reportaż - Gostyński Klub Rowerowy
Transkrypt
reportaż - Gostyński Klub Rowerowy
4 sierpnia godz. 7:30. Karol, Krzysztof, Leszek, Jerzy, Miłosz, Radek i Rafał, wszyscy członkowie Gostyńskiego Klubu Rowerowego, rozpoczynają wspólną przygodę - II etap wyprawy rowerowej dookoła Polski - wschód, z Augustowa do Ustrzyk Górnych. Blisko 1350 km i 11 dni na ich pokonanie. Dzień pierwszy - Z komarami nie wygrasz. Dobrze zaplanowana wyprawa to rzecz niezbędna. Na kaŜdy dzień ustalany jest program i wyznaczony dystans do pokonania. Ale plany często się zmienia i nie zawsze ma się wpływ na to, co moŜe się wydarzyć. Nas, w pierwszym dniu wyprawy, pokonały komary. Małe, bezlitosne, potrzebujące do Ŝycia krwi owady, które zna kaŜdy, ale nie kaŜdy miał przyjemność obcowania z nimi tak blisko i w takiej liczbie. To, Ŝe w rozlewiskach Biebrzańskiego Parku Narodowego zapewne je spotkamy, wiedzieliśmy wszyscy. KaŜdy dysponował mniej bądź bardziej wymyślnymi środkami do ich zwalczania. Naiwnością jednak byłoby sądzenie, iŜ chemia jest w stanie zatrzymać głodnego komara. Jedynym środkiem obrony był ruch. Kto stał - ten cierpiał. JednakŜe nawet komar nie mógł zepsuć wraŜenia jakie pozostawia po sobie Podlasie. Jest niezwykle przestronne, pełne łąk, na których pasą się liczne stada krów. Mleczna kraina, której kolorytu dodają bociany. Prawdopodobnie nigdzie indziej w naszym kraju nie spotka się ich w takiej liczbie. Gniazda budują w kaŜdym nadarzającym się do tego miejscu, czasami nisko, tuŜ nad drogą. Innym razem, na wysokich słupach czy kominach domów, skąd nikt ich nie przegania. Kolejną cechą szczególną tego rejonu Polski są krzyŜe - katolickie i prawosławne. Ozdabiają wjazd i wyjazd z kaŜdej wsi. Na ziemi augustowskiej są one metalowe, wysokie, niektóre kolorowe. Z czasem, im bliŜej Białegostoku, zastępują je krzyŜe drewniane. W odróŜnieniu od Wielkopolski nie spotkamy tutaj gęstej zabudowy. Wsie nie są tak liczne, a dzielą je na tyle duŜe odległości iŜ ma się wraŜenie, Ŝe cała ta kraina jest niezamieszkana. WraŜenie to potęguje mały ruch samochodów i sporadycznie spotykani mieszkańcy. Do końca wyprawy centrum „kulturowym” kaŜdej wsi będzie lokalny sklep, miejsce wszelkiej informacji. Sielskość i anielskość rozleniwia nas w takim stopniu, iŜ dopiero awaria dwóch rowerów na raz, przerywa ten miły stan ducha. Niefart, który spotyka nas w pierwszym dniu, wymusza zmiany planów. Jest juŜ wczesny wieczór a my, nieco zmęczeni po zwiedzaniu Czerwonego Bagna i walki z piaszczystą drogą, stajemy na głowie, aby na odludziu w jakim utknęliśmy znaleźć nocleg. Podjęliśmy próbę biwakowania, jednak gdybyśmy zdecydowali się spędzić noc pod namiotem nad Biebrzą, prawdopodobnie kaŜdy z nas o świcie miałby juŜ dość wyprawy. Na szczęście znalazł się człowiek, który postanowił nam pomóc. Nasza kwatera to drewniana, niewielka chata w lesie, z sienią i jedną obszerną izbą z kominkiem, która jest w stanie pomieścić kilka osób wraz z rowerami. Całe wyposaŜenie to duŜy drewniany stół, jedna ława i kilka krzeseł. Za umywalkę i prysznic słuŜy studnia, a ubikację - wygódka. Nic lepszego i prawdziwszego na zakończenie pierwszego dnia wyprawy nie mogło nam się przytrafić. Dzień drugi - „Baja”. Co to takiego baja? W zasadzie nic szczególnego. Na wschodzie Polski jest jej mnóstwo. Baja to, baja tamto, baja jest wszędzie. Gdzie nie spojrzysz baja. Wszystko jest baja. Bo baja to tak naprawdę określenie, jakim Miłosz posługiwał się Ŝeby wyrazić swój zachwyt. Bardzo szybko wszyscy podchwycili ten zwrot i od drugiego dnia wyprawy, wciąŜ było słychać słowo „baja”. Poranek wita nas bardzo ciepło. Zapowiada się piękny, gorący dzień. Komary, ukrywają się jeszcze w zacienionych leśnych miejscach wiedząc, Ŝe zanim dojedziemy do najbliŜszej asfaltowej drogi, przyjdzie nam raz jeszcze się z nimi zmierzyć. Nasze śniadanie, w odróŜnieniu od poprzedniego, jest niezwykle proste. Suchy chleb obłoŜony konserwą i Ŝółtym serem. Kubek kawy, herbaty, w bidonach woda ze studni - lekko zabarwiona resztkami napoju Oshee z dnia poprzedniego. Syci i zadowoleni szybko wyjeŜdŜamy z lasu i kierujemy się na Mońki gdzie mamy nadzieję, iŜ mimo tego, Ŝe jest niedziela, znajdziemy sklep rowerowy, w którym moglibyśmy naprawić zepsutą przerzutkę Leszka i rozcentrowane koło Jerzego. Niestety, właściciel jedynego w Mońkach sklepu jest na wakacjach. Nie pozostaje nam nic innego, jak jechać dalej, tym bardziej, iŜ mamy juŜ sporą w stosunku do przyjętego planu, obsuwę czasową. Wcześniej jednak pokręciliśmy się jeszcze po sennym miasteczku, odwiedzając Kościół parafialny, a w drodze do Tykocina zatrzymaliśmy się między innymi w Krypnie i Knyszynie. Wjazd do Tykocina jest niezwykle efektowny. Nowo odnowiony od podstaw zamek na fundamencie starej warowni, leŜący po prawej stronie rzeki Narwi, to aktualnie centrum kulturalne miasteczka, w którym odbywają się liczne przedstawienia teatralne, turnieje rycerskie, imprezy plenerowe. Podczas naszego pobytu na zamku, mogliśmy delektować się napojem powstałym na bazie zakwasu chlebowego, który niespodziewanie w smaku przypomina coca-colę i schłodzony równie skutecznie gasi pragnienie. Jak piękny jest Tykocin przekonaliśmy się z chwilą, kiedy przeprawiliśmy się na drugi brzeg. Ukazał nam się malowniczy szeroki rynek, wokół którego pobudowano drewniane chatki. W części centralnej rynku znajduje się barokowy kościół parafialny z niezwykle szerokim frontem i pięknie zdobionym stropem. Naprzeciw kościoła stoi pomnik hetmana Stefana Czarneckiego. Prawdziwym ojcem miasta jest jednak król Zygmunt II August, który w tym właśnie mieście w roku 1705 ustanowił Order Orła Białego, przyznawany przez Prezydenta RP do dnia dzisiejszego. W Tykocinie koniecznie naleŜy odwiedzić zabytkową Ŝydowską część miasta z zachowaną synagogą oraz tzw. „zamczysko”, najstarszą część miasteczka, w którym obecnie odbywa się „pchli targ” i jak mogliśmy się przekonać, cieszy się sporym zainteresowaniem, równieŜ turystów z zagranicy. Polecamy takŜe miejscową restaurację Alumnat, serwującą dobre i obfite posiłki w zacisznej kamienicy, z widokiem na Narew. Rzeka ta i jej rozlewiska to przyrodniczy cel drugiego dnia naszej wyprawy - Narwiański Park Krajobrazowy. śar lejący się z nieba zmusza nas do szukania miejsca, gdzie moglibyśmy choć na chwilę schłodzić się w nurcie rzeki. Udaje nam się to w Śliwnie, skąd po kilkunastominutowej kąpieli w klubowych strojach, wyruszamy na przeprawę promową. Łącznie teren rozlewiska pokonujemy na pięciu promach, z których kaŜdy napędzany jest siłą ludzkich mięśni. Poruszanie się między przeprawami moŜliwe jest wyłącznie po drewnianych kładkach. Nie tyle sama przeprawa, co zachwyt nad urokiem tego miejsca powodują, Ŝe do Białegostoku przyjeŜdŜamy pod wieczór, a nocleg postanawiamy spędzić w szkolnym schronisku młodzieŜowym. Wieczorem udajemy się jeszcze na białostocki rynek, który mimo padającego deszczu urzeka nas grą świateł. Dzień trzeci - U Mariana. MoŜna powiedzieć, Ŝe Marian to przedstawiciel i reprezentant społeczeństwa ze wschodu. Gaduła, której wszędzie pełno, rozpolitykowana, z gorącą głową, sercem na ręku i duszą romantyka. Wielkopolskiej pracy u podstaw w Marianie na pewno nie ma. Niemniej, sprawia wraŜenie człowieka szczęśliwego i takiego, co chce szczęście dać innym. Choć lepiej byłoby, gdyby Mariana było nieco mniej :). Zanim jednak trafiliśmy dnia trzeciego do wsi Jałówka, musieliśmy uporać się wreszcie z defektami rowerów. Był poniedziałek i szybko namierzyliśmy centrum rowerowe, w którym serwis zajął się „leczeniem naszych problemów”. Wcześniej jednak udaliśmy się na tzw. rozpoznanie, odwiedzając m.in. imponujący Pałac Branickich ze skromnym lecz niezwykle kolorowym ogrodem, upiększonym sylwetkami mitologicznych bóstw. Na większości z nas niezatarte wraŜenie ponownie zrobił białostocki rynek. Cudny w noc, okazał się równieŜ piękny za dnia, urzekając odnowionymi kamienicami i czystym centrum. Białystok posiada jednak jeszcze jedną wspaniałą rzecz. Jest nią doskonale zaprojektowana infrastruktura drogowa. Wszystkie waŜniejsze drogi wyjazdowe z miasta posiadają własne trakty rowerowe, nie kolidujące z ruchem samochodowym. Natomiast w samym mieście wzdłuŜ chodników wyznaczono drogi dla rowerzystów. Wszystkie zbiegają się w centrum miasta. Dla nas, cyklistów z Gostynia, ów komunikacyjny ciąg dla rowerzystów stanowił sporą niespodziankę. Jedną z takich dróg opuściliśmy miasto kierując się do Supraśla w sam środek Puszczy Knyszyńskiej, drugiej największej po Białowieskiej. Nagrzane powietrze i błoga senność miasteczka pokonały nas szybko. W małym barze, w otoczeniu drewnianych domków, przy brukowanej uliczce, zalegliśmy na dłuŜszy czas, leniwie zajadając się tym, na co kto miał ochotę. Największą atrakcją miasteczka jest okazały prawosławny monastyr oraz Pałac Buchholzów, w którym obecnie mieści się liceum plastyczne. U wyjazdu z miasteczka w kierunku na Gródek, spotykamy dwa okazałe krzyŜe drewniane, katolicki i prawosławny. Od tej chwili kaŜda z mijanych wiosek i miasteczek witać i Ŝegnać nas będzie drewnianymi krzyŜami, głównie prawosławnymi. Kolejną atrakcją trzeciego dnia pobytu na wschodzie Polski była osada tatarska w Kruszynianach. Zanim jednak do niej dotarliśmy musieliśmy zmierzyć się z kilkunastoma momentami dość forsownymi podjazdami w kierunku na przejście graniczne w Bobrownikach. Było to preludium do tego, co miało nas czekać w ostatnich dniach wyprawy. Do Kruszynian dojeŜdŜamy leśną, wyboistą drogą. Od razu wita nas piękna panorama wsi, choć z całą pewnością jest to juŜ bardziej miejsce wypoczynku, niŜ pobytu Tatarów. KaŜdy kto spodziewa się ujrzeć prawdziwego tatarskiego syna z rozpiętą koszulą na siwym koniku - rozczaruje się. Tradycji miejsca broni jednak mały, skromny meczet, a przede wszystkim jego opiekun i przewodnik wycieczek, który ciekawie, choć nieco zbyt szybko przedstawia historię Lipków (jak zwano polskich tatarów) i zaznajamia z fundamentami wiary muzułmańskiej. Choć czasu mamy coraz mniej, decydujemy się na posiłek w tatarskiej restauracji. Wybór pada na kartacze. To duŜa ziemniaczana klucha, w środku której znajduje się klops, a całość pływa w ostro przyprawionym rosole. Pokrzepieni wracamy na szlak i na wysokości Bobrownik odbijamy na polne drogi, którymi wzdłuŜ granicy z Białorusią kierujemy się do Doliny Narwi i Świsłoczy. Warunki do jazdy z objuczonymi rowerami są niezwykle trudne. Nierówna nawierzchnia, od czasu do czasu łachy piachu oraz końskie muchy, nie są jednak w stanie zatrzeć niesamowitego wraŜenia, jakie robią na nas mijane wsie i kolonie: Świsłoczany, Mostowlany, Dublany, Kondratki. Wszystkie one wyglądają jak z innej epoki. WciąŜ Ŝywe skanseny, ciche i spokojne. PrzewaŜają stare drewniane chaty, gdzieniegdzie tylko widać nowo pobudowane domy, takŜe drewniane co cieszy, bowiem świadczy o tym, iŜ tradycja budowy domów w tym konkretnym stylu jest wciąŜ Ŝywa. Brukowane uliczki, stare, lekko pochylone płoty, mnóstwo zieleni i kwiatów. Niezwykle bajkowy krajobraz., w którym aŜ trudno uwierzyć toczy się normalne Ŝycie. Przypominają o tym anteny satelitarne oraz samochody na podwórkach. Zaskakuje, iŜ w takim zakątku naszego kraju tak słabo zorganizowana jest infrastruktura turystyczna. Zupełny brak reklamy. Ale moŜe tak i lepiej. Nauczeni doświadczeniem stajemy przed pierwszym napotkanym sklepem i „zaciągamy języka”. JuŜ po chwili mamy adres i kontakt do wspomnianego juŜ Mariana. Miejscowi są niezwykle wylewni i otwarci, a przede wszystkim gadulscy. Gdyby dać im okazję, mówić będą bez końca. Ale z tym wschodnim zaśpiewem naprawdę miło się ich słucha. Nasz gospodarz z całą pewnością naleŜy do największych gaduł w okolicy. Ale dzięki temu dowiadujemy się, iŜ tereny na jakich obecnie przebywamy przez dziesięciolecia pustoszyły wojska ruskie, przechodzili przez nie Tatarzy, Mongołowie, Szwedzi i Francuzi. A mimo tego, okoliczne wsie to tygiel wielu narodów i religii, które w zgodzie Ŝyły od wieków. Dopiero II Wojna Światowa sprawiła, iŜ w ludziach coś się zmieniło i czasami wciąŜ jeszcze daje o sobie znać. Dzień czwarty - Drewniana Polska. Przez lata o wschodzie naszego kraju mówiono: „Drewniana Polska”, raczej w niezbyt przyjaznym kontekście. Dziś jest to niezaprzeczalny atut tego rejonu. Tak malowniczych wsi trudno szukać gdziekolwiek indziej i naleŜy tylko Ŝałować, Ŝe za jakiś czas, te liczące setki lat domostwa, zginą z naszego krajobrazu. Dziś jednak wciąŜ moŜemy cieszyć się ich widokiem i jeśli ktoś nad kąpielą w Adriatyku wyŜej ceni poznawanie uroków własnego kraju, koniecznie musi odwiedzić Podlasie. Dnia czwartego wita nas deszcz. Nad ranem silny wiatr nagnał stalowe chmury i zmuszeni jesteśmy przedłuŜyć nasz pobyt w Jałówce. Dzięki uprzejmości naszego gospodarza, za jedyne 20 złotych dostajemy do własnej dyspozycji kuchnię, a w niej jaja i chleb do przygotowania jajecznicy. Czy gdziekolwiek indziej za tą ceną moŜna nakarmić siedem osób? Kiedy tylko ustaje deszcz na tyle, aby moŜna było kontynuować jazdę pod leśnych bezdroŜach, ruszamy w kierunku Jeziora Siemianowskiego. W dalszym ciągu mijamy kolejne, zatopione w krajobrazie drewniane wsie: Nowosady, Zaleszany, Brzeziny. Aby przedostać się na drugą stronę jeziora w jak najkrótszym czasie konieczne jest wdrapanie się na wysoki nasyp kolejowy i przeprowadzenie rowerów mostem. Wielu z nas po raz pierwszy ma moŜliwość bezpośredniego przyjrzenia się róŜnicom w szerokości torów polskich i rosyjskich, które zgodnie w tym miejscu biegną tuŜ obok siebie. Na moście spędzamy zaledwie chwilkę, tyle czasu ile potrzeba aby wykonać pamiątkowe zdjęcie i za kilka minut gościmy juŜ na małym popasie we wsi Siemianówka. Wszędzie pojawienie się siedmiu rowerzystów budzi lekkie zainteresowanie, ale bez nachalności. Nikt nas na siłę nie dopytuje ani nie stara się pozyskać informacji. Sytuacja zmienia się, jeśli to my jako pierwsi inicjujemy rozmowę, np. w sklepie z ekspedientką. Podczas rozmowy od razu naszą uwagę zwraca słownictwo. Miejscowi zupełnie swobodnie mówią zarówno po polsku, jak i po rosyjsku, wciąŜ z charakterystycznym dla tego rejonu zaśpiewem. Celem czwartego dnia wyprawy jest BiałowieŜa i znów musimy przyspieszyć, aby zmieścić się w programie kolejnego dnia trasy. Mijamy Narewkę i inne mniejsze miasteczka, kaŜde z własną niewielką cerkwią. W Hajnówce spędzamy nieco więcej czasu odwiedzając m.in. okazały Sobór Św. Trójcy oraz Krynoczkę - miejsce, w którym wypływa uznawane przez prawosławnych święte źródełko. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Białowieskim Parku Narodowym, ale w zgodnej opinii wszystkich rozczarowuje on. W BiałowieŜy decydujemy się na nocleg na polu namiotowym, a mając jeszcze trochę czasu wyruszamy na zwiedzanie osady, w której istotnym turystycznie miejscem jest Cerkiew Św. Mikołaja oraz podobnie jak w Supraślu główna ulica, wzdłuŜ której ciągną się dziesiątki drewnianych domków. Dzień piąty - Gonimy utracony czas. Mamy piąty dzień wyprawy i jesteśmy na jej półmetku. Dotychczas pogoda była naszym sprzymierzeńcem. Tego jednak dnia popołudniu miało się to powoli zacząć zmieniać. Dzień rozpoczynamy od zwiedzenia Starej BiałowieŜy oraz dębów królewskich. Wszyscy odczuwamy lekkie znuŜenie, a przed nami tego dnia trudny odcinek dojazdowy do wsi Topiło, który mieliśmy w planie dnia poprzedniego. Przejazd przez Puszczę Białowieską idzie nadspodziewanie szybko. Co prawda, leśna droga nie jest równa, a momentami nawet dość trudna technicznie, tempa jednak nie zwalniamy i nie wpływają na nie nawet wysokie łodygi pokrzyw i innych tnących ostro roślin rosnących wzdłuŜ traktu. W Topile jesteśmy przez chwilę. Miejsce naleŜy uznać za bardzo urokliwe, ciche i pięknie połoŜone. Idealne na wypoczynek dla kogoś, kto chce spędzić tydzień w głuszy a wolny czas poświęcając na czytanie ksiąŜek. W południe nadrabiamy opóźnienia co do planu i zatrzymujemy się w Kleszczewie, w którym warto obejrzeć Cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Bogurodzicy z drugiej połowy XIX wieku. Białe ściany cerkwi w połączeniu z błękitnym dachem ozdobionym kilkoma wieŜyczkami, pięknie odcinają się na tle nieba, nawet jeśli nagle zmieni ono swój kolor na stalowy i spłynie z niego obfity deszcz. Druga ulewa podczas wyprawy i tym razem nas nie dosięga, bowiem akurat w tym czasie udaliśmy się na obiad. Zmokły jedynie nasze rowery, ale ukryty w specjalnych sakwach dobytek pozostał suchy. Punktem docelowym piątego dnia wyprawy była Góra Grabarka. Grabarka, jeśli moŜna tak powiedzieć, to miejsce graniczne w występowaniu drewnianych krzyŜy na trasie naszej wyprawy (dalej będą one ustępowały miejsca krzyŜom kamiennym i murowanym, najczęściej malowanym na niebiesko). Tutaj kaŜdy pielgrzym wnosi swój krzyŜ i pozostawia go na górze w waŜnej intencji. Nie wiemy czy ktokolwiek policzył ile krzyŜy się tutaj znajduje. Wiadomo jednak, iŜ zgodnie z legendą, jeden z mieszkańców pobliskiej wsi Siemiatycze, dostąpił podczas epidemii cholery objawienia, podczas którego usłyszał, iŜ jedyną szansą na uratowanie się od choroby jest pielgrzymka z krzyŜem na Górę Grabarkę i spoŜycie wody z wybijającego u jej podnóŜa źródełka. Do dziś odwiedzający to miejsce korzystają z tego źródła. Tego dnia ostatnią pozycją na naszej liście, i jak się okazało jedną z ciekawszych, była wizyta na samym pograniczu w kolonii Koterka, gdzie znajduje się niezwykłej urody parafialna cerkiew pod wezwaniem Ikony Matki BoŜej Wszystkich Strapionych Radości. Niebieski kolor cerki oraz grafitowy odcień dachu doskonale komponują się na tle otaczającego ją lasu. Zanim nastanie noc, postanawiamy przeprawić się na drugą stronę Bugu. Ostatni raz mamy moŜliwość podziwiania drewnianych wsi i Ŝegnamy się z ''zaśpiewującymi'' ludźmi. W ZabuŜu łapiemy ostatni czynny tego dnia prom i po drugiej stronie rzeki zatrzymujemy się w Serpelicach, a dokładniej Pensjonacie „Ostoja PRL-u”. Gospodarz tego jednego wieczoru zarobił prawdopodobnie więcej, niŜ przez niejeden wcześniejszy tydzień. Dzień szósty - Oj, to, to, to... Dnia szóstego otaczający nas krajobraz i zabudowa dość mocno się zmieniają. Drewniane chaty spotykamy coraz rzadziej a pola częściej mają charakter uprawny. Jesteśmy w województwie mazowieckim, a dokładniej w Janowie Podlaskim (Polesie). Odpuszczamy sobie wizytę w słynnej stadninie w przeddzień wielkiej aukcji koni arabskich. Na szczęście po tej stronie Bugu ludzie są nadal ciekawi i chętni do rozmowy. Cudownie brzmi w konfrontacji z naszą mową, podwajanie, a nawet potrajanie ostatnich słów. Miejscowi chcąc na coś usilnie zwrócić naszą uwagę często posiłkują się zwrotem „oj to, to, to”. JuŜ wcześniej się z tym spotkaliśmy, ale podczas rozmowy przy sklepie z jedną z mieszkanek, która opowiedziała nam jak jej mąŜ będąc listonoszem nabawił się reumatyzmu, zwrot ten był dość często uŜywany, szczególnie dla określenie miejsca czy kierunku. Z Janowa w kierunku na Włodawę, jedziemy cały czas wzdłuŜ granicy. Architektura juŜ tak nie zachwyca i sporadycznie tylko pojawia się coś, co zatrzymuje nas w podróŜy. Jesteśmy na ziemiach tzw. Unitów chrześcijańskiej wspólnoty wyznaniowej, która przyłączyła się do kościoła katolickiego, zachowując jednak odrębność liturgiczną. Za ten czyn carat zemścił się na unitach dokonując mordów i grabieŜy w okresie rozbioru Polski. Przykładem kultury unickiej jest wieś Kostomłoty, nieopodal Terespola. Na dłuŜszy postój, znów spowodowany ulewą, decydujemy się dopiero w Kodyniu. Zatrzymujemy się w alumnacie miejscowego kościoła, gdzie spędzamy nieco czasu na obiedzie, kawie i lodach. Kościół Św. Anny to znany w rejonie punkt pielgrzymek do obrazu Matki BoŜej Kodeńskiej, kopii Matki BoŜej z Guadelupe, skradzionego przez Mikołaja Sapiehę z Rzymu. Z Kodynia przez Sławatycze dojeŜdŜamy o zmroku do Włodawy, gdzie zatrzymujemy się w małym miejscowym hoteliku. Dzień siódmy - Gostyń znamy. Dzień siódmy to dobry moment na małe podsumowanie tego, jak Gostyń widzą mieszkańcy wschodu i przebywający tam turyści. Jako uczestnicy klubowej wyprawy rowerowej, wszyscy podróŜowaliśmy w strojach, na których wyeksponowana jest nazwa klubu oraz miejsce jego pochodzenia. Pierwszy sygnał, iŜ Gostyń nie jest miastem anonimowym w Polsce mieliśmy juŜ w Białymstoku, kiedy pytając o drogę do schroniska, zatrzymany przez nas przechodzień od razu skojarzył nas z „Kanią” Gostyń i jej awansem do drugiej ligi. O Gostyniu niewiele wiedział bohater dnia trzeciego, czyli Marian, jednakŜe pamiętał dokładnie, iŜ to właśnie u nas znajduje się fabryka bujanych koników, których to trzy sztuki osobiście kiedyś zakupił. Całkiem sporą wiedzą na temat naszego miasta wykazało się małŜeństwo przypadkowo spotkane u źródełka przy Grabarce. Mili ludzie skojarzyli Gostyń z klasztorem oraz muzeum Pana Pedy. Rozpoznawalne są tu takŜe nasza rodzima śmietanka i mleko do kawy. Na trasie spotkaliśmy mieszkańców Leszna, Lubinia oraz małŜeństwo, które wywodziło się z Gostynia (dnia ósmego w Tomaszowie Lubelskim). DuŜą niespodzianką było spotkanie w Ustrzykach Górnych z Panem, który zna prywatnie i współpracuje z naszą koleŜanką klubową Izą, Celem siódmego dnia podróŜy był Zamość. Aby dotrzeć do niego na czas zrezygnowaliśmy z jazdy do Hrubieszowa. Na krótki postój zatrzymujemy się w Chełmie, niezwykle uroczym miasteczku, posadowionym na wzgórzu zwanym Górą Chełmską, na szczycie którego znajduje się Bazylika Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Cechą szczególną tego miasta jest niska zabudowa wynikająca z faktu, iŜ znajduje się ono na podłoŜu kredowym, które nie pozwala na budowanie wyŜszych budynków niŜ 4-piętrowe. W drodze do Zamościa przez Kraśniczyn mamy przyjemność zmagać się z niezliczoną ilością drobnych podjazdów sygnalizujących nam, iŜ Bieszczady są juŜ coraz bliŜej. Mały ruch samochodowy na bocznych drogach pozwala nam jednak na zupełną swobodę podczas zjazdów, które momentami, przy obciąŜonych sakwami rowerach, są jednak dość karkołomne ale dostarczają mnóstwo dobrej zabawy. Zamość robi na nas mocne wraŜenie od samego początku. Niezwykle czyste, zadbane miasto z pięknie odrestaurowanym rynkiem i bocznymi uliczkami. A wszystko to przy współfinansowaniu w ramach projektów unijnych. W momencie kiedy zwiedzaliśmy rynek, trwały tam prace do nocnej projekcji filmu. Kino na dworze, w samym centrum, a wokół wypełnione turystami stoliki. Wspaniały pomysł marketingowy. Zamość oglądany nocą robi niesamowite wraŜenie. Przemyślana kompozycja świateł oraz odnowione mury obronne miasta na pewno zachwyciłyby fundatora miasta - Jana Zamoyskiego. Dzień ósmy - Dzień dobry. Dotychczas o tym nie wspomniano, ale mieszkańcy wiosek na wschodzie naszego kraju mają jedną wspólną cechę, której brakuje tym z duŜych miast oraz nam, Wielkopolanom. OtóŜ, szczególnie dzieci na nasz widok zawsze pierwsze mówią „dzień dobry”. Początkowo nieco nas to zaskakiwało. Dorośli natomiast, kiedy przywitamy ich ciepło, zawsze nam odpowiedzą, a czasami nawet pochwalą czy zainicjują rozmowę. Ósmy dzień wyprawy rozpoczynamy od porannej sesji zdjęciowej w mieście. Wszelki ruch ustał i tylko od czasu do czasu przemknie jakaś osoba, co pozwala ze spokojem uwiecznić architekturę miasta. Niestety, pogoda powoli się załamuje. JuŜ cały dzień towarzyszyć nam będzie przelotny deszcz i niŜsza niŜ dotychczas temperatura. ZałoŜenia według programu są bardzo ambitne - dojechać do Przemyśla. Szybko jednak okazuje się, Ŝe nasze plany są nie do zrealizowania. Odpuszczamy zwiedzanie obozu koncentracyjnego w Sobiborze, ale zatrzymujemy się w BełŜcu. Wymowa tego miejsca, pomimo tego, iŜ po obozie nie ma juŜ śladu jest tak silna, iŜ kaŜdy z nas spędza w nim więcej czasu, niŜ pierwotnie planował. Kiedy opuszczamy muzeum, pogoda jest juŜ bardzo nieprzyjazna. Coraz silniejszy wiatr napędza na nasze głowy deszcz, który zostanie z nami juŜ do samego końca. Z BełŜca udajemy się znowu w kierunku granicy na Hrebenne, gdzie ponownie, choć w mniejszej skali trafiamy do „Drewnianej Polski”. Punktem kulminacyjnym tego dnia jest wizyta w Zespole Cerkiewnym w RadruŜy koło Horyniec-Zdrój (kościół greko-katolicki). Jest to unikalny w skali kraju sakralny zespół cerkiewny z końca XVI wieku, który mimo szeregu zawirowań historycznych przetrwał do dnia dzisiejszego, aktualnie stanowiąc Filię Muzeów Kresów w Lubaczowie. Na nocleg juŜ o światłach, zajeŜdŜamy do internatu Zespołu Szkół w Oleszycach. Dzień dziewiąty - Przemyśl wakacje w Przemyślu. Dzień dziewiąty to przełom w naszej wyprawie. Jerzy, który ma małe problemy z kolanem, odstaje nieco od grupy. Pozostaje z nim Radek. Postanawiają dojechać wspólnie do Przemyśla i zastanowić się „co dalej”. Pozostali uczestnicy mają w planie dojazd do Przemyśla i przejazd w kierunku Ustrzyk Dolnych. Po drodze odwiedzamy m.in. Jarosław, który okazuje się nadspodziewanie ładnym miastem, szczególnie w centrum. DuŜe wraŜenie robi gmach Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Prawdziwą perłą Podkarpacia jest jednak Przemyśl. JuŜ sam wjazd do miast, po serpentynach z widokiem na panoramę miasta, pozostawia niezatarte wraŜenie. Stare miasto to jednak prawdziwa oaza architektonicznej sztuki głównie za sprawą wielu religii i rezydującymi w mieście biskupami kilku obrządków. Przemyśl i Grody Czerwieńskie przez całe średniowiecze przechodził z rąk do rąk. W czasach bardziej współczesnych stacjonowały tu wojska austro-węgierskie, pruskie, rosyjskie i ukraińskie. Miejsca, które koniecznie naleŜy zwiedzić będąc w Przemyślu to Bazylika archikatedralna, Archikatedra bizantyjsko-ukraińska, Cerkiew O.Bazylianów czy Nowa Synagoga. Ponadto Pałac Lubomirskich, Zamek w Krasiczynie, secesyjne kamienice, forty twierdzy czy zespół cmentarzy wojennych. Dzień dziesiąty i jedenasty - Jesień Z Przemyśla wyruszamy wczesnym rankiem. Mając na uwadze, iŜ ostatnie dwa dni naszej rowerowej wędrówki, to jazda po bieszczadzkich górach, postanawiamy na małą zmianę kuchni. Tym razem na śniadanie serwowaną są duŜe porcje makaronu z jajkiem, jogurt i musli. Jak bardzo taki zestaw przydaje się w górach przyszło nam się przekonać niezwykle szybko. Po kilku rozgrzewających podjazdach z drogi na Hermanowice i Kupiatycze, trafiamy do Kalwarii Pacławskiej, akurat w momencie kiedy trwa pielgrzymka. KaŜdy z pielgrzymów musi w finale swej wędrówki pokonać odcinek 1600 metrów, stromo wijący się ku górze, po drodze odwiedzając 35 murowanych i 7 drewnianych kaplic kalwaryjskich. Na szczycie liczącego 465 m n.p.m. wzniesienia, usytuowany jest klasztor franciszkanów, który kiedyś wchodził w skład regionalnych fortów obronnych broniących tzw. bramy przemyskiej. Próbę zmierzenia się z krótkim, ale niezwykle stromym i forsownym podjazdem podjęło czterech członków wyprawy: Miłosz, Radek, Rafała i Karol. Próba wyszła pozytywnie, między innymi dzięki cichym, ale dobitnym gestom sympatii pieszych pątników, którzy doceniali trud wjazdu obładowanym rowerem po tak stromych momentami odcinkach. Kalwaria Pacławska to tego dnia była jedna z kilku prób. Kolejną był długi podjazd do Arłamowa. Jeszcze przed Ustrzykami Dolnymi czujemy wyraźnie, iŜ nie mamy tutaj lata, jest jesień. Temperatura nie przekracza 11-12 st. Celsjusza, a z nieba cały czas z róŜną intensywnością urywa się deszcz. Kiedy wjeŜdŜamy do Ustrzyk jesteśmy juŜ mocno zmarznięci i przemoczeni, dlatego najszybciej jak to moŜliwe decydujemy się na pierwszy z brzegu nocleg, a potem wizytę w restauracji „Niedźwiadek”, w której spędzamy miłych kilka godzin, zbierając siły na ostatni rozdział naszej podróŜy - Ustrzyki Górne. Rankiem 14 sierpnia, po dziesięciu dniach wyprawy, nastroje mamy mniej radosne, niŜ na samym jej początku. Jest zimno, wietrznie i deszczowo. Przemoczone z dnia poprzedniego obuwie, nie zdąŜyło jeszcze doschnąć. Skoro jednak wyprawa została zaczęta, musi być zakończona, a jeśli jej punktem docelowym są Ustrzyki Górne, ktoś musi tam dotrzeć. Na jazdę decydują się Miłosz i Radek. Reszta zespołu ma w tym czasie zwiedzić i udokumentować drewniane kapliczki bieszczadzkie (rankiem w Ustrzykach pojawił się bus, który zabrał nas później do Gostynia), choć pogoda nawet na tego typu działanie, jest mało zachęcająca. Bez zbędnych słów, dwóch klubowiczów ładuje na rowery cały swój dobytek i mniej więcej koło 9:30 jest juŜ na drodze do Czarnej, gdzie przyjdzie pokonać im najtrudniejsze z podjazdów do Ustrzyk Górnych. Mimo trudów dnia poprzedniego, przejazd idzie całkiem sprawnie, choć Radek momentami ewidentnie odstaje. JednakŜe po minięciu najtrudniejszego odcinka, mija teŜ siarczysty deszcz i ostatnie kilometry do wyznaczonego celu, upływają sprawniej i w miłej atmosferze. Za rok kolejny z etapów, najtrudniejszy - południowy. Do pokonania wszystkie najwaŜniejsze podjazdy i przełęcze w polskich górach.