę szeptem.
Niewyraźnie, jakby z daleka dobiega mnie głos Sama,
który mówi mi, żebym się nie bała. Że wystarczy jedno
moje słowo, żeby go powstrzymać. Że mnie nie puści. A
potem czuję, jak ciężka woda napiera na mnie ze wszystkich stron, zmieniając kształt mojego ciała. W ostatniej
minucie Sam mówi: „Jestem z tobą cały czas. Nie stanie
ci się nic złego”. Napełnia mi tymi słowami płuca i zanurzam się pod powierzchnię.
55.
JOLEY
Kiedy byliśmy z Jane mali, jeszcze przed wypadkiem
na Plum Island, mieliśmy zwyczaj budować miasta z
piasku. Jane była inżynierem, ja niewolnikiem. Budowaliśmy pagody i angielskie zamki. Ona żłobiła bruzdy, ja
chodziłem za nią z wiaderkiem wody. „Wodospad!”,
mówiłem. „Można rozpoczynać budowę wodospadu!”.
Jane pełniła honory, wlewając wodę do fosy i wytyczając
drogę strumyków prowadzących wprost do oceanu, niewyczerpanego źródła. Robiliśmy okna z patyków wyrzuconych przez fale i ogrody z kamieni oraz muszli. Raz
wznieśliśmy fortecę tak wielką, że mogłem się w niej
schować i rzucać w przechodzących muszlami. Gdy
skończyliśmy się bawić, budowlę zostawiliśmy nietkniętą. Pływaliśmy między falami, ślizgaliśmy się na nich i
obserwowaliśmy powolny upadek naszego dzieła.
Ten właśnie obraz powstaje mi w głowie niby ziarnisty film, kręcony amatorską kamerą, gdy Sam bierze na
ręce moją siostrę i wchodzi z nią do jeziora. I widzę, jak
powoli sytuacja się zmienia, jak płynne są granice. Gdy
podnosi Jane, ona się wyrywa, nic dziwnego.
Możliwe, że jestem jedynym człowiekiem na tym
świecie, który naprawdę wie, czego trzeba Jane. I znam
443
może połowę jej pragnień. Widziałem ją zranioną, z
krwawiącym sercem. Zawsze się do mnie zwraca, lecz
nie zawsze umiem jej pomóc.
Jane pokornieje, godzi się z faktem, że znajdzie się
pod wodą. Sam coś do niej mówi. Widzę to również w jej
oczach, obojętne, czy byłaby skłonna to przyznać, nawet
przed samą sobą.
Dawno temu pewien stary muzułmanin z Marrakeszu
podzielił się ze mną ludową mądrością. Powiedział, że
każdy z nas ma na tym świecie jedną jedyną osobę, która
jest mu przeznaczona. Tacy ludzie połączeni są nicią
utkaną przez Boga. Nie da się tego zmienić, nie sposób
się sprzeciwiać. Tą drugą osobą niekoniecznie musi być
mąż czy żona lub kochanek. Albo przyjaciel. W wielu
przypadkach wcale nie jest to ktoś, z kim się idzie przez
życie.
Podejrzewam, że dziewięćdziesiąt procent ludzi nie
natrafia na tę drugą połowę. Istnieją jednak owi nieliczni
wybrańcy, ci szczęściarze, którym dana jest szansa
schwytania mosiężnego pierścienia.
Zawsze wierzyłem w Jane i zawsze ją kochałem. Nie
spotkałem w życiu nikogo, kto by jej dorównywał, dlatego się nie ożeniłem. Tylko ukochanie ideału ma sens.
- Weź ją - szepczę bezwiednie do mojego przyjaciela, Sama.
Woda zamyka się nad ich głowami. Przekonuję siebie,
że jestem szczęściarzem, mogąc oddać Jane dwukrotnie.
Nie rozumiem tylko, dlaczego tym razem boli to znacznie bardziej.
56.
SAM
Wyskakujemy nad wodę, łapczywie wciągamy powietrze. Ciągle trzymam Jane mocno.
- Och! - krzyczy. - Cudownie!
Patrzy na mnie, mruga, strząsając krople z rzęs. Włosy
z tyłu głowy jej sterczą, koszulka przykleiła się do ciała.
Na próbę zdejmuje prawą rękę z mojej szyi, potem uwalnia lewą i obiema macha pod wodą.
- Dam radę - mówi i zanurza się sama.
Wypływa jakieś dwa metry dalej.
Kilkoro plażowiczów klaszcze, to ci, co obserwowali
całe zajście. Macham do nich, a Jane w tym czasie
sprawdza, jak jej się pływa z użyciem nóg. Jestem tuż
obok, na wszelki wypadek. A ona odprawia wszystkie
pradawne rytuały, stosowane przez dzieci w czasie
pierwszej letniej wyprawy na plażę. W tym tempie, myślę sobie, pod wieczór będzie robiła salta do tyłu. Jane
mówi mi, że najbardziej podoba się jej nurkowanie, po
czym zgina się wpół, by dotknąć dna.
Ja też zanurzam się cały. Jane ma oczy szeroko otwarte, rozgląda się w mrocznym błękicie z chemikaliów
445
dodawanych ze względów zdrowotnych. Efekt jest głównie taki, że widać nie dalej niż na piętnaście centymetrów. Podpływam bliżej, włosy Jane muskają mnie jak
włosy syreny. Boże, niewiele brakuje, żebym ją pocałował. Skórę ma przejrzystą, neonowo-niebieską. Nagle
pojawia się między nami strumyk bąbelków powietrza.
Wydaje mi się, że słyszę stłumiony dźwięk, Jane wymawia moje imię. Chwila mija.
Przysnąłem rozciągnięty na ręcznikach. Jestem na tyle
przytomny, by wiedzieć, że Jane i Rebeka szeptem rozmawiają o Hadleyu. Najwyraźniej Jane mi nie uwierzyła,
gdy zapewniałem ją o jego czystych intencjach. Powtarza
córce, że to się źle skończy i że jest za młoda. Jestem
zmęczony i oszołomiony słońcem, ale próbuję liczyć w
myślach. Między Hadleyem a Rebeką jest dziesięć lat
różnicy. Tak samo między mną i Jane.
- Mam piętnaście lat - mówi cicho Rebeka. - Nie jestem dzieckiem.
- Jesteś dzieckiem.
- Ile miałaś lat, kiedy zaczęłaś chodzić z tatą?
Chcę to usłyszeć. Uchylam lewą powiekę.
- Wtedy to było co innego - mówi Jane.
Proszę, proszę, myślę sobie.
Jak w przysłowiu, jabłko niedaleko pada od jabłoni.
Próbuję sobie wyobrazić Jane jako piętnastolatkę, jednak
to trudne. Po pierwsze, wiem, że wcale nie przypominała
Rebeki. Po drugie, miała piętnaście lat o dziesięć lat
wcześniej niż ja. Dla niej to było za czasów wczesnych
446
Beatlesów i ruchu na rzecz praw obywatelskich. Ja byłem
świadkiem powrotu żołnierzy z Wietnamu. Ona chodziła
do trzeciej klasy, gdy mnie jeszcze nie było na świecie.
Rebeka mówi głośniej. Zastanawiam się, czy Hadley
śpi, czy - podobnie jak ja - udaje.
- Przecież nie można sterować uczuciami. Nie zakręcisz napływu emocji jak kranu z wodą.
- Widzę, że znasz się na rzeczy.
Zastanawiam się, czyby nie usiąść, zanim komuś stanie się krzywda, jednak w końcu czekam, aż Jane skończy mówić.
- Można odsunąć się od niewłaściwej osoby. Przestrzegam cię, zanim będzie za późno.
Robię wielkie przedstawienie: przeciągam się, ziewam,
wreszcie siadam. Przecieram oczy pięściami. Uśmiecham
się szeroko do Jane i Rebeki.
- Co mnie ominęło?
- Nic. - Rebeka wstaje. - Idę sobie.
Jane woła za nią.
- Nie martw się o nią. Bez kluczyków do auta daleko
nie zajdzie. - Leniwie sięgam po jej dłoń, tę, z której rano
wyjąłem drzazgę. - Jak rana?
- Chyba będę żyła - śmieje się Jane.
- Przy pomoście jest łódź. Możemy ją wziąć, jeśli
masz ochotę jeszcze trochę powędkować.
Żabi Staw urządzono we wgłębieniu polodowcowym.
Znajdują się nad nim dwa konkurujące ze sobą sady.
Kiedyś używane w nich nawozy spływały do stawu,
przez co lilie zarastały całą powierzchnię wody. Jeszcze z
dziesięć lat i staw by całkiem zniknął. Za to teraz są tu
najlepsze miejsca na łapanie ryb. Podaję Jane wędkę.
- Panie przodem.
447
Jane wybiera lśniącą błystkę Mepps, zaczepia ją na
żyłce. Nie pytałem jej, gdzie nauczyła się wędkować,
założyłem, że od męża, skoro on się interesuje oceanem.
A teraz jakoś nie mam ochoty o nim wspominać. Jane
zarzuca, żyłka zaczepia się o przewrócone drzewo, trzeba
ją odplątać.
- Przepraszam - mówi, kręcąc kołowrotkiem.
Zarzuca ponownie, tym razem świetnie, błystka ląduje
dokładnie w miejscu, gdzie i ja bym ją widział, w cieniu
kępy lilii wodnych.
- Zła jesteś, że cię zmusiłem do pływania?
- Nie, powinnam to była zrobić dawno temu.
Słychać krzyk kormorana, stado szpaków, przestraszone hałasem, podrywa się z wierzby. Jane zwija żyłkę
na kołowrotek, zarzuca ponownie w to samo miejsce.
- Miałem nadzieję, że pogadamy - mówię. - Chociaż
nie jestem w tym zbyt dobry. - Wbijam wzrok w kamień
widoczny nad krawędzią burty, odległy od nas o kilka
metrów, tak dumnie wystający nad powierzchnię wody,
jak gdyby był wielką górą. - Chciałbym wrócić do tego, o
czym rozmawialiśmy w drodze.
- O DJ-u z bostońskiego radia?
- Niezupełnie. - Przenoszę wzrok na Jane, jest
uśmiechnięta. - Nie wiem, od czego zacząć.
- Przecież nie musimy rozmawiać, Po co psuć na siłę?
Przyglądamy się oboje fioletowym wodorostom, które
połknęły złoty haczyk. Wpatrujemy się, jakbyśmy czekali cudu.
- Posłuchaj... - mówię.
- Nie - przerywa mi Jane. - Proszę cię. Mam dom,
448
muszę do niego wrócić. - Zerka na mnie, tylko przez sekundę, po czym odwraca wzrok. - Mam z Oliverem
dziecko.
- Ona jest też twoją córką.
- Sam, lubię cię, naprawdę, ale tylko tyle. Przykro
mi, jeśli wprowadziłam cię w błąd.
- Wprowadziłaś w błąd... A swoją drogą, skąd wiesz,
o czym chciałem mówić?
Jakaś fala znikąd kołysze łodzią.
- Sam... - Głos jej się załamuje.
Nie wiem, co chciała powiedzieć, bo akurat w tej
chwili wędka zaczyna wędrować tam i z powrotem przed
kępą lilii.
- Będzie okoń słoneczny - cieszę się, zapominając o
bożym świecie.
- No i co powiesz? - pyta Jane, przechylając wędkę
w moją stronę, żebym mógł uwolnić rybę. - Dwa do
dwóch.
- Masz dużo większy fart niż ja. Powinienem cię częściej zabierać ze sobą. - Nie patrzę na nią, przygładzam
rybie łuski i kolce, aż zdobycz zwisa bezwładnie. Wtedy
szybko zdejmuję ją z haczyka i wkładam do wody. Znika
błyskawicznie, nie nadążam za nią spojrzeniem.
Jane opiera się na dziobie, mierzy mnie uważnym
spojrzeniem, chyba nawet nie obejrzała ryby.
- Widzisz, Sam, nie masz powodu się ze mną wiązać. Wszystko ci się dobrze układa, ja byłabym tylko
ciężarem. - Spuszcza wzrok, kręci obrączką na palcu. Sama nie wiem, czego chcę. Proszę cię, nie naciskaj na
mnie, bo nie wiem, ile zniosę. Nie wiem nawet, co będę
robić jutro.
449
Przysuwam się bliżej.
- A kto pyta o jutro? Mnie interesuje dzisiaj.
Odpycha mnie obiema rękami.
- Jestem dla ciebie za stara.
- Aha! A ja jestem papieżem.
Jane ciągle trzyma mnie na dystans. Teraz to już tylko
centymetry.
- Czy pocałunek to zdrada? - szepcze.
Przyciska usta do moich warg.
O Boże, więc to może tak wyglądać?, myślę.
Smakuje sasafrasem i cynamonem. Wsuwam język
między jej wargi, dotykam zgrabnej zagrody zębów. Jane
otwiera oczy, uśmiecha się. Moje wargi na jej ustach też
się uśmiechają.
- Z bliska wyglądasz inaczej.
Gdy mruga, jej rzęsy łaskoczą mnie w policzek.
Jedną ręką obejmuję ją za ramiona, drugą przyciskam
głowę. Odrywam wargi od jej ust, łapczywie chwytam
powietrze ciężkie od zapachu lilii, padam przed nią na
kolana. Zapomniałem, że jesteśmy w łodzi, rozkołysałem
ją na boki, Jane też musi uklęknąć. Pokrywam pocałunkami jej szyję, rękę z pleców przesuwam na pierś. Jane
zsuwa dłoń z mojego karku, chwyta się krawędzi burty.
- Nie rób tego. Przestań.
Posłusznie siadam na niskiej ławce, przyglądam się
zmarszczkom, które wzbudziliśmy na wodzie. Siedzimy i
patrzymy na siebie, z wypiekami od tego wszystkiego, co
się stało i zaległo między nami.
- Wystarczy słowo - mówię cicho, bez tchu i odsuwam się lekko.
57.
OLIVER
Z Windym spotykam się na spłowiałej plaży w Gloucester. Stary znajomy ma ze sobą mój kombinezon
piankowy i żółtą czapkę firmy Helly-Hansen. Chociaż z
natury jest gadatliwy, w tłumie reporterów radiowych i
telewizyjnych milczy jak zaklęty. Dopiero gdy wsiadamy
do pięciometrowego pontonu, gdy uruchamiamy silnik,
dopiero wtedy wita mnie szerokim uśmiechem.
- Kto by się spodziewał, że akurat Oliver Jones zostanie moim cholernym aniołem stróżem.
Z Windym McGillem pracowałem w Woods Hole,
zanim weszło w modę zainteresowanie wielorybami. Dla
cenionych naukowców byliśmy „przynieś, podaj, pozamiataj”, oczekiwano od nas, że będziemy prowadzili badania związane z doktoratem w czasie przeznaczonym na
analizę danych, a także przynosili kawę wyżej wspomnianym biologom. Przypadkiem odkryliśmy, że obaj
skończyliśmy Harvard w tym samym roku, że jako temat
pracy doktorskiej obaj wybraliśmy badania ekosystemu
basenów pływowych, że urodziliśmy się w odstępie jednego dnia w tym samym bostońskim szpitalu. Wobec
czego nie dziwota, iż nasze badania poszły w tym samym
kierunku - w stronę wielorybów. Oczywiście każdy z nas
451
pożeglował innym halsem. Windy trzyma się z daleka od
pieśni wielorybów, pracuje nad innymi metodami identyfikacji długopłetwców. Akurat teraz jest związany z prowadzonymi w Provincetown badaniami, mającymi na
celu skatalogowanie całych pokoleń morskich ssaków.
Windy wyciąga z kieszeni butelkę z syropem na kaszel, proponuje mi łyk. Kręcę głową i kładę się na dmuchanym dziobie pontonu. Zodiac potrafi się wywrócić od
pierdnięcia, ale mnie się udaje w tych warunkach włożyć
kombinezon piankowy. Windy zerka na mnie kątem oka.
- Przybyło trochę zapasów na zimę, co? - Znaczącym
gestem klepie się po żebrach. - Skutki kalifornijskiego
lenistwa.
- Wal się - rzucam dobrotliwie. - Opowiedz o humbaku.
- Ma na imię Marble. Białe znamiona na karku i na
płetwie ogonowej. Trzylatka. Zaplątała się w sieci skrzelowe, zostawione przez jakiegoś kretyna. - Mruży oczy i
wyrównuje kurs nieco w lewo. - Nie wiem, co z tego
wyjdzie - podejmuje. - Dwa dni nam zajęło samo znalezienie tej samicy. Jest zmęczona i rozdrażniona. Trudno
powiedzieć, ile jeszcze wytrzyma. Cieszę się, że przyjechałeś. Gdybym wiedział, że jesteś w Massachusetts,
natychmiast bym do ciebie zadzwonił.
- Gadaj zdrów! Nienawidzisz, kiedy odbieram ci
sławę i chwałę.
Omawiamy plan działania. Największym problemem
wydaje się określenie, gdzie dokładnie sieć zaczepiła się
na wielorybie. Pierwsze spostrzeżenia Windy'ego ujęte w
słowa: „Gdzieś przy szczęce”, są zbyt mało precyzyjne.
452
Musimy wiedzieć dokładnie, a wtedy łatwiej będzie
przygotować się do przecięcia sieci. To zadanie jest najbardziej niebezpiecznym elementem całej akcji ratowania
wieloryba: machnięcie płetwy ogonowej albo piersiowej
stanowi dla człowieka śmiertelne zagrożenie. W zeszłym
roku w północnej części wybrzeża kalifornijskiego zginął
w ten sposób nasz kolega, który wpłynął pod wieloryba,
by określić punkty zaczepienia sieci.
Gdy oddalamy się od linii brzegowej Massachusetts,
ogarnia mnie znajome uczucie: podniecenie w oczekiwaniu na niewiadome. Mało kto miał okazję spojrzeć w
oczy wyrzuconemu na plażę wielorybowi, którego oddajemy w objęcia czarnego oceanu. Niewielu ludzi rozumie, że do wyrażenia ulgi nie jest potrzebna komunikacja
werbalna, że wdzięczność nie jest zastrzeżona dla naszego rodzaju ani gatunku.
Dostrzegam drugi ponton, wskazuję go Windy'emu,
kierujemy się w jego stronę. Tłoczy się tam czterech studentów, jest z nimi też Burt Samuels, biolog, który robi
się na takie akcje za stary. Dwadzieścia lat temu kazał
nam zeskrobywać odchody uchatki kalifornijskiej z rozpadających się zbiorników laboratoryjnych, a my byliśmy gotowi iść za nim w ogień. Teraz to my nadajemy
ton.
Marble przewraca się niemrawo na bok, z wysiłkiem
wachluje płetwą grzbietową. Jeden ze studentów woła do
Windy'ego: trzy inne wieloryby unoszą się w pobliżu,
czekają na rozstrzygnięcie losu samicy. Jeden podpływa
bliżej, podpiera Marble, ona przekręca się na brzuch.
Drugi znika pod wodą, rozwijając krawędzie płetwy
ogonowej. Trzeci delikatnie, ostrożnie, gładzi grzbiet
453
samicy ogonem. Po dłuższej chwili zanurza się i znika
nam z pola widzenia.
- Schodzę - oznajmiam, biorąc maskę.
Jesteśmy burta w burtę z drugim pontonem, nieco
większym niż nasz. Tam mają butlę z tlenem, gotową do
użycia. Dopasowuję uprząż, sprawdzam mierniki, w końcu z pomocą jednego ze studentów siadam na burcie pontonu.
- Na trzy.
Mgiełka tlenu na skórze. Patrząc przez maskę, przypominam sobie znajomą perspektywę świata oglądanego
z wnętrza akwarium.
Raz. Dwa. Trzy.
Świat wiruje przez moment, zaraz się uspokaja i wygładza pod wodą. Chwilę poświęcam na przywyknięcie
do innego rytmu oddechu, po czym mrugam kilkakrotnie,
przyzwyczajam wzrok do półmroku i wyszukuję zieloną
sieć rybacką, pozaczepianą na wielkiej ścianie, którą jest
wieloryb. Słyszę ruchy Marble, niezborne, powodujące
nienaturalne prądy. Samica dostrzega mnie kątem oka.
Otwiera pysk, powodując nagły ruch planktonu i wodorostów. Odsuwam się kilkoma szybkimi ruchami nóg.
Najpierw okrążam ogon. Płynę równo, notując w myślach punkty zaczepienia sieci. Prawa płetwa, daleko od
ogona. Wstrzymując oddech, wpływam pod brzuch zwierzęcia. Modlę się do Boga, w którego nie do końca wierzę. Samica mierzy dobrze ponad dziesięć metrów, waży
z pewnością dwadzieścia ton z okładem.
Nie nurkuj, błagam ją w duchu.
Na litość boską, Marble, nie nurkuj.
454
Odwracam się na plecy, unoszę w wodzie bez ruchu.
Wiem, że powinienem się stamtąd wynosić jak najszybciej, ale... co za widok! Człowiek odruchowo wstrzymuje
oddech. Niespotykana piękność. Mam przed oczami
kremową biel jej brzucha, poznaczoną bliznami i grupkami wąsonogów, zakończoną bruzdą przy szczęce, podobnej do pyty cynkowej.
Co ja bym dal, żeby się stać jednym z nich. Chociaż
na chwilę. Oddałbym nogi za potężny ogon, zyskałbym
masywny korpus. Mógłbym z nimi mknąć przez podmorskie łańcuchy górskie, wołać i być rozumianym. Śpiewałbym w nocnej ciszy z całkowitą pewnością, że ktoś
czeka na moją pieśń. Znalazłbym tę jedyną i zawarł
związek na całe życie.
Trzema silnymi machnięciami płetw przesuwam się
do przodu zwierzęcia. Zachowując odpowiednią odległość, zapamiętuję miejsca, gdzie sieć zaplątała się w
pysku, z pewnością zahaczona o fiszbiny. Nie przypuszczam, żeby nam się udało ją usunąć całkowicie bez niepotrzebnego ryzyka. Najprawdopodobniej potniemy sieć
w taki sposób, żeby uwolnić humbaka, a z resztą Marble
będzie musiała dać sobie radę sama. Wieloryby mają
nieprawdopodobne zdolności przystosowawcze. Znane są
liczne przykłady tych zwierząt, które długie lata pływały
z połamanymi harpunami, wbitymi w skórę.
Wynurzam się, dwóch studentów wciąga mnie na ponton. Leżę na dnie łodzi, która przy każdym ruchu Marble
trzęsie się jak galareta. Przekręcam się na brzuch, ściągam maskę, odpinam uprząż z butlą.
- Sieć jest zaplątana wokół prawej płetwy i mocno
455
pozaczepiana o fiszbiny - mówię. Nagle spostrzegam
wpatrzony we mnie obiektyw kamery. - Co jest, do cholery?!
- Spokojnie, to nasza - odzywa się Windy. - Anne
pracuje w Centrum. Robi dokumentację do naszych archiwów.
Siadam, dyszę ciężko. Widzę, że operatorka robi zbliżenie.
- Pozwoli pani?
Ociekając wodą, przepełzam na mniejszy ponton.
Wydaję studentom polecenie, by zaczęli wieszać boje
wokół długopłetwca. Jak tylko się da: przypinać, zaczepiać, wiązać na pętlach, obojętne. Byle nie skrzywdzić
samicy. Chodzi o to, by ją podnieść na tyle stabilnie, żeby dało się odciąć sieci. We dwóch z Windym przyczepiamy kilka dużych boi przy ogonie Marble.
- No dobra - oceniam, sprawdzając stan wieloryba,
za sprawą różowych kul przywodzącego na myśl drzewko bożonarodzeniowe. - Zjeżdżajcie do diabła i trzymajcie się w bezpiecznej odległości. - Mówię to głównie do
Samuelsa, chociaż oczywiście uwaga dotyczy wszystkich
na pontonie. Wykonują moje polecenie i chwilę później
znajdują się w odległości kilkuset metrów, zostawiając
nas dwóch przy Marble. Wychylam się za burtę, na wyciągnięcie ręki mam jej skórę. Samica jest tak wyczerpana, że nie protestuje, gdy ściągam sieć kotwiczką. Niestety, bardzo duża jej część zaplątała się między fiszbinami.
- Podpłyń bliżej - mówię, gdy zbliżamy się do płetwy. - Nie sięgam.
- Bliżej nie mogę, bo na nią wpłyniemy.
456
- No to wpłyniemy. Tylko jej nie zaczep silnikiem.
Sprzeczamy się przez chwilę, w końcu jednak Windy
kieruje naszą łupinę orzecha w stronę czubka płetwy
Marble. Jestem przekonany, że samica pozwoli nam zrobić co trzeba. Wychylam się z pontonu, staram się rozplatać sieć. Raptem lecę do tyłu. Marble wypuściła powietrze przez otwór na szczycie czaszki. Omiata nas
cuchnący powiew, mieszanka zatęchłej wody i glonów.
Co gorsza, samica porusza płetwą, trafia w krawędź pontonu. Uderza dwa razy, tak mocno, że Zodiac staje dęba,
niewiele brakuje, by się odwrócił do góry dnem.
- O, szlag! - rzuca Windy.
Kurczowo ściska gumowe uchwyty po wewnętrznej
stronie burt. Studenci na drugim pontonie zaczynają
krzyczeć, słyszę ich wyraźnie, jakbyśmy mieli w łodzi
głośnik. Wtedy uświadamiam sobie, że ponton został
wyrzucony w powietrze. Pęd rzuca mnie na plecy, leżę
na Windym, a on twarzą do dna. Cudem jakimś nadmuchiwana łódź ląduje we właściwej pozycji, a nie do góry
dnem. Tym sposobem nie trafiamy w mroźne głębiny
oceanu tuż przy wielorybie.
- Złaź ze mnie - mówi Windy. Siada, rozciera ramię.
- Mówiłem ci, żeby na nią nie wpływać.
- Silnik w porządku?
- W cholerę z silnikiem. Ty jesteś cały?
Uśmiecham się szeroko, gdy mój kolega przeprowadza inwentaryzację własnych kończyn.
- Jestem od ciebie lepszy - chwalę się.
- Nieprawda.
- Zawsze byłem od ciebie lepszy.
457
- Bzdury gadasz. - Windy uruchamia silnik. - Jak
płyniemy?
Tym razem zbliżamy się od strony ogona, wsuwamy
się między płetwę a dolną część ciała. Po kilku próbach z
kotwiczką udaje mi się uwolnić Marble. Ostatni raz okrążamy wieloryba, odczepiając boje. W końcu wycofujemy
się na północ, na odległość kilkuset metrów. Dopiero po
paru minutach Marble orientuje się, że wszelkie przeszkody zniknęły, zanurza się, ale nie głęboko, i odpływa.
Jakiś kilometr dalej dołącza do niej grupka wielorybów.
Marble wygina się w łuk i nurkuje, pokazując spodnią
stronę płetwy ogonowej, uderzając nią w wodę z taką
siłą, że wszyscy bierzemy prysznic.
Patrzymy na Marble odpływającą między wirami parku Stellwagen Bank.
- Piękna - mówi Windy.
Kładę mu dłoń na ramieniu.
- Nie będę się powtarzał - mówi mój kolega - więc
słuchaj uważnie. Przyjmij moje podziękowania. Bez ciebie nie dałbym rady.
- Dałbyś.
- Słusznie. Ale byłoby mniej zabawnie. - Śmiejąc
się, kieruje ponton ku brzegowi. - Wariat z ciebie, staruszku. Ja też bym zanurkował, żeby sprawdzić, gdzie
jest zaczepiona sieć, ale nie ucinałbym sobie drzemki pod
brzuchem dwudziestotonowego kolosa.
- Zrobiłbyś to samo co ja - zapewniam. - Takiej okazji nie sposób przepuścić.
- Tak czy owak, wariat z ciebie.
- Jesteś zazdrosny. Wolałbyś sam stawić czoło paparazzim.
458
Windy pociera czoło.
- O Jezu. Zapomniałem o tych wszystkich reporterach. Jak to jest, że nikt nie zwraca uwagi na wieloryby,
póki któryś nie wpadnie w kłopoty, a wtedy sprawa
przybiera rozmiary wydarzenia ogólnonarodowego?
- Chętnie z nimi porozmawiam - oznajmiam z
uśmiechem.
- Dlaczego? - pyta Windy zdumiony.
- Szukam Jane. - Nie patrzę na niego. - Jane odeszła.
Zabrała małą i wyjechała. Mam wrażenie, że jest w Massachusetts, ale nie wiem dokładnie gdzie. Wymyśliłem
sobie, że jeśli media zrobią ze mnie bohatera, będę mógł
za pośrednictwem wieczornych wiadomości poprosić ją,
żeby wróciła.
- Jane cię zostawiła? Jane???
Wyłącza silnik, dryfujemy na środku Atlantyku. Drugi
ponton już dawno nas wyprzedził.
- Wobec tego - podejmuje Windy - źle się stało, że w
ogóle tu przyjechałeś. Czuję się winny. Powinieneś jej
szukać do skutku.
- Nie wzywałeś mnie na pomoc - przypominam koledze. - Sam się wprosiłem.
- Mogę coś dla ciebie zrobić? Jeśli chcesz, zamieszkaj u mnie. Tak długo, jak zechcesz.
- Dzięki, nie trzeba, naprawdę. Ale faktycznie możesz coś dla mnie zrobić. Zawieźć mnie przed te kamery i
mikrofony, które na nas czekają. - Fala przechyla ponton
w przód, potem do tyłu. - Muszę ją odzyskać - mówię,
bardziej do siebie niż do Windy'ego.
- Odzyskasz.
459
Gdy podpływamy bliżej brzegu, Windy wyłącza silnik, niesie nas pływ. Tłum reporterów biegnie plażą.
- Doktorze Jones! - krzyczą. - Doktorze Jones!
Słyszałem taką wrzawę wiele razy: bezładny chór
dwudziestu, trzydziestu głosów, śpiewających moje nazwisko. Czuję napływ adrenaliny, jak dawniej, jak w
college'u, gdy docierało do mnie, że to ze mną chcą rozmawiać. Rozkoszowałem się tymi dźwiękami i powtarzałem sobie, że to moja przepustka na szczyt. Potem wracałem do domu, opowiadałem Jane, co się działo, a ona
zadawała właściwe pytania: Czy przyszło dużo dziennikarzy? Czy długo mówiłem? Czy pokażą mnie w wiadomościach? Czy któraś z reporterek wpadła mi w oko?
Żadna się do ciebie nie umywała, Jane. Żadna. Schodzę z pontonu pierwszy. Windy obejmuje mnie za ramiona i prowadzi plażą.
- Proszę państwa! - Odkasłuje. - Chciałbym państwu
przedstawić doktora Olivera Jonesa, pracującego w Centrum Badań Oceanicznych w San Diego. To on uratował
Marble, samicę humbaka, która przez kilka dni była zaplątana w sieci rybackie.
Zaczyna się rozgardiasz, przepychanka ludzi z mikrofonami i kamerami, słyszę dwadzieścia pytań jednocześnie. Podnoszę ręce, biorę głęboki oddech.
- Z przyjemnością odpowiem na wszystkie państwa
pytania - mówię cicho. Wiem, że najdłużej utrzymuje się
pierwsze wrażenie. - Ale po kolei.
Wskazuję młodego czarnoskórego człowieka w żółtym płaszczu nieprzemakalnym.
- Panie doktorze, czy mógłby pan opisać sposoby zastosowane w tym wypadku w celu uwolnienia wieloryba?
460
I tak zaczynam odpowiadać. Windy mija grupkę ludzi
mediów, pokazuje mi znak OK. Wyjmuje z kieszeni swój
syrop na kaszel i idzie do studentów, którzy płynęli drugim pontonem.
A ja opowiadam o tym, gdzie była zaczepiona sieć i
jak się używa kotwiczek. Opowiadam o wielorybie, który
podpłynął do Marble i gładził ją delikatnie ogonem, podkreślam, że taka czułość nie jest wśród humbakow niczym wyjątkowym. Odpowiadam na wszystkie pytania,
aż w końcu ktoś zadaje to, na które przez cały czas czekałem.
- Panie doktorze - odzywa się męski głos - czy to
przypadek sprawił, że znalazł się pan we właściwym
miejscu w odpowiedniej chwili?
- Dowiedziałem się o kłopotach wieloryba dopiero
dzięki waszym wysiłkom. Do Massachusetts sprowadziła
mnie zupełnie inna misja ratunkowa. Przejechałem cały
kraj, szukając swojej żony, Jane i córki, Rebeki. Mam
powody przypuszczać, że znajdują się w Massachusetts,
niestety, jest to bardzo duży stan, a ja nie wiem, gdzie
dokładnie teraz są. Jeśli mi państwo pozwolicie, chciałbym skorzystać z okazji i przesłać im obu wiadomość.
Robię pauzę na tyle długą, by kamery podjęły pracę.
Odchrząknąwszy, zatapiam spojrzenie, możliwie najbardziej szczere w tych okolicznościach, w ślepym oku
obiektywu.
- Jane - mówię. Uświadamiam sobie, że jej imię zabrzmiało jak pytanie. - Jesteś mi potrzebna. Mam nadzieję, że zobaczysz ten program. Mam nadzieję, że obie z
Rebeką macie się dobrze. Nie umiem żyć bez ciebie. Nie
461
zdziwi mnie, jeśli mi nie uwierzysz, ale przyjechałem
ocalić tego wieloryba po to, żebyś o mnie usłyszała w
wiadomościach, żebyś mnie zobaczyła. Pamiętasz, jak
było dawniej? Z powodu wielorybów przełożyliśmy miesiąc miodowy. Pamiętasz, jak się potem cieszyliśmy, jak
się ściskaliśmy z całej siły, bo zobaczyliśmy je parę kilometrów od brzegu? Dzisiaj też uratowałem wieloryba. I
chcę, żebyś wiedziała, że bez ciebie nie miało to takiego
uroku. Proszę cię, daj mi znać, gdzie jesteś. Zadzwoń do
Centrum Badań Oceanograficznych w Provincetown, tam
będą wiedzieli, jak się ze mną skontaktować.
Któryś z dziennikarzy mi przerywa.
- Ma pan zdjęcie?
Potakuję, wyjmuję z kieszeni portfel. Otwieram na
zdjęciu Jane i Rebeki zrobionym w zeszłym roku.
- Dobrze widać? - Podnoszę fotografię do kamer. Jeśli ktoś widział moją żonę albo córkę, bardzo proszę o
wiadomość.
Wpatruję się w szarą kataraktę kamery telewizyjnej.
Jane też ma szare oczy, myślę, zdziwiony, że nadal widzę
je tak wyraźnie.
- Kocham cię - mówię. - Obwieszczam to przed całym światem.
58.
JANE
Długi czas obserwuję zmieniające się cyfry na zegarze
stojącym obok łóżka. Czekam aż do 1.23, wtedy wstaję i
idę przez tę użyczoną sypialnię. Noc jest bezksiężycowa,
więc nie ma naturalnego światła. Tylko dzięki praktyce z
kilku poprzednich nocy nie wpadam w drodze do drzwi,
na komodę, na słupki łóżka ani na fotel bujany.
Idąc korytarzem, wstrzymuję oddech. Przyciskam
ucho do drzwi pokoju Rebeki, słucham jej równego, spokojnego oddechu. Usatysfakcjonowana zbieram się na
odwagę, by przejść siedem kroków dalej, do jego sypialni.
Po dwudziestu minutach nauki na gałce w swoich
drzwiach z łatwością wchodzę do środka całkiem bezszelestnie. Wpuszczam strumień światła z korytarza, rozlewa się po podłodze, rozjaśnia chodnik prowadzący do
łóżka. Od progu widzę tam zgniecione koce i prześcieradła.
Biorę głęboki oddech, siadam na brzegu materaca.
Słyszę jedynie bicie własnego serca.
- Wiem, że nie śpisz - mówię. - Wiem, że też nie
możesz spać.
Jane, mówię sobie w duchu, nie wyjdziesz stąd, póki
nie powiesz, co masz do powiedzenia.
463
- Nigdy w życiu nie byłam z nikim prócz Olivera podejmuję, z trudem wypychając słowa z ust. - Nigdy nawet nie całowałam się z nikim innym. Dopiero dzisiaj...
Wyciągam przed siebie dłoń, zastanawiając się, czy
czegoś dotknę.
- Nie będę twierdziła, że to, co się dzisiaj stało, to
twoja wina. Tu w ogóle nie ma niczyjej winy. Chcę ci
tylko powiedzieć, że nie wiem, czy jestem w tym dobra. Zastanawiam się, dlaczego nie ma żadnej odpowiedzi. A
jeżeli on wcale o tym nie myślał? - Śpisz? - pytam, schylając się w noc.
Nagle powietrze wokół mnie się zamyka. Ogarnia
mnie tak ściśle, że zaczynam krzyczeć, lecz zaraz czuję
na ustach czyjąś rękę. Chcę gryźć, nie daję rady, ktoś
popycha mnie na łóżko, przewraca na plecy i przyciska
za ramiona. Przez cały czas próbuję krzyczeć, w końcu
zaczynam coś niecoś widzieć i dosłownie centymetry od
mojej twarzy jest Sam.
Odsuwa dłoń.
- Co robisz? - wydobywa się z moich ust ochrypły
szept. - Dlaczego nie jesteś w łóżku?
- Poszedłem do łazienki. Zajrzałem tutaj w drodze do
twojego pokoju.
- Naprawdę?
Siadam na brzegu łóżka. Sam trzyma mnie za ręce.
Nasze dłonie, splecione palcami, spoczywają na moich
udach.
- A tak przy okazji - odzywa się Sam - moim zdaniem, jesteś w tym bardzo dobra.
Spuszczam wzrok.
- Co usłyszałeś?
- Wszystko. Stałem pod drzwiami i słuchałem. Nie
464
możesz się na mnie złościć za podsłuchiwanie, bo przecież do mnie mówiłaś.
Wskazuje stertę koców i poduszek, rzuconych na środek materaca. Potem obraca moją dłoń w swojej, pocierając jej wnętrze kciukiem.
- To co właściwie robisz w mojej sypialni?
Przysuwa się do mnie.
Opadam na poduszki.
- Czekam na poczucie winy. Sądzę, że kiedy się
ujawni, będę mogła wymierzyć sobie karę i poczuję się
lepiej.
Czekam i czekam, i myślę o tobie, ale poczucie winy jakoś się nie pojawia. Wobec tego dochodzę do wniosku, że
nie jestem taką osobą, za jaką siebie uważałam. A jeszcze
później uświadamiam sobie, że jestem okropna i nie zasługuję na to, żeby o tobie myśleć. - Wzdycham ciężko.
- Pewnie uznasz mnie za wariatkę.
- Chcesz wiedzieć, po co szedłem do twojej sypialni?
- śmieje się Sam. - Porozmawiać o małżeństwie. Jak Boga kocham. Zamierzałem ci powiedzieć, że doprowadzasz mnie do szaleństwa, bo myślę o rzeczach, o których nie powinienem myśleć, skoro wiem, że jesteś mężatką i tak dalej. A najgorsze w tym wszystkim, że wierzę w sens małżeństwa. Poważnie. Nie ożeniłem się do
tej pory, bo nie znalazłem właściwej kobiety. Całe życie
czekałem, aż coś zaskoczy, rozumiesz. Dziś wieczorem
próbowałem sobie wyobrazić, jak wyglądałaś tego dnia,
kiedy poznałaś Olivera Jonesa, i nagle wszystko zrozumiałem. To jasne. On ożenił się z kobietą, która była dla
mnie przeznaczona.
- Kiedy wychodziłam za mąż, ty byłeś jeszcze dzieckiem. Młodszym od Rebeki.
465
Sam kładzie się na boku. Ma na sobie koszulkę i bokserki w groszki. Gdy orientuje się, że na nie patrzę, narzuca na biodra prześcieradło.
- Teraz już nie jestem dzieckiem - mówi.
Wyciąga rękę do mojej twarzy, przeciąga palcem po
policzku i brodzie. Potem ujmuje moją dłoń, przykłada
sobie do policzka. Przesuwa nią po szorstkiej szczecinie,
po krzywiźnie szczęki, po miękkiej, suchej linii warg.
Potem ją uwalnia.
A ja nie odsuwam dłoni. Wiodę palcami po jego
ustach, rozchylonych w pocałunku opuszków. Dotykam
powiek, czuję pod nimi gwałtowne ruchy oczu. Poruszam
rzęsy, zsuwam się po nosie. Badam go, jakbym nigdy
dotąd nie spotkała stworzenia z tego gatunku.
Sam pozostaje nieruchomy, gdy moje dłonie ślizgają
się po jego barkach i ramionach, przez wgłębienie, gdzie
łączą się mięśnie, aż do dołka w łokciu. Pozwala mi iść
śladem żył na silnych przedramionach, obraca rękę w
mojej dłoni, odsłania blizny i odciski. Pomaga mi, gdy
ściągam mu koszulkę przez głowę. Trafiam nią w nocny
stolik.
Gdybym nadal trzymała się tej ścieżki, gdybym dalej
prowadziła takie badanie, nie miałabym się czego bać.
Dopiero gdybym przeszła na inny poziom, ku intymności, wtedy mogłabym zacząć się obawiać. Seks nigdy nie
miał dla mnie wymiaru mistycznego. Ziemia się nie poruszała, nie słyszałam chórów anielskich ani dzwonów
niebiańskich, nie doświadczałam innych podobnych zjawisk. Zawsze byłam trochę zbyt opanowana. Biorąc pod
uwagę moją przeszłość, dzieciństwo, trupy ukryte w szafie, nawet nie oczekiwałam po miłości żadnej magii. Z
466
mojego punktu widzenia i tak miałam fantastyczne osiągnięcia: wypchnęłam z umysłu najgorsze wspomnienia.
Pierwszy raz był najtrudniejszy, a pokonawszy go razem
z Oliverem, nie spodziewałam się kiedykolwiek jeszcze
zetknąć z tym problemem.
Tymczasem gdy Sam obejmuje mnie ramieniem w talii i delikatnie przeciąga palcami po boku, gdy czuję jego
sztywny członek, napierający na udo, zaczynam płakać.
- Co się stało? Co się dzieje? - Przygarnia mnie do
siebie. - Zrobiłem ci coś złego?
- Nie. - Z trudem łapię oddech.
Nie mogę mu powiedzieć. Nie mówiłam nikomu. Nagle jednak nie chcę dłużej trzymać przeszłości w tajemnicy, dźwigać tego ciężaru niczym Atlas.
- Kiedy byłam mała... - słyszę własny głos, wsiąkający w jego skórę.
Brzmi nieznajomo, gdy mu się tak przysłuchuję, znowu z najdalszego kąta, ale w miarę jak mówię, zdaje się
przybliżać.
Sam odsuwa mnie na odległość ramienia. Staję się
świadkiem rzeczy zdumiewającej. Patrzy na mnie kompletnie zaskoczony, czeka, aż mu opowiem o ojcu. A ja
tylko podnoszę na niego oczy i patrzę, patrzę na niego
naprawdę. W jego wzroku czytam, że nie oczekuje już
wyjaśnień.
- Wiem - mówi, zaskoczony własnymi słowami. Wiem o twoim ojcu. Nie mam pojęcia skąd, ale mógłbym
ci podsuwać twoje własne słowa. - Z trudem przełyka
ślinę.
- Ale jak...? - Moje usta formują kolejne wyrazy,
lecz nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.
467
- Nie wiem... Nie umiem tego wyjaśnić - przyznaje
Sam. - Widzę to w tobie. - Krzywi się, odsuwa do tyłu,
jakby go ktoś uderzył. - Byłaś dzieckiem... - szepcze.
Przyciska mnie do siebie i ja jego obejmuję z całej siły. Drży. Odnalazł brakujące fragmenty mnie, elementy
siebie, których istnienia nie podejrzewał. Przez cały czas
płaczę, jak nigdy. Płyną mi z oczu łzy, których nie wypłakałam, gdy miałam dziewięć lat i tata przychodził do
mojej sypialni. I te, które mi pozostały w czasie pogrzebu
ojca. Sam rozpina moją jedwabną koszulę nocną, zsuwa
mi ją z ramion. Kieruje moimi dłońmi na swoich biodrach. Nasza skóra opalizuje w ciemnościach. Sam wkłada mi rękę między uda, a ja nakrywam ją dłonią i go
prowadzę. Wsuwa we mnie palec, w pączkującą wilgoć, i
cały czas patrzy mi w twarz. „Czy tak?”, zdaje się pytać.
Od niechcenia odnajduje najważniejszy punkt mojej rozkoszy. Scałowuje łzy z mojej twarzy, całuje mnie w usta.
Mój ból, mój wstyd na jego ustach ma słony smak.
59.
SAM
Leży na moim łóżku. Jest piękna. I bardzo smutna.
Ciągle odwraca twarz, chowa w poduszce. Nie mogę jej
na to pozwolić, skoro już wiem. Prowadzę Jane krok po
kroku.
Zamykam oczy, całuję jej szyję, piersi, krzywiznę
biodra, oddechem łaskoczę wewnętrzną stronę ud. Wtedy
ujmuje mnie za rękę, zaprasza dalej. Stale patrzę jej w
twarz. Pytam, czy tak. A ona trzyma mnie za nadgarstek,
nalega, więc posuwam się dalej, najdelikatniej jak
umiem, w pulsujące ciepło. Twardnieję, ocieram się o jej
udo. Kiedy wydaje mi się, że stracę nad sobą panowanie,
odsuwam się od niej, językiem zataczam koła na jej sutkach. Jane ma otwarte oczy, ale nie patrzy na nic w
szczególności. Nie wydaje żadnych dźwięków. Chwilami
mam wrażenie, że zapomina oddychać.
Potem siada i sięga po mnie. Przesuwa dłońmi w dół i
w górę. Jej dotyk jest lekki jak piórko, rozkosznie drażniący. W pewnej chwili nie mogę się już powstrzymać.
Upadam na łóżko, zagarniam ją gwałtownie i całuję.
Smakuje miętą i miodem. Skoro już zacząłem, nie mogę
przestać, rozgniatam wargami jej usta, miażdżę. Jane
mnie odpycha, chwyta powietrze i znów całuje. Ociera
się o mnie, obejmuje za biodra. Nie pozwolę jej się
469
odsunąć. Gaszę nią pragnienie, każdym zakamarkiem jej
ciała, którego mogę dotknąć, czekam, aż jej plecy wygną
się w łuk, naprężone spełnieniem.
Nie wiem, gdzie ona, a gdzie ja. Dopiero gdy się zsuwa, gdy przeciąga palcami po moim ciele, jakby sprawdzała szwy wychodzące spod maszyny do szycia, nieruchomieje, spogląda na mnie raz, po czym bierze go do
ust.
To jak ciepły aksamit. Porusza się w dół i w górę, a co
najwspanialsze, czuję jej zęby i język też. Sięgam do
niej, chcę dla niej zrobić coś równie cudownego, lecz
dotykam tylko ramion. Jej włosy rozpościerają się na
moich biodrach ciemnym wachlarzem. Porusza się coraz
szybciej. Zamykam oczy, myślę o rytmie. Razem z nią
podnoszę i opuszczam biodra. Tak, właśnie tak, to jest to,
ale chcę więcej. Dysząc, zsuwam jej ręce ze swoich boków, chcę ją podciągnąć wyżej i wtedy spostrzegam obrączkę.
Miała ją na palcu przez cały czas, tylko nie zauważyłem. Cienkie złote kółko. Wygląda na wrośnięte. Jane
podąża za moim spojrzeniem.
- Wyrzuć ją - szepcze. - Jest bez znaczenia.
Przetacza się po materacu, ściąga obrączkę, rzuca wirujące kółko na stolik nocny. Pociera palec, jakby chciała
zetrzeć wspomnienia. Zostaje jednak cienki biały paseczek nieopalonej skóry.
Jane odgarnia mi włosy z twarzy. Wzdrygam się odruchowo, nic nie poradzę, znowu zacząłem myśleć. Pochyla się nade mną, całuje mnie w pierś, po czym ukrywa
twarz w kocu.
470
- Chcę być twoja - mówi.
Obracam się do niej. Całujemy się, przytulamy, wzdychamy. Oboje mamy otwarte oczy, bo nie chcemy przestać na siebie patrzeć. Czuję jej dłonie na biodrach, przysuwa mnie do siebie, opuszcza. Oplata mnie nogami,
przyciąga. Wtedy pojmuję, co to znaczy być całością.
Zamyka się wokół mnie z delikatną siłą. Więc to tak
wygląda miłość. Tak to jest być kompletnym. Krew dudni mi w lędźwiach, pulsuje rytmicznie. Bliżej być nie
mogę, lecz próbuję. Chcę zostać przyjęty, pragnę się w
niej zawrzeć, przejść przez nią na drugą stronę. Przywieramy do siebie, nasze ciała płoną.
Znów narasta we mnie pożądanie, usilne, natarczywe.
Jane szeroko otwiera oczy, patrzy na mnie zaskoczona.
Taki obraz mam przed oczami, gdy przyciskam ją do
siebie, gdy eksploduję w jej rytmie.
Długi czas leżymy bez ruchu. Żadne z nas nie chce się
odezwać. Całuję ją w czoło. Ona patrzy na mnie ze zdumieniem. Ja na nią chyba podobnie, tak się domyślam.
Gdy się pode mną porusza, odsuwam się, krzywię jak z
bólu, gdy się rozdzieramy. Wszystko się zmieniło. Teraz,
gdy już wiem, jak to jest być całością, nie sposób zostać
samemu.
60.
REBEKA
7 lipca 1990
Knajpka ma na ścianach aksamitnych Elvisów. Dwie
kelnerki palą na spółkę jednego papierosa i rozmawiają o
Elvisie. Poza nami nie ma innych gości.
- Vera go widziała - mówi gruba kelnerka. - Na imprezce w Blue Dome.
- Chwała Verze. On nie żyje, mówię ci. Jest martwy.
Martwy.
Druga kelnerka odwraca się w naszą stronę. Ma kolczyk w nosie.
- Co podać?
- Zaraz się zorientujemy - mówi mama.
Kelnerki już o niej zapomniały.
Mama nie fatyguje się czytaniem menu. Znamy je na
pamięć. Wszędzie takie samo. Słuchamy kelnerek i oglądamy siedemnaście portretów Elvisa. Są takie, jakie się
kupuje na autostradach, wiszą na każdym przepierzeniu.
Na tym, który wisi nad naszymi głowami, Elvis jest
ubrany w biały kombinezon i ściśnięty paskiem z klamrą,
ozdobioną napisem LOVE. Gra na gitarze, nawet tu na
aksamicie.
472
- Miałaś trzy latka, kiedy umarł Elvis - mówi mama.
Obie kelnerki przyszpilają nas wzrokiem.
- Oczywiście teoretycznie - poprawia się mama natychmiast.
Zamawiamy trzy kanapki: z kotletem z kurczaka, z
kulkami mięsnymi i parmezanem oraz z tuńczykiem i
serem szwajcarskim. Do tego cola, krążki cebulowe oraz
faszerowane ziemniaki w mundurkach. W czasie gdy
nasze zamówienie jest przygotowywane, idziemy do łazienki umyć się i załatwić pilne potrzeby. Jedząc, omawiamy drogę z Idaho do Fishtrap w Montanie, obrazując
ją łyżeczkami, widelcami oraz torebeczkami z cukrem.
- Najwyżej kilka godzin - oceniam i mama się ze
mną zgadza.
- Powinnyśmy być w Massachusetts najdalej za tydzień - orzeka. - Przy takim tempie twoje urodziny wypadną nam w Minnesocie.
Minnesota. Moje urodziny. Całkiem o nich zapomniałam. Wyobrażam sobie, jak mogłyby wyglądać. Przyjęcie
niespodzianka u nas w ogródku? Nocny kurs na jednej z
łodzi należących do instytutu, służących do obserwacji
wielorybów? Tańce na specjalnie zbudowanym parkiecie, przy muzyce serwowanej przez DJ-a? Albo wielka
paka, czekająca w nogach łóżka z samego rana. W niej
czerwona sukienka z cekinów, na wąziutkich ramiączkach. Z gatunku tych, w których, zdaniem mamy, wyglądam jak dziecięca prostytutka. I tata wprowadzający
mamę do mojej sypialni... ona w sukience z tafty, a on
we fraku z pasiastą muchą. Wsiadamy do limuzyny i
473
jedziemy do najmodniejszej restauracji w mieście, na
homara. Usługuje nam fantastycznie przystojny blondyn,
podsuwa mi krzesło, rozkłada serwetkę i wybiera dla
mnie drinka, nie pytając o mój wiek.
Nic z tego nie zdarzy się w Minnesocie. Najprawdopodobniej nie zdarzyłoby się również w San Diego. Ojca
w moje urodziny nie będzie w domu, a przede wszystkim
nas tam nie będzie. Nie było go w domu wczoraj wieczorem. Dzwoniłam z motelu, kiedy mama była pod prysznicem, ale pewnie i tak wiedziała. Nie potrafię ukryć
przed nią takich rzeczy, żeby nie wiem co.
W sumie nawet za nim nie tęsknię. Gdyby odebrał telefon, pewnie odłożyłabym słuchawkę. Choć mimo
wszystko miło byłoby usłyszeć jego głos. Mógłby nawet
powiedzieć, że za mną tęskni. Chciałabym wierzyć, że
nie ma go w domu, bo pojechał za nami. Mam takie hollywoodzkie sceny przed oczyma: tata na kolanach błaga
mamę, żeby wróciła do domu, nawet bierze ją na ręce i
całuje namiętnie, jak w filmie. Takie rzeczy sobie wyobrażam, ale swoje wiem, głupia nie jestem.
Mama szpera w portfelu, w końcu zaczyna wykładać
całą jego zawartość na stół.
- Co się stało?
Podnosi na mnie wzrok.
- Nie mamy pieniędzy. Skończyły się.
Wolne żarty. Mamy mnóstwo pieniędzy. Gdyby się
miały skończyć, zauważyłybyśmy wcześniej. Mama nachyla się do mnie.
474
- Zapytaj, czy przyjmą czeki.
Przemykam się ukradkiem do grubej kelnerki i najsłodszym pod słońcem głosem pytam, czy może być
czek.
- Gotówka będzie nam potrzebna później - mówię.
Gruba kelnerka się zgadza, ale jakiś głos z kuchni woła, że nie ma bata. Za dużo przyjezdnych zostawia czeki
bez pokrycia.
Wracam do stolika. Każą nam czyścić podłogi szczoteczką do zębów? Obsługiwać klientów? Mówię mamie,
że mamy niefart.
- Zaraz! - przypomina sobie mama. - W schowku na
rękawiczki jest pięć dolarów.
Cieszę się ogromnie. Niesamowicie jest cieszyć się z
pięciu dolarów... Nagle uświadamiam sobie, że wydałyśmy te pieniądze na opłaty za przejazdy. Mama mierzy
mnie przeciągłym spojrzeniem i liczy drobne. Mamy
dolar i trzydzieści siedem centów.
Mama zamyka oczy, marszczy nos. Zawsze tak robi,
kiedy obmyśla ważny plan.
- Wyjdę pierwsza, a ty po jakimś czasie udasz, że
idziesz po mnie. To będzie wyglądało całkiem zwyczajnie.
Jasne, myślę.
Co z ciebie za matka, że zostawiasz dziecko w knajpie? Trzeba było pilnować, ile masz gotówki. Patrzę na
nią spode łba, gdy wstaje i zerka w składane lusterko.
- Zostawiłam szminkę w samochodzie - świergocze
mamusia do wszystkich siedemnastu Elvisów. - Diano? Nadeptuje mi na prawą stopę, na wypadek gdybym nie
załapała.
475
- Tak, ciociu?
- Zaczekaj chwilkę. Zaraz wrócę.
W drodze do wyjścia uśmiecha się do kelnerek.
Bębnię palcami w blat. Siorbię z pustego kubka po coli. Liczę rzędy szklanek za barem (dwadzieścia siedem) i
wymyślam imiona dla kelnerek. Irma i Florence. Delia i
Babs. Eleanore, Winifred, Thelma.
W końcu wzdycham głośno.
- Nie wiem, co ona tam robi, ale jeszcze trochę i
spóźnię się na lekcję baletu - mówię głośno, zastanawiając się, czy dziewczęta w Idaho chodzą na lekcje baletu.
Podchodzę do kelnerek.
- Mogłyby panie chwilkę przypilnować moich rzeczy? Wygląda na to, że ciotkę diabli wzięli. - Krzywię
usta w głupim uśmiechu typowej nastolatki, rozkładam
ręce w geście oznaczającym: „Co robić?”.
- Oczywiście, kochanie. Nie ma sprawy.
Idę do drzwi, krew dudni mi z tyłu kolan.
Ciekawe, jak się trafia do rejestru zbrodniarzy.
Dopiero gdy oceniam, że znajduję się poza zasięgiem
wzroku kelnerek, ruszam z kopyta.
Mama czeka w samochodzie z włączonym silnikiem.
Wskakuję na miejsce pasażera. Wyjeżdżamy z parkingu
z wizgiem opon. Parę kilometrów siedzę wychylona do
przodu, oczy mam czujne, szeroko otwarte. Potem się
uspokajam. Mama jest ciągle sparaliżowana strachem,
spanikowana, sama nie wiem. Dotykam jej ręki, gdy sięga do radia, a wtedy uchodzi z niej całe powietrze, jak z
przebitej opony.
- Niewiele brakowało - mówi.
476
Wyciera górną wargę kołnierzykiem. Nie wiem, czy
się śmieje, czy płacze. Opuszczam okno.
Ciekawe, co będzie dalej.
Uśmiecham się, ale tylko dlatego, że dzięki temu wiatr
nie kłuje mnie w oczy.
61.
JANE
Tej nocy wraca do mnie mój sen o lataniu. Kiedyś
często mi się śnił. Gdy byłam mała, gdy wyszłam za
Olivera, w dniach przed narodzinami Rebeki. Zawsze jest
taki sam: biegnę co sił, podskakuję, wybijając się z obu
nóg i lecę. Im wyżej lecę, tym jest straszniej, ale zawsze
unoszę się trochę nad linią drzew. Ludzie są maleńcy,
samochody jak zabawki. Mniej więcej na tym etapie zaczynam tracić opanowanie. Martwię się, jak wrócę na
ziemię, i oczywiście zaczynam spadać między drzewami
w jakimś zdumiewającym miejscu, pędzę w stronę ziemi
i zatrzymuję się na niej odrobinę zbyt gwałtownie. Mimo
wszystko to piękny sen. Będąc małą dziewczynką, marzyłam o nim każdej nocy. Wyobrażałam sobie, że jeśli
będzie mi się śnił dość często, w końcu nauczę się lądować.
- Cześć - mówi Sam, gdy otwieram oczy, i jest to
najpiękniejsze słowo na świecie.
Trzyma w rękach wiklinową tacę, na niej widzę melona, płatki, świeżo zerwane maliny.
- Nie wiedziałem, czy chcesz kawę.
- Poproszę. Ze śmietanką, bez cukru.
478
Unosi palec i znika, po czym wraca z parującym kubkiem i siada na brzegu łóżka. Przygląda mi się, gdy piję.
Czekam na zakłopotanie wywołane jego wzrokiem, ale
się nie pojawia. Szczerze mówiąc, nigdy nie czułam się
lepiej. Mogłabym dzisiaj przenosić góry. Pokonać rowerem sto kilometrów. Albo zwyczajnie iść za Samem na
koniec świata.
- Dobrze spałaś?
- Tak. A ty?
- Bardzo dobrze. - Podnosi wzrok, czerwienieje na
twarzy. - Chciałbym ci powiedzieć coś na temat tej nocy.
- Mam nadzieję, że nie zamierzasz przepraszać? Nie
uważasz, że to była pomyłka?
- A ty?
Nie mogę się skupić, gdy na mnie patrzy. Brakuje mi
tchu.
Te oczy. Boże drogi.
- Wydaje mi się... - Pauza. - Chyba cię kocham.
Sam nie odrywa ode mnie wzroku.
- Wezmę dziś wolne.
- Nie możesz. Kto się zajmie sadem?
- Zauważyłem ostatnio, że kiedy jesteśmy razem,
wszystko jedno, czy się sprzeczamy, czy całujemy, nic
innego mnie nie obchodzi.
- Wszyscy zaczną gadać. Rebeka nie może się dowiedzieć.
- I tak się dowie. Nie jest głupia. Zresztą należy mi
się odpoczynek. Po to mam tu Hadleya. Jaki jest sens
zatrudniania zastępcy, skoro nigdy się nie schodzi ze
stanowiska? - Pochyla się nade mną, całuje mnie w czoło. - Powiem im, że wracamy do łóżka.
479
- Sam! - wołam, lecz ku własnemu zdziwieniu nie
jestem oburzona.
Chcę, by świat wiedział, co czuję. Do czego jestem
zdolna. Przestawiam tacę na podłogę, skubię owoc. Wyciągam się na zmiętych prześcieradłach. Nocną koszulę,
tę śliczną, jedwabną, tę z Dakoty Północnej, mam włożoną na lewą stronę.
Pukanie do drzwi. Zsuwam się z łóżka, otwieram.
- Sam? - pytam.
Równocześnie ze mną wymawia to słowo Rebeka.
Odruchowo sprawdza, czy trafiła do właściwej sypialni.
Ja zakrywam dekolt, czuję metkę sterczącą po lewej stronie.
- Sama tu nie ma - mówię spokojnie.
Rebeka nadal rozgląda się po pokoju, jakby szukała
dowodów. W końcu podnosi na mnie wzrok.
- W zasadzie szukałam ciebie. A tu przyszłam spytać, czy on wie, gdzie jesteś. Najwyraźniej wie.
- To nie tak, jak myślisz - mówię zbyt szybko.
- Założę się, że jest dokładnie tak, jak myślę.
Ukłucie w sercu. O dziwo, czuję się lepiej. Czy na to
czekałam?
- Chciałam ci powiedzieć - podejmuje Rebeka - że
po południu jedziemy z Hadleyem do miasta. I zapytać,
czy chcesz się z nami wybrać. - Ponownie zagląda mi
przez ramię. - Widzę, że masz ciekawsze zajęcia.
- Nie możesz jechać do miasta. To znaczy, Hadley
nie może. Sam właśnie miał mu powiedzieć, że dzisiaj
odpowiada za sad.
- Tak? - Rebeka bierze się pod boki. - Szef tak postanowił?
- Lepiej uważaj - mówię cicho.
480
- Ja? Ja??? Raczej nie o mnie tu chodzi. To nie ja
zdradzam męża.
Instynkt: podnoszę rękę do uderzenia. Dygocząc,
opuszczam ramię.
- Porozmawiamy o tym później.
- Jesteś obrzydliwa! - krzyczy Rebeka, zaciska dłonie w pięści. - Jak mogłaś to zrobić tacie! O mnie też
zapomniałaś? Mów sobie, co chcesz, ale on i tak cię kocha. Jedzie tutaj, dobrze o tym wiesz. A ty co robisz?
Obraca się na pięcie i pędzi na parter. Sam zastaje
mnie w otwartych drzwiach.
- Była tutaj - mówię. - Rebeka. Teraz mnie nienawidzi.
- Nieprawda. Daj jej trochę czasu.
Żadne słowa nie mogą powstrzymać moich łez. Sam
obejmuje mnie, głaszcze i przytula. Wszystko to zeszłej
nocy działało cuda, lecz teraz jest inaczej. Teraz otworzyła się przepaść między mną a córką. Tego nie zdoła
naprawić.
W końcu Sam zostawia mnie samą. Mówi, że idzie
sprawdzić, czy Joley na pewno wie, które drzewa trzeba
dzisiaj opryskiwać. Całuje mnie przed wyjściem i mówi,
że jestem piękna. W drodze do drzwi jeszcze się odwraca.
- Masz koszulę na lewą stronę.
Staję przy oknie wychodzącym na ceglane patio przed
domem. Przyciskam twarz do ściany, wtedy nie wydaje
się aż taka rozpalona. Zachowałam się samolubnie.
No dobrze, Jane, myślę sobie.
Przez chwilę żyłaś w raju. Było, minęło. Najwyższy
czas wziąć się w garść i naprawić, co zdołasz. Zawiadomię Sama od razu, jak tylko wróci. Że pewnie by nam się
powiodło w innych okolicznościach. Gdybym była
481
dziesięć lat młodsza, gdyby on pracował za biurkiem.
Potem odszukam córkę. „Widzisz? - powiem. - Musisz
znowu mnie kochać. Wiesz, ile dla ciebie poświęciłam?”.
Zatopiona w myślach, podążam wzrokiem za Hadleyem, który idzie w stronę domu. Ma na sobie niebieską
flanelową koszulę, która kojarzy mi się z ciemniejszym
odcieniem oczu Sama.
Nagle drzwi Wielkiego Domu otwierają się i wybiega
z nich Rebeka. Nadal łka, poznaję to po drżeniu ramion.
Biegnie do Hadleya, przywiera do niego.
Raptem uświadamiam sobie, że Hadley i Sam są w
tym samym wieku.
Hadley rozgląda się dookoła. Gdy podąża wzrokiem
ku oknom domu, ukrywam się szybko. Potem wyglądam
ostrożnie zza krawędzi ściany. Hadley scałowuje łzy z
twarzy mojej córki. Wcale się nie śpieszy.
Obserwuję każdy ich ruch. Ona jest jeszcze dzieckiem. Jest dzieckiem. Nie wie, czego się spodziewać...
Jak Hadley może robić coś takiego? Rebeka odchyla
głowę do tyłu, unosi brwi, przesuwa dłońmi po plecach
Hadleya... jest w tym coś znajomego. Nagle pojmuję.
Rebeka. Moja córka.
W miłości wygląda tak samo jak ja.
Mam ochotę krzyczeć albo wymiotować. Uciekam od
okna, od tego widoku. W tej chwili wchodzi do pokoju
Sam. Pytam, czy też ich widział.
- Wyglądasz, jakby ci się świat zawalił - zauważa.
Podchodzi do okna, ale Hadley zdążył już odsunąć
Rebekę na bezpieczną odległość. Dzieli ich prawie pół
metra.
482
- Nie rozumiem - mówi Sam. - O co chodzi?
- Nie mogę tak. Nie chodzi o ciebie, po prostu to nie
w porządku wobec Rebeki. Nie mogę myśleć tylko o
sobie. Było nam razem cudownie, ale musimy zostać
tylko przyjaciółmi.
- Nie da się cofnąć czasu. - Sam odsuwa się ode
mnie. - Nie można komuś powiedzieć, że się go kocha,
uszczęśliwić go nad życie, a za chwilę wszystko odwołać. - Podchodzi bliżej, kładzie mi rękę na ramieniu.
Pali mnie ta dłoń, więc ją z siebie strząsam.
- Co ci się stało? - pyta Sam.
- Widziałeś ich? Hadleya i Rebekę? On jest w tym
samym wieku co ty. Wiesz, co właśnie zobaczyłam?
Niewiele brakowało, a byłby przeleciał moją córkę.
- Hadley nie jest taki. Może Rebeka na niego leci.
Ze zdumienia otwieram usta.
- Po czyjej stronie jesteś?
- Staram się ciebie przekonać, żebyś zaczęła logicznie myśleć.
- Powiem to tak: jeżeli jeszcze raz zobaczę tego
człowieka z moją córką, zamorduję go gołymi rękami.
- A co to ma z nami wspólnego?
- Gdybym nie była tak zajęta tobą, może bym zauważyła, co się dzieje między Rebeką i Hadleyem.
Sam całuje mnie w szyję. Właśnie w takiej pozycji
zobaczyłam Rebekę z jego przyjacielem.
- Nie mogę zebrać myśli - wyznaję.
- O to mi chodziło.
Mam zamiar protestować, lecz kładzie mi rękę na
ustach.
- Daj mi jeszcze jeden dzień. Proszę. Obiecaj.
483
Gdy szykujemy się do wyjazdu, nadal nie mam pojęcia, gdzie kto się podziewa. Sam mówi mi, że Joley opryskuje środkami organicznymi drzewka w części komercyjnej. Chcę zamienić słowo z Rebeką, jednak zapadła
się pod ziemię,
Wsiadamy do niebieskiego pikapa i jedziemy do rezerwatu, jakieś pięćdziesiąt kilometrów na zachód od
Stow. Podlega władzom miasta Audubon. Jest to duży,
ogrodzony teren, gdzie żyją jelenie, sowy, lisy srebrne i
dzikie indyki. Ścieżki wiją się między naturalnymi siedliskami zwierząt i ptaków, mijają jeziora z powalonymi
pniami, łąki porośnięte wysoką, złotą trawą, rosochate
drzewa. Spacerujemy, trzymając się za ręce. Nikt nas
tutaj nie zna. Na dodatek, ponieważ jest środek tygodnia,
właściwie nikogo tu nie ma. Spotykamy tylko kilka starszych osób, które patrzą na nas tak samo jak na przyrodę.
Słyszę, jak jedna z kobiet na nasz widok mówi do swojego przyjaciela: „Nowożeńcy”.
Przez trzy godziny siedzimy przy siedlisku jeleni. Jeśli
wierzyć tabliczce, mieszka tam jeden byk i jedna łania.
Byka znajdujemy szybko, akurat przyszedł się napić z
jeziora, łani natomiast nie sposób odszukać na tle leśnego
poszycia. Czekamy pół godziny, wreszcie się poddajemy.
Siedzimy na długiej ławie z bali i próbujemy nadrobić
czas. Ja opowiadam Samowi o domu w Newton, o wyprawie Joleya do Meksyku, o przyjęciach w instytucie i o
dziewczynce z rozszczepieniem podniebienia, mojej ulubionej uczennicy, której pomagam trzeci rok. I jeszcze o
tym, jak trzeba było Rebece szyć brodę, i o katastrofie
lotniczej, a w końcu też o tym, jak poznałam Olivera.
Sam natomiast opowiada mi o ojcu, który wyjechał na
484
Florydę, o swoich wykładach w Minuteman Tech, o gatunku jabłek, który nieomal wymarł, ale może uda się go
odtworzyć genetycznie, o wszystkich miejscach, o których czytał i gdzie chciałby pojechać. Planujemy wspólne podróże i robimy listę, jakby to się miało rzeczywiście
wydarzyć.
- Mnóstwo rzeczy chciałam kiedyś zrobić, a nie zrobiłam - mówię.
- Dlaczego?
- Urodziłam Rebekę - wyjaśniam rzeczowo.
- Potrafi już sama o siebie zadbać.
- Najwyraźniej nie. Nie widziałeś jej dziś rano. Nie
można decydować o takich sprawach, kiedy ma się zaledwie piętnaście lat.
Sam uśmiecha się szeroko.
- Czy mi się wydaje, czy miałaś piętnaście lat, kiedy
poznałaś Olivera?
Otwieram usta, by powiedzieć, że to co innego, lecz
zmieniam zdanie.
- I widzisz, jak to się skończyło.
- Moim zdaniem, przesadzasz.
- Moim zdaniem, nie jesteś matką Rebeki - odwarkuję. Biorę głęboki wdech. - Musisz zwolnić Hadleya.
- Co? - Sam nie wierzy własnym uszom. - Nie mogę.
Jest moim przyjacielem.
Wstaję, wypatruję łani.
- Tak nie może być. Nie może się widywać z Rebeką, to nie podlega dyskusji. Na litość boską, jest od niej
dziesięć lat starszy! - Milknę, odwracam się do Sama. Ani słowa.
Nagle ją dostrzegam. Wychodzi spomiędzy drzew z
485
gracją baleriny. Nogi, jedną po drugiej, unosi wysoko,
wdzięcznie przekrzywia łeb. Za nią podąża młode, o sierści w kolorze karmelu. Nikt nam nie powiedział, że jest
też młode.
- Nie zostaniemy u ciebie długo - mówię łagodnie. Oboje o tym wiemy.
Teraz Sam wstaje, wsuwa ręce do kieszeni.
- Stawiasz mi ultimatum.
- Nie.
- Tak. Jeżeli chcę ciebie, muszę zrobić coś z Hadleyem. Ale nawet w takim wypadku będzie to zwycięstwo
na krótki czas.
- Co przez to rozumiesz?
Sam chwyta mnie za ramiona.
- Powiedz mi, że od niego odejdziesz. Obie z Rebeką
zostaniecie w Stow. Pobierzemy się i będziemy mieli
dziesięcioro dzieci.
Uśmiecham się smutno.
- Już mam dziecko. Jestem za stara na następne.
- Bzdura. I ty doskonale o tym wiesz. Zamieszkamy
w Wielkim Domu i będzie nam jak w bajce.
- Jak w bajce... - powtarzam. - Miło pomarzyć.
Sam zamyka mnie w objęciach.
- Porozmawiam z Hadleyem. Coś wymyślę. - Kładzie głowę na moim ramieniu. - Jak w bajce.
W domu zastajemy tylko Joleya. Jest późne popołudnie, przyszedł napić się czegoś zimnego.
Krok za progiem Sam usiłuje wsunąć mi rękę w majtki.
- Przestań! - Śmieję się i odpycham jego dłoń.
486
Wtedy spostrzegamy mojego brata.
- Och... - Prostuję się.
Zostaliśmy przyłapani na gorącym uczynku.
- Gdzie byliście? - pyta Joley zdumiony. Przynajmniej nie jest w szoku, jak Rebeka. A może jest?
- W rezerwacie - odpowiada Sam. - Gdzie wszyscy?
- Kończą na dole. Rebeka też tam jest.
- Możemy zamienić dwa słowa? - pyta Joley.
Sam spogląda na mnie: „Wiedzieliśmy, że tak będzie”. Prowadzi Sama do kuchni i odkręca kran, z pewnością po to, żebym nie mogła podsłuchać.
Idę do sypialni, gdzie jest włączony telewizor. Właśnie trwa lokalny serwis informacyjny, który zaczyna się
o siedemnastej. Siadam w fotelu bokiem, zwieszam nogi
z podłokietnika. Redaktorka mówi o pożarze w Dorchester. Zginęły w nim trzy osoby. Potem na ekranie za jej
plecami wykwita znajome logo. Skąd ja je znam?
- A teraz - mówi prowadząca program - oddajemy
głos Joan Gallagher z Gloucester, gdzie od trzech dni
podejmuje się wszelkie wysiłki zmierzające do ratowania
humbaka zaplątanego w sieci skrzelowe. Joan?
- Nie do wiary - mówię głośno. - Nigdzie się od tego
nie uwolnię.
- Dziękuję, Anne - odzywa się reporterka posłusznie.
- Za mną widzą państwo Stellwagen Bank, największe na
Wschodnim Wybrzeżu żerowisko kilku grup humbaków.
Wiele osób śledzi losy Marble, samicy długopłetwca,
która przed trzema dniami zaplątała się w sieci skrzelowe, porzucone przez jakiś statek rybacki. Dostrzeżona
została przez Straż Przybrzeżną, lecz następnie zniknęła
487
i odszukanie jej zajęło dwadzieścia cztery godziny. W
dniu dzisiejszym doktor Windy McGill, dyrektor Centrum Badań Oceanicznych w Provincetown, podjął próbę
ratowania humbaka.
Reporterka znika z ekranu, pojawia się na nim ponton,
łupinka orzecha rzucona na bezmiar oceanu. Jest w nim
dwóch ludzi.
- Doktorowi McGillowi pomaga kolega, doktor Oliver Jones, znany biolog morski, którego osiągnięcia w
dziedzinie badań humbaków zyskały światowy rozgłos. Zbliżenie na twarz schylonego Olivera, zajętego rozplątywaniem nylonowej liny.
Siedzę zamieniona w kamień.
- Doktor Jones, badający wieloryby przy wybrzeżu
kalifornijskim, przypadkiem znajdujący się w okolicach
Bostonu, usłyszawszy o kłopotach Marble, zaproponował
pomoc. Obaj uczeni pokonali w pontonie odległość ponad dziesięciu kilometrów, do miejsca pobytu wieloryba.
Pokazują rozchybotany ponton, który po chwili odzyskuje równowagę, z plaśnięciem ustawia się na oceanie.
- Oliver - mówię, zakrywając usta dłonią.
Sam i Joley wychodzą z kuchni. Stają z obu moich
boków, patrzą w ekran.
- Czy to jest... - zaczyna Joley, ale go uciszam.
Kamera ponownie wraca do reporterki.
- Po nieomal czterech godzinach trudnej i niebezpiecznej pracy wybawicieli Marble odpłynęła oswobodzona. Natychmiast dołączyła do innych wielorybów.
Być może najbardziej wzruszającym akcentem całej tej
historii jest fakt, że doktor Oliver Jones sam prosi o pomoc.
488
- Jones? - powtarza Sam.
Zbliżenie na twarz Olivera, na jego jasne oczy, oliwkową skórę.
- Jane - głos mu drży, jest ochrypły - jesteś mi potrzebna. Mam nadzieję, że obie z Rebeką macie się dobrze. Nie umiem żyć bez ciebie.
- No, no - rzuca Sam.
Oliver wyjmuje z portfela zdjęcie, na którym widnieję
z Rebeką. Nawet całkiem niezłe.
- Jeśli ktoś widział moją żonę albo córkę, bardzo
proszę o wiadomość - mówi.
W którymś momencie wzięłam Sama za rękę, nawet o
tym nie wiedząc.
- To jest Oliver. Mój mąż.
Oliver patrzy na mnie z ekranu, boleśnie szczery. Zastanawiam się, ile widzi. Czy wie, co zrobiłam.
- Kocham cię - mówi do mnie, i tylko do mnie. Obwieszczam to przed całym światem.
62.
JOLEY
Po wiadomościach Sam wychodzi. Mówi, że ma coś
do zrobienia, ale nie precyzuje co. Nie odzywa się słowem do mojej siostry.
- Chodź - biorę ją za rękę - pomożesz mi zrobić kolację.
Idzie za mną do kuchni, słaba, bezwolna. Siada na
krześle ze szczebelkowym oparciem.
- Och, Joley - wzdycha. - Co ja zrobiłam!
Wyjmuję z lodówki marchew i sałatę. Nie jestem dobrym kucharzem, sałatkę jednak zrobić potrafię.
- Mów.
Podnosi wzrok, spojrzenie ma spłoszone.
- Może uciekniemy. Jeśli wyjedziemy teraz, zdążymy przed jego przyjazdem.
- Nie możesz znowu ciągnąć ze sobą Rebeki. To bez
sensu. Jest jeszcze dzieckiem.
- Nie mówię o Rebece - mówi Jane cicho. - Mówię o
Samie.
Upuszczam marchewkę, którą obieram nad zlewem.
- Wiedziałaś, że Oliver tu po ciebie przyjedzie. Sama
mi to powiedziałaś. I nie chciałaś rozmawiać o tym, co
się będzie działo, gdy tu dotrze.
490
- Dalej nie chcę o tym mówić.
- Słusznie. Może jeśli nie będziemy o nim myśleć,
rozpłynie się w powietrzu. - Wrzucam obieraczkę do
zlewu. - Dobrze wobec tego. Porozmawiajmy o czym
innym. Porozmawiajmy o Samie.
- Nie chcę rozmawiać o Samie.
- Spójrz na mnie.
Nie patrzy.
- Sam przedstawił mi sytuację w zarysach. Najpierw
jeszcze usłyszałem to i owo od Rebeki, która przybiegła
do mnie rano cała zapłakana. „Nienawidzę jej, wujku,
nienawidzę!”, szlochała. Co się dzieje?
- Nic - mówi Jane. Po czym wzdycha. - Nie będę cię
okłamywać. Doskonale wiesz, co się dzieje. Wszyscy
wiedzą, co się dzieje.
- Powiedz. - Chcę to usłyszeć od niej.
Spodziewam się dowiedzieć, że przespała się z Samem.
Tymczasem ona opuszcza głowę i mówi:
- Sam jest moją drugą połową. W nim powinnam była się zakochać.
- A co z Oliverem?
Jane patrzy na mnie, mruga szybko.
- Balast.
- Jesteś z Samem pięć dni. Jak możesz dojść do takiego wniosku po głupich pięciu dniach?
On cię wcale nie zna, myślę. To ja jestem z tobą przez
trzydzieści lat. To ze mną jesteś związana.
- Pamiętasz, co ci o nim powiedziałam pierwszego
dnia?
491
- Że jest uparty jak osioł.
- A oprócz tego? - Jane się uśmiecha. - Faktycznie,
powiedziałam, że jest uparty jak osioł. Ale powiedziałam
też, że wiem, czego naprawdę chcę. Właśnie się zorientowałam. Powiedziałam, że potrzebuję chwili, o której
mogłabym szczerze powiedzieć, że żyję w raju. O to
chodzi.
- Powiedziałaś też, że jeśli dane ci będzie cudowne
pięć minut, wrócisz do Olivera. Wrócisz do życia, które
sama wybrałaś, i nigdy więcej nie będziesz się skarżyła.
- Tak powiedziałam. A skąd wiesz, że moje pięć minut dobiegło końca? Powiedziałam, że do niego wrócę,
jak moje pięć minut dobiegnie końca. Jeszcze się nie
skończyło. I nieprędko skończy.
Opowiadam jej o Rebece, o tym, co się działo rano.
Mówię jej to, bo dzięki temu nie myślę o niej i o Samie,
gdy byli razem. A Rebeka przybiegła do mnie i opowiedziała, co zobaczyła. Zapytała, czy to znaczy, że rodzice
się rozwiodą. Czy nie wróci już do domu.
Patrzyłem na nią i doskonale wiedziałem, jak się czuje. Pamiętam, jak chroniłem się pod kołdrą Jane i słuchałem krzyków dochodzących z parteru, gwałtownych
kłótni rodziców. Nie wydawały się tak głośne ani tak
przerażające, jeśli Jane mnie obejmowała.
Nawet ojciec zaczął przychodzić do Jane nocami. Z
początku sądziłem, że szukał u niej bezpieczeństwa, jak
ja. Przecież każdy się czegoś boi, każdy chce o czymś
zapomnieć, nawet tatuś. Długo trwało, nim zacząłem
dostrzegać różnice i zanim zrozumiałem, dlaczego Jane
przestała mnie wpuszczać do swojej sypialni. Akurat w
tym samym czasie zaczęła się zmieniać: pojawiły jej się
492
piersi, zauważyłem też u niej włosy pod pachami i na
nogach. Nie wolno mi było wchodzić do pokoju, gdy się
przebierała. Nie wpuszczała mnie pod kołdrę. Za to pozwalała mi grzecznie siedzieć na narzucie i grać w kierki.
Gdy poszła do college'u, myślałem, że umrę. Zostawiła mnie w domu samego. Przyjeżdżała w odwiedziny
prawie co weekend, jednak to już nie było to samo. Cały
czas czekałem, żeby do mnie wróciła, tymczasem ona
wyszła za mąż, za Olivera Jonesa.
Dziś rano powiedziałem Rebece, że Jane zawsze pisane było zostać matką. Wystarczy sobie uświadomić, jak
młodo zaczęła się mną opiekować. Natomiast akurat teraz właśnie Rebeka musi się zdobyć na logiczne myślenie i zimną krew. „Twoja mama na pewno oprzytomnieje”, powiedziałem jej, lecz ona tylko się skrzywiła.
Chciała wiedzieć, jak długo to potrwa. Chciała wiedzieć,
ile osób zostanie skrzywdzonych. A przede wszystkim
pytała, dlaczego to Jane podejmie ostateczną decyzję.
- Jaką decyzję? - zapytałem.
- Żeby z tym skończyć! - krzyknęła. - Nie rozumiesz,
o co jej chodzi?
Powtarzam siostrze całą tę rozmowę, a ona nerwowo
zwija na palcu kosmyk włosów.
- Joley... czegoś tu nie rozumiem. Przez całe życie
jesteś moim najgorętszym wielbicielem. Zawsze powtarzasz, że za mało myślę o sobie, że zasługuję na lepszy
los. A teraz, gdy po piętnastu latach w końcu przyjmuję
twoje głupie rady, ty mi mówisz, żebym przyhamowała.
Zdecyduj się.
Nie zamierzam okłamywać Rebeki. Powiem jej
wszystko.
493
Tylko nie dzisiaj. Daj mi trochę czasu. Nigdy w życiu
o nic nie prosiłam. Zawsze bez przerwy wyłącznie dawałam. Chyba mogę sobie pozwolić na taki drobiazg?
- Nie - mówię zbyt szybko.
Jane wybucha.
- Czego ode mnie chcesz?
- Bądź ze mną. Zawsze chciałem, żebyś ze mną była.
- Nie słyszę - irytuje się Jane.
Odchrząkuję.
- Powiedziałem, żebyś była ze mną.
Jane wyrzuca ręce w górę.
- Przecież przyjechałam. Zrobiłam pięć tysięcy kilometrów, żeby być z tobą. A w zamian dostaję wykład.
W dniu gdy Jane wyszła za Olivera, w dniu gdy pocałowała mnie w policzek i powiedziała, że nigdy w życiu
nie była tak szczęśliwa, coś mi się stało. Bardzo wyraźnie
poczułem, jak moja klatka piersiowa gwałtownie puchnie, a potem się kurczy. Zwyczajnie pękło mi serce. Odwróciłem się bez słowa, a Jane nie zwróciła na to uwagi,
pochłonięta gośćmi. Obiecałem sobie, że nigdy więcej
nie pozwolę się zranić tak głęboko.
Nie przestałem się nią opiekować, ale trzymałem się
na odległość. Niemal natychmiast po jej ślubie zacząłem
podróżować. Najpierw zmieniałem szkoły, potem jeździłem po całym kraju, wreszcie za granicę: do Meksyku,
Bangladeszu, Maroka, do Azji. Starałem się zawędrować
na drugi koniec świata, zakładając, że to najprostsza metoda. Zawsze chciałem dla Jane jak najlepiej, bo zawsze
była dla mnie bardzo ważna. Dlatego gdy zaczęła się ta
sprawa z Samem, dałem im swoje błogosławieństwo.
494
Chciałem, żeby do tego doszło. Żeby to był Sam, skoro
nie mogłem być ja.
Jane obejmuje mnie i na moment wracam do dawnych
czasów, gdy miłość można było utknąć między poduszkami.
- Przepraszam. Nie chciałam na ciebie krzyczeć.
Myślałem kiedyś o śmierci. Chciałbym zostać skremowany. Moje prochy powinny zostać wsypane do skórzanej sakwy, by Jane mogła je nosić na szyi. Wyobrażałem sobie kiedyś, jak zimą wkłada na siebie kolejne warstwy ubrania, golfy, swetry i jeszcze kurtkę, wiedząc, że
cały czas jestem tuż przy niej, na skórze, przy sercu. I
bliżej nigdy nie będę, myślę.
- Nie przejmuj się - mówię z uśmiechem. - Zawsze
miałem problem z akceptacją twoich chłopaków.
Jane odsuwa mnie na odległość ramienia. Otwiera
usta, chce coś powiedzieć... co? Zamyka je bez słowa.
Akurat w tej chwili wchodzą do kuchni Hadley i Rebeka. On niesie ją na barana, ona otworzyła drzwi nogą.
Tuż za progiem Hadley traci równowagę, na wpół zsadza, na wpół zrzuca Rebekę na podłogę. Oboje śmieją się
tak głośno i serdecznie, że dopiero po dłuższej chwili
zauważają moją obecność. I Jane.
- Przeszkadzamy? - pyta Hadley zwyczajnie, z szerokim uśmiechem na twarzy.
Otrzepuje nogawki dżinsów.
- Nie - mówi Jane. - Ani trochę.
Patrzy na Rebekę, która rozmyślnie długo się podnosi.
Zabawne, jest tego samego wzrostu co matka.
63.
SAM
Trzeba było widzieć wyraz jej twarzy, kiedy pokazali
tego faceta w telewizji. Była kompletnie roztrzęsiona.
Mało nie spadła z fotela. Bez przerwy powtarzała jego
imię. Oliver, Oliver, Oliver.
Wszystko bym zrobił, żeby nie patrzyła w telewizor.
Podałbym jej środek usypiający, szklankę wódki, sam nie
wiem. Może powinienem był ją po prostu objąć i przytulić. Tyle że na jej widok zmartwiałem. Musiałem coś
zrobić. A nie mogłem po prostu uklęknąć obok, przez
tego cholernego męża, ważniejszego niż cały świat, rozdętego w technikolorze. Stchórzyłem. Wyszedłem. Powiedziałem, że mam robotę w sadzie, a tak naprawdę
poszedłem się przejść do lasu.
O tej porze roku strasznie tną komary, a w lesie jest
wilgotno. Część lasku zmieniono w wysypisko, nawet
okoliczni farmerzy wywożą tam śmieci. Sterczy spośród
nich stara emaliowana wanna i kilka zepsutych pralek. Za
to jest spokojnie. Tak spokojnie, że słychać pracę szarych
komórek, gdy mózg miota się od jednego pomysłu do
drugiego.
Idę dość daleko, docieram aż do fundamentów domu,
który doszczętnie spłonął. Został niewielki krąg kamieni
496
z pokruszonym kominkiem. Mój ojciec mówił, że ruiny
pochodzą z osiemnastego wieku.
Kiedy obaj z Hadleyem byliśmy dzieciakami, często
tu przychodziliśmy. W wieku mniej więcej dziewięciu lat
założyliśmy tajny klub, przywlekliśmy aż tutaj belki i
stare deski ze stodoły, usiłowaliśmy zbudować coś na
kształt domu. Mieliśmy też hasło. Brzmiało ono Yaz, to
był nasz ulubiony gracz Red Soksów. Spotykaliśmy się
codziennie o zachodzie słońca, potem nasze matki, rozeźlone, wołały nas na kolację z dwóch krańców lasu.
Zakumplowaliśmy się z Hadleyem, kiedy mieliśmy po
siedem lat. Czyli osiemnaście lat temu. To dłużej, niż
Rebeka żyje. W każdych innych okolicznościach stałbym
za nim murem. Jest moim najlepszym przyjacielem. Wie,
co robi. Nie tknąłby piętnastolatki. Ale wiem też, z całkowitą pewnością, taką samą, jak co do granic swojego
sadu, że to, co się ze mną teraz dzieje, zdarza się raz w
życiu. Nie mogę patrzeć na zmartwioną Jane, i to z bardzo egoistycznych powodów: ten widok sprawia mi ból.
Wracam do Wielkiego Domu spóźniony, jest już po
kolacji. Joley zmywa naczynia, mówi, że Jane poszła na
górę.
- A Hadley? Muszę z nim pogadać.
- Chyba wyszedł na tylny ganek z Rebeką. A co?
Nie mam czasu mu tłumaczyć. Mijam tylne drzwi i
natychmiast czuję, że jestem intruzem. Rebeka siedzi z
Hadleyem na bujanej ławce, przy pierwszym skrzypnięciu drzwi odskakują w jej przeciwne końce.
- Cześć - zagajam niezobowiązująco. - Zajęci jesteście?
497
Oboje kręcą głowami. Przy Rebece czuję się skrępowany. Jej spojrzenie mnie parzy. Poprawiam kołnierzyk,
potrzebuję powietrza.
- Co tam? - pyta Hadley.
Teraz jest śmielszy. Położył rękę na oparciu ławki, za
plecami małej.
- Muszę z tobą pogadać. - Przenoszę wzrok na Rebekę. - W cztery oczy. - Otwieram siatkowe drzwi. - Zaczekam w środku.
Wchodzę do domu, zanim drzwi się za mną zatrzasną.
Hadley pyta, jak długo to potrwa.
- Skoczylibyśmy na piwo, jeśli nie masz nic przeciwko.
- Naprawdę musisz? - słyszę Rebekę.
Nie wiem, co Hadley odpowiada.
Idzie w stronę domu, jak zwykle z szerokim uśmiechem na twarzy. Klepie mnie po plecach.
- No to jazda. Ty stawiasz, tak?
Kotwiczymy w restauracji Adama Riba, z dużym barem, gdzie zwykle rządzą gangi motocyklowe. Nie bywamy tu często, ale nie chcę przeprowadzać tej rozmowy
w miejscu, gdzie lubimy przychodzić, żeby mi się w
przyszłości nie przypominało za każdym razem, kiedy
otworzę drzwi, jak wystawiłem najlepszego przyjaciela.
Zajmujemy stolik blisko wejścia, blat przypomina
ekran z grą w pacmana, leżą na nim dwie serwetki i stoi
popielniczka. Kelnerka z bardzo wysoko upiętymi rudymi włosami pyta nas, co pijemy.
- Szkocką - mówię. - Glenfiddich. Dwa razy.
Hadley unosi brwi.
- Żenisz się, zostajesz ojcem czy jak? Co to za okazja?
498
Opieram łokcie na stole.
- Muszę cię o coś zapytać. Co się dzieje między tobą
a Rebeką?
Hadley uśmiecha się szeroko.
- Co się dzieje między tobą a Jane?
- Daj spokój. Nie w tym rzecz.
- Sam, ja się nie wtrącam do twoich spraw, a ty do
moich.
Pojawiają się drinki, Hadley wznosi toast.
- Zdrowie.
- Rebeka jest jeszcze smarkata. Jane się o nią martwi.
Hadley ściąga brwi.
- Rebeka jest doroślejsza niż my wszyscy razem
wzięci. Sam, przecież bym się nie chrzanił z dzieciakiem,
gdybym nie miał pewności, że wszystko jest w porządku.
Pociągam długi łyk. Whisky pali w gardle, mam nadzieję, że dzięki temu słowa przejdą łatwiej.
- Też bym się nie chrzanił, gdybym wiedział, że
wszystko jest w porządku. - Kręcę trunkiem w szklance. Powinieneś zniknąć na jakiś czas.
Hadley gapi się na mnie dłuższą chwilę.
- Nie rozumiem.
- Powinieneś zrobić sobie wakacje. Zniknąć z sadu.
Jedź w odwiedziny do matki. Nie widziałeś jej od Bożego Narodzenia.
- Robisz to przez tę cholerną Jane.
- Robię to ze względu na siebie. I na ciebie. Robię
to, co uważam za właściwe.
- Ona kazała ci to zrobić, tak? Siedzisz u niej pod
pantoflem. Znasz mnie całe życie, a ją od pięciu dni. Nie
wierzę własnym uszom.
499
- Nie mieszaj w to Jane - brnę nieudolnie. - Sprawa
jest między tobą a mną.
- Jak cholera. Jezu! - Kopie w stół, po czym bierze
głęboki oddech i wygodniej rozsiada się w krześle. - No
dobrze. Chcę wiedzieć tylko jedno. Chcę wiedzieć, dlaczego nikt nie spytał mnie ani Rebeki o zdanie. Chcę
wiedzieć, dlaczego o naszej przyszłości decyduje cały
cholerny świat oprócz nas dwojga.
- Nie znikasz na długo. Tydzień, może dwa. Po prostu chcę dać Jane trochę czasu. Hadley, nie znasz jej. To
nie jest bogata lala. Naprawdę życie jej nie rozpieszczało.
- Jasne. A ty nie znasz Rebeki - mówi Hadley. - Czy
wiesz, co się dzieje, kiedy z nią jestem? Ma we mnie
więcej wiary niż moi rodzice. Cholera. Powiedziałem jej
o różnych sprawach, o których nawet ty nie wiesz.
Wszystko jedno, co robię, gdzie jestem, przez cały czas o
niej myślę. - Rozkłada dłonie płasko na blacie. - Rozmawiałeś z nią? Chociaż raz? Ta dziewczyna przeżyła katastrofę lotniczą. Opiekuje się matką lepiej niż matka nią.
Wie o was, na pewno. Wydaje ci się, że Jane życie nie
rozpieszczało? To powinieneś się dowiedzieć, jakie przyjemności zafundowała własnemu dzieciakowi. - Osusza
szklaneczkę, sięga po moją. - Jeżeli chcesz wiedzieć, czy
ją kocham, to owszem, odpowiedź brzmi: tak. Jeżeli pytasz, czy się nią zajmę: tak, zamierzam się nią zająć.
Najwyraźniej nikomu innemu na tym specjalnie nie zależy. - Podnosi na mnie wzrok, a w jego oczach jest determinacja, jakiej nigdy dotąd u niego nie widziałem. - Nie
przejmuj się tym, co ja robię z Rebeką. Zastanów się nad
tym, co jej robi Jane.
500
- Posłuchaj... Potrzebuję twojej pomocy. Proszę cię,
żebyś zrobił to dla mnie. Odpłacę ci się. Przysięgam.
Hadley przełyka dużą porcję alkoholu, mruga szybko.
Rozgląda się za następną dawką, ale nic nie zostało.
- No jasne.
- Hadley...
Ucisza mnie podniesieniem rąk.
- Nie chcę słuchać wyjaśnień. W ogóle nie chcę słyszeć o tym wszystkim. I zapłać mi, co jesteś winien.
Kiwam głową.
- Ty mnie posłuchaj, Sam. Postaraj się dobrze załatwić sprawę. Bo każesz mi zostawić osobę, na której bardzo mi zależy. Wrócę do niej, wcześniej czy później.
Znajdę ją. Powtórz to Jane słowo w słowo. Będę z Rebeką, żeby nie wiem co.
Wieczność całą siedzimy naprzeciwko siebie w milczeniu. W końcu ja przełamuję ciszę.
- Wyjedziesz z samego rana.
- Do kurwy nędzy... - prycha Hadley. - Wynoszę się
dzisiaj.
Zaraz potem wychodzimy. Jedziemy do domu pikapem i przysięgam, że widzę każdy wybój na drodze. Bo
na każdym obaj podskakujemy, jednocześnie. To grawitacja. Obaj ważymy tyle samo. Skręcamy na podjazd.
Większość świateł na parterze jest zgaszona.
Siedzimy bez ruchu. Świerszcze grają.
- Kto jej powie? - pyta Hadley.
- Rebece? Ty. Ty powinieneś jej powiedzieć.
Hadley patrzy na mnie, czekając na ciąg dalszy.
- Idź - mówię. - Idź na górę. Zostań tyle, ile będzie
trzeba. Nic nie powiem Jane.
501
Otwiera drzwiczki. Odzywa się brzęczyk sygnalizujący niezapięte pasy. Zapala się światełko, więc na pewno
widzi, że opieram głowę na kierownicy. Jeszcze nie mam
ochoty wysiadać z samochodu.
- Ona nie jest dzieckiem - mówi Hadley cicho. - Nie
jestem taki.
Gdy zamyka drzwiczki, rozlega się miłe, miękkie klaśnięcie.
64.
OLIVER
Boże, błogosław Amerykę. Jestem pełen wdzięczności
dla wszystkich życzliwych, dobrych ludzi, którzy zadali
sobie trud, by zadzwonić do Centrum Badań Oceanograficznych w Provincetown po obejrzeniu programu z moim udziałem, nagranego na wybrzeżu Gloucester. Operator centrali przekazuje je do mikroskopijnego gabinetu,
gdzie Windy specjalnie dla mnie zainstalował telefon,
bym mógł zyskać odrobinę prywatności. Dowiedziałem
się, że Jane widziano na stacji benzynowej Exxon na
międzystanowej dziewięćdziesiątce już w Massachusetts,
jakiś mężczyzna przypomina sobie Rebekę w swoim
sklepie w Maynard i w końcu wiadomość najistotniejsza:
młody człowiek, zatrudniony w lodziarni w miejscowości
Stow, dzwoni i pyta, czy to ja jestem tym od wieloryba.
Widział moją żonę i dziecko.
- Przyjechały tutaj z miejscowym, który ma sad.
Zwycięstwo.
- Czy pan zna jego nazwisko? - pytam.
Nie zna. Wypytuję go o różne szczegóły: w co był
ubrany? Ile osób liczyła ta grupa? Jakim samochodem
przyjechali?
503
- A no właśnie! - ekscytuje się miody człowiek. Przyjechali niebieskim pikapem, naprawdę świetną bryką. Dlatego zresztą zwróciłem na nich uwagę. Na
drzwiczkach było napisane HANSEN.
Hansen. Hansen. Hansen. Na żadnej ze skrzynek
pocztowych, stojących wzdłuż drogi, nie widzę tego nazwiska. Czy ten człowiek nie ma krewnych w mieście?
Królestwo za jakiś ślad, cokolwiek, co mnie uspokoi,
skieruje w odpowiednią stronę. Już ustaliłem, co zrobię.
Ledwo minęła piąta rano, więc nawet na farmie wszyscy
będą jeszcze spali. Wkradnę się do domu i spróbuję znaleźć sypialnię Jane. Powinno to być łatwe, ona zawsze
sypia przy otwartych drzwiach, ze względu na klaustrofobię. Usiądę na brzegu łóżka i dotknę jej włosów. Zapomniałem już, jakie to uczucie. Odczekam, aż się poruszy, i wtedy ją pocałuję. O tak. Pocałuję ją.
HANSEN.
Wciskam hamulec do oporu, lincoln tańczy na drodze.
Zawsze wolałem większe auta, lecz muszę przyznać, że
przy takich okazjach jak ta potrafią zarzucić. Skręcam w
prawo, w długi, wijący się podjazd. Gdybym podjechał
pod sam dom, mogliby mnie usłyszeć. Dlatego też parkuję w połowie żwirowej drogi z wyraźnie zaznaczonymi
koleinami i pieszo idę do dużego białego domu.
Deski ganku trzeszczą pod moim ciężarem. Sprawdzam drzwi, otwieram. Czy na wsi w ogóle ktokolwiek
zamyka dom? Wewnątrz muszę się poruszać w ciemnościach, ale mi to nie przeszkadza. Stanowią one dla mnie
dobry znak: nikt jeszcze nie wstał.
504
Gdy Rebeka była całkiem mała, doprowadziłem do
perfekcji sztukę bezdźwięcznego uchylania drzwi. Budził
ją najcichszy szmer, natychmiast zaczynała płakać. Bóg
jeden wie, jak rzadko się zdarzało, że przespała całą noc.
Wszystko zależy od ruchu nadgarstka.
Za ostatnimi drzwiami po prawej znajduje się pusta
sypialnia, umeblowana antykami. Na łóżku leży patchworkowa kołdra. Dostrzegam torebkę Jane, co pozwala mi wydedukować, że trafiłem do właściwego pokoju, a
moja żona prawdopodobnie śpi z Rebeką. Ze strachu, z
powodu samotności lub dla wygody. Serce wali mi jak
młotem, gdy otwieram następne drzwi. Spodziewam się
znaleźć swoją żonę i córkę. Tymczasem znajduję Joleya,
chrapiącego tak głośno, że mógłby umarłego postawić na
nogi.
Sypialnia za następnymi drzwiami także jest pusta,
lecz widać, że w łóżku ktoś spał. Widzę porozrzucane
ubrania Rebeki, rozpoznaję jej czerwony kostium kąpielowy z napisem RATOWNIK. Miała go na sobie w dniu,
gdy wyjechała. Na stoliku zostało pół szklanki soku, jakby Rebeka opuściła pokój w pośpiechu. Jakby miała za
chwilę wrócić. Jestem zaniepokojony: nie chcę, żeby
mnie zobaczyła, nim odszukam Jane i z nią porozmawiam. Chyłkiem wycofuję się na korytarz, zmierzam do
ostatnich drzwi.
Otwierają się bezdźwięcznie. Jane jest w łóżku, leży
na boku, całkiem naga. Uśmiecha się przez sen.
W objęciach jakiegoś mężczyzny.
505
Zataczam się do przodu, drzwi z hukiem walą o ścianę. Oni oboje podskakują, mrugają zaskoczeni, Jane dostrzega mnie pierwsza.
- Oliver.
Rzucam się do niego, wyciągam go z łóżka. Jane
krzyczy, żebym przestał. Chyba płacze.
- Odpieprz się od niej! - wrzeszczę, ściągając go na
podłogę.
Nie mam pojęcia, kto to taki. Jestem gotów go zabić,
chociaż nawet nie znam jego imienia.
Kopię go w brzuch, potem w przyrodzenie, aż go odrzuca do tyłu. Jane wyskakuje z łóżka całkiem naga, zawodząc jak potępiona, zasłania go własnym ciałem. Moimi żyłami płynie żrący kwas. Pragnę krwi.
Kładzie sobie jego głowę na kolanach.
- Już w porządku - zapewnia ją ten człowiek. - Teraz
już dobrze.
Próbuje wstać, ruszyć na mnie.
- No chodź, gnoju! - zapraszam. - Zabiję cię, przysięgam. Zabiję!
Raptem między nami wyrasta Jane, rzuca mi się w
ramiona, czym wytrąca mnie z równowagi do tego stopnia, że nie wiem, co właściwie mam robić. Zdążyła się
owinąć prześcieradłem. Jest niesamowicie miękka.
- Nie rób tego! - błaga. - Ze względu na mnie, proszę!
- Zawołaj Rebekę. Jedziemy stąd. Jane unika mojego
wzroku.
- Nie.
- Wyjeżdżamy - oznajmiam autorytatywnie.
506
Jane stoi dokładnie między nami dwoma. Dłonie zacisnęła w pięści. Oczy ma zamknięte.
- Nie!
W tej chwili pojawia się Joley.
- Co tu się dzieje, do diabła?
Spostrzega mnie, potem Jane i wreszcie tego dupka,
który opiera się o filar łóżka.
- Sam, co się stało?
- Sam Hansen? To ty pieprzysz moją żonę?
Gula wściekłości podchodzi mi do gardła, ciało reaguje samo. Chwytam drania za szyję, mogę mu złamać kark
jednym ruchem. Znam anatomię człowieka.
Joley odpycha Jane, łapie mnie za poły koszuli i unieruchamia mi ręce. Wyrywam się, lecz jest ode mnie silniejszy, w końcu się poddaję.
- Gdzie Rebeka? Chcę zobaczyć Rebekę.
- Za ścianą - odpowiada Jane.
- Za ścianą nikogo nie ma.
- Jest, jest - mówi Joley. - Niby dokąd miałaby pójść
o piątej rano?
Jane drży na całym ciele. Odwraca się do Sama. Patrzy na niego pytająco.
- Kazałem Hadleyowi wyjechać. Wczoraj wieczorem. Dowiedziała się. Na pewno za nim pojechała.
Jane powoli kiwa głową i nagle zalewa się łzami.
- Ona wie, że to przeze mnie. Wie, że ci kazałam.
Joley raz jeden jedyny w swoim cholernym życiu wykazuje się zdrowym rozsądkiem. Podchodzi do Sama.
- Gdzie teraz mieszka jego matka?! - wrzeszczy.
507
- Wiem, w której miejscowości. Łatwo ją znajdę.
- Co za bajzel - mówię. - Tłukę się przez cały kraj, a
na koniec się dowiaduję, że moje dziecko uciekło z jakimś gachem, a żona sypia z innym.
Sam i Joley rozmawiają o jakimś konkretnym miejscu
w New Hampshire. Podchodzę do Jane, biorę ją za rękę.
- Mam ci tyle do powiedzenia - mówię smutno.
Policzki ma zaczerwienione, oczy spuchnięte, na twarzy ślady łez.
- Nie mogę jej stracić - mówi ochryple. - Nie mogę. Podnosi na mnie wzrok. - Wybacz mi, nie chciałam cię
skrzywdzić.
Wiem, że tamci dwaj nas obserwują. Wiem, że patrzą,
i dzięki temu jest jeszcze cudowniej. Nie było łatwo.
Przejechałem przez cały kontynent, by powiedzieć tej
kobiecie, że ją kocham. Że moje życie bez niej nie jest
nic warte. I nie zmienię planów, mimo tego, co tu zastałem. Teraz już chyba umiem wybaczyć, umiem zapomnieć. Teraz w moich rękach leży przyszłość rodziny.
Ostrożnie przyciągam do siebie Jane, po czym zamykam
oczy i całuję ją w usta. Wargi jej drżą, ale oddaje pocałunek. Nie ma wątpliwości. Oddaje mi pocałunek.
65.
JOLEY
Gdy Oliver obejmuje Jane, Sam porusza się nerwowo.
Spinam się, na wypadek gdyby chciał zrobić jakieś głupstwo. Robi trzy głębokie oddechy, które poruszają całym
jego ciałem. Potem odsuwa mnie na bok.
- Zbieramy się - mówi.
Uznajemy, że skoro wiemy, dokąd pojechał Hadley,
mamy spore szanse znaleźć tam Rebekę. Jeżeli ruszymy
od razu, dotrzemy na miejsce wczesnym popołudniem.
- Jadę z wami - mówi Oliver.
Puszcza Jane. Ona osuwa się po filarze łóżka. Mam
wrażenie, że zemdlała.
- Oliver...
Człowiek zasługuje na współczucie. W końcu nie to
spodziewał się zastać na drugim końcu kraju.
- Nie ma sensu, żebyś z nami jechał. Poza tym i tak
ktoś musi tu zostać, zająć się Jane.
- Nie ma o czym dyskutować. Powiedziałem: jadę z
wami do New Hampshire.
Sam robi krok do przodu i zaczyna do mnie mówić.
Widzę, jak twarz Olivera zmienia się, gdy padają słowa.
509
- Ty wiesz, gdzie mieszka matka Hadleya. Jedźcie
we dwóch. Ja zostanę tutaj, na wypadek gdyby Rebeka
wróciła.
- Dobre sobie! - kpiąco rzuca Oliver.
Niewiele brakuje, żeby znowu zaczął bijatykę, więc
staję między nimi.
- Nie zostawię cię samego z moją żoną.
- Bez któregoś z nas nie trafisz - orzeka Sam. - Tam
połowa dróg nie ma żadnych oznaczeń.
Oliver wychyla się do Sama.
- Ja trafię wszędzie, ty gnojku. Z tego żyję.
- Tu nie ocean.
Jane kładzie rękę na ramieniu Olivera.
- On ma rację. Nie możesz jechać sam.
- Dobra... - Oliver robi kilka kroków w jedną, potem
w przeciwną stronę. Krąży jakiś czas, wreszcie wskazuje
na Sama. - Ty ze mną pojedziesz. Joley zostaje z Jane.
- Z największą, kurna, przyjemnością - mruczy Sam
pod nosem.
- Coś powiedział?! - Oliver chwyta Sama za koszulę,
ale ten, już rozbudzony i pewnie z dziesięć razy silniejszy od napastnika, odpycha go z taką mocą, że ten uderza
o drzwi.
- Powiedziałem, że z przyjemnością.
Podchodzi do Jane, która znowu płacze. Pochyla się,
opiera czoło o jej głowę i kładzie jej rękę na ramieniu.
Szepcze coś do ucha. Na ustach Jane wykwita nieśmiały
uśmiech.
- Możemy przeszukać sad, ale tu raczej Rebeki nie
znajdziemy. Weźmiemy trucka - mówi Sam.
510
Oliver potrząsa głową.
- Weźmiemy moje auto - proponuje.
Po chwili słyszymy odjeżdżający samochód. Jane
osuwa się na podłogę, podciąga kolana pod brodę.
- Wygrałeś, Joley, miałeś rację.
- Nikt tu nie wygrał. Na pewno ją znajdą. Jane kręci
głową.
- Powinnam była jej coś powiedzieć. Powinnam była
jej wyjaśnić, co zaszło między mną a Samem, a przede
wszystkim powinnam była spróbować zrozumieć, co się
dzieje między nią i Hadleyem.
Wstaje i idzie do pustego pokoju Rebeki.
Słyszę, jak uchodzi z niej całe powietrze, jakby ją ktoś
z całej siły uderzył. Dotyka kostiumu kąpielowego córki,
jej szczotki do włosów.
- Ten pokój nią pachnie, prawda?
Bierze do ręki stanik Rebeki.
- Kupiłyśmy go w Dakocie Północnej - mówi z
uśmiechem. - Była uszczęśliwiona, bo to jej pierwszy z
prawdziwymi miseczkami, w konkretnym rozmiarze. Owija stanik wokół przegubu, strzelając z gumki. - Byłam straszną egoistką.
- Przecież nie wiedziałaś, jak się sprawy potoczą. Siadam obok niej na łóżku.
- Jeśli stanie jej się krzywda - mówi Jane - chyba
umrę. Nigdy sobie nie wybaczę. Jeżeli coś jej się stanie,
to ja tego nie przeżyję.
Kładzie się na łóżku. Gładzę ją po plecach.
- Nic jej nie jest i wszystko dobrze się skończy.
- Tego nie wiesz - mówi Jane. - Nie masz pojęcia, co
511
przeżywam. Jestem jej matką. Powinnam ją chronić,
powinnam teraz z nią być. Powinnam z nią być. - Przekręca się na plecy i patrzy w sufit.
Jest tam zaciek w kształcie owieczki i drugi, przypominający cynię. Jane siada.
- Jedźmy za nimi. Chcę tam być, kiedy ją znajdą.
-Nie możemy jechać. Co będzie, jeśli wróci do domu?
Ktoś musi na nią czekać. Ty musisz na nią czekać.
Jane z powrotem opada na poduszki. Wpełza pod kołdrę, zwija się w kłębek.
- Ona sypia w tej pozycji - mówi. - I z otwartymi
ustami. A dłoń wkłada pod policzek. Spała tak nawet tuż
po urodzeniu, kiedy inne dzieci w szpitalu leżały na
brzuszkach, z pupami wypiętymi do sufitu. Wiesz, kiedy
mi ją przynieśli pierwszy raz, byłam przerażona. Nawet
nie umiałam trzymać dziecka. A ona poradziła sobie z
moimi obawami, mój słodki różowy robaczek. - Jane
uśmiecha się lekko. - Spojrzała na mnie, a minę miała
taką, jakby mówiła: „Spokojnie, damy sobie radę, mamy
czas”.
Bardzo się staram słuchać uważnie, bo wiem, że właśnie to jest jej potrzebne. Nagle Jane siada sztywno.
- Chodziło właśnie o Rebekę - oświadcza stanowczo.
- Nie poznałam Sama wcześniej, nie wyszłam za niego i
nie doszłoby do tego, nawet gdybym bardzo chciała, rozumiesz? Musiało się stać tak, jak się stało.
- Nie nadążam.
- Jest moją córką. Tak jak Sam jest częścią mnie, tak
i ona. Zna mnie na wylot. Kocha mnie równie mocno jak
on, tylko inaczej. - Kręci głową. - Na cały ten czas, kiedy
nie znałam Sama, zostałam obdarowana Rebeką.
512
Będę siebie nienawidził za te słowa, wiem z pewnością. Wyglądam przez okno, widzę robotników zbierających się przy stodole. Ktoś musi im powiedzieć, co mają
dzisiaj robić.
- Gdybyś nie wyszła za Olivera, nie miałabyś Rebeki
- podkreślam. - Ona jest także jego dzieckiem.
Jane idzie za moim spojrzeniem. W oddali beczą
owce. Jest tyle do zrobienia.
- Oliver - mówi Jane. - To prawda.
66.
SAM
Osiągnęliśmy milczące porozumienie. Po prostu jedziemy do White Mountains. Nie rozmawiamy. Oliver
prowadzi, a ja bawię się przyciskiem zapalniczki i sterownikami szyby okiennej. Pilnuję swojego nosa, a on
swojego. Od czasu do czasu przyglądam się jego twarzy.
Robię to z ciekawości i trochę z zazdrości. Wiadomo: co
on ma, czego mnie brakuje. Ma ciemną skórę, pewnie
jest opalony. Z drugiej strony, przecież ja też stale pracuję na powietrzu, a wyglądam inaczej. Może to kwestia
słonej wody. Ma zmarszczki w zewnętrznych kącikach
oczu i ust, wygląda przez to na zmęczonego. Albo na
upartego, zależnie od kąta widzenia. Włosy ma takie jak
Rebeka, oczy niebieskie i puste, źrenice male, bardzo
czarne. Próbuję, naprawdę bardzo się staram, wyobrazić
go sobie z Jane. Nie mogę. Nawet jeśli oczyma wyobraźni widzę go tylko stojącego u jej boku, obraz budzi we
mnie pusty śmiech. Ona nie powinna być z kimś takim, z
człowiekiem tak sztywnym, nudnym, nadętym. Powinna
być z kimś takim jak ja.
514
Akurat mu się przyglądam, gdy samochód zaczyna się
dławić. Jesteśmy na dziewięćdziesiątej trzeciej, wydaje
mi się, że minęliśmy Manchester, ale nie mam absolutnej
pewności. Na pewno wiem tylko jedno: skończyło nam
się paliwo.
- Cholera! - przeklina Oliver, zjeżdżając w boczną
drogę. - Nie zauważyłem, że się rezerwa zapaliła.
Zakładam ręce na piersi.
- Pewnie nie masz kanistra?
Odwraca się do mnie z krzywym uśmiechem.
- Wręcz przeciwnie. Mam. I we dwóch urządzimy
sobie spacer do stacji benzynowej.
- Ktoś musi zostać w samochodzie, bo mogą go odholować. Nie możesz go tu zostawić.
- Ty tu nie zostaniesz. Nie ufam ci.
- Nie ufasz mi. A co miałbym zrobić z takim samochodem?
Oliver jednak nie słucha. Już otworzył bagażnik,
wyjmuje niebieski plastikowy kanister. Wsuwa głowę
przez moje okno i każe mi wysiadać.
Idziemy szosą. Jest gorąco, gryzą owady.
- Jak tam w pracy? - pytam bez żadnych podtekstów.
- Zamknij się. Nie zamierzam z tobą prowadzić
konwersacji. Wolałbym, żeby cię w ogóle nie było na
tym świecie.
- Możesz mi wierzyć, że twoje towarzystwo także
nie widnieje na mojej liście marzeń.
Oliver mówi coś, ale nie słyszę co, bo mija nas osiemnastokołowiec.
- ...z jakiego dokładnie powodu moja córka uciekła dociera do mnie końcówka.
515
Mówię mu wobec tego o Hadleyu i o tym, co zdecydowała Jane. Przyjmuje wieści całkiem nieźle, najwyraźniej ocenia informacje, zanim wyciągnie wnioski. Kończę historię jakieś pięć kilometrów dalej, gdy docieramy
do zjazdu. Spoglądam na Olivera, chcę widzieć jego minę.
On podnosi na mnie wzrok.
- Sypiają ze sobą?
- A skąd mam wiedzieć? Nie przypuszczam.
- Myślałem, że wiesz o wszystkim, co się dzieje pod
twoim dachem.
- Hadley jest dobrym człowiekiem. - Wskazuję stację Texaco. - Konkretnie rzecz biorąc, podobny do mnie.
Sekundę po tym, jak słowa padają z moich ust, orientuję się, że powiedziałem rzecz niewłaściwą. Oliver patrzy na mnie ze wstrętem.
- Nie wątpię.
Na stacji benzynowej on napełnia kanister, a ja kupuję
mountain dew z automatu. Podobnie jak w coli jolt jest w
nim sporo kofeiny, a przypuszczam, że będzie mi potrzebna. Siadam na krawężniku i liczę przejeżdżające
samochody. Kiedy zamykam oczy, pod powiekami mam
obraz Jane: zeszłą noc, kiedy do niej przyszedłem i zobaczyłem ją jako błękitny zarys sylwetki na tle białych zasłon. Miała na sobie tę cienką gładką koszulę na wąskich
ramiączkach, no, wiadomo. Taką seksowną koszulę nocną. Nie wiem, skąd ją wytrzasnęła, Bóg mi świadkiem,
mama na pewno nie zostawiła takiej w szafie. Ale wyglądała! Wystarczyło dotknąć tego ciuszka, a tkanina
spłynęła mi przez palce i zaraz się zdziwiłem, że skóra
Jane jest jeszcze delikatniejsza.
516
Otwieram oczy i podskakuję przynajmniej na metr.
Mam twarz Olivera dosłownie kilka centymetrów przed
nosem. Jest siny z wściekłości.
- Myślisz o niej! - wrzeszczy. - Zabraniam ci!
Całkiem jakby miał sposób, żeby mnie powstrzymać.
Mógłbym tego faceta w minutę przerobić na miazgę.
Powstrzymuję się tylko ze względu na Jane, a poza tym
może się przydać do zabrania Rebeki od Hadleya.
- Przyszło ci kiedyś do głowy, że nie tylko ja jestem
odpowiedzialny za to, co się stało? Może niech wreszcie
do ciebie dotrze, że Jane chciała ze mną być. Nikt jej do
tego nie zmuszał.
Oliver podnosi rękę, zamierza mnie uderzyć, ale wstaję. Jestem dobre dziesięć centymetrów wyższy i obaj
wiemy, że teraz, kiedy nie śpię, mógłbym go z łatwością
zabić. Opuszcza rękę.
- Zamknij się - cedzi przez zęby. - Po prostu się zamknij.
Przez całe pięć kilometrów drogi powrotnej do samochodu idzie dwa metry przede mną. Nie odzywa się słowem, a mnie to, szczerze mówiąc, w ogóle nie przeszkadza. Im szybciej się stąd zabierze, tym lepiej. Tym szybciej Jane i ja zostaniemy znowu we dwoje.
Oliver płaci sześćdziesiąt pięć dolarów za odebranie
samochodu z parkingu, na który został on odholowany.
Musimy w tym celu zrobić dodatkowe dziesięć kilometrów w odwrotną stronę. Tracimy na tym mniej więcej
dwie godziny. W dalszą drogę możemy ruszyć po uiszczeniu mandatu w komisariacie policji w miejscowości
Goffstown.
517
Robi się po trzeciej. Administrator to staruszek o siwych włosach, sterczących kępkami we wszystkie strony. Przeciera dłonią przednią szybę, powleczoną cienką
warstwą kurzu.
- Zabrakło paliwa? - pyta retorycznie. - Trzeba by
coś z tym zrobić.
Oliver przepycha się obok niego, opróżnia do baku
kanister, który nosi ze sobą od dłuższego czasu. Słychać
bulgotanie jak przy przełykaniu dobrego, importowanego
piwa. W końcu rzuca pusty pojemnik na tylne siedzenie i
przenosi na mnie wzrok.
- Na co się gapisz? Wsiadasz czy nie?
- Tak się zastanawiam... lepiej, żebym teraz ja prowadził.
Oliver opiera się o maskę.
- Nie widzę powodu.
- Tak będzie najszybciej. Zaraz zjedziemy z głównych dróg, a ja nie do końca pamiętam trasę. Znajduję ją
na wyczucie, trudno by mi było ci dyktować.
Wzruszam ramionami. Tak wygląda prawda. Chcę zakończyć sprawę jak najszybciej, zadzwonić do Jane.
Usłyszeć jej głos po drugiej stronie linii. Usłyszeć, jak
prosi, żebym wracał do domu.
Do Carroll, gdzie mieszka matka Hadleya, docieramy
wczesnym wieczorem. Ja prowadzę. Kilka razy źle skręcam, ale w końcu trafiamy do domu pani Slegg.
- O, no! Dzień dobry, Sam! - mówi pani Slegg, stając
w progu. - Miło mi cię widzieć. - Cofa się o krok, otwiera
szerzej drzwi. - Hadley korzysta z wolnego. Zapraszam.
- Niestety, nie możemy zostać, proszę pani. To jest
518
mój... To jest Oliver Jones. Szukamy jego córki. Możliwe, że przyjechała tu do Hadleya.
Pani Slegg ciaśniej owija się podomką.
- Czy Hadley ma kłopoty?
- W żadnym razie. - Uśmiecham się radośnie, a jednocześnie myślę: Hadleyowi wychodzi to lepiej. - Są
zaprzyjaźnieni, więc przypuszczamy, że mogła tu przyjechać.
Pani Slegg zapala światło na ganku.
- Nie ma go w domu. Wybrał się z kolegą na piwo.
Ktoś tu przyszedł jakiś czas temu. To chyba nie była
dziewczyna, ale pewności nie mam. Zaraz potem powiedział, że wychodzi.
Oliver wysuwa się przede mnie.
- Przepraszam, nie miałaby pani nic przeciwko, żebym się rozejrzał? Widzi pani, jak dziecko ucieka, człowiek się boi, że jest w niebezpieczeństwie.
Pani Slegg kiwa głową ze zrozumieniem.
- Proszę, proszę. Niech się pan rozejrzy. Rozumiem,
naprawdę rozumiem.
Oliver uśmiecha się z wdzięcznością.
- Czy pani wie, w których barach bywa syn?
- Oj, nie bardzo - przyznaje pani Slegg, lekko zaskoczona.
Nawet nie patrzę na detektywa Jonesa.
- Naprawdę nie wiem... Nie bywam w mieście...
Właściwie, jak się tak zastanowię, to wiesz, Sam, Hadley
chyba w ogóle nie zna tutejszych barów. - Odwraca się
do Olivera.
- Odkąd się przeprowadziłam, pracuje u Sama, w
Stow.
Jestem tu od śmierci męża. Przedtem też mieliśmy
farmę, tuż obok Hansenów. Hadley przyjeżdża do mnie
raptem
519
parę razy do roku na weekend, no i na Boże Narodzenie, więc wtedy raczej jest w domu ze mną i z bratem.
Spokojny z niego chłopak, rozumie pan, nie z tych, co to
się rozbijają po barach. Oliver kiwa głową.
- Nie poszedł do baru - mówi do mnie.
- Skąd wiesz? - pytam, bardziej po to, żeby się z nim
nie zgodzić, niż z jakiegokolwiek innego powodu. - Po
co miałby okłamywać matkę?
- Jeśli nie znasz odpowiedzi na to pytanie, to jesteś
głupszy, niż sądziłem. Idź do środka, sprawdź, czy coś
świadczy o tym, że była tu moja córka albo że się spakował. Ja rozejrzę się na podwórzu.
Niechętnie idę na tyły domu, do pokoju, który Hadley
zwykle zajmuje, kiedy jest w domu. Za mną stoi pani
Slegg.
- Przykro mi, że tak panią nachodzimy. Zaraz sobie
pójdziemy. A jak Hadley wróci, to może by go pani poprosiła, żeby... - Przerywam i patrzę na panią Slegg, która przeciąga dłońmi po łóżku.
- Dziwne... - mówi. - Wczoraj wieczorem dałam Hadleyowi dodatkowy koc, bo tu, w górach, noce są już
chłodne. Stary był, jeszcze po mojej babce. Prosiłam,
żeby się z nim delikatnie obchodził, bo to pamiątka rodzinna. A teraz go nie widzę.
Sprawdzam pod łóżkiem, w szafie i w szufladach komody. Nic. Wpadam do następnego pokoju, tam mieszka
brat Hadleya. Pani Slegg mówi, że na drugim łóżku również brakuje koca.
- Sam - odzywa się pani Slegg drżącym głosem musisz mi obiecać, że mojemu chłopcu nie stanie się nic
złego.
520
Znam ją cale życie. Jak mam jej powiedzieć, że jej syn
uciekł z nieletnią i nie mamy pojęcia, gdzie go szukać?
- Nic złego mu się nie stanie. Na pewno.
Cmokam ją w policzek i uciekam za dom, gdzie Oliver
tkwi skulony przy skalnej ścianie, zamykającej podwórko. W zasadzie to podnóże góry. Zdradzieckiej Góry. Kiedyś, gdy przyjechałem do Hadleya na weekend,
wspięliśmy się na nią we dwóch. Pamiętam, że jest bardzo stroma, jednak są miejsca, gdzie da się pewnie postawić nogę, a kiedy się wejdzie na szczyt, jeśli człowiek
da radę, można podziwiać niesamowite widoki.
Oliver otrzepuje krawędzie kilku kamieni, na skalnej
ścianie.
- Widzisz? Ziemia. Bioto. I to świeże. Założę się
dziesięć do jednego, że Hadley i Rebeka wspięli się na
górę.
- W domu brakuje dwóch koców. Nie wiem, czy to
jest jakiś dowód.
Oliver zadziera głowę. Z tego miejsca u podnóża góry
nie widać jej szczytu. Wydaje się bardzo wysoka. Przybysz z miasta wciska stopę w szczelinę między kamieniami.
- Podsadź mnie.
- Daj spokój - mówię. - Teraz nie da się tam wejść.
Podciąga się sam. Jest rzeczywiście wyjątkowo zwinny, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że ma na nogach
pantofle, a nie przyzwoite buty.
- Zaraz będzie całkiem ciemno. Utkwisz w połowie
ściany i zamarzniesz na śmierć. Znajdziemy strażnika z
parku i wejdziemy tam z samego rana.
- Ona ma być tam przez całą noc? Bóg jeden wie, w
jakim jest stanie i jak się tam dostała.
521
- Też mi się to nie podoba - zapewniam.
I taka jest prawda. Nie zamierzałem spędzać nocy w
towarzystwie Olivera Jonesa. Niebo przybrało mleczną
barwę, jak arkusz kalki technicznej. Tu i ówdzie pojawiają się gwiazdy.
- Chodźmy poszukać strażnika - przypominam. - Im
prędzej, tym lepiej.
Najbliższy posterunek znajduje się na terenie kempingu, jakieś dwadzieścia kilometrów na południe od domu
matki Hadleya. W niewielkiej chacie zastajemy dwóch
strażników, gotujących fasolę z puszki. Oliver wchodzi
bez zaproszenia. Siada przy kuchennym stole i zaczyna
opowiadać o Rebece i o Hadleyu. Przerywam mu po jakichś pięciu minutach przedstawiania tła wydarzeń.
- Wiem, że nie dostaniemy się tam dzisiaj, ale bardzo
byśmy chcieli ruszyć bladym świtem. Może potraficie
nam wskazać szlak albo jakoś inaczej pomóc...
Strażnik, który właśnie rozpoczyna zmianę, wyciąga
trójwymiarową mapę okolicy i prosi, bym pokazał miejsce, gdzie stoi dom matki Hadleya. Napomykam, że kiedyś wybrałem się z Hadleyem w góry i może mi się coś
przypomni.
Nocujemy w chacie na podłodze, o wschodzie słońca
ruszamy w drogę. Pierwszy idzie Oliver, za nim strażnik,
na końcu ja. Od czasu do czasu Oliver zsuwa się na gładkich podeszwach, podcinając strażnika i mnie jak kostki
domina.
W pewnym momencie zaczynam sobie przypominać
klif, krętą ścieżkę i kępę drzew w oddali.
522
- Tam będą - mówię. - Kiedy tu przyszliśmy, rozłożyliśmy się między tamtymi drzewami. Jest tam polanka
i woda blisko, więc to dobre miejsce.
Idziemy wschodnim zboczem, bardzo ostro pod górę,
na wyciągnięcie ręki jeden od drugiego. Słyszymy szum
rzeki toczącej wody po skalach. Na widok klifu Oliver
zaciska zęby. Wiem, co myśli: a jeśli spadla? Wszyscy
trzej ciężko oddychamy, wreszcie teren zaczyna się wyrównywać. Na wprost przed nami otwiera się między
sosnami polanka, wydaje mi się, że dostrzegam coś niebieskiego. Skradamy się przez labirynt pni i w końcu
widzimy Hadleya z Rebeką splecionych w objęciach. Nie
ruszają się, więc myślę, czy to nie podwójne samobójstwo, ale potem zauważam, że pierś Hadleya podnosi się
i opada. Jest prawie nagi, tylko w bokserkach. Zabawne,
że tworzą bardzo spokojny obraz. Trochę jak anioły. Objęci są tak ciasno, nawet przez sen, że reszta świata mogłaby dla nich nie istnieć.
- O rany - mówię, bardziej z zaskoczenia niż z jakiegokolwiek innego powodu.
Mimo tego, co Jane powiedziała mi o Hadleyu i Rebece, i chociaż sam opowiedziałem tę historię Oliverowi,
nadal nie wierzę, że Hadley zrobił coś, czego nie powinien. Rebeka, z rozrzuconymi na plecach włosami, z nogami i rękami jak patyki, wygląda najwyżej na dziewięć
lat, nie więcej. A już z pewnością nie robi wrażenia
dziewczyny, która powinna się znaleźć w objęciach Hadleya. Widzę wyraźnie, że Oliver też nie jest zachwycony
tym widokiem. Oddycha z widocznym trudem.
Po moich słowach Hadley zrywa się na równe nogi.
Ma erekcję. Na litość boską. Kilka razy mruga, rozgląda
523
się dookoła nieprzytomnym wzrokiem, jak zaskoczone zwierzę. Rebeka siada. Wkłada koszulę Hadleya. Jest
oszołomiona, lecz nie wygląda na zaskoczoną.
- Hadley - odzywa się spokojnie. - To jest mój tata.
Hadley zakrywa się kocem i wyciąga dłoń. Oliver nie
podaje mu ręki. Rebeka kładzie się z powrotem.
Jak daleko się posunęli? Przyglądam się Hadleyowi,
lecz nie potrafię zgadnąć. Gdy Rebeka ciężko opada na
ziemię, on się do niej przysuwa. Strażnik także podchodzi bliżej. Hadley wsuwa ramię pod kark Rebeki, delikatnym, czułym gestem.
- Łapy przy sobie! - odzywa się Oliver. - Nie waż się
jej tknąć!
Ta scena może być dla niego trudniejsza do przełknięcia niż widok Jane ze mną. W powietrzu unosi się zgniły,
zatęchły smród hańby.
- Hadley, oddaj małą - mówię. - Bądź rozsądny. Hadley odwraca się do mnie, patrzy na mnie zraniony.
- Taki z ciebie mądrala?
Oliver nie zwraca uwagi na to, co się dzieje między
mną a Hadleyem. Robi krok w stronę córki, wyciąga do
niej rękę, ale jej nie dotyka.
- Rebeko, nic ci nie jest? Czy on cię skrzywdził?
Hadley patrzy na mnie, jakby mówił: „Nie rób mi tego
po raz drugi. Trzymaj ze mną. Proszę. Ufaj mi”.
Nie spuszczam z niego wzroku, a on lekko kiwa głową, tylko raz, to ledwo widoczny ruch. Przyglądam się
Rebece. Nic złego się nie dzieje, nawet ślepy by to zauważył. Po prostu sobie leży.
- Możesz wstać? - pytam, podchodząc bliżej.
524
Rebeka kręci głową i najwyraźniej zużywa na to całą
energię. Hadley znowu się do niej przysuwa. Opiera sobie jej głowę na ramieniu.
- Przyjechała do mnie autostopem. Zamierzaliśmy
dzisiaj wrócić do ciebie, żeby wszystko wyjaśnić.
Mówi bardzo głośno, prawie krzyczy, zastanawiam
się, czy wie o tym.
Przenoszę wzrok z Hadleya na Olivera. Jego oczy mają wyraz, jakiego nie widziałem nawet wczoraj rano. Jakiego nie widziałem nigdy u człowieka. W ten sposób
patrzą szopy chore na wściekliznę. Idą wtedy prosto na
ciebie, chociaż normalnie boją się człowieka jak jasna
cholera. Atakują z marszu, drapią, gryzą, orzą pazurami.
Jakby nie miały pojęcia, gdzie są ani jak się w tym miejscu znalazły. Są wtedy szalone.
- Hadley - mówię bardzo wolno, starając się nie wytrącić Olivera z równowagi. - Najlepiej będzie, jeśli Rebeka pójdzie z nami. A ty na razie zostań tutaj.
Hadley mierzy wzrokiem Olivera, żyła na jego skroni
pulsuje gniewnie.
- Znasz mnie - mówi. - Od zawsze. W głowie mi się
nie mieści... W głowie mi się nie mieści, że we mnie
zwątpiłeś.
Podchodzi do mnie blisko, na wyciągnięcie ręki. Mogę go dotknąć i powiedzieć, że już po wszystkim.
- Sam, jesteś moim przyjacielem - mówi. - Kocham
cię jak brata. Nie kazałem jej tutaj przyjeżdżać. W życiu
bym tego nie zrobił.
Głośno przełyka ślinę, mam wrażenie, że zaraz się
rozpłacze. Tyle lat się znamy, a nigdy nie widziałem go
w takim stanie.
525
- Ale skoro już jest, nie będę patrzył z założonymi
rękami, jak ją zabieracie. - Spogląda na Rebekę. - Bo
widzisz, Sam, ja ją kocham.
Cofa się kilka kroków w stronę rozpadliny, pochylam
się, przestraszony, ale Rebeka wpada pomiędzy nas i
obejmuje Hadleya za kolana. On kuca, przytulają, gładzi
po włosach.
Oliver traci panowanie nad sobą.
- Zostaw ją, draniu!
Chwytam go za ramię, ciągnę do tyłu.
- Łapy precz od mojej córki! - wrzeszczy.
Klękam, mam oczy na tym samym poziomie co Rebeka i Hadley.
- Oddaj nam ją - proszę szeptem.
Rebeka przycisnęła twarz do ramienia Hadleya. On
mówi coś do niej cicho, a ze słów, które wychwytuję
pomiędzy nawoływaniem sokołów, rozumiem, że przekonuje ją, by z nami poszła.
- Musisz z nimi jechać. - Unosi palcem jej brodę.
- Dla mnie też tak będzie lepiej, rozumiesz?
Zaczynam mieć wątpliwości, czy to wszystko rzeczywiście dobrze się skończy. Oliver stoi sztywno wyprostowany, z zaciśniętymi pięściami, wpatruje się w Rebekę, jakby ich dzielił mur. Wyobrażam sobie, że trudno
jest patrzeć, jak dziecko dojrzewa, a jeszcze trudniej, gdy
się to dzieje w ciągu kilku minut.
Rebeka i Hadley walczą ze sobą. Ona do niego przywiera, on stara się ją odsunąć. Patrząc na to, zaczynam w
nich wierzyć. Jestem po ich stronie. Mimo Olivera i
mimo Jane.
526
Hadley podnosi na mnie wzrok i prosi o pięć minut. O
głupie pięć minut.
Ponieważ patrzę w słońce, żeby dać im trochę prywatności, nie wiem tak naprawdę, co dzieje się dalej.
Znienacka Hadley i Rebeka się rozdzielają. On, pchnąwszy ją w moją stronę, upada. Widzę wszystko przez oślepiające pomarańczowe kręgi, moja wina. Potem Rebeka
jest w moich ramionach, drobna, krucha, mokra od gorącego potu, sięga z powrotem w stronę klifu, gdy Hadley
niknie za krawędzią.
Przez następne lata będę sobie przypominał różne
momenty tego dnia, lecz najostrzej zostanie mi w pamięci Rebeka. Dokładnie w tamtej sekundzie jej oczy odzyskują przytomność spojrzenia, a ona zaczyna krzyczeć.
Chociaż to nie jest krzyk. To nie jest ludzki głos. To
zwierzęce wycie. Rozpoznaję w nim śmierć i wcale mnie
nie dziwi, że wydobywa się ono z jej gardła, a nie z ust
Hadleya. Będę pamiętał to wycie i jak Rebeka wygląda
za krawędź klifu, chociaż żaden z nas nie ma odwagi
tego zrobić. Rozdziera koszulę na piersiach i orze paznokciami skórę. My wszyscy trzej, trzej mężczyźni,
stoimy bez ruchu, nic nie robimy, nie wiemy, co powinniśmy zrobić. Żaden z nas się nie odzywa. Rebeka rozrywa paznokciami ciało na nogach i na rękach. A my we
trzech patrzymy, jak krew z ran wsiąka w ziemię.
67.
JANE
Przywożą mi ją całą w bandażach. Oczy ma otwarte,
lecz nic nie widzi. Nawet kiedy staję dokładnie przed nią,
też mnie nie dostrzega. Od czasu do czasu mówi coś o
ogniu i o świetle. Drugiej nocy się obudziła, krzyczała na
cały głos, wstała z łóżka. Chodziła po pokoju, następując
na przeszkody, których tam nie było, dotykając ręki i
krzycząc z bólu od oparzeń. Potem usiadła na podłodze,
skulona, z głową opartą na kolanach. Gdy uniosła twarz,
z jej oczu płynęły łzy. Wołała mnie.
Sam i Oliver przychodzą i odchodzą. Obaj próbują
mnie namówić do wyjścia z sypialni, ale jak mogłabym
się zgodzić? Co by było, gdyby odzyskała przytomność
akurat pod moją nieobecność?
Sam, gdy przychodzi, siada za mną i masuje mi barki.
Rozmawiamy niewiele. Ważne, że ze mną jest. To wiele
znaczy. Oliver, gdy przychodzi, siada po drugiej stronie
łóżka. Trzyma Rebekę za rękę. Wtedy, jakby stanowiła
zamknięcie obwodu, możemy rozmawiać. Mówię mu, co
czuję do Sama, i odsłanianie prawdy nie jest aż tak bolesne. Wyjaśniam, jakie to uczucie być w taki sposób
528
zakochaną. Nie przepraszam. Na to jest za późno. A
on mnie nie oskarża, muszę mu to przyznać. Akceptuje
to, co muszę powiedzieć, i snuje dla mnie opowieści. Stal
się mistrzowskim bajarzem. Przypomina mi wypadki,
jakie zdarzały się, gdy chodziliśmy ze sobą. O tym, jak w
czasie miesiąca miodowego szukaliśmy zaginionego bagażu. Odwiedzaliśmy senne hoteliki. Powtarza mi, że
razem przetrwamy wszystko.
Gdy Rebeka odzyskuje przytomność, w pokoju jest
Oliver. Ja wodzę palcem po ręcznie malowanym wzorze
na krawędzi ściany, zastanawiając się, jaką osobą jest
matka Sama. Raptem palce Rebeki poruszają się w mojej
dłoni. Oliver podnosi na mnie wzrok. On też to poczuł.
Rebeka otwiera oczy, nabiegłe krwią i zaropiałe, kaszle
gwałtownie.
- Co się z nią dzieje? - pyta Oliver.
Muszę coś zrobić, cokolwiek, więc przyciskam ręcznik do jej czoła. Oliver podsuwa część tkaniny pod jej
brodę, wyciera ślinę.
W końcu, nareszcie, Rebeka przestaje kasłać. Wzdycha, a raczej uchodzi z niej powietrze. Oliver delikatnie
odkłada jej rękę.
- Dziecko kochane - mówi z uśmiechem. - Wracamy
do domu. Wynosimy się stąd.
Ja nie mówię nic. Nie obchodzi mnie, co on mówi.
Zrobię wszystko, byle tylko Rebeka wyszła z tego cało.
Rebeka próbuje usiąść. Szybko podkładam jej poduszki pod plecy.
- Powiedz mi - mówi. - Hadley nie żyje.
Myślę, że Oliver nadal nie dał sobie z tym rady. Nie
dociera do niego, że Rebeka może kochać. Mnie też
trudno
529
byłoby w to uwierzyć, gdybym nie widziała na własne
oczy. Oliver spogląda na mnie, po czym wstaje i wychodzi z pokoju.
Nie rozumiem, dlaczego spytała. Czy nie jest tego
pewna, czy szuka potwierdzenia, świadka?
- Tak - odpowiadam, a z twarzy mojej córki ucieka
całe światło.
Boję się, że ją stracę. Jeśli człowiek zdecyduje, że
chce umrzeć, nic go przed tym nie powstrzyma. Zaczynam płakać i ją przepraszać. Przepraszam, że uznałam ją
za zbyt młodą. Że odesłałam Hadleya. Jest mi niewypowiedzianie przykro, że do tego doszło.
Ukrywam twarz w kołdrze okrywającej Rebekę. I myślę: nie tak miało być. Miałam nadzieję, że to ja będę
silna, że to ja pomogę jej stanąć na nogi. Tymczasem
córka kładzie mi dłoń na twarzy.
- Powiedz mi wszystko, co wiesz - prosi.
I tak opowiadam jej o strasznej śmierci Hadleya, o
złamanym karku, o jego odwadze, zapewniam ją, że nie
czuł bólu.
W przeciwieństwie do ciebie, myślę.
Nie mówię jej, że Hadley miał szansę przeżyć, gdyby
okoliczności ułożyły się inaczej. Strażnik powiedział, że
klif ma w tym miejscu nie więcej niż trzydzieści metrów
- Hadley miał szanse przeżyć. Zabił go kamień, który
złamał mu kręgosłup. Nie mówię jej, że odrobinę dalej
trafiłby na zbawczą poduszkę wody. Mówię, że pogrzeb
Hadleya jest jutro. Długo trwało wydobycie jego ciała z
wąskiej rozpadliny.
- Tak długo? - upewnia się Rebeka.
530
Potakuję, trwało to trzy dni.
- Co robiłam przez te trzy dni?
Ma zapalenie płuc i przez większość czasu spała,
otumaniona lekami.
- Kiedy twój ojciec tu przyjechał, ciebie nie zastał.
Pojechałaś za Hadleyem. Wymógł na Samie, żeby we
dwóch pojechali cię szukać. Nie chciał zostawić nas tu
we dwoje.
Pomagam jej się położyć i przypominam, że powinna
odpoczywać. Szamocze się ze mną, chce siedzieć.
- Co to znaczy: „Wracamy do domu”?
- Do Kalifornii. A czego się spodziewałaś? Mruga
szybko, jakby usiłowała oczyścić myśli albo coś
sobie przypomnieć, a najprawdopodobniej jedno i
drugie.
- Co my tu właściwie robimy?
Wytrąca mnie z równowagi do tego stopnia, że nie
zdążam jej zatrzymać. Odrzuca kołdrę. Spostrzega rany
na piersiach, rękach i nogach, aż braknie jej tchu. Wyciąga przed siebie drżące ręce, szukając czegoś. Znajduje
mnie.
- Kiedy Hadley spadł, usiłowałaś do niego zejść.
Sam cię odciągnął, a ty darłaś skórę paznokciami. Nie
sposób cię było powstrzymać, chociaż byłaś owijana, w
co się dało, i dostawałaś środki uspokajające. - Nabieram
tchu, czując, że głos uwiązł mi w gardle. - Bez przerwy
powtarzałaś, że chcesz wydrzeć sobie serce.
Rebeka odwraca twarz do okna. Na zewnątrz jest
ciemno, więc widzi tylko odbicie swojego bólu.
- Nie wiem po co - szepcze. - Przecież ty to już zrobiłaś.
Zanim się to wszystko zdarzyło, sądziłam, że miłość
między dzieckiem i rodzicem jest bezwarunkowa i
niepodważalna. Wierzyłam, że Rebeka będzie ze mną
naturalnie
531
związana, ponieważ to ja ją urodziłam. Nie łączyłam
tego przekonania z własnymi doświadczeniami. Skoro
nie mogłam kochać ojca, przyjęłam, że to moja wina, że
to ja jestem wadliwa. Ale gdy przynieśli z noszy Rebekę
przywiezioną ambulansem, zaczęłam postrzegać to inaczej. Jeżeli chcesz kochać rodzica, musisz zrozumieć
niewiarygodny wkład, jaki zainwestował w swoje dziecko. Jeżeli jesteś rodzicem i chcesz być kochany, musisz
na to zasłużyć. Nagle kręci mi się w głowie od poczucia
winy.
- Co mam powiedzieć? - pytam.
Rebeka na mnie nie patrzy.
- Dlaczego chcesz, żebym ci przebaczyła? - chce
wiedzieć. - Co ci z tego przyjdzie?
Otrzymam rozgrzeszenie, myślę. To pierwsze, co mi
przychodzi na myśl. Będę cię chroniła przed tym, przez
co sama przeszłam.
- Dlaczego chcę, żebyś mi przebaczyła? Bo sama
nigdy nie wybaczyłam ojcu i wiem, jaki wpływ wywrze
na ciebie nienawiść. Kiedy zaczynałam dorastać, ojciec
mnie bił.
Bił mnie i bił moją matkę, a ja robiłam co w mojej
mocy, żeby nie bił Joleya. Znienawidziłam ojca, a z czasem także siebie. Nigdy w siebie nie uwierzyłam, bo jakim sposobem miałabym być cokolwiek warta albo nawet ważna, skoro krzywdził mnie własny ojciec? Uśmiecham się, ściskając jej rękę. - W końcu o tym zapomniałam. Wyszłam za Olivera, a cztery lata później on
mnie uderzył. Wtedy uciekłam pierwszy raz.
Rebeka cofa dłoń.
- Katastrofa lotnicza - mówi.
- Wróciłam ze względu na ciebie. Wiedziałam, że
532
najważniejsze na świecie jest zapewnienie ci poczucia
bezpieczeństwa. A potem ja uderzyłam twojego ojca i
wszystko zaczęło się od początku. - Z trudem przełykam
ślinę, przeżywając raz jeszcze scenę na schodach naszego
domu w San Diego. Dokumenty z badań wielorybów
rozsypujące się wokół moich stóp. Oliver rzuca we mnie
grubym słowem. - Tym razem to ja jestem agresorem.
Obojętne, jak daleko pojadę, obojętne, ile stanów albo
krajów zostawię za sobą, od siebie nie ucieknę. Nigdy
ojcu nie wybaczyłam, bo sądziłam, że w ten sposób ja
będę górą. Niestety, to nieprawda. On wygrał. Jest częścią mnie, kochanie.
Gdy Rebeka znów próbuje usiąść, tym razem jej nie
powstrzymuję. Zaczynam opowiadać o Samie. Mówię,
jakie to było uczucie nazywać gwiazdy widziane przez
okno sypialni imionami naszych przodków. Jak on potrafi dokończyć każdą moją myśl.
- Nie potrafiłam sobie wyobrazić, by ktokolwiek inny na świecie mógł być tak szczęśliwy. W tym także...
Zwłaszcza moja córka.
Przesuwam się na krawędź łóżka, podciągam Rebece
kołdrę pod głowę. Biorę ją za rękę, liczę palce.
- Robiłam tak często, kiedy byłaś maleńka. Upewniałam się, że jest ich dziesięć. Chciałam wiedzieć, że
jesteś zdrowa. Zanim się urodziłaś, było mi obojętne, czy
okażesz się chłopcem, czy dziewczynką. Tak w każdym
razie twierdziłam. W końcu jednak miało to znaczenie.
Chciałam urodzić dziewczynkę, kogoś takiego jak ja.
Kogoś, z kim będę mogła robić zakupy. Kogo będę uczyła makijażu, ubiorę na bal maturalny. Teraz jednak żałuję,
533
że urodziłam dziewczynkę. Bo łatwo nas zranić. To
się bez przerwy powtarza.
Patrzymy na siebie przez długi czas, moja córka i ja.
W przyćmionym świetle sześćdziesięciowatowej żarówki
zaczynam dostrzegać szczegóły, na które do tej pory nie
zwracałam uwagi. Wszyscy zawsze mi powtarzali, że
Rebeka jest bardzo podobna do Olivera. Nawet ja uważałam, że przypomina bardziej jego niż mnie, lecz teraz, w
tej wyjątkowej chwili, widzę, że ma moje oczy. Nie kolor. Nie kształt, ale wyraz. Czyż to nie jest najistotniejsza
cecha? Przecież to moje dziecko. Nie sposób temu zaprzeczyć.
Gdy tak na nią patrzę, rozjaśnia mi się w głowie i podejmuję wszelkie zaległe decyzje. Miłość ma bardzo
niewiele wspólnego z Samem, z Oliverem czy z Hadleyem. W gruncie rzeczy chodzi tu o mnie. Chodzi o Rebekę. Muszę wiedzieć, że wspomnienia, jakie jej przekażę
następnym razem, nie będą sprawiały bólu. To świadomość, że i ona dla mnie będzie miała własne opowieści.
- Czasami trudno mi uwierzyć, że masz dopiero piętnaście lat - mówię.
Zsuwam kołdrę z piersi córki i ściągam z jej skóry paski gazy. Tu i tam ranki zaczynają krwawić na nowo.
Może i dobrze. Może tak trzeba. Kładę dłonie na jej klatce piersiowej, na piersiach. Między moimi palcami widać
krew. Tak wiele chcę zmienić na lepsze.
68.
OLIVER
Mam przed oczami twój obraz, Jane, którego nigdy
nie zapomnę. Był to ranek po naszej nocy poślubnej.
Wyglądałaś na zagubioną w ogromnym łóżku w bostońskim hotelu Méridien. Obudziłem się przed pobudką o
piątej, żeby popatrzeć na ciebie, całkiem bezbronną.
Zawsze byłaś prześliczna, gdy przestawałaś się opierać.
Najlepiej pamiętam twoją twarz: alabastrową, szczerą,
otwartą - twarz dziecka. Właściwie byłaś dzieckiem.
Nigdy wcześniej nie wyjeżdżałaś za granicę, pamiętasz?
Nie mogłaś się doczekać wyprawy do Amsterdamu i Kopenhagi. Akurat jednak zadzwoniono z Provincetown.
Chodziło o kilka wielorybów, wyrzuconych na plażę na
wybrzeżu w okolicy Ogunquit. Gdy zadzwonił telefon,
obróciłaś się w moją stronę.
- Już czas? - szepnęłaś, kładąc dłoń na moim biodrze.
Dziecko w świecie dorosłych.
Postanowiłem zwyczajnie powiedzieć prawdę. Patrząc
teraz na tamte zdarzenia, podejrzewam, że wieloryby nie
były w aż tak tragicznej sytuacji, jak chciałem sądzić.
Zaskoczyłaś mnie wtedy. Ani nie ściągnęłaś brwi, ani
535
nie westchnęłaś, w żaden sposób nie okazałaś zawodu.
Zaczęłaś się ubierać - włożyłaś stare dżinsy i znoszoną
koszulkę, a nie śliczny różowy komplet, z którego byłaś
taka dumna, najlepsze wyjściowe ubranie.
- Pośpiesz się - powiedziałaś. - Musisz tam dotrzeć
jak najszybciej.
W drodze do Maine zerkałem na ciebie ukradkiem,
szukając jakichś znaków, świadczących o rozgoryczeniu.
Nie dostrzegłem żadnych. Przez całą podróż trzymałaś
dłoń na moim ręku i nie powiedziałaś słowa na temat
straconego miodowego miesiąca ani lotu do Europy, który nam przepadł. Dotarliśmy do Ogunquit w tym samym
czasie, gdy startował nasz samolot.
Tego dnia i następnego pracowałaś razem ze mną,
przynosząc wiadra wody z oceanu, masując zeskorupiałe
płetwy wyrzuconych na brzeg wielorybów. Stanowiliśmy
zespół zjednoczony wspólnym celem. Nigdy nie czułem
się tak blisko ciebie jak wtedy, na plaży w Ogunquit, gdy
rozdzielała nas ogromna bryła morskiego ssaka; cały czas
słyszałem muzykę twojego głosu.
Gdy nadszedł czas ściągania wielorybów do wody,
kazałem ci się odsunąć. Odmówiłaś. Pracowałaś tuż obok
mnie, popychając tam, gdzie ci wskazywałem, odsuwając
się nieco, gdy zdrowy rozsądek podpowiadał, że jesteś
zbyt drobna, by rzeczywiście pomóc. Poznałaś bezpośrednie niebezpieczeństwo wiążące się z przebywaniem
tuż obok tak potężnego zwierzęcia. Znałaś historie o połamanych kończynach, a także o zmiażdżonych ludziach.
Tamtego dnia trzy wieloryby odpłynęły w ocean: dwie
samice i jedno młode. Młode trzeba było kilkakrotnie
zawracać,
536
ponieważ ciągle usiłowało wypłynąć z powrotem na
brzeg. Dopilnowaliśmy jednak, żeby wróciło na wolność.
Widząc, czego dokonaliśmy, znów mogłem swobodnie
oddychać. Chciałem ci to powiedzieć, lecz cię nie widziałem. Szukałem cię między rozradowanymi ludźmi bez skutku. Znalazłem - przy ostatnim wielorybie, tym,
którego nie zdołaliśmy uratować. Słońce zdążyło pobielić
i wysuszyć mu skórę na grzbiecie, rysowały się na niej
wyschnięte szczeliny, a ty lałaś na niego wodę, wiadro za
wiadrem.
- Już mu nie pomożesz. - Usiłowałem cię odciągnąć.
Oparłaś się o nieruchomy bok zwierzęcia, obok gorącego, poznaczonego pęcherzami oka, i zapłakałaś.
Nie wiem, jak to się stało, dlaczego się od siebie odsunęliśmy. Chętnie wezmę winę na siebie, jeśli tylko
zdołamy ją oddać przeszłości. Któregoś ranka obudziłem
się z posiwiałymi skroniami, całkowicie pochłonięty
prowadzeniem badań, i odkryłem, iż moja rodzina przestała istnieć. Muszę ci się przyznać, że nawet wówczas,
gdy ruszyłem na wasze poszukiwanie, nie do końca wiedziałem, o co mi chodzi. Celem było powstrzymanie absolutnego nonsensu, jak najszybsze sprowadzenie was do
domu i powrót do życia, które zostało raptownie zmienione. Gdy jednak zobaczyłem cię w stanie Iowa... Tak,
byłem w Iowa w tym samym czasie co wy, czekałem na
polu kukurydzy i widziałem cię z Rebeką. Uświadomiłem sobie wtedy, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, niż gotów byłem przyznać. Zobaczyłem
zdumiewającą kobietę, z którą zbudowałem kruchą konstrukcję piętnastu lat. Zobaczyłem dziecko, które nie bez
przyczyny o włos uniknęło śmierci.
537
Rozumiem, że ty sama przeszłaś w czasie podróży
ogromne zmiany. I choć nie mogę udawać, że mnie to nie
boli, nie będę cię o nic winił. Sam jestem sobie winny.
Doprowadziłem do tego, że znalazłaś sobie kogoś innego. Musisz jednak zrozumieć, Jane, że jestem teraz innym człowiekiem. Każda akcja wywołuje reakcję. Wyobraź sobie, jak może wyglądać nasze życie. Bardzo
chcę, żebyś wróciła. Chcę odzyskać ciebie i Rebekę.
Chcę, żebyśmy byli rodziną. Będę się starał z całych sił.
Oddam wam wszystko, co mam. Wiem, że musicie obie
poradzić sobie z własnymi kłopotami, jednak zrozum,
Jane, potrzebuję cię. Kocham cię. Jeśli osiągnąłem sukces w innych dziedzinach życia, to tylko dzięki tobie i
twoim kosztem. Nadal jest tak jak tego dnia, gdy z własnej woli zrezygnowałaś z miesiąca miodowego. Jesteś
mi potrzebna.
Nie śmiem cię prosić, żebyś we mnie uwierzyła. To
zbyt wiele. Wiem jednak, że twoim zdaniem, każdy zasługuje na powtórną szansę. Nie możesz wymazać przeszłości, tego, co nas łączyło. Przecież najważniejsze,
podstawowe elementy wciąż istnieją: ty, ja, Rebeka. Możemy odrzucić wszystko inne, lecz te trzy kamienie węgielne pozostaną. Proszę cię, na Boga, Jane, wyobraź
sobie nasz własny świat, świat, który możemy stworzyć
we troje.
69.
JOLEY
Przez wszystkie te lata, kiedy zwracałaś się do mnie o
radę, nie umiałem cię przekonać do niczego, do czego nie
byłaś już i tak przekonana. Proszę bardzo, oto cały mój
sekret. Nie jestem mędrcem, jakiego udawałem. W rzeczywistości to ty, Jane, jesteś mądra, masz własny rozum, a ja byłem ci potrzebny jedynie do wydobycia odpowiedzi, które i tak znałaś. Dlatego uważam, że wiesz,
co teraz zrobisz. Rozumiesz, co należy zrobić w tej sytuacji.
A ja, jeśli pozwolisz, powiem ci kilka słów o miłości.
Za każdym razem jest inna. To tylko reakcja chemiczna,
taka sama, jedynie składniki się zmieniają. Najbardziej
krucha miłość to ta między kobietą a mężczyzną. I znowu chemia. Jeżeli wprowadza się nowy element, nigdy
nie wiadomo, jak stabilne będzie początkowe wiązanie.
Jeśli coś zniknie, może się pojawić nowy związek. Moim
zdaniem, w życiu można zakochać się wiele razy, w najróżniejszych osobach. Natomiast z drugiej strony uważam, że nie sposób się zakochać dwa razy tak samo. Jeden związek może być stały i spokojny. Drugi przypominać burzę i pożogę. Czy ktokolwiek ma prawo twierdzić,
że jeden jest lepszy
539
od drugiego? Decydującym czynnikiem jest dopasowanie. Wszystkiego razem. To znaczy: miłości i życia.
Kłopot polega na tym, że gdy człowiek jest dość dorosły,
by znaleźć swoją bratnią duszę, zwykle niesie już ze sobą
wielki bagaż doświadczeń. Wiele zależy od tego, gdzie
się dorasta, ile się zarabia, czy się lubi swój kraj i miasto.
A czasami, właściwie najczęściej, człowiek zakochuje się
w kimś, kogo nie sposób wcisnąć w ramy dotychczasowego życia. Rzecz polega na tym, że kiedy serce kogoś
wybiera, nie uzgadnia tego z rozumem. Większość z nas
nie bierze ślubu ze swoją największą miłością. Pobieramy się, bo do siebie pasujemy, niekiedy ze względu na
przyjaźń. To temat rzeka. Może taki związek nie jest
tym, w którym ludzie potrafią wzajemnie czytać sobie w
myślach, ale jest im razem dobrze, jak w ulubionym fotelu. To też miłość. Inny rodzaj miłości, takiej, która się nie
wypala, która potrafi trwać w prawdziwym świecie.
Sama nie wiesz, jaka z ciebie szczęściara. Każdy z nas
ma na całej planecie tylko jedną osobę, z którą jest naprawdę połączony. Ty swoją znalazłaś. Wiem, jak to jest.
Bo widzisz, ja mam ciebie.
Zawsze byłaś dla mnie najważniejsza na świecie. Potrafiłem cię rozpoznać w smolistych ciemnościach poprzez ruch oplatającego cię powietrza. Wiedziałem, że
tak będzie, od tej nocy, kiedy tata po raz pierwszy wpadł
do mojego pokoju. Gwałtownie otworzył drzwi i zobaczył cię siedzącą na moim łóżku. Przyciskałaś mi poduszkę do uszu, żebym nie słyszał dochodzącego z parteru szlochu mamy. Kazał ci się wynosić do diabła z mojego pokoju. Miałaś wtedy osiem lat, byłaś chuda jak
szczapa, a mimo to rzuciłaś
540
się na niego, zaatakowałaś go z siłą tropikalnego
sztormu i trafiłaś w przyrodzenie. Być może właśnie dlatego, że uderzyłaś akurat tam, sprawy potoczyły się dalej
tak, a nie inaczej, lecz ja w to nie wierzę. Nadal widzę,
jak uderza głową o róg drewnianego biurka, oczy uciekają mu w głąb czaszki. Spojrzałaś na niego i wyszeptałaś:
„Tato?”. Przeniosłaś wzrok na mnie. „Ja tego nie zrobiłam”, powiedziałaś. „Słyszysz?”. Choć miałem dopiero
cztery lata, zrozumiałem wszystko. „Tylko ty tak potrafisz”, odparłem. I do dziś to jest prawdą.
Masz ogromną siłę, Jane. Dzięki niej przetrwałaś
dzieciństwo. Dzięki niej ocaliłaś mnie przed tatą. W niej
zakochał się Oliver, w niej zakochał się Sam. W niej zakochałem się ja. Powiedziałaś, że przyjechałaś do mnie,
do Massachusetts, bo już nie wiedziałaś, kim jesteś. Ale
przecież wiesz. Jesteś naszą podporą. Jesteś naszym życiem.
Chcę, żebyś mi powiedziała, co teraz zrobisz.
Jeszcze raz.
Nie będzie mi przykro. Niosłem wspomnienie o tobie,
gdziekolwiek byłem, przez całe trzydzieści lat. Musiało
tak być. Zobaczysz, wszystko jedno, co się będzie dalej
działo. On już zawsze będzie z tobą.
70.
SAM
Aż do tej pory nie wiedziałem, że istnieje przykra
strona umiejętności czytania w twoich myślach. Masz to
wypisane na twarzy i wcale cię za to nie winię. Powinienem był wiedzieć, że z nim pojedziesz, że wrócisz do
Kalifornii.
Kiedy już odjedziesz, będzie mi bardzo ciężko. Hadley i ty. Oboje zostawiacie mnie równocześnie. Nie winię
cię za to, co się z nim stało. Nie mogę. Tyle że jeszcze
nie odżałowałem ani ciebie, ani Hadleya. Ze śmiercią
Hadleya jakoś się uporam z czasem. Z tobą sprawa będzie trudniejsza.
Najłatwiej byłoby powiedzieć, że kiedy wyjedziesz,
będę żył, jakby nic się nie stało. W końcu przecież byłaś
tu bardzo krótko. Zresztą zawsze podejrzliwie traktowałem takie nagłe zauroczenia, więc pewnie mógłbym sobie
wytłumaczyć, że takie zaślepienie to nie to samo co miłość. Oboje wiemy, że to byłoby kłamstwo. Możesz sobie
mówić, co chcesz, przeszłości nie zmienisz. Wszystko
działo się szybko, bo nadrabialiśmy stracony czas.
Kiedy o tobie myślę, widzę składankę scen, a nie jeden obraz. Widzę cię w owczym łajnie... Czy nie wydaje
542
ci się, jakby od tamtej sceny minął przynajmniej rok?
A potem rozmawiasz z Joleyem pod osłoną jabłoni, to
gravenstein. Słońce rzuca cień na twoje plecy. Chyba już
wtedy wiedziałem, że cię kocham. Niezależnie od tego,
jak się zachowywałem. Może wiedziałem zawsze.
Ciągłe wydaje mi się, że byliśmy głupi. Gdybyśmy się
tak nie sprzeczali, kiedy się poznaliśmy, mielibyśmy dla
siebie prawie dwa razy więcej czasu. Z drugiej strony
jednak, gdybyśmy się nie sprzeczali, nie wiem, czybym
cię tak cholernie mocno pokochał.
Teraz, w świetle dnia, ot tak, brzmi to niemal śmiesznie. Kocham cię. Słyszy się to tak często: w operach mydlanych, w durnych sitcomach, przy wielu innych okazjach. Słowa zmieniają się w puste dźwięki, już nic nie
znaczą. Boże drogi, chętnie bym krzyczał dniem i nocą,
wołał te dwa słowa bez przerwy, gdybym w ten sposób
mógł cię zatrzymać. Nigdy w życiu nie usiłowałem zmieścić tak wiele znaczenia w jednym krótkim zdaniu.
Dla ciebie rzecz wygląda zupełnie inaczej, przecież
nie jestem pierwszym, którego pokochałaś. Nie ma sprawy, mogę to powiedzieć, taka jest prawda. Najpierw pokochałaś Olivera. Wobec tego chciałbym wiedzieć: Czy
masz wrażenie, że ktoś wydarł ci serce z piersi? Czy może jest ci łatwiej? Czy poznałaś wcześniej to uczucie?
Ja też nie. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym jeszcze
kiedykolwiek tak się czuć. Nie chodzi o ból, teraz nie, nie
o tym mówię. Mówię o nas. Kiedy byłem z tobą, nie liczyło się nic. Mógłbym spokojnie patrzeć, jak cały sad
pada ofiarą zarazy. Mógłbym być świadkiem wojny, masakry, Armagedonu. Nie miałoby to żadnego znaczenia.
543
Wiem, że w moim życiu pojawią się inne kobiety,
jednak między nimi a tobą nie będzie żadnego porównania. Może się zmienię. Może miłość się zmieni, lecz teraz
jestem przekonany, że to, co nas połączyło, zdarza się
tylko raz w życiu. Nie mogłabyś mnie zostawić. Dlatego
już nie jestem zły. Nie możesz zerwać tych uczuć. One
trwają. Zabierasz je ze sobą do Olivera, do Rebeki. Przeze mnie już nigdy nie będziesz taka jak dawniej.
Jeśli będę musiał cię wspomnieć w jakiejś chwili, będzie to wyglądało tak: klęczysz przede mną w oknie,
liczysz gwiazdy. Nie pamiętam, dlaczego postanowiliśmy to zrobić, dlaczego porwaliśmy się na to niemożliwe, nieskończone zadanie. Może dlatego, że kiedy byliśmy razem, sądziliśmy, że mamy czas do końca świata.
Zrezygnowałaś z liczenia przy dwustu sześciu. Wtedy
zaczęłaś im nadawać imiona po dziadkach, pradziadkach,
dalszych krewnych i przodkach. Bardzo stare, jak Bertha,
Charity czy Annabelle, Homer, Felix i Harding. Pytałaś
mnie o imiona z mojej rodziny i ja ci je podsuwałem.
Utworzyliśmy na niebie wspólne drzewo genealogiczne.
„Czy wiesz, co to jest gwiazda?”, spytałem. „To wybuch,
który zdarzył się przed bilionami lat. Widzimy go teraz,
ponieważ światło potrzebowało wielu lat, by się znaleźć
w zasięgu naszego wzroku”. Wskazałem Gwiazdę Polarną i powiedziałem, że chcę ją nazwać twoim imieniem.
- Jane? - powiedziałaś. - Zbyt płaskie dla takiej jasnej
gwiazdy.
Powiedziałem, że nie masz racji.
Powstała na skutek wielkiej eksplozji, to prawda, i
wiele lat dążyła w naszą stronę, a zostanie z nami jeszcze
na długo.
544
Będę o tobie myślał dzień w dzień do końca życia.
Musi tak być. Nie widzę siebie na desce surfingowej, tak
jak ty nie potrafisz sobie wyobrazić dorastającej owcy.
Jesteśmy z różnych światów. I tylko na moment przecięły
się nasze ścieżki. Cóż to był za moment.
Nic nie mów. To nie jest pożegnanie. Spójrz,na mnie.
Przytul mnie. W ten sposób zniosę o wiele więcej. Mamy
sobie do powiedzenia rzeczy, na które nikt jeszcze nie
wymyślił słów.
Kocham cię.
71.
REBEKA
3 lipca 1990
Zawsze przysłuchuję się kłótniom rodziców. Są nieprawdopodobne. Trudno zrozumieć, jakim cudem z obojętności może powstać tyle gniewu. Kiedy sobie ich wyobrażam, widzę ich w koncentrycznych kołach. Idą w
odwrotnych kierunkach. Z powodów finansowych koło
mamy jest we wnętrzu koła taty. Ojciec idzie w kierunku
zgodnym z ruchem wskazówek zegara, mama w przeciwnym. Oczywiście nie mają szans się spotkać. Od czasu do czasu któreś z nich podnosi wzrok i dostrzega drugie kątem oka. I to spojrzenie jest iskrą rozniecającą
sprzeczkę.
Dzisiaj kłócą się o mnie. O moje piętnaste urodziny.
Ojciec planuje na ten dzień wyjazd za granicę. Na czternaście moich dotychczasowych urodzin był w domu przy
siedmiu, więc jego wyjazd nie jest niczym szczególnym.
Mama jednak najwyraźniej ma dość. Krzyczy na niego w
kuchni, wolę jej nie słyszeć. Wychodzę stamtąd, wracam
przed telewizor, znajduję jakiś teleturniej.
546
Dopiero gdy idą na górę, zaczyna się robić interesująco. Sypialnia rodziców znajduje się bezpośrednio nad
salonem, gdzie oglądam telewizję. Słyszę krzyki. Potem
łupnięcie, najwyraźniej coś spadło. I jeszcze coś. Podskakuję, rzucam czapkę bejsbolową na kanapę. Podkradam się po schodach, mam nadzieję, że się zorientuję, co
jest grane.
- Mam tego dosyć! - krzyczy mama.
Podnosi ogromny karton, taki, w jakich tata trzyma
archiwa badawcze. Podnosi z wysiłkiem - w końcu jest
drobna i krucha - i ciska na korytarz. Wydaje mi się, że
mnie dostrzegła, więc się chowam. Potem tata wychodzi
na korytarz, bierze pudło, które mama wyrzuciła, poprawia, ujmuje za uchwyty i wnosi z powrotem do sypialni.
Z przyczyn dla mnie niezrozumiałych mama jest
szybsza niż tata. Ściana kartonów na korytarzu rośnie w
takim tempie, że po chwili przestaję cokolwiek widzieć.
Pudła blokują wejście do sypialni.
- Jane - mówi tata. - Przestań.
Nie widzę, co robi mama. Trochę mnie to złości. Bez
przerwy muszę znosić ich obojętność, chwile, gdy coś
ich łączy, choćby wściekłość, są bardzo rzadkie. Obojętne z jakiego powodu, chcę widzieć ich razem. Dlatego
przekradam się na piętro i przesuwam kartony. Ustawiam
je w taki sposób, żeby nie robiąc hałasu, zyskać szczelinę. Widzę ojca stojącego w stercie papierów i wykresów.
Wygląda na bezradnego. Porusza dłońmi przed sobą,
jakby nadal mógł złapać leżące na ziemi dokumenty.
Potem chwyta mamę za ramiona. Wydaje mi się, że
może ją skrzywdzić. Ona się wyrywa z zadziwiającą siłą
i w końcu się uwalnia.
547
Podnosi jeden z kartonów, które jeszcze zostały w korytarzu, i wystawia go przez poręcz. Potrząsa nim jak
marakasami.
Ojciec wypada z sypialni.
- Nie rób tego - mówi ostrzegawczym tonem.
Wtedy karton pęka. W zwolnionym tempie spadają na
parter białe kości w woreczkach strunowych, ostre pasma
fiszbinów, wstęgi wykresów i dzienniki obserwacji.
Znienacka przestaję oddychać.
Wtedy nagle, jak grom z jasnego nieba, spada na mnie
wspomnienie katastrofy lotniczej.
Ojciec uderzył mamę raz, kiedy byłam mała. Wtedy
zabrała mnie i poleciałyśmy na Wschodnie Wybrzeże.
Tak to właśnie było. Ojciec domagał się, żeby mnie oddała, więc wsadziła mnie w samolot do San Diego. Samolot nie dotarł na miejsce, wydarzyła się katastrofa.
Mówię o tym bez emocji, bo nic z tego nie pamiętam.
Byłam wtedy mała, już mówiłam. Wszystkiego, co wiem
o katastrofie, dowiedziałam się z artykułów prasowych,
ładnych parę lat później.
Niewiele myślę o tamtym wydarzeniu. Doszło do niego tak dawno. Jestem jednak przekonana, że w tej konkretnej chwili przemknęło mi ono przez myśl nie bez
przyczyny. Może właśnie dlatego podnoszę się i odwracam. Może dlatego idę do swojej sypialni, biorę ubrania i
bieliznę, wrzucam do niewielkiej torby. Nie zrozum mnie
źle, nie mam żadnego konkretnego planu. Nie patrzę w
stronę rodziców, gdy wybiegam ze swojego pokoju i
wpadam do łazienki. Łapię jakieś rzeczy mamy z kosza
na brudną bieliznę, a potem zbiegam na parter. Serce mi
wali jak młotem. Chcę tylko uciec, nic więcej. Słyszę
ojca.
548
- Ty dziwko.
Miałam jakieś dwanaście lat, gdy postanowiłam uciec
z domu. Chyba każdy dzieciak miewa takie plany w
pewnym momencie życia. Dotarłam tylko na podwórze.
Schowałam się pod winylowym czarnym pokrowcem od
grilla. Mimo to rodzice szukali mnie cztery i pół godziny.
Ojciec musiał wcześniej wrócić z pracy. Zrobiła się wielka sprawa. Gdy mama uniosła pokrowiec, przytuliła mnie
i powiedziała, że wystraszyłam ją na śmierć. „Coja bym
bez ciebie zrobiła?”, powtarzała bez przerwy. „Co ja bym
bez ciebie zrobiła?”.
Trampki. Zabieram moje z salonu, mamy tenisówki z
szafy w holu. Nazywa je „weekendowymi”. Jestem spakowana. Co teraz?
Po katastrofie lotniczej przewieziono mnie do szpitala
w Des Moines. Znalazłam się, oczywiście, na oddziale
pediatrycznym. Pamiętam właściwie tylko to, że pielęgniarki nosiły fartuchy z uśmiechniętymi buźkami. Oraz
siatki na włosy z postaciami z „Ulicy Sezamkowej”. Nie
wiedziałam, gdzie są moi rodzice, a bardzo chciałam ich
widzieć. Jakiś czas musiałam poczekać, jednak się zjawili. Przyszli razem, pamiętam. Trzymali się za ręce, więc
byłam uszczęśliwiona. Poprzednio, gdy byli razem, mama płakała, a tata na nią bardzo głośno krzyczał. Katastrofa była przerażająca, lecz musiała się zdarzyć. Dzięki
niej rodzice znowu byli razem.
Akurat kiedy o tym myślę, słyszę klaśnięcie uderzenia. Nie sposób pomylić tego dźwięku z żadnym innym,
jeśli się go raz usłyszało. Do oczu napływają mi łzy.
Cicho otwieram drzwi. Biegnę do samochodu mamy,
zaparkowanego z boku podjazdu. To stary, rozklekotany
549
kombiak, jest u nas od wieków. Przysiadam na krawędzi fotela pasażera. Podobno historia lubi się powtarzać,
tak słyszałam.
Mama wychodzi z domu nie całkiem przytomna. Patrzy w niebo. Ubrana jest tylko w bieliznę. Jak przyciągana magnesem sunie w stronę samochodu. Na pewno
mnie nie widzi. W lewej dłoni trzyma jakieś ubranie.
Siada za kierownicą, kładzie te rzeczy między nami. Ma
czerwone kręgi na nadgarstkach. Nie wiem, gdzie ojciec
uderzył ją tym razem. Kładę ręce na jej dłoniach, podrywa się zaskoczona.
- Mam wszystko, co trzeba - mówię.
Głos mam cienki, piskliwy.
Mama patrzy na mnie, jakby mnie nie poznawała.
Wreszcie szeptem wymawia moje imię, zapada się w
fotel. Ja też. Biorę głęboki wdech. Zastanawiam się, kiedy znowu zobaczę ojca.
72.
JANE
Ludzkie ciało może bardzo dużo znieść. Czytałam o
ludziach, którzy przetrwali ekstremalne zimno, brutalność, pobicie, straszne poparzenia. Czytałam wspomnienia osób, które takie zdarzenia przeżyły. Wszystkie są
bardzo proste, zwykłe. Świadczą o zdolności przetrwania.
Stoimy w górnej części podjazdu, gdzie zostało mało
żwiru. Sam właśnie zaniósł Rebekę do samochodu. Oliver trzyma się w pewnej odległości. Joley jest tuż przede
mną, trzyma mnie za ręce, stara się nakłonić, żebym na
niego patrzyła. Hadleya nie ma, nie mogę sobie tego wybaczyć.
Dzień jest piękny. Chłodny i suchy, niebo nad naszymi głowami - przejrzyste. Wszystkie jabłonie już mają
owoce. Nie wiem, gdzie się podziały ptaki. Joley uśmiecha się do mnie i po raz setny powtarza, żebym przestała
płakać. Unosi mi brodę palcem.
- W innych okolicznościach - mówi - poprosiłbym,
żebyś tu znowu zajrzała jak najszybciej.
Mój brat.
- Zadzwoń - udaje mi się wykrztusić.
551
Nie wiem, jak mu powiedzieć to, co naprawdę chciałabym ująć w słowa. Że nie przetrwałabym tego wszystkiego bez niego. Że chcę mu podziękować, choć stało się
to, co się stało.
- Jutro idź na pocztę w Chevy Chase - mówi Joley.
- W Marylandzie. Są tam dwa urzędy pocztowe. Ciebie będzie interesował ten w centrum.
Śmieję się, nic na to nie poradzę.
- Od razu lepiej - cieszy się Joley.
Moje spojrzenie bezwiednie i stale zbacza w stronę
Sama. Nie chcę tego, jednak wystarczy świadomość, że
mam go w zasięgu wzroku. Joley ściska mnie po raz
ostatni.
- Mam dla ciebie prezent na pożegnanie - szepcze mi
do ucha.
Odsuwa się ode mnie, podchodzi do Olivera.
- Wiesz, tak sobie uświadomiłem - zagaduje - że nie
miałeś okazji obejrzeć cieplarni.
Kładzie mu rękę na ramieniu i popycha go w stronę
stodoły. Oliver odwraca się raz i drugi, wcale nie chce
zostawić nas samych, lecz Joley nie daje mu wyboru.
I tak zostajemy tylko my. Sam i ja. Podchodzimy do
siebie bliżej, ale się nie dotykamy. To byłoby niebezpieczne.
- Zapakowałem ci coś - mówi Sam, z trudem wydobywając słowa. - Przy tylnym siedzeniu.
Kiwam głową. Gdybym próbowała coś powiedzieć, na
pewno wyszłoby nie tak. Jak on w ogóle może na mnie
patrzeć? Przecież zabiłam jego najlepszego przyjaciela.
Złamałam wszystkie dane obietnice. Wyjeżdżam. Coś mi
puchnie w gardle.
Sam się do mnie uśmiecha. Stara się.
552
- Wiem, postanowiliśmy tego nie robić. I wiem, że
będzie tylko gorzej. Ale nie mogę inaczej.
Pochyla się, obejmuje mnie mocno i całuje.
Nie wiesz, jak to jest. Skóra przy skórze, uda, ramiona, policzki. Wszędzie, gdzie Sam mnie dotyka, czuję
przechodzący prąd. Gdy mnie odsuwa, z trudem łapię
powietrze.
- Nie... - wyrywa mi się.
Nie pozwala mi się zbliżyć, i to już jest koniec.
Muszę przestać drżeć, zanim pojmę, gdzie jestem.
Maleńkie mg kupione w Montanie stoi obok niebieskiego
pikapa. Zostawiamy je Joleyowi.
Joley schyla się do okna pasażera w aucie mojego męża i mówi coś do Rebeki. Nie jestem pewna, czy jest już
dość silna na podróż. Chętnie bym jej dała jeszcze jeden
dzień. Oliver jednak twierdzi, że nasza córka musi jak
najszybciej wrócić do domu. Prędzej dojdzie do siebie w
otoczeniu, które nie będzie jej na każdym kroku przypominało o Hadleyu. W tym wypadku ma rację.
Mam wrażenie, że zemdleję. Nogi się pode mną uginają, niebo zaczyna wirować. Nagle pojawia się przy
mnie Oliver.
- Dobrze się czujesz? - pyta, jakbym naprawdę potrafiła odpowiedzieć na to proste pytanie. - Dobrze. No to
tyle.
- No to tyle - powtarzam jego słowa, jakby mnie nie
stać było na własne.
Wślizguję się na fotel pasażera, Joley tłumaczy Oliverowi, jak dotrzeć do drogi numer dziewięćdziesiąt pięć.
Opuszczam szybę.
Oliver uruchamia silnik, wrzuca bieg. Sam stoi naprzeciw mojego okna, w takiej odległości, że bez trudu
patrzymy na siebie. Nie pozwalam sobie nawet na jedno
mrugnięcie.
553
Koncentruję się na jego oczach. Musimy wyryć się
sobie wzajemnie w pamięci, wytrawić, żebyśmy przy
następnym spotkaniu, za dziesięć miesięcy albo za dziesięć lat, nadal siebie pamiętali. Samochód rusza. Wykręcam szyję, nie chcę pierwsza odwrócić wzroku.
Muszę się okręcić na siedzeniu, patrzę nad głową Rebeki, przez przewody ogrzewania tylnej szyby. Nadal go
widzę. Widzę go, gdy mijamy znak wskazujący dojazd
do sadu, gdy przejeżdżamy obok skrzynki pocztowej.
Potem dociera do mnie, jak to będzie wyglądało. Będzie przypominało bryłę metalu rozbitą na cieniuteńką
folię, okrywającą odległość między nami, stale tak samo
mocną. Zmieni tylko kształt, tylko formę.
Oliver coś mówi, ale nie słucham i nie wiem, o co mu
chodzi. Bardzo się stara, muszę mu to przyznać. Otwieram oczy, widzę swoją córkę. Rebeka patrzy na mnie, a
może przeze mnie, nie potrafię zgadnąć. Podnosi derkę z
podłogi. Jabłka. Całe kilogramy jabłek. Od Sama. Orientuję się, że bezdźwięcznie wymawiam nazwy poszczególnych gatunków: Bellflower. Macoun. Jonathan. Cortland. Bottle Greening.
Rebeka bierze w rękę cortlanda i głęboko wbija w
niego zęby.
- Oho! - mówi Oliver, spoglądając w lusterko wsteczne. - Widzę, że jesteś zaopatrzona.
Obserwuję Rebekę z jabłkiem. Ściąga z niego skórkę
przednimi zębami, po czym obgryza biały miąższ. Sok
ścieka jej po brodzie. Wystarczy, że patrzę, a ślinka napływa mi do ust. Czuje na sobie mój wzrok, odsuwa
owoc od ust. Podaje mi pozostałą część.
554
Gdy biorę od niej jabłko, nasze dłonie się stykają. Jej
palce na moich. Pasują jedne do drugich. Podnoszę owoc
i wgryzam się weń łapczywie. Natychmiast odgryzam
drugi wielki kęs. Wypycham jabłkiem policzki, jakbym
głodowała przez długie tygodnie. Właśnie dlatego Sam
dał mi jabłka, właśnie dlatego. Bo nawet gdy się skończą,
zostaną częścią mojego ciała.
Rebeka patrzy. Wyrzucam ogryzek przez okno, spoglądam na palce, z których tak łatwo się uwolnił. Brakuje
obrączki. Zostawiłam ją u Sama. Akurat obrączkę.
Zastanawiam się, co będziemy robili z Oliverem po
powrocie do domu. Jak się wraca na utarty szlak. Nie
możemy zacząć tam, gdzie skończyliśmy, bo nie będę
umiała wyrzucić Sama z myśli, nawet będąc z Oliverem.
Z drugiej strony, czy zapomniałam o Oliverze, będąc z
Samem?
Kochałam Olivera dawno, gdy byłam kimś innym.
Nie wiedziałam tego, co wiem dzisiaj. Zobaczyłam go po
pas w wodzie i wyobraziłam sobie wspólne życie. Mam z
nim dziecko, znakomity dowód miłości. Rebeka łączy
najlepsze cechy nas obojga. Co oznacza, że mam niepodważalne zalety. Oliver także.
Można przywrócić do życia martwe drzewo. Zaszczepić na nim dwa różne gatunki. Przeszczepianie to sztuka
łączenia przeciwieństw, przywracania nadziei.
Oliver ściska moją dłoń, odwdzięczam się tym samym. Zaskakuję go, odwraca się do mnie i uśmiecha
niepewnie. Rebeka nas obserwuje. Ciekawa jestem, co
dostrzega, gdy patrzy na nas razem. Podkręcam szybę i
siadam bokiem. Chcę widzieć ich oboje.
555
Oliver zwalnia. Już jesteśmy przy bramce na autostradzie. Uśmiecham się ufnie do męża i córki. Rebeka głęboko wciąga powietrze i ujmuje moją drugą rękę. Oliver
skręca na zachód, do Kalifornii. Tym razem obie z Rebeką jesteśmy pasażerkami, razem jedziemy wzdłuż postrzępionej linii drzew. Patrzę na córkę, oglądającą zmieniający się krajobraz za oknem. Po raz pierwszy, odkąd
pamiętam, patrząc w przyszłość, mam oczy szeroko
otwarte.
Podziękowania
Autorka jest wdzięczna za szczegółowe informacje
wielu osobom i instytucjom, a są między nimi: Sarah
Genman, bibliotekarka w New England Aquarium, Centrum Badań Oceanicznych w Provincetown, Long Term
Research Institute w Lincoln oraz Honeypot Orchards i
Shelburne Farm w Stow. Specjalne podziękowania wyrażam Katie Desmond za niestrudzoną pracę przy kserokopiarce, członkom mojej rodziny, którzy czytali rękopis i
wspierali mnie w wysiłkach, oraz wszystkim tym, z których doświadczenia życiowego czerpałam, tworząc tę
powieść. I w końcu trzeba zaznaczyć, że książka nie ujrzałaby światła dziennego bez pomocy Laury Gross, mojej agentki, która nieodmiennie we mnie wierzy, a także
bez pomocy Fiony McCrae, wydawcy, której fachowość i
zaufanie nie znają miary. Jeśli chodzi o wydanie w miękkiej oprawie, chciałabym także podziękować Emily Bestler, która wpadła na cudowny pomysł, że moi fani
chcieliby przeczytać wszystko, co napisałam, a potem im
to umożliwiła.