Pobierz PDF
Transkrypt
Pobierz PDF
Piszą: • E. Zyman, Florian Śmieja, rozmowa + wiersze • K. Śmiechowicz, O Cwietajewej cz. II • K. Brakoniecki, poezja • W. Mejbaum, Filozofia i problemy + wiersze • • • • • A. Łozowska-Patynowska, o poezji Krystyny Lars Eda Ostrowska, poezja ks., J. Sochoń, Filozofia jako religia + wiersze A . Wołosewicz, o Wojciechu Kawińskim Laureatki „Konkursu Migotań na recenzję” Nr 4 (53) 2016 kwartalnik cena 15 złotych w tym VAT 8% „więcej jest wśród nas umarłych niż nam się zdaje” (F. Śmieja, Życie pozagrobowe) ks. Jan Sochoń Niebo Kościół popada w ruinę, słyszę na ulicy, tuż obok wejścia do metra przy Placu Wilsona. Księża nie potrafią, lub nie chcą, udźwignąć cudu demokracji. Wciąż trzymają się, i to kurczowo, starych mszałów, i starych kości. Ich oczy są szare, jak niebo nad Golgotą. 5 VII 2O14 R. W numerze fotografie prezentuje Robert Gauer Gazeta literacka ISSN 2083-2494 Fundacja Światło Literatury Gdańsk Gazeta 2016 Literacka 1 FELIETON Piotr Gajda N iemal każdy poeta najpierw był grafomanem. To otwarcie nie jest na szczęście zdaniem kategoryzującym; każdej regule przydarzają się chlubne wyjątki. Niestety, mój osobisty przykład do nich nie należy, co można łatwo sprawdzić na łamach kilku rzadkich cymeliów literackich w rodzaju Antologii wierszy poetów nagrodzonych w Turnieju Jednego Wiersza pt.: „Kobieta” w latach 1994–2005 czy piotrkowskiego pisma regionalno-kulturalnego „KurieR i Taraskę, po Konstantynów Łódzki. Krzysztof (legitymujący się podówczas dwoma nominacjami do nagrody głównej w konkursie im. Jacka Bierezina), delikatnie jak to tylko możliwe, dał mi do zrozumienia, że to, co piszę, ma rangę godną miasteczka, którego mieszkańców truł przez dekady wielki zakład wyrobów chemicznych, ale już niekoniecznie sprawdzi się „na wolnym powietrzu”. Zrozumiałem tę lekcję i w trzy miesiące później (był rok 2007) moje „nowe wiersze” ukazały się drukiem w łódzkim „Tyglu Kultury”, a ich „chrzestnym ojcem” i „redaktorem prowadzącym” był nieodżałowany Zdzisław Jaskuła. Nie wiadomo, co byłoby dalej z moją grafomanią, gdybym w swoim czasie nie zetknął się z poezją Rafała Wojaczka, nie spotkał na warsztatach literackich Marka tomiszczem przed nosami innych niespełnionych poetów na dowód własnej wielkości (poetyckiej szerokości zero), którym nie starczyło pieniędzy albo nie wychodzili ich u prezydenta lub starosty. Wklejałbym poszczególne wiersze na Fejsa i napawał się opiniami znajomych, że takie cudne. Może jakimś cudem otarłbym się o profesjonalny poetycki festiwal (jak onegdaj zapoznana animatorka kultury i słaba poetka), żeby w czasie spotkania autorskiego obecny wśród publiczności pewien hołubiony przez mainstream autor mógł rzucić w przestrzeń ciche pytanie retoryczne: „Cóż to za nieszczęsne dziewczę?”. Wspominałem wcześniej o wyjątkach… Minęło kilka lat, pomimo że zdążyłem w międzyczasie wydać dwie książki poetyckie, otrzymać nominację do Bierezina, nagrody w kilkunastu znanych konkursach poetyckich, a także publikować wiersze w ogólnopolskich czasopismach literackich, nadal Grafomania – odmiana przez przypadek FELIETON – Kultura i Rzeczywistość”, gdzie opublikowano zestawy moich absolutnie grafomańskich wierszy, jakimi w swoim czasie wygrałem kilka lokalnych konkursów poetyckich. Na szczęście koledzy po piórze byli czujni. Na portalu Nieszuflada.pl za wklejkę z wierszem „objechał mnie jak burą sukę” Jacek Dehnel, co z jednej strony mocno mnie ubodło (jak każdego podobnego mi grafomana), ale z drugiej dało sporo do myślenia. Zwłaszcza że przecież już w okolicach końca lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku napisałem kilka według mnie (a moje „ja” zawsze bywało przesadnie krytyczne) wcale niezłych wierszy, które nigdy nie doczekały się publikacji, ponieważ podczas jednej z przeprowadzek teczkę pełną tekstów omyłkowo wrzuciłem do pieca. Ale wtedy był rok 2002, a ja po prawie dziesięciu latach od całkowitego odrzucenia poezji na rzecz twardej walki o byt w ultra-kapitalistycznej rzeczywistości powiatowego miasteczka literacko zupełnie zardzewiałem, straciłem liryczny węch i czucie. I „sadziłem” te swoje „knoty”, które mogły się podobać jurorom konkursów poetyckich wywodzącym się z szarej masy polonistów, bibliotekarzy i grafomanów z aspiracjami. Na szczęście otrzeźwienie nadeszło kilka lat później, w czym nieoceniony udział miał Krzysztof Kleszcz, poeta z tego samego miasta, o którego istnieniu tylko słyszałem, albowiem nie widywałem go na rozstrzygnięciach lokalnych konkursów poetyckich rozprzestrzeniających się „od morza do morza”, czyli mniej więcej od Tomaszowa Mazowieckiego, przez Piotrków Trybunalski Marek Wawrzkiewicz P popełniałem błędy. Jednym z nich było prowadzenie warsztatów, na które zgłosiło się około dwudziestu osób w różnym wieku, niestety, wszystkie za wyjątkiem jednej – młodego podówczas licealisty Tomasza Bąka – okazały się w istocie hardcore-grafomanami. Późniejszy autor [beep] Generation już wtedy zaprezentował wiersze, które z powodzeniem można było drukować. Dla innego ich uczestnika, dopominającego się, aby na końcu każdego wiersza umieszczać wytłumaczenie metafor, nie było już ratunku. Przy Bąku zaś nie zostało nic do roboty (a tym bardziej do zepsucia), ponieważ już wtedy wypracował nie tylko dojrzałość warsztatową, ale także i osobowościową. Został wciągnięty w łódzkie środowisko poetyckie, jednak z czasem zdecydowanie się od niego odciął, pozostając poetą niepodległym, takim, który nie ogląda się za siebie, a prze wyłącznie do przodu. Tym samym znowu wygrało życie w swoich kolejnych odsłonach, z jakich każda potwierdzała niepisaną regułę: „nie ma tego złego (choćby i w zalewie grafomanii), co by na dobre nie wyszło”. Grafomania nie jest zła, jeżeli się tylko ze sobą nie obnosi, jest siebie świadoma, nie czyni krzywdy, każąc brać z siebie przykład (pozbawiona elementu autokreacji, której celem jest uzyskanie statusu poety za wszelką cenę). Stanowi wtedy pożyteczne ujście dla ludzkich pragnień i energii. Z drugiej jednak strony świętą rację miał Montaigne: „W każdej dziedzinie można pozwolić sobie na nieudolność, byle nie w poezji”. Czego państwu i sobie nie życzę. PIOTR GAJDA Dedykacje (7) Głębokie sztolnie pamięci omyślałem, że w tej rubryce piszę o poetach i prozaikach powszechnie znanych. Lub takich, których przeciętny czytelnik znać powinien. Ale zreflektowałem się: są jednak twórcy całkowicie anonimowi, a przecież godni upamiętnienia. Wszak w każdym szanującym się mieście powinna istnieć mogiła nieznanego poety. Na których w określony ustawą dzień roku inni nieznani poeci składaliby wieńce i rękopisy – które, jak wiadomo, nie płoną. Kilka lat temu na Warszawskich Targach Książki podszedł do mnie jakiś pan i zapytał czy go pamiętam. Wytłumaczyłem, że od wczesnej młodości cierpię na osobliwy defekt pamięci: pamiętam daty, nazwiska, ale nie pamiętam twarzy. Jak zwykle w takich sytuacjach czuję się winny: on mnie zna, a ja 2 bo go nie. I wyznałem mu to otwarcie. Wyraził żal, przecież powinienem pamiętać, że przeszło pół wieku temu miał prawo nakłaść mi po mordzie, ale tego nie zrobił. Następnie opisał całą tę konwersację w takim środku masowej komunikacji, które w moich czasach nazywało się magiel, a teraz nazywa się - bodajże - fejsbuk. A ja w dalszym ciągu nie wiedziałem kto i dlaczego w zamierzchłych czasach nie zrealizował tego, co powinien. Aż tu... Od lat mam nieodwzajemnioną potrzebę porządku. I grzebiąc w prastarych papierach znalazłem wątły plik kartek spiętych zszywaczem. Wyblakły maszy- 2 Garbali i kumpla z wojska, bardzo zdolnego i ciekawego prozaika i poetę z Wrocławia Jacka Rzepkę (który ostatecznie zamilkł i zniknął mi z oczu), we właściwym miejscu i czasie Krzyśka Kleszcza, łódzkich „praszczurów” w osobach Andrzeja Strąka i Zdzisława Jaskuły oraz tak ważnych dla mnie po dziś dzień redaktorsko-towarzyskich orędowników – Rafała Gawina i Macieja Meleckiego? Najprawdopodobniej porzuciłbym ostatecznie pisanie, paradnie potykając się z opresjami życia codziennego. Zapuściłbym wąsy? O mały włos (cieniutki jak zbieżność kilku przypadków) po dziś dzień czytałbym grafomańskie wiersze na zlotach samozwańczych poetów województwa (tu wpisać dowolną z dostępnych nazw) przy zapalonych kadzidełkach i świecach (alternatywnie przy ognisku z kiełbaskami), obowiązkowo przebrany za starożytne bóstwo z widoczną nadwagą i w dodatku z lirą (byłbym jak ten bohater Satyrykonu Petroniusza, niejaki Eumolpus, cierpiący na kompulsywną potrzebę deklamowania własnych poematów). Być może po dziś dzień odbierałbym dyplomy z rąk jurorek-polonistek w fikuśnych okularach i fryzurach, którym nie zdarzyło się kupić książki poetyckiej, jeśli jej autorem nie był akurat Herbert, Szymborska, rzadziej Miłosz, czy częściej ksiądz Twardowski. Najprawdopodobniej zapłaciłbym drukarni wyspecjalizowanej w drukach akcydensowych za wydrukowanie książki poetyckiej zatytułowanej Kształtny powiew wiatru (obowiązkowo z jesiennymi liśćmi na okładce) i rozdawałbym ją przyjaciołom i znajomym. Wymachiwałbym Migotania 53 nopis nosił tytuł „Westchnienia do Jelonka”, opatrzony był imieniem i nazwiskiem i dedykacją: „Markowi na pamiątkę naszych poetyckich bojów - Zygmunt”. I wtedy wielką falą chlustnęły wspomnienia. Zygmunt w studenckich czasach znany był pod pseudonimem „Słodki Apollo”. Prawdopodobnie w archiwach naszej Alma Mater przechowały się dokumenty jego osiągnięć. Warto przypomnieć choćby jedno. Otóż na egzaminie z francuskiego przetłumaczył on zdanie „Ranek był pochmurny, ale hrabina postanowiła wyjść z pałacu” jako” Codziennie rano wyprowadzał na spacer swojego małego przyjaciela”. Poza wnoszenie twórczego wkładu w sztukę translatorską uprawiał też poezję. Dowodzi tego wspomniany wyżej maszynopis. Jelonkiem, do którego poeta wierszem wzdychał, była jego ówczesna ukochana. Ktoś drobiazgowy mógłby wprawdzie twierdzić, że jelonek w tym wydaniu przypomina raczej żonę łosia, ale nie zapominajmy: prawdziwa poezja uwzniośla. A także wyszczupla. A wiersze? powiem oszczędnie: są wzruszające. I pozostańmy na tym poziomie ogólności. Pewien studencki klub ogłosił turniej jednego wiersza z główną nagrodą w oszałamiającej wysokości trzystu złotych. Nie mogłem w nim uczestniczyć, ponieważ turniej adresowany był do absolutnych debiu- tantów. Ale mógł wystartować Zygmunt, tyle tylko, że koleżeńskie kolegium uznało, iż z jego utworami nie mamy szansy na przepicie nagrody. W tej kryzysowej sytuacji napisałem wiersz za naszego faworyta. Były w tym utworze uczucia prawdziwe, głębokie refleksje, mgły, melancholia, tragizm przemijania oraz odwołania do Hamleta. Dzieło w przejmujący sposób odczytane przez Apolla pobiło na głowę wszystkie inne. Laureat został w podniosłych słowach pasowany przez jury na poetę mającego wielką przyszłość, z wielką skromnością podziękował i za pokwitowaniem odebrał nagrodę. Młodszym czytelnikom pragnę wyjaśnić, że popularne w tamtych czasach wino owocowe marki „wino”, inaczej mówiąc „patykiem pisane” kosztowało 17,50 złotych polskich Być może właśnie wtedy powstała sytuacja, w której powinienem dostać to, co wzmiankowałem na wstępie. Być może, ale zupełnie tego nie pamiętam. A nie wyjaśniłem tego, bo zaraz były wakacje, po których Zygmunt wyjechał na Dolny Śląsk. Chyba bez Jelonka. A jeśli tak, to pewnie już wierszy nie pisał. Na wszelki wypadek: cześć jego pamięci. I mojej też. Częściowo. MAREK WAWRZKIEWICZ Edward Zyman ks. Jan Sochoń, Niebo/POEZJA…………………........................str.1 Piotr Gajda, Grafomania – odmiana przez przypadek/ FELIETON…………………….............................................................str.2 Marek Wawrzkiewicz – Dedykacje (7)/FELIETON……………..str.2 Edward Zyman - Poeta podglądający kolibry…/ ROZMOWA …………………………...............................................str.3 Florian Śmieja, wiersze/POEZJA……………….........................…str.5 Aleksandra Naróg - Dwa miasta Ryszarda Krynickiego/ ESEJ…...................................................................................…........str.6 ks. Jan Sochoń, wiersze/POEZJA...........................................…..str.7 Eda Ostrowska, Paw traw/POEZJA…....................……….…….str.8 Wacław Mejbaum - Filozofia i ‘Problemy filozoficzne”/ ESEJ…….…………………..........................................................…..str.9 Cezary Sikorski - Wacek Mejbaum i kamień filozoficzny/ ESEJ…...............................................................................................str.10 Wacław Mejbaum, wiersze/POEZJA…..…………………..…....str.12 Krystyna Śmiechowicz, Cwietajewa –powrót do Rosji cz.2/ ESEJ……………..…..........................................................................str.13 Anna Łozowska, W kręgu cielesnej rzeczywistości. O poezji K.Lars/ ESEJ........................................................................................…......str.16 Ewa Poniznik, Miłość i bunt….O poezji białoruskiej, ESEJ………….………………….........................................................str.18 Paweł Sarna, wiersze,/POEZJA……..………………...…………..str.19 ks. Jan Sochoń, Filozofia jako religia pobożności/ESEJ…….str.20 Sławomir Majewski, Ten Sofokles, Albert Camus/ESEJ...........str.22 Kamil Trombik, Jean Amery/ OSOBY..................................…...str.25 Natalia Krzemień, Wzgórze nadziei…/ESEJ...……………….….str.25 Anna Matysiak, MAŁE PROZY/PROZA…....................................str.26 Kazimierz Brakoniecki, Portret poety z czasów studenckich/ POEZJA……........................................................................………..str.28 Grzegorz Musiał, Dziennik włoski. Sycylia (25)/DZIENNIK........str.30 Stanisława Dubiski - Magiczna lalka/PROZA............................str.31 Mustafa Spahiu, poezja albańska/PRZEKŁADY........................str.32 Andrzej Wołosewicz, Wojciech Kawiński, Benedyktyn poezji/ INTERPRETACJE...............................................................................str.33 Ewa Poniznik, wiersze/POEZJA..................................................…str.36 Mateusz Wabik, Obrazy Beksińskiego…/SZTUKA…..................str.43 Elżbieta Musiał, Mówię pochyloną cambrią/POEZJA…....….str.44 Małgorzata Dorna W., Zofia Kawalec Łuszczewska…/ SZTUKA…………….………...............................................................str.46 Agnieszka Syska, drzewu różę kradnę/POEZJA…………...…..str.49 Lech Galicki, Ujrzałem,/POEZJA…….…………….………………str.49 Kamil Trombik, Kilka jesiennych myśli/FELIETON………….…....str.50 Anna Krasuska, wiersze,/POEZJA…………………………………str.51 Edward Zyman, Z listów do przyjaciela/KORESPONDENCJA...str.52 Erazm Felcyn, Plaża Gauera/OMÓWIENIE…..............….…….str.54 Jacek Geisler, Poszczekadła Piąte, cd.…………….………….str.56 Leszek Szaruga, Wyprasowania (21)/FELIETON………….…….str.56 RECENZJE: Katarzyna Buczyńska, W łódce z Tove Janson, NAGRODZONY TEKST…………..................................................................................str.37 Kinga Młynarska, W poszukiwaniu istoty człowieka, NAGRODZONY TEKST.…................................................................str.38 Magdalena Szewczuk, Zaproszenie do więzienia, NAGRODZONY TEKST……….........................................................str.39 Anna Musz, Nieskończoność liczona na palcach, O Południku C.Sikorskiego...................................................................................str.40 Kamil Trombik, S. Stewart-Williams, Darwin, Bóg i sens życia...str.40 Piotr Gajda, Życie gęste, żarliwsze…..................................…...str.41 Anna Dominiak, To co dalekie, spotyka się blisko, Beaty P. Klary ..........................................................................................................str.42 Poeta podglądający kolibry ROZMOWA Spis treści Z Florianem Śmieją – poetą, tłumaczem, eseistą rozmawia Edward Zyman Edward Zyman: - Na wstępie naszej rozmowy chciałbym wrócić na chwilę do Pana bujnej młodości. Wykładowca akademicki, pisarz, redaktor, dziennikarz, tłumacz, animator kultury, globtroter, słowem niezwykle intensywna, gęsta działalność, która trwała także w późniejszych latach i z której Pan się ostatnio kompletnie wycofał. Mówiąc słowami Czesława Miłosza oddalił się Pan od „jarmarku świata”, wybierając zacisze nad jeziorem Huron i kontaktując się głównie z naturą, z ptactwem, ze zwierzętami. Wiadomo, że każdy z nas doświadcza nieuchronnie biologicznych konieczności, chcę jednak zadać Panu pytanie: czy był to trudny wybór? Florian Śmieja: - Znalazłem się rzeczywiście na najwyższej półce wiekowej, a wówczas jesteśmy pozostawieni samym sobie. W tym momencie to, co mnie otacza jest bardzo ważne. Pobyt nad jeziorem Huron na północy kanadyjskiego Ontario, obcowanie z przyrodą daje mi spokój i czas na refleksję. Gratuluję sobie, jeśli uda mi się napisać jakiś wiersz. Jest to jakby pewien sprawdzian, że umysł jeszcze pracuje. Że jeszcze potrafię złożyć słowa tak, że mogą być odbierane przez innych. Nie wiem czy powinienem się spodziewać jakiejś większej aktywności, wypadałoby się raczej wyciszyć, zresztą ja ciszę bardzo lubię, uważam, że otacza nas za dużo hałasu. Z tym, że ja do hałasu zaliczam także muzykę popularną, z czym się większość ludzi nie zgodzi. Jakoś umiałem nie chodzić na wielkie koncerty, przejmować się popem. E.Z.: - Przebywając w tej samotni z wyboru, słuchając muzyki natury, najpiękniejszej muzyki, jaką można sobie wyobrazić, nie zaniechał Pan pisania poezji. W wielu nowych utworach powraca nieustannie ów autotematyczny motyw, czy udało się Panu raz jeszcze oswoić słowo, zmusić je do posłuszeństwa, czyli ten okres wyciszenia nie oznacza, na szczęście, braku aktywności twórczej. Nieco korygując zwrot przywołanego przed chwilą autora Drugiej przestrzeni mógłby Pan powtórzyć pierwszy dwuwers jego szczerej do bólu „Modlitwy”: Pod dziewięćdziesiątkę i jeszcze z nadzieją, Że powiem, wypowiem, wyksztuszę, Jeżeli nie przed ludźmi, to przed Tobą, Który mnie karmiłeś miodem i piołunem. F.Ś.: - U mnie to już po dziewięćdziesiątce. Oczywiście, wciąż podejmuję te próby, bo bez nich byłoby mi jakoś trudno. Inspiruje mnie nazywanie wciąż nowych sytuacji dawniej nie dostrzeganych, czy nieprzewidywanych lub niedocenianych, pozwala je lepiej rozumieć, oswoić czy akceptować.Ważne jest dla mnie także to, że jednak w tym oddaleniu nie tracę kontaktu ze światem zewnętrznym. Ucieszyło mnie na przykład bardzo powstanie ostatnio nowej strony internetowej poświęconej kulturze www.cultureave.com, z którą współpracuję na moich prawach: chcę, mogę, ale nie muszę, co zaakceptowała jej redaktorka, Joanna Sokołowska-Gwizdka. Publikując w tym ciekawym magazynie od czasu do czasu próbuję dać czytelnikowi to niewiele, na które mnie dzisiaj jeszcze stać. E.Z.: - Bez presji terminów, zobowiązań… F.Ś.: - To na pewno jest pewien luksus na starość, że ma się tę możliwość władania sobą kompletnie, bez przymusów, nalegań innych ludzi, bez tych wszystkich konieczności, które nam towarzyszyły wcześniej. E.Z.: - Gdy czytam Pana ostatnie wiersze powstające w ontaryjskiej samotni, przywołuję w swojej pamięci jeden z Pańskich wczesnych utworów zatytułowany „Jesień”, z wydanego przed ponad półwieczem tomiku Powikłane ścieżki, w którym znalazłem sentencję mówiącą, że szczęścia winniśmy szukać nie w celu, lecz w drodze samej. Odnoszę wrażenie, że w Pań- skim życiu to dyrektywa wciąż aktualna, może teraz nawet bardziej niż kiedykolwiek. F.Ś.: - Życie zawsze rozumiałem jako ruch, aktywność, dążenie; należy je zaprzęgnąć do akcji, zrobić zeń użytek, uczynić swoim wspólnikiem i towarzyszem w tej wędrówce pełnej tajemnic i niespodzianek, jaką jest nasza egzystencja. E.Z.: - I jeszcze jedna wyprawa w dość odległą przeszłość. W innym wierszu tego tomu zatytułowanym „Obawa”, jakby antycypując sytuację, którą dzisiaj obserwujemy, pisze Pan o poezji skazanej na banicję ze świata, który co coraz sprawniej ponaddźwiękowo i międzyplanetarnie leci donikąd. Przypomina Pan sobie ten wiersz? F.Ś.: - Tak. E.Z.: - Przynosi on wizję, że wśród lasu anten telewizyjnych, dynamicznie, agresywnie rozwijającej się cywilizacji, poezja przestanie być dla wielu potrzebna, a ona jest przecież niezbędna. Chciałbym Pana zapytać: co to było? Proroczość jakaś nadzwyczajna, przypisana twórcom? Wtedy jeszcze przecież nie było powodów, by snuć takie ponure przepowiednie. Był Pan człowiekiem młodym, bardzo aktywnym, pełnym pomysłów, nadziei i planów… F.Ś.: - Czułem, że ta aktywność, o której Pan wspomina, choć intensywna, była dla mnie niepełna. Byłem poza ojczyzną, realizowałem się w obcym języku, parałem się przecież językiem hiszpańskim, i czułem, że także przez innych mogło to być postrzegane, jako jednak sztuczne. W każdym razie miałem głębokie przeświadczenie, że pełne życie toczy się w innym obszarze. Że to, co mnie otacza ma więcej do czynienia z tym, co popularne, a nie ze słowem, zwłaszcza poetyckim. Myślę, że w ówczesnym postrzeganiu rzeczywistości, z którą miałem na co dzień do czynienia, byłem nie tyle pesymistą, co realistą. Widziałem przecież, co się dzieje. Miałem świadomość, że książka nie jest materiałem chodliwym, że ludzie po prostu nie czytają, a my, piszący, staramy się robić dobrą minę do złej gry. A więc, że z tym przedmiotem, który uważamy za istotny, stanowiący część kultury podstawową, kultury do której nas kiedyś przygotowywano, nie jest dobrze. Zamiłowanie do czytania, systematycznego wertowania książek nabyłem dawno temu, jeszcze jako młody człowiek i zawdzięczam to moim wychowawcom, i później kontaktom z ludźmi, którzy mi imponowali. Ja, jak pan wie, musiałem się dorobić języka, którego w dzieciństwie nie znałem, bo jako dziecko używałem gwary, z której musiałem wyrosnąć. Opanowanie języka literackiego było więc dla mnie nie lada wyzwaniem. Gdy to osiągnąłem, gdy zdobyłem pewną wiedzę i umiejętności komunikowania się z innymi ludźmi uświadomiłem sobie… E.Z.: - Na emigracji. F.Ś.: - … której nie wybierałem, że to nie jest tak bardzo pożądane, jak w moim przekonaniu pożądane być powinno, że to jest, tak było wtedy, a i dziś jest 3 podobnie, rodzaj jakiejś kapliczki, niszy, do której niewielu zagląda. Stąd właśnie to poczucie niepełności. E.Z.: - To, że jako dziecko posługiwał się Pan na śląskiej prowincji głównie gwarą to fakt wielokrotnie w pańskiej biografii podkreślany, ale skoro już o tym mówimy, chciałbym abyśmy przeszli do kolejnego ważnego w Pana życiu wyboru, jakim był wybór języka artystycznego na obczyźnie, co wciąż intryguje badaczy literatury. Jesteście, mówię o grupie „Kontynenty”, jedyną grupą w dziejach polskiej literatury, która powstała na emigracji z ludzi doskonale władających Gazeta Literacka 3 cd. str.4 ROZMOWA cd. ze str.3 językiem obcym, angielskim, wychowanych w kulturze angielskiej i wykształconych w angielskich szkołach, którzy w momencie debiutu, momencie niezwykle ważnym dla każdego twórcy, wybrali jednak nie język angielski, lecz polski. Wiem, że w literaturze przedmiotu była już o tym wielokrotnie mowa, tym niemniej chciałbym Pana zapytać raz jeszcze: dlaczego? Jaki czynnik, czy zespół czynników wpłynął na waszą decyzję? To chyba nie było łatwe zdecydować się w morzu angielszczyzny pisać po polsku. F.Ś.: - Jak mawiał Darowski, poezję pisze się w języku odebranym od matki, czyli w języku, który jest dla człowieka najbardziej intymny, ergo pisanie w obcym języku, jakim był dla każdego z nas, mimo wszystko, angielski właściwie nie wchodziło w grę. Próbowaliśmy, każdy z nas próbował, ale to się nie udawało. Powiedziałbym, że raczej wmawialiśmy sobie, że coś nam się udało napisać po angielsku, co nawet następnie tłumaczyliśmy na polski, ale myślę, że to były nieudane próby. Jednak ten język matczyny, dla każdego z nas podstawowy, zażądał swoich praw i wydał się najsłuszniejszym. Dlaczego? Bo jak ja napiszę coś po polsku, myślę oczywiście o wierszu, to mam pewność, że to jest właśnie to, co napisać chciałem, nawet jeśli to trzeba poprawiać, wprowadzać pewne korekty. E.Z.: - Że mówiąc słowami wieszcza, język myślom nie kłamie. F.Ś.: - I że ja to wiem, czuję, i że to mogę sprawdzić. A każdy inny język, w moim przypadku angielsku czy hiszpański, wymagałby jeszcze człowieka, dla którego to jest język naturalny i który potrafiłby wyłapać wszystkie jego niuanse, a ja jakoś nie potrafiłem sobie wyobrazić współpracy w tandemie z desygnowanym redaktorem-tuziemcem nad literackimi tekstami. To właśnie było powodem, że choć kilku z nas początkowo podejmowało takie próby, w późniejszym okresie od nich odstąpiło. Jednym z naszych autorytetów i zoilów na londyńskiej niwie był Zygmunt Nowakowski. Z nim popadłem w konflikt, kiedy w imieniu naszej grupy młodych poetów zaprosiłem Miłosza do Londynu. On nam nie pamiętał wątpliwych określeń pisanych w afekcie i młodzieńczej nietolerancji. Trzy lata po incydencie z Miłoszem, napisał felieton „Kula u nogi?” Był to jego błyskotliwy komentarz do dyskusji, jaką wówczas prowadziliśmy w naszym piśmie na temat języka zastanawiając się, czy w naszej sytuacji język polski był dla nas najwłaściwszy, czy nie należało się od niego uwolnić i przylgnąć do angielskiego. Zygmunt Nowakowski ani na moment nie wątpił, że jednak zwycięży język polski. Cytując fragment mojego przekładu hiszpańskiej prozy poetyckiej, nie szczędził mu największych pochwał i zakończył tak : „I czy ktoś, kto tak pisze, może kiedykolwiek wyrzec się pisania po polsku? Czy polszczyzna i polskość może być dla niego kulą u nogi?” Mimo, że widział, iż stare i młode pokolenie pisarzy na uchodźstwie odnosiły się do siebie z obojętnością i chłodem, nie miał wątpliwości, co do tego, który język młodzi wybiorą. Decyzja nie zapadnie w dyskusji, argumentował: „Ona wykluje się sama, w samotności, w pasji, w trudzie, w męce, w wewnętrznym szamotaniu się. Decyzja taka nie może być dziełem rozwagi. Ona przyjdzie pewnego dnia jak piorun. I będzie wyrazem solidarności, nie wykalkulowanej na zimno, nie wyrozumowanej, ale radosnej tajemniczej solidarności z Polską, przed którą nie da się uciec nigdzie, nigdzie ukryć, nigdzie zamknąć”. I dodał na koniec: „A język, zamiast kulą u nogi lub wędzidłem, stanie się ostrogą do lotu.” E.Z.: - Gdy dzisiaj obcujemy, jako czytelnicy, z literackim dorobkiem dawnych członków grupy, nie sposób nie zauważyć, że przeczucia Nowakowskiego nie myliły go. Powiedział Pan, że nikt z kontynentowców nie zdecydował się na wybór języka angielskiego. Uściślijmy to: poza Andrzejem Buszą, najmłodszym z was, który opuścił Polskę mając zaledwie kilka miesięcy. F.Ś.: - Ale Busza także przez dłuższy czas pisał po polsku i dopiero po wielu latach, po Kohelecie opublikowanym w połowie lat 70., przeszedł na angielskii. On zresztą w jakiejś rozmowie, bodaj że z Beatą Tarnowską, mówiąc o tym stwierdza, że dziś nie jest pewny, czy wybór angielskiego był dla 4 niego, jako twórcy, najlepszym rozwiązaniem, czy nie był po prostu błędem. E.Z.: - Podrążmy jeszcze temat pisarza na obczyźnie. Wówczas, gdy debiutowaliście w latach 50. w Londynie, sytuacja była diametralnie inna od tej, z którą mamy do czynienia dzisiaj. Obecnie nie ma barier politycznych, administracyjnych, nie ma granic, komunikacja między krajem a obczyzną jest ułatwiona. Czy to oznacza, że rzeczywiście literatura polska już jest w jednym łożysku, czy wciąż jej obiegi są różne. 4 Migotania 53 F.Ś.: - Ja może nie tkwię zbyt głęboko w tym, co się dzieje w literaturze polskiej, bo to, co w tej chwili piszę, mam na myśli moje wierszyki, które nazywam notacjami, piszę raczej dla siebie. Jeszcze ich, jako całości, nie wydaję, choć pojedynczo były publikowane w „Śląsku”, „Odrze” czy ostatnio w „Toposie”. Czy one są w łożysku jednym, czy tylko „emigracyjnym” trudno mi powiedzieć. E.Z.: - Skoro publikuje je Pan w Polsce, to powiedziałbym, że w łożysku „emigracyjnym” ich w ogóle nie ma, co zważywszy na żyjącego poza Polską czytelnika, dla którego książka od dawna była, jak powiedział kiedyś Tadeusz Nowakowski, „artykułem pierwszej niepotrzebny”, niewielką jest stratą. Ale dlaczego o to pytam? Przede wszystkim dlatego, że jest Pan pisarzem, dla którego kontakt z kulturą polską, z krajem, był zawsze czymś naturalnym jak powietrze, choć nie zawsze takie stanowisko przyjmowano na emigracji ze zrozumieniem. F.Ś.: - Wie Pan ja tego nigdy nie starałem się traktować, jako swoistej ideologii, to było dla mnie czymś oczywistym, ja tak po prostu czułem. To była moja najgłębsza potrzeba. Ja nawet nie myślałem o tym w kategoriach, czym mi to grozi, czy jest to poprawne politycznie czy wprost przeciwnie. Pamiętam, że podczas mojego pobytu w Polsce w 1975 roku wybrałem się w Warszawie na spotkanie w empiku, podczas którego młody krytyk literacki, Edward Zyman, omawiał twórczość mieszkającego na Śląsku Stanisława Horaka, autora głośnej w swoim czasie powieści Pustelnia. Gdybym o tym opowiedział w torontońskim środowisku piszących pewnie by mnie skarcono, a prelegent osiem lat później, jako emigrant polityczny, zjawił się w Kanadzie. To że wówczas poszedłem na to spotkanie, że poznałem nowych ludzi było dla mnie czymś naturalnym i w ogóle nie zastanawiałem się nad tym, czy to jest, jak się tutaj w pewnych kręgach twierdziło, niemoralne i niepatriotyczne. E.Z.: - Jeśli ktoś tak mógł myśleć o kontaktach z kulturą polską w kraju po wydarzeniach w Poznaniu w 1956 roku, marcu 68, robotniczych protestach w 1976, nie wspominając o grudniu 1970, było to trochę dziwne. F.Ś.: - Ale było, a moich wykładów z hispanistyki też nie przyjmowano zbyt życzliwie, imputując mi różne dziwne motywacje. E.Z.: - Skoro już o tym mówimy, zapytam, czy wiadome służby nie zarzucały na Pana sieci, nie kusiły? Wszak był Pan dla nich ważną postacią – profesorem, pisarzem, emigrantem. F.Ś.: - Kusiły. Podczas jednego z moich pobytów w Polsce, gdy – jak to było w moim zwyczaju – wędrowałem po kraju, do mojego brata w Zabrzu osiem razy przychodził ubek by mnie wezwać na komisariat. Gdy wreszcie doszło do rozmowy powiedziałem im, by mnie zostawili w spokoju, gdyż uważam, że jako nauczyciel akademicki, a także jako pisarz i tłumacz, robię dla polskiej kultury dobrą robotę. E.Z.: - Przypomina Pan sobie może jakieś szczególne zdarzenie, sytuację, które mogłyby świadczyć o tym, że przybyszowi z Kanady przyglądano się bardziej niż innym uważnie? F.Ś.: - Wypytywali mnie gdzie bywam i z kim się spotykam. Nie miałem powodów, by to ukrywać, zresztą wiedziałem, że oni wszystko o mnie wiedzą, bo gdy wymieniałem jakieś nazwiska, z reguły znanych pisarzy śląskich, to oni ze swoich notatek dodawali kilka innych. Znaczyło to, że nie spuszczają ze mnie oka, ale ja nie byłem konspiratorem. Odwiedzałem redakcje pism, do których chodzili także inni, bywałem na uczelniach, które do tajnych nie należały, rozmawiałem z ludźmi, których nazwiska były powszechnie znane. Czy pamiętam jakieś szczególne zdarzenie? Nic spektakularnego sobie nie przypominam. Pamiętam natomiast bardzo dobrze nocną rozmowę w Krakowie z bardzo interesującym poetą Leszkiem A. Moczulskim. Czekałem na późny pociąg do Warszawy i on mi towarzyszył. Prowadziliśmy ożywioną dyskusję na różne, głównie literackie tematy. Dlaczego to pamiętam? Ze względu na mojego rozmówcę, który nie miał żadnych obaw, by dialogować z emigrantem, co wspomnianym przez pana służbom z pewnością się nie podobało. E.Z.: - Minęło niewiele w końcu lat i okazało się, że te wszystkie intrygi, obserwacje zza węgła, przemyślne pułapki i zasadzki przestały mieć jakiekolwiek znaczenia, bowiem słowa zaaresztować skutecznie się nie da, przeniknie przez najgęstsze nawet sieci. F.Ś.: - Nie da się, choć jak to mówił Norwid… E.Z.: Ogromne wojska, bitne generały, Policja-tajne, widne i dwu-płciowe – Przeciwko komuż tak się pojednały? – Przeciwko kilku myślom… co nie nowe! F.Ś.: - No, właśnie! E.Z.: - Jak powiedzieliśmy słowo się zawsze wybroni, ale wśród twórców, podobnie jak wśród przedstawicieli innych zawodów, znaleźli się tacy, którzy nawiązali ze służbami tajnymi bardziej lub mniej intensywną współpracę, bywało, że bez większego nacisku z ich strony. Od czasu do czasu pojawiają się nowe, nieznane bądź mało dotąd znane, odsłony tej wstydliwej współpracy. Ostatnio Adam Czerniawski w obszernym artykule „Casus Bolka Taborskiego, czyli karawana jedzie dalej” opublikowanym w londyńskim „Nowym Czasie” (2016 nr 4/221) skomentował krępujący epizod w biografii jednego ze swoich dawnych przyjaciół z „Kontynentów”, Bolesława Taborskiego. Jak Pan przyjął wspomniany artykuł Czerniawskiego? Pytam o to, bo pozostawał Pan z Taborskim w długoletnich, bliskich stosunkach. F.Ś.: - Wszystko wskazuje na to, że Bolek rzeczywiście nawiązał tę współpracę z jakichś względów, myślę, że ideowych, bo on bardzo wierzył w polski Październik, co oczywiście w niczym nie usprawiedliwia jego działań. E.Z.: - Janusz Krasiński powiedział, że Październik skończył się już w listopadzie. F.Ś.: - No tak, ale wówczas nawet Giedroyc dawał Gomułce duży kredyt. Wiara w to, że zmiany w Polsce zmierzają w dobrym kierunku nie była na emigracji odosobniona. Z drugiej strony przy Bolku pojawiały się pewne znaki zapytania. E.Z.: - W związku z jego publikacjami, które dość jednoznacznie ujawniały jego polityczne sympatie? F.Ś.: - Nie tylko. Czasami dochodziły nas głosy, że on się za bardzo w te sprawy angażuje, co wywoływało w nas pewne obawy, ale on potrafił je rozproszyć błyskotliwymi ripostami. Ja wówczas prowadziłem „Merkuriusza” i zadecydowałem o druku jego manifestu „Moralne prawo”, które było atakiem na emigrację i kler, uważając, że skoro mamy wolność słowa, to nie mogę wprowadzać cenzury. Skończyło się to dla mnie nie najlepiej, bo praktycznie emigracja wymusiła na mnie rezygnację ze stanowiska redaktora naczelnego. Ludwik Angerer, który był naszą przyzwoitką na emigracji, nakazał mi natychmiast ustąpić. Włączył się w to nawet generał Anders, a była to w środowisku londyńskiej emigracji wielka postać. Schedę przejął po mnie właśnie Czerniawski, który jako niedawny dziennikarz „Głosu Ameryki” wydawał się najbardziej odpowiednim kandydatem. Wróćmy jednak do Taborskiego. Bolek rzeczywiście pisał teksty, które mogły dać sygnał bezpiece, że warto z nim nawiązać bliższy kontakt, ale choć on wówczas jeździł często do Polski, nie przyszło mi to do głowy. Ja go po prostu nie podejrzewałem, że on w kraju wikła się w coś takiego, zresztą ja nie mam takiej natury, z reguły ufam ludziom. Powiedział pan, że ja byłem z Bolkiem bardzo blisko, ale to nie było tak do końca. Ja wówczas uczyłem, miałem liczne obowiązki, spotykaliśmy się głównie w redakcji i na organizowanych od czasu do czasu spotkaniach literackich. Pyta pan, jak ja przyjąłem artykuł Czerniawskiego. Z przykrością. Tym większą, że Taborski nie żyje i już nie może się bronić, ale także dlatego, że Bolek nadużył naszego zaufania, bo myśmy, jako redakcja, go bronili. Pisze Czerniawski, że SB miało jeszcze jednego agenta, który dostarczał jej informacji o naszej grupie, niejakiego „Charlsa” i sugeruje, że był to Jerzy Sito. Ja nie miałem wówczas, i teraz też nie mam na ten temat żadnej wiedzy. I chyba nie chciałbym już mieć, bo o co taka wiedza mogłaby mnie wzbogacić? Wiemy, że ludzie bywają słabi, zwłaszcza w sytuacjach gróźb, wymuszeń czy szantaży, a przecież to są metody pracy każdej tajnej policji. W podobnych przypadkach mówi się, i słusznie, o konkretnych osobach, ale należałoby mówić także o systemie komunistycznego totalitaryzmu – cynicznym i bezwzględnym, który łamał ludzi, a który dziś, na szczęście, jest już historią. E.Z.: - Zmieniając temat. Jako pisarz, tłumacz i mądry kolekcjoner różnych kultur zwiedził Pan praktycznie cały świat, a w Pańskich wierszach, właściwie od początku, a z całą pewnością w twórczości późniejszej jednym z głównych tematów jest Śląsk, Opolszczyzna, Kończyce, słowem świat pierwszych doznań i olśnień, które ukształtowały na zawsze Pana wrażliwość. Paradoks to, czy raczej zjawisko normalne? F.Ś.- Opolszczyznę zacząłem doceniać z wiekiem. Uświadomiłem sobie, że to były nasze zachodnie kresy, sprzedane, zaniedbane, zapomniane, dopiero niedawno dostrzeżono je jako intratne źródło szabrownictwa. Jako malec spotykałem się jeszcze z reliktami pralasu, który poddany systematycznej eksploatacji, zmienił się w opustoszały skansen na podobieństwo Kościoła Górskiego Naszego Zbawiciela popularnie nazywanego Świątynią Wang w Karpaczu sprowadzonego z Norwegii w 1842 roku. Mój Śląsk i moją E.Z.: - Czytając „Fotografię z Siołkowic”, „Piękną gwarę”, „Gaudeamus”, „Szukanie ojczyzny”, „Okolice Opola”, „Inwokację” czy poruszające „Prochy” – wymieniłem tylko kilka przykładów – można odnieść wrażenie, że nigdy nie opuścił Pan stron rodzinnych. W wierszu „Zima w Ontario” pisze Pan: Długa, ostra zima, zima piękna. Do Polski stąd dalej. I bliżej. F.Ś.: - Ten paradoks wielkiej odległości geograficznej i zbliżenia, czy raczej podobieństwa klimatycznego nadal mnie fascynuje. W tym sensie Kanada, z jej „polskimi” porami roku, w jakimś sensie zbliża mnie do kraju E.Z.: - Mówiliśmy wcześniej o podejmowaniu przez Pana i Pana przyjaciół z grupy „Kontynenty” prób pisania w języku angielskim. W 1984 roku opublikował Pan w Kanadzie tom Not a Tourist, w którym w wierszu tytułowym znajdujemy dowód – wyrażony expressis verbis – na Pańskie zadomowienie w nowej ojczyźnie. Także inne wiersze, takie choćby jak „Mississauga” czy teksty będące pochwałą jeziora Huron, mówią, że utraciwszy rodzimą Arkadię, znalazł Pan po latach – nową. Obie mogą być bliskie w jednakowym stopniu? F.Ś.: - Myślę, że jest coś tajemniczego i zarazem głęboko naturalnego, ludzkiego, w próbie adaptacji i polubienia nowego otoczenia bez zapominania o dawnym kochaniu. E.Z.: - Jeśli w równej mierze można kochać obie Arkadie, to skąd w takim razie, wyrażana na wiele sposobów, tęsknota za Śląskiem, Opolszczyzną, Kończycami, które tytułem jednego z tomów nazwał Pan ziemiami utraconymi? F.Ś.: - Tęsknota za krajem lat dziecinnych, za światem ujrzanym po raz pierwszy i po raz pierwszy świadomie, ale przede wszystkim zmysłowo przeżytym, nie jest wymysłem poety. To doświadczenie, myślę, każdego wrażliwego człowieka. Utrata tego kraju w sensie przestrzennym i czasowym jest nieubłagana, a na starość odzywa się ze wzmożoną siłą. Ja staram się go „odzyskać” w poezji, ocalić w pamięci. E.Z.: - Panie Florianie, na zakończenie naszej rozmowy zostawiłem problem najtrudniejszy. I pewnie nie odważyłbym się go podjąć, gdyby nie to, że ja również, nieco młodszy staruszek, niebawem, jeśli Los pozwoli, znajdę się na „Pańskiej” półce wiekowej. Mój znakomity krajan, Radomszczanin, jeden z najwybitniejszych poetów polskich, Tadeusz Różewicz w wierszu zadedykowanym Henrykowi Beresce „Wrota śmierci” napisał: najtrudniejsze zadanie przejść przez wrota śmierci bez pomocy Anioła wierzący przechodzi przez wrota śmierci z zamkniętymi oczami po przejściu ma uśmiech na ustach W Pana wierszach zawsze pojawiał się motyw śmierci – ludzi, zwierząt, drzew. Czym jest dla Pana ów wiek z najwyższej półki, dostarczającym wielu cierpień uwięzieniem w sprzeciwiającym się nam coraz konsekwentniej ciele? A może swoistym stanem sérénité, wewnętrznego uspokojenia, pogodzenia się z nieuchronnym wyrokiem Losu? Czy myśli Pan, w jaki sposób i jak często o tym, że wcześniej czy później trzeba będzie wsiąść do łodzi Charona F.Ś.: - W wierszach, które od pewnego czasu piszę, nie zapominam o tym bliskim sąsiedztwie i jak chyba każdy śmiertelnik życzę sobie dobrego, spokojnego odejścia respektując jego tajemnicę. Na wstępie naszej rozmowy powiedziałem, że w moim wieku człowiek pozostaje sam na sam ze sobą. Ujmując to w ten sposób miałem na myśli przede wszystkim problem, o który pan pyta, bo do konfrontacji z transcendencją musimy stanąć osobiście, innej możliwości nie ma. Ale chciałbym podkreślić, że w życiowej wędrówce od kilkudziesięciu lat nie jestem sam. Towarzyszy mi w niej moja żona Zosia, najwspanialsza Beatrycze, jaką mogłem sobie wymarzyć, co starałem się wyrazić w niektórych moich wierszach. Przytoczył pan fragment „Wrót śmierci” Tadeusza Różewicza, które mówią, we właściwej temu wybitnemu poecie stylistyce, o miejscu Boga, wiary w życiu człowieka. Ja jestem wierzący, wyniosłem to z rodzinnego domu, a późniejsze życie, pełne niełatwych, a nieraz dramatycznych momentów, tę wiarę we mnie utrwaliło. Różewicz ma rację: wierzący podchodzi do tej nieodwracalnej konieczności Losu z wewnętrznym spokojem, choć niekoniecznie z uśmiechem na ustach. E.Z.: - I już ostatnie pytanie. W jednym z wierszy pisze Pan: Poję kolibry w domku nad Huronem znalazłem czas, by nacieszyć się światłem. W innych notacjach przygląda się Pan uważnie wiewiórkom, wronom, szopom praczom, wierzbie, którą nazywa Pan swoją indiańską prawnuczką, usiłując dociec jej fenomenu istnienia. Co można dostrzec podpatrują niespiesznie, z wnikliwością i empatią fascynujący świat natury? Jaką wyciągnąć dla siebie naukę? F.Ś.: - Małe, ale ważne sprostowanie. Ja nie nazywam wierzby moją prawnuczką, to moja prawnuczka otrzymała imię Willow, bo tak życzyła sobie jej mamaIndianka, a mój wnuczek, który czasami mówi do mnie śląską gwarą, ma na imię Michał Burza. Jaką wyciągam naukę z podglądania przyrody? Podziwiając kojarzące się mi się przede wszystkim z Ameryką Łaci ską zwinne i szybkie jak błyskawica kolibry, ale także przemyślne szopy pracze, dzikie indyki, czy słuchając gęgotu przelatujących gęsi, jestem zawsze świadomy majestatu jeziora-morza Huron, który mnie zmusza do kontemplacji niepojętego zjawiska, jakim jest fenomen istnienia, jego niezmierzonego bogactwa i tajemnicy, której racjonalnie nigdy do końca przeniknąć się nie da – bez stawiania jakichkolwiek pytań. MISSISSAUGA, FLORIAN ŚMIEJA WRZESIEŃ 2016 EDWARD ZYMAN - poeta, tłumacz i badacz literatury hiszpańskiej i hispanoamerykańskiej, eseista, profesor uczelni angielskich, kanadyjskich i polskich. Ur. w 1925 r. w ZabrzuKończycach. Od 1940 poza Polską. Członek powstałej w latach 50. w Londynie grupy „Kontynenty”. Redaktor „Życia Akademickiego” (1951-1953), „Merkuriusza Polskiego” (1957-1958) i „Kontynentów – Nowego Merkuriusza” (1962-1964). Autor kilkunastu tomów wierszy. Wydał m. in.: Czuwanie u drzwi (Londyn 1953), Powikłane ścieżki (Londyn 1964), Wiersze (Kraków 1982), Jeszcze wiersze (London, 1984), Not a Tourist (London 1986), Przezorność czasu (London 1992), Mały wybór wierszy (Wrocław, 1994), Ziemie utracone (London, 1994), Niepamiętanie (Mississauga 1999), Wiersze wybrane (Katowice 1998), Nad jeziorem Huron (Mississauga 2002), Późne notacje (Toruń 2006) i ostatnio tom wierszy wybranych „Dotykanie świata” (Toronto-Rzeszów 2016). Autor tomów przekładów z języka hiszpańskiego, portugalskiego i angielskiego. Wśród tłumaczonych przez niego autorów znajdują się m.in. F. Garcia Lorca, W.T.Walsh. J.R. Jiménez, M.Azuela, L.MartinSantos). Opublikował również zbiór wywiadów z pisarzami Siedem rozmów o poezji (Toronto 1990) i trzy tomy wspomnień Zbliżenia i kontakty (Katowice 2003) i Zbliżenia i kontakty raz jeszcze (Katowice 2007), Zbliżenia i kontakty po raz trzeci (Katowice 2010). Laureat (dwukrotny) nagrody Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie oraz Fundacji Władysława i Nelli Turzańskich. Doktor honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, honorowy członek Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego. W Polsce ukazało się szereg książek poświęconych jego bogatemu dorobkowi (m.in. Niny Cieślik-Wilk Navigare necesse est, praca zbiorowa pod redakcją Zbigniewa Andresa i Jana Wolskiego Parabole pamięci. Literacka i translatorska twórczość Floriana Śmieji, w 1997 roku „Estudios Hispanicos” ( nr 6) pod redakcją Piotra Sawickiego jako Miscelánea en homenaje a Florian Ludwik Śmieja oraz tom Marcina Kurka i Justyny Ziarkowskiej Rzeczywiste i możliwe. Rozmowy z Florianem Śmieją). Florian Śmieja Życie pozagrobowe Zawalił się mój świat a przecież żyję; zabrano tlen a jednak oddycham. Zarysowała się nagle posadzka domu gdzie się schroniłem; runęły ściany w których chciałem zamieszkać. Przy wystygłym palenisku jak się zagrzeję? Czuję pragnienie a wyschło mi źródło. Więcej jest wśród nas umarłych niż nam się zdaje. Życie pozagrobowe istnieje najpewniej. Dwa mity Pisaliśmy ją przez duże E i przyrównywali do Wielkiej bo przemożna była potrzeba naszego wzrostu chociażby tylko we własnych oczach. Krwią poiliśmy maki, tułali się w opłotkach nieczułego świata cali zajęci sprawą, czujni rycerze za naszą i waszą. Z pietyzmem mówiliśmy: Kraj naród cierpiący, sama esencja bezwinnego człowieka kamienie na szaniec godności całopalny baranek bez zdrady solidarna bezinteresowność chłopcy krakowiacy wyłącznie. Aż tu się skończył komfort dychotomii i znowu chochoł kazał nam się kłaniać: stąd emigrantom do kraju nie pilno a stamtąd nie mogą się dość nauciekać. Martwy język Na londyńskim poddaszu uczyłem języka którego Anglicy taktownie rodacy z patriotyzmu nie nazywają martwym. Za oknem wabiła obca perspektywa skwer brzęczał jak trzmieli gniazdo: można było oglądać Eliota spieszącego do kamienicy opodal (businessowi świeczka, poezji ogarek) Murzynów z dyplomami, konnego policjanta, pieski na trawniku. Uczyłem języka, który ze światem za oknem łączy mniej niż rozetę Champolliona, trójdzielny klucz do piramid w British Museum tuż obok pędzi wystawne życie wśród rozszyfrowanych skorup. Ziemie utracone Ziemie utracone to posiadłości najbardziej niezbywalne; żadne one ewangeliczne marności, które mól stoczy, zje rdza i ząb czasu nadgryzie. One się zawsze ozywają w ciszy nawet najbardziej strzeżonej samotni. Wystarczy na moment zamknąć powieki a najpełniej zaludnią twój sen. Nic to że minął czas i narosło dystansów 5nie ucichł dotąd turkot kół: wciąż dudni i na wzgórzu sterczą nieme wiatraki choć dawno temu zmełły swoje ziarno. Sędziwa ciotka łaje niepogodę której już nie ma poza jej lamentem. Bo nic nie jest bardziej twoje niż tamto co wtedy utraciłeś: pełne trzmieli małe pudełko w sadzie pod jabłonką chude bociany kreślone niezdarnie na podniesionym blacie długiej ławy u kulawego krawca szyte spodnie ostre miętówki w poczekalni dworca. Gazeta Literacka 5 POEZJA Opolszczyznę w postaci dawnej, nie naruszonej nie tylko przez zachłanną cywilizację, ale także przez brak wyobraźni obecnych włodarzy, staram się utrwalić w swojej poezji, wtórując Janowi Goczołowi piszącemu wiersze o Starym Ślązaku. ESEJ Aleksandra Naróg C zy rzeczywistość reprezentowana przez znaki jesz„ cze w ogóle istnieje, czy jest tylko cieniem swego cienia?” – pytał Michał Paweł Markowski w eseju O symulakrach, zastanawiając się nad filozofią literackiego ujmowania rzeczywistości nowoczesnej. Wydaje się, że ta refleksja nieustannie towarzyszyć będzie próbom interpretacji utworów Ryszarda Krynickiego: poety, który najczęściej spośród wszystkich twórców nowofalowych podejmował w swoich wierszach problematykę językowego – a zatem znakowego – niedoistnienia świata. Doświadczenie nowoczesne jest dla autora Organizmu zbiorowego szczególnym „doznaniem chwili, doświadczeniem bycia tu i teraz, poczuciem zanurzenia w nieprzerwanym przepływie strumienia zdarzeń”. Jedną z wielu interesujących figur tego przeżycia jest w poezji Krynickiego motyw miasta, postrzeganego jako osobliwy status <<gości>>, przelotnych turystów”. Wydaje się, że miasto nie pełni w poezji Krynickiego, jak chciała większość krytyków, jedynie roli „przestrzeni negatywnej”. Staje się ono próbą uchwycenia podmiotu (po)nowoczesnego w jego nieustannej zmienności. Motyw ten zauważalny będzie w dwóch, odległych od siebie pod względem chronologicznym, poetyckich wizjach miasta: mieście totalitarnym opisywanym w utworach pochodzących z Aktu urodzenia oraz mieście ponowoczesnym przedstawionym w Wierszach podróżnych. Obrazy te szkicować będą dwie literackie koncepcje bycia człowieka w świecie; odmienne próby poetyckiej (re)prezentacji „ja” w zmieniającej się rzeczywistości. podmiot nie jest w stanie rozpoznać – a więc przeżyć i zrozumieć. Staje się ono adresatem zwrotu bohatera lirycznego: (…) ani mi spocząć miasto, ani czuwać, / miasto – przeludniony dworcu, / nie witaj mnie jeszcze listem gończym, nie pozdrawiaj, nie przeklinaj”. „Przybywanie” do miasta jest zarazem zgodą na bycie w ciągłym ruchu, zawieszeniu pomiędzy tworzonymi przez nie „punktami”; miejscami, którym często towarzyszy metafizyczna pustka i świadomość „bycia ściganym”. Miasto nowoczesne – w stronę melancholii Pozbawiony tytułu wiersz z Aktu urodzenia Krynicki rozpoczyna słowami: „ominąć siebie jak miasto nawiedzone zarazą, skoro / na przedmieściach / świata / spędziłeś dzieciństwo”. Ominięcie „nawiedzonego zarazą miasta” jest dla podmiotu zarazem ominięciem włas- Ujarzmienia, niedoistnienia. O dwóch miastach Ryszarda Krynickiego szczególna kategoria antropologiczna: miejsca, gdzie w najsilniejszym stopniu rysują się wpływy myślenia nowoczesnego. Motyw podróży, odwiedzania nieustannie nowych miejsc to dla autora Aktu urodzenia metafora ludzkiego losu, szczególnego „stanu granicznego” egzystencji. Staje się ona „poszukiwaniem przestrzeni, w której istnienie zakotwiczone jest w sensie”; równocześnie, przepełniona jest od początku świadomością nicości świata. Tadeusz Sławek, pisząc o miastach nowoczesnych i ponowoczesnych, porównywał pierwsze z nich do „zbioru punktów”, w którym „nie przebywa się”, a do którego „się przybywa”. Miasto ponowoczesne natomiast, jest „realne, lecz niewidzialne” – „znajduje się zawsze po drugiej stronie samego siebie, a jego mieszkańcy zyskują Bezdomność „ja” Krynicki łączy z „bezludnością” miasta na zasadzie językowej kontaminacji, stawiając analogię pomiędzy sytuacją człowieka a sytuacją miejsca: „(…) bezludny, nie umiem z ciebie, miasto się wywikłać, / ani mi do szpitala, / ani do więzienia, / do więzienia snu (…)”. Podejmowane w utworze figury instytucji szpitala i więzienia wydają się szczególne interesujące z perspektywy filozofii nowoczesnej. Michel Foucault, pisząc o opresywnym charakterze władzy miasta, zauważał, że: „(…) w [jego] środku nie ma ani ośrodka władzy, ani skupienia sił, lecz sieć złożona z rozmaitych elementów – murów, przestrzeni, instytucji, reguł, dyskursów”. Opisywane przez Krynickiego miasto totalitarne – posiadające cechy Foucaultowskiego miasta karceralnego – nieustannie ujarzmia podmiot, staje się zniewalającym narzędziem dyskursu, „więzieniem mowy”, tak silnie zaznaczającym się w tradycji nowofalowej. Paradoksalnie jednak, to właśnie język jest dla podmiotu jedynym punktem oparcia: „(…) nie zbudzić mi się, miasto, pod twoimi mostami / szepcze kalekie słowo zapomnianego języka / który jest moją jedyną ojczyzną”. Nowoczesne miasto wywołuje efekt obcości, wrażenie braku zakorzenienia: w kolejnym wierszu z Aktu urodzenia Krynicki pisze o podmiocie „(…) przegnanym z ostatniej poczekalni”. Miasto przynosi szczególny, melancholijny projekt „przezroczystej” tożsamości, co szczególnie wyraziste jest w utworze Nic, noc i obrazie nocy/nicości, która: „(…) patrzy przeze mnie niczyim spojrzeniem / chłopca, którym byłem nie / jestem / nie będę”. Wspomniane „zwierciadlane” motywy pojawiać się będą w wielu wierszach pochodzących z późniejszych tomów Krynickiego. Występują między innymi w sugestywnym obrazie przemijania w Podróży pośmiertnej (I): „światłe, nieskończone włosy / czesze przed posiwiałym lustrem / jak bezsennie biegła (…)”. W poezji Krynickiego miasto totalitarne – źródło zniewolenia – staje się zatem miejscem narodzin podmiotu melancholijnego, pogrążonego w doświadczeniu utraty własnego „ja”. Jak pisał Marek Bieńczyk: „(…) w lustrze swojego istnienia ogląda melancholik siebie samego i widzi siebie ciągle w odbiciu, jako przedmiot własnego oglądu; lustru swego istnienia prezentuje swoje wycofane w głąb <<ja>> pozbawione zewnętrznego obiektu”. nego „ja”; może stanowić też aluzję autobiograficzną do dzieciństwa samego poety spędzonego na metaforycznych „przedmieściach świata”. Miasto staje się dla Krynickiego figurą odzwierciedlającą podmiotowość w pozbawionym prawdy świecie totalitarnym: „Mimo, że jedyny (w akcie / oskarżenia) / w tylu osobach obumarłeś w sobie, / ile razy wyparłeś się swego / milczenia, bezcielesnego ciała i imion / bez słów”. Podróżującemu i powracającemu do „rodzinnego miasta” towarzyszą „nierozpoznanie” i „milczenie” tego, co poznawane: „Jakbyś w rodzinnym mieście / nie mógł rozpoznać żadnego ze znanych ci miejsc, / w zaspie papieru, jaka cię otacza i toczy jak dożywotnia choroba, / żadnego z własnych zdań”. Miasto Krynickiego jest „zbiorem punktów”: „zdań”, „zasp papieru”; miejscem, którego 6 Fot. Robert Gauer 6 Migotania 53 Miasto ponowoczesne - w stronę symulakrum Co mogłoby oznaczać stwierdzenie, że w świecie ponowoczesnym „nie ma już rzeczywistości”? Jak odpowiada Markowski: „to mianowicie, że nie sposób już dotrzeć do niezapośredniczonego jej poziomu, do tego, co absolutnie rzeczywiste. (…) Hiperrzeczywistość staje się religijną epifanią sensu, w całości określającą świat ponowoczesny. Jest to rzeczywistość w stanie ekstazy, świat pozbawiony transcendencji”. W utworze Kopenhaga z cyklu Wiersze podróżne Krynicki opisuje sytuację pobytu podróżującego na lotnisku. „W drodze z Londynu do Warszawy? / Czekając na swój samolot / stałem przed ogromną szybą w hali odlotów / i wpatrywałem się w niewidzialne miasto / bardziej nieodgadnione / niż jeszcze do niedawna”. Opisywane POEZJA przez poetę lotnisko może być interpretowane jako nie-miejsce (fr. non-lieux) w rozumieniu Marca Augé: jest to ”przestrzeń, której nie można zdefiniować ani jako tożsamościowej, ani jako relacyjnej, ani jako historycznej” . Zdaniem francuskiego antropologa, w czasach ponowoczesnych „wszystko zaczyna przypominać wszystko”, a nie-miejsca są „wszędzie takie same”. Miasta to „palimpsesty, w które bez przerwy wpisuje się pogmatwana gra tożsamości i relacji” . W twórczości Krynickiego, ponowoczesnemu miastu i jego nie-miejscom towarzyszy jednak bardzo często świadomość ich dawnej historii. Tytułowe „miasto” z tomu Kamień, szron, jak opisuje to w ironiczny sposób poeta: „Nade wszystko ceni gospodarność, porządek i czystość / Zmieniło synagogę w miejską pływalnię / Na parkingach targowych / Nie ma śladu po żydowskim cmentarzu”. Pojawiające się u autora Niewiele więcej „puste” przestrzenie – basen czy parking – są metaforycznymi figurami wypierania obecności Innego, przechowywanej przez miasto pamięci o niewyrażalności doświadczenia Zagłady. Miasto ponowoczesne w Wierszach podróżnych jest „niewidzialne”; pozostaje dla poznającego podmiotu tajemnicą, jest „bardziej nieodgadnione / niż jeszcze do niedawna”. Równocześnie, bardzo często oglądane jest przez podróżującego w sposób „lustrzany”, zapośredniczony poprzez różnorodne przedmioty: pojawiające się w Kopenhadze szyby w hali odlotów, witryny sklepowe czy fotografie. Jak pisze Ewa Rewers, miasto „wyświetla się” obserwującemu na szeregach ekranów. „Przybysz przepływa najpierw przez lustrzany portret miasta. Później dopiero zanurzy się w jego realnej przestrzeni”. Proces poznawania cechuje nieustanna zmienność, a jedynym stałym elementem przestrzeni staje się dla widza… jego własne odbicie. Przestrzeń wizualna miasta rozpada się na „nieciągłe sekwencje”, a świat staje się tylko grą pozorów, ponowoczesnych symulakrów. Różnorodne, obserwowane w mieście „lustrzane” przedmioty są się dla bohatera Wierszy podróżnych narzędziami przywołującymi wspomnienia, symbolicznymi „ekranami” tradycji historycznej bądź literackiej. Witryna księgarni to miejsce wywołujące „przypadkowe” ciągi skojarzeniowe: „W Berlinie, kiedyś Zachodnim, / przed wystawą księgarni / przypominam sobie dziewczynę / z wiersza Jürgena Fuchsa”. „Widywaliśmy się bardzo rzadko, / najczęściej w przelocie, / najczęściej przypadkiem”. Podobną rolę pełni zdjęcie na nagrobku w wierszu Grób Josifa Brodskiego: „(…) pozostawiony przez kogoś / (w plastikowej koszulce, chroniącej przed deszczem) / komputerowy wydruk zdjęcia: / wychudzony, schorowany Brodski, / na tle czterech tetrarchów”. Sfera świętości łączy się w opisywanym przez Krynickiego ponowoczesnym mieście z tym, co świeckie; życie natomiast nieustannie „prześwietlane jest” cieniem śmierci. W utworze Byłem tutaj bohater liryczny zauważa: „Błysk, gasnący hieroglif promienia na murze – / I powtarzane z uporem bezradne zaklęcie / „Killroy was here” / jak naskalne ryty.” W mieście opisywanym przez Krynickiego: „Nikt / Odbija się w ścianie”, a miasto w ulotny sposób przejawia się w „migotaniach odbłysków” nicości. „Błyski promienia na murze” mogą być interpretowane jako szczególne „świeckie epifanie” miasta, przypominające pojawiające się w poezji i prozie Mirona Białoszewskiego nietrwałe „ekstazy rzeczywistości”. Poznającemu ponowoczesną rzeczywistość towarzyszy nieustanne poczucie braku, niepoddające się językowemu odzwierciedleniu. Ostatni z miejskich „ekranów” w Wierszach podróżnych – okno – jest w u Gołębiach drogą przejścia pomiędzy dwoma światami. Legenda (czy może prawda?) o śmierci Bohumila Hrabala, karmiącego gołębie zaraz przed wypadnięciem z okna szpitala, staje się dla Krynickiego potwierdzeniem ulotnego charakteru rzeczywistości – i nieustanną refleksją nad rolą narracji i języka, który zarazem przeczy rzeczywistości i ją afirmuje. *** W jednym z wywiadów autor Kamienia, szronu zwracał uwagę na różnorodność perspektyw poznawania miasta. Dodawał, że w spotkaniu z miejską rzeczywistością warto „podnieść głowę, ponieważ będąc w nieustannym biegu, rzadko unosimy głowę wyżej, niż na wysokość parteru”. Właśnie to „podnoszenie głowy” i „zatrzymanie się” wydaje się być ciągłą, poetycką świadomością szerokości perspektyw percepcji i rozumienia współczesności. Jest to przyjęcie postulatu obecności, bycia-w-świecie; przejścia od nowoczesnej melancholii do świadomości symulakrycznego charakteru ponowoczesności. Miasto wydaje się być zatem w poezji Krynickiego figurą ciągle otwartą na nowe interpretacje, nieustannie stawiającą pytanie o rolę znakowego, literackiego niedoistnienia rzeczywistości. ks. Jan Sochoń Poczucie humoru To modne: pokazać się bez osłony, w mięsistej szacie skóry. Niech lśnią szczeliny, zgrubienia, plamy krwi i pożądania. Niech oczy wodzą na pokuszenie, niech roznoszą promienne zachęty. Niech rządzą plakaty, mistrzostwa sportowe i wojny. Niech Bóg straci poczucie humoru, niech o nas sprawiedliwie zapomni. Niech czas i przestrzeń zamienią się rolami, choć to prawie niemożliwe. Czułość Miałem sen i głos we śnie: zadbaj o siebie, pamiętaj o spacerach, módl się idąc w leśnej poświacie, kiedy twoje oczy nie są jeszcze zmęczone. Pamiętaj, żeś narażony na śmierć, w każdej chwili, w każdym mgnieniu chmur nad miastem. Nie zwlekaj z czułością, nie wstydź się, ani niczego nie obawiaj: obejmij, przytul, zachowaj w nieśmiertelnej pamięci, mów tylko to, czego nie można wyrazić. Strzałka czasu Nie można cofnąć biegu zdarzeń. To, co się stało bezpowrotnie odeszło, nawet pamięć traci powoli samą siebie. Z sekundy na sekundę wszystkie gwiazdy – oczy bez światła, stają się czarną dziurą i są już w naszych zmęczonych sercach. Ziemia kurczy się, głucha i zimna, bez życia, które z natury rzeczy nie mogło być wieczne. Cud, że to zrozumieliśmy i nadal rozumiemy, cud, że nie porzuciliśmy Boga, któremu strzałka czasu nie grozi, który ją nam właściwie ofiarował. Niedzielna spowiedź Dziewięcioletni chłopiec, z trzeciej klasy, piękny, o nieskalanych rysach twarzy. Mówi, że z kolegą zmieniają słowa kolęd na te nieprzyzwoite, że nie rozumie, kim jest Duch Święty. Przychodzę do księdza, żeby poznać prawdę. Ksiądz ją zna, na pewno zna, szepcze mi do ucha. Będziesz poetą w sam raz, na dzisiejsze czasy. Wiersz Rosja To wielki kraj, nie do wyśledzenia, nie do odparcia. Żeby wiersz trwał i trwał, w powietrzu, w oknach domów przesłoniętych pożółkłymi firankami, w modlitwie tych, którzy poszukują źródeł tajemnicy. Miasta i tajgi, bezkresne, bezwolne. Żeby wiersz płakał i śpiewał, żeby zapraszał do rozmowy i tańca. Statki ze zbożem, złote cerkwie, Stalin żywy, wszechwidzący. Żeby mógł nas objąć, nie wstydził się, kiedy dłonie chcą być razem, chcą kochać, chcą wiecznie żyć. Boimy się wszyscy, patrzymy w niebo: kto nadleci z pomocą humanitarną? Żeby całował, wraz z nami, rany świata. Utrapienie Perspektywa Mam w sobie lity żal, że rodzisz się na zewnątrz, w widzialnym świecie, w gwiazdach, które świecą od zarania. Lepiej, żebyś wzrastał w moich lękach, radościach i modłach. Żebyś dał się objąć, a nawet pocałować, kiedy nie patrzą ludzie, jak szczerze napisał Tadeusz Różewicz, poeta. W jego wnętrzu na pewno jesteś, niewidoczny teraz, niewidoczny z literackiej perspektywy, która wciąż nas więzi, wciąż uwodzi. Jego wiersze są Twoją własnością, również na naszą chwałę. Nie jestem poetą dumnym z każdego słowa, nad którym udało się zapanować. Nie jestem poetą domagającym się poklasku, choćby i były ku temu powody. Nie jestem poetą poranionym każdą chwilą życia, zbolałym z rozkazu świata. Nie 7 jestem poetą wadzącym się z Bogiem, jak to nieraz bywało i bywa. Jestem poetą na swoje własne utrapienie. XI, 2014 R. ALEKSANDRA NARÓG Gazeta Literacka 7 POEZJA Paw traw Eda Ostrowska fragment poematu Kościelny dzwon drży jak osika kiedy niebo się zamyka dziadzie w koronkach szmaty gotuj szuka formy niewydolny treść pięknie ubrana siada na kolanach don juana wstawaj lato struga baty znam drogę do nieba i piekła jedynie stąd kultura pluje ci w twarz depcze wizerunek dziewczyny majem skurwionej siedząc w Lublinie na okarynie święte miejsca piękno czepia się sukienki niebezpiecznie głupi kupi węgło domu kij ruchomy do miski między cycki osuwa się dzionek pod czarnym motylem w tańczącym pyle liczą się pasje graniaste włożę chustę skrwawioną prawe oko niebezpiecznie w kosmiczną wchodzi przestrzeń klei skorupy wśród gwiazd żuję betel i kat udręki kocha się z powietrzem kęs po kęsie kat i ofiara dobrana para sękacze toczysz prosto w oczy rozbuchanej klaczy na jeden wieczór przy świecach po pereł sznury skocz no który niech knot się nie waży zajrzeć im w twarze rzuć na parów łuskę czarów pod kolanem jęk szmat czeszę włosy dla rozkoszy z drewnianym chłopcem ten kłębek co się toczy językami krzyczy niczyj gdy rozpłatasz rybę szukaj Boga w jelitach miłość ma siłę niedźwiedzia i boskie wymioty przymioty nie zaszkodzą do rynienki z krwią wejdź po oralny pąk moja godzina rozporek rozpina grubo posolona gzi się w środku pieprzu złote koty pieszczą się po kątach 8 w siódmym niebie mam potrzebę niecierpliwą leżeć krzywo Fot. Robert Gauer 8 Migotania 53 LUBLIN, SIERPIEŃ 2011 NOWA REDAKCJA WIOSNA 2014 EDA OSTROWSKA F ilozofia — co do tego łatwo byłoby uzyskać zgodę — uważana jest za jedną z wielu teoretycznych dyscyplin humanistyki. Wśród specjalistów nie ma jednolitej opinii ani w kwestii przedmiotu badań tej dyscypliny, ani w kwestii jej poznawczego statusu. Niekończące się spory na temat naukowości lub nienaukowości filozofii mogą dostarczyć sporo radości ludziom obdarzonym rozwiniętym poczuciem humoru, przez samych filozofów jednak traktowane są zazwyczaj ze śmiertelną powagą. Jednym z lepszych osiągnięć w tej dziedzinie było sformułowanie kompromisowego poglądu, zgodnie z którym filozofia co prawda nauką nie jest, ani być nie może, może być jednak uprawiana „w sposób naukowy”. W marksistowskich słownikach filozoficznych definiowana była najczęściej jako nauka o najogólniejszych prawach rządzących przyrodą i społeczeństwem. Subtelny dowcip zawarty w tej pseudodefinicji ujawnia się, jeżeli zauważyć, że do konsekwencji logicznych zbioru najogólniejszych praw muszą też należeć twierdzenia o niższym stopniu ogólności, filozofia zatem byłaby jedyną nauką, która odmawia akceptacji wszystkich twierdzeń poprawnie wyprowadzonych ze wstępnie przyjętych założeń. Nie podejmujemy się rozstrzygnąć, czy dowcip ten był przez jego autorów zamierzony. Co bardziej rozgarnięci filozofowie odnoszą się do swojej dyscypliny z takim samym lekceważeniem, jakie od lat utrwaliło się wśród laików. Dobrym obyczajem naukowców jest kwitowanie określeniem „zagadnienie filozoficzne” tych wszystkich pytań, którymi nie chcą się zajmować, a które z różnych względów niewygodnie byłoby uchylić jako po prostu nierozsądne czy głupie. Podobna maniera przyjęła się wśród literatów. Gombrowicz na przykład porównuje filozofię do konia, z którego zawsze się spada, nic tedy dziwnego, że wzdraga się go dosiąść. Miłosz, deklarując w Ziemi Ulro swoją niechęć do dyskutowania heglizmu, pisze: nie jestem filozofem, co zawsze jak najsilniej podkreślam. Walczę o prawo do używania swojego umysłu poza przyjętymi w Polsce rubrykami, wskutek czego moje pisarskie przedsięwzięcie jest raczej beznadziejne. Opory te są zastanawiające. Nie ulega bowiem wątpliwości, że — w pewnym znaczeniu słowa „filozofia” — zarówno dzieła Gombrowicza, jak i Miłosza należą do historii myśli filozoficznej. Fakt ten skłania do przypuszczenia, że rzeczywista domena filozofii rozciąga się daleko poza obszarem wytyczonym przez bariery rozgraniczające różne fakultety humanistyczne, a podręcznikowe definicje filozofii nawet w przybliżeniu nie wyczerpują swego przedmiotu. Wyobraźmy sobie, że świat wymaga od swego badacza wstępnego ustalenia perspektywy poznawczej, w której będzie portretowany. Nie istnieje takie działanie naukowe ani artystyczne, które nie byłoby usytuowane w przyjętej wcześniej przestrzeni. Twórca kultury zakłada zatem pewien sposób r o z u m i e n i a ś w i a t a, sposób ten pragnę nazwać jego f i l o z o f i ą. W proponowanym wyżej rozumieniu równie dobrze można mówić o filozofii Einsteina, jak o filozofii Van Gogha. Ewentualna rekonstrukcja tych filozofii winna odwoływać się do intelektualnej analizy dzieł wymienionych twórców: do fizyki w pierwszym wypadku, do malarstwa w drugim. Wypowiedzi w tradycyjnym sensie „filozoficzne”, jeśli nawet były przez twórców wyrażone, mają tu mniejsze znacze- Filozofia i głyby zadośćuczynić wymaganiom teologicznym. Zauważmy, że rozpatrywane tu pojęcie f i l o z o f i i stwarza sytuację dość niewygodną dla specjalistów z zakresu nauk filozoficznych. Historia filozofii była dotychczas uprawiana głównie — jeżeli nie wyłącznie — jako historia doktryn filozoficznych. W historii tej brak było miejsca dla rzetelnej analizy tych przemian kultury filozoficznej, które były efektem pracy i refleksji twórców niemieszczących się w paradygmacie filozofa uniwersyteckiego. Jest to zatem historia, w której — przykładowo biorąc — brak miejsca na analizę filozofii Tomasza Manna, z której — jako niefilozofowie – wykluczeni są tacy uczeni, jak Isaac Newton czy Norbert Wiener. Jest to historia, w której nie ma G. K. Chestertona i w której nie będzie też zapewne ani Rainera Marii Rilkego, ani Czesława Miłosza. Jest to historia wykastrowana. Jedną z przyczyn sparszywienia dwudziestowiecznej humanistyki jest jej niewczesne pączkowanie na dziesiątki dyscyplin szczegółowych. Brak nauki, która stawiałaby sobie za zadanie budowę dynamicznego obrazu historii kultury. Nie spełnia tej roli kulturoznawstwo, tym bardziej chybiają celu szczegółowe nauki historyczne: historia filozofii, historia sztuki, historia literatury... Obowiązkiem intelektualisty zdaje się być zrywanie tych zasieków. Zastanawiając się nad różnymi filozofiami, dochodzi się prędzej czy później do pytania, czym są lub mogą być tak zwane „problemy filozoficzne”? Karl Popper na wstępnych stronach swojej Logiki badań naukowych wyrażał ubolewanie, iż nie jest w stanie sformułować żadnego problemu, który mógłby być uznany za autentyczny „problem filozoficzny”. Niedogodności tej trudno chyba zaradzić. Wybór filozofii, a więc wybór określonej perspektywy poznawczej, pewnego sposobu rozumienia, czy może wyobrażenia sobie świata, stanowi zapewne jakiś problem. Jest to jednak raczej problem decyzyjny niż poznawczy. Młody człowiek, który dokonuje wyboru kandydatki na żonę, niewątpliwie zmuszony jest do rozstrzygnięcia pewnego problemu. Jakkolwiek trudna byłaby decyzja, przed którą człowiek ten staje, nie wyznacza ona problemu naukowego. Dokładnie tak samo, moim zdaniem, rzeczy się mają z „problemem” wyboru filozofii. Nie znaczy to — w mojej opinii — aby ewentualna teoretyczna historia kultury mogła cierpieć na brak problemów badawczych. Na czasie wydaje się pytanie, jakiego rodzaju problemy będą w niej rozstrzygane. Otóż, zgodnie z wyżej snutymi rozważaniami, nie wchodzą w grę pytania w rodzaju: czyja filozofia jest lepsza, Einsteina czy Van Gogha? Warto natomiast analizować ogół konsekwencji wynikających z wybranej filozofii. Konsekwencje te bywają daleko idące. Wybór uczyniony w kwestii zaliczanej tradycyjnie do ontologii prowadzi dalej do rozstrzygnięć o charakterze religijnym, etycznym czy może nawet politycznym. Drugą grupę problemów badawczych wyznaczają pytania o społeczne uwarunkowanie wyborów filozoficznych. Potrzeba tego rodzaju badań zakorzeniona jest w całej żywej tradycji myśli marksistowskiej. Niezależnie od przyszłych losów marksizmu jako szkoły filozoficznej tradycja ta zasługuje na kontynuację. Istnieje wreszcie trzecia grupa problemów, mieszczących się w tradycyjnie ujmowanej metodologii 9 nauk, a bazujących, być może w sposób pasożytniczy, na problemach pierwszej i drugiej grupy. Skoro filozofia stanowi pewien sposób rozumienia świata, to zarówno badanie konsekwencji, jak i genezy wyboru filozoficznego samo przez się prowadzone być musi na gruncie filozofii obranej przez badacza. Powstają zatem interesujące poznawczo komplikacje związane ze swego rodzaju „interferencją” przedmiotu i metody badania, między językiem przedmiotowym a metajęzykiem, którym posługuje się uczony. Jest to przepaść, której zgłębiać na razie nie mam zamiaru. „Problemy Filozoficzne” stępna jest człowiekowi w postaci zespołu wrażeń czy — w oryginalnej terminologii — idei. Hume nie zauważa, lub nie chce zauważyć, że każde wrażenie, czy ogólniej: każde przeżycie psychiczne, jest wrażeniem czyimś: wrażeniem doświadczanym przez jakąś osobę. Nie wydaje się więc możliwe konsekwentne udowodnienie koncepcji, w której osoba doświadczająca wrażeń sama jest wrażeniem czy też jakimś kompleksem z wrażeń tych zbudowanym. Tym samym konsekwentny wykład teorii poznania Hume’a wymaga — jak sądzę — założenia o istnieniu podmiotu poznania: założenie to jest równoznaczne z uznaniem istnienia przynajmniej jednej substancji. Przykład ten dobitnie wskazuje na potrzebę ostrożności w akceptowaniu wyników autorefleksji filozoficznej, nawet w wypadku klasyków myśli europejskiej. Paradoksalne może się okazać, że refleksja filozoficzna prowadzi do wiarygodnych ustaleń raczej u intelektualistów niezajmujących się zawodowo filozofią niż u autorów systemów filozoficznych. Zawodowy filozof czuje się zobowiązany do przekazania światu uładzonego obrazu swoich przemyśleń; sprzeczności, z którymi nie potrafił się uporać, będą starannie i kunsztownie maskowane. Literat, fizyk czy malarz mają większą szansę uniknięcia owych pułapek zastawianych przez ambicję. Wartość pozostawionego przez nich dzieła nie zależy bowiem, a w każdym razie nie zależy wyłącznie, od stopnia koherencji tego obrazu świata, w którym dzieło było usytuowane. Wewnętrzne sprzeczności w filozofii Einsteina nie czynią sprzecznej zbudowanej przez niego teorii naukowej, wartość malarstwa Boscha zdaje się niezależna od tego, czy wyobrażenia, jakie miał ten malarz w kwestii stosunków między światem przyrody a światem nadprzyrodzonym, mo- WACŁAW MEJBAUM Gazeta Literacka 9 ESEJ Wacław Mejbaum nie. Ciekawsze jest bowiem ujawnienie, jaką filozofię dany artysta czy uczony wyznawał, niż jaką filozofię uważał za właściwą do rozpowszechniania. Trzeba sobie zdawać sprawę z faktu, że nawet wybitni intelektualiści mogą mieć nader opaczne wyobrażenie o przesłankach swojej twórczości. Można na przykład pokazać, że fizyka stworzona przez Heisenberga — wbrew deklaracjom tego uczonego — nie zakłada pozytywistycznego sposobu rozumienia świata. Opiera się ona raczej na ideach filozoficznych, które w ostatecznym rachunku wywodzą się od Kanta. Kwestia ta — skądinąd ciekawa — nie może być tutaj przedmiotem dokładniejszej dyskusji. Uczciwość intelektualna nakazuje stwierdzić wyraźnie, że owa rozbieżność między filozofią deklarowaną i realizowaną pojawia się również u profesjonalnych twórców doktryn filozoficznych. Tak na przykład David Hume deklaruje sceptycyzm w kwestii istnienia substancji, tak materialnej jak i duchowej. Ten sam filozof zakłada w praktyce badawczej obraz świata, w którym przyroda do- ESEJ Cezary Sikorski Wacek Mejbaum i k a m i e ń f i l o z o f i c z n y 2 4 listopada tego roku mija piętnaście lat od śmierci Wacława Mejbauma. Jest to na pewno czas dość długi, by nabrać właściwego dystansu do tego, co po sobie pozostawił. W kulturze polskiej filozofom mniej wyrafinowanym, jak i pisarzom niepomiernie nudniejszym, wystawiano — jeszcze za życia bądź tuż po śmierci — solidne pomniki ze spiżu lub brązu. Tymczasem — co napawa goryczą — o Mejbauma nikt się nie dopomina. Wprawdzie w żałobnym numerze „Nowej Krytyki” Jerzy Kochan pisał o postaci legendarnej w polskim środowisku filozoficznym, a Krystyna Zamiara wskazywała na mejbaumowe ścieżki, tworzące nowe trakty, inspirujące i pociągające innych [1/3 i 10],lecz jak na razie trudno dostrzec ślady takowych wpływów czy inspiracji. Jestem zapewne jedną z ostatnich osób, które wytykać mogą innym brak szacunku dla spuścizny autora Kłopotów z początkiem świata. Porzuciłem wszakże dawno zarówno Jego, jak i warsztat oraz korporację filozofów. Nie mam więc ku temu podstaw merytorycznych ani moralnych. Cóż jednak począć? Żałobnicy wypowiedzieli standardowe formuły o wyjątkowości Zmarłego, po czym rozeszli się każdy w swoją stronę. Pochłonęła ich mrówcza codzienność naukowego trudu, w którym sentymenty i resentymenty zastępuje cytat bądź odwołanie. Pewnie ktoś poważny zajmie się kiedyś całościowo dziedzictwem Mejbauma. Mnie przypadło znacznie skromniejsze zadanie. Chodzi o wyjaśnienie przyczyn, dla których Wacław Mejbaum najpierw napisał był szereg esejów pod wspólnym tytułem Opus nigrum (cykl ten ukazywał się w krakowskim „Piśmie literackoartystycznym” w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia.), następnie sformalizował — pisząc jej konspekt — pomysł wydania książki pod tym samym tytułem, później jednak z zamiaru tego zrezygnował, nie wysyłając propozycji wydawniczej do żadnej oficyny. Dlaczego książka się nie ukazała? Z braku czasu? Może wskutek merytorycznego zniechęcenia? A może dlatego, że nigdy nie dojrzała jako całość? Chrystusa i alchemików, a zmartwychwstanie jest zarazem projekcją religijną, jak i dowodem skuteczności działania k a m i e n i a f i l o z o f i c z n e g o. To w takiej właśnie świadomości — skażonej grzechem przedustawnego Nic — niepodlegająca dyskusji chrześcijańska nieśmiertelność duszy wzmacniana jest działaniem eliksiru nieśmiertelności [3/94-95]. Założyć więc można, że według Mejbauma alchemia i gnoza w istotny sposób uzupełniają mitologię chrześcijańską i tylko wespół stanowią o jej atrakcyjności. Innymi słowy, będąc integralną częścią sfery sacrum, współdefiniują ją na równi z Porządkiem i Światłością. Jeszcze bardziej paradoksalny efekt daje zestawienie mejbaumowej eseistyki — powstałej w cyklu Opus nigrum — z wyrażonym w Zwierzętach zdenaturowanych przekonaniem, że obiektywny proces desakralizacji, którego obecnie sami doświadczamy, jest trwale związany ze zubożeniem ciemnej strony sacrum. Głęboka niewiara w transsubstancjację wody w wino ma bowiem swe ontyczne podłoże w zaniechaniu prób przekształcania gliny w złoto. Opus nigrum cywilizacji technicznej jest niedostrzegalne, bowiem nie doświadczamy już ani śmierci, ani odrodzenia [3/99]. Pusta jest zatem — wyrażona najdobitniej przez Heideggera — nasza tęsknota za religijnością. Mejbaum był jednym z tych, którzy tę pustkę chcieli jakoś wypełnić. Robił to na swój sposób. Ironicznie i przekornie. Nie mówił nam nic o pozytywnej stronie wiary, o jakichś unowocześnionych dogmatach religijnych. Interesowała go raczej ta druga strona. Alter ego światłej strony sacrum, cuchnąca siarką strefa apostazji, współczesna alchemia, którą dziś znaleźć można w ślepych zaułkach teorii mnogości, w skrajnych formach degeneracji racjonalizmu, albo też w sztuce, czy w marksizmie Lenina. Czyż ten wysiłek ugruntowania Świętości przez Grzech i Światła przez Ciemność — już w samym swoim zamiarze — nie był równie piękny, jak i godny najwyższego szacunku? • Jakie znaczenie mógł mieć dla Mejbauma tytuł Opus nigrum? Definicje encyklopedyczne wiążą dzieło czarne z europejską historią gnozy i alchemii. Fraza ta ma także kontekst literacki, powiązany z powieścią Marguerite Yourcenar pod takim samym tytułem. Zgodnie z tradycją Mejbaum identyfikował opus nigrum z k a m i e n i e m f i l o z o f i c z n y m [2], tj. z tajemnicą świeckiej t r a n s s u b s t a n c j a c j i, która poprzez nieśmiertelność mogła nas zbliżyć do wieczności. Niestety nie wyjawił wprost, w jaki sposób idea czarnego dzieła mistycyzmu i alchemii porządkowała rozmaitość wątków podejmowanych w jego ówczesnej eseistyce. A były to problemy iście nieeseistyczne: metodologia nauki i jej granice, antynomie racjonalności, transgraniczność wielkich koncepcji filozoficznych, atrakcyjność marksizmu ze szczególnym uwzględnieniem marksizmu Lenina… W doborze tematyki mejbaumowe opus nigrum było pojemne i wieloznaczne niczym Święty Graal. Z pewnością o kilkuletnim przywiązaniu do tej — skądinąd pięknej — frazy decydowała nie tylko jej literacka atrakcyjność. Będące synonimem tego, co zakazane i niebezpieczne, dzieło czarne eseistyki Mejbauma skupiało wokół siebie wątki intrygujące i — w jakimś sensie — naukowo niepoprawne. Była to zatem nie tyle fraza literacka, co słowa klucze, które mogły otwierać wrota — świadomych i nieświadomych — epistemicznych zależności. Potwierdzają ten domysł uwagi o czarnym 10 dziele pomieszczone w pracy opublikowanej wraz z Aleksandrą Żukrowską w roku 2000. Chodzi o Zwierzęta zdenaturowane. Wstęp do antropologii filozoficznej. W rozdziale poświęconym sferze sakralnej Ciemność i Chaos stanowią podstawowe elementy Wielkiego Mitu Kosmologicznego, który dotyczy historii powstania i rozwoju świata ze szczególnym uwzględnieniem zagadnienia antropogenezy oraz pytania o cel lub sens życia ludzkiego [3/92]. W tak zaprojektowanym świecie paralelizm wiary i gnozy sprawia, że w sferze sacrum wzajemnie przenikają się transsubstancjacje • Czytając konspekt książki Opus nigrum, dostrzec można podobieństwo z konstrukcją innego zbioru eseistycznego Wacława Mejbauma: Amor fati. Tom ten ukazał się w roku 1983, a zatem poprzedzał bezpośrednio konceptualizację dzieła czarnego. W zbiorze tym znajduje się kilka szkiców, które powiązane są z kwestią wolności. Ta zaś właśnie wydaje się kluczowa dla zrozumienia zaplanowanej struktury problemowej Opus nigrum. Rzecz dotyczy w szczególności zakresu swobody, jaką posiada filozof, wybierając tematykę oraz podstawowe założenia swej praktyki teoretycznej. Jest to drugie z dwóch zagadnień, które wydają się kluczowe w dyskusji nad dziełem czarnym Mejbauma: pytanie o filtry historyczno-metodologiczne, które kształtują nasze horyzonty poznawcze. Czy wybór tematyki i problematyki badawczej jest w pełni świadomym procesem, w którym manifestuje się — jak to określił sam Mejbaum w szkicu Konstrukcja wolnej woli — owa w o l n o ś ć s u b i e k t y w n a, rozumiana jako zgodność postępowania z własnym sumieniem, moralnością lub wyznawaną ideologią?[4/94 i n.]. A może w tak rozumianej sferze wolności żadne istotne rozstrzygnięcia nigdy się nie pojawiają, albowiem w przestrzeni ideowo-moralnej z istoty swej nie dzieje się n i c r o z s t r z y g a j ą c e g o? Trudno nie dostrzec ogromnej rezerwy, z jaką Mejbaum podchodził do problemu wolności. Przestrzeń polemiki na temat wolności rozpościera się pomiędzy wykpiwaną przez niego „warszawską szkołą etyczną” a archaicznym pozytywizmem, który prymat opisu nad wartością utożsamia z dominacją teorii nad praktyką [4/99]. Z drugiej strony, z właściwą sobie ironią oraz skłonnością do redukcji ad absurdum, zauważał Mejbaum, i ż w o l n o ś ć o b i e k t y w n a (…) jest możliwa o tyle, o ile możliwy jest komunizm [4/102]. Ma to dla teoretyka znaczące konsekwencje, bowiem przyjmując nierozstrzygalność tej dychotomii, uniemożliwia się odpowiedź na pytanie, w jaki sposób i w jakich okolicznościach myśliciel staje się posiadaczem swojego myślenia. 10 Migotania 53 Jako uważny czytelnik Hegla i Marksa Wacław Mejbaum zdawał sobie sprawę, że na każdym poziomie społecznej organizacji materii wolność jest dziedziną pozoru, jaki wytwarza dialektyka konieczności i przypadku. Jest to w całym tego słowa znaczeniu pozór heglowski, a więc taki proces, przez który manifestuje się oraz — zarazem — fetyszyzuje się istota konieczności i przypadku. To prawda, w historii świadomości obiektywny splot konieczności i przypadku może manifestować się w imperatywach wolności. Wolność jako forma świadomości może również rozpoznawać samą siebie poprzez swe przeciwieństwa, poprzez przywołanie ze swej historii tego, co jest zarazem jej granicą oraz jej zagranicą. Lecz w tej postaci wolność nieuchronnie odrywa się od swej istoty i w formie fetyszu wciąż reprodukuje własną alienację. Z punktu widzenia Sowy Minerwy historia zdominowania świadomości przez fetysz wolności stanowi prehistorię wszystkich nowoczesnych ideologii. Mejbaum z pewnością zdawał sobie sprawę, jakie zagrożenia nosi w sobie fetysz wolności. Walka o wolność, dla której tak często oddawano życie, nie jest przecież tym samym, czym absurdalny heroizm w obronie fetysza, bożka wolności. A z drugiej strony? Jaką wartość poznawczą mają odkrycia mechanizmów ucieczki od wolności, gdy dostrzeże się to, iż wolność jest tylko historyczną maską wielostronnego powiązania naszych losów ze splotem konieczności i przypadku? Mejbaum w sposób oryginalny radził sobie z fetyszem wolności. W zbiorze Amor fati znaleźć można esej o tym samym tytule. Wprawdzie poprzedza on przywołany powyżej ironiczny szkic o wolności, lecz odnosi się nie tylko do niego. Wykracza poza tę książkę, wyjaśniając wiele późniejszych wyborów teoretycznych Wacka Mejbauma. Cóż oznacza bowiem dla Mejbauma amor fati? Czy jest to owo tradycyjne umiłowanie losu, stoicka wyrozumiałość, lub owo zrozumienie konieczności, które pozwala pogodzić się ze wszystkim, co nas spotyka? Wręcz przeciwnie. Mejbaum sądził, że najpierwej jest to ślepa i bezrozumna namiętność, istny demon, który sprawia, że — z siłami, które nas zniewalają — człowiek wciąż podejmuje grę z całkowitą pewnością przegranej [4/71]. Jest to przede wszystkim prąd autodestrukcyjny i dlatego a m o r f a t i wymaga (…) aktywnego i świadomego współtworzenia własnej klęski [4/78 i 72]. No cóż, już tylko w tym punkcie interpretacja ta wydaje się nader oryginalna. A przecież nie koniec na tym. Nie byłby bowiem ów demon aż tak bezwzględny i skuteczny, gdyby nie żywił się najgłębszą i najskrytszą motywacją, wynikającą wprost z miłości własnej. Można powiedzieć, że właśnie ona jest ostateczną eksplikacją a m o r i s f a t i [4/78]. Jeśli dusza posiada egzystencję, amor fati jest jej kwintesencją. Stąd chaos i niekonsekwencje, irracjonalizm i subiektywizm w radosnej gotowości przeżywania wszystkiego, co się człowiekowi przydarza. Dlaczego akurat r a d o s n e j? To nie abstrakcyjny los każde z tych zdarzeń przynosi, lecz wszystko to przydarza się jemu [tj. człowiekowi, C.S.] właśnie[4/78]. Dodać należy, że t y l k o jemu. Z tego punktu widzenie i ci zniewoleni, którzy walczą o wolność, i ci, którzy — świadomi bądź nie swego zniewolenia — od niej uciekają, są w istocie tylko błyszczącymi odcieniami pozoru wolności. Wydaje się, że działają wedle planu, że dla niego zmieniają lub odrzucają idee i ideologie. Tymczasem w ich poczynaniach dominuje chaos subiektywnych zamiarów i działań, zygzakowate szaleństwo, w którym znajduje swój wyraz siła konieczności i przypadku. Nie mogą wygrać tej walki i nigdy nie wygrywają: a m o r f a t i okazuje się dyspozycją do podejmowania działań beznadziejnych, co więcej (…) — nagannych [4/74]. Jest przy tym powszechny, nie wymaga żadnych filozoficznych studiów, żadnych specjalnych ćwiczeń ducha lub ciała. Ot, ma to każdy, bo każdy z nas jest niepowtarzalnym indywiduum, które nie chce przekształcić się w abstrakcyjny podmiot podległy uniwersalnym zasadom i wciąż próbuje przeciwstawić światu nieuchwytne jądro swojej osobowości [4/83]. Jakże piękna i optymistyczna jest ta koncepcja, która fati — siły sprawiającej, że wciąż podejmujemy się czynów beznadziejnych i nagannych, które z reguły prowadzą do zguby. III. IV. W mejbaumowej idei amoris fati znaleźć można wiele nici, które łączą bezpośrednio tę wyrozumiałość dla paradoksalnych zachowań ludzi ze szkicami poświęconymi k a m i e n i u f i l o z o f i c z n e m u. Pierwszą jest nieufność Mejbauma wobec tradycyjnie rozumianego racjonalizmu, zarówno w jego postaci dogmatycznej, jak i rozmaicie modyfikowanej. Czym bowiem różnią się od siebie te dwa sposoby filozofowania? W obu sądzi się, że zarówno świat, jak i człowiek są racjonalni [5/115]. Racjonalizm ortodoksyjny dowodzi, że racjonalny świat można w pełni poznać w sposób ściśle naukowy oraz że racjonalnie postępujący człowiek może wykorzystać naukę do całkowitego uporządkowania świata. Wyższym etapem rozwoju racjonalizmu jest jego forma zreformowana. Ludzie — powiada racjonalista zreformowany — nie zawsze postępują racjonalnie, lecz ich irracjonalność jest swego rodzaju złudzeniem, bowiem racjonalne cele ludzkość realizuje poprzez pozornie irracjonalne działania [5/121]. I w jednym, i w drugim przypadku racjonalizm prowadzi do eschatologicznej degeneracji, w której konieczny staje się podział ludzkości na wychowywanych i wychowawców, czyli na tych, którzy błądzą w irracjonalnych złudzeniach oraz na strażników racjonalności. A stąd tylko krok do mniej lub bardziej przerażających technologii uzdrowienia ludzkości [5/119]. Krytyka ta może budzić zdziwienie. Mejbaum wielokrotnie deklarował, iż —poza Chestertonem i Heideggerem — jego filozoficzne presumpcje wywodzą się od Rudolfa Carnapa i George’a E. Moora. Trudno pogodzić przekonanie tych dwóch gentelmanów — iż najważniejszy jest zdrowy rozsądek spajany przez zasady logiki — z twierdzeniem, że rzeczywistość jest irracjonalna i że filozofia racjonalistyczna okazuje się filozofią fikcyjnego świata [5/120]. Co więcej, dominacja ideologii scjentyzmu, w której świat jest niczym dobrze zestrojony mechanizm, prowadzi do destrukcji praktyki naukowej. A wówczas rozsądek często szuka ratunku w irracjonalizmach. Tymczasem jest to droga donikąd. Irracjonalizm realności produkuje niezliczonych idoli, lecz jego krytyka wymaga przecież procedur sine qua non racjonalnych. Ten, kto dostrzega absurdalność rzeczywistości, nie może być postacią z filozofii absurdu. Gdzie znaleźć można teoretyczną alternatywę, która rozwikła te sprzeczności? Taką platformą może być — zdaniem Mejbauma — teoria społeczna Marksa. Spełnić jednak musi warunki wstępne. Także materializm historyczny powinien odrzucić wszelkie racjonalistyczne iluzje oraz uznać realność sfery irracjonalnego [5/124]. W tej propozycji równie ważne wydaje się zarówno samo przywołanie koncepcji Marksa, która — szczególnie w jej wersji leninowskiej — uzupełnia pole tradycji teoretycznych Mejbauma, jak i owe warunki wstępne, które modyfikują w istotny sposób tradycyjne pojmowanie marksizmu. Mejbaum wiedział, że marksizm, z którego usuwa się technologię uzdrawiania ludzkości, staje się mało atrakcyjny ideologicznie. Mimo to wyrywał mu te ideowe zęby, narażając się na zarzut niezrozumienia lub trywializowania jego teoretycznych pryncypiów. Rzecz można ująć dramatycznie. Coś zmuszało Mejbauma do opuszczenia wygodnych okopów angielskiego humoru oraz zdrowego rozsądku i popychało w stronę hermeneutycznych analiz ludzkiego szaleństwa oraz przekonania o irracjonalności wszelkiej — także socjalistycznej — historii, jak również obrony antyracjonalności marksizmu [5/292]. Z drugiej strony coś kierowało go wstecz, gdy niemal równocześnie głosił, iż w sferze kultury socjalistycznej centralny problem filozoficzny sprowadza się do pytania o w ł a d z ę nad w a r u n k a m i l u d z k i e j e g z y s t e n c j i. I gdy dodawał, że władza taka dotyczyć musi i przyrody nieożywionej, i stosunków społecznych, musi ponadto sięgnąć w przyszłości do sanktuarium „natury ludzkiej” [5/268]. Była to sytuacja wysoce niekomfortowa, wymagająca nierzadko metodologicznej ekwilibrystyki. Często komentowana wśród strażników czystości zarówno marksizmu, jak i filozofii analitycznej z jadowitą ironią. Założyć można, że sprzeczności te mogły być zarówno skutkiem immanentnej analizy, jak i podszytej dzieckiem przekory. Osobiście uważam, że dla zrozumienia uporu, z jakim Mejbaum próbował łączyć w całość odległe teoretycznie galaktyki, dla rozpoznania tej dynamiki postępu przez regres, bardziej użyteczna wydaje się jego interpretacja amor Pisanie Mejbauma przywodzi na myśl patchwork, lecz nie jest wcale eklektyczne. Jest to — napędzana przez amor fati — syntetyczna próba redefinicji tradycyjnie rozumianej filozofii. Wyróżnić w niej należy przynajmniej trzy poziomy. Po pierwsze t r a n s g r a n i c z n o ś ć w czytaniu i adaptowaniu czasem skrajnie odmiennych koncepcji filozoficznych. Mejbaum nigdy nie posługiwał się założeniami wstępnymi, które uniemożliwiłyby równoczesną lekturę na przykład Marksa i Heideggera. Wręcz przeciwnie, domagał się, by nawet tak odmienne koncepcje badać poprzez wspólną problematykę, która wyrasta zarówno z nowożytnych sporów ideowych, jak z aktualnej krytyki cywilizacji mieszczańskiej. Nic dziwnego, że pisząc o przyszłości marksizmu w szkicu Marksizm, marksizm… i co dalej?, zauważył: filozofia mieszczańska wejdzie do tradycji filozofii socjalistycznej w podobny sposób jak filozofia starożytna weszła do tradycji filozofii mieszczańskiej. W naszym przypadku jest to kwestia odnalezienia r a c j o n a l n e g o s e n s u w racjonalistycznym p y t a n i u o s e n s. Trzeba więc nam zrobić z Heideggerem mniej więcej to samo, co Marks uczynił był z Heglem [5/293-293]. Przenikanie teorii poza granice wyznaczone przez ich twórców było dla Mejbauma z jednej strony oznaką żywotności źródeł, z drugiej intelektualnej atrakcyjności nowo powstających syntez. Drugi poziom, na którym rozwija się ta synteza, dotyczy relacji między filozofią a innymi formami świadomości społecznej (przede wszystkim literaturą). Mejbauma interesowała głównie specyficzna infiltracja filozofii przez literaturę, nie zaś — prowadzący do schematyzmów i uproszczeń —wpływ filozofii na literaturę. Exemplum proza Camusa, który najpierw dowiódł, że świat jest pustynią, a następnie w kolejnych powieściach radził jedynie, jak przetrwać na tej pustyni[5/105 i d.]. Mejbaum wolał śledzić, jak od wielkiej literatury można płynnie przejść do odkrywczych filozoficznie postrzeżeń. Pięknym tego przykładem był w zbiorze Amor fati szkic poświęcony Borgesowi (Kultura jako „alef”), jak również jeden z esejów z Opus nigrum, będący jedynie nieudolnym powtórzeniem kilku myśli zawartych w dziele G. K. Chestertona „Poeta i wariaci” [5/186]. Ten poziom syntezy związany jest z t r a n s g r e s y w n o ś c i ą literatury na obszary filozofii. Transgresja dotyczy zarówno prozy (często przywoływani są wspomniany Jorge L. Borges, Tomasz Mann czy Stanisław Lem), jak i poezji (Rainer Maria Rilke, Czesław Miłosz). Analiza przechodzenia potocznych form myślenia na obce tereny filozofii była dla Mejbauma sposobem krytyki skostniałych teorii oraz zastygłych układów społecznych. W szkicu, który otwiera Opus nigrum czytamy: Nie ulega wątpliwości, że — w pewnym znaczeniu słowa „filozofia” — zarówno dzieła Gombrowicza, jak i Miłosza należą do historii myśli filozoficznej. Fakt ten skłania do przypuszczenia, że rzeczywista domena filozofii rozciąga się daleko poza obszarem wytyczonym przez bariery rozgraniczające różne fakultety humanistyczne, a podręcznikowe definicje filozofii nawet w przybliżeniu nie wyczerpują swego przedmiotu [5/10]. System Mejbauma nigdy nie przyjął formy systematycznej. Przez swoją transgraniczność i transgresywność czasami był nieco chaotyczny. Korzystał nie tylko z wykładu i perswazji, ale także z siły skrótu myślowego i prowokacji. Bo czyż nie jest prowokacją propozycja, by postęp kultury socjalistycznej mierzyć tempem wchłaniania filozoficznych odkryć Heideggera? Jaką wartość seminaryjną ma twierdzenie, iż Leninowska koncepcja partii stanowi konkretyzację Heglowskiej koncepcji członu pośredniczącego między rozumem ogólnym a jednostkowym, i że jest to pierwszy w historii wypadek, kiedy Heglowska idea pojednania opuściła dziedzinę mitu i znalazła swoje — częściowe choćby — urzeczywistnienie [5/262]. Bez wątpienia są to teoretyczne prowokacje, od których aż skrzy się dzieło Mejbauma. Ci, którzy pamiętają ostatnie lata „realnego socjalizmu”, wiedzą, że miały one smak owocu z drzewa skrytego w cieniu wiedzy zapomnianej i nieco tajemnej. Tak, Mejbaum — broniąc sztuki i piękna jako produktu szatańskiego [5/92-93] — poruszał się po „ciemnej stronie mocy”, przywoływał koncepcje przeczące oczywistościom Światłości i Prawdy. Czyż nie po to napisał szkic o wiecznie młodym szatanie, w którym wizja „królestwa Bożego na ziemi” okazuje się efektem podszeptów Szatana, zaś wyzwolenie osiągane przez gnozę, nie wyprowadza poza sferę pozoru w tym samym stopniu, co jego alternatywa: ujawniający swoja iluzoryczność mechanizm rewolucji plebejskiej [5/96 i 98]? Nie wierząc w rewolucję, jak również w gnozę spajającą wszelkie ideologie, Mejbaum — niczym mag — próbował ożywić problemy, które w powszechnym mniemaniu były już od dawna martwe. Dowieść nieuchronności socjalizmu, którego realność powiązana jest z żywiołową siłą irracjonalizmu. Pokazać jak — przeciwieństwie do całej tradycji mieszczańskiego racjonalizmu — z rozpoznaniem nowych tendencji historycznych radzi sobie antyracjonalistyczny marksizm. Notabene ten właśnie związek między odkrywaniem fundamentalnych pokładów irracjonalności a przekraczaniem tradycyjnych schematów racjonalizmu stanowi główny temat Opus nigrum. Nie-racjonalność teorii stanowić miała konceptualny analogon irracjonalności bytowania. Podobnie magiczny charakter mają szkice poświęcone transsubstancjacji Marksa w Heideggera czy Hegla w Lenina. To nie przypadek, że rozważania te powiązał wówczas Mejbaum tytułem: k a m i e ń f i l o z o f i c z n y... Lecz okres lat osiemdziesiątych nie sprzyjał takiej magii. Nikogo nie obchodziło parakonwencjonalne ożywianie marksizmu lub przywoływanie ducha Hegla. Strony społecznych konfliktów okopały się w zasiekach ideologicznych schematów. Akolitów zastąpili okowici, którzy wprawdzie nie znali żadnych tajemnych sztuczek, ale już wtedy rozpowiadali po cichu, że to oni kreują te wszystkie „króliczki”, które Wacek raz za razem wyciąga z kapelusza. Na pierwszy rzut oka coraz więcej było powodów, by tej książki nie wydać. W istocie jednak było inaczej: te same powody, które przyczyniły się do jej powstania, uniemożliwiły jej ukazanie się. Projekt upadł więc tak, jak powstał — przez amor fati. Tę historię skwitować można sentencją z Montaigne’a: Nasze życie częścią składa się z szaleństwa, częścią z rozsądku; kto pisze o nim jeno statecznie i z umiarkowaniem, ten zostawia mimo siebie więcej niż połowę. Warto przeczytać Opus nigrum, by zrozumieć jak ludzkie szaleństwo przeważa nad rozsądkiem. ESEJ przyznaje każdemu zdolność miłowania swego losu nie dlatego, że los ów darzy miłością, lecz dlatego, że nade wszystko siebie samego adoruje. CEZARY SIKORSKI Literatura: 1. „Nowa Krytyka”, 2004, nr 16 2. Język polski zaciera różnicę między opus nigrum a kamieniem filozoficznym. Dlatego też książka Marguerite Yourcenar L’oeuvre au noir (Paris 1968) ukazała się w polskim tłumaczeniu Eligii Bąkowskiej pt. Kamień filozoficzny (Warszawa 1970). 3. W. Mejbaum, A. Żukrowska, Zwierzęta zdenaturowane. Wstęp do antropologii filozoficznej, Szczecin 2000 4. W. Mejbaum, Amor fati, Kraków–Wrocław 1983 5. Wacław Mejbaum, Opus nigrum, Szczecin 2017. 11 „W roku 2017 mija 15 lat o śmierci Wacława Mejbauma. Staraniem przyjaciół w Zaułku Wydawniczym Pomyłka ukaże się niebawem zaplanowany przez W. Mejbauma, lecz nie wydany dotąd, tom esejów pod tytułem Opus nigrum. Szkic C. Sikorskiego Wacek Mejbaum i kamień filozoficzny stanowić będzie posłowie do tej książki.” Gazeta Literacka 11 POEZJA POEZJA Wacław Mejbaum1 Kula i sfera Sfera kulę domyka Kula jest wnętrzem sfery Sfera się cieszy dotykiem Kula w cierpieniu się zwiera Sfera się chętnie obnaża W kuli niepewność się kłębi bo w kuli jest tylko uraza ukryta głęboko i głębiej. Czary upiory wampiry i grzechów głównych siedmioro wszystko krąży tam w wirach cnoty duchy i zmory Co w kuli jest szczurem wokół siebie zwiniętym w sferze błyska lazurem rozświetlonym odświętnie. Jeśli sfera jest skórą kulą dusza jest twoja zechciej pojąć jedyna, że ja jestem powojem. Powój sferę rozpuszcza migotliwym jęzorem i swój korzeń zapuszcza w czarnej kuli komory. Nekrotyk 52 Panu Bogu I oto fatum spadło jak noc na kurę co nie poczciwa a kura hoc! A kura hoc! „co mnie przypierdoliło?” A teraz kuro myśl i myśl w czym leży rzeczy sedno kiedy na tobie leży kiśl masy zbyt nie do twojej masy odpowiedniej którą bym na kilo dwa szacował choć dusza twa? A czy ja wim może być stutonowa? Jak ciężko ginąć w kwiecie lat choćby kto nawet przejrzał Ja widzę kwiat ty widzisz kwiat a Pan Bóg widzi pejzaż. *** Jestem biedna kruszyna Wrzucili mnie do młyna W niewiadomym mi celu Wrzucili mnie i mielą *** Kanta Immanuela Nie czytali snadź oni Dlatego mnie mielą Nie pytają o nic Kto spotkał osła w starej gospodzie Co na rozdrożu lilią zakwita Kto do tej knajpy zachodził co dzień Aby o drogę jakąś zapytać? Gdyby mnie spytali Odpowiedziałbym godnie Ja nie chcę by mnie wrzucali Ja pragnę żyć swobodnie Kobieta jest jak lilia a serce u niej złote Kobieta jest wigilia a święto zaraz potem Kto znał świętego i ochlaptusa co jest rzetelnym i zacnym chabrem Kto się nad kuflem rzewnie posiusiał Cnotę ostawił, nadzieję zabrał? Kobieta jest jak księżyc a serce u niej modre Kobieta jest źródełko a dalej morze szczodre Kobieta jest jak motyl, a w sercu u niej szmaragd A najpierw jest rozpusta, a później zara kara. A A A A najpierw toś był motyl potem toś był trotyl potem eklezjasta potem ćma bufiasta 12 Matylda Matylda nosi smutny pysk I oczy załzawione A serce dławi twardy ścisk miłości niespełnionej Matylda chowa czarny szal w płomienne zdobny róże Ten szal zarzuci, gdy na bal zaprosi ją jej Murzyn. Herr Todt nazywa się z niemiecka ów głupek i zasraniec Ona kochała go od dziecka On zawsze miał ją za nic Kiedy Matyldę zżera rak uśmiecha się boleśnie Herr Todt spogląda na nią tak: promiennie i obleśnie. Pójdziemy miła w cichy grób tam będę Cię chędożył potomstwa będziesz miała w bród co też się będzie mnożyć. Rozpełzną się na ludzki ród miłości i agresje aż zdziwi się samotny głup iż braknie tam refleksji! Refleksja temperuje chuć gatunek to kondoma Matyldo swoje szatki zrzuć i chciej bezmyślnie skonać! Pięć niepublikowanych wierszy Wacława Mejbauma powstało zapewne w pierwszej połowie lat 90-tych ubiegłego stulecia. Nekrotyk 52 w roku 1993. 1 Fot. Robert Gauer 12 Migotania 53 Krystyna Śmiechowicz Tragiczne, poemigracyjne losy poetki i jej najbliższych. MARINA IWANOWNA CWIETAJEWA – powrót do Rosji (część druga) ( Ariadna. Mur. Wspomnienia Anastasji.) ARIADNA Dzieci poetów – Ariadna Efron, Lew Gumilow – za to, że byli dziećmi „takich ludzi” odpokutowali „nie swoją winę”; Lew – szesnaście lat więzienia, Ariadna - czternaście. Ojciec Ariadny Efron, podobnie, jak ojciec Lwa Gumilowa został osądzony z artykułu 58. za działalność kontrrewolucyjną i rozstrzelany. Dla wielu do dziś jest zagadką dlaczego Stalin (gdy chodziło o poetów i pisarzy) osobiście decydował o ich losie. Nie aresztował Mariny Cwietajewej, podobnie jak Anny Achmatowej, natomiast uderzał w najbliższych. Ariadna, ukochane dziecko - imię ulubionej mitologicznej bohaterki dała jej matka, chociaż przeciwni byli i ojciec, i dziadek (Iwan Cwietajew) – w listach z zesłania (Turuchańsk) zastanawia się co by było „..gdybym otrzymała inne imię, na przykład Aleksandra, może życie byłoby inne i los łaskawszy”. Była dzieckiem, którym wszyscy się zachwycali, chwalili, dawali za przykład (czteroletnią, matka nauczyła czytać, pięcioletnią – pisać, a gdy miała lat sześć pisała regularnie pamiętnik). Ariadna nie miała typowego dzieciństwa, po wyjeździe ojca przestała być dzieckiem, a stała się przyjaciółką i najbliższą matce powiernicą. Nie tylko zadziwiała - wręcz przerażała, trafnością ocen, dorosłością wypowiedzi (gdy miała pięć lat recytowała wiersze po rosyjsku i francusku). Znajomi obwiniali Marinę Cwietajewą, że odebrała jej dzieciństwo. Była utalentowana, pisała wiersze, rysowała, była ilustratorem, cenionym tłumaczem tak prozy, jak i poezji. Boris Pasternak wielokrotnie podkreślał jej talent prozatorski, ale ona sama mówiła: „genialna była mama, ja zdolna!” Aresztowana w 1939 roku, w 1940 roku zapada wyrok; osiem lat więzienia w obozie wychowawczym. A ponieważ nie zgodziła się na współpracę, zamieniony został na obóz o zaostrzonym rygorze. Jednak wszystko zaczęło się jeszcze w Paryżu. Tak twierdzi Siemion Wilenskij, który bada losy byłych więźniów: „…ojcu zaczęła pomagać jeszcze jako dziewczynka. Dostała od ojca aparat fotograficzny i jej zadaniem było fotografowanie wskazanych osób, bo dziewczynka robiąca zdjęcia nie wzbudzała żadnych podejrzeń”. W trakcie śledztwa, na Łubiance była bita i poddana torturze konwejera1, także straszono ją rozstrzelaniem, ale jak wspomina, inscenizowano również „wyprowadzenia na egzekucję”. Na koniec przyznaje; tak, ona i ojciec byli agentami obcego wywiadu… Z zapisu śledczych wynika, że 27 września po miesiącu bicia, umęczoną Ariadnę udało się nakłonić do podpisania dokumentu. „Przyznaję się, że od 1936 roku byłam agentem francuskiego wywiadu i otrzymałam zadanie prowadzenia działalności szpiegowskiej na rzecz Francji”, a dalej „ …nie mając zamiaru niczego ukrywać, stwierdzam, że ojciec mój, Siergiej Efron podobnie jak ja, jest agentem wywiadu”. Jak długo trwało to właśnie przesłuchanie i co naprawdę powiedziała swoim oprawcom, tego nie wiadomo, znany jest tylko zapis śledczego. Teraz już mogli aresztować ojca! Podobno tego samego dnia odwołała wcześniejsze zeznania. Prawomocnym wyrokiem zesłana do karnego obozu (z czternastu wysłanych razem z Ariadną kobiet, tylko dwie dotarły na miejsce żywe). Stamtąd przeniesiona do obozu w Mordowii. (W muzeum w Jełabudze jest zachowany notes, a właściwie maleńki francuski notesik - który można zamknąć w dłoni. Marina Cwietajewa zawsze nosiła przy sobie ołówki i notesy. Ale ten jest niezwykły. Znaleziony przy poetce, jest zupełnie pusty i dopiero na ostatniej stronie ręką Cwietajewej napisane jedno słowo „Mordowia”, tyle, że Ariadnę Efron do obozu w Mordowii przewieziono dopiero po śmierci poetki. Jak odczytać ten zapis – niech trudzą się biografowie.) Więzienne losy Ariadny opisuje Ruth Valby, przybrana córka siostry Efrona, ale pisząc o zabiegach Muli (Guriewicza), już nie próbuje niczego wybielać, doceniając jednak, że pojechał do obozu, spowodował, że przeniesiono Ariadnę tam, gdzie rygor był złagodzony – jednak na koniec dodaje: „Guriewicz - postać niejednoznaczna”. Tę niejednoznaczność podkreśla także Wilenskij, bo: „… kto w tamtym czasie mógł pojechać do obozu dla zesłańców politycznych i przenieść jednego z nich do więzienia o złagodzonym rygorze? Tylko ten, kto miał wielkie wpływy i potężne znajomości”. Po zwolnieniu z obozu Ariadna pisała wspomnienia, opisała pracę przy wyrębie lasu. Wrażenie, gdy po raz pierwszy, po trzech, latach wyszła na świeże powietrze, poza obóz, w tajgę, gdzie po dwanaście godzin na dobę więźniowie zbierali owoce leśne i grzyby (norma wynosiła pięć kilogramów). Nie wykonanie normy, to utrata jedynego posiłku dziennie. Matka wysyła paczki, pisze listy i kartki, częściej kartki bo jak mówi – „na kartce łatwiej kłamać”. Na jeden z listów matki Ariadna odpisuje: „ciągle liczę na cud”. Ale cud się nie zdarzył, w 1942 roku otrzymuje wiadomość o śmierci Mariny Cwietajewej. Podobnie, jak Anastasji, także Ariadnie nikt nie spieszył się donieść o śmierci. Ariadna dowiaduje się dopiero po roku, Anastasja, po dwóch. Zwolniona z obozu w 1947 roku, po latach izolacji odnawia listownie kontakty. Z dokumentem „byłego więźnia” nie mogła zamieszkać w Moskwie, ani innych 39 dużych miastach, w związku z tym wybór padł na Riazań. W Riazaniu zostaje zatrudniona w szkole jako nauczyciel grafiki, i szybko jako były więzień zwolniona. Znajduje pracę sprzątaczki i dorabia robieniem na drutach czapek i szalików (w obozie korzystając z dwóch zapałek i sprutych nici robiła współwięźniarkom szaliki). Umiejętność radzenia sobie w trudnych warunkach życiowych (głodne lata w Czechosłowacji, jeszcze trudniejsze w Meudon i Paryżu, gdzie pracowała ponad siły) przydały się na zesłaniu. Poza bardzo ciężkimi warunkami dochodził lęk, że w każdej chwili mogą przyjść i aresztować ponownie. 22 lutego 1949 roku Ariadna stała się „powtórnikiem” i zesłana została dożywotnio do Kraju Turuchańskiego. Na miejsce zesłania płynie Jenisejem „…tysiące kilometrów, już nie mam sił”. Gdy więźniowie znajdują się u celu podróży lejtnant dobrodusznie informuje ich: „mieszkańcom zabroniono przyjmować was do domów, władzom zabroniono was zatrudniać, jesteście tutaj zesłani na powolną śmierć”. Widząc beznadziejność sytuacji, za wszystkie zaoszczędzone pieniądze, wysłała telegram do Borisa Pasternaka z prośbą o pomoc. Natychmiast przychodzi pieniężny przekaz. W mieszkaniu staruszki, która miała tyle lat, że był jej obojętny zakaz władz, wynajęła kąt pod piecem. Znowu by przetrwać pracowała fizycznie, sprzątała, nosiła wodę z Jeniseju, szorowała w tej lodowatej wodzie podłogi, zarabiała szyjąc, naprawiając odzież. Pracowała także w turuchańskim domu kultury. Najtrudniejsze do wytrzymania w Turuchańsku były pięćdziesięciostopniowe mrozy z silnym wiatrem. W 1952 roku otrzymuje wiadomość o rozstrzelaniu Guriewicza. W 1955 roku, po sześciu latach, wyrok zostaje uchylony. Ariadna Efron powraca do Moskwy i pracuje nad pierwszą książką o matce. W roku 1956 po niekończących się wędrówkach po urzędach, otrzymuje zaświadczenie o pośmiertnej rehabilitacji ojca: „…od dawna wiedziałam, że nie żyje, ale dopóki nie zobaczyłam na dokumencie <<pośmiertnie>>, wiedziałam, ale nie wierzyłam. To, że zabiegam o wydanie mamy wierszy, że zabiegałam o rehabilitację ojca, to nie z miłości, a z rozsądku (z tego, co z niego pozostało)”. Z Francji przywożono jej rękopisy matki - „były to całe zeszyty wierszy i prozy”. Gdy Nikołaj Asiejew próbuje nawiązać z nią kontakt, Ariadna Siergiejewna odpowiada - „…gdzie byłeś, i w jaki sposób pomogłeś, gdy ona jeszcze żyła? Zanim otrzymasz prawo kochać wiersze, musisz pokochać samego poetę”. Jej przyjaciółka podsumuje – „Ala osądza wszystkich. Stawia przed Boskim Sądem i ma do tego prawo. Nie raz powtarzała, że Marina Iwanowna zginęła z powodu potwornej ludzkiej obojętności i absolutnie miała rację”. Z Borisem Pasternakiem Ariadna korespondowała do samej jego śmierci. Jeszcze na zesłaniu otrzymywała od Pasternaka kolejne rozdziały Doktora Żiwago,. Namawiał ją by zajęła się prozą, stała się dla niego bliskim człowiekiem. „Droga Alu, gdy już mnie zabraknie, pozostaną tylko twoje listy, i wtedy wszyscy pomyślą, że oprócz ciebie nikogo nie znałem”. Ariadna przechowała korespondencję matki i Pasternaka, zastrzegając, że wydana może być dopiero w XXI wieku, a w liście do poety napisała; „Jak ona Ciebie kochała! i jak długo – przez całe życie! Tylko ojca i ciebie nigdy nie przestała kochać”. W styczniu 1957 roku w Pieriediełkinie Ariadna spotyka się po raz pierwszy z Anną Achmatową (później będzie wielokrotnie odwiedzać poetkę). Achmatowa powie wtedy Ali: „Twoją matkę zabił tamten czas, tak jak zabił wielu, jak zabijał i mnie. Myśmy byli normalni, nienormalna była otaczająca rzeczywistość; aresztowania, rozstrzeliwania, podejrzliwość, brak zaufania do wszystkich i wszystkiego”2. Ariadna Efron przeżyła sześćdziesiąt dwa lata; szczęśliwe pierwsze lata w przedrewolucyjnej Rosji, tragiczne lata rewolucji, emigrację, a na koniec, po Paryżu, gdzie otrzyma13 ła w europejskim stylu wykształcenie, znalazła się w sowieckim więzieniu, i następnie w obozie za kołem polarnym, gdzie pracowała jako sprzątaczka. Jej życie to pasmo strat, porażek, niespełnionych nadziei, niezrozumienia i samotności. W dzienniku zapisuje: „przeżyłam nie swoje życie”. Więc jak to było, wyrachowana, czy naiwna idealistka, czy porzucając Paryż, wybrała Moskwę i życie w komunistycznym raju., czy współpracownica NKWD licząca na wdzięczność organów? Po wyjściu z więzienia nie odnajdzie żadnej mogiły; ani ojca, ani brata, ani matki. Z całej pię- cd. str.14 Gazeta Literacka 13 ESEJ cd. ze str.13 cioosobowej rodziny (Marina, Siergiej, Irina, Gieorgij, Ariadna) – tylko ona jedna ma grób, nie miała go Irina, nie mieli; ani ojciec, ani matka, nie ma także brat. Ariadna Siergiejewna Efron na cmentarzu w Tarusie3 postawiła rodzinny pomnik. Na pomniku napisała „Ariadna Efron – córka Mariny Cwietajewej i Siergieja Efrona”. Zmarła w Tarusie w 1975 roku i pochowana została na taruskim cmentarzu.. Pozostawiła po sobie wiele książek, w tym wspomnienia o matce (Moja matka Marina Cwietajewa, Marina Cwietajewa. Wspomnienia córki, Nieznana Cwietajewa)4, wzruszającą autobiografię A dusza nie tonie, wspomnienia, przekłady poezji, szkice, akwarele, portrety ludzi spotykanych na zesłaniu. MUR (Gieorgij Siergiejewicz Efron) Jeden z biografów Mariny Cwietajewej zadał pytanie – „Kto ją zabił? – nowa władza?, ludzka obojętność?, czy syn? Był dzieckiem upragnionym, „wymarzonym”, oczekiwanym. Ojciec wkrótce po urodzeniu Mura zapisał w dzienniku: „Zadziwiające dziecko, w nim nie ma ze mnie nic – to kopia – to Marin Cwietajew” Gdy Mur krytykował matkę Andriej Balmont ostrzegał: „uważaj Marina rośnie twój prokurator”. Natomiast w notatkach Mariny Cwietajewej jest zdanie - „Mam ważnego świadka – jest nim mądry i surowy Mur”. Mur nie chciał wyjeżdżać ani z Paryża do Moskwy, ani z Moskwy do Jełabugi. A w swoich dziennikach napisał „…całe moje życie tak się ułożyło, że stałem się egoistą i egocentrykiem… a Marina Iwanowna postąpiła słusznie5”. Życie Gieorgija toczyło się na pograniczu dwóch kultur, dwóch światów i dwóch narodowości. Kim właściwie był, Rosjaninem?, Francuzem?, kosmopolitą? Trzynaście lat we Francji, ponad pięć w Związku Radzieckim. Przez wszystkie te lata konsekwentnie pisał dziennik. Pisał go w dwóch językach, swobodnie przechodząc z francuskiego na rosyjski. Pierwsza część zaginęła. Dziennik zabrany został podczas przeszukania, razem z papierami aresztowanej Ariadny. Jest to istotna strata, ponieważ tam zostały zapisane pierwsze wrażenia czternastoletniego Gieorgija po powrocie do ojczyzny, zaginęła także część późniejsza. Niedawno została opublikowana ta część Dziennika, która była w posiadaniu Ariadny Efron i zgodnie z jej wolą została opublikowana dwadzieścia pięć lat po jej śmierci. Wszyscy, którzy go pamiętali podkreślali wyjątkową inteligencję, ogromne oczytanie (świetna znajomość literatury francuskiej) jako podrostek zaczytywał się w Sartrze, a ulubiona książka, której, jak wspomina Maria Biełkina tak bardzo brakowało mu w14Taszkencie to Mdłości. Swoje życie widział jako pracę na rzecz propagowania kultury francuskiej w Rosji, miał ogromne plany i jasną wizję swego dorosłego życia. O synu Cwietajewej ciągle krążą „złe” opowieści, ale przecież przyjechał do kraju wbrew swojej woli, zostawił szkołę, przyjaciół, otoczenie w którym się wychował. Wyjechał z kraju bezpiecznego (już wtedy Siergiej Efron za swoją działalność otrzymywał pieniądze), mieszkali w Paryżu, zajmując w „porządnej” kamienicy kilka pokoi. Miał tylko czternaście lat, 14 Migotania 53 gdy w nocy przyszli funkcjonariusze NKWD i na jego oczach aresztowali siostrę, a po dwóch miesiącach taka sama „czarna wrona” zabrała ojca. Ten przerażony chłopiec przez cały czas wspierał matkę. Razem z nią odwiedzał kolejne domy, w poszukiwaniu mieszkania, a w związku z częstą zmianą adresów był zmuszony zmieniać szkoły, co pozbawiało go możliwości kontaktów z rówieśnikami; a kiedy one się pojawiały nadopiekuńczość przerażonej matki, krępowała i jego, i jego znajomych. Z listu do Ariadny pisanego w 1941 roku – „…po Golicynie mieszkaliśmy w budynku uniwersyteckim, w mieszkaniu jednego z profesorów, potem u Lili6, potem znaleźliśmy mieszkanie na bulwarze… uff!”. Matkę i syna łączyły trudne relacje. Mur był krytyczny wobec matki, a Cwietajewa uwielbiała syna, ale wiedziała, że nie potrafi go zabezpieczyć, ciągle powtarzała: „…wszyscy chodzą głodni, ale, jeżeli mnie nie będzie, zatroszczą się o niego”, więc powierzyła Mura ludziom, którzy, takie miała przekonanie, zadbają o niego. „Dokąd wiedziałam, że mogę ci pomóc robiłam to, teraz już żyj sam, ja nie dałam rady.”7 Mur matkę zrozumiał i przebaczył jej. Wydoroślał w jednej chwili, ale na cmentarz nie poszedł, to było zbyt trudne (to zdanie gospodarzy, u których mieszkała Marina Cwietajewa, ale oni też nie poszli na pogrzeb, więc być może nie jest to prawdą). Po śmierci matki Mur napisał do Samuiła Guriewicza: „Wszyscy wokół dziwią się, że jestem taki twardy, taki nieprzenikniony, a nie wiedzą, że najcięższe łzy, to łzy samotne.” Można ująć to w ten sposób – syn Cwietajewej - gdy matka zmarła miał już szesnaście lat, ale tak naprawdę, on miał dopiero szesnaście lat. Na pogrzebie (prawdopodobnie nie był) nie był ze strachu. W liście do Elżbiety Jakowlewnej Efron napisał, że po raz pierwszy martwych zobaczył na wojnie. „Do tej pory nie zgadzałem się oglądać martwych, nawet Mariny Iwanowny”. W dwa dni po pogrzebie wyjechał do Czystopola, do Asiejewa i tam, w domu pisarza, przebywał dziesięć dni. Powierzając syna tej rodzinie matka być może brała pod uwagę warunki materialne, oraz to, że Asiejewowie nie mieli dzieci, napisała przecież „przyjmijcie go jak syna”, a być może liczyła na dawną przyjaźń. Asiejew należał do tych nielicznych, z którymi po powrocie do kraju Cwietajewa miała bliski kontakt. Poza tym, to właśnie jego głos był decydujący przy podpisywaniu zgody na przeniesienie z Jełabugi do Czystopola. Prawdopodobnie liczyła na zbyt dużo. Nikołaj Nikołajewicz Asiejew, był człowiekiem zamożnym (w czasie gdy inne kobiety sprzedawały wszystkie cenne rzeczy, jego żona ciągle jeszcze nosiła drogą biżuterię), ale nagrodzony Nagrodą Stalinowską, nie mógł przyjąć do swego domu, a tym bardziej usynowić, syna człowieka z taką przeszłością – syna żołnierza Białej Armii, represjonowanego „wroga ludu”. Cwietajewą jako poetkę cenił i szanował, ale był zbyt słaby, zbyt tchórzliwy, by to udźwignąć. Zatem wszystko poszło nie tak jak wyobrażała sobie matka. Asiejew załatwił dla syna Cwietajewej internat w Czystopolu, ale chociaż jego sytuacja majątkowa była znacznie lepsza, gdy zorientował się, że za internat trzeba będzie płacić zaczął nakłaniać Mura do powrotu do Moskwy. Żeby sprowokować właściwą decyzję powiedział, że sam też zamierza powrócić, więc chłopiec przestraszył się, że w Czystopolu pozostanie sam. Asiejew, który zdaniem Biełkinej, bardzo bał się wojennej Moskwy, absolutnie nie miał zamiaru wracać do stolicy, a „taką informację przekazał Murowi jedynie dlatego, by nakłonić go do wyjazdu”. Jednak przygotowując papiery zezwalające na przejazd; Czystopol – Moskwa, i Asiejew i urzędnik załatwiający dokumenty, doskonale wiedzieli, że nie ma żadnych szans na zameldowanie w stolicy, a co za tym idzie nie ma szans na mieszkanie i kartki żywnościowe. W Moskwie natomiast były ciotki (siostry Siergieja Efrona), był jedyny przyjaciel – Sezeman, oraz ukochany Ariadny i przyjaciel domu Mulia (czyli Samuił Guriewicz). Nie czując poparcia w Asiejewie, zdecydował się na wyjazd, lecz gdy wszystko już było gotowe, z Litfondu 8(z Moskwy) przyszła wiadomość, że w Czystopolu ma zapewnioną darmową szkołę i internat z wyżywieniem, to zdecydowało o pozostaniu. Wyjeżdżając z Czystopola (rok szkolny zakończył się, zamykano internat i nie bardzo miał gdzie się podziać) pragnął zostawić archiwum matki u Nikołaja Nikołajewicza Asiejewa, bojąc się, że albo zginie ono pod bombami (Moskwa była bombardowana), albo może zostać skradzione w podróży. Asiejew jednak nie wyraził zgody na przechowanie archiwum. Po śmierci brata i powrocie do Moskwy Ariadna zerwała wszelkie kontakty z Asiejewem, powody wyjaśniając mu w rozmowie telefonicznej. Asiejew próbował tłumaczyć się twierdząc, że Cwietajewa nigdy nie powierzała mu Mura, a treść listu była zupełnie inna. Czy losy brata Ariadny potoczyły by się inaczej gdyby Asiejew zajął się nim, trudno dziś powiedzieć. W Moskwie był krótko, wojska niemieckie zbliżały się do stolicy, w mieście narastała panika i chaos, pisarzy i ich rodziny ewakuowano w głąb Rosji. Prawie cudem udało mu się razem z pisarzami wyjechać do Taszkentu (wszędzie potrzebne były pozwolenia) jechali dwa miesiące, w koszmarnych warunkach, w wielogodzinnych postojach, przepuszczając ciągle pociągi wiozące żołnierzy na front.. W Taszkencie poznaje Annę Achmatową. Mieszkają w tym samym domu i Achmatowa w miarę możliwości próbuje zaopiekować się synem poetki (spotkały się w Moskwie, jedyny raz, 7/8 czerwca w domu Ardowych i przez siedem godzin rozmawiały – o czym? żadna nie zdradziła.). Później rolę opiekuna przejmują Aleksiej Tołstoj i jego żona. Gieorgij chętnie tam przychodził, gdyż ciągle tęsknił za Francją, a z żoną Tołstoja mógł rozmawiać po francusku. Wzmianki o synu Cwietajewej znajdujemy we wspomnieniach Lidii Czukowskiej, jej ojca, Kornela Czukowskiego, a także Fainy Raniewskiej i Eleny Bułhakowej. Zgodnie podkreślają jego bardzo trudną sytuację materialną, ale jednocześnie jego wielką wolę przeżycia. Natalia Gromowa – „…pierwszą osobą, która dzieliła z Murem swoją ubogą żywnościową porcję, była Anna Achmatowa. Chłopiec jeszcze niedawno żył we Francji i z trudem przyswajał sobie warunki sowieckiej rzeczywistości, ale ze wszystkich sił starał się przeżyć. Był przeraźliwie samotny i zagubiony, ale trzymał się życia i robił wszystko by przetrwać”. W 1942 roku zamieszkał w domu pisarzy przy ul. Karola Marksa, w maleńkim pokoiku bez okna, jak sam wspominał, gdy ktoś próbował gotować, wnętrze stawało się kuźnią Wulkana. Nad wiek dojrzały szukał towarzystwa dorosłych, a chłopięce problemy zbywał uśmiechem pobłażania. Z Taszkentu Mur pisze do siostry, że do tej pory nie doceniał rodziny, wydawało mu się, że rodzina jest hamulcem w rozwoju, w kształtowaniu się osobowości, teraz widzi, że nie tylko nie hamuje, lecz wręcz przeciwnie, napędza ten rozwój. Lata pobytu Ariadny w więzieniu bardzo zbliżyły rodzeństwo. Niestety - po raz ostatni widzieli się podczas jej aresztowania. Po ukończeniu szkoły w Taszkencie, jesienią 1943 roku, Mur wraca do Moskwy i w październiku wstępuje na Wydział Filologiczny Uniwersytetu Moskiewskiego. W archiwum moskiewskiego uniwersytetu zachowała się teczka z dokumentami Gieorgija Efrona, w charakterystyce studenta podkreślono jego wyjątkową inteligencję, oczytanie i doskonałą znajomość języków obcych. Uczy się i pracuje, ponieważ stypendium nie wystarcza by się utrzymać. Na pierwszym roku stypendium wynosiło 140 rubli, a bochenek chleba na rynku kosztował 100... Anatolij Moszkowski, który studiował z Gieorgijem na tym samym roku, wspomina, że Efron ucząc się pracował jako kierownik internatu przy fabryce „Czerwony proletariat”. Zdążył pouczyć się niecałe trzy miesiące, ale gdy tylko ukończył dziewiętnaście lat, pierwszego lutego 1944 roku, dostaje powołanie do wojska. Związek Pisarzy występuje z prośbą, o skierowanie Gieorgija do pracy w zakładach wojskowych w Moskwie, dzięki czemu mógłby kontynuować naukę. Niestety powołanie zostaje w mocy, a jako syn i brat represjonowanych, dostaje skierowanie do karnego batalionu. Ostatni moskiewski wieczór – swoje urodziny - spędził w rodzinie tłumaczy (Burowych), był wesoły, śmiał się, dużo rozmawiał po francusku, mówił o planach na przyszłość. Był to ostatni szczęśliwy wieczór w jego życiu. W liście do siostry zapewnia ją, że wszystko będzie dobrze, takie ma przeczucie, ale list do ciotki już nie jest taki optymistyczny: „…dookoła tylko złodzieje i mordercy, wszyscy wokół to kryminaliści, których wypuszczono z więzień”. Siódmego lipca 1944 roku ciężko ranny w bitwie na Białorusi dostaje się do transportu sanitarnego – i tutaj urywają się wszelkie informacje. Dwudziestego szóstego lutego Ariadna razem z ciotką Anastasją zaczynają poszukiwania. Wysyłają dziesiątki listów do Ministerstwa Obrony i wszędzie tam, gdzie można uzyskać jakiekolwiek informacje. W odpowiedzi czytają, że nie ma go na żadnej liście; ani poległych, ani rannych, ani nawet zaginionych. Po latach zgłasza się były żołnierz i były kolega z tego samego oddziału, który widział jak rannym Gieorgijem Efronem zajmują się sanitariusze i na noszach przenoszą do sanitarnego transportu. Działo się to w lesie nieopodal wsi Drujka. Po śmierci matki, gdy w tej wojennej WSPOMNIENIA ANASTASJI (Anastasja Iwanowna Cwietajewa, młodsza siostra Mariny). Anastasja; trzykrotnie aresztowana; w roku 1933 - zwolniona po 64 dniach za wstawiennictwem Gorkiego, następnie w 1937- wyrok 10 lat łagrów, zwolniona w 1947 , ponownie aresztowana w1949 roku, zwolniona po sześciu latach, jeszcze przez dwa lata bez prawa powrotu do Moskwy, rehabilitowana w 1959, w roku 1960. pojechała do Jełabugi. Z Mariną po raz ostatni spotkała się we Francji, w 1927 roku, w czasie swojej podróży po Europie. Długo nie wiedziała nic o siostrze, poza tym, że wróciła do kraju, więc o wszystko obwiniała; zawieruchę wojenną, niedochodzące listy, niemożność odszukania, bałagan w urzędach i własne kłopoty. Na koniec przychodzi list od Lory (starszej, przyrodniej siostry), było to latem 1943 roku; „Musi10, autora <<Czarodziejskiej latarni>> już nie ma na świecie. Syn, gdzieś ze Związkiem Pisarzy na Kaukazie”. Po tej wiadomości Anastasja wysyła listy do sióstr Efrona, do znajomych, do wszystkich, kto mógłby coś wiedzieć. Na koniec, po długim oczekiwaniu, przychodzi telegram od sióstr Siergieja Efrona „Marina zginęła dwa lata temu, 31 sierpnia. Całujemy. Lidia i Zina”. Zginęła, a więc wypadek, Anastasja pisze nowy list z prośbą o szczegóły, w odpowiedzi dostaje telegram - w nim tylko 4 słowa „Tak jak nasza matka”11. Trudno jej pogodzić się z tym, że siostra nie napisała do niej ani słowa, nie może zrozumieć jak mogła odejść nie odezwawszy się i wtedy otrzymuje list sprzed wielu lat, dawna wiadomość, zaległe, gdzieś zawieruszone słowa, które Marina pisała do swojej siostry, jako siedemnastolatka, przed nieudaną próbą samobójczą… przypadek - jak cud; ktoś znalazł i wysłał, a zbiegło się z telegramem. Anastasja nic o liście napisanym w 1910 roku, nie wiedziała i otrzymała go po trzydziestu czterech latach, a właściwie kopię listu. Oryginał zachowała Maria Iwanowana Griniowa12 , obawiając się, że może zaginąć w drodze. W 1947 roku podczas spotkania z Ariadną, Anastasja proponuje, by razem pojechały do Jełabugi. „Na mogile matki, po raz pierwszy powinnam być sama”, i dalej obietnica, że po powrocie da znać i wtedy wybiorą się razem. Nie pozostało nic innego jak się zgodzić. W 1949 roku Ariadna (podobnie jak Anastasja) zostaje powtórnie aresztowana.13 „Minęło jeszcze jedenaście lat - pisze Anastasja - życie spowodowało, że niemożliwym stał się wcześniejszy wyjazd. „Niemożliwym”, ponieważ Anastasja była znowu aresztowana. Podobnie zawoalowane informacje znajdujemy w książce Wospominanija (Wspomnienia): „…w sierpniu <<wyjechała>> Ala, więc mieszkali na daczy we trójkę, a w październiku <<wyprowadził się Sierioża>>. W 1958 roku podczas ponownego spotkania z Ariadną, Anastasja ponawia propozycję wspólnego wyjazdu, i znowu słyszy to samo. Minęły jeszcze dwa lata, siostra Mariny kończy sześćdziesiąt sześć lat i odchodzi na emeryturę, w związku z tym, otrzymuje dodatkowe pieniądze, odprawę emerytalną, która pozwala urzeczywistnić dawne plany, już się nie waha: „Był październik 1960 roku, gdy mogłam urzeczywistnić dawno zaplanowaną podróż. Nastąpiła już ponura jesień. Szare niebo, szara rzeka Kama, a w oddali szare miasto”. W podróży towarzyszyła jej przyjaciółka. Szły przez miasto pytając napotykanych po drodze przechodniów, jak dawno tutaj mieszkają, czy pamiętają, że z Litfondem na początku wojny przyjechała do Jełabugi pisarka i może pamiętają gdzie mieszkała? Na koniec odnalazły wskazaną ulicę, Żdanowa 10 (teraz Woroszyłowa), „parterowy domeczek, jedno pomieszczenie, mieszkali tutaj mąż i żona Brodelszczikowowie; wysoki, chudy i siwy Michaił Iwanowicz i jego maleńka żona, Anastasja Iwanowna (moja imienniczka). Od niej dowiedziałyśmy się, że Marina zapytawszy ją o imię i patronimikum, powiedziała – Anastasja Iwanowna? Mam siostrę Anastasję Iwanowną… w ten sposób dziesięć dni przed śmiercią Marina po raz ostatni wymówiła moje imię”. Od gospodarzy usłyszały, że dokładnie nie pamiętają, kiedy przyjechała Marina do Jełabugi, ale u nich pojawiła się chyba na dziesięć dni przed śmiercią. Do domu weszła w towarzystwie innych osób i zobaczywszy pokoik z dwoma oknami, część z jednym oknem oddzieloną zasłoną, wskazując na pomieszczenie za zasłoną, powiedziała stanowczo - „Ten pokój ja biorę!” – Znaczy to, że istniała w niej jeszcze chęć życia. Łóżko oddała synowi, sama spała na kanapie. Gospodarze mówili, że szukała pracy. W archiwach Mariny Cwietajewej jest nagranie rozmowy z Anastasją I. Brodelszczikową; „Co to był za człowiek trudno zorientować się w dziesięć dni. My i tak chodziliśmy za nią, jak za dzieckiem, niczego nie umiała; ani prać, ani gotować, ani przygotować ryb, które mąż jej dawał. Jedno jest pewne; wszystkim była obca”. Już po urządzeniu się na nowym miejscu, z Jełabugi popłynęła statkiem do Czystopola. Stamtąd wróciła wzburzona. A dwa dni przed śmiercią miała poważną rozmowę z synem. O czym rozmawiali, gospodarze nie wiedzą, gdyż rozmowa nie była po rosyjsku. A później już był wspomniany „subotnik”(w tym wypadku „woskriesnik”14). Powinna pójść Marina, a poszedł syn, dlaczego, też nie wiedzą. Gospodarz zapytał tylko, czy zaopiekuje się domem podczas ich nieobecności, potwierdziła. Pierwsza wróciła gospodyni. Gdy z prac społecznych wrócił syn, nie wpuszczono go do domu, zapytał dlaczego, a gdy się dowiedział, już sam nie chciał, odwrócił się i odszedł. Nocował u jedynego ze swoich jełabużskich kolegów („Mur, który bał się wejść do domu, by zobaczyć matkę, poszedł do Sikorskich i tam nocował”). Nie byli na pogrzebie, czy był syn, nie wiedzą. Mieszkał u nich jeszcze pięć dni, pozbierał rzeczy, część żywności zostawił gospodarzom (była wojna i brakowało wszystkiego, a oni mieli małe dzieci, więc bardzo się ucieszyli). Pozostawił także dla nich, zawiązane w węzełek, ubrania i bieliznę pościelową. Tobołek został w części mieszkania, która należała do Mariny. Zszokowani i zasmuceni tym co się stało gospodarze nie przenieśli go od razu do swojej części. Po wyjeździe Mura przyszli jego znajomi, zaczęli grzebać w rzeczach, na koniec zawinęli wszystko i zabrali ze sobą , wcześniej obdarowani - nie mieli śmiałości protestować. Przez kilka dni Anastasja z przyjaciółką, Sonią Kagan, przeszukiwały cmentarz, wypytywały mieszkańców Jełabugi. Anastasja Cwietajewa doku- ESEJ zawierusze praktycznie pozostał sam, udało mu się przeżyć jeszcze ponad dwa i pół roku. Teraz na wiejskim cmentarzu, na terenach białoruskich, niedaleko granicy z Łotwą, pomiędzy wioskami; Drujka i Struniewszczina, za skromnym metalowym ogrodzeniem stoi czarny marmurowy obelisk z żołnierską gwiazdą i napisem: „Efron Gieorgij Siergiejewicz zginął w lipcu 1944 roku”. W ewidencji z tego dnia znajduje się informacja, że 7 lipca 1944 roku czerwonoarmista Gieorgij Efron brał udział w natarciu i ranny został przejęty przez batalion sanitarny. Nie miał nawet trzech miesięcy, gdy Cwietajewa zapisała w swoim notesie – A chłopców trzeba kochać jeszcze za to, że muszą iść na wojnę”. „Gdzie jest jego grób nie wiadomo, tak jak nie wiadomo gdzie grób Mariny Cwietajewej, która popełniła samobójstwo, jak nieznany jest grób Siergieja Efrona, zamordowanego w katowni NKWD, jak nieznana mogiła maleńkiej Iriny, która umarła z głodu w Domu Dziecka w Kuncewie i tylko Ariadna, po latach powróciła do rodzinnej Tarusy i tam na taruskim cmentarzu, dokąd z matką i Mandelsztamem przychodziła na spacery, ma swoją mogiłę – ona jedna z całej rodziny”.9 - mentowała wszystko zdjęciami; dom, miasteczko, cmentarz. Niestety, stróż na cmentarzu był już inny i poza informacją, gdzie znajdują się groby z 1941 roku, żadnych dodatkowych wskazówek nie uzyskały. Powróciły do Moskwy ostatnim statkiem przed zimową przerwą. Wszystko to Anastasja opisała w liście do córki Cwietajewej, a w odpowiedzi dowiedziała się, że Ariadna nigdy nie miała zamiaru tam jechać: „Mamy dla mnie tam nie ma. Mama dla mnie jest w swojej twórczości, w swoich wierszach”. Przed odjazdem Anastasja ustawiła krzyż i zaniosła tablicę z napisem: „W tej części cmentarza została pochowana Marina Iwanowna Cwietajewa; ur. 26 września 1892 r. zmarła w Jełabudze 31 sierpnia 1941 roku.” Anastasja Iwanowna Cwietajewa, pisarka, napisała kilka książek wspomnieniowych, w tym dwa tomy wspomnień, w których opisuje życie swoje i Mariny. Wspomnienia obejmują dzieciństwo, młodość, czas do wyjazdu Mariny z kraju i w króciutkiej części, nazwanej „Załącznik” znajdują się dwa podrozdziały: „Ostatnie informacje o Marinie” i „Jełabuga”. Książka zyskała ogromną sławę. W latach „pieriestrojki” Anastasja walczyła o powstanie muzeum siostry. Oficjalnie otwarte zostało w 1992 roku, w stulecie urodzin poetki. Dom - Muzeum Mariny Cwietajewej znajduje się w zaułku Borisa i Gleba 6. W tym domu Cwietajewa mieszkała od 1914 - do 1922 roku. Na wprost domu, na niewielkim skwerku, wśród starych drzew, stanął pomnik Mariny Cwietajewej. Anastasja Cwietajewa zmarła w Moskwie, w 1993 roku, w wieku dziewięćdziesięciu dziewięciu lat. KRYSTYNA ŚMIECHOWICZ Była to metoda przesłuchiwania bez przerwy, przy zmieniających się śledczych, przez wiele dni i nocy. 2 Z książki Wospominanija (Wspomnienia) Ariadny Efron 3 Dom w Tarusie należał do rodziny Cwietajewych, tam spędzali wakacje. 4 Tytuły podane w tłumaczeniu. Książki nie zostały przełożone na język polski 5 Słowo „słusznie” dotyczyło samobójstwa Mariny Cwietajewej. 6 Siostra Siergieja Efrona 7 Z listu do syna (Jełabuga, 31 sierpnia 1941r.) 8 Litfond Litieraturnyj fond) – organizacja, której celem było udzielanie pisarzom pomocy materialnej. 9 Ludmiła Majdanowa „Zierkała” 10 W domu Marinę nazywano Musią. 11 Matka Siergieja Efrona powiesiła się. 12 Maria Iwanowna Griniowa była pierwszą żoną męża Anastasji. 13 Powtórnik - tak nazywano więźniów, aresztowanych po raz drugi. Często nie zdążyli nawet opuścić więzienia. Ariadnę powtórnie aresztowano po półtora roku. 14 Niedziela prac społecznych 1 15 Gazeta Literacka 15 ESEJ Anna Łozowska-Patynowska O poezji Krystyny Lars W kręgu cielesnej rzeczywistości K 16 Migotania 53 Fot. Zbigniew Joachimiak rystyna Lars wydała kilka zbiorów poetyckich. W jej twórczości można prześledzić pewną ewolucję. Poetka rozpoczyna od przygody z romantyzmem, z ciemną i tajemną naturą człowieka, w zbiorze „Ja, Gustaw” (1981), następnie poszerza katalog tradycji, z których konsekwentnie korzysta w „Chirurgii mistycznej” (1989), przywołując filozofię materialistyczną oraz egzystencjalną a także barok, by zatrzymać się właśnie na tym odwołaniu w „Umierankach i innych wierszach” (2000). Prześledzenie niektórych zagadnień w jej twórczości lirycznej pozwala ukazać jej wiersze z perspektywy intertekstualnej. Krystyna Lars sięga do kilku wielkich tradycji poetyckich. W Latach osiemdziesiątych rozpoczyna swoje spotkania z romantyzmem, co sygnalizuje już tytuł zbioru „Ja, Gustaw” z 1981 roku. Patronem tomiku jest właśnie Mickiewicz z IV częścią „Dziadów”, a właściwie z sylwetką nieszczęsnego kochanka. Gdybyśmy jednak tylko w tę stronę poprowadzili tę interpretację, szybko okazałoby się, że jej wiersze powtarzają myśli wieszcza. Lars idzie jednak we własnym kierunku. Otwierając swój zbiór wierszem „Gałąź jedliny”, nawiązującym do utworu Mickiewicza, rozpoczyna rozważania nad ludzką kondycją w świecie. Człowiek wpisany w świat konkretów to według idei przewodniej zbioru istota zatracająca powoli swoje człowieczeństwo. Prawdziwe spotkanie ze sobą samym następuje po wsłuchaniu się „w nieznane poruszenia serca”, w czasie nocy, która wyzwala prawdziwe istnienie. Istota ludzka to kłębek wzruszeń, instynktów, popędów, które są tępione przez kulturę. Zatem Lars wyznacza kolejną sferę swoich rozważań, dotyczącą istnienia oraz bycia jednostki wobec zbiorowości. Rysuje się tu także konfrontacja o romantycznej proweniencji, stanowiąca dylematem poznawczym natury i kultury. Osoba mówiąca w wierszu „Żelazny uścisk” ujawnia źródło swojego strachu. On powstaje poprzez obcowanie z drugim człowiekiem. Człowiek z wiersza boi się doświadczać rzeczywistości, której poznanie pojmuje jako „dotknięcie cienkiej błony”. Istnienie w świecie równa się, według osoby mówiącej w wierszu, z byciem martwym, a funkcjonowanie w świecie z błądzeniem w labiryncie („mylą się nam drogi”). W swoich utworach Krystyna Lars przywołuje ludzko-boski Dekalog, czyniąc z niego etos istnienia. Najważniejszym z przykazań czyni poetka przykazanie ‘nie zabijaj’. Credo życiowe bohaterki wiersza zostaje zderzone z jej sytuacją istnienia jako „martwej”. Ta martwota powodowana jest przez narastający w niej strach zrodzony ze strachu otoczenia. Opowieść o osobie zamkniętej w szczelnym świecie bólu i strachu mieści w sobie katalog problemów romantycznych, począwszy od dylematów jednostki mającej stać na czele zbiorowości, aż do interioryzacji wewnętrznego bólu człowieka. Ale postać tego problemu zostaje tu przeformułowana. Oto nie walka za miliony, ich uwolnienie staje się kategorią podstawową, ale walka milionów o neutralizację jednostek. Taką interpretację wymusza miejsce i czas wydania tych utworów. Aura tajemniczości i romantycznej niesamowitości zmienia się w takim wymiarze w codzienność, uśpienie wartości, ukołysanie ich jedynie we wnętrzu16człowieka. Zatem przykazanie sformułowane przez Lars w postaci „nie zabijaj mnie” staje się podstawowym manifestem człowieka wpisanego w system życia, z którego pragnie się wydostać. Stąd krzyk człowieka niemogącego krzyczeć, a właściwie pragnącego uśmierzyć ból, zdławić wewnątrz siebie moc mówienia o możliwości dalszego istnienia. „Trzymanie siebie za gardło” to nie tylko przykład samosądu, ale właśnie uwierzytelniania prawd wiary, które tkwią nieme i bezwładne w człowieku. Niemożliwość ich artykulacji, zamykanie tych prawd między milczeniem a mówieniem, niedomówieniem i jeszcze więcej, miedzy przemilczeniem, staje się podstawową przyczyną walki wewnętrznej toczącej się w duszy bohaterki wiersza „Nie zabijaj mnie”. Osoba mówiąca w wierszu w „krzyczącym milczeniu” odsłania wizję swojego wewnętrznego świata, który „płonie”, posiada „raniące żywe krawędzie”, aż w końcu „krwawi”. Odśrodkowe unicestwianie człowieka jako proces degresji pragnie zatrzymać bohaterka liryczna mówiąc, „będę go bronić”. Człowiek w wizji Lars, zanurzony w świecie trwogi, musi być nauczony posiadania „drewnianej twarzy”, „nieruchomych powiek”, „zagryzionych warg”. Istota uczona niewzruszenia, „przyczajenia” w istnieniu jest chroniona tylko pozornie („Nie ucz mego syna miłości”. Lars mówi tu o braku człowieka w człowieku, otępianiu wrażliwości, zamykaniu niegdyś otwartych w dzieciństwie drzwi sumienia. Bolesność ludzkiego istnienia nie wynika więc z ożywionego odczuwania, spotęgowanego dramatem wewnętrznym. Cierpienie wynika z długotrwałej nieobecności w sobie samym, niemożliwości jego doświadczenia, czego metaforą stają się „zaciśnięte usta”. Lars poszukuje dramatycznie człowieka w człowieku, wierząc, że gdzieś pod powłoką „ołowiu wnętrzności” skrywa się istota prawdziwa, nieprzygnieciona istnieniem („Kanał, ceglana cembrowina” z „Umieranek”). W wierszu „Martwa” postępuje zaawansowany już proces odpodobnienia od siebie. Człowiek to twór przeszłości, odczytywany nie jako jednostkowe „ja”, lecz kolaż istnień. Teoria wielowymiarowej egzystencji wprowadzonej przez Lars zostaje zderzona z ponownie z wizją jednostki wiążącej swoje trwanie wespół z otaczającym bytem. Panteistyczna wizja świata przenosi się na samego człowieka, „wasze kości to moi bracia”, pisze Lars. Świat to przestrzeń żyjąca, składająca się z „gałązek nerwów” oraz z „ran”, otaczająca martwego za ESEJ Fot. Robert Gauer życia człowieka, który utożsamiany jest w utworze jedynie ze złudzeniem. Świat w ujęciu Lars jest żywą tkanką, somatycznym centrum pulsującego i rozwijającego się ducha („Noc”). W „szumie narastających tkanek” istnieje wątły człowiek. Wiersze z kolejnego zbioru poetyckiego Lars rozwijają zagadnienie wiecznie żyjącego świata. Problem ten sąsiaduje z innymi ujęciami tematycznymi, szczególnie z przywołaną płaszczyzną filozoficzną. W „Chirurgii mistycznej”, tomiku obarczonym „stygmatami barokowości”, Lars każe czytelnikowi interpretować świat w oparciu o wyłożoną na wstępie teorię cielesności, czyli „ciała mięsa”, ciała świata. Dialektyka śmierci i życia, dokładniej, pulsowania życia jeszcze po śmierci interesuje Lars najbardziej. Zagadka bytu, którą pragnie rozwiązać poetka, przywołując tekst filozofia Juliena Offray de la Matterie „Człowiek maszyna”, krystalizuje się powoli w myśl teorii duszy, która ma stać się ciałem. Materializm przywołanego filozofa-lekarza staje się zatem tekstem przewodnim zbioru i wyznacza perspektywę czytania późniejszych tekstów. Pojawiają się więc dwie drogi odczytania, albo strategia negacji wystawionej na front teorii albo też prowadzenie polemiki z tekstem „Człowiek maszyna” w celu prostego dowodzenia mającego udzielić odpowiedzi na postawione pytanie o fenomen ludzkiego istnienia. W utworze „Obdzierając ze skóry”, Lars czyta świat poprzez ciało, poszukując zarazem duszy, albo inaczej ucieleśnia duszę, która sprowadzona zostaje do ciała. Lars zdaje się prowadzić swoje rozważania wbrew la Matteriemu, ukazując w wierszu „Dwa ciała matki” osobę odczuwającą w sobie obecność swoich przodków, do tego stopnia, że następuje tu wyparcie z niej poczucia samej siebie. Okrutna świadomość istnienia innych ciał w niej samej nie jest efektem pamięci o tych, którzy odeszli, lecz rodzajem wiary w istnienie ciała w ciele, rezultatem ponoszenia ofiary za tych, którzy zmuszeni byli odejść. Poświęcenie bohaterki z wiersza związane jest z utratą cienia, czyli własnej osobowości, dezintegracji jednostkowości. Wprowadzony aspekt tracenia siebie następuje poprzez ciało, które okazuje się w liryce Lars drogą do duszy. Wędrówka po „mapie ciała” jest w liryce Lars czymś bardzo żmudnym, ale i dramatycznym. W „Pancerniku” ukazuje poetka człowieka zniewolonego, który skazany jest na dźwiganie ciężaru własnej egzystencji, uzbrojony jest jednak w „płaty czarnej blachy”, które izolują go od otoczenia, a także od prawdziwego odczuwania. Makabryczna sytuacja „zabawy ludzkimi ciałami”, bezwładnymi ciałami, kojarzone są z materią, skonfrontowane zostaje z nieświadomością roli dokonującej tego jednostki. W przedstawionym obrazie postkatastroficznym, gdzie widzimy „ręce wyrwane z ciemnych łożysk ramion (…) dłonie płynące obok ciemnych torsów (…) stopy odjęte rozrąbanym biodrom” dostrzec można ślady życia, ponieważ bohater wiersza prowadzi swój żywot w ich skórze. Dosłowne odczytanie wydaje się jednak zbyt paradoksalne, bo prowadzi do podejrzenia o kanibalistyczny wymiar trwania istoty ludzkiej w tekstach Lars. Tymczasem interpretacja prowadzona w duchu egzystencjalizmu każe nam odczytywać wiersz jako poznawanie prze człowieka świata, który doświadczając całym sobą, uczy się obcości bytu. Poznając „filozofię nicości”, człowiek z wierszy Lars rozpoznaje również w sobie samym nicość, z której powstał, którego desygnatem jest wszechwładny „cień”. Wzrastanie człowieka następuje w otoczeniu mrocznym i nieznanym. Perspektywa makrokosmosu, ciemna i niedefiniowalna, jest odpowiednikiem dla mikrokosmosu, którym jest ludzka jaźń. Człowiek składa się głównie z cienia i z „czarnej rany serca” („Płetwonurek”), która otwiera się powoli w chwili poznawania rzeczywistości. Perspektywa istnienia-nieistnienia, czyli równolegle iluzoryczności otaczającego świata staje się głównym zagadnieniem w wierszu „Chirurg”. Lars stawia pod znakiem zapytania ludzką egzystencję, starając się jednocześnie wyjaśnić, że jest ona tylko chwilowym złudzeniem, bo nie dzieje się naprawdę. Za żywą tkankę bierze jedynie stan istnienia będący projekcją ludzkich uczuć, mówiąc: „Naprawdę żywe jest tylko/ miejsce nieistnienia”. Lars, prowadząc paradoksalną grę, ukazuje nicość w wielu odsłonach, każąc czytelnikowi wierzyć nie suchym faktom wywiedzionym z empirii, lecz zaufać duchowemu światu aksjologii. Dlatego w wierszu „Skrzep”, dedykowanemu profesorowi Stanisławowi Rośkowi, konfrontuje ze sobą puste słowo „skrzep” z całą materią, która tchnie życiem, jest żywą tkanką trwania: Posłuchaj lepiej tego wiatru/ (…) – to suną wzdłuż betonowych ścian skrzepy żywego powietrza gniazda bólu rozkwitające w przestrzeni których nigdy nie zobaczysz Lars nie tylko mówi o cierpieniu, ale i jego nieustannej obecności zaszczepionego lęku w świecie. Ból świata natury wyznacza rytm naszego istnienia. Odwracając relację między człowiekiem a światem, który staje się tkanką żywą, Lars nie stara się za wszelką cenę propagować mody na „ekologię”. Poetka pragnie pokazać świat jako współdoświadczający istnienia, cierpiący, płaczący, przenikający człowieka swoim własnym życiem, którego na pierwszy rzut oka dostrzec nie można. Co jest zatem materią? Materia to nie tylko treść wyparta przed filozofie idealistyczne. W jej liryce oznacza ona byt nie tylko doświadczany, ale i doświadczający, ewoluujący, dojrzewający do pełnego istnienia. Toteż istnienie według Lars to byt zanurzony i wywodzący się ze snu. W tekście „Poeta jako taumaturg” Lars ożywia także przestrzeń snu. Wpisuje równocześnie człowieka w świat oniryczny, który nazywa toczącym się nieustanie „wewnętrznym życiem jaźni”. Obserwacje prowadzone przez Lars dotyczące głównie człowieka wypreparowanego przez ówczesny system socjalistyczny sprowadzają się do dramatycznych wniosków o jego istocie, która zamiast wielkiej synchronizacji ze światem snu kryjącego archetyp istnienia, niszczeje, staje się jałowa, „szara”, „znającą tylko lęk”. Zatem człowiek ten „czuje w sobie wygasający oddech – obumieranie snu”, ponieważ „nie rozpoznaje własnych przeznaczeń”. Opowieść o człowieku snuta przez Lars jest smutną historią o człowieku wykorzenionym, wyrwanym ze swego trwania. Czerpiąc inspiracje z tradycji, Lars nie zapomina o nawiązywaniu intelektualnego i międzyepokowego dialogu z poetami przez nas zapomnianymi. Takim przykładem jest Jerzy Liebert, którego światopogląd odsłania autorka „Umieranek” w postaci poetyckiej reminiscencji w wierszu „Radość dodawania”. W tomie „Umieranki i inne wiersze”, nawiązującym swoją tematyką do tradycji barokowej, poetka ujawnia i odświeża ważną kwestię obecności tych inspiracji w lirykach Lieberta i we własnych. Pojawiająca się tu kwestia niezbywalnego dowodu istnienia Boga, którym jest wiara, wiąże się z kwestią istnienia i nieistnienia. Liebert, młody poeta, który umierał za życia, mając dramatyczną świadomość swojego odchodzenia, nie wątpił w wiarę. Miał nadzieję, że jego istnienie przetrwa, choćby w innej rzeczywistości. Podobne postulaty wysuwa przecież Lars, choć jej światopogląd skłania się raczej ku większemu pesymizmowi. Nie wiara w ocalenie, ale wiara w odchodzenie staje się podstawowym przesłaniem wiersza. Ten sam problem rozwija poetka w innych lirykach, na przykład w utworze „Pościel, błysk rtęci”. Śmierć staje się w liryku Lars „ucieczką” przed „nieznośną lekkością bytu”, a także zaskoczeniem, nagłą przemianą, która sprawia, że „narastające” zewsząd tkanki przeprowadzą istnienie w nieistnienie. Aktualizacja barokowej tradycji staje się ważnym kontekstem w liryce Lars. Odsyła do niej nie tylko tematyka utworów zebranych we wspomnianym zbiorze, ale i charakterystyczny dynamizm, ruch wiersza, połączenie nostalgicznej zgody na odejście w niebyt z rytmem wierszem przeprowadzającym na drugą stronę, jak w lirykach księdza Józefa Baki („Umieranka z gładziutką wodą”). Nasuwa się tu możliwość kojarzenia obrazowania w wierszu „Korona stworzenia” zarówno z symbolicznymi przedstawieniami konceptualnymi Giupeppe Arcimboldiego, jak i odświeżeniem pascalowskiej filozofii „trzciny myślącej” w postaci „łodygi kopru”. W świat tych przedstawień Lars włącza jeszcze norwidowską tradycję intelektualnego i głębokiego czytania tekstów literackich. Poetka ukazuje świat poezji nie tylko w wiecznym poruszeniu, ale i w międzytekstowym ruchu, naświetlaniu jednego tekstu poprzez drugi i tak w nieskończoność („Elegia na śmierć poetów”). Zatem „Oktostychy” i „Lato 1932” Jarosława Iwaszkiewicza odżywają na nowo nie tylko poprzez przywołanie postaci Jarosława w „Elegii na śmierć poetów”, ale i skojarzenie z estetyką wieku siedemnastego. Do tego w innych utworach dołącza niepokój, wewnętrzne rozproszenie zakończone próbą poukładania rozbitego świata na nowo w jedną całość („Umieranka z nocy kryształowej”). „Spopielone motyle” są obrazem odzwierciedlającym zarówno poświatę zaraz sprzed drugiej wojny światowej, jak i stan emocjonalny podmiotu. Wrażliwość poetycka Lars ma swoje ujście nie tylko w lirycznych obrazach pożaru („ogniste sypie szkarłaty”), ale i w budowaniu uniwersalnej, wielowymiarowej perspektywy przemijania człowieka w nietrwałym świecie wartości, w rzeczywistości apokalipsy spełniającej się w pisanej „serca umarłą połową”. W swoich „Umierankach” Lars dokonuje nie tylko kodyfikacji mijającego świata („prześcieradła gasną” w wierszu „Miasto S.”), ale akcentuje sam proces śmierci jako odchodzenia jeszcze za życia. Umieranka to zatem wiersz-pojemnik znaczeń, chorobonośny zapis kreacji świata, w którym istnienie umiera na ludzkich rękach, zanim zacznie istnieć w pełni. Umieranka to zatem zagadka, mistyczna formuła poetycka, która w chwili wypowiedzenia dokonuje nagłej metamorfozy świata. Jednocześnie jest to moc słowa, która daje „czarne ukrycie” przed okrutnym światem doświadczenia. „Umieranka”, jak zabawna, naiwna wyliczanka, to synteza poznania świata, kadr „mikrowzruszenia”, czyli nie tylko ludyczna „drobna” formuła liryczna porównywana, w wierszu „Umieranka o trudach chorowania”, do „łyku oddechu”. Umieranki to tak naprawdę dowody życia, toczącego się w tkance 17 pulsowania istnienia, które może nagle, jak dom świata, z „Przechodniego pokoju”, „osunąć się umierając”. Poezję Krystyny Lars rozumieć można jako wielowymiarowe spotkanie z wszelkim istnieniem, które posiada duszę, zatem jest dla człowieka równorzędnym partnerem do rozmowy. Liryzm, ale przede wszystkim nasycenie tekstu ogromem poetyckich metafor sprawia, że wiersze Lars wprowadzają nie tylko na ścieżkę tajemnicy istnienia, ale i angażują człowieka do maksymalnego zaangażowania emocji. ANNA ŁOZOWSKA-PATYNOWSKA Gazeta Literacka 17 Ewa Poniznik Miłość i bunt we współczesnej poezji białoruskiej P o upadku Związku Radzieckiego Białoruś stała się państwem niepodległym, a język białoruski stał się w państwie drugim językiem urzędowym. Jednak objęcie 1994 roku prezydentury przez Aleksandra Łukaszenkę i prowadzenie przez niego rządów autorytarnych, wywołało sprzeciw urodzonego w latach 60. pokolenia literackiego, według którego nowa władza był równoznaczna z ponowną utratą wolności. Sceptycznie do nowej sytuacji odniosło się młode pokolenie lat 70., dla którego wolność była tak naprawdę pojęciem abstrakcyjnym. Zachowało ono chłodny dystans zarówno wobec zwolenników Łukaszenki, jak i jego przeciwników. Nie widziało alternatywy dla polepszenia obecnej sytuacji. Narastający sceptycyzm pojawił się wraz z delegalizacją wielu literackich czasopism oraz wydawnictw, a także wprowadzeniem zakazu publicznych zgromadzeń i spotkań autorskich pisarzy nie należących do zwolenników Łukaszenki. We wstępie do antologii Pępek nieba1 twórca, Andrej Chadanowicz tak zarysował sytuację współczesnego białoruskiego pisarza: Białoruski pisarz, jeśli jest niezbyt lojalny wobec obecnego systemu politycznego, z rzadkimi wyjątkami praktycznie nie ma gdzie publikować, a czytelnik w związku z tym w zasadzie nie ma co czytać (…). Dlatego niezwykle wzrasta znaczenie występów na żywo (…). Co więcej, tego rodzaju imprezy gromadzą niewiarygodną liczbę publiczności (…). Taka publiczność jest gotowa na wiele: na przykład będzie słuchać poezji bez mikrofonów, jeśli ich z przyczyn technicznych zabraknie. Albo będzie słuchać czytanych, czy śpiewanych słów w plenerze, jeśli urzędnicy zabronią wstępu do sali2 . Twórczość białoruska jest bardzo mało znana na świecie. Szczególnie twórczość współczesna, tym bardziej opozycyjna, wyrażająca sprzeciw wobec obecnie panującej tam władzy. Młodzi autorzy – opozycjoniści nie mogą rozpowszechniać swojej twórczości w uznawanej przez obecne władze prasie, nie mogą tworzyć w ojczystym języku, organizować spotkań autorskich i tworzyć legalnych ugrupowań literackich. Uznawani są za nacjonalistów wrogo nastawionych do obecnego systemu politycznego, czyli niebezpiecznych. Często zatem spotykają się w domach prywatnych i publikują za granicą, bo jest to jedyny sposób na rozpowszechnienie utworów takich, jakie chcą tworzyć. Pokażę tu kilka przykładów, w jaki sposób współcześni poeci białoruscy sprzeciwiają się się panującemu w ich kraju ustrojowi politycznemu, jak w swoich utworach odnoszą się do ojczyzny, wobec której wyrażają zarówno miłość, którą poświadcza pisanie w ojczystym języku oraz bunt, niejednokrotnie ukryty w stosowanych przez nich metaforach i innych środkach stylistycznych. Warto zaznaczyć, że w poezji wielu młodych twórców, dostrzega się nie tyle bunt, niezgodę, co bezradność wobec zastanej sytuacji. Wyraźnie zaznaczają oni różnice między krajami zachodnimi, a swoim krajem, określając Zachód jako stronę możliwości, szans rozwoju i przeciwstawiając temu Wschód, jako brak perspektyw, miejsce, w którym nic nie może się zmienić. Sytuację tę doskonale charakteryzuje urodzony w latach 80. poeta Andrej Adamowicz: Kiedy budzę się o świcie, 18 Brak mi czasu, Żeby dowiedzieć się, kto wygrał. (..) Brak mi woli, Żeby sięgnąć po notes. Kiedy widzę, jak słońce zachodzi na zachodzie, Nie starcza mi wyobraźni i natchnienia, Żeby wyobrazić sobie, że jutro wzejdzie na wschodzie. (...)3 Pomiędzy pierwszym a dwudziestym zapalanym przez podmiot liryczny papierosem, nie dzieje się tak 18 Migotania 53 naprawdę nic, co mogłoby zmienić jego sytuację. Budzi się on, przeżywa dzień i zasypia samotnie. Jeszcze dosadniejsze nawiązanie ówczesnej sytuacji politycznej i wyraźną aluzję do dyktatury Łukaszenki, znajdujemy w wierszu Wasza wysokość: (...) Wasza Wysokość! Świat oszalał! Uciekam! I jeszcze nazywają mnie Groźnym! Wasza Wysokość powinieneś się ukryć. Brałbym na spytki i oskarżał wszystkich, Bo jestem młodszy i styl mam swobodniejszy, Ale świat wyłupił mi oko, złamał nogę, Nawet rentgen nic nie wyświetli – tak jest ciemno. wymaganiom”. Podmiot liryczny w tekstach poetki jest skłonny do największego poświęcenia, boi się, ma świadomość, że jego sprzeciw nie jest dobrze postrzegany, jest wręcz niebezpieczny, a mimo tego jest w stanie oddać życie w obronie języka. W niektórych utworach poetów młodego pokolenia tli się nadzieja na lepszą przyszłość. Trudno jednak jednoznacznie określić, czy jest to nadzieja prawdziwa, ponieważ przebija przez nią sarkazm. Tak mamy na przykład w twórczości wspomnianego już Chadanowicza, u którego: (…) Drzewa by raczej rąbać, tłuc kamienie, tunele kopać, doły i kanały: liczymy dni, czekamy na widzenie, wielbimy świat w tych ramach doskonały. Wasza Wysokość nie zna granic! (...)4 Ostatecznie, w wierszach Adamowicza, znajdujemy takie rozwiązanie, a jednocześnie brak rozwiązania: (…) Wiatr tutaj od dzieciństwa Uczy ludzi milczenia. Dlatego każdy liczy na siebie I w rezultacie zwycięża. (...)5 Satyryczny, czy może raczej szyderczy sposób przedstawiania rzeczywistości znaleźć można u Hleba Łabadzienki. Wiersze tego autora swoją strukturą przypominają wyliczanki i dziecięce gry. Jednak pozornie prosta, figlarna forma, niesie z sobą przejmującą treść: (…) w telewizorze ulewa i tylko jeden typ nam zalewa podsuwam szczyptę soli cielęciu nagle mi trawa słuchaczem się stanie nie puszczę babci nie puszczę już więcej na głosowanie6 Uczucie do ojczyzny jest uczuciem trudnym. Kolejny przedstawiciel literatury młodego pokolenia, Anatol Iwaszczanka, miłość do kraju porównuje do miłości między kobietą, a mężczyzną. Jest to jednocześnie miłość i nie-miłość. Kraj się jednocześnie kocha i nie kocha. Jest to uczucie nieodwzajemnione przez obydwie strony: on kochał ją ale bez wzajemności i ona kochała jego ale bez wzajemności7 Trudno bowiem kochać kraj, który nie daje szans, nadziei, nie przynosi zmian, ale jest to kraj ojczysty, więc siłą rzeczy się go kocha miłością fatalną, niespełnioną. O bezgranicznej miłości do języka białoruskiego i walce z systemem, dosadnie pisze mieszkająca od przeszło dziesięciu lat w Stanach Zjednoczonych, również urodzona w latach 80. poetka, Walżyna Mort: (...) A kiedy wydało się, że jesteśmy własną mową i wyrwano nam język zaczęliśmy rozmawiać oczyma A kiedy wydarto nam oczy zaczęliśmy rozmawiać rękoma Kiedy nam odrąbano ręce rozmawialiśmy palcami u nóg Kiedy nam przestrzelono nogi, kiwaliśmy głową na tak i kręciliśmy głową na nie. A kiedy głowy zjedzono nam żywcem wpełzliśmy z powrotem do wnętrza naszych śpiących matek jak do schronu żeby urodzić się na powrót. (...)8 Utwory Mort przybierają formę manifestu, jawnego buntu wobec narzuconej przez ustrój rzeczywistości, gdzie lepiej urodzić się niemym, niż mówić w ojczystym języku9 , ponieważ język ten nie istnieje oficjalnie, nie można się nim posługiwać, ponieważ jest jak śmierć10 . Pojawia się tu wewnętrzne rozdarcie, gdyż nie sposób porzucić swą mowę i poddać się „systemowym Wierzymy, że to łajno dni codziennych w nawóz się zmieni niby mączka z kości. Łykiem powietrza spoza krat okiennych uczymy się oddychać na wolności.11 Ojczyzna w tym i innych tekstach Chadanowicza zostaje porównania do więzienia, a wolność jest pojęciem iluzorycznym, nie jest to bowiem wolność prawdziwa, pełna, gdzie człowiek mógłby swobodnie oddychać. Zjawisko wolności przeziera przez kraty, w związku z czym trudno jej zaczerpnąć. Wiersze Chadanowicza mówią raczej o wolności odległej, niedostępnej, są przesycone goryczą, niejednokrotnie w groteskowy sposób ukazują panującą w kraju dyktaturę, na przykład: (…) czekamy, aż nam o północy nasz bonza powie z ekranu: „Niech żyje Białoruś!” (...)12 Po przeanalizowaniu poszczególnych fragmentów utworów wymienionych w pracy twórców, dostrzegamy, że wiele z nich jest pisana w klasycznej formie, często są to wiersze rymowane, stylizowane na piosenki. Niejednokrotnie są to utwory satyryczne, czy raczej sarkastyczne, szydzące z otaczającej rzeczywistości, gdzie człowiek stoi pośrodku i nic nie może zrobić, ponieważ znajduje się „za kratami” systemu. Podmiot liryczny znacznej części przytoczonych tu wierszy znajduje się w konflikcie tragicznym, w sytuacji bez wyjścia, cokolwiek zrobi, zrobi źle; sprzeciwi się bowiem albo władzy, albo swojemu sumieniu. Pozostaje mu zatem „śmiech przez łzy” i próba odnalezienia się w kraju „bez powietrza”. EWA PONIZNIK Pępek nieba. Antologia młodej poezji białoruskiej, red. A. Pomorski, Wrocław 2006. 2 Ibidem, s.5. 3 A. Adamowicz, W oczekiwaniu na elegię bukoliczną, [w:] Pępek nieba. Antologia młodej poezji białoruskiej, red. A. Pomorski, Wrocław 2006, s. 13-17. 4 A. Adamowicz, Wasza Wysokość, [w:] tamże, s.25. 5 A. Adamowicz, (…) Chciałbym mieszkać na wyspie, [w:] tamże, s. 33. 6 H. Łabadzienka, (…), niebo spłukuje nasze miasto [w:] tamże, przeł. J. Maksymiuk, A. Pomorski, s. 103. 7 A. Iwaszczanka, (…) on kochał ją, [w:] tamże, przeł. K. Bortnowska, s.81 8 W. Mort, Język białoruski (II), [w:] tamże, przeł. A. Pomorski, s. 125. 9 ob. W. Mort, (…) obyśmy urodzili się niemi, [w:] tamże, przeł. A. Pomorski, s. 127 10 ob. W. Mort, Język białoruski (I), [w:] tamże, przeł. A. Pomorksi, s. 121. 11 A . Chadanowicz, List na wolność, [w:] tegoż, Święta Nowego Rocku, przeł. A. Pomorski, Wrocław 2006, s. 21. 12 A. Chadanowicz, Doczekać się!, [w:] tamże, s.101. 1 Paweł Sarna Olek zbiera zabawki Olek zbiera zabawki Do kosza Składa rozsypanego ojca. Wracaliśmy z pogrzebu dla wujka Bronka Mnie Olek widzi. Nie widzi Mikołaja, chociaż bawią się pod prysznicem – kabina to wielka rakieta. Olek zamyka drzwi od rakiety. Otwiera i zamyka, otwiera i zamyka. Mikołaj wymyśla zabawy, mówi, że Olek jest ratownikiem. Olek zamyka drzwi od rakiety, zamyka drzwi od łazienki. Widzi mnie. Mnie widzi. POEZJA Mikołaj - Spytaj go o Mikołaja, proszę. - Olek nie wie o kogo ci chodzi. Wracaliśmy z pogrzebu w dobrych nastrojach. - Dobrze. Ale powiedz mu, że Mikołaj go lubi. Znajoma, którą spotkałem w kaplicy, Powiedz, że był najlepszym ratownikiem. podwiozła nas do centrum, a ciotka nie spóźniła się do pracy i miała jeszcze chwilę, żeby Na samej górze posłuchać o remoncie u mojej matki. Edyta liczy świerki W domu dokładnie obejrzałem tysiąc czterysta pięćdziesiąt jeden świerków ubranie. był wokół twojego domu zamek, - las Na drugi dzień, z samego rana kiedy się wyprowadzasz zrobiłem to jeszcze raz. nocą wyglądał powinien runąć Szukałem śladu czy jak księżyc przybywający dziury? Czy śladu dziury? albo jak zapalona ślubne monidło Niczego się nie dopatrzyłem. Ale lampka ze ściany mojego domu poczułem ulgę, w cudzym oknie, spada na mnie bo w nocy zepsuła się lodówka. a potem dom robi to samo od strony zamku wyglądaliśmy pewnie tymczasem jak trawy, twój dom idzie do lasu zamienia się w las rozłożyste i rozkołysane trawy, nowych świerków a byliśmy raczej jak ruchome piaski. też pięknie. 19 Fot. Robert Gauer Gazeta Literacka 19 ESEJ Filozofia jako poezja pobożności ks. Jan Sochoń O Abrahamie J. Heschelu Żyć tylko tym, co da się powiedzieć, to tarzać się w pyle zamiast przekopywać grunt A. J. HESCHEL F ilozofia żydowska” nie jest w Polsce zbyt dobrze znana, „ choć ma wielką i znaczącą tradycję, począwszy od czasów hellenistycznych. Żydzi bowiem za pośrednictwem Arabów zetknęli się z filozofią grecką, zwłaszcza w wersji arystotelesowskiej i neoplatońskiej i starali się wypracować własny sposób refleksji filozoficznej. Niestety, trudno w tej kwestii o precyzyjne podziały i definicyjne ujęcia. W każdym razie filozofia żydowska odwołuje się bezpośrednio do religii. Jest filozofią religii, to znaczy chce ująć tajemnicę człowieka w jedynie możliwej perspektywie, czyli w relacji do osobowego Boga, którego nie obejmują żadne racjonalne kategorie, chociażby te proponowane przez tradycje scholastyczne, ale fenomenologiczny opis tego, co wyjątkowe, święte, niewysłowione. Dlatego tak ważne jest, aby myślenie religijne włączone było w doświadczenie życia, wręcz nakładało się na codzienną egzystencję i z niej wynikało. Człowiek i to, co niewysłowione Abraham J. Heschel (1907-1972) należał do najwybitniejszych filozofów religii żydowskiego kręgu kulturowego. Być może, gdyby nie zawiłe i dramatyczne (choć po ludzku sądząc piękne) losy jego życia, zostałby zapewne jednym z wielkich polskich pisarzy. Tymczasem po studiach nad biblijną i rabinistyczną literaturą w Niemczech, po straszliwych doświadczeniach związanych z narastającym w ówczesnych Niemczech antysemityzmem, po zaawansowanej już pracy pedagogicznej i naukowo-literackiej Heschel musiał jako żydowski intelektualista z polskim obywatelstwem opuścić Berlin. Został niebawem aresztowany i deportowany do Polski. Jednak tuż przed wybuchem II wojny światowej zamieszkał w Stanach Zjednoczonych, gdzie pracował, tworzył, angażował się w najważniejsze sprawy społeczne, kulturalne, religijne świata, zwłaszcza dotyczące dialogu ekumenicznego, choć nigdy nie potrafił przekonać się do idei pojednania z nazistami. Pisał wiele, wygłaszał odczyty i prelekcje, nauczał w konserwatywnym nowojorskim judaistycznym seminarium teologicznym, aż do śmierci w grudniu 1972 roku. Niemal przez całe życie Heschel rozpoznawał, kim jest człowiek i świat w perspektywach biblijnej wizji rzeczywistości. Szukał dróg do bliższego ujęcia tajemnicy życia z Bogiem i dzięki Bogu. Nie odrzucał tradycyjnych rozstrzygnięć filozoficznych. Podkreślał natomiast ich ograniczoność postulując, że u źródeł unii człowieka z Bogiem leży swoista pewność „bez wiedzy”, pewność tego, co święte, niewysłowione. Przedstawił ze stylistycznym rozmachem własne rozumienie ludzkiej drogi prowadzącej do Boga. Zastosował subtelną i językowo wyrafinowaną metodę fenomenologiczno-poetycką. Życie składa się z wielu drobnych duchowych olśnień i moralnych zobowiązań. I ma ono sens zasadniczo wówczas, gdy czerpie z tajemnic tego, co niewyrażalne, a co przenika całość istnienia. Rzec można: krok po kroku, fenomenologicznie Heschel odsłaniał etapy dochodzenia do Boga, począwszy od tego, kim (a właściwe jaki?) jest człowiek, a skończywszy na kwestiach wiary i pobożności. Nie sposób wyczerpująco omówić tych propozycji. Mają one bowiem charakter nie tyle nazbyt metafo20 się ryczny, ile raczej mozaikowy. Bycie ludzkie okazuje tak bogate, że nie jest możliwe jego systemowe ujęcie. Rozciąga się między niepewnością, trwogą, świętością, celebracją, a ostatecznym zawierzeniem Bogu, zgodą na Bożą miłość. Wysiłek pisarza koncentrował się na rozjaśnieniu tych egzystencjalnych przeżyć. Nie dawał on jednak przekonujących dowodów na istnienie Boga (czy w ogóle są możliwe?), ile zapraszał do osobistych rozmyślań i medytacji. W wielu zdaniach-aforyzmach natomiast zachęcić do umacniania świadomości, że Bóg nie milczy, tylko został zagłuszony. Dzięki temu możemy Go ponownie usłyszeć. Wspominam o tej kwestii 20 Migotania 53 dlatego, że jest powodem sporej trudności badawczej. Swego czasu zwrócił na nią uwagę Edward K. Kaplan, znakomity interpretator dorobku Heschela, nazywając dokonania twórcze filozofa poezją pobożności (poetics of piety). Inni badacze mówią o nim jako o retorze wiary, egzystencjalistycznym teologu albo pisarzu religijnym. Dlaczego? Otóż, język tego pisarstwa jest wysoce artystyczny, sięgający, chciałoby się rzec, przekonania, stojącego u źródeł europejskiej kultury, że literatura i filozofia przenikają się wzajemnie, że nie sposób wyobrazić sobie języka wyzbytego „cudu metafory”, nie tylko zresztą w sytuacjach ludzkiej codzienności, ale zwłaszcza w kwestiach dotyczących najbardziej egzystencjalnie donośnych praktyk, w tym należących do porządku konfesyjnego. Misterium tremendum tajemnicy U Heschela, jak u św. Augustyna, życie i myśl wzajemnie na siebie oddziałują i wzajem siebie korygują. Dlatego żydowski mędrzec nie dążył do tego, by ściśle definiować opisywanie przez siebie zagadnienia. To, co uważał za ważne nie mogło być wszak wypowiedziane w miarę jednoznacznie, precyzyjnie zracjonalizowane, z tej zasadniczej racji, że każda tego rodzaju próba prowadziłaby nieuchronnie do utraty tego, co niewysłowione, do zatracenia swoistej tajemnicy warunkującej wszystko, co istnieje, co podlega ludzkiemu wypowiedzeniu. Rozumiejąc, że język impresyjno-religijny pociąga za sobą wiele kłopotów hermeneutycznych, powoduje często sprzeczne odczytania, prowadzi do konieczności zatrzymywania się na progu semantycznej zrozumiałości, Heschel decydował się jednak na eseistyczno-literacki styl wypowiedzi, biorąc za wzór najpewniej język biblijny, w rdzeniu mający przecież charakter symboliczno-obrazowy, choć stanowczo występował przeciw symbolizmowi jako takiemu, zwłaszcza w odniesieniu do treści wiary (Dekalog) i zachowań w przestrzeni sacrum. Był, podkreślam raz jeszcze, głęboko przekonany, że misterium tremendum metafory (określenie G. Steinera) poszerza możliwości zbliżania się do Tajemnicy, do Boga, który realnie istnieje, który pyta i poucza we wnętrzu człowieka, i ten fakt należy bezwarunkowo przyjmować i akceptować, jako fakt pierwszy, fundujący wszystko inne. Oto stosowny przykład: „Wiara to rumienienie się w obecności Boga”. Konsekwencją wskazanego wyboru stało się przeświadczenie Heschela, że każda chęć zrozumienia tego, co w istocie zakłada swą niezrozumiałość, każde budowanie określonego systemu metafizycznego powoduje utratę sensu, widocznego tylko pod osłoną tego, co racjonalne. Gdyby można było wyrugować z rzeczywistości wszelkie tajemnicze sfery, o czym, jak wiadomo, marzył Kartezjusz, wówczas świat przestałby być światem godnym poznawczego wysiłku, skurczyłby się do rozmiaru gadżetu bądź luksusowej zabawki. Nieco inaczej tę kwestię widzi metodologia tomistyczna. Jej zwolennicy nie odrzucają naturalnie języka figuratywnego, choć wyraźnie stwierdzają, że jego stosowanie kłóci się z ważnością przekazu objawieniowego. Skoro od zdobycia wiedzy płynącej od Boga zależy zbawienie, przeto nie może ona wikłać się w nazbyt skomplikowane figury stylistyczne, wynoszące na wyżyny retoryczne, szerzej: literackie funkcje języka. Powinna raczej kierować się w stronę analogicznego opisu, a do przenośni i symboli odwoływać się tylko z konieczności. Ludzki umysł nie jest w stanie uchwycić absolutnie prostej istoty Boga, stąd wznosi się do jej poznania poprzez analizę uchwytnej zmysłowo rzeczywistości. Wiąże się to ze statusem ontycznym człowieka, którego możliwości poznawcze tkwią przede wszystkim w danych zmysłowych, od których wychodząc dochodzi się do treści umysłowych. Rozumienie poprzedza wszakże wszelkie nazywanie. Trzeba jednak chronić się przed semantyczną wieloznacznością i korzystać z szans niesionych przez językową analogię, w której podobieństwo terminów nawzajem do siebie przyrównywanych zrównoważone jest z reguły proporcjonalnością, wyraźnie wskazaną różnicę – niepodobieństwem. I taka analogia ma swe granice, których tomiści bynajmniej nie ukrywają. Przyjmują zatem swoistą ograniczoność ludzkiego poznania i słabość narzędzia poznawczego, jakim jest język. Bóg (z natury wszechrzeczy) musi pozostawać ukryty (Deus absconditus). Gdyby było inaczej, gdyby można było oglądać Bożą istotę w niej samej, wówczas niepotrzebny byłby żaden językowy znak. Proces poznawczy przebiegałby bez pojęciowych barier. A nadto, co wydaje się ważniejsze, sama struktura stworzonej rzeczywistości musiałaby być zupełnie inna, taka mianowicie, aby mogła zachowywać „pole diakrytyczne” pomiędzy sferą transcendentną a sferą istnienia przygodnego. Pomimo to ontyczna niewystarczalność człowieka implikuje konieczność posługiwania się określonym sposobem porozumiewania się i poznawania rzeczywistości. Od czasów wystąpienia Arystotelesa uznawano język za narzędzie adekwatnego kontaktu z rzeczywistością. Krytykowano potoczność, odwoływano się do autentycznego języka metafizycznego, jakim był grecki, przetworzony przez Parmenidejskie ratio, wreszcie uznano, że prawda i bycie spotykać się mogą w jednoczącym porządku języka filozoficznego, łączącego z tym, co ontologicznie „najbardziej istniejące”. Dopiero nowożytność wzbudziła nieufność wobec tej oczywistości. Świat o tyle ma sens i znaczenie, o ile ujawnia się jako taki dzięki mediacji ludzkiej świadomości. Fenomenologowie wzmocnią ten subiektywistyczny proces wskazując, iż rzeczywistość będzie sensowna dopiero jako rzeczywistość „dla mnie”. Postmoderniści doprowadzą tego typu myślenie do skrajności: w ich rozumieniu istnieją możliwe do rozszyfrowania teksty i tylko teksty, sycące się różnicami, śladami i podobnego typu lingwistycznymi znakami (pismem w głosie, jak mówił Derrida), które nie odsyłają do realnej rzeczywistości, lecz umacniają pragmatyczne ujęcie języka. Nie sposób bowiem wykroczyć poza dyskurs. Tylko on mieści w sobie „niewypowiadalne” i jedynie w nim owo „niewypowiadalne” daje się napisać. Heschel był świadom przywołanych wyżej rozstrzygnięć. Dlatego świadomość tego, co niewysłowione jest wynikiem nie tyle zamkniętości sfery niewyrażalnego, ile raczej przyjmowania założeń ściśle filozoficznych. Przy świadomym oddzieleniu niepoznawalności od niewyrażalności (niewysłowialności), tę ostatnią trzeba umieścić więc w kręgu refleksji nad środkami poezji. To, co niewysłowione wpisane jest bowiem w sposób korzystania z języka. Objawia się na różnym poziomie jego organizacji i najczęściej przyjmuje oksymoroniczną formułę „wyrazić niewyrażalne” albo formułę negatywną w rodzaju „Nic” czy coincidentia oppositorum (Mikołaj z Kuzy). Ale. Żyjąc w pluralistycznym świecie przygodności, musimy posługiwać się językiem naturalnym, czyli systemem znaków dźwiękowych, który powstał drogą naturalnego rozwoju i który służy ludziom do porozumiewania się między sobą i poznawania świata. Struktury poznawcze i językowe nie są w spontanicznym poznaniu „tym, co poznajemy”, ale tym „przez co” przebiegają procesy poznawcze dotyczące bytu. Trzeba refleksji, by uprzedmiotowić sobie pojęcia i język, narzędzie naszej ze światem i człowiekiem jedności. Tymczasem Heschel porzucił te klasyczne rozpoznania i starał się łączyć ze sobą własną wersję metafizyki, teologii i literatury, by ostatecznie wskazać, że to, co niewysłowione bywa dosiężne w jakiejś trudno uchwytnej, przynależnej naturze każdego człowieka, spontanicznej intuicji, w specjalnym duchowym wglądzie, odsłaniającym sensowność sfery transcendentnej. Mnożył zatem metaforyczne składniki języka, czerpiąc z jego mocy obrazotwórczych, ze znaczeń wyłaniających się z leksykalnego i syntaktycznego poziomu systemu językowego. Wszystko po to, by odsłonić nieco z tajemnicy relacji istniejącej pomiędzy Bogiem, który pozostaje poza tajemnicą, a człowiekiem, by w ostateczności głębiej pojąć samo wydarzenie religii i żyć w zgodzie z jej zasadami. Boskie pytanie Co w tych analizach, niekiedy zdroworozsądkowych, niekiedy dosyć trywialnych (w rodzaju, że na człowieka wpływa zarówno życie wewnętrzne, jak i kultura), wydaje się warte zachowania? Otóż, chyba to, że człowiek jako byt ludzki uświadamia sobie swoją zdolność samotrans- Fot. Robert Gauer cendencji, swój wyższy wymiar człowieczeństwa dzięki uczuciu wzniosłości, jak nazwałby Kant, a co Heschel określał za pomocą formuł: zdziwienie, zdumienie, milczenie, bojaźń, cześć czy chwała. Konsekwencją tego typu przeżyć jest odczucie niewysłowionego, niewyrażalnego w żadnym dostępnym człowiekowi języku, czegoś przekraczającego rachujące widzenie rzeczy. Lecz co interesujące, Heschel nie wpadał tutaj w pułapkę sentymentalnego panteizmu ubóstwiającego świat, gdyż to, co niewysłowione, co wykracza poza racjonalne wymiary, wzbudzając w człowieku odczucie zadziwienia i drżenia, ma swoje źródło nie w ludzkim wnętrzu, nie w jakimś „transcendentalnym Ja”, ale tym źródłem jest Bóg, dla którego ludzie są przedmiotami. Bóg więc przedstawia się w tym ujęciu jako najbardziej wewnętrzny podmiot, sugerujący własne istnienie w człowieczym, niewyrażalnym poczuciu wzniosłości. Na tym poziomie nie obowiązują żadne spekulatywne schematy ani – z drugiej strony – mistyczne uniesienia. Liczy się jedynie to, że Bóg – w naszym akcie radykalnego samozrozumienia – nie jest już Kimś, przed którym stajemy w swym przygodnym statusie ontologicznym, nie jest cząstką świata ani nie skrywa się w naszej naturze, w naszym „ja”, lecz jest Osobą, która nas do czegoś wzywa, zapytuje, prosi. Bóg poszukuje człowieka, zadaje mu pytania. W takiej sytuacji religia nie może być pojmowana według strukturalnego schematu: podmiot(człowiek) –– relacja –– przedmiot (mocne „Ty”-Bóg), lecz staje się sferą wewnętrznej refleksji nad tym, co czyni w nas Bóg. Dzięki temu odsłania się w naszej duchowej głębi Boskie pytanie, którego stajemy się ADRESATAMI. Jednakowoż o jakie pytanie tu chodzi? Czego Bóg od nas żąda? Żeby to uchwycić należy przywołać dystynkcje Heschela dotyczące rozumienia tego, kim jest człowiek. Jako byt, byt ludzki, nie tylko troszczący się on o przetrwanie, działa także w poczuciu troski o innych ludzi. Życie to troska. Gdyby życie ograniczało się do egoistycznych zabiegów o samego siebie, nikt z ludzi nie przekroczyłby zwierzęcego poziomu istnienia. Intrygująco zanotował Heschel: „Kamień sobie wystarcza, człowiek siebie przekracza”. Tym bardziej więc Bóg w akcie stworzenia ujawnia swą absolutną troskę przechodnią (pathos), która dzięki stworzeniom osiąga swój cel. Dlatego człowiek jest potrzebny Bogu. Życie religijne zatem może się rozwijać, umacniać właśnie dzięki odkryciu przez człowieka wskazanego biblijnego pytania „gdzie jesteś?”, czy chcesz pomóc?”, „co się od ciebie wymaga?”. Istotny jest ów biblijny trop. Człowiek nie wie wszak od razu, co się w jego wnętrzu dzieje pod wpływem spotkania ze światem. Odczuwa tylko, że jakby sam nad sobą nie panował, że nie jest panem samego siebie. Żyje w aurze tego, co niewysłowione. Dopiero Tora, a na jej kartach zapisany autentyczny głos proroków sprawia, że zaczyna odpowiedzialnie działać, rozpoznając niesamowity fakt: oto Bóg przejawia się w dziele stworzenia, w historii Izraela, w Biblii, zauważa również, że ludzkie uczynki(micwot) są miejscem uobecniania się Boga, wyrazem tego, czego nie potrafimy opisywać na ziemski sposób. Sam Bóg przy tym pozostaje całkowicie transcendentny, Jeden, realny, osobowy, niesprowadzalny do Absolutu filozofów. Heschel widział religię jako fakt niezależny od człowieka, jako relację pomiędzy nim a Bogiem będącą „świętym darem” zawartym w samym ludzkim istnieniu. Kształtuje się on w wezwaniu człowieka przez Boga i odpowiedzi udzielanej przez niego Bogu. Chodzi tylko o to, by człowiek świadomie uczestniczył w tym religijnym wymiarze życia, chciał reagować na – zawsze pierwsze – Boże zaangażowanie, Boże poszukiwanie człowieka. A jeżeli tak będzie czynił, umocni swą wartość jako Boże stworzenie, będzie Bogu wierzył, tak, jak Bóg wierzy człowiekowi, będzie oddawał Mu cześć, modlił się i przez uczynki świadczył o Jego odwiecznej trosce. To możliwe dzięki temu, że nastąpiło historyczne objawienie, „ekstaza Boga”, nakreślające ścieżki, którymi podąża człowiek, gdyż Tora jest interpretacją woli Boga. Nie należy tylko więzić się w przepisach prawnych, ślepo ich wykonywać, czyli dawać się ponosić „religijnemu behawioryzmowi” . Wszystkie nakazy, formy religijnego obyczaju zyskają odpowiednie znaczenie, jeżeli będą sprzęgnięte z odczuciem człowieka, który ma świadomość, że jest przez Boga zagadnięty, wezwany do reakcji, duchowo poruszony. Należy tylko przyjąć, że Heschel widział świat, w tym religię, w ramach tzw. biegunowości (polarity), zastępującej kategorię jedności, ponieważ byt pojmuje się zawsze w łączności z Bogiem, a najwyższe kategorie to nie „byt” ani „stawanie się”, ale prawo i miłość, porządek i pathos, sprawiedliwość i współczucie. To dialektyczny model składający się z przeciwstawnych lub skontrastowanych ze sobą własności, takich jak idea i wydarzenie, micwa i grzech, halacha i hagada, czas i wieczność, wyznanie wiary i wiara czy ludzkie poszukiwanie Boga i boskie poszukiwanie człowieka. Przytoczone terminy, mogłoby się wydawać, wykluczają się, w rzeczywistości jednak domagają się siebie nawza- jem. Dobrze widać to na przykładzie uzupełniania się halachy i hagady. Ta pierwsza nadaje formę ludzkim działaniom, dzięki czemu wierny Żyd zyskuje pewność, że właściwie odpowiada na Boże wezwania. Hagada natomiast, jako zbiór treści opowiadających o historii zbawienia, odnosi do tego, co niewyrażalne, sprawia, że możliwe staje się sprzęgnięcie halachy i hagady w jedno religijne doświadczenie. W ten sposób różnego rodzaju, w spontanicznej ocenie, sprzeczne wymiary rzeczywistości, stają się niezbywalnymi elementami świata, pomiędzy którymi rozgrywa się ludzkie życie religijne. * * * Filozofia Heschela tworzy się i rozwija poza wszelką metafizyczną spekulacją, zgodnie z tradycją rabinistyczną, co oczywiście nie oznacza, że przekreśla się w niej znaczenie ludzkiego rozumu. Człowiek jest tu pojmowany jako istota religijna, poniekąd z natury rzeczy. Tym, co go wyróżnia i wyodrębnia z porządku rzeczywistości jest świadomość dookolnej tajemnicy oraz wrodzone możliwości myślenia i działania, dzięki którym może transcendować sferę materialną, dziwić się jej niezwykłemu urządzeniu, zastanawiać się nad tym, co dzieje się w jego własnym wnętrzu. Doświadcza wszak najróżniejszych relacji, jakie tworzą się pomiędzy nim a światem. Dzięki temu, że z jednej strony daje się ująć, jako byt ludzki, a z drugiej strony, jako bycie człowiekiem, jest w stanie tak organizować swoje życie, by mogło być ono realną odpowiedzią na istnienie Boga. Tym bardziej że religia ma swoje źródło w inicjatywie samego Boga, który już poprzez samo bytowe wyposażenie człowieka ożywia w nim „świadomość tego, że został wezwany przez Boga do wyjątkowych działań, przekraczających ziemski horyzont. Świadczą o tym pojęcia,21jakimi Heschel się posługiwał: „wgląd”, „pathos”, prorockie natchnienie. To są dystynkcje pozbawione metafizycznych zabarwień, gdyż mają prowadzić do realnego, duchowego zjednoczenia z Bogiem, do osiągnięcia specyficznie pojętego zbawienia. Wiodą do tego najróżniejsze środki, o których powiadamiał myśliciel w swoich pismach. I przestrzegał: kto z ludzi odważa się na egzystencją bez Boga, dokłada kolejny kamyk do zagłady całej ludzkości. Warto tę sugestię co najmniej uczciwie przemyśleć. KS. WARSZAWA-BIELANY, JAN SOCHOŃ 2016 R. JESIEŃ Gazeta Literacka 21 ESEJ Sławomir Majewski P odobno bywam obrazoburcą. Przyznaję, bywam. Rzecz w tym, że dla mnie literatura i sztuka, to nie sacrum a rzemiosło. Doskonałe rzemiosło. Lubię stoły o prostych blatach i niechyboczące się krzesła. Kto jest mi wzorem? Facet od maski Tutanchamona. Fidiasz i Wit Stwosz. Fa- rozmyślań. Proces tworzenia literatury nie przebiega w oderwaniu od procesów psychicznych zachodzących w autorze. Pisarz jest tym, co tworzy i tworzy tylko to, czym jest. Mario Vargas Llosa, podczas mowy wygłoszonej w Oslo w roku 2010 po ceremonii wręczenia mu wielce spóźnionej, ale ze wszech miar należnej Nagrody Nobla, wypowiedział ważkie, przez wielu niedoceniane a przez wielu niezauważone słowa „Gdybym przywołał tutaj wszystkich pisarzy, którym zawdzięczam coś albo wiele, ich cień pogrążyłby nas w ciemności. Jest ich bez liku. Nie tylko ujawnili mi wieści o egzystencjalistycznej duszy Camusa, polecam fragment wywiadu, którego pisarz udzielił w roku 1945 “No, I am not an existentialist. Sartre and I are always surprised to see our names linked. We have even thought of publishing a short statement in which the undersigned declare that they have nothing in common with each other and refuse to be held responsible for the debts they might respectively incur. It’s a joke actually. Sartre and I published our books without exception before we had ever met. When we did get to know each other, it was to realise how much we differed. Sartre is an existentialist, and the Ten Sofokles, Albert Camus berge, Antoni Patek, Adrien Philippe i Gustave Eiffel. Z pisarzy? Homer, Sofokles i William Shakespeare, James Macpherson, Burns. A Joyce? Jasne, James Joyce a za nim Proust, Faulkner, Hemingway, Steinbeck i Yourcenar, Marguerite Yourcenar, kobiecie należy się szacunek. Jest w tym gronie Hopkins, de Niro, Al Pacino, Burton oraz Ingmar Bergman ze słynnym „Jeśli dostanę zlecenie, zrobię scenariusz na podstawie książki telefonicznej”. A z innych reżyserów, scenarzystów, aktorów? Vittorio de Sica, Luchino Visconti, Volker Schlondorff, Michelangelo Antonioni. Federico Fellini, David Lynch i Król Królów - Pier Paolo Pasolini. Wymieniam ich, bo żeby napisać wiekopomny scenariusz albo takiż film wyreżyserować, trzeba mieć duszę wizjonera i pisarza doskonałego. Dziś o Albercie Camusie, herosie światowej literatury. A miejscami o powieści Upadek, którą - podobnie jak Obcego - cenię nad wyraz oszczędnie. Claude Lévi-Strauss, francuski antropolog, ojciec strukturalizmu, napisał m.in. książkę pt.Smutek tropików (Tristes tropiques, Warszawa 1960). Co ma antropolog-strukturalista do Camusa? Zacytuję Wikipedię „W 1962 Lévi-Strauss opublikował książkę Myśl nieoswojona, poświęconą myśli pierwotnej i formom myślenia pierwotnego. W pierwszej części tego dzieła przedstawił teorię kultury i kulturę teorii; w drugiej części zawarł wywody teoretyczne części pierwszej na teorię historii i zjawisko wymiany społecznej. W ten sposób Lévi-Strauss zaangażował się w dyskusję z Jean-Paulem Sartre na temat natury ludzkiej wolności. Sartre’owska filozofia egzystencjalna z jednej strony uznawała, że istoty ludzkie są zasadniczo wolne i mogą czynić, co im się podoba, z drugiej jednak strony lewicowy Sartre uważał, że indywidua są ograniczone w swej wolności przez narzucane im siłą ideologie. Lévi-Strauss polemizował z jego teoriami. Echa tej debaty pomiędzy strukturalizmem a egzystencjalizmem inspirowały dzieła innych autorów, na przykład Pierre’a Bourdieu.” Z „jednej strony” pojawia się złowieszcze dla mnie słówko „egzystencjalizm” a z „drugiej strony” - pewien niewielki filozof, który za wszelka cenę chciał być filozofem wielkim - Jean-Paul Sartre, w swoim czasie wręcz zakochany w Camusie. Nieprzypadkowo wspomniałem o Tristes tropiques. Camus, urodzony w roku 1913 w Algierii i długo tam zamieszkujący, w roku 1942 po przyjeździe na stałe do Paryża (odwiedził Francję w 1940), tam żyje i tworzy, ale jest odwrotnością synonimu Arabia felix. Dla mnie, cała literatura Camusa jest przesycona smutkiem Arabii, wyciekającym z każdej stronicy, każdej jego książki, eseju, dramatu. Czy Camus, był el caballero de la triste figura? Jego życie i dzieła mówią, że tak. W dodatku, la triste figura przepojona bólem istnienia. Czy złożyło się na to nieudane małżeństwo i burzliwe pożycie z pierwszą żoną, szalenie wyzwoloną seksualnie i obyczajowo morfinistką, piękną Simone Hié? A może miłosno-erotyczny ménage à trois z mademoiselle Yvonne i mademoiselle Francine? Kto wie, może. Nie zapominajmy, bo zapomnieć nie wolno, że trwa II Wojna Światowa, Francja jest w połowie okupowana. Dla nikogo nie stanowi tajemnicy potworność tego, co się w Europie dzieje - łapanki, 22 deportacje, holokaust, rozstrzeliwania. Dla Camusa tez nie. Nie można rozpatrywać jego życia i twórczości w oderwaniu od tego, co go na co dzień otaczało. Kto bada życie i twórczość Camusa bez kontekstu wojny, popełnia błąd. Jak dla Marcela Prousta zapach i smak magdalenki zamoczonej w kawie, dały impuls do powstania „W poszukiwaniu straconego czasu”, tak dla twórczości Camusa zapach i smak codziennych potworności II Wojny i tkwiący w nim smutek Arabii, były asumptem do takiej, nie innej prozy i takich, nie innych 22 Migotania 53 tajemnice opowiadania historii, ale kazali zgłębiać otchłanie człowieczeństwa, podziwiać wielkie czyny człowieka i truchleć wobec jego obłędu. Byli moimi najbardziej usłużnymi przyjaciółmi, animatorami mego powołania; dzięki ich książkom odkryłem, że nadzieja nie ginie nawet w najgorszych okolicznościach i że warto jest żyć, choćby dlatego, że gdybyśmy nie żyli, nie bylibyśmy w stanie czytać ani roić opowieści.” Że nikt nie tworzy literatury z próżni - wie każdy pisarz. Że nie da się niczego stworzyć w oderwaniu od drobin codzienności, już nie każdy. We wstępie do monografii mojego autorstwa pt. Seks, władza, sława, napisałem „Omawiając postaci powszechnie znane. miałem świadomość że chcąc poznać choćby połowiczną prawdę o kimś, trzeba pierwej pochodzić w jego mokasynach, jak mawiają północnoamerykańscy Indianie. A skoro nie chodziłem w mokasynach ni ciżmach opisywanych bohaterek i bohaterów, moje oceny mogą być wyłącznie spekulacjami opartymi na domniemaniach. I tym właśnie są, niczym innym. Podobnie, jak wywody większości uznanych autorytetów, na co dzień chadzających w butach od Gucciego.” Poważam twórczość Camusa, co wiedzą znający moje eseje. Tyle, że mam zdanie odmienne od powszechnie kolportowanych, na temat filozoficznych walorów dwu jego znanych powieści - Obcego i Upadku. Do dzieła! Każda generacja czuje się bez wątpienia powołana do tego, aby naprawiać świat. Moja wie przynajmniej to, że nie zdoła już tego uczynić. Ale być może jej zadanie jest o wiele większe, gdyż polega na tym, aby nie pozwolić go zniszczyć. Będąc spadkobierczynią historii skorumpowanej, w której mieszają się ze sobą upadłe rewolucje, techniki na granicy szaleństwa, umarli bogowie i zwietrzałe ideologie; gdzie zadufane potęgi mogą dzisiaj wszystko zniszczyć, lecz nie są w stanie nikogo do siebie przekonać; gdzie inteligencja stoczyła się na dno już tak nisko, że jest gotowa służyć nienawiści i uciskowi, otóż generacja ta, wyszedłszy z kręgu własnej negatywności, ma obowiązek przywrócić w sobie i wokół siebie godność życia i umierania. Fragment mowy Alberta Camusa, wygłoszonej w Sztokholmie w 1957 roku, z okazji wręczenia mu Nagrody Nobla Czytam w Wikipedii: [Upadek] Powieść filozoficzna autorstwa Alberta Camusa. Po raz pierwszy opublikowana w 1956 roku, jest jego ostatnim ukończonym dziełem literackim.” I jeszcze czytam, że Camus to „czołowy reprezentant egzystencjalizmu w literaturze”. Teza od lat budząca we mnie mordercze instynkty, niedbale zhomogenizowane z politowaniem dla „specjalistów od Camusa” i licznych apologetów Sartrea, mylących twórczość pisarza z oczekiwaniami filozofa-błazna. Jednocześnie, w tym samym biogramie Wikipedia podaje „[Camus] w 1942 przyjechał na stałe do Paryża, gdzie wspólnie z Pascalem Pia redagował podziemne czasopismo „Combat”. W tym okresie zaprzyjaźnił się z Jean-Paulem Sartrem. Przyjaźń ta urwała się po cyklu artykułów Camusa, które poróżniły go z obozem sławnego filozofa; wpływ jej był jednak na tyle silny, że zaczęto przypisywać Camusowi egzystencjalizm, przed czym on sam zaciekle się bronił.” Problem szumu informacyjnego wynika z dyletanctwa układaczy haseł w Wikipedii i kompletnej nieznajomości czasów, w których Camus żył i tworzył. Na wszelki wypadek, najbardziej upartym heroldom only book of ideas that I have published, The Myth of Sisyphus, was directed against the so-called existentialist philosophers.” Les Nouvelles Littéraires, (1945) Czy po przeczytaniu kategorycznego “No, I am not an existentialist” a szczególnie ostatniego zdania „Mit Syzyfa, skierowany był przeciwko tzw filozofom egzystencjalizmu”.- znajdą się jeszcze tacy, utrzymywać będą, że pisarz wielkim egzystencjalistą był? O to jestem spokojny, idiotów nie zbraknie. Na koniec dywagacji „azali był czy nie był?”, jako grant dorzucam artykuł „Why Camus Was Not An Existentialist?” pióra Grega Stone i dopowiem, że twierdzenia Jeana-Paula Sartrea, iż Camus był „wybitnym twórcą literatury egzystencjalistycznej”, wynikały z pobożnych życzeń filozofa, by w kręgu swoich wyznawców mieć giganta światowej literatury. Nie wyszło. Camus wielokrotnie dający mu zdecydowany odpór, w końcu znalazł sposób na definitywne zerwanie. Sądzę, że warto zapoznać się z artykułami prasowymi, będącymi całkiem a propos genezy tego słynnego zerwania 1.„[książka Camusa pt.] L’home révolté była już na naszej antenie tematem dłuższej dyskusji grona wybitnych pisarzy polskich. Dziś pragniemy się zająć raczej dalszymi konsekwencjami, jakie ta książka wywołała, konsekwencjami, które doprowadziły do głębokiego kryzysu samego Sartrea i jego towarzyszy. Otóż w szeregach egzystencjalistów książka Camusa wywołała konfuzję i głęboką konsternację. Po dłuższym milczeniu ukazała się w końcu w miesięczniku Sartrea „Temps modernes” cierpka recenzja książki, recenzja, która sprowokowała dyskusję prasową między Sartrem a Camusem. Polemika ta, prowadzona przez Sartrea w tonie niesłychanie napastliwym, zakończyła się kompletnym zerwaniem między dawnymi towarzyszami broni i oświadczeniem Sartrea, że nie będzie więcej odpowiadał Camusowi. W ten sposób ubył z szeregów towarzyszy Sartrea człowiek wybitnego talentu i szerokich horyzontów – Albert Camus. A ubył z powodów względnie łatwo zrozumiałych: póki młodziutki Camus szedł wiernie w szeregu początkujących, a pozostających w orbicie Sartrea pisarzy negujących wszelkie walory dzisiejszego świata, póki wiernie stał na stanowisku integralnie negatywnym – póty wszystko było w porządku. Ale sama negacja nie może nikomu wystarczyć na dłuższą metę i fakt, że z upływem lat Camus począł ograniczać egzystencjalistyczną furią skrajnego pesymizmu, musiał doprowadzić do starcia i zerwania.” 2 „Sartre, who founded the periodical Les Temps Modernes (Modern Times) in 1945, sought to win over Camus to further his notion of socially responsible writing, or littérature engagée. In the underground, the resistance had learned that the freedom of the word had to be defended, Sartre noted, and now it was time for writers to become „completely committed” to political issues in their works. Camus initially reacted in his diary: „I prefer socially responsible people to socially responsible literature.” He refused to brand someone who had written a poem about the beauty of spring as a „servant of capitalism.” 3 Criticism of Existentialists In his statement of the problem and its solution, Camus’s tone, ideas, and style are reminiscent of Nietzsche. “God is dead” is of course their common starting point, as is the determination to confront unpleasant truths and write against received wisdom. At the same time Camus argues against the specific philosophical current with which Nietzsche is often 4.Jak wiadomo, egzystencjalizm począł się z pesymizmu wojennego, załamania się burżuazyjnych intelektualistów francuskich i skrajnego sceptycyzmu młodego pokolenia. Sama doktryna filozoficzna egzystencjalizmu była i jest w gruncie rzeczy zlepkiem całego szeregu koncepcji – od Nietzschego przez Bergsona do Heideggera – i na pewno nie ona stała się źródłem sukcesu Sartre’a u młodego pokolenia Europejczyków. Powodzenie i sukces egzystencjalizmu leży raczej w pewnych konsekwencjach praktycznych doktryny, w jej tezach socjologicznych oraz psychologicznych. Teza buntu rewolty jednostki przeciw niesprawiedliwościom świata była tym punktem programu egzystencjalistycznego, który zjednał mu umysły młodzieży z natury rzeczy zawsze skorej do przebudowywania świata. Lekkomyślne żonglowanie niebezpieczną teorią prawa jednostki do takiego postępowania, jakie jej dyktuje wyłącznie jej własny instynkt, musiało w końcu natrafić na protest tych ludzi, którzy naprawdę głęboko przejęli się w pierwszej chwili myślami Sartre’a, ale którzy zachowali uczciwość i niezależność myślenia. I tak doszło do kryzysu, którego źródłem stała się książka Alberta Camusa L’Homme révolté – Człowiek zbuntowany. Pomiędzy czołowymi egzystencjalistami, między Sartem, Jeanem Genetem i Simone de Beauvoir, pomiędzy nimi wszystkimi Camus był od pierwszej chwili, tym którego głos był najmniej konformistyczny, tym, który zawsze zachowywał pewną niezależność w stosunku do podstawowych haseł sartrowskich. A oprócz tego dotychczasowa droga rozwojowa Camusa potwierdziła pierwotne przypuszczenia, że ma on ze wszystkich pisarzy francuskich młodego pokolenia największy talent, że ma po prostu najwięcej do powiedzenia. Nie będziemy się tu szczegółowo zajmować jego książką, tym bardziej, że L’Homme révolté był już na naszej antenie tematem dłuższej dyskusji grona wybitnych pisarzy polskich. Dziś pragniemy się zająć raczej dalszymi konsekwencjami, jakie ta książka wywołała, konsekwencjami, które doprowadziły do głębokiego kryzysu samego Sartre’a i jego towarzyszy. Otóż w szeregach egzystencjalistów książka Camusa wywołała konfuzję i głęboką konsternację. Po dłuższym milczeniu ukazała się w końcu w miesięczniku Sartre’a „Temps modernes” cierpka recenzja książki, recenzja, która sprowokowała dyskusję prasową między Sartrem a Camusem. Polemika ta, prowadzona przez Sartre’a w tonie niesłychanie napastliwym, zakończyła się kompletnym zerwaniem między dawnymi towarzyszami broni i oświadczeniem Sartre’a, że nie będzie więcej odpowiadał Camusowi. W ten sposób ubył z szeregów towarzyszy Sartre’a człowiek wybitnego talentu i szerokich horyzontów – Albert Camus. A ubył z powodów względnie łatwo zrozumiałych: póki młodziutki Camus szedł wiernie w szeregu początkujących, a pozostających w orbicie Sartre’a pisarzy negujących wszelkie walory dzisiejszego świata, póki wiernie stał na stanowisku integralnie negatywnym – póty wszystko było w porządku. Ale sama negacja nie może nikomu wystarczyć na dłuższą metę i fakt, że z upływem lat Camus począł ograniczać egzystencjalistyczną furią skrajnego pesymizmu, musiał doprowadzić do starcia i zerwania. Tym, co najbardziej zirytowało Sartre’a w L’Homme révolté była tendencja Camusa do znalezienia pewnych granic dla tej sławionej przez Sartre’a „rewolty” człowieka. Zdaniem Camusa istnieje pewna „moralność absolutna”, dzięki której człowiek winien zachowywać pion nawet – a może przede wszystkim – w momentach buntu i rewolty. Ten sposób myślenia jest całkowicie obcy Sartre’owi. Jedynym uzasadnieniem buntu dla Sartre’a była zawsze pewna – mętna skądinąd – „konieczność historyczna”. Ona to dawała w jego oczach mocne usprawiedliwienie w walce z krzywdzącą człowieka niesprawiedliwością świata. Nawiasem mówiąc, ten argument wydaje się żywcem wzięty z marksizmu, osładza go Sartre jedynie przenosząc go w sferę moralną. Zarzuca on Camusowi, że szukając granic rewolty człowieka, fałszuje interpretację historii, że uczynił ze swej książki pseudo-filozofię pseudo-historii ruchów rewolucyjnych. Tymczasem Camus nie neguje wewnętrznego sensu historii, potępia jedynie metodę polegającą na czynieniu z historii pewnego absolutu, pewnego wygodnego, choć całkowicie arbitralnego, miernika wszystkich postępków ludzkich. Camus ude- rzył bardzo celnie, stwierdzając, że wszystko wygląda na to, jak gdyby Sartre stał na filozoficznym stanowisku marksizmu, odrzucając jedynie marksistowską koncepcję polityczną. I w ten sposób dyskusja ześlizgiwała się powoli na teren polityczny, przy czym na truizmy Sartre’a w rodzaju „człowiek sam tworzy swą historię”, Camus odpowiadał z niezmąconym spokojem, że nie widzi powodów do rewolty człowieka po to, aby dać się związać owej podejrzanie marksistowskiej „konieczności historycznej”. ESEJ linked as a precursor, and to which he himself is closest—existentialism. The Myth of Sisyphus is explicitly written against existentialists such as Shestov, Kierkegaard, Jaspers, and Heidegger, as well as against the phenomenology of Husserl. Camus shares their starting point, which he regards as the fact that they all somehow testify to the absurdity of the human condition. But he rejects what he sees as their ultimate escapism and irrationality, claiming that “they deify what crushes them and find reason to hope in what impoverishes them. That forced hope is religious in all of them” (MS, 24). Więc Upadek... Ostatnia, ukończona powieść autora Obcego i Dżumy. Brulion z tekstem „Pierwszego człowieka” znaleziono przy zwłokach pisarza w rozbitym aucie. Zawierał szalenie ważne zdanie „książka powinna być nieukończona”; wydano ją w roku 1994 Istnieje spora, elitarna grupa pisarzy, w której wszyscy są autorami wprawdzie jednej tylko książki, ale każda z nich, to bezwzględne literackie arcydzieło. Giuseppe Tomasi di Lampedusa napisał Lamparta, Margaret Mitchell Przeminęło z wiatrem, Malcolm Lowry Pod wulkanem, Gabriel Garcia Marquez Sto lat samotności, Umberto Eco Imię Róży.Napisać całą półkę książek wprawdzie interesujących pod względem fabuły, lecz miałkich w stylu, formie i bez idei, jak wiele spośród rozlicznych prac np. Carla Maya, płodnej niczym królica Danielle Steel, Williama Whartona (słyszę wrzask oburzenia!) czy Paolo Coelho a napisać jedną tylko, arcydzieło, to nie kwestia semantyki, to kwestia geniuszu. O ile Dżuma jest skończonym arcydziełem, o tyle Obcy i Upadek to dla mnie książki kiepskie, przy czym każda z różnych powodów. Lata temu napisałem „W roku 1967, siedem lat po absurdalnie tragicznej śmierci Alberta Camusa, Luchino Visconti pisze scenariusz i reżyseruje film na podstawie powieści Obcy; w roli Arthura Meursault obsadza Marcello Mastroianniego; rolę Marii, jego kochanki, powierza równie wspaniałej Annie Karinie. Oczywistym atutem filmu był urokliwy, stary, kolonialny Algier; wystąpiły też palmy, plaże, Arabowie, burnusy, białe kasby, jednym słowem - egzotyka. No i autorytet Viscontiego, wsparty jak Leonidas o honor Spartanina na opowiadaniu wprawdzie martwego ale nieśmiertelnie wielkiego Alberta. Taka mieszanka musiała lub co najmniej powinna zaowocować skończonym arcydziełem. Niestety! Film to beznadzieja pod każdym względem; nie pomogła doskonałość reżysera i genialni aktorzy. To o beznadziejach powiadają: „I w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu”; w roku 1968 Obcy nominowany do Złotego Globu w kategorii „Najlepszy film zagraniczny” przepada z kretesem na rzecz Vivre pour Vivre Claude Leloucha” (…) „Bo Obcy, to powieść nawet nie to, że słaba ile po prostu zła. A w porównaniu z Dżumą... Nie, taka paralela byłaby wysoce nieprzyzwoita! Dżuma jest wielka i ponadczasowa; jest przemyślana od A do Zet a jedyny (dla polskiego Czytelnika) jej feler, to lichutkie tłumaczenie „żywcem” z literackiego francuskiego, na licho wie, jaki polski. Twierdzę, że Obcy to zła powieść. Pod jakim względem? Łatwiej mi wymienić, pod jakim względem jest dobra. W oryginale słowa Camusa brzmią znakomicie, bo w ogóle francuski znakomicie brzmi a Camus posługuje się słowem po mistrzowsku. To warte podkreślenia, bowiem Obcy przełożony na ten zdumiewający „polski” w jakim go do dziś czytamy, jest ostatecznym coup de grâce twórczej myśli „egzystencjalizmu literackiego”, wiekopomnych idei i tego wszystkiego, czego tam dla mnie nie ma i nigdy nie było. Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego pisarz tego formatu co Camus, napisał takie byleco? Czy dlatego, że kiedy tworzył Obcego był jeszcze „niezupełnie wielki”? Wszak dystans czasowy jaki dzieli oba utwory - Obcy rok 1942 i Dżuma rok 1948 - to ledwie 6 lat. Ledwie? Chyba tutaj kryje się częściowe wyjaśnienie: dla pisarza 6 lat to cała era; może się stać pisarzem dojrzałym do stworzenia arcydzieła, pisarzem genialnym. I takim właśnie Albert Camus jest w 1948 roku a ów rok 1948 to niebywale ważna data w jego życiu i twórczości, prawdziwy Rubikon. Po zerwaniu z Sartrem i jego literackimi satelitami, po 23 nieskutecznych próbach kategorycznego odcięcia się od przypisywanego mu statusu kreatora literackiego egzystencjalizmu, tworzy Dżumę Upadek to dęty, rozlazł monolog, w dodatku nudny jak flaki z olejem. Bez przesłania, bo grand epilogue jako filozofię, dorobili post mortem Camusa rozliczni krytycy, Jean-Paul Sartre („być może najpiękniejsza i najmniej zrozumiana z jego książek”) i legiony bezkrytycznych czcicieli pisarza. Pisarza czy filozofa? Bo jedni zwą go pisarzem, inni filozofem a jeszcze inni Gazeta Literacka 23 cd. str.24 ESEJ cd. ze str.23 pisarzem-filozofem. Być może za sprawą jego genialnych esejów, w których wyrażał swoje poglądy na ówczesną, nader mizerną egzystencję ludzkości. Camus jak Minotaur szukał drogi wyjścia ze śliskich od krwi, mrocznych labiryntów powojennej Francji i świata,, do bardziej ludzkiego, „odpowiedzialnego” życia. Czy znajdował? pek. W ubóstwie człowiek jeszcze zachowuje wrodzoną szlachetność uczuć, w nędzy już nikt i nigdy. Nędza sprawia, że nie tylko kijem cię przeganiają, ale wiechciem wymiatają z ludzkiej społeczności, (…) znalazłszy się w nędzy, sam gotów jestem popełnić największe bezeceństwo. I stąd pijaństwo!” „Chociaż wygląd pana nie jest szczególny, moja znajomość ludzi pozwala mi dostrzec w panu człowieka wykształconego i do trunków nieprzywykłego. Sam zawsze odnosiłem się z szacunkiem do wykształcenia, zwłaszcza w połączeniu ze szczerymi odruchami serca.” „Mówię, że wszystko jest dobre” oświadcza Edyp i te słowa są święte. Rozbrzmiewają w okrutnym i ograniczonym świecie człowieka. Uczą, że wszystko nie jest i nie zostało wyczerpane.” napisał w Micie Syzyfa Albert Camus. I te słowa „są święte” „Jeśli chce pan wiedzieć, byłem adwokatem, zanim tu przyjechałem. Teraz jestem sędzią-pokutnikiem. Pozwoli pan, że się przedstawię: Jean-Baptiste Clamence, do pańskich usług. Rad jestem pana poznać. Pan zapewne zajmuje się interesami? Mniej więcej? Doskonała odpowiedź! I rozumna; we wszystkim jesteśmy tylko mniej więcej. Proszę, niech mi pan pozwoli zabawić się w detektywa. Jest pan mniej więcej w moim wieku, świadome oko czterdziestoletniego człowieka, który mniej więcej poznał krąg rzeczy, jest pan mniej więcej dobrze ubrany, to znaczy tak, jak ubierają się u nas.” „W obliczu zagrożenia, człowiek podejmuje wysiłek walki a ludzkie stado dzieli się na dowódców i żołnierzy. Nie wolno i nie można inaczej bo żeby przetrwać, trzeba stawić zorganizowany opór. W ogniu walki rodzą się bohaterowie. I tchórze. Ale w Oranie nie ma podziału na dowódców-lekarzy i żołnierzy-chorych wszyscy są chorzy po równo, bowiem jak głosi napis na zegarze ratuszowym w Lipsku: Mors certa, hora - incerta. W Oranie wszyscy stają się pacjentami bardzo cierpliwymi i dlatego Dżuma nie posiada bohatera. Albowiem żeby zaistniał Bohater, autor musi powołać do istnienia anty-bohatera a tego Camus nie uczynił. Dlaczego? I Camus i doktor Rieux są fatalistami i właśnie fatalizm nakazuje uczynić pisarzowi z Rieux nie tyle pierwszoplanowego bohatera ile Uczestnika. Rieux jest lekarzem i człowiekiem mądrym; on nie walczy z zarazą jako taką znając jej potęgę i swoją małość. Nie walczy ale może niwelować jej wszechmoc, niosąc ulgę cierpiącym przez nacinanie dymienic i dodawanie otuchy żywym i jeszcze zdrowym słowami pociechy, jak duchowy przewodnik. Jak filozof rozumiejący bezsiłę człowieka w zderzeniu z wyrokami Boskimi; fatum, ananke czy jak tam sobie chcemy nazwać to, co wypala Oran. Jak wspomniałem, fatalizm czyni z Rieux nie bohatera lecz Uczestnika; on nie walczy z dżumą ponieważ wie, że c’est la vie a owo trafne c’est la vie zawiera prawdę prawd ostatecznych. To odpowiedź na odwieczne, dręczące ludzkość pytanie: dlaczego? To cena, jaką przyszło zapłacić nam, ludziom za jabłko, zjedzone w Raju przez Adama i Ewę. W Dżumie to nie Bóg jest Bogiem ponad Oranem, Bogiem jest Camus; to on rozdziela karty życia i śmierci decydując, kto umrze a kto przetrwa. I nie zarazki moszczące się w rynsztokach i sypialniach Oranu zabijają, tylko Albert Camus-pisarz. Więcej - Albert Camus-Bóg. Dlatego jego powieść nie ma (podobnie, jak ludzkość), jednego bohatera. Owszem, Rieux jest postacią pierwszoplanową ale także dziennikarz Tarrou, doktor Castel, niedoszły samobójca Cottard i ów kosteryczny staruszek plujący na koty. Więc Rieux nie jest bohaterem zdarzeń w czas zarazy, tylko ich pierwszoplanową figurą; prawdopodobnie dlatego, że Camus-autor, Camus-człowiek go polubił.” Dwudziestowieczny Camus, niczym Sofokles w roku 442 pne, stąpa po omacku w płynnej magmie „skorumpowanych” wieloetosów. Stąpa niepewnie, wsparty jedynie na swoim instynkcie i na imperatywie nie filozofa-mizogina z Königsberg, tylko Sofoklesa z Kolonos. Na nowo odkryty przez Kanta dwadzieścia dwa wieki później, imperatyw kategoryczny Sofoklesa skłania Antygonę, za nic mającą groźbę kary śmierci za złamanie zakazu Kreona, do wyprawienia pochówku bratu- zdrajcy, poległemu w walce przeciw własnemu polis. Antygona ignoruje 24 groźby śmierci, bowiem Nie Zeus przecież obwieścił to prawo, Ni wola Diki, podziemnych bóstw siostry, A nie mniemałam, by ukaz twój ostry Tyle miał wagi i siły w człowieku, Aby mógł łamać święte prawa boże, Które są wieczne i trwają od wieku, Ze ich początku nikt zbadać nie może. „Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i 24 Migotania 53 Fot. Robert Gauer Nie wierzcie w to, że Camus był ateistą-Sokratesem swych dni. Nie dajcie się zwieść hochsztaplerom i mitomanom; kłamią! Ale ja, bez wahania przydaję mu miano nowożytnego Sofoklesa, choć w swoich powieściach nie daje mi żadnych odpowiedzi. Nie daje mi odpowiedzi ale też nie stawia pytań. Wyraża jednakie z ducha opinie o ludzkim to be or not to be i o postawach, jakie musi (?), powinien (?) zająć człowiek (Pierwszy człowiek?) w obliczu „historii skorumpowanej, w której mieszają się ze sobą upadłe rewolucje, techniki na granicy szaleństwa, umarli bogowie i zwietrzałe ideologie” Widać to w postawie bohaterów Dżumy wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej się nad nimi zastanawiamy: niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”. Immanuel Kant Jak Camus powiedział w Oslo? „umarli bogowie i zwietrzałe ideologie; gdzie zadufane potęgi mogą dzisiaj wszystko zniszczyć, lecz nie są w stanie nikogo do siebie przekonać; gdzie inteligencja stoczyła się na dno już tak nisko, że jest gotowa służyć nienawiści i uciskowi, otóż generacja ta, wyszedłszy z kręgu własnej negatywności, ma obowiązek przywrócić w sobie i wokół siebie godność życia i umierania” Jeszcze nie w pełni rozumiemy treść przesłania. Ale powoli coś zaczyna nam świtać. W obliczu wojującego islamu, chęci powrotu postsowieckiej Rosji do pozycji mocarstwa, ekspansywnej agresji „multikulti” zaczynamy przeczuwać, że koszmar jakiejś pan-masakry, jakiegoś globalnego kataklizmu jest bliski i nie jest to wizja z katastroficznej powieści, tylko absolutnie realne zagrożenie. „[inteligencja] wyszedłszy z kręgu własnej negatywności, ma obowiązek przywrócić w sobie i wokół siebie godność życia i umierania” i że „by wypełnić ludzkie serce, wystarczy walka prowadząca ku szczytom. Trzeba sobie wyobrażać Syzyfa szczęśliwym” Słowa ponadczasowe i ponadczasowa prawda:”Przywrócić w sobie i wokół siebie godność życia” Ale jak to uczynić, nie mając w sobie sofoklejskiego imperatywu kategorycznego, esencji słów Antygony „prawa boże, Które są wieczne i trwają od wieku”. Nie mam odpowiedzi. Czy Camus ją miał? Czy pisząc Upadek przepisywał nam receptę i odpowiedź? Nie. Ale ich pragnął. Ekskomunista, eksegzystencjalista, od zawsze i na zawsze - Człowiek. „Camus wykreśla z istnienia Boga czy bogów. I tu kpina Ananke! - rozważa nieistnienie Stwórcy w oparciu o religijny mit i w dodatku - zachwala samotną potęgę człowieka w oddeifikowanym świecie wyłącznie (gdyż nie może inaczej) w kontekście i na tle „Boga nieistniejącego” Upadek nie grzeszy wielkością, bo zgrzeszyć nie ma czym. Wyznania Jean-Baptiste Clamence, zbytnio trącą „duchem i klimatem” wyznań bohatera innej powieści, niejakiego Siemiona Zacharowicza Marmieładowa 16, eis-urzędnika, zaprzysięgłego pijaka i upadłego ojca młodocianej prostytutki imieniem Sonia. „Był to człek po pięćdziesiątce, średniego wzrostu i krępej budowy, szpakowaty, o wydatnej łysinie, twarzy opuchłej od nieustannego pijaństwa, żółto-zielonkawej cerze, obrzękłych zwężonych w szparki powiekach, łypiący błyszczącymi maleńkimi, bystrymi oczkami. Było jednak w tych oczach coś zdumiewającego; rozświetlało je coś, co urzekało – może mądrością, może roztropnością, a równocześnie migotało w nich szaleństwo” „Ubóstwo to nie hańba, zapewniam pana. Wiem również, że pijaństwo nie jest powodem do chwały. Jednakże nędza, szanowny panie, nędza – to już wystę- „A zatem, skoro wszyscy jesteśmy sędziami, wszyscy jesteśmy winni, jedni wobec drugich, wszyscy jesteśmy Chrystusami na nasz obrzydliwy sposób, wszyscy kolejno ukrzyżowani nic nie wiedząc o tym” .„Odnosiłem wrażenie, że żądają ode mnie, bym tkał przez dnie i noce w piwnicy czekając, aż dzicz przyjdzie mnie wyrzucić, zniszczy wpierw moją tkaninę, po czym zaciągnie mnie do innej piwnicy, by zatłuc na śmierć.” Cytaty z Dostojewskiego i Camusa. Zbrodnia i kara. i Upadek. Czy imputuję Camusowi tematyczny plagiat? Sugeruję inspirację Dostojewskim. Być może tu i tam zbyt dalece posuniętą. Czy tylko mnie tłucze się po głowie Zbrodnia i Kara? Nie mnie jednemu. „Zapadające w pamięć kwestie wygłasza Grzegorz Przybył jako Swidrygajłow, rozmyślający o wieczności – izbie z pająkami i wspominający niczym sędzia-pokutnik z Upadku Camusa – o rozpuście. Również Marmieładow (Adam Baumann), który opowiada, jak to Zbawiciel wybaczy nawet pijakom, to przecież Jean Baptiste–Clamence, mówiący o „Sprawiedliwych sędziach” i sam czujący się Bogiem. Porfiry Wiesława Sławika to początkowo jedynie wesoły, starszy pan, bez przerwy rozprawiający o „mieszkanku”, „przykładziku” i „idejce” Imputuję Camusowi zbyt daleko idącą inspirację cudzą powieścią... A niby czemu miałby to robić on, obdarzony takim talentem, że głosowanie w sprawie przyznania mu Nagrody Nobla było prawie jednomyślne? Bo są autorzy wprawdzie tylko jednej książki,ale za to książki-arcydzieła. Camus był jednym z nich. Mam dziwny dyskomfort emocjonalno-intelektualny, przy jednoczesnej pewności tropu. Wielu dyskretnie sugerowało, że Camus fascynował się twórczością Dostojewskiego i literaturą rosyjską w ogóle. Nie znam ni jednego francuskiego pisarza, który by się nie fascynował Wielkim Fiodorem i Rosją, zaś od połowy XX wieku - Rosją sowiecką par excellence! Ale kiedy 17 września 1939 roku Związek Radziecki razem z hitlerowskimi Niemcami atakuje Polskę, stosunek Camusa do komunizmu zmienia się na zawsze. Zanotował: „ZSRR zajął miejsce w szeregu państw imperialistycznych”; skończył z Marksem i komunistami. „W 1947 ostatecznie odciął się od dziennikarstwa i polityki, by móc w pełni oddać się teatrowi i pisarstwu. Wyjątek stanowi zbiór esejów Człowiek zbuntowany, w którym – wbrew modzie panującej wśród francuskich intelektualistów – poddał surowej krytyce stalinizm i ujawnił mało znane na Zachodzie fakty dotyczące masowych zbrodni komunistycznych w ZSRR” Zostały fotografie... Na jednej - stoją Jacques Lacan, Cécile Éluard, Pierre Reverdy, Louise Leiris, Pablo Picasso, Zanie de Campan, Valentine Hugo, Simone de Beauvoir, Brassaï. Siedzą od lewej Jean-Paul Sartre, Albert Camus, Michel Leiris, Jean Aubier. Na innych Camus z pierwszą żoną Simone Hié, z Francine Faure, żoną drugą. Camus przy biurku, w oknie, w redakcji, przy stole w Cafe de Flore. Tak... zostały fotografie, zbiór genialnych esejów i trzy książki, z których Dżuma, starczy mi za Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu Literatury i życia codziennego. SŁAWOMIR MAJEWSKI W spółcześni filozofowie nieczęsto o nim wspominają. Chociaż wiele pisał na tematy pokrewne egzystencjalistom, nie cieszył się nawet w połowie taką sławą i poważaniem, jakie osiągnęli swego czasu Albert Camus czy Jean-Paul Sartre. Nie stał się też równie modny, co sceptyk i pesymista Emil Cioran – być może ze względu na mniejszą powierzchowność i niechęć do uogólnień, w których celował niekiedy rumuński pisarz. W czasie, kiedy koledzy po fachu w zaciszu swoich gabinetów roztrząsali zagadkę ludzkiego losu, on pozostawał gdzieś na uboczu dyskursu intelektualnego. Może gdyby pisał bardziej, jak się to mówi, pod publikę, zyskałby większy rozgłos? Poklask tłumów był jednak najprawdopodobniej ostatnią rzeczą, na jakiej mu zależało. Przyszedł na świat w rodzinie żydowskiej jako Hans Mayer, dokładnie 31 października 1912 roku. Po latach zerwał jednak ze swoim imieniem, i to aż dwukrotnie. Za pierwszym razem z konieczności, sprowadzony w okolicznościach obozowych do roli więźnia z numerem 172364. Drugi raz – z wyboru, w proteście przeciwko kulturze germańskiej, przyjmując francuskojęzyczne imię i nazwisko Jean Améry, pod którym publikował w okresie powojennym. Nosił w sobie bodaj najbardziej bolesne doświadczenia dwudziestego wieku. Torturowany w Breendonk, więziony w Auschwitz, Buchenwaldzie i Bergen-Belsen, po 1945 roku – jak pisał – nie potrafił odzyskać zaufania do świata, w którym granica między współbliźnim a antybliźnim bywa zdecydowanie zbyt łatwo naruszana. Opublikowana przez niego książka Poza winą i karą (wydana w 1966 roku) jest nie tylko osobistym studium egzystencji obozowej ofiary. To przede wszystkim przejmujący esej o poniżeniu i pogardzie, jakiego można doświadczyć ze strony drugiego człowieka. Jest to również opowieść o intelektualnej samotności; gdy bowiem w cieniu krematoriów inny staje się piekłem, ofierze pozostaje „zdumienie istnieniem kogoś nieograniczenie realizującego się w torturach i zdumienie tym, czym samemu można się stać: ciałem i śmiercią. Torturowany nie O siem opowieści chanukowych I. B. Singera, natchnionych potęgą tradycji i wiary, z pewnością zachwyci wielu czytelników, bez względu na ich wiek czy wyznanie. Szczególne wrażenie wywarło na mnie tytułowe opowiadanie: „Moc światła”. Była zima i tamten dzień był jednym z najzimniejszych. Pierwszy dzień Chanuki. Rebeka i Dawid rozejrzeli się po swojej kryjówce i nie był to optymistyczny widok – cegły, rury, zapadająca się podłoga. Dawid zapalił świecę. Rebeka po raz pierwszy od wielu tygodni naprawdę zobaczyła Dawida. Pomimo głodu i prześladowań wyglądał bardzo poważnie jak na swój wiek. Chociaż oboje byli jeszcze bardzo młodzi, podjęli decyzję, że się pobiorą, jeżeli uda im się uciec ze spustoszonej przez wojnę Warszawy. Dawid zmówił błogosławieństwo nad świecą chanukową, a Rebeka rzekła: „Amen”. Ten płomyk światła w otoczeniu cieni rozpraszał złe moce. W dalszym ciągu jest iskierka nadziei. Światło świecy przyniosło pokój im duszom. Od pewnego czasu Dawid i Rebeka myśleli o ucieczce z Warszawy, ale hitlerowcy pilnowali getta dzień i noc, więc każdy krok był niebezpieczny. Rebeka wciąż odkładała termin planowanej ucieczki, często powtarzając, iż latem będzie łatwiej, ale Dawid wiedział, że mają znikomą szansę przetrwania do lata. Sytuacja wydawała się ekstremalna. Można ją porównać do górskiej wspinaczki, w czasie której każdy ruch musi być dokładnie przemyślany i nie ma czasu na zbyt długą decyzję. Przy świetle świecy chanukowej, Rebeka poczuła nagle w sobie przypływ odwagi. Dawid wiedział, że właściwa chwila już nadeszła i podjął pewien plan, który był bardzo ryzykowny. W trakcie przedzierania się przez ruiny odkrył właz do kanału, który jak sądził, mógł prowadzić na drugą stronę. Rebeka zgodziła się podjąć ryzyko. Kiedy światełko chanukowe zaczęło trzaskać i migotać, zanim wygasło, Dawid i Rebeka zabrali swoje nieliczne rzeczy. W obliczu wielkiego niebezpieczeństwa ludzie stają się niezwykle odważni. Wkrótce przedzierali Jean Améry przestaje się dziwić, że wszystko to, co w zależności od naszych upodobań możemy nazywać duszą, swoim umysłem, świadomością czy tożsamością, przestaje istnieć, kiedy z chrzęstem i trzaskiem wyłamują się stawy barkowe”1 . Po doświadczeniach Auschwitz wielu intelektualistów na powrót uwierzyło, że dusza zaczyna istnieć wraz z chwilą opuszczenia przez ciało obozowych murów. Tak było na przykład z Viktorem E. Franklem, austriackim psychiatrą i twórcą logoterapii. Jego wiary w sens i jakąś quasi-metafizyczną wartość ludzkiego życia nie podzielał jednak Améry. Bez żalu odrzucał także narracje teologiczne, zarówno te wywodzące się z judaizmu, jak i chrześcijaństwa, usiłujące – czasem wbrew własnej doktrynie – rehabilitować pojęcie Bożej opatrzności. Améry pozostał do końca życia z uczuciem niepokoju, ale nie był to niepokój metafizyczny, lecz społeczny. „To nie Byt jest tym, co mi ciąży, nie Nicość i nie Bóg czy nieobecność Boga, lecz tylko społeczeństwo: albowiem ono i tylko ono wywołało u mnie zaburzenie egzystencjalnej równowagi, z którym walczę, usiłując mimo wszystko poruszać się w postawie wyprostowanej. Ono i tylko ono pozbawiło mnie zaufania do świata”2. Choć w kolejnych swoich pracach Améry wykazywał wrażliwość literata, nie wyrzekł się definitywnie intelektualnych związków z Kołem Wiedeńskim, w którym w młodości wzrastał. Bardziej więc cenił sobie logiczny wywód od religijnej pociechy, fakt naukowy traktował zaś z nie mniejszym szacunkiem, niż myśl filozoficzną autora „Bytu i nicości”. Mimo to nie rościł sobie pretensji do naukowości, stawiając na introspekcję jako metodę refleksji oraz metaforyzację, mając głębokie przeczucie, że przekład najbardziej intymnych doświadczeń z języka obiektywnego na język podmiotu nigdy się nie uda. Nie odzyskawszy zaufania do świata, Améry z trudem znosił powojenne lata życia. W eseju o jakże wymownym tytule „O starzeniu się. Bunt i rezygnacja” (wydanym w 1968 roku) pisał o upływającym czasie i presjach społeczeństwa wobec starzejącej się jednostki. Kilka lat później, bogatszy o kolejne doświadczenia opublikował tekst „Podnieść na siebie rękę. Dyskurs o dobrowolnej śmierci” (1976), w którym podjął subtelny, pozbawiony krzykliwości i wątpliwej retoryki namysł nad samobójstwem. W tym filozoficznym traktacie pytanie „czy życie warte jest życia” stawiał z głębokim szacunkiem dla ludzkiej godności i wolności. Choć nadał swoim rozważaniom osobistą wymowę, problem zbliżania się do kresu życia odniósł do każdego czytelnika. Podjął wówczas kwestie, które ani trochę się nie zestarzały. Do kogo należy człowiek? Czy życie jest największą wartością? Czy skłonność do samobójstwa należy rozpatrywać jako stan chorobowy, a może przywilej jednostki? Czy rozsądnie i uczciwie jest ulegać presji przetrwania za wszelką cenę? A wreszcie: „Czy musi się żyć? Czy musi się istnieć tylko dlatego, że raz się zaistniało? W chwili przed odskokiem samobójca zdziera przepisy natury i rzuca je pod nogi ich niewidzialnemu autorowi jak grający w teatrze męża stanu aktor innemu umową, która w rezultacie staje się tylko kawałkiem papieru. Jeszcze zanim go zapytają, poszukujący dobrowolnej śmierci woła: nie! Lub mówi stłumionym głosem: może się musi, ale ja nie chcę i nie ugnę się pod presją, którą można odczuć z zewnątrz jako prawo społeczeństwa, a od wewnątrz jako lex naturae. Nie chcę ich już dłużej uznawać”3 . Améry podniósł na siebie rękę w salzburskim hotelu 17 października 1978 roku. KAMIL TROMBIK J. Améry, Poza winą i karą. Próby przełamania podjęte przez złamanego, tłum. R. Turczyn, Kraków 2007, s. 100. 2 Tamże, s. 223. 3 J. Améry, O starzeniu się – bunt i rezygnacja. Podnieść na siebie rękę – dyskurs o dobrowolnej śmierci, tłum. B. Baran, Warszawa 2007, s. 145. 1 Wzgórze Nadziei w twórczości Singera się przez ruiny i musieli posuwać się na czworakach. Jednakże spożyty przez nich posiłek oraz radość, jaką w nich wzbudziła świeca chanukowa dodawały im odwagi na dalszą drogę. Po pewnym czasie Dawid odnalazł właz do kanału. Zaczęli znów się czołgać – powoli i ostrożnie. Nagle usłyszeli dźwięk tramwaju. Byli po drugiej stronie getta. Teraz musieli jedynie odnaleźć wyjściez kanału i opuścić miasto w szybkim tempie. Wiele cudów zdarzyło się tamtego chanukowego wieczoru. Z powodu trzaskającego mrozu na ulicach było mniej gestapowców niż zazwyczaj i udało im się niepostrzeżenie wyjść z kanału i wykraść z miasta. O świcie dotarli do lasu, gdzie mogli odpocząć i coś zjeść. Partyzanci byli niedaleko od Warszawy, jednak Dawid i Rebeka dotarli do nich dopiero po tygodniu. Szli w nocy, a ukrywali się w ciągu dnia – czasami w spichlerzach, czasami w stodołach. W jednej ze wsi spotkali żydowskiego partyzanta, który pojawił się tam, aby zorganizować jedzenie dla swojego oddziału. Należał do Hagany, organizacji, która przysyłała ludzi z Izraela do okupowanej Polski w celu ratowania żydowskich uchodźców. Zabrał Dawida i Rebekę do innych partyzantów żyjących w lesie. Był to ostatni dzień Chanuki i partyzanci zapalili osiem świec tego wieczoru. Od dnia, w którym Dawid i Rebeka spotkali partyzantów, ich życie diametralnie się zmieniło. Przyłączali się do coraz liczniejszych grup uchodźców, których jedynym marzeniem było osiedlenie się na ziemi Izraela. Często szli pieszo, spali w stajniach, zgliszczach domów i wszędzie tam, gdzie można się było ukryć przed wrogiem. W środku nocy, gdzieś na wybrzeżu Jugosławii czekał na nich mały statek z załogą Hagany i wszyscy uchodźcy, wraz ze swoim skromnym dobytkiem, zostali zaokrętowani. Niemniej jednak, wciąż czyhało na nich wiele niebezpieczeństw. Pomimo tego, iż była wiosna, morze było wzburzone i statek był za mały na tak długą podróż. Hitlerowskie samoloty odkryły pozycję statku i starały się go zatopić. Na szczęście bezskutecznie. Uchodźcy obawiali się także hitlerowskich łodzi podwodnych, ukrywających się w mor- ESEJ Natalia Krzemień ESEJ OSOBOWOŚCI Kamil Trombik skich głębinach. Bóg wysłuchał ich modlitw, gdyż udało im się bezpiecznie dotrzeć do celu. To tak, jakby stanęli na samym szczycie góry, z której widok rozpościera się na niezliczoną ilość kwiatów. Żydzi w Izraelu powitali ich z taką miłością, że zapomnieli o całym cierpieniu. Rebeka i Dawid byli pierwszymi uchodźcami, którzy dotarli do Ziemi Świętej oraz ofiarowano im pomoc i wsparcie ze wszystkich stron. Odnaleźli w Izraelu krewnych, którzy przyjęli ich z otwartymi ramionami. Pomimo tego, iż byli bardzo wyczerpani, zdrowie im dopisywało i szybko doszli do siebie. Posłano ich do 25 specjalnej szkoły, gdzie obcokrajowcy uczyli się nowożytnego hebrajskiego. Dawid i Rebeka byli pilnymi uczniami. Po skończeniu szkoły Dawidowi udało się podjąć studia na Politechnice w Hajfie, natomiast Rebeka, która miała wybitne zdolności do języków i literatury, studiowała w Tel Awiwie. Spotykali się w weekendy, a kiedy Rebeka skończyła osiemnaście lat, pobrali się. Znaleźli mały domek z ogrodem w jednym z przedmieść Tel Awiwu. Tamten błysk światła rozbudził w nich nadzieję i moc, o której nawet siebie nie podejrzewali. Stał się cud. NATALIA KRZEMIEŃ Gazeta Literacka 25 PROZA Małe prozy Anna Matysiak Zmokniętość Cztery rzędy za Anią M. starsza pani wiodła głośny monolog weteranki wszelkich walk i niedoborów. Młody człowiek przy wejściu do metra ogłosił, że właśnie poznał Jezusa. Ania M. prowadziła zaś rozbudowany dialog. Był to dialog wewnętrzny. Taką przynajmniej miała nadzieję. Aby dobrze zmoknąć, należy odnaleźć w sobie tę część ja, która jest naszym Wewnętrznym Zmokniętym. Jeśli to jest zbyt trudne, można poszukać naszego Wewnętrznego Który-i-tak-ma-przechlapane. Potem wystarczy założyć odpowiednio stare i dziurawe buty, aby proces namakania przebiegał również od spodu. I jeszcze wziąć aparat fotograficzny i kucać nad Drobnym Napotkanym Mokrym, aby ujawnić tę część pleców, która przy kucaniu ujawnia się, jeśli się ma krótką kurtkę. Dać Próbuję stawać się. Niektóre próby są nieudane, niektóre są w toku. Po drodze czasem łamię się i czuję swoją (z)nikłość. Tak jak dziś. Czy nie próbuję za dużo na raz i nie za mocno? Nie dowiem się, bo nie mam porównania Nie mam drugiej mnie, by to sprawdzić. Muszę dać wszystko. W drodze Przyjechałam dziś do Bytomia wieczorem. W pociągu pomyślałam, że w zasadzie mogłabym tak jechać i jechać. Wyraźnie poczułam ten stan wyjęcia ze zdarzeń, zawieszenie, gdy płynie się tak szybko i niezauważalnie jak sam czas, więc jest się jakby poza nim. W przestrzeni między fotelami pojawiła się dziewczyna niosąca wrzątek w wielkim metalowym czajniku i wtedy przez moment wydało mi się, że jadę już tak ze dwa tygodnie, że minęliśmy ośnieżone połacie tajgi. Że zbliżamy się do czegoś, co jest na drugim końcu świata, świata leżącego na grzbiecie wielkich żółwi. Niezmierzony Coraz więcej pytań. Myślę, że to dobrze. Z każdym spotkanym człowiekiem, rośliną, rzeczą, snem. Najlepsze odpowiedzi to takie, które stawiają nowe pytania. Tym razem zadawane sobie. Każde pytanie ma dwa końce. I niezmierzony, niepojęty środek. Piasek Z ŻIH-u do redakcji „Nowych Książek” idę na piechotę, najpierw wzdłuż ogrodu Krasińskich, potem Parkiem Saskim. Słońce grzeje w głowę. Na ławce człowiek układa się do spania, ma na sobie brudne spodnie, nogi wyjął z klapek. Podkłada ręce pod zmierzwione włosy. Na suchej opalonej skórze rysuje się siatka brudnych zmarszczek. Myślę, jakie są w dotyku i czy piasek osypałby się z nich pod palcami. Drugi jest w swetrze i bardzo poplamionych dresach. Idzie powoli, w każdej ręce trzymając butelkę wina. Szur - szur. Gdy go mijam, czuję zapach moczu. Słońce Alejka jest piaskowa i mam w bucie kamyk. Przytrzymuję się ręką kory, zdejmuję sandał, wysypuję. Człowiek mija mnie. - Jak dobrze, że są drzewa - mówi. - Jest się o co oprzeć. ............. Te zjawiskowe kontenery przy bloku obok, z ich, tylko ich pismem obrazkowym, niedoczytanym kodem plam, niewysłuchanym krzykiem otarć, zadrapań i wgnieceń! I rdzą, która jest najpierw blizną, a potem staje się Całkiem Inną Historią. (Albo Trochę inną... Może jestem Nie wiem, dlaczego w popołudniowym upale droga była ustawiona bokiem - pionowo. A ja wchodziłam na nią, też bokiem - drep drep - stopa do stopy, aby bliżej do dziwnych wzorów wytłoczonych na środku w miękkim asfalcie. Moje ciało utrzymywało się poziomo w gorącym powietrzu, nie było lekkie, ale miało w sobie równoważnik, który określał, co może się jak trzymać i nie upadać. Żaden samochód nie nadjechał. - Nigdy tak nie rób! - krzyknęłam do dziecka, które przypatrywało mi się z chodnika. - Pamiętaj: nigdy, przenigdy! Przysiadłam, oparta o ścianę sklepu. Nogi nie chciały trafić w długie zimowe buty, wysuwały się z przekrzywionych cholewek. Walczyłam przez chwilę, by w końcu zrezygnować i wziąć je w jedną rękę, a pod ramię tobołek ubrań. Przecież mogę iść boso, przed siebie w tym cieple i w pustynnym słońcu, po kamykach i piachu. - Może jesteś kluczem - usłyszałam. Może jestem. Wiszę sobie na drzewie z kluczami wiadomości dobrego i złego. Pociągi W pociągu czytam. Albo patrzę. Lubię ten cichy, spokojny ruch w gładkim powietrzu. Ale ja tak mam nieraz, że swoje miejsce 26 noszę ze sobą. Ledwie wyczuwalny, niewidoczny bagaż, którego nie odkładam na półkę. Mieści się między mną a kartką książki, oparciem fotela, kroplami na szybie. Łagodnie zakrzywia trasy fotonów, które łaskoczą ludzi w nosy, a ja na uśmiech odpowiadam uśmiechem trickstera, który robi figle prawom fizyki. Wiatr słoneczny Słońce rozgrzewało przez szyby wnętrze autobusu. 26 Migotania 53 Fot. Robert Gauer Antropolog kultury Marc Auge wymyślił słowo „niemiejsca”. To mają być wszystkie te przejściowe przestrzenie: dworce, lotniska, autobusy, poczekalnie, pociągi, metro. Jesteśmy tam jakby wyjęci z życia, zawieszeni między skądś a dokądś. Nie mamy nic swojego, nie zapamiętujemy szczegółów ani mijanych ludzi. Pewnie coś w tym jest. przyp. 14.11.2016). Czasem myślę, że rdza jest szaleństwem - zgodą na to, że przestajemy się rozpoznawać w naszej pierwotnej połyskliwości. Pojemnik na odzież używaną przewrócił się. Mam do tego własną opowieść - historię intymnego coming outu porzuconych rzeczy. Wyjawienia wzoru, jaki odciskamy na przygniecionej trawie, oraz hodowanych skrycie obcych światów. Właściwie można by zobaczyć, jak się rozpadają od słońca. Zdarzyło wam się kiedyś podnieść ciężki kamień i zobaczyć, jak się rozbiegają? - to jest chyba mniej więcej tak. Równowaga Chciałabym być silna. Być może nawet jestem silna. Ale mam słabe miejsca. Przez nie czasami się rozpadam. Może to dla równowagi? Małe końce świata. Takie w zasięgu ramion. Żeby się dało na nowo mieszać popiół z wodą, palcem zakreślać tory dla planet. Las do znikania Z okien pociągu widzę las jednorodny. W takim lesie nie da się schować. Wąskie pnie drzew iglastych, blisko siebie, gołe do trzech czwartych, powodują przejrzystość. Na górze zielone przepycha się do słońca, dołem, daleko, szarobrązowe kreski. Na zdjęciach wychodzą poruszone i w dodatku pochylone. Jakbym nad tym pomyślała, wiedziałabym, dlaczego. Na skrajach brzozy, równie cienkie, stłoczone. Prześwitujące i blade. Gdzieś w dzieciństwie zbudowałam sobie archetyp lasu. Z grubymi pniami dębów, starych buków, przewróconych omszałych konarów, wykrotów, wąwozów i borsuczych nor. Z matecznikiem, do którego nigdy nie dotarłam. Z leśnymi jeziorami, strumieniami oraz strefą bagien. W tym lesie znikało się łatwo i nagle, po przekroczeniu linii drzew. Obok wsi moich rodziców. Myślałam, że zrobi się mniejszy, kiedy ja dorosnę, ale stało się odwrotnie. W zasadzie Niedzielne popołudnie, sklep osiedlowy, z głośników muzyka. - Chodź - mówi tatuś do okołotrzyletniej córeczki. - Kupimy jabłka. I jeszcze kupimy... PROZA Fot. Robert Gauer - A nie wolałbyś - odpowiada mała - potańczyć? Chwila ciszy. - Taaak. W zasadzie bym wolał. Orientacja w terenie Pewnego dnia spotkałam się z przyjaciółką.. Umówiłyśmy się, że dojadę do Miasta Pomiędzy, a Ona mnie stamtąd odbierze. Wysiadłam na Placu. - Co masz wokół siebie? - spytała przez telefon, próbując mnie odnaleźć. - Krokusy! Białe i fioletowe - uzupełniłam. - Kieruj się na krokusy! A nade mną jest chmura w kształcie smoka - dodałam w myślach. Dzienne okoliczności Skusił mnie nowy kontener, blisko ulicy. - Będzie pani robić remont? - pyta sąsiadka - Nie, tak po prostu go fotografuję - odpowiadam, obchodząc obiekt dookoła. Kontener bowiem ma cztery fascynujące strony oraz piękny środek. Środek może nawet bardziej, bo oprócz gruzu i worków mieszkańcom zdarza się wrzucić doń inne śmieci. Wtedy jest najciekawiej. Oraz jak pod taśmę klejąca podcieknie wodą, zwłaszcza ze szczątkami organicznymi. Wówczas zaczynają się Procesy, a Procesy to podstawa. One są zresztą wszędzie, ale przy wilgoci bardziej dynamiczne. Przy Drugim Śmietniku mijam się z Poszukiwaczem wymieniamy uprzejmości. Zdawkowo kiwam głową Okolicznym Kotom. W całości Kucam nad studzienką. Po dziecięcemu, ramiona niemal między kolanami, żeby stabilnie trzymać aparat. Duża czarno-beżowa żaba w czapce ze sztucznym futerkiem, w skupieniu z wysuniętym koniuszkiem języka. Deszczowa woda chlupoce głośno, bezwstydnym strumieniem, przed siebie, w dół, daleko, sama moc, instynkt płynnej materii. Zabiera ze sobą drobne formy - żywe, umarłe, rodzące się, dzielące, splecione. Film trwa jedną minutę i jedną sekundę, moja jedenastka, mój własny symbol nieskończenia, zaczynania na nowo. Dawania siebie w całości, wciąż i zawsze. Więc choć film trwa jedną minutę i jedną sekundę, siedzę w kucki dalej i słucham wody, aż czuję, że przemaka mi kurtka i mokrym plackiem przykleja się do pleców. Po ciemku Wstałam jeszcze po ciemku, ale jak wychodziłam z metra - świtało. Potem, w pociągu relacji Warszawa - Wiedeń, patrzyłam w okno. Słońce po prawej, a w szybie obok odbijały się metalowe elementy oparcia jak dwa złote talerze. Las migotał z bliska i z daleka. Domy, jak zabawki, błyskały oknami. Z tyłu szum biznesowych rozmów, sąsiad z boku obudził się, przegląda papiery. Wyszłabym, ale nie chcę przeszkadzać. Na miejscu jestem po dziesiątej rano, zasypiam, budzik w telefonie wyrywa mnie wprost na zajęcia. Potem znowu śpię. Uciekam w ciężkie sny o liceum - klasę ma odwiedzić ważna zagraniczna delegacja, a ja szukam czegoś przy ścianie i przewracam na siebie regał z książkami. Skądś panią znam - mówi ktoś. - Czy nie pracowaliśmy razem? Już wiem, że śnię, szarpię się raz, drugi, jakbym rozrywała błoniastą osłonę i już czuję policzkiem szorstką poduszkę, ciemność za oknem i poświatę iluminowanego kościoła świętej trójcy. Nigdzie nie zadzwonię, nie, wcale nie jestem w pustce. Jestem Ania. Skądś siebie znam. Naprzeciwko powietrza tak się zaplatam, dziergam, afirmuję i zlepiam. tak się już rozpoznaję i staję odważnie naprzeciwko powietrza. i wydaje mi się, że jestem prawie w całości, cząstki me nie odlatują poza zasięg wzroku, albo - dajmy na to słuchu, jeśli wybiegło im się na drugą stronę pagórka. taka ania jasna i prosta, ach, och. A wtedy - cyk - trąca mnie nierozpoznane palcem pod łopatkę, odwracam się z otwartą buzią, a potem milczy pustka, chwieję się. Nowe miejsca Wędrowna kobieta powróciła do miejsca stałego zamieszkania. Po czterech dniach i trzech miastach. Lubię wiatr we włosach, chrupiące bagietki na dworcu w Katowicach, różny w różnych miejscach głos ulic, chodników i placów. Lokalne niuanse w słowach i gestach oraz - wszędzie podobny zapach azjatyckich knajpek :) A teraz lubię - na chwilę - zwinąć się w kłębek na tej samej niepościelonej tratwie, z tym samym niewielkim psem przytulonym do łydki albo stóp, z tym samym ruchomym cieniem zaokiennego modrzewia. Który zawsze tak samo gładzi kontur postaci na zdobiącym ścianę obrazie zatytułowanym New Place. I wtedy, w ciszy, te nowe miejsca, które sobie przywiozłam, układają się w korytach starych rzek. jak najdłuższą drogą Chcę iść do celu jak najdłuższą drogą. To zdanie przyrosło dziś do mnie. Z powodu wiersza Teda Hughesa pod tytułem Drozdy, który jest taki: Czyż to prostota ich mózgów, wyćwiczone Ciało, geniusz, lub pełne gniazdo młodych Nadaje ich dniom tę celowość pocisku i automatu? Mózg Mozarta to miał i paszcza rekina. Który węszy zapach krwi nawet w ranie własnego Boku i pożera sam siebie: umiejętność Uderzająca zbyt sprawnie, by nadszarpnęła ją wątpliwość Lub obaliła przeszkoda. Myślę więc, stoję i patrzę. Czasem patrzę długo na coś, co powstało w krótkiej chwili i zaraz zniknie. I może nawet nie chcę jasnego celu. Chcę, by rozproszył się jak chmura wokół mnie. Jak drobne, drobne krople. 27 Płaszcz W miejsce czapki niewidki mam płaszcz samotnik. To może być moja wina. Nie w tym sensie, że coś robię źle, ale że nie umiem go zdjąć. Wokół cisza, słyszę ją, odzywa się w muzyce zza ściany, w milczącym telefonie, w echu od pustych ścian. Nie boję się już bólu, wysiłku, nawet samego strachu. Boję się, że kiedyś ktoś znajdzie pusty płaszcz, z ciszą od środka. ANNA MATYSIAK Gazeta Literacka 27 POEZJA Portret poety z czasów studenckich 1971-1976 Kazimierz Brakoniecki 1. 4. Kino Dobrych Filmów ,,Wiedza” w Pałacu Kultury i Nauki sam pałac jak niedźwiedź po posiłku na krze lodowej imperium światła się zapalają koniec seansu: ,,Siódma pieczęć” Bergmana Śmierć wygrywa w szachy z rycerzem: mat i taniec ofiar makabry wciśnięty w fotel myśli załzawione odkrywanie mistrzów ostateczności Wstaje brodacz kilka rzędów bliżej ekranu: ,,I co wzruszyłeś się poeto?” Przyjaciel z roku koneser łamigłówek sztuk wszelakich i orator celebrant cerebralny poetyki maski w którą głowę jak w pętlę wsadził Ja prostaczek serca bijącego na zewnątrz piąstką metrum biegaliśmy po stadionie poezji daleko od rekordów mistrzów ja w trampkach-wyznaniach on w kowbojkach-przekładach Zdarzało się nam pić słuchać razem płyt tańczyć dyskutować w kupionym przez tajemniczą matkę z Ameryki mieszkaniu na Sadybie śpiewaliśmy w aureolach z nikotyny ,,Domu nie mam i nie będę miaaał!” pożyczył mi rękawiczki kiedy jechałem żeby się utopić w Bałtyku może dlatego że wiedział że i tak za kilka dni suche je oddam To czego się obawiał szło do niego jak las Szekspira z mitycznego Podlasia żeby go nawrócić na składnię przodków ale wolał zgłębiać grymas na twarzy Narcyza-Erosa oraz psychoanalizę męskich fantazji Starzy mistrzowie jeszcze żyli: Różewicz Herbert Miłosz Lem Mrożek a ci co nie żyli Słowacki Witkacy Baczyński Wojaczek w nas żyli Polska czyli nigdzie? Polska czyli klęska? Wychodząc z polonistyki mijaliśmy tablicę pamiątkową z apelem nazwisk wojennych i zabitych poetów-studentów Przeskakiwałem hołdowniczym wierszem szachownicę ich grobów uprawiając romantyczną nekrofilię On szachował ego imperatywem zapożyczonym od obcego w sobie ,,Wzruszyłeś się poeto z bożej łaski?” – ,,A ty znalazłeś swoją gnozę?” Przyjechał na wydział sławny Barańczak Wyglądał jak lekarz wierszami opukiwał klatkę piersiową ojczyzny która jednym płucem wiersza oddychała a drugim chwytała ze spazmem zatrute powietrze wzniosłe aspiracje nad rakową przerzutnią języka nad płaską otchłanią W końcu rozstałem się z nekrofilią retoryki i grą planszową języka włamując się do świata konkretu i poniżanej metafizyki codzienności Peerelowskie kina które wyświetlały mroczne filmy i epokę oświecały ,,Odnalazłeś swoją prawdę poeto?” – ,,A ty tego kto jest w tobie?” W czytelni staromiejskiej spotykamy się w bocznej salce zdarzało się nam przysnąć wtedy głowa lub książka spadały Moje zbójeckie lektury: Miłosz Cendrars Rilke Ginsberg Wat antologia Od Baudelaire’a do nadrealistów Kafka Dostojewski ogromne sterty lektur do zaliczenia Zauważyłem że staję się w tym dobry w analizie tekstu literackiego gorzej – rzeczywistego Więc jest jak zawsze sztuczne światło ospałość i wielogodzinne ślęczenie ktoś wpada z krzykiem Nixon dojeżdża do zamku królewskiego w ruinie Wybiegam staję blisko bramy mrowie milicji ludzi pojazdów dlaczego znalazłem się w pierwszym szeregu to nie wiem Nixon wysiada z auta rozgląda się z uśmieszkiem przychylnym podchodzi ściska dłonie niedaleko prawie przy mnie milicjant mnie zasłania żywą metaforę walki z analfabetyzmem ludu Mogę Stanom Zjednoczonym rzucić się na szyję poprosić o rifle o azyl mam szansę przejść do historii ale to nie będzie moja historia wchodzi na dziedziniec zamku przeznaczonego do odbudowy Odbudowy czego? Proletariackiego Pałacu? Królestwa Socjalizmu? Dziesięć minut później uczę się na pamięć sarmackich tańców śmierci 5. Nauczyciel poezji polonistyczny szaman Jan Witan podnosił kredę wypadłą rozkazująco z ręki profesora Jakubowskiego „Widzisz jaki gorliwy wobec tego strażnika komunistycznego sacrum” szeptał przyjaciel który zaprosił mnie na pokaz marksistowskiej dykcji To nie miało znaczenia Witan był moim poetyckim uzdrowicielem przecież już na poezję chorowałem i jedynym lekarstwem były wiersze czytane i pisane lepsze i gorsze z którymi się utożsamiałem transfuzją krwi o której przyjaciel mówił że to tylko biegunka Witan zachorował zwariował na lata ja uznałem się szamanem po powrocie do Olsztyna przebiegając lasy i pola porami skóry i roku Po latach wrócił do pisania o poezji ale śmierć wskoczyła mu do głowy przez ucho igielne rzeczywistości przynajmniej tak to sobie wyobrażam Janie Witanie przykryty wierszami ziemi w których pulsuje źródło nieobjętej przestrzeni 6. 2. Tukwa otwiera lodówkę Pusto Kuchnia też pusta Za oknem jeszcze większa pustka ochlapywana z każdej strony deszczem Listopad Najokrutniejszy miesiąc w Polsce cierpnie skóra na nagich drzewach zakręcana wiatrem na podwórku na Ochocie wrona Siadamy na podłodze mamy dwa bełty po nich wyruszamy w miasto Na skwerze obsikuję pomnik Marii Konopnickiej żeby nie pluła nam w twarz w sklepiku kupujemy jeszcze dwa wina patykiem po niebie pisane w tramwaju pijemy z gwinta Patrzą się znękani chronologią ludzie w kawiarence kończymy i czekamy na jej lotnych przyjaciół Nie biorę w tym udziału bo chodzi o cięższe sprawy wychodzą do bramy odurzeni wracają kiedy wpada milicja a my przy drzwiach zaraz nas nie ma ktoś nas goni ale traci z oczu jest ciemno w dół od Trzech Krzyży ulica docieramy pełno ludzi alkoholu krzyków dymu muzyki śmiejemy się z siebie i byle czego nie ma jedzenia Nic jest poezją Wracamy o północy na Ochotę w mieszkaniu zgraja długowłosych ze Szczecina kompletnie najaranych ja kiwam się pod ścianą budzę na głos Tukwy ,,Zostawcie go jemu tego nie trzeba i tak jest poetą” Nad ranem przeskakuję unieruchomione twarze o ustach i oczach innych i wyruszam powolutku pieszo na Pragę do akademika na Kickiego na Wiatracznej widzę chłopaka rozebranego do połowy i ćwiczącego wolne powietrze hantlami ja skręcam do parku i kładę się na ławce aby obudzić się w zepsutym zegarku dnia Listopad przeklęty polski miesiąc powstańców więc i ja mówię do siebie Powstań Tej zimy kiedy w piątki wracałem z czytelni ze starówki czekał z winem gelalą i zapaloną świecą w akademiku Waldek Mieszkaliśmy we trójkę ale te trzeci spacz robił karierę bo znalazł posażną dziewczynę w stolicy więc mieliśmy cały pokój z pluskwami dla siebie Na pierwszym roku mieszkałem tutaj z jego kolegą pracował już w muzeum ministrant piękna w białym szalu i ciemnym garniturze rano pił herbatę z porcelany wypalał jednego papierosa kultywował swoje czynności-paznokcie coraz cieńszy płaszcz starał się wykwintnie przeistoczyć w ornament na brudnej ścianie Zawdzięczam mu historię sztuki rozmowy o przedmiotach które muszą mówić gładką powierzchnią o twardej istocie rzeczy Teraz odurzeni poetyckim zapałem ryczymy za Tzarą i Tyczyną Spalcie biblioteki prawdziwe książki się nie palą! 28 Migotania 53 Fot. Robert Gauer 3. Ogłuszony zimnym rytmem nocnego pociągu do Lublina W drzwiach przedziału staje wędrowny muzykant w wojskowym uniformie inwalida wojenny lub życiowy Skaczę ze snu jak koła po torach: ,,Dziś do ciebie przyjść nie mogę” otwieram oczy i znów wpadam w senną trzęsiączkę W Lublinie na pekaes do Zamościa zimno pusto o poranku polska perła renesansu w przebraniu socjalistycznym Okutane baby stęchłe furmanki męskie ruiny w wąsatych rusztowaniach stare miasto upiorne kostiumy dekoracje do filmu o wampirach ratusz z wieżą jak pod śniegiem posągowy Jan Kochanowski podcienia sklepiki łuski tynku konary gzymsów i uliczek Jest moja kamienica i sień schody piętro niepewność mną błądzi W drzwiach z szeroko otwartymi oczami dnia moja miłość za nią młodszy brat poranek nie ma rodziców wchodzę Nie dotykamy się widzimy się po raz drugi Czy list doszedł? wysokie ściany grube mury cienkie meble w28 kuchni siorbiemy herbatę zimną jak słowa z którymi się zaskoczeni szamoczemy W pokoju braciszek siada na stołku bierze wiolonczelę zagra tylko dla mnie ja chciałbym grać palcami na jej dłoni muzyka ociepla chłopca głowa jest jak kula ognista instrumentu Muszę iść do toalety nie ma jej w mieszkaniu robi się dziwnie zbiegam głośnymi schodami na zimowe podwórze rozglądam się: stoją w szeregu ubikacje jak na wsi drewniane wchodzę w tę kloakę próbuję się nie ubrudzić niby nic takiego Powrót drzwi otwarte Miłość w oczach wstydzi się bezradnie Ja ręce trzymam z tyłu Wreszcie się całujemy: czyste entelechie Fot. Robert Gauer 7. Teraz zastanawiam się czemu to zrobiliśmy Chciałem mieć czaszkę Na stole do nauki w akademiku Czekał mnie los poety przeklętego więc byłoby miło zapoznawać się co rano i co wieczór po powrocie z wykładów o poezji nieczystej i czystej z wypolerowaną czaszką sacrum Memento mori Memento finis Popielniczka Trofeum Może kula pod kieliszek i świecę A może niecodzienny budzik Fiku-miku kościany trupiku Miałem żyć 25 lat Kilku mnie ubiegło Więc kiedy nasza trójka spotkała się na wsi u dziadków nakłoniłem ich do spaceru na opuszczony od stulecia cmentarz choleryczny na drodze do Dzierzbi Zaklęty polnymi głazami Minęliśmy młyn zwalony od wojny w którym straszyło bo chłopi zamordowali w nim żydowską rodzinę Wrzucili do kanału może przy tej strudze, która kręci się po pastwisku Z ich karłowatego sadu wyjadałem wiśnie jakoś straszne Brat się wzdrygał młodzik ale poszedł siostra była chętna Niosłem szpadel i worek na kartofle ciała opływał poranny skwar Kępa sosen ogrodzenie z głazów trudny dostęp skok do środka Dużo zielska krzewów jakieś poruszenie w listowiu ptaków Słońce przedzierające się pasmami przez korony sosen Krzyż osobny Trudno znaleźć odpowiednie miejsce do kopania żadnych mogił Miałem szczęście Trafiłem od razu cudowny piaszczysty piasek Potem zarysy kości cały szkielet żółtawo-brązowy Zachowany Spociłem się Ale nie musiałem za głęboko kopać Miałem czaszkę a nawet szkielet Brat się łamał siostra odwróciła Bierzesz wszystko czy tylko czaszkę? Zapakowałem cały szkielet Pochwalę się w stolicy poetom samobójom Niech zazdroszczą Baczyński swoje kości porównał do ojczystego sztandaru jeżeli ktoś je odkryje po bohaterskiej śmierci A te to czyje? Grzebalnia dżumy z końca XIX wieku Więc niebezpieczne kości? A takie ładne i czyste czym się przejmować Wysuwamy głowy nikt nie idzie wiejską drogą Znikamy Niosę szkielet nieznanego dawcy przyszłej poetyckiej chwały na plecach Nie rozmawiamy Cały dzień minął na bezbarwnym milczeniu Poszedłem na łąki i strugę Rano brat sięgnął po worek spod łóżka i zniknął Nie mógł spać spokojnie ja nic nie pamiętałem ze snu Ale się pogodziłem że zakopano moje trofeum z powrotem Nigdy o tym nie rozmawialiśmy Wiersz po latach napisałem ekspiacyjny w hołdzie tam pogrzebanym ale prawda była inna Świętokradczym grabarzem słów zostałem Truposzem wzruszenia chodzącym z czaszką w żywej głowie Właściwie nie wiem o co nam chodziło 10. Na liniach papilarnych pozostawionych w czytanych książkach w bibliotece uniwersyteckiej narodowej staromiejskiej iblowskiej wyrosły niezapominajki których korzenie przekazują sobie moją krew pamięć euforię przez linijki książek wersy horyzontów linie drogowskazów Otwórzcie ,,Trzy zimy” ,,Elegie duinejskie”,,Ciemne świecidło” ,,Obroty rzeczy” ,,Portret artysty z czasów młodości” ,,Kadysz” ,,Grę w klasy” ,,Biesy” a chwyci was moja patrząca przez palce przez linie papilarne życia ręka może jeszcze żywa może już martwa żeby was wciągnąć w bezmiar Spod Pałacu Kultury i Nauki wybiega linia zamordowanego getta biegnie niewidzialnie przez widzialne miasto które nie jest tym samym miastem Pod chodnikami i ulicami miasta biegną linie kanałów którymi w grozie uciekano biegną linie cmentarzy zasypanych pogrzebanych ciał dzieci kobiet starców Ze środka miasta biegnie linia kolejowa którą wywożono na mękę i zagładę chodziłem tymi ulicami ludzi zabitych i nie chciałem ich losu powtórzyć studiowałem w tym mieście literaturę piękną a uczyło mnie okrucieństwo historii ,,Jak wy możecie żyć na takim cmentarzu”? – pytał się mnie filozof- nomada Linie papilarne na murach ścianach podłogach latarniach rzeczach książkach krwinki brudu głodu ognia ucieczek powrotów gruzów utopii i ideałów niezapominajki których języka uczyłem się stąpając po głowach i duszach umarłych potomek wojennych sam powojenny rodzący pokolenie przedwojenne jeżeli tak ma się toczyć cyklicznie natura i historia to ja jestem przeciw Opuściłem to miasto w którym moja matka przed wojną mieszkała bomba niemiecka 1 września 1939 roku dom zwaliła do podziemi Opuściłem to miasto niepokonane bo nie chciałem ponawiać historii chciałem tożsamość oprzeć na micie bardziej osobistym i własnym w którym moje palce moje ręce nikt nie chwyci w strasznym żalu 8. Cały świat oplatają coraz słabsze linie papilarne 29 Fot. Robert Gauer Zakopane Gładkie na stoku do Gubałówki Chałupa dziewiętnastowieczna z dobudówką przed nią jesion w postawie na baczność widać całe Tatry po których czołgam się schodzę na czworakach obiegam wzrokiem niebo w końcu staję na nogi na mięśnie ziemi na kamienny widnokrąg widnoksiąg widnokres Tak to tutaj zacząłem odmawiać wiersze odnawiać życie zamieszkiwać w magicznej górze przestrzennego świata zacząłem jeść gimnastykować nerwy wysłuchiwać fizyczną nadzieję która skakała po skałach jak skoczna transcendencja upojnej mocy Listy św. Pawła Ewangelie Upaniszady Anioł Ślązak Camus Weil zaczynałem swoją prywatną lekcję mistycyzmu poza ortodoksją wyznania i wtedy pojawiłeś się ty proroku tatrzański Stanisławie Gąsienico- Byrcynie podarowałeś to schronienie Stanęliśmy objęci w izbie srogo i przyjaźnie wzniosłeś słowo gwarowo- uniwersalne że będzie skoro wieszczył Słowacki polski papież Polska odrodzi się jak leluje i szarotki potem w górach ocalenie Papieros w fifce po powrocie z niebios skał wieczorem fizyczne deklinacje kopanie ubikacji aby nie załatwiać się dalej na partyjnych gazetach dumanie przy lodowym oknie okutany we wszystko co można znaleźć papier pakowy dziurawy koc popalony sweter żeby wybiło ciepło z organizmu pustki z mechanizmu zgody na to co jest minimalne i zaszyfrowane Niewiele trzeba było aby się odnalazło wszystko ja odnalazłem i zdrapałem z tapety dnia nożem milczenia siebie jako kroplę krwi która rozlała się po twarzy twojej kiedy się całowaliśmy srogo i przyjaźnie Baco poezji tatrzańskiej miałeś wtedy tyle lat co ja teraz pisząc to Tak przyjdzie twój Bóg-Papież-Poeta i rozpozna w tobie syna lelui i szarotki O tak! Objęci kiwaliśmy się jak dwa pnie jesionu wyrosłe z jednych trzewi dwa śniaty-odziomki świata podlewane herbatką ze spirytusu hyrnego: ,,Syćko mineno mijajom się casy i my się miniemy” POEZJA 9. W pustym niezwyczajnie tramwaju który rzuca i zgrzyta na rondzie Wiatraczna i rusza przez Wisłę nagle powstrzymany przez tłum ludzi z flagami i transparentami spieszący bezładnie w kierunku Stadionu Dziesięciolecia stoję na końcu drugiego wagonu i myślę o dacie obrony pracy magisterskiej za tydzień Jeżeli dojdzie do strajków na większą skalę to może wyrzucą studentów z akademików i nie zdążę obronić dyplomu o poezji Czesława Miłosza emigracyjnego, antykomunistycznego poety Więc łaskawiej patrzę na tłum maszerujący na stadion aby manifestować patriotyczny gniew i oburzenie w cuglach komunistycznej władzy, której się udało z konsumpcji socjalistycznej uczynić opium dla ludu Lud uwierzył władzy, że będzie miał co jeść i pić a tu nagle zabrakło strawy i bat uderzył Sumienie jednak mi mówiło, że zdradzam sprawę pobitych robotników w Radomiu, którzy mają rację Cóż tam mój termin i tytuł, kiedy krew polska się leje i tak pojechałem w wagonie tramwaju sam dalej przez Wisłę, przez Polskę i stałem się Polakiem kalkulującym jak zachować twarz i nie dostać w twarz Egzaminu nie odwołano, zdałem celująco z poezji wyklętego przez polskie państwo emigracyjnego poety robotników spacyfikowano wprowadzono talony na cukier a potem na mięso buty alkohol papierosy, wolne słowo państwo samo dzieliło się na zakazane talony na prawdę Polak został papieżem Miłosz dostał nagrodę Nobla robotnicy przestali być tłumem założyli Solidarność ale o tym jeszcze nie wiedziałem patrzyłem na idące mrowie z flagami ku czci narodowo-komunistycznej partii i jedynie się bałem, czy przed wyjazdem z Warszawy zdążę zdać ten egzamin z poezji wroga Polski Ludowej Gazeta Literacka 29 Z cyklu: Dziennik włoski. Sycylia (25) 3 maja 2002, port w Palermo dobrze, ale gdzie święta Zyta? W przewodniku piszą: Oratorio otwarte rano. Ale byłem tu rano i nic nie było otwarte, poza kościołem. Różne budowle przylegają tu do siebie i być może tę masę murów, wnętrz i przybudówek łączy wewnętrzny korytarz, z wejściem od strony kościoła - ale on był dostępny wczoraj, podczas jedynej mszy rano. Teraz jest popołudnie, bo tak nam poradziła panienka w kiosku Centro Turistico, przy Capella Palatina. Silvio zły, ledwo idzie, wlokąc swą skaleczoną stopę w mej skarpecie, wolałby zamiast tego Palazzo Abatellis albo rybęmiecz w jakiejś trattorii. Rozpoczyna kolejny wykład estetyczno-polityczny: - Po co ci jakieś stiuki barokowe?! To jest gust drobnomieszczański, to dobre w operze. Świątynia musi być gotycka, no, romańska, kropka. Więc ja mu wykładam na temat Włochów: jak to pysznią się „swoją” Europą, tym nagłym dobrobytem, a mamią, kręcą, nawet godzin otwarcia nie potrafią napisać jak należy… i do tego wiecznie trąbią tymi swoimi potwornymi motocyklami… już bliżej do Europy Polakom… Błąkamy się, błąkamy, aż zatrzymaliśmy się naprzeciw jednej z przybudówek, wyglądającej jak drewutnia. „Si, si” wołają za naszymi plecami dwie kudłate kobiety w parterowym oknie. „To jest wejście. Ale otwarte tylko rano”. - My tu już byliśmy rano! - den serwuje się Silvio. - Czy to jest zawsze zamknięte?! Baby rozkładają ręce. A tu nagle pojawia się wycieczka francuska. Zmartwieni - Ooo, zamknięte. A tak chcieli zobaczyć tego Scarpettę. Pardon, Sarpettę. - Serpotta, Giacomo Serpotta - warczy Silvio. Baby znów wytykają głowy: - Si, si, to jest wejście… instruują kolejnych chętnych. Zwracają się do Silvia: - Trzeba pójść do sióstr u św. Mamiliana, one mają klucz. Ach, to te siostry, widziane przeze mnie w czasie mszy? Więc to one są sprawczyniami całego naszego łażenia od paru dni, do Oratorium i z powrotem? Wzmocnieni gniewem, pukamy, dzwonimy, aż w szparze drzwi zabłysły okulary. Ale nisko, jakby kot przeleciał. Znikły. „Chyba się naradzają”, paple do swej towarzyszki Francuzik w apaszce. Okulary znów się pojawiają i szpara się poszerza, aż ukazuje się maleńka stara zakonnica w czarnym welonie i zrudziałym habicie. Przypomina zeschły rodzyneczek, trzeba by do niej mówić z lupą przy oku. Coś trajkocze po włosku wymachując rękawami habitu, z których wystają maleńkie suche łapki, jakby nas odpędzała. Już dość ma tych przychodzących po godzinach! Rytmiczne canto za jej plecami świadczy, że siostry albo odmawiają różaniec, albo zaczęły Anioł Pański. I już drzwi mają się zatrzasnąć, gdy podbiegł francuski przewodnik, ściskając teczkę pod pachą. Po włosku I znów, wieczorem, prom „Rubattino” wiezie nas po dwóch tygodniach, tym razem w odwrotnym kierunku, do Neapolu. Różnica również ta, że mamy teraz miejsca siedzące, wprawdzie z podrywanymi numerami, więc nie wiadomo, czy nas ktoś stąd nie wyrzuci. Ostatnie chwile w Palermo upłynęły na: 1. zwiedzaniu Capella Palatina. I znów: złoto, złoto, złoto. Trudno o inny komentarz. Po Cafalú, po Monreale, czuję się sfatygowany kolejnym potężnym transportem złota króla Rogera. Już nie przewalę łopatą tej dostawy. Nieludzki przepych, maestria i ta przekraczająca możliwości zmysłów ludzkich cyzelatura, które wymykają się opisowi. Kto próbuje to opisać - ten kłamie. Bo to nie są dzieła sztuki, to jest modlitwa: śpiew chóralny, wieczny, z obliczami unieruchomionymi w wiekuistym, niezmiennym uwielbieniu Pana, czyniącym je prawie identycznymi w Jego oczach, modlitwa; którą można jedynie odmawiać wspólnie z tymi, którzy to stworzyli - albo milczeć. Przypomina mi się anegdota, a może to czytałem w jakiejś powieści historycznej? o księżnej Oldze, żonie Igora Rurykowicza, która w czasach naszego Mieszka I przebywając w Konstantynopolu i oglądając w ekstazie tamtejsze mozaiki, wyznała, że „czuła się jak w niebie”. I zaraz przyjęła chrzest, kładąc fundament pod tysiącletnie dzieje chrześcijaństwa w Rusi. Oto siła obrazu. Jeszcze inny szczegół błąkał mi się po głowie - jakbym w anegdotkach, w drobiażdżkach, szukał ucieczki przed tym dzikim złotym huraganem, przewalającym mi się nad głową, pod sklepieniami tutejszych kaplic. Zadawałem sobie pytanie, jak to możliwe, aby Iwaszkiewicz właśnie tu, w Capella Palatina, o ile mnie pamięć nie myli, w tym tłumie twarzy patrzących zewsząd, z każdego metra kwadratowego tych mozaik, nadludzką ręką robionych, mógł nagle rozpoznać rysy znajomej pani z towarzystwa, z przedwojennej Warszawy? Pewnie trzeba to włożyć między bajdy literackie, tę salonową paplaninę wielkiego Jarosia. Polska kresowa wiejska mania: wszędzie wypatrywać pociotków, znajomków, kuzynów. Wykorzystał to, że gdy plótł te powiastki w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, nikt w Polsce nie był w stanie wsiąść do samolotu i samemu sprawdzić, ile w tym prawdy. 2. Kolejne nasze zajęcie: poszukiwanie w gęstwinie uliczek najstarszej części Palermo, Oratorio di S.Cita czyli Oratorium Różańcowego św. Zyty, patronki służących. Bardzo lubię tę szarą myszkę, cichutką dobrą świętą; zmarła opasana sznurem pokutnym, który wrósł w jej ciało. Zdjęcie Oratorium, umieszczone w Pascalu, pokazuje wspaniałe białe wnętrze, wypełnione sztukaterią barokowego artysty sycylijskiego Giacoma Serpotty. Przywodzi na myśl podobną sztukaterię, zdobiącą wnętrze kościoła św. Piotra i Pawła w Wilnie, na Antokolu. Chciałbym je ze sobą porównać. Ale wbrew adresowi zamieszczonemu w przewodniku, przy via Valverde 3 żadnego Oratorium nie ma. Jest tylko otoczony wiekowymi przybudówkami kościół św. Mamiliana, eremity z Toskanii - który zresztą miałem okazję odwiedzić wczoraj, gdy uczestniczyłem tu w porannej mszy, odbywającej się w przecudownej bocznej kaplicy, na prawo od głównego ołtarza. Te kaplicę, podobną do roziskrzonego diamencikami gniazda górskich kryształów, wyłupanego w ciemnej skale, wypełniało od posadzki po sklepienie30 migoczące tysiącami barw i odcieni lśnienie mozaik, wycyzelowanych przez Gaginiego w marmurze, jaspisie, granicie, koralu, emalii i ozdobionych dziesiątkami girland, putt, wolut, gzymsów, półkolumn. A w ołtarzu, pośrodku tego zgiełku, tego mozaikowego snu, króluje wspaniała barokowa Matka Boska Różańcowa. Msza była tylko dla mnie i trzech maleńkich starych zakonniczek, usadowionych na przedzie sąsiedniego rzędu ławek. Gdy przyjmowałem komunię, jak zawsze na klęcząco, zrównałem się wzrostem z idącą gęsiego za mną gromadką świętych niewiast. No 30 Migotania 53 Fot. Robert Gauer DZIENNIKI, PODRÓŻE Grzegorz Musiał zagadał do siostry, zatrzymując ją w progu. Na widok teczki, skurczona twarz krasnala złagodniała. Po następnym zdaniu kiwnęła główką, drzwi uchyliły się szerzej i suche łapki zaprosiły nas do środka. Na jej wołanie, w głębi korytarza znów błysnęły okulary i ukazała się kolejna zakonnica, równie mała, choć już nie taka stara i z pękiem kluczy. - Quelle abondance des sœurs petites… - wzdycha Francuzik w apaszce. Niby Krasnolud z Władcy Pierścienia, siostra prowadzi nas przez czeluście Morii, w kierunku światła jaśniejącego na końcu korytarza. Kiedy zgrzytnęła kluczem i otwarły się drzwi… o, święta Zyto! Dzięki ci za nagrodę, która czekała na końcu naszej drogi przez mękę! Oratorium jest niezbyt duże, podłużne, po sufit zapchane figurami dam, chłopów, rycerzy, scenami z życia Marii i Chrystusa, a wszystko w białym stiuku. Damy, zapewne święte, siedzą szeregiem, w wymyślnych barokowych fryzurach i zdobieniach, przeplatane tłustymi aniołkami, wygodnie, na parapetach okien; patrząc na nie z ukosa, widzi się suitę ich ramion, szyj i profilów w najróżniejszych układach, zaiste, jak w operze. Wszystko to w bieli, tu i tam błyszczy inkrustacja ze złoconego metalu, jakaś klamra, proporczyk, tarcza rycerza, krzyż Chrystusa albo ptaszek, który zadumany przysiadł na belce odrzwi, w scenie upadku pod krzyżem. Umieszczone w kartuszu nad skromnymi paropiszczałkowymi organami, panneau bitwy pod Lepanto: nabrzeże portowe i zgromadzenie okrętów gotowych chyba do abordażu. Całe w bieli stiuku, tylko targane wiatrem proporce rufowe i proporczyki na masztach są ze złoconego metalu… Jakie to urocze, delikatne i wyrafinowane! Kaplice zalewa światło popołudnia, które pada od dwuszeregu okien. Jest zielonkawe, miękkie, przesiane - jak się za chwilę okaże - przez liście pierzastych palm, fikusów i pokrytego różowym kwieciem tamaryszku, rosnących pod renesansowym krużgankiem wirydaża. Wychodzę stamtąd, jakbym opuszczał wnętrze tortu, pełne kremu i bitej śmietany. Kościół św. Piotra i Pawła na Antokolu nie musi mieć kompleksów: jest równie piękny, a nawet piękniejszy, przez swą przestrzeń i rozmach. Tamta nieziemska postać Chrystusa Zmartwychwstałego, wzlatująca w niebo, na samych czubeczkach palców stóp, z krawędzi lewego gzymsu nad ołtarzem, zostaje w pamięci na zawsze. Tu, po dłuższym czasie czułem się jak na herbatce u cioci: miło, ale już chce się wychodzić. GRZEGORZ MUSIAŁ W szystko zaczęło sie jeszcze w autobusie. W czasie krótkiej podróży z lotniska do hotelu, starsza para Amerykanów, on w nieodstępnej czapeczce do baseballa, ona z włosami koloru jasno fioletowego, zdążyła się zaprzyjaźnić ze wszystkimi. Zanim dojechaliśmy do hotelu, Fioletowa Fryzura znała już imiona i sytuacje rodzinną wszystkich pasażerów. Tego samego wieczoru po kolacji, podeszła do mnie i po standardowym Jak się masz?, Jaki piękny wieczór i Jak ci się tu podoba, Czy tu nie wspaniale?! Nie czekając na odpowiedź zaproponowała obejrzenie ceremonii vodoo. Koszt taksówki podzieli się na cztery osoby, po seansie każdy z nas powinien zostawić czarownikowi małą „ofiarę” - wszystko nie powinno przekroczyć kosztu kilku drinków w barze hotelowym. Zgodziłem się chętnie, ponieważ w tropikach po zachodzie słońca, a wiec po godzinie 18.30, można umrzeć z nudów, chyba, że ktoś uważa siedzenie w barze i palenie papierosów za rozrywkę. Przed hotelem stał zdezelowany, sędziwy chevrolet. Taksówkarz pełnił również rolę przewodnika i tłumacza. Mąż naszej „organizatorki” siadł obok kierowcy. Nie protestowałem, bo już w autobusie dowie-działem się (oczywiście od niej, nie od niego), że miał potrójny bypass, cukrzycę i jeszcze kilka innych dolegliwości, które powinny go już dawno wysłać na piwo do Abrahama. Było gorąco i duszno. Siadłem na tylnym siedzeniu, z kolanami pod broda, ściśnięty miedzy naszą przyjaciółką, a jakąś szczupłą, milczącą dziewczyną, której nie dałbym więcej niż osiemnaście lat. Miała cienką i kusą bawełnianą sukienkę, gorące uda (przynajmniej to po mojej stronie) i pachniała olejkiem do opalania. Jechaliśmy długo w egipskich ciemnościach jakimiś wertepami i bezdrożami. Gdy już zupełnie straciłem orientację i poczucie kierunku, taksówka stanęła przed niewielką, rozlatującą się ruderą, zbudowaną z gliny, falistej blachy i patyków. Po omacku weszliśmy do środka. Jedynym oświetleniem wnętrza były dwie świeczki palące się po bokach czegoś w rodzaju ołtarza-ławy o wysokości jakichś 30 centymetrów. Nad „ołtarzem”, na ścianie wisiało mnóstwo suchego zielska i jakieś brudne, spłowiałe i poplamione oleodruki. Kilka kulawych stołków i dwie ławy z surowego drzewa stały na glinianym klepisku. Czarownik, wielki drab o siwiejących włosach, ubrany w szczątkowe szorty i brudną trykotową koszulkę, przyniósł pod pachą gdaczącą w niebogłosy kurę, którą na naszych oczach zarżnął, a krwią nieszczęsnego ptaka pokropił ołtarz i obrazy. Zwróciwszy się do kongregacji - czyli do naszej czwórki - zapytał przez tłumacza, czy ma komuś „zrobić czary”. Amerykanie byli jeszcze zszokowani krwawym widowiskiem, ja siedziałem cicho ale młoda dziewczyna bez słowa podniosła się ze stołka i położyła na ołtarzu banknot. W ciemności trudno było zobaczyć, ile wynosiła „ofiara”, ale po reakcji czarownika można było domyślić się, że suma, przynajmniej na miejscowe warunki, musiała być spora. Czarownik wygłosił dłuższe przemówienie, które w tłumaczeniu taksówkarza brzmiało nader lapidarnie: Ty szukasz ciebie? „Tak” - brzmiała odpowiedź. Znów nastąpiła dłuższa wymiana słów między czarownikiem, a taksówkarzem. Najwyraźniej to, co czarownik chciał powiedzieć nieznajomej, przekraczało zasób słów naszego tłumacza. Wreszcie taksówkarz zaczął tłumaczyć: - Chcesz pójść do siebie? „Tak” - Weź to! On do ciebie przyjdzie jutro. Po tych słowach Czarownik wziął małą lalkę-szmaciankę. okopcił ją w dymie spalonego nad świeczką, zakrwawionego zielska i wręczył nieznajomej. Ja nic z tego nie rozumiałem, ale ona, bez słowa, schowała lalkę do torebki i wróciła na swój stołek. Potem wszyscy pozostali złożyli ofiary, a Czarownik, ignorując mężczyzn, długo i zawile przepowiadał przyszłość i „robił czary” Fioletowej Fryzurze. Do hotelu wróciliśmy dobrze po północy. Następnego dnia zaraz po śniadaniu poszedłem obejrzeć plaże i wybrałem sobie strategiczne miejsce w cieniu pod palmą. Zupełnie zapomniałem o wczorajszej nocnej eskapadzie. Z zamyślenia czy też z półdrzemki wyrwał mnie szum kroków i ciągniętego po piasku leżaka. Bez odwracania głowy, mogłem ogarnąć wzrokiem prawie całą plażę. Otworzyłem leniwie jedno oko. Od strony hotelu zbliżała się do brzegu osoba, w której rozpoznałem uczestniczkę wczorajszej ceremonii. Mimo że w promieniu więcej niż stu metrów plaża była zupełnie pusta, znajoma Magiczna lalka zdecydowała rozłożyć swój obóz pod najbliższą palmą. Miała na sobie, o szereg numerów za dużą, trykotową koszulę-suknię, sięgającą jej do połowy ud. Uporawszy się z leżakiem, energicznym ruchem ściągnęła ją przez głowę, co pozwoliło mi zauważyć, że pod nią miała tylko dolną część bikini. Ponadto stwierdziłem, że to, co odsłoniła, w pełni zasługiwało na pokazanie całemu światu z dumą i bez cienia zażenowania. Niewątpliwie musiała w takim właśnie stroju przebywać na plaży dosyć często, bowiem wszystko, co pokazała, od czubka nosa, do podbicia stóp, było jednolicie opalone na jasno-orzechowy kolor. Zauważywszy mnie, pokiwała mi przyjaźnie dłonią. Odłożyła koszulę, zanurkowała w przepastnej torbie plażowej, wyciągnęła z niej lalkę, trofeum wczorajszej wyprawy, którą ułożyła pieczołowicie na leżaku, a następnie plastikową butelkę, której zawartością zaczęła się dokładnie smarować. Znamy to - pomyślałem. Jak tylko skończy się smarować, pójdzie do wody, zmyje olejek i zacznie rytuał smarowania od początku. Zanim jednak doszła do połowy, na plaży zjawiła się nowa postać. Był to jegomość nie tyle wyglądający dziwacznie, ile zupełnie nie pasujący do otoczenia i epoki. Miał wąsik Rudolfa Valentino, płaski słomkowy kapelusz Harolda Lloyda, i w ogóle wyglądał, jakby przed chwila zszedł z planu filmu Śmierć w Wenecji. Wymachiwał hebanowa laską ze srebrną gałką, w drugiej ręce trzymał ciężką srebrną papierośnicę, z której co chwila nerwowo wyjmował nowego papierosa, wyrzucając starego, do połowy tylko wypalonego, na piasek. Już z daleka krzyczał - Nareszcie cię znalazłem, musisz koniecznie zostać moją bohaterką! Dziewczyna nie była zachwycona: - Jaką „bohaterką”, chciałeś powiedzieć „niewolnicą”. Twoją i tych twoich bohaterów. Tego twojego zarozumiałego Maria, czy Dicka Johnsona, a już na pewno nie zamierzam się przebijać sztyletem dla tego dumnego dzikusa Calafa! - Nie musisz byċ Liu, jeżeli nie chcesz. Możesz być Turandot! Ale decyduj się szybko, bo tu strasznie gorąco, a w dodatku kończą mi się papierosy! - Jak w ogóle możesz sobie wyobrazić mnie w roli tej nieruchawej bryły lodu! Wynoś się stąd, ale to natychmiast! To mówiąc, porwała z leżaka szmaciankę i z całej siły cisnęła nią w przybysza. Odruchowo zamknąłem oczy, oślepiony olśniewającym błyskiem. Odniosłem wrażenie, że ktoś zrobił zdjęcie przy lampie błyskowej, ale lampie wielokrotnie przewyższającej nasilenie światła na zalanej słońcem plaży. Przed oczyma zawirowały mi czarne plamy. Gdy udało mi się otworzyć oczy, przybysza nie było nigdzie widać. Na piasku leżała tylko kupka niedopałków. Dziewczyna siedziała na leżaku i ukrywszy twarz w dłoniach, zaniosła się histerycznym płaczem. Podszedłem i usiadłem obok niej. Przytulając się do mnie, ukryła mi glowę na piersiach i dalej płakała. Siedziałem na leżaku, nie bardzo wiedząc, co robić. Po chwili zauważyłem, że wzdłuż plaży zbliża się miejscowy sprzedawca „pamiątek”. Na ramieniu miał olbrzymią torbę, a na głowie kilka kapeluszy uplecionych z zielonych liści palmowych, włożonych jeden w drugi. Gdy podszedł bliżej, ze zdziwieniem poznałem w nim „kapłana” wczorajszej ceremonii. On też nas poznał i podchodząc gestykulował i perorował coś zawzięcie. Podniósł z piasku szmaciankę, wręczył ją dziewczynie i wskazywał palcem to na nią, to na lalkę. Potem, grzebiąc w torbie, wyciągnął z niej koszulkę z wymalowaną na przedzie wielką papugą na tle olbrzymiej palmy. Doznałem nagle olśnienia. Kazałem dziewczynie włożyć koszulkę z papugą, na głowę włożyłem jej jeden z palmowych kapeluszy czarownika i szybko zacząłem tłumaczyć: Musisz się zaraz znaleźć w Austrii nad rzeczką Wiedną. W Wiedniu, Theater an der Wieden. Tam trafisz na premierę opery Czarodziejski flet, W teatrze musisz natychmiast iść za kulisy. Zobaczysz niskiego wyłupiastookiego faceta. To Mozart. Sam będzie grał na dzwoneczkach. Jak tylko zacznie grać, wychodź na scenę. Pamiętaj, jak cię zapytają ile masz lat, musisz odpowiedzieć „osiemnaście lat i dwie minuty” - pamiętaj - Achtzehn Jahre und zwei Minuten. W torbie czarownika znalazłem jeszcze długie boa z piór. Okręciłem nim moją przyjaciółkę, a czarownik podał jej szmaciankę. Przezornie zamknąłem oczy. Błysk oślepił mnie nawet przez zarnknięte powieki. Gdy otworzyłem oczy, na plaży nie było nikogo. Pod palmą stał pusty leżak, a obok niego, na piasku leżała mała czarnoskóra lalkaszmacianka, ubrana jak miejscowe kobiety, w jaskrawo pstrokatą suknię, w kolorowej chustce na głowie. Podniosłem ją i schowałem do swojej torby. Przez resztę pobytu na wyspie nie zdarzyło się już nic nadzwyczajnego. Podczas gdy spędzałem całe dnie na plaży pod moją ulubioną palmą, para Amerykanów, z którymi „praktykowałem” vodoo grała bez przerwy w golfa, tak że widywaliśmy się z daleka tylko przy posiłkach. Po powrocie do domu w nawale zajęć, zapomniałem o całej przygodzie. Dopiero po przeszło roku, przyjaciele z Krakowa zaproponowali mi wspólną wycieczkę na Babią Górę i Turbacz. Propozycję przyjąłem z entuzjazmem. W drodze do Krakowa zatrzymałem się w Warszawie, w nadziei, że uda mi się zobaczyć coś w teatrach lub operze. Niestety w lecie Warszawa jest kulturalną pustynią, z wyjątkiem Festiwalu Mozartowskiego w Operze Kameralnej. Nie miałem nadziei, że dostanę cokolwiek, bo normalnie bilety na Festiwal trzeba zamawiaċ już w lutym. Ale akurat jakaś zagraniczna wycieczka „zwolniła” kilkanaście biletów, więc już tego samego wieczoru siedziałem w pierwszym rzędzie malutkiej salki na spektaklu „Czarodziejskiego fletu”. Na pewno wszyscy entuzjaści Mozarta pamiętają, jak pod sam koniec przedstawienia, zrezygnowany Papageno chce popełnić samobójstwo, a Trzej Chłopcy/Geniusze radzą mu, aby zagrał na swoich czarodziejskich dzwoneczkach. Papageno gra i śpiewa: Co za głupiec ze mnie, że zapomniałem o tych czarodziejskich dzwoneczkach! Dzwońcie, dźwięczcie dzwoneczki, muszę zobaczyć swoją dziewczynę. Przywiedźcie ją do mnie! Gdy skończył, Trzej Chłopcy każą mu się rozejrzeć dookoła. Rzeczywiście magia dzwonków podziałała i na scenie zjawiła się Papagena. Dla mnie siła magii była jeszcze bardziej oczywista, bowiem ku memu niezmiernemu zdziwieniu zauważyłem, że Papageną była... moja znajoma z plaży! Miała na sobie dar „czarownika” - koszulkę z papugą i – choć już dawno powinien się zeschnąć i pokruszyć – zielony kapelusz wyplatany z liści palmowych. Po skończonym przedstawieniu długo i energicznie biłem brawo całemu zespołowi, najwięcej jednak „mojej” Papagenie. Ponieważ pierwszy rząd był dość dobrze oświetlony światłami sceny, ona również mnie zauważyła i poznała. Podeszła do samej krawędzi sceny, pochyliła się ku mnie i… ucałowała mnie serdecznie w same usta! Po spektaklu chciałem pójść za kulisy, aby ; pogratulować jej występu, odnowić znajomość i - o ile możliwe - oddać pocałunek. Niestety z powodu jakiegoś wywiadu telewizyjnego wstęp za kulisy był zamknięty. Nie przejąłem się tym zbytnio, bowiem miałem jeszcze bilet na „Łaskawość Tytusa” następnego wieczoru, a w programie zauważyłem - przy roli Vitelli nazwisko tej samej artystki, ktorą była „moja” Papagena. Na przedstawieniu „Łaskawości Tytusa” siedziałem na tym samym miejscu, co w dniu poprzednim. Od razu zauważyłem, że Vitelli nie śpiewa wczorajsza Papagena. Gdy zapytałem o to biletera, stwierdził stanowczo, że Papagenę wczoraj i Vitelię dziś śpiewa jedna i to sama artystka i że ani wczoraj, ani dzisiaj nie było żadnych zmian w obsadzie. Nic z tego nie zrozumiałem, ale nie chciałem się dalej wypytywać, żeby nie narazić się na ośmieszenie. Po przerwie, gdy wrócilem na salę, uświadomiłem sobie nagle, że między pierwszym rzędem, a sceną jest głęboki kanał orkiestrowy, o szerokości przynajmniej dwóch metrów. Poprzedniego wieczoru najwyraźniej kanału tam nie było, bo inaczej jak Papagena mogłaby podejść do samej widowni? A przecież wyraźnie pamiętam jej pocałunek! Szmacianka przywieziona z Karaibów patrzy na 31 mnie z półki nad biurkiem. Ciekawe, czy zachowała swoje magiczne właściwości. Muszę się przyznać, że trochę się boję próbować! Natomiast postanowiłem, że przy najbliższej okazji pójdę znów na przedstawienie „ Czarodziejski Flet, gdziekolwiek mi się uda, w nadziei, że może kiedyś w roli Papageny wystąpi znów moja znajoma. Będę mógł jej wtedy zwrócić magiczną szmaciankę, bo to przecież jej własność. PROZA Stanisław Dubiski STANISŁAW DUBISKI Gazeta Literacka 31 PRZEKŁADY Mustafa Spahiu - poeta i prozaik albańskiej narodowości z Macedonii. Ukończył Akademię Pedagogiczną. Pracuje w macedońskim radio. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Macedońskich od 1984 roku. Autor wielu zbiorów poezji i prozy dla dorosłych i dzieci. Mieszka w Skopje (Macedonia). Mustafa Spahiu Haiku Błękitne lilie rozkwitły w chwili! Ostra zima. Żyjemy i w każdym rozstaniu lubimy się. Pod koniec dnia i ostatniej zorzy Pachnie trawa. Kocham bajki, w nimi rozpoznaję ślady każdego zwierzaka. Dawno temu zamarł ten brzydki krajobraz, złamanych skrzydeł. Jesienny kaszel Przeistacza się w lód do wiosny. Biała lilia w oddali brzeg jak łódka bez wioseł. Rozsunięte firanki Wchodzi stary przyjacielporanny wiatr. Trzęsą się wzgórza rozegrane dni zmartwione góry. Wypijam wspomnienia w soku borówki. Liryka z deszczem. Słońce w zenicie. Płonie w głębi ziemi i rzeki. Napisał haiku, Długa, długa jest droga, ratunek daleko. Pod kwiatem rozkwitła łodyga. Uśmiech słońca. Zamarłe stado, melodia kwiatów. Burza dnia. Płonę z zimna i gram Syzyfa, może beduina. Pola koło rzeki chronią dzieci i jagnięcia. Zboże i róży. Sen i oczy. Kamień stracił wzrok uderzeniem młota. Jak opisać złamany krzyk. Głucha polana. Dotykam czar, kwiat bez zapachu – pod koniec dnia. Połamana lalka! Rzeczywiście – już jej nie słyszę. Fot. Robert Gauer 32 32 Migotania 53 PRZEKŁAD Z JĘZYKA CHORWACKIEGO: OLGA LALIĆ-KROWICKA Wojciech Kawiński – benedyktyn poezji, który słyszy tykanie zegara słonecznego K tóż nie narzeka? Podaż masy tekstowej przekracza „ możliwości konsumpcyjne najofiarniejszego czytelnika. Dawno temu paru entuzjastów o benedyktyńskiej sile woli miało opinię czytających wszystko „jak leci” (Andrzej Krzysztof Waśkiewicz i Wojciech Kawiński). Odnosiło się to jednak tylko do poezji”. To Edward Balcerzan. To on tak pisał o dwóch Postaciach Orientacji Poetyckiej Hybrydy (Waśkiewicz) i jej okolic (Kawiński). Już wiadomo skąd wziąłem tytuł szkicu. Teraz o tym, dlaczego. Wojciech Kawiński, rocznik 1939, dziennikarz, krytyk literacki, tłumacz a przede wszystkim poeta, autor ponad dwudziestu tomików. Mam przed sobą trzynaście z nich, siedem z ciepłymi, bardzo osobistymi dedykacjami od autora, najstarsza sprzed siedmiu lat. Zajmując się Orientacją znałem też twórczość rówieśników i przyjaciół Jerzyny, Gąsiorowskiego czy Waśkiewicza a Kawiński przyjaźnił się z każdym z wymienionych. Śladów tych przyjaźni jest wiele, choćby wiersze im dedykowane (patrz m.in. Autograf nr 4/2015). Ja przepisuję z przesłanego mi maszynopisu wiersz Ze skreśleń pamięci przyjaciół Wypisuje nas powoli słońce, które coraz boli Będzie rude, niczym ruda może przetrwać mu się uda W tajemnicy przed przeszłością która nigdy nie brzmi prosto Ale skreśla się, do cna będąc przeciw, także za Tymi co się mogą pisać wczoraj, jutro, zawsze, dzisiaj Z brudnopisów przepisani nie będziemy rozpoznani Nawet na promiennej kartce wyłowionej z ciszy, martwej Jak widzisz, Czytelniku, sam Kawiński wie o przemijaniu, nie stroni od niego, coś chce ocalić, więc i ja próbuję także dlatego, że do znanych już śladów, które do tej pory zostawił po sobie Wojciech Kawiński dochodzą nowe. Z jednym z nich mam trochę wspólnego. Dołożyłem swoją cegiełkę jako członek kapituły Nagrody im. Jarosława Iwaszkiewicza, którą za całokształt twórczości przyznaliśmy w roku 2016 właśnie Kawińskiemu. Nie miałem z decyzją żadnych kłopotów. Pisałem o Kawińskim w roku 2005 w tekście „Uwspółcześnianie klasyczności” (w książce będącej zbiorem esejów o poetach zatytułowanej Świat według poety, wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2005). Tekst ten dotyczył tomiku „Ciało i duch” z 2003 roku. Pisałem także o tomiku Sennik poranny (2015) na www.pisarze.pl (25 stycznia 2016). A teraz leżą przede mną pozostałe Kawińskie, o których wspominałem. Od dwóch lat los zdarzył, że koresponduję z Wojciechem Kawińskim. Odświeżyliśmy starą formę, a więc nie maile, smsy czy telefony, tylko listy. Jeden z nich zamieszczam. W trzecim, ostatnim z pomieszczonych wspomina Kawiński o kolejnej, trzeciej już wersji swego tekstu „Strefy”. Przepisuję go z maszynopisu: Strefy Spokojnie patrzę jakbym był w dolinie znaczeń INTERPRETACJE Andrzej Wołosewicz ta od słonimskiego czy od grochowiaka I A których znałem z mojej źrenicy pierzchli ożóg skoneczny i milczewski Do odsłony wiąż sa gotowi bursa czycz śliwiak i harasymowicz Złociste nuty odleciały w prozy strumyk Jeżeli możesz przechodniu westchnij był niemojowski jest białoszewski Na wysokiej łące fantastyczne leśmiany (świecące) III Obok na chropowatym drzewie mądre miłoszewie Ledwo odczuwam jak się zmienia karpowiczowskie tło w imię znaczenia Przy wąwozie szeroki kwiat nieznany przybosio-oki Tnie skórę światła (gdyż jest chora) różewiczowski nożyk profesora Bliżej z trójkolorowych strun złożony ja-strun Gęste jest słowo a duszne słońce brzmi nowakowo śni się kijonce I jeszcze znad skarżyskich traw drobny kamienny staff Andrzej* układa sekwencje marek** dwanaście listów jak strof parę Zaś do przyszłej przeszłości należy tuwim czechowicz wat i iwaszkiewicz Które przerzuci stefan*** i krzysztof**** przenikliwy znawca mitów oraz zmysłów Trzeba ocalać i nie przesiewać chwil jasieńskiego sebyły peipera Sylabizuję zadurę foksa sosnowskiego i słyszę za ścianą że nam nic do tego Ale ty się także zastanów gdzie bieńkowski ważyk i iwaniuk W swoją wyruszam trasę pokonując falę za falą mówi podróżnik karasek II Słychać wyraźnie słowo po słowie mnogie snutki grześczakowe Ulica historii (przecina granice miasta) przemyka herbertowa zjawa hermes pies i gwiazda Dwukropek trzeba postawić na tej kartce szorstkiej z ważnego albo błahego powodu (to cytat z szymborskiej) Jak tabloidy doniosły nie ustają w krzątaninie boczkowski drzewucki kuczkowski Mamy wciąż pejzaż nie nazbyt prosty świetlicko-świetlisty i takczyszynowski Więc zwrotność zdarzeń się odsłania wedle lisowskiego latawiec netza balcerzana IV Wypada także przyjąć, że wymilczał sonatę i spis ludności witold wirpsza Dolina znaczeń wykrusza się powoli jeden 33 to prze-ceni gdy drugi prze-boli Zaś białe mgnienia-pragnienia dogonił czarno patrzący śliwonik Wybór trzeba zostawić tak jak świat do poprawy Kto nie przeczyta ten usłyszy dobitny rymkieiwczowski dystych Widzi cierpkie postrzępione słowa muza (kochanka surowa) Śniła się sonetologia ale jaka Ty głuchniesz i ślepniesz cd. str.34 Gazeta Literacka 33 zatrzymać? Może, ale u Kawińskiego idzie raczej o to, że znajdując takie wiersze mam wrażenie zupełnie odwrotne – że to nie wiersze zatrzymały w sobie obraz świata, lecz że ich autor, Kawiński, dostrzegł i przetrawił w sobie statyczność świata, choć przecież zdaje nam się, że on coraz szybciej gdzieś pędzi. A Kawiński tę statyczność (śmiertelność?) dostrzega i na wiersze przekłada! Lektura takich wierszy mnie akurat uspokaja: może i ten świat gdzieś pędzi, ale i… nie pędzi! Być może nie wszystko nowe jest… nowe! Może więcej w nim stałości niż się nam wydaje gdy poddajemy się dyktatowi zmiennych – a jakże – dekoracji, w których przyszło nam żyć. Świat i człowiek w nim gra tę samą przecież sztukę (życia) od początku, tylko scena, publiczność i autorzy są historycznie i tak po ludzku zmienni. Dwa wiersze Z Kręgów zdarzeń dla zilustrowania i mam nadzieję potwierdzenia moich przypuszczeń zacytuję: na miarę własnych szczęść i nie-szczęść INTERPRETACJE cd. ze str.33 Słuchasz wzrokiem milczysz zaciśniętym okiem Trójwiersz ci podpowiada choć to kiepska rada Bo jak mniema ewa lipska spotkamy się w (cudzych) listach Albo wśród stłuczonych luster podgórnik i bargielska przyśnią się brzózce I nie zgaśnie mżenie liter na blogu o czym wie już cały pół-anonimowy ogół *** Gdzieś tam leży pusta kartka wyrwana z reszty nie-spisanych wierszy (2007, 2008, 2012) *A.K. WAŚKIEWICZ, **M. WAWRZKIEWICZ, ***STEFAN JURKOWSKI, **** KRZYSZTOF GĄSIOROWSKI Miałem trochę kłopotów z przepisywaniem, bo mi komputer poprawiał duże litery w nazwiskach wbrew autorskiemu zamysłowi, który trzeba uszanować i który – tak myślę – jakoś zrównuje wszystko i wszystkich wobec ostatecznych rozstrzygnięć. To przecież one, znaczone odejściami kolejnych osób i ich wspominaniem decydowały o czasowej rozciągłości wiersza zaznaczonej końcowymi datami. I nie o precyzyjny czas poszczególnych śmierci tu idzie lecz o nasze – tu Kawińskiego – ich przeżywanie. I o przeżywanie literatury, bo przecież przywołuje tu Kawiński wielu jeszcze żyjących. To dobry moment, by zwrócić uwagę, że coraz więcej u Kawińskiego wierszy – już co najmniej od tomiku Kręgi zdarzeń – w których jakby świat się zatrzymał. Oczywiście każdy poeta jakoś świat w swoich wierszach „uśmierca”, bo zatrzymuje, uśmiercić by Głos do prywatnych dziejów Wszystko to się liczy Co zachowujesz w pamięci ARTUR MIĘDZYRZECKI ślepa pręga choroby łamie słabe ciało; głodny na wieczne głody pragniesz mniej niż mało; jedynie być jak łopot chwili w dolinie śniegu; kroplą oddechu złotą wirującą nad brzegiem; literą płaską bez-snu Fot. Robert Gauer Migotania 53 anonimowa przepaść jeszcze cię nie porywa; nie śnij nie czekaj nie patrz ale dokładnie nazywaj; tchnienie jeszcze się tli czas krzyżuje swe cienie; ktoś nieobecny z nas drwi ktoś zapisuje w spojrzeniu; i niewidzialna pręga przenika pokraczny ten byt; w nieuładzonych dźwiękach twe dziej* klęska i mit – (II 1998) Kiedy czytam te wiersze, to przekonuję się nieodwołalnie, że Kawiński należy do tych poetów, którzy słyszą tykanie zegara słonecznego. Niewielu takich już zostało. Odnieść nas, odnieść siebie samego do codzienności zdarzeń, zdawałoby się – nic prostszego. Jak choćby w wiersz „Prostota zdarzeń” z tomiku Kręgu zdarzeń) Widać: fałdę ciszy pod ścianą, wędrującą zieleń za oknem, sekundę która wiruje szaro, śpiew rzeczy ułożonych nierówno na stole; plamę która różowo oddycha we wnętrzu twego ciała; i pozwala wierzyć w jeszcze jeden dzień. (1997) 34 34 w pierzastej dłoni echa; liścia zgiętego pieśnią przywianą z daleka; Być może jest tam i prostota zdarzeń, ale jakich! Kawiński robi w swojej poezji coś niezwykłego, bo zapowiadaną prostotą zdarzeń już już wpycha mnie (albo podprowadza) pod prostotę (ach, te paradoksy dobrej poezji!) różewiczowskich wierszy-faktów, gdy nagle, w lekturze wiersza „Prostota zdarzeń” – żadnych zdarzeń! Dokładniej pisząc: wszystkie zdarzenia dzieją się pod skórą, na powiekach, w naszych płucach, w pamięci czy w świecie reguł ze „śmietnika etyki”. Kawiński mówi tym wierszem do mnie, że to, co się dzieje w świecie, gdy identyfikujemy jakieś zdarzenie (przecież gdy czytam w tytule słowo zdarzenie, to nie mam problemów z identyfikacją swoich oczekiwań wobec tego słowa; ktoś ma?) ma swoje dziwne „podskórne odnogi”, a wtedy nic już nie pozostaje proste. Statyczny zdawałoby się świat wiersza, zdarzeniowo statyczny, okazuje się wulkaniczny od soli na powiekach, poprzez zieleń rozsypaną za oknem i poranek wybuchający czystością promieni po czyjś zadeptany cień. Poezja Kawińskiego rozpięta jest między efemerycznością widoków z okna i ulotnych chwil ulicznych a wiecznym czasem zaklętym w pomniki i literaturę. Ten rozmach tematyczny, ta poetycka „wszystkość” powoduje, że Kawiński każdą obserwację – to dominujące wrażenie w mojej lekturze – przemienia w poezję. Wszystko opisuje wierszem. Taka strategia twórcza wzbogacona kilkupokoleniowym doświadczeniem z poezją własną i dookolną (przypominam, że dorobek krytycznoliteracki Kawińskiego jest imponujący) sprawia, a przynajmniej może sprawiać pewien kłopot, bo wielu czytelników nie jest w stanie zaakceptować Stachurowej maksymy, że wszystko jest poezja. A bez tej akceptacji i odpowiedniego uposażenia kulturowego lektura liryki Kawińskiego jest utrudniona. Przypominam, że w wierszu „Strefy” gwiazdki wyjaśniające o kogo chodzi pochodzą od autora. To ewidentny dowód jego obaw, że sygnał dotyczący dwunastu listów nie wszystkich naprowadzi na taki właśnie tytuł tomiku Marka (Wawrzkiewicza). Że to stały motyw świadczy następujący dopisek pod wierszem „Zatarte ślady” z tomiku późniejszego o jedenaście lat, z tomiku „Skoro świt” z 2010 roku: „Autor wspomina następujących pisarzy: A. Słuckiego (zm. 1972), J.B. Ożoga (zm. 1991), J.A. Frasika (zm. 1983), T. Śliwiaka (zm. 1994), B.S. Kundę (zm. 1991), S. Skonecznego (zm. 1979), T. Nowaka (zm. 1991), J. Harasymowicza (zm. 1996).” Naprawdę łatwo zmierzyć się z wszystkimi wyliczonymi postaciami? Myślę o ich literaturze a nie o tym, że niektórzy z nich sygnowali niechlubną srezolucję z 8 lutego 1953 roku dotyczącą krakowskiego procesu księży. Tak więc czy ślady są (już) zatarte czy zacierają się same, czy przy udziale naszej ułomnej pamięci albo czynowników historii, którzy dorywają się do władzy tak samo dziś jak i wczoraj Kawiński zawsze pisze sobą. Proszę sięgnąć po wiersz „Zieleń” z tomiku Żelazna rosa (1995). Wydaje się, że są tam błyski zaledwie a ile się może zdarzyć, gdy w zapamiętanych szczegółach/ mieszczę się cały, bez reszty. Ile się może zdarzyć, gdy albo i mimo, że upływający czas odciska piętno i na autorze. To już wiemy i wiemy, że poeta jest tego świadom. Widać to i w przytoczonych listach, ale i w wierszach, gdy poeta kończy wiersz *** (Dawno temu) następująco: Czytam ślepymi palcami anty-/ chronologię lat. Anty-chronologia czytana ślepymi palcami! – potrzebny jest do tego jakikolwiek ko- Wypowiedzieć gałąź Zamknąć w znaczenie Kroplę ciszy Na tle ramy okiennej Usłyszeć Śpiew muszli południowego morza I dzień Unieść na dłoni jak owoc i barwę Żyjącą Pozbawioną oddechu Miejsce lasu W którym codziennie jesteś określić Stojąc w kwadracie ogrodu Tak Abyś rozeznał swoje serce Wśród liści i kolczastych traw Spokojnie przyznaj się do siebie I nie przywołuj ciągle żywiołów świata Wstępuj na schody Poplamione słońcem W gorący sen Bez zamykania powiek Reszta zależy od ciebie – W „pod okiem słońca” na początku - a wybór otwierają wiersze z tomiku Odległości posłuszne (1964) – dużo słońca (wiersze „blisko słońca”, „z listów do poety” czy zacytowany wyżej wiersz „reszta”) a potem, chociaż pod okiem słońca zostajemy nadal, coraz więcej spojrzeń Kawińskiego w mniej radosne strony ludzkiego padołu: brąz błota, dymy nad miastem, krew historii. Zaczynają dominować a przynajmniej przeważać obrazy o ciemnych barwach holenderskich mistrzów gdzie więcej cienia i brązu właśnie niż światła. To dziwne u Kawińskiego, gdy zestawimy te barwy i nastroje ze wszechobejmującym słońcem! Dlatego jego poezja – nawet gdy jej obrazowość może komuś nie wystarczać – niezmiennie mnie intryguje. Te wiersze zdają się być przytłumione głębokim pesymizmem, który poeta najchętniej schowałby nawet przed sobą samym. Ale ten pesymizm, jego nieuchronność jest silniejsza od autora, bo zawarta w jego wypracowanym przez lata poetyckich doświadczeń zindywidualizowanym języku, sposobie obrazowania, który najchętniej nazwałbym wierszoobrazami. Wierszo-obrazy Kawińskiego nie są opisem, próżno w nich szukać relacji korespondencji języka do rzeczywistości. Język Kawińskiego jest głęboko analityczny i od razu prezentuje nam świat (jakoś) zinterpretowany, nacechowany wartościowo. To tak jakbyśmy – trzymam się malarskich porównań, a wolno mi tak czynić, bo malarzy (i o malarzach) w wierszach Kawińskiego cały orszak – patrzyli na „Krzyk” Munka i ten krzyk słyszeli a przecież obrazy są „nieme”. Tak i u Kawińskiego: wiele wierszy mimo, że językowo stonowanych, wygaszonych, wyciszonych choćby przez częsty u niego motyw patrzenia na świat przez szybę, to słyszymy ich krzyk. To w tym „niemym krzyku” poeta często wyraża swój stosunek do świata. Szyba niczego nie zatrzymuje, trochę tłumi nasz czytelniczy rozpęd, ale niczego nie zatrzymuje. Wieloletnia praca w języku dała Kawińskiemu swobodę dokonywania poetyckiej osmozy przez tę szybę, możliwość przenikania świata do poetyckiego wnętrza autora i w drugą stronę – nasączania świata autorską wrażliwością. Dlatego znajduje Kawiński w naszym mało sympatycznym świecie, mało przyjaznym także ze względu na osobnicze umieranie miejsce na przyjaźń. Mnóstwo u niego poetyckich dedykacji dla osób z poetyckiego bractwa, ale też, o czym wspominałem, malarzy. Warto wspomnieć też o widocznym w jego poezji ciepłych rodzinnych relacjach w zasadniczo brudnym i zimnym świecie. I takimż Krakowie! Powiedzmy o tym szczerze, jeśli z wierszy Kawińskiego wychyla się jakiś Kraków, to raczej nie ten widziany oczami turysty spod Kościoła Mariackiego w czasie odgrywania hejnału, lecz ten Kraków zjadany przez Nową Hutę. A wszystko to objęte jest linię brzegową jego (poety) ciała! To wskazuje na swoistość tej poezji. Kawiński operuje w przestrzeni ludzkich doświadczeń i widzi, jak trudny to Ars poetica na starość nie wyrastam z ubrań a tylko z poetyk; wkrótce i tak nas wyrówna ten który spieszy się do mety – upraszcza mnie przestrzeń z mową śliską od żelaznych słupów; chaos zadusił nad-realne słowo pośród znaczeń głupich – plączą się skutki i coraz więcej przyczyn wyrasta w dżungli stulecia; musisz się obejść nie smakiem lecz niczym chłodnym jak wczesny kwiecień – ryby z alaski do nas nie przypłyną choć liście spadają z cementowych drzew; kłócisz się ze mną skurczona godzino o to czego nie mogę już mieć – Ten wiersz to już nasz wiek dwudziesty pierwszy.. Poeta mówi, że wyrósł z poetyk, co najlapidarniej chyba określa wspominaną poetycką swobodę jego liryki. Na marginesie, ale wcale nie marginalnie: wierszy zatytułowanych „Ars poetica” jest u Kawińskiego kilkadziesiąt i to tak bliżej setki (!), starczyło by na nielichą antologię. Może to jest pomysł, panie Wojciechu? A wspominam o tym jako o dowodzie, że cały swój poetycki czas mocuje się autor Sennika porannego nie tylko z przerabianiem świata na wiersze, ale i z tym jak to się robi. I chociaż mówi, że wyrósł z poetyk, to na szczęście nie wyrósł z wierszy! Paradoksalnie Szukając gwiazdy, Zgubiłem grzebień. W. W., WEDŁUG HEINEGO ANDRZEJ WOŁOSEWICZ długo, o wiele za długo, rozsypywał się pośród wzgórz piaszczystych i śnieżnych ten wiek; jego gałąź sięgnęła gwiazd, księżyca, dna; niejeden był upartym sługą okrucieństw, przywilejów, złóż węgla i kości, mitów błędnych, miraży; to, co pozostało, jest mgiełką, treścią rozbitego szkła – Jest u Kawińskiego jakaś przejmująca kompatybilność indywidualnego umierania i destrukcji sensu świata jako całości. Jeżeli tomik, z którego cytuję wiersz „Paradoksalnie” zatytułowany jest „Widok z okna”, to można rzec, że ten widok jest dla naszej współczesności wielce kłopotliwy. Wiersze Kawińskiego, które buszują w realiach i dosłowności tego, co dookoła i tego co za oknem lub w przekazie telewizyjno-medialnym, zdają się w ogóle poza ową dosłowność nie wykraczać, co naprowadza mnie na trop, że poeta mierzy się tu z czymś, co nazywam omnipotencją wiersza, czyli chęcią (przekonaniem?, nie wiem) (o)powiedzenia wszystkiego wiersze właśnie. By rzec inaczej: Kawiński chce wszystkiego dotknąć wierszem. Wiersz wtedy, od strony autorskiej, staje się autodefinicyjny – mam tu na myśli to, że wiele z tych „dosłownościowych” wierszy mogą (zrób sobie, Czytelniku, taki eksperyment) równie dobrze (za)istnieć jako krótkie prozy (poetyckie). Moja diagnoza tej sytuacji jest dwojaka. Albo jest tak, że świat drugiej połowy życia Kawińskiego (i mojego) jest właśnie taki, że nawet poezja o nim ulega sprozaizowaniu , czyli swoistej – przepraszam za słowo – „prostytucji”; dokładnie tak diagnozuję tę „dosłowność”. Albo pierwsza połowa życia Kawińskiego (i mojego) była innym światem, w którym tamta, ówczesna dosłowność naszej rzeczywistości (bo rzeczywistość zawsze jest jakoś dosłowna) kształtowała inną wrażliwość, bo inne lektury, bo inne relacje międzyludzkie, bo inne miłości. Albo i to i to razem, czyli – logicznie rzecz ujmując – żadne albo-albo, tylko i to i to. Powiedzmy jeszcze i to, że doznaję w poezji Kawińskiego wyraźnego jej przełamania. Światu młodości, tego wszystkiego, co nas wtedy (u)kształtowało i co niesiemy ze sobą przez resztę życia, przez życie całe, świat dzisiejszy odbiera oddech, powietrze, przytłacza i de facto niszczy nasz pierwotny (w znaczeniu: pierwszy) sposób funkcjonowania. Stajemy się reporterami, poetyckimi reporterami nie-swego świata. Nasze ja wyraźnie jest nie u siebie. Ale jest, więc piszemy. Nawet, gdy stwierdzamy z nieukrywanym smutkiem, jak Kawiński w puencie wiersza ”Banały”, 35 Fot. Robert Gauer reszta że: „Słowa –/ Cóż one mogą zmienić”. Te gorzkie słowa – wspominałem już przecież o pesymizmie Kawińskiego – pochodzące z tomiku z roku 1964 na szczęście nie spowodowały zaniechania, złamania poetyckiego pióra. teren. Zwróćmy uwagę na puentę wiersza „U progu dni”: „Obszar człowieczych doświadczeń/ to miejsce/ do którego coraz trudniej dojść”. A przecież miejscem człowieczych doświadczeń jest zarówno to, co poznajemy z wierszy stricte literackich, kulturowych, obracających się wokół świata literackiego i jego postaci, jak i ten świat, który nazywam mięsem rzeczywistości, świat mojej codzienności i codzienności tych, którzy z literaturą i kulturą skończyli kończąc swoją edukację (na danym, sobie właściwym, szczeblu). Ten plan zagospodarowują, jeśli można tak powiedzieć, wiersze Kawińskiego w których idzie on ulicą czy komentuje telewizyjny miszmasz. Ale czy bierze się poeta za nasze „prostackie” doświadczenia, czy doświadczenia z wysublimowanej kultury, każdym wierszem obejmującym jedne i drugie wychyla się w stronę sensu w sposób widoczny, próbując ten sens rozpadającego się świata wyłapać, nazwać a często wskazać tam, gdzie inni go w ogóle nie dostrzegą. Czy naprawdę muszę tłumaczyć, że świat Munka czy Przybosia nie jest jednym, nie jest jednością ze światem bieżącej polityki, rozrywki klasy c czy muzycznego pop-u? Kawiński potrafi wskazać ten sen nawet jeśli jest to trudne czy wręcz niemożliwe. Tak, te wyraźne napięcia jego poezji, napięcia spowodowane owym rozpięciem pomiędzy wskazanymi biegunami nazwałbym – bez pretensji do uogólnień – wędrówką w stronę Niemożliwego. I nie jest w tym momencie ważne, co z czasem staje się bardziej Niemożliwe, czy rozpadający się świat, rozpadający się z powodu własnej, zawinionej tylko przez siebie historii (patrz wiersze „Spokój ścian” czy „Paradoksalnie” – ten ostatni przytaczam: INTERPRETACJE mentarz? Może ten jedynie, że rzadko, bardzo rzadko udaje się mówiąc tak mało powiedzieć tak wiele. Warto w tym kontekście spojrzeć na tomik podsumowujący twórczość z pierwszej połowy życia, czyli spojrzeć na „pod okiem słońca” (1980). Zacznę od przytoczenia wiersza: Gazeta Literacka 35 POEZJA Ewa Poniznik zjawa przeciekasz mi przez gesty nazbyt oficjalnie i trochę ze wstydem chowasz po kieszeniach wszystkie ślady złudzeń wykradłeś mnie ze snu bym była dla ciebie tylko w twojej głowie w twoich końcach świata się nigdy nie zbudzić wierzyć tylko w siebie wspólnie pachnieć nocą do granic księżyca posuwać się naprzód nie myśląc że przecież wkrótce zapomnimy że ja jestem w tobie gdy zamykasz oczy obudź się spójrz nawet nie mam twarzy więc zatrzyj kontury żyj tak jakbyś nie śnił zanim znów się zjawię nastaw budzik zbudzimy się tam gdzie nas już nie ma poskładamy nasze pościele strzepiemy kurz ze snów z czystymi kartami pójdziemy do pracy do życia swoich nowych imion zgubimy gdzieś pamięć dopiszemy inną bez skojarzeń domysłów głupich dźwięków złudy teraz już nie będzie pustych liter bezpańskich nazwiesz mnie od nowa wysylabizujesz zatwierdzisz zapiszesz w swym systemie nie kopiuj nie wycinaj nie zwiększaj rozdzielczości przejdę do nawiasu nim postawisz kropkę morze szukałeś mnie w zgiełku piasku ale noc zamknęła ci oczy nasłuchiwałeś ale fale ukradły ci słuch milczałeś mowa odeszła ze strachem a ja Fot. Zbigniew Joachimiak defragmentacja znów usiłowałeś wyśnić sobie mnie pod powiekami które zapomniały twarzy czy ją kiedyś miałam czy twoja ja to bajka codziennie oszukuję męża siebie szukam gubię się w tobie kolejny raz zrobię ci jak ta której nigdy nie dokończyłeś właściwie poznałam tylko tytuł życie a przecież my nie żyliśmy dobrze kochanie ona też się nie dowie zetrzyj mnie z siebie zbierz długo i szczęśliwie to nie nasz czas przestań się łudzić obnażać nas z prawdy wróć do siebie bądź sobą w nowy sen się wczytaj poukładaj myśli zgodnie z ostatnim numerkiem skończ niech słyszą że wołałam przystań koło mnie na próżno odpływasz już z inną pierwszą z brzegu łodzią rozrachunek nazwij mnie wierszem lub wzorem matematycznym podziel przez ułamek drgań pierwiastków bezwstydu przemnóż przez ilość grzechów popełnionych na mnie nie musisz nas ubierać w słowa nie jesteś poetą niedoszłym jesteś nie doszłam fizyczność nie będziemy parą ulotnimy się szybciej niż powietrze które mi skradłeś bez pozwolenia 36 na gest obopólnie przyspieszony bez słowa zabrakło rytmu zbyt szybko wiedziałam że porywasz się na gwiazdy jednego wieczoru pozbawiasz je marzeń zanim zdążą upaść wprost proporcjonalnie do krawędzi twojego łóżka 36 Migotania 53 możesz zostać z nią zawsze układać ciała do snu rozbierać z nadmiaru złudzeń poznawać rano pytać o stan imię ewentualnie przy czarnej kawie trzeźwieć przy bladym świetle upijać się do nieprzytomności zlizywać z ust kochanków naznaczać sobą by była tylko twoja zanim wróci dzień możesz zostać z nią więc nie potykaj się o moje ramię zmyślam się dla ciebie czaruję nakładam uśmiech zamiast sukienki wiesz że nie lubię kiedy tak patrzysz na nią z ekranu gwiazdę wyłącz się na chwilę pilotem celuj we mnie bądź bohaterem jednorazowych występów celuj w kanał tylko dziś masz władzę nie istniejemy nie spotykajmy się nie chodź za mną nawet cię nie znam od wielu lat się duszę zamykam okna przed tobą jestem jak kot czuwam czuję on też nie śpi szuka świtu nie ma w nim miejsca dla ciebie zniknij ja już to zrobiłam spraw aby jutro było stać cię na mnie na przebieranie w gestach na rozbieranie wzrokiem na dobieranie układu do kształtu mojego tętna chyba zapomniałeś znów stłukłeś filiżankę na drobne rozmieniłeś lubisz małostkowość nawet w kawałkach się uśmiechasz jeden dla mnie więcej kobiet nie pamiętam sprzątasz po nich każdy okruch włos fragment zapachu wypychasz za drzwi tam jest najbezpieczniej dla was gdzie mnie ukryjesz dmuchniesz coś na pożegnanie do uszka jestem rozbita jak twoja druga połowa Opowieść o książce jest pewnym rodzajem sztuki. Idąc za tym przekonaniem, Redakcja „Migotań” zaproponowała Czytelnikom i Sympatykom konkurs na recenzję. Można było napisać o dowolnie wybranej publikacji rozumianej jako literatura piękna lub zainspirować się którąś z naszych książkowych propozycji. Wszystkie trzy nagrodzone teksty wyróżniają się jakimś rodzajem czułości względem wybranej książki. Jest głos dyskretny i melancholijny. Jest głos cierpliwy i współodczuwający. Jest wreszcie głos czujny i delikatnie przekorny. Każdy z tych trzech głosów balansuje pomiędzy spojrzeniem osobistym a nieodpartą chęcią rozmowy. Z tych kilku zdań podsumowania wyłania się takie: recenzja to sztuka czułości do książki. REDAKCJA Z imny podmuch wiatru, rzeka biegnąca w nieznane, nieoswojona zaduma – gdybym miała wyliczyć, z czym kojarzy mi się twórczość Tove Jansson po pobieżnym zapoznaniu się ze słynną sagą o Muminkach – urokliwych trollach – jeszcze za czasów dzieciństwa, zapewne tylko to mogłabym powiedzieć. Pełne nostalgii, nieco egzaltowane spojrzenie - niezbyt ostre, gdyż zatarte przez upływ lat – nie może właściwie oddać mojego stosunku do jej osoby jako pisarki. Zachęcona okładką emanującą chłodnym spokojem oraz nazwiskiem obiecującym melancholijne wieczory, wchłonęłam w siebie trzydzieści jeden opowiadań autorstwa Tove Jansson, większości czytelników znanej dzięki wspomnianym wcześniej historiom dla najmłodszych. Ów zbiór zróżnicowanych pod względem długości utworów, noszący enigmatyczny tytuł „Wiadomość”, pozwolił mi wdać się w dialog z artystką, przeniknąć do odległego świata Skandynawii. Jansson (1914-2001), Finlandka szwedzkojęzyczna, twórczyni płodna i dość wszechstronna, odnosząca sukcesy na polu malarskim, wykonywała ilustracje do dzieł literackich innych pisarzy: Hobbita, czyli tam i z powrotem autorstwa J. R. R. Tolkiena czy Alicji z Krainy Czarów Lewisa Carrolla; oblicze to mamy Muminków ważne dla niej samej, jak mniemam. Motywy związane ze sztukami plastycznymi przewijają się przez kilka opowiadań, takich jak Wpaść na pomysł, Robert, Czarno-białe, Rysownik czy Władysław. Aby jednak nie uwięznąć całkowicie w kuszącej pułapce biografizmu, podążę także śladem własnych refleksji. Wiadomość rozpoczyna przedmowa Philipa Teira parającego się dziennikarstwem, a wprowadzeniem jest następujące zdanie: „Szkoda mi ludzi, którzy znają Tove Jansson tylko jako autorkę Muminków”. Jak wskazuje ton tej wypowiedzi, tylko ów człowiek, który poznał twórczość pisarki skierowaną do dorosłych czytelników, może cieszyć się pełnią obrazu, szczycić gestem uchylenia zasłony. Nie zgodzę się, ponieważ muminkowa saga może stać się zachętą do dalszego zgłębiania dorobku literackiego Jansson. Tak było ze mną. Pamięć o przygodach bohaterów tej serii, jak również atmosfera mgły rozlewającej się na doliny, kazały mi sięgnąć po zbiór raczej krótkich utworów prozatorskich, których wyboru dokonała sama autorka. Całość można podzielić na dwie przeplatające się ze sobą części: Tove młodsza i Tove starsza, co uwidacznia się w tekstach pod postacią opowiastek mniej i bardziej dojrzałych. W łódce z Tove Jansson Już w pierwszym opowiadaniu Moi kochani wujkowie można poczuć tak charakterystyczną dla tej twórczości tęsknotę. Jansson podejmuje się tu narracji pamiętnikarskiej i pozwala przypuszczać, że jest to także osobiste wyznanie. Czy podobnie wyglądały jej stosunki familijne – nie wiem, mam ten przywilej, że nie czytałam biografii artystki i pewne sfery życia Jansson pozostają dla mnie cudownie niejasne. Opowiadanie napisano w sposób tyleż ciepły, co oszczędny uczuciowo („Trudno mi wyjaśnić, w jaki sposób kochałam ciotkę Annę Lisę, możliwe, że była to mniej miłość, a bardziej podziw i szacunek.”); przypomina zapis z kroniki rodzinnej stanowiący dziedzictwo przyszłych pokoleń. Każdy z czterech wujów portretowany jest pokrótce szybkimi, ale wyraźnymi pociągnięciami pędzla, wszystko postrzegane z perspektywy dziecka bądź młodej dziewczyny. Można próbować dociec, na ile to stylizacja, nostalgia bądź dziecięce serce autorki? Z utworu łatwo wyczytać przywiązanie bohaterki (Jansson?) do swoich krewnych i pewien subtelny podziw dla ich – czasem nie do końca rozumianego - sposobu życia. Ciekawe jest też kolejne opowiadanie, bardziej swoisty negatyw literacki Wpaść na pomysł, gdzie autorka opisuje inwencję twórczą, skupiając się na niej, nie na efekcie. Zwraca uwagę na konieczność rozwoju, pokazuje ryzyko zatracenia się w lęku przed postępem, nową kreacją w sztuce: „Pomysły są czymś bardzo szczególnym, mniej więcej jak szkice. Malarz robi szkic, który jest tak nieskrępowany i piękny, że nie może się powstrzymać i pokazuje go, by usłyszeć pochwały, a gdy już pochwalą ten rysunek, malarz zaczyna się bać o swój szkic, nie może pozwolić mu rosnąć w procesie żmudnej pracy, jest gotowy do włożenia go w ramy – i oto spoczywa szkic”. Miłośnicy epistolografii również znajdą w Wiadomości coś dla siebie, bowiem trzem utworom Jansson nadała formę listów. Listy do Konikowej artystka osnuła wokół prawdziwej, młodzieńczej korespondencji ze swą żydowską przyjaciółką, która wyemigrowała z kraju. Tu Jansson nie każe się domyślać czy owa nowela epistolarna ukazuje prawdziwą relację – wprost to potwierdza, podpisując się własnym imieniem. Ton listów jest więc bardzo osobisty, emocje wyglądają spod pióra, powstaje obraz Konikovej złożony z barw nadanych przez autorkę; to czysty subiektywizm, wyjście Jansson z cienia. Język jest zatem bogatszy, mamy do czynienia ze zróżnicowanymi pod względem ładunku uczuciowego zwrotami wprowadzającymi w nastrój konkretnej wiadomości („Kochana Evo”, „Cześć, jest niedziela”, „Koni”). Pełno tu wspólnych spraw. Z kartek wyziera tęsknota oraz pewne uwielbienie dla adresatki, która uparcie milczy. W Wiadomości jest wiele ciekawych widokówek literackich, które można by wyciąć i powiesić na ścianie nad łóżkiem, a potem wspominać Finlandię, w której nigdy się nie było. Tak jest z małą formą pod tytułem Łódka i ja. To krótka opowieść o dziewczynce wyruszającej na samodzielną wyprawę na morze. Niewiele tu opisu przeżyć wewnętrznych. Całość to raczej relacja ze zmagań z wodą, wiatrem i zapewne… sobą. Tę osobliwą widokówkę można zinterpretować jako wchodzenie w okres dojrzewania, odkrywanie własnych możliwości i ograniczeń. Jednak to kolejny już utwór autorstwa Jansson, któremu każdy z czytelników ma prawo nadać własny kształt, dopisywać znaczenie. Tu tkwi siła mamy Muminków – między wierszami czai się ukryte, co wszyscy możemy odebrać inaczej, mając jednocześnie poczucie, iż tajemnica nie została rozbita w pył o skały. Kolejne opowiadania nie zatarły we mnie śladów poprzednich. Tematykę większości mogę zapamiętać. Niektóre koncentrują się prawdopodobnie wokół osoby Tove, inne – problemów świata, marnotrawienia żywności etc., np. Mały letnik. Warto zwrócić uwagę na literacką formę kolażu, ostatnie opowiadanie podsumowujące całość książki, tytułową Wiadomość. Mamy tu do czynienia z fragmentami faktycznych wiadomości, jakie dostawała Jansson od swoich czytelników i osób zaangażowanych zawodowo w jej sukces; niektóre są absurdalne, inne tylko naiwne. Pozostaje kwestia interpretacji tytułu – czyżby te zlepki informacji były paradoksalnie wypowiedzią Jansson na temat wrzawy, jaka się wokół niej rozpętała? Język w książce jest dość prosty, w warstwie emocjonalnej raczej spokojny, opisowy. Stanowi zaletę, narracja nigdy nie jest napuszona, uwagę skupia dana historia. Wiadomość, którą przesłała mi Tove Jansson, jest spójna, mimo rozmaitości tematycznej. Całość łączy specyficzny klimat zimna, alienacji i niedopowiedzenia, gdyż każdy z bohaterów tworzy tu swój odrębny świat. To trochę książka-zagadka, nie można mieć pewności co do treści. Brak mi tylko możliwości oderwania się od melancholii, która kapie z wielu stron. Taka już chyba jednak jest Tove Jansson – rzuca urok rzewności. NAGRODZONA RECENZJA Katarzyna Buczyńska KATARZYNA BUCZYŃSKA Tove Jansson, Wiadomość, Warszawa 2015 Fot. Robert Gauer 37 Gazeta Literacka 37 NAGRODZONA RECENZJA W poszukiwaniu istoty człowieka Kinga Młynarska dea „Osłuchiwań” oraz konstrukcja i stylistyka tomu IPaliga skupione zostały wokół człowieka. Jednak Renata spogląda na ludzi i bada ich w niezwykły, liryczno-medyczny, sposób. Lekarka z wykształcenia, zawodowo związana ze służbą zdrowia, jako poetka zagląda pacjentom-czytelnikom w duszę, osłuchuje, kontempluje. Zachwycające jest poznawanie człowieka poprzez lirykę. Paliga połączyła wrażliwość artysty oraz kunszt literacki z wiedzą z zakresu medycyny. Ważny jest dla tego tomu również szeroki kontekst kulturowo-społeczny. Poetka swobodnie porusza się nie tylko w zawiłych meandrach ludzkiego ciała, ale także w labiryncie współczesnej polszczyzny (sama wzbogaca leksykę o neologizmy) oraz kultury ze wszelkimi jej zwyczajami, uznanymi postawami czy nawet zabobonami. „Anatomię poznania” poetka rozpoczyna od swoistego hymnu do serca. Już sama forma wiersza – stylizacja na modlitwę – sugeruje, że rzecz dotyczy kwestii najistotniejszych i treść liryku to potwierdza. Nie bez powodu przecież serce nazywane jest tu dzwonem życia i źródłem jestestwa. W równie podniosłym tonie autorka charakteryzuje zmysły i mózg, przy czym tutaj da się zauważyć już nieco „cieplejszy” stosunek podmiotu do źródła ludzkiej mądrości. Paliga zachwyca wrażliwością i wnikliwością, ale przede wszystkim wielkie wrażenie robi jej zdolność uchwycenia tego co niewidoczne – nie tylko w sensie cząstek biologicznych, ale również znaczeń metafizycznych. Poetka w każdym wierszu spogląda na inną część ludzkiego ciała, ale to nie znaczy, że tworzy wyłącznie liryczny atlas anatomiczny. Autorka doskonale rozumie, że człowiek to przede wszystkim tajemnica i tym tropem podąża – obnaża jego wewnętrzną strukturę, ale nie pozbawia go swego rodzaju sekretów. Paliga znakomicie pokazała to, iż wnętrze (w sensie fizycznym) ludzkie nie stanowi bariery nie do pokonania – dzięki nauce możemy zgłębić nasze ciało, ale to dopiero nasz „duchowy organizm” jest prawdziwym wyzwaniem, mekką filozofów, psychologów, artystów, poszukiwaczy prawdy o sobie samych. Najpełniej widać tę postawę w wierszu „Sekcja”: można zagłębić się w człowieku rozbierając go cząstka po cząstce (…) mimo splądrowania wszystkich zakamarków ciała nie znaleźć zasianego duszosłowa należy wytrzeć ręce zdjąć fartuch i stwierdzić dzięki Bogu że istnieje nadzieja. Poetka zabiera czytelnika w fascynującą podróż w głąb człowieka. Jej szeroka perspektywa widzenia sprawia, że w wyjątkowy sposób możemy spojrzeć na siebie. Ale „Osłuchiwania” to nie tylko liryczne mini-charakterystyki człowieka pod określonym kątem. Autorka dzieli się także m.in. wspomnieniami czy refleksjami dotyczącymi zawodu lekarza, dla których pretekstem 38 stały się określone organy czy któraś z dziedzin medycyny. W „Genetycznej ruletce” podmiot podkreśla wielki rozwój medycyny – kiedyś sekcje zwłok były nie tylko karane, ale również moralnie piętnowane, a dziś lekarz jest w stanie zajrzeć w niemal każdy zakamarek ludzkiego ciała. Jednak Paliga nie skupia się tylko na pokazaniu zmian, ona pyta także o moralne znaczenie tych (rozmaitych) ingerencji. W zamykającym utwór dystychu wymownie puentuje: kiedyś / i Bóg będzie inny. 38 Migotania 53 Fot. Robert Gauer Paliga bada człowieka i wystawia liryczne diagnozy. Poetka skupia się nie tylko na funkcji biologicznej, kulturowej czy metafizycznej danego narządu (m.in. znakomicie łamie obiegowe stereotypy), ale interesują ją przede wszystkim kwestie moralne i duchowe. Skupia się na człowieku, jego niedolach i cierpieniach. Szczególnie nisko pochyla się nad tymi, którzy potrzebują pomocy (nie tylko medycznej), istnieją gdzieś na bocznym torze. „Osłuchiwania” to tom na wskroś współczesny. Podmiot jest świadkiem ultranowoczesnych rozwiązań w zakresie medycyny, dostrzega dobrodziejstwo rozwoju nauki, jednocześnie zauważając swego rodzaju ludzką ignorancję (ujawniającą się na wielu płaszczyznach), która jest jedną z najpoważniejszych dolegliwości XXI wieku. Pióro Renaty Paligi jest bardzo wyraziste – niezwykle liryczne, ale także ostro zakończone. Bardzo świadoma językowo poetka umiejętnie i z dużym wyczuciem korzysta z rozmaitych stylistyk i środków poetyckich. Tworzy serię wymownych obrazów pobudzających wyobraźnię czytelnika, skłaniających do refleksji, prowokujących. Podmiot snuje także serię mini-opowieści o samym sobie (czy raczej o samej sobie, bo wszelkie sygnały świadczą, że w tomie mówi sama poetka, stąd w dalszej części tekstu będzie pojawiać się żeńska forma dla podmiotu). Te liryczne autobiografie dotyczą przede wszystkim kształtowania się osobowości poszukiwacza – „ja” liryczne bowiem to typ obserwatora i eksperymentatora, chłonie wiedzę, ba, chłonie cały świat wszystkimi porami. Podmiot zdradza, że jej zainteresowanie, fascynacja i poczucie misji rozpoczęły się już w łonie matki, gdzie ukąsił ją wąż Eskulapa. Wybrała zawód lekarza głównie dla drugiego człowieka, ale to nie tylko chęć pomocy czy uleczenia świata, poetka wierzy, że dzięki temu zdoła poznać także własną naturę: codziennie dotykam słucham macam pukam szturcham później opisuję urzędowo i przeglądam się w drugim człowieku stawiając rozpoznanie poznania („szamanka” – fragm.) „Osłuchiwania”, choć skupione wokół jednego (choć obszernego) tematu, są tomem, w którym wyraźnie uwydatnia się uniwersalny charakter. Mimo specjalistycznego języka czy liryczno-medycznych charakterystyk, tom Renaty Paligi jest przede wszystkim intymnym zwierzeniem Człowieka, dotyczącym siebie oraz ludzi wokół. Właśnie ta prawda wyrazu, odważna szczerość i odrzucenie wszelkich tematów tabu, obalanie stereotypów oraz mocne zakorzenienie tej liryki w tradycji i polskiej kulturze – wspomagane środkami poetyckimi i językiem – pozwoliły na zbudowanie głębokiej więzi w relacji podmiot–odbiorca. Duży wpływ mają na to również poruszane w tomie kwestie, wspólne doświadczenia, te same pytania, na które odwiecznie poszukujemy odpowiedzi (m.in. o miłość, cierpienie, wybaczanie, stosunki z bliskimi itp.). Swoboda i biegłość literacka poetki ujawnia się przede wszystkim w konceptach. Każdy utwór – choć jest integralną, pod względem formalnym, cząstką całego zbioru – odznacza się indywidualnym charakterem. Poetka miała osobne pomysły na poszczególne wiersze, co czyni zbiór nie tylko przyjemną i zaskakującą lekturą o ponadczasowym wymiarze, ale przede wszystkim bardzo dynamiczną relacją ze swoistych poszukiwań istoty (także własnego) człowieczeństwa. I choć Paliga nie zaspakaja całego głodu wiedzy, nie rozwiewa wszystkich wątpliwości to jednak udziela kilku ważnych odpowiedzi, daje cenne wskazówki, a przede wszystkim pobudza emocje i wyobraźnię oraz mobilizuje do dalszych dociekań. KINGA MŁYNARSKA „Osłuchiwania”, Renata Paliga, 2015, Gdańsk. Zaproszenie do więzienia P Fot. Robert Gauer odobno człowiek rodzi się sam i umiera sam. A według Nabokova najwidoczniej także żyje sam – ograniczony, zamknięty w małej przestrzeni i wyizolowany od ludzi. Jego powieść „Zaproszenie na egzekucję” to dzieło łączące w sobie elementy absurdu rodem z „Procesu” Kafki i filozoficzne zacięcie „Jaskini” Platona, które razem tworzą klaustrofobiczny, i, na domiar wszystkiego niezwykle rozpaczliwy obraz ludzkiego życia. Co prawda autor już w przedmowie zaznacza, że podobieństwo historii Cyncynata i Józefa K. jest czysto przypadkowe , jednak w dzisiejszych czasach, gdy „Proces” stał się już częścią kanonu i lekturą obowiązkową, nie sposób jednak nie dostrzec podobieństw fabularnych: więzień, który nie wie, jakie przewinienie mu się zarzuca, i który czeka na moment, w którym kara dojdzie do skutku. Podczas gdy historia Kafki przypomina koszmar senny, z którego mimo wszelkich usiłowań nie sposób się wyrwać, powieść Nabokova jest całkiem inna w swojej wymowie. Owszem, mamy tu do czynienia z dozą absurdu i oniryzmu, ale jest on w swojej formie dość łagodny, subtelny, można powiedzieć – prawie że wiarygodny. Sam główny bohater, nota bene ofiara losu (i to dosłownie i w przenośni), pozbawiony jest charakteru i werwy – to człowiek zmęczony życiem, pozbawiony złudzeń i pogodzony z losem. Już nawet o nic nie walczy – ani o wolność, ani o małżeństwo z kobietą, która go zdradza z kim popadnie, ani już nawet o przyzwoity napój podany do śniadania. A choć bohater wydaje się bezbarwny i mdły, styl powieści taki nie jest. Na pewno jest dość statyczny, spokojny i niezaprzeczalnie może obudzić w czytelniku dozę błogiej senności, szczególnie, że wyścielony jest miękkimi wyrażeniami, kojącymi formułkami i rozkosznymi porównaniami, tu i ówdzie okraszony jakimś zdrobnieniem. Nawet więzienie jest tutaj przytulne – do śniadania podawana jest gorąca czekolada, celę wypełniają liczne książki, a od czasu do czasu wpada kolega, z którym można pograć w karty czy szachy. Może przestrzeń nie jest specjalnie duża, ale zapewnia całkiem znośne warunki do życia. No właśnie – życia. A przecież bohater miał w niej czekać na śmierć. Jak ma się jedno do drugiego? Normalnie, czyli – filozoficznie. Tak jak Platon pisał o jaskini, w której jesteśmy uwięzieni i skazani na niewiedzę, podobnie o życiu pisze Nabokov, on sięga jednak po bardziej dosłowną metaforę, jaką jest skazaniec w więziennej celi. Cyncynata poznajemy w chwili gdy po wyroku sądowym jest transportowany do więzienia, a o jego przeszłości dowiadujemy się dopiero w trakcie czytania lektury, gdy mimochodem wspomina on taki lub inny epizod ze swojego życia. Natomiast to, jak długo pozostaje on w zamknięciu i kiedy z niego wyjdzie (a oczywiście jedynym wyjściem skazanego na egzekucję jest wyjście ze świata żywych), nie jest to do końca oczywiste. Upływ czasu jest co prawda zasugerowany, ale narracja, która w wybitny sposób pewne fakty uwypukla a inne pomija, wywołuje złudzenie mijania wieczności i sprawia, że czytelnik sam gubi już rozeznanie w czasie, a nawet poniekąd przyzwyczaja się do zamknięcia w jednej celi ze skazańcem i obserwowania akcji zza więziennych krat. „Zaproszenie na egzekucję” to pełna symboliki 39 opowieść o tym, jak łatwo można stać się więźniem własnej bierności i rezygnacji, historia, która, mimo swojego sennego tonu, mogłaby stanowić wspaniałe bodziec do wyrwania się ze snu dla wszystkich tych, którzy w codziennym życiu decydują się na pozostanie w wygodnej, bezpiecznej celi własnego komfortu i pasywności. NAGRODZONA RECENZJA Magdalena Szewczuk MAGDALENA SZEWCZUK Magdalena Szewczuk „Zaproszenie na egzekucję” Vladimira Nabokova. Warszawskie wydawnictwo literackie MUZA SA, Warszawa 2014 Gazeta Literacka 39 RECENZJA Anna Maria Musz Nieskończoność liczona na palcach. O Południku Cezarego Sikorskiego M eridian sensu/południk pierwszego słowa/dzieli jedną linię z bezsensem – pisze Cezary Sikorski w Południku, tytułowym utworze z najnowszego tomu poetyckiego. Wydana w październiku 2016 roku książka jest dosyć skromna objętościowo (zawiera 29 wierszy), ale po lekturze pozostawia czytelnika z poczuciem nasycenia – nie przesytu, ale właśnie nasycenia obrazami, historiami i refleksjami filozoficznymi. Znamienne, że w kolejnych książkach poetyckich Cezarego Sikorskiego język ulega procesowi narastającego „upoetycznienia” (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Staje się bardziej komunikatywny, plastyczny, wchłania w siebie więcej obrazów i przetwarza je w sposób czytelny dla szerszego kręgu odbiorców, niż wcześniejsze tomy tego autora – jeśli wspomnieć chociażby Monadologię stosowaną czy nawet Pięćdziesiąt cztery sonety. Nadal oczywiście jest to poezja wymagająca, złożona i „gęsta” – wypełniona kulturowymi, filozoficznymi odniesieniami, ale jednocześnie rejestrująca ludzkie, codzienne, życiowe sytuacje, widoki i powidoki. Chwilami mocno zbliżając się do prozy poetyckiej lub traktatu filozoficznego – nigdy nie wybiega jednak poza granicę liryki. Poeta w bardzo oryginalny sposób konstruuje rzeczywistość Południka: realność zostaje tu odtworzona (odbita) w świecie pojęć i znaczeń. Cezary Sikorski odważnie sięga po popularne, czytelne dla odbiorców desygnaty: lustra, groby, schody, rośliny, kościoły, ruiny starych budowli... Odważnie – ponieważ nie wykorzystuje okazji do popisywania się; nie walczy o to, by już od pierwszej chwili nadać im zupełnie nowe znaczenia symboliczne. Wręcz przeciwnie – garściami czerpie z literackiej i artystycznej tradycji. Na przykład lustra są dla niego strażnikami zapamiętanych wydarzeń (O czym nie chcemy pa- Kamil Trombik F ilozofia śmielej otworzy się na dialog z nauką, albo nie będzie jej wcale. Parafrazując słowa francuskiego pisarza A. Malraux mogę narazić się na zarzut protekcjonalności. Z drugiej strony trudno nie odnieść wrażenia, że szlachetnie umiłowanie mądrości – o ile pragnie pozostać częścią intelektualnie ożywczego dyskursu – nie może obejść się dziś bez pomocy szkiełka i oka przedstawicieli świata science. Truizmem wydaje się teza, iż korzenie nauki współczesnej tkwią historycznie w filozofii. Nie do końca jednak jasne jest, jak w chwili obecnej refleksja filozoficzna miałaby ustosunkować się do swoich dorosłych, samodzielnych już dzieci. Dzieci, które przynajmniej od czasów Newtona konsekwentnie rezygnują z ideału wiedzy wzorowanym na wielkich narracjach metafizycznych, równie mocno oddalając się także od swobodnych, poetyckich sformułowań dziedziców filozofii epoki romantyzmu. Wydaje się, że filozofowie są obecnie skazani na dialog z naukowcami zwłaszcza ze względu na podzielane zainteresowania badawcze, dotyczące np. narodzin życia na Ziemi czy zdolności poznawczych naszego gatunku – że pozostaniemy tylko na gruncie wybranych zagadnień z zakresu chemii, biologii i nauk o umyśle. A to przecież dopiero wierzchołek 40 góry lodowej! Omawiana tutaj książka Darwin, Bóg i sens życia stanowi doskonały przykład literatury filozoficznie inspirującej, prowokującej pytania i uświadamiającej rangę problemów, z jakimi mierzy się współczesna filozofia biologii. Autor, Steve Stewart-Williams, to zdeklarowany ewolucjonista. „Niebezpieczna idea Darwina” pociąga go równie mocno, co przekonanie o tym, iż życie – rozumiane tu jako suma procesów fizykochemicznych przebiegających w organizmach – nie ma pozabiologicznego sensu ani celu. Świat organiczny jest produktem doboru naturalnego, a pochodzenie 40 Migotania 53 miętać żłobi rysy w ich twardej substancji czytamy w wierszu „Lustra”). Język, a dokładniej pismo, staje się kodem, nie tylko służącym do porozumiewania się, ale przesądzającym o utożsamieniu z pewną grupą czy społecznością. (…)więc błądzi ten który wraca spod Troi:/ może zapomniał achajskie pismo?/ może oduczył się czytać? - taką puentą kończy się „Achilles w bibliotece”. Zapomnienie pisma (mowy) jest równoznaczne z wykluczeniem. I jeszcze jeden przykład: kwitnąca łąka staje się synonimem życia – i kontrastuje ze śmiercią upolowanego na niej zająca („Ja i mój pies”). Mamy zatem w Południku znajome pojęcia w znajomych rolach, ale takie ich użycie okazuje się zabiegiem przewrotnym. Sięganie po znajome desygnaty i przeszczepianie ich na grunt tej poezji wraz z całą „siateczką” znajomych czytelnikom pojęć i odniesień jest zabiegiem celowym i znakomicie przeprowadzonym. Oto utrwalone w kulturze motywy wraz z bliską czytelnikowi symboliką stają się zaledwie podstawowymi narzędziami, przy pomocy których podmiot liryczny buduje dopiero właściwą – filozoficzną – część zamieszczonych w tomie wierszy. Przedmiot, miejsce, motyw staje się zatem tą częścią lirycznego kodu, która ułatwia zrozumienie; niejako „tłumaczy” abstrakcyjne pojęcia na dostępny człowiekowi język. Przemieszanie i równorzędność dwóch dróg doświadczania świata (zmysłowej oraz intelektualnej) widać najwyraźniej w „Pochwale bezsensu”: Któryś z jego przechodniów głosił/ że wiara najjaśniej świeci w ciemności/ że nie ma podparcia nie ma zamiaru i nie ma żadnego planu/ w naszym ogrodzie nie liczy się nawet dowód z ruchu/ bo każdy spacer prowadzi donikąd alejki, trakty... idziemy/ a nawet rozmawiamy lecz to wyłącznie złudzenie drogi. W tym samym wierszu pojawia się także wspólnota winy przemieniająca się w komunię śmiertelności. Podobnych – niezwykle celnych, zatrzymujących czytelnika – zauważeń można byłoby wynotować z Południka wiele. Mimo niewielkiej objętości, nowy tom Cezarego Sikorskiego jest mocno zróżnicowany. Znajdziemy w nim zarówno osobne utwory, jak i mini-poematy, a nawet cykl siedmiu rozważań powiązanych wspólną formą tytułów (m.in. „Aby zapomnieć”, „By dać cokolwiek” oraz „Aby pokochać”). Przywoływane obrazy i sytuacje oscylują między potężnym wszechświatem, a małym kawałeczkiem rozbitego lustra, który przyjmuje na siebie rolę nowego kosmosu. Krążą także między wspomnieniami z podróży podmiotu lirycznego (do Orvietto – śladami Herberta, do San Galgano i Paryża) a trudnym, intymnym, kameralnym wspomnieniem ostatnich chwil umierającego ojca. Południk zrównuje abstrakcję i realność. Nie ma granicy między przedmiotami a pojęciami filozoficznymi. Tak jak południk nie łączy/ lecz dzieli, w świecie z tego tomu ruch sąsiaduje z bezczynnością, mowa z niemożnością wysłowienia zjawisk, trwałość ze zmianą (jako forma zmiany, ruchu postrzegana jest tu także śmierć). Co ciekawe – ta rzeczywistość nie jest zdehumanizowana. Przenika ją niezwykłe poczucie indywidualności, która – choć nie przynosi człowiekowi zwycięstwa – pozwala mu jednak odcisnąć własne piętno choćby w skali mikro, w skali jednostki: Lecz nie ulegaj złudzeniu: nie nic to będzie/ lecz truchło które popęka wedle twojego wzoru/ i kruszyć się będzie na części wyłącznie z twojej//postaci. ANNA MARIA MUSZ Cezary Sikorski, Południk, il. Mark Burrier, Cezary Sikorski, Alexandra Hinz-Wladyka. Wyd. Zaułek Wydawniczy „Pomyłka”, Szczecin 2016, s. 39. S. Stewart-Williams, Darwin, Bóg i sens życia, Dlaczego teoria ewolucji zmienia wszystko, co (myśleliśmy, że) wiemy życia można przekonująco i wyczerpująco wyjaśnić bez odwoływania się do interwencji Stwórcy. W książce, liczącej w polskim wydaniu prawie 400 stron, na które składa się łącznie czternaście rozdziałów, autor stawia sobie za cel dokonanie analizy implikacji teorii ewolucji dla trzech podstawowych problemów filozoficznych: 1. Ewolucja a istnienie Boga. 2. Ewolucja a miejsce człowieka w naturze. 3. Ewolucja a moralność (problem dobra i zła). Stewart-Williams stawia tezę, że teoria ewolucji oddziałuje na rozumienie tradycyjnych problemów z zakresu teodycei, antropologii czy etyki, radykalnie modyfikując dotychczasowe rozwiązania proponowane przez filozofów, od lat zakorzenione w zachodniej kulturze i religii. Podtytuł recenzowanej publikacji brzmi zresztą How Evolutionary Theory Undermines Everything You Thought You Knew. Na marginesie prowadzonych rozważań Stewart-Williams zdecydowanie daje do zrozumienia, że zasada ekonomii myślenia nie powinna być wyłącznie ideałem postępowania badawczego naukowca, lecz także filozofa. Filozofa, który w związku z tym powinien pożegnać wielkie narracje teizmu, antropocentryzmu czy teleologizmu. Można nie zgadzać się z autorem. Stewart-Williams zapewne nie miałby nic przeciwko dyskusji z oponentami. Trudno jednak nie zwrócić uwagi na konsekwencję, jaką kieruje się w swoim myśleniu. Książka prowokuje mimo to wiele pytań, na które – jak przypuszczam – nie uzyskamy jednoznacznych odpowiedzi ani dziś, ani w najbliższej przyszłości. Spory i polemiki toczyć się będą dopóty, dopóki nie zniknie nasza ciekawość świata, tak kluczowa dla rozwoju nauk szczegółowych i filozofii. Nawet przyjmując za autorem pewne rozstrzygnięcia, dotyczące problemu istnienia Boga czy miejsca człowieka w przyrodzie, nadal wątpliwości budzić będą chociażby kwestie związane z etyką i moralnością. Inna sprawa, że sama teoria ewolucji bywa różnie interpretowana. Różnice w poglądach na przebieg procesów ewolucyjnych dzielą wielu badaczy. Ewolucjonizm R. Dawkinsa niekiedy trudno byłoby pogodzić na gruncie biologii z ewolucjonizmem S.J. Goulda czy D.S. Wilsona, zaś na gruncie filozofii chociażby z poglądami P.T. de Chardin, piszącego o Chrystusie jako celu kosmicznej odysei stworzenia. Ewolucjonizm ewolucjonizmowi nierówny – ba! – wydaje się, że nasz rodzimy paleontolog, prof. Jerzy Dzik wcale nie przesadzał pisząc przed laty w swojej książce Dzieje życia na Ziemi, że „pojęcie ewolucji nigdy nie miało dostatecznie precyzyjnego znaczenia, by można się nim bezpiecznie posługiwać na gruncie nauki […] Jest to przykład pojęcia rozciągliwego, pojęcia z gumy”. Jak dalece można tę gumę rozciągać? I dalej: gdzie leży granica między naukową wizją rzeczywistości a filozofią? A może obydwa dyskursy są na siebie skazane? Choć książka Darwin, Bóg i sens życia nie próbuje odpowiadać na te pytania, to może inspirować do ich stawiania. I w tym właśnie (choć nie tylko!) widziałbym jej szczególną wartość. KAMIL TROMBIK tłum. P.J. Szwajcer, Wydawnictwo CiS, Stare Groszki 2014. K ażde miasto, każda miejscowość i każdy region posiada tego rodzaju stratyfikację: na jednego uznanego poetę z danej okolicy przypada co najmniej kilku o wiele mniej rozpoznawalnych. Tak też jest w przypadku Olkusza i okolic, skąd pochodzi między innymi Łukasz Jarosz, poeta doceniany i nagradzany, oraz Olgerd Dziechciarz, autor piszący od ładnych paru lat – poeta i prozaik zapoznany w o wiele mniejszym stopniu, co wcale nie oznacza, że mniej ciekawy. Znany jako spiritus movens konkursu poetyckiego im. Kazimierza Ratonia, a z literackiego netu jako Tytus Żalgirdas. Czemu służy podobna strategia wymiennego używania nazwiska i pseudonimu przy okazji autorskich publikacji, nie mnie oceniać, zwłaszcza że oba razem stanowią pewne pisemne wyzwanie (nagminnie z Olgerdem mylony Olgierd i brzmiące nieco „z litewska” Żalgirdas). O wiele bardziej interesuje mnie poezja, chociaż tutaj również nie do końca rozumiem, jaką funkcję w książce pełni osobliwa interpunkcja, jakiej jedynym znakiem przestankowym jest ukośnik stosowany zwykle do oznaczania cytowanego wiersza w tekście ciągłym, sprozaizowanym? Czyżby jej zadaniem było podkreślenie, że nie mamy co liczyć na nośne metaforyzowanie i zawiłe konteksty znaczeniowe? Tom MITYfikacje został podzielony na dwie części. Pierwsza nosi tytuł To tu, druga To tam. Taki podział wyraźnie ustawia optykę książki; w To tu znalazły się wiersze odnoszące się najczęściej do dnia codziennego olkuskiego poety, do konkretnych miejsc i postaci, z którymi najprawdopodobniej styka się bądź stykał, tworząc na użytek literatury własne, subiektywnie opisane i poetycko zmitologizowane opowieści. nie lubią tu obcych / obcym patrzą prosto w oczy / do momentu gdy obcy / opuszczą wzrok a nawet chwilę dłużej / (żeby nie podnieśli). Mowa o historii biznesmena Marcina B., który wziął się nie wiadomo skąd / i wybudował letniskowy dom / nie spuszczał wzroku i jakby nie było / to szczytem bezczelności / hardy był i pewny siebie. O tym, że źle skończył, nie ma po co dopowiadać. Wiadomo, „taka gmina”, ze swoim miejscem na Ziemi, zaludniona przez korowód lokalnych „herosów” w rodzaju doktora Feliksa K. od „pięciu tysięcy skrobanek”, puszczalskiej Haliny P., zapomnianej nauczycielki Leokadii B., Wańki-Wstańki, Heni i wielu innych współudziałowców „gminno-codziennych” opresji. Wszystkich bez wyjątku otrzymujemy „skoszarowanych” w konkretnym i charakterystycznym punkcie G., od którego poeta kreśli horyzontalną linię barwnych przypowieści o tym, jak „tu” jest. Czasem beznamiętnie, kiedy indziej mocno ironicznie, z niezwykle trafnym wyczuciem absurdu: nie można narzekać / tak jak jest znaczy tak dobrze / to nie było u nas Życie gęste, żarliwsze od dawna // kiedyś nie było nocnych / a teraz jak się chce / to i w środku nocy / można kupić co się chce / znaczy wódkę albo piwo / albo i to i to // mała jest nasza gmina / góra trzy i pół tysiąca ludzi / a mamy nocny sklep / do tego jest CPN / (inaczej się nazywa / ale wszyscy mówią CPN) / a ostatnio jeszcze Lewiatan / zrobili całodobowy // nie ma co strzępić języka / dobrze się żyje w naszej gminie // prawie jak za komuny. To skondensowany obraz pozornych zmian wywołanych przez zabiegi historii, które po ponad dwudziestu pięciu latach od upadku PRL-u nie zdołały wywołać jakiejś szczególnej zmiany w naszej mentalności. Nadal w znakomitej większości jesteśmy „demoludami”! W MITYfikacjach można jednak dostrzec także coś o wiele istotniejszego niż tylko finezyjny neologizm w tytule. Otóż mit jest tutaj jednocześnie mistyfikacją (mit-y-fikacją), przez co wszystko obróciło się w groteskową fikcję podobną tej ze znakomitego wiersza zatytułowanego „Jubileusz”: pani Leokadia B. nauczycielka języka polskiego / jest zasłużonym pracownikiem oświaty // tak wiele lat a jak z bicza trzasł / tyle roczników kto by uwierzył // mówią obyś cudze dzieci uczył / ona uczyła i z nikim by się / na życie nie zamieniła // doczekała pięknego jubileuszu / wręczono jej dyplom i bordową różę // od czasu do czasu pytają / czy wielu wdzięcznych uczniów / dzwoni do pani i do pani pisze // ale po prawdzie nikt nie dzwoni / i nikt do niej od dawna nie pisze. W części drugiej, w To tam przenosimy się w zupełnie inne rejony; w alegorycznie zagęszczającą się scenerię. O ile pierwsza część książki rozgrywała się w prowincjonalnym miasteczku po stronie „ciemnej, wywiniętej podszewki”, to im „dalej w las”, im bliżej „tam”, tym robi się bardziej mroczno. Kanwą dla wszystkich historii niespodziewanie staje się mitograficzny apokryf wyposażany w nieoczywiste (jeżeli weźmiemy pod uwagę zawartość pierwszej części tomiku) rekwizyty rodem z afrykańskich wiosek, dżungli i czarnoskórych plemion. Wygląda to na niekontrolowany „skok na główkę”, ale tylko pozornie. Rdzeniem tych nieraz okrutnych historii jest – podobnie jak w przypadku To tu – ludzka egzystencja w swoich nieskończonych odsłonach, tym razem odarta z kruchego, cywilizacyjnego sznytu: Matsonga był wodzem plemienia / którego nazwy już nikt nie pamięta // pamięć bywa zawodna w szczegółach / ale ogólny zarys historii zapamiętano // wódz plemienia bez nazwy / znienawidził własnych poddanych / bo byli krnąbrni i nie słuchali go // zorganizował więc wielką ucztę / i otruł RECENZJA Piotr Gajda wszystkich mieszkańców / swojej wioski // a potem długo panował / nad trupami i michami. Czy ciężarna kobieta, której trzej silni mężczyźni za karę (najpewniej za czyn dokonany wbrew wielowiekowej plemiennej tradycji, albo po prostu w trakcie etnicznych czystek) najpierw rozcięli brzuch, a niemowlę wrzucili do ognia, potem wyjęli z worka kota / i zaszyli go w jej brzuchu // znów miała w sobie życie / więc przestała krzyczeć, nie jest demonicznym alter ego wspominanej już Hanny P., która za żadne skarby / świata nie przyzna że się puszcza / i z rozwiązłego trybu życia / wzięła się piątka zaniedbanych synów // nie mówi też kto jest ich ojcem / rzuca krótko pewien sukinsyn / ale to mało precyzyjna odpowiedź / bo sukinsynów u nas nie sieją? Wspólną dziedzinę dla obu wariantów podobnych do siebie ludzkich przypadków i okrucieństw odnaleźć można w wierszu „Obyczaje”, który opowiada o pewnej wsobnej grupie etnicznej kultywującej kaziroctwo. Dlaczego? Objaśnia to puenta: skąd się wziął ten obyczaj / nie wiadomo // ktoś zaczął / ktoś inny się nie sprzeciwił // i wystarczyło. Po przeczytaniu najnowszej książki poetyckiej autora Autoświata i w ramach dokonywanego resume nasuwa się myśl, że Tytus Żalgirdas, w odróżnieniu od Bursy, najwidoczniej nigdy nie „miał w dupie małych miasteczek” (lub przynajmniej nie w ten sposób), skoro w niemal w reporterski sposób ukazuje ich egzystencjalną brzydotę. Nikt w nich nie próbuje odmienić swojego losu, ani kwestionować brutalnych praw, którym człowiek został podporządkowany w świecie, do którego cywilizacja dotarła tylko pozornie. Mimo to Żalgirdas nie usiłuje moralizować, nie stawia siebie w pozycji arbitra. Natomiast wyraźnie stara się deMITYtyfikować zło wydzierające z obu światów; w To tu poniekąd już obeznane, w To tam niemal organiczne. Tym samym wygrywa gem, set i mecz gdy boleśnie świadomy jego odwiecznej obecności, wydaje się powtarzać za Milanem Kunderą: Jaki to sędzia postanowił, że konformizm jest złem, a nonkonformizm dobrem? Czy przystosować się nie znaczy zbliżyć się do innych ludzi? Czy konformizm nie jest wielkim miejscem spotkania, do którego spływają zewsząd wszyscy, w którym życie jest bardziej gęste, żarliwsze? PIOTR GAJDA Tytus Żalgirdas, MITYfikacje. Dom Literatury w Łodzi / Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, 2016. s. 37. 41 Fot. Robert Gauer Gazeta Literacka 41 RECENZJA Anna Dominiak M ogą być różne. Klanu, braterstwa, płci, narodzin. Alegorycznie odnoszą sie do kosmologii, tłumacząc, skąd jesteśmy. Oprócz tradycyjnych form rolę totemów mogą odgrywać święte drzewa, gaje, menhiry. Scalają wokół wspólnego mitu, jednoczą. Najnowszy tom Beaty Patrycji Klary Obiekty totemiczne to książka, w której spotykają się motywy zainspirowane niezwykle odległymi tematami: Frida Kahlo, ludobójstwo w Rwandzie i formalne eksperymenty Władysława Hasiora. Takie zestawienie zadziwia, ale lektura tomu pokazuje, że przypadkowość tej konfiguracji jest pozorna. Poetka potrafiła odnaleźć między poruszonymi aspektami całkiem sporo powiązań. Uwidaczniają się one tak na poziomie treści, jak i formy. Frida Kahlo, na skutek osobistych traum opętana obsesją cierpienia i płodności, maniakalnie powracała do dramatycznych momentów własnego życia, przedstawiając surrealne wizje cierpiącego ciała, często złożone z domagających się objaśnienia elementów. Obrazy meksykańskiej malarki mogą przypominać instalacje Władysława Hasiora. Tak jak one hipnotyzują i nie dają o sobie zapomnieć. Opisy takich asamblaży anonsują kolejne części zbioru. Warto zauważyć, że zarówno obrazy Kahlo, jak i dzieła Hasiora, przypominają z kolei eksperymenty formalne, które sama Beata Patrycja Klary przeprowadza od lat w poezji i fotografii. Cały tom stanowi osobliwą instalację, połączenie słowa i obrazu, za pomocą którego autorka podejmuje próbę odsłonięcia interesującej ją prawdy o istocie zła, a także przeprowadzenia analizy jego skutków. Ale ta książka to także inspirowana stylistyką dziennika Fridy Kahlo wiwisekcja miłości i powiązanych z nią stanów, o czym traktuje odrębny rozdział zbioru. Powiedzieć o Obiektach totemicznych, że jest to książka szokująca, odważnie dotykająca spraw granicznych, nie byłoby niczym odkrywczym, bo to nie pierwszy zbiór, w którym gorzowska poetka zdradza swoją skłonność do nicowania obszarów ciągle jeszcze uznawanych za tabu. Tym razem również, podobnie jak w poprzednich tomach, kreśląc wizję mrocznej strony świata, posługuje się reporterskim warsztatem. Miłość to temat pierwszej części tomu, a w niej wyraziste, nawiązujące do dziennika Kahlo pełne patosu frazy przedstawiające mistykę pożądania i zespolenia. Kolejne fascykuły opatrzone fragmentami zapisków meksykańskiej artystki są tak intensywne, jak jej relacja z Diego Riverą. Rozgrywają się na pograniczu jawy i snu, wyraźnie inspirowane barwami jej płócien: malachitową zielenią, amidową czernią, cynkową bielą. Wszystko w mitycznej, pierwotnej przestrzeni wypełnionej symbolami i archetypami. Miłość i namiętność w swoim ekstremalnym nasileniu zbliżają się do śmierci, kaleczą i naznaczają strachem. Są nieuchronne i ostateczne jak śmierć. Jednocześnie otwierają perspektywę przyszłości, której nie zamyka żaden kres: Zaczniesz się zapisywać, układać w fałdach skroni, znaczyć kolejną zmarszczką gdy na chwilę znikniesz. Będziesz utrudniał spanie, przyspieszał poranek i ssanie palca odradzał u dziecka. Wygłosisz plany odległej żeglugi uparcie dowodząc, że za każdym morzem znajdziemy krajobrazy godne naszych oczu. („Fascykuł piąty”). Kolejny komponent poematu podzielony jest na dwie części: „Wylęgarnia” i „Porywacze płodów”. Teksty tu zawarte, utrzymane w konwencji poetyckiego thrillera, zawierają nawiązania do reportaży odsłaniających makabrę starć między rwandyjskimi plemionami Tutsi i Hutu. Wśród nich zwracający uwagę wiersz o spalonej żywcem Aurorze Kirezi: Jestem dzieckiem. Jestem z plemienia. Ja nie wiem co to być dzieckiem. Ja nie wiem co to plemię. Nie żyję. Nie mam grobu. Popiół. Migotania 53 można odczytać jako komentarze do wstrząsających scen ludobójstwa. Pisane wydłużoną frazą, narracyjne, z wyraźnym zastosowaniem retoryki uwznioślającej. Warto też zwrócić uwagę na jedną z ilustracji tej części zbioru: rozpłomieniony afrykański pejzaż, a na jego tle fragment wstrząsającego obrazu Kahlo „My Birth”. Plastyczna strona książki, w interesujący sposób podkreślająca aurę tomu, zawiera również znane z wcześniejszych zbiorów Klary motywy lalek, płodów, korpusów, rytuałów pogrzebowych, a także obrazy cmentarzy, ossuariów, krzyży. Tytułowe Obiekty totemiczne to komponent ostatniej części zbioru. Próba dookreślenia, czym są totemy, gdzie mogą się kryć i jaka jest ich funkcja: 42 Ciekawa jest w tej części zbioru różnorodność zastosowanych perspektyw: patrzymy okiem umierającego zwierzęcia, anonimowego tłumu, czy też przyjmujemy spojrzenie przerażonego dziecka. W kilku kolejnych odsłonach objawia się sprawca, nazywany tu Rozpoznawalnym. W jednym z tekstów, niczym w czarnym palimpseście, spod tragedii Rwandy wyłania się motyw Auschwitz, być może jako próba odpowiedzi na kwestię unde malum (w tym miejscu dzieło jednoznacznie ociera się o wymiar uniwersum). Wiersze budujące drugą część tomu 42 To, co dalekie, spotyka się blisko mogą być obecne w narzędziach i broni. W łyku ciepłego płynu lub posążku przodka. Wypełniać opakowanie. Stwarzać je i dzielić. Napominać kobiety by nie tkały dywanów i chłopcom odbierać jeszcze nagie włócznie. Zbiór zamyka „Wyliczanka przysenna”, do której ponownie wprowadza cytat z dziennika Kahlo. Imperatyw: Nie pozwól by uschło drzewo którego jesteś słońcem łączy krótkie formy, którymi Beata Patrycja Klary kończy swój poemat o totemach. Sposób ujmowania zawartych tu treści jest charakterystyczny dla pisarstwa B.P. Klary. Poetka posługuje się formą synkretyczną, łączy liryzm z narracyjnością, ezoteryczną metaforę z brutalną relacją reportażową. Jest jednocześnie w dykcji tego tomu jakaś melodyjność, w której czuły słuch uchwyci dalekie pulsowanie rozgrzanej ziemi. Liryczna transpozycja dziennikarskiego ujęcia bynajmniej nie łagodzi dosadności ukazywanych obrazów. Przeciwnie - racjonalne, a jednocześnie wyrafinowane użycie słów raczej ją wyostrza. Poetyckie zagęszczenie motywów składających się na ten świat pozwala zbliżyć się do jego porażającej prawdy. Odniesienia, do których nawiązuje w swoim tomie autorka, wyraźnie osadzają te wiersze w jej artystycznych fascynacjach, o których otwarcie mówi. Warto zauważyć, że w postrzeganiu Beaty Patrycji Klary zło i cierpienie mają jakiś niepokojący, estetyczny walor. Im dłużej wędrujemy meandrami jej poetyckich tropów, tym więcej odkrywamy między nimi bardziej lub mniej czytelnych zależności. Takie zwielokrotnione zakodowanie sensów czyni z Obiektów totemicznych książkę o bogatej fakturze znaczeń, poruszająco głęboką i nieoczywistą zarazem. ANNA DOMINIAK Beata Patrycja Klary, Obiekty totemiczne, Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin 2015., s.62 SZTUKA Mateusz Wabik O MATEUSZ WABIK Obrazy Beksińskiego w Nowej Hucie 43 Fot. Robert Gauer d jakiegoś czasu istnieje przekonanie w Krakowie, że Nowa Huta to pustynia kulturalna. Nie ważne koncerty orkiestry Glenna Millera w latach 50-tych, nie ważny Szajna w Teatrze Ludowym, nie ważny NCK jako miejsce prób wielu zespołów w tym jazz rockowego Laboratorium. Z Nowej Huty także wywodzi się pierwszy krakowski zespół heavy metalowy, który podpisał kontrakt w latach 80-tych i wydał płytę. Chodzi mi o Voodoo. Jednakże takie postrzeganie Nowej Huty może się zmienić, gdyż jakiś czas temu Nowohuckie Centrum Kultury wzbogaciło się o stałą wystawę obrazów Zdzisława Beksińskiego, którą otwarto 7 października 2016. W dwóch pomieszczeniach kilkupoziomowego centrum kultury można obejrzeć 250 prac nie żyjącego artysty, który nie dawał tytułów swoim obrazom by nie narzucać interpretacji. W jednym pomieszczeniu na drugim piętrze znajdują się obrazy. Dokładnie 50. Sala jest dosyć mała, ale jak byłem kilka dni po otwarciu wystawy, przekonałem się, że pracownikom galerii udało się osiągnąć w niej porządny, kontemplacyjno-nastrojowy klimat. Sala ma czarne ściany, jest w niej ciemno, tylko punktowe reflektory dokładnie oświetlają obrazy, które wiszą dookoła sali i wewnątrz na ścianach, które można obejść w obie strony. Do tego słychać minimalistyczną, klimatyczną muzykę pełną pogłosów od uderzeń w bębny. Do tego obrazy żywcem wyjęte z koszmarów sennych, niektóre średnie, niektóre zastanawiające porażają gdyż widzi się na obrazach rozpadającą się cmentarną ziemię, śmierć, rozpad, zgniliznę, zdeformowane twarze bez oczu, za to z ustami. Wiele z tych obrazów widziałem w albumach, jednakże w galerii widziałem je pierwszy raz, ponieważ przyznam się, że nie interesuję się specjalnie malarstwem, sporadycznie oglądam albumy, a galerie odwiedzam rzadko. Jednak obrazy Zdzisława Beksińskiego dawno zwróciły moją uwagę – a zaczęło się od tego, że w pierwszej połowie lat 90-tych na wycieczce szkolnej w liceum ktoś miał jego album. Pamiętam, że w kilka osób oglądaliśmy ten album i prześcigaliśmy się w opisach i interpretacjach niezbyt zrozumiałych wówczas dla nas obrazów. Jednakże ktoś na głos przeczytał komentarz Beksińskiego zamieszczony w albumie, że ich nie należy interpretować. Wtedy szczerze się uśmiałem, bo nasze spostrzeżenia i dywagacje szły w kierunku przeciwnym zupełnie do intencji malarza. Kiedy oglądałem obrazy w galerii NCK przyglądałem się im z bardzo bliska, nawet pilnowałem się by nie poślinić palca i nie potrzeć płyt z obrazami, gdyż w świetle punktowym wyglądały świetnie jakby były wyświetlane na ścianach, a miałem w pamięci to, że w Krakowie w hali byłego dworca PKP jakiś czas temu otworzono wystawę obrazów Van Gogha, a raczej wystawę reprodukcji multimedialnych tych obrazów. Do dzisiaj nie wiem co może być frapującego w oglądaniu obrazów komputerowych w galerii. W drugiej sali NCK-u o białych ścianach do której trzeba zejść po schodach w dół widzimy mnóstwo rysunków, szkiców, trochę zdjęć wykonanych przez Beksińskiego. Wśród rysunków wychwycić się da sporo takich, które klimatem beznadziei i nihilizmu, a także wszechobecnej świadomości zagrożenia ze strony techniki, erotyki nieco przerastają wizje malarskie, także są łatwiej zrozumiałe. Wśród zdjęć znajdują się kobiece akty, zdjęcia różnych obiektów w przestrzeni miejskiej i podmiejskiej. Do tego galeria w Nowej Hucie zadbała o to by można w galerii obejrzeć 10-ominutowy film biograficzny dotyczący artysty, z którego się można dowiedzieć m.in., że kiedyś w Krakowie Beksiński studiował architekturę na Politechnice Krakowskiej, a także o tym jak Beksiński podzielił znawców malarstwa awangardowego w latach 70-tych kiedy zaczął tworzyć obrazy fantastyczno-symboliczne. Dodać należy, że kolekcja obrazów Beksińskiego pokazana w NCK-u pochodzi z kolekcji Anny i Piotra Dmochowskich, same przygotowania do otwarcia galerii trwały dwa lata o czym można przeczytać w „Co jest grane 24” leżącym przed wejściem do galerii obrazów. Ekspozycję przygotowano według mnie perfekcyjnie, klimatycznie i wydaje mi się, że zarówno koneser sztuki, znawca dzieł Beksińskiego, czy ktoś kto się sztuką z rzadka zajmuje będzie usatysfakcjonowany wystawą w galerii. Poza tym 10 zł za obejrzenie obrazów Beksińskiego to cena dosyć przystępna, dla porównania obejrzenie multimedialnej wystawy dzieł Van Gogha kosztuje, bagatela, 50 zł!!! Gazeta Literacka 43 POEZJA Elżbieta Musiał Mówię pochyloną cambrią 1 cz. poematu 1. Czwarty wymiar A jednak ciało. Kulę się w sobie, aby nie stanąć w cztery oczy z patrzącym, który doskonale mnie nie widzi. Przymus bycia obiektem krępuje ręce. Jestem odrzuceniem. Jestem kłębkiem w swoim brzuchu, własnym dzieckiem, które nie chce się narodzić, a wykluć się musi. Matką własnego ciała szukającego w sobie ujścia. I zagnanym w kąt zwierzęciem. Jestem twoją rzeźbą1 i nie mam twarzy, choć nosiłam kiedyś szaroniebieskie oczy. Nawet cień erotycznej przyjemności został odjęty. Teraz chowam wstydliwą krzywdę odrzuconej kobiety. Unieważnienie ciała to jest brak dotyku w spotkaniu z Innym. (Akty sygnowane: Katarzyna Kobro). Sama nie mogłaś w to uwierzyć: wyparłaś ciało z rzeźby, a ono powróciło głodne, chłodne i bite. Mięso potrzebuje chleba, a z kromką krucho. Ciemna piwnica a może czarna dziura i głuchy głos zwrócony do ściany: Jestem matką – więc cierpię, jestem rzeźbiarką – tym gorzej, lepiej nie być kobietą. Potem już tylko skrzypiące drzwiczki paleniska i w popiół obracałaś drewniane dzieci2 . Przez chwilę było ciepło. On nie zrozumiał aktu rozpaczy. Grzał przy ogniu jedyną rękę, bo drugiej już nie miał3 . Na ołtarzu płonęła logika sztuki, matematyczne rozgrywki z płaszczyznami i przestrzenią, prysł prymat rozumu. Proporcje 8 do 5 znowu się sprawdziły. I nastała przestrzeń zimna, do której otworzyłaś za młodu ramiona. Wiało przez świat, ciebie, Innego i instalacje. Inny to jest ten bliski człowiek, który chciał cię zmienić w Takiego Samego. Zdejmował z ciebie ciało, jedyną różnicę. Potem wiatr historii przyłożył rękę. Gdyby nie życie bajek o zmroku nad łóżkiem córki, milczenie i okładanie mężowskim szczudłem byłoby domem. Dopiero cisza nazywana martwą wyjawiła sprawę istnienia kobiety u boku. A był czas, że poprawiał ortograficzne po tobie, wymyślał ci czapki i słuchał, jak powtarzasz po Luce4: „Różnica seksualna powinna realizować się w spotkaniu z Innym”. Od pierwszej lekcji nosiłaś w sobie zalążek nowego. Radykalność otwierała bryłę na przestrzeń. Kilka prostokątów wyciętych z kwadratu Malewicza i jedna płaszczyzna falista. Coś z muzyki i matematyki. I jeszcze kolor dla dematerializacji. Jedna blacha biała odpływa, a obok niebieska dla rozbicia monolitu. Lekkość na wskroś ukonstytuowana. Najtańszą czerwienią rysuję usta, tak jak ty przed wyjściem z domu, aby nie być powietrzem. Wiszę wbrew prawu ciążenia. Jestem owalnym kamieniem5 wspartym o pręt cienki jak nitka. Jedna z nieludzkich planet ludzkiego układu krążenia. Lewituję dzięki twojej wyobraźni i sprawdzam na sobie czwarty wymiar6 . Przez Euklidesowy już przeszłam i nie chcę tam wracać. Wstąpiła we mnie nad wyraz odwaga. O 10 lat wcześniej od samego Miro i Picabia. Centre Pompidou stanęło otworem. Vasily Kandinsky patrzył na rzeźby jak na objawienie liczby. A ty brałaś nauki survivalu w wychudłym krajobrazie i notowałaś pamięć w szarym zeszycie. Czarne myśli lgną do szarego. 44 Brak emocji w rzeźbach. Może życie przejrzało się w ich zwierciadle, może najpierw kochałaś za mocno na dobre, a potem złe przyszło. Może w cieniu Innego nie było łatwo. Gdybyś poczekała jeszcze chwilę ze swoją młodością. Twój czas teraz nastał. Ciąg Fibonacciego to jest stroma piramida liczb, na której nie spocznie serdeczny ptak. Pochłania go zaraz przestrzeń, w którą wnika i która wsiąka w niego. 44 Migotania 53 Doskonała liczba i nieśmiertelna. Oto, czego nie ma ciało. Codziennie potykałaś się o jego kalectwo. Brak ręki zastąpił skrzydłem, w miejsce nogi wstawił lotkę. Tobie oddał własny ból fantomowy. Ciąg Fibonacciego to jest stroma ucieczka na szczyt z instynktem formy, a potem nieskończenie wiele zejść zachodnią stroną już w ciele Syzyfa. Na nogach sine miejsca po odmrożeniach. W Wilejce zero bezwzględne jest absolutne, a ty bez pończoch woziłaś na sankach drewno z lasu i Innego do szkoły. Mężniałaś, mężem nie będąc. Gdyby staruchom nie wrastały paznokcie do bólu, córka nie miałaby mleka. Dobrze, że staruchom wrastały paznokcie. Wzrost metr sześćdziesiąt cztery i wyczyny pływaczki. Zastygasz jeszcze czasem w tym bezruchu wyjętym z Nowosielskiego. Od Strzemińskiego czapka wsunięta na głowę łamie stereotyp ulicy. Strzemiński to jest ten Inny, który chciał z ciebie zrobić Takiego Samego. W zamian strugałaś mu kredki, nabijałaś blejtramy. Błądzisz po wysypiskach i szukasz tożsamości7 , jak kiedyś wyrzuconych rzeźb8 . Wiała przez nie w piwnicy ciemna obojętność. Kotki, pieski i lalki z trykotowymi główkami sprzedawały się lepiej. Aż wreszcie udaje się zejść ze stromizny ciągu Fibonacciego. Płeć jak nieoperacyjny nowotwór. Jeszcze tylko złote zęby wypchnąć z dziąseł na czarną godzinę dla Niki. Gazety milczą. Na pogrzebie pustki. Te błękitne kwiatki nie są od Innego. Na grobie przysiadł smutek rzeźby i czasem przylatuje mysikrólik. 2 cz. poematu 2. Reinkarnacje, czyli prawdy i kłamstwa Może dlatego z każdą odsłoną słowa więcej widziałam ciebie i wiatru, który bez gniazda i zapewne już nadciąga od północnego wzgórza. Jak to możliwe, że ciała nie przepełniły jeszcze czeredy nocnych motyli. Czeredami nazywają gromadki zwierząt o kruchych sukienkach rozsiadłe w wierszach. Nocne motyle upuszczają w nich na pastwę nasze cienie, które nim dogasną, niosą na swoich skrzydłach płomień świecy. Ciało. Nagość luster zaczyna spoglądać z precyzją lancetu. Zawsze coś zastępuje coś. A ze spokojem powtarzałeś: nigdy nie mów „na zawsze”. Tak powstało słowo „wszystko”. Wtedy łatwiej było uwierzyć w wędrowną chwilę, ona z jakiegoś powodu sama się w nas hoduje i urasta. Niczym samorodek. Najpierw wymyka się zieleń i liść przeszywa powietrze w trzecim dniu stworzenia. Dopóki „wszystko” nie staje się znów chwilą, tym razem nawołującą zza chłodnego wzgórza. Krótszą i coraz krótszą. Nawet mgnieniem, po które upomni się nagły, północny wiatr. Północny wiatr to jest nieśmiertelny oddech wybiegający naprzeciw śmiertelnych ciał. Zawsze ktoś pierwszy, zawsze ktoś kogoś opuszcza. Dziś przesłałam ci przez sen ekskluzywny zapach. Drogocenna esencja irysów miała zwabić palce. Pogubić je w zakamarkach skóry i obojgu przynieść choćby ulotne zapomnienie. dotyk, połknął go północny wiatr. Takie chwile sznurują usta. A ja ceniłam sobie weryzm nawet w intymnych sprawach. Różniliśmy się liryczną narracją. Dostawiłam list do skroni. Wypalił. Odjechałam, porzucając obu. Lecz wcześniej spakowałam swoje 43 lata. Los się we mnie odezwał, nietymczasowy, zachłanny, mój jak nic bardziej. Wraz z księżycem stałam w samym środku XII domu horoskopu. Rozmyślałam tej nocy o przeznaczeniu i o Elinor. Tylko jej jednej zazdroszczę. Tak, Elinor, nosiłaś niesyte piersi, które pod jego dłonią tylko stawały się brzoskwinią. Płynę do brzegu, na którym mieszka wszystko. Żegnałaś się z nim tylko raz i opuszczałaś raz tylko, co dało zdarzeń dwukrotność. Już ci mówiłam, jesteś okrutna, Elinor. Bo on wciąż zmierza do ciebie przez epoki i wodorosty. Wiedziałaś, że tylko rozstania są szansą. Nad ranem w google wrzuciłam Elinor Wylie9 . Nie przeszkadza wam nawet różnica wieku. Rok 1928 i twoje 43 lata. Elinor, on polubił już smugę po tobie, umie ją zaśpiewać. Jesień i odejścia to dla wierszy dobra rozpacz. Odtąd każdej cząstki ciepła, każdej wypukłości i klęski szukać będzie na skórze innych kobiet. Nie przestanie nawet wtedy, gdy opuszki podupadną na duchu i będą milkły od wiatru zza chłodnego wzgórza, pod nim zasadziliście kamień, jak coś w nietrwałości trwałego. Podstępnie przywołał nieznany mi klimat Ziemiańskiej z 33. roku. Teraz rozumiem zwiadowcze pytanie: czy lubisz kobiety? O tak – przytaknęłam – jak się lubi piękno. Czy w pustkę odwróconą mam dziś szepnąć, że nigdy ani z Elizą, ani z Anną w ten sposób. A jeśli to niepamięć tamtej prawdy z wcielenia poprzedniego, a ty z tych samych powodów nie wiesz, że wtedy byłeś kobietą. Niebieska pastylka już prawie nad ranem. Próba małego morderstwa obrazów w dużej ciemnej nocy, rojonych i nieskończenie samotnych. Boli mnie już niejedna bezgwiezdna. Boli. Wiatr zza chłodnego wzgórza to jest nieśmiertelny oddech, wybiega nam naprzeciw i mroczy życie. Zawsze ktoś pierwszy, zawsze ktoś kogoś opuszcza. Znów odnalazły mnie listy puszczone w moje morze, jego wody są osiągalne tylko w jeden sposób. A jednak mi to uczyniłeś. Teraz one zastępują mi Eliota, u którego od ciągłego szukania pomieszały się kartki. Ziemi jałowej potrzebny byłby własnoręczny remont. A mnie opuściły siły. I z ich braku stwarzam imienną ostateczność. Nikłą garstkę zaciskam w sobie, jakbym umiała być żyzną glebą, w której odrośnie wasz kamień, Eli. W nietrwałym świecie nie ma nic trwalszego. Powracam i wertuję na nowo, mieszam frazy i słowa, czy coś nie schowało się pod farbą Rapsy. Listy rozpoznają już moje ciepło. Wygrzewają w nim błąkające się cienie kochanków z Saturnem w herbie. Sprawdzam puls. Nikły jak zieleń na okładce, ale tej schyłkowej, nad którą trzeba się wreszcie zastanowić. Tyle razy milczeliśmy o tym. Powiało od kartek. Pokochałam spleen w sobie. Mam teraz na własny użytek prastary meteor, który błądzi i szuka ujścia. Otworzyłam kolejny dzień i tylko lekki niepokój przemknął po ziemi mimo. Teraz jestem jakby lżejsza o odjęte skrzydło drugie. Elinor, czy tylko w poematach posuwałaś się do niewyobrażalnych pytań? Na przykład: a jeśli to rzeka odebrała mi ciebie? Może wody Styksu nie dają nam stóp zanurzyć o wspólnej porze? Dziś położyłam książkę do góry nogami. Imię niby to samo, a nagle odległe. Powiedz, czy to coś znaczy? Czas jest po twojej i jego stronie, Elinor. Zrozumiałam to, gdy przyszedł sen, ale nie do mnie. Choć śniło mi się, że on idzie do ciebie, by stopić na twoim dojrzałym łonie śnieg. Ale na Boga, uważaj. To niebezpieczny poeta. Jego wiersze rozchylają usta do pary, czytasz jak z ręki ku zgubie. Będziesz ufnie spacerowała po linie, gdy nagle otworzysz oczy i obarczona ciałem poznasz ten lęk. Elinor, tylko tobie mogę powiedzieć, co mi uczynił. Choć może to nie mnie, a wyłącznie tobie. Pogubiłam już wątki, pomieszałam ślady i nie wiem, gdzie ty się kończysz, a gdzie ja zaczynam. Czasem czuję się tobą, może tobą kiedyś byłam. Potem napisałam krótkie: bywaj, choć czułość wciąż sadowiła się na koniuszku języka. Pogoń za głębią uchyliła puste morze, jego wody osiągalne są tylko w jeden sposób. Już nie byłam sobą, zgubiłam gazelę wyprężoną w somie. Ze skóry spadł Pierwsze akty rzeźbiarskie Katarzyny Kobro z roku 1925 były przez nią numerowane: 1, 2, 3 itd. W 1948 r. pojawiła się nowa seria brył obrazujących kobiety. Akty u tej rzeźbiarki należały do rzadkości. Traktowała je jak twórczość rodzinną, wypoczynkową i osobistą. Mówiło się, że aktami zaprzeczyła głoszonej przez siebie idei wyzwolenia rzeźby od ciężaru zamkniętej bryły i wyprowadzenia jej w przestrzeń (abstrakcyjne kompozycje przestrzenne). Sama Kobro w aktach upatrywała odniesienia do umysłu kobiecego. Do historii przeszło już jej zdanie: „Czynność rzeźbienia aktu daje emocje rzędu fizjologicznego lub seksualnego, ja rzeźbię z natury tak jak idzie się do kina, by lepiej wypocząć”. 2 K. Kobro po domowej awanturze i zarzuceniu jej przez męża, Władysława Strzemińskiego, że nie ma opału i nie ma na czym ugotować dla córki, spaliła swoje drewniane rzeźby z lat 1925 – 1928. Zdarzyło się to podczas II wojny światowej. 3 W I wojnie światowej Władysław Strzemiński stracił rękę, nogę i wzrok w jednym oku. Katarzyna Kobro opiekowała się nim i ich córką, Niką. Była akwizytorką, pielęgniarką, kucharką i pomocą techniczną dla męża artysty. To ona w czasie wojny dbała o dom, zdobywała opał i jedzenie. 4 Luce Irigaray pisała, że różnica seksualna powinna realizować się w spotkaniu z Innym, w spotkaniu, które nie znosi różnicy, lecz ją potwierdza. „Jest [w takiej relacji] wzajemna akceptacja inności drugiego, jego nieredukowalnej autonomii, jest respekt, a nawet więcej: zachwyt”. 1 5 Konstrukcja wisząca (1) Katarzyny Kobro, 1921, oryginał zaginął, rekonstrukcja z roku 1972. 6 Czwarty wymiar w sztuce to nic innego, jak identyfikacja podmiotu i przedmiotu, czasu i przestrzeni, materii i energii. Uważa się, że Katarzyna Kobro wprowadziła matematykę do sztuki. Jej interpretacja względności i czwartego wymiaru w kompozycjach przestrzennych przyniosła niespotykane wcześniej rozwiązania w rzeźbie. Zespoliła ją z przestrzenią w jeden organizm, który nigdzie się nie zaczynał i nie kończył. Była prekursorką rzeczywistości wirtualnej, niejako przewidziała grafikę komputerową. „Bez wątpienia Kobro była artystką, która POEZJA Guess seductive w kwadratowej fiolce – oto słodka zemsta za pamięć, która prosi o samo spopielenie. Płynę do brzegu, którego nie znam. Listy. Spóźnione groby. Ile w nich próchna i uranicznej pory. Teraz widzę, jak bez słowa oddajemy nasze „wszystko”. A ze spokojem powtarzałeś: nigdy nie mów „na zawsze”. wyprzedzała swoją epokę. Dzięki temu stała się jedną z nielicznych Polek, której prace przekroczyły granice kraju i odniosły sukces. Za życia była niedoceniona, żyła w cieniu twórczości swojego męża, choć należy pamiętać, że to ona zaraziła go pasją do sztuk plastycznych. Z czasem została uznana za jedną z najbardziej wpływowych artystek XX wieku” (Jolanta Nowaczyk, polskiemuzy.pl). Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński (malarz i teoretyk sztuki) stanowili małżeński duet awangardowy w sztuce. Napisali wspólnie wykładnię nowoczesnej, awangardowej sztuki w dziele: Kompozycje przestrzeni. Obliczenia rytmu. 7 Katarzyna Kobro urodziła się w Rosji w 1898 roku, była córką Mikołaja Georga Kobro, ze starego niemieckiego rodu von Kobro, i Rosjanki Eugenii Wasiliewnej Rosanowej, w jej żyłach płynęła także krew łotewska. Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński wzięli w Rydze ślub kościelny, to było warunkiem uzyskania przez Kobro obywatelstwa polskiego. Zamieszkali w Polsce. Podczas okupacji (II wojna światowa), wobec nacisków władz niemieckich wynikających z jej niemiecko-rosyjskiego pochodzenia i w trosce o los dziecka, podpisała „listę rosyjską” uprawniająca m.in. do zwiększonego przydziału żywności. Strzemiński nigdy nie wybaczył jej tego kroku. 45 Od tego momentu nastąpiły rozłam w szczęśliwym jak dotąd małżeństwie i nienawiść małżonków po grób. Kobro nie sposób jednoznacznie przypisać związku z jakąkolwiek narodowością. 8 Jeszcze trwała II wojna światowa, gdy Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński wrócili z Wilejki do Łodzi. Tam się okazało, że ich dom zajęli Niemcy, a rzeźby zostały wyrzucone na śmietnik. Kobro chodziła więc po łódzkich wysypiskach i szukała swoich prac. Znalazła część rzeźb, oczyściła je, zapakowała w dorożkę i przywiozła do domu. Elinor Wylie Morton (1885 – 1928), amerykańska poetka i powieściopisarka. Tworzyła lirykę erudycyjną, kunsztowną stylistycznie, odzwierciedlającą burzliwe życie osobiste autorki. W późniejszym okresie nawiązywała w swojej twórczości do angielskich poetów metafizycznych (za Wikipedią). 9 Gazeta Literacka 45 SZTUKA Małgorzata Dorna – Wendrychowska Mistyczny stan jedności z Naturą… w „postludzkim”, ponowoczesnym świecie. (Refleksje na marginesie fotogramów Zofii Kawalec – Łuszczewskiej) „ U znając, że to najwyższy byt, którym może być Bóg, Duch (Rozum) lub idea Dobra i Piękna, przejawia się jako światło (…) sama struktura świata wymusza na badaczu szerokie traktowanie filozofii i metafizyki światła.” Zofia maluje obrazy światłem i właśnie owo światło sprawia, że każda z jej prac może być odczytywana jako swoisty palimpsest, rękopis uczyniony na rękopisie Jej Wysokości – Natury. W kompozycjach autorstwa Zofii, rozpoznawalnych stylistycznie, wyrazistych, otwartych do wewnątrz, w rozświetloną, opromienioną przestrzeń, w głąb - liczy się przede wszystkim detal: kropla wody zatrzymana na unerwionym, odsłaniającym swój charakterystyczny rysunek listowiu, smuga gęstego, niemal materialnego światła powtarzająca geometryczną strukturę żaluzji. Liczy się sama obecność światła, światła rozproszonego, nie posiadającego wyraźnie określonego źródła, wnikającego w materię skłębionych, delikatnych traw, w graficzny rysunek konarów drzew, w cienie ich rozłożystych koron, kładące się miękko na chropawej powierzchni kamienia, wnikającego w zmatowiałą taflę zaparowanej szyby, czy w owo magiczne zwierciadło znieruchomiałej, zda się skamieniałej, „zamyślonej” - wody. Tematem konkretnych, wyrafinowanych kolorystycznie ujęć staje się, pokazany w powiększeniu, skondensowany jak w soczewce wycinek naturalnej powierzchni ścierniska, fragment pola, leśnego traktu, poszycia, wiodącej przez łąki - drogi. Szczególne miejsce w Jej pracach zajmuje żywioł powietrza i wody, raz morskiej fali tworzącej koronkowe struktury na piasku, kiedy indziej tafli – pełniącej rolę na wpół przepuszczalnej przesłony, jakby utkanej z połyskliwych i matowych plam, zastygłych kropli, niewielkich strug i rozlewisk. Wszystko to przeniesione z rozmysłem z nieznanego, zda się - równoległego świata, w którym obiektem intensywnej obserwacji, uwagi okazuje się dzieło Natury, niezależne od woli i intencji człowieka, epatujące uniwersalnym, doskonałym pięknem - Dzieło Stworzenia. Badacze współczesnej kultury często z gorzką ironią podkreślają fakt, że przyszło nam żyć w nowej geologicznej epoce, którą Paul J. Crutzen, chemik, laureat Nagrody Nobla określił jako pierwszy mianem „antropocenu”, w epoce którą zainicjowały osiągnięcia techniczne końca osiemnastego wieku, a której 46 46 Migotania 53 zdobycze zostały utrwalone w wieku dziewiętnastym, określanym na początku ze zrozumiałą euforią i nadzieją „wiekiem pary i elektryczności”. Jak wspomina prof. Ewa Domańska, historyk i kulturoznawca, ceniony w środowisku krytyk sztuki, pracownik Stanford University – „W świecie postludzkim człowiek nie tylko staje się sprawcą geologicznym, lecz także – a może przede wszystkim – sprawcą biologicznym; nie tylko tworzy nowe formy życia (genetyczne hybrydy), ale także dzięki biotechnologii w sposób istotny zmienia ludzką naturę”. W efekcie otaczający tego „nowego” człowieka, sztuczny, spreparowany świat ma charakter antropocentryczny, podobnie jak świat wirtualny. On sam, ów niezłomny, doskonały, pozbawiony wątpliwości i rozterek, cywilizacyjny, uprzedmiotowiony wytwór lub może (jak mawia się w ekonomii) „produkt” - czuje się „Panem Stworzenia”. Kultywując te wszystkie pozorne i złudne wartości, które dają mu poczucie nieśmiertelności i siły – kreuje swą osobowość na wzór i podobieństwo psychiki bohaterów gier komputerowych, czy filmów z gatunku science fiction, gdzie nade wszystko - liczą się efekty specjalne. Obce są mu kanony odwiecznej harmonii i ładu, obcy i w istocie niezrozumiały tradycyjny język sztuki, język psychologii czy filozofii. To dla niego właśnie, jeżeli tli się w nim jeszcze odrobina humanizmu, człowieczeństwa i o ile oczywiście będzie dane mu ich obecności doświadczyć – kompozycje autorstwa Zofii mogą okazać się objawieniem, a kontakt z nimi - momentem iluminacji, przebudzenia lub przynajmniej brutalnym uderzeniem, ciosem wymierzonym celnie między (zasnute bielmem samouwielbienia) oczy. Zofia okazuje się przede wszystkim grafikiem, traktującym zapis foto-graficzny na prawach szczególnego rodzaju medium, doskonałego narzędzia, którym operuje pewnie i celnie, jak doświadczony chirurg - lancetem. Naturalne wydaje się zatem, że w swych precyzyjnie konstruowanych kompozycjach, tworzących zawsze przemyślane, doskonałe formalnie struktury (dla dobrego fotografika aparat to przedłużenie dłoni, a oko obiektywu, kamery staje się okiem własnym) artystka unika odautorskich komentarzy, a jej obecność pozostaje obecnością domniemaną, nienarzucającą się natrętnie odbiorcy. Zmierzając ku ascezie, oszczędnie dobierając środki ekspresji – autorka kolejnych, bardzo „malarskich” obrazów, zapisanych w cyklach „FotoGRAFIK” – przyznaje sobie szczególną rolę, rolę wrażliwego i bacznego obserwatora, filozofa i myśliciela ukrytego za wyrafinowanym, absolutnym, uniwersalnym pięknem wizerunku wszechobecnej Natury. Poszukiwanie i odczytywanie piękna, stanowiącego wartość najwyższą, umożliwiającego kontakt z Absolutem, z jakimś ledwie przeczuwalnym Wszechbytem, z Duszą Świata, stworzonego z żywiołu światła, ziemi, powietrza – staje się wyrazem Jej filozofii życiowej, owej franciszkańskiej miłości do wszystkiego, co obdarzone atrybutem ruchu, zmienności i życia zawraca naszą uwagę ku odwiecznej Tajemnicy istnienia. W efekcie każdą z prac Zofii, niezależnie od tego, czy bohaterem staje się rozwichrzona na wietrze, postrzępiona trzcina, wyrazista w rysunku, krucha, koronkowa gałąź, czy otulony delikatnym obłokiem mlecznobiałej, porannej mgły pas nadrzecznego piachu, ozłocone jesiennym, bladym słońcem ściernisko, czy fala przypływu znacząca kunsztownym ornamentem swój ślad, czy wreszcie zatrzymana w bezruchu, odkrywająca swą żyjącą tkankę woda - możemy odczytywać na prawach filozoficznej wypowiedzi na temat duchowego bytu Natury. Byt ten ulega ujawnieniu, odkryciu, próbie zatrzymania w kadrze, wreszcie – świadomej i zupełnej, pełnej miłości i utajonej ekstazy, zachwytu - afirmacji. Kluczem do wielokrotnego, wynikającego z potrzeby intuicyjnego, emocjonalnego poznania dzieła sztuki wyprzedzającej swój czas, sztuki głęboko humanistycznej (prawdziwa musi być taka!), a równocześnie skierowanej ku eremicie lub myślicielowi zatopionemu w Uniwersum, w jakimś nadrzędnym, zapewne kosmicznym porządku – okazuje się tu zatem (używane coraz częściej przez współczesną estetykę i socjologię) pojęcie afirmacji. Afirmacji traktowanej przede wszystkim jako klucz do wyidealizowanej przyszłości, jako oczarowanie, fascynacja wszelkimi przejawami życia, afirmacji która w przypadku nauk humanistycznych stanowi nie tyle powrót do antycznego kanonu piękna, co powrót do kanonu piękna w ogóle, wynikający z potrzeby poszukiwania remedium na cierpienia ponowoczesności, na prymitywizm i prostactwo tych, którzy mienią się (jakże fałszywie i błędnie) „Panami Świata”. Zwolennikom, lub może raczej wyznawcom humanistyki afirmatywnej, utożsamianej niekiedy z humanistyką ekologiczną, czy naturalną – planeta Ziemia jawi się jako żywy systemem, czujący i rozwijający się organizm, w tkance którego immanentnie funkcjonujący człowiek, człowiek niegdysiejszy, poznający emocjonalnie, głęboko - odnajduje sens i warunek istnienia. To nieco idealistyczne podejście, stanowiące jedyne lekarstwo, swoistą odpowiedź literatury i plastyki na niepokoje i rozterki człowieka epoki postmodernizmu, człowieka rozdartego, dotkniętego piętnem wszechobecnej, popkulturowej szpetoty, piętnem samotności i rozpaczy, poszukującego na próżno ukojenia w świecie wartości materialnych – eliminuje przekonanie, że człowiek jest „panem istnienia”, mającym prawo do przekonania o własnej wyjątkowości i o nieograniczonych możliwościach działania. Jak pisze bowiem prof. Ewa Domańska, jedna z nielicznych przedstawicielek owej nowej i niewątpliwie odkrywczej, także na gruncie nauki polskiej, dyscypliny – we współczesnej kulturze afirmacji „brak, czy niekompletność wiedzy nie stanowi przeszkody poznania”, a raczej staje się warunkiem „partycypacji w żywym systemie planety”, bez możliwości doświadczania którego nie mamy szans nie tylko na rozwój, ale i na szczęśliwą egzystencję, przetrwanie. SZTUKA Przywołany tu sposób postrzegania człowieka, jego relacji z dziełem stworzenia – z Naturą znamionuje szczególna pokora, przekonanie że nie jesteśmy powołani i nie mamy moralnego przyzwolenia, by radykalnie zmieniać, dekonstruować i brutalnie ingerować w pulsującą życiem materię Ziemi, Kosmosu, ale by kontemplować, doświadczać jej metafizycznej obecności, jej urody. Następuje tu zatem, widoczne na gruncie tak zwanej „neohumanistki” powiązanie filozofii Wschodu, pełnej szacunku dla wszelkich form istnienia z filozofią Zachodu, która powracając do korzeni, do źródeł zaczyna dostrzegać urodę tego, co bliskie, lokalne, urodę owych „miejsc autobiograficznych”, niezmienionych jeszcze cywilizacyjnie, miejsc bez obecności których, nie może być nawet mowy o wyjątkowości, czy niezwykłości wizji artysty. Dla Zofii miejscem autobiograficznym jest rzeka Gwda, tajemnicza, epatująca swą mroczną, nieodgadnioną duchowością, urodą, tworząca zakola i jasne, skapane w słońcu, otulone ciszą rozlewiska. Miejscem autobiograficznym są kępy nadrzecznych trzcin i wysokich, zrudziałych, kruchych i finezyjnych traw, podmokłe łąki i wartko płynąca woda, roślinność ukochanego ogrodu, owe krzewy brunatnego, czerwonego rdestu, płożące się miękko, tuż przy powierzchni pachnącej, rozkopanej ziemi. Dla Zofii - miejscem autobiograficznym jest dom, z rozproszonym, powtarzającym geometryczny rysunek żaluzji światłem, układającym się w malarskie smugi na chropawym, pobielanym murze, a nawet kropla migotliwej wody, szklana kropelka deszczu, powtarzająca swą własną strukturę, zwielokrotniona na odsłoniętym unerwieniu umierającego, lub może raczej – powracającego do świata wiecznej, nieskażonej Natury – kruchego, jesiennego liścia. Istotą miejsca autobiograficznego artysty tej miary, co Zofia, artysty obdarzonego szczególną wrażliwością na piękno, doświadczającego potrzeby afirmacji życia w najdrobniejszych jego przejawach, odsłonach, koncentrującego uwagę na sprawach duchowości, potrzeby rozmów z ukrytym za zasłoną Natury Bogiem – okazuje się (pojmowane metaforycznie i dosłownie) światło. Obecność owego światła, które opromienia utrwalone na kliszy obrazy, które sączy się delikatnie z ich wnętrza, podkreślając wyrafinowany, kunsztowny rysunek roślin i utrwalonych na podłożu ich (jakże ulotnych) śladów, śladów obecności łodyg, gałęzi, źdźbeł traw, śladów obecności wiatru, powietrza i wody, niekiedy tylko oparów lub rosy – znamionuje obecność Absolutu. Bóg miejsc autobiograficznych Zofii – to patron renesansowych artystów. Istota ukryta świadomie za Wielkim Dziełem Stworzenia. To Bóg harmonii i piękna, Bóg form znaczących swą intensywną obecność w mistycznym, łagodnym świetle, będący jego (owego światła) źródłem, niekiedy negatywem i delikatnym, miękko kładącym się, płożącym tuż przy powierzchni ziemi, jak owe łodygi ogrodowego (pielęgnowanego dłonią Zofii) rdestu - cieniem. To wreszcie Bóg niejednoznaczny, nieupostaciowiony, którego dotknięcia, tchnienia doświadczyć można w samotności i w ciszy, wędrując po lasach i polach, pośród nadrzecznych trzcin, po ścierniskach zasnutych mgłą o poranku, po zarośniętych wysokim, pachnącym w upale zielskiem łąkach i uroczyskach, położonych nad brzegami wijącej się malowniczo, ciągle tak zagadkowej, mrocznej i tajemniczej Gwdy. MAŁGORZATA DORNA - WENDRYCHOWSKA, Piła 2016 47 Gazeta Literacka 47 48 Fot. Robert Gauer 48 Migotania 53 POEZJA Lech Galicki Agnieszka Syska drzewu różę kradnę matka Ujrzałem jerozolima w świętych jej święta matka Ujrzałem kołyskę w której się ostało, snem życia zmordowane, wiekiem syte ciało. Kto zapłacze nad nim i nad przemijaniem, odda wspomnień uśmiech, pogodzi z rozstaniem. wiara jego nadzieja syna najświętszego miłość jego po różę sięga anioł jej albo jego syna najświętszego Luli, luli ciału, luli, luli duszy, ono z ziemią w parze, ona w wieczność ruszy. różę pod skrzydło prawe Ujrzałem skłębione chmury co rozwiane, i spokojną przeszłość co się nie odstanie. W kołysce zorane ciało ukochane, które ojca miało i najdroższą mamę. anioł jak orzeł prawe jego myśli Luli, luli ciału, luli, luli duszy, ono z ziemią w parze, dusza w wieczność ruszy. krąży wokół synów ludzkich szuka sprawiedliwego nienaganne kręgi na wodzie Ujrzałem samotność dziecka tego świata, które gdy umiera, Anioł Stróż odlata. Światłość opromieni duszę zasępioną, w glinny piach obróci się namiętne łono. w ich głowach jego myśli jak koło kręgi na wodzie Luli, luli ciału, luli, luli duszy, ono z ziemią w parze, ona w wieczność ruszy. sprawiedliwego koło uczciwie zawsze moje myśli jego gdyby nie on koło nie byłoby trójkątne uczciwie trójkątne trójjedyne koła Luli, luli ciału, luli, luli duszy, ciało z ziemią w parze, dusza w wieczność ruszy. bez nadziei koła nie wróciłyby trójjedynemu koła jedności jedynej Ujrzałem, mój Panie, otchłań przeznaczenia, w kołysce, która w mary tak szybko się zmienia. Ty znasz co stworzyłeś Adama i Ewę, to wszystko co dusza, wiedzieć chce a nie wie. w trój kim jesteś sześcioskrzydły aniele kim jesteś trzynastopłatkowa różo I dopiero, ujrzałem, w rozłączenia chwili, Kto nie wierzy niech wierzy sens wszystkiego rozbłyska, dusza49żegna się z ciałem, zaś w tle w Żłóbku kołyska. pod skrzydłami jego kimkolwiek jesteś pod skrzydłami jego jesteś wiarą jego Luli, luli ciału, luli, luli duszy, ciało z ziemią w parze, dusza w wieczność ruszy. nasze głowy jak orły głowy w koronach Ujrzałem w kołysce niemowlęcia dolę, które rusza w drogę, w czasu szmat niewolę. Zaś gdy wiek ułudą ziemski los oddali, nie sposób zapłakać żeśmy go przespali. MIĘDZYRZEC PODLASKI 22.VII 2016 Gazeta Literacka 49 FELIETON Kamil Trombik Kilka jesiennych myśli kirem spowitych rednio rzecz biorąc, co pół sekundy umiera człowiek. Zakładając, że przeczytanie tego zdania zajmuje 4 sekundy, w tym czasie – teoretycznie – na łono Abrahama powinno przenieść się 8 osób. Ba! Po dotarciu do następnej kropki liczba śmiertelnych indywiduów ludzkich powiększy się prawdopodobnie o następną ósemkę. I jak tu zachować spokój wobec tykającego zegara? Z kalendarzykiem w dłoni obliczam właśnie, ile dni minęło odkąd skala Apgar jednoznacznie wskazała, że żyję, a nawet wykazuję potencjał bardziej do dalszego bycia, niż ku śmierci. Wyszło mi, że to już 9696 razy po 24 godziny. Dużo to czy mało – zależy, jaką miarę przystawić. Faktem jest, że w przeliczeniu na sekundy daje to liczbę 837734400 (słownie: osiemset trzydzieści siedem milionów siedemset trzydzieści cztery tysiące czterysta). Odnosząc się do naszej średniej wychodziłoby, że w czasie, gdy ja sobie egzystowałem w najlepsze, z żywotem bezpowrotnie pożegnać musiało się jakieś 1675468800 osób. Czyli zdecydowanie więcej niż miliard, ale – dla pocieszenia – wciąż jeszcze mniej niż dwa miliardy. Liczby jednak twarzy nie mają i grozy nie budzą, co zapewne tłumaczy, dlaczego jak dotąd nie zbladłem ze strachu. Przejście w wieczny odpoczynek kogoś z twarzą to niewątpliwie ogromna tragedia dla jego najbliższych, wciąż jeszcze przejawiających aktywność życiową. Kto jednak zawracałby sobie głowę jakimiś tam bezpostaciowymi miliardami? Nikt ich nie widział, nikt ich nie słyszał, nikt z nimi toastu nie wznosił, werdykt: nie istnieją. I to całkiem dosłownie. Esse et non esse non possunt identificari , jak mówi mądrość ludowa. Kto nie z nami, ten przeciwko nam. A jak się nie napije, niech go piorun trzaśnie. Albo zawał. Albo rak. Albo jedno i drugie. Minęło następnych kilkadziesiąt sekund. To przeszło sto kolejnych zgonów do ponad miliardowej puli. Gdzieś z tyłu głowy przebija się już myśl, że nawet jak się upiję, to piorun i tak trzaśnie. Również mnie. Prędzej czy później. Nie wiadomo (z grubsza), kiedy nadejdzie ten ułamek sekundy, ale – do diaska – nadejdzie. Jeden z nas nie będzie czekał i podniesie na siebie rękę (jak choćby Jean Améry), uwalniając się od udręki odliczania, inny natomiast pozwoli sobie tylko wzdychać do myśli o dobrowolnej śmierci (to już Emil Cioran). Człowiek czasami zastanawia się, jak to jest, kiedy się nie jest. Może nawet tęskni za niebytem, czekając z jakimś uciążliwym, nie dającym się ugasić niepokojem oraz nadzieją na upragniony święty spokój od poruszeń serca, żołądka, nerek oraz jelit. Przypuszczalnie za każdą myślą o dobrowolnej śmierci kryje się niezgoda na to, aby coś (natura?) czy może ktoś (Bóg?) miało decydować za człowieka o jego miejscu w kolejce do danse macabre. To już nieważne. Mówili przecież, że człowiek – to brzmi dumnie. A co, jeśli tak zwany homo sapiens nigdy nie zszedł z drzewa? Być może droga od małpy owłosionej do człowieka nie była wcale tak skomplikowanym procesem, o jakim mówią nauki ewolucyjne. Historia wszak mogła potoczyć się inaczej, o wiele prościej. Wystarczyło, że jakiś nasz przodek zahaczył o gałąź, sturlał się z drzewa (tracąc przy tym sierść) i upadł na głowę. Skutek? Słodki, mały homo w pełnej krasie. Małpa nieowłosiona, efekt upadku na głowę, całkiem przypadkiem sapiens, który po dzień dzisiejszy rozgląda się wśród gałęzi za upragnioną obietnicą 50 nieśmiertelności zmaterializowaną w postaci, dajmy na to, banana. Ale nieśmiertelności pewnie nie ma i już nie będzie, banany zaś zostały zjedzone. „Porzućcie więc nadzieję wy, którzy tu przychodzicie”, powinna brzmieć kołysanka dla noworodków. Byłaby to pieśń – zważywszy na okoliczności – i głupia, i krótka, i zabawna na swój sposób. Jak owe osiemset trzydzieści siedem milionów siedemset trzydzieści cztery tysiące czterysta sekund. Adieu! KAMIL TROMBIK 50 Migotania 53 Fot. Robert Gauer Ś Spotkali się z natury przypadku, z natury zbiegu okoliczności. Anna Krasuska Jak? Kawa, plastikowy kubek parzy palce, frytki w papierowej torebce z saszetką ketchupu do wyciśnięcia, sałata, samo zdrowie, zajęła cały plastikowy talerzyk. Byle szybko. Obrzuca go jednorazowym uczuciem. – Na mnie czas, muszę lecieć. – Wyrzuca do kosza plastikowe sztućce. Blisko, bliżej, na odległość pięciu zmysłów. Kawałki tęsknot, pragnień stworzyły z niej kolaż, który potocznie nazywają miłością. Interpunkcja Wiedziała już, gdzie postawić kropkę, a gdzie wystarczy przecinek. Co oddzielić średnikiem, jaki ciężar ma pauza (zwana umownie myślnikiem), kogo, kiedy i dlaczego powinna wziąć w nawias. I kiedy zdawało się, że całkiem nieźle przyswoiła sobie zasady interpunkcji, wprowadzono zmiany. Nieoczekiwanie. Dowiedziała się, że to dla jej dobra. Dotychczasowa wiedza okazała się bezużyteczna. Kropkę zastąpił wielokropek, wykrzykniki zaczęły zakłócać rytm oddychania, pytajniki, jako znaki zbędne, usunięto. I, jakby tego był mało, wyjątki zastąpiły reguły. Nie była pewna, czy chleba i igrzysk! czy chleba i igrzysk? a może chleba i igrzysk… Chciała odejść, bo słowom nie trzymały się znaczenia, cierpiały na krótkowzroczność, obiecując dal (a jej zamarzył się luźny związek frazeologiczny). I kiedy obmyślała – dokąd, inicjatorzy zmiany (też dla jej dobra) wzięli ją w nawias. Ona sama nie znalazła słów, bo i jak je znaleźć, gdy do cna ograne, gdy na każdym murze Kocham Zośkę. A tu ani wytańczyć, bo gdzie jej do motyla, ani wyśpiewać, bo gdzie do skowronka, ani dać ogłoszenie: Ułomna do pokochania (jak: Zaginął brązowy seter z żółtą obrożą, znalazcę czeka nagroda), bo i ten pomysł nic niewart, pewnie on nie czyta ogłoszeń na słupach. Miękko wchodzi w takie czasy, innych nie będzie. Po drodze zalicza jeszcze półprawdy, półkłamstwa, półmiłość… Półżycie w pół słowa (ze słownika pustosłowia). Odpowiednie dać rzeczy słowo? Tak. Ale jak? Więc cierpiąc na niedostatek języka, który zawiódł, uwiązł im w gardłach, pieszczotami przenoszą się na drugi brzeg. I tylko ten pokój, ta kanapa, to krzesło stają się niemymi świadkami udręczonego pracą czasownika kochać. POEZJA Snack bar Tęskni do kogoś, z kim mogłaby dzielić Nic. W teatrze Zapowiadało się, że sztuka będzie w pięciu aktach (no niechby i trzech), a tu tylko jednoaktówka, rozpięta od komedii po tragedię, raczej farsa. A może nie kochać. Może to tylko licentia poetica pięciu zmysłów, które, niewysłowione, zgrzytają w innej wieży Babel. I oni pamiętać wszystko będą inaczej. Ona, chora na życie, jak chory z urojenia, gra w teatrzyku prawie bulwarowym. Na wypadek potopu Choć oczekiwała obsadzenia w innym repertuarze, jej zawodową specjalnością stały się, mimo woli, sceny groteskowe. W świetle rampy błahe konflikty, nie pamięta już o co (bo jakież miałoby to mieć znaczenie), błazeńskie wyjaskrawienia, chichot historii, dziwne historie, zbiegi okoliczności (te najbardziej nieprawdopodobne też). Była zapobiegliwa, zbudowała arkę. Zgromadziła najpotrzebniejsze sprzęty, smaki, zapachy, barwy, słowa, książki, do których lubiła wracać, kilka płyt, zdartych od ciągłego słuchania, obrazy, na których odpoczywały oczy. Zaprosiła przyjaciół, przy stole usiadła z tymi, których kocha. Co wydawało się li tylko wstępem, stało się tekstem głównym, a kiedy chciała krzyknąć: chwilo trwaj, już była tylko epizodem. Nie przewidziała tylko, że podróż będzie dłuższa i nie doczeka czasu, kiedy statek poczuje pod kilem ląd. Och, gdybyż żyła ze świadomością epilogu. A tu odezwał się trzeci gong, już czas. Na ekranie pojawiła się pozioma kreska, encefalograf nie wykazał najmniejszych nawet impulsów w mózgu, kiedy jeszcze trwał potop. Wierzy w głównego reżysera? O to mniejsza, ale czy główny reżyser wierzy w nią? Fot. Robert Gauer 51 Gazeta Literacka 51 KORESPONDENCJA Edward Zyman Andrzejowi Piskulakowi z serdeczną dedykacją A konkretnie nie było. Zarówno w wieku XIX, gdy formowała się Wielka Emigracja po klęsce powstania listopadowego, jak i wówczas, gdy bezwzględny los skazywał na dożywotnią banicję miliony Polaków w wyniku „zwycięskiej” II wojny światowej. Byli w tej ogromnej masie także twórcy, myśliciele, ludzie pióra, którym historia (dokładniej: polityka) na długie dziesięciolecia zafundowała stan idealnej próżni. Czyli rodzaj dialogu ze ścianą, bo przecież nie z czytelnikiem, który znajdował się po jej drugiej, „właściwej” ideologicznie stronie. Upraszczam? Oczywiście. Wszak czytelnik był również na emigracji. Przy całym jednak dla niego szacunku i wdzięczności za wierność okazywaną polskiemu słowu na obczyźnie, nie był to odbiorca skłaniający do nowatorskich poszukiwań i intelektualnej prowokacji. Ktoś powie, i słusznie, że nie można zapominać o Gombrowiczu, Pankowskim, Bobkowskim, Miłoszu, czy Mrożku. A wcześniej – o Mickiewiczu, Słowackim, Krasińskim, Norwidzie. To prawda, powszechne oczekiwania preferowały przecież standardy sprawdzone, wrosłe mocno w tradycje, odwołujące się zdecydowanie bardziej do emocji niż intelektu. Jeśli preferowały, czyli… jeśli były. Bo grupa niezbyt wymagających, choć wrażliwych czytelników, w miarę upływu czasu kurczyła się w zastraszająco szybkim tempie, a nowi przybywali nieskoro. Pytasz mnie, czy dzisiaj, gdy zniknęły dawne ograniczenia polityczne, gdy idee przekraczają swobodnie granice, których zresztą coraz mniej, sytuacja polskiego pisarza poza krajem uległa zdecydowanej zmianie na korzyść? Czy teraz, gdy książek nie rekwiruje gorliwy celnik, a cenzor (poza wewnętrznym) nie gmera w tekście, nie zmienia i nie wykreśla „niepożądanych” słów, zdań, akapitów lub całych stron, literatura nasza płynie jednym, czy wciąż dwoma (wieloma) nieprzenikającymi się nurtami? Odpowiem Ci szczerze: nie wiem! Formalnie łączy ją jedno łożysko, praktycznie obiegi te, mimo wszelkich sprzyjających okoliczności, bywają najczęściej rozdzielne, a sytuacja pisarza polskiego na obczyźnie bywa gorsza niż była kiedykolwiek wcześniej. Dlaczego? Bo jeśli ćwierć wieku temu mogłem napisać, że „W hierarchii spraw ważnych i najważniejszych literatura, książka w ogóle zajmuje miejsce [w polskim środowisku w Kanadzie] raczej poślednie”1 , dzisiaj musiałbym stwierdzić, iż w owej hierarchii nie ma jej wcale. O co winić ośmieliłbym się nie tyle niewrażliwego, zmaterializowanego do cna odbiorcę, co dryfujący niebezpiecznie ku własnej zagładzie duchowej (a także fizycznej) współczesny świat zafascynowany (ogłupiony) błyskotkami kultury masowej, czyli niepohamowaną, bezrefleksyjną konsumpcją rzeczy. Zjawisko to bywa zapewne równie dokuczliwe w Polsce, choć tutaj, w kraju przestrzeni tak wielkiej, że – jak powiedział w jednym z wywiadów znakomity poeta Bogdan Czaykowski – „kultura się w niej rozrzedza aż do zupełnych próżni”, jest głęboko przygnębiające. W każdym razie: dla mnie! Pisałem na ten temat sporo w Mostach z papieru, książce poświęconej polskiemu życiu literackiemu na obczyźnie, która opisuje w biografii polskiej diaspory w Kanadzie okres barwny, obfitujący w arcyciekawe, przeniknięte wielką społeczną pasją, rzekłbym wręcz: misją, postaci, pełen inspirujących, artystycznie wartościowych zdarzeń i zjawisk, lecz zdecydowanie zamknięty. W życie naszej zbiorowości (wszędzie: w kraju, poza jego granicami) wkroczyła brutalnie komercja, pogoń za płasko rozumianym sukcesem, twórców i odbiorców wartości zastąpili sprytni sprzedawcy i klienci handlowych galerii. Świątynie sztuki zamieniliśmy na supermarkety, a twórca, kiedyś obiekt nabożnych westchnień, jawi się na ich tle jako niedorozwinięty dziwak. Co ma tedy, Mój Drogi, płynąć jednym lub dwo52 ma (wieloma) nurtami, jeśli rwący prąd zastąpiło nie najlepiej pachnące bajoro lub wrzaskliwy, pełen bezmyślnego jazgotu jarmark? Pisarz jest sam. A ponieważ nie ma wokół niego nawet owych kalekich instytucji kulturalnych, będących mierną kopią swych pierwowzorów sprzed lat, bez których życie duchowe wcześniej czy później zamrzeć musi, jest źle. Pytasz mnie, o jakie instytucje mi chodzi? O te, których na obczyźnie praktycznie nigdy nie było, a których dotkliwy brak uwydatniały szlachetne wyjątki w postaci Instytutu Literackiego, „Kultury”, „Wiadomości”, „Oficyny Poetów”, „Kontynentów”, „Przeglądu Polskiego” i kilku 52 Migotania 53 Bo nie ma ziemi wybieranej… i poetyk poszczególoficyn, w których nych autorów, co pisarz (wiem, nie wykracza poza ramy we wszystkich) tego listu. mógł wydać Wróćmy na koswą książkę, jeśli niec do wiersza Kaw znacznej miezimierza Wierzyńskierze pokrył koszty go „Ktokolwiek jesteś jej druku. O krybez ojczyzny”, z któtyce literackiej, rego zaczerpnąłem stypendiach, funtytuł tych refleksji. dacjach, meceZ listów do przyjaciela Nie ma ziemi wybienacie szczodrym i ranej, jest tylko, twiermądrym, dostrzedził kilkadziesiąt lat gającym i dotemu jeden z najwyceniającym spobitniejszych polskich łeczne znaczenie poetów XX wieku, i funkcję wartości wieloletni emigrant, nie wspomnę. ta jedyna, przez los Przesadzam? nam przeznaczona. Oczywiście. Sam W której ujrzeliśmy przecież zasiaświat po raz pierwszy, dam w dwóch zobaczyli jego pejzacnych i wielce zaż, usłyszeli mowę zasłużonych inojców, poczuli jego stytucjach, jakimi smak, barwę i zapach. Czy dzisiaj w przypadku innego, są Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie i Fundacja piszącego te słowa „emigranta”, oddalonego w czasie Turzańskich2, ale o regułę tu chodzi, a nie o najbardziej i przestrzeni od Arkadii dzieciństwa, może być inaczej? nawet szlachetne od niej odstępstwa. A ta jest taka, Czy w okresie triumfu światopoglądu postkolonialnego, jaka jest. który już dawno objął nie tylko sferę polityczną, ale także Pytasz, czy fakt łatwego dostępu do pism i wydawwszelkie formy dominacji, także kulturowej, a zatem czy nictw krajowych owej trudnej dla pisarza na obczyźnie w dobie dogłębnej rewizji stereotypów narodowych, sytuacji nie zmienia? Miast odpowiedzi boleśnie jednosocjoekonomicznej globalizacji, wyzwalania się z „zaznacznej, poleciłbym Ci z przyjemnością lekturę tomu O siedziałości w danej przestrzeni”, „dekolonizacji myśli” poezji, nostalgii, krytykach i kryteriach Bogdana Czaymożemy odwoływać się do tropów i wrażliwości tak, kowskiego i Adama Czerniawskiego, wydanego w 2006 zdawałoby się, „anachronicznych”? Czy, sformułujmy to roku nakładem Stowarzyszenia Literacko-Artystycznego pytanie inaczej, mimo charakterystycznej dla naszego „Fraza” i wspomnianego przed chwilą Polskiego Funduszu wieku mobilności, braku cechujących epoki poprzedWydawniczego. Wiele w ich wypowiedziach znajdziesz nie barier i restrykcji polityczno-administracyjnych, coraz celnych stwierdzeń i diagnoz, które przynoszą interesujące częstszych sukcesów w innym niż rodzimy języku (w poli skłaniające do przemyśleń odpowiedzi na postawione skiej diasporze w Kanadzie szczególną uwagę zwraca przez Ciebie pytanie. przypadek Ewy Stachniak, autorki piszącej po angielsku), Pytasz mnie wreszcie, czy w pisarstwie (zwłaszcza w zarysowany w przytoczonym wierszu antynomiczny układ poezji) polskich Kanadyjczyków dostrzec można jakąś przeciwstawiający „ziemię wybraną” tej najważniejszej, charakterystyczną, międzygeneracyjną zmianę? Na tak będącej darem losu, a więc „przeznaczonej”, może sformułowane pytanie skłonny byłbym udzielić odpobyć dla „twórcy-emigranta”, zwłaszcza pisarza, wciąż wiedzi twierdzącej. Dotyczy ona tego, co nieprecyzyjnie zasadny i aktualny? Także w sensie związanej z tą drunazwać by można światoodczuwaniem jej podmiotu gą, dramatycznej świadomości utraty i nostalgicznych, lirycznego. O ile w poezji twórców starszej generacji: nigdy nieprzezwyciężonych „obciążeń”, ale tym samym Zofii Bohdanowiczowej, Danuty Bieńkowskiej czy Wacrównocześnie wciąż żywej, uruchamiającej nowe obszary ława Iwaniuka występuje wyraźnie motyw kulturowego poszukiwań, poetyckiej inspiracji? zawieszenia, czy wręcz wyobcowania, o tyle w poezji Czy jeszcze może? Jestem przekonany – piszę to we autorów młodszej generacji, którzy przybyli w latach 80. własnym imieniu – że tak! Dlaczego? Bo żadne uwaruni później motyw ten (poza nielicznymi wyjątkami) traci kowania cywilizacyjne czy historyczne, żadne restrykcje na znaczeniu. Powiadam traci na znaczeniu, bo choć lub udogodnienia polityczne nie są w stanie uchylić charakterystyczna dla poezji „emigracyjnej” topika w ich tkwiących w poszczególnym człowieku jemu tylko właściwierszach nie zanika całkowicie, zdecydowanie wyraźniej wych, wyłamujących się z wszelkich standardów, tęsknot, uobecnia się w nich postawa „obywatela świata”, uczestmarzeń i wzruszeń, zauroczeń krajobrazem i czasem, innika wielu kultur, który miast tęsknić za utraconą bezpotensywnych, zakodowanych w pamięci obrazów i zdawrotnie ojczystą Arkadią, odnajduje się – z mniejszym rzeń, osobistych wyborów, egzystencjalnych niepokojów, lub większym powodzeniem – w uniwersum kulturowych słowem jemu tylko przypisanej wrażliwości, czyli sposobu kodów, których nie rozdzielają nieprzenikalne bariery i uczestnictwa w świecie, w jego goryczach, radościach i granice. W tym sensie wspomniane „światoodczuwatajemnicach. W przypadku autentycznego talentu pronie” podmiotu lirycznego poezji Romana Chojnackiego, wadzić to może jedynie do nowych, wzbogacających Marka Kusiby, Aleksandra Rybczyńskiego, Romana Sabo rozwiązań poetyckich. Sugestywnych egzemplifikacji w czy Grażyny Zambrzyckiej jest znacznie bliższe postawie tej mierze dostarcza twórczość wymienionych wcześbohatera poezji osiadłych w Kanadzie byłych członków niej autorów, dzielących razem ze mną obszar między londyńskiej grupy Kontynenty, zwłaszcza Bogdana CzayAtlantykiem i Pacyfikiem, zamieszkały przez 34 miliony kowskiego i Andrzeja Buszy, dla których wielokulturowość ludzi z blisko 200 krajów, dzielących zgodnie swą życiojest zjawiskiem naturalnym. wą przestrzeń z szopami-praczami, wiewiórkami w kilku Wittlinowskie nędze emigracji ustępują w ich przypadkolorach, łosiami i bobrami kanadyjskimi. ku miejsca blaskom, czyli korzyściom płynącym z obcowania z wartościami wykraczającymi poza monokulturę ojczystą, co owocuje w ich twórczości nie tylko nową przestrzenią geograficzną, lecz nade wszystko nowymi, pełniejszymi relacjami z kulturą i literaturą kraju osiedlenia, a tym samym istotnym wzbogaceniem pisarskich doświadczeń i zaakceptowaniem nowej „emigracyjnej” przestrzeni, jako własnego, rozpoznawalnego miejsca, które wraz z upływem czasu staje się dla nich jeśli nie najważniejszym, to całą pewnością istotnym punktem odniesienia. Nie oznacza to wszakże eliminacji wielu ważnych problemów i pytań dotyczących własnej tożsamości poszczególnych twórców, stopnia ich zakorzenienia i zadomowienia w nowej rzeczywistości społecznej i kulturowej, nieustannego poszukiwania oddających ich sytuację egzystencjalną środków ekspresji, własnego, indywidualnego języka poetyckiego3 . Ale tutaj wkraczamy już w rejony precyzyjnych rozważań dotyczących filozofii MISSISSAUGA, ONTARIO, EDWARD ZYMAN 2016 WE WRZEŚNIU 1 W tomie felietonów U Boga każdy błazen, Andre R. Poray Publishing, Chicago-Stevens Point 1987, s.26. 2 W 2015 roku zakończyła swoją działalność. 3 Bardzo interesująco i wnikliwie piszą o tym w swych książkach m.in. Bożena Szałasta-Rogowska (Urodzony z piołunów. O poezji Bogdana Czaykowskiego), Beata Tarnowska (Między światami. Problematyka bilingwizmu w literaturze. Dwujęzyczna twórczość poetów grupy „Kontynenty”), Justyna Budzik (Zadomowieni i wyobcowani. O sytuacji pisarzy polskich w Kanadzie), Janusz Pasterski (Inne wyzwania. Poezja Bogdana Czaykowskiego i Andrzeja Buszy w perspektywie dwukulturowości) i wielu innych. Fot. Robert Gauer 53 Gazeta Literacka 53 ESEJ Erazm W. Felcyn W bieżącej edycji prezentujemy naszym Czytelnikom niezwykłą kolekcję: jest to czarno-biała fotografia Roberta Gauera. W całości poświęcona jest ona tylko jednemu tematowi – bałtyckiej plaży, takiej, jaka ona jest w rejonie Kołobrzegu, czyli typowej dla południowych obrzeży Bałtyku. Trzeba niemałej odwagi by proponować dziś fotografię krajobrazową – i do tego temat tak trywialny, jak plaża.Gauer podjął to wyzwanie i prezentuje nam najwyższej klasy detal i pejzaż, doskonale osadzone w całym bogactwie kultury europejskiej, a przy tym jedyne w swoim rodzaju – po prostu gauerowskie. Jego prace – pełne poezji, emocji i wyrafinowania zarazem – wywołują podziw nie tylko swą perfekcyjną formą, ale też niezwykłą paletą skojarzeń indukowanych w świadomości i podświadomości odbiorców. Oglądając je sięgam pamięcią do klasyków pejzażu, takich, jak Constable czy Turner, do Plaża Gauera wielkich romantyków – jak Delacroix… Sposób podejścia do fotografowania detalu, czasem budowanie przestrzeni przez subtelną wieloplanowość, czy – w niektórych pracach - swoisty minimalizm, kierują moje myśli w stronę sztuki japońskiej. Im dłużej te prace analizuję, tym więcej w nich znajduję różnorakich wspaniałości. Lekkość, z jaką Gauer porusza się po tak rozległej przestrzeni twórczej, jest tym bardziej zdumiewająca, że konsekwentnie zachowuje On spójność stylistyczną. Wynika ona nie tylko z bardzo szczególnej wrażliwości, ale też ze świadomego, bardzo konsekwentnego stosowania stałej palety środków wyrazu artystycznego. Myliłby się natomiast ktoś sądząc, iż sugeruję, że prace Gauera mają walory wyłącznie „malarskie”. Przeciwnie – moim zdaniem są one zdecydowanie i mocno osadzone w samym Autorzy goszczący po raz pierwszy Stanisław Dubiski, ur. w roku 1929, absolwent medycyny uniwersytetu wrocławskiego, od lat osiemdziesiątych do emerytury profesor immunologii Uniwersytetu Torontońskiego, członek wielu towarzystw naukowych, m.in. Polskiego Instytutu Naukowego w Kanadzie. Jest miłośnikiem sztuki, przede wszystkim opery, o której przez lata pisał felietony do warszawskiego „Ruchu Muzycznego”, zebrane następnie w tomie „Opera pod lupą” (Warszawa 2012); skłonnościom literackim dawał upust także jako tłumacz oraz jako autor niewielkich utworów prozatorskich, których jednak nie publikował; „Magiczna lalka” jest jego bardzo późnym debiutem pisarskim, jak się zdaje, wcale udatnym. Lech Galicki, dziennikarz, prozaik, poeta. Urodził się 29 stycznia w Szczecinie. Absolwent Politechniki Szczecińskiej. Pracował w tygodniku Morze i Ziemia. Opublikował kilkanaście książek ( proza i poezja). Nagradzany i wyróżniany. Anna Matysiak autorka zbioru wierszy Czułość liter (Kraków, Miniatura, 2015); adiunkt na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu (wydział zamiejscowy krakowskiej PWST), wydawczyni. Wacław Mejbaum (ur. 1933 r., Lwów, Polska – zm. 24 listopada 2002 r., Szczecin) – polski filozof, wieloletni dyrektor Instytutu Filozofii Uniwersytetu Szczecińskiego. Studia filozoficzne podjął na Uniwersytecie Warszawskim. Studiował również fizykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Stopień doktora filozofii uzyskał w 1965 roku na Uniwersytecie Wrocławskim na podstawie rozprawy Wielkość fizyczna a doświadczenie. Habilitację uzyskał na Uniwersytecie Jagiellońskim. W polu zainteresowań Mejbauma leżały zagadnienia epistemologii, filozofii języka, marksizmu, metaetyki i metodologii nauk. Jest autorem i współautorem ok. 300 publikacji w zakresie filozofii i literatury, w tym bajek. (ur. 1991 w Gliwicach) - doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przygotowuje pracę poświęconą afektywnemu wymiarowi twórczości Witolda Gombrowicza pod kierunkiem prof. dra hab. Ryszarda Nycza. Kilkukrotna laureatka Ogólnopolskiego Konkursu na Esej; współpracuje z Internetowym Magazynem „Teatralia Ewa Poniznik (ur. 5.01.1988 r.) – Mieszka i pracuje w Gdańsku. Absolwentka Filologii Rosyjskiej i Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego, stypendystka Instytutu im. A.S. Puszkina w Moskwie, obecnie na II roku Filologicznych Studiów Doktoranckich UG. Wyróżniana i nagradzana w ogólnopolskich konkursach poetyckich). Tłumaczona na język białoruski. Obecnie pracuje nad wydaniem debiutanckiego tomu wierszy „Poza nocą”. Florian Śmieja, 54 poeta, tłumacz, literaturoznawca, eseits, ur. 1925 r. w Zabrzu. Od 1940 roku żyje i tworzy poza Polską. Członek londyńskiej grupy „Kontynenty”. Redaktor wielu pism, autor kilkunastu książek literackich, w tym wielu poetyckich. Laureat nagród literackich Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Doktor honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego. Wybitny znawca literatury hiszpańskojęzycznej. Kamil Trombik – absolwent filozofii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, obecnie na studiach doktoranckich. W przeszłości współpracował m.in. z magazynem muzycznym „Pure Metal” oraz serwisem popularnonaukowym „Mądre Książki”. Zainteresowania naukowe: filozofia polska, historia i filozofia religii, relacja nauka-religia. 54 Migotania 53 Fot. Robert Gauer Aleksandra Naróg centrum nurtu „czystej fotografii”. Jak pięknie korespondują one z czarno-białymi pejzażami dawnych polskich mistrzów kamery – Sunderlanda, Sempolińskiego, czy też Hartwiga. Gauer, jak rzadko kto, po prostu widzi i czuje światło, nie tylko wzrokiem, ale całym sobą – i potrafi owoce swojej percepcji przekuć w obraz fotograficzny. Jedna z najwybitniejszych postaci w historii światowej fotografii to Edward Weston (18861958). W ostatniej dekadzie swego życia skupił się na fotografowaniu plaży Pebble Beach w Point Lobos (Kalifornia). Od 1979 roku plaża ta oficjalnie jest zwana Plażą Westona. Robert Gauer ma też swoją własną, unikalną plażę. Nie funkcjonuje ona, co prawda, jako pojęcie geograficzne, ale istnieje ona w postaci oryginalnej koncepcji twórczej. ERAZM W. FELCYN gazeta literacka W numerze fotografie prezentuje Robert Gauer Migotania Robert Gauer (1962) – urodził się, mieszka i pracuje w Kołobrzegu. Od trzydziestu lat zawodowo zajmuje się fotografią. Głównym obszarem jego zainteresowań jest polskie morze. Kolekcje czarno-białych prac artysty poza Polską były eksponowane również w Szwecji, Danii i Niemczech. Mig otan ia www.migotania.pl ISSN 2083-2494 numer 2 (51) 2016 Redakcja: Redaktor naczelny: Zbigniew Joachimiak Dział PR: Adam Buszek Dział tekstów, redakcja i korekta: Agata Foltyn Dział fotografiki: Sybilka Storie Redaktorzy: Maria Jentys-Borelowska (Kraków), Alina Kietrys (Gdańsk) Andrzej Wołosewicz (Warszawa), Bogusław Żyłko (Gdańsk). Stale współpracują: Anna Frajlich (Nowy Jork), Piotr Goszczycki (Warszawa), Artur D. Liskowacki (Szczecin), ks. Janusz A. Kobierski (Warszawa), Adam Majewski (Gdańsk), Grzegorz Musiał (Bydgoszcz), Jerzy Niesiobędzki (Wyszembork), ks. Jan Sochoń (Warszawa), Leszek Szaruga (Warszawa), Olga Śmiechowicz (Łódź), Roman Warszewski (Gdynia), Marek Wawrzkiewicz (Warszawa), Krystyna Śmiechowicz (Łódź), Zofia Beszczyńska (Warszawa), Sławomir Majewski (Miechów), Leszek Żuliński (Warszawa) Redakcja niekoniecznie podziela poglądy autorów. Opracowanie graficzne: Baltox Artur Rakowski Wydawca: Fundacja Światło Literatury Adres redakcji: Fundacja Światło Literatury, ul. Grunwaldzka 303, 80–314 Gdańsk tel. 782-022-502 [email protected], Migotania. Gazeta literacka sprzedawana jest w salonach Empik w całym kraju w cenie 15 zł. za pojedynczy egzemplarz (numer podwójny w cenie 25 zł.). Możliwy jest również zakup za zaliczeniem pocztowym. Łaskawe zamówienia proszę składać w Redakcji dowolną drogą. Redakcja uprzedza, iż nie odsyła tekstów nie zamówionych. Staramy się odpowiadać na propozycje tekstowe, ale nie zawsze możemy to zagwarantować. W korespondencji z Redakcją prosimy używać przede wszystkim adresów e–mailowych. W sprawie zamieszczania reklam prosimy o kontakt mailowy na adres: [email protected] DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW SAMORZĄDU WOJEWÓDZTWA POMORSKIEGO Mig otan ia WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW, Autorów oraz Przyjaciół „Migotań” zapraszamy do wsparcia finansowego naszej Gazety poprzez jej prenumeratę. Tylko dzięki Waszej pomocy będziemy w stanie przetrwać na trudnym rynku oraz drukować Wasze teksty. Dziękujemy za pomoc! Redakcja DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW MINISTRA KULTURY I DZIEDZICTWA NARODOWEGO Mig otan Prenumerata! ia Cena „Migotań” wynosi 15 złotych (25 złotych numer podwójny), w prenumeracie 12 złotych za egzemplarz (24 złote numer podwójny)! Prenumerata za cztery kolejne numery wynosi 60 zł. To koszt gazet wraz z przesyłką. Aby mieć pewność, że przesyłka nie zaginie, zachęcamy do wybrania opcji przesyłki poleconej. Wówczas koszt prenumeraty to 68 zł. 55 Jak zamawiać? To proste! Jest na to wiele sposobów: 1) Zadzwoń pod numer 782-022-502 i złóż zamówienie; 2) Wyślij zamówienie mailem na adres: [email protected]; 3) Wyślij zamówienie na adres: Fundacja Światło Literatury, ul. Grunwaldzka 303, 80-314 Gdańsk. W tytule przelewu proszę podać adres, na który ma być przesyłana prenumerata, oraz numer „Migotań”, który ma zapoczątkować prenumeratę. Prenumeratę otrzymasz po wpłaceniu odpowiedniej kwoty na konto: Bank Millennium 74 1160 2202 0000 0001 7019 5866 lub za pobraniem pocztowym (koszty pobrania ponosi prenumerator). Gazeta Literacka 55 Jacek Geisler Poszczekadła Piąte 29 Filosofia Nuova Wszystko jest Ruchem i Nudą. Świat jest ruchem Nudy a człowiek jest nudą Ruchu. I wszystko jest z Nudoruchy i nie masz nic prócz Ruchonuda. 30 Psy stękają – Karawana sraje dalej. 31 Cennik za Uszczęśliwianie Ludzkości - w mordu i pod stienku. za Autorytet Moralny - w ryja. za Szlachetne Oburzenie - w pysk. 32 Aurora et Frederic Aurora: Frederic! Rusz się Opieszalcu i rozpal mi ogień we wszystkich piecach. Jeśli zbraknie drewien na podpałkę, porąbaj Pianoforte. No, jazda Fajtłapo. Jak się dobrze sprawisz, pozwolę ci skomponować Preludium Deszczowe. Frederic: Avec plaisir. Jestem do usług Jaśnie Pani. I całuję jej słodką dziurkę des-Durkę h-Molem con furioso. 33 Kto przysiągł na Egalitaryzm, ten nie może się zadawać z Bylekim. Ten należy do elity – Ścisła Elita i kwita. A egalitaryzm? Ach, to tylko taka leksykalna jałmużna dla Elektoratu vel Pospólstwa alias Hołoty. 34 Gdy wskrzeszony Łazarz doszedł co nieco do siebie, ozwał się do Rzeszy w te oto słowa: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam - przedziwne z was Plemię. Bo zaiste nie pojmuję: pocóżeście mnie wskrzesili? Na te słowa Rzesza zawyła okropnie, rzuciła się na Łazarza z pazurami i zatłukła go tak dokumentnie, że już nigdy więcej nie zmartwychwstał. 35 Jak to dobrze, że są na świecie Nieszczęśliwi. Bez nich szczęście Szczęsnych byłoby niepełne. 36 Haas-Liebe Złoneczko ty moje Najbierdolniejsze. - 37 Sex? Oczywiście, tylko z kim? Albo z Potworem, albo z Otworem. A może: z Otworem w Potworze? Taż to panie Kryminalna Afera. 38 Marzenie o Człowieku – zbankrutowało. Okazało się, że Człowiek to złuda a realnością – Bestyja. Nakazano więc odwrót na pozycje wyjściowe do lasu, do boru, do Jaskini Bydląt. 39 Czynić zło jest tak kusząco łatwo, że nie sposób się powstrzymać i – nie ulec. 40 Ogłupić się dla Chrystusa – tak radzi sobie i nam imć Pan Pascal. 56 Na miłość boską, opamiętaj się pan, Panie Pascal. Jesteś Pan już dostatecznie niemądry – Dieu ne demand plus. 41 Z Żeromskiego Uciekła mi Smugoniowa w siano, A ja niczym ten Przełęcki za nią. Trzeba męża się Smugonia spytać, Czy pozwoli Smugoniową trykać. 56 Migotania 53 Leszek Szaruga WYPRASOWAANIIE (21) C zasy jakieś się porobiły wsteczne, czuję się jak w okresie słusznie minionym i mam wrażenie, że to nie tylko moje odczucie, co zdaje się potwierdzać mecenas Jacek Dubois , który, w przerwie zajęć związanych z czynnościami prawniczymi zmierzającymi do wspomożenia aresztowanego właśnie Józefa Piniora (przypomnę: to ten facet, który wraz z Władkiem Frasyniukiem sprzątnął czerwonemu sprzed nosa 80 milionów złotych tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego – przypomnienie konieczne, bo moim studentom nazwisko Piniora, podobnie zresztą jak nazwisko Jerzego Giedroycia, nic nie mówi) udzielił wywiadu czasopismu „Newsweek” (nr 49//2016). Rzecz zatytułowana została „Broszkowanie polityki”. Pan mecenas opowiada, jak to, by odreagować stres, wraz ze swym kolegą zabawiają się pisaniem krotochwilnych wierszyków politycznych (swego czasu – posiłkując się tytułem „Xenie i elegie” podobne utwory składali Goethe z Schillerem, u nas Jarosław Iwaszkiewicz, a ostatnio Ryszard Krynicki). Powiada też: „Czuję się źle, bo zostałem wychowany (a trzeba tu dodać, że Dubois to rodzina z pięknymi tradycjami prawniczymi - LS) w ogromnym szacunku dla prawa. Uczono mnie,, że to spoiwo społeczeństwa. Są sytuacje, gdy ktoś próbuje to spoiwo zniszczyć, ale to jedynie zawieruchy historii. Hunowie zawsze zostają w końcu pokonani i wszystko wraca o normy. Od zeszłej jesieni miałem świadomość, że rząd PiS nie będzie grał zgodnie z zasadami demokracji. I nie gra. Nie demonizuję sytuacji, bo nie dochodzi w Polsce do aresztowań o świcie...”. I tu, niestety, pan mecenas raczył się pomylić: do drzwi jego obecnego klienta zapukano o szóstej nad ranem - czas teraźniejszy pora zmienić na przeszły. W dalszej części wywiadu Dubois precyzuje: „Nie uważam, że nasze państwo jest zagrożone, choć wesoło nie jest. (…) To czas dla nas dolegliwy, ale rozsądek zawsze zwycięża. Zwyciężają instytucje. (…) Dzisiaj obrażany jest zdrowy rozsądek, naruszane są zasady przyzwoitości i dobrego gospodarzenia krajem, ale to Polski nie zrujnuje. (…) Gdy ludzie się zorientują, że Trybunał Konstytucyjny przestał bronić ich praw, a niezawisłe sądy to abstrakcja, kiedy nastąpi spadek PKB, to przy urnach zachowają się rozsądnie. A do tego czasu jeśli oglądamy coś, co obraza naszą inteligencję, przyzwoitość i zasady, to możemy albo iść na emigrację wewnętrzną, albo się z tego śmiać. My z Krzyśkiem Stępińskim postanowiliśmy się śmiać. Piszemy felietony, satyry i bajki”. To okazywanie swego stanowiska może zaszkodzić: „Oczywiście, że mi zaszkodzi. Ale taki mam system wartości, został mi przekazany w genach. Mój dziadek był posłem na Sejm II RP, ojciec był przez całe życie zaangażowany w działalność samorządu adwokackiego. Ja chciałem prowadzić kancelarię, myślałem, że nie będę miał nic wspólnego ze sprawami publicznymi. Ale mnie w końcu dopadło. Jest gdzieś granica przyzwoitości, po przekroczeniu której człowiekowi puszczają nerwy”. Kwestia ostatnia jest też przedmiotem uwagi kierownika Katedry Etyki KUL, ks. Andrzeja Szostka, który w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” (nr 49/2016) zatytułowanym „Kościół i dobra zmiana” stwierdza, odpowiadając na pytanie o kryzys przyzwoitości, jaki obecnie przeżywamy: „Czy ja wiem? Może raczej przeżywamy kryzys zaufania do siebie nawzajem, kryzys wiary w dobrą wolę także tych, którzy nie podzielają naszych poglądów i upodobań. Ten kryzys daje o sobie znać zwłaszcza wtedy, gdy uderza się w tony patriotyczne, gdy mowa o dobru narodu, o dumie narodowej itp. (…) Kiedy mowa o dumie narodowej, to warto zacząć od mniejszych i bliższych nam kręgów odniesień. Otóż ja jestem dumny z mojej rodziny. Wychowałem się w niej, rodzicom i rodzeństwu zawdzięczam w znacznej mierze ukształtowanie mojego świata wartości. Ale do głowy mi nie przyszło, by tak rozumiana duma prowadziła mnie do uznania, że inne rodzinny są gorsze, nawet gdy są wyraźnie inne”. O tyle to wyznanie wydaje się interesujące, że zarówno Szostek jak Dubois podnoszą wagę wychowania w rodzinie – tu rzeczywiście kształtowany może być (choć nierzadko nie jest) rdzeń samoświadomości, poczucia godności własnej i innych. Wynoszenie się ponad tych, którzy „są wyraźnie inni” jest jednak dość powszechne – by przypomnieć słowa Jarosława Kaczyńskiego z wywiadu, jaki dla „Arcanów” przeprowadził z nim profesor Andrzej Nowak, a mówiące, że „istnieje jakaś hierarchia narodów”. Przed takim właśnie wynoszeniem się przestrzega Szostek: „Wiem, że historia mojego narodu obfituje zarówno w postacie i momenty chlubne, jak niechlubne. I wiem, że podobnie ma się rzecz z innymi narodami. Nie ma sensu pytać, czy Polska jest lepsza, czy gorsza niż Niemcy albo Rosja. Takie porównania prowadzą do kompleksów wyższości lub niższości. Jak bardzo takie otwarcie na innych wzbogaca „Hunowie zawsze zostają nas samych, to akurat historia Polski wyraźnie pokazuje”. w końcu pokonani” Jaka historia? Pan prezydent Andrzej Duda – co cytuje „Polityka” (nr 49//2016) jako motto do artykułu Marcina Zaremby „Wyziewy fabryki mitów” - określa to jasno i wyraźnie: „Polska szkoła będzie uczyła prawdziwej polskiej historii, w której wiadomo, kto był zdrajcą, a kto bohaterem”. Pisze Zaremba: „Wracamy do XIX-wiecznej romantycznej koncepcji Polski-Chrystusa narodów, cierpiącej i niewinnej. Taki wizerunek ma pozostać, więc z przypadkami naruszenia dobrego imienia narodu walczy MSZ. (…) Mamy więc do czynienia ze strategią kreowania się na jedynych depozytariuszy wolnej Polski, przedstawiania obecnej władzy nie jako wyłonionej na skutek losowego, wyborczego przypadku, lecz jako wyraz spełnienia procesu dziejowego. Łańcuch prowadzi więc bezpośrednio od Piłsudskiego i Dmowskiego, przez żołnierzy wyklętych, prymasa Stefana Wyszyńskiego, do Antoniego Macierewicza i Lecha Kaczyńskiego. Rodowód można pociągnąć dalej w głąb, aż do początków państwa polskiego. Symbolicznie, jako przedłużenie i dopełnienie najlepszych nurtów narodowej historii, albo dosłownie, jak to zrobił genealog dr Marek Jerzy Minakowski. Otóż w 2009 r. ogłosił on, że Lech Kaczyński jest dalekim potomkiem władców Polski Mieszka I, Bolesława Chrobrego i Bolesława Krzywoustego. W swojej „Wielkiej genealogii”, bazie powiązań genealogicznych Polaków, wyliczył ponad 30 pokoleń przodków ówczesnego prezydenta Rzeczypospolitej”, zaś „w październiku 2016 r. wicepremier Piotr Gliński przyznał Minakowskiemu odznakę „Zasłużony dla Kultury Polskiej””. Wszystko zaczyna się powoli układać w pewien program, co prawda nie artykułowany wprost, lecz po prostu realizowany. Przypomina on założenie inżynierii społecznej wpisane w praktykę okresu jeszcze słuszniej minionego, a które najdobitniej określa rosyjski termin „pierekowka dusz”. Trzeba zmienić Polaków tak, by potrafili sprostać stawianym im przez ideologię wymaganiom. Trochę o tym mówił poseł Kaczyński w przywoływanym wyżej wywiadzie dla pisma „Arcana” - narzekał w nim na Europę zniewieściałą, pozbawioną męstwa, a tym samym niezdolną do obrony wartości, głównie „chrześcijańskich” (biorę rzecz w cudzysłów, bo rozumienie chrześcijaństwa w niektórych naszych kręgach kościelnych i politycznych wydaje się być na skraju herezji). Stąd praktyka wychowania „patriotycznego” z kultem „żołnierzy wyklętych” (wzmacniana tworzeniem jednostek „obrony terytorialnej”, których uczestnicy mają być opłacani), z wytycznymi „polityki historycznej” i przemeblowaniem systemu oświaty („reforma szkolnictwa” wprowadzana z impetem sowieckiego czołgu). Trafnie też zauważa Jan Tokarski w eseju „Neomesjanizm nad Wisłą” w „Przeglądzie Politycznym” (nr 138/2016): „Dokonuje się mianowicie (dokonało się?) przesunięcie w sferze symboli. Przemiana tego, jakie języki opisu rzeczywistości uważane są za wiarygodna, a jakie – zdyskredytowane. W odwrocie jest dziś język liberalny, z jego naciskiem na swobody indywidualne, nienaruszalność podstawowych zasad porządku prawnego, pragmatyzm i realistyczną kalkulację interesów. Wiarygodny (czy też „modny”, „na fali”) stał się natomiast język kontrrewolucyjny, mesjanistyczny, czerpiący garściami z narodowej i religijnej symboliki. Bywa on czasem określany jako „konserwatywny”, ale wydaje mi się to nieporozumieniem. Konserwatyści kładą nacisk na ciągłość, dzisiejsi polscy „konserwatywni rewolucjoniści” - na zerwanie. (…) Współcześni kontrrewolucjoniści (…) traktują tradycję jako Prawdę Objawioną. A właściwie, uznają polską tradycję za tożsamą z Prawdą Objawioną, a Prawdę Objawioną – za nieoddzielną od polskiej tradycji. Jak pisze (absolutnie serio) Michał Łuczewski (…): „historia święta jest historią Polski, a historia Polski jest historią świętą””. Cóż, jak tak dalej pójdzie, napiszemy wreszcie Jeszcze Nowszy Testament, który objawi światu historię Polski jako ową świętą historię. Wojciech Wencel powinien dać radę. To on wszak przypomniał Prawdę: „W 1850 roku w Licheniu Matka Boska mówiła: „Ku zdumieniu wszystkich narodów świata z Polski wyjdzie nadzieja udręczonej ludzkości””. Tyle tylko, że nim wyjdzie, musi najpierw do niej wrócić. LESZEK SZARUGA Robert Gauer PLAKAT ARTYSTYCZNY Zbigniew Joachimiak PLAKAT POETYCKI