Pobierz PDF

Transkrypt

Pobierz PDF
Piszą:
• E. Zyman, Florian Śmieja, rozmowa + wiersze
• K. Śmiechowicz, O Cwietajewej cz. II
• K. Brakoniecki, poezja
• W. Mejbaum, Filozofia i problemy + wiersze
•
•
•
•
•
A. Łozowska-Patynowska, o poezji Krystyny Lars
Eda Ostrowska, poezja
ks., J. Sochoń, Filozofia jako religia + wiersze
A . Wołosewicz, o Wojciechu Kawińskim
Laureatki „Konkursu Migotań na recenzję”
Nr 4 (53) 2016 kwartalnik
cena 15 złotych w tym VAT 8%
„więcej jest wśród nas umarłych
niż nam się zdaje”
(F. Śmieja, Życie pozagrobowe)
ks. Jan Sochoń
Niebo
Kościół popada w ruinę,
słyszę na ulicy, tuż obok wejścia
do metra przy Placu Wilsona.
Księża nie potrafią, lub nie chcą,
udźwignąć cudu demokracji.
Wciąż trzymają się, i to kurczowo,
starych mszałów, i starych kości.
Ich oczy są szare,
jak niebo nad Golgotą.
5 VII 2O14 R.
W numerze fotografie prezentuje Robert Gauer
Gazeta literacka ISSN 2083-2494 Fundacja Światło Literatury Gdańsk Gazeta
2016 Literacka
1
FELIETON
Piotr Gajda
N
iemal każdy poeta najpierw był grafomanem. To otwarcie nie jest na szczęście zdaniem kategoryzującym;
każdej regule przydarzają się chlubne wyjątki. Niestety,
mój osobisty przykład do nich nie należy, co można łatwo
sprawdzić na łamach kilku rzadkich cymeliów literackich
w rodzaju Antologii wierszy poetów nagrodzonych w Turnieju Jednego Wiersza pt.: „Kobieta” w latach 1994–2005
czy piotrkowskiego pisma regionalno-kulturalnego „KurieR
i Taraskę, po Konstantynów Łódzki. Krzysztof
(legitymujący się podówczas dwoma nominacjami do nagrody głównej w konkursie
im. Jacka Bierezina), delikatnie jak to tylko
możliwe, dał mi do zrozumienia, że to, co
piszę, ma rangę godną miasteczka, którego
mieszkańców truł przez dekady wielki zakład
wyrobów chemicznych, ale już niekoniecznie sprawdzi się „na wolnym powietrzu”. Zrozumiałem tę
lekcję i w trzy miesiące później (był rok 2007) moje „nowe
wiersze” ukazały się drukiem w łódzkim „Tyglu Kultury”, a
ich „chrzestnym ojcem” i „redaktorem prowadzącym” był
nieodżałowany Zdzisław Jaskuła.
Nie wiadomo, co byłoby dalej z moją grafomanią,
gdybym w swoim czasie nie zetknął się z poezją Rafała
Wojaczka, nie spotkał na warsztatach literackich Marka
tomiszczem przed nosami innych niespełnionych poetów na
dowód własnej wielkości (poetyckiej szerokości zero), którym
nie starczyło pieniędzy albo nie wychodzili ich u prezydenta
lub starosty. Wklejałbym poszczególne wiersze na Fejsa i napawał się opiniami znajomych, że takie cudne. Może jakimś
cudem otarłbym się o profesjonalny poetycki festiwal (jak
onegdaj zapoznana animatorka kultury i słaba poetka), żeby
w czasie spotkania autorskiego obecny wśród publiczności
pewien hołubiony przez mainstream autor mógł rzucić w
przestrzeń ciche pytanie retoryczne: „Cóż to za nieszczęsne
dziewczę?”.
Wspominałem wcześniej o wyjątkach… Minęło kilka lat,
pomimo że zdążyłem w międzyczasie wydać dwie książki
poetyckie, otrzymać nominację do Bierezina, nagrody w kilkunastu znanych konkursach poetyckich, a także publikować
wiersze w ogólnopolskich czasopismach literackich, nadal
Grafomania – odmiana
przez przypadek
FELIETON
– Kultura i Rzeczywistość”, gdzie opublikowano zestawy
moich absolutnie grafomańskich wierszy, jakimi w swoim
czasie wygrałem kilka lokalnych konkursów poetyckich.
Na szczęście koledzy po piórze byli czujni. Na portalu
Nieszuflada.pl za wklejkę z wierszem „objechał mnie jak
burą sukę” Jacek Dehnel, co z jednej strony mocno mnie
ubodło (jak każdego podobnego mi grafomana), ale z
drugiej dało sporo do myślenia. Zwłaszcza że przecież już w
okolicach końca lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku
napisałem kilka według mnie (a moje „ja” zawsze bywało
przesadnie krytyczne) wcale niezłych wierszy, które nigdy
nie doczekały się publikacji, ponieważ podczas jednej z
przeprowadzek teczkę pełną tekstów omyłkowo wrzuciłem
do pieca. Ale wtedy był rok 2002, a ja po prawie dziesięciu
latach od całkowitego odrzucenia poezji na rzecz twardej
walki o byt w ultra-kapitalistycznej rzeczywistości powiatowego miasteczka literacko zupełnie zardzewiałem, straciłem liryczny węch i czucie. I „sadziłem” te swoje „knoty”,
które mogły się podobać jurorom konkursów poetyckich
wywodzącym się z szarej masy polonistów, bibliotekarzy
i grafomanów z aspiracjami. Na szczęście otrzeźwienie
nadeszło kilka lat później, w czym nieoceniony udział miał
Krzysztof Kleszcz, poeta z tego samego miasta, o którego
istnieniu tylko słyszałem, albowiem nie widywałem go na
rozstrzygnięciach lokalnych konkursów poetyckich rozprzestrzeniających się „od morza do morza”, czyli mniej więcej
od Tomaszowa Mazowieckiego, przez Piotrków Trybunalski
Marek Wawrzkiewicz
P
popełniałem błędy. Jednym z nich było prowadzenie warsztatów, na które zgłosiło się około dwudziestu osób w różnym
wieku, niestety, wszystkie za wyjątkiem jednej – młodego
podówczas licealisty Tomasza Bąka – okazały się w istocie
hardcore-grafomanami. Późniejszy autor [beep] Generation
już wtedy zaprezentował wiersze, które z powodzeniem można
było drukować. Dla innego ich uczestnika, dopominającego
się, aby na końcu każdego wiersza umieszczać wytłumaczenie
metafor, nie było już ratunku. Przy Bąku zaś nie zostało nic
do roboty (a tym bardziej do zepsucia), ponieważ już wtedy
wypracował nie tylko dojrzałość warsztatową, ale także i
osobowościową. Został wciągnięty w łódzkie środowisko poetyckie, jednak z czasem zdecydowanie się od niego odciął,
pozostając poetą niepodległym, takim, który nie ogląda się
za siebie, a prze wyłącznie do przodu. Tym samym znowu
wygrało życie w swoich kolejnych odsłonach, z jakich każda
potwierdzała niepisaną regułę: „nie ma tego złego (choćby
i w zalewie grafomanii), co by na dobre nie wyszło”.
Grafomania nie jest zła, jeżeli się tylko ze sobą nie obnosi,
jest siebie świadoma, nie czyni krzywdy, każąc brać z siebie
przykład (pozbawiona elementu autokreacji, której celem
jest uzyskanie statusu poety za wszelką cenę). Stanowi wtedy
pożyteczne ujście dla ludzkich pragnień i energii. Z drugiej
jednak strony świętą rację miał Montaigne: „W każdej dziedzinie można pozwolić sobie na nieudolność, byle nie w
poezji”. Czego państwu i sobie nie życzę.
PIOTR GAJDA
Dedykacje (7)
Głębokie sztolnie pamięci
omyślałem, że w tej rubryce piszę o poetach i prozaikach powszechnie znanych. Lub takich, których przeciętny czytelnik znać powinien. Ale zreflektowałem się: są
jednak twórcy całkowicie anonimowi, a przecież godni
upamiętnienia. Wszak w każdym szanującym się mieście
powinna istnieć mogiła nieznanego poety. Na których w
określony ustawą dzień roku inni nieznani poeci składaliby
wieńce i rękopisy – które, jak wiadomo, nie płoną.
Kilka lat temu na Warszawskich Targach Książki
podszedł do mnie jakiś pan i zapytał czy go pamiętam. Wytłumaczyłem, że od wczesnej młodości
cierpię na osobliwy defekt pamięci: pamiętam daty,
nazwiska, ale nie pamiętam twarzy. Jak zwykle w
takich sytuacjach czuję się winny: on mnie zna, a ja
2 bo
go nie. I wyznałem mu to otwarcie. Wyraził żal,
przecież powinienem pamiętać, że przeszło pół wieku
temu miał prawo nakłaść mi po mordzie, ale tego nie
zrobił. Następnie opisał całą tę konwersację w takim
środku masowej komunikacji, które w moich czasach
nazywało się magiel, a teraz nazywa się - bodajże
- fejsbuk. A ja w dalszym ciągu nie wiedziałem kto
i dlaczego w zamierzchłych czasach nie zrealizował
tego, co powinien. Aż tu...
Od lat mam nieodwzajemnioną potrzebę porządku. I grzebiąc w prastarych papierach znalazłem wątły plik kartek spiętych zszywaczem. Wyblakły maszy-
2
Garbali i kumpla z wojska, bardzo zdolnego i ciekawego
prozaika i poetę z Wrocławia Jacka Rzepkę (który ostatecznie zamilkł i zniknął mi z oczu), we właściwym miejscu i
czasie Krzyśka Kleszcza, łódzkich „praszczurów” w osobach
Andrzeja Strąka i Zdzisława Jaskuły oraz tak ważnych dla
mnie po dziś dzień redaktorsko-towarzyskich orędowników
– Rafała Gawina i Macieja Meleckiego? Najprawdopodobniej porzuciłbym ostatecznie pisanie, paradnie potykając
się z opresjami życia codziennego. Zapuściłbym wąsy? O
mały włos (cieniutki jak zbieżność kilku przypadków) po
dziś dzień czytałbym grafomańskie wiersze na zlotach samozwańczych poetów województwa (tu wpisać dowolną
z dostępnych nazw) przy zapalonych kadzidełkach i świecach (alternatywnie przy ognisku z kiełbaskami), obowiązkowo przebrany za starożytne bóstwo z widoczną nadwagą i w dodatku z lirą (byłbym jak ten bohater Satyrykonu
Petroniusza, niejaki Eumolpus, cierpiący na kompulsywną
potrzebę deklamowania własnych poematów). Być może
po dziś dzień odbierałbym dyplomy z rąk jurorek-polonistek
w fikuśnych okularach i fryzurach, którym nie zdarzyło się
kupić książki poetyckiej, jeśli jej autorem nie był akurat
Herbert, Szymborska, rzadziej Miłosz, czy częściej ksiądz
Twardowski. Najprawdopodobniej zapłaciłbym drukarni
wyspecjalizowanej w drukach akcydensowych za wydrukowanie książki poetyckiej zatytułowanej Kształtny powiew
wiatru (obowiązkowo z jesiennymi liśćmi na okładce) i rozdawałbym ją przyjaciołom i znajomym. Wymachiwałbym
Migotania 53
nopis nosił tytuł „Westchnienia do Jelonka”, opatrzony
był imieniem i nazwiskiem i dedykacją: „Markowi na
pamiątkę naszych poetyckich bojów - Zygmunt”. I
wtedy wielką falą chlustnęły wspomnienia.
Zygmunt w studenckich czasach znany był pod
pseudonimem „Słodki Apollo”. Prawdopodobnie w
archiwach naszej Alma Mater przechowały się dokumenty jego osiągnięć. Warto przypomnieć choćby
jedno. Otóż na egzaminie z francuskiego przetłumaczył on zdanie „Ranek był pochmurny, ale hrabina
postanowiła wyjść z pałacu” jako” Codziennie rano
wyprowadzał na spacer swojego małego przyjaciela”. Poza wnoszenie twórczego wkładu w sztukę translatorską uprawiał też poezję. Dowodzi tego
wspomniany wyżej maszynopis. Jelonkiem, do którego
poeta wierszem wzdychał, była jego ówczesna ukochana. Ktoś drobiazgowy mógłby wprawdzie twierdzić, że jelonek w tym wydaniu przypomina raczej
żonę łosia, ale nie zapominajmy: prawdziwa poezja
uwzniośla. A także wyszczupla. A wiersze? powiem
oszczędnie: są wzruszające. I pozostańmy na tym
poziomie ogólności.
Pewien studencki klub ogłosił turniej jednego wiersza z główną nagrodą w oszałamiającej wysokości
trzystu złotych. Nie mogłem w nim uczestniczyć, ponieważ turniej adresowany był do absolutnych debiu-
tantów. Ale mógł wystartować Zygmunt, tyle tylko,
że koleżeńskie kolegium uznało, iż z jego utworami
nie mamy szansy na przepicie nagrody. W tej kryzysowej sytuacji napisałem wiersz za naszego faworyta.
Były w tym utworze uczucia prawdziwe, głębokie
refleksje, mgły, melancholia, tragizm przemijania oraz
odwołania do Hamleta. Dzieło w przejmujący sposób
odczytane przez Apolla pobiło na głowę wszystkie
inne. Laureat został w podniosłych słowach pasowany
przez jury na poetę mającego wielką przyszłość, z
wielką skromnością podziękował i za pokwitowaniem
odebrał nagrodę.
Młodszym czytelnikom pragnę wyjaśnić, że popularne w tamtych czasach wino owocowe marki
„wino”, inaczej mówiąc „patykiem pisane” kosztowało
17,50 złotych polskich
Być może właśnie wtedy powstała sytuacja, w
której powinienem dostać to, co wzmiankowałem na
wstępie. Być może, ale zupełnie tego nie pamiętam.
A nie wyjaśniłem tego, bo zaraz były wakacje, po
których Zygmunt wyjechał na Dolny Śląsk. Chyba bez
Jelonka. A jeśli tak, to pewnie już wierszy nie pisał.
Na wszelki wypadek: cześć jego pamięci.
I mojej też. Częściowo.
MAREK WAWRZKIEWICZ
Edward Zyman
ks. Jan Sochoń, Niebo/POEZJA…………………........................str.1
Piotr Gajda, Grafomania – odmiana przez przypadek/
FELIETON…………………….............................................................str.2
Marek Wawrzkiewicz – Dedykacje (7)/FELIETON……………..str.2
Edward Zyman - Poeta podglądający kolibry…/
ROZMOWA …………………………...............................................str.3
Florian Śmieja, wiersze/POEZJA……………….........................…str.5
Aleksandra Naróg - Dwa miasta Ryszarda Krynickiego/
ESEJ…...................................................................................…........str.6
ks. Jan Sochoń, wiersze/POEZJA...........................................…..str.7
Eda Ostrowska, Paw traw/POEZJA…....................……….…….str.8
Wacław Mejbaum - Filozofia i ‘Problemy filozoficzne”/
ESEJ…….…………………..........................................................…..str.9
Cezary Sikorski - Wacek Mejbaum i kamień filozoficzny/
ESEJ…...............................................................................................str.10
Wacław Mejbaum, wiersze/POEZJA…..…………………..…....str.12
Krystyna Śmiechowicz, Cwietajewa –powrót do Rosji cz.2/
ESEJ……………..…..........................................................................str.13
Anna Łozowska, W kręgu cielesnej rzeczywistości. O poezji K.Lars/
ESEJ........................................................................................…......str.16
Ewa Poniznik, Miłość i bunt….O poezji białoruskiej,
ESEJ………….………………….........................................................str.18
Paweł Sarna, wiersze,/POEZJA……..………………...…………..str.19
ks. Jan Sochoń, Filozofia jako religia pobożności/ESEJ…….str.20
Sławomir Majewski, Ten Sofokles, Albert Camus/ESEJ...........str.22
Kamil Trombik, Jean Amery/ OSOBY..................................…...str.25
Natalia Krzemień, Wzgórze nadziei…/ESEJ...……………….….str.25
Anna Matysiak, MAŁE PROZY/PROZA…....................................str.26
Kazimierz Brakoniecki, Portret poety z czasów studenckich/
POEZJA……........................................................................………..str.28
Grzegorz Musiał, Dziennik włoski. Sycylia (25)/DZIENNIK........str.30
Stanisława Dubiski - Magiczna lalka/PROZA............................str.31
Mustafa Spahiu, poezja albańska/PRZEKŁADY........................str.32
Andrzej Wołosewicz, Wojciech Kawiński, Benedyktyn poezji/
INTERPRETACJE...............................................................................str.33
Ewa Poniznik, wiersze/POEZJA..................................................…str.36
Mateusz Wabik, Obrazy Beksińskiego…/SZTUKA…..................str.43
Elżbieta Musiał, Mówię pochyloną cambrią/POEZJA…....….str.44
Małgorzata Dorna W., Zofia Kawalec Łuszczewska…/
SZTUKA…………….………...............................................................str.46
Agnieszka Syska, drzewu różę kradnę/POEZJA…………...…..str.49
Lech Galicki, Ujrzałem,/POEZJA…….…………….………………str.49
Kamil Trombik, Kilka jesiennych myśli/FELIETON………….…....str.50
Anna Krasuska, wiersze,/POEZJA…………………………………str.51
Edward Zyman, Z listów do przyjaciela/KORESPONDENCJA...str.52
Erazm Felcyn, Plaża Gauera/OMÓWIENIE…..............….…….str.54
Jacek Geisler, Poszczekadła Piąte, cd.…………….………….str.56
Leszek Szaruga, Wyprasowania (21)/FELIETON………….…….str.56
RECENZJE:
Katarzyna Buczyńska, W łódce z Tove Janson, NAGRODZONY
TEKST…………..................................................................................str.37
Kinga Młynarska, W poszukiwaniu istoty człowieka,
NAGRODZONY TEKST.…................................................................str.38
Magdalena Szewczuk, Zaproszenie do więzienia,
NAGRODZONY TEKST……….........................................................str.39
Anna Musz, Nieskończoność liczona na palcach, O Południku
C.Sikorskiego...................................................................................str.40
Kamil Trombik, S. Stewart-Williams, Darwin, Bóg i sens życia...str.40
Piotr Gajda, Życie gęste, żarliwsze…..................................…...str.41
Anna Dominiak, To co dalekie, spotyka się blisko, Beaty P. Klary
..........................................................................................................str.42
Poeta podglądający
kolibry
ROZMOWA
Spis treści
Z Florianem Śmieją – poetą, tłumaczem, eseistą rozmawia Edward Zyman
Edward Zyman: - Na wstępie naszej rozmowy
chciałbym wrócić na chwilę do Pana bujnej młodości. Wykładowca akademicki, pisarz, redaktor, dziennikarz, tłumacz, animator kultury, globtroter, słowem
niezwykle intensywna, gęsta działalność, która trwała
także w późniejszych latach i z której Pan się ostatnio
kompletnie wycofał. Mówiąc słowami Czesława Miłosza oddalił się Pan od „jarmarku świata”, wybierając
zacisze nad jeziorem Huron i kontaktując się głównie
z naturą, z ptactwem, ze zwierzętami. Wiadomo, że
każdy z nas doświadcza nieuchronnie biologicznych
konieczności, chcę jednak zadać Panu pytanie: czy
był to trudny wybór?
Florian Śmieja: - Znalazłem się rzeczywiście na
najwyższej półce wiekowej, a wówczas jesteśmy pozostawieni samym sobie. W tym momencie to, co
mnie otacza jest bardzo ważne. Pobyt nad jeziorem
Huron na północy kanadyjskiego Ontario, obcowanie
z przyrodą daje mi spokój i czas na refleksję. Gratuluję sobie, jeśli uda mi się napisać jakiś wiersz. Jest to
jakby pewien sprawdzian, że umysł jeszcze pracuje.
Że jeszcze potrafię złożyć słowa tak, że mogą być
odbierane przez innych. Nie wiem czy powinienem się
spodziewać jakiejś większej aktywności, wypadałoby
się raczej wyciszyć, zresztą ja ciszę bardzo lubię, uważam, że otacza nas za dużo hałasu. Z tym, że ja do
hałasu zaliczam także muzykę popularną, z czym się
większość ludzi nie zgodzi. Jakoś umiałem nie chodzić
na wielkie koncerty, przejmować się popem.
E.Z.: - Przebywając w tej samotni z wyboru, słuchając muzyki natury, najpiękniejszej muzyki, jaką można
sobie wyobrazić, nie zaniechał Pan pisania poezji. W
wielu nowych utworach powraca nieustannie ów autotematyczny motyw, czy udało się Panu raz jeszcze
oswoić słowo, zmusić je do posłuszeństwa, czyli ten
okres wyciszenia nie oznacza, na szczęście, braku
aktywności twórczej. Nieco korygując zwrot przywołanego przed chwilą autora Drugiej przestrzeni mógłby
Pan powtórzyć pierwszy dwuwers jego szczerej do
bólu „Modlitwy”:
Pod dziewięćdziesiątkę i jeszcze z nadzieją,
Że powiem, wypowiem, wyksztuszę,
Jeżeli nie przed ludźmi, to przed Tobą,
Który mnie karmiłeś miodem i piołunem.
F.Ś.: - U mnie to już po dziewięćdziesiątce. Oczywiście, wciąż podejmuję te próby, bo bez nich byłoby mi jakoś trudno. Inspiruje mnie nazywanie wciąż
nowych sytuacji dawniej nie dostrzeganych, czy nieprzewidywanych lub niedocenianych, pozwala je
lepiej rozumieć, oswoić czy akceptować.Ważne jest
dla mnie także to, że jednak w tym oddaleniu nie
tracę kontaktu ze światem zewnętrznym. Ucieszyło
mnie na przykład bardzo powstanie ostatnio nowej
strony internetowej poświęconej kulturze www.cultureave.com, z którą współpracuję na moich prawach:
chcę, mogę, ale nie muszę, co zaakceptowała jej
redaktorka, Joanna Sokołowska-Gwizdka. Publikując w tym ciekawym magazynie od czasu do czasu
próbuję dać czytelnikowi to niewiele, na które mnie
dzisiaj jeszcze stać.
E.Z.: - Bez presji terminów, zobowiązań…
F.Ś.: - To na pewno jest pewien luksus na starość, że
ma się tę możliwość władania sobą kompletnie, bez
przymusów, nalegań innych ludzi, bez tych wszystkich
konieczności, które nam towarzyszyły wcześniej.
E.Z.: - Gdy czytam Pana ostatnie wiersze powstające w ontaryjskiej samotni, przywołuję w swojej pamięci jeden z Pańskich wczesnych utworów zatytułowany
„Jesień”, z wydanego przed ponad półwieczem tomiku Powikłane ścieżki, w którym znalazłem sentencję
mówiącą, że szczęścia winniśmy szukać nie w celu,
lecz w drodze samej. Odnoszę wrażenie, że w Pań-
skim życiu to dyrektywa wciąż aktualna, może teraz
nawet bardziej niż kiedykolwiek.
F.Ś.: - Życie zawsze rozumiałem jako ruch, aktywność, dążenie; należy je zaprzęgnąć do akcji, zrobić
zeń użytek, uczynić swoim wspólnikiem i towarzyszem
w tej wędrówce pełnej tajemnic i niespodzianek, jaką
jest nasza egzystencja.
E.Z.: - I jeszcze jedna wyprawa w dość odległą
przeszłość. W innym wierszu tego tomu zatytułowanym
„Obawa”, jakby antycypując sytuację, którą dzisiaj
obserwujemy, pisze Pan o poezji skazanej na banicję
ze świata, który
co coraz sprawniej
ponaddźwiękowo
i międzyplanetarnie
leci donikąd.
Przypomina Pan sobie ten wiersz?
F.Ś.: - Tak.
E.Z.: - Przynosi on wizję, że wśród lasu anten telewizyjnych, dynamicznie, agresywnie rozwijającej się
cywilizacji, poezja przestanie być dla wielu potrzebna,
a ona jest przecież niezbędna. Chciałbym Pana zapytać: co to było? Proroczość jakaś nadzwyczajna,
przypisana twórcom? Wtedy jeszcze przecież nie było
powodów, by snuć takie ponure przepowiednie. Był
Pan człowiekiem młodym, bardzo aktywnym, pełnym
pomysłów, nadziei i planów…
F.Ś.: - Czułem, że ta aktywność, o której Pan
wspomina, choć intensywna, była dla mnie niepełna. Byłem poza ojczyzną, realizowałem się w obcym
języku, parałem się przecież językiem hiszpańskim, i
czułem, że także przez innych mogło to być postrzegane, jako jednak sztuczne. W każdym razie miałem
głębokie przeświadczenie, że pełne życie toczy się
w innym obszarze. Że to, co mnie otacza ma więcej
do czynienia z tym, co popularne, a nie ze słowem,
zwłaszcza poetyckim. Myślę, że w ówczesnym postrzeganiu rzeczywistości, z którą miałem na co dzień
do czynienia, byłem nie tyle pesymistą, co realistą.
Widziałem przecież, co się dzieje. Miałem świadomość, że książka nie jest materiałem chodliwym, że
ludzie po prostu nie czytają, a my, piszący, staramy
się robić dobrą minę do złej gry. A więc, że z tym
przedmiotem, który uważamy za istotny, stanowiący
część kultury podstawową, kultury do której nas kiedyś przygotowywano, nie jest dobrze. Zamiłowanie
do czytania, systematycznego wertowania książek
nabyłem dawno temu, jeszcze jako młody człowiek
i zawdzięczam to moim wychowawcom, i później
kontaktom z ludźmi, którzy mi imponowali. Ja, jak
pan wie, musiałem się dorobić języka, którego w
dzieciństwie nie znałem, bo jako dziecko używałem
gwary, z której musiałem wyrosnąć. Opanowanie
języka literackiego było więc dla mnie nie lada wyzwaniem. Gdy to osiągnąłem, gdy zdobyłem pewną
wiedzę i umiejętności komunikowania się z innymi
ludźmi uświadomiłem sobie…
E.Z.: - Na emigracji.
F.Ś.: - … której nie wybierałem, że to nie jest tak
bardzo pożądane, jak w moim przekonaniu pożądane być powinno, że to jest, tak było wtedy, a i
dziś jest
3 podobnie, rodzaj jakiejś kapliczki, niszy, do
której niewielu zagląda. Stąd właśnie to poczucie
niepełności.
E.Z.: - To, że jako dziecko posługiwał się Pan na
śląskiej prowincji głównie gwarą to fakt wielokrotnie
w pańskiej biografii podkreślany, ale skoro już o tym
mówimy, chciałbym abyśmy przeszli do kolejnego
ważnego w Pana życiu wyboru, jakim był wybór języka
artystycznego na obczyźnie, co wciąż intryguje badaczy literatury. Jesteście, mówię o grupie „Kontynenty”,
jedyną grupą w dziejach polskiej literatury, która powstała na emigracji z ludzi doskonale władających
Gazeta Literacka 3
cd. str.4
ROZMOWA
cd. ze str.3
językiem obcym, angielskim, wychowanych w kulturze
angielskiej i wykształconych w angielskich szkołach,
którzy w momencie debiutu, momencie niezwykle
ważnym dla każdego twórcy, wybrali jednak nie język
angielski, lecz polski. Wiem, że w literaturze przedmiotu była już o tym wielokrotnie mowa, tym niemniej
chciałbym Pana zapytać raz jeszcze: dlaczego? Jaki
czynnik, czy zespół czynników wpłynął na waszą decyzję? To chyba nie było łatwe zdecydować się w
morzu angielszczyzny pisać po polsku.
F.Ś.: - Jak mawiał Darowski, poezję pisze się w
języku odebranym od matki, czyli w języku, który jest
dla człowieka najbardziej intymny, ergo pisanie w
obcym języku, jakim był dla każdego z nas, mimo
wszystko, angielski właściwie nie wchodziło w grę.
Próbowaliśmy, każdy z nas próbował, ale to się nie
udawało. Powiedziałbym, że raczej wmawialiśmy
sobie, że coś nam się udało napisać po angielsku,
co nawet następnie tłumaczyliśmy na polski, ale
myślę, że to były nieudane próby. Jednak ten język
matczyny, dla każdego z nas podstawowy, zażądał
swoich praw i wydał się najsłuszniejszym. Dlaczego?
Bo jak ja napiszę coś po polsku, myślę oczywiście o
wierszu, to mam pewność, że to jest właśnie to, co
napisać chciałem, nawet jeśli to trzeba poprawiać,
wprowadzać pewne korekty.
E.Z.: - Że mówiąc słowami wieszcza, język myślom
nie kłamie.
F.Ś.: - I że ja to wiem, czuję, i że to mogę sprawdzić.
A każdy inny język, w moim przypadku angielsku czy
hiszpański, wymagałby jeszcze człowieka, dla którego to jest język naturalny i który potrafiłby wyłapać
wszystkie jego niuanse, a ja jakoś nie potrafiłem sobie
wyobrazić współpracy w tandemie z desygnowanym
redaktorem-tuziemcem nad literackimi tekstami. To
właśnie było powodem, że choć kilku z nas początkowo podejmowało takie próby, w późniejszym okresie
od nich odstąpiło. Jednym z naszych autorytetów i
zoilów na londyńskiej niwie był Zygmunt Nowakowski. Z
nim popadłem w konflikt, kiedy w imieniu naszej grupy
młodych poetów zaprosiłem Miłosza do Londynu.
On nam nie pamiętał wątpliwych określeń pisanych
w afekcie i młodzieńczej nietolerancji. Trzy lata po
incydencie z Miłoszem, napisał felieton „Kula u nogi?”
Był to jego błyskotliwy komentarz do dyskusji, jaką
wówczas prowadziliśmy w naszym piśmie na temat
języka zastanawiając się, czy w naszej sytuacji język
polski był dla nas najwłaściwszy, czy nie należało
się od niego uwolnić i przylgnąć do angielskiego.
Zygmunt Nowakowski ani na moment nie wątpił,
że jednak zwycięży język polski. Cytując fragment
mojego przekładu hiszpańskiej prozy poetyckiej, nie
szczędził mu największych pochwał i zakończył tak : „I
czy ktoś, kto tak pisze, może kiedykolwiek wyrzec się
pisania po polsku? Czy polszczyzna i polskość może
być dla niego kulą u nogi?”
Mimo, że widział, iż stare i młode pokolenie pisarzy
na uchodźstwie odnosiły się do siebie z obojętnością
i chłodem, nie miał wątpliwości, co do tego, który
język młodzi wybiorą. Decyzja nie zapadnie w dyskusji,
argumentował: „Ona wykluje się sama, w samotności, w pasji, w trudzie, w męce, w wewnętrznym
szamotaniu się. Decyzja taka nie może być dziełem
rozwagi. Ona przyjdzie pewnego dnia jak piorun. I
będzie wyrazem solidarności, nie wykalkulowanej na
zimno, nie wyrozumowanej, ale radosnej tajemniczej
solidarności z Polską, przed którą nie da się uciec
nigdzie, nigdzie ukryć, nigdzie zamknąć”. I dodał na
koniec: „A język, zamiast kulą u nogi lub wędzidłem,
stanie się ostrogą do lotu.”
E.Z.: - Gdy dzisiaj obcujemy, jako czytelnicy, z literackim dorobkiem dawnych członków grupy, nie
sposób nie zauważyć, że przeczucia Nowakowskiego
nie myliły go. Powiedział Pan, że nikt z kontynentowców nie zdecydował się na wybór języka angielskiego.
Uściślijmy to: poza Andrzejem Buszą, najmłodszym z
was, który opuścił Polskę mając zaledwie kilka miesięcy.
F.Ś.: - Ale Busza także przez dłuższy czas pisał
po polsku i dopiero po wielu latach, po Kohelecie
opublikowanym w połowie lat 70., przeszedł na angielskii. On zresztą w jakiejś rozmowie, bodaj że z Beatą Tarnowską, mówiąc o tym stwierdza, że dziś nie
jest pewny, czy wybór angielskiego był dla 4
niego,
jako twórcy, najlepszym rozwiązaniem, czy nie był
po prostu błędem.
E.Z.: - Podrążmy jeszcze temat pisarza na obczyźnie. Wówczas, gdy debiutowaliście w latach 50. w
Londynie, sytuacja była diametralnie inna od tej, z
którą mamy do czynienia dzisiaj. Obecnie nie ma
barier politycznych, administracyjnych, nie ma granic,
komunikacja między krajem a obczyzną jest ułatwiona. Czy to oznacza, że rzeczywiście literatura polska
już jest w jednym łożysku, czy wciąż jej obiegi są
różne.
4
Migotania 53
F.Ś.: - Ja może nie tkwię zbyt głęboko w tym, co
się dzieje w literaturze polskiej, bo to, co w tej chwili
piszę, mam na myśli moje wierszyki, które nazywam
notacjami, piszę raczej dla siebie. Jeszcze ich, jako
całości, nie wydaję, choć pojedynczo były publikowane w „Śląsku”, „Odrze” czy ostatnio w „Toposie”. Czy
one są w łożysku jednym, czy tylko „emigracyjnym”
trudno mi powiedzieć.
E.Z.: - Skoro publikuje je Pan w Polsce, to powiedziałbym, że w łożysku „emigracyjnym” ich w ogóle nie ma, co zważywszy na żyjącego poza Polską
czytelnika, dla którego książka od dawna była, jak
powiedział kiedyś Tadeusz Nowakowski, „artykułem
pierwszej niepotrzebny”, niewielką jest stratą. Ale dlaczego o to pytam? Przede wszystkim dlatego, że jest
Pan pisarzem, dla którego kontakt z kulturą polską, z
krajem, był zawsze czymś naturalnym jak powietrze,
choć nie zawsze takie stanowisko przyjmowano na
emigracji ze zrozumieniem.
F.Ś.: - Wie Pan ja tego nigdy nie starałem się traktować, jako swoistej ideologii, to było dla mnie czymś
oczywistym, ja tak po prostu czułem. To była moja
najgłębsza potrzeba. Ja nawet nie myślałem o tym w
kategoriach, czym mi to grozi, czy jest to poprawne
politycznie czy wprost przeciwnie. Pamiętam, że podczas mojego pobytu w Polsce w 1975 roku wybrałem
się w Warszawie na spotkanie w empiku, podczas
którego młody krytyk literacki, Edward Zyman, omawiał twórczość mieszkającego na Śląsku Stanisława
Horaka, autora głośnej w swoim czasie powieści Pustelnia. Gdybym o tym opowiedział w torontońskim
środowisku piszących pewnie by mnie skarcono, a
prelegent osiem lat później, jako emigrant polityczny,
zjawił się w Kanadzie. To że wówczas poszedłem na
to spotkanie, że poznałem nowych ludzi było dla mnie
czymś naturalnym i w ogóle nie zastanawiałem się
nad tym, czy to jest, jak się tutaj w pewnych kręgach
twierdziło, niemoralne i niepatriotyczne.
E.Z.: - Jeśli ktoś tak mógł myśleć o kontaktach z
kulturą polską w kraju po wydarzeniach w Poznaniu
w 1956 roku, marcu 68, robotniczych protestach w
1976, nie wspominając o grudniu 1970, było to trochę dziwne.
F.Ś.: - Ale było, a moich wykładów z hispanistyki
też nie przyjmowano zbyt życzliwie, imputując mi różne
dziwne motywacje.
E.Z.: - Skoro już o tym mówimy, zapytam, czy wiadome służby nie zarzucały na Pana sieci, nie kusiły?
Wszak był Pan dla nich ważną postacią – profesorem,
pisarzem, emigrantem.
F.Ś.: - Kusiły. Podczas jednego z moich pobytów
w Polsce, gdy – jak to było w moim zwyczaju – wędrowałem po kraju, do mojego brata w Zabrzu osiem
razy przychodził ubek by mnie wezwać na komisariat.
Gdy wreszcie doszło do rozmowy powiedziałem im,
by mnie zostawili w spokoju, gdyż uważam, że jako
nauczyciel akademicki, a także jako pisarz i tłumacz,
robię dla polskiej kultury dobrą robotę.
E.Z.: - Przypomina Pan sobie może jakieś szczególne zdarzenie, sytuację, które mogłyby świadczyć o
tym, że przybyszowi z Kanady przyglądano się bardziej
niż innym uważnie?
F.Ś.: - Wypytywali mnie gdzie bywam i z kim się
spotykam. Nie miałem powodów, by to ukrywać,
zresztą wiedziałem, że oni wszystko o mnie wiedzą, bo
gdy wymieniałem jakieś nazwiska, z reguły znanych
pisarzy śląskich, to oni ze swoich notatek dodawali
kilka innych. Znaczyło to, że nie spuszczają ze mnie
oka, ale ja nie byłem konspiratorem. Odwiedzałem
redakcje pism, do których chodzili także inni, bywałem
na uczelniach, które do tajnych nie należały, rozmawiałem z ludźmi, których nazwiska były powszechnie
znane. Czy pamiętam jakieś szczególne zdarzenie?
Nic spektakularnego sobie nie przypominam. Pamiętam natomiast bardzo dobrze nocną rozmowę w
Krakowie z bardzo interesującym poetą Leszkiem A.
Moczulskim. Czekałem na późny pociąg do Warszawy
i on mi towarzyszył. Prowadziliśmy ożywioną dyskusję
na różne, głównie literackie tematy. Dlaczego to pamiętam? Ze względu na mojego rozmówcę, który nie
miał żadnych obaw, by dialogować z emigrantem,
co wspomnianym przez pana służbom z pewnością
się nie podobało.
E.Z.: - Minęło niewiele w końcu lat i okazało się,
że te wszystkie intrygi, obserwacje zza węgła, przemyślne pułapki i zasadzki przestały mieć jakiekolwiek
znaczenia, bowiem słowa zaaresztować skutecznie się
nie da, przeniknie przez najgęstsze nawet sieci.
F.Ś.: - Nie da się, choć jak to mówił Norwid…
E.Z.: Ogromne wojska, bitne generały,
Policja-tajne, widne i dwu-płciowe –
Przeciwko komuż tak się pojednały? –
Przeciwko kilku myślom… co nie nowe!
F.Ś.: - No, właśnie!
E.Z.: - Jak powiedzieliśmy słowo się zawsze wybroni,
ale wśród twórców, podobnie jak wśród przedstawicieli innych zawodów, znaleźli się tacy, którzy nawiązali
ze służbami tajnymi bardziej lub mniej intensywną
współpracę, bywało, że bez większego nacisku z ich
strony. Od czasu do czasu pojawiają się nowe, nieznane bądź mało dotąd znane, odsłony tej wstydliwej
współpracy. Ostatnio Adam Czerniawski w obszernym
artykule „Casus Bolka Taborskiego, czyli karawana
jedzie dalej” opublikowanym w londyńskim „Nowym
Czasie” (2016 nr 4/221) skomentował krępujący epizod
w biografii jednego ze swoich dawnych przyjaciół
z „Kontynentów”, Bolesława Taborskiego. Jak Pan
przyjął wspomniany artykuł Czerniawskiego? Pytam
o to, bo pozostawał Pan z Taborskim w długoletnich,
bliskich stosunkach.
F.Ś.: - Wszystko wskazuje na to, że Bolek rzeczywiście nawiązał tę współpracę z jakichś względów,
myślę, że ideowych, bo on bardzo wierzył w polski
Październik, co oczywiście w niczym nie usprawiedliwia jego działań.
E.Z.: - Janusz Krasiński powiedział, że Październik
skończył się już w listopadzie.
F.Ś.: - No tak, ale wówczas nawet Giedroyc dawał
Gomułce duży kredyt. Wiara w to, że zmiany w Polsce
zmierzają w dobrym kierunku nie była na emigracji
odosobniona. Z drugiej strony przy Bolku pojawiały
się pewne znaki zapytania.
E.Z.: - W związku z jego publikacjami, które dość
jednoznacznie ujawniały jego polityczne sympatie?
F.Ś.: - Nie tylko. Czasami dochodziły nas głosy,
że on się za bardzo w te sprawy angażuje, co wywoływało w nas pewne obawy, ale on potrafił je
rozproszyć błyskotliwymi ripostami. Ja wówczas prowadziłem „Merkuriusza” i zadecydowałem o druku jego
manifestu „Moralne prawo”, które było atakiem na
emigrację i kler, uważając, że skoro mamy wolność
słowa, to nie mogę wprowadzać cenzury. Skończyło
się to dla mnie nie najlepiej, bo praktycznie emigracja
wymusiła na mnie rezygnację ze stanowiska redaktora naczelnego. Ludwik Angerer, który był naszą
przyzwoitką na emigracji, nakazał mi natychmiast
ustąpić. Włączył się w to nawet generał Anders, a
była to w środowisku londyńskiej emigracji wielka
postać. Schedę przejął po mnie właśnie Czerniawski, który jako niedawny dziennikarz „Głosu Ameryki”
wydawał się najbardziej odpowiednim kandydatem.
Wróćmy jednak do Taborskiego. Bolek rzeczywiście
pisał teksty, które mogły dać sygnał bezpiece, że
warto z nim nawiązać bliższy kontakt, ale choć on
wówczas jeździł często do Polski, nie przyszło mi to
do głowy. Ja go po prostu nie podejrzewałem, że
on w kraju wikła się w coś takiego, zresztą ja nie
mam takiej natury, z reguły ufam ludziom. Powiedział
pan, że ja byłem z Bolkiem bardzo blisko, ale to nie
było tak do końca. Ja wówczas uczyłem, miałem
liczne obowiązki, spotykaliśmy się głównie w redakcji
i na organizowanych od czasu do czasu spotkaniach
literackich. Pyta pan, jak ja przyjąłem artykuł Czerniawskiego. Z przykrością. Tym większą, że Taborski
nie żyje i już nie może się bronić, ale także dlatego,
że Bolek nadużył naszego zaufania, bo myśmy, jako
redakcja, go bronili. Pisze Czerniawski, że SB miało
jeszcze jednego agenta, który dostarczał jej informacji o naszej grupie, niejakiego „Charlsa” i sugeruje,
że był to Jerzy Sito. Ja nie miałem wówczas, i teraz
też nie mam na ten temat żadnej wiedzy. I chyba
nie chciałbym już mieć, bo o co taka wiedza mogłaby mnie wzbogacić? Wiemy, że ludzie bywają
słabi, zwłaszcza w sytuacjach gróźb, wymuszeń czy
szantaży, a przecież to są metody pracy każdej tajnej
policji. W podobnych przypadkach mówi się, i słusznie,
o konkretnych osobach, ale należałoby mówić także
o systemie komunistycznego totalitaryzmu – cynicznym
i bezwzględnym, który łamał ludzi, a który dziś, na
szczęście, jest już historią.
E.Z.: - Zmieniając temat. Jako pisarz, tłumacz i mądry kolekcjoner różnych kultur zwiedził Pan praktycznie
cały świat, a w Pańskich wierszach, właściwie od początku, a z całą pewnością w twórczości późniejszej
jednym z głównych tematów jest Śląsk, Opolszczyzna,
Kończyce, słowem świat pierwszych doznań i olśnień,
które ukształtowały na zawsze Pana wrażliwość. Paradoks to, czy raczej zjawisko normalne?
F.Ś.- Opolszczyznę zacząłem doceniać z wiekiem.
Uświadomiłem sobie, że to były nasze zachodnie
kresy, sprzedane, zaniedbane, zapomniane, dopiero
niedawno dostrzeżono je jako intratne źródło szabrownictwa. Jako malec spotykałem się jeszcze z reliktami
pralasu, który poddany systematycznej eksploatacji,
zmienił się w opustoszały skansen na podobieństwo
Kościoła Górskiego Naszego Zbawiciela popularnie
nazywanego Świątynią Wang w Karpaczu sprowadzonego z Norwegii w 1842 roku. Mój Śląsk i moją
E.Z.: - Czytając „Fotografię z Siołkowic”, „Piękną
gwarę”, „Gaudeamus”, „Szukanie ojczyzny”, „Okolice
Opola”, „Inwokację” czy poruszające „Prochy” – wymieniłem tylko kilka przykładów – można odnieść wrażenie, że nigdy nie opuścił Pan stron rodzinnych.
W wierszu „Zima w Ontario” pisze Pan:
Długa, ostra zima, zima piękna.
Do Polski stąd dalej. I bliżej.
F.Ś.: - Ten paradoks wielkiej odległości geograficznej i zbliżenia, czy raczej podobieństwa klimatycznego
nadal mnie fascynuje. W tym sensie Kanada, z jej
„polskimi” porami roku, w jakimś sensie zbliża mnie
do kraju
E.Z.: - Mówiliśmy wcześniej o podejmowaniu przez
Pana i Pana przyjaciół z grupy „Kontynenty” prób
pisania w języku angielskim. W 1984 roku opublikował Pan w Kanadzie tom Not a Tourist, w którym w
wierszu tytułowym znajdujemy dowód – wyrażony
expressis verbis – na Pańskie zadomowienie w nowej ojczyźnie. Także inne wiersze, takie choćby jak
„Mississauga” czy teksty będące pochwałą jeziora
Huron, mówią, że utraciwszy rodzimą Arkadię, znalazł
Pan po latach – nową. Obie mogą być bliskie w
jednakowym stopniu?
F.Ś.: - Myślę, że jest coś tajemniczego i zarazem
głęboko naturalnego, ludzkiego, w próbie adaptacji
i polubienia nowego otoczenia bez zapominania o
dawnym kochaniu.
E.Z.: - Jeśli w równej mierze można kochać obie
Arkadie, to skąd w takim razie, wyrażana na wiele
sposobów, tęsknota za Śląskiem, Opolszczyzną, Kończycami, które tytułem jednego z tomów nazwał Pan
ziemiami utraconymi?
F.Ś.: - Tęsknota za krajem lat dziecinnych, za światem ujrzanym po raz pierwszy i po raz pierwszy świadomie, ale przede wszystkim zmysłowo przeżytym,
nie jest wymysłem poety. To doświadczenie, myślę,
każdego wrażliwego człowieka. Utrata tego kraju w
sensie przestrzennym i czasowym jest nieubłagana, a
na starość odzywa się ze wzmożoną siłą. Ja staram
się go „odzyskać” w poezji, ocalić w pamięci.
E.Z.: - Panie Florianie, na zakończenie naszej rozmowy zostawiłem problem najtrudniejszy. I pewnie
nie odważyłbym się go podjąć, gdyby nie to, że ja
również, nieco młodszy staruszek, niebawem, jeśli Los
pozwoli, znajdę się na „Pańskiej” półce wiekowej.
Mój znakomity krajan, Radomszczanin, jeden z najwybitniejszych poetów polskich, Tadeusz Różewicz w
wierszu zadedykowanym Henrykowi Beresce „Wrota
śmierci” napisał:
najtrudniejsze zadanie
przejść przez wrota śmierci
bez pomocy Anioła
wierzący przechodzi
przez wrota śmierci
z zamkniętymi oczami
po przejściu
ma uśmiech na ustach
W Pana wierszach zawsze pojawiał się motyw
śmierci – ludzi, zwierząt, drzew. Czym jest dla Pana
ów wiek z najwyższej półki, dostarczającym wielu cierpień uwięzieniem w sprzeciwiającym się nam coraz
konsekwentniej ciele? A może swoistym stanem sérénité, wewnętrznego uspokojenia, pogodzenia się z
nieuchronnym wyrokiem Losu? Czy myśli Pan, w jaki
sposób i jak często o tym, że wcześniej czy później
trzeba będzie wsiąść do łodzi Charona
F.Ś.: - W wierszach, które od pewnego czasu piszę,
nie zapominam o tym bliskim sąsiedztwie i jak chyba
każdy śmiertelnik życzę sobie dobrego, spokojnego
odejścia respektując jego tajemnicę. Na wstępie naszej rozmowy powiedziałem, że w moim wieku człowiek pozostaje sam na sam ze sobą. Ujmując to w ten
sposób miałem na myśli przede wszystkim problem, o
który pan pyta, bo do konfrontacji z transcendencją
musimy stanąć osobiście, innej możliwości nie ma.
Ale chciałbym podkreślić, że w życiowej wędrówce
od kilkudziesięciu lat nie jestem sam. Towarzyszy mi w
niej moja żona Zosia, najwspanialsza Beatrycze, jaką
mogłem sobie wymarzyć, co starałem się wyrazić w
niektórych moich wierszach. Przytoczył pan fragment
„Wrót śmierci” Tadeusza Różewicza, które mówią,
we właściwej temu wybitnemu poecie stylistyce, o
miejscu Boga, wiary w życiu człowieka. Ja jestem
wierzący, wyniosłem to z rodzinnego domu, a późniejsze życie, pełne niełatwych, a nieraz dramatycznych
momentów, tę wiarę we mnie utrwaliło. Różewicz ma
rację: wierzący podchodzi do tej nieodwracalnej
konieczności Losu z wewnętrznym spokojem, choć
niekoniecznie z uśmiechem na ustach.
E.Z.: - I już ostatnie pytanie. W jednym z wierszy
pisze Pan:
Poję kolibry w domku nad Huronem
znalazłem czas, by nacieszyć się światłem.
W innych notacjach przygląda się Pan uważnie
wiewiórkom, wronom, szopom praczom, wierzbie, którą nazywa Pan swoją indiańską prawnuczką, usiłując
dociec jej fenomenu istnienia. Co można dostrzec
podpatrują niespiesznie, z wnikliwością i empatią fascynujący świat natury?
Jaką wyciągnąć dla siebie naukę?
F.Ś.: - Małe, ale ważne sprostowanie. Ja nie nazywam wierzby moją prawnuczką, to moja prawnuczka
otrzymała imię Willow, bo tak życzyła sobie jej mamaIndianka, a mój wnuczek, który czasami mówi do
mnie śląską gwarą, ma na imię Michał Burza. Jaką
wyciągam naukę z podglądania przyrody? Podziwiając kojarzące się mi się przede wszystkim z Ameryką
Łaci ską zwinne i szybkie jak błyskawica kolibry, ale
także przemyślne szopy pracze, dzikie indyki, czy słuchając gęgotu przelatujących gęsi, jestem zawsze
świadomy majestatu jeziora-morza Huron, który mnie
zmusza do kontemplacji niepojętego zjawiska, jakim
jest fenomen istnienia, jego niezmierzonego bogactwa i tajemnicy, której racjonalnie nigdy do końca
przeniknąć się nie da – bez stawiania jakichkolwiek
pytań.
MISSISSAUGA,
FLORIAN ŚMIEJA
WRZESIEŃ 2016
EDWARD ZYMAN
- poeta, tłumacz i badacz
literatury hiszpańskiej i hispanoamerykańskiej, eseista,
profesor uczelni angielskich, kanadyjskich i polskich. Ur.
w 1925 r. w ZabrzuKończycach. Od
1940 poza Polską.
Członek powstałej w latach 50. w
Londynie grupy „Kontynenty”. Redaktor „Życia
Akademickiego” (1951-1953), „Merkuriusza Polskiego” (1957-1958) i „Kontynentów – Nowego
Merkuriusza” (1962-1964). Autor kilkunastu tomów
wierszy. Wydał m. in.: Czuwanie u drzwi (Londyn
1953), Powikłane ścieżki (Londyn 1964), Wiersze
(Kraków 1982), Jeszcze wiersze (London, 1984),
Not a Tourist (London 1986), Przezorność czasu
(London 1992), Mały wybór wierszy (Wrocław,
1994), Ziemie utracone (London, 1994), Niepamiętanie (Mississauga 1999), Wiersze wybrane
(Katowice 1998), Nad jeziorem Huron (Mississauga 2002), Późne notacje (Toruń 2006) i ostatnio tom wierszy wybranych „Dotykanie świata”
(Toronto-Rzeszów 2016). Autor tomów przekładów z języka hiszpańskiego, portugalskiego i
angielskiego. Wśród tłumaczonych przez niego autorów znajdują się m.in. F. Garcia Lorca,
W.T.Walsh. J.R. Jiménez, M.Azuela, L.MartinSantos). Opublikował również zbiór wywiadów
z pisarzami Siedem rozmów o poezji (Toronto
1990) i trzy tomy wspomnień Zbliżenia i kontakty (Katowice 2003) i Zbliżenia i kontakty raz
jeszcze (Katowice 2007), Zbliżenia i kontakty po
raz trzeci (Katowice 2010). Laureat (dwukrotny)
nagrody Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie
oraz Fundacji Władysława i Nelli Turzańskich.
Doktor honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich,
honorowy członek Górnośląskiego Towarzystwa
Literackiego. W Polsce ukazało się szereg książek
poświęconych jego bogatemu dorobkowi (m.in.
Niny Cieślik-Wilk Navigare necesse est, praca
zbiorowa pod redakcją Zbigniewa Andresa i
Jana Wolskiego Parabole pamięci. Literacka i
translatorska twórczość Floriana Śmieji, w 1997
roku „Estudios Hispanicos” ( nr 6) pod redakcją
Piotra Sawickiego jako Miscelánea en homenaje
a Florian Ludwik Śmieja oraz tom Marcina Kurka i Justyny Ziarkowskiej Rzeczywiste i możliwe.
Rozmowy z Florianem Śmieją).
Florian Śmieja
Życie pozagrobowe
Zawalił się mój świat
a przecież żyję;
zabrano tlen
a jednak oddycham.
Zarysowała się nagle
posadzka domu
gdzie się schroniłem;
runęły ściany
w których chciałem zamieszkać.
Przy wystygłym palenisku
jak się zagrzeję?
Czuję pragnienie
a wyschło mi źródło.
Więcej jest wśród nas umarłych
niż nam się zdaje.
Życie pozagrobowe
istnieje najpewniej.
Dwa mity
Pisaliśmy ją przez duże E
i przyrównywali do Wielkiej
bo przemożna była potrzeba
naszego wzrostu chociażby
tylko we własnych oczach.
Krwią poiliśmy maki, tułali się
w opłotkach nieczułego świata
cali zajęci sprawą, czujni
rycerze za naszą i waszą.
Z pietyzmem mówiliśmy: Kraj
naród cierpiący, sama esencja
bezwinnego człowieka
kamienie na szaniec godności
całopalny baranek bez zdrady
solidarna bezinteresowność
chłopcy krakowiacy wyłącznie.
Aż tu się skończył komfort dychotomii
i znowu chochoł kazał nam się kłaniać:
stąd emigrantom do kraju nie pilno
a stamtąd nie mogą się dość nauciekać.
Martwy język
Na londyńskim poddaszu
uczyłem języka
którego Anglicy taktownie
rodacy z patriotyzmu
nie nazywają martwym.
Za oknem wabiła obca perspektywa
skwer brzęczał jak trzmieli gniazdo:
można było oglądać Eliota
spieszącego do kamienicy opodal
(businessowi świeczka, poezji ogarek)
Murzynów z dyplomami, konnego
policjanta, pieski na trawniku.
Uczyłem języka, który
ze światem za oknem
łączy mniej niż rozetę
Champolliona, trójdzielny klucz
do piramid w British Museum
tuż obok pędzi wystawne życie
wśród rozszyfrowanych skorup.
Ziemie utracone
Ziemie utracone to posiadłości
najbardziej niezbywalne; żadne one
ewangeliczne marności, które mól
stoczy, zje rdza i ząb czasu nadgryzie.
One się zawsze ozywają w ciszy
nawet najbardziej strzeżonej samotni.
Wystarczy na moment zamknąć powieki
a najpełniej zaludnią twój sen. Nic to
że minął czas i narosło dystansów
5nie ucichł dotąd turkot kół: wciąż dudni
i na wzgórzu sterczą nieme wiatraki
choć dawno temu zmełły swoje ziarno.
Sędziwa ciotka łaje niepogodę
której już nie ma poza jej lamentem.
Bo nic nie jest bardziej twoje niż tamto
co wtedy utraciłeś: pełne trzmieli
małe pudełko w sadzie pod jabłonką
chude bociany kreślone niezdarnie
na podniesionym blacie długiej ławy
u kulawego krawca szyte spodnie
ostre miętówki w poczekalni dworca.
Gazeta Literacka 5
POEZJA
Opolszczyznę w postaci dawnej, nie naruszonej nie
tylko przez zachłanną cywilizację, ale także przez brak
wyobraźni obecnych włodarzy, staram się utrwalić w
swojej poezji, wtórując Janowi Goczołowi piszącemu
wiersze o Starym Ślązaku.
ESEJ
Aleksandra Naróg
C
zy rzeczywistość reprezentowana przez znaki jesz„
cze w ogóle istnieje, czy jest tylko cieniem swego
cienia?” – pytał Michał Paweł Markowski w eseju O
symulakrach, zastanawiając się nad filozofią literackiego ujmowania rzeczywistości nowoczesnej. Wydaje się,
że ta refleksja nieustannie towarzyszyć będzie próbom
interpretacji utworów Ryszarda Krynickiego: poety, który
najczęściej spośród wszystkich twórców nowofalowych
podejmował w swoich wierszach problematykę językowego – a zatem znakowego – niedoistnienia świata.
Doświadczenie nowoczesne jest dla autora Organizmu
zbiorowego szczególnym „doznaniem chwili, doświadczeniem bycia tu i teraz, poczuciem zanurzenia w
nieprzerwanym przepływie strumienia zdarzeń”. Jedną z wielu interesujących figur tego przeżycia jest w
poezji Krynickiego motyw miasta, postrzeganego jako
osobliwy status <<gości>>, przelotnych turystów”.
Wydaje się, że miasto nie pełni
w poezji Krynickiego, jak chciała
większość krytyków, jedynie roli
„przestrzeni negatywnej”. Staje się
ono próbą uchwycenia podmiotu
(po)nowoczesnego w jego nieustannej zmienności. Motyw ten zauważalny będzie w
dwóch, odległych od siebie pod względem chronologicznym, poetyckich wizjach miasta: mieście totalitarnym opisywanym w utworach pochodzących z Aktu
urodzenia oraz mieście ponowoczesnym przedstawionym
w Wierszach podróżnych. Obrazy te szkicować będą
dwie literackie koncepcje bycia człowieka w świecie;
odmienne próby poetyckiej (re)prezentacji „ja” w zmieniającej się rzeczywistości.
podmiot nie jest w stanie rozpoznać – a więc przeżyć
i zrozumieć. Staje się ono adresatem zwrotu bohatera
lirycznego: (…) ani mi spocząć miasto, ani czuwać, /
miasto – przeludniony dworcu, / nie witaj mnie jeszcze
listem gończym, nie pozdrawiaj, nie przeklinaj”. „Przybywanie” do miasta jest zarazem zgodą na bycie w
ciągłym ruchu, zawieszeniu pomiędzy tworzonymi przez
nie „punktami”; miejscami, którym często towarzyszy
metafizyczna pustka i świadomość „bycia ściganym”.
Miasto nowoczesne – w stronę melancholii
Pozbawiony tytułu wiersz z Aktu urodzenia Krynicki
rozpoczyna słowami: „ominąć siebie jak miasto nawiedzone zarazą, skoro / na przedmieściach / świata /
spędziłeś dzieciństwo”. Ominięcie „nawiedzonego zarazą
miasta” jest dla podmiotu zarazem ominięciem włas-
Ujarzmienia, niedoistnienia.
O dwóch miastach Ryszarda Krynickiego
szczególna kategoria antropologiczna: miejsca, gdzie
w najsilniejszym stopniu rysują się wpływy myślenia nowoczesnego.
Motyw podróży, odwiedzania nieustannie nowych
miejsc to dla autora Aktu urodzenia metafora ludzkiego
losu, szczególnego „stanu granicznego” egzystencji. Staje się ona „poszukiwaniem przestrzeni, w której istnienie
zakotwiczone jest w sensie”; równocześnie, przepełniona
jest od początku świadomością nicości świata. Tadeusz Sławek, pisząc o miastach nowoczesnych i ponowoczesnych, porównywał pierwsze z nich do „zbioru
punktów”, w którym „nie przebywa się”, a do którego
„się przybywa”. Miasto ponowoczesne natomiast, jest
„realne, lecz niewidzialne” – „znajduje się zawsze po
drugiej stronie samego siebie, a jego mieszkańcy zyskują
Bezdomność „ja” Krynicki łączy z „bezludnością” miasta
na zasadzie językowej kontaminacji, stawiając analogię
pomiędzy sytuacją człowieka a sytuacją miejsca: „(…)
bezludny, nie umiem z ciebie, miasto się wywikłać, /
ani mi do szpitala, / ani do więzienia, / do więzienia
snu (…)”.
Podejmowane w utworze figury instytucji szpitala i
więzienia wydają się szczególne interesujące z perspektywy filozofii nowoczesnej. Michel Foucault, pisząc o
opresywnym charakterze władzy miasta, zauważał, że:
„(…) w [jego] środku nie ma ani ośrodka władzy, ani
skupienia sił, lecz sieć złożona z rozmaitych elementów – murów, przestrzeni, instytucji, reguł, dyskursów”.
Opisywane przez Krynickiego miasto totalitarne – posiadające cechy Foucaultowskiego miasta karceralnego
– nieustannie ujarzmia podmiot, staje się zniewalającym
narzędziem dyskursu, „więzieniem mowy”, tak silnie zaznaczającym się w tradycji nowofalowej. Paradoksalnie jednak, to właśnie język jest dla podmiotu jedynym
punktem oparcia: „(…) nie zbudzić mi się, miasto, pod
twoimi mostami / szepcze kalekie słowo zapomnianego
języka / który jest moją jedyną ojczyzną”.
Nowoczesne miasto wywołuje efekt obcości, wrażenie braku zakorzenienia: w kolejnym wierszu z Aktu
urodzenia Krynicki pisze o podmiocie „(…) przegnanym z ostatniej poczekalni”. Miasto przynosi szczególny,
melancholijny projekt „przezroczystej” tożsamości, co
szczególnie wyraziste jest w utworze Nic, noc i obrazie
nocy/nicości, która: „(…) patrzy przeze mnie niczyim
spojrzeniem / chłopca, którym byłem nie / jestem /
nie będę”.
Wspomniane „zwierciadlane” motywy pojawiać się
będą w wielu wierszach pochodzących z późniejszych
tomów Krynickiego. Występują między innymi w sugestywnym obrazie przemijania w Podróży pośmiertnej (I):
„światłe, nieskończone włosy / czesze przed posiwiałym
lustrem / jak bezsennie biegła (…)”. W poezji Krynickiego miasto totalitarne – źródło zniewolenia – staje się
zatem miejscem narodzin podmiotu melancholijnego,
pogrążonego w doświadczeniu utraty własnego „ja”.
Jak pisał Marek Bieńczyk: „(…) w lustrze swojego istnienia
ogląda melancholik siebie samego i widzi siebie ciągle
w odbiciu, jako przedmiot własnego oglądu; lustru swego istnienia prezentuje swoje wycofane w głąb <<ja>>
pozbawione zewnętrznego obiektu”.
nego „ja”; może stanowić też aluzję autobiograficzną
do dzieciństwa samego poety spędzonego na metaforycznych „przedmieściach świata”. Miasto staje się dla
Krynickiego figurą odzwierciedlającą podmiotowość w
pozbawionym prawdy świecie totalitarnym: „Mimo, że
jedyny (w akcie / oskarżenia) / w tylu osobach obumarłeś w sobie, / ile razy wyparłeś się swego / milczenia,
bezcielesnego ciała i imion / bez słów”. Podróżującemu
i powracającemu do „rodzinnego miasta” towarzyszą
„nierozpoznanie” i „milczenie” tego, co poznawane:
„Jakbyś w rodzinnym mieście / nie mógł rozpoznać żadnego ze znanych ci miejsc, / w zaspie papieru, jaka
cię otacza i toczy jak dożywotnia choroba, / żadnego z własnych zdań”. Miasto Krynickiego jest „zbiorem
punktów”: „zdań”, „zasp papieru”; miejscem, którego
6
Fot. Robert Gauer
6
Migotania 53
Miasto ponowoczesne - w stronę symulakrum
Co mogłoby oznaczać stwierdzenie, że w świecie
ponowoczesnym „nie ma już rzeczywistości”? Jak odpowiada Markowski: „to mianowicie, że nie sposób już
dotrzeć do niezapośredniczonego jej poziomu, do tego,
co absolutnie rzeczywiste. (…) Hiperrzeczywistość staje
się religijną epifanią sensu, w całości określającą świat
ponowoczesny. Jest to rzeczywistość w stanie ekstazy,
świat pozbawiony transcendencji”.
W utworze Kopenhaga z cyklu Wiersze podróżne Krynicki opisuje sytuację pobytu podróżującego na lotnisku.
„W drodze z Londynu do Warszawy? / Czekając na swój
samolot / stałem przed ogromną szybą w hali odlotów
/ i wpatrywałem się w niewidzialne miasto / bardziej
nieodgadnione / niż jeszcze do niedawna”. Opisywane
POEZJA
przez poetę lotnisko może być interpretowane jako
nie-miejsce (fr. non-lieux) w rozumieniu Marca Augé:
jest to ”przestrzeń, której nie można zdefiniować ani
jako tożsamościowej, ani jako relacyjnej, ani jako historycznej” . Zdaniem francuskiego antropologa, w
czasach ponowoczesnych „wszystko zaczyna przypominać wszystko”, a nie-miejsca są „wszędzie takie
same”. Miasta to „palimpsesty, w które bez przerwy
wpisuje się pogmatwana gra tożsamości i relacji” .
W twórczości Krynickiego, ponowoczesnemu miastu
i jego nie-miejscom towarzyszy jednak bardzo często
świadomość ich dawnej historii. Tytułowe „miasto” z
tomu Kamień, szron, jak opisuje to w ironiczny sposób
poeta: „Nade wszystko ceni gospodarność, porządek
i czystość / Zmieniło synagogę w miejską pływalnię /
Na parkingach targowych / Nie ma śladu po żydowskim cmentarzu”. Pojawiające się u autora Niewiele
więcej „puste” przestrzenie – basen czy parking – są
metaforycznymi figurami wypierania obecności Innego, przechowywanej przez miasto pamięci o niewyrażalności doświadczenia Zagłady.
Miasto ponowoczesne w Wierszach podróżnych
jest „niewidzialne”; pozostaje dla poznającego podmiotu tajemnicą, jest „bardziej nieodgadnione / niż
jeszcze do niedawna”. Równocześnie, bardzo często
oglądane jest przez podróżującego w sposób „lustrzany”, zapośredniczony poprzez różnorodne przedmioty:
pojawiające się w Kopenhadze szyby w hali odlotów,
witryny sklepowe czy fotografie. Jak pisze Ewa Rewers,
miasto „wyświetla się” obserwującemu na szeregach
ekranów. „Przybysz przepływa najpierw przez lustrzany
portret miasta. Później dopiero zanurzy się w jego
realnej przestrzeni”. Proces poznawania cechuje nieustanna zmienność, a jedynym stałym elementem
przestrzeni staje się dla widza… jego własne odbicie.
Przestrzeń wizualna miasta rozpada się na „nieciągłe
sekwencje”, a świat staje się tylko grą pozorów, ponowoczesnych symulakrów.
Różnorodne, obserwowane w mieście „lustrzane”
przedmioty są się dla bohatera Wierszy podróżnych
narzędziami przywołującymi wspomnienia, symbolicznymi „ekranami” tradycji historycznej bądź literackiej.
Witryna księgarni to miejsce wywołujące „przypadkowe” ciągi skojarzeniowe: „W Berlinie, kiedyś Zachodnim, / przed wystawą księgarni / przypominam sobie
dziewczynę / z wiersza Jürgena Fuchsa”. „Widywaliśmy się bardzo rzadko, / najczęściej w przelocie, /
najczęściej przypadkiem”. Podobną rolę pełni zdjęcie
na nagrobku w wierszu Grób Josifa Brodskiego: „(…)
pozostawiony przez kogoś / (w plastikowej koszulce,
chroniącej przed deszczem) / komputerowy wydruk
zdjęcia: / wychudzony, schorowany Brodski, / na tle
czterech tetrarchów”. Sfera świętości łączy się w opisywanym przez Krynickiego ponowoczesnym mieście
z tym, co świeckie; życie natomiast nieustannie „prześwietlane jest” cieniem śmierci.
W utworze Byłem tutaj bohater liryczny zauważa:
„Błysk, gasnący hieroglif promienia na murze – / I
powtarzane z uporem bezradne zaklęcie / „Killroy was
here” / jak naskalne ryty.” W mieście opisywanym przez
Krynickiego: „Nikt / Odbija się w ścianie”, a miasto w
ulotny sposób przejawia się w „migotaniach odbłysków” nicości. „Błyski promienia na murze” mogą być
interpretowane jako szczególne „świeckie epifanie”
miasta, przypominające pojawiające się w poezji i prozie Mirona Białoszewskiego nietrwałe „ekstazy rzeczywistości”. Poznającemu ponowoczesną rzeczywistość
towarzyszy nieustanne poczucie braku, niepoddające
się językowemu odzwierciedleniu. Ostatni z miejskich
„ekranów” w Wierszach podróżnych – okno – jest
w u Gołębiach drogą przejścia pomiędzy dwoma
światami. Legenda (czy może prawda?) o śmierci
Bohumila Hrabala, karmiącego gołębie zaraz przed
wypadnięciem z okna szpitala, staje się dla Krynickiego
potwierdzeniem ulotnego charakteru rzeczywistości – i
nieustanną refleksją nad rolą narracji i języka, który
zarazem przeczy rzeczywistości i ją afirmuje.
***
W jednym z wywiadów autor Kamienia, szronu
zwracał uwagę na różnorodność perspektyw poznawania miasta. Dodawał, że w spotkaniu z miejską
rzeczywistością warto „podnieść głowę, ponieważ
będąc w nieustannym biegu, rzadko unosimy głowę
wyżej, niż na wysokość parteru”. Właśnie to „podnoszenie głowy” i „zatrzymanie się” wydaje się być
ciągłą, poetycką świadomością szerokości perspektyw
percepcji i rozumienia współczesności. Jest to przyjęcie
postulatu obecności, bycia-w-świecie; przejścia od
nowoczesnej melancholii do świadomości symulakrycznego charakteru ponowoczesności. Miasto wydaje
się być zatem w poezji Krynickiego figurą ciągle otwartą na nowe interpretacje, nieustannie stawiającą
pytanie o rolę znakowego, literackiego niedoistnienia
rzeczywistości.
ks. Jan Sochoń
Poczucie humoru
To modne: pokazać się bez osłony,
w mięsistej szacie skóry.
Niech lśnią szczeliny, zgrubienia,
plamy krwi i pożądania.
Niech oczy wodzą na pokuszenie,
niech roznoszą promienne zachęty.
Niech rządzą plakaty, mistrzostwa
sportowe i wojny.
Niech Bóg straci poczucie humoru,
niech o nas sprawiedliwie zapomni.
Niech czas i przestrzeń zamienią się
rolami, choć to prawie niemożliwe.
Czułość
Miałem sen i głos we śnie:
zadbaj o siebie, pamiętaj o spacerach,
módl się idąc w leśnej poświacie,
kiedy twoje oczy nie są jeszcze zmęczone.
Pamiętaj, żeś narażony na śmierć,
w każdej chwili, w każdym mgnieniu
chmur nad miastem.
Nie zwlekaj z czułością, nie wstydź się,
ani niczego nie obawiaj: obejmij, przytul,
zachowaj w nieśmiertelnej pamięci,
mów tylko to, czego nie można wyrazić.
Strzałka czasu
Nie można cofnąć biegu zdarzeń.
To, co się stało bezpowrotnie odeszło,
nawet pamięć traci powoli samą siebie.
Z sekundy na sekundę wszystkie gwiazdy –
oczy bez światła, stają się czarną dziurą
i są już w naszych zmęczonych sercach.
Ziemia kurczy się, głucha i zimna, bez życia,
które z natury rzeczy nie mogło być wieczne.
Cud, że to zrozumieliśmy i nadal rozumiemy,
cud, że nie porzuciliśmy Boga, któremu strzałka
czasu nie grozi, który ją nam właściwie ofiarował.
Niedzielna spowiedź
Dziewięcioletni chłopiec,
z trzeciej klasy, piękny,
o nieskalanych rysach twarzy.
Mówi, że z kolegą zmieniają
słowa kolęd na te nieprzyzwoite,
że nie rozumie, kim jest Duch
Święty.
Przychodzę do księdza,
żeby poznać prawdę.
Ksiądz ją zna, na pewno zna,
szepcze mi do ucha.
Będziesz poetą w sam raz,
na dzisiejsze czasy.
Wiersz
Rosja
To wielki kraj,
nie do wyśledzenia,
nie do odparcia.
Żeby wiersz trwał i trwał,
w powietrzu, w oknach domów
przesłoniętych pożółkłymi firankami,
w modlitwie tych, którzy poszukują
źródeł tajemnicy.
Miasta i tajgi,
bezkresne, bezwolne.
Żeby wiersz płakał i śpiewał,
żeby zapraszał do rozmowy i tańca.
Statki ze zbożem,
złote cerkwie,
Stalin żywy,
wszechwidzący.
Żeby mógł nas objąć,
nie wstydził się, kiedy dłonie
chcą być razem, chcą kochać,
chcą wiecznie żyć.
Boimy się wszyscy,
patrzymy w niebo:
kto nadleci
z pomocą humanitarną?
Żeby całował, wraz z nami,
rany świata.
Utrapienie
Perspektywa
Mam w sobie lity żal, że rodzisz się
na zewnątrz, w widzialnym świecie,
w gwiazdach, które świecą od zarania.
Lepiej, żebyś wzrastał w moich lękach,
radościach i modłach. Żebyś dał się
objąć, a nawet pocałować, kiedy nie
patrzą ludzie, jak szczerze napisał
Tadeusz Różewicz, poeta.
W jego wnętrzu na pewno jesteś,
niewidoczny teraz, niewidoczny
z literackiej perspektywy, która
wciąż nas więzi, wciąż uwodzi.
Jego wiersze są Twoją własnością,
również na naszą chwałę.
Nie jestem poetą
dumnym z każdego słowa,
nad którym udało się zapanować.
Nie jestem poetą
domagającym się poklasku,
choćby i były ku temu powody.
Nie jestem poetą
poranionym każdą chwilą życia,
zbolałym z rozkazu świata.
Nie
7 jestem poetą
wadzącym się z Bogiem,
jak to nieraz bywało i bywa.
Jestem poetą
na swoje własne utrapienie.
XI, 2014 R.
ALEKSANDRA NARÓG
Gazeta Literacka 7
POEZJA
Paw traw
Eda Ostrowska
fragment poematu
Kościelny dzwon
drży jak osika
kiedy niebo
się zamyka
dziadzie
w koronkach
szmaty gotuj
szuka formy
niewydolny
treść
pięknie ubrana
siada na kolanach
don juana
wstawaj
lato
struga
baty
znam drogę
do nieba i piekła
jedynie stąd
kultura
pluje ci w twarz
depcze
wizerunek
dziewczyny
majem
skurwionej
siedząc w Lublinie
na okarynie
święte miejsca
piękno
czepia się
sukienki
niebezpiecznie
głupi kupi
węgło domu
kij ruchomy
do miski
między cycki
osuwa się
dzionek
pod czarnym
motylem
w tańczącym pyle
liczą się
pasje graniaste
włożę
chustę
skrwawioną
prawe oko
niebezpiecznie
w kosmiczną wchodzi
przestrzeń
klei skorupy
wśród gwiazd
żuję betel
i kat
udręki
kocha się
z powietrzem
kęs po kęsie
kat
i ofiara
dobrana
para
sękacze
toczysz prosto
w oczy
rozbuchanej
klaczy
na jeden
wieczór
przy świecach
po pereł
sznury
skocz no który
niech knot
się nie waży
zajrzeć
im w twarze
rzuć
na parów
łuskę
czarów
pod kolanem
jęk szmat
czeszę włosy
dla rozkoszy
z drewnianym
chłopcem
ten kłębek
co się toczy
językami
krzyczy
niczyj
gdy rozpłatasz
rybę
szukaj Boga
w jelitach
miłość ma siłę
niedźwiedzia
i boskie wymioty
przymioty
nie zaszkodzą
do rynienki
z krwią wejdź
po oralny pąk
moja godzina
rozporek rozpina
grubo posolona
gzi się
w środku
pieprzu
złote koty
pieszczą się
po kątach
8
w siódmym niebie
mam potrzebę
niecierpliwą
leżeć krzywo
Fot. Robert Gauer
8
Migotania 53
LUBLIN,
SIERPIEŃ
2011
NOWA REDAKCJA
WIOSNA 2014
EDA OSTROWSKA
F
ilozofia — co do tego łatwo byłoby uzyskać zgodę
— uważana jest za jedną z wielu teoretycznych dyscyplin humanistyki. Wśród specjalistów nie ma jednolitej
opinii ani w kwestii przedmiotu badań tej dyscypliny, ani
w kwestii jej poznawczego statusu. Niekończące się spory
na temat naukowości lub nienaukowości filozofii mogą
dostarczyć sporo radości ludziom obdarzonym rozwiniętym poczuciem humoru, przez samych filozofów jednak
traktowane są zazwyczaj ze śmiertelną powagą. Jednym
z lepszych osiągnięć w tej dziedzinie było sformułowanie
kompromisowego poglądu, zgodnie z którym filozofia co
prawda nauką nie jest, ani być nie może, może być jednak
uprawiana „w sposób naukowy”.
W marksistowskich słownikach filozoficznych
definiowana była najczęściej jako nauka o najogólniejszych prawach
rządzących przyrodą i
społeczeństwem. Subtelny dowcip zawarty w tej
pseudodefinicji ujawnia
się, jeżeli zauważyć, że do
konsekwencji logicznych
zbioru najogólniejszych
praw muszą też należeć
twierdzenia o niższym stopniu ogólności, filozofia zatem byłaby jedyną nauką,
która odmawia akceptacji
wszystkich twierdzeń poprawnie wyprowadzonych
ze wstępnie przyjętych założeń. Nie podejmujemy
się rozstrzygnąć, czy dowcip ten był przez jego autorów zamierzony.
Co bardziej rozgarnięci
filozofowie odnoszą się do
swojej dyscypliny z takim
samym lekceważeniem,
jakie od lat utrwaliło się
wśród laików. Dobrym
obyczajem naukowców
jest kwitowanie określeniem „zagadnienie filozoficzne” tych wszystkich
pytań, którymi nie chcą
się zajmować, a które z
różnych względów niewygodnie byłoby uchylić
jako po prostu nierozsądne czy głupie. Podobna
maniera przyjęła się wśród
literatów. Gombrowicz na
przykład porównuje filozofię do konia, z którego
zawsze się spada, nic tedy dziwnego, że wzdraga się go dosiąść. Miłosz, deklarując w Ziemi Ulro
swoją niechęć do dyskutowania heglizmu, pisze:
nie jestem filozofem, co zawsze jak najsilniej podkreślam. Walczę o prawo do używania swojego
umysłu poza przyjętymi w Polsce rubrykami, wskutek
czego moje pisarskie przedsięwzięcie jest raczej
beznadziejne.
Opory te są zastanawiające. Nie ulega bowiem
wątpliwości, że — w pewnym znaczeniu słowa
„filozofia” — zarówno dzieła Gombrowicza, jak i
Miłosza należą do historii myśli filozoficznej. Fakt
ten skłania do przypuszczenia, że rzeczywista domena filozofii rozciąga się daleko poza obszarem
wytyczonym przez bariery rozgraniczające różne
fakultety humanistyczne, a podręcznikowe definicje filozofii nawet w przybliżeniu nie wyczerpują
swego przedmiotu.
Wyobraźmy sobie, że świat wymaga od swego
badacza wstępnego ustalenia perspektywy poznawczej, w której będzie portretowany. Nie istnieje
takie działanie naukowe ani artystyczne, które nie
byłoby usytuowane w przyjętej wcześniej przestrzeni. Twórca kultury zakłada zatem pewien sposób r
o z u m i e n i a ś w i a t a, sposób ten pragnę
nazwać jego f i l o z o f i ą.
W proponowanym wyżej rozumieniu równie dobrze można mówić o filozofii Einsteina, jak o filozofii
Van Gogha. Ewentualna rekonstrukcja tych filozofii winna odwoływać się do intelektualnej analizy
dzieł wymienionych twórców: do fizyki w pierwszym
wypadku, do malarstwa w drugim. Wypowiedzi w
tradycyjnym sensie „filozoficzne”, jeśli nawet były
przez twórców wyrażone, mają tu mniejsze znacze-
Filozofia
i
głyby zadośćuczynić wymaganiom teologicznym.
Zauważmy, że rozpatrywane tu pojęcie f i l o
z o f i i stwarza sytuację dość niewygodną dla
specjalistów z zakresu nauk filozoficznych. Historia
filozofii była dotychczas uprawiana głównie — jeżeli
nie wyłącznie — jako historia doktryn filozoficznych.
W historii tej brak było miejsca dla rzetelnej analizy
tych przemian kultury filozoficznej, które były efektem pracy i refleksji twórców niemieszczących się
w paradygmacie filozofa uniwersyteckiego. Jest
to zatem historia, w której — przykładowo biorąc
— brak miejsca na analizę filozofii Tomasza Manna,
z której — jako niefilozofowie – wykluczeni są tacy
uczeni, jak Isaac Newton czy Norbert Wiener. Jest
to historia, w której nie ma G. K. Chestertona i w
której nie będzie też zapewne ani Rainera Marii
Rilkego, ani Czesława Miłosza. Jest to historia wykastrowana.
Jedną z przyczyn sparszywienia dwudziestowiecznej humanistyki jest jej niewczesne pączkowanie na
dziesiątki dyscyplin szczegółowych. Brak nauki, która
stawiałaby sobie za zadanie budowę dynamicznego
obrazu historii kultury. Nie spełnia tej roli kulturoznawstwo, tym bardziej chybiają
celu szczegółowe nauki historyczne: historia filozofii, historia sztuki, historia literatury...
Obowiązkiem intelektualisty
zdaje się być zrywanie tych
zasieków.
Zastanawiając się nad
różnymi filozofiami, dochodzi się prędzej czy później do
pytania, czym są lub mogą
być tak zwane „problemy filozoficzne”? Karl Popper na
wstępnych stronach swojej
Logiki badań naukowych
wyrażał ubolewanie, iż nie
jest w stanie sformułować
żadnego problemu, który
mógłby być uznany za autentyczny „problem filozoficzny”. Niedogodności tej
trudno chyba zaradzić.
Wybór filozofii, a więc wybór określonej perspektywy
poznawczej, pewnego sposobu rozumienia, czy może wyobrażenia sobie świata, stanowi zapewne jakiś problem.
Jest to jednak raczej problem
decyzyjny niż poznawczy.
Młody człowiek, który dokonuje wyboru kandydatki na
żonę, niewątpliwie zmuszony
jest do rozstrzygnięcia pewnego problemu. Jakkolwiek
trudna byłaby decyzja, przed
którą człowiek ten staje, nie
wyznacza ona problemu naukowego. Dokładnie tak
samo, moim zdaniem, rzeczy się mają z „problemem”
wyboru filozofii.
Nie znaczy to — w mojej opinii — aby ewentualna teoretyczna historia kultury mogła cierpieć
na brak problemów badawczych. Na czasie wydaje się pytanie, jakiego rodzaju problemy będą
w niej rozstrzygane. Otóż, zgodnie z wyżej snutymi
rozważaniami, nie wchodzą w grę pytania w rodzaju:
czyja filozofia jest lepsza, Einsteina czy Van Gogha? Warto natomiast analizować ogół konsekwencji
wynikających z wybranej filozofii. Konsekwencje te
bywają daleko idące. Wybór uczyniony w kwestii
zaliczanej tradycyjnie do ontologii prowadzi dalej do
rozstrzygnięć o charakterze religijnym, etycznym czy
może nawet politycznym. Drugą grupę problemów
badawczych wyznaczają pytania o społeczne uwarunkowanie wyborów filozoficznych. Potrzeba tego
rodzaju badań zakorzeniona jest w całej żywej tradycji myśli marksistowskiej. Niezależnie od przyszłych
losów marksizmu jako szkoły filozoficznej tradycja ta
zasługuje na kontynuację.
Istnieje wreszcie trzecia grupa problemów, mieszczących się w tradycyjnie ujmowanej metodologii
9
nauk, a bazujących, być może w sposób pasożytniczy, na problemach pierwszej i drugiej grupy. Skoro
filozofia stanowi pewien sposób rozumienia świata, to
zarówno badanie konsekwencji, jak i genezy wyboru
filozoficznego samo przez się prowadzone być musi
na gruncie filozofii obranej przez badacza. Powstają
zatem interesujące poznawczo komplikacje związane
ze swego rodzaju „interferencją” przedmiotu i metody
badania, między językiem przedmiotowym a metajęzykiem, którym posługuje się uczony. Jest to przepaść,
której zgłębiać na razie nie mam zamiaru.
„Problemy
Filozoficzne”
stępna jest człowiekowi w postaci zespołu wrażeń
czy — w oryginalnej terminologii — idei. Hume nie
zauważa, lub nie chce zauważyć, że każde wrażenie, czy ogólniej: każde przeżycie psychiczne,
jest wrażeniem czyimś: wrażeniem doświadczanym
przez jakąś osobę. Nie wydaje się więc możliwe
konsekwentne udowodnienie koncepcji, w której
osoba doświadczająca wrażeń sama jest wrażeniem czy też jakimś kompleksem z wrażeń tych
zbudowanym. Tym samym konsekwentny wykład
teorii poznania Hume’a wymaga — jak sądzę — założenia o istnieniu podmiotu poznania: założenie to
jest równoznaczne z uznaniem istnienia przynajmniej
jednej substancji. Przykład ten dobitnie wskazuje na
potrzebę ostrożności w akceptowaniu wyników autorefleksji filozoficznej, nawet w wypadku klasyków
myśli europejskiej.
Paradoksalne może się okazać, że refleksja filozoficzna prowadzi do wiarygodnych ustaleń raczej
u intelektualistów niezajmujących się zawodowo
filozofią niż u autorów systemów filozoficznych. Zawodowy filozof czuje się zobowiązany do przekazania światu uładzonego obrazu swoich przemyśleń;
sprzeczności, z którymi nie potrafił się uporać, będą
starannie i kunsztownie maskowane. Literat, fizyk
czy malarz mają większą szansę uniknięcia owych
pułapek zastawianych przez ambicję. Wartość pozostawionego przez nich dzieła nie zależy bowiem,
a w każdym razie nie zależy wyłącznie, od stopnia
koherencji tego obrazu świata, w którym dzieło było
usytuowane. Wewnętrzne sprzeczności w filozofii
Einsteina nie czynią sprzecznej zbudowanej przez
niego teorii naukowej, wartość malarstwa Boscha
zdaje się niezależna od tego, czy wyobrażenia,
jakie miał ten malarz w kwestii stosunków między
światem przyrody a światem nadprzyrodzonym, mo-
WACŁAW MEJBAUM
Gazeta Literacka 9
ESEJ
Wacław Mejbaum
nie. Ciekawsze jest bowiem ujawnienie,
jaką filozofię dany artysta czy uczony
wyznawał, niż jaką filozofię uważał za
właściwą do rozpowszechniania. Trzeba
sobie zdawać sprawę z faktu, że nawet
wybitni intelektualiści mogą mieć nader
opaczne wyobrażenie o przesłankach
swojej twórczości. Można na przykład
pokazać, że fizyka stworzona przez Heisenberga
— wbrew deklaracjom tego uczonego — nie zakłada pozytywistycznego sposobu rozumienia świata.
Opiera się ona raczej na ideach filozoficznych, które
w ostatecznym rachunku wywodzą się od Kanta.
Kwestia ta — skądinąd ciekawa — nie może być
tutaj przedmiotem dokładniejszej dyskusji.
Uczciwość intelektualna nakazuje stwierdzić wyraźnie, że owa rozbieżność między filozofią deklarowaną i realizowaną pojawia się również u profesjonalnych twórców doktryn filozoficznych. Tak
na przykład David Hume deklaruje sceptycyzm
w kwestii istnienia substancji, tak materialnej jak
i duchowej. Ten sam filozof zakłada w praktyce
badawczej obraz świata, w którym przyroda do-
ESEJ
Cezary Sikorski
Wacek Mejbaum
i k a m i e ń f i l o z o f i c z n y
2
4 listopada tego roku mija piętnaście lat od śmierci
Wacława Mejbauma. Jest to na pewno czas dość
długi, by nabrać właściwego dystansu do tego, co po
sobie pozostawił. W kulturze polskiej filozofom mniej wyrafinowanym, jak i pisarzom niepomiernie nudniejszym,
wystawiano — jeszcze za życia bądź tuż po śmierci — solidne pomniki ze spiżu lub brązu. Tymczasem — co napawa
goryczą — o Mejbauma nikt się nie dopomina. Wprawdzie
w żałobnym numerze „Nowej Krytyki” Jerzy Kochan pisał
o postaci legendarnej w polskim środowisku filozoficznym,
a Krystyna Zamiara wskazywała na mejbaumowe ścieżki,
tworzące nowe trakty, inspirujące i pociągające innych
[1/3 i 10],lecz jak na razie trudno dostrzec ślady takowych
wpływów czy inspiracji.
Jestem zapewne jedną z ostatnich osób, które
wytykać mogą innym brak szacunku dla spuścizny
autora Kłopotów z początkiem świata. Porzuciłem
wszakże dawno zarówno Jego, jak i warsztat oraz
korporację filozofów. Nie mam więc ku temu podstaw
merytorycznych ani moralnych. Cóż jednak począć?
Żałobnicy wypowiedzieli standardowe formuły o wyjątkowości Zmarłego, po czym rozeszli się każdy w
swoją stronę. Pochłonęła ich mrówcza codzienność
naukowego trudu, w którym sentymenty i resentymenty zastępuje cytat bądź odwołanie.
Pewnie ktoś poważny zajmie się kiedyś całościowo
dziedzictwem Mejbauma. Mnie przypadło znacznie
skromniejsze zadanie. Chodzi o wyjaśnienie przyczyn,
dla których Wacław Mejbaum najpierw napisał był
szereg esejów pod wspólnym tytułem Opus nigrum
(cykl ten ukazywał się w krakowskim „Piśmie literackoartystycznym” w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia.), następnie sformalizował
— pisząc jej konspekt — pomysł wydania książki pod
tym samym tytułem, później jednak z zamiaru tego
zrezygnował, nie wysyłając propozycji wydawniczej
do żadnej oficyny. Dlaczego książka się nie ukazała? Z braku czasu? Może wskutek merytorycznego
zniechęcenia? A może dlatego, że nigdy nie dojrzała
jako całość?
Chrystusa i alchemików, a zmartwychwstanie jest zarazem projekcją religijną, jak i dowodem skuteczności
działania k a m i e n i a f i l o z o f i c z n e g o.
To w takiej właśnie świadomości — skażonej grzechem przedustawnego Nic — niepodlegająca dyskusji
chrześcijańska nieśmiertelność duszy wzmacniana jest
działaniem eliksiru nieśmiertelności [3/94-95]. Założyć
więc można, że według Mejbauma alchemia i gnoza
w istotny sposób uzupełniają mitologię chrześcijańską
i tylko wespół stanowią o jej atrakcyjności. Innymi
słowy, będąc integralną częścią sfery sacrum, współdefiniują ją na równi z Porządkiem i Światłością.
Jeszcze bardziej paradoksalny efekt daje zestawienie mejbaumowej eseistyki — powstałej w cyklu
Opus nigrum — z wyrażonym w Zwierzętach zdenaturowanych przekonaniem, że obiektywny proces
desakralizacji, którego obecnie sami doświadczamy,
jest trwale związany ze zubożeniem ciemnej strony
sacrum. Głęboka niewiara w transsubstancjację wody
w wino ma bowiem swe ontyczne podłoże w zaniechaniu prób przekształcania gliny w złoto. Opus
nigrum cywilizacji technicznej jest niedostrzegalne,
bowiem nie doświadczamy już ani śmierci, ani odrodzenia [3/99].
Pusta jest zatem — wyrażona najdobitniej przez
Heideggera — nasza tęsknota za religijnością. Mejbaum był jednym z tych, którzy tę pustkę chcieli jakoś wypełnić. Robił to na swój sposób. Ironicznie i
przekornie. Nie mówił nam nic o pozytywnej stronie
wiary, o jakichś unowocześnionych dogmatach religijnych. Interesowała go raczej ta druga strona. Alter
ego światłej strony sacrum, cuchnąca siarką strefa
apostazji, współczesna alchemia, którą dziś znaleźć
można w ślepych zaułkach teorii mnogości, w skrajnych formach degeneracji racjonalizmu, albo też w
sztuce, czy w marksizmie Lenina. Czyż ten wysiłek
ugruntowania Świętości przez Grzech i Światła przez
Ciemność — już w samym swoim zamiarze — nie był
równie piękny, jak i godny najwyższego szacunku?
•
Jakie znaczenie mógł mieć dla Mejbauma tytuł
Opus nigrum? Definicje encyklopedyczne wiążą dzieło czarne z europejską historią gnozy i alchemii. Fraza
ta ma także kontekst literacki, powiązany z powieścią
Marguerite Yourcenar pod takim samym tytułem.
Zgodnie z tradycją Mejbaum identyfikował opus nigrum z k a m i e n i e m f i l o z o f i c z n y m [2],
tj. z tajemnicą świeckiej t r a n s s u b s t a n c j a
c j i, która poprzez nieśmiertelność mogła nas zbliżyć
do wieczności. Niestety nie wyjawił wprost, w jaki
sposób idea czarnego dzieła mistycyzmu i alchemii
porządkowała rozmaitość wątków podejmowanych
w jego ówczesnej eseistyce. A były to problemy
iście nieeseistyczne: metodologia nauki i jej granice,
antynomie racjonalności, transgraniczność wielkich
koncepcji filozoficznych, atrakcyjność marksizmu ze
szczególnym uwzględnieniem marksizmu Lenina… W
doborze tematyki mejbaumowe opus nigrum było
pojemne i wieloznaczne niczym Święty Graal.
Z pewnością o kilkuletnim przywiązaniu do tej
— skądinąd pięknej — frazy decydowała nie tylko
jej literacka atrakcyjność. Będące synonimem tego,
co zakazane i niebezpieczne, dzieło czarne eseistyki
Mejbauma skupiało wokół siebie wątki intrygujące
i — w jakimś sensie — naukowo niepoprawne. Była
to zatem nie tyle fraza literacka, co słowa klucze,
które mogły otwierać wrota — świadomych i nieświadomych — epistemicznych zależności.
Potwierdzają ten domysł uwagi o czarnym 10
dziele
pomieszczone w pracy opublikowanej wraz z Aleksandrą Żukrowską w roku 2000. Chodzi o Zwierzęta
zdenaturowane. Wstęp do antropologii filozoficznej.
W rozdziale poświęconym sferze sakralnej Ciemność
i Chaos stanowią podstawowe elementy Wielkiego
Mitu Kosmologicznego, który dotyczy historii powstania i rozwoju świata ze szczególnym uwzględnieniem
zagadnienia antropogenezy oraz pytania o cel lub
sens życia ludzkiego [3/92]. W tak zaprojektowanym
świecie paralelizm wiary i gnozy sprawia, że w sferze
sacrum wzajemnie przenikają się transsubstancjacje
•
Czytając konspekt książki Opus nigrum, dostrzec
można podobieństwo z konstrukcją innego zbioru eseistycznego Wacława Mejbauma: Amor fati. Tom ten
ukazał się w roku 1983, a zatem poprzedzał bezpośrednio konceptualizację dzieła czarnego. W zbiorze
tym znajduje się kilka szkiców, które powiązane są z
kwestią wolności. Ta zaś właśnie wydaje się kluczowa
dla zrozumienia zaplanowanej struktury problemowej
Opus nigrum.
Rzecz dotyczy w szczególności zakresu swobody,
jaką posiada filozof, wybierając tematykę oraz podstawowe założenia swej praktyki teoretycznej. Jest to
drugie z dwóch zagadnień, które wydają się kluczowe
w dyskusji nad dziełem czarnym Mejbauma: pytanie
o filtry historyczno-metodologiczne, które kształtują
nasze horyzonty poznawcze. Czy wybór tematyki i
problematyki badawczej jest w pełni świadomym
procesem, w którym manifestuje się — jak to określił sam Mejbaum w szkicu Konstrukcja wolnej woli
— owa w o l n o ś ć s u b i e k t y w n a, rozumiana
jako zgodność postępowania z własnym sumieniem,
moralnością lub wyznawaną ideologią?[4/94 i n.]. A
może w tak rozumianej sferze wolności żadne istotne
rozstrzygnięcia nigdy się nie pojawiają, albowiem w
przestrzeni ideowo-moralnej z istoty swej nie dzieje się
n i c r o z s t r z y g a j ą c e g o?
Trudno nie dostrzec ogromnej rezerwy, z jaką Mejbaum podchodził do problemu wolności. Przestrzeń
polemiki na temat wolności rozpościera się pomiędzy
wykpiwaną przez niego „warszawską szkołą etyczną”
a archaicznym pozytywizmem, który prymat opisu nad
wartością utożsamia z dominacją teorii nad praktyką
[4/99]. Z drugiej strony, z właściwą sobie ironią oraz
skłonnością do redukcji ad absurdum, zauważał Mejbaum, i ż w o l n o ś ć o b i e k t y w n a (…) jest
możliwa o tyle, o ile możliwy jest komunizm [4/102].
Ma to dla teoretyka znaczące konsekwencje, bowiem
przyjmując nierozstrzygalność tej dychotomii, uniemożliwia się odpowiedź na pytanie, w jaki sposób i w
jakich okolicznościach myśliciel staje się posiadaczem
swojego myślenia.
10
Migotania 53
Jako uważny czytelnik Hegla i Marksa Wacław
Mejbaum zdawał sobie sprawę, że na każdym poziomie społecznej organizacji materii wolność jest dziedziną pozoru, jaki wytwarza dialektyka konieczności
i przypadku. Jest to w całym tego słowa znaczeniu
pozór heglowski, a więc taki proces, przez który manifestuje się oraz — zarazem — fetyszyzuje się istota
konieczności i przypadku. To prawda, w historii świadomości obiektywny splot konieczności i przypadku
może manifestować się w imperatywach wolności.
Wolność jako forma świadomości może również rozpoznawać samą siebie poprzez swe przeciwieństwa,
poprzez przywołanie ze swej historii tego, co jest zarazem jej granicą oraz jej zagranicą. Lecz w tej postaci
wolność nieuchronnie odrywa się od swej istoty i w
formie fetyszu wciąż reprodukuje własną alienację. Z
punktu widzenia Sowy Minerwy historia zdominowania
świadomości przez fetysz wolności stanowi prehistorię
wszystkich nowoczesnych ideologii.
Mejbaum z pewnością zdawał sobie sprawę, jakie zagrożenia nosi w sobie fetysz wolności. Walka o
wolność, dla której tak często oddawano życie, nie
jest przecież tym samym, czym absurdalny heroizm w
obronie fetysza, bożka wolności. A z drugiej strony?
Jaką wartość poznawczą mają odkrycia mechanizmów ucieczki od wolności, gdy dostrzeże się to, iż
wolność jest tylko historyczną maską wielostronnego
powiązania naszych losów ze splotem konieczności
i przypadku?
Mejbaum w sposób oryginalny radził sobie z fetyszem wolności. W zbiorze Amor fati znaleźć można esej o tym samym tytule. Wprawdzie poprzedza
on przywołany powyżej ironiczny szkic o wolności,
lecz odnosi się nie tylko do niego. Wykracza poza tę
książkę, wyjaśniając wiele późniejszych wyborów teoretycznych Wacka Mejbauma. Cóż oznacza bowiem
dla Mejbauma amor fati? Czy jest to owo tradycyjne
umiłowanie losu, stoicka wyrozumiałość, lub owo zrozumienie konieczności, które pozwala pogodzić się ze
wszystkim, co nas spotyka? Wręcz przeciwnie. Mejbaum sądził, że najpierwej jest to ślepa i bezrozumna
namiętność, istny demon, który sprawia, że — z siłami,
które nas zniewalają — człowiek wciąż podejmuje
grę z całkowitą pewnością przegranej [4/71]. Jest to
przede wszystkim prąd autodestrukcyjny i dlatego a
m o r f a t i wymaga (…) aktywnego i świadomego
współtworzenia własnej klęski [4/78 i 72].
No cóż, już tylko w tym punkcie interpretacja ta
wydaje się nader oryginalna. A przecież nie koniec
na tym. Nie byłby bowiem ów demon aż tak bezwzględny i skuteczny, gdyby nie żywił się najgłębszą
i najskrytszą motywacją, wynikającą wprost z miłości własnej. Można powiedzieć, że właśnie ona jest
ostateczną eksplikacją a m o r i s f a t i [4/78]. Jeśli
dusza posiada egzystencję, amor fati jest jej kwintesencją. Stąd chaos i niekonsekwencje, irracjonalizm
i subiektywizm w radosnej gotowości przeżywania
wszystkiego, co się człowiekowi przydarza. Dlaczego
akurat r a d o s n e j? To nie abstrakcyjny los każde
z tych zdarzeń przynosi, lecz wszystko to przydarza
się jemu [tj. człowiekowi, C.S.] właśnie[4/78]. Dodać
należy, że t y l k o jemu.
Z tego punktu widzenie i ci zniewoleni, którzy walczą o wolność, i ci, którzy — świadomi bądź nie swego
zniewolenia — od niej uciekają, są w istocie tylko
błyszczącymi odcieniami pozoru wolności. Wydaje się,
że działają wedle planu, że dla niego zmieniają lub
odrzucają idee i ideologie. Tymczasem w ich poczynaniach dominuje chaos subiektywnych zamiarów i
działań, zygzakowate szaleństwo, w którym znajduje
swój wyraz siła konieczności i przypadku. Nie mogą
wygrać tej walki i nigdy nie wygrywają: a m o r f a
t i okazuje się dyspozycją do podejmowania działań
beznadziejnych, co więcej (…) — nagannych [4/74].
Jest przy tym powszechny, nie wymaga żadnych filozoficznych studiów, żadnych specjalnych ćwiczeń
ducha lub ciała. Ot, ma to każdy, bo każdy z nas
jest niepowtarzalnym indywiduum, które nie chce
przekształcić się w abstrakcyjny podmiot podległy
uniwersalnym zasadom i wciąż próbuje przeciwstawić
światu nieuchwytne jądro swojej osobowości [4/83].
Jakże piękna i optymistyczna jest ta koncepcja, która
fati — siły sprawiającej, że wciąż podejmujemy się
czynów beznadziejnych i nagannych, które z reguły
prowadzą do zguby.
III.
IV.
W mejbaumowej idei amoris fati znaleźć można
wiele nici, które łączą bezpośrednio tę wyrozumiałość
dla paradoksalnych zachowań ludzi ze szkicami poświęconymi k a m i e n i u f i l o z o f i c z n e m u.
Pierwszą jest nieufność Mejbauma wobec tradycyjnie
rozumianego racjonalizmu, zarówno w jego postaci
dogmatycznej, jak i rozmaicie modyfikowanej. Czym
bowiem różnią się od siebie te dwa sposoby filozofowania? W obu sądzi się, że zarówno świat, jak i człowiek są racjonalni [5/115]. Racjonalizm ortodoksyjny
dowodzi, że racjonalny świat można w pełni poznać
w sposób ściśle naukowy oraz że racjonalnie postępujący człowiek może wykorzystać naukę do całkowitego uporządkowania świata. Wyższym etapem
rozwoju racjonalizmu jest jego forma zreformowana.
Ludzie — powiada racjonalista zreformowany — nie
zawsze postępują racjonalnie, lecz ich irracjonalność
jest swego rodzaju złudzeniem, bowiem racjonalne
cele ludzkość realizuje poprzez pozornie irracjonalne
działania [5/121]. I w jednym, i w drugim przypadku
racjonalizm prowadzi do eschatologicznej degeneracji, w której konieczny staje się podział ludzkości
na wychowywanych i wychowawców, czyli na tych,
którzy błądzą w irracjonalnych złudzeniach oraz na
strażników racjonalności. A stąd tylko krok do mniej
lub bardziej przerażających technologii uzdrowienia
ludzkości [5/119].
Krytyka ta może budzić zdziwienie. Mejbaum wielokrotnie deklarował, iż —poza Chestertonem i Heideggerem — jego filozoficzne presumpcje wywodzą
się od Rudolfa Carnapa i George’a E. Moora. Trudno
pogodzić przekonanie tych dwóch gentelmanów
— iż najważniejszy jest zdrowy rozsądek spajany przez
zasady logiki — z twierdzeniem, że rzeczywistość jest
irracjonalna i że filozofia racjonalistyczna okazuje się
filozofią fikcyjnego świata [5/120]. Co więcej, dominacja ideologii scjentyzmu, w której świat jest niczym
dobrze zestrojony mechanizm, prowadzi do destrukcji praktyki naukowej. A wówczas rozsądek często
szuka ratunku w irracjonalizmach. Tymczasem jest
to droga donikąd. Irracjonalizm realności produkuje
niezliczonych idoli, lecz jego krytyka wymaga przecież procedur sine qua non racjonalnych. Ten, kto
dostrzega absurdalność rzeczywistości, nie może być
postacią z filozofii absurdu.
Gdzie znaleźć można teoretyczną alternatywę,
która rozwikła te sprzeczności? Taką platformą może
być — zdaniem Mejbauma — teoria społeczna
Marksa. Spełnić jednak musi warunki wstępne. Także materializm historyczny powinien odrzucić wszelkie
racjonalistyczne iluzje oraz uznać realność sfery irracjonalnego [5/124]. W tej propozycji równie ważne
wydaje się zarówno samo przywołanie koncepcji
Marksa, która — szczególnie w jej wersji leninowskiej
— uzupełnia pole tradycji teoretycznych Mejbauma,
jak i owe warunki wstępne, które modyfikują w istotny
sposób tradycyjne pojmowanie marksizmu. Mejbaum
wiedział, że marksizm, z którego usuwa się technologię uzdrawiania ludzkości, staje się mało atrakcyjny ideologicznie. Mimo to wyrywał mu te ideowe
zęby, narażając się na zarzut niezrozumienia lub trywializowania jego teoretycznych pryncypiów. Rzecz
można ująć dramatycznie. Coś zmuszało Mejbauma
do opuszczenia wygodnych okopów angielskiego
humoru oraz zdrowego rozsądku i popychało w stronę hermeneutycznych analiz ludzkiego szaleństwa
oraz przekonania o irracjonalności wszelkiej — także
socjalistycznej — historii, jak również obrony antyracjonalności marksizmu [5/292]. Z drugiej strony coś
kierowało go wstecz, gdy niemal równocześnie głosił,
iż w sferze kultury socjalistycznej centralny problem
filozoficzny sprowadza się do pytania o w ł a d z ę
nad w a r u n k a m i l u d z k i e j e g z y s t
e n c j i. I gdy dodawał, że władza taka dotyczyć
musi i przyrody nieożywionej, i stosunków społecznych,
musi ponadto sięgnąć w przyszłości do sanktuarium
„natury ludzkiej” [5/268].
Była to sytuacja wysoce niekomfortowa, wymagająca nierzadko metodologicznej ekwilibrystyki. Często
komentowana wśród strażników czystości zarówno
marksizmu, jak i filozofii analitycznej z jadowitą ironią. Założyć można, że sprzeczności te mogły być
zarówno skutkiem immanentnej analizy, jak i podszytej dzieckiem przekory. Osobiście uważam, że dla
zrozumienia uporu, z jakim Mejbaum próbował łączyć w całość odległe teoretycznie galaktyki, dla
rozpoznania tej dynamiki postępu przez regres, bardziej użyteczna wydaje się jego interpretacja amor
Pisanie Mejbauma przywodzi na myśl patchwork,
lecz nie jest wcale eklektyczne. Jest to — napędzana przez amor fati — syntetyczna próba redefinicji
tradycyjnie rozumianej filozofii. Wyróżnić w niej należy
przynajmniej trzy poziomy.
Po pierwsze t r a n s g r a n i c z n o ś ć w czytaniu i adaptowaniu czasem skrajnie odmiennych
koncepcji filozoficznych. Mejbaum nigdy nie posługiwał się założeniami wstępnymi, które uniemożliwiłyby
równoczesną lekturę na przykład Marksa i Heideggera. Wręcz przeciwnie, domagał się, by nawet tak
odmienne koncepcje badać poprzez wspólną problematykę, która wyrasta zarówno
z nowożytnych
sporów ideowych, jak z aktualnej krytyki cywilizacji
mieszczańskiej. Nic dziwnego, że pisząc o przyszłości
marksizmu w szkicu Marksizm, marksizm… i co dalej?,
zauważył: filozofia mieszczańska wejdzie do tradycji
filozofii socjalistycznej w podobny sposób jak filozofia
starożytna weszła do tradycji filozofii mieszczańskiej.
W naszym przypadku jest to kwestia odnalezienia r
a c j o n a l n e g o s e n s u w racjonalistycznym
p y t a n i u o s e n s. Trzeba więc nam zrobić
z Heideggerem mniej więcej to samo, co Marks
uczynił był z Heglem [5/293-293]. Przenikanie teorii
poza granice wyznaczone przez ich twórców było
dla Mejbauma z jednej strony oznaką żywotności
źródeł, z drugiej intelektualnej atrakcyjności nowo
powstających syntez.
Drugi poziom, na którym rozwija się ta synteza,
dotyczy relacji między filozofią a innymi formami
świadomości społecznej (przede wszystkim literaturą).
Mejbauma interesowała głównie specyficzna infiltracja filozofii przez literaturę, nie zaś — prowadzący
do schematyzmów i uproszczeń —wpływ filozofii na
literaturę. Exemplum proza Camusa, który najpierw
dowiódł, że świat jest pustynią, a następnie w kolejnych powieściach radził jedynie, jak przetrwać
na tej pustyni[5/105 i d.]. Mejbaum wolał śledzić,
jak od wielkiej literatury można płynnie przejść do
odkrywczych filozoficznie postrzeżeń. Pięknym tego
przykładem był w zbiorze Amor fati szkic poświęcony
Borgesowi (Kultura jako „alef”), jak również jeden z
esejów z Opus nigrum, będący jedynie nieudolnym
powtórzeniem kilku myśli zawartych w dziele G. K.
Chestertona „Poeta i wariaci” [5/186]. Ten poziom
syntezy związany jest z t r a n s g r e s y w n o ś c
i ą literatury na obszary filozofii. Transgresja dotyczy
zarówno prozy (często przywoływani są wspomniany
Jorge L. Borges, Tomasz Mann czy Stanisław Lem), jak
i poezji (Rainer Maria Rilke, Czesław Miłosz). Analiza
przechodzenia potocznych form myślenia na obce
tereny filozofii była dla Mejbauma sposobem krytyki
skostniałych teorii oraz zastygłych układów społecznych. W szkicu, który otwiera Opus nigrum czytamy:
Nie ulega wątpliwości, że — w pewnym znaczeniu
słowa „filozofia” — zarówno dzieła Gombrowicza,
jak i Miłosza należą do historii myśli filozoficznej. Fakt
ten skłania do przypuszczenia, że rzeczywista domena filozofii rozciąga się daleko poza obszarem
wytyczonym przez bariery rozgraniczające różne fakultety humanistyczne, a podręcznikowe definicje
filozofii nawet w przybliżeniu nie wyczerpują swego
przedmiotu [5/10].
System Mejbauma nigdy nie przyjął formy systematycznej. Przez swoją transgraniczność i transgresywność czasami był nieco chaotyczny. Korzystał nie
tylko z wykładu i perswazji, ale także z siły skrótu
myślowego i prowokacji. Bo czyż nie jest prowokacją
propozycja, by postęp kultury socjalistycznej mierzyć
tempem wchłaniania filozoficznych odkryć Heideggera? Jaką wartość seminaryjną ma twierdzenie, iż
Leninowska koncepcja partii stanowi konkretyzację
Heglowskiej koncepcji członu pośredniczącego między rozumem ogólnym a jednostkowym, i że jest to
pierwszy w historii wypadek, kiedy Heglowska idea
pojednania opuściła dziedzinę mitu i znalazła swoje
— częściowe choćby — urzeczywistnienie [5/262]. Bez
wątpienia są to teoretyczne prowokacje, od których
aż skrzy się dzieło Mejbauma. Ci, którzy pamiętają ostatnie lata „realnego socjalizmu”, wiedzą, że
miały one smak owocu z drzewa skrytego w cieniu
wiedzy zapomnianej i nieco tajemnej. Tak, Mejbaum
— broniąc sztuki i piękna jako produktu szatańskiego
[5/92-93] — poruszał się po „ciemnej stronie mocy”,
przywoływał koncepcje przeczące oczywistościom
Światłości i Prawdy. Czyż nie po to napisał szkic o
wiecznie młodym szatanie, w którym wizja „królestwa
Bożego na ziemi” okazuje się efektem podszeptów
Szatana, zaś wyzwolenie osiągane przez gnozę, nie
wyprowadza poza sferę pozoru w tym samym stopniu,
co jego alternatywa: ujawniający swoja iluzoryczność
mechanizm rewolucji plebejskiej [5/96 i 98]?
Nie wierząc w rewolucję, jak również w gnozę spajającą wszelkie ideologie, Mejbaum — niczym mag
— próbował ożywić problemy, które w powszechnym
mniemaniu były już od dawna martwe. Dowieść nieuchronności socjalizmu, którego realność powiązana jest z żywiołową siłą irracjonalizmu. Pokazać jak
— przeciwieństwie do całej tradycji mieszczańskiego
racjonalizmu — z rozpoznaniem nowych tendencji historycznych radzi sobie antyracjonalistyczny marksizm.
Notabene ten właśnie związek między odkrywaniem
fundamentalnych pokładów irracjonalności a przekraczaniem tradycyjnych schematów racjonalizmu
stanowi główny temat Opus nigrum. Nie-racjonalność
teorii stanowić miała konceptualny analogon irracjonalności bytowania. Podobnie magiczny charakter
mają szkice poświęcone transsubstancjacji Marksa w
Heideggera czy Hegla w Lenina. To nie przypadek, że
rozważania te powiązał wówczas Mejbaum tytułem:
k a m i e ń f i l o z o f i c z n y...
Lecz okres lat osiemdziesiątych nie sprzyjał takiej
magii. Nikogo nie obchodziło parakonwencjonalne
ożywianie marksizmu lub przywoływanie ducha Hegla.
Strony społecznych konfliktów okopały się w zasiekach
ideologicznych schematów. Akolitów zastąpili okowici, którzy wprawdzie nie znali żadnych tajemnych
sztuczek, ale już wtedy rozpowiadali po cichu, że to
oni kreują te wszystkie „króliczki”, które Wacek raz
za razem wyciąga z kapelusza. Na pierwszy rzut oka
coraz więcej było powodów, by tej książki nie wydać.
W istocie jednak było inaczej: te same powody,
które przyczyniły się do jej powstania, uniemożliwiły
jej ukazanie się. Projekt upadł więc tak, jak powstał
— przez amor fati. Tę historię skwitować można sentencją z Montaigne’a: Nasze życie częścią składa się
z szaleństwa, częścią z rozsądku; kto pisze o nim jeno
statecznie i z umiarkowaniem, ten zostawia mimo
siebie więcej niż połowę. Warto przeczytać Opus
nigrum, by zrozumieć jak ludzkie szaleństwo przeważa
nad rozsądkiem.
ESEJ
przyznaje każdemu zdolność miłowania swego losu
nie dlatego, że los ów darzy miłością, lecz dlatego,
że nade wszystko siebie samego adoruje.
CEZARY SIKORSKI
Literatura:
1. „Nowa Krytyka”, 2004, nr 16
2. Język polski zaciera różnicę między opus nigrum a
kamieniem filozoficznym. Dlatego też książka Marguerite
Yourcenar L’oeuvre au noir (Paris 1968) ukazała się w
polskim tłumaczeniu Eligii Bąkowskiej pt. Kamień filozoficzny
(Warszawa 1970).
3. W. Mejbaum, A. Żukrowska, Zwierzęta zdenaturowane.
Wstęp do antropologii filozoficznej, Szczecin 2000
4. W. Mejbaum, Amor fati, Kraków–Wrocław 1983
5. Wacław Mejbaum, Opus nigrum, Szczecin 2017.
11
„W roku 2017 mija 15 lat o śmierci Wacława Mejbauma. Staraniem
przyjaciół w Zaułku Wydawniczym Pomyłka ukaże się niebawem
zaplanowany przez W. Mejbauma, lecz nie wydany dotąd, tom
esejów pod tytułem Opus nigrum. Szkic C. Sikorskiego Wacek
Mejbaum i kamień filozoficzny stanowić będzie posłowie do tej
książki.”
Gazeta Literacka 11
POEZJA
POEZJA
Wacław Mejbaum1
Kula i sfera
Sfera kulę domyka
Kula jest wnętrzem sfery
Sfera się cieszy dotykiem
Kula w cierpieniu się zwiera
Sfera się chętnie obnaża
W kuli niepewność się kłębi
bo w kuli jest tylko uraza
ukryta głęboko i głębiej.
Czary upiory wampiry
i grzechów głównych siedmioro
wszystko krąży tam w wirach
cnoty duchy i zmory
Co w kuli jest szczurem
wokół siebie zwiniętym
w sferze błyska lazurem
rozświetlonym odświętnie.
Jeśli sfera jest skórą
kulą dusza jest twoja
zechciej pojąć jedyna,
że ja jestem powojem.
Powój sferę rozpuszcza
migotliwym jęzorem
i swój korzeń zapuszcza
w czarnej kuli komory.
Nekrotyk 52
Panu Bogu
I oto fatum
spadło jak noc
na kurę co nie poczciwa
a kura hoc! A kura hoc!
„co mnie przypierdoliło?”
A teraz kuro myśl i myśl
w czym leży rzeczy sedno
kiedy na tobie leży kiśl
masy zbyt nie
do twojej masy odpowiedniej
którą bym na kilo dwa szacował
choć dusza twa? A czy ja wim
może być stutonowa?
Jak ciężko ginąć w kwiecie lat
choćby kto nawet przejrzał
Ja widzę kwiat ty widzisz kwiat
a Pan Bóg widzi pejzaż.
***
Jestem biedna kruszyna
Wrzucili mnie do młyna
W niewiadomym mi celu
Wrzucili mnie i mielą
***
Kanta Immanuela
Nie czytali snadź oni
Dlatego mnie mielą
Nie pytają o nic
Kto spotkał osła w starej gospodzie
Co na rozdrożu lilią zakwita
Kto do tej knajpy zachodził co dzień
Aby o drogę jakąś zapytać?
Gdyby mnie spytali
Odpowiedziałbym godnie
Ja nie chcę by mnie wrzucali
Ja pragnę żyć swobodnie
Kobieta jest jak lilia a serce u niej złote
Kobieta jest wigilia a święto zaraz potem
Kto znał świętego i ochlaptusa
co jest rzetelnym i zacnym chabrem
Kto się nad kuflem rzewnie posiusiał
Cnotę ostawił, nadzieję zabrał?
Kobieta jest jak księżyc a serce u niej modre
Kobieta jest źródełko a dalej morze szczodre
Kobieta jest jak motyl, a w sercu u niej szmaragd
A najpierw jest rozpusta, a później zara kara.
A
A
A
A
najpierw toś był motyl
potem toś był trotyl
potem eklezjasta
potem ćma bufiasta
12
Matylda
Matylda nosi smutny pysk
I oczy załzawione
A serce dławi twardy ścisk
miłości niespełnionej
Matylda chowa czarny szal
w płomienne zdobny róże
Ten szal zarzuci, gdy na bal
zaprosi ją jej Murzyn.
Herr Todt nazywa się z niemiecka
ów głupek i zasraniec
Ona kochała go od dziecka
On zawsze miał ją za nic
Kiedy Matyldę zżera rak
uśmiecha się boleśnie
Herr Todt spogląda na nią tak:
promiennie i obleśnie.
Pójdziemy miła w cichy grób
tam będę Cię chędożył
potomstwa będziesz miała w bród
co też się będzie mnożyć.
Rozpełzną się na ludzki ród
miłości i agresje
aż zdziwi się samotny głup
iż braknie tam refleksji!
Refleksja temperuje chuć
gatunek to kondoma
Matyldo swoje szatki zrzuć
i chciej bezmyślnie skonać!
Pięć niepublikowanych wierszy Wacława Mejbauma powstało zapewne w pierwszej połowie lat 90-tych ubiegłego
stulecia. Nekrotyk 52 w roku 1993.
1
Fot. Robert Gauer
12
Migotania 53
Krystyna Śmiechowicz
Tragiczne, poemigracyjne losy poetki i jej najbliższych.
MARINA IWANOWNA CWIETAJEWA –
powrót do Rosji (część druga)
( Ariadna. Mur. Wspomnienia Anastasji.)
ARIADNA
Dzieci poetów – Ariadna Efron, Lew Gumilow – za
to, że byli dziećmi „takich ludzi” odpokutowali „nie
swoją winę”; Lew – szesnaście lat więzienia, Ariadna
- czternaście.
Ojciec Ariadny Efron, podobnie, jak ojciec Lwa
Gumilowa został osądzony z artykułu 58. za działalność kontrrewolucyjną i rozstrzelany. Dla wielu do
dziś jest zagadką dlaczego Stalin (gdy chodziło o
poetów i pisarzy) osobiście decydował o ich losie. Nie
aresztował Mariny Cwietajewej, podobnie jak Anny
Achmatowej, natomiast uderzał w najbliższych.
Ariadna, ukochane dziecko - imię ulubionej mitologicznej bohaterki dała jej matka, chociaż przeciwni
byli i ojciec, i dziadek (Iwan Cwietajew) – w listach
z zesłania (Turuchańsk) zastanawia się co by było
„..gdybym otrzymała inne imię, na przykład Aleksandra, może życie byłoby inne i los łaskawszy”. Była
dzieckiem, którym wszyscy się zachwycali, chwalili,
dawali za przykład (czteroletnią, matka nauczyła
czytać, pięcioletnią – pisać, a gdy miała lat sześć
pisała regularnie pamiętnik). Ariadna nie miała typowego dzieciństwa, po wyjeździe ojca przestała być
dzieckiem, a stała się przyjaciółką i najbliższą matce
powiernicą. Nie tylko zadziwiała - wręcz przerażała,
trafnością ocen, dorosłością wypowiedzi (gdy miała
pięć lat recytowała wiersze po rosyjsku i francusku).
Znajomi obwiniali Marinę Cwietajewą, że odebrała
jej dzieciństwo.
Była utalentowana, pisała wiersze, rysowała, była
ilustratorem, cenionym tłumaczem tak prozy, jak i
poezji. Boris Pasternak wielokrotnie podkreślał jej talent prozatorski, ale ona sama mówiła: „genialna
była mama, ja zdolna!” Aresztowana w 1939 roku,
w 1940 roku zapada wyrok; osiem lat więzienia w
obozie wychowawczym. A ponieważ nie zgodziła
się na współpracę, zamieniony został na obóz o
zaostrzonym rygorze.
Jednak wszystko zaczęło się jeszcze w Paryżu.
Tak twierdzi Siemion Wilenskij, który bada losy byłych
więźniów: „…ojcu zaczęła pomagać jeszcze jako
dziewczynka. Dostała od ojca aparat fotograficzny i jej zadaniem było fotografowanie wskazanych
osób, bo dziewczynka robiąca zdjęcia nie wzbudzała
żadnych podejrzeń”.
W trakcie śledztwa, na Łubiance była bita i poddana torturze konwejera1, także straszono ją rozstrzelaniem, ale jak wspomina, inscenizowano również
„wyprowadzenia na egzekucję”. Na koniec przyznaje;
tak, ona i ojciec byli agentami obcego wywiadu… Z
zapisu śledczych wynika, że 27 września po miesiącu
bicia, umęczoną Ariadnę udało się nakłonić do podpisania dokumentu. „Przyznaję się, że od 1936 roku
byłam agentem francuskiego wywiadu i otrzymałam
zadanie prowadzenia działalności szpiegowskiej na
rzecz Francji”, a dalej „ …nie mając zamiaru niczego
ukrywać, stwierdzam, że ojciec mój, Siergiej Efron
podobnie jak ja, jest agentem wywiadu”. Jak długo trwało to właśnie przesłuchanie i co naprawdę
powiedziała swoim oprawcom, tego nie wiadomo,
znany jest tylko zapis śledczego. Teraz już mogli aresztować ojca! Podobno tego samego dnia odwołała wcześniejsze zeznania. Prawomocnym wyrokiem
zesłana do karnego obozu (z czternastu wysłanych
razem z Ariadną kobiet, tylko dwie dotarły na miejsce
żywe). Stamtąd przeniesiona do obozu w Mordowii.
(W muzeum w Jełabudze jest zachowany notes, a
właściwie maleńki francuski notesik - który można
zamknąć w dłoni. Marina Cwietajewa zawsze nosiła przy sobie ołówki i notesy. Ale ten jest niezwykły.
Znaleziony przy poetce, jest zupełnie pusty i dopiero
na ostatniej stronie ręką Cwietajewej napisane jedno
słowo „Mordowia”, tyle, że Ariadnę Efron do obozu w
Mordowii przewieziono dopiero po śmierci poetki. Jak
odczytać ten zapis – niech trudzą się biografowie.)
Więzienne losy Ariadny opisuje Ruth Valby, przybrana córka siostry Efrona, ale pisząc o zabiegach
Muli (Guriewicza), już nie próbuje niczego wybielać,
doceniając jednak, że pojechał do obozu, spowodował, że przeniesiono Ariadnę tam, gdzie rygor był
złagodzony – jednak na koniec dodaje: „Guriewicz
- postać niejednoznaczna”. Tę niejednoznaczność
podkreśla także Wilenskij, bo: „… kto w tamtym czasie
mógł pojechać do obozu dla zesłańców politycznych
i przenieść jednego z nich do więzienia o złagodzonym rygorze? Tylko ten, kto miał wielkie wpływy i
potężne znajomości”. Po zwolnieniu z obozu Ariadna
pisała wspomnienia, opisała pracę przy wyrębie lasu.
Wrażenie, gdy po raz pierwszy, po trzech, latach wyszła na świeże powietrze, poza obóz, w tajgę, gdzie po
dwanaście godzin na dobę więźniowie zbierali owoce
leśne i grzyby (norma wynosiła pięć kilogramów). Nie
wykonanie normy, to utrata jedynego posiłku dziennie. Matka wysyła paczki, pisze listy i kartki, częściej
kartki bo jak mówi – „na kartce łatwiej kłamać”. Na
jeden z listów matki Ariadna odpisuje: „ciągle liczę na
cud”. Ale cud się nie zdarzył, w 1942 roku otrzymuje
wiadomość o śmierci Mariny Cwietajewej. Podobnie,
jak Anastasji, także Ariadnie nikt nie spieszył się donieść o śmierci. Ariadna dowiaduje się dopiero po
roku, Anastasja, po dwóch. Zwolniona z obozu w 1947
roku, po latach izolacji odnawia listownie kontakty. Z
dokumentem „byłego więźnia” nie mogła zamieszkać
w Moskwie, ani innych 39 dużych miastach, w związku
z tym wybór padł na Riazań. W Riazaniu zostaje zatrudniona w szkole jako nauczyciel grafiki, i szybko jako
były więzień zwolniona. Znajduje pracę sprzątaczki i
dorabia robieniem na drutach czapek i szalików (w
obozie korzystając z dwóch zapałek i sprutych nici
robiła współwięźniarkom szaliki). Umiejętność radzenia
sobie w trudnych warunkach życiowych (głodne lata
w Czechosłowacji, jeszcze trudniejsze w Meudon i
Paryżu, gdzie pracowała ponad siły) przydały się na
zesłaniu. Poza bardzo ciężkimi warunkami dochodził
lęk, że w każdej chwili mogą przyjść i aresztować
ponownie. 22 lutego 1949 roku Ariadna stała się „powtórnikiem” i zesłana została dożywotnio do Kraju
Turuchańskiego. Na miejsce zesłania płynie Jenisejem
„…tysiące kilometrów, już nie mam sił”. Gdy więźniowie znajdują się u celu podróży lejtnant dobrodusznie
informuje ich: „mieszkańcom zabroniono przyjmować
was do domów, władzom zabroniono was zatrudniać,
jesteście tutaj zesłani na powolną śmierć”. Widząc
beznadziejność sytuacji, za wszystkie zaoszczędzone
pieniądze, wysłała telegram do Borisa Pasternaka z
prośbą o pomoc. Natychmiast przychodzi pieniężny
przekaz. W mieszkaniu staruszki, która miała tyle lat,
że był jej obojętny zakaz władz, wynajęła kąt pod
piecem. Znowu by przetrwać pracowała fizycznie,
sprzątała, nosiła wodę z Jeniseju, szorowała w tej
lodowatej wodzie podłogi, zarabiała szyjąc, naprawiając odzież. Pracowała także w turuchańskim domu
kultury. Najtrudniejsze do wytrzymania w Turuchańsku
były pięćdziesięciostopniowe mrozy z silnym wiatrem.
W 1952 roku otrzymuje wiadomość o rozstrzelaniu
Guriewicza. W 1955 roku, po sześciu latach, wyrok
zostaje uchylony. Ariadna Efron powraca do Moskwy
i pracuje nad pierwszą książką o matce. W roku 1956
po niekończących się wędrówkach po urzędach,
otrzymuje zaświadczenie o pośmiertnej rehabilitacji
ojca: „…od dawna wiedziałam, że nie żyje, ale dopóki
nie zobaczyłam na dokumencie <<pośmiertnie>>,
wiedziałam, ale nie wierzyłam. To, że zabiegam o
wydanie mamy wierszy, że zabiegałam o rehabilitację
ojca, to nie z miłości, a z rozsądku (z tego, co z niego
pozostało)”. Z Francji przywożono jej rękopisy matki
- „były to całe zeszyty wierszy i prozy”. Gdy Nikołaj
Asiejew próbuje nawiązać z nią kontakt, Ariadna Siergiejewna odpowiada - „…gdzie byłeś, i w jaki sposób
pomogłeś, gdy ona jeszcze żyła? Zanim otrzymasz
prawo kochać wiersze, musisz pokochać samego
poetę”. Jej przyjaciółka podsumuje – „Ala osądza
wszystkich. Stawia przed Boskim Sądem i ma do tego
prawo. Nie raz powtarzała, że Marina Iwanowna zginęła z powodu potwornej ludzkiej obojętności i absolutnie miała rację”. Z Borisem Pasternakiem Ariadna
korespondowała do samej jego śmierci. Jeszcze na
zesłaniu otrzymywała od Pasternaka kolejne rozdziały
Doktora Żiwago,. Namawiał ją by zajęła się prozą,
stała się dla niego bliskim człowiekiem. „Droga Alu,
gdy już mnie zabraknie, pozostaną tylko twoje listy, i
wtedy wszyscy pomyślą, że oprócz ciebie nikogo nie
znałem”. Ariadna przechowała korespondencję matki
i Pasternaka, zastrzegając, że wydana może być dopiero w XXI wieku, a w liście do poety napisała; „Jak
ona Ciebie kochała! i jak długo – przez całe życie!
Tylko ojca i ciebie nigdy nie przestała kochać”. W
styczniu 1957 roku w Pieriediełkinie Ariadna spotyka się
po raz pierwszy z Anną Achmatową (później będzie
wielokrotnie odwiedzać poetkę). Achmatowa powie
wtedy Ali: „Twoją matkę zabił tamten czas, tak jak
zabił wielu, jak zabijał i mnie. Myśmy byli normalni,
nienormalna była otaczająca rzeczywistość; aresztowania, rozstrzeliwania, podejrzliwość, brak zaufania
do wszystkich i wszystkiego”2. Ariadna Efron przeżyła sześćdziesiąt dwa lata; szczęśliwe pierwsze lata
w przedrewolucyjnej Rosji, tragiczne lata rewolucji,
emigrację,
a na koniec, po Paryżu, gdzie otrzyma13
ła w europejskim stylu wykształcenie, znalazła się w
sowieckim więzieniu, i następnie w obozie za kołem
polarnym, gdzie pracowała jako sprzątaczka. Jej życie to pasmo strat, porażek, niespełnionych nadziei,
niezrozumienia i samotności. W dzienniku zapisuje:
„przeżyłam nie swoje życie”. Więc jak to było, wyrachowana, czy naiwna idealistka, czy porzucając
Paryż, wybrała Moskwę i życie w komunistycznym raju.,
czy współpracownica NKWD licząca na wdzięczność
organów? Po wyjściu z więzienia nie odnajdzie żadnej
mogiły; ani ojca, ani brata, ani matki. Z całej pię- cd. str.14
Gazeta Literacka 13
ESEJ
cd. ze str.13
cioosobowej rodziny (Marina, Siergiej, Irina, Gieorgij,
Ariadna) – tylko ona jedna ma grób, nie miała go
Irina, nie mieli; ani ojciec, ani matka, nie ma także
brat. Ariadna Siergiejewna Efron na cmentarzu w
Tarusie3 postawiła rodzinny pomnik. Na pomniku
napisała „Ariadna Efron – córka Mariny Cwietajewej
i Siergieja Efrona”. Zmarła w Tarusie w 1975 roku i
pochowana została na taruskim cmentarzu..
Pozostawiła po sobie wiele książek, w tym wspomnienia o matce (Moja matka Marina Cwietajewa,
Marina Cwietajewa. Wspomnienia córki, Nieznana
Cwietajewa)4, wzruszającą autobiografię A dusza
nie tonie, wspomnienia, przekłady poezji, szkice,
akwarele, portrety ludzi spotykanych na zesłaniu.
MUR (Gieorgij Siergiejewicz Efron)
Jeden z biografów Mariny Cwietajewej zadał
pytanie – „Kto ją zabił? – nowa władza?, ludzka
obojętność?, czy syn?
Był dzieckiem upragnionym, „wymarzonym”,
oczekiwanym. Ojciec wkrótce po urodzeniu Mura
zapisał w dzienniku: „Zadziwiające dziecko, w nim
nie ma ze mnie nic – to kopia – to Marin Cwietajew”
Gdy Mur krytykował matkę Andriej Balmont
ostrzegał: „uważaj Marina rośnie twój prokurator”.
Natomiast w notatkach Mariny Cwietajewej jest zdanie - „Mam ważnego świadka – jest nim mądry i
surowy Mur”.
Mur nie chciał wyjeżdżać ani z Paryża do Moskwy, ani z Moskwy do Jełabugi. A w swoich dziennikach napisał „…całe moje życie tak się ułożyło,
że stałem się egoistą i egocentrykiem… a Marina
Iwanowna postąpiła słusznie5”.
Życie Gieorgija toczyło się na pograniczu dwóch
kultur, dwóch światów i dwóch narodowości. Kim
właściwie był, Rosjaninem?, Francuzem?, kosmopolitą? Trzynaście lat we Francji, ponad pięć w Związku
Radzieckim. Przez wszystkie te lata konsekwentnie
pisał dziennik. Pisał go w dwóch językach, swobodnie przechodząc z francuskiego na rosyjski.
Pierwsza część zaginęła. Dziennik zabrany został
podczas przeszukania, razem z papierami aresztowanej Ariadny. Jest to istotna strata, ponieważ
tam zostały zapisane pierwsze wrażenia czternastoletniego Gieorgija po powrocie do ojczyzny, zaginęła także część późniejsza. Niedawno została
opublikowana ta część Dziennika, która była w posiadaniu Ariadny Efron i zgodnie z jej wolą została
opublikowana dwadzieścia pięć lat po jej śmierci.
Wszyscy, którzy go pamiętali podkreślali wyjątkową
inteligencję, ogromne oczytanie (świetna znajomość
literatury francuskiej) jako podrostek zaczytywał się
w Sartrze, a ulubiona książka, której, jak wspomina
Maria Biełkina tak bardzo brakowało mu w14Taszkencie to Mdłości. Swoje życie widział jako pracę
na rzecz propagowania kultury francuskiej w Rosji,
miał ogromne plany i jasną wizję swego dorosłego
życia.
O synu Cwietajewej ciągle krążą „złe” opowieści, ale przecież przyjechał do kraju wbrew swojej
woli, zostawił szkołę, przyjaciół, otoczenie w którym
się wychował. Wyjechał z kraju bezpiecznego (już
wtedy Siergiej Efron za swoją działalność otrzymywał
pieniądze), mieszkali w Paryżu, zajmując w „porządnej” kamienicy kilka pokoi. Miał tylko czternaście lat,
14
Migotania 53
gdy w nocy przyszli funkcjonariusze NKWD i na jego
oczach aresztowali siostrę, a po dwóch miesiącach
taka sama „czarna wrona” zabrała ojca. Ten przerażony chłopiec przez cały czas wspierał matkę. Razem z nią odwiedzał kolejne domy, w poszukiwaniu
mieszkania, a w związku z częstą zmianą adresów
był zmuszony zmieniać szkoły, co pozbawiało go
możliwości kontaktów z rówieśnikami; a kiedy one
się pojawiały nadopiekuńczość przerażonej matki, krępowała i jego, i jego znajomych. Z listu do
Ariadny pisanego w 1941 roku – „…po Golicynie
mieszkaliśmy w budynku uniwersyteckim, w mieszkaniu jednego z profesorów, potem u Lili6, potem
znaleźliśmy mieszkanie na bulwarze… uff!”. Matkę i
syna łączyły trudne relacje. Mur był krytyczny wobec
matki, a Cwietajewa uwielbiała syna, ale wiedziała,
że nie potrafi go zabezpieczyć, ciągle powtarzała:
„…wszyscy chodzą głodni, ale, jeżeli mnie nie będzie, zatroszczą się o niego”, więc powierzyła Mura
ludziom, którzy, takie miała przekonanie, zadbają
o niego. „Dokąd wiedziałam, że mogę ci pomóc
robiłam to, teraz już żyj sam, ja nie dałam rady.”7
Mur matkę zrozumiał i przebaczył jej. Wydoroślał
w jednej chwili, ale na cmentarz nie poszedł, to
było zbyt trudne (to zdanie gospodarzy, u których
mieszkała Marina Cwietajewa, ale oni też nie poszli
na pogrzeb, więc być może nie jest to prawdą). Po
śmierci matki Mur napisał do Samuiła Guriewicza:
„Wszyscy wokół dziwią się, że jestem taki twardy,
taki nieprzenikniony, a nie wiedzą, że najcięższe łzy,
to łzy samotne.”
Można ująć to w ten sposób – syn Cwietajewej
- gdy matka zmarła miał już szesnaście lat, ale tak
naprawdę, on miał dopiero szesnaście lat. Na pogrzebie (prawdopodobnie nie był) nie był ze strachu. W liście do Elżbiety Jakowlewnej Efron napisał,
że po raz pierwszy martwych zobaczył na wojnie.
„Do tej pory nie zgadzałem się oglądać martwych,
nawet Mariny Iwanowny”. W dwa dni po pogrzebie wyjechał do Czystopola, do Asiejewa i tam, w
domu pisarza, przebywał dziesięć dni. Powierzając syna tej rodzinie matka być może brała pod
uwagę warunki materialne, oraz to, że Asiejewowie
nie mieli dzieci, napisała przecież „przyjmijcie go
jak syna”, a być może liczyła na dawną przyjaźń.
Asiejew należał do tych nielicznych, z którymi po
powrocie do kraju Cwietajewa miała bliski kontakt.
Poza tym, to właśnie jego głos był decydujący przy
podpisywaniu zgody na przeniesienie z Jełabugi
do Czystopola. Prawdopodobnie liczyła na zbyt
dużo. Nikołaj Nikołajewicz Asiejew, był człowiekiem
zamożnym (w czasie gdy inne kobiety sprzedawały
wszystkie cenne rzeczy, jego żona ciągle jeszcze
nosiła drogą biżuterię), ale nagrodzony Nagrodą
Stalinowską, nie mógł przyjąć do swego domu,
a tym bardziej usynowić, syna człowieka z taką
przeszłością – syna żołnierza Białej Armii, represjonowanego „wroga ludu”. Cwietajewą jako poetkę
cenił i szanował, ale był zbyt słaby, zbyt tchórzliwy,
by to udźwignąć. Zatem wszystko poszło nie tak
jak wyobrażała sobie matka. Asiejew załatwił dla
syna Cwietajewej internat w Czystopolu, ale chociaż
jego sytuacja majątkowa była znacznie lepsza, gdy
zorientował się, że za internat trzeba będzie płacić
zaczął nakłaniać Mura do powrotu do Moskwy. Żeby
sprowokować właściwą decyzję powiedział, że sam
też zamierza powrócić, więc chłopiec przestraszył
się, że w Czystopolu pozostanie sam. Asiejew, który
zdaniem Biełkinej, bardzo bał się wojennej Moskwy,
absolutnie nie miał zamiaru wracać do stolicy, a
„taką informację przekazał Murowi jedynie dlatego,
by nakłonić go do wyjazdu”.
Jednak przygotowując papiery zezwalające na
przejazd; Czystopol – Moskwa, i Asiejew i urzędnik
załatwiający dokumenty, doskonale wiedzieli, że
nie ma żadnych szans na zameldowanie w stolicy, a co za tym idzie nie ma szans na mieszkanie
i kartki żywnościowe. W Moskwie natomiast były
ciotki (siostry Siergieja Efrona), był jedyny przyjaciel – Sezeman, oraz ukochany Ariadny i przyjaciel
domu Mulia (czyli Samuił Guriewicz). Nie czując
poparcia w Asiejewie, zdecydował się na wyjazd,
lecz gdy wszystko już było gotowe, z Litfondu 8(z
Moskwy) przyszła wiadomość, że w Czystopolu ma
zapewnioną darmową szkołę i internat z wyżywieniem, to zdecydowało o pozostaniu. Wyjeżdżając
z Czystopola (rok szkolny zakończył się, zamykano
internat i nie bardzo miał gdzie się podziać) pragnął
zostawić archiwum matki u Nikołaja Nikołajewicza
Asiejewa, bojąc się, że albo zginie ono pod bombami (Moskwa była bombardowana), albo może
zostać skradzione w podróży. Asiejew jednak nie
wyraził zgody na przechowanie archiwum.
Po śmierci brata i powrocie do Moskwy Ariadna
zerwała wszelkie kontakty z Asiejewem, powody
wyjaśniając mu w rozmowie telefonicznej. Asiejew
próbował tłumaczyć się twierdząc, że Cwietajewa
nigdy nie powierzała mu Mura, a treść listu była
zupełnie inna. Czy losy brata Ariadny potoczyły by
się inaczej gdyby Asiejew zajął się nim, trudno dziś
powiedzieć.
W Moskwie był krótko, wojska niemieckie zbliżały
się do stolicy, w mieście narastała panika i chaos,
pisarzy i ich rodziny ewakuowano w głąb Rosji.
Prawie cudem udało mu się razem z pisarzami
wyjechać do Taszkentu (wszędzie potrzebne były
pozwolenia) jechali dwa miesiące, w koszmarnych
warunkach, w wielogodzinnych postojach, przepuszczając ciągle pociągi wiozące żołnierzy na front.. W
Taszkencie poznaje Annę Achmatową. Mieszkają w
tym samym domu i Achmatowa w miarę możliwości
próbuje zaopiekować się synem poetki (spotkały się
w Moskwie, jedyny raz, 7/8 czerwca w domu Ardowych i przez siedem godzin rozmawiały – o czym?
żadna nie zdradziła.). Później rolę opiekuna przejmują Aleksiej Tołstoj i jego żona. Gieorgij chętnie tam
przychodził, gdyż ciągle tęsknił za Francją, a z żoną
Tołstoja mógł rozmawiać po francusku. Wzmianki o
synu Cwietajewej znajdujemy we wspomnieniach
Lidii Czukowskiej, jej ojca, Kornela Czukowskiego, a
także Fainy Raniewskiej i Eleny Bułhakowej. Zgodnie
podkreślają jego bardzo trudną sytuację materialną,
ale jednocześnie jego wielką wolę przeżycia. Natalia
Gromowa – „…pierwszą osobą, która dzieliła z Murem swoją ubogą żywnościową porcję, była Anna
Achmatowa. Chłopiec jeszcze niedawno żył we
Francji i z trudem przyswajał sobie warunki sowieckiej
rzeczywistości, ale ze wszystkich sił starał się przeżyć.
Był przeraźliwie samotny i zagubiony, ale trzymał się
życia i robił wszystko by przetrwać”. W 1942 roku
zamieszkał w domu pisarzy przy ul. Karola Marksa,
w maleńkim pokoiku bez okna, jak sam wspominał,
gdy ktoś próbował gotować, wnętrze stawało się
kuźnią Wulkana. Nad wiek dojrzały szukał towarzystwa dorosłych, a chłopięce problemy zbywał
uśmiechem pobłażania. Z Taszkentu Mur pisze do
siostry, że do tej pory nie doceniał rodziny, wydawało mu się, że rodzina jest hamulcem w rozwoju,
w kształtowaniu się osobowości, teraz widzi, że nie
tylko nie hamuje, lecz wręcz przeciwnie, napędza
ten rozwój. Lata pobytu Ariadny w więzieniu bardzo
zbliżyły rodzeństwo. Niestety - po raz ostatni widzieli
się podczas jej aresztowania.
Po ukończeniu szkoły w Taszkencie, jesienią
1943 roku, Mur wraca do Moskwy i w październiku wstępuje na Wydział Filologiczny Uniwersytetu
Moskiewskiego. W archiwum moskiewskiego uniwersytetu zachowała się teczka z dokumentami
Gieorgija Efrona, w charakterystyce studenta podkreślono jego wyjątkową inteligencję, oczytanie i
doskonałą znajomość języków obcych. Uczy się i
pracuje, ponieważ stypendium nie wystarcza by się
utrzymać. Na pierwszym roku stypendium wynosiło
140 rubli, a bochenek chleba na rynku kosztował
100... Anatolij Moszkowski, który studiował z Gieorgijem na tym samym roku, wspomina, że Efron
ucząc się pracował jako kierownik internatu przy
fabryce „Czerwony proletariat”. Zdążył pouczyć
się niecałe trzy miesiące, ale gdy tylko ukończył
dziewiętnaście lat, pierwszego lutego 1944 roku,
dostaje powołanie do wojska. Związek Pisarzy występuje z prośbą, o skierowanie Gieorgija do pracy
w zakładach wojskowych w Moskwie, dzięki czemu
mógłby kontynuować naukę. Niestety powołanie
zostaje w mocy, a jako syn i brat represjonowanych,
dostaje skierowanie do karnego batalionu. Ostatni
moskiewski wieczór – swoje urodziny - spędził w
rodzinie tłumaczy (Burowych), był wesoły, śmiał
się, dużo rozmawiał po francusku, mówił o planach
na przyszłość. Był to ostatni szczęśliwy wieczór w
jego życiu. W liście do siostry zapewnia ją, że
wszystko będzie dobrze, takie ma przeczucie,
ale list do ciotki już nie jest taki optymistyczny:
„…dookoła tylko złodzieje i mordercy, wszyscy
wokół to kryminaliści, których wypuszczono z więzień”. Siódmego lipca 1944 roku ciężko ranny w
bitwie na Białorusi dostaje się do transportu sanitarnego – i tutaj urywają się wszelkie informacje.
Dwudziestego szóstego lutego Ariadna razem z
ciotką Anastasją zaczynają poszukiwania. Wysyłają dziesiątki listów do Ministerstwa Obrony i
wszędzie tam, gdzie można uzyskać jakiekolwiek
informacje. W odpowiedzi czytają, że nie ma go
na żadnej liście; ani poległych, ani rannych, ani
nawet zaginionych. Po latach zgłasza się były żołnierz i były kolega z tego samego oddziału, który
widział jak rannym Gieorgijem Efronem zajmują
się sanitariusze i na noszach przenoszą do sanitarnego transportu. Działo się to w lesie nieopodal
wsi Drujka. Po śmierci matki, gdy w tej wojennej
WSPOMNIENIA ANASTASJI
(Anastasja Iwanowna Cwietajewa, młodsza siostra Mariny).
Anastasja; trzykrotnie aresztowana; w roku 1933
- zwolniona po 64 dniach za wstawiennictwem Gorkiego, następnie w 1937- wyrok 10 lat łagrów, zwolniona w 1947 , ponownie aresztowana w1949 roku,
zwolniona po sześciu latach, jeszcze przez dwa lata
bez prawa powrotu do Moskwy, rehabilitowana w
1959, w roku 1960. pojechała do Jełabugi. Z Mariną
po raz ostatni spotkała się we Francji, w 1927 roku,
w czasie swojej podróży po Europie.
Długo nie wiedziała nic o siostrze, poza tym, że
wróciła do kraju, więc o wszystko obwiniała; zawieruchę wojenną, niedochodzące listy, niemożność odszukania, bałagan w urzędach i własne
kłopoty. Na koniec przychodzi list od Lory (starszej,
przyrodniej siostry), było to latem 1943 roku; „Musi10,
autora <<Czarodziejskiej latarni>> już nie ma na świecie. Syn, gdzieś ze Związkiem Pisarzy na Kaukazie”.
Po tej wiadomości Anastasja wysyła listy do sióstr
Efrona, do znajomych, do wszystkich, kto mógłby
coś wiedzieć. Na koniec, po długim oczekiwaniu,
przychodzi telegram od sióstr Siergieja Efrona „Marina zginęła dwa lata temu, 31 sierpnia. Całujemy.
Lidia i Zina”. Zginęła, a więc wypadek, Anastasja
pisze nowy list z prośbą o szczegóły, w odpowiedzi
dostaje telegram - w nim tylko 4 słowa „Tak jak
nasza matka”11. Trudno jej pogodzić się z tym, że
siostra nie napisała do niej ani słowa, nie może zrozumieć jak mogła odejść nie odezwawszy się i wtedy
otrzymuje list sprzed wielu lat, dawna wiadomość,
zaległe, gdzieś zawieruszone słowa, które Marina
pisała do swojej siostry, jako siedemnastolatka, przed
nieudaną próbą samobójczą… przypadek - jak cud;
ktoś znalazł i wysłał, a zbiegło się z telegramem.
Anastasja nic o liście napisanym w 1910 roku, nie
wiedziała i otrzymała go po trzydziestu czterech
latach, a właściwie kopię listu. Oryginał zachowała
Maria Iwanowana Griniowa12 , obawiając się, że
może zaginąć w drodze.
W 1947 roku podczas spotkania z Ariadną, Anastasja proponuje, by razem pojechały do Jełabugi.
„Na mogile matki, po raz pierwszy powinnam być
sama”, i dalej obietnica, że po powrocie da znać i
wtedy wybiorą się razem. Nie pozostało nic innego
jak się zgodzić. W 1949 roku Ariadna (podobnie jak
Anastasja) zostaje powtórnie aresztowana.13 „Minęło jeszcze jedenaście lat - pisze Anastasja - życie
spowodowało, że niemożliwym stał się wcześniejszy
wyjazd. „Niemożliwym”, ponieważ Anastasja była
znowu aresztowana. Podobnie zawoalowane informacje znajdujemy w książce Wospominanija
(Wspomnienia): „…w sierpniu <<wyjechała>> Ala,
więc mieszkali na daczy we trójkę, a w październiku
<<wyprowadził się Sierioża>>. W 1958 roku podczas
ponownego spotkania z Ariadną, Anastasja ponawia propozycję wspólnego wyjazdu, i znowu słyszy
to samo. Minęły jeszcze dwa lata, siostra Mariny kończy sześćdziesiąt sześć lat i odchodzi na emeryturę,
w związku z tym, otrzymuje dodatkowe pieniądze,
odprawę emerytalną, która pozwala urzeczywistnić
dawne plany, już się nie waha: „Był październik 1960
roku, gdy mogłam urzeczywistnić dawno zaplanowaną podróż. Nastąpiła już ponura jesień. Szare
niebo, szara rzeka Kama, a w oddali szare miasto”.
W podróży towarzyszyła jej przyjaciółka. Szły przez
miasto pytając napotykanych po drodze przechodniów, jak dawno tutaj mieszkają, czy pamiętają,
że z Litfondem na początku wojny przyjechała do
Jełabugi pisarka i może pamiętają gdzie mieszkała?
Na koniec odnalazły wskazaną ulicę, Żdanowa 10
(teraz Woroszyłowa), „parterowy domeczek, jedno
pomieszczenie, mieszkali tutaj mąż i żona Brodelszczikowowie; wysoki, chudy i siwy Michaił Iwanowicz
i jego maleńka żona, Anastasja Iwanowna (moja
imienniczka). Od niej dowiedziałyśmy się, że Marina
zapytawszy ją o imię i patronimikum, powiedziała
– Anastasja Iwanowna? Mam siostrę Anastasję Iwanowną… w ten sposób dziesięć dni przed śmiercią
Marina po raz ostatni wymówiła moje imię”. Od
gospodarzy usłyszały, że dokładnie nie pamiętają,
kiedy przyjechała Marina do Jełabugi, ale u nich
pojawiła się chyba na dziesięć dni przed śmiercią. Do domu weszła w towarzystwie innych osób
i zobaczywszy pokoik z dwoma oknami, część z
jednym oknem oddzieloną zasłoną, wskazując na
pomieszczenie za zasłoną, powiedziała stanowczo
- „Ten pokój ja biorę!” – Znaczy to, że istniała w
niej jeszcze chęć życia. Łóżko oddała synowi, sama
spała na kanapie. Gospodarze mówili, że szukała
pracy. W archiwach Mariny Cwietajewej jest nagranie rozmowy z Anastasją I. Brodelszczikową; „Co to
był za człowiek trudno zorientować się w dziesięć
dni. My i tak chodziliśmy za nią, jak za dzieckiem,
niczego nie umiała; ani prać, ani gotować, ani
przygotować ryb, które mąż jej dawał. Jedno jest
pewne; wszystkim była obca”. Już po urządzeniu się
na nowym miejscu, z Jełabugi popłynęła statkiem
do Czystopola. Stamtąd wróciła wzburzona. A dwa
dni przed śmiercią miała poważną rozmowę z synem. O czym rozmawiali, gospodarze nie wiedzą,
gdyż rozmowa nie była po rosyjsku. A później już
był wspomniany „subotnik”(w tym wypadku „woskriesnik”14). Powinna pójść Marina, a poszedł syn,
dlaczego, też nie wiedzą. Gospodarz zapytał tylko,
czy zaopiekuje się domem podczas ich nieobecności, potwierdziła. Pierwsza wróciła gospodyni. Gdy
z prac społecznych wrócił syn, nie wpuszczono go
do domu, zapytał dlaczego, a gdy się dowiedział,
już sam nie chciał, odwrócił się i odszedł. Nocował
u jedynego ze swoich jełabużskich kolegów („Mur,
który bał się wejść do domu, by zobaczyć matkę,
poszedł do Sikorskich i tam nocował”). Nie byli na
pogrzebie, czy był syn, nie wiedzą. Mieszkał u nich
jeszcze pięć dni, pozbierał rzeczy, część żywności
zostawił gospodarzom (była wojna i brakowało
wszystkiego, a oni mieli małe dzieci, więc bardzo
się ucieszyli). Pozostawił także dla nich, zawiązane
w węzełek, ubrania i bieliznę pościelową. Tobołek został w części mieszkania, która należała do
Mariny. Zszokowani i zasmuceni tym co się stało
gospodarze nie przenieśli go od razu do swojej części. Po wyjeździe Mura przyszli jego znajomi, zaczęli
grzebać w rzeczach, na koniec zawinęli wszystko i
zabrali ze sobą , wcześniej obdarowani - nie mieli
śmiałości protestować.
Przez kilka dni Anastasja z przyjaciółką, Sonią
Kagan, przeszukiwały cmentarz, wypytywały mieszkańców Jełabugi. Anastasja Cwietajewa doku-
ESEJ
zawierusze praktycznie pozostał sam, udało mu
się przeżyć jeszcze ponad dwa i pół roku.
Teraz na wiejskim cmentarzu, na terenach białoruskich, niedaleko granicy z Łotwą, pomiędzy
wioskami; Drujka i Struniewszczina, za skromnym
metalowym ogrodzeniem stoi czarny marmurowy obelisk z żołnierską gwiazdą i napisem: „Efron
Gieorgij Siergiejewicz zginął w lipcu 1944 roku”. W
ewidencji z tego dnia znajduje się informacja, że
7 lipca 1944 roku czerwonoarmista Gieorgij Efron
brał udział w natarciu i ranny został przejęty przez
batalion sanitarny.
Nie miał nawet trzech miesięcy, gdy Cwietajewa
zapisała w swoim notesie –
A chłopców trzeba kochać jeszcze za to, że
muszą iść na wojnę”.
„Gdzie jest jego grób nie wiadomo, tak jak nie
wiadomo gdzie grób Mariny Cwietajewej, która popełniła samobójstwo, jak nieznany jest grób Siergieja
Efrona, zamordowanego w katowni NKWD, jak nieznana mogiła maleńkiej Iriny, która umarła z głodu
w Domu Dziecka w Kuncewie i tylko Ariadna, po
latach powróciła do rodzinnej Tarusy i tam na taruskim cmentarzu, dokąd z matką i Mandelsztamem
przychodziła na spacery, ma swoją mogiłę – ona
jedna z całej rodziny”.9
-
mentowała wszystko zdjęciami; dom, miasteczko,
cmentarz. Niestety, stróż na cmentarzu był już inny
i poza informacją, gdzie znajdują się groby z 1941
roku, żadnych dodatkowych wskazówek nie uzyskały.
Powróciły do Moskwy ostatnim statkiem przed zimową przerwą. Wszystko to Anastasja opisała w liście
do córki Cwietajewej, a w odpowiedzi dowiedziała
się, że Ariadna nigdy nie miała zamiaru tam jechać:
„Mamy dla mnie tam nie ma. Mama dla mnie jest
w swojej twórczości, w swoich wierszach”. Przed odjazdem Anastasja ustawiła krzyż i zaniosła tablicę z
napisem: „W tej części cmentarza została pochowana
Marina Iwanowna Cwietajewa; ur. 26 września 1892
r. zmarła w Jełabudze 31 sierpnia 1941 roku.”
Anastasja Iwanowna Cwietajewa, pisarka, napisała kilka książek wspomnieniowych, w tym dwa tomy
wspomnień, w których opisuje życie swoje i Mariny.
Wspomnienia obejmują dzieciństwo, młodość, czas do
wyjazdu Mariny z kraju i w króciutkiej części, nazwanej
„Załącznik” znajdują się dwa podrozdziały: „Ostatnie
informacje o Marinie” i „Jełabuga”. Książka zyskała
ogromną sławę. W latach „pieriestrojki” Anastasja
walczyła o powstanie muzeum siostry. Oficjalnie otwarte zostało w 1992 roku, w stulecie urodzin poetki.
Dom - Muzeum Mariny Cwietajewej znajduje się w
zaułku Borisa i Gleba 6. W tym domu Cwietajewa
mieszkała od 1914 - do 1922 roku. Na wprost domu,
na niewielkim skwerku, wśród starych drzew, stanął
pomnik Mariny Cwietajewej. Anastasja Cwietajewa
zmarła w Moskwie, w 1993 roku, w wieku dziewięćdziesięciu dziewięciu lat.
KRYSTYNA ŚMIECHOWICZ
Była to metoda przesłuchiwania bez przerwy, przy
zmieniających się śledczych, przez wiele dni i nocy.
2
Z książki Wospominanija (Wspomnienia) Ariadny Efron
3
Dom w Tarusie należał do rodziny Cwietajewych, tam
spędzali wakacje.
4
Tytuły podane w tłumaczeniu. Książki nie zostały przełożone
na język polski
5
Słowo „słusznie” dotyczyło samobójstwa Mariny
Cwietajewej.
6
Siostra Siergieja Efrona
7
Z listu do syna (Jełabuga, 31 sierpnia 1941r.)
8
Litfond Litieraturnyj fond) – organizacja, której celem było
udzielanie pisarzom pomocy materialnej.
9
Ludmiła Majdanowa „Zierkała”
10
W domu Marinę nazywano Musią.
11
Matka Siergieja Efrona powiesiła się.
12
Maria Iwanowna Griniowa była pierwszą żoną męża
Anastasji.
13
Powtórnik - tak nazywano więźniów, aresztowanych po raz
drugi. Często nie zdążyli nawet opuścić więzienia. Ariadnę
powtórnie aresztowano po półtora roku.
14
Niedziela prac społecznych
1
15
Gazeta Literacka 15
ESEJ
Anna Łozowska-Patynowska
O poezji Krystyny Lars
W kręgu cielesnej rzeczywistości
K
16
Migotania 53
Fot. Zbigniew Joachimiak
rystyna Lars wydała kilka zbiorów poetyckich. W jej
twórczości można prześledzić pewną ewolucję. Poetka rozpoczyna od przygody z romantyzmem, z ciemną i
tajemną naturą człowieka, w zbiorze „Ja, Gustaw” (1981),
następnie poszerza katalog tradycji, z których konsekwentnie korzysta w „Chirurgii mistycznej” (1989), przywołując
filozofię materialistyczną oraz egzystencjalną a także barok,
by zatrzymać się właśnie na tym odwołaniu w „Umierankach i innych wierszach” (2000). Prześledzenie niektórych
zagadnień w jej twórczości lirycznej pozwala ukazać jej
wiersze z perspektywy intertekstualnej.
Krystyna Lars sięga do kilku wielkich tradycji poetyckich. W Latach osiemdziesiątych rozpoczyna swoje
spotkania z romantyzmem, co sygnalizuje już tytuł
zbioru „Ja, Gustaw” z 1981 roku. Patronem tomiku jest właśnie Mickiewicz z IV częścią „Dziadów”,
a właściwie z sylwetką nieszczęsnego kochanka.
Gdybyśmy jednak tylko w tę stronę poprowadzili
tę interpretację, szybko okazałoby się, że jej wiersze
powtarzają myśli wieszcza. Lars idzie jednak we własnym kierunku. Otwierając swój zbiór wierszem „Gałąź
jedliny”, nawiązującym do utworu Mickiewicza, rozpoczyna rozważania nad ludzką kondycją w świecie.
Człowiek wpisany w świat konkretów to według idei
przewodniej zbioru istota zatracająca powoli swoje człowieczeństwo. Prawdziwe spotkanie ze sobą
samym następuje po wsłuchaniu się „w nieznane
poruszenia serca”, w czasie nocy, która wyzwala
prawdziwe istnienie. Istota ludzka to kłębek wzruszeń, instynktów, popędów, które są tępione przez
kulturę. Zatem Lars wyznacza kolejną sferę swoich
rozważań, dotyczącą istnienia oraz bycia jednostki
wobec zbiorowości. Rysuje się tu także konfrontacja
o romantycznej proweniencji, stanowiąca dylematem
poznawczym natury i kultury.
Osoba mówiąca w wierszu „Żelazny uścisk” ujawnia źródło swojego strachu. On powstaje poprzez
obcowanie z drugim człowiekiem. Człowiek z wiersza
boi się doświadczać rzeczywistości, której poznanie
pojmuje jako „dotknięcie cienkiej błony”. Istnienie
w świecie równa się, według osoby mówiącej w
wierszu, z byciem martwym, a funkcjonowanie w
świecie z błądzeniem w labiryncie („mylą się nam
drogi”). W swoich utworach Krystyna Lars przywołuje
ludzko-boski Dekalog, czyniąc z niego etos istnienia.
Najważniejszym z przykazań czyni poetka przykazanie
‘nie zabijaj’. Credo życiowe bohaterki wiersza zostaje
zderzone z jej sytuacją istnienia jako „martwej”. Ta
martwota powodowana jest przez narastający w niej
strach zrodzony ze strachu otoczenia. Opowieść o
osobie zamkniętej w szczelnym świecie bólu i strachu
mieści w sobie katalog problemów romantycznych,
począwszy od dylematów jednostki mającej stać na
czele zbiorowości, aż do interioryzacji wewnętrznego
bólu człowieka. Ale postać tego problemu zostaje
tu przeformułowana. Oto nie walka za miliony, ich
uwolnienie staje się kategorią podstawową, ale walka
milionów o neutralizację jednostek. Taką interpretację
wymusza miejsce i czas wydania tych utworów. Aura
tajemniczości i romantycznej niesamowitości zmienia się w takim wymiarze w codzienność, uśpienie
wartości, ukołysanie ich jedynie we wnętrzu16człowieka. Zatem przykazanie sformułowane przez Lars
w postaci „nie zabijaj mnie” staje się podstawowym
manifestem człowieka wpisanego w system życia, z
którego pragnie się wydostać. Stąd krzyk człowieka
niemogącego krzyczeć, a właściwie pragnącego
uśmierzyć ból, zdławić wewnątrz siebie moc mówienia o możliwości dalszego istnienia. „Trzymanie
siebie za gardło” to nie tylko przykład samosądu,
ale właśnie uwierzytelniania prawd wiary, które tkwią
nieme i bezwładne w człowieku. Niemożliwość ich
artykulacji, zamykanie tych prawd między milczeniem
a mówieniem, niedomówieniem i jeszcze więcej, miedzy przemilczeniem, staje się podstawową przyczyną
walki wewnętrznej toczącej się w duszy bohaterki wiersza „Nie zabijaj mnie”. Osoba mówiąca w wierszu w
„krzyczącym milczeniu” odsłania wizję swojego wewnętrznego świata, który „płonie”, posiada „raniące
żywe krawędzie”, aż w końcu „krwawi”. Odśrodkowe
unicestwianie człowieka jako proces degresji pragnie
zatrzymać bohaterka liryczna mówiąc, „będę go bronić”. Człowiek w wizji Lars, zanurzony w świecie trwogi,
musi być nauczony posiadania „drewnianej twarzy”,
„nieruchomych powiek”, „zagryzionych warg”. Istota
uczona niewzruszenia, „przyczajenia” w istnieniu jest
chroniona tylko pozornie („Nie ucz mego syna miłości”. Lars mówi tu o braku człowieka w człowieku,
otępianiu wrażliwości, zamykaniu niegdyś otwartych
w dzieciństwie drzwi sumienia. Bolesność ludzkiego
istnienia nie wynika więc z ożywionego odczuwania,
spotęgowanego dramatem wewnętrznym. Cierpienie
wynika z długotrwałej nieobecności w sobie samym,
niemożliwości jego doświadczenia, czego metaforą
stają się „zaciśnięte usta”. Lars poszukuje dramatycznie człowieka w człowieku, wierząc, że gdzieś pod
powłoką „ołowiu wnętrzności” skrywa się istota prawdziwa, nieprzygnieciona istnieniem („Kanał, ceglana
cembrowina” z „Umieranek”).
W wierszu „Martwa” postępuje zaawansowany już
proces odpodobnienia od siebie. Człowiek to twór
przeszłości, odczytywany nie jako jednostkowe „ja”,
lecz kolaż istnień. Teoria wielowymiarowej egzystencji
wprowadzonej przez Lars zostaje zderzona z ponownie
z wizją jednostki wiążącej swoje trwanie wespół z otaczającym bytem. Panteistyczna wizja świata przenosi
się na samego człowieka, „wasze kości to moi bracia”,
pisze Lars. Świat to przestrzeń żyjąca, składająca się z
„gałązek nerwów” oraz z „ran”, otaczająca martwego za
ESEJ
Fot. Robert Gauer
życia człowieka, który utożsamiany jest w utworze jedynie
ze złudzeniem. Świat w ujęciu Lars jest żywą tkanką, somatycznym centrum pulsującego i rozwijającego się ducha
(„Noc”). W „szumie narastających tkanek” istnieje wątły
człowiek. Wiersze z kolejnego zbioru poetyckiego Lars
rozwijają zagadnienie wiecznie żyjącego świata. Problem
ten sąsiaduje z innymi ujęciami tematycznymi, szczególnie
z przywołaną płaszczyzną filozoficzną.
W „Chirurgii mistycznej”, tomiku obarczonym „stygmatami barokowości”, Lars każe czytelnikowi interpretować
świat w oparciu o wyłożoną na wstępie teorię cielesności, czyli „ciała mięsa”, ciała świata. Dialektyka śmierci
i życia, dokładniej, pulsowania życia jeszcze po śmierci
interesuje Lars najbardziej. Zagadka bytu, którą pragnie
rozwiązać poetka, przywołując tekst filozofia Juliena Offray de la Matterie „Człowiek maszyna”, krystalizuje się
powoli w myśl teorii duszy, która ma stać się ciałem.
Materializm przywołanego filozofa-lekarza staje się zatem
tekstem przewodnim zbioru i wyznacza perspektywę czytania późniejszych tekstów. Pojawiają się więc dwie drogi
odczytania, albo strategia negacji wystawionej na front
teorii albo też prowadzenie polemiki z tekstem „Człowiek maszyna” w celu prostego dowodzenia mającego
udzielić odpowiedzi na postawione pytanie o fenomen
ludzkiego istnienia. W utworze „Obdzierając ze skóry”,
Lars czyta świat poprzez ciało, poszukując zarazem duszy,
albo inaczej ucieleśnia duszę, która sprowadzona zostaje do ciała. Lars zdaje się prowadzić swoje rozważania
wbrew la Matteriemu, ukazując w wierszu „Dwa ciała
matki” osobę odczuwającą w sobie obecność swoich
przodków, do tego stopnia, że następuje tu wyparcie z
niej poczucia samej siebie. Okrutna świadomość istnienia
innych ciał w niej samej nie jest efektem pamięci o tych,
którzy odeszli, lecz rodzajem wiary w istnienie ciała w ciele,
rezultatem ponoszenia ofiary za tych, którzy zmuszeni byli
odejść. Poświęcenie bohaterki z wiersza związane jest
z utratą cienia, czyli własnej osobowości, dezintegracji
jednostkowości. Wprowadzony aspekt tracenia siebie
następuje poprzez ciało, które okazuje się w liryce Lars
drogą do duszy.
Wędrówka po „mapie ciała” jest w liryce Lars czymś
bardzo żmudnym, ale i dramatycznym. W „Pancerniku”
ukazuje poetka człowieka zniewolonego, który skazany
jest na dźwiganie ciężaru własnej egzystencji, uzbrojony
jest jednak w „płaty czarnej blachy”, które izolują go
od otoczenia, a także od prawdziwego odczuwania.
Makabryczna sytuacja „zabawy ludzkimi ciałami”, bezwładnymi ciałami, kojarzone są z materią, skonfrontowane
zostaje z nieświadomością roli dokonującej tego jednostki.
W przedstawionym obrazie postkatastroficznym, gdzie
widzimy „ręce wyrwane z ciemnych łożysk ramion (…)
dłonie płynące obok ciemnych torsów (…) stopy odjęte
rozrąbanym biodrom” dostrzec można ślady życia, ponieważ bohater wiersza prowadzi swój żywot w ich skórze.
Dosłowne odczytanie wydaje się jednak zbyt paradoksalne, bo prowadzi do podejrzenia o kanibalistyczny wymiar
trwania istoty ludzkiej w tekstach Lars. Tymczasem interpretacja prowadzona w duchu egzystencjalizmu każe
nam odczytywać wiersz jako poznawanie prze człowieka
świata, który doświadczając całym sobą, uczy się obcości bytu. Poznając „filozofię nicości”, człowiek z wierszy
Lars rozpoznaje również w sobie samym nicość, z której
powstał, którego desygnatem jest wszechwładny „cień”.
Wzrastanie człowieka następuje w otoczeniu mrocznym i
nieznanym. Perspektywa makrokosmosu, ciemna i niedefiniowalna, jest odpowiednikiem dla mikrokosmosu, którym
jest ludzka jaźń. Człowiek składa się głównie z cienia i
z „czarnej rany serca” („Płetwonurek”), która otwiera się
powoli w chwili poznawania rzeczywistości. Perspektywa
istnienia-nieistnienia, czyli równolegle iluzoryczności otaczającego świata staje się głównym zagadnieniem w wierszu
„Chirurg”. Lars stawia pod znakiem zapytania ludzką egzystencję, starając się jednocześnie wyjaśnić, że jest ona
tylko chwilowym złudzeniem, bo nie dzieje się naprawdę.
Za żywą tkankę bierze jedynie stan istnienia będący projekcją ludzkich uczuć, mówiąc: „Naprawdę żywe jest tylko/
miejsce nieistnienia”. Lars, prowadząc paradoksalną grę,
ukazuje nicość w wielu odsłonach, każąc czytelnikowi
wierzyć nie suchym faktom wywiedzionym z empirii, lecz
zaufać duchowemu światu aksjologii. Dlatego w wierszu
„Skrzep”, dedykowanemu profesorowi Stanisławowi Rośkowi, konfrontuje ze sobą puste słowo „skrzep” z całą
materią, która tchnie życiem, jest żywą tkanką trwania:
Posłuchaj lepiej tego wiatru/ (…)
– to suną wzdłuż betonowych ścian
skrzepy żywego powietrza
gniazda bólu rozkwitające w przestrzeni
których nigdy nie zobaczysz
Lars nie tylko mówi o cierpieniu, ale i jego nieustannej
obecności zaszczepionego lęku w świecie. Ból świata natury wyznacza rytm naszego istnienia. Odwracając relację
między człowiekiem a światem, który staje się tkanką żywą,
Lars nie stara się za wszelką cenę propagować mody na
„ekologię”. Poetka pragnie pokazać świat jako współdoświadczający istnienia, cierpiący, płaczący, przenikający
człowieka swoim własnym życiem, którego na pierwszy rzut
oka dostrzec nie można. Co jest zatem materią? Materia
to nie tylko treść wyparta przed filozofie idealistyczne. W
jej liryce oznacza ona byt nie tylko doświadczany, ale i
doświadczający, ewoluujący, dojrzewający do pełnego
istnienia. Toteż istnienie według Lars to byt zanurzony i
wywodzący się ze snu. W tekście „Poeta jako taumaturg”
Lars ożywia także przestrzeń snu. Wpisuje równocześnie
człowieka w świat oniryczny, który nazywa toczącym
się nieustanie „wewnętrznym życiem jaźni”. Obserwacje
prowadzone przez Lars dotyczące głównie człowieka
wypreparowanego przez ówczesny system socjalistyczny
sprowadzają się do dramatycznych wniosków o jego istocie, która zamiast wielkiej synchronizacji ze światem snu
kryjącego archetyp istnienia, niszczeje, staje się jałowa,
„szara”, „znającą tylko lęk”. Zatem człowiek ten „czuje
w sobie wygasający oddech – obumieranie snu”, ponieważ „nie rozpoznaje własnych przeznaczeń”. Opowieść o
człowieku snuta przez Lars jest smutną historią o człowieku
wykorzenionym, wyrwanym ze swego trwania.
Czerpiąc inspiracje z tradycji, Lars nie zapomina o nawiązywaniu intelektualnego i międzyepokowego dialogu
z poetami przez nas zapomnianymi. Takim przykładem
jest Jerzy Liebert, którego światopogląd odsłania autorka
„Umieranek” w postaci poetyckiej reminiscencji w wierszu
„Radość dodawania”. W tomie „Umieranki i inne wiersze”,
nawiązującym swoją tematyką do tradycji barokowej,
poetka ujawnia i odświeża ważną kwestię obecności tych
inspiracji w lirykach Lieberta i we własnych. Pojawiająca się
tu kwestia niezbywalnego dowodu istnienia Boga, którym
jest wiara, wiąże się z kwestią istnienia i nieistnienia. Liebert,
młody poeta, który umierał za życia, mając dramatyczną
świadomość swojego odchodzenia, nie wątpił w wiarę.
Miał nadzieję, że jego istnienie przetrwa, choćby w innej
rzeczywistości. Podobne postulaty wysuwa przecież Lars,
choć jej światopogląd skłania się raczej ku większemu
pesymizmowi. Nie wiara w ocalenie, ale wiara w odchodzenie staje się podstawowym przesłaniem wiersza. Ten
sam problem rozwija poetka w innych lirykach, na przykład w utworze „Pościel, błysk rtęci”. Śmierć staje się w
liryku Lars „ucieczką” przed „nieznośną lekkością bytu”,
a także zaskoczeniem, nagłą przemianą, która sprawia,
że „narastające” zewsząd tkanki przeprowadzą istnienie
w nieistnienie.
Aktualizacja barokowej tradycji staje się ważnym
kontekstem w liryce Lars. Odsyła do niej nie tylko tematyka utworów zebranych we wspomnianym zbiorze,
ale i charakterystyczny dynamizm, ruch wiersza, połączenie nostalgicznej zgody na odejście w niebyt z rytmem
wierszem przeprowadzającym na drugą stronę, jak w
lirykach księdza Józefa Baki („Umieranka z gładziutką
wodą”). Nasuwa się tu możliwość kojarzenia obrazowania w wierszu „Korona stworzenia” zarówno z symbolicznymi przedstawieniami konceptualnymi Giupeppe
Arcimboldiego, jak i odświeżeniem pascalowskiej filozofii
„trzciny myślącej” w postaci „łodygi kopru”. W świat tych
przedstawień Lars włącza jeszcze norwidowską tradycję
intelektualnego i głębokiego czytania tekstów literackich.
Poetka ukazuje świat poezji nie tylko w wiecznym poruszeniu, ale i w międzytekstowym ruchu, naświetlaniu
jednego tekstu poprzez drugi i tak w nieskończoność
(„Elegia na śmierć poetów”). Zatem „Oktostychy” i „Lato
1932” Jarosława Iwaszkiewicza odżywają na nowo nie
tylko poprzez przywołanie postaci Jarosława w „Elegii
na śmierć poetów”, ale i skojarzenie z estetyką wieku
siedemnastego. Do tego w innych utworach dołącza
niepokój, wewnętrzne rozproszenie zakończone próbą
poukładania rozbitego świata na nowo w jedną całość
(„Umieranka z nocy kryształowej”). „Spopielone motyle”
są obrazem odzwierciedlającym zarówno poświatę zaraz
sprzed drugiej wojny światowej, jak i stan emocjonalny
podmiotu. Wrażliwość poetycka Lars ma swoje ujście
nie tylko w lirycznych obrazach pożaru („ogniste sypie
szkarłaty”), ale i w budowaniu uniwersalnej, wielowymiarowej perspektywy przemijania człowieka w nietrwałym
świecie wartości, w rzeczywistości apokalipsy spełniającej
się w pisanej „serca umarłą połową”. W swoich „Umierankach” Lars dokonuje nie tylko kodyfikacji mijającego
świata („prześcieradła gasną” w wierszu „Miasto S.”),
ale akcentuje sam proces śmierci jako odchodzenia
jeszcze za życia. Umieranka to zatem wiersz-pojemnik
znaczeń, chorobonośny zapis kreacji świata, w którym
istnienie umiera na ludzkich rękach, zanim zacznie istnieć w pełni. Umieranka to zatem zagadka, mistyczna
formuła poetycka, która w chwili wypowiedzenia dokonuje nagłej metamorfozy świata. Jednocześnie jest to
moc słowa, która daje „czarne ukrycie” przed okrutnym
światem doświadczenia. „Umieranka”, jak zabawna,
naiwna wyliczanka, to synteza poznania świata, kadr
„mikrowzruszenia”, czyli nie tylko ludyczna „drobna” formuła liryczna porównywana, w wierszu „Umieranka o
trudach chorowania”, do „łyku oddechu”. Umieranki to
tak naprawdę dowody życia, toczącego się w tkance
17 pulsowania istnienia, które może nagle, jak dom
świata,
z „Przechodniego pokoju”, „osunąć się umierając”. Poezję Krystyny Lars rozumieć można jako wielowymiarowe
spotkanie z wszelkim istnieniem, które posiada duszę,
zatem jest dla człowieka równorzędnym partnerem do
rozmowy. Liryzm, ale przede wszystkim nasycenie tekstu
ogromem poetyckich metafor sprawia, że wiersze Lars
wprowadzają nie tylko na ścieżkę tajemnicy istnienia,
ale i angażują człowieka do maksymalnego zaangażowania emocji.
ANNA ŁOZOWSKA-PATYNOWSKA
Gazeta Literacka 17
Ewa Poniznik
Miłość i bunt we współczesnej
poezji białoruskiej
P
o upadku Związku Radzieckiego Białoruś stała się państwem niepodległym, a język białoruski stał się w państwie drugim językiem urzędowym. Jednak objęcie 1994
roku prezydentury przez Aleksandra Łukaszenkę i prowadzenie przez niego rządów autorytarnych, wywołało sprzeciw
urodzonego w latach 60. pokolenia literackiego, według
którego nowa władza był równoznaczna z ponowną utratą
wolności. Sceptycznie do nowej sytuacji odniosło się młode
pokolenie lat 70., dla którego wolność była tak naprawdę
pojęciem abstrakcyjnym. Zachowało ono chłodny dystans
zarówno wobec zwolenników Łukaszenki, jak i jego przeciwników. Nie widziało alternatywy dla polepszenia obecnej
sytuacji.
Narastający sceptycyzm pojawił się wraz z delegalizacją wielu literackich czasopism oraz wydawnictw, a także wprowadzeniem zakazu publicznych
zgromadzeń i spotkań autorskich pisarzy nie należących do zwolenników Łukaszenki. We wstępie do
antologii Pępek nieba1 twórca, Andrej Chadanowicz
tak zarysował sytuację współczesnego białoruskiego
pisarza:
Białoruski pisarz, jeśli jest niezbyt lojalny wobec
obecnego systemu politycznego, z rzadkimi wyjątkami
praktycznie nie ma gdzie publikować, a czytelnik
w związku z tym w zasadzie nie ma co czytać (…).
Dlatego niezwykle wzrasta znaczenie występów na
żywo (…). Co więcej, tego rodzaju imprezy gromadzą
niewiarygodną liczbę publiczności (…). Taka publiczność jest gotowa na wiele: na przykład będzie
słuchać poezji bez mikrofonów, jeśli ich z przyczyn
technicznych zabraknie. Albo będzie słuchać czytanych, czy śpiewanych słów w plenerze, jeśli urzędnicy
zabronią wstępu do sali2 .
Twórczość białoruska jest bardzo mało znana na
świecie. Szczególnie twórczość współczesna, tym bardziej opozycyjna, wyrażająca sprzeciw wobec obecnie panującej tam władzy. Młodzi autorzy – opozycjoniści nie mogą rozpowszechniać swojej twórczości
w uznawanej przez obecne władze prasie, nie mogą
tworzyć w ojczystym języku, organizować spotkań
autorskich i tworzyć legalnych ugrupowań literackich.
Uznawani są za nacjonalistów wrogo nastawionych
do obecnego systemu politycznego, czyli niebezpiecznych. Często zatem spotykają się w domach
prywatnych i publikują za granicą, bo jest to jedyny
sposób na rozpowszechnienie utworów takich, jakie
chcą tworzyć.
Pokażę tu kilka przykładów, w jaki sposób współcześni poeci białoruscy sprzeciwiają się się panującemu w ich kraju ustrojowi politycznemu, jak w
swoich utworach odnoszą się do ojczyzny, wobec
której wyrażają zarówno miłość, którą poświadcza
pisanie w ojczystym języku oraz bunt, niejednokrotnie
ukryty w stosowanych przez nich metaforach i innych
środkach stylistycznych. Warto zaznaczyć, że w poezji
wielu młodych twórców, dostrzega się nie tyle bunt,
niezgodę, co bezradność wobec zastanej sytuacji.
Wyraźnie zaznaczają oni różnice między krajami zachodnimi, a swoim krajem, określając Zachód jako
stronę możliwości, szans rozwoju i przeciwstawiając
temu Wschód, jako brak perspektyw, miejsce, w którym nic nie może się zmienić. Sytuację tę doskonale
charakteryzuje urodzony w latach 80. poeta Andrej
Adamowicz:
Kiedy budzę się o świcie,
18
Brak mi czasu,
Żeby dowiedzieć się, kto wygrał.
(..)
Brak mi woli,
Żeby sięgnąć po notes.
Kiedy widzę, jak słońce zachodzi na zachodzie,
Nie starcza mi wyobraźni i natchnienia,
Żeby wyobrazić sobie, że jutro wzejdzie na wschodzie.
(...)3
Pomiędzy pierwszym a dwudziestym zapalanym
przez podmiot liryczny papierosem, nie dzieje się tak
18
Migotania 53
naprawdę nic, co mogłoby zmienić jego sytuację.
Budzi się on, przeżywa dzień i zasypia samotnie. Jeszcze dosadniejsze nawiązanie ówczesnej sytuacji politycznej i wyraźną aluzję do dyktatury Łukaszenki,
znajdujemy w wierszu Wasza wysokość:
(...)
Wasza Wysokość! Świat oszalał!
Uciekam! I jeszcze nazywają mnie Groźnym!
Wasza Wysokość powinieneś się ukryć.
Brałbym na spytki i oskarżał wszystkich,
Bo jestem młodszy i styl mam swobodniejszy,
Ale świat wyłupił mi oko, złamał nogę,
Nawet rentgen nic nie wyświetli – tak jest ciemno.
wymaganiom”. Podmiot liryczny w tekstach poetki
jest skłonny do największego poświęcenia, boi
się, ma świadomość, że jego sprzeciw nie jest
dobrze postrzegany, jest wręcz niebezpieczny, a
mimo tego jest w stanie oddać życie w obronie
języka.
W niektórych utworach poetów młodego pokolenia tli się nadzieja na lepszą przyszłość. Trudno
jednak jednoznacznie określić, czy jest to nadzieja
prawdziwa, ponieważ przebija przez nią sarkazm.
Tak mamy na przykład w twórczości wspomnianego już Chadanowicza, u którego:
(…)
Drzewa by raczej rąbać, tłuc kamienie,
tunele kopać, doły i kanały:
liczymy dni, czekamy na widzenie,
wielbimy świat w tych ramach doskonały.
Wasza Wysokość nie zna granic!
(...)4
Ostatecznie, w wierszach Adamowicza, znajdujemy
takie rozwiązanie, a jednocześnie brak rozwiązania:
(…)
Wiatr tutaj od dzieciństwa
Uczy ludzi milczenia.
Dlatego każdy liczy na siebie
I w rezultacie zwycięża.
(...)5
Satyryczny, czy może raczej szyderczy sposób
przedstawiania rzeczywistości znaleźć można u Hleba Łabadzienki. Wiersze tego autora swoją strukturą przypominają wyliczanki i dziecięce gry. Jednak
pozornie prosta, figlarna forma, niesie z sobą przejmującą treść:
(…)
w telewizorze
ulewa
i tylko jeden typ nam zalewa
podsuwam szczyptę soli cielęciu
nagle mi trawa
słuchaczem się stanie
nie puszczę babci nie puszczę już więcej
na głosowanie6
Uczucie do ojczyzny jest uczuciem trudnym. Kolejny przedstawiciel literatury młodego pokolenia,
Anatol Iwaszczanka, miłość do kraju porównuje do
miłości między kobietą, a mężczyzną. Jest to jednocześnie miłość i nie-miłość. Kraj się jednocześnie
kocha i nie kocha. Jest to uczucie nieodwzajemnione
przez obydwie strony:
on kochał ją
ale bez wzajemności
i ona kochała jego
ale bez wzajemności7
Trudno bowiem kochać kraj, który nie daje szans,
nadziei, nie przynosi zmian, ale jest to kraj ojczysty,
więc siłą rzeczy się go kocha miłością fatalną, niespełnioną.
O bezgranicznej miłości do języka białoruskiego
i walce z systemem, dosadnie pisze mieszkająca od
przeszło dziesięciu lat w Stanach Zjednoczonych, również urodzona w latach 80. poetka, Walżyna Mort:
(...)
A kiedy wydało się, że jesteśmy własną mową
i wyrwano nam język zaczęliśmy rozmawiać oczyma
A kiedy wydarto nam oczy zaczęliśmy rozmawiać rękoma
Kiedy nam odrąbano ręce rozmawialiśmy palcami u nóg
Kiedy nam przestrzelono nogi, kiwaliśmy głową na tak
i kręciliśmy głową na nie. A kiedy głowy zjedzono nam
żywcem
wpełzliśmy z powrotem do wnętrza naszych śpiących matek
jak do schronu
żeby urodzić się na powrót.
(...)8
Utwory Mort przybierają formę manifestu, jawnego
buntu wobec narzuconej przez ustrój rzeczywistości,
gdzie lepiej urodzić się niemym, niż mówić w ojczystym
języku9 , ponieważ język ten nie istnieje oficjalnie, nie
można się nim posługiwać, ponieważ jest jak śmierć10 .
Pojawia się tu wewnętrzne rozdarcie, gdyż nie sposób porzucić swą mowę i poddać się „systemowym
Wierzymy, że to łajno dni codziennych
w nawóz się zmieni niby mączka z kości.
Łykiem powietrza spoza krat okiennych
uczymy się oddychać na wolności.11
Ojczyzna w tym i innych tekstach Chadanowicza
zostaje porównania do więzienia, a wolność jest
pojęciem iluzorycznym, nie jest to bowiem wolność
prawdziwa, pełna, gdzie człowiek mógłby swobodnie oddychać. Zjawisko wolności przeziera przez kraty, w związku z czym trudno jej zaczerpnąć. Wiersze
Chadanowicza mówią raczej o wolności odległej,
niedostępnej, są przesycone goryczą, niejednokrotnie w groteskowy sposób ukazują panującą w kraju
dyktaturę, na przykład:
(…)
czekamy, aż nam o północy nasz bonza
powie z ekranu: „Niech żyje Białoruś!”
(...)12
Po przeanalizowaniu poszczególnych fragmentów utworów wymienionych w pracy twórców, dostrzegamy, że wiele z nich jest pisana w klasycznej
formie, często są to wiersze rymowane, stylizowane
na piosenki. Niejednokrotnie są to utwory satyryczne, czy raczej sarkastyczne, szydzące z otaczającej rzeczywistości, gdzie człowiek stoi pośrodku
i nic nie może zrobić, ponieważ znajduje się „za
kratami” systemu. Podmiot liryczny znacznej części
przytoczonych tu wierszy znajduje się w konflikcie
tragicznym, w sytuacji bez wyjścia, cokolwiek zrobi,
zrobi źle; sprzeciwi się bowiem albo władzy, albo
swojemu sumieniu. Pozostaje mu zatem „śmiech
przez łzy” i próba odnalezienia się w kraju „bez
powietrza”.
EWA PONIZNIK
Pępek nieba. Antologia młodej poezji białoruskiej, red. A.
Pomorski, Wrocław 2006.
2
Ibidem, s.5.
3
A. Adamowicz, W oczekiwaniu na elegię bukoliczną, [w:]
Pępek nieba. Antologia młodej poezji białoruskiej, red. A.
Pomorski, Wrocław 2006, s. 13-17.
4
A. Adamowicz, Wasza Wysokość, [w:] tamże, s.25.
5
A. Adamowicz, (…) Chciałbym mieszkać na wyspie, [w:]
tamże, s. 33.
6
H. Łabadzienka, (…), niebo spłukuje nasze miasto [w:]
tamże, przeł. J. Maksymiuk, A. Pomorski, s. 103.
7
A. Iwaszczanka, (…) on kochał ją, [w:] tamże, przeł. K.
Bortnowska, s.81
8
W. Mort, Język białoruski (II), [w:] tamże, przeł. A.
Pomorski, s. 125.
9
ob. W. Mort, (…) obyśmy urodzili się niemi, [w:] tamże,
przeł. A. Pomorski, s. 127
10
ob. W. Mort, Język białoruski (I), [w:] tamże, przeł. A.
Pomorksi, s. 121.
11
A . Chadanowicz, List na wolność, [w:] tegoż, Święta
Nowego Rocku, przeł. A. Pomorski, Wrocław 2006, s. 21.
12
A. Chadanowicz, Doczekać się!, [w:] tamże, s.101.
1
Paweł Sarna
Olek zbiera zabawki
Olek zbiera zabawki
Do kosza
Składa rozsypanego ojca.
Wracaliśmy z pogrzebu
dla wujka Bronka
Mnie Olek widzi.
Nie widzi Mikołaja, chociaż bawią się
pod prysznicem – kabina to wielka rakieta.
Olek zamyka drzwi
od rakiety. Otwiera i zamyka,
otwiera i zamyka. Mikołaj wymyśla zabawy,
mówi, że Olek jest ratownikiem.
Olek zamyka drzwi od rakiety,
zamyka drzwi od łazienki.
Widzi mnie. Mnie widzi.
POEZJA
Mikołaj
- Spytaj go o Mikołaja, proszę.
- Olek nie wie o kogo ci chodzi.
Wracaliśmy z pogrzebu w dobrych nastrojach.
- Dobrze. Ale powiedz mu, że Mikołaj go lubi.
Znajoma, którą spotkałem w kaplicy,
Powiedz, że był najlepszym ratownikiem.
podwiozła nas do centrum,
a ciotka nie spóźniła się do pracy
i miała jeszcze chwilę, żeby
Na samej górze
posłuchać o remoncie u mojej matki.
Edyta liczy świerki
W domu dokładnie obejrzałem
tysiąc czterysta pięćdziesiąt jeden świerków
ubranie.
był
wokół twojego domu
zamek,
- las
Na drugi dzień, z samego rana
kiedy się wyprowadzasz
zrobiłem to jeszcze raz.
nocą wyglądał
powinien runąć
Szukałem śladu czy
jak księżyc przybywający
dziury? Czy śladu dziury?
albo jak zapalona
ślubne monidło
Niczego się nie dopatrzyłem. Ale
lampka
ze ściany mojego domu
poczułem ulgę,
w cudzym oknie,
spada na mnie
bo w nocy zepsuła się lodówka.
a potem dom robi to samo
od strony zamku
wyglądaliśmy pewnie
tymczasem
jak trawy,
twój dom idzie do lasu
zamienia się w las
rozłożyste i rozkołysane trawy,
nowych świerków
a byliśmy raczej
jak ruchome piaski.
też pięknie.
19
Fot. Robert Gauer
Gazeta Literacka 19
ESEJ
Filozofia jako
poezja pobożności
ks. Jan Sochoń
O Abrahamie J. Heschelu
Żyć tylko tym, co da się powiedzieć,
to tarzać się w pyle zamiast
przekopywać grunt
A. J. HESCHEL
F
ilozofia żydowska” nie jest w Polsce zbyt dobrze znana,
„ choć ma wielką i znaczącą tradycję, począwszy od
czasów hellenistycznych. Żydzi bowiem za pośrednictwem
Arabów zetknęli się z filozofią grecką, zwłaszcza w wersji
arystotelesowskiej i neoplatońskiej i starali się wypracować
własny sposób refleksji filozoficznej. Niestety, trudno w tej
kwestii o precyzyjne podziały i definicyjne ujęcia. W każdym razie filozofia żydowska odwołuje się bezpośrednio
do religii. Jest filozofią religii, to znaczy chce ująć tajemnicę człowieka w jedynie możliwej perspektywie, czyli w
relacji do osobowego Boga, którego nie obejmują żadne
racjonalne kategorie, chociażby te proponowane przez
tradycje scholastyczne, ale fenomenologiczny opis tego,
co wyjątkowe, święte, niewysłowione. Dlatego tak ważne
jest, aby myślenie religijne włączone było w doświadczenie
życia, wręcz nakładało się na codzienną egzystencję i z
niej wynikało.
Człowiek i to, co niewysłowione
Abraham J. Heschel (1907-1972) należał do najwybitniejszych filozofów religii żydowskiego kręgu kulturowego. Być może, gdyby nie zawiłe i dramatyczne (choć po ludzku sądząc piękne) losy jego życia,
zostałby zapewne jednym z wielkich polskich pisarzy.
Tymczasem po studiach nad biblijną i rabinistyczną
literaturą w Niemczech, po straszliwych doświadczeniach związanych z narastającym w ówczesnych Niemczech antysemityzmem, po zaawansowanej już pracy
pedagogicznej i naukowo-literackiej Heschel musiał
jako żydowski intelektualista z polskim obywatelstwem
opuścić Berlin. Został niebawem aresztowany i deportowany do Polski. Jednak tuż przed wybuchem II wojny
światowej zamieszkał w Stanach Zjednoczonych, gdzie
pracował, tworzył, angażował się w najważniejsze sprawy społeczne, kulturalne, religijne świata, zwłaszcza
dotyczące dialogu ekumenicznego, choć nigdy nie
potrafił przekonać się do idei pojednania z nazistami.
Pisał wiele, wygłaszał odczyty i prelekcje, nauczał w
konserwatywnym nowojorskim judaistycznym seminarium
teologicznym, aż do śmierci w grudniu 1972 roku.
Niemal przez całe życie Heschel rozpoznawał, kim
jest człowiek i świat w perspektywach biblijnej wizji rzeczywistości. Szukał dróg do bliższego ujęcia tajemnicy
życia z Bogiem i dzięki Bogu. Nie odrzucał tradycyjnych
rozstrzygnięć filozoficznych. Podkreślał natomiast ich
ograniczoność postulując, że u źródeł unii człowieka z
Bogiem leży swoista pewność „bez wiedzy”, pewność
tego, co święte, niewysłowione. Przedstawił ze stylistycznym rozmachem własne rozumienie ludzkiej drogi
prowadzącej do Boga. Zastosował subtelną i językowo
wyrafinowaną metodę fenomenologiczno-poetycką.
Życie składa się z wielu drobnych duchowych olśnień
i moralnych zobowiązań. I ma ono sens zasadniczo
wówczas, gdy czerpie z tajemnic tego, co niewyrażalne, a co przenika całość istnienia. Rzec można: krok
po kroku, fenomenologicznie Heschel odsłaniał etapy
dochodzenia do Boga, począwszy od tego, kim (a
właściwe jaki?) jest człowiek, a skończywszy na kwestiach wiary i pobożności.
Nie sposób wyczerpująco omówić tych propozycji.
Mają one bowiem charakter nie tyle nazbyt metafo20 się
ryczny, ile raczej mozaikowy. Bycie ludzkie okazuje
tak bogate, że nie jest możliwe jego systemowe ujęcie.
Rozciąga się między niepewnością, trwogą, świętością,
celebracją, a ostatecznym zawierzeniem Bogu, zgodą
na Bożą miłość. Wysiłek pisarza koncentrował się na
rozjaśnieniu tych egzystencjalnych przeżyć. Nie dawał
on jednak przekonujących dowodów na istnienie Boga
(czy w ogóle są możliwe?), ile zapraszał do osobistych
rozmyślań i medytacji. W wielu zdaniach-aforyzmach
natomiast zachęcić do umacniania świadomości, że
Bóg nie milczy, tylko został zagłuszony. Dzięki temu możemy Go ponownie usłyszeć. Wspominam o tej kwestii
20
Migotania 53
dlatego, że jest powodem sporej trudności badawczej.
Swego czasu zwrócił na nią uwagę Edward K. Kaplan,
znakomity interpretator dorobku Heschela, nazywając
dokonania twórcze filozofa poezją pobożności (poetics
of piety). Inni badacze mówią o nim jako o retorze
wiary, egzystencjalistycznym teologu albo pisarzu religijnym. Dlaczego?
Otóż, język tego pisarstwa jest wysoce artystyczny,
sięgający, chciałoby się rzec, przekonania, stojącego
u źródeł europejskiej kultury, że literatura i filozofia przenikają się wzajemnie, że nie sposób wyobrazić sobie
języka wyzbytego „cudu metafory”, nie tylko zresztą
w sytuacjach ludzkiej codzienności, ale zwłaszcza w
kwestiach dotyczących najbardziej egzystencjalnie
donośnych praktyk, w tym należących do porządku
konfesyjnego.
Misterium tremendum tajemnicy
U Heschela, jak u św. Augustyna, życie i myśl wzajemnie na siebie oddziałują i wzajem siebie korygują.
Dlatego żydowski mędrzec nie dążył do tego, by ściśle
definiować opisywanie przez siebie zagadnienia. To, co
uważał za ważne nie mogło być wszak wypowiedziane
w miarę jednoznacznie, precyzyjnie zracjonalizowane, z
tej zasadniczej racji, że każda tego rodzaju próba prowadziłaby nieuchronnie do utraty tego, co niewysłowione,
do zatracenia swoistej tajemnicy warunkującej wszystko,
co istnieje, co podlega ludzkiemu wypowiedzeniu. Rozumiejąc, że język impresyjno-religijny pociąga za sobą
wiele kłopotów hermeneutycznych, powoduje często
sprzeczne odczytania, prowadzi do konieczności zatrzymywania się na progu semantycznej zrozumiałości, Heschel decydował się jednak na eseistyczno-literacki styl
wypowiedzi, biorąc za wzór najpewniej język biblijny, w
rdzeniu mający przecież charakter symboliczno-obrazowy, choć stanowczo występował przeciw symbolizmowi
jako takiemu, zwłaszcza w odniesieniu do treści wiary
(Dekalog) i zachowań w przestrzeni sacrum.
Był, podkreślam raz jeszcze, głęboko przekonany, że
misterium tremendum metafory (określenie G. Steinera)
poszerza możliwości zbliżania się do Tajemnicy, do Boga,
który realnie istnieje, który pyta i poucza we wnętrzu
człowieka, i ten fakt należy bezwarunkowo przyjmować
i akceptować, jako fakt pierwszy, fundujący wszystko
inne. Oto stosowny przykład: „Wiara to rumienienie się
w obecności Boga”. Konsekwencją wskazanego wyboru
stało się przeświadczenie Heschela, że każda chęć zrozumienia tego, co w istocie zakłada swą niezrozumiałość,
każde budowanie określonego systemu metafizycznego
powoduje utratę sensu, widocznego tylko pod osłoną
tego, co racjonalne. Gdyby można było wyrugować
z rzeczywistości wszelkie tajemnicze sfery, o czym, jak
wiadomo, marzył Kartezjusz, wówczas świat przestałby
być światem godnym poznawczego wysiłku, skurczyłby
się do rozmiaru gadżetu bądź luksusowej zabawki.
Nieco inaczej tę kwestię widzi metodologia tomistyczna. Jej zwolennicy nie odrzucają naturalnie języka figuratywnego, choć wyraźnie stwierdzają, że jego
stosowanie kłóci się z ważnością przekazu objawieniowego. Skoro od zdobycia wiedzy płynącej od Boga
zależy zbawienie, przeto nie może ona wikłać się w
nazbyt skomplikowane figury stylistyczne, wynoszące
na wyżyny retoryczne, szerzej: literackie funkcje języka.
Powinna raczej kierować się w stronę analogicznego
opisu, a do przenośni i symboli odwoływać się tylko z
konieczności. Ludzki umysł nie jest w stanie uchwycić
absolutnie prostej istoty Boga, stąd wznosi się do jej
poznania poprzez analizę uchwytnej zmysłowo rzeczywistości. Wiąże się to ze statusem ontycznym człowieka,
którego możliwości poznawcze tkwią przede wszystkim w
danych zmysłowych, od których wychodząc dochodzi
się do treści umysłowych. Rozumienie poprzedza wszakże
wszelkie nazywanie.
Trzeba jednak chronić się przed semantyczną wieloznacznością i korzystać z szans niesionych przez językową
analogię, w której podobieństwo terminów nawzajem
do siebie przyrównywanych zrównoważone jest z reguły
proporcjonalnością, wyraźnie wskazaną różnicę – niepodobieństwem. I taka analogia ma swe granice, których
tomiści bynajmniej nie ukrywają. Przyjmują zatem swoistą
ograniczoność ludzkiego poznania i słabość narzędzia
poznawczego, jakim jest język. Bóg (z natury wszechrzeczy) musi pozostawać ukryty (Deus absconditus). Gdyby
było inaczej, gdyby można było oglądać Bożą istotę w
niej samej, wówczas niepotrzebny byłby żaden językowy
znak. Proces poznawczy przebiegałby bez pojęciowych
barier. A nadto, co wydaje się ważniejsze, sama struktura stworzonej rzeczywistości musiałaby być zupełnie
inna, taka mianowicie, aby mogła zachowywać „pole
diakrytyczne” pomiędzy sferą transcendentną a sferą
istnienia przygodnego.
Pomimo to ontyczna niewystarczalność człowieka
implikuje konieczność posługiwania się określonym sposobem porozumiewania się i poznawania rzeczywistości.
Od czasów wystąpienia Arystotelesa uznawano język za
narzędzie adekwatnego kontaktu z rzeczywistością. Krytykowano potoczność, odwoływano się do autentycznego
języka metafizycznego, jakim był grecki, przetworzony
przez Parmenidejskie ratio, wreszcie uznano, że prawda
i bycie spotykać się mogą w jednoczącym porządku
języka filozoficznego, łączącego z tym, co ontologicznie
„najbardziej istniejące”. Dopiero nowożytność wzbudziła
nieufność wobec tej oczywistości. Świat o tyle ma sens
i znaczenie, o ile ujawnia się jako taki dzięki mediacji
ludzkiej świadomości. Fenomenologowie wzmocnią ten
subiektywistyczny proces wskazując, iż rzeczywistość będzie sensowna dopiero jako rzeczywistość „dla mnie”.
Postmoderniści doprowadzą tego typu myślenie do skrajności: w ich rozumieniu istnieją możliwe do rozszyfrowania teksty i tylko teksty, sycące się różnicami, śladami
i podobnego typu lingwistycznymi znakami (pismem w
głosie, jak mówił Derrida), które nie odsyłają do realnej
rzeczywistości, lecz umacniają pragmatyczne ujęcie języka. Nie sposób bowiem wykroczyć poza dyskurs. Tylko
on mieści w sobie „niewypowiadalne” i jedynie w nim
owo „niewypowiadalne” daje się napisać.
Heschel był świadom przywołanych wyżej rozstrzygnięć. Dlatego świadomość tego, co niewysłowione jest
wynikiem nie tyle zamkniętości sfery niewyrażalnego,
ile raczej przyjmowania założeń ściśle filozoficznych.
Przy świadomym oddzieleniu niepoznawalności od
niewyrażalności (niewysłowialności), tę ostatnią trzeba
umieścić więc w kręgu refleksji nad środkami poezji.
To, co niewysłowione wpisane jest bowiem w sposób
korzystania z języka. Objawia się na różnym poziomie
jego organizacji i najczęściej przyjmuje oksymoroniczną
formułę „wyrazić niewyrażalne” albo formułę negatywną
w rodzaju „Nic” czy coincidentia oppositorum (Mikołaj
z Kuzy). Ale. Żyjąc w pluralistycznym świecie przygodności, musimy posługiwać się językiem naturalnym, czyli
systemem znaków dźwiękowych, który powstał drogą
naturalnego rozwoju i który służy ludziom do porozumiewania się między sobą i poznawania świata. Struktury
poznawcze i językowe nie są w spontanicznym poznaniu
„tym, co poznajemy”, ale tym „przez co” przebiegają
procesy poznawcze dotyczące bytu. Trzeba refleksji, by
uprzedmiotowić sobie pojęcia i język, narzędzie naszej
ze światem i człowiekiem jedności.
Tymczasem Heschel porzucił te klasyczne rozpoznania i starał się łączyć ze sobą własną wersję metafizyki, teologii i literatury, by ostatecznie wskazać, że
to, co niewysłowione bywa dosiężne w jakiejś trudno
uchwytnej, przynależnej naturze każdego człowieka,
spontanicznej intuicji, w specjalnym duchowym wglądzie, odsłaniającym sensowność sfery transcendentnej.
Mnożył zatem metaforyczne składniki języka, czerpiąc
z jego mocy obrazotwórczych, ze znaczeń wyłaniających się z leksykalnego i syntaktycznego poziomu systemu językowego. Wszystko po to, by odsłonić nieco
z tajemnicy relacji istniejącej pomiędzy Bogiem, który
pozostaje poza tajemnicą, a człowiekiem, by w ostateczności głębiej pojąć samo wydarzenie religii i żyć w
zgodzie z jej zasadami.
Boskie pytanie
Co w tych analizach, niekiedy zdroworozsądkowych,
niekiedy dosyć trywialnych (w rodzaju, że na człowieka
wpływa zarówno życie wewnętrzne, jak i kultura), wydaje
się warte zachowania? Otóż, chyba to, że człowiek jako
byt ludzki uświadamia sobie swoją zdolność samotrans-
Fot. Robert Gauer
cendencji, swój wyższy wymiar człowieczeństwa dzięki
uczuciu wzniosłości, jak nazwałby Kant, a co Heschel
określał za pomocą formuł: zdziwienie, zdumienie, milczenie, bojaźń, cześć czy chwała. Konsekwencją tego
typu przeżyć jest odczucie niewysłowionego, niewyrażalnego w żadnym dostępnym człowiekowi języku, czegoś
przekraczającego rachujące widzenie rzeczy. Lecz co
interesujące, Heschel nie wpadał tutaj w pułapkę sentymentalnego panteizmu ubóstwiającego świat, gdyż
to, co niewysłowione, co wykracza poza racjonalne
wymiary, wzbudzając w człowieku odczucie zadziwienia i drżenia, ma swoje źródło nie w ludzkim wnętrzu,
nie w jakimś „transcendentalnym Ja”, ale tym źródłem
jest Bóg, dla którego ludzie są przedmiotami. Bóg więc
przedstawia się w tym ujęciu jako najbardziej wewnętrzny
podmiot, sugerujący własne istnienie w człowieczym,
niewyrażalnym poczuciu wzniosłości.
Na tym poziomie nie obowiązują żadne spekulatywne
schematy ani – z drugiej strony – mistyczne uniesienia.
Liczy się jedynie to, że Bóg – w naszym akcie radykalnego samozrozumienia – nie jest już Kimś, przed którym
stajemy w swym przygodnym statusie ontologicznym, nie
jest cząstką świata ani nie skrywa się w naszej naturze, w
naszym „ja”, lecz jest Osobą, która nas do czegoś wzywa,
zapytuje, prosi. Bóg poszukuje człowieka, zadaje mu pytania. W takiej sytuacji religia nie może być pojmowana
według strukturalnego schematu: podmiot(człowiek)
–– relacja –– przedmiot (mocne „Ty”-Bóg), lecz staje się
sferą wewnętrznej refleksji nad tym, co czyni w nas Bóg.
Dzięki temu odsłania się w naszej duchowej głębi Boskie
pytanie, którego stajemy się ADRESATAMI. Jednakowoż
o jakie pytanie tu chodzi? Czego Bóg od nas żąda?
Żeby to uchwycić należy przywołać dystynkcje Heschela dotyczące rozumienia tego, kim jest człowiek.
Jako byt, byt ludzki, nie tylko troszczący się on o przetrwanie, działa także w poczuciu troski o innych ludzi. Życie
to troska. Gdyby życie ograniczało się do egoistycznych
zabiegów o samego siebie, nikt z ludzi nie przekroczyłby
zwierzęcego poziomu istnienia. Intrygująco zanotował
Heschel: „Kamień sobie wystarcza, człowiek siebie przekracza”. Tym bardziej więc Bóg w akcie stworzenia ujawnia swą absolutną troskę przechodnią (pathos), która
dzięki stworzeniom osiąga swój cel. Dlatego człowiek jest
potrzebny Bogu. Życie religijne zatem może się rozwijać,
umacniać właśnie dzięki odkryciu przez człowieka wskazanego biblijnego pytania „gdzie jesteś?”, czy chcesz
pomóc?”, „co się od ciebie wymaga?”.
Istotny jest ów biblijny trop. Człowiek nie wie wszak
od razu, co się w jego wnętrzu dzieje pod wpływem
spotkania ze światem. Odczuwa tylko, że jakby sam nad
sobą nie panował, że nie jest panem samego siebie.
Żyje w aurze tego, co niewysłowione. Dopiero Tora, a na
jej kartach zapisany autentyczny głos proroków sprawia,
że zaczyna odpowiedzialnie działać, rozpoznając niesamowity fakt: oto Bóg przejawia się w dziele stworzenia,
w historii Izraela, w Biblii, zauważa również, że ludzkie
uczynki(micwot) są miejscem uobecniania się Boga,
wyrazem tego, czego nie potrafimy opisywać na ziemski
sposób. Sam Bóg przy tym pozostaje całkowicie transcendentny, Jeden, realny, osobowy, niesprowadzalny
do Absolutu filozofów. Heschel widział religię jako fakt
niezależny od człowieka, jako relację pomiędzy nim a
Bogiem będącą „świętym darem” zawartym w samym
ludzkim istnieniu. Kształtuje się on w wezwaniu człowieka
przez Boga i odpowiedzi udzielanej przez niego Bogu.
Chodzi tylko o to, by człowiek świadomie uczestniczył
w tym religijnym wymiarze życia, chciał reagować na
– zawsze pierwsze – Boże zaangażowanie, Boże poszukiwanie człowieka.
A jeżeli tak będzie czynił, umocni swą wartość jako
Boże stworzenie, będzie Bogu wierzył, tak, jak Bóg wierzy
człowiekowi, będzie oddawał Mu cześć, modlił się i przez
uczynki świadczył o Jego odwiecznej trosce. To możliwe
dzięki temu, że nastąpiło historyczne objawienie, „ekstaza Boga”, nakreślające ścieżki, którymi podąża człowiek,
gdyż Tora jest interpretacją woli Boga. Nie należy tylko
więzić się w przepisach prawnych, ślepo ich wykonywać,
czyli dawać się ponosić „religijnemu behawioryzmowi”
. Wszystkie nakazy, formy religijnego obyczaju zyskają odpowiednie znaczenie, jeżeli będą sprzęgnięte z
odczuciem człowieka, który ma świadomość, że jest
przez Boga zagadnięty, wezwany do reakcji, duchowo
poruszony. Należy tylko przyjąć, że Heschel widział świat,
w tym religię, w ramach tzw. biegunowości (polarity),
zastępującej kategorię jedności, ponieważ byt pojmuje
się zawsze w łączności z Bogiem, a najwyższe kategorie
to nie „byt” ani „stawanie się”, ale prawo i miłość, porządek i pathos, sprawiedliwość i współczucie.
To dialektyczny model składający się z przeciwstawnych lub skontrastowanych ze sobą własności, takich jak
idea i wydarzenie, micwa i grzech, halacha i hagada,
czas i wieczność, wyznanie wiary i wiara czy ludzkie
poszukiwanie Boga i boskie poszukiwanie człowieka.
Przytoczone terminy, mogłoby się wydawać, wykluczają
się, w rzeczywistości jednak domagają się siebie nawza-
jem. Dobrze widać to na przykładzie uzupełniania się
halachy i hagady. Ta pierwsza nadaje formę ludzkim
działaniom, dzięki czemu wierny Żyd zyskuje pewność,
że właściwie odpowiada na Boże wezwania. Hagada
natomiast, jako zbiór treści opowiadających o historii
zbawienia, odnosi do tego, co niewyrażalne, sprawia, że
możliwe staje się sprzęgnięcie halachy i hagady w jedno
religijne doświadczenie. W ten sposób różnego rodzaju, w
spontanicznej ocenie, sprzeczne wymiary rzeczywistości,
stają się niezbywalnymi elementami świata, pomiędzy
którymi rozgrywa się ludzkie życie religijne.
* * *
Filozofia Heschela tworzy się i rozwija poza wszelką
metafizyczną spekulacją, zgodnie z tradycją rabinistyczną, co oczywiście nie oznacza, że przekreśla się w niej
znaczenie ludzkiego rozumu. Człowiek jest tu pojmowany
jako istota religijna, poniekąd z natury rzeczy. Tym, co
go wyróżnia i wyodrębnia z porządku rzeczywistości jest
świadomość dookolnej tajemnicy oraz wrodzone możliwości myślenia i działania, dzięki którym może transcendować sferę materialną, dziwić się jej niezwykłemu
urządzeniu, zastanawiać się nad tym, co dzieje się w
jego własnym wnętrzu. Doświadcza wszak najróżniejszych
relacji, jakie tworzą się pomiędzy nim a światem. Dzięki
temu, że z jednej strony daje się ująć, jako byt ludzki,
a z drugiej strony, jako bycie człowiekiem, jest w stanie
tak organizować swoje życie, by mogło być ono realną
odpowiedzią na istnienie Boga.
Tym bardziej że religia ma swoje źródło w inicjatywie
samego Boga, który już poprzez samo bytowe wyposażenie człowieka ożywia w nim „świadomość tego, że
został wezwany przez Boga do wyjątkowych działań,
przekraczających ziemski horyzont. Świadczą o tym pojęcia,21jakimi Heschel się posługiwał: „wgląd”, „pathos”,
prorockie natchnienie. To są dystynkcje pozbawione
metafizycznych zabarwień, gdyż mają prowadzić do
realnego, duchowego zjednoczenia z Bogiem, do osiągnięcia specyficznie pojętego zbawienia. Wiodą do tego
najróżniejsze środki, o których powiadamiał myśliciel w
swoich pismach. I przestrzegał: kto z ludzi odważa się
na egzystencją bez Boga, dokłada kolejny kamyk do
zagłady całej ludzkości. Warto tę sugestię co najmniej
uczciwie przemyśleć.
KS.
WARSZAWA-BIELANY,
JAN SOCHOŃ
2016 R.
JESIEŃ
Gazeta Literacka 21
ESEJ
Sławomir Majewski
P
odobno bywam obrazoburcą. Przyznaję, bywam. Rzecz
w tym, że dla mnie literatura i sztuka, to nie sacrum
a rzemiosło. Doskonałe rzemiosło. Lubię stoły o prostych
blatach i niechyboczące się krzesła. Kto jest mi wzorem?
Facet od maski Tutanchamona. Fidiasz i Wit Stwosz. Fa-
rozmyślań. Proces tworzenia literatury nie
przebiega w oderwaniu od procesów
psychicznych zachodzących w autorze.
Pisarz jest tym, co tworzy i tworzy tylko
to, czym jest. Mario Vargas Llosa, podczas mowy wygłoszonej w Oslo w roku
2010 po ceremonii wręczenia mu wielce
spóźnionej, ale ze wszech miar należnej
Nagrody Nobla, wypowiedział ważkie, przez wielu
niedoceniane a przez wielu niezauważone słowa
„Gdybym przywołał tutaj wszystkich pisarzy, którym
zawdzięczam coś albo wiele, ich cień pogrążyłby nas
w ciemności. Jest ich bez liku. Nie tylko ujawnili mi
wieści o egzystencjalistycznej duszy Camusa, polecam fragment wywiadu, którego pisarz udzielił w
roku 1945
“No, I am not an existentialist. Sartre and I are
always surprised to see our names linked. We have
even thought of publishing a short statement in which
the undersigned declare that they have nothing in
common with each other and refuse to be held responsible for the debts they might respectively incur.
It’s a joke actually. Sartre and I published our books
without exception before we had ever met. When
we did get to know each other, it was to realise how
much we differed. Sartre is an existentialist, and the
Ten Sofokles, Albert Camus
berge, Antoni Patek, Adrien Philippe i Gustave Eiffel. Z
pisarzy? Homer, Sofokles i William Shakespeare, James
Macpherson, Burns. A Joyce? Jasne, James Joyce a za
nim Proust, Faulkner, Hemingway, Steinbeck i Yourcenar,
Marguerite Yourcenar, kobiecie należy się szacunek. Jest
w tym gronie Hopkins, de Niro, Al Pacino, Burton oraz Ingmar Bergman ze słynnym „Jeśli dostanę zlecenie, zrobię
scenariusz na podstawie książki telefonicznej”. A z innych
reżyserów, scenarzystów, aktorów? Vittorio de Sica, Luchino
Visconti, Volker Schlondorff, Michelangelo Antonioni. Federico Fellini, David Lynch i Król Królów - Pier Paolo Pasolini.
Wymieniam ich, bo żeby napisać wiekopomny scenariusz
albo takiż film wyreżyserować, trzeba mieć duszę wizjonera
i pisarza doskonałego.
Dziś o Albercie Camusie, herosie światowej literatury. A miejscami o powieści Upadek, którą - podobnie
jak Obcego - cenię nad wyraz oszczędnie. Claude
Lévi-Strauss, francuski antropolog, ojciec strukturalizmu, napisał m.in. książkę pt.Smutek tropików (Tristes
tropiques, Warszawa 1960). Co ma antropolog-strukturalista do Camusa? Zacytuję Wikipedię
„W 1962 Lévi-Strauss opublikował książkę Myśl
nieoswojona, poświęconą myśli pierwotnej i formom
myślenia pierwotnego. W pierwszej części tego dzieła
przedstawił teorię kultury i kulturę teorii; w drugiej
części zawarł wywody teoretyczne części pierwszej
na teorię historii i zjawisko wymiany społecznej. W
ten sposób Lévi-Strauss zaangażował się w dyskusję z Jean-Paulem Sartre na temat natury ludzkiej
wolności. Sartre’owska filozofia egzystencjalna z jednej strony uznawała, że istoty ludzkie są zasadniczo
wolne i mogą czynić, co im się podoba, z drugiej
jednak strony lewicowy Sartre uważał, że indywidua
są ograniczone w swej wolności przez narzucane im
siłą ideologie. Lévi-Strauss polemizował z jego teoriami. Echa tej debaty pomiędzy strukturalizmem a
egzystencjalizmem inspirowały dzieła innych autorów,
na przykład Pierre’a Bourdieu.”
Z „jednej strony” pojawia się złowieszcze dla mnie
słówko „egzystencjalizm” a z „drugiej strony” - pewien
niewielki filozof, który za wszelka cenę chciał być
filozofem wielkim - Jean-Paul Sartre, w swoim czasie wręcz zakochany w Camusie. Nieprzypadkowo
wspomniałem o Tristes tropiques. Camus, urodzony
w roku 1913 w Algierii i długo tam zamieszkujący,
w roku 1942 po przyjeździe na stałe do Paryża (odwiedził Francję w 1940), tam żyje i tworzy, ale jest
odwrotnością synonimu Arabia felix. Dla mnie, cała
literatura Camusa jest przesycona smutkiem Arabii,
wyciekającym z każdej stronicy, każdej jego książki,
eseju, dramatu. Czy Camus, był el caballero de la
triste figura? Jego życie i dzieła mówią, że tak. W
dodatku, la triste figura przepojona bólem istnienia.
Czy złożyło się na to nieudane małżeństwo i burzliwe
pożycie z pierwszą żoną, szalenie wyzwoloną seksualnie i obyczajowo morfinistką, piękną Simone Hié?
A może miłosno-erotyczny ménage à trois z mademoiselle Yvonne i mademoiselle Francine? Kto wie,
może. Nie zapominajmy, bo zapomnieć nie wolno,
że trwa II Wojna Światowa, Francja jest w połowie
okupowana. Dla nikogo nie stanowi tajemnicy potworność tego, co się w Europie dzieje - łapanki,
22
deportacje, holokaust, rozstrzeliwania. Dla Camusa tez
nie. Nie można rozpatrywać jego życia i twórczości
w oderwaniu od tego, co go na co dzień otaczało.
Kto bada życie i twórczość Camusa bez kontekstu
wojny, popełnia błąd.
Jak dla Marcela Prousta zapach i smak magdalenki zamoczonej w kawie, dały impuls do powstania „W
poszukiwaniu straconego czasu”, tak dla twórczości
Camusa zapach i smak codziennych potworności II
Wojny i tkwiący w nim smutek Arabii, były asumptem do takiej, nie innej prozy i takich, nie innych
22
Migotania 53
tajemnice opowiadania historii, ale kazali zgłębiać
otchłanie człowieczeństwa, podziwiać wielkie czyny
człowieka i truchleć wobec jego obłędu. Byli moimi
najbardziej usłużnymi przyjaciółmi, animatorami mego
powołania; dzięki ich książkom odkryłem, że nadzieja
nie ginie nawet w najgorszych okolicznościach i że
warto jest żyć, choćby dlatego, że gdybyśmy nie żyli,
nie bylibyśmy w stanie czytać ani roić opowieści.”
Że nikt nie tworzy literatury z próżni - wie każdy
pisarz. Że nie da się niczego stworzyć w oderwaniu
od drobin codzienności, już nie każdy. We wstępie
do monografii mojego autorstwa pt. Seks, władza,
sława, napisałem
„Omawiając postaci powszechnie znane. miałem
świadomość że chcąc poznać choćby połowiczną
prawdę o kimś, trzeba pierwej pochodzić w jego
mokasynach, jak mawiają północnoamerykańscy
Indianie. A skoro nie chodziłem w mokasynach ni
ciżmach opisywanych bohaterek i bohaterów, moje
oceny mogą być wyłącznie spekulacjami opartymi
na domniemaniach. I tym właśnie są, niczym innym.
Podobnie, jak wywody większości uznanych autorytetów, na co dzień chadzających w butach od
Gucciego.”
Poważam twórczość Camusa, co wiedzą znający
moje eseje. Tyle, że mam zdanie odmienne od powszechnie kolportowanych, na temat filozoficznych
walorów dwu jego znanych powieści - Obcego i
Upadku. Do dzieła!
Każda generacja czuje się bez wątpienia powołana do tego, aby naprawiać świat. Moja wie przynajmniej to, że nie zdoła już tego uczynić. Ale być
może jej zadanie jest o wiele większe, gdyż polega
na tym, aby nie pozwolić go zniszczyć.
Będąc spadkobierczynią historii skorumpowanej, w
której mieszają się ze sobą upadłe rewolucje, techniki
na granicy szaleństwa, umarli bogowie i zwietrzałe
ideologie; gdzie zadufane potęgi mogą dzisiaj wszystko zniszczyć, lecz nie są w stanie nikogo do siebie
przekonać; gdzie inteligencja stoczyła się na dno już
tak nisko, że jest gotowa służyć nienawiści i uciskowi,
otóż generacja ta, wyszedłszy z kręgu własnej negatywności, ma obowiązek przywrócić w sobie i wokół
siebie godność życia i umierania.
Fragment mowy Alberta Camusa, wygłoszonej
w Sztokholmie w 1957 roku, z okazji wręczenia
mu Nagrody Nobla
Czytam w Wikipedii:
[Upadek] Powieść filozoficzna autorstwa Alberta
Camusa. Po raz pierwszy opublikowana w 1956 roku,
jest jego ostatnim ukończonym dziełem literackim.”
I jeszcze czytam, że Camus to „czołowy reprezentant egzystencjalizmu w literaturze”. Teza od lat
budząca we mnie mordercze instynkty, niedbale zhomogenizowane z politowaniem dla „specjalistów od
Camusa” i licznych apologetów Sartrea, mylących
twórczość pisarza z oczekiwaniami filozofa-błazna.
Jednocześnie, w tym samym biogramie Wikipedia
podaje
„[Camus] w 1942 przyjechał na stałe do Paryża,
gdzie wspólnie z Pascalem Pia redagował podziemne
czasopismo „Combat”. W tym okresie zaprzyjaźnił się
z Jean-Paulem Sartrem. Przyjaźń ta urwała się po cyklu artykułów Camusa, które poróżniły go z obozem
sławnego filozofa; wpływ jej był jednak na tyle silny,
że zaczęto przypisywać Camusowi egzystencjalizm,
przed czym on sam zaciekle się bronił.”
Problem szumu informacyjnego wynika z dyletanctwa układaczy haseł w Wikipedii i kompletnej nieznajomości czasów, w których Camus żył i tworzył.
Na wszelki wypadek, najbardziej upartym heroldom
only book of ideas that I have published, The Myth
of Sisyphus, was directed against the so-called existentialist philosophers.”
Les Nouvelles Littéraires, (1945)
Czy po przeczytaniu kategorycznego “No, I am
not an existentialist” a szczególnie ostatniego zdania
„Mit Syzyfa, skierowany był przeciwko tzw filozofom
egzystencjalizmu”.- znajdą się jeszcze tacy, utrzymywać będą, że pisarz wielkim egzystencjalistą był? O to
jestem spokojny, idiotów nie zbraknie. Na koniec dywagacji „azali był czy nie był?”, jako grant dorzucam
artykuł „Why Camus Was Not An Existentialist?” pióra
Grega Stone i dopowiem, że twierdzenia Jeana-Paula
Sartrea, iż Camus był „wybitnym twórcą literatury
egzystencjalistycznej”, wynikały z pobożnych życzeń
filozofa, by w kręgu swoich wyznawców mieć giganta
światowej literatury. Nie wyszło. Camus wielokrotnie
dający mu zdecydowany odpór, w końcu znalazł
sposób na definitywne zerwanie. Sądzę, że warto
zapoznać się z artykułami prasowymi, będącymi całkiem a propos genezy tego słynnego zerwania
1.„[książka Camusa pt.] L’home révolté była już na
naszej antenie tematem dłuższej dyskusji grona wybitnych pisarzy polskich. Dziś pragniemy się zająć raczej
dalszymi konsekwencjami, jakie ta książka wywołała,
konsekwencjami, które doprowadziły do głębokiego
kryzysu samego Sartrea i jego towarzyszy. Otóż w szeregach egzystencjalistów książka Camusa wywołała
konfuzję i głęboką konsternację. Po dłuższym milczeniu
ukazała się w końcu w miesięczniku Sartrea „Temps
modernes” cierpka recenzja książki, recenzja, która
sprowokowała dyskusję prasową między Sartrem a
Camusem. Polemika ta, prowadzona przez Sartrea w
tonie niesłychanie napastliwym, zakończyła się kompletnym zerwaniem między dawnymi towarzyszami
broni i oświadczeniem Sartrea, że nie będzie więcej
odpowiadał Camusowi. W ten sposób ubył z szeregów towarzyszy Sartrea człowiek wybitnego talentu
i szerokich horyzontów – Albert Camus.
A ubył z powodów względnie łatwo zrozumiałych:
póki młodziutki Camus szedł wiernie w szeregu początkujących, a pozostających w orbicie Sartrea pisarzy
negujących wszelkie walory dzisiejszego świata, póki
wiernie stał na stanowisku integralnie negatywnym
– póty wszystko było w porządku. Ale sama negacja
nie może nikomu wystarczyć na dłuższą metę i fakt,
że z upływem lat Camus począł ograniczać egzystencjalistyczną furią skrajnego pesymizmu, musiał
doprowadzić do starcia i zerwania.”
2 „Sartre, who founded the periodical Les Temps
Modernes (Modern Times) in 1945, sought to win over
Camus to further his notion of socially responsible writing, or littérature engagée. In the underground, the
resistance had learned that the freedom of the word
had to be defended, Sartre noted, and now it was
time for writers to become „completely committed”
to political issues in their works. Camus initially reacted
in his diary: „I prefer socially responsible people to
socially responsible literature.” He refused to brand
someone who had written a poem about the beauty
of spring as a „servant of capitalism.”
3 Criticism of Existentialists
In his statement of the problem and its solution,
Camus’s tone, ideas, and style are reminiscent of
Nietzsche. “God is dead” is of course their common
starting point, as is the determination to confront unpleasant truths and write against received wisdom.
At the same time Camus argues against the specific
philosophical current with which Nietzsche is often
4.Jak wiadomo, egzystencjalizm począł się z pesymizmu wojennego, załamania się burżuazyjnych
intelektualistów francuskich i skrajnego sceptycyzmu
młodego pokolenia. Sama doktryna filozoficzna egzystencjalizmu była i jest w gruncie rzeczy zlepkiem
całego szeregu koncepcji – od Nietzschego przez
Bergsona do Heideggera – i na pewno nie ona stała
się źródłem sukcesu Sartre’a u młodego pokolenia
Europejczyków. Powodzenie i sukces egzystencjalizmu leży raczej w pewnych konsekwencjach praktycznych doktryny, w jej tezach socjologicznych oraz
psychologicznych. Teza buntu rewolty jednostki przeciw niesprawiedliwościom świata była tym punktem
programu egzystencjalistycznego, który zjednał mu
umysły młodzieży z natury rzeczy zawsze skorej do
przebudowywania świata.
Lekkomyślne żonglowanie niebezpieczną teorią
prawa jednostki do takiego postępowania, jakie jej
dyktuje wyłącznie jej własny instynkt, musiało w końcu
natrafić na protest tych ludzi, którzy naprawdę głęboko przejęli się w pierwszej chwili myślami Sartre’a, ale
którzy zachowali uczciwość i niezależność myślenia.
I tak doszło do kryzysu, którego źródłem stała się
książka Alberta Camusa L’Homme révolté – Człowiek
zbuntowany. Pomiędzy czołowymi egzystencjalistami,
między Sartem, Jeanem Genetem i Simone de Beauvoir, pomiędzy nimi wszystkimi Camus był od pierwszej
chwili, tym którego głos był najmniej konformistyczny,
tym, który zawsze zachowywał pewną niezależność
w stosunku do podstawowych haseł sartrowskich. A
oprócz tego dotychczasowa droga rozwojowa Camusa potwierdziła pierwotne przypuszczenia, że ma
on ze wszystkich pisarzy francuskich młodego pokolenia największy talent, że ma po prostu najwięcej
do powiedzenia. Nie będziemy się tu szczegółowo
zajmować jego książką, tym bardziej, że L’Homme
révolté był już na naszej antenie tematem dłuższej
dyskusji grona wybitnych pisarzy polskich.
Dziś pragniemy się zająć raczej dalszymi konsekwencjami, jakie ta książka wywołała, konsekwencjami, które doprowadziły do głębokiego kryzysu samego Sartre’a i jego towarzyszy. Otóż w szeregach
egzystencjalistów książka Camusa wywołała konfuzję i głęboką konsternację. Po dłuższym milczeniu
ukazała się w końcu w miesięczniku Sartre’a „Temps
modernes” cierpka recenzja książki, recenzja, która
sprowokowała dyskusję prasową między Sartrem a
Camusem. Polemika ta, prowadzona przez Sartre’a w
tonie niesłychanie napastliwym, zakończyła się kompletnym zerwaniem między dawnymi towarzyszami
broni i oświadczeniem Sartre’a, że nie będzie więcej
odpowiadał Camusowi.
W ten sposób ubył z szeregów towarzyszy Sartre’a
człowiek wybitnego talentu i szerokich horyzontów
– Albert Camus. A ubył z powodów względnie łatwo
zrozumiałych: póki młodziutki Camus szedł wiernie w
szeregu początkujących, a pozostających w orbicie
Sartre’a pisarzy negujących wszelkie walory dzisiejszego świata, póki wiernie stał na stanowisku integralnie negatywnym – póty wszystko było w porządku.
Ale sama negacja nie może nikomu wystarczyć na
dłuższą metę i fakt, że z upływem lat Camus począł
ograniczać egzystencjalistyczną furią skrajnego pesymizmu, musiał doprowadzić do starcia i zerwania.
Tym, co najbardziej zirytowało Sartre’a w L’Homme
révolté była tendencja Camusa do znalezienia pewnych granic dla tej sławionej przez Sartre’a „rewolty”
człowieka. Zdaniem Camusa istnieje pewna „moralność absolutna”, dzięki której człowiek winien zachowywać pion nawet – a może przede wszystkim – w
momentach buntu i rewolty. Ten sposób myślenia jest
całkowicie obcy Sartre’owi. Jedynym uzasadnieniem
buntu dla Sartre’a była zawsze pewna – mętna skądinąd – „konieczność historyczna”. Ona to dawała
w jego oczach mocne usprawiedliwienie w walce
z krzywdzącą człowieka niesprawiedliwością świata.
Nawiasem mówiąc, ten argument wydaje się żywcem wzięty z marksizmu, osładza go Sartre jedynie
przenosząc go w sferę moralną.
Zarzuca on Camusowi, że szukając granic rewolty
człowieka, fałszuje interpretację historii, że uczynił ze
swej książki pseudo-filozofię pseudo-historii ruchów
rewolucyjnych. Tymczasem Camus nie neguje wewnętrznego sensu historii, potępia jedynie metodę
polegającą na czynieniu z historii pewnego absolutu,
pewnego wygodnego, choć całkowicie arbitralnego,
miernika wszystkich postępków ludzkich. Camus ude-
rzył bardzo celnie, stwierdzając, że wszystko wygląda
na to, jak gdyby Sartre stał na filozoficznym stanowisku
marksizmu, odrzucając jedynie marksistowską koncepcję polityczną. I w ten sposób dyskusja ześlizgiwała
się powoli na teren polityczny, przy czym na truizmy
Sartre’a w rodzaju „człowiek sam tworzy swą historię”, Camus odpowiadał z niezmąconym spokojem,
że nie widzi powodów do rewolty człowieka po to,
aby dać się związać owej podejrzanie marksistowskiej
„konieczności historycznej”.
ESEJ
linked as a precursor, and to which he himself is closest—existentialism. The Myth of Sisyphus is explicitly
written against existentialists such as Shestov, Kierkegaard, Jaspers, and Heidegger, as well as against
the phenomenology of Husserl. Camus shares their
starting point, which he regards as the fact that they
all somehow testify to the absurdity of the human
condition. But he rejects what he sees as their ultimate
escapism and irrationality, claiming that “they deify
what crushes them and find reason to hope in what
impoverishes them. That forced hope is religious in
all of them” (MS, 24).
Więc Upadek... Ostatnia, ukończona powieść
autora Obcego i Dżumy. Brulion z tekstem „Pierwszego człowieka” znaleziono przy zwłokach pisarza
w rozbitym aucie. Zawierał szalenie ważne zdanie
„książka powinna być nieukończona”; wydano ją
w roku 1994
Istnieje spora, elitarna grupa pisarzy, w której wszyscy są autorami wprawdzie jednej tylko książki, ale
każda z nich, to bezwzględne literackie arcydzieło.
Giuseppe Tomasi di Lampedusa napisał Lamparta,
Margaret Mitchell Przeminęło z wiatrem, Malcolm
Lowry Pod wulkanem, Gabriel Garcia Marquez Sto
lat samotności, Umberto Eco Imię Róży.Napisać całą
półkę książek wprawdzie interesujących pod względem fabuły, lecz miałkich w stylu, formie i bez idei,
jak wiele spośród rozlicznych prac np. Carla Maya,
płodnej niczym królica Danielle Steel, Williama Whartona (słyszę wrzask oburzenia!) czy Paolo Coelho a
napisać jedną tylko, arcydzieło, to nie kwestia semantyki, to kwestia geniuszu. O ile Dżuma jest skończonym
arcydziełem, o tyle Obcy i Upadek to dla mnie książki
kiepskie, przy czym każda z różnych powodów. Lata
temu napisałem
„W roku 1967, siedem lat po absurdalnie tragicznej śmierci Alberta Camusa, Luchino Visconti pisze
scenariusz i reżyseruje film na podstawie powieści
Obcy; w roli Arthura Meursault obsadza Marcello
Mastroianniego; rolę Marii, jego kochanki, powierza
równie wspaniałej Annie Karinie. Oczywistym atutem
filmu był urokliwy, stary, kolonialny Algier; wystąpiły
też palmy, plaże, Arabowie, burnusy, białe kasby,
jednym słowem - egzotyka. No i autorytet Viscontiego, wsparty jak Leonidas o honor Spartanina na
opowiadaniu wprawdzie martwego ale nieśmiertelnie
wielkiego Alberta. Taka mieszanka musiała lub co
najmniej powinna zaowocować skończonym arcydziełem.
Niestety! Film to beznadzieja pod każdym względem; nie pomogła doskonałość reżysera i genialni
aktorzy. To o beznadziejach powiadają: „I w Paryżu
nie zrobią z owsa ryżu”; w roku 1968 Obcy nominowany do Złotego Globu w kategorii „Najlepszy film
zagraniczny” przepada z kretesem na rzecz Vivre pour
Vivre Claude Leloucha” (…) „Bo Obcy, to powieść
nawet nie to, że słaba ile po prostu zła. A w porównaniu z Dżumą... Nie, taka paralela byłaby wysoce
nieprzyzwoita! Dżuma jest wielka i ponadczasowa;
jest przemyślana od A do Zet a jedyny (dla polskiego
Czytelnika) jej feler, to lichutkie tłumaczenie „żywcem”
z literackiego francuskiego, na licho wie, jaki polski.
Twierdzę, że Obcy to zła powieść. Pod jakim
względem? Łatwiej mi wymienić, pod jakim względem jest dobra. W oryginale słowa Camusa brzmią
znakomicie, bo w ogóle francuski znakomicie brzmi
a Camus posługuje się słowem po mistrzowsku. To
warte podkreślenia, bowiem Obcy przełożony na
ten zdumiewający „polski” w jakim go do dziś czytamy, jest ostatecznym coup de grâce twórczej myśli
„egzystencjalizmu literackiego”, wiekopomnych idei i
tego wszystkiego, czego tam dla mnie nie ma i nigdy
nie było. Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego
pisarz tego formatu co Camus, napisał takie byleco?
Czy dlatego, że kiedy tworzył Obcego był jeszcze
„niezupełnie wielki”? Wszak dystans czasowy jaki dzieli
oba utwory - Obcy rok 1942 i Dżuma rok 1948 - to
ledwie 6 lat. Ledwie? Chyba tutaj kryje się częściowe
wyjaśnienie: dla pisarza 6 lat to cała era; może się
stać pisarzem dojrzałym do stworzenia arcydzieła,
pisarzem genialnym. I takim właśnie Albert Camus
jest w 1948 roku a ów rok 1948 to niebywale ważna
data w jego życiu i twórczości, prawdziwy Rubikon.
Po zerwaniu
z Sartrem i jego literackimi satelitami, po
23
nieskutecznych próbach kategorycznego odcięcia się
od przypisywanego mu statusu kreatora literackiego
egzystencjalizmu, tworzy Dżumę
Upadek to dęty, rozlazł monolog, w dodatku nudny jak flaki z olejem. Bez przesłania, bo grand epilogue
jako filozofię, dorobili post mortem Camusa rozliczni
krytycy, Jean-Paul Sartre („być może najpiękniejsza
i najmniej zrozumiana z jego książek”) i legiony bezkrytycznych czcicieli pisarza. Pisarza czy filozofa? Bo
jedni zwą go pisarzem, inni filozofem a jeszcze inni
Gazeta Literacka 23
cd. str.24
ESEJ
cd. ze str.23
pisarzem-filozofem. Być może za sprawą jego genialnych esejów, w których wyrażał swoje poglądy
na ówczesną, nader mizerną egzystencję ludzkości.
Camus jak Minotaur szukał drogi wyjścia ze śliskich
od krwi, mrocznych labiryntów powojennej Francji i
świata,, do bardziej ludzkiego, „odpowiedzialnego”
życia. Czy znajdował?
pek. W ubóstwie człowiek jeszcze zachowuje wrodzoną
szlachetność uczuć, w nędzy już nikt i nigdy. Nędza
sprawia, że nie tylko kijem cię przeganiają, ale wiechciem wymiatają z ludzkiej społeczności, (…) znalazłszy
się w nędzy, sam gotów jestem popełnić największe
bezeceństwo. I stąd pijaństwo!”
„Chociaż wygląd pana nie jest szczególny, moja znajomość ludzi pozwala mi dostrzec w panu człowieka wykształconego i do trunków nieprzywykłego. Sam zawsze
odnosiłem się z szacunkiem do wykształcenia, zwłaszcza
w połączeniu ze szczerymi odruchami serca.”
„Mówię, że wszystko jest dobre” oświadcza Edyp
i te słowa są święte. Rozbrzmiewają w okrutnym i
ograniczonym świecie człowieka. Uczą, że wszystko
nie jest i nie zostało wyczerpane.” napisał w Micie
Syzyfa Albert Camus. I te słowa „są święte”
„Jeśli chce pan wiedzieć, byłem adwokatem, zanim
tu przyjechałem. Teraz jestem sędzią-pokutnikiem. Pozwoli pan, że się przedstawię: Jean-Baptiste Clamence,
do pańskich usług. Rad jestem pana poznać. Pan zapewne zajmuje się interesami? Mniej więcej? Doskonała
odpowiedź! I rozumna; we wszystkim jesteśmy tylko mniej
więcej. Proszę, niech mi pan pozwoli zabawić się w detektywa. Jest pan mniej więcej w moim wieku, świadome
oko czterdziestoletniego człowieka, który mniej więcej
poznał krąg rzeczy, jest pan mniej więcej dobrze ubrany,
to znaczy tak, jak ubierają się u nas.”
„W obliczu zagrożenia, człowiek podejmuje wysiłek
walki a ludzkie stado dzieli się na dowódców i żołnierzy. Nie wolno i nie można inaczej bo żeby przetrwać,
trzeba stawić zorganizowany opór. W ogniu walki
rodzą się bohaterowie. I tchórze. Ale w Oranie nie
ma podziału na dowódców-lekarzy i żołnierzy-chorych wszyscy są chorzy po równo, bowiem jak głosi
napis na zegarze ratuszowym w Lipsku: Mors certa,
hora - incerta. W Oranie wszyscy stają się pacjentami
bardzo cierpliwymi i dlatego Dżuma nie posiada bohatera. Albowiem żeby zaistniał Bohater, autor musi
powołać do istnienia anty-bohatera a tego Camus
nie uczynił. Dlaczego? I Camus i doktor Rieux są fatalistami i właśnie fatalizm nakazuje uczynić pisarzowi z Rieux nie tyle pierwszoplanowego bohatera ile
Uczestnika. Rieux jest lekarzem i człowiekiem mądrym;
on nie walczy z zarazą jako taką znając jej potęgę
i swoją małość. Nie walczy ale może niwelować jej
wszechmoc, niosąc ulgę cierpiącym przez nacinanie
dymienic i dodawanie otuchy żywym i jeszcze zdrowym słowami pociechy, jak duchowy przewodnik.
Jak filozof rozumiejący bezsiłę człowieka w zderzeniu
z wyrokami Boskimi; fatum, ananke czy jak tam sobie
chcemy nazwać to, co wypala Oran.
Jak wspomniałem, fatalizm czyni z Rieux nie bohatera lecz Uczestnika; on nie walczy z dżumą ponieważ wie, że c’est la vie a owo trafne c’est la vie
zawiera prawdę prawd ostatecznych. To odpowiedź
na odwieczne, dręczące ludzkość pytanie: dlaczego? To cena, jaką przyszło zapłacić nam, ludziom
za jabłko, zjedzone w Raju przez Adama i Ewę. W
Dżumie to nie Bóg jest Bogiem ponad Oranem, Bogiem jest Camus; to on rozdziela karty życia i śmierci
decydując, kto umrze a kto przetrwa. I nie zarazki
moszczące się w rynsztokach i sypialniach Oranu
zabijają, tylko Albert Camus-pisarz. Więcej - Albert
Camus-Bóg. Dlatego jego powieść nie ma (podobnie, jak ludzkość), jednego bohatera. Owszem, Rieux
jest postacią pierwszoplanową ale także dziennikarz
Tarrou, doktor Castel, niedoszły samobójca Cottard i
ów kosteryczny staruszek plujący na koty. Więc Rieux
nie jest bohaterem zdarzeń w czas zarazy, tylko ich
pierwszoplanową figurą; prawdopodobnie dlatego,
że Camus-autor, Camus-człowiek go polubił.”
Dwudziestowieczny Camus, niczym Sofokles w
roku 442 pne, stąpa po omacku w płynnej magmie
„skorumpowanych” wieloetosów. Stąpa niepewnie,
wsparty jedynie na swoim instynkcie i na imperatywie
nie filozofa-mizogina z Königsberg, tylko Sofoklesa z
Kolonos. Na nowo odkryty przez Kanta dwadzieścia
dwa wieki później, imperatyw kategoryczny Sofoklesa skłania Antygonę, za nic mającą groźbę kary
śmierci za złamanie zakazu Kreona, do wyprawienia pochówku bratu- zdrajcy, poległemu w walce
przeciw własnemu polis. Antygona ignoruje 24
groźby
śmierci, bowiem
Nie Zeus przecież obwieścił to prawo,
Ni wola Diki, podziemnych bóstw siostry,
A nie mniemałam, by ukaz twój ostry
Tyle miał wagi i siły w człowieku,
Aby mógł łamać święte prawa boże,
Które są wieczne i trwają od wieku,
Ze ich początku nikt zbadać nie może.
„Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i
24
Migotania 53
Fot. Robert Gauer
Nie wierzcie w to, że Camus był ateistą-Sokratesem swych dni. Nie dajcie się zwieść hochsztaplerom
i mitomanom; kłamią! Ale ja, bez wahania przydaję
mu miano nowożytnego Sofoklesa, choć w swoich
powieściach nie daje mi żadnych odpowiedzi. Nie
daje mi odpowiedzi ale też nie stawia pytań. Wyraża
jednakie z ducha opinie o ludzkim to be or not to
be i o postawach, jakie musi (?), powinien (?) zająć
człowiek (Pierwszy człowiek?) w obliczu „historii skorumpowanej, w której mieszają się ze sobą upadłe
rewolucje, techniki na granicy szaleństwa, umarli bogowie i zwietrzałe ideologie” Widać to w postawie
bohaterów Dżumy
wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej
się nad nimi zastanawiamy: niebo gwiaździste nade mną
i prawo moralne we mnie”. Immanuel Kant
Jak Camus powiedział w Oslo? „umarli bogowie i
zwietrzałe ideologie; gdzie zadufane potęgi mogą dzisiaj
wszystko zniszczyć, lecz nie są w stanie nikogo do siebie
przekonać; gdzie inteligencja stoczyła się na dno już
tak nisko, że jest gotowa służyć nienawiści i uciskowi,
otóż generacja ta, wyszedłszy z kręgu własnej negatywności, ma obowiązek przywrócić w sobie i wokół
siebie godność życia i umierania” Jeszcze nie w pełni
rozumiemy treść przesłania. Ale powoli coś zaczyna nam
świtać. W obliczu wojującego islamu, chęci powrotu
postsowieckiej Rosji do pozycji mocarstwa, ekspansywnej
agresji „multikulti” zaczynamy przeczuwać, że koszmar
jakiejś pan-masakry, jakiegoś globalnego kataklizmu jest
bliski i nie jest to wizja z katastroficznej powieści, tylko
absolutnie realne zagrożenie.
„[inteligencja] wyszedłszy z kręgu własnej negatywności, ma obowiązek przywrócić w sobie i wokół siebie
godność życia i umierania” i że „by wypełnić ludzkie
serce, wystarczy walka prowadząca ku szczytom. Trzeba
sobie wyobrażać Syzyfa szczęśliwym”
Słowa ponadczasowe i ponadczasowa
prawda:”Przywrócić w sobie i wokół siebie godność
życia” Ale jak to uczynić, nie mając w sobie sofoklejskiego imperatywu kategorycznego, esencji słów Antygony
„prawa boże, Które są wieczne i trwają od wieku”. Nie
mam odpowiedzi. Czy Camus ją miał? Czy pisząc Upadek przepisywał nam receptę i odpowiedź? Nie. Ale ich
pragnął. Ekskomunista, eksegzystencjalista, od zawsze i
na zawsze - Człowiek.
„Camus wykreśla z istnienia Boga czy bogów. I tu kpina Ananke! - rozważa nieistnienie Stwórcy w oparciu
o religijny mit i w dodatku - zachwala samotną potęgę
człowieka w oddeifikowanym świecie wyłącznie (gdyż
nie może inaczej) w kontekście i na tle „Boga nieistniejącego”
Upadek nie grzeszy wielkością, bo zgrzeszyć nie ma
czym. Wyznania Jean-Baptiste Clamence, zbytnio trącą
„duchem i klimatem” wyznań bohatera innej powieści,
niejakiego Siemiona Zacharowicza Marmieładowa 16,
eis-urzędnika, zaprzysięgłego pijaka i upadłego ojca
młodocianej prostytutki imieniem Sonia.
„Był to człek po pięćdziesiątce, średniego wzrostu i
krępej budowy, szpakowaty, o wydatnej łysinie, twarzy
opuchłej od nieustannego pijaństwa, żółto-zielonkawej
cerze, obrzękłych zwężonych w szparki powiekach, łypiący błyszczącymi maleńkimi, bystrymi oczkami. Było
jednak w tych oczach coś zdumiewającego; rozświetlało
je coś, co urzekało – może mądrością, może roztropnością, a równocześnie migotało w nich szaleństwo”
„Ubóstwo to nie hańba, zapewniam pana. Wiem
również, że pijaństwo nie jest powodem do chwały.
Jednakże nędza, szanowny panie, nędza – to już wystę-
„A zatem, skoro wszyscy jesteśmy sędziami, wszyscy
jesteśmy winni, jedni wobec drugich, wszyscy jesteśmy
Chrystusami na nasz obrzydliwy sposób, wszyscy kolejno
ukrzyżowani nic nie wiedząc o tym”
.„Odnosiłem wrażenie, że żądają ode mnie, bym
tkał przez dnie i noce w piwnicy czekając, aż dzicz
przyjdzie mnie wyrzucić, zniszczy wpierw moją tkaninę,
po czym zaciągnie mnie do innej piwnicy, by zatłuc
na śmierć.”
Cytaty z Dostojewskiego i Camusa. Zbrodnia i kara.
i Upadek.
Czy imputuję Camusowi tematyczny plagiat? Sugeruję inspirację Dostojewskim. Być może tu i tam zbyt
dalece posuniętą. Czy tylko mnie tłucze się po głowie
Zbrodnia i Kara? Nie mnie jednemu.
„Zapadające w pamięć kwestie wygłasza Grzegorz
Przybył jako Swidrygajłow, rozmyślający o wieczności
– izbie z pająkami i wspominający niczym sędzia-pokutnik
z Upadku Camusa – o rozpuście. Również Marmieładow
(Adam Baumann), który opowiada, jak to Zbawiciel wybaczy nawet pijakom, to przecież Jean Baptiste–Clamence, mówiący o „Sprawiedliwych sędziach” i sam czujący
się Bogiem. Porfiry Wiesława Sławika to początkowo
jedynie wesoły, starszy pan, bez przerwy rozprawiający
o „mieszkanku”, „przykładziku” i „idejce”
Imputuję Camusowi zbyt daleko idącą inspirację
cudzą powieścią... A niby czemu miałby to robić on,
obdarzony takim talentem, że głosowanie w sprawie
przyznania mu Nagrody Nobla było prawie jednomyślne?
Bo są autorzy wprawdzie tylko jednej książki,ale za to
książki-arcydzieła. Camus był jednym z nich. Mam dziwny
dyskomfort emocjonalno-intelektualny, przy jednoczesnej
pewności tropu. Wielu dyskretnie sugerowało, że Camus
fascynował się twórczością Dostojewskiego i literaturą
rosyjską w ogóle. Nie znam ni jednego francuskiego
pisarza, który by się nie fascynował Wielkim Fiodorem
i Rosją, zaś od połowy XX wieku - Rosją sowiecką par
excellence! Ale kiedy 17 września 1939 roku Związek
Radziecki razem z hitlerowskimi Niemcami atakuje Polskę,
stosunek Camusa do komunizmu zmienia się na zawsze.
Zanotował: „ZSRR zajął miejsce w szeregu państw imperialistycznych”; skończył z Marksem i komunistami.
„W 1947 ostatecznie odciął się od dziennikarstwa i
polityki, by móc w pełni oddać się teatrowi i pisarstwu.
Wyjątek stanowi zbiór esejów Człowiek zbuntowany, w
którym – wbrew modzie panującej wśród francuskich intelektualistów – poddał surowej krytyce stalinizm i ujawnił
mało znane na Zachodzie fakty dotyczące masowych
zbrodni komunistycznych w ZSRR”
Zostały fotografie... Na jednej - stoją Jacques Lacan, Cécile Éluard, Pierre Reverdy, Louise Leiris, Pablo
Picasso, Zanie de Campan, Valentine Hugo, Simone
de Beauvoir, Brassaï. Siedzą od lewej Jean-Paul Sartre,
Albert Camus, Michel Leiris, Jean Aubier. Na innych Camus z pierwszą żoną Simone Hié, z Francine Faure,
żoną drugą. Camus przy biurku, w oknie, w redakcji,
przy stole w Cafe de Flore.
Tak... zostały fotografie, zbiór genialnych esejów i
trzy książki, z których Dżuma, starczy mi za Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu Literatury i życia codziennego.
SŁAWOMIR MAJEWSKI
W
spółcześni filozofowie nieczęsto o nim wspominają.
Chociaż wiele pisał na tematy pokrewne egzystencjalistom, nie cieszył się nawet w połowie taką sławą i
poważaniem, jakie osiągnęli swego czasu Albert Camus
czy Jean-Paul Sartre. Nie stał się też równie modny, co
sceptyk i pesymista Emil Cioran – być może ze względu
na mniejszą powierzchowność i niechęć do uogólnień, w
których celował niekiedy rumuński pisarz. W czasie, kiedy
koledzy po fachu w zaciszu swoich gabinetów roztrząsali
zagadkę ludzkiego losu, on pozostawał gdzieś na uboczu
dyskursu intelektualnego. Może gdyby pisał bardziej, jak
się to mówi, pod publikę, zyskałby większy rozgłos? Poklask
tłumów był jednak najprawdopodobniej ostatnią rzeczą,
na jakiej mu zależało.
Przyszedł na świat w rodzinie żydowskiej jako Hans Mayer, dokładnie 31 października 1912 roku. Po latach zerwał
jednak ze swoim imieniem, i to aż dwukrotnie. Za pierwszym razem z konieczności, sprowadzony w okolicznościach
obozowych do roli więźnia z numerem 172364. Drugi raz
– z wyboru, w proteście przeciwko kulturze germańskiej,
przyjmując francuskojęzyczne imię i nazwisko Jean Améry,
pod którym publikował w okresie powojennym.
Nosił w sobie bodaj najbardziej bolesne doświadczenia
dwudziestego wieku. Torturowany w Breendonk, więziony
w Auschwitz, Buchenwaldzie i Bergen-Belsen, po 1945 roku
– jak pisał – nie potrafił odzyskać zaufania do świata, w
którym granica między współbliźnim a antybliźnim bywa
zdecydowanie zbyt łatwo naruszana. Opublikowana przez
niego książka Poza winą i karą (wydana w 1966 roku) jest
nie tylko osobistym studium egzystencji obozowej ofiary. To
przede wszystkim przejmujący esej o poniżeniu i pogardzie,
jakiego można doświadczyć ze strony drugiego człowieka. Jest to również opowieść o intelektualnej samotności;
gdy bowiem w cieniu krematoriów inny staje się piekłem,
ofierze pozostaje „zdumienie istnieniem kogoś nieograniczenie realizującego się w torturach i zdumienie tym, czym
samemu można się stać: ciałem i śmiercią. Torturowany nie
O
siem opowieści chanukowych I. B. Singera, natchnionych potęgą tradycji i wiary, z pewnością zachwyci
wielu czytelników, bez względu na ich wiek czy wyznanie.
Szczególne wrażenie wywarło na mnie tytułowe opowiadanie: „Moc światła”.
Była zima i tamten dzień był jednym z najzimniejszych. Pierwszy dzień Chanuki. Rebeka i Dawid rozejrzeli
się po swojej kryjówce i nie był to optymistyczny widok
– cegły, rury, zapadająca się podłoga. Dawid zapalił
świecę. Rebeka po raz pierwszy od wielu tygodni naprawdę zobaczyła Dawida. Pomimo głodu i prześladowań
wyglądał bardzo poważnie jak na swój wiek. Chociaż
oboje byli jeszcze bardzo młodzi, podjęli decyzję, że się
pobiorą, jeżeli uda im się uciec ze spustoszonej przez
wojnę Warszawy.
Dawid zmówił błogosławieństwo nad świecą chanukową, a Rebeka rzekła: „Amen”. Ten płomyk światła w
otoczeniu cieni rozpraszał złe moce. W dalszym ciągu
jest iskierka nadziei. Światło świecy przyniosło pokój im
duszom.
Od pewnego czasu Dawid i Rebeka myśleli o ucieczce z Warszawy, ale hitlerowcy pilnowali getta dzień i
noc, więc każdy krok był niebezpieczny. Rebeka wciąż
odkładała termin planowanej ucieczki, często powtarzając, iż latem będzie łatwiej, ale Dawid wiedział, że mają
znikomą szansę przetrwania do lata. Sytuacja wydawała
się ekstremalna. Można ją porównać do górskiej wspinaczki, w czasie której każdy ruch musi być dokładnie
przemyślany i nie ma czasu na zbyt długą decyzję.
Przy świetle świecy chanukowej, Rebeka poczuła nagle w sobie przypływ odwagi. Dawid wiedział, że właściwa
chwila już nadeszła i podjął pewien plan, który był bardzo
ryzykowny. W trakcie przedzierania się przez ruiny odkrył
właz do kanału, który jak sądził, mógł prowadzić na
drugą stronę. Rebeka zgodziła się podjąć ryzyko.
Kiedy światełko chanukowe zaczęło trzaskać i migotać, zanim wygasło, Dawid i Rebeka zabrali swoje
nieliczne rzeczy. W obliczu wielkiego niebezpieczeństwa
ludzie stają się niezwykle odważni. Wkrótce przedzierali
Jean Améry
przestaje się dziwić, że wszystko to, co w zależności od naszych upodobań możemy nazywać duszą, swoim umysłem,
świadomością czy tożsamością, przestaje istnieć, kiedy z
chrzęstem i trzaskiem wyłamują się stawy barkowe”1 .
Po doświadczeniach Auschwitz wielu intelektualistów na
powrót uwierzyło, że dusza zaczyna istnieć wraz z chwilą
opuszczenia przez ciało obozowych murów. Tak było na
przykład z Viktorem E. Franklem, austriackim psychiatrą i
twórcą logoterapii. Jego wiary w sens i jakąś quasi-metafizyczną wartość ludzkiego życia nie podzielał jednak Améry.
Bez żalu odrzucał także narracje teologiczne, zarówno te
wywodzące się z judaizmu, jak i chrześcijaństwa, usiłujące
– czasem wbrew własnej doktrynie – rehabilitować pojęcie
Bożej opatrzności. Améry pozostał do końca życia z uczuciem niepokoju, ale nie był to niepokój metafizyczny, lecz
społeczny. „To nie Byt jest tym, co mi ciąży, nie Nicość i
nie Bóg czy nieobecność Boga, lecz tylko społeczeństwo:
albowiem ono i tylko ono wywołało u mnie zaburzenie
egzystencjalnej równowagi, z którym walczę, usiłując mimo
wszystko poruszać się w postawie wyprostowanej. Ono i
tylko ono pozbawiło mnie zaufania do świata”2.
Choć w kolejnych swoich pracach Améry wykazywał
wrażliwość literata, nie wyrzekł się definitywnie intelektualnych związków z Kołem Wiedeńskim, w którym w młodości wzrastał. Bardziej więc cenił sobie logiczny wywód
od religijnej pociechy, fakt naukowy traktował zaś z nie
mniejszym szacunkiem, niż myśl filozoficzną autora „Bytu i
nicości”. Mimo to nie rościł sobie pretensji do naukowości, stawiając na introspekcję jako metodę refleksji oraz
metaforyzację, mając głębokie przeczucie, że przekład
najbardziej intymnych doświadczeń z języka obiektywnego
na język podmiotu nigdy się nie uda.
Nie odzyskawszy zaufania do świata, Améry z trudem
znosił powojenne lata życia. W eseju o jakże wymownym
tytule „O starzeniu się. Bunt i rezygnacja” (wydanym w 1968
roku) pisał o upływającym czasie i presjach społeczeństwa
wobec starzejącej się jednostki. Kilka lat później, bogatszy
o kolejne doświadczenia opublikował tekst „Podnieść na
siebie rękę. Dyskurs o dobrowolnej śmierci” (1976), w którym podjął subtelny, pozbawiony krzykliwości i wątpliwej
retoryki namysł nad samobójstwem. W tym filozoficznym
traktacie pytanie „czy życie warte jest życia” stawiał z
głębokim szacunkiem dla ludzkiej godności i wolności.
Choć nadał swoim rozważaniom osobistą wymowę,
problem zbliżania się do kresu życia odniósł do każdego czytelnika. Podjął wówczas kwestie, które ani trochę
się nie zestarzały. Do kogo należy człowiek? Czy życie
jest największą wartością? Czy skłonność do samobójstwa należy rozpatrywać jako stan chorobowy, a może
przywilej jednostki? Czy rozsądnie i uczciwie jest ulegać
presji przetrwania za wszelką cenę? A wreszcie: „Czy
musi się żyć? Czy musi się istnieć tylko dlatego, że raz się
zaistniało? W chwili przed odskokiem samobójca zdziera
przepisy natury i rzuca je pod nogi ich niewidzialnemu
autorowi jak grający w teatrze męża stanu aktor innemu
umową, która w rezultacie staje się tylko kawałkiem papieru. Jeszcze zanim go zapytają, poszukujący dobrowolnej
śmierci woła: nie! Lub mówi stłumionym głosem: może
się musi, ale ja nie chcę i nie ugnę się pod presją, którą
można odczuć z zewnątrz jako prawo społeczeństwa, a
od wewnątrz jako lex naturae. Nie chcę ich już dłużej
uznawać”3 .
Améry podniósł na siebie rękę w salzburskim hotelu
17 października 1978 roku.
KAMIL TROMBIK
J. Améry, Poza winą i karą. Próby przełamania podjęte
przez złamanego, tłum. R. Turczyn, Kraków 2007, s. 100.
2
Tamże, s. 223.
3
J. Améry, O starzeniu się – bunt i rezygnacja. Podnieść na
siebie rękę – dyskurs o dobrowolnej śmierci, tłum. B. Baran,
Warszawa 2007, s. 145.
1
Wzgórze Nadziei
w twórczości Singera
się przez ruiny i musieli posuwać się na czworakach. Jednakże spożyty przez nich posiłek oraz radość, jaką w nich
wzbudziła świeca chanukowa dodawały im odwagi na
dalszą drogę. Po pewnym czasie Dawid odnalazł właz
do kanału. Zaczęli znów się czołgać – powoli i ostrożnie.
Nagle usłyszeli dźwięk tramwaju. Byli po drugiej stronie
getta. Teraz musieli jedynie odnaleźć wyjściez kanału i
opuścić miasto w szybkim tempie.
Wiele cudów zdarzyło się tamtego chanukowego
wieczoru. Z powodu trzaskającego mrozu na ulicach
było mniej gestapowców niż zazwyczaj i udało im się
niepostrzeżenie wyjść z kanału i wykraść z miasta. O świcie dotarli do lasu, gdzie mogli odpocząć i coś zjeść.
Partyzanci byli niedaleko od Warszawy, jednak Dawid i
Rebeka dotarli do nich dopiero po tygodniu. Szli w nocy,
a ukrywali się w ciągu dnia – czasami w spichlerzach,
czasami w stodołach. W jednej ze wsi spotkali żydowskiego partyzanta, który pojawił się tam, aby zorganizować
jedzenie dla swojego oddziału. Należał do Hagany, organizacji, która przysyłała ludzi z Izraela do okupowanej
Polski w celu ratowania żydowskich uchodźców. Zabrał
Dawida i Rebekę do innych partyzantów żyjących w
lesie. Był to ostatni dzień Chanuki i partyzanci zapalili
osiem świec tego wieczoru.
Od dnia, w którym Dawid i Rebeka spotkali partyzantów, ich życie diametralnie się zmieniło. Przyłączali się do
coraz liczniejszych grup uchodźców, których jedynym
marzeniem było osiedlenie się na ziemi Izraela. Często szli
pieszo, spali w stajniach, zgliszczach domów i wszędzie
tam, gdzie można się było ukryć przed wrogiem. W środku
nocy, gdzieś na wybrzeżu Jugosławii czekał na nich mały
statek z załogą Hagany i wszyscy uchodźcy, wraz ze swoim skromnym dobytkiem, zostali zaokrętowani. Niemniej
jednak, wciąż czyhało na nich wiele niebezpieczeństw.
Pomimo tego, iż była wiosna, morze było wzburzone i
statek był za mały na tak długą podróż. Hitlerowskie
samoloty odkryły pozycję statku i starały się go zatopić.
Na szczęście bezskutecznie. Uchodźcy obawiali się także
hitlerowskich łodzi podwodnych, ukrywających się w mor-
ESEJ
Natalia Krzemień
ESEJ
OSOBOWOŚCI
Kamil Trombik
skich głębinach. Bóg wysłuchał ich modlitw, gdyż udało
im się bezpiecznie dotrzeć do celu. To tak, jakby stanęli
na samym szczycie góry, z której widok rozpościera się
na niezliczoną ilość kwiatów.
Żydzi w Izraelu powitali ich z taką miłością, że zapomnieli o całym cierpieniu. Rebeka i Dawid byli pierwszymi
uchodźcami, którzy dotarli do Ziemi Świętej oraz ofiarowano im pomoc i wsparcie ze wszystkich stron. Odnaleźli
w Izraelu krewnych, którzy przyjęli ich z otwartymi ramionami. Pomimo tego, iż byli bardzo wyczerpani, zdrowie
im dopisywało
i szybko doszli do siebie. Posłano ich do
25
specjalnej szkoły, gdzie obcokrajowcy uczyli się nowożytnego hebrajskiego. Dawid i Rebeka byli pilnymi uczniami.
Po skończeniu szkoły Dawidowi udało się podjąć studia
na Politechnice w Hajfie, natomiast Rebeka, która miała
wybitne zdolności do języków i literatury, studiowała w
Tel Awiwie. Spotykali się w weekendy, a kiedy Rebeka
skończyła osiemnaście lat, pobrali się. Znaleźli mały domek
z ogrodem w jednym z przedmieść Tel Awiwu.
Tamten błysk światła rozbudził w nich nadzieję i moc,
o której nawet siebie nie podejrzewali. Stał się cud.
NATALIA KRZEMIEŃ
Gazeta Literacka 25
PROZA
Małe prozy
Anna Matysiak
Zmokniętość
Cztery rzędy za Anią M. starsza pani wiodła głośny
monolog weteranki wszelkich walk i niedoborów.
Młody człowiek przy wejściu do metra ogłosił, że
właśnie poznał Jezusa.
Ania M. prowadziła zaś rozbudowany dialog.
Był to dialog wewnętrzny.
Taką przynajmniej miała nadzieję.
Aby dobrze zmoknąć, należy odnaleźć w sobie
tę część ja, która jest naszym Wewnętrznym Zmokniętym.
Jeśli to jest zbyt trudne, można poszukać naszego
Wewnętrznego Który-i-tak-ma-przechlapane.
Potem wystarczy założyć odpowiednio stare i
dziurawe buty, aby proces namakania przebiegał
również od spodu.
I jeszcze wziąć aparat fotograficzny i kucać nad
Drobnym Napotkanym Mokrym, aby ujawnić tę część
pleców, która przy kucaniu ujawnia się, jeśli się ma
krótką kurtkę.
Dać
Próbuję stawać się. Niektóre próby są nieudane,
niektóre są w toku.
Po drodze czasem łamię się i czuję swoją (z)nikłość.
Tak jak dziś.
Czy nie próbuję za dużo na raz i nie za mocno?
Nie dowiem się, bo nie mam porównania
Nie mam drugiej mnie, by to sprawdzić.
Muszę dać wszystko.
W drodze
Przyjechałam dziś do Bytomia wieczorem.
W pociągu pomyślałam, że w zasadzie mogłabym
tak jechać i jechać. Wyraźnie poczułam ten stan
wyjęcia ze zdarzeń, zawieszenie, gdy płynie się tak
szybko i niezauważalnie jak sam czas, więc jest się
jakby poza nim.
W przestrzeni między fotelami pojawiła się dziewczyna niosąca wrzątek w wielkim metalowym czajniku
i wtedy przez moment wydało mi się, że jadę już tak
ze dwa tygodnie, że minęliśmy ośnieżone połacie
tajgi. Że zbliżamy się do czegoś, co jest na drugim
końcu świata, świata leżącego na grzbiecie wielkich
żółwi.
Niezmierzony
Coraz więcej pytań. Myślę, że to dobrze. Z każdym spotkanym człowiekiem, rośliną, rzeczą, snem.
Najlepsze odpowiedzi to takie, które stawiają nowe
pytania. Tym razem zadawane sobie. Każde pytanie
ma dwa końce. I niezmierzony, niepojęty środek.
Piasek
Z ŻIH-u do redakcji „Nowych Książek” idę na piechotę, najpierw wzdłuż ogrodu Krasińskich, potem
Parkiem Saskim. Słońce grzeje w głowę.
Na ławce człowiek układa się do spania, ma na
sobie brudne spodnie, nogi wyjął z klapek. Podkłada ręce pod zmierzwione włosy. Na suchej opalonej
skórze rysuje się siatka brudnych zmarszczek. Myślę,
jakie są w dotyku i czy piasek osypałby się z nich
pod palcami.
Drugi jest w swetrze i bardzo poplamionych dresach.
Idzie powoli, w każdej ręce trzymając butelkę wina.
Szur - szur. Gdy go mijam, czuję zapach moczu.
Słońce
Alejka jest piaskowa i mam w bucie kamyk.
Przytrzymuję się ręką kory, zdejmuję sandał, wysypuję.
Człowiek mija mnie.
- Jak dobrze, że są drzewa - mówi. - Jest się o
co oprzeć.
.............
Te zjawiskowe kontenery przy bloku obok, z ich,
tylko ich pismem obrazkowym, niedoczytanym kodem
plam, niewysłuchanym krzykiem otarć, zadrapań i
wgnieceń! I rdzą, która jest najpierw blizną, a potem
staje się Całkiem Inną Historią. (Albo Trochę inną...
Może jestem
Nie wiem, dlaczego w popołudniowym upale
droga była ustawiona bokiem - pionowo.
A ja wchodziłam na nią, też bokiem - drep drep
- stopa do stopy, aby bliżej do dziwnych wzorów
wytłoczonych na środku w miękkim asfalcie.
Moje ciało utrzymywało się poziomo w gorącym
powietrzu, nie było lekkie, ale miało w sobie równoważnik, który określał, co może się jak trzymać i
nie upadać.
Żaden samochód nie nadjechał.
- Nigdy tak nie rób! - krzyknęłam do dziecka, które
przypatrywało mi się z chodnika. - Pamiętaj: nigdy,
przenigdy!
Przysiadłam, oparta o ścianę sklepu. Nogi nie
chciały trafić w długie zimowe buty, wysuwały się
z przekrzywionych cholewek. Walczyłam przez chwilę,
by w końcu zrezygnować i wziąć je w jedną rękę, a
pod ramię tobołek ubrań. Przecież mogę iść boso,
przed siebie w tym cieple i w pustynnym słońcu, po
kamykach i piachu.
- Może jesteś kluczem - usłyszałam.
Może jestem.
Wiszę sobie na drzewie z kluczami wiadomości
dobrego i złego.
Pociągi
W pociągu czytam. Albo patrzę.
Lubię ten cichy, spokojny ruch w gładkim powietrzu.
Ale ja tak mam nieraz, że swoje miejsce 26
noszę
ze sobą. Ledwie wyczuwalny, niewidoczny bagaż,
którego nie odkładam na półkę. Mieści się między
mną a kartką książki, oparciem fotela, kroplami na
szybie. Łagodnie zakrzywia trasy fotonów, które łaskoczą ludzi w nosy, a ja na uśmiech odpowiadam
uśmiechem trickstera, który robi figle prawom fizyki.
Wiatr słoneczny
Słońce rozgrzewało przez szyby wnętrze autobusu.
26
Migotania 53
Fot. Robert Gauer
Antropolog kultury Marc Auge wymyślił słowo
„niemiejsca”. To mają być wszystkie te przejściowe
przestrzenie: dworce, lotniska, autobusy, poczekalnie,
pociągi, metro. Jesteśmy tam jakby wyjęci z życia,
zawieszeni między skądś a dokądś. Nie mamy nic
swojego, nie zapamiętujemy szczegółów ani mijanych ludzi.
Pewnie coś w tym jest.
przyp. 14.11.2016). Czasem myślę, że rdza jest szaleństwem - zgodą na to, że przestajemy się rozpoznawać
w naszej pierwotnej połyskliwości.
Pojemnik na odzież używaną przewrócił się. Mam
do tego własną opowieść - historię intymnego coming outu porzuconych rzeczy. Wyjawienia wzoru, jaki
odciskamy na przygniecionej trawie, oraz hodowanych skrycie obcych światów. Właściwie można by
zobaczyć, jak się rozpadają od słońca. Zdarzyło wam
się kiedyś podnieść ciężki kamień i zobaczyć, jak się
rozbiegają? - to jest chyba mniej więcej tak.
Równowaga
Chciałabym być silna. Być może nawet jestem
silna. Ale mam słabe miejsca. Przez nie czasami się
rozpadam.
Może to dla równowagi?
Małe końce świata. Takie w zasięgu ramion. Żeby
się dało na nowo mieszać popiół z wodą, palcem
zakreślać tory dla planet.
Las do znikania
Z okien pociągu widzę las jednorodny. W takim
lesie nie da się schować.
Wąskie pnie drzew iglastych, blisko siebie, gołe do
trzech czwartych, powodują przejrzystość. Na górze
zielone przepycha się do słońca, dołem, daleko, szarobrązowe kreski. Na zdjęciach wychodzą poruszone
i w dodatku pochylone. Jakbym nad tym pomyślała,
wiedziałabym, dlaczego.
Na skrajach brzozy, równie cienkie, stłoczone.
Prześwitujące i blade.
Gdzieś w dzieciństwie zbudowałam sobie archetyp
lasu. Z grubymi pniami dębów, starych buków, przewróconych omszałych konarów, wykrotów, wąwozów
i borsuczych nor. Z matecznikiem, do którego nigdy
nie dotarłam. Z leśnymi jeziorami, strumieniami oraz
strefą bagien.
W tym lesie znikało się łatwo i nagle, po przekroczeniu linii drzew.
Obok wsi moich rodziców.
Myślałam, że zrobi się mniejszy, kiedy ja dorosnę,
ale stało się odwrotnie.
W zasadzie
Niedzielne popołudnie, sklep osiedlowy, z głośników muzyka.
- Chodź - mówi tatuś do okołotrzyletniej córeczki.
- Kupimy jabłka. I jeszcze kupimy...
PROZA
Fot. Robert Gauer
- A nie wolałbyś - odpowiada mała - potańczyć?
Chwila ciszy.
- Taaak. W zasadzie bym wolał.
Orientacja w terenie
Pewnego dnia spotkałam się z przyjaciółką..
Umówiłyśmy się, że dojadę do Miasta Pomiędzy,
a Ona mnie stamtąd odbierze.
Wysiadłam na Placu.
- Co masz wokół siebie? - spytała przez telefon, próbując mnie odnaleźć.
- Krokusy! Białe i fioletowe - uzupełniłam. - Kieruj się
na krokusy!
A nade mną jest chmura w kształcie smoka - dodałam w myślach.
Dzienne okoliczności
Skusił mnie nowy kontener, blisko ulicy.
- Będzie pani robić remont? - pyta sąsiadka
- Nie, tak po prostu go fotografuję - odpowiadam,
obchodząc obiekt dookoła. Kontener bowiem ma cztery
fascynujące strony oraz piękny środek. Środek może nawet
bardziej, bo oprócz gruzu i worków mieszkańcom zdarza
się wrzucić doń inne śmieci. Wtedy jest najciekawiej.
Oraz jak pod taśmę klejąca podcieknie wodą, zwłaszcza ze szczątkami organicznymi. Wówczas zaczynają się
Procesy, a Procesy to podstawa. One są zresztą wszędzie,
ale przy wilgoci bardziej dynamiczne.
Przy Drugim Śmietniku mijam się z Poszukiwaczem wymieniamy uprzejmości.
Zdawkowo kiwam głową Okolicznym Kotom.
W całości
Kucam nad studzienką. Po dziecięcemu, ramiona niemal między kolanami, żeby stabilnie trzymać aparat. Duża
czarno-beżowa żaba w czapce ze sztucznym futerkiem,
w skupieniu z wysuniętym koniuszkiem języka. Deszczowa woda chlupoce głośno, bezwstydnym strumieniem,
przed siebie, w dół, daleko, sama moc, instynkt płynnej
materii. Zabiera ze sobą drobne formy - żywe, umarłe,
rodzące się, dzielące, splecione. Film trwa jedną minutę
i jedną sekundę, moja jedenastka, mój własny symbol
nieskończenia, zaczynania na nowo. Dawania siebie w
całości, wciąż i zawsze.
Więc choć film trwa jedną minutę i jedną sekundę, siedzę w kucki dalej i słucham wody, aż czuję, że przemaka
mi kurtka i mokrym plackiem przykleja się do pleców.
Po ciemku
Wstałam jeszcze po ciemku, ale jak wychodziłam z metra - świtało. Potem, w pociągu relacji
Warszawa - Wiedeń, patrzyłam w okno. Słońce
po prawej, a w szybie obok odbijały się metalowe elementy oparcia jak dwa złote talerze. Las
migotał z bliska i z daleka. Domy, jak zabawki,
błyskały oknami.
Z tyłu szum biznesowych rozmów, sąsiad z boku
obudził się, przegląda papiery. Wyszłabym, ale nie
chcę przeszkadzać.
Na miejscu jestem po dziesiątej rano, zasypiam,
budzik w telefonie wyrywa mnie wprost na zajęcia.
Potem znowu śpię. Uciekam w ciężkie sny o
liceum - klasę ma odwiedzić ważna zagraniczna delegacja, a ja szukam czegoś przy ścianie
i przewracam na siebie regał z książkami. Skądś
panią znam - mówi ktoś. - Czy nie pracowaliśmy
razem?
Już wiem, że śnię, szarpię się raz, drugi, jakbym
rozrywała błoniastą osłonę i już czuję policzkiem
szorstką poduszkę, ciemność za oknem i poświatę
iluminowanego kościoła świętej trójcy.
Nigdzie nie zadzwonię, nie, wcale nie jestem
w pustce.
Jestem Ania.
Skądś siebie znam.
Naprzeciwko powietrza
tak się zaplatam, dziergam, afirmuję i zlepiam.
tak się już rozpoznaję i staję odważnie naprzeciwko
powietrza.
i wydaje mi się, że jestem prawie w całości, cząstki
me nie odlatują poza zasięg wzroku, albo - dajmy na to słuchu, jeśli wybiegło im się na drugą stronę pagórka.
taka ania jasna i prosta, ach, och.
A wtedy - cyk - trąca mnie nierozpoznane palcem
pod łopatkę, odwracam się z otwartą buzią, a potem
milczy pustka, chwieję się.
Nowe miejsca
Wędrowna kobieta powróciła do miejsca stałego
zamieszkania. Po czterech dniach i trzech miastach.
Lubię wiatr we włosach, chrupiące bagietki na
dworcu w Katowicach, różny w różnych miejscach
głos ulic, chodników i placów. Lokalne niuanse w
słowach i gestach oraz - wszędzie podobny zapach
azjatyckich knajpek :)
A teraz lubię - na chwilę - zwinąć się w kłębek
na tej samej niepościelonej tratwie, z tym samym
niewielkim psem przytulonym do łydki albo stóp, z
tym samym ruchomym cieniem zaokiennego modrzewia. Który zawsze tak samo gładzi kontur postaci
na zdobiącym ścianę obrazie zatytułowanym New
Place.
I wtedy, w ciszy, te nowe miejsca, które sobie
przywiozłam, układają się w korytach starych rzek.
jak najdłuższą drogą
Chcę iść do celu jak najdłuższą drogą.
To zdanie przyrosło dziś do mnie.
Z powodu wiersza Teda Hughesa pod tytułem
Drozdy, który jest taki:
Czyż to prostota ich mózgów, wyćwiczone
Ciało, geniusz, lub pełne gniazdo młodych
Nadaje ich dniom tę celowość pocisku
i automatu? Mózg Mozarta to miał i paszcza rekina.
Który węszy zapach krwi nawet w ranie własnego
Boku i pożera sam siebie: umiejętność
Uderzająca zbyt sprawnie, by nadszarpnęła ją wątpliwość
Lub obaliła przeszkoda.
Myślę więc, stoję i patrzę.
Czasem patrzę długo na coś, co powstało w krótkiej chwili i zaraz zniknie.
I może nawet nie chcę
jasnego
celu.
Chcę, by rozproszył się jak chmura wokół mnie.
Jak drobne, drobne krople.
27
Płaszcz
W miejsce czapki niewidki mam płaszcz samotnik. To może być moja wina. Nie w tym sensie, że
coś robię źle, ale że nie umiem go zdjąć. Wokół
cisza, słyszę ją, odzywa się w muzyce zza ściany,
w milczącym telefonie, w echu od pustych ścian.
Nie boję się już bólu, wysiłku, nawet samego strachu. Boję się, że kiedyś ktoś znajdzie pusty płaszcz,
z ciszą od środka.
ANNA MATYSIAK
Gazeta Literacka 27
POEZJA
Portret poety
z czasów studenckich 1971-1976
Kazimierz Brakoniecki
1.
4.
Kino Dobrych Filmów ,,Wiedza” w Pałacu Kultury i Nauki
sam pałac jak niedźwiedź po posiłku na krze lodowej imperium
światła się zapalają koniec seansu: ,,Siódma pieczęć” Bergmana
Śmierć wygrywa w szachy z rycerzem: mat i taniec ofiar makabry
wciśnięty w fotel myśli załzawione odkrywanie mistrzów ostateczności
Wstaje brodacz kilka rzędów bliżej ekranu: ,,I co wzruszyłeś się poeto?”
Przyjaciel z roku koneser łamigłówek sztuk wszelakich i orator
celebrant cerebralny poetyki maski w którą głowę jak w pętlę wsadził
Ja prostaczek serca bijącego na zewnątrz piąstką metrum
biegaliśmy po stadionie poezji daleko od rekordów mistrzów
ja w trampkach-wyznaniach on w kowbojkach-przekładach
Zdarzało się nam pić słuchać razem płyt tańczyć dyskutować
w kupionym przez tajemniczą matkę z Ameryki mieszkaniu na Sadybie
śpiewaliśmy w aureolach z nikotyny ,,Domu nie mam i nie będę miaaał!”
pożyczył mi rękawiczki kiedy jechałem żeby się utopić w Bałtyku
może dlatego że wiedział że i tak za kilka dni suche je oddam
To czego się obawiał szło do niego jak las Szekspira z mitycznego Podlasia
żeby go nawrócić na składnię przodków ale wolał zgłębiać grymas
na twarzy Narcyza-Erosa oraz psychoanalizę męskich fantazji
Starzy mistrzowie jeszcze żyli: Różewicz Herbert Miłosz Lem Mrożek
a ci co nie żyli Słowacki Witkacy Baczyński Wojaczek w nas żyli
Polska czyli nigdzie? Polska czyli klęska? Wychodząc z polonistyki
mijaliśmy tablicę pamiątkową z apelem nazwisk wojennych
i zabitych poetów-studentów Przeskakiwałem hołdowniczym wierszem
szachownicę ich grobów uprawiając romantyczną nekrofilię
On szachował ego imperatywem zapożyczonym od obcego w sobie
,,Wzruszyłeś się poeto z bożej łaski?” – ,,A ty znalazłeś swoją gnozę?”
Przyjechał na wydział sławny Barańczak Wyglądał jak lekarz
wierszami opukiwał klatkę piersiową ojczyzny która jednym płucem
wiersza oddychała a drugim chwytała ze spazmem zatrute powietrze
wzniosłe aspiracje nad rakową przerzutnią języka nad płaską otchłanią
W końcu rozstałem się z nekrofilią retoryki i grą planszową języka
włamując się do świata konkretu i poniżanej metafizyki codzienności
Peerelowskie kina które wyświetlały mroczne filmy i epokę oświecały
,,Odnalazłeś swoją prawdę poeto?” – ,,A ty tego kto jest w tobie?”
W czytelni staromiejskiej spotykamy się w bocznej salce
zdarzało się nam przysnąć wtedy głowa lub książka spadały
Moje zbójeckie lektury: Miłosz Cendrars Rilke Ginsberg Wat
antologia Od Baudelaire’a do nadrealistów Kafka Dostojewski
ogromne sterty lektur do zaliczenia Zauważyłem że staję się
w tym dobry w analizie tekstu literackiego gorzej – rzeczywistego
Więc jest jak zawsze sztuczne światło ospałość i wielogodzinne ślęczenie
ktoś wpada z krzykiem Nixon dojeżdża do zamku królewskiego w ruinie
Wybiegam staję blisko bramy mrowie milicji ludzi pojazdów
dlaczego znalazłem się w pierwszym szeregu to nie wiem
Nixon wysiada z auta rozgląda się z uśmieszkiem przychylnym
podchodzi ściska dłonie niedaleko prawie przy mnie
milicjant mnie zasłania żywą metaforę walki z analfabetyzmem ludu
Mogę Stanom Zjednoczonym rzucić się na szyję poprosić o rifle o azyl
mam szansę przejść do historii ale to nie będzie moja historia
wchodzi na dziedziniec zamku przeznaczonego do odbudowy
Odbudowy czego? Proletariackiego Pałacu? Królestwa Socjalizmu?
Dziesięć minut później uczę się na pamięć sarmackich tańców śmierci
5.
Nauczyciel poezji polonistyczny szaman Jan Witan
podnosił kredę wypadłą rozkazująco z ręki profesora Jakubowskiego
„Widzisz jaki gorliwy wobec tego strażnika komunistycznego sacrum”
szeptał przyjaciel który zaprosił mnie na pokaz marksistowskiej dykcji
To nie miało znaczenia Witan był moim poetyckim uzdrowicielem
przecież już na poezję chorowałem i jedynym lekarstwem były wiersze
czytane i pisane lepsze i gorsze z którymi się utożsamiałem
transfuzją krwi o której przyjaciel mówił że to tylko biegunka
Witan zachorował zwariował na lata ja uznałem się szamanem
po powrocie do Olsztyna przebiegając lasy i pola porami skóry i roku
Po latach wrócił do pisania o poezji ale śmierć wskoczyła mu do głowy
przez ucho igielne rzeczywistości przynajmniej tak to sobie wyobrażam
Janie Witanie przykryty wierszami ziemi w których pulsuje źródło
nieobjętej przestrzeni
6.
2.
Tukwa otwiera lodówkę Pusto Kuchnia też pusta Za oknem
jeszcze większa pustka ochlapywana z każdej strony deszczem
Listopad Najokrutniejszy miesiąc w Polsce cierpnie skóra na nagich
drzewach zakręcana wiatrem na podwórku na Ochocie wrona
Siadamy na podłodze mamy dwa bełty po nich wyruszamy w miasto
Na skwerze obsikuję pomnik Marii Konopnickiej żeby nie pluła nam w twarz
w sklepiku kupujemy jeszcze dwa wina patykiem po niebie pisane
w tramwaju pijemy z gwinta Patrzą się znękani chronologią ludzie
w kawiarence kończymy i czekamy na jej lotnych przyjaciół
Nie biorę w tym udziału bo chodzi o cięższe sprawy wychodzą do bramy
odurzeni wracają kiedy wpada milicja a my przy drzwiach zaraz nas nie ma
ktoś nas goni ale traci z oczu jest ciemno w dół od Trzech Krzyży ulica
docieramy pełno ludzi alkoholu krzyków dymu muzyki
śmiejemy się z siebie i byle czego nie ma jedzenia Nic jest poezją
Wracamy o północy na Ochotę w mieszkaniu zgraja długowłosych
ze Szczecina kompletnie najaranych ja kiwam się pod ścianą budzę
na głos Tukwy ,,Zostawcie go jemu tego nie trzeba i tak jest poetą”
Nad ranem przeskakuję unieruchomione twarze o ustach i oczach innych
i wyruszam powolutku pieszo na Pragę do akademika na Kickiego
na Wiatracznej widzę chłopaka rozebranego do połowy i ćwiczącego
wolne powietrze hantlami ja skręcam do parku i kładę się na ławce
aby obudzić się w zepsutym zegarku dnia Listopad
przeklęty polski miesiąc powstańców więc i ja mówię do siebie Powstań
Tej zimy kiedy w piątki wracałem z czytelni ze starówki
czekał z winem gelalą i zapaloną świecą w akademiku Waldek
Mieszkaliśmy we trójkę ale te trzeci spacz robił karierę
bo znalazł posażną dziewczynę w stolicy więc mieliśmy
cały pokój z pluskwami dla siebie Na pierwszym roku
mieszkałem tutaj z jego kolegą pracował już w muzeum
ministrant piękna w białym szalu i ciemnym garniturze
rano pił herbatę z porcelany wypalał jednego papierosa
kultywował swoje czynności-paznokcie coraz cieńszy płaszcz
starał się wykwintnie przeistoczyć w ornament na brudnej ścianie
Zawdzięczam mu historię sztuki rozmowy o przedmiotach
które muszą mówić gładką powierzchnią o twardej istocie rzeczy
Teraz odurzeni poetyckim zapałem ryczymy za Tzarą i Tyczyną
Spalcie biblioteki prawdziwe książki się nie palą!
28
Migotania 53
Fot. Robert Gauer
3.
Ogłuszony zimnym rytmem nocnego pociągu do Lublina
W drzwiach przedziału staje wędrowny muzykant
w wojskowym uniformie inwalida wojenny lub życiowy
Skaczę ze snu jak koła po torach: ,,Dziś do ciebie przyjść nie mogę”
otwieram oczy i znów wpadam w senną trzęsiączkę
W Lublinie na pekaes do Zamościa zimno pusto
o poranku polska perła renesansu w przebraniu socjalistycznym
Okutane baby stęchłe furmanki męskie ruiny w wąsatych rusztowaniach
stare miasto upiorne kostiumy dekoracje do filmu o wampirach
ratusz z wieżą jak pod śniegiem posągowy Jan Kochanowski
podcienia sklepiki łuski tynku konary gzymsów i uliczek
Jest moja kamienica i sień schody piętro niepewność mną błądzi
W drzwiach z szeroko otwartymi oczami dnia moja miłość
za nią młodszy brat poranek nie ma rodziców wchodzę
Nie dotykamy się widzimy się po raz drugi Czy list doszedł?
wysokie ściany grube mury cienkie meble w28
kuchni siorbiemy
herbatę zimną jak słowa z którymi się zaskoczeni szamoczemy
W pokoju braciszek siada na stołku bierze wiolonczelę
zagra tylko dla mnie ja chciałbym grać palcami na jej dłoni
muzyka ociepla chłopca głowa jest jak kula ognista instrumentu
Muszę iść do toalety nie ma jej w mieszkaniu robi się dziwnie
zbiegam głośnymi schodami na zimowe podwórze
rozglądam się: stoją w szeregu ubikacje jak na wsi drewniane
wchodzę w tę kloakę próbuję się nie ubrudzić niby nic takiego
Powrót drzwi otwarte Miłość w oczach wstydzi się bezradnie
Ja ręce trzymam z tyłu Wreszcie się całujemy: czyste entelechie
Fot. Robert Gauer
7.
Teraz zastanawiam się czemu to zrobiliśmy
Chciałem mieć czaszkę Na stole do nauki w akademiku
Czekał mnie los poety przeklętego więc byłoby miło
zapoznawać się co rano i co wieczór po powrocie z wykładów
o poezji nieczystej i czystej z wypolerowaną czaszką sacrum
Memento mori Memento finis Popielniczka Trofeum
Może kula pod kieliszek i świecę A może niecodzienny budzik
Fiku-miku kościany trupiku Miałem żyć 25 lat Kilku mnie ubiegło
Więc kiedy nasza trójka spotkała się na wsi u dziadków
nakłoniłem ich do spaceru na opuszczony od stulecia cmentarz
choleryczny na drodze do Dzierzbi Zaklęty polnymi głazami
Minęliśmy młyn zwalony od wojny w którym straszyło
bo chłopi zamordowali w nim żydowską rodzinę
Wrzucili do kanału może przy tej strudze, która kręci się po pastwisku
Z ich karłowatego sadu wyjadałem wiśnie jakoś straszne
Brat się wzdrygał młodzik ale poszedł siostra była chętna
Niosłem szpadel i worek na kartofle ciała opływał poranny skwar
Kępa sosen ogrodzenie z głazów trudny dostęp skok do środka
Dużo zielska krzewów jakieś poruszenie w listowiu ptaków
Słońce przedzierające się pasmami przez korony sosen Krzyż osobny
Trudno znaleźć odpowiednie miejsce do kopania żadnych mogił
Miałem szczęście Trafiłem od razu cudowny piaszczysty piasek
Potem zarysy kości cały szkielet żółtawo-brązowy Zachowany
Spociłem się Ale nie musiałem za głęboko kopać Miałem
czaszkę a nawet szkielet Brat się łamał siostra odwróciła
Bierzesz wszystko czy tylko czaszkę? Zapakowałem cały szkielet
Pochwalę się w stolicy poetom samobójom Niech zazdroszczą
Baczyński swoje kości porównał do ojczystego sztandaru
jeżeli ktoś je odkryje po bohaterskiej śmierci A te to czyje?
Grzebalnia dżumy z końca XIX wieku Więc niebezpieczne kości?
A takie ładne i czyste czym się przejmować Wysuwamy głowy
nikt nie idzie wiejską drogą Znikamy Niosę szkielet nieznanego dawcy
przyszłej poetyckiej chwały na plecach Nie rozmawiamy
Cały dzień minął na bezbarwnym milczeniu Poszedłem na łąki i strugę
Rano brat sięgnął po worek spod łóżka i zniknął
Nie mógł spać spokojnie ja nic nie pamiętałem ze snu
Ale się pogodziłem że zakopano moje trofeum z powrotem
Nigdy o tym nie rozmawialiśmy Wiersz po latach napisałem
ekspiacyjny w hołdzie tam pogrzebanym ale prawda była inna
Świętokradczym grabarzem słów zostałem Truposzem wzruszenia
chodzącym z czaszką w żywej głowie
Właściwie nie wiem o co nam chodziło
10.
Na liniach papilarnych pozostawionych w czytanych książkach
w bibliotece uniwersyteckiej narodowej staromiejskiej iblowskiej
wyrosły niezapominajki których korzenie przekazują sobie moją krew
pamięć euforię przez linijki książek wersy horyzontów linie drogowskazów
Otwórzcie ,,Trzy zimy” ,,Elegie duinejskie”,,Ciemne świecidło” ,,Obroty rzeczy”
,,Portret artysty z czasów młodości” ,,Kadysz” ,,Grę w klasy” ,,Biesy”
a chwyci was moja patrząca przez palce przez linie papilarne życia ręka
może jeszcze żywa może już martwa żeby was wciągnąć w bezmiar
Spod Pałacu Kultury i Nauki wybiega linia zamordowanego getta
biegnie niewidzialnie przez widzialne miasto które nie jest tym samym miastem
Pod chodnikami i ulicami miasta biegną linie kanałów którymi w grozie uciekano
biegną linie cmentarzy zasypanych pogrzebanych ciał dzieci kobiet starców
Ze środka miasta biegnie linia kolejowa którą wywożono na mękę i zagładę
chodziłem tymi ulicami ludzi zabitych i nie chciałem ich losu powtórzyć
studiowałem w tym mieście literaturę piękną a uczyło mnie okrucieństwo historii
,,Jak wy możecie żyć na takim cmentarzu”? – pytał się mnie filozof- nomada
Linie papilarne na murach ścianach podłogach latarniach rzeczach książkach
krwinki brudu głodu ognia ucieczek powrotów gruzów utopii i ideałów
niezapominajki których języka uczyłem się stąpając po głowach i duszach umarłych
potomek wojennych sam powojenny rodzący pokolenie przedwojenne
jeżeli tak ma się toczyć cyklicznie natura i historia to ja jestem przeciw
Opuściłem to miasto w którym moja matka przed wojną mieszkała
bomba niemiecka 1 września 1939 roku dom zwaliła do podziemi
Opuściłem to miasto niepokonane bo nie chciałem ponawiać historii
chciałem tożsamość oprzeć na micie bardziej osobistym i własnym
w którym moje palce moje ręce nikt nie chwyci w strasznym żalu
8.
Cały świat oplatają coraz słabsze linie papilarne
29
Fot. Robert Gauer
Zakopane Gładkie na stoku do Gubałówki Chałupa dziewiętnastowieczna
z dobudówką przed nią jesion w postawie na baczność widać całe Tatry
po których czołgam się schodzę na czworakach obiegam wzrokiem niebo
w końcu staję na nogi na mięśnie ziemi na kamienny widnokrąg
widnoksiąg widnokres Tak to tutaj zacząłem odmawiać wiersze
odnawiać życie zamieszkiwać w magicznej górze przestrzennego świata
zacząłem jeść gimnastykować nerwy wysłuchiwać fizyczną nadzieję
która skakała po skałach jak skoczna transcendencja upojnej mocy
Listy św. Pawła Ewangelie Upaniszady Anioł Ślązak Camus Weil
zaczynałem swoją prywatną lekcję mistycyzmu poza ortodoksją wyznania
i wtedy pojawiłeś się ty proroku tatrzański Stanisławie Gąsienico- Byrcynie
podarowałeś to schronienie Stanęliśmy objęci w izbie srogo i przyjaźnie
wzniosłeś słowo gwarowo- uniwersalne że będzie skoro wieszczył Słowacki
polski papież Polska odrodzi się jak leluje i szarotki potem w górach ocalenie
Papieros w fifce po powrocie z niebios skał wieczorem fizyczne deklinacje
kopanie ubikacji aby nie załatwiać się dalej na partyjnych gazetach
dumanie przy lodowym oknie okutany we wszystko co można znaleźć
papier pakowy dziurawy koc popalony sweter żeby wybiło ciepło z organizmu
pustki z mechanizmu zgody na to co jest minimalne i zaszyfrowane
Niewiele trzeba było aby się odnalazło wszystko ja odnalazłem
i zdrapałem z tapety dnia nożem milczenia siebie jako kroplę krwi
która rozlała się po twarzy twojej kiedy się całowaliśmy srogo i przyjaźnie
Baco poezji tatrzańskiej miałeś wtedy tyle lat co ja teraz pisząc to
Tak przyjdzie twój Bóg-Papież-Poeta i rozpozna w tobie syna lelui i szarotki
O tak! Objęci kiwaliśmy się jak dwa pnie jesionu wyrosłe z jednych trzewi
dwa śniaty-odziomki świata podlewane herbatką ze spirytusu hyrnego:
,,Syćko mineno mijajom się casy i my się miniemy”
POEZJA
9.
W pustym niezwyczajnie tramwaju który rzuca i zgrzyta
na rondzie Wiatraczna i rusza przez Wisłę
nagle powstrzymany przez tłum ludzi z flagami i transparentami
spieszący bezładnie w kierunku Stadionu Dziesięciolecia
stoję na końcu drugiego wagonu i myślę o dacie
obrony pracy magisterskiej za tydzień
Jeżeli dojdzie do strajków na większą skalę
to może wyrzucą studentów z akademików i nie zdążę
obronić dyplomu o poezji Czesława Miłosza
emigracyjnego, antykomunistycznego poety
Więc łaskawiej patrzę na tłum maszerujący na stadion
aby manifestować patriotyczny gniew i oburzenie
w cuglach komunistycznej władzy, której się udało
z konsumpcji socjalistycznej uczynić opium dla ludu
Lud uwierzył władzy, że będzie miał co jeść i pić
a tu nagle zabrakło strawy i bat uderzył
Sumienie jednak mi mówiło, że zdradzam sprawę
pobitych robotników w Radomiu, którzy mają rację
Cóż tam mój termin i tytuł, kiedy krew polska się leje
i tak pojechałem w wagonie tramwaju sam dalej
przez Wisłę, przez Polskę i stałem się Polakiem
kalkulującym jak zachować twarz i nie dostać w twarz
Egzaminu nie odwołano, zdałem celująco z poezji
wyklętego przez polskie państwo emigracyjnego poety
robotników spacyfikowano wprowadzono talony na cukier
a potem na mięso buty alkohol papierosy, wolne słowo
państwo samo dzieliło się na zakazane talony na prawdę
Polak został papieżem Miłosz dostał nagrodę Nobla
robotnicy przestali być tłumem założyli Solidarność
ale o tym jeszcze nie wiedziałem patrzyłem na idące mrowie
z flagami ku czci narodowo-komunistycznej partii
i jedynie się bałem, czy przed wyjazdem z Warszawy
zdążę zdać ten egzamin z poezji wroga Polski Ludowej
Gazeta Literacka 29
Z cyklu: Dziennik włoski. Sycylia (25)
3 maja 2002, port w Palermo
dobrze, ale gdzie święta Zyta? W przewodniku piszą: Oratorio otwarte rano. Ale byłem tu rano i nic
nie było otwarte, poza kościołem. Różne budowle
przylegają tu do siebie i być może tę masę murów,
wnętrz i przybudówek łączy wewnętrzny korytarz, z
wejściem od strony kościoła - ale on był dostępny
wczoraj, podczas jedynej mszy rano. Teraz jest popołudnie, bo tak nam poradziła panienka w kiosku
Centro Turistico, przy Capella Palatina. Silvio zły, ledwo
idzie, wlokąc swą skaleczoną stopę w mej skarpecie,
wolałby zamiast tego Palazzo Abatellis albo rybęmiecz w jakiejś trattorii. Rozpoczyna kolejny wykład
estetyczno-polityczny: - Po co ci jakieś stiuki barokowe?! To jest gust drobnomieszczański, to dobre w
operze. Świątynia musi być gotycka, no, romańska,
kropka. Więc ja mu wykładam na temat Włochów:
jak to pysznią się „swoją” Europą, tym nagłym dobrobytem, a mamią, kręcą, nawet godzin otwarcia
nie potrafią napisać jak należy… i do tego wiecznie
trąbią tymi swoimi potwornymi motocyklami… już
bliżej do Europy Polakom…
Błąkamy się, błąkamy, aż zatrzymaliśmy się naprzeciw jednej z przybudówek, wyglądającej jak drewutnia. „Si, si” wołają za naszymi plecami dwie kudłate
kobiety w parterowym oknie. „To jest wejście. Ale
otwarte tylko rano”. - My tu już byliśmy rano! - den
serwuje się Silvio. - Czy to jest zawsze zamknięte?! Baby
rozkładają ręce. A tu nagle pojawia się wycieczka
francuska. Zmartwieni - Ooo, zamknięte. A tak chcieli
zobaczyć tego Scarpettę. Pardon, Sarpettę.
- Serpotta, Giacomo Serpotta - warczy Silvio.
Baby znów wytykają głowy: - Si, si, to jest wejście… instruują kolejnych chętnych. Zwracają się do
Silvia: - Trzeba pójść do sióstr u św. Mamiliana, one
mają klucz. Ach, to te siostry, widziane przeze mnie w
czasie mszy? Więc to one są sprawczyniami całego
naszego łażenia od paru dni, do Oratorium i z powrotem? Wzmocnieni gniewem, pukamy, dzwonimy,
aż w szparze drzwi zabłysły okulary. Ale nisko, jakby
kot przeleciał. Znikły. „Chyba się naradzają”, paple
do swej towarzyszki Francuzik w apaszce. Okulary
znów się pojawiają i szpara się poszerza, aż ukazuje
się maleńka stara zakonnica w czarnym welonie i
zrudziałym habicie. Przypomina zeschły rodzyneczek,
trzeba by do niej mówić z lupą przy oku. Coś trajkocze
po włosku wymachując rękawami habitu, z których
wystają maleńkie suche łapki, jakby nas odpędzała.
Już dość ma tych przychodzących po godzinach!
Rytmiczne canto za jej plecami świadczy, że siostry
albo odmawiają różaniec, albo zaczęły Anioł Pański.
I już drzwi mają się zatrzasnąć, gdy podbiegł francuski
przewodnik, ściskając teczkę pod pachą. Po włosku
I znów, wieczorem, prom „Rubattino” wiezie nas
po dwóch tygodniach, tym razem w odwrotnym kierunku, do Neapolu. Różnica również ta, że mamy
teraz miejsca siedzące, wprawdzie z podrywanymi
numerami, więc nie wiadomo, czy nas ktoś stąd nie
wyrzuci. Ostatnie chwile w Palermo upłynęły na:
1. zwiedzaniu Capella Palatina. I znów: złoto,
złoto, złoto. Trudno o inny komentarz. Po Cafalú, po
Monreale, czuję się sfatygowany kolejnym potężnym
transportem złota króla Rogera. Już nie przewalę łopatą tej dostawy. Nieludzki przepych, maestria i ta
przekraczająca możliwości zmysłów ludzkich cyzelatura, które wymykają się opisowi. Kto próbuje to opisać
- ten kłamie. Bo to nie są dzieła sztuki, to jest modlitwa:
śpiew chóralny, wieczny, z obliczami unieruchomionymi w wiekuistym, niezmiennym uwielbieniu Pana,
czyniącym je prawie identycznymi w Jego oczach,
modlitwa; którą można jedynie odmawiać wspólnie z
tymi, którzy to stworzyli - albo milczeć. Przypomina mi
się anegdota, a może to czytałem w jakiejś powieści
historycznej? o księżnej Oldze, żonie Igora Rurykowicza,
która w czasach naszego Mieszka I przebywając w
Konstantynopolu i oglądając w ekstazie tamtejsze
mozaiki, wyznała, że „czuła się jak w niebie”. I zaraz
przyjęła chrzest, kładąc fundament pod tysiącletnie
dzieje chrześcijaństwa w Rusi. Oto siła obrazu. Jeszcze
inny szczegół błąkał mi się po głowie - jakbym w
anegdotkach, w drobiażdżkach, szukał ucieczki przed
tym dzikim złotym huraganem, przewalającym mi się
nad głową, pod sklepieniami tutejszych kaplic. Zadawałem sobie pytanie, jak to możliwe, aby Iwaszkiewicz
właśnie tu, w Capella Palatina, o ile mnie pamięć
nie myli, w tym tłumie twarzy patrzących zewsząd, z
każdego metra kwadratowego tych mozaik, nadludzką ręką robionych, mógł nagle rozpoznać rysy znajomej pani z towarzystwa, z przedwojennej Warszawy?
Pewnie trzeba to włożyć między bajdy literackie, tę
salonową paplaninę wielkiego Jarosia. Polska kresowa wiejska mania: wszędzie wypatrywać pociotków,
znajomków, kuzynów. Wykorzystał to, że gdy plótł te
powiastki w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku,
nikt w Polsce nie był w stanie wsiąść do samolotu i
samemu sprawdzić, ile w tym prawdy.
2. Kolejne nasze zajęcie: poszukiwanie w gęstwinie
uliczek najstarszej części Palermo, Oratorio di S.Cita
czyli Oratorium Różańcowego św. Zyty, patronki służących. Bardzo lubię tę szarą myszkę, cichutką dobrą
świętą; zmarła opasana sznurem pokutnym, który wrósł
w jej ciało. Zdjęcie Oratorium, umieszczone w Pascalu, pokazuje wspaniałe białe wnętrze, wypełnione
sztukaterią barokowego artysty sycylijskiego Giacoma
Serpotty. Przywodzi na myśl podobną sztukaterię, zdobiącą wnętrze kościoła św. Piotra i Pawła w Wilnie,
na Antokolu. Chciałbym je ze sobą porównać. Ale
wbrew adresowi zamieszczonemu w przewodniku,
przy via Valverde 3 żadnego Oratorium nie ma. Jest
tylko otoczony wiekowymi przybudówkami kościół św.
Mamiliana, eremity z Toskanii - który zresztą miałem
okazję odwiedzić wczoraj, gdy uczestniczyłem tu w
porannej mszy, odbywającej się w przecudownej
bocznej kaplicy, na prawo od głównego ołtarza. Te
kaplicę, podobną do roziskrzonego diamencikami
gniazda górskich kryształów, wyłupanego w ciemnej
skale, wypełniało od posadzki po sklepienie30
migoczące tysiącami barw i odcieni lśnienie mozaik, wycyzelowanych przez Gaginiego w marmurze, jaspisie,
granicie, koralu, emalii i ozdobionych dziesiątkami
girland, putt, wolut, gzymsów, półkolumn. A w ołtarzu,
pośrodku tego zgiełku, tego mozaikowego snu, króluje wspaniała barokowa Matka Boska Różańcowa.
Msza była tylko dla mnie i trzech maleńkich starych
zakonniczek, usadowionych na przedzie sąsiedniego
rzędu ławek. Gdy przyjmowałem komunię, jak zawsze na klęcząco, zrównałem się wzrostem z idącą
gęsiego za mną gromadką świętych niewiast. No
30
Migotania 53
Fot. Robert Gauer
DZIENNIKI, PODRÓŻE
Grzegorz Musiał
zagadał do siostry, zatrzymując ją w progu. Na widok teczki, skurczona twarz krasnala złagodniała. Po
następnym zdaniu kiwnęła główką, drzwi uchyliły się
szerzej i suche łapki zaprosiły nas do środka. Na jej
wołanie, w głębi korytarza znów błysnęły okulary i
ukazała się kolejna zakonnica, równie mała, choć już
nie taka stara i z pękiem kluczy.
- Quelle abondance des sœurs petites… - wzdycha
Francuzik w apaszce.
Niby Krasnolud z Władcy Pierścienia, siostra prowadzi nas przez czeluście Morii, w kierunku światła
jaśniejącego na końcu korytarza. Kiedy zgrzytnęła
kluczem i otwarły się drzwi… o, święta Zyto! Dzięki
ci za nagrodę, która czekała na końcu naszej drogi
przez mękę!
Oratorium jest niezbyt duże, podłużne, po sufit
zapchane figurami dam, chłopów, rycerzy, scenami
z życia Marii i Chrystusa, a wszystko w białym stiuku.
Damy, zapewne święte, siedzą szeregiem, w wymyślnych barokowych fryzurach i zdobieniach, przeplatane
tłustymi aniołkami, wygodnie, na parapetach okien;
patrząc na nie z ukosa, widzi się suitę ich ramion, szyj i
profilów w najróżniejszych układach, zaiste, jak w operze. Wszystko to w bieli, tu i tam błyszczy inkrustacja ze
złoconego metalu, jakaś klamra, proporczyk, tarcza
rycerza, krzyż Chrystusa albo ptaszek, który zadumany
przysiadł na belce odrzwi, w scenie upadku pod krzyżem. Umieszczone w kartuszu nad skromnymi paropiszczałkowymi organami, panneau bitwy pod Lepanto:
nabrzeże portowe i zgromadzenie okrętów gotowych
chyba do abordażu. Całe w bieli stiuku, tylko targane
wiatrem proporce rufowe i proporczyki na masztach są
ze złoconego metalu… Jakie to urocze, delikatne i wyrafinowane! Kaplice zalewa światło popołudnia, które
pada od dwuszeregu okien. Jest zielonkawe, miękkie,
przesiane - jak się za chwilę okaże - przez liście pierzastych palm, fikusów i pokrytego różowym kwieciem
tamaryszku, rosnących pod renesansowym krużgankiem wirydaża. Wychodzę stamtąd, jakbym opuszczał
wnętrze tortu, pełne kremu i bitej śmietany. Kościół
św. Piotra i Pawła na Antokolu nie musi mieć kompleksów: jest równie piękny, a nawet piękniejszy, przez
swą przestrzeń i rozmach. Tamta nieziemska postać
Chrystusa Zmartwychwstałego, wzlatująca w niebo, na
samych czubeczkach palców stóp, z krawędzi lewego
gzymsu nad ołtarzem, zostaje w pamięci na zawsze.
Tu, po dłuższym czasie czułem się jak na herbatce u
cioci: miło, ale już chce się wychodzić.
GRZEGORZ MUSIAŁ
W
szystko zaczęło sie jeszcze w autobusie. W czasie
krótkiej podróży z lotniska do hotelu, starsza para
Amerykanów, on w nieodstępnej czapeczce do baseballa, ona z włosami koloru jasno fioletowego, zdążyła
się zaprzyjaźnić ze wszystkimi. Zanim dojechaliśmy do hotelu, Fioletowa Fryzura znała już imiona i sytuacje rodzinną
wszystkich pasażerów.
Tego samego wieczoru po kolacji, podeszła do
mnie i po standardowym Jak się masz?, Jaki piękny
wieczór i Jak ci się tu podoba, Czy tu nie wspaniale?!
Nie czekając na odpowiedź zaproponowała obejrzenie ceremonii vodoo. Koszt taksówki podzieli się
na cztery osoby, po seansie każdy z nas powinien
zostawić czarownikowi małą „ofiarę” - wszystko nie
powinno przekroczyć kosztu kilku drinków w barze
hotelowym. Zgodziłem się chętnie, ponieważ w tropikach po zachodzie słońca, a wiec po godzinie
18.30, można umrzeć z nudów, chyba, że ktoś uważa
siedzenie w barze i palenie papierosów za rozrywkę.
Przed hotelem stał zdezelowany, sędziwy chevrolet.
Taksówkarz pełnił również rolę przewodnika i tłumacza. Mąż naszej „organizatorki” siadł obok kierowcy.
Nie protestowałem, bo już w autobusie dowie-działem się (oczywiście od niej, nie od niego), że miał
potrójny bypass, cukrzycę i jeszcze kilka innych dolegliwości, które powinny go już dawno wysłać na
piwo do Abrahama. Było gorąco i duszno. Siadłem
na tylnym siedzeniu, z kolanami pod broda, ściśnięty
miedzy naszą przyjaciółką, a jakąś szczupłą, milczącą
dziewczyną, której nie dałbym więcej niż osiemnaście
lat. Miała cienką i kusą bawełnianą sukienkę, gorące
uda (przynajmniej to po mojej stronie) i pachniała
olejkiem do opalania. Jechaliśmy długo w egipskich
ciemnościach jakimiś wertepami i bezdrożami. Gdy
już zupełnie straciłem orientację i poczucie kierunku,
taksówka stanęła przed niewielką, rozlatującą się ruderą, zbudowaną z gliny, falistej blachy i patyków.
Po omacku weszliśmy do środka. Jedynym oświetleniem wnętrza były dwie świeczki palące się po
bokach czegoś w rodzaju ołtarza-ławy o wysokości
jakichś 30 centymetrów. Nad „ołtarzem”, na ścianie wisiało mnóstwo suchego zielska i jakieś brudne,
spłowiałe i poplamione oleodruki. Kilka kulawych
stołków i dwie ławy z surowego drzewa stały na
glinianym klepisku. Czarownik, wielki drab o siwiejących włosach, ubrany w szczątkowe szorty i brudną
trykotową koszulkę, przyniósł pod pachą gdaczącą
w niebogłosy kurę, którą na naszych oczach zarżnął,
a krwią nieszczęsnego ptaka pokropił ołtarz i obrazy. Zwróciwszy się do kongregacji - czyli do naszej
czwórki - zapytał przez tłumacza, czy ma komuś
„zrobić czary”. Amerykanie byli jeszcze zszokowani
krwawym widowiskiem, ja siedziałem cicho ale młoda dziewczyna bez słowa podniosła się ze stołka i
położyła na ołtarzu banknot. W ciemności trudno
było zobaczyć, ile wynosiła „ofiara”, ale po reakcji
czarownika można było domyślić się, że suma, przynajmniej na miejscowe warunki, musiała być spora.
Czarownik wygłosił dłuższe przemówienie, które w
tłumaczeniu taksówkarza brzmiało nader lapidarnie:
Ty szukasz ciebie? „Tak” - brzmiała odpowiedź. Znów
nastąpiła dłuższa wymiana słów między czarownikiem, a taksówkarzem. Najwyraźniej to, co czarownik
chciał powiedzieć nieznajomej, przekraczało zasób
słów naszego tłumacza. Wreszcie taksówkarz zaczął
tłumaczyć: - Chcesz pójść do siebie? „Tak” - Weź
to! On do ciebie przyjdzie jutro. Po tych słowach
Czarownik wziął małą lalkę-szmaciankę. okopcił ją
w dymie spalonego nad świeczką, zakrwawionego
zielska i wręczył nieznajomej. Ja nic z tego nie rozumiałem, ale ona, bez słowa, schowała lalkę do
torebki i wróciła na swój stołek. Potem wszyscy pozostali złożyli ofiary, a Czarownik, ignorując mężczyzn,
długo i zawile przepowiadał przyszłość i „robił czary”
Fioletowej Fryzurze. Do hotelu wróciliśmy dobrze po
północy.
Następnego dnia zaraz po śniadaniu poszedłem
obejrzeć plaże i wybrałem sobie strategiczne miejsce w cieniu pod palmą. Zupełnie zapomniałem o
wczorajszej nocnej eskapadzie. Z zamyślenia czy też
z półdrzemki wyrwał mnie szum kroków i ciągniętego
po piasku leżaka. Bez odwracania głowy, mogłem
ogarnąć wzrokiem prawie całą plażę. Otworzyłem
leniwie jedno oko. Od strony hotelu zbliżała się do
brzegu osoba, w której rozpoznałem uczestniczkę
wczorajszej ceremonii. Mimo że w promieniu więcej
niż stu metrów plaża była zupełnie pusta, znajoma
Magiczna lalka
zdecydowała rozłożyć swój obóz pod najbliższą
palmą. Miała na sobie, o szereg numerów za dużą,
trykotową koszulę-suknię, sięgającą jej do połowy
ud. Uporawszy się z leżakiem, energicznym ruchem
ściągnęła ją przez głowę, co pozwoliło mi zauważyć,
że pod nią miała tylko dolną część bikini. Ponadto
stwierdziłem, że to, co odsłoniła, w pełni zasługiwało
na pokazanie całemu światu z dumą i bez cienia
zażenowania. Niewątpliwie musiała w takim właśnie stroju przebywać na plaży dosyć często, bowiem
wszystko, co pokazała, od czubka nosa, do podbicia
stóp, było jednolicie opalone na jasno-orzechowy
kolor. Zauważywszy mnie, pokiwała mi przyjaźnie
dłonią.
Odłożyła koszulę, zanurkowała w przepastnej torbie plażowej, wyciągnęła z niej lalkę, trofeum wczorajszej wyprawy, którą ułożyła pieczołowicie na leżaku,
a następnie plastikową butelkę, której zawartością
zaczęła się dokładnie smarować. Znamy to - pomyślałem. Jak tylko skończy się smarować, pójdzie do
wody, zmyje olejek i zacznie rytuał smarowania od
początku. Zanim jednak doszła do połowy, na plaży
zjawiła się nowa postać. Był to jegomość nie tyle
wyglądający dziwacznie, ile zupełnie nie pasujący
do otoczenia i epoki. Miał wąsik Rudolfa Valentino,
płaski słomkowy kapelusz Harolda Lloyda, i w ogóle
wyglądał, jakby przed chwila zszedł z planu filmu
Śmierć w Wenecji. Wymachiwał hebanowa laską ze
srebrną gałką, w drugiej ręce trzymał ciężką srebrną
papierośnicę, z której co chwila nerwowo wyjmował
nowego papierosa, wyrzucając starego, do połowy
tylko wypalonego, na piasek. Już z daleka krzyczał
- Nareszcie cię znalazłem, musisz koniecznie zostać
moją bohaterką!
Dziewczyna nie była zachwycona:
- Jaką „bohaterką”, chciałeś powiedzieć „niewolnicą”. Twoją i tych twoich bohaterów. Tego twojego
zarozumiałego Maria, czy Dicka Johnsona, a już na
pewno nie zamierzam się przebijać sztyletem dla tego
dumnego dzikusa Calafa!
- Nie musisz byċ Liu, jeżeli nie chcesz. Możesz być
Turandot! Ale decyduj się szybko, bo tu strasznie gorąco, a w dodatku kończą mi się papierosy!
- Jak w ogóle możesz sobie wyobrazić mnie w
roli tej nieruchawej bryły lodu! Wynoś się stąd, ale
to natychmiast! To mówiąc, porwała z leżaka szmaciankę i z całej siły cisnęła nią w przybysza. Odruchowo zamknąłem oczy, oślepiony olśniewającym
błyskiem. Odniosłem wrażenie, że ktoś zrobił zdjęcie przy lampie błyskowej, ale lampie wielokrotnie
przewyższającej nasilenie światła na zalanej słońcem
plaży. Przed oczyma zawirowały mi czarne plamy.
Gdy udało mi się otworzyć oczy, przybysza nie było
nigdzie widać. Na piasku leżała tylko kupka niedopałków. Dziewczyna siedziała na leżaku i ukrywszy
twarz w dłoniach, zaniosła się histerycznym płaczem.
Podszedłem i usiadłem obok niej. Przytulając się do
mnie, ukryła mi glowę na piersiach i dalej płakała.
Siedziałem na leżaku, nie bardzo wiedząc, co robić. Po chwili zauważyłem, że wzdłuż plaży zbliża
się miejscowy sprzedawca „pamiątek”. Na ramieniu
miał olbrzymią torbę, a na głowie kilka kapeluszy
uplecionych z zielonych liści palmowych, włożonych
jeden w drugi. Gdy podszedł bliżej, ze zdziwieniem
poznałem w nim „kapłana” wczorajszej ceremonii.
On też nas poznał i podchodząc gestykulował i perorował coś zawzięcie. Podniósł z piasku szmaciankę,
wręczył ją dziewczynie i wskazywał palcem to na nią,
to na lalkę. Potem, grzebiąc w torbie, wyciągnął z niej
koszulkę z wymalowaną na przedzie wielką papugą
na tle olbrzymiej palmy. Doznałem nagle olśnienia.
Kazałem dziewczynie włożyć koszulkę z papugą, na
głowę włożyłem jej jeden z palmowych kapeluszy
czarownika i szybko zacząłem tłumaczyć: Musisz się
zaraz znaleźć w Austrii nad rzeczką Wiedną. W Wiedniu, Theater an der Wieden. Tam trafisz na premierę
opery Czarodziejski flet, W teatrze musisz natychmiast
iść za kulisy. Zobaczysz niskiego wyłupiastookiego faceta. To Mozart. Sam będzie grał na dzwoneczkach.
Jak tylko zacznie grać, wychodź na scenę. Pamiętaj,
jak cię zapytają ile masz lat, musisz odpowiedzieć
„osiemnaście lat i dwie minuty” - pamiętaj - Achtzehn
Jahre und zwei Minuten.
W torbie czarownika znalazłem jeszcze długie boa
z piór. Okręciłem nim moją przyjaciółkę, a czarownik
podał jej szmaciankę. Przezornie zamknąłem oczy.
Błysk oślepił mnie nawet przez zarnknięte powieki.
Gdy otworzyłem oczy, na plaży nie było nikogo. Pod
palmą stał pusty leżak, a obok niego, na piasku leżała mała czarnoskóra lalkaszmacianka, ubrana jak
miejscowe kobiety, w jaskrawo pstrokatą suknię, w
kolorowej chustce na głowie. Podniosłem ją i schowałem do swojej torby. Przez resztę pobytu na wyspie
nie zdarzyło się już nic nadzwyczajnego. Podczas gdy
spędzałem całe dnie na plaży pod moją ulubioną
palmą, para Amerykanów, z którymi „praktykowałem”
vodoo grała bez przerwy w golfa, tak że widywaliśmy
się z daleka tylko przy posiłkach.
Po powrocie do domu w nawale zajęć, zapomniałem o całej przygodzie. Dopiero po przeszło
roku, przyjaciele z Krakowa zaproponowali mi wspólną wycieczkę na Babią Górę i Turbacz. Propozycję
przyjąłem z entuzjazmem. W drodze do Krakowa
zatrzymałem się w Warszawie, w nadziei, że uda mi
się zobaczyć coś w teatrach lub operze. Niestety w
lecie Warszawa jest kulturalną pustynią, z wyjątkiem
Festiwalu Mozartowskiego w Operze Kameralnej. Nie
miałem nadziei, że dostanę cokolwiek, bo normalnie bilety na Festiwal trzeba zamawiaċ już w lutym.
Ale akurat jakaś zagraniczna wycieczka „zwolniła”
kilkanaście biletów, więc już tego samego wieczoru siedziałem w pierwszym rzędzie malutkiej salki na
spektaklu „Czarodziejskiego fletu”. Na pewno wszyscy
entuzjaści Mozarta pamiętają, jak pod sam koniec
przedstawienia, zrezygnowany Papageno chce popełnić samobójstwo, a Trzej Chłopcy/Geniusze radzą
mu, aby zagrał na swoich czarodziejskich dzwoneczkach. Papageno gra i śpiewa:
Co za głupiec ze mnie, że zapomniałem o tych
czarodziejskich dzwoneczkach! Dzwońcie, dźwięczcie dzwoneczki, muszę zobaczyć swoją dziewczynę.
Przywiedźcie ją do mnie!
Gdy skończył, Trzej Chłopcy każą mu się rozejrzeć
dookoła. Rzeczywiście magia dzwonków podziałała i
na scenie zjawiła się Papagena. Dla mnie siła magii
była jeszcze bardziej oczywista, bowiem ku memu
niezmiernemu zdziwieniu zauważyłem, że Papageną
była... moja znajoma z plaży! Miała na sobie dar
„czarownika” - koszulkę z papugą i – choć już dawno
powinien się zeschnąć i pokruszyć – zielony kapelusz
wyplatany z liści palmowych. Po skończonym przedstawieniu długo i energicznie biłem brawo całemu
zespołowi, najwięcej jednak „mojej” Papagenie.
Ponieważ pierwszy rząd był dość dobrze oświetlony
światłami sceny, ona również mnie zauważyła i poznała. Podeszła do samej krawędzi sceny, pochyliła
się ku mnie i… ucałowała mnie serdecznie w same
usta! Po spektaklu chciałem pójść za kulisy, aby ;
pogratulować jej występu, odnowić znajomość i - o
ile możliwe - oddać pocałunek. Niestety z powodu
jakiegoś wywiadu telewizyjnego wstęp za kulisy był
zamknięty. Nie przejąłem się tym zbytnio, bowiem
miałem jeszcze bilet na „Łaskawość Tytusa” następnego wieczoru, a w programie zauważyłem - przy roli
Vitelli nazwisko tej samej artystki, ktorą była „moja”
Papagena.
Na przedstawieniu „Łaskawości Tytusa” siedziałem
na tym samym miejscu, co w dniu poprzednim. Od
razu zauważyłem, że Vitelli nie śpiewa wczorajsza
Papagena. Gdy zapytałem o to biletera, stwierdził
stanowczo, że Papagenę wczoraj i Vitelię dziś śpiewa
jedna i to sama artystka i że ani wczoraj, ani dzisiaj
nie było żadnych zmian w obsadzie. Nic z tego nie
zrozumiałem, ale nie chciałem się dalej wypytywać,
żeby nie narazić się na ośmieszenie. Po przerwie, gdy
wrócilem na salę, uświadomiłem sobie nagle, że między pierwszym rzędem, a sceną jest głęboki kanał
orkiestrowy, o szerokości przynajmniej dwóch metrów.
Poprzedniego wieczoru najwyraźniej kanału tam nie
było, bo inaczej jak Papagena mogłaby podejść
do samej widowni? A przecież wyraźnie pamiętam
jej pocałunek!
Szmacianka
przywieziona z Karaibów patrzy na
31
mnie z półki nad biurkiem. Ciekawe, czy zachowała
swoje magiczne właściwości. Muszę się przyznać, że
trochę się boję próbować! Natomiast postanowiłem,
że przy najbliższej okazji pójdę znów na przedstawienie
„ Czarodziejski Flet, gdziekolwiek mi się uda, w nadziei,
że może kiedyś w roli Papageny wystąpi znów moja
znajoma. Będę mógł jej wtedy zwrócić magiczną
szmaciankę, bo to przecież jej własność.
PROZA
Stanisław Dubiski
STANISŁAW DUBISKI
Gazeta Literacka 31
PRZEKŁADY
Mustafa Spahiu - poeta i prozaik albańskiej narodowości z Macedonii. Ukończył
Akademię Pedagogiczną. Pracuje w macedońskim radio. Członek Stowarzyszenia
Pisarzy Macedońskich od 1984 roku. Autor wielu zbiorów poezji i prozy dla dorosłych
i dzieci. Mieszka w Skopje (Macedonia).
Mustafa Spahiu
Haiku
Błękitne lilie
rozkwitły w chwili!
Ostra zima.
Żyjemy
i w każdym rozstaniu
lubimy się.
Pod koniec dnia
i ostatniej zorzy
Pachnie trawa.
Kocham bajki,
w nimi rozpoznaję
ślady każdego zwierzaka.
Dawno temu zamarł
ten brzydki krajobraz,
złamanych skrzydeł.
Jesienny kaszel
Przeistacza się w lód
do wiosny.
Biała lilia
w oddali brzeg
jak łódka bez wioseł.
Rozsunięte firanki
Wchodzi stary przyjacielporanny wiatr.
Trzęsą się wzgórza
rozegrane dni
zmartwione góry.
Wypijam wspomnienia
w soku borówki.
Liryka z deszczem.
Słońce w zenicie.
Płonie w głębi
ziemi i rzeki.
Napisał haiku,
Długa, długa jest droga,
ratunek daleko.
Pod kwiatem
rozkwitła łodyga.
Uśmiech słońca.
Zamarłe stado,
melodia kwiatów.
Burza dnia.
Płonę z zimna
i gram Syzyfa,
może beduina.
Pola koło rzeki
chronią dzieci i jagnięcia.
Zboże i róży.
Sen i oczy.
Kamień stracił wzrok uderzeniem młota.
Jak opisać
złamany krzyk.
Głucha polana.
Dotykam czar,
kwiat bez zapachu –
pod koniec dnia.
Połamana lalka!
Rzeczywiście –
już jej nie słyszę.
Fot. Robert Gauer
32
32
Migotania 53
PRZEKŁAD
Z JĘZYKA CHORWACKIEGO:
OLGA LALIĆ-KROWICKA
Wojciech Kawiński –
benedyktyn poezji, który słyszy
tykanie zegara słonecznego
K
tóż nie narzeka? Podaż masy tekstowej przekracza
„ możliwości konsumpcyjne najofiarniejszego czytelnika. Dawno temu paru entuzjastów o benedyktyńskiej sile
woli miało opinię czytających wszystko „jak leci” (Andrzej
Krzysztof Waśkiewicz i Wojciech Kawiński). Odnosiło się to
jednak tylko do poezji”. To Edward Balcerzan. To on tak
pisał o dwóch Postaciach Orientacji Poetyckiej Hybrydy
(Waśkiewicz) i jej okolic (Kawiński). Już wiadomo skąd
wziąłem tytuł szkicu. Teraz o tym, dlaczego.
Wojciech Kawiński, rocznik 1939, dziennikarz, krytyk
literacki, tłumacz a przede wszystkim poeta, autor
ponad dwudziestu tomików. Mam przed sobą trzynaście z nich, siedem z ciepłymi, bardzo osobistymi
dedykacjami od autora, najstarsza sprzed siedmiu
lat. Zajmując się Orientacją znałem też twórczość
rówieśników i przyjaciół Jerzyny, Gąsiorowskiego
czy Waśkiewicza a Kawiński przyjaźnił się z każdym
z wymienionych. Śladów tych przyjaźni jest wiele,
choćby wiersze im dedykowane (patrz m.in. Autograf nr 4/2015). Ja przepisuję z przesłanego mi
maszynopisu wiersz
Ze skreśleń
pamięci przyjaciół
Wypisuje nas powoli
słońce, które coraz boli
Będzie rude, niczym ruda
może przetrwać mu się uda
W tajemnicy przed przeszłością
która nigdy nie brzmi prosto
Ale skreśla się, do cna
będąc przeciw, także za
Tymi co się mogą pisać
wczoraj, jutro, zawsze, dzisiaj
Z brudnopisów przepisani
nie będziemy rozpoznani
Nawet na promiennej kartce
wyłowionej z ciszy, martwej
Jak widzisz, Czytelniku, sam Kawiński wie o przemijaniu, nie stroni od niego, coś chce ocalić, więc i
ja próbuję także dlatego, że do znanych już śladów,
które do tej pory zostawił po sobie Wojciech Kawiński dochodzą nowe. Z jednym z nich mam trochę
wspólnego. Dołożyłem swoją cegiełkę jako członek
kapituły Nagrody im. Jarosława Iwaszkiewicza, którą
za całokształt twórczości przyznaliśmy w roku 2016
właśnie Kawińskiemu. Nie miałem z decyzją żadnych kłopotów. Pisałem o Kawińskim w roku 2005 w
tekście „Uwspółcześnianie klasyczności” (w książce
będącej zbiorem esejów o poetach zatytułowanej
Świat według poety, wydawnictwo Adam Marszałek,
Toruń 2005). Tekst ten dotyczył tomiku „Ciało i duch”
z 2003 roku. Pisałem także o tomiku Sennik poranny
(2015) na www.pisarze.pl (25 stycznia 2016). A teraz
leżą przede mną pozostałe Kawińskie, o których
wspominałem.
Od dwóch lat los zdarzył, że koresponduję z Wojciechem Kawińskim. Odświeżyliśmy starą formę, a
więc nie maile, smsy czy telefony, tylko listy. Jeden z
nich zamieszczam. W trzecim, ostatnim z pomieszczonych wspomina Kawiński o kolejnej, trzeciej już wersji
swego tekstu „Strefy”. Przepisuję go z maszynopisu:
Strefy
Spokojnie patrzę
jakbym był
w dolinie znaczeń
INTERPRETACJE
Andrzej Wołosewicz
ta od słonimskiego
czy od grochowiaka
I
A których znałem z mojej źrenicy pierzchli
ożóg skoneczny i milczewski
Do odsłony wiąż sa gotowi
bursa czycz śliwiak
i harasymowicz
Złociste nuty
odleciały
w prozy strumyk
Jeżeli możesz przechodniu westchnij
był niemojowski
jest białoszewski
Na wysokiej łące
fantastyczne
leśmiany (świecące)
III
Obok na chropowatym drzewie
mądre
miłoszewie
Ledwo odczuwam jak się zmienia
karpowiczowskie
tło w imię znaczenia
Przy wąwozie szeroki
kwiat nieznany
przybosio-oki
Tnie skórę światła (gdyż jest chora)
różewiczowski
nożyk profesora
Bliżej z trójkolorowych strun
złożony
ja-strun
Gęste jest słowo a duszne słońce
brzmi nowakowo
śni się kijonce
I jeszcze znad skarżyskich traw
drobny
kamienny staff
Andrzej* układa sekwencje marek**
dwanaście listów
jak strof parę
Zaś do przyszłej przeszłości należy
tuwim czechowicz
wat i iwaszkiewicz
Które przerzuci stefan*** i krzysztof****
przenikliwy znawca
mitów oraz zmysłów
Trzeba ocalać i nie przesiewać
chwil jasieńskiego
sebyły peipera
Sylabizuję zadurę foksa sosnowskiego
i słyszę za ścianą
że nam nic do tego
Ale ty się także zastanów
gdzie bieńkowski
ważyk i iwaniuk
W swoją wyruszam trasę
pokonując falę za falą
mówi podróżnik karasek
II
Słychać wyraźnie słowo po słowie
mnogie
snutki grześczakowe
Ulica historii (przecina granice miasta)
przemyka herbertowa zjawa
hermes pies i gwiazda
Dwukropek trzeba postawić na tej kartce szorstkiej
z ważnego albo błahego powodu
(to cytat z szymborskiej)
Jak tabloidy doniosły
nie ustają w krzątaninie
boczkowski drzewucki kuczkowski
Mamy wciąż pejzaż nie nazbyt prosty
świetlicko-świetlisty
i takczyszynowski
Więc zwrotność zdarzeń się odsłania
wedle lisowskiego
latawiec netza balcerzana
IV
Wypada także przyjąć, że wymilczał
sonatę i spis ludności
witold wirpsza
Dolina znaczeń wykrusza się powoli
jeden
33 to prze-ceni
gdy drugi prze-boli
Zaś białe mgnienia-pragnienia dogonił
czarno patrzący
śliwonik
Wybór trzeba zostawić
tak jak świat
do poprawy
Kto nie przeczyta ten usłyszy
dobitny
rymkieiwczowski dystych
Widzi cierpkie postrzępione słowa
muza
(kochanka surowa)
Śniła się sonetologia ale jaka
Ty głuchniesz i ślepniesz
cd. str.34
Gazeta Literacka 33
zatrzymać? Może, ale u Kawińskiego idzie raczej o
to, że znajdując takie wiersze mam wrażenie zupełnie odwrotne – że to nie wiersze zatrzymały w sobie
obraz świata, lecz że ich autor, Kawiński, dostrzegł i
przetrawił w sobie statyczność świata, choć przecież
zdaje nam się, że on coraz szybciej gdzieś pędzi. A
Kawiński tę statyczność (śmiertelność?) dostrzega i na
wiersze przekłada! Lektura takich wierszy mnie akurat
uspokaja: może i ten świat gdzieś pędzi, ale i… nie
pędzi! Być może nie wszystko nowe jest… nowe! Może
więcej w nim stałości niż się nam wydaje gdy poddajemy się dyktatowi zmiennych – a jakże – dekoracji,
w których przyszło nam żyć. Świat i człowiek w nim
gra tę samą przecież sztukę (życia) od początku, tylko
scena, publiczność i autorzy są historycznie i tak po
ludzku zmienni. Dwa wiersze Z Kręgów zdarzeń dla
zilustrowania i mam nadzieję potwierdzenia moich
przypuszczeń zacytuję:
na miarę
własnych szczęść i nie-szczęść
INTERPRETACJE
cd. ze str.33
Słuchasz wzrokiem
milczysz
zaciśniętym okiem
Trójwiersz ci podpowiada
choć to
kiepska rada
Bo jak mniema ewa lipska
spotkamy się
w (cudzych) listach
Albo wśród stłuczonych luster
podgórnik i bargielska
przyśnią się brzózce
I nie zgaśnie mżenie liter na blogu
o czym wie już
cały pół-anonimowy ogół
***
Gdzieś tam leży pusta kartka
wyrwana z reszty
nie-spisanych wierszy
(2007, 2008, 2012)
*A.K. WAŚKIEWICZ, **M. WAWRZKIEWICZ, ***STEFAN
JURKOWSKI, **** KRZYSZTOF GĄSIOROWSKI
Miałem trochę kłopotów z przepisywaniem, bo mi
komputer poprawiał duże litery w nazwiskach wbrew
autorskiemu zamysłowi, który trzeba uszanować i który – tak myślę – jakoś zrównuje wszystko i wszystkich
wobec ostatecznych rozstrzygnięć. To przecież one,
znaczone odejściami kolejnych osób i ich wspominaniem decydowały o czasowej rozciągłości wiersza
zaznaczonej końcowymi datami. I nie o precyzyjny
czas poszczególnych śmierci tu idzie lecz o nasze
– tu Kawińskiego – ich przeżywanie. I o przeżywanie
literatury, bo przecież przywołuje tu Kawiński wielu
jeszcze żyjących.
To dobry moment, by zwrócić uwagę, że coraz
więcej u Kawińskiego wierszy – już co najmniej od
tomiku Kręgi zdarzeń – w których jakby świat się zatrzymał. Oczywiście każdy poeta jakoś świat w swoich
wierszach „uśmierca”, bo zatrzymuje, uśmiercić by
Głos do prywatnych dziejów
Wszystko to się liczy
Co zachowujesz w pamięci
ARTUR MIĘDZYRZECKI
ślepa pręga choroby
łamie słabe ciało;
głodny na wieczne głody
pragniesz mniej niż mało;
jedynie być jak łopot
chwili w dolinie śniegu;
kroplą oddechu złotą
wirującą nad brzegiem;
literą płaską bez-snu
Fot. Robert Gauer
Migotania 53
anonimowa przepaść
jeszcze cię nie porywa;
nie śnij nie czekaj nie patrz
ale dokładnie nazywaj;
tchnienie jeszcze się tli
czas krzyżuje swe cienie;
ktoś nieobecny z nas drwi
ktoś zapisuje w spojrzeniu;
i niewidzialna pręga
przenika pokraczny ten byt;
w nieuładzonych dźwiękach
twe dziej* klęska i mit –
(II 1998)
Kiedy czytam te wiersze, to przekonuję się nieodwołalnie, że Kawiński należy do tych poetów, którzy
słyszą tykanie zegara słonecznego. Niewielu takich
już zostało. Odnieść nas, odnieść siebie samego do
codzienności zdarzeń, zdawałoby się – nic prostszego. Jak choćby w wiersz „Prostota zdarzeń” z tomiku
Kręgu zdarzeń)
Widać: fałdę ciszy pod ścianą,
wędrującą zieleń za oknem,
sekundę która wiruje szaro, śpiew rzeczy
ułożonych nierówno na stole; plamę
która różowo oddycha
we wnętrzu twego ciała;
i pozwala wierzyć
w jeszcze jeden dzień.
(1997)
34
34
w pierzastej dłoni echa;
liścia zgiętego pieśnią
przywianą z daleka;
Być może jest tam i prostota zdarzeń, ale jakich!
Kawiński robi w swojej poezji coś niezwykłego, bo
zapowiadaną prostotą zdarzeń już już wpycha mnie
(albo podprowadza) pod prostotę (ach, te paradoksy
dobrej poezji!) różewiczowskich wierszy-faktów, gdy
nagle, w lekturze wiersza „Prostota zdarzeń” – żadnych
zdarzeń! Dokładniej pisząc: wszystkie zdarzenia dzieją
się pod skórą, na powiekach, w naszych płucach,
w pamięci czy w świecie reguł ze „śmietnika etyki”.
Kawiński mówi tym wierszem do mnie, że to, co się
dzieje w świecie, gdy identyfikujemy jakieś zdarzenie
(przecież gdy czytam w tytule słowo zdarzenie, to
nie mam problemów z identyfikacją swoich oczekiwań wobec tego słowa; ktoś ma?) ma swoje dziwne
„podskórne odnogi”, a wtedy nic już nie pozostaje
proste. Statyczny zdawałoby się świat wiersza, zdarzeniowo statyczny, okazuje się wulkaniczny od soli
na powiekach, poprzez zieleń rozsypaną za oknem
i poranek wybuchający czystością promieni po czyjś
zadeptany cień.
Poezja Kawińskiego rozpięta jest między efemerycznością widoków z okna i ulotnych chwil ulicznych
a wiecznym czasem zaklętym w pomniki i literaturę.
Ten rozmach tematyczny, ta poetycka „wszystkość”
powoduje, że Kawiński każdą obserwację – to dominujące wrażenie w mojej lekturze – przemienia w poezję.
Wszystko opisuje wierszem. Taka strategia twórcza
wzbogacona kilkupokoleniowym doświadczeniem z
poezją własną i dookolną (przypominam, że dorobek
krytycznoliteracki Kawińskiego jest imponujący) sprawia, a przynajmniej może sprawiać pewien kłopot,
bo wielu czytelników nie jest w stanie zaakceptować
Stachurowej maksymy, że wszystko jest poezja. A bez
tej akceptacji i odpowiedniego uposażenia kulturowego lektura liryki Kawińskiego jest utrudniona. Przypominam, że w wierszu „Strefy” gwiazdki wyjaśniające
o kogo chodzi pochodzą od autora. To ewidentny
dowód jego obaw, że sygnał dotyczący dwunastu
listów nie wszystkich naprowadzi na taki właśnie tytuł
tomiku Marka (Wawrzkiewicza). Że to stały motyw
świadczy następujący dopisek pod wierszem „Zatarte ślady” z tomiku późniejszego o jedenaście lat,
z tomiku „Skoro świt” z 2010 roku: „Autor wspomina
następujących pisarzy: A. Słuckiego (zm. 1972), J.B.
Ożoga (zm. 1991), J.A. Frasika (zm. 1983), T. Śliwiaka
(zm. 1994), B.S. Kundę (zm. 1991), S. Skonecznego
(zm. 1979), T. Nowaka (zm. 1991), J. Harasymowicza
(zm. 1996).” Naprawdę łatwo zmierzyć się z wszystkimi
wyliczonymi postaciami? Myślę o ich literaturze a nie
o tym, że niektórzy z nich sygnowali niechlubną srezolucję z 8 lutego 1953 roku dotyczącą krakowskiego
procesu księży.
Tak więc czy ślady są (już) zatarte czy zacierają się
same, czy przy udziale naszej ułomnej pamięci albo
czynowników historii, którzy dorywają się do władzy tak
samo dziś jak i wczoraj Kawiński zawsze pisze sobą.
Proszę sięgnąć po wiersz „Zieleń” z tomiku Żelazna rosa
(1995). Wydaje się, że są tam błyski zaledwie a ile się
może zdarzyć, gdy w zapamiętanych szczegółach/
mieszczę się cały, bez reszty. Ile się może zdarzyć,
gdy albo i mimo, że upływający czas odciska piętno
i na autorze. To już wiemy i wiemy, że poeta jest tego
świadom. Widać to i w przytoczonych listach, ale i
w wierszach, gdy poeta kończy wiersz *** (Dawno
temu) następująco: Czytam ślepymi palcami anty-/
chronologię lat. Anty-chronologia czytana ślepymi
palcami! – potrzebny jest do tego jakikolwiek ko-
Wypowiedzieć gałąź
Zamknąć w znaczenie
Kroplę ciszy
Na tle ramy okiennej
Usłyszeć
Śpiew muszli południowego morza
I dzień
Unieść na dłoni jak owoc i barwę
Żyjącą
Pozbawioną oddechu
Miejsce lasu
W którym codziennie jesteś
określić
Stojąc w kwadracie ogrodu
Tak
Abyś rozeznał swoje serce
Wśród liści i kolczastych traw
Spokojnie przyznaj się do siebie
I nie przywołuj ciągle żywiołów świata
Wstępuj na schody
Poplamione słońcem
W gorący sen
Bez zamykania powiek
Reszta zależy od ciebie –
W „pod okiem słońca” na początku - a wybór
otwierają wiersze z tomiku Odległości posłuszne (1964)
– dużo słońca (wiersze „blisko słońca”, „z listów do
poety” czy zacytowany wyżej wiersz „reszta”) a potem, chociaż pod okiem słońca zostajemy nadal,
coraz więcej spojrzeń Kawińskiego w mniej radosne strony ludzkiego padołu: brąz błota, dymy nad
miastem, krew historii. Zaczynają dominować a przynajmniej przeważać obrazy o ciemnych barwach
holenderskich mistrzów gdzie więcej cienia i brązu
właśnie niż światła. To dziwne u Kawińskiego, gdy
zestawimy te barwy i nastroje ze wszechobejmującym słońcem! Dlatego jego poezja – nawet gdy jej
obrazowość może komuś nie wystarczać – niezmiennie
mnie intryguje. Te wiersze zdają się być przytłumione
głębokim pesymizmem, który poeta najchętniej schowałby nawet przed sobą samym. Ale ten pesymizm,
jego nieuchronność jest silniejsza od autora, bo zawarta w jego wypracowanym przez lata poetyckich
doświadczeń zindywidualizowanym języku, sposobie
obrazowania, który najchętniej nazwałbym wierszoobrazami. Wierszo-obrazy Kawińskiego nie są opisem,
próżno w nich szukać relacji korespondencji języka
do rzeczywistości. Język Kawińskiego jest głęboko
analityczny i od razu prezentuje nam świat (jakoś)
zinterpretowany, nacechowany wartościowo. To tak
jakbyśmy – trzymam się malarskich porównań, a wolno
mi tak czynić, bo malarzy (i o malarzach) w wierszach
Kawińskiego cały orszak – patrzyli na „Krzyk” Munka i
ten krzyk słyszeli a przecież obrazy są „nieme”. Tak i
u Kawińskiego: wiele wierszy mimo, że językowo stonowanych, wygaszonych, wyciszonych choćby przez
częsty u niego motyw patrzenia na świat przez szybę, to słyszymy ich krzyk. To w tym „niemym krzyku”
poeta często wyraża swój stosunek do świata. Szyba
niczego nie zatrzymuje, trochę tłumi nasz czytelniczy
rozpęd, ale niczego nie zatrzymuje. Wieloletnia praca
w języku dała Kawińskiemu swobodę dokonywania
poetyckiej osmozy przez tę szybę, możliwość przenikania świata do poetyckiego wnętrza autora i w drugą
stronę – nasączania świata autorską wrażliwością.
Dlatego znajduje Kawiński w naszym mało sympatycznym świecie, mało przyjaznym także ze względu na
osobnicze umieranie miejsce na przyjaźń. Mnóstwo u
niego poetyckich dedykacji dla osób z poetyckiego
bractwa, ale też, o czym wspominałem, malarzy.
Warto wspomnieć też o widocznym w jego poezji
ciepłych rodzinnych relacjach w zasadniczo brudnym
i zimnym świecie. I takimż Krakowie! Powiedzmy o tym
szczerze, jeśli z wierszy Kawińskiego wychyla się jakiś
Kraków, to raczej nie ten widziany oczami turysty spod
Kościoła Mariackiego w czasie odgrywania hejnału,
lecz ten Kraków zjadany przez Nową Hutę. A wszystko
to objęte jest linię brzegową jego (poety) ciała! To
wskazuje na swoistość tej poezji. Kawiński operuje w
przestrzeni ludzkich doświadczeń i widzi, jak trudny to
Ars poetica
na starość nie wyrastam z ubrań
a tylko z poetyk;
wkrótce i tak nas wyrówna
ten który spieszy się do mety –
upraszcza mnie przestrzeń z mową
śliską od żelaznych słupów;
chaos zadusił nad-realne słowo
pośród znaczeń głupich –
plączą się skutki i coraz więcej przyczyn
wyrasta w dżungli stulecia;
musisz się obejść nie smakiem lecz niczym
chłodnym jak wczesny kwiecień –
ryby z alaski do nas nie przypłyną
choć liście spadają z cementowych drzew;
kłócisz się ze mną skurczona godzino
o to czego nie mogę już mieć –
Ten wiersz to już nasz wiek dwudziesty pierwszy..
Poeta mówi, że wyrósł z poetyk, co najlapidarniej
chyba określa wspominaną poetycką swobodę jego
liryki. Na marginesie, ale wcale nie marginalnie: wierszy
zatytułowanych „Ars poetica” jest u Kawińskiego kilkadziesiąt i to tak bliżej setki (!), starczyło by na nielichą
antologię. Może to jest pomysł, panie Wojciechu?
A wspominam o tym jako o dowodzie, że cały swój
poetycki czas mocuje się autor Sennika porannego
nie tylko z przerabianiem świata na wiersze, ale i z
tym jak to się robi. I chociaż mówi, że wyrósł z poetyk,
to na szczęście nie wyrósł z wierszy!
Paradoksalnie
Szukając gwiazdy,
Zgubiłem grzebień.
W. W.,
WEDŁUG
HEINEGO
ANDRZEJ WOŁOSEWICZ
długo, o wiele za długo,
rozsypywał się pośród wzgórz
piaszczystych i śnieżnych
ten wiek; jego gałąź
sięgnęła gwiazd, księżyca, dna;
niejeden był upartym sługą
okrucieństw, przywilejów, złóż
węgla i kości, mitów błędnych,
miraży; to, co pozostało,
jest mgiełką, treścią rozbitego szkła –
Jest u Kawińskiego jakaś przejmująca kompatybilność indywidualnego umierania i destrukcji sensu
świata jako całości. Jeżeli tomik, z którego cytuję
wiersz „Paradoksalnie” zatytułowany jest „Widok z
okna”, to można rzec, że ten widok jest dla naszej
współczesności wielce kłopotliwy. Wiersze Kawińskiego, które buszują w realiach i dosłowności tego, co
dookoła i tego co za oknem lub w przekazie telewizyjno-medialnym, zdają się w ogóle poza ową
dosłowność nie wykraczać, co naprowadza mnie na
trop, że poeta mierzy się tu z czymś, co nazywam
omnipotencją wiersza, czyli chęcią (przekonaniem?,
nie wiem) (o)powiedzenia wszystkiego wiersze właśnie.
By rzec inaczej: Kawiński chce wszystkiego dotknąć
wierszem. Wiersz wtedy, od strony autorskiej, staje
się autodefinicyjny – mam tu na myśli to, że wiele z
tych „dosłownościowych” wierszy mogą (zrób sobie,
Czytelniku, taki eksperyment) równie dobrze (za)istnieć
jako krótkie prozy (poetyckie). Moja diagnoza tej sytuacji jest dwojaka. Albo jest tak, że świat drugiej
połowy życia Kawińskiego (i mojego) jest właśnie
taki, że nawet poezja o nim ulega sprozaizowaniu
, czyli swoistej – przepraszam za słowo – „prostytucji”; dokładnie tak diagnozuję tę „dosłowność”. Albo
pierwsza połowa życia Kawińskiego (i mojego) była
innym światem, w którym tamta, ówczesna dosłowność naszej rzeczywistości (bo rzeczywistość zawsze
jest jakoś dosłowna) kształtowała inną wrażliwość, bo
inne lektury, bo inne relacje międzyludzkie, bo inne
miłości. Albo i to i to razem, czyli – logicznie rzecz
ujmując – żadne albo-albo, tylko i to i to.
Powiedzmy jeszcze i to, że doznaję w poezji Kawińskiego wyraźnego jej przełamania. Światu młodości,
tego wszystkiego, co nas wtedy (u)kształtowało i co
niesiemy ze sobą przez resztę życia, przez życie całe,
świat dzisiejszy odbiera oddech, powietrze, przytłacza i de facto niszczy nasz pierwotny (w znaczeniu: pierwszy) sposób funkcjonowania. Stajemy się
reporterami, poetyckimi reporterami nie-swego świata. Nasze ja wyraźnie jest nie u siebie. Ale jest, więc
piszemy. Nawet, gdy stwierdzamy z nieukrywanym
smutkiem, jak Kawiński w puencie wiersza ”Banały”,
35
Fot. Robert Gauer
reszta
że: „Słowa –/ Cóż one mogą zmienić”. Te gorzkie
słowa – wspominałem już przecież o pesymizmie
Kawińskiego – pochodzące z tomiku z roku 1964 na
szczęście nie spowodowały zaniechania, złamania
poetyckiego pióra.
teren. Zwróćmy uwagę na puentę wiersza „U progu
dni”: „Obszar człowieczych doświadczeń/ to miejsce/
do którego coraz trudniej dojść”.
A przecież miejscem człowieczych doświadczeń
jest zarówno to, co poznajemy z wierszy stricte literackich, kulturowych, obracających się wokół świata
literackiego i jego postaci, jak i ten świat, który nazywam mięsem rzeczywistości, świat mojej codzienności i codzienności tych, którzy z literaturą i kulturą
skończyli kończąc swoją edukację (na danym, sobie
właściwym, szczeblu). Ten plan zagospodarowują,
jeśli można tak powiedzieć, wiersze Kawińskiego w
których idzie on ulicą czy komentuje telewizyjny miszmasz. Ale czy bierze się poeta za nasze „prostackie”
doświadczenia, czy doświadczenia z wysublimowanej
kultury, każdym wierszem obejmującym jedne i drugie
wychyla się w stronę sensu w sposób widoczny, próbując ten sens rozpadającego się świata wyłapać,
nazwać a często wskazać tam, gdzie inni go w ogóle
nie dostrzegą. Czy naprawdę muszę tłumaczyć, że
świat Munka czy Przybosia nie jest jednym, nie jest
jednością ze światem bieżącej polityki, rozrywki klasy c
czy muzycznego pop-u? Kawiński potrafi wskazać ten
sen nawet jeśli jest to trudne czy wręcz niemożliwe.
Tak, te wyraźne napięcia jego poezji, napięcia spowodowane owym rozpięciem pomiędzy wskazanymi
biegunami nazwałbym – bez pretensji do uogólnień
– wędrówką w stronę Niemożliwego. I nie jest w tym
momencie ważne, co z czasem staje się bardziej
Niemożliwe, czy rozpadający się świat, rozpadający
się z powodu własnej, zawinionej tylko przez siebie
historii (patrz wiersze „Spokój ścian” czy „Paradoksalnie” – ten ostatni przytaczam:
INTERPRETACJE
mentarz? Może ten jedynie, że rzadko, bardzo rzadko
udaje się mówiąc tak mało powiedzieć tak wiele.
Warto w tym kontekście spojrzeć na tomik
podsumowujący twórczość z pierwszej połowy życia,
czyli spojrzeć na „pod okiem słońca” (1980). Zacznę
od przytoczenia wiersza:
Gazeta Literacka 35
POEZJA
Ewa Poniznik
zjawa
przeciekasz mi przez gesty nazbyt oficjalnie i trochę
ze wstydem
chowasz po kieszeniach wszystkie ślady złudzeń wykradłeś
mnie ze snu bym była dla ciebie tylko w twojej głowie
w twoich końcach świata się nigdy nie zbudzić wierzyć
tylko w siebie wspólnie pachnieć nocą do granic
księżyca posuwać się naprzód nie myśląc
że przecież wkrótce zapomnimy że ja jestem
w tobie gdy zamykasz oczy obudź się spójrz nawet
nie mam twarzy więc zatrzyj kontury żyj tak
jakbyś nie śnił zanim znów się zjawię
nastaw budzik zbudzimy się tam
gdzie nas już nie ma poskładamy
nasze pościele strzepiemy kurz
ze snów z czystymi kartami pójdziemy
do pracy do życia swoich nowych
imion zgubimy gdzieś pamięć dopiszemy
inną bez skojarzeń domysłów głupich
dźwięków złudy teraz już nie będzie
pustych liter bezpańskich nazwiesz mnie
od nowa wysylabizujesz zatwierdzisz
zapiszesz w swym systemie nie kopiuj
nie wycinaj nie zwiększaj rozdzielczości
przejdę do nawiasu nim postawisz kropkę
morze
szukałeś mnie w zgiełku piasku
ale noc zamknęła ci oczy nasłuchiwałeś
ale fale ukradły ci słuch milczałeś
mowa odeszła ze strachem a ja
Fot. Zbigniew Joachimiak
defragmentacja
znów usiłowałeś wyśnić sobie
mnie pod powiekami które
zapomniały twarzy czy ją kiedyś
miałam czy twoja ja to bajka
codziennie oszukuję
męża siebie szukam
gubię się w tobie
kolejny raz zrobię ci
jak ta której nigdy nie
dokończyłeś właściwie
poznałam tylko tytuł życie
a przecież my nie żyliśmy
dobrze kochanie ona też
się nie dowie
zetrzyj mnie
z siebie zbierz
długo i szczęśliwie to nie nasz
czas przestań się łudzić obnażać
nas z prawdy wróć do siebie bądź
sobą w nowy sen się wczytaj
poukładaj myśli zgodnie
z ostatnim numerkiem
skończ niech słyszą że
wołałam przystań koło mnie na próżno
odpływasz już z inną pierwszą z brzegu
łodzią
rozrachunek
nazwij mnie wierszem
lub wzorem matematycznym
podziel przez ułamek
drgań pierwiastków bezwstydu
przemnóż przez ilość grzechów
popełnionych na mnie
nie musisz nas ubierać
w słowa nie jesteś poetą
niedoszłym
jesteś
nie doszłam
fizyczność
nie będziemy parą ulotnimy się szybciej
niż powietrze które mi skradłeś bez pozwolenia
36
na gest obopólnie przyspieszony bez słowa
zabrakło rytmu zbyt szybko wiedziałam
że porywasz się na gwiazdy jednego wieczoru
pozbawiasz je marzeń zanim zdążą upaść
wprost proporcjonalnie do krawędzi twojego
łóżka
36
Migotania 53
możesz zostać
z nią zawsze układać
ciała do snu rozbierać z nadmiaru
złudzeń poznawać rano pytać
o stan imię ewentualnie
przy czarnej kawie
trzeźwieć przy bladym świetle
upijać się do nieprzytomności zlizywać z ust
kochanków naznaczać sobą by
była tylko twoja zanim wróci
dzień
możesz zostać z nią więc
nie potykaj się o
moje ramię
zmyślam się
dla ciebie czaruję
nakładam uśmiech
zamiast sukienki wiesz
że nie lubię kiedy
tak patrzysz na nią
z ekranu gwiazdę wyłącz
się na chwilę pilotem
celuj we mnie bądź bohaterem
jednorazowych występów
celuj w kanał tylko dziś
masz władzę
nie istniejemy
nie spotykajmy się nie
chodź za mną nawet
cię nie znam od wielu lat
się duszę zamykam okna
przed tobą jestem
jak kot czuwam czuję
on też nie śpi szuka świtu
nie ma w nim miejsca
dla ciebie zniknij
ja już to zrobiłam
spraw aby jutro było
stać cię na mnie
na przebieranie w gestach
na rozbieranie wzrokiem
na dobieranie układu do
kształtu mojego tętna
chyba zapomniałeś znów
stłukłeś filiżankę na drobne
rozmieniłeś lubisz małostkowość
nawet w kawałkach się
uśmiechasz jeden dla mnie
więcej kobiet nie pamiętam
sprzątasz po nich każdy okruch
włos fragment zapachu wypychasz
za drzwi tam jest najbezpieczniej
dla was gdzie mnie ukryjesz
dmuchniesz coś na pożegnanie
do uszka jestem rozbita jak
twoja druga
połowa
Opowieść o książce jest pewnym rodzajem sztuki. Idąc za tym przekonaniem, Redakcja
„Migotań” zaproponowała Czytelnikom i Sympatykom konkurs na recenzję. Można było napisać o dowolnie wybranej publikacji rozumianej jako literatura piękna lub zainspirować się
którąś z naszych książkowych propozycji.
Wszystkie trzy nagrodzone teksty wyróżniają się jakimś rodzajem czułości względem wybranej książki. Jest głos dyskretny i melancholijny. Jest głos cierpliwy i współodczuwający. Jest
wreszcie głos czujny i delikatnie przekorny. Każdy z tych trzech głosów balansuje pomiędzy
spojrzeniem osobistym a nieodpartą chęcią rozmowy.
Z tych kilku zdań podsumowania wyłania się takie: recenzja to sztuka czułości do książki.
REDAKCJA
Z
imny podmuch wiatru, rzeka biegnąca w nieznane, nieoswojona zaduma – gdybym miała wyliczyć, z czym
kojarzy mi się twórczość Tove Jansson po pobieżnym zapoznaniu się ze słynną sagą o Muminkach – urokliwych
trollach – jeszcze za czasów dzieciństwa, zapewne tylko
to mogłabym powiedzieć. Pełne nostalgii, nieco egzaltowane spojrzenie - niezbyt ostre, gdyż zatarte przez upływ
lat – nie może właściwie oddać mojego stosunku do jej
osoby jako pisarki.
Zachęcona okładką emanującą chłodnym spokojem oraz nazwiskiem obiecującym melancholijne
wieczory, wchłonęłam w siebie trzydzieści jeden
opowiadań autorstwa Tove Jansson, większości czytelników znanej dzięki wspomnianym wcześniej historiom dla najmłodszych. Ów zbiór zróżnicowanych
pod względem długości utworów, noszący enigmatyczny tytuł „Wiadomość”, pozwolił mi wdać się w
dialog z artystką, przeniknąć do odległego świata
Skandynawii.
Jansson (1914-2001), Finlandka szwedzkojęzyczna,
twórczyni płodna i dość wszechstronna, odnosząca
sukcesy na polu malarskim, wykonywała ilustracje do
dzieł literackich innych pisarzy: Hobbita, czyli tam i z
powrotem autorstwa J. R. R. Tolkiena czy Alicji z Krainy
Czarów Lewisa Carrolla; oblicze to mamy Muminków
ważne dla niej samej, jak mniemam. Motywy związane ze sztukami plastycznymi przewijają się przez kilka
opowiadań, takich jak Wpaść na pomysł, Robert,
Czarno-białe, Rysownik czy Władysław. Aby jednak
nie uwięznąć całkowicie w kuszącej pułapce biografizmu, podążę także śladem własnych refleksji.
Wiadomość rozpoczyna przedmowa Philipa Teira
parającego się dziennikarstwem, a wprowadzeniem
jest następujące zdanie: „Szkoda mi ludzi, którzy znają Tove Jansson tylko jako autorkę Muminków”. Jak
wskazuje ton tej wypowiedzi, tylko ów człowiek, który
poznał twórczość pisarki skierowaną do dorosłych
czytelników, może cieszyć się pełnią obrazu, szczycić
gestem uchylenia zasłony. Nie zgodzę się, ponieważ
muminkowa saga może stać się zachętą do dalszego zgłębiania dorobku literackiego Jansson. Tak
było ze mną.
Pamięć o przygodach bohaterów tej serii, jak
również atmosfera mgły rozlewającej się na doliny,
kazały mi sięgnąć po zbiór raczej krótkich utworów
prozatorskich, których wyboru dokonała sama autorka. Całość można podzielić na dwie przeplatające
się ze sobą części: Tove młodsza i Tove starsza, co
uwidacznia się w tekstach pod postacią opowiastek
mniej i bardziej dojrzałych.
W łódce
z Tove Jansson
Już w pierwszym opowiadaniu Moi kochani wujkowie można poczuć tak charakterystyczną dla tej
twórczości tęsknotę. Jansson podejmuje się tu narracji
pamiętnikarskiej i pozwala przypuszczać, że jest to
także osobiste wyznanie. Czy podobnie wyglądały jej
stosunki familijne – nie wiem, mam ten przywilej, że nie
czytałam biografii artystki i pewne sfery życia Jansson
pozostają dla mnie cudownie niejasne. Opowiadanie
napisano w sposób tyleż ciepły, co oszczędny uczuciowo („Trudno mi wyjaśnić, w jaki sposób kochałam
ciotkę Annę Lisę, możliwe, że była to mniej miłość,
a bardziej podziw i szacunek.”); przypomina zapis z
kroniki rodzinnej stanowiący dziedzictwo przyszłych
pokoleń. Każdy z czterech wujów portretowany jest
pokrótce szybkimi, ale wyraźnymi pociągnięciami
pędzla, wszystko postrzegane z perspektywy dziecka
bądź młodej dziewczyny. Można próbować dociec,
na ile to stylizacja, nostalgia bądź dziecięce serce
autorki? Z utworu łatwo wyczytać przywiązanie bohaterki (Jansson?) do swoich krewnych i pewien subtelny
podziw dla ich – czasem nie do końca rozumianego
- sposobu życia.
Ciekawe jest też kolejne opowiadanie, bardziej
swoisty negatyw literacki Wpaść na pomysł, gdzie
autorka opisuje inwencję twórczą, skupiając się na
niej, nie na efekcie. Zwraca uwagę na konieczność
rozwoju, pokazuje ryzyko zatracenia się w lęku przed
postępem, nową kreacją w sztuce: „Pomysły są czymś
bardzo szczególnym, mniej więcej jak szkice. Malarz
robi szkic, który jest tak nieskrępowany i piękny, że
nie może się powstrzymać i pokazuje go, by usłyszeć
pochwały, a gdy już pochwalą ten rysunek, malarz
zaczyna się bać o swój szkic, nie może pozwolić mu
rosnąć w procesie żmudnej pracy, jest gotowy do
włożenia go w ramy – i oto spoczywa szkic”.
Miłośnicy epistolografii również znajdą w Wiadomości coś dla siebie, bowiem trzem utworom Jansson
nadała formę listów. Listy do Konikowej artystka osnuła
wokół prawdziwej, młodzieńczej korespondencji ze
swą żydowską przyjaciółką, która wyemigrowała z
kraju. Tu Jansson nie każe się domyślać czy owa nowela epistolarna ukazuje prawdziwą relację – wprost
to potwierdza, podpisując się własnym imieniem. Ton
listów jest więc bardzo osobisty, emocje wyglądają spod pióra, powstaje obraz Konikovej złożony z
barw nadanych przez autorkę; to czysty subiektywizm,
wyjście Jansson z cienia. Język jest zatem bogatszy,
mamy do czynienia ze zróżnicowanymi pod względem
ładunku uczuciowego zwrotami wprowadzającymi
w nastrój konkretnej wiadomości („Kochana Evo”,
„Cześć, jest niedziela”, „Koni”). Pełno tu wspólnych
spraw. Z kartek wyziera tęsknota oraz pewne uwielbienie dla adresatki, która uparcie milczy.
W Wiadomości jest wiele ciekawych widokówek
literackich, które można by wyciąć i powiesić na
ścianie nad łóżkiem, a potem wspominać Finlandię,
w której nigdy się nie było. Tak jest z małą formą pod
tytułem Łódka i ja. To krótka opowieść o dziewczynce
wyruszającej na samodzielną wyprawę na morze. Niewiele tu opisu przeżyć wewnętrznych. Całość to raczej
relacja ze zmagań z wodą, wiatrem i zapewne…
sobą. Tę osobliwą widokówkę można zinterpretować
jako wchodzenie w okres dojrzewania, odkrywanie
własnych możliwości i ograniczeń. Jednak to kolejny
już utwór autorstwa Jansson, któremu każdy z czytelników ma prawo nadać własny kształt, dopisywać
znaczenie. Tu tkwi siła mamy Muminków – między
wierszami czai się ukryte, co wszyscy możemy odebrać
inaczej, mając jednocześnie poczucie, iż tajemnica
nie została rozbita w pył o skały.
Kolejne opowiadania nie zatarły we mnie śladów
poprzednich. Tematykę większości mogę zapamiętać.
Niektóre koncentrują się prawdopodobnie wokół osoby Tove, inne – problemów świata, marnotrawienia
żywności etc., np. Mały letnik.
Warto zwrócić uwagę na literacką formę kolażu,
ostatnie opowiadanie podsumowujące całość książki,
tytułową Wiadomość. Mamy tu do czynienia z fragmentami faktycznych wiadomości, jakie dostawała
Jansson od swoich czytelników i osób zaangażowanych zawodowo w jej sukces; niektóre są absurdalne, inne tylko naiwne. Pozostaje kwestia interpretacji
tytułu – czyżby te zlepki informacji były paradoksalnie
wypowiedzią Jansson na temat wrzawy, jaka się wokół niej rozpętała?
Język w książce jest dość prosty, w warstwie emocjonalnej raczej spokojny, opisowy. Stanowi zaletę,
narracja nigdy nie jest napuszona, uwagę skupia
dana historia.
Wiadomość, którą przesłała mi Tove Jansson, jest
spójna, mimo rozmaitości tematycznej. Całość łączy
specyficzny klimat zimna, alienacji i niedopowiedzenia, gdyż każdy z bohaterów tworzy tu swój odrębny
świat. To trochę książka-zagadka, nie można mieć
pewności co do treści. Brak mi tylko możliwości oderwania się od melancholii, która kapie z wielu stron.
Taka już chyba jednak jest Tove Jansson – rzuca urok
rzewności.
NAGRODZONA RECENZJA
Katarzyna Buczyńska
KATARZYNA BUCZYŃSKA
Tove Jansson, Wiadomość, Warszawa 2015
Fot. Robert Gauer
37
Gazeta Literacka 37
NAGRODZONA RECENZJA
W poszukiwaniu
istoty człowieka
Kinga Młynarska
dea „Osłuchiwań” oraz konstrukcja i stylistyka tomu
IPaliga
skupione zostały wokół człowieka. Jednak Renata
spogląda na ludzi i bada ich w niezwykły, liryczno-medyczny, sposób. Lekarka z wykształcenia,
zawodowo związana ze służbą zdrowia, jako poetka
zagląda pacjentom-czytelnikom w duszę, osłuchuje,
kontempluje.
Zachwycające jest poznawanie człowieka poprzez lirykę. Paliga połączyła wrażliwość artysty
oraz kunszt literacki z wiedzą z zakresu medycyny.
Ważny jest dla tego tomu również szeroki kontekst
kulturowo-społeczny. Poetka swobodnie porusza
się nie tylko w zawiłych meandrach ludzkiego
ciała, ale także w labiryncie współczesnej polszczyzny (sama wzbogaca leksykę o neologizmy)
oraz kultury ze wszelkimi jej zwyczajami, uznanymi
postawami czy nawet zabobonami.
„Anatomię poznania” poetka rozpoczyna
od swoistego hymnu do serca. Już sama forma wiersza – stylizacja na modlitwę – sugeruje,
że rzecz dotyczy kwestii najistotniejszych i treść
liryku to potwierdza. Nie bez powodu przecież
serce nazywane jest tu dzwonem życia i źródłem
jestestwa. W równie podniosłym tonie autorka
charakteryzuje zmysły i mózg, przy czym tutaj
da się zauważyć już nieco „cieplejszy” stosunek
podmiotu do źródła ludzkiej mądrości.
Paliga zachwyca wrażliwością i wnikliwością,
ale przede wszystkim wielkie wrażenie robi jej
zdolność uchwycenia tego co niewidoczne – nie
tylko w sensie cząstek biologicznych, ale również znaczeń metafizycznych. Poetka w każdym
wierszu spogląda na inną część ludzkiego ciała,
ale to nie znaczy, że tworzy wyłącznie liryczny
atlas anatomiczny. Autorka doskonale rozumie,
że człowiek to przede wszystkim tajemnica i tym
tropem podąża – obnaża jego wewnętrzną strukturę, ale nie pozbawia go swego rodzaju sekretów. Paliga znakomicie pokazała to, iż wnętrze
(w sensie fizycznym) ludzkie nie stanowi bariery
nie do pokonania – dzięki nauce możemy zgłębić nasze ciało, ale to dopiero nasz „duchowy
organizm” jest prawdziwym wyzwaniem, mekką
filozofów, psychologów, artystów, poszukiwaczy
prawdy o sobie samych. Najpełniej widać tę
postawę w wierszu „Sekcja”:
można zagłębić się w człowieku
rozbierając go cząstka po cząstce
(…)
mimo splądrowania wszystkich zakamarków ciała
nie znaleźć
zasianego duszosłowa
należy wytrzeć ręce zdjąć fartuch
i stwierdzić
dzięki Bogu
że istnieje nadzieja.
Poetka zabiera czytelnika w fascynującą podróż w głąb człowieka. Jej szeroka perspektywa
widzenia sprawia, że w wyjątkowy sposób możemy spojrzeć na siebie. Ale „Osłuchiwania” to
nie tylko liryczne mini-charakterystyki człowieka
pod określonym kątem. Autorka dzieli się także
m.in. wspomnieniami czy refleksjami dotyczącymi zawodu lekarza, dla których pretekstem
38
stały się określone organy czy któraś z dziedzin
medycyny. W „Genetycznej ruletce” podmiot
podkreśla wielki rozwój medycyny – kiedyś sekcje zwłok były nie tylko karane, ale również
moralnie piętnowane, a dziś lekarz jest w stanie
zajrzeć w niemal każdy zakamarek ludzkiego
ciała. Jednak Paliga nie skupia się tylko na
pokazaniu zmian, ona pyta także o moralne
znaczenie tych (rozmaitych) ingerencji. W zamykającym utwór dystychu wymownie puentuje:
kiedyś / i Bóg będzie inny.
38
Migotania 53
Fot. Robert Gauer
Paliga bada człowieka i wystawia liryczne
diagnozy. Poetka skupia się nie tylko na funkcji
biologicznej, kulturowej czy metafizycznej danego narządu (m.in. znakomicie łamie obiegowe
stereotypy), ale interesują ją przede wszystkim
kwestie moralne i duchowe. Skupia się na człowieku, jego niedolach i cierpieniach. Szczególnie
nisko pochyla się nad tymi, którzy potrzebują
pomocy (nie tylko medycznej), istnieją gdzieś
na bocznym torze.
„Osłuchiwania” to tom na wskroś współczesny. Podmiot jest świadkiem ultranowoczesnych
rozwiązań w zakresie medycyny, dostrzega
dobrodziejstwo rozwoju nauki, jednocześnie
zauważając swego rodzaju ludzką ignorancję
(ujawniającą się na wielu płaszczyznach), która
jest jedną z najpoważniejszych dolegliwości XXI
wieku.
Pióro Renaty Paligi jest bardzo wyraziste – niezwykle liryczne, ale także ostro zakończone. Bardzo świadoma językowo poetka umiejętnie i z
dużym wyczuciem korzysta z rozmaitych stylistyk
i środków poetyckich. Tworzy serię wymownych
obrazów pobudzających wyobraźnię czytelnika,
skłaniających do refleksji, prowokujących. Podmiot snuje także serię mini-opowieści o samym
sobie (czy raczej o samej sobie, bo wszelkie sygnały świadczą, że w tomie mówi sama poetka,
stąd w dalszej części tekstu będzie pojawiać się
żeńska forma dla podmiotu). Te liryczne autobiografie dotyczą przede wszystkim kształtowania się osobowości poszukiwacza – „ja” liryczne
bowiem to typ obserwatora i eksperymentatora,
chłonie wiedzę, ba, chłonie cały świat wszystkimi
porami. Podmiot zdradza, że jej zainteresowanie, fascynacja i poczucie misji rozpoczęły się
już w łonie matki, gdzie ukąsił ją wąż Eskulapa.
Wybrała zawód lekarza głównie dla drugiego
człowieka, ale to nie tylko chęć pomocy czy
uleczenia świata, poetka wierzy, że dzięki temu
zdoła poznać także własną naturę:
codziennie
dotykam słucham macam pukam szturcham
później opisuję urzędowo
i przeglądam się w drugim człowieku
stawiając rozpoznanie
poznania
(„szamanka” – fragm.)
„Osłuchiwania”, choć skupione wokół jednego
(choć obszernego) tematu, są tomem, w którym
wyraźnie uwydatnia się uniwersalny charakter. Mimo
specjalistycznego języka czy liryczno-medycznych
charakterystyk, tom Renaty Paligi jest przede wszystkim intymnym zwierzeniem Człowieka, dotyczącym
siebie oraz ludzi wokół. Właśnie ta prawda wyrazu,
odważna szczerość i odrzucenie wszelkich tematów
tabu, obalanie stereotypów oraz mocne zakorzenienie
tej liryki w tradycji i polskiej kulturze – wspomagane
środkami poetyckimi i językiem – pozwoliły na zbudowanie głębokiej więzi w relacji podmiot–odbiorca.
Duży wpływ mają na to również poruszane w tomie
kwestie, wspólne doświadczenia, te same pytania,
na które odwiecznie poszukujemy odpowiedzi (m.in.
o miłość, cierpienie, wybaczanie, stosunki z bliskimi
itp.).
Swoboda i biegłość literacka poetki ujawnia się
przede wszystkim w konceptach. Każdy utwór – choć
jest integralną, pod względem formalnym, cząstką
całego zbioru – odznacza się indywidualnym charakterem. Poetka miała osobne pomysły na poszczególne wiersze, co czyni zbiór nie tylko przyjemną i
zaskakującą lekturą o ponadczasowym wymiarze,
ale przede wszystkim bardzo dynamiczną relacją ze
swoistych poszukiwań istoty (także własnego) człowieczeństwa. I choć Paliga nie zaspakaja całego
głodu wiedzy, nie rozwiewa wszystkich wątpliwości to
jednak udziela kilku ważnych odpowiedzi, daje cenne wskazówki, a przede wszystkim pobudza emocje i
wyobraźnię oraz mobilizuje do dalszych dociekań.
KINGA MŁYNARSKA
„Osłuchiwania”, Renata Paliga, 2015, Gdańsk.
Zaproszenie do więzienia
P
Fot. Robert Gauer
odobno człowiek rodzi się sam i umiera sam. A według Nabokova najwidoczniej także żyje sam – ograniczony, zamknięty w małej przestrzeni i wyizolowany od
ludzi. Jego powieść „Zaproszenie na egzekucję” to dzieło
łączące w sobie elementy absurdu rodem z „Procesu”
Kafki i filozoficzne zacięcie „Jaskini” Platona, które razem
tworzą klaustrofobiczny, i, na domiar wszystkiego niezwykle
rozpaczliwy obraz ludzkiego życia.
Co prawda autor już w przedmowie zaznacza,
że podobieństwo historii Cyncynata i Józefa K.
jest czysto przypadkowe , jednak w dzisiejszych
czasach, gdy „Proces” stał się już częścią kanonu i lekturą obowiązkową, nie sposób jednak nie
dostrzec podobieństw fabularnych: więzień, który
nie wie, jakie przewinienie mu się zarzuca, i który
czeka na moment, w którym kara dojdzie do skutku. Podczas gdy historia Kafki przypomina koszmar
senny, z którego mimo wszelkich usiłowań nie sposób się wyrwać, powieść Nabokova jest całkiem
inna w swojej wymowie. Owszem, mamy tu do
czynienia z dozą absurdu i oniryzmu, ale jest on
w swojej formie dość łagodny, subtelny, można
powiedzieć – prawie że wiarygodny. Sam główny
bohater, nota bene ofiara losu (i to dosłownie i w
przenośni), pozbawiony jest charakteru i werwy – to
człowiek zmęczony życiem, pozbawiony złudzeń i
pogodzony z losem. Już nawet o nic nie walczy
– ani o wolność, ani o małżeństwo z kobietą, która go zdradza z kim popadnie, ani już nawet o
przyzwoity napój podany do śniadania.
A choć bohater wydaje się bezbarwny i mdły,
styl powieści taki nie jest. Na pewno jest dość statyczny, spokojny i niezaprzeczalnie może obudzić
w czytelniku dozę błogiej senności, szczególnie,
że wyścielony jest miękkimi wyrażeniami, kojącymi
formułkami i rozkosznymi porównaniami, tu i ówdzie
okraszony jakimś zdrobnieniem. Nawet więzienie
jest tutaj przytulne – do śniadania podawana jest
gorąca czekolada, celę wypełniają liczne książki,
a od czasu do czasu wpada kolega, z którym
można pograć w karty czy szachy. Może przestrzeń
nie jest specjalnie duża, ale zapewnia całkiem
znośne warunki do życia. No właśnie – życia. A
przecież bohater miał w niej czekać na śmierć.
Jak ma się jedno do drugiego? Normalnie, czyli
– filozoficznie.
Tak jak Platon pisał o jaskini, w której jesteśmy
uwięzieni i skazani na niewiedzę, podobnie o życiu pisze Nabokov, on sięga jednak po bardziej
dosłowną metaforę, jaką jest skazaniec w więziennej celi.
Cyncynata poznajemy w chwili gdy po wyroku
sądowym jest transportowany do więzienia, a o
jego przeszłości dowiadujemy się dopiero w trakcie
czytania lektury, gdy mimochodem wspomina on
taki lub inny epizod ze swojego życia. Natomiast
to, jak długo pozostaje on w zamknięciu i kiedy
z niego wyjdzie (a oczywiście jedynym wyjściem
skazanego na egzekucję jest wyjście ze świata
żywych), nie jest to do końca oczywiste. Upływ
czasu jest co prawda zasugerowany, ale narracja,
która w wybitny sposób pewne fakty uwypukla a
inne pomija, wywołuje złudzenie mijania wieczności i sprawia, że czytelnik sam gubi już rozeznanie
w czasie, a nawet poniekąd przyzwyczaja się do
zamknięcia w jednej celi ze skazańcem i obserwowania akcji zza więziennych krat.
„Zaproszenie
na egzekucję” to pełna symboliki
39
opowieść o tym, jak łatwo można stać się więźniem własnej bierności i rezygnacji, historia, która,
mimo swojego sennego tonu, mogłaby stanowić
wspaniałe bodziec do wyrwania się ze snu dla
wszystkich tych, którzy w codziennym życiu decydują się na pozostanie w wygodnej, bezpiecznej
celi własnego komfortu i pasywności.
NAGRODZONA RECENZJA
Magdalena Szewczuk
MAGDALENA SZEWCZUK
Magdalena Szewczuk „Zaproszenie na
egzekucję” Vladimira Nabokova. Warszawskie
wydawnictwo literackie MUZA SA, Warszawa 2014
Gazeta Literacka 39
RECENZJA
Anna Maria Musz
Nieskończoność liczona na palcach.
O Południku Cezarego Sikorskiego
M
eridian sensu/południk pierwszego słowa/dzieli jedną
linię z bezsensem – pisze Cezary Sikorski w Południku,
tytułowym utworze z najnowszego tomu poetyckiego. Wydana w październiku 2016 roku książka jest dosyć skromna
objętościowo (zawiera 29 wierszy), ale po lekturze pozostawia czytelnika z poczuciem nasycenia – nie przesytu,
ale właśnie nasycenia obrazami, historiami i refleksjami
filozoficznymi.
Znamienne, że w kolejnych książkach poetyckich
Cezarego Sikorskiego język ulega procesowi narastającego „upoetycznienia” (w pozytywnym tego
słowa znaczeniu). Staje się bardziej komunikatywny, plastyczny, wchłania w siebie więcej obrazów i
przetwarza je w sposób czytelny dla szerszego kręgu
odbiorców, niż wcześniejsze tomy tego autora – jeśli
wspomnieć chociażby Monadologię stosowaną czy
nawet Pięćdziesiąt cztery sonety. Nadal oczywiście
jest to poezja wymagająca, złożona i „gęsta” – wypełniona kulturowymi, filozoficznymi odniesieniami, ale
jednocześnie rejestrująca ludzkie, codzienne, życiowe
sytuacje, widoki i powidoki. Chwilami mocno zbliżając
się do prozy poetyckiej lub traktatu filozoficznego
– nigdy nie wybiega jednak poza granicę liryki.
Poeta w bardzo oryginalny sposób konstruuje
rzeczywistość Południka: realność zostaje tu odtworzona (odbita) w świecie pojęć i znaczeń. Cezary
Sikorski odważnie sięga po popularne, czytelne dla
odbiorców desygnaty: lustra, groby, schody, rośliny,
kościoły, ruiny starych budowli... Odważnie – ponieważ nie wykorzystuje okazji do popisywania się; nie
walczy o to, by już od pierwszej chwili nadać im
zupełnie nowe znaczenia symboliczne. Wręcz przeciwnie – garściami czerpie z literackiej i artystycznej
tradycji. Na przykład lustra są dla niego strażnikami
zapamiętanych wydarzeń (O czym nie chcemy pa-
Kamil Trombik
F
ilozofia śmielej otworzy się na dialog z nauką, albo nie będzie jej wcale. Parafrazując słowa francuskiego pisarza A.
Malraux mogę narazić się na zarzut protekcjonalności.
Z drugiej strony trudno nie odnieść wrażenia, że
szlachetnie umiłowanie mądrości – o ile pragnie
pozostać częścią intelektualnie ożywczego dyskursu
– nie może obejść się dziś bez pomocy szkiełka i oka
przedstawicieli świata science. Truizmem wydaje się
teza, iż korzenie nauki współczesnej tkwią historycznie
w filozofii. Nie do końca jednak jasne jest, jak w chwili
obecnej refleksja filozoficzna miałaby ustosunkować
się do swoich dorosłych, samodzielnych już dzieci.
Dzieci, które przynajmniej od czasów Newtona konsekwentnie rezygnują z ideału wiedzy wzorowanym na
wielkich narracjach metafizycznych, równie mocno
oddalając się także od swobodnych, poetyckich
sformułowań dziedziców filozofii epoki romantyzmu.
Wydaje się, że filozofowie są obecnie skazani na
dialog z naukowcami zwłaszcza ze względu na podzielane zainteresowania badawcze, dotyczące np.
narodzin życia na Ziemi czy zdolności poznawczych
naszego gatunku – że pozostaniemy tylko na gruncie wybranych zagadnień z zakresu chemii, biologii
i nauk o umyśle. A to przecież dopiero wierzchołek
40
góry lodowej!
Omawiana tutaj książka Darwin, Bóg i sens życia
stanowi doskonały przykład literatury filozoficznie inspirującej, prowokującej pytania i uświadamiającej
rangę problemów, z jakimi mierzy się współczesna filozofia biologii. Autor, Steve Stewart-Williams, to zdeklarowany ewolucjonista. „Niebezpieczna idea Darwina”
pociąga go równie mocno, co przekonanie o tym, iż
życie – rozumiane tu jako suma procesów fizykochemicznych przebiegających w organizmach – nie ma
pozabiologicznego sensu ani celu. Świat organiczny
jest produktem doboru naturalnego, a pochodzenie
40
Migotania 53
miętać żłobi rysy w ich twardej substancji czytamy w
wierszu „Lustra”). Język, a dokładniej pismo, staje się
kodem, nie tylko służącym do porozumiewania się,
ale przesądzającym o utożsamieniu z pewną grupą
czy społecznością. (…)więc błądzi ten który wraca
spod Troi:/ może zapomniał achajskie pismo?/ może
oduczył się czytać? - taką puentą kończy się „Achilles
w bibliotece”. Zapomnienie pisma (mowy) jest równoznaczne z wykluczeniem. I jeszcze jeden przykład:
kwitnąca łąka staje się synonimem życia – i kontrastuje
ze śmiercią upolowanego na niej zająca („Ja i mój
pies”). Mamy zatem w Południku znajome pojęcia
w znajomych rolach, ale takie ich użycie okazuje
się zabiegiem przewrotnym. Sięganie po znajome
desygnaty i przeszczepianie ich na grunt tej poezji
wraz z całą „siateczką” znajomych czytelnikom pojęć i odniesień jest zabiegiem celowym i znakomicie
przeprowadzonym. Oto utrwalone w kulturze motywy
wraz z bliską czytelnikowi symboliką stają się zaledwie
podstawowymi narzędziami, przy pomocy których
podmiot liryczny buduje dopiero właściwą – filozoficzną – część zamieszczonych w tomie wierszy.
Przedmiot, miejsce, motyw staje się zatem tą
częścią lirycznego kodu, która ułatwia zrozumienie;
niejako „tłumaczy” abstrakcyjne pojęcia na dostępny człowiekowi język. Przemieszanie i równorzędność
dwóch dróg doświadczania świata (zmysłowej oraz
intelektualnej) widać najwyraźniej w „Pochwale bezsensu”: Któryś z jego przechodniów głosił/ że wiara
najjaśniej świeci w ciemności/ że nie ma podparcia
nie ma zamiaru i nie ma żadnego planu/ w naszym
ogrodzie nie liczy się nawet dowód z ruchu/ bo każdy
spacer prowadzi donikąd alejki, trakty... idziemy/ a
nawet rozmawiamy lecz to wyłącznie złudzenie drogi.
W tym samym wierszu pojawia się także wspólnota
winy przemieniająca się w komunię śmiertelności.
Podobnych – niezwykle celnych, zatrzymujących
czytelnika – zauważeń można byłoby wynotować z
Południka wiele.
Mimo niewielkiej objętości, nowy tom Cezarego
Sikorskiego jest mocno zróżnicowany. Znajdziemy w
nim zarówno osobne utwory, jak i mini-poematy, a
nawet cykl siedmiu rozważań powiązanych wspólną
formą tytułów (m.in. „Aby zapomnieć”, „By dać cokolwiek” oraz „Aby pokochać”). Przywoływane obrazy i
sytuacje oscylują między potężnym wszechświatem, a
małym kawałeczkiem rozbitego lustra, który przyjmuje
na siebie rolę nowego kosmosu. Krążą także między
wspomnieniami z podróży podmiotu lirycznego (do
Orvietto – śladami Herberta, do San Galgano i Paryża)
a trudnym, intymnym, kameralnym wspomnieniem
ostatnich chwil umierającego ojca.
Południk zrównuje abstrakcję i realność. Nie ma
granicy między przedmiotami a pojęciami filozoficznymi. Tak jak południk nie łączy/ lecz dzieli, w świecie
z tego tomu ruch sąsiaduje z bezczynnością, mowa z
niemożnością wysłowienia zjawisk, trwałość ze zmianą (jako forma zmiany, ruchu postrzegana jest tu
także śmierć). Co ciekawe – ta rzeczywistość nie jest
zdehumanizowana. Przenika ją niezwykłe poczucie
indywidualności, która – choć nie przynosi człowiekowi
zwycięstwa – pozwala mu jednak odcisnąć własne
piętno choćby w skali mikro, w skali jednostki: Lecz nie
ulegaj złudzeniu: nie nic to będzie/ lecz truchło które
popęka wedle twojego wzoru/ i kruszyć się będzie
na części wyłącznie z twojej//postaci.
ANNA MARIA MUSZ
Cezary Sikorski, Południk, il. Mark Burrier, Cezary Sikorski,
Alexandra Hinz-Wladyka. Wyd. Zaułek Wydawniczy
„Pomyłka”, Szczecin 2016, s. 39.
S. Stewart-Williams, Darwin, Bóg i sens życia,
Dlaczego teoria ewolucji zmienia
wszystko, co (myśleliśmy, że) wiemy
życia można przekonująco i wyczerpująco wyjaśnić
bez odwoływania się do interwencji Stwórcy. W książce, liczącej w polskim wydaniu prawie 400 stron, na
które składa się łącznie czternaście rozdziałów, autor
stawia sobie za cel dokonanie analizy implikacji teorii
ewolucji dla trzech podstawowych problemów filozoficznych: 1. Ewolucja a istnienie Boga. 2. Ewolucja a
miejsce człowieka w naturze. 3. Ewolucja a moralność
(problem dobra i zła). Stewart-Williams stawia tezę, że
teoria ewolucji oddziałuje na rozumienie tradycyjnych
problemów z zakresu teodycei, antropologii czy etyki,
radykalnie modyfikując dotychczasowe rozwiązania
proponowane przez filozofów, od lat zakorzenione
w zachodniej kulturze i religii. Podtytuł recenzowanej publikacji brzmi zresztą How Evolutionary Theory
Undermines Everything You Thought You Knew. Na
marginesie prowadzonych rozważań Stewart-Williams
zdecydowanie daje do zrozumienia, że zasada ekonomii myślenia nie powinna być wyłącznie ideałem
postępowania badawczego naukowca, lecz także
filozofa. Filozofa, który w związku z tym powinien pożegnać wielkie narracje teizmu, antropocentryzmu
czy teleologizmu.
Można nie zgadzać się z autorem. Stewart-Williams zapewne nie miałby nic przeciwko dyskusji z
oponentami. Trudno jednak nie zwrócić uwagi na
konsekwencję, jaką kieruje się w swoim myśleniu.
Książka prowokuje mimo to wiele pytań, na które
– jak przypuszczam – nie uzyskamy jednoznacznych
odpowiedzi ani dziś, ani w najbliższej przyszłości. Spory
i polemiki toczyć się będą dopóty, dopóki nie zniknie
nasza ciekawość świata, tak kluczowa dla rozwoju
nauk szczegółowych i filozofii. Nawet przyjmując za
autorem pewne rozstrzygnięcia, dotyczące problemu
istnienia Boga czy miejsca człowieka w przyrodzie,
nadal wątpliwości budzić będą chociażby kwestie
związane z etyką i moralnością. Inna sprawa, że sama
teoria ewolucji bywa różnie interpretowana. Różnice
w poglądach na przebieg procesów ewolucyjnych
dzielą wielu badaczy. Ewolucjonizm R. Dawkinsa niekiedy trudno byłoby pogodzić na gruncie biologii z
ewolucjonizmem S.J. Goulda czy D.S. Wilsona, zaś
na gruncie filozofii chociażby z poglądami P.T. de
Chardin, piszącego o Chrystusie jako celu kosmicznej odysei stworzenia. Ewolucjonizm ewolucjonizmowi
nierówny – ba! – wydaje się, że nasz rodzimy paleontolog, prof. Jerzy Dzik wcale nie przesadzał pisząc
przed laty w swojej książce Dzieje życia na Ziemi, że
„pojęcie ewolucji nigdy nie miało dostatecznie precyzyjnego znaczenia, by można się nim bezpiecznie
posługiwać na gruncie nauki […] Jest to przykład
pojęcia rozciągliwego, pojęcia z gumy”. Jak dalece
można tę gumę rozciągać? I dalej: gdzie leży granica
między naukową wizją rzeczywistości a filozofią? A
może obydwa dyskursy są na siebie skazane? Choć
książka Darwin, Bóg i sens życia nie próbuje odpowiadać na te pytania, to może inspirować do ich
stawiania. I w tym właśnie (choć nie tylko!) widziałbym
jej szczególną wartość.
KAMIL TROMBIK
tłum. P.J. Szwajcer, Wydawnictwo CiS, Stare
Groszki 2014.
K
ażde miasto, każda miejscowość i każdy region posiada tego rodzaju stratyfikację: na jednego uznanego
poetę z danej okolicy przypada co najmniej kilku o wiele
mniej rozpoznawalnych. Tak też jest w przypadku Olkusza
i okolic, skąd pochodzi między innymi Łukasz Jarosz, poeta
doceniany i nagradzany, oraz Olgerd Dziechciarz, autor
piszący od ładnych paru lat – poeta i prozaik zapoznany w
o wiele mniejszym stopniu, co wcale nie oznacza, że mniej
ciekawy. Znany jako spiritus movens konkursu poetyckiego
im. Kazimierza Ratonia, a z literackiego netu jako Tytus
Żalgirdas. Czemu służy podobna strategia wymiennego
używania nazwiska i pseudonimu przy okazji autorskich publikacji, nie mnie oceniać, zwłaszcza że oba razem stanowią
pewne pisemne wyzwanie (nagminnie z Olgerdem mylony
Olgierd i brzmiące nieco „z litewska” Żalgirdas). O wiele
bardziej interesuje mnie poezja, chociaż tutaj również nie
do końca rozumiem, jaką funkcję w książce pełni osobliwa interpunkcja, jakiej jedynym znakiem przestankowym
jest ukośnik stosowany zwykle do oznaczania cytowanego
wiersza w tekście ciągłym, sprozaizowanym? Czyżby jej
zadaniem było podkreślenie, że nie mamy co liczyć na
nośne metaforyzowanie i zawiłe konteksty znaczeniowe?
Tom MITYfikacje został podzielony na dwie części.
Pierwsza nosi tytuł To tu, druga To tam. Taki podział
wyraźnie ustawia optykę książki; w To tu znalazły się
wiersze odnoszące się najczęściej do dnia codziennego olkuskiego poety, do konkretnych miejsc i postaci, z którymi najprawdopodobniej styka się bądź
stykał, tworząc na użytek literatury własne, subiektywnie opisane i poetycko zmitologizowane opowieści.
nie lubią tu obcych / obcym patrzą prosto w oczy
/ do momentu gdy obcy / opuszczą wzrok a nawet
chwilę dłużej / (żeby nie podnieśli). Mowa o historii
biznesmena Marcina B., który wziął się nie wiadomo
skąd / i wybudował letniskowy dom / nie spuszczał
wzroku i jakby nie było / to szczytem bezczelności
/ hardy był i pewny siebie. O tym, że źle skończył,
nie ma po co dopowiadać.
Wiadomo, „taka gmina”, ze swoim miejscem na
Ziemi, zaludniona przez korowód lokalnych „herosów”
w rodzaju doktora Feliksa K. od „pięciu tysięcy skrobanek”, puszczalskiej Haliny P., zapomnianej nauczycielki Leokadii B., Wańki-Wstańki, Heni i wielu innych
współudziałowców „gminno-codziennych” opresji.
Wszystkich bez wyjątku otrzymujemy „skoszarowanych” w konkretnym i charakterystycznym punkcie
G., od którego poeta kreśli horyzontalną linię barwnych przypowieści o tym, jak „tu” jest. Czasem beznamiętnie, kiedy indziej mocno ironicznie, z niezwykle
trafnym wyczuciem absurdu: nie można narzekać /
tak jak jest znaczy tak dobrze / to nie było u nas
Życie gęste,
żarliwsze
od dawna // kiedyś nie było nocnych / a teraz jak
się chce / to i w środku nocy / można kupić co się
chce / znaczy wódkę albo piwo / albo i to i to //
mała jest nasza gmina / góra trzy i pół tysiąca ludzi
/ a mamy nocny sklep / do tego jest CPN / (inaczej
się nazywa / ale wszyscy mówią CPN) / a ostatnio
jeszcze Lewiatan / zrobili całodobowy // nie ma co
strzępić języka / dobrze się żyje w naszej gminie //
prawie jak za komuny.
To skondensowany obraz pozornych zmian wywołanych przez zabiegi historii, które po ponad dwudziestu pięciu latach od upadku PRL-u nie zdołały
wywołać jakiejś szczególnej zmiany w naszej mentalności. Nadal w znakomitej większości jesteśmy „demoludami”! W MITYfikacjach można jednak dostrzec
także coś o wiele istotniejszego niż tylko finezyjny
neologizm w tytule. Otóż mit jest tutaj jednocześnie
mistyfikacją (mit-y-fikacją), przez co wszystko obróciło
się w groteskową fikcję podobną tej ze znakomitego
wiersza zatytułowanego „Jubileusz”: pani Leokadia
B. nauczycielka języka polskiego / jest zasłużonym
pracownikiem oświaty // tak wiele lat a jak z bicza
trzasł / tyle roczników kto by uwierzył // mówią obyś
cudze dzieci uczył / ona uczyła i z nikim by się / na
życie nie zamieniła // doczekała pięknego jubileuszu
/ wręczono jej dyplom i bordową różę // od czasu
do czasu pytają / czy wielu wdzięcznych uczniów /
dzwoni do pani i do pani pisze // ale po prawdzie
nikt nie dzwoni / i nikt do niej od dawna nie pisze.
W części drugiej, w To tam przenosimy się w zupełnie inne rejony; w alegorycznie zagęszczającą się
scenerię. O ile pierwsza część książki rozgrywała się w
prowincjonalnym miasteczku po stronie „ciemnej, wywiniętej podszewki”, to im „dalej w las”, im bliżej „tam”,
tym robi się bardziej mroczno. Kanwą dla wszystkich
historii niespodziewanie staje się mitograficzny apokryf
wyposażany w nieoczywiste (jeżeli weźmiemy pod
uwagę zawartość pierwszej części tomiku) rekwizyty
rodem z afrykańskich wiosek, dżungli i czarnoskórych
plemion. Wygląda to na niekontrolowany „skok na
główkę”, ale tylko pozornie. Rdzeniem tych nieraz
okrutnych historii jest – podobnie jak w przypadku
To tu – ludzka egzystencja w swoich nieskończonych
odsłonach, tym razem odarta z kruchego, cywilizacyjnego sznytu: Matsonga był wodzem plemienia /
którego nazwy już nikt nie pamięta // pamięć bywa
zawodna w szczegółach / ale ogólny zarys historii
zapamiętano // wódz plemienia bez nazwy / znienawidził własnych poddanych / bo byli krnąbrni i nie
słuchali go // zorganizował więc wielką ucztę / i otruł
RECENZJA
Piotr Gajda
wszystkich mieszkańców / swojej wioski // a potem
długo panował / nad trupami i michami.
Czy ciężarna kobieta, której trzej silni mężczyźni za
karę (najpewniej za czyn dokonany wbrew wielowiekowej plemiennej tradycji, albo po prostu w trakcie
etnicznych czystek) najpierw rozcięli brzuch, a niemowlę wrzucili do ognia, potem wyjęli z worka kota /
i zaszyli go w jej brzuchu // znów miała w sobie życie
/ więc przestała krzyczeć, nie jest demonicznym alter
ego wspominanej już Hanny P., która za żadne skarby
/ świata nie przyzna że się puszcza / i z rozwiązłego
trybu życia / wzięła się piątka zaniedbanych synów
// nie mówi też kto jest ich ojcem / rzuca krótko
pewien sukinsyn / ale to mało precyzyjna odpowiedź
/ bo sukinsynów u nas nie sieją? Wspólną dziedzinę
dla obu wariantów podobnych do siebie ludzkich
przypadków i okrucieństw odnaleźć można w wierszu „Obyczaje”, który opowiada o pewnej wsobnej
grupie etnicznej kultywującej kaziroctwo. Dlaczego?
Objaśnia to puenta: skąd się wziął ten obyczaj / nie
wiadomo // ktoś zaczął / ktoś inny się nie sprzeciwił
// i wystarczyło.
Po przeczytaniu najnowszej książki poetyckiej autora Autoświata i w ramach dokonywanego resume
nasuwa się myśl, że Tytus Żalgirdas, w odróżnieniu od
Bursy, najwidoczniej nigdy nie „miał w dupie małych
miasteczek” (lub przynajmniej nie w ten sposób), skoro
w niemal w reporterski sposób ukazuje ich egzystencjalną brzydotę. Nikt w nich nie próbuje odmienić
swojego losu, ani kwestionować brutalnych praw,
którym człowiek został podporządkowany w świecie,
do którego cywilizacja dotarła tylko pozornie. Mimo
to Żalgirdas nie usiłuje moralizować, nie stawia siebie w pozycji arbitra. Natomiast wyraźnie stara się
deMITYtyfikować zło wydzierające z obu światów;
w To tu poniekąd już obeznane, w To tam niemal
organiczne. Tym samym wygrywa gem, set i mecz
gdy boleśnie świadomy jego odwiecznej obecności,
wydaje się powtarzać za Milanem Kunderą: Jaki to
sędzia postanowił, że konformizm jest złem, a nonkonformizm dobrem? Czy przystosować się nie znaczy
zbliżyć się do innych ludzi? Czy konformizm nie jest
wielkim miejscem spotkania, do którego spływają
zewsząd wszyscy, w którym życie jest bardziej gęste,
żarliwsze?
PIOTR GAJDA
Tytus Żalgirdas, MITYfikacje. Dom Literatury w Łodzi /
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, 2016. s.
37.
41
Fot. Robert Gauer
Gazeta Literacka 41
RECENZJA
Anna Dominiak
M
ogą być różne. Klanu, braterstwa, płci, narodzin. Alegorycznie odnoszą sie do kosmologii, tłumacząc, skąd
jesteśmy. Oprócz tradycyjnych form rolę totemów mogą
odgrywać święte drzewa, gaje, menhiry. Scalają wokół
wspólnego mitu, jednoczą.
Najnowszy tom Beaty Patrycji Klary Obiekty totemiczne
to książka, w której spotykają się motywy zainspirowane
niezwykle odległymi tematami: Frida Kahlo, ludobójstwo w Rwandzie i formalne eksperymenty Władysława
Hasiora. Takie zestawienie zadziwia, ale lektura tomu
pokazuje, że przypadkowość tej konfiguracji jest pozorna. Poetka potrafiła odnaleźć między poruszonymi
aspektami całkiem sporo powiązań. Uwidaczniają się
one tak na poziomie treści, jak i formy. Frida Kahlo, na
skutek osobistych traum opętana obsesją cierpienia i
płodności, maniakalnie powracała do dramatycznych
momentów własnego życia, przedstawiając surrealne
wizje cierpiącego ciała, często złożone z domagających
się objaśnienia elementów. Obrazy meksykańskiej malarki
mogą przypominać instalacje Władysława Hasiora. Tak
jak one hipnotyzują i nie dają o sobie zapomnieć. Opisy
takich asamblaży anonsują kolejne części zbioru. Warto
zauważyć, że zarówno obrazy Kahlo, jak i dzieła Hasiora,
przypominają z kolei eksperymenty formalne, które sama
Beata Patrycja Klary przeprowadza od lat w poezji i fotografii. Cały tom stanowi osobliwą instalację, połączenie
słowa i obrazu, za pomocą którego autorka podejmuje
próbę odsłonięcia interesującej ją prawdy o istocie zła,
a także przeprowadzenia analizy jego skutków. Ale ta
książka to także inspirowana stylistyką dziennika Fridy
Kahlo wiwisekcja miłości i powiązanych z nią stanów, o
czym traktuje odrębny rozdział zbioru.
Powiedzieć o Obiektach totemicznych, że jest to książka szokująca, odważnie dotykająca spraw granicznych,
nie byłoby niczym odkrywczym, bo to nie pierwszy zbiór,
w którym gorzowska poetka zdradza swoją skłonność
do nicowania obszarów ciągle jeszcze uznawanych za
tabu. Tym razem również, podobnie jak w poprzednich
tomach, kreśląc wizję mrocznej strony świata, posługuje
się reporterskim warsztatem.
Miłość to temat pierwszej części tomu, a w niej wyraziste, nawiązujące do dziennika Kahlo pełne patosu
frazy przedstawiające mistykę pożądania i zespolenia.
Kolejne fascykuły opatrzone fragmentami zapisków
meksykańskiej artystki są tak intensywne, jak jej relacja
z Diego Riverą. Rozgrywają się na pograniczu jawy i snu,
wyraźnie inspirowane barwami jej płócien: malachitową
zielenią, amidową czernią, cynkową bielą. Wszystko w
mitycznej, pierwotnej przestrzeni wypełnionej symbolami i
archetypami. Miłość i namiętność w swoim ekstremalnym
nasileniu zbliżają się do śmierci, kaleczą i naznaczają
strachem. Są nieuchronne i ostateczne jak śmierć. Jednocześnie otwierają perspektywę przyszłości, której nie
zamyka żaden kres:
Zaczniesz się zapisywać, układać w fałdach skroni,
znaczyć kolejną zmarszczką
gdy na chwilę znikniesz. Będziesz utrudniał spanie,
przyspieszał poranek
i ssanie palca odradzał u dziecka. Wygłosisz plany
odległej żeglugi uparcie
dowodząc, że za każdym morzem znajdziemy krajobrazy godne naszych oczu.
(„Fascykuł piąty”).
Kolejny komponent poematu podzielony jest na
dwie części: „Wylęgarnia” i „Porywacze płodów”.
Teksty tu zawarte, utrzymane w konwencji poetyckiego thrillera, zawierają nawiązania do reportaży
odsłaniających makabrę starć między rwandyjskimi
plemionami Tutsi i Hutu. Wśród nich zwracający uwagę wiersz o spalonej żywcem Aurorze Kirezi:
Jestem dzieckiem.
Jestem z plemienia.
Ja nie wiem co to być dzieckiem.
Ja nie wiem co to plemię.
Nie żyję. Nie mam grobu. Popiół.
Migotania 53
można odczytać jako komentarze do wstrząsających
scen ludobójstwa. Pisane wydłużoną frazą, narracyjne, z
wyraźnym zastosowaniem retoryki uwznioślającej. Warto
też zwrócić uwagę na jedną z ilustracji tej części zbioru:
rozpłomieniony afrykański pejzaż, a na jego tle fragment
wstrząsającego obrazu Kahlo „My Birth”. Plastyczna strona
książki, w interesujący sposób podkreślająca aurę tomu,
zawiera również znane z wcześniejszych zbiorów Klary motywy lalek, płodów, korpusów, rytuałów pogrzebowych,
a także obrazy cmentarzy, ossuariów, krzyży.
Tytułowe Obiekty totemiczne to komponent ostatniej
części zbioru. Próba dookreślenia, czym są totemy, gdzie
mogą się kryć i jaka jest ich funkcja:
42
Ciekawa jest w tej części zbioru różnorodność zastosowanych perspektyw: patrzymy okiem umierającego zwierzęcia, anonimowego tłumu, czy też przyjmujemy spojrzenie przerażonego dziecka. W kilku kolejnych odsłonach
objawia się sprawca, nazywany tu Rozpoznawalnym.
W jednym z tekstów, niczym w czarnym palimpseście,
spod tragedii Rwandy wyłania się motyw Auschwitz, być
może jako próba odpowiedzi na kwestię unde malum
(w tym miejscu dzieło jednoznacznie ociera się o wymiar uniwersum). Wiersze budujące drugą część tomu
42
To, co dalekie,
spotyka się blisko
mogą być obecne w narzędziach i broni. W łyku ciepłego płynu lub posążku
przodka. Wypełniać opakowanie. Stwarzać je i dzielić.
Napominać kobiety
by nie tkały dywanów i chłopcom odbierać jeszcze
nagie włócznie.
Zbiór zamyka „Wyliczanka przysenna”, do której ponownie wprowadza cytat z dziennika Kahlo. Imperatyw:
Nie pozwól by uschło drzewo którego jesteś słońcem
łączy krótkie formy, którymi Beata Patrycja Klary kończy
swój poemat o totemach.
Sposób ujmowania zawartych tu treści jest charakterystyczny dla pisarstwa B.P. Klary. Poetka posługuje się
formą synkretyczną, łączy liryzm z narracyjnością, ezoteryczną metaforę z brutalną relacją reportażową. Jest
jednocześnie w dykcji tego tomu jakaś melodyjność, w
której czuły słuch uchwyci dalekie pulsowanie rozgrzanej
ziemi. Liryczna transpozycja dziennikarskiego ujęcia bynajmniej nie łagodzi dosadności ukazywanych obrazów.
Przeciwnie - racjonalne, a jednocześnie wyrafinowane
użycie słów raczej ją wyostrza. Poetyckie zagęszczenie
motywów składających się na ten świat pozwala zbliżyć
się do jego porażającej prawdy.
Odniesienia, do których nawiązuje w swoim tomie
autorka, wyraźnie osadzają te wiersze w jej artystycznych
fascynacjach, o których otwarcie mówi. Warto zauważyć,
że w postrzeganiu Beaty Patrycji Klary zło i cierpienie mają
jakiś niepokojący, estetyczny walor. Im dłużej wędrujemy
meandrami jej poetyckich tropów, tym więcej odkrywamy
między nimi bardziej lub mniej czytelnych zależności. Takie
zwielokrotnione zakodowanie sensów czyni z Obiektów
totemicznych książkę o bogatej fakturze znaczeń, poruszająco głęboką i nieoczywistą zarazem.
ANNA DOMINIAK
Beata Patrycja Klary, Obiekty totemiczne,
Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin 2015., s.62
SZTUKA
Mateusz Wabik
O
MATEUSZ WABIK
Obrazy Beksińskiego
w Nowej Hucie
43
Fot. Robert Gauer
d jakiegoś czasu istnieje przekonanie w Krakowie, że
Nowa Huta to pustynia kulturalna. Nie ważne koncerty
orkiestry Glenna Millera w latach 50-tych, nie ważny Szajna
w Teatrze Ludowym, nie ważny NCK jako miejsce prób wielu
zespołów w tym jazz rockowego Laboratorium.
Z Nowej Huty także wywodzi się pierwszy krakowski
zespół heavy metalowy, który podpisał kontrakt w
latach 80-tych i wydał płytę. Chodzi mi o Voodoo.
Jednakże takie postrzeganie Nowej Huty może się
zmienić, gdyż jakiś czas temu Nowohuckie Centrum
Kultury wzbogaciło się o stałą wystawę obrazów Zdzisława Beksińskiego, którą otwarto 7 października 2016.
W dwóch pomieszczeniach kilkupoziomowego centrum kultury można obejrzeć 250 prac nie żyjącego
artysty, który nie dawał tytułów swoim obrazom by
nie narzucać interpretacji. W jednym pomieszczeniu
na drugim piętrze znajdują się obrazy. Dokładnie
50. Sala jest dosyć mała, ale jak byłem kilka dni
po otwarciu wystawy, przekonałem się, że pracownikom galerii udało się osiągnąć w niej porządny,
kontemplacyjno-nastrojowy klimat. Sala ma czarne
ściany, jest w niej ciemno, tylko punktowe reflektory
dokładnie oświetlają obrazy, które wiszą dookoła sali
i wewnątrz na ścianach, które można obejść w obie
strony. Do tego słychać minimalistyczną, klimatyczną
muzykę pełną pogłosów od uderzeń w bębny. Do
tego obrazy żywcem wyjęte z koszmarów sennych,
niektóre średnie, niektóre zastanawiające porażają
gdyż widzi się na obrazach rozpadającą się cmentarną ziemię, śmierć, rozpad, zgniliznę, zdeformowane
twarze bez oczu, za to z ustami. Wiele z tych obrazów
widziałem w albumach, jednakże w galerii widziałem je pierwszy raz, ponieważ przyznam się, że nie
interesuję się specjalnie malarstwem, sporadycznie
oglądam albumy, a galerie odwiedzam rzadko. Jednak obrazy Zdzisława Beksińskiego dawno zwróciły
moją uwagę – a zaczęło się od tego, że w pierwszej
połowie lat 90-tych na wycieczce szkolnej w liceum
ktoś miał jego album. Pamiętam, że w kilka osób
oglądaliśmy ten album i prześcigaliśmy się w opisach i interpretacjach niezbyt zrozumiałych wówczas
dla nas obrazów. Jednakże ktoś na głos przeczytał
komentarz Beksińskiego zamieszczony w albumie,
że ich nie należy interpretować. Wtedy szczerze się
uśmiałem, bo nasze spostrzeżenia i dywagacje szły
w kierunku przeciwnym zupełnie do intencji malarza.
Kiedy oglądałem obrazy w galerii NCK przyglądałem
się im z bardzo bliska, nawet pilnowałem się by nie
poślinić palca i nie potrzeć płyt z obrazami, gdyż w
świetle punktowym wyglądały świetnie jakby były
wyświetlane na ścianach, a miałem w pamięci to,
że w Krakowie w hali byłego dworca PKP jakiś czas
temu otworzono wystawę obrazów Van Gogha, a
raczej wystawę reprodukcji multimedialnych tych
obrazów. Do dzisiaj nie wiem co może być frapującego w oglądaniu obrazów komputerowych w
galerii. W drugiej sali NCK-u o białych ścianach do
której trzeba zejść po schodach w dół widzimy mnóstwo rysunków, szkiców, trochę zdjęć wykonanych
przez Beksińskiego. Wśród rysunków wychwycić się
da sporo takich, które klimatem beznadziei i nihilizmu, a także wszechobecnej świadomości zagrożenia ze strony techniki, erotyki nieco przerastają wizje
malarskie, także są łatwiej zrozumiałe. Wśród zdjęć
znajdują się kobiece akty, zdjęcia różnych obiektów
w przestrzeni miejskiej i podmiejskiej. Do tego galeria
w Nowej Hucie zadbała o to by można w galerii
obejrzeć 10-ominutowy film biograficzny dotyczący
artysty, z którego się można dowiedzieć m.in., że
kiedyś w Krakowie Beksiński studiował architekturę
na Politechnice Krakowskiej, a także o tym jak Beksiński podzielił znawców malarstwa awangardowego
w latach 70-tych kiedy zaczął tworzyć obrazy fantastyczno-symboliczne. Dodać należy, że kolekcja
obrazów Beksińskiego pokazana w NCK-u pochodzi z kolekcji Anny i Piotra Dmochowskich, same
przygotowania do otwarcia galerii trwały dwa lata
o czym można przeczytać w „Co jest grane 24”
leżącym przed wejściem do galerii obrazów. Ekspozycję przygotowano według mnie perfekcyjnie,
klimatycznie i wydaje mi się, że zarówno koneser
sztuki, znawca dzieł Beksińskiego, czy ktoś kto się
sztuką z rzadka zajmuje będzie usatysfakcjonowany wystawą w galerii. Poza tym 10 zł za obejrzenie
obrazów Beksińskiego to cena dosyć przystępna,
dla porównania obejrzenie multimedialnej wystawy
dzieł Van Gogha kosztuje, bagatela, 50 zł!!!
Gazeta Literacka 43
POEZJA
Elżbieta Musiał
Mówię pochyloną cambrią
1 cz. poematu
1. Czwarty wymiar
A jednak ciało. Kulę się w sobie, aby nie stanąć w cztery oczy
z patrzącym, który doskonale mnie nie widzi. Przymus bycia
obiektem krępuje ręce. Jestem odrzuceniem. Jestem
kłębkiem w swoim brzuchu, własnym dzieckiem,
które nie chce się narodzić, a wykluć się musi. Matką
własnego ciała szukającego w sobie ujścia. I zagnanym w kąt
zwierzęciem. Jestem twoją rzeźbą1
i nie mam twarzy, choć nosiłam kiedyś szaroniebieskie oczy.
Nawet cień erotycznej przyjemności został odjęty.
Teraz chowam wstydliwą krzywdę odrzuconej
kobiety.
Unieważnienie ciała to jest brak dotyku
w spotkaniu z Innym.
(Akty sygnowane: Katarzyna Kobro).
Sama nie mogłaś w to uwierzyć: wyparłaś ciało z rzeźby,
a ono powróciło głodne, chłodne i bite. Mięso
potrzebuje chleba, a z kromką krucho.
Ciemna piwnica a może czarna dziura
i głuchy głos zwrócony do ściany:
Jestem matką – więc cierpię,
jestem rzeźbiarką – tym gorzej,
lepiej nie być kobietą.
Potem już tylko skrzypiące drzwiczki paleniska i
w popiół obracałaś drewniane dzieci2 .
Przez chwilę było ciepło. On nie zrozumiał aktu
rozpaczy. Grzał przy ogniu jedyną rękę, bo drugiej już nie miał3 .
Na ołtarzu płonęła logika sztuki, matematyczne rozgrywki
z płaszczyznami i przestrzenią, prysł prymat
rozumu. Proporcje 8 do 5 znowu się sprawdziły.
I nastała przestrzeń zimna, do której otworzyłaś
za młodu ramiona. Wiało przez świat, ciebie, Innego i instalacje.
Inny to jest ten bliski człowiek, który chciał cię zmienić
w Takiego Samego. Zdejmował z ciebie ciało, jedyną różnicę.
Potem wiatr historii przyłożył rękę.
Gdyby nie życie bajek o zmroku nad łóżkiem córki, milczenie
i okładanie mężowskim szczudłem byłoby domem. Dopiero cisza
nazywana martwą wyjawiła sprawę istnienia kobiety
u boku.
A był czas, że poprawiał ortograficzne po tobie, wymyślał ci czapki
i słuchał, jak powtarzasz po Luce4: „Różnica seksualna
powinna realizować się w spotkaniu z Innym”.
Od pierwszej lekcji nosiłaś w sobie zalążek
nowego. Radykalność otwierała bryłę
na przestrzeń. Kilka prostokątów
wyciętych z kwadratu Malewicza i jedna płaszczyzna
falista. Coś z muzyki i matematyki. I jeszcze kolor
dla dematerializacji. Jedna blacha biała odpływa, a obok
niebieska dla rozbicia monolitu. Lekkość na wskroś
ukonstytuowana.
Najtańszą czerwienią rysuję usta, tak jak ty
przed wyjściem z domu, aby nie być powietrzem.
Wiszę wbrew prawu ciążenia. Jestem owalnym kamieniem5
wspartym o pręt cienki jak nitka. Jedna z nieludzkich planet
ludzkiego układu krążenia. Lewituję dzięki twojej wyobraźni
i sprawdzam na sobie czwarty wymiar6 . Przez Euklidesowy
już przeszłam i nie chcę tam wracać.
Wstąpiła we mnie nad wyraz odwaga.
O 10 lat wcześniej od samego Miro i Picabia. Centre Pompidou
stanęło otworem. Vasily Kandinsky patrzył na rzeźby
jak na objawienie liczby. A ty brałaś nauki survivalu
w wychudłym krajobrazie i notowałaś pamięć w szarym
zeszycie. Czarne myśli lgną do szarego.
44
Brak emocji w rzeźbach. Może życie
przejrzało się w ich zwierciadle, może najpierw kochałaś
za mocno na dobre, a potem złe przyszło.
Może w cieniu Innego nie było łatwo.
Gdybyś poczekała jeszcze chwilę
ze swoją młodością. Twój czas teraz nastał.
Ciąg Fibonacciego to jest stroma piramida liczb,
na której nie spocznie serdeczny ptak. Pochłania go
zaraz przestrzeń, w którą wnika
i która wsiąka w niego.
44
Migotania 53
Doskonała liczba i nieśmiertelna. Oto, czego nie ma ciało.
Codziennie potykałaś się o jego kalectwo. Brak ręki
zastąpił skrzydłem, w miejsce nogi wstawił lotkę.
Tobie oddał własny ból fantomowy.
Ciąg Fibonacciego to jest stroma ucieczka na szczyt
z instynktem formy, a potem nieskończenie wiele
zejść zachodnią stroną
już w ciele Syzyfa.
Na nogach sine miejsca po odmrożeniach. W Wilejce
zero bezwzględne jest absolutne, a ty bez pończoch
woziłaś na sankach drewno z lasu i Innego
do szkoły. Mężniałaś, mężem nie będąc.
Gdyby staruchom nie wrastały paznokcie do bólu,
córka nie miałaby mleka. Dobrze, że staruchom
wrastały paznokcie.
Wzrost metr sześćdziesiąt cztery i wyczyny pływaczki.
Zastygasz jeszcze czasem w tym bezruchu wyjętym
z Nowosielskiego. Od Strzemińskiego czapka
wsunięta na głowę łamie stereotyp ulicy. Strzemiński
to jest ten Inny, który chciał z ciebie zrobić
Takiego Samego.
W zamian strugałaś mu kredki, nabijałaś blejtramy.
Błądzisz po wysypiskach i szukasz tożsamości7 ,
jak kiedyś wyrzuconych rzeźb8 .
Wiała przez nie w piwnicy ciemna obojętność. Kotki,
pieski i lalki z trykotowymi główkami
sprzedawały się lepiej. Aż wreszcie
udaje się zejść ze stromizny
ciągu Fibonacciego.
Płeć jak nieoperacyjny nowotwór.
Jeszcze tylko złote zęby wypchnąć z dziąseł
na czarną godzinę dla Niki.
Gazety milczą. Na pogrzebie pustki.
Te błękitne kwiatki nie są od Innego. Na grobie
przysiadł smutek rzeźby i czasem przylatuje
mysikrólik.
2 cz. poematu
2. Reinkarnacje, czyli prawdy i kłamstwa
Może dlatego z każdą odsłoną
słowa więcej widziałam ciebie i wiatru,
który bez gniazda i zapewne już nadciąga
od północnego wzgórza. Jak to możliwe, że ciała
nie przepełniły jeszcze czeredy nocnych motyli.
Czeredami nazywają gromadki zwierząt o kruchych
sukienkach rozsiadłe w wierszach. Nocne motyle
upuszczają w nich na pastwę nasze cienie, które
nim dogasną, niosą na swoich
skrzydłach płomień świecy.
Ciało. Nagość luster zaczyna spoglądać z precyzją
lancetu. Zawsze coś zastępuje coś.
A ze spokojem
powtarzałeś: nigdy nie mów „na zawsze”.
Tak powstało słowo „wszystko”. Wtedy łatwiej
było uwierzyć w wędrowną chwilę,
ona z jakiegoś powodu sama się w nas hoduje
i urasta. Niczym samorodek. Najpierw
wymyka się zieleń i liść przeszywa powietrze
w trzecim dniu stworzenia.
Dopóki „wszystko” nie staje się znów
chwilą, tym razem nawołującą
zza chłodnego wzgórza. Krótszą i coraz krótszą.
Nawet mgnieniem, po które upomni się nagły,
północny wiatr.
Północny wiatr to jest nieśmiertelny oddech
wybiegający naprzeciw śmiertelnych ciał.
Zawsze ktoś pierwszy, zawsze ktoś kogoś opuszcza.
Dziś przesłałam ci przez sen ekskluzywny
zapach. Drogocenna esencja irysów
miała zwabić palce. Pogubić je w zakamarkach
skóry i obojgu przynieść choćby ulotne
zapomnienie.
dotyk, połknął go północny wiatr.
Takie chwile sznurują usta. A ja ceniłam sobie weryzm
nawet w intymnych sprawach. Różniliśmy się liryczną
narracją. Dostawiłam list do skroni. Wypalił. Odjechałam,
porzucając obu. Lecz wcześniej spakowałam
swoje 43 lata.
Los się we mnie odezwał,
nietymczasowy, zachłanny, mój jak nic bardziej.
Wraz z księżycem stałam w samym środku
XII domu horoskopu. Rozmyślałam tej nocy
o przeznaczeniu i o Elinor. Tylko jej jednej zazdroszczę.
Tak, Elinor, nosiłaś niesyte piersi,
które pod jego dłonią tylko
stawały się brzoskwinią.
Płynę do brzegu, na którym mieszka wszystko.
Żegnałaś się z nim tylko raz i opuszczałaś raz tylko,
co dało zdarzeń dwukrotność. Już ci mówiłam,
jesteś okrutna, Elinor. Bo on wciąż zmierza do ciebie
przez epoki i wodorosty. Wiedziałaś,
że tylko rozstania są szansą.
Nad ranem w google wrzuciłam Elinor Wylie9 .
Nie przeszkadza wam nawet różnica wieku.
Rok 1928 i twoje 43 lata. Elinor, on polubił już
smugę po tobie, umie ją zaśpiewać. Jesień
i odejścia to dla wierszy
dobra rozpacz.
Odtąd każdej cząstki ciepła, każdej wypukłości
i klęski szukać będzie na skórze
innych kobiet. Nie przestanie nawet wtedy,
gdy opuszki podupadną na duchu i będą milkły
od wiatru zza chłodnego wzgórza, pod nim
zasadziliście kamień, jak coś w nietrwałości trwałego.
Podstępnie przywołał
nieznany mi klimat Ziemiańskiej z 33. roku.
Teraz rozumiem zwiadowcze pytanie: czy lubisz
kobiety? O tak – przytaknęłam – jak się lubi piękno.
Czy w pustkę odwróconą mam dziś szepnąć,
że nigdy ani z Elizą, ani z Anną w ten sposób.
A jeśli to niepamięć tamtej prawdy z wcielenia
poprzedniego, a ty z tych samych powodów nie wiesz,
że wtedy byłeś kobietą.
Niebieska pastylka już prawie nad ranem. Próba
małego morderstwa obrazów w dużej ciemnej
nocy, rojonych i nieskończenie samotnych.
Boli mnie już niejedna bezgwiezdna. Boli.
Wiatr zza chłodnego wzgórza to jest nieśmiertelny
oddech, wybiega nam naprzeciw i mroczy życie.
Zawsze ktoś pierwszy, zawsze ktoś kogoś opuszcza.
Znów odnalazły mnie listy
puszczone w moje morze, jego wody
są osiągalne tylko w jeden sposób.
A jednak mi to uczyniłeś. Teraz one zastępują mi Eliota,
u którego od ciągłego szukania pomieszały się kartki.
Ziemi jałowej potrzebny byłby własnoręczny remont.
A mnie opuściły siły. I z ich braku stwarzam imienną
ostateczność. Nikłą garstkę zaciskam w sobie, jakbym umiała
być żyzną glebą, w której odrośnie wasz kamień, Eli.
W nietrwałym świecie nie ma nic trwalszego.
Powracam i wertuję na nowo, mieszam frazy i słowa,
czy coś nie schowało się pod farbą Rapsy.
Listy rozpoznają już moje ciepło. Wygrzewają w nim
błąkające się cienie kochanków z Saturnem
w herbie. Sprawdzam puls. Nikły
jak zieleń na okładce, ale tej schyłkowej,
nad którą trzeba się wreszcie zastanowić.
Tyle razy milczeliśmy o tym.
Powiało od kartek. Pokochałam spleen w sobie. Mam teraz
na własny użytek prastary meteor, który błądzi
i szuka ujścia. Otworzyłam kolejny dzień i tylko lekki
niepokój przemknął po ziemi mimo. Teraz jestem
jakby lżejsza o odjęte skrzydło drugie.
Elinor, czy tylko w poematach posuwałaś się do
niewyobrażalnych pytań? Na przykład: a jeśli to rzeka
odebrała mi ciebie? Może wody Styksu nie dają nam
stóp zanurzyć o wspólnej porze?
Dziś położyłam książkę do góry nogami. Imię
niby to samo, a nagle odległe. Powiedz, czy to coś znaczy?
Czas jest po twojej i jego stronie, Elinor. Zrozumiałam to,
gdy przyszedł sen, ale nie do mnie. Choć śniło mi się,
że on idzie do ciebie, by stopić na twoim dojrzałym
łonie śnieg. Ale na Boga, uważaj. To niebezpieczny poeta.
Jego wiersze rozchylają usta do pary, czytasz jak z ręki
ku zgubie. Będziesz ufnie spacerowała
po linie, gdy nagle otworzysz oczy
i obarczona ciałem poznasz ten lęk.
Elinor, tylko tobie mogę powiedzieć, co mi uczynił.
Choć może to nie mnie, a wyłącznie tobie.
Pogubiłam już wątki, pomieszałam ślady i
nie wiem, gdzie ty się kończysz, a gdzie ja zaczynam.
Czasem czuję się tobą, może tobą kiedyś byłam. Potem
napisałam krótkie: bywaj, choć czułość
wciąż sadowiła się na koniuszku języka.
Pogoń za głębią uchyliła puste morze, jego wody
osiągalne są tylko w jeden sposób. Już nie byłam sobą,
zgubiłam gazelę wyprężoną w somie. Ze skóry spadł
Pierwsze akty rzeźbiarskie Katarzyny Kobro z roku 1925 były przez nią numerowane: 1, 2, 3
itd. W 1948 r. pojawiła się nowa seria brył obrazujących kobiety. Akty u tej rzeźbiarki należały
do rzadkości. Traktowała je jak twórczość rodzinną, wypoczynkową i osobistą. Mówiło się,
że aktami zaprzeczyła głoszonej przez siebie idei wyzwolenia rzeźby od ciężaru zamkniętej
bryły i wyprowadzenia jej w przestrzeń (abstrakcyjne kompozycje przestrzenne). Sama Kobro
w aktach upatrywała odniesienia do umysłu kobiecego. Do historii przeszło już jej zdanie:
„Czynność rzeźbienia aktu daje emocje rzędu fizjologicznego lub seksualnego, ja rzeźbię z
natury tak jak idzie się do kina, by lepiej wypocząć”.
2
K. Kobro po domowej awanturze i zarzuceniu jej przez męża, Władysława Strzemińskiego,
że nie ma opału i nie ma na czym ugotować dla córki, spaliła swoje drewniane rzeźby z lat
1925 – 1928. Zdarzyło się to podczas II wojny światowej.
3
W I wojnie światowej Władysław Strzemiński stracił rękę, nogę i wzrok w jednym oku.
Katarzyna Kobro opiekowała się nim i ich córką, Niką. Była akwizytorką, pielęgniarką, kucharką
i pomocą techniczną dla męża artysty. To ona w czasie wojny dbała o dom, zdobywała opał i
jedzenie.
4
Luce Irigaray pisała, że różnica seksualna powinna realizować się w spotkaniu z Innym,
w spotkaniu, które nie znosi różnicy, lecz ją potwierdza. „Jest [w takiej relacji] wzajemna
akceptacja inności drugiego, jego nieredukowalnej autonomii, jest respekt, a nawet więcej:
zachwyt”.
1
5
Konstrukcja wisząca (1) Katarzyny Kobro, 1921, oryginał zaginął, rekonstrukcja z roku 1972.
6
Czwarty wymiar w sztuce to nic innego, jak identyfikacja podmiotu i przedmiotu, czasu i
przestrzeni, materii i energii. Uważa się, że Katarzyna Kobro wprowadziła matematykę do
sztuki. Jej interpretacja względności i czwartego wymiaru w kompozycjach przestrzennych
przyniosła niespotykane wcześniej rozwiązania w rzeźbie. Zespoliła ją z przestrzenią w
jeden organizm, który nigdzie się nie zaczynał i nie kończył. Była prekursorką rzeczywistości
wirtualnej, niejako przewidziała grafikę komputerową. „Bez wątpienia Kobro była artystką, która
POEZJA
Guess seductive w kwadratowej fiolce – oto słodka
zemsta za pamięć, która prosi
o samo spopielenie.
Płynę do brzegu, którego nie znam.
Listy. Spóźnione groby. Ile w nich próchna
i uranicznej pory. Teraz widzę, jak bez słowa
oddajemy nasze „wszystko”. A ze spokojem powtarzałeś:
nigdy nie mów „na zawsze”.
wyprzedzała swoją epokę. Dzięki temu stała się jedną z nielicznych Polek, której prace
przekroczyły granice kraju i odniosły sukces. Za życia była niedoceniona, żyła w cieniu
twórczości swojego męża, choć należy pamiętać, że to ona zaraziła go pasją do sztuk
plastycznych. Z czasem została uznana za jedną z najbardziej wpływowych artystek
XX wieku” (Jolanta Nowaczyk, polskiemuzy.pl).
Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński (malarz i teoretyk sztuki) stanowili małżeński
duet awangardowy w sztuce. Napisali wspólnie wykładnię nowoczesnej, awangardowej
sztuki w dziele: Kompozycje przestrzeni. Obliczenia rytmu.
7
Katarzyna Kobro urodziła się w Rosji w 1898 roku, była córką Mikołaja Georga
Kobro, ze starego niemieckiego rodu von Kobro, i Rosjanki Eugenii Wasiliewnej
Rosanowej, w jej żyłach płynęła także krew łotewska. Katarzyna Kobro i Władysław
Strzemiński wzięli w Rydze ślub kościelny, to było warunkiem uzyskania przez
Kobro obywatelstwa polskiego. Zamieszkali w Polsce. Podczas okupacji (II wojna
światowa), wobec nacisków władz niemieckich wynikających z jej niemiecko-rosyjskiego
pochodzenia i w trosce o los dziecka, podpisała „listę rosyjską” uprawniająca m.in.
do zwiększonego przydziału żywności. Strzemiński nigdy nie wybaczył jej tego kroku.
45
Od tego momentu nastąpiły rozłam w szczęśliwym jak dotąd małżeństwie i nienawiść
małżonków po grób.
Kobro nie sposób jednoznacznie przypisać związku z jakąkolwiek narodowością.
8
Jeszcze trwała II wojna światowa, gdy Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński
wrócili z Wilejki do Łodzi. Tam się okazało, że ich dom zajęli Niemcy, a rzeźby zostały
wyrzucone na śmietnik. Kobro chodziła więc po łódzkich wysypiskach i szukała swoich
prac. Znalazła część rzeźb, oczyściła je, zapakowała w dorożkę i przywiozła do domu.
Elinor Wylie Morton (1885 – 1928), amerykańska poetka i powieściopisarka. Tworzyła
lirykę erudycyjną, kunsztowną stylistycznie, odzwierciedlającą burzliwe życie osobiste
autorki. W późniejszym okresie nawiązywała w swojej twórczości do angielskich
poetów metafizycznych (za Wikipedią).
9
Gazeta Literacka 45
SZTUKA
Małgorzata Dorna –
Wendrychowska
Mistyczny stan jedności z Naturą…
w „postludzkim”, ponowoczesnym świecie.
(Refleksje na marginesie fotogramów Zofii Kawalec – Łuszczewskiej)
„
U
znając, że to najwyższy byt, którym może być Bóg, Duch
(Rozum) lub idea Dobra i Piękna, przejawia się jako
światło (…) sama struktura świata wymusza na badaczu
szerokie traktowanie filozofii i metafizyki światła.”
Zofia maluje obrazy światłem i właśnie owo światło
sprawia, że każda z jej prac może być odczytywana
jako swoisty palimpsest, rękopis uczyniony na rękopisie
Jej Wysokości – Natury. W kompozycjach autorstwa
Zofii, rozpoznawalnych stylistycznie, wyrazistych, otwartych do wewnątrz, w rozświetloną, opromienioną
przestrzeń, w głąb - liczy się przede wszystkim detal:
kropla wody zatrzymana na unerwionym, odsłaniającym swój charakterystyczny rysunek listowiu, smuga
gęstego, niemal materialnego światła powtarzająca
geometryczną strukturę żaluzji. Liczy się sama obecność światła, światła rozproszonego, nie posiadającego wyraźnie określonego źródła, wnikającego w materię skłębionych, delikatnych traw, w graficzny rysunek
konarów drzew, w cienie ich rozłożystych koron, kładące się miękko na chropawej powierzchni kamienia,
wnikającego w zmatowiałą taflę zaparowanej szyby,
czy w owo magiczne zwierciadło znieruchomiałej,
zda się skamieniałej, „zamyślonej” - wody.
Tematem konkretnych, wyrafinowanych kolorystycznie ujęć staje się, pokazany w powiększeniu,
skondensowany jak w soczewce wycinek naturalnej
powierzchni ścierniska, fragment pola, leśnego traktu, poszycia, wiodącej przez łąki - drogi. Szczególne
miejsce w Jej pracach zajmuje żywioł powietrza i
wody, raz morskiej fali tworzącej koronkowe struktury
na piasku, kiedy indziej tafli – pełniącej rolę na wpół
przepuszczalnej przesłony, jakby utkanej z połyskliwych
i matowych plam, zastygłych kropli, niewielkich strug
i rozlewisk. Wszystko to przeniesione z rozmysłem z
nieznanego, zda się - równoległego świata, w którym
obiektem intensywnej obserwacji, uwagi okazuje się
dzieło Natury, niezależne od woli i intencji człowieka, epatujące uniwersalnym, doskonałym pięknem
- Dzieło Stworzenia.
Badacze współczesnej kultury często z gorzką ironią podkreślają fakt, że przyszło nam żyć w nowej
geologicznej epoce, którą Paul J. Crutzen, chemik,
laureat Nagrody Nobla określił jako pierwszy mianem
„antropocenu”, w epoce którą zainicjowały osiągnięcia techniczne końca osiemnastego wieku, a której
46
46
Migotania 53
zdobycze zostały utrwalone w wieku dziewiętnastym,
określanym na początku ze zrozumiałą euforią i nadzieją „wiekiem pary i elektryczności”. Jak wspomina
prof. Ewa Domańska, historyk i kulturoznawca, ceniony w środowisku krytyk sztuki, pracownik Stanford
University – „W świecie postludzkim człowiek nie tylko
staje się sprawcą geologicznym, lecz także – a może
przede wszystkim – sprawcą biologicznym; nie tylko
tworzy nowe formy życia (genetyczne hybrydy), ale
także dzięki biotechnologii w sposób istotny zmienia
ludzką naturę”.
W efekcie otaczający tego „nowego” człowieka,
sztuczny, spreparowany świat ma charakter antropocentryczny, podobnie jak świat wirtualny. On sam,
ów niezłomny, doskonały, pozbawiony wątpliwości i
rozterek, cywilizacyjny, uprzedmiotowiony wytwór lub
może (jak mawia się w ekonomii) „produkt” - czuje się
„Panem Stworzenia”. Kultywując te wszystkie pozorne
i złudne wartości, które dają mu poczucie nieśmiertelności i siły – kreuje swą osobowość na wzór i podobieństwo psychiki bohaterów gier komputerowych,
czy filmów z gatunku science fiction, gdzie nade
wszystko - liczą się efekty specjalne. Obce są mu
kanony odwiecznej harmonii i ładu, obcy i w istocie
niezrozumiały tradycyjny język sztuki, język psychologii
czy filozofii. To dla niego właśnie, jeżeli tli się w nim
jeszcze odrobina humanizmu, człowieczeństwa i o ile
oczywiście będzie dane mu ich obecności doświadczyć – kompozycje autorstwa Zofii mogą okazać się
objawieniem, a kontakt z nimi - momentem iluminacji,
przebudzenia lub przynajmniej brutalnym uderzeniem,
ciosem wymierzonym celnie między (zasnute bielmem
samouwielbienia) oczy.
Zofia okazuje się przede wszystkim grafikiem,
traktującym zapis foto-graficzny na prawach szczególnego rodzaju medium, doskonałego narzędzia,
którym operuje pewnie i celnie, jak doświadczony
chirurg - lancetem. Naturalne wydaje się zatem, że
w swych precyzyjnie konstruowanych kompozycjach,
tworzących zawsze przemyślane, doskonałe formalnie
struktury (dla dobrego fotografika aparat to przedłużenie dłoni, a oko obiektywu, kamery staje się okiem
własnym) artystka unika odautorskich komentarzy, a
jej obecność pozostaje obecnością domniemaną,
nienarzucającą się natrętnie odbiorcy. Zmierzając
ku ascezie, oszczędnie dobierając środki ekspresji
– autorka kolejnych, bardzo „malarskich” obrazów,
zapisanych w cyklach „FotoGRAFIK” – przyznaje
sobie szczególną rolę, rolę wrażliwego i bacznego
obserwatora, filozofa i myśliciela ukrytego za wyrafinowanym, absolutnym, uniwersalnym pięknem
wizerunku wszechobecnej Natury.
Poszukiwanie i odczytywanie piękna, stanowiącego wartość najwyższą, umożliwiającego kontakt z
Absolutem, z jakimś ledwie przeczuwalnym Wszechbytem, z Duszą Świata, stworzonego z żywiołu światła, ziemi, powietrza – staje się wyrazem Jej filozofii
życiowej, owej franciszkańskiej miłości do wszystkiego,
co obdarzone atrybutem ruchu, zmienności i życia
zawraca naszą uwagę ku odwiecznej Tajemnicy
istnienia.
W efekcie każdą z prac Zofii, niezależnie od tego,
czy bohaterem staje się rozwichrzona na wietrze,
postrzępiona trzcina, wyrazista w rysunku, krucha,
koronkowa gałąź, czy otulony delikatnym obłokiem
mlecznobiałej, porannej mgły pas nadrzecznego
piachu, ozłocone jesiennym, bladym słońcem ściernisko, czy fala przypływu znacząca kunsztownym
ornamentem swój ślad, czy wreszcie zatrzymana w
bezruchu, odkrywająca swą żyjącą tkankę woda
- możemy odczytywać na prawach filozoficznej wypowiedzi na temat duchowego bytu Natury. Byt
ten ulega ujawnieniu, odkryciu, próbie zatrzymania
w kadrze, wreszcie – świadomej i zupełnej, pełnej
miłości i utajonej ekstazy, zachwytu - afirmacji.
Kluczem do wielokrotnego, wynikającego z potrzeby intuicyjnego, emocjonalnego poznania dzieła
sztuki wyprzedzającej swój czas, sztuki głęboko humanistycznej (prawdziwa musi być taka!), a równocześnie skierowanej ku eremicie lub myślicielowi
zatopionemu w Uniwersum, w jakimś nadrzędnym,
zapewne kosmicznym porządku – okazuje się tu
zatem (używane coraz częściej przez współczesną
estetykę i socjologię) pojęcie afirmacji.
Afirmacji traktowanej przede wszystkim jako klucz
do wyidealizowanej przyszłości, jako oczarowanie,
fascynacja wszelkimi przejawami życia, afirmacji
która w przypadku nauk humanistycznych stanowi
nie tyle powrót do antycznego kanonu piękna, co
powrót do kanonu piękna w ogóle, wynikający z
potrzeby poszukiwania remedium na cierpienia ponowoczesności, na prymitywizm i prostactwo tych,
którzy mienią się (jakże fałszywie i błędnie) „Panami
Świata”.
Zwolennikom, lub może raczej wyznawcom
humanistyki afirmatywnej, utożsamianej niekiedy
z humanistyką ekologiczną, czy naturalną – planeta Ziemia jawi się jako żywy systemem, czujący i rozwijający się organizm, w tkance którego
immanentnie funkcjonujący człowiek, człowiek
niegdysiejszy, poznający emocjonalnie, głęboko
- odnajduje sens i warunek istnienia. To nieco idealistyczne podejście, stanowiące jedyne lekarstwo,
swoistą odpowiedź literatury i plastyki na niepokoje
i rozterki człowieka epoki postmodernizmu, człowieka rozdartego, dotkniętego piętnem wszechobecnej, popkulturowej szpetoty, piętnem samotności
i rozpaczy, poszukującego na próżno ukojenia w
świecie wartości materialnych – eliminuje przekonanie, że człowiek jest „panem istnienia”, mającym
prawo do przekonania o własnej wyjątkowości i o
nieograniczonych możliwościach działania.
Jak pisze bowiem prof. Ewa Domańska, jedna z nielicznych przedstawicielek owej nowej i
niewątpliwie odkrywczej, także na gruncie nauki
polskiej, dyscypliny – we współczesnej kulturze
afirmacji „brak, czy niekompletność wiedzy nie
stanowi przeszkody poznania”, a raczej staje się
warunkiem „partycypacji w żywym systemie planety”, bez możliwości doświadczania którego nie
mamy szans nie tylko na rozwój, ale i na szczęśliwą
egzystencję, przetrwanie.
SZTUKA
Przywołany tu sposób postrzegania człowieka,
jego relacji z dziełem stworzenia – z Naturą znamionuje szczególna pokora, przekonanie że nie jesteśmy powołani i nie mamy moralnego przyzwolenia,
by radykalnie zmieniać, dekonstruować i brutalnie
ingerować w pulsującą życiem materię Ziemi, Kosmosu, ale by kontemplować, doświadczać jej metafizycznej obecności, jej urody. Następuje tu zatem,
widoczne na gruncie tak zwanej „neohumanistki”
powiązanie filozofii Wschodu, pełnej szacunku dla
wszelkich form istnienia z filozofią Zachodu, która powracając do korzeni, do źródeł zaczyna dostrzegać
urodę tego, co bliskie, lokalne, urodę owych „miejsc
autobiograficznych”, niezmienionych jeszcze cywilizacyjnie, miejsc bez obecności których, nie może
być nawet mowy o wyjątkowości, czy niezwykłości
wizji artysty.
Dla Zofii miejscem autobiograficznym jest
rzeka Gwda, tajemnicza, epatująca swą mroczną,
nieodgadnioną duchowością, urodą, tworząca zakola i jasne, skapane w słońcu, otulone ciszą rozlewiska.
Miejscem autobiograficznym są kępy nadrzecznych
trzcin i wysokich, zrudziałych, kruchych i finezyjnych
traw, podmokłe łąki i wartko płynąca woda, roślinność ukochanego ogrodu, owe krzewy brunatnego,
czerwonego rdestu, płożące się miękko, tuż przy
powierzchni pachnącej, rozkopanej ziemi.
Dla Zofii - miejscem autobiograficznym jest dom,
z rozproszonym, powtarzającym geometryczny rysunek żaluzji światłem, układającym się w malarskie
smugi na chropawym, pobielanym murze, a nawet
kropla migotliwej wody, szklana kropelka deszczu,
powtarzająca swą własną strukturę, zwielokrotniona
na odsłoniętym unerwieniu umierającego, lub może
raczej – powracającego do świata wiecznej, nieskażonej Natury – kruchego, jesiennego liścia.
Istotą miejsca autobiograficznego artysty
tej miary, co Zofia, artysty obdarzonego szczególną
wrażliwością na piękno, doświadczającego potrzeby
afirmacji życia w najdrobniejszych jego przejawach,
odsłonach, koncentrującego uwagę na sprawach
duchowości, potrzeby rozmów z ukrytym za zasłoną
Natury Bogiem – okazuje się (pojmowane metaforycznie i dosłownie) światło.
Obecność owego światła, które opromienia
utrwalone na kliszy obrazy, które sączy się delikatnie z
ich wnętrza, podkreślając wyrafinowany, kunsztowny
rysunek roślin i utrwalonych na podłożu ich (jakże
ulotnych) śladów, śladów obecności łodyg, gałęzi,
źdźbeł traw, śladów obecności wiatru, powietrza i
wody, niekiedy tylko oparów lub rosy – znamionuje
obecność Absolutu.
Bóg miejsc autobiograficznych Zofii – to patron
renesansowych artystów. Istota ukryta świadomie za
Wielkim Dziełem Stworzenia. To Bóg harmonii i piękna,
Bóg form znaczących swą intensywną obecność w
mistycznym, łagodnym świetle, będący jego (owego
światła) źródłem, niekiedy negatywem i delikatnym,
miękko kładącym się, płożącym tuż przy powierzchni
ziemi, jak owe łodygi ogrodowego (pielęgnowanego
dłonią Zofii) rdestu - cieniem. To wreszcie Bóg niejednoznaczny, nieupostaciowiony, którego dotknięcia,
tchnienia doświadczyć można w samotności i w
ciszy, wędrując po lasach i polach, pośród nadrzecznych trzcin, po ścierniskach zasnutych mgłą o
poranku, po zarośniętych wysokim, pachnącym w
upale zielskiem łąkach i uroczyskach, położonych
nad brzegami wijącej się malowniczo, ciągle tak
zagadkowej, mrocznej i tajemniczej Gwdy.
MAŁGORZATA DORNA - WENDRYCHOWSKA,
Piła 2016
47
Gazeta Literacka 47
48
Fot. Robert Gauer
48
Migotania 53
POEZJA
Lech Galicki
Agnieszka Syska
drzewu różę kradnę
matka
Ujrzałem
jerozolima w świętych jej święta
matka
Ujrzałem kołyskę w której się ostało,
snem życia zmordowane,
wiekiem syte ciało.
Kto zapłacze nad nim i nad przemijaniem,
odda wspomnień uśmiech,
pogodzi z rozstaniem.
wiara
jego
nadzieja syna najświętszego
miłość
jego
po różę
sięga
anioł jej albo jego syna najświętszego
Luli, luli ciału,
luli, luli duszy,
ono z ziemią w parze,
ona w wieczność ruszy.
różę
pod skrzydło
prawe
Ujrzałem skłębione chmury co rozwiane,
i spokojną przeszłość co się nie odstanie.
W kołysce zorane ciało ukochane,
które ojca miało i najdroższą mamę.
anioł jak orzeł
prawe
jego
myśli
Luli, luli ciału,
luli, luli duszy,
ono z ziemią w parze,
dusza w wieczność ruszy.
krąży wokół synów ludzkich szuka
sprawiedliwego
nienaganne kręgi
na wodzie
Ujrzałem samotność dziecka tego świata,
które gdy umiera, Anioł Stróż odlata.
Światłość opromieni duszę zasępioną,
w glinny piach obróci się namiętne łono.
w ich głowach jego myśli jak koło
kręgi
na wodzie
Luli, luli ciału,
luli, luli duszy,
ono z ziemią w parze,
ona w wieczność ruszy.
sprawiedliwego
koło
uczciwie
zawsze moje myśli jego gdyby nie on koło nie byłoby trójkątne
uczciwie
trójkątne
trójjedyne
koła
Luli, luli ciału,
luli, luli duszy,
ciało z ziemią w parze,
dusza w wieczność ruszy.
bez nadziei koła nie wróciłyby
trójjedynemu koła
jedności
jedynej
Ujrzałem, mój Panie, otchłań przeznaczenia,
w kołysce, która w mary tak szybko się
zmienia.
Ty znasz co stworzyłeś Adama i Ewę,
to wszystko co dusza,
wiedzieć chce a nie wie.
w trój
kim
jesteś
sześcioskrzydły aniele
kim jesteś
trzynastopłatkowa różo
I dopiero, ujrzałem, w rozłączenia chwili,
Kto nie wierzy niech wierzy
sens wszystkiego rozbłyska,
dusza49żegna się z ciałem,
zaś w tle w Żłóbku kołyska.
pod skrzydłami
jego
kimkolwiek jesteś pod skrzydłami
jego
jesteś
wiarą
jego
Luli, luli ciału,
luli, luli duszy,
ciało z ziemią w parze,
dusza w wieczność ruszy.
nasze głowy
jak orły
głowy w koronach
Ujrzałem w kołysce niemowlęcia dolę,
które rusza w drogę,
w czasu szmat niewolę.
Zaś gdy wiek ułudą ziemski los oddali,
nie sposób zapłakać żeśmy go przespali.
MIĘDZYRZEC PODLASKI 22.VII 2016
Gazeta Literacka 49
FELIETON
Kamil Trombik
Kilka jesiennych myśli
kirem spowitych
rednio rzecz biorąc, co pół sekundy umiera człowiek.
Zakładając, że przeczytanie tego zdania zajmuje 4 sekundy, w tym czasie – teoretycznie – na łono Abrahama
powinno przenieść się 8 osób. Ba! Po dotarciu do następnej
kropki liczba śmiertelnych indywiduów ludzkich powiększy się
prawdopodobnie o następną ósemkę. I jak tu zachować
spokój wobec tykającego zegara?
Z kalendarzykiem w dłoni obliczam właśnie, ile dni
minęło odkąd skala Apgar jednoznacznie wskazała, że
żyję, a nawet wykazuję potencjał bardziej do dalszego
bycia, niż ku śmierci. Wyszło mi, że to już 9696 razy
po 24 godziny. Dużo to czy mało – zależy, jaką miarę
przystawić. Faktem jest, że w przeliczeniu na sekundy
daje to liczbę 837734400 (słownie: osiemset trzydzieści
siedem milionów siedemset trzydzieści cztery tysiące
czterysta). Odnosząc się do naszej średniej wychodziłoby, że w czasie, gdy ja sobie egzystowałem w
najlepsze, z żywotem bezpowrotnie pożegnać musiało
się jakieś 1675468800 osób. Czyli zdecydowanie więcej
niż miliard, ale – dla pocieszenia – wciąż jeszcze mniej
niż dwa miliardy.
Liczby jednak twarzy nie mają i grozy nie budzą, co
zapewne tłumaczy, dlaczego jak dotąd nie zbladłem
ze strachu. Przejście w wieczny odpoczynek kogoś z
twarzą to niewątpliwie ogromna tragedia dla jego
najbliższych, wciąż jeszcze przejawiających aktywność
życiową. Kto jednak zawracałby sobie głowę jakimiś
tam bezpostaciowymi miliardami? Nikt ich nie widział,
nikt ich nie słyszał, nikt z nimi toastu nie wznosił, werdykt: nie istnieją. I to całkiem dosłownie.
Esse et non esse non possunt identificari , jak mówi
mądrość ludowa. Kto nie z nami, ten przeciwko nam.
A jak się nie napije, niech go piorun trzaśnie. Albo zawał. Albo rak. Albo jedno i drugie. Minęło następnych
kilkadziesiąt sekund. To przeszło sto kolejnych zgonów
do ponad miliardowej puli. Gdzieś z tyłu głowy przebija się już myśl, że nawet jak się upiję, to piorun i tak
trzaśnie. Również mnie. Prędzej czy później.
Nie wiadomo (z grubsza), kiedy nadejdzie ten ułamek sekundy, ale – do diaska – nadejdzie. Jeden z
nas nie będzie czekał i podniesie na siebie rękę (jak
choćby Jean Améry), uwalniając się od udręki odliczania, inny natomiast pozwoli sobie tylko wzdychać
do myśli o dobrowolnej śmierci (to już Emil Cioran).
Człowiek czasami zastanawia się, jak to jest, kiedy się
nie jest. Może nawet tęskni za niebytem, czekając z
jakimś uciążliwym, nie dającym się ugasić niepokojem
oraz nadzieją na upragniony święty spokój od poruszeń
serca, żołądka, nerek oraz jelit. Przypuszczalnie za
każdą myślą o dobrowolnej śmierci kryje się niezgoda
na to, aby coś (natura?) czy może ktoś (Bóg?) miało
decydować za człowieka o jego miejscu w kolejce
do danse macabre.
To już nieważne. Mówili przecież, że człowiek – to
brzmi dumnie. A co, jeśli tak zwany homo sapiens
nigdy nie zszedł z drzewa? Być może droga od małpy
owłosionej do człowieka nie była wcale tak skomplikowanym procesem, o jakim mówią nauki ewolucyjne.
Historia wszak mogła potoczyć się inaczej, o wiele
prościej. Wystarczyło, że jakiś nasz przodek zahaczył
o gałąź, sturlał się z drzewa (tracąc przy tym sierść) i
upadł na głowę. Skutek? Słodki, mały homo w pełnej
krasie. Małpa nieowłosiona, efekt upadku na głowę,
całkiem przypadkiem sapiens, który po dzień dzisiejszy
rozgląda się wśród gałęzi za upragnioną obietnicą
50
nieśmiertelności zmaterializowaną w postaci, dajmy
na to, banana.
Ale nieśmiertelności pewnie nie ma i już nie będzie, banany zaś zostały zjedzone. „Porzućcie więc
nadzieję wy, którzy tu przychodzicie”, powinna brzmieć
kołysanka dla noworodków. Byłaby to pieśń – zważywszy na okoliczności – i głupia, i krótka, i zabawna
na swój sposób. Jak owe osiemset trzydzieści siedem
milionów siedemset trzydzieści cztery tysiące czterysta
sekund. Adieu!
KAMIL TROMBIK
50
Migotania 53
Fot. Robert Gauer
Ś
Spotkali się
z natury przypadku,
z natury zbiegu okoliczności.
Anna Krasuska
Jak?
Kawa,
plastikowy kubek parzy palce,
frytki w papierowej torebce
z saszetką ketchupu do wyciśnięcia,
sałata, samo zdrowie,
zajęła cały plastikowy talerzyk.
Byle szybko.
Obrzuca go jednorazowym uczuciem.
– Na mnie czas, muszę lecieć. –
Wyrzuca do kosza plastikowe sztućce.
Blisko, bliżej, na odległość pięciu zmysłów.
Kawałki tęsknot, pragnień stworzyły z niej kolaż,
który potocznie nazywają miłością.
Interpunkcja
Wiedziała już,
gdzie postawić kropkę,
a gdzie wystarczy przecinek.
Co oddzielić średnikiem,
jaki ciężar ma pauza
(zwana umownie myślnikiem),
kogo, kiedy i dlaczego powinna wziąć w nawias.
I kiedy zdawało się,
że całkiem nieźle przyswoiła sobie zasady
interpunkcji,
wprowadzono zmiany.
Nieoczekiwanie.
Dowiedziała się, że to dla jej dobra.
Dotychczasowa wiedza okazała się bezużyteczna.
Kropkę zastąpił wielokropek,
wykrzykniki zaczęły zakłócać rytm oddychania,
pytajniki, jako znaki zbędne, usunięto.
I, jakby tego był mało, wyjątki zastąpiły reguły.
Nie była pewna,
czy chleba i igrzysk!
czy chleba i igrzysk?
a może chleba i igrzysk…
Chciała odejść,
bo słowom nie trzymały się znaczenia,
cierpiały na krótkowzroczność, obiecując dal
(a jej zamarzył się luźny związek
frazeologiczny).
I kiedy obmyślała – dokąd,
inicjatorzy zmiany
(też dla jej dobra)
wzięli ją w nawias.
Ona sama nie znalazła słów,
bo i jak je znaleźć, gdy do cna ograne,
gdy na każdym murze Kocham Zośkę.
A tu ani wytańczyć, bo gdzie jej do motyla,
ani wyśpiewać, bo gdzie do skowronka,
ani dać ogłoszenie: Ułomna do pokochania
(jak: Zaginął brązowy seter z żółtą obrożą,
znalazcę czeka nagroda),
bo i ten pomysł nic niewart,
pewnie on nie czyta ogłoszeń na słupach.
Miękko wchodzi w takie czasy,
innych nie będzie.
Po drodze zalicza jeszcze
półprawdy, półkłamstwa, półmiłość…
Półżycie
w pół słowa
(ze słownika pustosłowia).
Odpowiednie dać rzeczy słowo?
Tak.
Ale jak?
Więc cierpiąc na niedostatek
języka,
który zawiódł, uwiązł im w gardłach,
pieszczotami przenoszą się na drugi brzeg.
I tylko ten pokój, ta kanapa, to krzesło
stają się niemymi świadkami
udręczonego pracą czasownika kochać.
POEZJA
Snack bar
Tęskni do kogoś, z kim mogłaby dzielić
Nic.
W teatrze
Zapowiadało się, że sztuka będzie w pięciu aktach
(no niechby i trzech),
a tu tylko jednoaktówka,
rozpięta od komedii po tragedię,
raczej farsa.
A może nie kochać.
Może to tylko licentia poetica pięciu zmysłów,
które, niewysłowione, zgrzytają
w innej wieży Babel.
I oni pamiętać wszystko będą inaczej.
Ona,
chora na życie, jak chory z urojenia,
gra
w teatrzyku prawie bulwarowym.
Na wypadek potopu
Choć oczekiwała obsadzenia w innym repertuarze,
jej zawodową specjalnością stały się,
mimo woli,
sceny groteskowe.
W świetle rampy
błahe konflikty, nie pamięta już o co
(bo jakież miałoby to mieć znaczenie),
błazeńskie wyjaskrawienia,
chichot historii, dziwne historie, zbiegi okoliczności
(te najbardziej nieprawdopodobne też).
Była zapobiegliwa,
zbudowała arkę.
Zgromadziła najpotrzebniejsze sprzęty,
smaki, zapachy, barwy, słowa,
książki, do których lubiła wracać,
kilka płyt, zdartych od ciągłego słuchania,
obrazy, na których odpoczywały oczy.
Zaprosiła przyjaciół,
przy stole usiadła z tymi, których kocha.
Co wydawało się li tylko wstępem, stało się tekstem
głównym,
a kiedy chciała krzyknąć: chwilo trwaj,
już była tylko epizodem.
Nie przewidziała tylko,
że podróż będzie dłuższa
i nie doczeka czasu,
kiedy statek poczuje pod kilem ląd.
Och, gdybyż żyła ze świadomością epilogu.
A tu odezwał się trzeci gong,
już czas.
Na ekranie pojawiła się pozioma kreska,
encefalograf nie wykazał
najmniejszych nawet impulsów w mózgu,
kiedy jeszcze trwał potop.
Wierzy w głównego reżysera?
O to mniejsza,
ale czy główny reżyser wierzy w nią?
Fot. Robert Gauer
51
Gazeta Literacka 51
KORESPONDENCJA
Edward Zyman
Andrzejowi Piskulakowi z serdeczną dedykacją
A
konkretnie nie było. Zarówno w wieku XIX, gdy
formowała się Wielka Emigracja po klęsce powstania listopadowego, jak i wówczas, gdy bezwzględny
los skazywał na dożywotnią banicję miliony Polaków
w wyniku „zwycięskiej” II wojny światowej. Byli w tej
ogromnej masie także twórcy, myśliciele, ludzie pióra,
którym historia (dokładniej: polityka) na długie dziesięciolecia zafundowała stan idealnej próżni. Czyli
rodzaj dialogu ze ścianą, bo przecież nie z czytelnikiem, który znajdował się po jej drugiej, „właściwej”
ideologicznie stronie.
Upraszczam? Oczywiście. Wszak czytelnik był również na emigracji. Przy całym jednak dla niego szacunku i wdzięczności za wierność okazywaną polskiemu
słowu na obczyźnie, nie był to odbiorca skłaniający
do nowatorskich poszukiwań i intelektualnej prowokacji. Ktoś powie, i słusznie, że nie można zapominać
o Gombrowiczu, Pankowskim, Bobkowskim, Miłoszu,
czy Mrożku. A wcześniej – o Mickiewiczu, Słowackim,
Krasińskim, Norwidzie. To prawda, powszechne oczekiwania preferowały przecież standardy sprawdzone,
wrosłe mocno w tradycje, odwołujące się zdecydowanie bardziej do emocji niż intelektu. Jeśli preferowały,
czyli… jeśli były. Bo grupa niezbyt wymagających,
choć wrażliwych czytelników, w miarę upływu czasu
kurczyła się w zastraszająco szybkim tempie, a nowi
przybywali nieskoro.
Pytasz mnie, czy dzisiaj, gdy zniknęły dawne ograniczenia polityczne, gdy idee przekraczają swobodnie
granice, których zresztą coraz mniej, sytuacja polskiego
pisarza poza krajem uległa zdecydowanej zmianie na
korzyść? Czy teraz, gdy książek nie rekwiruje gorliwy
celnik, a cenzor (poza wewnętrznym) nie gmera w
tekście, nie zmienia i nie wykreśla „niepożądanych”
słów, zdań, akapitów lub całych stron, literatura nasza
płynie jednym, czy wciąż dwoma (wieloma) nieprzenikającymi się nurtami?
Odpowiem Ci szczerze: nie wiem! Formalnie łączy
ją jedno łożysko, praktycznie obiegi te, mimo wszelkich sprzyjających okoliczności, bywają najczęściej
rozdzielne, a sytuacja pisarza polskiego na obczyźnie
bywa gorsza niż była kiedykolwiek wcześniej. Dlaczego? Bo jeśli ćwierć wieku temu mogłem napisać, że
„W hierarchii spraw ważnych i najważniejszych literatura, książka w ogóle zajmuje miejsce [w polskim
środowisku w Kanadzie] raczej poślednie”1 , dzisiaj
musiałbym stwierdzić, iż w owej hierarchii nie ma jej
wcale. O co winić ośmieliłbym się nie tyle niewrażliwego, zmaterializowanego do cna odbiorcę, co dryfujący niebezpiecznie ku własnej zagładzie duchowej
(a także fizycznej) współczesny świat zafascynowany
(ogłupiony) błyskotkami kultury masowej, czyli niepohamowaną, bezrefleksyjną konsumpcją rzeczy. Zjawisko to bywa zapewne równie dokuczliwe w Polsce,
choć tutaj, w kraju przestrzeni tak wielkiej, że – jak
powiedział w jednym z wywiadów znakomity poeta
Bogdan Czaykowski – „kultura się w niej rozrzedza aż
do zupełnych próżni”, jest głęboko przygnębiające.
W każdym razie: dla mnie!
Pisałem na ten temat sporo w Mostach z papieru,
książce poświęconej polskiemu życiu literackiemu na
obczyźnie, która opisuje w biografii polskiej diaspory
w Kanadzie okres barwny, obfitujący w arcyciekawe, przeniknięte wielką społeczną pasją, rzekłbym
wręcz: misją, postaci, pełen inspirujących, artystycznie
wartościowych zdarzeń i zjawisk, lecz zdecydowanie zamknięty. W życie naszej zbiorowości (wszędzie:
w kraju, poza jego granicami) wkroczyła brutalnie
komercja, pogoń za płasko rozumianym sukcesem,
twórców i odbiorców wartości zastąpili sprytni sprzedawcy i klienci handlowych galerii. Świątynie sztuki
zamieniliśmy na supermarkety, a twórca, kiedyś obiekt
nabożnych westchnień, jawi się na ich tle jako niedorozwinięty dziwak.
Co ma tedy, Mój Drogi, płynąć jednym lub dwo52
ma (wieloma) nurtami, jeśli rwący prąd zastąpiło
nie najlepiej pachnące bajoro lub wrzaskliwy, pełen
bezmyślnego jazgotu jarmark? Pisarz jest sam. A ponieważ nie ma wokół niego nawet owych kalekich
instytucji kulturalnych, będących mierną kopią swych
pierwowzorów sprzed lat, bez których życie duchowe
wcześniej czy później zamrzeć musi, jest źle. Pytasz
mnie, o jakie instytucje mi chodzi? O te, których na
obczyźnie praktycznie nigdy nie było, a których dotkliwy brak uwydatniały szlachetne wyjątki w postaci Instytutu Literackiego, „Kultury”, „Wiadomości”, „Oficyny
Poetów”, „Kontynentów”, „Przeglądu Polskiego” i kilku
52
Migotania 53
Bo nie ma
ziemi
wybieranej…
i poetyk poszczególoficyn, w których
nych autorów, co
pisarz (wiem, nie
wykracza poza ramy
we wszystkich)
tego listu.
mógł wydać
Wróćmy na koswą książkę, jeśli
niec
do wiersza Kaw znacznej miezimierza Wierzyńskierze pokrył koszty
go „Ktokolwiek jesteś
jej druku. O krybez ojczyzny”, z któtyce literackiej,
rego zaczerpnąłem
stypendiach, funtytuł tych refleksji.
dacjach, meceZ listów do przyjaciela
Nie ma ziemi wybienacie szczodrym i
ranej, jest tylko, twiermądrym, dostrzedził kilkadziesiąt lat
gającym i dotemu jeden z najwyceniającym spobitniejszych polskich
łeczne znaczenie
poetów XX wieku,
i funkcję wartości
wieloletni emigrant,
nie wspomnę.
ta jedyna, przez los
Przesadzam?
nam przeznaczona.
Oczywiście. Sam
W której ujrzeliśmy
przecież zasiaświat po raz pierwszy,
dam w dwóch
zobaczyli jego pejzacnych i wielce
zaż, usłyszeli mowę
zasłużonych inojców,
poczuli jego
stytucjach, jakimi
smak,
barwę
i
zapach.
Czy
dzisiaj
w
przypadku
innego,
są Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie i Fundacja
piszącego te słowa „emigranta”, oddalonego w czasie
Turzańskich2, ale o regułę tu chodzi, a nie o najbardziej
i przestrzeni od Arkadii dzieciństwa, może być inaczej?
nawet szlachetne od niej odstępstwa. A ta jest taka,
Czy w okresie triumfu światopoglądu postkolonialnego,
jaka jest.
który już dawno objął nie tylko sferę polityczną, ale także
Pytasz, czy fakt łatwego dostępu do pism i wydawwszelkie formy dominacji, także kulturowej, a zatem czy
nictw krajowych owej trudnej dla pisarza na obczyźnie
w dobie dogłębnej rewizji stereotypów narodowych,
sytuacji nie zmienia? Miast odpowiedzi boleśnie jednosocjoekonomicznej globalizacji, wyzwalania się z „zaznacznej, poleciłbym Ci z przyjemnością lekturę tomu O
siedziałości w danej przestrzeni”, „dekolonizacji myśli”
poezji, nostalgii, krytykach i kryteriach Bogdana Czaymożemy odwoływać się do tropów i wrażliwości tak,
kowskiego i Adama Czerniawskiego, wydanego w 2006
zdawałoby się, „anachronicznych”? Czy, sformułujmy to
roku nakładem Stowarzyszenia Literacko-Artystycznego
pytanie inaczej, mimo charakterystycznej dla naszego
„Fraza” i wspomnianego przed chwilą Polskiego Funduszu
wieku mobilności, braku cechujących epoki poprzedWydawniczego. Wiele w ich wypowiedziach znajdziesz
nie barier i restrykcji polityczno-administracyjnych, coraz
celnych stwierdzeń i diagnoz, które przynoszą interesujące
częstszych sukcesów w innym niż rodzimy języku (w poli skłaniające do przemyśleń odpowiedzi na postawione
skiej diasporze w Kanadzie szczególną uwagę zwraca
przez Ciebie pytanie.
przypadek Ewy Stachniak, autorki piszącej po angielsku),
Pytasz mnie wreszcie, czy w pisarstwie (zwłaszcza w
zarysowany w przytoczonym wierszu antynomiczny układ
poezji) polskich Kanadyjczyków dostrzec można jakąś
przeciwstawiający „ziemię wybraną” tej najważniejszej,
charakterystyczną, międzygeneracyjną zmianę? Na tak
będącej
darem losu, a więc „przeznaczonej”, może
sformułowane pytanie skłonny byłbym udzielić odpobyć
dla
„twórcy-emigranta”,
zwłaszcza pisarza, wciąż
wiedzi twierdzącej. Dotyczy ona tego, co nieprecyzyjnie
zasadny i aktualny? Także w sensie związanej z tą drunazwać by można światoodczuwaniem jej podmiotu
gą, dramatycznej świadomości utraty i nostalgicznych,
lirycznego. O ile w poezji twórców starszej generacji:
nigdy nieprzezwyciężonych „obciążeń”, ale tym samym
Zofii Bohdanowiczowej, Danuty Bieńkowskiej czy Wacrównocześnie wciąż żywej, uruchamiającej nowe obszary
ława Iwaniuka występuje wyraźnie motyw kulturowego
poszukiwań, poetyckiej inspiracji?
zawieszenia, czy wręcz wyobcowania, o tyle w poezji
Czy jeszcze może? Jestem przekonany – piszę to we
autorów młodszej generacji, którzy przybyli w latach 80.
własnym
imieniu – że tak! Dlaczego? Bo żadne uwaruni później motyw ten (poza nielicznymi wyjątkami) traci
kowania
cywilizacyjne
czy historyczne, żadne restrykcje
na znaczeniu. Powiadam traci na znaczeniu, bo choć
lub udogodnienia polityczne nie są w stanie uchylić
charakterystyczna dla poezji „emigracyjnej” topika w ich
tkwiących w poszczególnym człowieku jemu tylko właściwierszach nie zanika całkowicie, zdecydowanie wyraźniej
wych, wyłamujących się z wszelkich standardów, tęsknot,
uobecnia się w nich postawa „obywatela świata”, uczestmarzeń i wzruszeń, zauroczeń krajobrazem i czasem, innika wielu kultur, który miast tęsknić za utraconą bezpotensywnych, zakodowanych w pamięci obrazów i zdawrotnie ojczystą Arkadią, odnajduje się – z mniejszym
rzeń, osobistych wyborów, egzystencjalnych niepokojów,
lub większym powodzeniem – w uniwersum kulturowych
słowem jemu tylko przypisanej wrażliwości, czyli sposobu
kodów, których nie rozdzielają nieprzenikalne bariery i
uczestnictwa w świecie, w jego goryczach, radościach i
granice. W tym sensie wspomniane „światoodczuwatajemnicach. W przypadku autentycznego talentu pronie” podmiotu lirycznego poezji Romana Chojnackiego,
wadzić to może jedynie do nowych, wzbogacających
Marka Kusiby, Aleksandra Rybczyńskiego, Romana Sabo
rozwiązań poetyckich. Sugestywnych egzemplifikacji w
czy Grażyny Zambrzyckiej jest znacznie bliższe postawie
tej mierze dostarcza twórczość wymienionych wcześbohatera poezji osiadłych w Kanadzie byłych członków
niej autorów, dzielących razem ze mną obszar między
londyńskiej grupy Kontynenty, zwłaszcza Bogdana CzayAtlantykiem i Pacyfikiem, zamieszkały przez 34 miliony
kowskiego i Andrzeja Buszy, dla których wielokulturowość
ludzi z blisko 200 krajów, dzielących zgodnie swą życiojest zjawiskiem naturalnym.
wą
przestrzeń z szopami-praczami, wiewiórkami w kilku
Wittlinowskie nędze emigracji ustępują w ich przypadkolorach, łosiami i bobrami kanadyjskimi.
ku miejsca blaskom, czyli korzyściom płynącym z obcowania z wartościami wykraczającymi poza monokulturę
ojczystą, co owocuje w ich twórczości nie tylko nową
przestrzenią geograficzną, lecz nade wszystko nowymi,
pełniejszymi relacjami z kulturą i literaturą kraju osiedlenia, a tym samym istotnym wzbogaceniem pisarskich
doświadczeń i zaakceptowaniem nowej „emigracyjnej”
przestrzeni, jako własnego, rozpoznawalnego miejsca,
które wraz z upływem czasu staje się dla nich jeśli nie
najważniejszym, to całą pewnością istotnym punktem
odniesienia.
Nie oznacza to wszakże eliminacji wielu ważnych
problemów i pytań dotyczących własnej tożsamości
poszczególnych twórców, stopnia ich zakorzenienia i
zadomowienia w nowej rzeczywistości społecznej i kulturowej, nieustannego poszukiwania oddających ich sytuację egzystencjalną środków ekspresji, własnego, indywidualnego języka poetyckiego3 . Ale tutaj wkraczamy
już w rejony precyzyjnych rozważań dotyczących filozofii
MISSISSAUGA, ONTARIO,
EDWARD ZYMAN
2016
WE WRZEŚNIU
1
W tomie felietonów U Boga każdy błazen,
Andre R. Poray Publishing, Chicago-Stevens Point
1987, s.26.
2
W 2015 roku zakończyła swoją działalność.
3
Bardzo interesująco i wnikliwie piszą o tym w
swych książkach m.in. Bożena Szałasta-Rogowska
(Urodzony z piołunów. O poezji Bogdana Czaykowskiego), Beata Tarnowska (Między światami. Problematyka bilingwizmu w literaturze. Dwujęzyczna
twórczość poetów grupy „Kontynenty”), Justyna
Budzik (Zadomowieni i wyobcowani. O sytuacji pisarzy polskich w Kanadzie), Janusz Pasterski (Inne
wyzwania. Poezja Bogdana Czaykowskiego i Andrzeja Buszy w perspektywie dwukulturowości) i
wielu innych.
Fot. Robert Gauer
53
Gazeta Literacka 53
ESEJ
Erazm W. Felcyn
W
bieżącej edycji prezentujemy naszym Czytelnikom
niezwykłą kolekcję: jest to czarno-biała fotografia
Roberta Gauera. W całości poświęcona jest ona tylko
jednemu tematowi – bałtyckiej plaży, takiej, jaka ona
jest w rejonie Kołobrzegu, czyli typowej dla południowych
obrzeży Bałtyku.
Trzeba niemałej odwagi by proponować dziś
fotografię krajobrazową – i do tego temat tak
trywialny, jak plaża.Gauer podjął to wyzwanie i
prezentuje nam najwyższej klasy detal i pejzaż,
doskonale osadzone w całym bogactwie kultury
europejskiej, a przy tym jedyne w swoim rodzaju
– po prostu gauerowskie. Jego prace – pełne
poezji, emocji i wyrafinowania zarazem – wywołują podziw nie tylko swą perfekcyjną formą, ale
też niezwykłą paletą skojarzeń indukowanych w
świadomości i podświadomości odbiorców.
Oglądając je sięgam pamięcią do klasyków
pejzażu, takich, jak Constable czy Turner, do
Plaża Gauera
wielkich romantyków – jak Delacroix… Sposób
podejścia do fotografowania detalu, czasem
budowanie przestrzeni przez subtelną wieloplanowość, czy – w niektórych pracach - swoisty
minimalizm, kierują moje myśli w stronę sztuki
japońskiej. Im dłużej te prace analizuję, tym
więcej w nich znajduję różnorakich wspaniałości.
Lekkość, z jaką Gauer porusza się po tak
rozległej przestrzeni twórczej, jest tym bardziej
zdumiewająca, że konsekwentnie zachowuje
On spójność stylistyczną. Wynika ona nie tylko z
bardzo szczególnej wrażliwości, ale też ze świadomego, bardzo konsekwentnego stosowania
stałej palety środków wyrazu artystycznego.
Myliłby się natomiast ktoś sądząc, iż sugeruję, że prace Gauera mają walory wyłącznie
„malarskie”. Przeciwnie – moim zdaniem są one
zdecydowanie i mocno osadzone w samym
Autorzy goszczący
po raz pierwszy
Stanisław Dubiski,
ur. w roku 1929, absolwent medycyny uniwersytetu wrocławskiego,
od lat osiemdziesiątych do emerytury profesor immunologii Uniwersytetu Torontońskiego, członek wielu towarzystw naukowych, m.in.
Polskiego Instytutu Naukowego w Kanadzie. Jest miłośnikiem sztuki,
przede wszystkim opery, o której przez lata pisał felietony do warszawskiego „Ruchu Muzycznego”, zebrane następnie w tomie „Opera
pod lupą” (Warszawa 2012); skłonnościom literackim dawał upust
także jako tłumacz oraz jako autor niewielkich utworów prozatorskich,
których jednak nie publikował; „Magiczna lalka” jest jego bardzo
późnym debiutem pisarskim, jak się zdaje, wcale udatnym.
Lech Galicki,
dziennikarz, prozaik, poeta. Urodził się 29 stycznia w Szczecinie.
Absolwent Politechniki Szczecińskiej. Pracował w tygodniku Morze i
Ziemia. Opublikował kilkanaście książek ( proza i poezja). Nagradzany
i wyróżniany.
Anna Matysiak
autorka zbioru wierszy Czułość liter (Kraków, Miniatura, 2015); adiunkt na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu (wydział zamiejscowy krakowskiej PWST), wydawczyni.
Wacław Mejbaum
(ur. 1933 r., Lwów, Polska – zm. 24 listopada 2002 r., Szczecin)
– polski filozof, wieloletni dyrektor Instytutu Filozofii Uniwersytetu Szczecińskiego.
Studia filozoficzne podjął na Uniwersytecie Warszawskim. Studiował
również fizykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Stopień doktora filozofii
uzyskał w 1965 roku na Uniwersytecie Wrocławskim na podstawie
rozprawy Wielkość fizyczna a doświadczenie. Habilitację uzyskał na
Uniwersytecie Jagiellońskim.
W polu zainteresowań Mejbauma leżały zagadnienia epistemologii,
filozofii języka, marksizmu, metaetyki i metodologii nauk. Jest autorem
i współautorem ok. 300 publikacji w zakresie filozofii i literatury, w
tym bajek.
(ur. 1991 w Gliwicach) - doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przygotowuje pracę poświęconą afektywnemu
wymiarowi twórczości Witolda Gombrowicza pod kierunkiem prof. dra
hab. Ryszarda Nycza. Kilkukrotna laureatka Ogólnopolskiego Konkursu
na Esej; współpracuje z Internetowym Magazynem „Teatralia
Ewa Poniznik (ur. 5.01.1988 r.) – Mieszka i pracuje w Gdańsku.
Absolwentka Filologii Rosyjskiej i Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego, stypendystka Instytutu im. A.S. Puszkina w Moskwie, obecnie
na II roku Filologicznych Studiów Doktoranckich UG. Wyróżniana i
nagradzana w ogólnopolskich konkursach poetyckich). Tłumaczona
na język białoruski. Obecnie pracuje nad wydaniem debiutanckiego
tomu wierszy „Poza nocą”.
Florian Śmieja,
54
poeta, tłumacz, literaturoznawca, eseits, ur. 1925 r. w Zabrzu. Od
1940 roku żyje i tworzy poza Polską. Członek londyńskiej grupy „Kontynenty”. Redaktor wielu pism, autor kilkunastu książek literackich, w tym
wielu poetyckich. Laureat nagród literackich Związku Pisarzy Polskich
na Obczyźnie. Doktor honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego.
Wybitny znawca literatury hiszpańskojęzycznej.
Kamil Trombik – absolwent filozofii na Uniwersytecie Śląskim w
Katowicach, obecnie na studiach doktoranckich. W przeszłości współpracował m.in. z magazynem muzycznym „Pure Metal” oraz serwisem
popularnonaukowym „Mądre Książki”. Zainteresowania naukowe: filozofia polska, historia i filozofia religii, relacja nauka-religia.
54
Migotania 53
Fot. Robert Gauer
Aleksandra Naróg
centrum nurtu „czystej fotografii”. Jak pięknie
korespondują one z czarno-białymi pejzażami
dawnych polskich mistrzów kamery – Sunderlanda, Sempolińskiego, czy też Hartwiga. Gauer,
jak rzadko kto, po prostu widzi i czuje światło,
nie tylko wzrokiem, ale całym sobą – i potrafi
owoce swojej percepcji przekuć w obraz fotograficzny.
Jedna z najwybitniejszych postaci w historii
światowej fotografii to Edward Weston (18861958). W ostatniej dekadzie swego życia skupił się na fotografowaniu plaży Pebble Beach
w Point Lobos (Kalifornia). Od 1979 roku plaża
ta oficjalnie jest zwana Plażą Westona. Robert
Gauer ma też swoją własną, unikalną plażę.
Nie funkcjonuje ona, co prawda, jako pojęcie
geograficzne, ale istnieje ona w postaci oryginalnej koncepcji twórczej.
ERAZM W. FELCYN
gazeta literacka
W numerze fotografie prezentuje Robert Gauer
Migotania
Robert Gauer (1962) – urodził się, mieszka i pracuje w Kołobrzegu.
Od trzydziestu lat zawodowo zajmuje się fotografią. Głównym obszarem jego zainteresowań jest polskie morze. Kolekcje czarno-białych
prac artysty poza Polską były eksponowane również w Szwecji, Danii
i Niemczech.
Mig
otan
ia
www.migotania.pl
ISSN 2083-2494
numer 2 (51) 2016
Redakcja:
Redaktor naczelny: Zbigniew Joachimiak
Dział PR: Adam Buszek
Dział tekstów, redakcja i korekta: Agata Foltyn
Dział fotografiki: Sybilka Storie
Redaktorzy: Maria Jentys-Borelowska (Kraków),
Alina Kietrys (Gdańsk)
Andrzej Wołosewicz (Warszawa),
Bogusław Żyłko (Gdańsk).
Stale współpracują:
Anna Frajlich (Nowy Jork),
Piotr Goszczycki (Warszawa),
Artur D. Liskowacki (Szczecin),
ks. Janusz A. Kobierski (Warszawa),
Adam Majewski (Gdańsk),
Grzegorz Musiał (Bydgoszcz),
Jerzy Niesiobędzki (Wyszembork),
ks. Jan Sochoń (Warszawa),
Leszek Szaruga (Warszawa),
Olga Śmiechowicz (Łódź),
Roman Warszewski (Gdynia),
Marek Wawrzkiewicz (Warszawa),
Krystyna Śmiechowicz (Łódź),
Zofia Beszczyńska (Warszawa),
Sławomir Majewski (Miechów),
Leszek Żuliński (Warszawa)
Redakcja niekoniecznie podziela poglądy autorów.
Opracowanie graficzne: Baltox Artur Rakowski
Wydawca: Fundacja Światło Literatury
Adres redakcji: Fundacja Światło Literatury,
ul. Grunwaldzka 303, 80–314 Gdańsk
tel. 782-022-502
[email protected],
Migotania. Gazeta literacka sprzedawana
jest w salonach Empik w całym kraju w cenie 15 zł. za
pojedynczy egzemplarz (numer podwójny w cenie 25
zł.). Możliwy jest również zakup za zaliczeniem pocztowym. Łaskawe zamówienia proszę składać w Redakcji dowolną drogą. Redakcja uprzedza, iż nie odsyła
tekstów nie zamówionych. Staramy się odpowiadać
na propozycje tekstowe, ale nie zawsze możemy to
zagwarantować. W korespondencji z Redakcją prosimy
używać przede wszystkim adresów e–mailowych.
W sprawie zamieszczania reklam prosimy
o kontakt mailowy na adres:
[email protected]
DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW
SAMORZĄDU
WOJEWÓDZTWA POMORSKIEGO
Mig
otan
ia
WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW,
Autorów
oraz Przyjaciół „Migotań”
zapraszamy
do wsparcia finansowego naszej Gazety
poprzez jej prenumeratę.
Tylko dzięki Waszej pomocy
będziemy w stanie przetrwać
na trudnym rynku
oraz drukować Wasze teksty.
Dziękujemy za pomoc!
Redakcja
DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW
MINISTRA KULTURY
I DZIEDZICTWA NARODOWEGO
Mig
otan
Prenumerata!
ia
Cena „Migotań” wynosi 15 złotych (25 złotych numer podwójny),
w prenumeracie 12 złotych za egzemplarz (24 złote numer podwójny)!
Prenumerata za cztery kolejne numery wynosi 60 zł. To koszt gazet wraz z przesyłką.
Aby mieć pewność, że przesyłka nie zaginie, zachęcamy do wybrania opcji przesyłki
poleconej. Wówczas koszt prenumeraty to 68 zł.
55
Jak zamawiać? To proste! Jest na to wiele sposobów:
1) Zadzwoń pod numer 782-022-502 i złóż zamówienie;
2) Wyślij zamówienie mailem na adres: [email protected];
3) Wyślij zamówienie na adres: Fundacja Światło Literatury, ul. Grunwaldzka 303, 80-314 Gdańsk.
W tytule przelewu proszę podać adres, na który ma być przesyłana prenumerata, oraz numer „Migotań”, który ma zapoczątkować prenumeratę. Prenumeratę otrzymasz po wpłaceniu odpowiedniej
kwoty na konto: Bank Millennium 74 1160 2202 0000 0001 7019 5866
lub za pobraniem pocztowym (koszty pobrania ponosi prenumerator).
Gazeta Literacka 55
Jacek Geisler
Poszczekadła
Piąte
29
Filosofia Nuova
Wszystko jest Ruchem i Nudą.
Świat jest ruchem Nudy a człowiek jest nudą Ruchu.
I wszystko jest z Nudoruchy i nie masz nic prócz Ruchonuda.
30
Psy stękają – Karawana sraje dalej.
31
Cennik
za Uszczęśliwianie Ludzkości - w mordu i pod stienku.
za Autorytet Moralny - w ryja.
za Szlachetne Oburzenie - w pysk.
32
Aurora et Frederic
Aurora: Frederic! Rusz się Opieszalcu i rozpal mi ogień
we wszystkich piecach.
Jeśli zbraknie drewien na podpałkę, porąbaj
Pianoforte. No, jazda Fajtłapo.
Jak się dobrze sprawisz, pozwolę ci skomponować Preludium Deszczowe.
Frederic: Avec plaisir. Jestem do usług Jaśnie Pani. I
całuję jej słodką dziurkę des-Durkę
h-Molem con furioso.
33
Kto przysiągł na Egalitaryzm, ten nie może się zadawać
z Bylekim.
Ten należy do elity – Ścisła Elita i kwita. A egalitaryzm?
Ach, to tylko taka leksykalna jałmużna dla Elektoratu
vel Pospólstwa alias Hołoty.
34
Gdy wskrzeszony Łazarz doszedł co nieco do siebie,
ozwał się do Rzeszy w te oto słowa:
Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam - przedziwne z
was Plemię.
Bo zaiste nie pojmuję: pocóżeście mnie wskrzesili?
Na te słowa Rzesza zawyła okropnie,
rzuciła się na Łazarza z pazurami i zatłukła go
tak dokumentnie, że już nigdy więcej nie zmartwychwstał.
35
Jak to dobrze, że są na świecie Nieszczęśliwi.
Bez nich szczęście Szczęsnych byłoby niepełne.
36
Haas-Liebe
Złoneczko ty moje Najbierdolniejsze.
-
37
Sex? Oczywiście, tylko z kim?
Albo z Potworem, albo z Otworem.
A może: z Otworem w Potworze?
Taż to panie Kryminalna Afera.
38
Marzenie o Człowieku – zbankrutowało.
Okazało się, że Człowiek to złuda a realnością – Bestyja.
Nakazano więc odwrót na pozycje wyjściowe
do lasu, do boru, do Jaskini Bydląt.
39
Czynić zło jest tak kusząco łatwo,
że nie sposób się powstrzymać i – nie ulec.
40
Ogłupić się dla Chrystusa – tak radzi sobie i nam imć
Pan Pascal.
56
Na miłość boską, opamiętaj się pan, Panie Pascal.
Jesteś Pan już dostatecznie niemądry – Dieu ne demand plus.
41
Z Żeromskiego
Uciekła mi Smugoniowa w siano,
A ja niczym ten Przełęcki za nią.
Trzeba męża się Smugonia spytać,
Czy pozwoli Smugoniową trykać.
56
Migotania 53
Leszek Szaruga
WYPRASOWAANIIE (21)
C
zasy jakieś się porobiły wsteczne, czuję się jak w
okresie słusznie minionym i mam wrażenie, że to nie
tylko moje odczucie, co zdaje się potwierdzać mecenas
Jacek Dubois , który, w przerwie zajęć związanych z czynnościami prawniczymi zmierzającymi do wspomożenia
aresztowanego właśnie Józefa Piniora (przypomnę: to
ten facet, który wraz z Władkiem Frasyniukiem sprzątnął
czerwonemu sprzed nosa 80 milionów złotych tuż przed
wprowadzeniem stanu wojennego – przypomnienie konieczne, bo moim studentom nazwisko Piniora, podobnie
zresztą jak nazwisko Jerzego Giedroycia, nic nie mówi)
udzielił wywiadu czasopismu „Newsweek” (nr 49//2016).
Rzecz zatytułowana została „Broszkowanie polityki”. Pan
mecenas opowiada, jak to, by odreagować stres, wraz
ze swym kolegą zabawiają się pisaniem krotochwilnych
wierszyków politycznych (swego czasu – posiłkując się tytułem „Xenie i elegie” podobne utwory składali Goethe z
Schillerem, u nas Jarosław Iwaszkiewicz, a ostatnio Ryszard
Krynicki). Powiada też: „Czuję się źle, bo zostałem wychowany (a trzeba tu dodać, że Dubois to rodzina z pięknymi
tradycjami prawniczymi - LS) w ogromnym szacunku dla
prawa. Uczono mnie,, że to spoiwo społeczeństwa. Są
sytuacje, gdy ktoś próbuje to spoiwo zniszczyć, ale to
jedynie zawieruchy historii. Hunowie zawsze zostają w
końcu pokonani i wszystko wraca o normy. Od zeszłej
jesieni miałem świadomość, że rząd PiS nie będzie grał
zgodnie z zasadami demokracji. I nie gra. Nie demonizuję sytuacji, bo nie dochodzi w Polsce do aresztowań o
świcie...”. I tu, niestety, pan mecenas raczył się pomylić:
do drzwi jego obecnego klienta zapukano o szóstej nad
ranem - czas teraźniejszy pora zmienić na przeszły.
W dalszej części wywiadu Dubois precyzuje: „Nie uważam, że nasze państwo jest zagrożone, choć wesoło nie
jest. (…) To czas dla nas dolegliwy, ale rozsądek zawsze
zwycięża. Zwyciężają instytucje. (…) Dzisiaj obrażany jest
zdrowy rozsądek, naruszane są zasady przyzwoitości i dobrego gospodarzenia krajem, ale to Polski nie zrujnuje.
(…) Gdy ludzie się zorientują, że Trybunał Konstytucyjny
przestał bronić ich praw, a niezawisłe sądy to abstrakcja,
kiedy nastąpi spadek PKB, to przy urnach zachowają się
rozsądnie. A do tego czasu jeśli oglądamy coś, co obraza
naszą inteligencję, przyzwoitość i zasady, to możemy albo
iść na emigrację wewnętrzną, albo się z tego śmiać. My
z Krzyśkiem Stępińskim postanowiliśmy się śmiać. Piszemy
felietony, satyry i bajki”. To okazywanie swego stanowiska
może zaszkodzić: „Oczywiście, że mi zaszkodzi. Ale taki
mam system wartości, został mi przekazany w genach. Mój
dziadek był posłem na Sejm II RP, ojciec był przez całe
życie zaangażowany w działalność samorządu adwokackiego. Ja chciałem prowadzić kancelarię, myślałem, że
nie będę miał nic wspólnego ze sprawami publicznymi. Ale
mnie w końcu dopadło. Jest gdzieś granica przyzwoitości,
po przekroczeniu której człowiekowi puszczają nerwy”.
Kwestia ostatnia jest też przedmiotem uwagi kierownika
Katedry Etyki KUL, ks. Andrzeja Szostka, który w wywiadzie
dla „Tygodnika Powszechnego” (nr 49/2016) zatytułowanym „Kościół i dobra zmiana” stwierdza, odpowiadając na
pytanie o kryzys przyzwoitości, jaki obecnie przeżywamy:
„Czy ja wiem? Może raczej przeżywamy kryzys zaufania do
siebie nawzajem, kryzys wiary w dobrą wolę także tych,
którzy nie podzielają naszych poglądów i upodobań. Ten
kryzys daje o sobie znać zwłaszcza wtedy, gdy uderza się
w tony patriotyczne, gdy mowa o dobru narodu, o dumie
narodowej itp. (…) Kiedy mowa o dumie narodowej, to
warto zacząć od mniejszych i bliższych nam kręgów odniesień. Otóż ja jestem dumny z mojej rodziny. Wychowałem
się w niej, rodzicom i rodzeństwu zawdzięczam w znacznej
mierze ukształtowanie mojego świata wartości. Ale do
głowy mi nie przyszło, by tak rozumiana duma prowadziła
mnie do uznania, że inne rodzinny są gorsze, nawet gdy
są wyraźnie inne”. O tyle to wyznanie wydaje się interesujące, że zarówno Szostek jak Dubois podnoszą wagę
wychowania w rodzinie – tu rzeczywiście kształtowany
może być (choć nierzadko nie jest) rdzeń samoświadomości, poczucia godności własnej i innych. Wynoszenie
się ponad tych, którzy „są wyraźnie inni” jest jednak dość
powszechne – by przypomnieć słowa Jarosława Kaczyńskiego z wywiadu, jaki dla „Arcanów” przeprowadził z nim
profesor Andrzej Nowak, a mówiące, że „istnieje jakaś
hierarchia narodów”. Przed takim właśnie wynoszeniem
się przestrzega Szostek: „Wiem, że historia mojego narodu obfituje zarówno w postacie i momenty chlubne, jak
niechlubne. I wiem, że podobnie ma się rzecz z innymi
narodami. Nie ma sensu pytać, czy Polska jest lepsza, czy
gorsza niż Niemcy albo Rosja.
Takie porównania prowadzą
do kompleksów wyższości lub
niższości. Jak bardzo takie otwarcie na innych wzbogaca
„Hunowie zawsze zostają
nas samych, to akurat historia
Polski wyraźnie pokazuje”.
w końcu pokonani”
Jaka historia? Pan prezydent Andrzej Duda – co cytuje „Polityka” (nr 49//2016) jako
motto do artykułu Marcina Zaremby „Wyziewy fabryki
mitów” - określa to jasno i wyraźnie: „Polska szkoła będzie
uczyła prawdziwej polskiej historii, w której wiadomo, kto
był zdrajcą, a kto bohaterem”. Pisze Zaremba: „Wracamy
do XIX-wiecznej romantycznej koncepcji Polski-Chrystusa
narodów, cierpiącej i niewinnej. Taki wizerunek ma pozostać, więc z przypadkami naruszenia dobrego imienia narodu walczy MSZ. (…) Mamy więc do czynienia ze strategią
kreowania się na jedynych depozytariuszy wolnej Polski,
przedstawiania obecnej władzy nie jako wyłonionej na
skutek losowego, wyborczego przypadku, lecz jako wyraz
spełnienia procesu dziejowego. Łańcuch prowadzi więc
bezpośrednio od Piłsudskiego i Dmowskiego, przez żołnierzy
wyklętych, prymasa Stefana Wyszyńskiego, do Antoniego
Macierewicza i Lecha Kaczyńskiego. Rodowód można
pociągnąć dalej w głąb, aż do początków państwa
polskiego. Symbolicznie, jako przedłużenie i dopełnienie
najlepszych nurtów narodowej historii, albo dosłownie,
jak to zrobił genealog dr Marek Jerzy Minakowski. Otóż
w 2009 r. ogłosił on, że Lech Kaczyński jest dalekim potomkiem władców Polski Mieszka I, Bolesława Chrobrego
i Bolesława Krzywoustego. W swojej „Wielkiej genealogii”,
bazie powiązań genealogicznych Polaków, wyliczył ponad
30 pokoleń przodków ówczesnego prezydenta Rzeczypospolitej”, zaś „w październiku 2016 r. wicepremier Piotr
Gliński przyznał Minakowskiemu odznakę „Zasłużony dla
Kultury Polskiej””.
Wszystko zaczyna się powoli układać w pewien program, co prawda nie artykułowany wprost, lecz po prostu
realizowany. Przypomina on założenie inżynierii społecznej
wpisane w praktykę okresu jeszcze słuszniej minionego,
a które najdobitniej określa rosyjski termin „pierekowka
dusz”. Trzeba zmienić Polaków tak, by potrafili sprostać
stawianym im przez ideologię wymaganiom. Trochę o tym
mówił poseł Kaczyński w przywoływanym wyżej wywiadzie
dla pisma „Arcana” - narzekał w nim na Europę zniewieściałą, pozbawioną męstwa, a tym samym niezdolną do
obrony wartości, głównie „chrześcijańskich” (biorę rzecz
w cudzysłów, bo rozumienie chrześcijaństwa w niektórych
naszych kręgach kościelnych i politycznych wydaje się być
na skraju herezji). Stąd praktyka wychowania „patriotycznego” z kultem „żołnierzy wyklętych” (wzmacniana tworzeniem jednostek „obrony terytorialnej”, których uczestnicy
mają być opłacani), z wytycznymi „polityki historycznej” i
przemeblowaniem systemu oświaty („reforma szkolnictwa”
wprowadzana z impetem sowieckiego czołgu). Trafnie też
zauważa Jan Tokarski w eseju „Neomesjanizm nad Wisłą”
w „Przeglądzie Politycznym” (nr 138/2016): „Dokonuje się
mianowicie (dokonało się?) przesunięcie w sferze symboli.
Przemiana tego, jakie języki opisu rzeczywistości uważane
są za wiarygodna, a jakie – zdyskredytowane. W odwrocie
jest dziś język liberalny, z jego naciskiem na swobody indywidualne, nienaruszalność podstawowych zasad porządku
prawnego, pragmatyzm i realistyczną kalkulację interesów.
Wiarygodny (czy też „modny”, „na fali”) stał się natomiast
język kontrrewolucyjny, mesjanistyczny, czerpiący garściami
z narodowej i religijnej symboliki. Bywa on czasem określany
jako „konserwatywny”, ale wydaje mi się to nieporozumieniem. Konserwatyści kładą nacisk na ciągłość, dzisiejsi
polscy „konserwatywni rewolucjoniści” - na zerwanie. (…)
Współcześni kontrrewolucjoniści (…) traktują tradycję jako
Prawdę Objawioną. A właściwie, uznają polską tradycję
za tożsamą z Prawdą Objawioną, a Prawdę Objawioną
– za nieoddzielną od polskiej tradycji. Jak pisze (absolutnie
serio) Michał Łuczewski (…): „historia święta jest historią
Polski, a historia Polski jest historią świętą””.
Cóż, jak tak dalej pójdzie, napiszemy wreszcie Jeszcze
Nowszy Testament, który objawi światu historię Polski jako
ową świętą historię. Wojciech Wencel powinien dać radę.
To on wszak przypomniał Prawdę: „W 1850 roku w Licheniu
Matka Boska mówiła: „Ku zdumieniu wszystkich narodów
świata z Polski wyjdzie nadzieja udręczonej ludzkości””. Tyle
tylko, że nim wyjdzie, musi najpierw do niej wrócić.
LESZEK SZARUGA
Robert Gauer
PLAKAT ARTYSTYCZNY
Zbigniew Joachimiak
PLAKAT POETYCKI