Ściągnij najnowszą próbkę książki - Polska Południe
Transkrypt
Ściągnij najnowszą próbkę książki - Polska Południe
Polska Południe-Północ w 30 dni Piotr Sokołowski Jolanta Piotrowska Tomasz Pławski Projekt okładki Crowd Design Sp. z o.o. (www.crowddesign.pl) na motywach plakatu wyprawy Agencji Reklamowej INF Redakcja i korekta Małgorzata Stempowska Skład i łamanie Tomasz Pławski, Piotr Sokołowski © Copyright 2015 by Piotr Sokołowski, Jolanta Piotrowska, Tomasz Pławski ISBN 978-83-924562-0-9 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autorów. Druk i oprawa Drukarnia Cyfrowa OSDW Azymut sp. z o.o. ul. Senatorska 31 93–192 Łódź Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl. Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń. Pomożemy Ci dotrzeć do czytelników na całym świecie! Kontakt www.rozpisani.pl [email protected] „Nigdy nie jest za późno na szczęśliwe dzieciństwo” - Angus Young 5 O NAS Tomasz „Yankes” Pławski Ale żem się dał podejść! Każdy, kto mnie choć trochę zna, wie, jak ciężko mnie wyciągnąć z domu nawet na krótki weekendowy wypad. Wprawdzie już kiedyś dałem się Piotrowi namówić na miesięczne tournée po zachodniej Europie, ale to prehistoria: czasy studenckie, jeszcze przed żoną, dziećmi, kredytami, menedżerowaniem w korporacji... Nie, nie chodzi tu o lenistwo ̶ generalnie ciężko mnie zainteresować pomysłem, jeżeli nie ma stosownego współczynnika oryginalności. Jednak gdy tylko zobaczyłem e-mail z propozycją miesięcznej wyprawy z najbardziej wysuniętego na południe punktu Polski do drugiego skrajnego punktu na północy, od razu poczułem dreszczyk emocji. Jeszcze krótkie zapytanie w Google ̶ faktycznie, nikt tego jeszcze nie robił. A do tego według Wikipedii: „Wejście na Opołonek od polskiej strony nie jest dozwolone”. Zostałem kupiony! Jolanta „Wednesday” Piotrowska Można się zastanawiać, dlaczego ludzie, którzy nie wiedzą, co to czołówka, i trzykrotnie opuszczają sklep, nim kupią poncho przeciwdeszczowe, doprowadzeni do głębokiej frustracji profesjonalizmem i dociekliwością obsługi, a na dodatek wracają po tygodniu, kiedy nabiorą pewności, że zostali zapomniani, a więc dlaczego ludzie tacy jak ja chcą wziąć udział w wielkiej wyprawie. Tymczasem zupełnie nie ma się nad czym zastanawiać. Kiedy się pozna chłopaków z Freetown, od razu wiadomo, że ma się do czynienia z doborowym towarzystwem. Nie iść z nimi nie sposób. Piotr „Vitek” Sokołowski W Sobótce pod Wrocławiem, w kamieniołomie, gdzie uczyłem się wspinaczki, ktoś nasmarował napis na granitowej ścianie: „Każdy ma swój cierń”. Ta wyprawa była moim cierniem marzeniem przez długie lata. Bardzo dziękuję Joli, Yankesowi, Krzysztofowi i Asi, że pomogli mi ten cierń wyciągnąć. Zawsze to jeden mniej. Trochę lżej ;) 6 DZIĘKUJEMY! Zanim zaczniemy, chcemy podziękować wszystkim, dzięki którym mogliśmy spełnić nasze marzenie ̶ napisać i wydać tę książkę. Na szczególną wdzięczność zasługują nasze rodziny, które przez długie miesiące tolerowały mentalną i fizyczną nieobecność „twórców”. Kochani, dziękujemy Wam za wiarę, że nam się uda, za gorącą herbatę i ziółka, a przede wszystkim za cierpliwość. Nie możemy obiecać, że to się więcej nie powtórzy, ale następnym razem powinno być łatwiej. Chyba że wymyślimy coś zupełnie nowego. Jednak nie tylko wiara i herbata były nam potrzebne. Równie ważna była pomoc finansowa. Bez tego książka pozostałaby w szufladzie. Takiej właśnie pomocy udzielili nam wspierający na portalu finansowania społecznościowego PolakPotrafi.pl. Oto oni: Agnieszka i Szymon, Aiya, Ania i Czarek z Płocka, Anna Podhajska, Rami Banna Esq., Rafał Baran, Natalia Anna Baranowska, Kasia Bartoszewska, Małgorzata Błońska i Marcin Błoński, Aleksandra Buchla, Monika Budek, Aneta Budzisz, Michał Byrecki, Marcin Chruściel, Dorota Cichońska, cichy_ww, Wojciech Czaplejewicz, Danuta Czerski i Peggy Thomson, Darkarchon, Mikołaj Demków, Piotr Dudała, Piotr Dudka, Hubert Dziadczykowski, Efffka, elvy, Ewelina i Tomek, Marcin FelsztyNski, Katarzyna Filipek, Jacek Fink-Finowicki, Declan Friel, Dagmara Frydrychowicz, Magda i Andrzej Galewscy, Anna Gąsowska, Anna Gorgól, Maciej Góral, Paulina Górna i Jarosław Wiśniewski, Dagmara Grenik, Łukasz Gruby, Ryszard Grzesica, Emilia Gulczyńska i Janusz Gulczyński, Rafał Gwóźdź, Łukasz Halusiak, iwcia, Marek Jankowiak, Krzysztof Jankowski, Beata K., Paweł Kałużny, Klaudia Kamieńska, Andrzej Kania, 7 Wiktor Kapanowski, Zbigniew Karwat, Jan Katulski, Mariusz Kieslich, Magdalena i Tomasz Klamrowscy, ko-lega, Anna Kolbuszewska, Marek Koniorczyk, Andrzej Kozioł, Marcin Krowicki, Rafal Kudliński, Dorota Kwiatkowska, Jakub Kwiecień, Arkadiusz Łabuszyński, Magda, Pineska, Pola i Dominik z Komonieckiego, Mariusz Mach, Magdalena Malecka, Łukasz Zarzycki, Karolina Malecka, Małgosia „Vahen” z Zielonej Chaty w Laskowej, Rysia i Mirek Majewscy, Paweł Majewski, Michał Makowski, Mariusz_Ka, Dorota Matuszewska, Krzysztof Minicki, Miros, Bill McQuaid, Dariusz Nabiałczyk, Krzysztof Pawlak, Renata Pera, Kamila Piechota, Ania i Darek Piotrowscy, pitxx, Paweł Pleśnar, Joanna Pławska, Szymon Pławski, Marta Przewłocka, Michał Przybylski, Krzysztof Przysada, Tomasz Puk, Diarmuid Quinn, Joanna Radzikowska, Malachy Rice, Tomasz Rusak, Maciej Siembiga, Jakub Sikora, sikorka4, Enakshi Singh-Gutkowski i Jacek Gutkowski, Paweł Skrzypczyński, Katarzyna Sobiesiak i Robert Malinkiewicz, Katarzyna Sobańska, Gabriela Sobańska i Nina Sobańska, Monika Sobierajska, Ewa Sobocka, Sokol, Elżbieta Sokołowska, Jadwiga Sokołowska, Jan Sokołowski, Waldemar Sokołowski, Alicja i Henryk Stan, Joanna Stankiewicz, Magdalena Stan-Sokołowska, Staszek, Piotr Strzelecki, Joanna i Mirosław Sulkowscy, Jarosław Susek, Małgorzata Szaruga i Przemysław Szaruga, Marcin Szewczak, Aleksander Kukiełka i Szkoła Kadetów Ramak, Paweł Szyszuk, Dariusz Trocha, Patrycja Tupieka, Grzegorz Tymecki, Maciej i Joanna Urban, Marek Wawrynowicz, Przemysław Węgrzyn, Michał Wieciech, Viola Wilk, Steve Winnall, Oskar Wojciechowski, Piotr Wójcicki, ZACHAR ̶ Sławomir Zacharuk, Anna Zając i Bartosz Zając, Piotr Zalewa, Paweł Zań, Wojtek Zbrojkiewicz, Rafał Zembol, M.A. Zdych, Grażyna Zubel, Asia Żak oraz Maciej Żyniewicz. Dzięki Waszemu zaufaniu i cierpliwości ̶ zwłaszcza cierpliwości ̶ wspólnie możemy cieszyć się tą książką. Wdzięczni jesteśmy również wszystkim ludziom, którzy nas wsparli dobrym słowem, konstruktywnymi uwagami i pomocą materialną. W szczególności dziękujemy całej społeczności OpenStreetMap.org za możliwość wzbogacenia książki o mapy tras. Są one dostępne na licencji CC BY-SA. Więcej szczegółów znajdziecie pod linkiem: http://www.openstreetmap.org/copyright Dziękujemy również wszystkim autorom stron internetowych, z których czerpaliśmy wiedzę historyczną, geograficzną, dotyczącą etnografii i kultury Polski. Na szczególne wspomnienie zasługuje Wikipedia, ze swoją przepastną bazą wiedzy, w której jest prawie wszystko. A to, czego tam nie ma 8 odnaleźliśmy na prywatnych stronach podróżników, hobbystów i kolekcjonerów ciekawostek z Polski i ze świata. Staraliśmy się za każdym razem dokładnie sprawdzić i podać źródło, z którego korzystaliśmy. Zobaczycie je albo jako adresy stron internetowych podane tuż po cytatach albo jako odnośniki do rozdziału „Skąd wiemy”, na końcu książki. Szczególne wsparcie i zaufanie okazał nam pan Marek Kamiński. Nie tylko zgodził się użyczyć swojego wizerunku, ale napisał również recenzję, która jest dla nas potwierdzeniem, że warto było podjąć wysiłek opisania wyprawy i że książka znajdzie entuzjastycznych czytelników. Większość ludzi zna Marka Kamińskiego jako zdobywcę biegunów i uczestnika ekstremalnych wypraw na Spitsbergen, Grenlandię i Antarktydę. My nawiązaliśmy kontakt z panem Markiem w 2015 r. w trakcie jego epickiej wyprawy drogą Św. Jakuba - ponad 100-dniowej wędrówki z Kaliningradu do Santiago de Compostela. Bardzo serdecznie gratulujemy przejścia tej wspaniałej trasy. Ale pan Marek aktywnie „zdobywa” również Polskę. Największe wrażenie zrobiła na nas Zimowa Ekspedycja Wisła, czyli przepłyniecie największej polskiej rzeki kajakiem zimą. Brrr… Marek Kamiński to także autor Metody Biegun – praktycznego przepisu na wyznaczanie celów i spełnianie marzeń. Metoda Biegun jest z powodzeniem stosowana od wielu lat podczas Obozów Zdobywców Biegunów organizowanych przez Fundację Marka Kamińskiego dla dzieci niepełnosprawnych oraz objętych wsparciem pomocy społecznej, które chcą rozwijać swoje pasje i zainteresowania. Więcej o Metodzie Biegun i o Obozach Zdobywców Biegunów znajdziecie na kolorowych wkładkach w naszej książce oraz na stronie http://www.kaminski.pl. To, że zaistnieliśmy w mediach to zasługa Pawła Gołębskiego, Tomasza Sikory i Anny Fluder. Serdecznie dziękujemy, a wszystkich widzów Breaking Muse oraz słuchaczy Polskiego Radia Wrocław i Radia RAM przepraszamy za wpadki na antenie. Serdecznie dziękujemy prezesowi Izby Turystyki Rzeczypospolitej Polskiej panu Markowi Ciechanowskiemu za recenzję. Choć od wyprawy minęło już sporo czasu, zawsze będziemy pamiętali o wszystkich, którzy pomogli nam w czasie marszu. Tych, którzy przyjęli nas pod swój dach, nakarmili, napoili, użyczyli łazienki i pralki, a także podwieźli, pokazali drogę i oprowadzili po okolicy. To dzięki Wam cało i zdrowo przeszliśmy kraj, przeżyliśmy wspaniałe przygody i zobaczyliśmy rzeczy, do których zwykli turyści nie mają szansy dotrzeć. Dziękujemy i zapraszamy do lektury. 9 POCZĄTEK (pisze Vitek) „Przyjaźń zaczyna się od uśmiechu, werbunek od spojrzenia” W. Suworow, „Akwarium” A od czego zaczyna się wyprawa? Wyprawa zaczyna się od... maila. Oto i on: Od: Vitek Do: Yankes Check this out, man: http://ppp30.pl/interaktywna_mapa/ Pomysł na wakacje w tym roku. Wycieczka piesza od najbardziej na południe do najbardziej na północ wysuniętego punktu w naszym pięknym kraju (Opołonek – Rozewie). Głównie na piechotę, ale + inne środki komunikacji, tak żeby się zamknąć w 4 tygodniach. Termin: połowa lipca – połowa sierpnia. Cel: turystyczno-krajoznawczy, kulturalno-oświatowy, zdrowotny (ruszyć dupę zza biurka), ładne widoczki, zdjęcia, patriotyczny („piękna nasza Polska cała”), sentymentalny itd. Tempo: bez zarzynania się (do 20 km dziennie). Dlatego trzeba będzie parę razy (lub więcej) podjechać stopem/pociągiem/autobusem po 3050 km, żeby zdążyć przed zimą. Szukam kilku ludzi do takiej wyprawy (myślę, że max 5 + ja). Ale takich jak Ty to starczy jeden :)). Raczej to nie będzie taka całkiem majówka, ale podstawową zasadą będzie brak stresu i good fun, a dopiero później maszerowanie, zwiedzanie i tak dalej. Wybrałbyś się? Przemyśl sprawę. Tylko nie mów swojej żonie, że to ja zaproponowałem. Wolałbym, żebyśmy pozostali przyjaciółmi na poziomie rodzinnym :)) Pozdrav, V. 10 I odpowiedź: Od: Yankes Do: Vitek Looks zajebiście. Jestem za (nie wiedzieć czemu żona też). Tyle że muszę policzyć dokładnie, kiedy mam złożyć wypowiedzenie w robocie, tak aby mieć wolne w tym terminie ;) Pozdrawliaju T.P. Czyli decyzja zapadła: idziemy i nic nas nie powstrzyma. Jednak przygotowania dopiero się rozpoczęły i do startu jeszcze pół roku. Pomysł pieszej wyprawy przez Polskę chodził za mną od kilku lat. Zaczęło się od nieśmiałych planów kilkudniowej wycieczki w Świętokrzyskie, po terenach, które dobrze znam z dzieciństwa, gdyż spędzałem tam często wakacje. Później (ciągle w myślach) rozciągałem tę trasę na Mazowsze, a w szczególności księstwo łowickie. Tam z kolei ciągnęła mnie jedna z moich ulubionych książek, czyli „Chłopi” Reymonta. Ale to też było za mało. Dorzuciłem tereny łemkowskie, bo lubię miejsca dzikie i opuszczone. Później Bieszczady – z tego samego powodu. Okolice Bydgoszczy i Torunia niemal automatycznie znalazły się na liście, bo mieszkałem tam parę lat i wiedziałem, że okolica jest świetna na piesze wędrówki. Wreszcie chciałem, żeby wyprawa zyskała jakieś ramy, i tak powstał pomysł: od południa Polski na północ. Południe okazało się wygodnie umieszczone właśnie w Bieszczadach, a północ na Kaszubach, niemal w linii prostej od Borów Tucholskich – kolejnego obowiązkowego przystanku, jeśli już ktoś jest „w okolicy”. Czyli mniej więcej było jasne, gdzie, ale to nadal było za mało. Następne pytanie: pójść na żywioł, totalny spontan i „wielka improwizacja”, czy opracować szczegółowy plan na każdy dzień, z tabelą kilometrów i atrakcji? Doświadczenie podpowiedziało: najlepsze improwizacje to te starannie zaplanowane – czyli planuję wszystko w detalach, a później... idę na luzie, nie obawiając się zmiany planów, zbaczania z trasy, spędzania w ciekawym miejscu więcej czasu, niż zaplanowałem. W święta Bożego Narodzenia 2008 r. obłożyłem się wszelkiego typu przewodnikami po Polsce. Zwykłe turystyczne, zwiedzanie z adrenaliną, niskobudżetowe, wysokobudżetowe, survivalowe, rowerowe, kajakowe i co tam się znalazło w bibliotece miejskiej we Wrocławiu, filia nr 22. Nawet 11 nie wiedziałem, że tylu jest pasjonatów przemierzania naszego kraju w każdym możliwym kierunku i wszelkimi możliwymi środkami. Oprócz tego mnóstwo stron internetowych, galerie zdjęć, Wikipedia, Kanon PTTK. Krótko mówiąc: fazę przygotowań i opracowanie literatury potraktowałem poważnie. Jak jednak to wszystko połączyć w spójny plan? Wybór padł na nowe technologie, a konkretnie na Google Maps – narzędzie, nad którym Larry i Siergiej musieliby jeszcze trochę popracować, żeby było naprawdę dobre, ale generalnie dało radę. Mapę tworzyłem bez mała trzy tygodnie. Wreszcie na początku stycznia 2009 r. była na tyle kompletna, że można ją było traktować jako narzędzie do sprzedaży mojego pomysłu innym osobom. Wystarczyło wrzucić link do maila i napisać: Hey, dude, check it out... Stary, popatrz… Zadziałało, przynajmniej częściowo. 12 O Kanonie PTTK warto wspomnieć nieco szerzej. Jak sami piszą: Projekt »Poznajemy Ojczyznę« został opracowany przez Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze ze względu na istotną potrzebę pielęgnowania poczucia tożsamości narodowej i kulturowej. Rozumiecie: przewodnik z zadęciem patriotyczno-edukacyjnym. Kanon jest dość obszerny, podzielony na województwa i zawiera około 600 obiektów krajoznawczych. Dla nas był pierwszym źródłem informacji przy planowaniu trasy. Najwięcej krajoznawczych przystanków wzięło się właśnie z niego. Dostępny jest w postaci książki i choć niezbyt wygodnej do przeszukiwania, ale za to darmowej wersji online: http://www.kanon.pttk.pl/. Podstawowe założenia wyprawy? Niekoniecznie chodziło o wyczyn sportowy czy turystyczny. Chociaż po części również. E-mail do Yankesa ma pewne braki w formie, ale cel wyprawy oddaje bardzo dobrze: turystyczno-krajoznawczy,kulturalno-oświatowy, zdrowotny (ruszyć dupę zza biurka), ładne widoczki/zdjęcia, patriotyczny („piękna nasza Polska cała”), sentymentalny itd. I – wyprzedzając fakty, nieskromnie powiem – wszystko to było. A w gratisie od Freetown jeszcze krew, pot i łzy. Na bogato. Będzie co opowiadać. Nawet książkę można by napisać. Ano właśnie… Pozostawało jeszcze parę rzeczy do dogrania: ekipa, sprzęt, przygotowania i last, but not least: urlop. Planowałem ekipę 5–8 osób, ale takich, które naprawdę chcą wziąć udział w podobnej imprezie. Od początku było wiadomo, że będzie ciężko, a później okazało się, że było jeszcze trudniej. Najpierw wywiad wśród znajomych, następnie w coraz szerszych kręgach, a ostatecznie „randka w ciemno” – ogłoszenie w sieci pt.: „Jest impreza, kto szlachta, niech dołącza”. Efekt przeszedł moje oczekiwania – niestety te negatywne. Zainteresowanie wyraziło wiele osób, ale w zasadzie wszystkie powiedziały „jak by to było fantastycznie, jakbym mógł/mogła pójść na taką wyprawę, ale nie wiem jak z urlopem, kondycją, innymi planami, czasem, trasą, pogodą, jedzeniem...”. Krótko mówiąc – z kilkunastu chętnych pozyskanych tą metodą na starcie wyprawy pojawiła się tylko jedna: Jola „Wednesday”. Za to z grona rodzinnoznajomego było już trzech pewniaków: Yankes, Krzysztof i Aśka. Trzon drużyny więc był, a każdy następny zawodnik był mile widziany. Team oczywiście musi mieć nazwę – po długiej dyskusji z Yankesem padło na Freetown. Zwyciężyła moja fascynacja filmem „Krwawy diament” z Leo DiCaprio i Jennifer Connelly – do dziś mnie trzyma. Do dziś również Yankes, 13 kiedy wypije kilka piw, lubi mnie zapytać: „Ale powiedz mi tak szczerze – co, do cholery, ma wspólnego Freetown z wyprawą przez Polskę?”. Może i niewiele. Z czasem zresztą nazwa wyszła z użycia, a strona o wyprawie dostała krótki i tajemniczy adres: www.ppp30.pl. OK – sprzęt. W tym wypadku ogromnie pomogło doświadczenie z górskich wypraw. Jeśli poszło na Alasce i w Andach, to może da radę i w Bieszczadach. Trzeba jednak powiedzieć, że wielotygodniowy marsz w zmiennej, ale generalnie gorąco-wilgotnej pogodzie, do tego górki (nawet niewielkie, jak Bieszczady), zmienna nawierzchnia (asfalt, drogi polne, leśne, szutrówki itd.) stawiają trudne wymagania i przed sprzętem, i przed ludźmi. Przypomina mi się w tym miejscu tłumaczenie z czasów PRL-u, dlaczego polskie firmy potrafią budować doskonałe autostrady w Afryce i Azji, a w naszym kraju nie. Otóż podobno dlatego, że klimat w Polsce jest o wiele bardziej wymagający niż w Afryce. Chodzi głównie o amplitudę temperatury oraz różne rodzaje opadów, które nawiedzają nas podczas całego roku (deszcz, śnieg, grad, gołoledź itd.). Coś w tym jest. W każdym razie listę sprzętu opublikowałem w Internecie, żeby wszyscy uczestnicy mogli ją ulepszać, a goście odwiedzający naszą stronę komentować i doradzać (co faktycznie miało miejsce). Było jasne, że do tej imprezy trzeba się solidnie przygotować: zarówno kondycyjnie, jak i testując sprzęt, no i oczywiście zgrywając team Freetown. Pomiędzy lutym a lipcem 2009 r. wybraliśmy się na kilka weekendowych wycieczek w bliższe lub dalsze okolice Dolnego Śląska. Zdjęcia z tych „wyprawek” są oczywiście na naszej stronie – można się trochę pośmiać, chociaż cel był poważny. Te wypady bardzo dużo nam dały, w szczególności jeśli chodzi o dobór i przetestowanie sprzętu. Co prawda wzięliśmy ostatecznie parę rzeczy zbędnych, ale z niezbędnych nie zabrakło chyba niczego. No, może z wyjątkiem tego szamponu Jolki, ale to wyszło dopiero w dniu 29. Kondycja – z tym było gorzej. W siedem weekendów nie da się stworzyć piechura, na szczęście okazało się później, że przy naszym tempie marszu przygotowanie fizyczne nie jest najważniejsze. Szliśmy średnio 20– 25 km dziennie. To niedużo, nawet bez treningu można się w kilka dni przyzwyczaić. Problemem były stopy: pęcherze, odciski, obtarcia, a wreszcie regularne rany, których nie było jak i kiedy zaleczyć, bo nowy dzień nie dawał wytchnienia, tylko kolejną dawkę „obróbki skrawaniem”. Wiedziałem, że ochrona i komfort stóp są bardzo ważne przy tak długim marszu, a okazało się, że jeszcze ważniejsze i w praktyce powodzenie całej imprezy może od tego zależeć. Ale jakoś się udało, chociaż teraz kiedy to piszę (miesiąc po wyprawie), skóra na stopach wciąż nie wróciła do dawnej formy. 14 Powoli projekt „PPP30” stawał się rzeczywistością. Impreza typu: „wszystko, co zawsze chciałem robić w wakacje, a nigdy nie było czasu, pieniędzy, ekipy, kondycji itd.”. Wiadomo, że to wymówki. Wielką jest prawdą, że wszystko jest kwestią priorytetów. Kiedy wyprawa dostała ten najwyższy, niemożliwe nagle stało się możliwe. Nawet – wierzcie lub nie – cztery tygodnie urlopu! A tak naprawdę sześć, bo tak zupełnie naprawdę najwyższy priorytet miał remont domu, który koniecznie musiał się odbyć przed. Ale dotykamy już zagadnień, o których można by napisać osobną książkę: ustalanie priorytetów w gronie rodzinnym i w pracy. W każdym razie się udało. Mijały miesiące: wyjazdy, sponsorzy, nowe miejsca na trasie, nowi amatorzy przygody, zakupy sprzętu... Młyn. Tylko dwie rzeczy pozostawały niezmienne: południowy i północny kraniec Polski. 15 16 DZIEŃ 0 (16 lipca, pisze Vitek) Wrocław – Rzeszów To jest TEN dzień. Cut the crap and do the job – czyli w wolnym tłumaczeniu: kiedyś trzeba skończyć to całe planowanie, pakowanie, umawianie, trenowanie i po prostu zacząć. Zaczniemy dziś o 22:35 w pociągu relacji Wrocław–Rzeszów. Później Sanok, Cisna i dalej już na własnych… Otóż nie, jeszcze sobie pojeździmy, ale o tym potem. Wysyłam kontrolnego maila do Yankesa. Odpowiedź przychodzi natychmiast: Obecnie przebywam na „urlopie”, jeśli chcesz zobaczyć, co robię i gdzie jestem, odwiedź www.ppp30.pl. I’m currently on holiday, if you want to see what I’m doing visit WWW.PPP30.PL. Czemu niby „urlop” jest w cudzysłowie? Później okazało się, że słusznie… Ale na razie sprawdzam na http://www.ppp30.pl, gdzie też jest Yankes. Geolokalizacja działa bez zarzutu – jest w domu, pewnie zwyczajnie śpi. Niech się wyśpi. Następna okazja może się za szybko nie nadarzyć. Dzień był absolutnie zwariowany – z wywalonym jęzorem ganiałem po mieście, żeby załatwić wszystkie sprawy, które nie mogą poczekać czterech tygodni. Uzbierało się. Czy można było to wszystko zrobić wcześniej? Niby tak, ale motywacja była słaba, a dziś każda sekunda wykorzystana do granic możliwości. Strach człowieka bierze, gdy zobaczy, ile można osiągnąć w jeden dzień, jak się chce… Wieczorem pakowanie. To proces iteracyjny. W każdym przejściu algorytmu rzeczy do spakowania mają nadane priorytety 17 (tak, tak – priorytety). Te najmniej potrzebne lądują na kupce nice-to-take, czyli nie jadą. Reszta do plecaka. Za chwilę to samo i kolejne rzeczy okazują się zbędne, choć jeszcze parę dni temu trudno było sobie bez nich wyobrazić wyprawę. Oczywiście wszystko dzieje się intuicyjnie, bez słów (jakieś tam przekleństwa, ale pod nosem, żeby dziecko nie usłyszało). Po czterech czy pięciu kolejkach plecak zgrabnie spakowany, fura „odrzutów” piętrzy się gdzieś z boku. Jest OK. Cholera! Jedzenie na podróż nie weszło. Trudno, pojedzie w reklamówce. Obciach, ale zawsze tak to się kończy. Czas się zbierać. Plecak ciężki jak cholera. Trzeba się było spakować w 30 litrów, a nie 75… Może drugą parę butów wywalić? A co będzie, jak merrelle nie dadzą rady? Za późno. Boję się, że gdy nacisnę na klamrę plecaka, nastąpi eksplozja. Lepiej nie ryzykować. 21.45 jestem na dworcu. Brygady ani śladu, pociągu też jeszcze nie ma. Wytrzymałem 15 minut. Dzwonię. Są w McDonaldzie. No a gdzieżby… Nadciągają. Z torbami. Hamburgery na wynos. Też bym zjadł. Ślinka cieknie. – Wyrzućcie to – sugeruję. Nie wyrzucą. Cały przedział pachnie frytkami. Mam w reklamówce zdrowe owoce. Przebija się zapach smażonej wołowiny. Może jeszcze zdążę wyskoczyć i kupić chociaż małego WieśMaca… – Wsiadać proszę! Nie zdążę. To smak i zapach naszej cywilizacji, od której jedziemy się uwolnić – chociaż częściowo i chociaż na trochę. Ale warto się pożegnać. A za pół godziny frytki nie będą już kusząco gorące i chrupiące, tylko zimne i gumowate. I’m lovin’ it. Jedziemy. Na początku entuzjazm i podniecenie. Nie możemy się uspokoić. Gadamy o wszystkim i o niczym. „Stacja Opole Główne! Tu stacja Opole Główne!”. Tłok, ale siedzimy. Gorąco. Nikt nie myśli o spaniu. Jakieś gazety, książki. Piszę SMS-a do Jolki. Powinna już być w trasie. „Wednesday, jedziesz?”. Kędzierzyn-Koźle. Uspokoiło się. Komórki w ruch. Sprawdzić najnowsze wieści. Jakoś nic się znacząco nie zmieniło na świecie przez ostatnie dwie godziny. Ale warto być czujnym. Jolka: „Jadę. Bajki sobie na dobranoc opowiadam”. No to OK. Niektórzy jednak próbują zasnąć. Opadające głowy, nogi powyginane, z rękami nie ma co zrobić, światło razi. „Proszę bilety do kontroli!”. Przynajmniej coś się dzieje. Światło gaśnie. Gliwice. Letarg. Niewygodnie. Zabrze. Może w Katowicach ktoś wysiądzie… Wysiedli, ale jeszcze więcej wsiadło. Myslowitz. Ciągle ciasno. „Nocnym pociągiem aż do końca świata”. Skąd wiedzieli? „Nie ma jutra i nie będzie jutro też”. Tak się właśnie czujemy, choć jutro już jest od kilku godzin. Jaworzno, Trzebinia i Kraków. Wysiedli, wsiedli… ale nie do nas. Siłą przyzwyczajenia siedzimy dalej równo w rządkach. Jak się wyjmie jednego 18 śledzia z puszki, to pozostałe też się nie wiercą, tylko leżą, jak leżały. Bochnia. Zaczynamy zagospodarowywać przestrzeń. Konstrukcje takie, że jogini by się nie powstydzili. Wreszcie można się porządnie przespać. Tarnów. Świta. Jacyś handlarze samochodów. Igła z Niemiec. Pierwszy właściciel. Niepaląca kobieta. Praktycznie nie jeździła, chyba nawet nie miała prawa jazdy. Po jaką cholerę kupiła samochód??? Wysiadają w Dębicy. Jeszcze godzinka. Śpi się znakomicie. Słońce już wysoko. Oczy podkrążone, włosy zmierzwione, skurcz w nogach, szum w uszach. Rzeszów. 19 20 DZIEŃ 1 (17 lipca, pisze Vitek) Rzeszów - Sanok - Cisna - Majdan - Balnica - Cisna - Falowa - Czerenina - Kiczera - Bacówka PTTK „Jaworzec” – Obóz Krzysztofa J. Kwiatkowskiego Poranny chłód orzeźwia doskonale. Mieliśmy wysiąść w Rzeszowie? Chyba tak. Czy w Przemyślu? Byłem tu pół roku temu. Nic się nie zmieniło. Przynajmniej na odcinku pomiędzy dworcem kolejowym a autobusowym. Teraz do Sanoka. Autobus za parę minut. Niestety szczelnie wypełniony po samą podsufitkę. Spoko, poczekamy, jesteśmy na „urlopie”. Następny to mały bus i też nabity po dach. Ale różnica jest taka, że teraz jesteśmy w środku, a nie na zewnątrz. Miejsca stojące o obniżonym standardzie, tzn. depczemy po sobie nawzajem. Na szczęście kierowca, ludzki chłop, postanowił skrócić nasze męki i ciął jak szalony. W Sanoku jesteśmy przed czasem. Sprawdzamy autobusy do Cisnej i dekujemy się w dworcowym barze. Jemy jakieś lokalne pyszności oraz wykańczamy prowiant podróżny. Wygniecione, zdeformowane, na wpół przetrawione kanapki, w których wszystkie składniki idealnie się połączyły, dając unikalne i jakże znajome z dzieciństwa smak, zapach i konsystencję. Jeździło się nad morze na wczasy FWP? To wszystko jasne. Papier wlazł do masła. Czekamy na Jolę. Wreszcie piszę SMS-a. Okazało się, że podróż miała z przygodami. Zepsuty autobus i inne atrakcje. Jak w ogóle poznaliśmy Jolkę? O tym przy okazji. Na razie najważniejsze, że jedzie i nawet jest już niedaleko. Wreszcie się spotykamy. Nigdy wcześniej się nie widzieliśmy, ale poznajemy się od razu. Chyba po szaleństwie w oczach. A może to zwykłe niewyspanie. W każdym razie wygląda, jakby pchała ten autobus co najmniej od Włocławka. To nic. Wszystko przejdzie w trasie. 21 Wreszcie time to hit the road – czas w drogę! Już w komplecie ruszamy do Cisnej. Chyba można uznać, że rozpoczynamy uwerturę do wyprawy. Pierwszy dzień, rozgrzewkowy. Poznamy się, pogadamy, przejdziemy kawałek i na nocleg zawitamy do starych znajomych… których jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Na razie w planach bieszczadzka ciuchcia, czyli oficjalnie Bieszczadzka Kolejka Leśna. Rozkład jazdy jest niezwykle skomplikowany, podzielony na odcinki i zależy od pory roku oraz dnia tygodnia. Ale dzięki użyciu mapy, kalendarza i zegarka da radę coś zaplanować. Nasza trasa: Cisna, Majdan, Balnica i z powrotem Majdan. O tej porze roku i w ten dzień nie da rady wrócić do Cisnej. Nie ma problemu. A zanim pociąg przyjedzie, idziemy do „miasta” na żurek i rybki wędzone. To znaczy reszta się obżera, bo ja wciąż dojadam kanapki z podróży. Chyba trochę za dużo nabrałem, a wyrzucić żal. Później: po piwku i na pociąg. Kiedy wyjechał zza zakrętu – rozczarowanie. Zamiast wspaniałej sapiącej i buchającej kłębami białej pary lokomotywy zwykły diesel. A gdzie ta bieszczadzka ciuchcia, co sypie i strzela iskrami? Taka, co przed stu laty jeździła z traperami? Najgorzej to być romantykiem. Smród spalin i charakterystyczny odgłos – coś jak dziesięć mercedesów 300D. Hm, ile to lat za późno przyjechaliśmy? Pytam konduktora i okazuje się, że sporo. Kiedyś, panie, były parowozy, ale on nie pamięta. Na pocieszenie dostajemy zniżkę – za któryś tam odcinek skomplikowanej trasy nie płacimy. Zresztą – pomyślałem sobie – gdy tu będę następnym razem, to lokomotywa na pewno będzie już z napędem hybrydowym albo wodorowym i nie będzie wydawać żadnego odgłosu. Więc trzeba się cieszyć dieslem, bo i on jest okryty patyną. Dojeżdżamy do Balnicy. Na „stacji” sprzedają jagody. W plastikowych kuflach, takich, w których nienawidzę pić piwa. Ale jagody są OK – nasypane z czubkiem, a z wierzchu jeszcze cukier. Nie kupuję, ale brygada wcina z zapamiętaniem. Fioletowi są jak smerfy. Trasa, trzeba przyznać, bardzo urokliwa. Po drodze niemal żywej duszy, pięknie zarośnięty krajobraz. Lasy, łąki, potoki, sady, ruiny wiosek łemkowskich, retorty do wypalania węgla drzewnego. Bieszczady. Ale od innej strony. Meldujemy się w Majdanie. Wieszamy plakat w biurze Kolejki i… Tak, tak: czas wreszcie ruszyć na piechotę. Pierwsze kilometry na własnych nogach. Do Cisnej. Idziemy w stronę szosy, ale jakiś uczynny człowiek podpowiada nam, że szybciej i pewniej iść torami. – Dzisiaj już nic nie jeździ, to można spokojnie iść. Za torami – nie możecie zabłądzić. 22 23 To idziemy. Po kilkuset metrach za nami gwizd lokomotywy. Chciałoby się powiedzieć: rozpierzchliśmy się na boki, ale – cholera – nie było gdzie. Akurat odcinek zarośnięty jak diabli. Wtulamy się w ścianę krzaków, modląc się, żeby pociąg nas nie rozjechał. Ale coś nie rozjeżdża. Odwracamy się. Z tyłu drezyna. Toczy się wolniutko, mija nas. Diesel, a jakże. – Chcą się zabrać? To nasz pierwszy autostop. Obsługa – dwóch rubasznych panów na podwójnym gazie. Ale nie ma strachu, wiemy przecież, że tędy dzisiaj już nic nie jeździ, a zgubić drogi się nie da. Chyba chory by się nie napił w takich warunkach. Do Cisnej docieramy w try miga. My wysiadamy, a do naszych nowych znajomych dosiada się trzeci pan. Też… tylko bardziej. Życzymy sobie wzajemnie powodzenia. Chyba jednak nam się bardziej przyda. U nich wygląda, że business as usual. A my tym razem już naprawdę na własnych nogach. Najpierw drogą na Dołżycę, a później czarnym szlakiem przez Falową, Czereninę i Kiczerę, aż dochodzimy do rzeki Wetliny. Trasa spokojna jak na początek, ale i tak trochę się zasapaliśmy. Głównie od oganiania się od gzów, które w Bieszczadach osiągają rozmiar szerszeni. A w każdym razie gryzą tak samo mocno. Cofamy się trochę w kierunku Kalnicy, do mostu, i z powrotem na północ – do bacówki Jaworzec. Tam będziemy pytać o Krzysztofa. Pisał: „Bacówka niech będzie miejscem kontaktu – oni tam będą o nas wiedzieć wszystko”. Ostatnie metry drogi do schroniska przypominają wietnamską dżunglę. Tylko trochę bardziej gorąco i błoto większe. I gzy jak… prosiaki. Ale wreszcie dochodzimy. Warto było. Widok, jaki rozpościera się przed nami, naprawdę zapiera dech w piersiach. Panorama na północ jest oszałamiająca, zwłaszcza po kilku ostatnich godzinach spędzonych w lesie. Tutaj wzrok nie ma się gdzie zatrzymać. Mgiełka w powietrzu mówi, że szczyty, na które patrzę, są bardzo odległe, ale ręką mogę ich niemal dotknąć. Żeby się tylko przy tym nie zwalić z werandy przy wejściu… Spotykamy rowerzystów z Rzeszowa. Już zrobili ładny skok, a to nie koniec. Dopiero się rozkręcają. My też się chwalimy i – co tu dużo mówić – w gadce ich przebiliśmy. Z tym że oni już sporo przejechali, a my tak naprawdę jeszcze nie zaczęliśmy. Nachodzi mnie straszna i śmieszna myśl: a co, jak nie damy rady, jak po paru dniach rzucimy to wszystko i wrócimy do ciepłych domów? Co powiemy tym wszystkim, którym obiecaliśmy, że północ i że południe, że w trzydzieści dni itd.? Rowerzystów może już nie spotkamy, ale inni… Ech, jak człowiek przestaje iść, to mu głupie myśli od razu przychodzą do głowy. W drogę! Zaraz, ale gdzie? 24 Jakaś ładniutka panna wychodzi na ganek: – Krzysztof to gdzie się dekuje? – Kto? – Krzysztof. Miał tu być na obozie survivalowym. – Na czym? Hm… I co ci z tego, żeś taka ładna, jak nic nie wiesz o życiu? Aśka proponuje, żebyśmy tu zostali na noc. Co to, to nie. Możemy się poddać, ale nie przed rozpoczęciem wyprawy. Wchodzę do schroniska, pytam dalej. – Krzysztof? Od survivalu? – Krzysztof? – Tak. – Od survivalu? Przypomina mi się dowcip: Hu is the leader of China, ale jadę dalej: – Tak. – On tu ma obóz. – Tak. – To wy z tej wyprawy? (Who is the new leader of China? Yes). – Yes. To znaczy tak. – No, mówił, że będziecie. – Tak. (That’s who’s name? Yes). Jak tam trafić? I tu niespodzianka – otrzymaliśmy całkiem konkretny opis. Razem z liczbą skrzyżowań, leśnych dróg i potoków do przekroczenia. – Na końcu w lewo, do góry i krzyczeć. Oni tam siedzą i będą słyszeć. (Kofi? No, thanks). Idziemy. Prawo, lewo, potok, lewo, prawo. Niestety ostatnio padało i potoków jest więcej, niż miało być. Przechodzimy wszystkie. W międzyczasie zapada zmrok. Do góry. Skrzyżowanie – dwie drogi. Fiftyfifty. Idziemy bardziej w lewo. Robi się ciemno. Żywej duszy. Skrzyżowanie – dwie drogi. Bardziej w prawo. Szanse maleją. Ciemno. W oddali coś błyszczy. Land rover. Poznaję ze zdjęć. Znaczy: jest dobrze. Landek ubabrany w błocie po szyby. Znaczy: nie będzie dobrze. Skrzyżowanie – trzy drogi. No dobra... Wyjmuję telefon. Nie ma sieci. Przecież mówił Krzysztof, że nie będzie. OK, dosyć tego: – Kriiiiiiiiiiiiiiiseeeeeeeeeeeeeeeeeek – drę się najgłośniej, jak potrafię. – Tutaj – ryk z góry. Znaczy: w prawo na górę. Po kilku minutach jesteśmy na miejscu. To na pewno oni. W takiej głuszy któż inny by siedział przy ogniu i odpowiadał wrzaskiem na wrzask. Witamy się jak ze starymi przyjaciółmi, mimo że wszystkich widzimy pierwszy raz w życiu. Tak zresztą będzie jeszcze wiele razy na tej wyprawie. Wszystko gra, tylko Krzysztofa brak. Pytam kontrolnie. 25 – Poszedł na dół was szukać. Świetnie. Było parę skrzyżowań. Ale oto i on: Krzysztof „Krisek” Kwiatkowski, legenda polskiego survivalu. Tak nas zaprosił: Ale Bozia Was skarała już teraz i na samym starcie zrobicie spotkanie ze mną, bo od 6 do 19 lipca będę z moimi ludkami nieopodal Kalnicy (na trasie między Cisną a Wetliną). Co prawda siedzimy w dziczy, ale wyjdziemy Wam na spotkanie, wciągniemy w głuszę i damy – wspaniałomyślnie – posiedzieć przy naszym ogniu. A potem... to już sobie idźcie! Dla przedstawicieli młodszego pokolenia – Krzysztofa nie tylko wyszukuje Google (co już jest dowodem na to, że istnieje), ale również Wikipedia, co oznacza, że coś w życiu zrobił. I coś z tego mamy nadzieję się dowiedzieć dziś wieczór przy ognisku, pod brezentową płachtą, przy herbacie z blaszanego czajnika, piwie i papierosach (dla młodego pokolenia: to takie lekkie używki z XX w.). Nocne Polaków rozmowy. Długo gadaliśmy. O młodych adeptach survivalu z obozu Kriska. To krnąbrne dzieci miasta, „trudna młodzież”, która miała tyle szczęścia w generalnie nie najszczęśliwszym życiu, że ze swoją pokutą resocjalizacyjną trafiła pod skrzydła Krzysztofa. A tu już nie dało się oszukać, ukraść i pobić, bo naokoło tylko drzewa, krzaki, skały i strumienie. Tutaj trzeba sobie radzić inaczej. I radzili sobie – sami zakładali obóz, kopali latryny, gotowali, myli w strumieniu. Patrzyliśmy na nich z podziwem, bo to nie harcerstwo, że jeżdżą ci, którzy lubią leśne przygody. Niektórzy wychowankowie Kriska raczej nie lubili tych warunków i nie ukrywali tego. Mimo to dawali sobie radę i nawet pewnie nie zauważali, że dzięki chytrym planom swojego instruktora zmieniali się w leśną młodzież, świadomą swoich możliwości, ale też konsekwencji własnych czynów czy może – co ważniejsze w survivalu – własnych zaniedbań. O czym tam jeszcze było? O instruktorach z zespołu Krzysztofa, o survivalu samym – w jego postaci technicznej (nóż, krzesiwo, hubki, rośliny jadalne itd.) i bardziej filozoficznej (psychicznej odporności na trudne warunki i ból, a także w ogóle dlaczego i po co to wszystko). O niełatwej historii tych terenów (akcja „Wisła” – czy była uzasadniona, czy nie) i wielu innych rzeczach, które przychodzą do głowy w takim gronie w taki czas. Hm… „Czas pokaże” – jak mówi Krzysztof. 26 WARTO ZOBACZYĆ (pisze Yankes) Bieszczadzka Kolejka Leśna Tak jak pisaliśmy – nie jest to legendarna bieszczadzka ciuchcia, ale mimo wszystko warto się przejechać ze względu na trasę. Zwłaszcza okolice stacji końcowej Balnica są wyjątkowo dzikie i urokliwe. W wakacje kolejka kursuje codziennie, w maju i czerwcu tylko w weekendy, w pozostałych miesiącach wyłącznie na specjalne zamówienie. Zresztą trzeba zawsze trzy razy sprawdzić rozkład jazdy przed wyruszeniem w trasę, bo jest nieco skomplikowany (ale za to po polsku i po angielsku – przynajmniej na przystanku w Cisnej). A, i polecamy wybrać termin jak najbardziej niedogodny dla wycieczek szkolnych. Być może nauczyciele realizują wytyczne Kanonu PTTK i chwała im za to, ale w kolejce jest wtedy jak na Krupówkach... Przystanek Cisna 49°12'34.6"N 22°19'47.4"E (49.209611, 22.329833) Przystanek Majdan 49°12'21.3"N 22°17'55.3"E (49.205917, 22.298694) Fundacja Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej Majdan 17 38-607 Cisna tel.: 13 468 63 35 e-mail: [email protected] http://kolejka.bieszczady.pl http://fbkl.pl 27 Przystanek Balnica 49°11'07.4"N 22°12'59.4"E (49.185389, 22.216500) Dorota i Wojciech Juda Balnica 1 38-543 Komańcza tel.: 504 623 180 e-mail: [email protected] http://www.balnica.pl Bacówka Jaworzec 49°13.311'N 22°26.496'E (49.221850, 22.441600) Schronisko PTTK „Jaworzec” Jaworzec 1 38-608 Wetlina tel.: 601 637 868 e-mail: [email protected] http://schronisko-jaworzec.pl Schronisko sprzedaje swoje koszulki. Jest na nich napis: „Bieszczady – marzeń, wspomnień, mgieł”, i nie da się chyba krócej i lepiej opisać tego miejsca. Jeżeli ktoś szuka spokoju, zadumy, wspaniałych, kojących duszę widoków, to tylko Jaworzec w październiku. Znacie piosenkę „We wtorek po sezonie”? To jest to. Dla miłośników ciekawostek: schronisko to „moskałówka” – byliście w jednej, odnajdziecie się w każdej … Cmentarz w Jaworcu 49°13'29.5"N 22°26'32.5"E (49.224861, 22.442361) Jeżeli będziecie w Jaworcu, po prostu musicie tam pójść. A jeśli miałby to być październik, niech będzie to babie lato, a nie polska jesienna „dupówa”. O drogę najlepiej zapytać w schronisku PPTK w Jaworcu (po sąsiedzku). Z cmentarza jako takiego niewiele już zostało, ale to tylko potęguje efekt. Warto wcześniej poczytać na: http://www.twojebieszczady.net żeby na miejscu łatwiej znaleźć historyczne pozostałości – jako się rzekło: porośnięte trawą, mchem i czym tam jeszcze. 28 Bacówka Pod Honem 49°12'51.7"N 22°18'49.7"E (49.224861, 22.442361) Bacówka PTTK „Pod Honem” Cisna 82 38-607 Cisna tel.: 660 116 025 e-mail: [email protected] Jeżeli do Cisnej macie dotrzeć za późno, aby się załapać na przejażdżkę kolejką, to po obowiązkowej wizycie w legendarnej Siekierezadzie (49°12'36.0"N 22°19'46.0"E; 49.210000, 22.329444) chyba najlepszą opcją będzie nocleg w bacówce Pod Honem. http://www.siekierezada.pl http://www.podhonem.pl Bacówka Pod Małą Rawką 49°07'01"N 22°34'53"E (49.116944, 22.581389) Bacówka PTTK „Pod Małą Rawką” 38-714 Ustrzyki Górne tel.: 504 170 127 e-mail: [email protected] Jaworzec wspomnieliśmy ze względu na odbywający się nieopodal obóz survivalowy Kriska, gdzie mieliśmy nasz pierwszy nocleg. W Bieszczadach oczywiście jest jeszcze wiele ciekawych schronisk, z czego najbliższe Opołonka to bacówka Pod Małą Rawką. http://www.rawki.pl Zobacz więcej na www.ppp30.pl 29