nr 5 - PDF Pismo Studenckie PDF
Transkrypt
nr 5 - PDF Pismo Studenckie PDF
MECENAS PISMA STYCZEŃ nr 1 (5)/2008 ISSN 1898-3480 Konkursy Przepis na wst´p Gdzie si´ zacz´łam – Stefania Grodzieƒska ROZBIEGÓWK A ROZBIEGÓWK A • na rynku czytelniczym jesteśmy stale obecni od 1956 roku • wydania w każdy czwartek • nasi Czytelnicy to mieszkańcy Zabrza (190 tysięcy) i Rudy Śląskiej (150 tysięcy) • tematy społeczne, samorządowe, gospodarcze, ekologiczne a także sport, wydarzenia, historia, kultura i rozrywka w naszym stałym zainteresowaniu • promujemy twórców, artystów, menedżerów a także imprezy publiczne o charakterze kulturalnym, politycznym, sportowym • kreujemy wizerunek firm i promujemy ich produkty • realizujemy zlecenia ogłoszeniowe i reklamowe przedsiębiorców i osób prywatnych Redakcja Głosu Zabrza i Rudy Śląskiej Dział Promocji i Reklamy, tel. 032 271-46-89, tel./faks 032 271-09-76, skrzynki e-mail: [email protected], [email protected] 41-800 Zabrze, ul. Brysza 8 Konkurs 1: Dokładnie przeczytaj ostatni numer miesięcznika Press (na okładce Kącki i Lis) i odpowiedz na 3 poniższe pytania: 1. Przy produkcji jakiego programu pracował Rinke Rooyens, kiedy pojawił się w Polsce? 2. Kto najczęściej zagląda na portale plotkarskie: osoby w wieku 15-24, 25-34, 35-54? 3. Jaka firma stworzyła technologię pozwalającą zbadać rzeczywistą liczbę widzów oglądających reklamy? Spośród prawidłowych odpowiedzi, nadesłanych przed 15 lutego 2008 roku, rozlosujemy jedną półroczną prenumeratę miesięcznika „Press” oraz książkę „Grand Press. Dziennikarskie hity”. Na zgłoszenia czekamy pod adresem: [email protected] Grand Press 2002-2006 – zbiór najlepszych materiałów dziennikarskich (materiały telewizyjne, radiowe na dołączonych CD), nominowanych i nagrodzonych w konkursie dziennikarskim Grand Press, organizowanym przez wydawnictwo Press. Można je zamówić na stronie wydawnictwa www.press.pl/prenumerata, e-mail: [email protected] lub telefonicznie 061 861 66 14 UWAGA! Dla studentów specjalna oferta rocznej prenumeraty miesięcznika Press – 12 numerów w cenie 5 (69 zł). Konkurs 2: Wygraj podwójne zaproszenie do teatru! Odpowiedz, jaki jest tytuł ostatniej premiery wystawianej w teatrze Wytwórnia. Spośród poprawnych odpowiedzi nadesłanych przed 15 lutego rozlosujemy 5 podwójnych zaproszeń. Na zgłoszenia czekamy pod adresem mailowym [email protected] z dopiskiem „teatr”. Konkurs 3: Dla czytelników PDF czekają 4 zimowe zestawy (kask, termos termiczny oraz czapka) ufundowane przez markę Żywiec. Wystarczy odpowiedzieć na poniższe pytanie i przesłać ją na adres [email protected] przed 22 lutego z dopiskiem „na śniegu”. W jakich najpopularniejszych polskich kurortach 8 lutego rozpocznie się akcja zima „Na śniegu”? REDAKCJA redaktor naczelny Paweł H. Olek kierownicy działów: dziennikarstwo Alicja Bobrowicz fotografia Edyta Ganc kultura Anna Grzywacz zespół redakcyjny Emil Bożechowski, Tomasz Betka, Jan Dąbkowski, Anna Grzywacz, Agnieszka Juskowiak, Magdalena Karst, Adam Kisiołek, Marcin Łączyński, Alicja Matyja, Patrycja Mic, Joanna Sawicka, Maria Skorupska, Agnieszka Wójcińska, Wioletta Wysocka współpraca: Jan Brykczyński, Jolanta ChowaniecSośniak, Łukasz Cwojdziński, Marzena Indra, Łukasz Janicki, Maciej Pisuk stały felieton: Andrzej Zygmuntowicz projekt graficzny i skład DTP: Karol Grzywaczewski na okładce wykorzystano zdjęcie z programu „Rozmowy z mistrzem”, fot. TVN korekta: Joanna Sawicka WYDAWCA Instytut Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego koordynator wydawcy: Grażyna Oblas druk: Agora nakład: 10 tys. egz. Internet kopnie tv adres redakcji: PDF pismo warsztatowe Instytutu Dziennikarstwa UW ul. Nowy Świat 69, pok. 51 (IV piętro), 00-046 Warszawa, tel. 022 5520293, e-mail: [email protected] dyżury redakcyjne: wtorek, środa, czwartek 14:00-18:00 Kolegia: każda środa godz. 19:00 Zapraszamy do współpracy w redakcji i biurze reklamy więcej tekstów w portalu internetowym: www.redakcja24.pl To był dobry rok. Gospodarka rozpędzona na skalę niespotykaną od 10 lat, mamy (podobno) więcej pieniędzy w portfelach, mocna złotówka, słaby dolar, a minione święta najbogatsze po 1989 roku. Atmosfera dobrobytu udzieliła się i mediom, zwłaszcza telewizji. To był rok telewizji. A dokładnie jednej stacji - Polsatu. Ściągnięcie Niny Terentiew na dyrektora programowego to jedno z najlepszych posunięciem w historii tego kanału. Zamiast styczniowolutowych powtórek, jakie funduje co roku TVN, Polsat zaryzykował i zainwestował w atrakcyjną ramówkę składającą się z nowości i hitów (show „Jak oni śpiewają”, serial „Skazani na śmierć”). I niemal od razu na tym zyskał. Wizerunkowo - stając się telewizją wielkomiejską, oglądalnością i w końcu udziałami w rynku reklamowym na tyle, że Zygmunt Solorz wycofał się z umowy sprzedaży udziałów koncernowi Axel Springer. Ten rok będzie zapowiedzią poważnych przetasowań w lokowaniu budżetów reklamowych w następnych latach. Już nie dziwi korzystanie z internetowych kont bankowych przez emerytów. Portale społecznościowe, gry MMO, Second Life, telewizja internetowa to nowe trendy stron www, ale ciągle mało znaczące, by przewrócić rynek medialny do góry nogami. Czym będzie docelowo internet i jak wirtualna sieć podkopie pozycję telewizji? Przekonamy się o tym w nadchodzącym roku. Paweł H. Olek redaktor naczelny Wysłuchała Magdalena Karst Stefania Grodzieńska: Odkąd sięgam pamięcią, zawsze coś pisałam. W czasach gimnazjalnych przez kilka lat prowadziłam gazetkę ścienną. Byłam wydawcą i jedynym autorem. Moja cudowna wychowawczyni, która wszystko rozumiała, pozwoliła mi przypinać gazetkę do szkolnej tablicy ogłoszeń. To była podwójna kartka wyrwana ze środka zeszytu. Przypinałam ją każdego dnia rano, a zdejmowałam po dwóch dniach. Codziennie do tablicy ogłoszeń były przyczepione dwie gazetki – bieżąca i wczorajsza. O mojej gazetce bez przerwy dyskutowało się na pauzach. Opisywałam życie naszego żeńskiego gimnazjum. Obserwowałam uważnie, co dzieje się w mojej klasie. W pozostałych miałam korespondentki, które rzetelnie zdawały mi relacje. Zachowywałam dziennikarską lojalność i kiedy pisałam o którejś z dziewczynek, wymieniałam tylko jej imię i pierwszą literę nazwiska. Oczywiście i tak wszystkie wiedziały, o którą chodzi. ryś ze swoich tekstów pokazała Jàrosemu. Więc pokazałam. Po jakimś czasie Jàrosy oddał mi teksty i powiedział: „Te śmieci to możesz sobie wziąć, a ten skecz zagram z Leną Żelichowską (aktorka dramatyczna i rewiowa międzywojnia). Jest jeden warunek – skecz wystawimy anonimowo”. Jak powiedział, tak się stało – na afiszu w miejscu mojego nazwiska pojawiły się trzy gwiazdki. Gdy wyszło na jaw, że to ja byłam tajemniczą autorką, wielokrotnie pytano mnie, jak mogłam zgodzić się na coś podobnego. A ja zawsze odpowiadałam – „A jak mogłam się nie zgodzić, skoro przede mną skecze dla Cyrulika Warszawskiego pisali tacy autorzy jak Tuwim czy Hemar!? Świadomość, że Żelichowska i Jàrosy będą na scenie grali mój skecz mogła przewrócić mi w głowie. Od tego zaczęło się moje pisanie: skeczy, monologów, żartobliwych recenzji do prasy codziennej. dowiedziałam się, że Andrzej Wajda też nie ma matury. I proszę – to mu nie przeszkodziło w karierze. Przez całe życie obiecywałam sobie, że się douczę, że zdam maturę. Okazało się, że to nie jest wcale takie proste. Już po dziewięćdziesiątce rozmawiałam z profesorem Bralczykiem, którego uwielbiam: „Panie profesorze, czy ja mogłabym zdać maturę?”. „Eksternistycznie. Tylko eksternistycznie”. „Ale ja jestem słabiutka z matematyki”. Profesor machnął ręką i pobłażliwym tonem powiedział: „To niech pani już to zostawi”. Wykonywałam w swoim życiu wiele zawodów, ale jedyny dyplom, jakim mogę się pochwalić, to dyplom szkoły baletowej. To nim wylegitymowałam się, kiedy pod koniec wojny przyjmowano mnie do Polskiego Radia. Jego siedziba mieściła się wówczas na drugim piętrze najzwyklejszej lubelskiej kamienicy. Szukano partnerki dla znakomitego spikera Tadeusza Chabrosa – tego, który kilka miesię- rys. Maria I. Szulc R EK L A M A Spotkałam Alicj´ W klasie przedmaturalnej moja gazetka wywołała aferę. Finał był taki, że wyrzucono mnie ze szkoły. Powodem był nazwa gazetki, brzmiąca: „Pokój narodom” i nijak mająca się do treści. To było na wiele lat przed wojną, ale już wtedy czuło się, że coś złego wisi w powietrzu. Ponieważ w 1917 r., kiedy wybuchła rewolucja, mieszkałam w Rosji, doskonale wiedziałam, jak wygląda wojna. Chciałam walczyć o pokój. Nie bardzo wiedziałam jak, ale przyszedł mi do głowy ten tytuł i postanowiłam zapisać go dużymi literami. W tekście nic na ten temat nie było. Napisałam tylko, że Elę S. widuje się często z Krysią M., ale przecież Ela siedzi z zupełnie inną dziewczynką, więc one na pewno są skłócone. Słowem – nic głupszego nie można było sobie wyobrazić. Jedna z dziewczynek (natychmiast poinformowano mnie która, bo wszędzie miałam swoich ludzi) była tym tytułem oburzona i doniosła na mnie dyrekcji. Powiedziała, że jestem komunistką, że podaję się za Polkę, a to nieprawda, bo jestem Rosjanką. Przełożona szkoły wezwała mnie, wzięła w ramiona i powiedziała: „Stefciu, musisz odejść ze szkoły”. Stałam jak wryta: „Jak to?”. „Ja ci powiem jak jest – otóż zrobili z ciebie komunistkę. Nie zadawaj żadnych pytań, na żadne z nich nie odpowiem. Bardzo mi przykro…”. Gdy teraz ktoś pyta mnie o wykształcenie, mogę z ręką na sercu odpowiedzieć – niepełne średnie. Ale jak napisałam w jednej z książek, byłam przeszczęśliwa, gdy cy później swoim pięknym, dźwięcznym głosem zakomunikował koniec wojny. Pamiętam, że staliśmy za jego placami i płakaliśmy ze wzruszenia. Ale po kolei. W przesłuchaniach wzięło udział kilka dziewczyn. Potem „wielki dyrektor” Władysław Kopaliński opowiadał mi, że każda z nich miała jakiś feler – jedna sepleniła, druga nie radziła sobie z tremą, z trzecią też coś było nie tak. Wybrano mnie i zostałam pierwszą spikerką Polskiego Radia. Tak rozpoczęła się moja cudowna przygoda z radiem i wieloletnia przyjaźń z Władysławem Kopalińskim. Nie potrafię mówić o nim z obojętnością, bo był naprawdę wspaniałym człowiekiem. Nigdy umyślnie nie zrobił nikomu przykrości. Dla nas, którzy przeżyliśmy IV Rzeczpospolitą, może się to wydawać niewiarygodne, ale Władek był człowiekiem pozbawionym żółci. Przez pierwszy okres naszej znajomości zwracałam się do niego per „panie dyrektorze”, bo on był wielkim dyrektorem a ja młodą adeptką. Ale w końcu zwrócił mi uwagę, że jest ode mnie niewiele starszy i że pora skończyć z tymi głupstwami. Nie wypadało sprzeciwiać się dyrektorowi i przeszliśmy na ty. Umarł, mając dziewięćdziesiąt dziewięć i pół roku, a umysł miał taki, jak wtedy, kiedy się poznaliśmy. Wielki. Kochałam radio, ale porzuciłam je dla telewizji. Dałam się złapać na lep. Ale nie był to lep większej gaży. Nigdy bym tego nie zrobiła dla pieniędzy. Nawet gdy- by mi je zaproponowano, chociaż nikt nie zaproponował. Po prostu urzekło mnie to, że w telewizji jest obraz. Gdy oznajmiłam w radiu, że odchodzę, usłyszałam, że w każdej chwili mogę wrócić. Nie skorzystałam. Sama nie wiem dlaczego, bo wielokrotnie miałam na to ochotę. Wolę radio i już. Ale telewizja na chwilę mnie oczarowała. Byłam autorką pierwszego serialu, jaki emitowano na żywo. Nazywał się „Szklana niedziela”. Występowały w nim trzy osoby: ojciec – Andrzej Szczepkowski, matka – Danusia Szaflarska i córka – Ela Złotowska. Niezła obsada, prawda? Oni tworzyli rodzinkę, która co dwa tygodnie w niedzielę (nie podejmowałam się robić serialu co tydzień) zasiadała do oglądania telewizji i komentowała wszystko, co działo się na ekranie. Kłócili się, spierali, każdy miał swojego ulubieńca, ot, normalne życie rodzinne. Serial nadawany był na żywo, tak jak wszystko wówczas – od „Dziennika” po „Teatr Telewizji”. Przez dwa tygodnie biegałam po redakcjach, sprawdzałam, co danego dnia będzie można na ekranie zobaczyć i pisałam scenariusz. Margines improwizacji był spory, bo czasami w ostatniej chwili wprowadzano zmiany w programie, a my musieliśmy na to natychmiast reagować. Czułam się spokojna, bo Andrzej Szczepkowski był mistrzem improwizacji, ale i tak cały czas siedziałam z boczku i czuwałam nad całością. Od czasu do czasu wprowadzałam zmiany w scenariuszu, pisałam je wielkimi kulfonami na kartce, którą dawałam Andrzejowi, a on z niezwykłym wyczuciem wygłaszał te zdania w najodpowiedniejszym momencie. Nie mieliśmy zamiaru robić satyry, bo zły to ptak, który własne gniazdo kala. Ponieważ telewizja była naszym gniazdem, wszystko raczej nam się podobało. O „Dzienniku” nie mogłam nic pisać ze zrozumiałych względów. Ale gdy jakiś program był potwornie nudny, Andrzej dawał temu wyraz wymownie ziewając. To był serial na miarę tamtych czasów, niedoskonały, ale byliśmy z niego bardzo dumni. Do dziś kręci mi się w oku łza, gdy ktoś zaczepia mnie i wspomina moją „Szklaną niedzielę”. Nie skończyłam szkoły, która liczy się do wykształcenia, ale profesorów miałam nie z tej ziemi. Sztuki aktorskiej uczył mnie sam Fryderyk Jàrosy (reżyser teatralny i dyrektor wielu teatrów międzywojennej Warszawy – przypis redakcji), który w czasie wojny przez długi czas dzielił pokój ze mną i moim mężem w mieszkaniu moich teściów. Jàrosy żądał, żebym każdego wieczora obydwu panów zabawiała improwizowanymi monologami, bo przecież wtedy nie mieliśmy ani książek, ani radia. Wymyślałam fabułę, postaci i w każdą z tych postaci się wcielałam. Nie domyśliłam się, że Jàrosy przygotowuje mnie na partnerkę do konferansjerki. Jeszcze przed wojną czasem pisałam coś do szuflady i kiedyś mój mąż zasugerował, żebym któ- Aż któregoś dnia, tuż po wojnie, zadzwonił telefon i w słuchawce odezwał się głos Mariana Eilego, legendarnego twórcy „Przekroju”. Mieszkaliśmy wtedy z Jurkiem w Łodzi. Byłam przekonana, że Eile dzwoni do Jurka, więc powiedziałam: „Oddaję słuchawkę mężowi”. Po chwili słyszę, jak Jurek mówi: „Oddaję słuchawkę żonie”. Wzięłam słuchawkę i słyszę: „No i co? Pani rozporządza się tym, do kogo dzwonię, a ja dzwonię do pani…” i zaproponował mi pisanie cotygodniowego felietonu do „Przekroju”. Myślałam, że ktoś robi mi kawał, nie mogłam uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Ale to nie był kawał. Odtąd w każdy czwartek biegłam rano na dworzec i świeżo napisany felieton oddawałam do rąk konduktora, podróżującego pociągiem relacji Łódź-Kraków. Ponieważ były to czasy szalejącej cenzury, wymyśliłam postać Alicji. Pierwowzorem była prawdziwa Alicja, spikerka radiowa. Pamiętam jej nazwisko, ale nie zdradzę, ponieważ Alicja to była wzorcowa kretynka. Każdy felieton do „Przekroju” rozpoczynałam zdaniem: „Spotkałam Alicję”, a potem opisywałam moją i Alicji wymianę zdań. Moje poglądy były prorządowe i proradzieckie, za to Alicja miała wielkie pretensje do polityki. Żaden z cenzorów się nie połapał. Ale czytelników zawsze miałam niezawodnych - nikt, kto miał trochę oleju w głowie, nie podzielał opinii, które w felietonie wyrażałam ja jako ja, za to Alicja budziła pełną pobłażania dla jej słabostek sympatię. To był najgenialniejszy pomysł mojego życia. Eile był jednym z moich znakomitych profesorów. Ukształtował mnie, zainspirował, skierował moją uwagę na aktualną satyrę polityczną. Był jednym z twórców mnie. Przepraszam, że się powtarzam: nie mogę powiedzieć już nic nowego, wszystko zużyłam. Jak napisałam w jednej z moich książek: „Nigdy nie byłam egoistką, ale zawsze byłam egocentryczką”. Potrafię pisać tylko o sobie. I opisałam już chyba każdy fragment mojego życia. • 03 Raport Raport DZIENNIK ARSTWO DZIENNIK ARSTWO „Pudelek”, „Taniec z gwiazdami” i „Nasza-klasa” to największe hity w mediach A.D. 2007. Nic dziwnego, skoro prasą i telewizyjną publicystyką zawładnęły polityczne kłótnie, które przyczyniły się do przedterminowych wyborów. Przynajmniej było ciekawie. Wydawcy nie mogą narzekać. Mają za sobą dobry rok. Marcin Łączyński INTERNET Wielka Piątka Rok 2007 był rokiem wzmożonej aktywności wielkich portali. Onet, Wirtualna Polska, Interia, Gazeta.pl i O2 to już od jakiegoś czasu nie tylko poczta, wiadomości i wyszukiwarki internetowe. Popularne strony tematyczne, a także internetowe radio, telewizja i serwisy społecznościowe powoli zmieniają strony, używane do niedawna jedynie do obsługi poczty i wyszukiwania danych, w prawdziwe dobrze odżywione medialne rekiny. Na przykład Interia.pl odnotowała po trzech kwartałach roku 2007 przychody w wysokości 45,7 milionów zł i zyski na poziomie prawie 6 milionów zł. W porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego oznacza to wzrost o ponad dwadzieścia procent. Stronę odwiedza co miesiąc średnio ponad 6 milionów użytkowników. Widz czy twórca? Portale różnią się podejściem do swoich pasm telewizyjnych. WP stawia na rozrywkę i treści tworzone przez użytkowników. Onet.tv, ciągle jeszcze funkcjonująca jako wersja beta, dzięki porozumieniu z platformą cyfrową n, stara się proponować gotowe programy nieco wyższej jakości niż konkurencja. Interia natomiast promuje rozrywkę na żywo, obok interia.tv tworząc platformę live.interia.pl, którą można obsługiwać poprzez komunikator iDesk. Telewizja internetowa, mimo ciągle nie najlepszej jakości obrazu Społeczności Także serwisy społecznościowe odnotowały bardzo dobry rok. Grono.net przekroczyło liczbę miliona zarejestrowanych członków, a założona w listopadzie 2006 roku nasza-klasa.pl błyskawicznie osiągnęła poziom 7 milionów użytkowników. Dynamicznie rozwijają się także polskie społeczności na youtube.com i myspace.com, a youtube.com w czerwcu 2007 roku uruchomił polskojęzyczną wersję serwisu. Na fali sukcesów tych społeczności, także największe portale powołały podobne twory. Wirtualna Polska stworzyła studio.wp.pl, gdzie użytkownicy mogą publiko- Czy G(igant) pożre Pudelka? PRASA Obok rozwoju wielkich portali i serwisów społecznościowych, rok 2007 przyniósł wysyp projektów stricte rozrywkowych. Zaskakujący sukces satryczno-plotkarskiego serwisu pudelek.pl, stworzonego przez zespół o2.pl, natychmiast sprowokował zmasowaną odpowiedź konkurencji. Kozaczek.pl, plotek.pl, ukaraj.pl, spiner.pl, sekson. pl, pomponik.pl, zyciegwiazd.onet. pl, gwiazdy.wp.pl, deser.gazeta.pl – to tylko część stron zajmujących się w jakimś stopniu plotkami z życia znanych ludzi. Prawdopodobnie tym, co przyciągnęło konkurencję, jest czysto marketingowy sukces tego formatu. Jak podaje przedstawiciel serwisu pudelek.pl, stronę co miesiąc odwiedzają cztery miliony użytkowników, a średnia dzienna oglądalność kształtuje się na poziomie pół miliona wejść. Jest to wynik niewiele gorszy od tych osiąganych przez wielkie portale: na przykład Gazeta.pl przyciąga co miesiąc około sześciu milionów użytkowników. Właśnie Agora, właściciel Gazety. pl przygotowała najbardziej imponującą odpowiedź na sukces pudelka. We wrześniu tego roku pod hasłem „one page to rule them all” powstał portal rozrywkowy G.pl, który ma łączyć wszystkie serwisy rozrywkowe Agory, m.in. Plotek.pl, Infomuzyka. Spadki Mimo wzrostu dochodów z reklamy, rok 2007 nie był dobry dla wydawców prasy drukowanej. Notowany na całym świecie spadek czytelnictwa od dłuższego czasu zauważalny jest także w Polsce. Miniony rok nie przyniósł żadnego przełomu, a co najwyżej pewną stabilizację. Najwięksi gracze w sektorze dzienników ponieśli relatywnie niewielkie straty („GW” około 9%, „Fakt” 5%), ale tytuły z kolejnych miejsc nie mają się tak dobrze. Największym zaskoczeniem był znaczący spadek sprzedaży „Dziennika”, który od stycznia do września 2007 zmniejszył sprzedaż o ponad dwadzieścia procent. Jednak przedstawiciele wydawcy ”Dziennika”, koncernu Axel Springer, tłumaczą, że tak wysokie straty są normalne dla cyklu wydawniczego nowego tytułu: - To naturalny cykl w życiu nowej gazety. Pierwsze miesiące charakteryzują się bardzo wysoką sprzedażą, ponieważ wydawca zapewnia wysokie nakłady promocyjne. Ma to na celu pozyskanie możliwie najwięcej wiernych czytelników. W kolejnych latach nakłady promocyjne są obniżane, odpada także tzw. efekt nowości. Stąd sprzedaż spada. Ekonomiści powiedzieliby, że jest to efekt wysokiej bazy – wyjaśnia Michał Fijoł, rzecznik prasowy Axel Springer Polska. A jednak na inne uzasadnienia wskazuje medioznawca, prof. Maciej Mrozowski. Jego zdaniem spadek pozycji „Dziennika” w stosunku do pozycji „Gazety Wyborczej” wypływa z ogólnego spadku zainteresowania prasą. – Ofiarą tego w pierwszej kolejności będą te gazety, które nie są głęboko zakorzenione i ich pozycja na rynku jest słabsza, a taka jest właśnie sytuacja „Dziennika” – ocenia prof. Mrozowski. Śmielszą tezę postawił jeden z publicystów „Rzeczpospolitej”. Jego zdaniem, od Dziennika czytelnicy zaczęli się odwracać, gdy coraz śmielej krytykował rząd Jarosława Kaczyńskiego. Nieco lepiej prezentuje się sytuacja tygodników, zwłaszcza tygodników opinii. Praktycznie wszystkim udało się utrzymać poziom sprzedaży sprzed roku, a nawet odrobinę go zwiększyć. Jest to jednak w większym stopniu zasługa dodawanych do nich gadżetów, niż efekt trwałego odwrócenia niekorzystnego dla prasy trendu. Nowości „Puls Biznesu” jest jednym z niewielu dzienników, który zanotował wzrost sprzedaży w 2007 roku. 04 pl, Ciacha.net, Deser.gazeta.pl czy Groszki.pl. Drugim liczącym się graczem w sektorze stron rozrywkowoplotkarskich jest portal o2.pl, do którego, poza pudelkiem, należą także egoisci.pl, kaprysy.pl czy lansik.pl. fot. Łukasz Janicki Media miały za sobą dobrze rozwijającą się gospodarkę, a niezła koniunktura przełożyła się na znaczący rozwój rynku reklamowego Oczywiście nie wszystkie sektory rozwijały się równomiernie. Dzienniki ciągle znajdują się w fazie kryzysu czytelnictwa, a roczne spadki wahają się od kilku procent („Gazeta Wyborcza”), do prawie dwudziestu pięciu („Dziennik”). Względną stabilność sprzedaży osiągnął rynek tygodników, gdzie dominująca „Polityka” nie odnotowała spadku i rok 2007 kończy z zerowym bilansem zysków i strat. Jednocześnie – mimo problemów z czytelnictwem – prasa drukowana osiągnęła siedmioprocentowy wzrost dochodów z reklamy. Podstawową przyczyną jest koniunktura gospodarcza napędzająca popyt na reklamę. W ubiegłym roku najbardziej skorzystały stacje telewizyjne, które odnotowały rekordowy, bo ponad dwudziestoprocentowy, wzrost dochodów z reklamy. Nie zahamował tego gwałtowny rozwój Internetu. To telewizja jest ciągle uważana za najskuteczniejsze i najbardziej masowe medium reklamowe. Wzrost ten byłby pewnie większy, gdyby nie ustawowe ograniczenie ilości czasu antenowego, jaki stacje komercyjne mogą przeznaczyć na reklamy. Ta bariera sprawiła, że część budżetów reklamowych została skierowana do innych mediów. Największa dynamikę przychodów z reklamy w 2007 odnotował Internet. Tutaj przyrost osiągnął ponad czterdzieści procent, a wartość reklamy w portalach internetowych to ponad 300 milionów zł i około 6 proc. wszystkich wydatków na reklamę. To sieć www ma także największy potencjał rozwoju w roku 2008. Obecnie Internet dociera do niespełna czterdziestu procent gospodarstw domowych. Zapowiadana przez władze niektórych wielkich miast (m.in. Warszawy) budowa bezpłatnych sieci WiFi może praktycznie z dnia na dzień skokowo zwiększyć potencjał reklamowy sieci. wać filmy, pliki dźwiękowe i zdjęcia, Onet natomiast powołał do życia serwis sciaga.onet.pl, skierowany do uczniów wymieniających się opracowaniami, gotowymi tekstami wypracowań czy ściągami. Najistotniejszym debiutem prasowym w 2007 roku było niewątpliwie powstanie tytułu „Polska”, łączącego regionalne przedsięwzięcia Grupy Wydawniczej Polskapres- fot. TVN 24 Dobry rok i dźwięku, cieszy się ogromną popularnością. – Od momentu wdrożenia przebudowanej strony, tj. od marca 2007, na grudniu kończąc, WPtv notowała ciągły wzrost. Nie było ani jednego miesiąca spadku oglądalności – mówi Łukasz Skalik, koordynator serwisu WPtv. Jego zdaniem jest to zasługa odejścia od sztywnej ramówki na rzecz metody VoD (Video on Demand), czyli umożliwienia widzom tworzenia własnej playlisty z gotowych programów. Drugim istotnym czynnikiem, decydującym o powodzeniu projektów telewizji internetowej, jest zachęcenie odbiorców do udziału w jej tworzeniu. W przypadku wp.tv rekordową oglądalność osiągnął materiał z zarejestrowaną „zjawą”, nadesłany 18 grudnia przez użytkownika serwisu. W ciągu dwóch godzin od publikacji zobaczyło go ponad 350 tysięcy odbiorców. Lokomotywą kanału TVN 24 jest satyryczno-komentatorski magazyn „Szkło kontaktowe”. W 2007 roku program oglądało o ponad 100 tys. widzów więcej niż rok wcześniej se. Dziennik rozpoczął działalność 15 października, z nakładem około 650 tys. egz. Ma przed sobą niełatwe zadanie. Rynek zdominowany przez „Gazetę Wyborczą” i jej lokalne dodatki oraz klika innych mocno osadzonych tytułów. Problemy „Dziennika”, skądinąd bardzo ciepło powitanego przez ekspertów i komentatorów, zwiastują jeszcze większe trudności, jakie będzie musiała pokonać redakcja „Polski”. Po niespełna trzech miesiącach działalności widać, że Polska nie traci w tych regionach, gdzie Polskapresse miała wcześniej gazety regionalne, ale jednocześnie nie udaje się jej na razie podbić nowych rynków. Na przykład sprzedaż w Warszawie, czyli na nowym dla Polskapresse rynku, kształtuje się na poziomie kilku tysięcy egzemplarzy. Przejęcia A w zasadzie jedno zaskakujące przejęcie. W kwietniu 2007 Grupa ITI przejęła 49 proc. udziałów w „Tygodniku Powszechnym”. Od 5 grudnia tygodnik wydawany jest w mniejszym, bardziej poręcznym formacie. Jest to pierwszy tytuł prasowy grupy ITI. Przejęcie wywołało fale komentarzy i spekulacji, dotyczących ewentualnych zmian w „Tygodniku” i planów Grupy ITI. Jak na razie jednak, poza drobnymi zmianami w redakcji (przyjście m.in. Elżbiety Isakiewicz z „Newsweeka”), odświeżeniem layoutu, zmniejszeniem formatu i zmianą dnia ukazywania się gazety z wtorku na środę, w tygodniku nie nastąpiły rewolucyjne zmiany. Część ekspertów wskazywała także, że być może przejęcie tygodnika ma być elementem wzmocnienia programu religia.tv obecnego na platformie cyfrowej n od 15 października. TELEWIZJA Niewypał Wejście do TV Puls przez News Corporation Ruperta Murdocha spowodowało, że wszyscy obserwatorzy rynku medialnego w Polsce na chwilę wstrzymali oddech. Korporacja przejęła 25 proc. udziałów w TV Puls jeszcze w 2006 roku, przez długi czas nie zmieniając ramówki stacji. Po zmianach w zapisach koncesyjnych, w styczniu 2007 telewizja mogła zmodyfikować ramówkę. Z chrześcijańskospołecznej na ogólnotematyczną. Od kwietnia News Corporation kontroluje 35 proc. udziałów w telewizji. W październiku pojawiła się nowa ramówka, ze sztandarowym programem informacyjnym Puls Raport nadawanym o 19.30. – Nowa ramówka poskutkowała już pewnym wzrostem widowni, jednak nie zakładaliśmy, że będzie on skokowy – tłumaczy Dariusz Dąbski, przewodniczący Rady Nadzorczej TV PULS. Do końca 2007 roku efekty zmian były jednak niewidoczne. Jak podaje AGB Nielsen, pod koniec grudnia średnia oglądalność telewizji oscylowała w okolicach 0,65 proc., dając 11 pozycję w rankingu stacji telewizyjnych. Sytuację może poprawić fakt, że niedawno wygrała przetargi na nowe częstotliwości, m.in. we Wrocławiu i Szczecinie. – Oznacza to, że będziemy mogli dotrzeć dodatkowo do ponad 2 mln mieszkańców Polski. Jestem przekonany, że zdobycie przez Telewizję PULS znaczącej pozycji rynkowej jest tylko kwestią czasu – mówi Dąbski. Na efekty radzą poczekać także medioznawcy. – Rupert Mordoch wkracza na rynek sobie nieznany, znacznie mniejszy od tego, na którym poruszał się dotychczas. Jednak za 3-4 lata ma on szansę zyskać znaczącą pozycję, zagrażając nawet telewizji Polsat – ocenia prof. Maciej Mrozowski. Sformatowani Wielkim sukcesem telewizji komercyjnych były w 2007 roku programy tworzone w oparciu o sprawdzone na zachodzie formaty. W ich produkcji celuje zwłaszcza TVN oferując V i VI edycję „Tańca z gwiazdami”, które przyciągały przed ekrany średnio 5 milionów widzów. Odpowiedzią Polsatu był program „Jak oni śpiewają”, którego dwie edycje przyciągały średnio nieco ponad 4 miliony widzów. Format „Tańca z gwiazdami” zaczerpnięto z programu „Strictly Come Dancing” z BBC One, a „Jak oni śpiewają” oparto na „Soapstar Superstar” stworzonym na potrzeby brytyjskiej ITV. Także telewizja publiczna nie zawahała się sięgnąć po zachodni format, by nie pozostać w tyle za konkurentami. TVP 2 wyemitowała pierwszą edycję „Gwiazdy tańczą na lodzie” opartą na „Dancing on Ice” ITV i szykuje już kolejną. Wedle danych AGB Nielsen najchętniej oglądanymi programami są jednak nadal polskie seriale, produkowane przez TVP i niepowielające zachodnich pomysłów. „M jak miłość” z prawie dziewięciomilionową widownią i „Na dobre i na złe” z siedmioma milionami oglądających, znacznie wyprzedzają wszystkie produkcje TVN czy Polsatu. Oparta na produkowanej przez CBS „The Nanny” TVN-owska „Niania” rzadko osiąga oglądalność powyżej 4 milionów. Mimo takiego rachunku, seriale oparte na zagranicznych formatach nadal dominują w ramówce telewizji komercyjnych. Przegrupowania Rok 2007 był także czasem kilku widocznych zmian personalnych w telewizji. Pierwszym z istotnych transferów było przejście Niny Terentiew z TVP do Polsatu (październik 2006) zakończone objęciem przez nią stanowiska dyrektora programowego tej stacji w kwietniu 2007. Największe kontrowersje towarzyszyły odejściu Tomasza Lisa z Polsatu. 19 września został on odsunięty od prowadzenia tworzonych przez siebie „Wydarzeń”, a 20. ogłosił, że kończy także prowadzenie „Co z tą Polską?” i odchodzi z Polsatu. Jak sam mówił, powodem takiej, a nie innej decyzji władz stacji, były rzekome naciski polityczne. Tomasz Lis przeniósł swój program do Internetu i przy współpracy portalu Gazeta.pl realizował projekt „Co z Polską?”, którego pierwszy odcinek ukazał się 27 września. Nie na długo. W styczniu Tomasz Lis ogłosił, że od 27 lutego poprowadzi program publicystyczny w TVP2. Romans z Internetem skończył się. Wrzesień to także przejście Marcina Prokopa i Doroty Wellman, prowadzących w TVP 2 popularne „Podróże z żartem”, do programu „Dzień dobry TVN”. Za to z TVN pożegnał się (także we wrześniu) Hubert Urbański. Stacja uzasadniła tę decyzję „nieudanymi negocjacjami finansowymi”. Rozstanie nie było jednak długotrwałe, bo już w styczniu 2008 Urbański powrócił na antenę jako prowadzący reaktywowanych „Milionerów”. Polsat, plus, N Wielkim przebojem roku 2007 w telewizji okazały się platformy cyfrowe. Ograniczona ilość często- 05 Raport Drugi plan DZIENNIK ARSTWO RADIO Tok W minionym roku duże sukcesy odnotowało radio Tok FM – jedyne w Polsce „radio gadane” – jak mówi o nim sekretarz redakcji, Barbara Golas. – Słuchalność podniosła się znacznie, z 0,72 do 1,13 proc, dając stacji największy, spośród rozgłośni ponadregionalnych, udział w rynku. Złożyło się na to wiele czynników, ale zapewne nie bez znaczenia jest intensywna kampania reklamowa. Najistotniejsze zmiany to częstsze serwisy informacyjne (co pół godziny) oraz zwiększenie ilości programów publicystycznych w weekendy, a tym samym ujednolicenie ramówki całego tygodnia. Polskie Radio Jeśli jednak mowa o zmianach, to rekordowej ich ilości dokonało Polskie Radio SA. Od restrukturyzacji poczynając – uproszczenia struktury zarządzania, zmniejszenia liczby dyrektorów z 43 do 24, zwolnienia 200 pracowników, zwłaszcza doświadczonych pracowników (Tadeusza Sznuka, Marii Szabłowskiej). Odbyło się to w atmosferze skandalu, gdy wiceprezes Polskiego Radia, Jerzy Targalski, skrytykował dziennikarzy z kilkudziesięcioletnim stażem za ich wiek. – Wszystko odbyło się w porozumieniu ze związkami zawodowymi, pracownicy dostali dużą odprawę i nie zerwaliśmy z nimi kontaktu – zapewnia rzecznik prasowy Polskiego Radia Tadeusz Fredro-Boniecki. – Nadal korzystamy z doświadczenia starszych, a jednocześnie otworzyliśmy pole młodszym – dodaje. Z programu trzeciego Polskiego Radia odszedł Marek Niedźwiecki. Niewątpliwym sukcesem jest poszerzenie zasięgu częstotliwości „Jedynki”, która do tej pory, pomimo zobowiązania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji do udostępnienia ogólnokrajowemu odbiorcy wszystkich czterech programów, była do- 06 stępna tylko dla mieszkańców dużych miast, docierając zaledwie do jednej trzeciej odbiorców. Od kilku miesięcy radiowej „Jedynki” mogą słuchać już wszyscy w paśmie UKF. Absolutną nowością dla słuchaczy będzie radio Euro, które w kwietniu br. zastąpi radio Bis i zajmie się m.in. nadawaniem programów sportowych oraz relacjonowaniem wydarzeń związanych ze zbliżającą się olimpiadą w Pekinie. Złote Przeboje Tymczasem Radio Złote Przeboje beztrosko cieszy się z pozyskania do swego zespołu jednego z najbardziej cenionych dziennikarzy radiowych – Marka Niedźwiedzkiego, który prowadzi podsumowanie topów wszechczasów, z końcem roku mających przekształcić się w listę przebojów. Nowe audycje to „Tekstylia” Jacka Cygana – autora tekstów wielu przebojów oraz „Hołdys Guru” – dawniej transmitowana przez MTV. W tym roku pojawił się też program „Co słychać”, podsumowujący najważniejsze wydarzenia dnia. w Polsce. Względna przewidywalność sceny politycznej pozwala patrzeć na nią nieco bardziej optymistycznie niż przez ostatnie kilka lat. Rozwój Internetu i technologii cyfrowych, a także rosnąca stabilność polskiego rynku dają podstawy by sądzić, że także przyszły rok będzie stał pod znakiem rozwoju nowych technologii, gadżetów, formatów i społeczności sieciowych. Być może przyrost wartości rynku reklamy przyciągnie do Polski nowych inwestorów. Na pewno będzie okazją do wykazania się dla tegorocznych debiutantów: „Polski”, „Naszej-klasy” czy odświeżonej TV PULS. Jak będzie naprawdę? Czy rok 2008 czymś nas zaskoczy? Odpowiemy za rok. • Współpraca Wioletta Wysocka fot. Edyta Ganc tliwości naziemnych przestaje być problemem w przypadku łącz cyfrowych, stąd platformy mogą sobie pozwolić na tworzenie coraz to nowych kanałów tematycznych. TVN MED, TVN Style, TVN CNBC Biznes, TVN Meteo czy religia.tv to przykładowe kanały dostępne na platformie cyfrowej n, należącej do Grupy ITI. Dwie pozostałe platformy (Cyfra + i Polsat Cyfrowy) ustępują n pod względem ilości własnych programów, ale znacznie wyprzedzają ją, jeśli chodzi o liczbę odbiorców. Cyfra + ma ponad milion abonentów, Cyfrowy Polsat dwa razy więcej, podczas gdy n na razie dociera do 200 tys. gospodarstw domowych. Platforma ITI jest jednak najnowocześniejszą z dostępnych na polskim rynku: jako pierwsza wprowadziła wideo na żądanie (VoD) czy telewizje wysokiej rozdzielczości (m.in. sport HD czy Dicovery HD), a także nowoczesny dekoder nBox Recorder, wyposażony w twardy dysk o pojemności 250 GB, czy dostęp do internetowej usługi nRadio. DZIENNIK ARSTWO prof. Maciej Mrozowski medioznawca, Instytut Dziennikarstwa UW Podsumowujàc miniony rok, mo˝na zauwa˝yç kilka najwa˝niejszych tendencji zachodzàcych na rynku medialnym. Kosztem prasy cz´Êciej wybieramy media audiowizualne (równie˝ osoby z wykształceniem Êrednim i wy˝szym), a na coraz powa˝niejszego konkurenta wyrasta Internet. To oczywiÊcie tendencja ogólnoÊwiatowa i proces historycznie nieunikniony. Martwi pogł´biajàcy si´ kryzys mediów publicznych, ich tendencja do degeneracji programowej i odejÊcia od misyjnoÊci. Znikajà pozycje ambitne, a sił´ rozp´du kontynuowane sà podstawowe formaty, czyli głównie seriale telewizyjne. Nast´puje upartyjnienie programów publicystycznych, szczególnie widoczne właÊnie w 2007 roku. Cz´Êç programów w telewizji publicznej zostało upartyjnionych, z drugiej zaÊ strony widoczna była rola wydawców prywatnych („Polityki”, „Gazety Wyborczej”, TVN) w ostatnich wyborach, którzy prowadzili otwartà wojn´ przeciw PiS-owi i zmobilizowali do głosowania wrogi partii Jarosława Kaczyƒskiego elektorat. Co przyniosà nast´pne lata? Je˝eli nastàpi spadek koniunktury, media, zwłaszcza komercyjne, na tym stracà. MyÊl´, ˝e coraz uwa˝niej b´dzie si´ nam przyglàdaç Unia Europejska, a je˝eli rynek b´dzie dobrze funkcjonował, niewykluczone, ˝e pojawià si´ nam nim nowi inwestorzy. R EK L A M A Eska Biuro rzeczy ogłoszonych Radio Eska uruchomiło sześć internetowych kanałów tematycznych, zapewniających prosty i szybki dostęp do jeszcze większej ilości hitów ze swojej anteny. Każdy z nich stanowi sformatowaną stację radiową, nadającą wybrany rodzaj muzyki, nad którą czuwają szefowie muzyczni sieci Eska. O wyborze hitów decydują też sami słuchacze – użytkownicy Fabryki Muzy. W ramówce przybył też nowy cykl muzyczny, oparty na współpracy z legendarnym londyńskim Ministry of Sound. Na mocy zawartej umowy Eska otrzymuje wyłączność na emitowanie autorskich setów muzycznych DJ-ów tego klubu. Tak, jak wcześniej wspomniane stacje, tak i ESKA ocenia miniony rok jako udany. Dokonane zmiany wydają się korzystne, sukcesem okazała się też letnia trasa koncertowa „Hity na czasie”, która zdołała zgromadzić czołowych przedstawicieli tegorocznej sceny w Polsce i w Europie. Joanna Sawicka Cisza przed burzą? Cisza po burzy? Rok 2007 w mediach był spokojny. Podejrzanie spokojny, jeśli spojrzeć na całą poprzednią dekadę. Stabilny i duży wzrost gospodarczy zasilał rynek reklamy. Rzadkie spadki sprzedaży, nawet, jeśli były spore – przykład „Dziennika” – nie doprowadziły do upadku żadnego tytułu. Nowe projekty – „Polska” i TV PULS – zapowiadają się obiecująco. Serwisy społecznościowe i nowe rodzaje portali (rozrywkowe, informacyjne) podbijają rynek, także reklamowy. Nawet spory personalne w Polsacie czy TVP, mimo licznych kontrowersji i dużego kalibru wytaczanych zarzutów, w niczym nie przypominały gigantycznych afer sprzed kilku lat. Czy rok 2008 będzie równie spokojny i dostatni? Eksperci nie widzą na razie poważniejszych zagrożeń dla koniunktury gospodarczej w te ca 20 08 w r e z c 7 2 – o g r minie: 25 lute ziennikarskiego u Szkolnic tw a D na rzec z Rozw oj ja ac nd Fu r: to a U W ). Or ganiza ie Dziennikars tw uc yt st In zy pr a (dział ając 3, 0 50 2 82 5 49 2 Tel. (2 2) 55 20 29 redakcja24 .pl m: redakcja24 @ se re ad d po go lute Zg łoszenia do 20 .pl w ięcej informac ji: w w w.redakcj a24 Irmina Żernicka prowadzi biuro ogłoszeń przy Grochowskiej od 1994 roku. W ciągu czternastu lat swojej pracy przyjęła tysiące anonsów i rozmawiała z setkami klientów. Raz z wysłannikiem cywilizacji pozaziemskiej. Żernicka przyjmuje ogłoszenia, które mają ukazać się w prasie, m.in. „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Życiu Warszawy”, „Echu miasta”, i telegazecie. Ruch w interesie jest zmienny i zależy głównie od... pogody, bo, jak mówi, deszcz zniechęca do wychodzenia z domu. Najczęściej współpracuje z prywatnymi firmami i zakładami pogrzebowymi, a ogłoszenia z gatunku „Pan pozna panią” powoli odchodzą w zapomnienie. Biuro ogłoszeń znajduje się na warszawskiej Pradze, w połowie drogi między stadionem a rondem Wiatraczna. Pomalowany na biało tynk wyróżnia je z ciągu szaroburych elewacji przy Grochowskiej. Ciężka, ciemna kotara, zawieszona nad drzwiami, oddziela wnętrze od zgiełku ruchliwej ulicy. Przez okno widać billboard z wymownym hasłem reklamowym: „Nie skazuj na śmierć zawodową”. W środku panuje taki spokój, jakby czas się zatrzymał. Po wejściu słychać tylko „dzień dobry kochanie” i po chwili widać już Irminę, która schodzi z góry, żeby przywitać się z klientem. Właścicielka zajmuje miejsce przy dużym, czarnym biurku, pełnym gazet, wydruków i niezbęd- nych w pracy drobiazgów. Siada wygodnie w fotelu i zaczyna rozmawiać. Głównie o tym, co skłoniło interesanta do wykupienia anonsu. W doradzaniu pomaga kamienna kula, czyli mała, dekoracyjna fontanna ustawiona na blacie. Trudne początki Biuro ogłoszeń założył w 1994 roku brat Żernickiej i zaproponował jej prowadzenie firmy. Irmina przyjęła propozycję. Na początku interes się nie kręcił, bo klientów było jak na lekarstwo – jedna, może kilka osób dziennie. Brat chciał zamknąć biuro, ale Żernicka włożyła wiele pracy w jego prowadzenie. Zdecydowała się przepisać firmę na siebie, a potem na syna, który oficjalnie jest właścicielem od pięciu lat. – Ja mu niby tylko pomagam, ale widać, jak jest – mówi. Teraz Irmina zajmuje się wszystkim sama, ale kiedyś miała pomocnika. – Pracy jest mało, a dwie osoby tutaj to był już tłok – stwierdza patrząc na drugie, puste krzesło, które stoi przy jej biurku. Kiedyś było kolorowo W połowie lat dziewięćdziesiątych ogłoszeń było znacznie więcej. – Kiedyś reklamy były większe i bardziej kolorowe. Ludzie mieli pracę i pieniądze... Teraz to się tylko patrzy, żeby było jak najtaniej – stwierdza. Dziś współpracuje głównie z przedsiębiorstwami i zakładami pogrzebowymi, które kierują do prasy nekrologi. Osoby prywatne najczęściej chcą sprzedać lub wynająć mieszkanie, oddać w dobre ręce psa czy kota, sprzedać samochód, dawać korepetycje lub podziękować lekarzom za powrót do zdrowia. Najwięcej ogłoszeń jest do południa, bo wtedy zamówienia składają firmy. Zdecydowanie większy ruch jest również pod koniec tygodnia, kiedy to ukazują się w prasie oferty pracy i informacje z rynku nieruchomości. Żernicka stara się przekonywać klientów do zamieszczania ogłoszeń w różnych gazetach, bo każda dociera do innej grupy odbiorców. – Zawsze to proponuję, żeby inne gazety się na mnie nie obraziły, bo to nasz wspólny interes – mówi Irmina. Dba też o własne potrzeby – co jakiś czas wychyla się zza biurka i sprawdza, czy w piecyku, którym ogrzewa biuro, nie skończył się gaz. Kiedy płomień gaśnie, dzwoni do dostawcy i przekonuje go, że zimno nie sprzyja prowadzeniu interesu. Zwykle się udaje, i jeszcze tego samego dnia piecyk znowu jest ciepły. Przychodzi mama do biura - Kiedyś przyszedł do mnie sześćdziesięcioletni mężczyzna z mamą. A właściwie to ta staruszka go przyprowadziła. Całe życie widać chuchała na niego, ale dość późno zorientowała się, że musi go ożenić. Wykupiła ogłoszenie matrymonialne, by jak najszybciej znaleźć wybrankę dla sędziwego kawalera. Przychodziły potem na adres biura odpowiedzi na ten anons, ale nie wiem, jak się dalej sprawy potoczyły – opowiada. Innym razem przyszedł tata, ale w całkiem innej sprawie. Ktoś zażartował sobie z jego córki i podał jej numer do rubryki towarzyskiej. Skutkiem tego odbyła wiele nieprzyjemnych rozmów z potencjalnymi klientami, chociaż w wiadomym zawodzie nigdy nie pracowała. Zbulwersowany ojciec odwiedził wcześniej już kilka biur, ale nie znalazł winowajcy. Żernicka też mu nie pomogła, bo u niej nie było żartownisia z takim ogłoszeniem. Irmina uważa, że najlepszym miejscem na znalezienie małżonka są agencje matrymonialne, bo głównie one wykupują takie ogłoszenia w prasie. Czasem zdarzają się jednak osoby, które poszukują szczęścia na własną rękę. Mężczyźni piszą o sobie niewiele, ale wymagania względem potencjalnej partnerki mają spore. – Najlepiej, to żeby była ładna, młoda i bez dzieci – mówi Irmina. – A tak to się nie da – dodaje z uśmiechem. ca, również nie zostanie przyjęte, bo mogłoby naruszyć jej prywatność. Ale, jak mówi Irmina, czasem wystarczy tylko je przeredagować. Wiele kłopotów sprawiały kiedyś anonse towarzyskie, które powinny ukazywać się w osobnej rubryce. Wiązało się to jednak z dodatkowymi kosztami, dlatego łagodzono ich treść stwierdzeniem „masaż erotyczny”. Często sąsiadowały z nimi informacje o masażach tajskich, czy zwykłych zabiegach leczniczych, które nie miały nic wspólnego z prostytucją. Słowna zagrywka okazała się więc nieskuteczna na dłuższą metę. Do biura Irminy trafił kiedyś dość nietypowy klient, który twierdził, że odbiera promienie z Syriusza. Młody chłopak był przeświadczony o wielkim niebezpieczeństwie, które mu grozi i chciał o tym poinformować społeczeństwo. – Wtedy naprawdę się bałam, ale od psychicznie chorych nie przyjmuje się ogłoszeń – kwituje. Kłopotliwe mogą być także nekrologi, bo nie wymaga się świadectwa zgonu przy ich zamieszczaniu. Na szczęście Żernickiej nie zdarzyło się nigdy, żeby ktoś w ten sposób żartował z osoby żyjącej. Dalsze losy Żernicka rzadko dowiaduje się, czy zamieszczenie ogłoszenia przyniosło jej klientom oczekiwane korzyści. Pani Danuta, listonoszka, z racji wykonywanego zawodu często odwiedza biuro przy Grochowskiej. Zwykle tylko doręcza przesyłki, ale niedawno wykupiła anons o sprzedaży samochodu. Kupiec znalazł się szybko, więc umówiła się z nim na oględziny auta. Pech chciał, że dzień przed jego przyjazdem źle odłożyła słuchawkę telefonu i następnego ranka była nieuchwytna. Zrezygnowany kontrahent wrócił pierwszym pociągiem do Katowic, bo nie chciał ryzykować samotnych poszukiwań samochodu, który chciał kupić. Udało mu się powtórnie skontaktować z właścicielką auta i zdecydował się na kolejny wyjazd do stolicy. Listonoszka czuła się jednak winna, że za pierwszym razem obcy człowiek jechał na darmo taki szmat drogi, więc postanowiła obniżyć cenę samochodu, „za fatygę”. Kokosów z prowadzenia biura nie ma i nigdy nie było. Są za to dłużnicy i sprawy w sądzie, bo już wiele osób oszukało Żernicką. – Ale i tak nie zamknę biura, bo byłoby mi żal tego wszystkiego – mówi. • R EK L A M A Bałam się Nie każdy anons nadaje się do zamieszczenia w prasie. Gazety nie drukują treści obraźliwych czy wulgarnych. Ogłoszenie o pięknej nieznajomej, która zauroczyła przygodnie spotkanego młodzień- 07 Zapisz to Kisch DZIENNIK ARSTWO Zapisz to Kisch Wycinek ˝yły Czasem trzeba uwierzyć, że da się opowiedzieć historię bez klasycznej dramaturgii, punktów zwrotnych, puenty. Reportaż „Masz mierny i idź” zaczyna się w pewnym momencie życia bohaterów i urywa parę lat później. W każdej chwili można by dopisać ciąg dalszy. ■ Ten tekst jest nietypowy – nie ma klasycznej dramaturgii, nie opowiada o żadnym konkretnym wydarzeniu. Jak doszło do jego powstania? Do Mariusza Szczygła, mojego kierownika, zwrócił się chłopak, który stracił zdrowie w pracy. Pracował ciężko w laboratorium fotograficznym w bardzo złych warunkach i rozchorował się poważnie. Firma się z nim rozstała, on nie może znaleźć kolejnej roboty. Po prostu krwawa kapitalistyczna historia typu interwencja. 08 ■ No właśnie. To częsty problem, szczególnie młodych dziennikarzy. Mamy ciekawych bohaterów, mamy superhistorię, ale zupełnie nie wiadomo, z której strony się do tego zabrać. Jak pani z tego wybrnęła? Miałam miliony szczegółów, które nie układały się w żadną opowieść w rozumieniu klasycznym – takim, że historia się zawiązuje, są punkty zwrotne, następuje puenta, a na koniec oczyszczenie. Pomógł mi film. Poszłam do kina na „Bombon – El Perro”, słynnego reżysera argentyńskiego Carlosa Sorina. To historia Juana, który wędruje po patagońskiej równinie i sprzedaje noże. Interes mu nie idzie. Pewnego razu spotyka kobietę, która prosi go o pomoc przy naprawie samochodu. Naprawia jej auto, a ona daje mu w prezencie olbrzymiego rodowodowego argentyńskiego doga. I tu zaczyna się historia Juana i psa Bombona. Kolejne zdarzenia przenoszą ich w różne miejsca i w pewnym momencie trafiają na kogoś, kto radzi Juanowi, żeby wystawił psa na wystawie. I w zasadzie opowiedziałam cały film, który trwał półtorej godziny. ■ Czyli taka historia o niczym. Dokładnie. Oczywiście ważne tam były uśmiechy, spojrzenia, sposób filmowania, ale też nie było tego kręgosłupa, który tworzy film. To mi się strasznie podobało. Ten film wygląda tak, jakby przyjrzeć się wycinkowi żyły, przez którą płynie krew. Ona sobie płynie przez całego człowieka, a reżyser opisał fragmencik tego wielkiego procesu życia. Zaczął go w dowolnym momencie. Docenił w ten sposób życie samo w sobie. Jednocześnie forma była bardzo bliska dokumentowi. Doszłam do wniosku, że to dobra wskazówka dla mnie. rozmawiała Agnieszka Wójcińska, fot. Jan Brykczyński ■ W reportażu „Masz mierny i idź” jest scena, gdy jeden z bohaterów chce wyskoczyć przez balkon. Czytając ją, pomyślałam – o, mamy punkt zwrotny, on zaraz wypadnie i coś się stanie. Ale nie stało się nic. Lidia Ostałowska: Wyzwanie, jakim jest życie trwało nadal. DZIENNIK ARSTWO ■ Ale reportaż, który pani napisała, nie jest interwencją. Musiała pani dostrzec w tym coś więcej? Pojechałam na Gocław do mojego bohatera. A tam, jak to na Gocławiu – blokowisko, wysokie piętro, winda. Otwiera mi Mariusz. Opowiada swoją historię ze szczegółami – jak pracował, jak zachorował, czym to się objawiało. Potem zaczyna mówić o swoim ojcu i o tym, jak w wieku 16 lat wyrzucił go z domu. Tak mnie to zakręciło, że zaczęłam go o to wypytywać. Sporo mi powiedział – że ma dwóch przyjaciół, że znają się od podstawówki, że razem pracowali. Zaczął odsłaniać kompletnie inną historię, historię trzech młodych ludzi, których życie układało się inaczej niż wielu ich rówieśników. ■ Postanowiła pani to opisać? Strasznie mnie to zainteresowało i umówiłam się z Mariuszem po raz drugi, tym razem na rozmowę o życiu. Opowiedział mi dość dramatyczną historię chłopaka z osiedla, urodzonego w rodzinie, która nic nie zyskała na przemianach w 89 roku. Przeciwnie, jego mama znalazła się w bardzo ciężkiej sytuacji. Owoce przemian on oglądał przez szybkę. Świat się rozwarstwiał, bogaci cieszyli się swoim bogactwem i interesami, a biedni zbierali 2.50 na blaszkę wędkarską, żeby sobie połowić ryby nad Wisłą. Jak on i jego przyjaciele. Mariusz miał wątpliwości, czy jego przyjaciele zdecydują się ze mną rozmawiać, bo to jest takie okropne, intymne. Rzeczywiście, jak stary pije albo bije, to ciężko o tym mówić. ■ Jeszcze większym tabu jest chyba ubóstwo, to, że się znalazło po stronie biednych, a nie tych, którzy mają ekstrażycie. Największym okazała się choroba psychiczna ojca jednego z chłopa- ków. Ale, mimo to, oni zdecydowali się na rozmowę ze mną. To były ciekawe historie, chwilami heroiczne. Bo jak się żyje wśród dresiarzy, to łatwo zostać dilerem, kraść samochody albo przynajmniej radia z samochodów. A oni inaczej wybrali. Może dlatego, że matki wychowały ich na porządnych ludzi. Były solidarne, dzieliły się między sobą obowiązkami. Jak u jednego była bieda, mógł liczyć, że zje u kolegi. Solidarność matek bardzo mi się kojarzyła z etosem „Solidarności” – wszystkie urodziły synów w 1980 r. ■ Była między nimi wspólnota. Chęć pomocy. Te matki walczyły o swoje dzieci, wzajemnie się wspierając. Ojcowie natomiast totalnie nie wyrobili się w nowym świecie. To też wydało mi się znamienne, w tym sensie, że losy tych bohaterów ilustrują bardziej ogólne zjawi- ska. Czułam, że z facetami jest trochę krucho, tradycyjne role męskie się wyczerpały. Oni jeszcze nie weszli w te nowe, a po drodze jest chaos. ■ Ciekawe w pani tekście jest to, że każdy z tych chłopaków jest inny? To mnie także w tej historii pociągało. Każdy z nich miał inne podejście do życia, do wartości, do pieniędzy, ale jednocześnie potrafili się dzielić i wspierać. Każdy walczył o to, żeby życie mu się ułożyło, a pozostali go wspierali, na przykład dzieląc się zamówieniami na pracę. Zaczęli pracować w wieku 14 lat. Gdy z nimi rozmawiałam mieli po 25 lat i 11 lat pracy za sobą. Byłam szczęśliwa, że spotkałam bohaterów, którzy przebyli taką drogę, przeżyli twardą szkołę, która ich nie zepsuła. I mimo rozmaitych kłopotów i trudności, ich życie toczyło się w dobrym kierunku. Tylko, co z tym dalej robić? ■ Poszła pani na film i to się pani ułożyło w głowie? Nie od razu. Ale wiedziałam, że muszę uwierzyć w to, że da się opowiedzieć historię bez klasycznej dramaturgii. To trochę inaczej wyglądało w druku, niż sobie zaplanowałam, bo gazeta też ma swoją dramaturgię – musi być lid, śródtytuły. W pierwotnej wersji tekstu ich nie ma. To był ciąg, który zaczynał się, kiedy moi bohaterowie chodzili do 7 klasy podstawówki, a kończył latem 2005. W każdej chwili można by dopisać, co działo się dalej. ■ Bohaterami wielu pani tekstów są ludzie, którzy od małego wychowywali się w wolnej Polsce. Co panią pociąga w opisywaniu tego pokolenia? Obserwowanie go jest ciekawe. Mojemu, czyli ich rodziców, pokoleniu chodziło o to, żeby te dzieci, nasto- czy dwudziestoparoletnie dorastały w demokracji i wolnym rynku. Z drugiej strony w 1989 r. nikt nie wiedział, jak będzie wyglądał ten wolny rynek, jakim kosztem się do tego dochodzi i jakie będą konsekwencje dojrzewania w takim państwie. W sumie wnioski z tego przyglądania się są budujące. Rodzice mogą się dziwić dzieciom, że są tak niesamowicie zorientowane na sukces, karierę i pieniądze, ale młodzież zachowuje się w sposób racjonalny w świecie, który im stworzyliśmy. ■ Jak pani nawiązuje kontakt z młodymi ludźmi? Nie ma bariery językowej, pokoleniowej? Jakbym nagle zaczęła mówić slangiem, byłabym dość zabawna. I nie sądzę, żeby potraktowali mnie poważnie. Mam tylko jedno zadanie, muszę ich przekonać, że naprawdę chcę usłyszeć, co mają do powiedzenia. Jeśli to mi się uda, oni mówią. ■ Bohaterowie „Masz mierny i idź” opowiedzieli pani swoje dość traumatyczne historie. Jak pani ich do tego skłoniła? Nie uważam, żeby trzeba było stosować jakieś szalone chwyty, by jeden człowiek drugiemu człowiekowi o sobie opowiedział. W świecie jest niedostatek dzielenia się przeżyciami, ludzie czekają na okazję, chcą być wysłuchani. Warunek jest tylko taki, żeby słuchać ich bezinteresownie i w bardzo uważny sposób. Nie znam sztuczek, które sprawiłyby, że otworzę człowieka. Człowiek nie jest puszką sardynek. Musimy coś sobie wzajemnie dawać i leci jak w życiu. ■ Jak pani z nimi rozmawiała? Od czego pani zaczęła? Rozumiem, że z Mariuszem poszło dosyć naturalnie, był jakiś pretekst, bo pani po coś do niego pojechała. Ale dwaj pozostali? Ja nie kręcę. Nie udaję, że chcę czegoś innego niż rzeczywiście, nie straszę – to teraz pan mi opowie całe swoje życie. Zaczynam od jakiegoś początku. Podobno pracowaliście razem? Gdzie pracowaliście? Te pierwsze pytania są o tyle ważne, że budują relację. Jeśli uda się to zrobić w miarę szybko, to potem pytania mogą być coraz bardziej osobiste, głębsze. ■ Spotykała się pani z nimi wszystkimi na raz? Z każdym spotykałam osobno. Inaczej jeden przed drugim by ściemniał. Jak się trzech chłopców zbierze na podwórku, zaczynają się popisywać. Poza tym ich przyjaźń miała swoje zawirowania. Nie chciałam, żeby to się zmieniło w jakąś psychodramę. Każdy opowiadał mi swoją historię, a ja to później zmontowałam. I wszystkim trzem pokazałam gotowy tekst. ■ Jaka była reakcja? Przeczytali, niewiele mówili, jeden się rozpłakał. Oni mi zaufali i chciałam być lojalna wobec nich. Mimo że mieli zmienione imiona, nie chciałam, żeby poczuli się wykorzystani, jako moje narzędzia do robienia tekstu. Dość często zdarza mi się pokazywać bohaterom tekst. Zwłaszcza, jeśli chodzi o młodych ludzi, którzy mają wiele do stracenia, bo jedno niemądre zdanie i mają kłopoty w szkole, w pracy, jeśli są rozpoznawalni. Drugi przypadek, to sytuacje, kiedy bohaterowie dzielą się ze mną jakąś wielką traumą i trzeba chronić ich intymność. ■ Pani zdaniem warto usunąć jakąś informację, nawet jeśli tekst miałby trochę stracić, po to, by chronić bohatera? Jasne, że tak. Jak inaczej potem żyć z tym, że się kogoś skrzywdziło tylko dla własnej chwały. ■ Miała pani kontakt z bohaterami po opublikowaniu tego reportażu? Przez jakiś czas tak. Reporter bierze za bohatera pewną odpowiedzialność. Gdy pisałam o kobietach walczących o alimenty, nie mogłam ich potem zostawić. Kontaktowałam się z nimi przez kilka lat, aż wywalczyły sobie fundusz. Chciały, żebym im pomagała. Uznałam, że jeśli mogę, to powinnam to zrobić. Bywa też tak, że bohater może reportera wprowadzić w swój świat, który jest interesujący i warto tę znajomość podtrzymywać, bo z tego biorą się tematy, doświadczenie. ■ Miała pani takie sytuacje w swoim życiu? Moja książka „Cygan to Cygan” zaczęła się od jednego reportażu. Ostatni napisałam po ośmiu latach, o tych polskich Romach, którzy od początku byli moimi informatorami. Czasem do jakiegoś bohatera czuje się sentyment. Mam go dla Anety Krawczyk. Była ze mną szczera i bardzo jej współczułam. Uważam, że można było ją lepiej chronić, może mniej by przeszła cierpień. Stąd ten kontakt, martwiłam się o nią. ■ Nie ma pani obaw, że to może zaburzyć reporterską bezstronność? Być może jest to moja słabość jako reportera. Naturalnie, nie mówię o każdym reportażu. Są reportaże doraźne, które trzeba zrobić i zapomnieć. Ale od czasu do czasu spotyka się na swojej drodze człowieka, który nas bardziej angażuje. Uważam, że tak jak my potrzebujemy bohatera, tak w jakimś sensie bohater potrzebuje nas. Poza rolami rozpisanymi przez zawód. Od czasu do czasu można nieco odejść od konwencji i zachować się jak człowiek. ■ „Masz mierny i idź” to przykład ciekawego tematu wyciągniętego z prozy życia. Jak szukać takich tematów? Dla młodych reporterów to często duże wyzwanie. Widzą temat za szeroko, ciężko jest im coś wyselekcjonować. Reporterzy powinni mieć dobrego redaktora. A dobry redaktor to taki, że można do niego pójść, opowiedzieć mu, jaki materiał się zebrało i jaki ma się z nim problem. I go przegadać, bo w rozmowie rodzą się pomysły. Każdy reporter potrzebuje takiej osoby. Nie musi to być zawodowy redaktor. To może być inny reporter, ktoś zorientowany w tym fachu. ■ Pani też miewa takie sytuacje? Ostatnio piszę reportaż o Barbarze Blidzie. Materiał jest tak gigantyczny, że mogłabym go studiować w nieskończoność. Co więcej, nikt o niej nie mówi źle na Śląsku, z którego pochodzi. Mogę stać się niewiarygodna. Materiał stoi na jednej nodze i się chwieje. Co mam zrobić? Pojechałam do Małgosi Szejnert. Opowiedziałam jej, jakie mam kłopoty. Ona słuchała cierpliwie, a potem powiedziała – zrób o domu Blidów. No i zamierzam jej posłuchać. • Co czyta Lidia Ostałowska i co jeszcze jà inspiruje? Lektury sà strasznie wa˝ne. Niedawno skoƒczyłam „Niesamowità Słowiaƒszczyzn´” Marii Janion. Teraz czytam „Czarny ogród” Małgosi Szejnert, przeglàdam „Obyczaje, j´zyki, ludy Êwiata” wydane przez PWN, a do poduszki bior´ któràÊ Agath´ Christie. W kolejce czeka „Złodziejka” Sarah Waters. Raz do roku obowiàzkowo „Mistrz i Małgorzata”. Si´gam te˝ po feministyczne lekturki. Cz´sto temat zmusza do czytania. To, co moim zdaniem bardzo wzbogaca reportera, to równie˝ podró˝e, zwłaszcza zagraniczne. Pozwalajà znaleêç swoje miejsce, złapaç dystans. Mówimy np. o sprawach kobiet i wydaje si´, ˝e tak beznadziejnie jak w Polsce byç nie mo˝e. Jedzie si´ do Bułgarii i oka˝e si´, ˝e mo˝e byç gorzej. Pojedzie si´ do Szwecji, a tam to dopiero jest dobrze. Z drugiej strony bardzo sobie ceni´ takie codzienne kontakty w sklepie. Pozwalajà skróciç dystans. No i to jest prawdziwa kopalnia tematów. Lidia Ostałowska (ur. 1954), absolwentka polonistyki na UW, dziennikarka „Przyjaciółki” i studenckiego tygodnika „ITD.”, po 13 grudnia 1981, zwolniona z zakazem pracy, współpracownica podziemnej SolidarnoÊci. Od 1989 roku w „Gazecie Wyborczej”. Zajmuje si´ reporta˝em społecznym. Autorka ksià˝ki „Cygan to Cygan” (2000 r.). Mieszka w Warszawie. Ma dwóch dorosłych synów – KrzyÊka i Witka. R EK L A M A 19 Puls redakcji Mi´dzy s∏owami DZIENNIK ARSTWO fot. Grzegorz Norberciak DZIENNIK ARSTWO riusz jest postacią dramatu. Muzyka podkreśla stany emocjonalne, uczucia, napięcie. Bez orientacji w tych dziedzinach nie można właściwie ocenić strony formalnej filmu – wyjaśnia Janicka. „Kino” – miesięcznik eseistyczno-krytyczny poświęcony twórczości i edukacji filmowej, wydawany przez Fundację KINO. W redagowanym przez zespół krytyków filmowych piśmie zamieszczane są recenzje, relacje z festiwali, felietony oraz teksty publicystyczne. „Kino” ukazuje się od Praca w terenie 1966 roku. Od 1994 redaktorem naczelnym miesięcznika Istotnym elementem pisma poświęconego filmowi muszą być relacje z festiwali filmowych. Festiwale w Polsce pojawiają się jak grzyby po deszczu i dla wielu kinomanów sporą trudnością jest poruszanie się w tym gąszczu. Redaktorzy „Kina” nie mają jednak większych problemów z selekcją. – Piszemy o najważniejszych – mówi Janicka. Wartość festiwalu oceniana jest na podstawie takich elementów jak jego temat, dorobek (bez wątpienia wiele polskich festiwali ma przecież charakter efemeryczny), czy rola, jaką pełnią w jakimś środowisku. Relacjonowany jest również przebieg najważniejszych festiwali zagranicznych, choć sporą przeszkodą są tu ograniczenia finansowe. Mimo to w „Kinie” zawsze przeczytamy o festiwalach w Berlinie, Cannes, Wenecji, Moskwie i San Sebastian. jest Andrzej Kołodyński. Z „Kinem” związane są dwie nagrody – Nagroda im. Bolesława Michałka – dla najlepszej książki filmowej – oraz Nagroda im. Zbyszka Cybulskiego – przyznawana młodym aktorom. Bożena Janicka, jeden z twórców miesięcznika „Kino” Do redakcji miesięcznika „Kino” trafić niełatwo. Zajmuje dwa skromne pokoje w budynku Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w Warszawie. Alicja Matyja Od progu przybysza wita wzrok Bolesława Michałka, który – z portretu na ścianie – czuwa nad pracą redakcji i głos Andrzeja Kołodyńskiego, który dokonuje właśnie wyboru tekstów do następnego numeru miesięcznika. Nie można pisać o poważnym miesięczniku filmowym w oderwaniu od samego zjawiska, jakim jest kino. Pisma nie tworzą bowiem zwykli dziennikarze, ale krytycy filmowi. A bycie krytykiem filmowym w tym wypadku nie polega tylko na 10 wykonywaniu konkretnego zawodu, ale na realizowaniu pasji, którą jest film, kino i… „Kino”. Krótko mówiąc – miesięcznik tworzą miłośnicy kina właśnie. Niezależnie od wieku i wykształcenia – wśród stałych współpracowników znajdziemy profesorów uniwersyteckich i studentów kierunków humanistycznych. – Taka dziwna przeplatanka – przyznaje Bożena Janicka. Ekipa Trzon pisma, niezmienny od kilkunastu lat, tworzy mała grupa osób – Andrzej Kołodyński – redaktor naczelny miesięcznika i kierownik działu zagranicznego, Bożena Janicka – zajmująca się kinem krajowym, Magda Sendecka – dział informacyjny, Jerzy Płażewski i sekretarz redakcji – Konrad J. Zarębski. Pismo tworzy więc pięć osób z udziałem licznej grupy współpracowników – Raz w miesiącu siadamy i układamy plan następnego numeru. Kierujemy się oczywiście repertuarem. Planujemy, jakie będą recenzje, kto je napisze, jakie pojawią się teksty eseistyczne, sprawdzamy, jakie mamy teksty dodatkowe. Lecz kiedy przychodzi do oddawania tekstów, najczęściej okazuje się, że jednak nie wszystko się mieści. I wtedy niestety to, co długo czeka, odpada. Starsze materiały są wypychane przez bar- dziej aktualne. Nawet najlepszy, ale nieaktualny tekst jest pisaniem do szuflady – mówi Bożena Janicka. Wśród stałych współpracowników są wykładowcy wyższych uczelni, np. Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi – popularnie zwanej Filmówką – Maria Kornatowska i Tadeusz Szczepański oraz profesorowie wielu polskich uniwersytetów – m.in. Alicja Helman i Tadeusz Lubelski – autor doskonałej książkiniezbędnika w biblioteczce każdego kinomana – „Encyklopedii kina” oraz publicysta „Tygodnika Powszechnego” i „Kwartalnika Filmowego”. „Kino” ma też swojego kapelana, jak żartobliwie mówią o piszącym do miesięcznika ks. Andrzeju Lutrze, profesorze Wyższego Seminarium Duchownego w Łowiczu, jego redakcyjni koledzy. Do stałych pozycji w piśmie należą, poza recenzjami filmów i książek filmowych, duże artykuły informacyjne, wywiady z filmowcami, relacji festiwali oraz dwa stałe felietony – „Ścinki” Bożeny Janickiej i „Swoimi słowami” byłego redaktora naczelnego „Kina”, Tadeusza Sobolewskiego. Wspomniany już trzon redakcyjny, czyli Andrzeja Kołodyńskiego, Bożenę Janicką, Konrada J. Zarębskiego oraz współpracujących z miesięcznikiem, Jana Olszewskiego, Tadeusza Sobolewskiego i Tomasza Jopkiewicza, łączy to, że wszyscy przeszli do „Kina” z dawnego „Filmu”, który wcześniej był tygodnikiem. – „Kino” nawiązuje do dawnych, dobrych tradycji tygodnika „Film”, redagowanego przez Bolesława Michałka. Cała nasza ekipa, w momencie, kiedy pismo się skomercjalizowało – bo się skomercjalizowało – przeszła do „Kina” – dodaje Bożena Janicka. Nie ma jednak wrogości między twórcami „Kina” i „Filmu”. Te dwa najważniejsze na polskim rynku magazyny filmowe nie rywalizują ze sobą. – Nie postrzegam „Kina” jako pisma konkurencyjnego dla „Filmu”, ale absolutnie nie chcę go w ten sposób deprecjonować. My po prostu piszemy dla różnych odbiorców, ale dzięki temu miesięczniki uzupełniają się. „Kino” jest bardziej poważne, akademickie. Film kierujemy do odbiorcy masowego – mówi Jacek Rakowiecki, redaktor naczelny „Filmu”. Laboratorium życia Ale Kino to nie tylko teksty uznanych krytyków filmowych. W stopce redakcyjnej – w grupie stałych współpracowników – możemy znaleźć nazwisko np. Piotra Śmiałowskiego. Ten młody dziennikarz i autor monografii o Tadeuszu Janczarze jest studentem. Zresztą nie jest jedynym studentem w gronie autorów piszących do „Kina”. – Praktykanci w piśmie byli zawsze – mówi Bożena Janicka. Rzeczywiście. Obecnie w „Kinie” pojawiają się teksty kilku studentów – kulturoznawstwa, socjologii, dziennikarstwa czy studiów międzywydziałowych. W jaki sposób nawiązują kontakt z pismem? – Najczęściej student przychodzi po prostu na praktykę. Przyjmujemy każdego, kto wyraża taką chęć. Od razu mówimy – to praktyka, nie staż. Próbujemy praktykantom pomagać w zdobyciu umiejętności zawodowych. Zaobserwować bieżącej pracy redakcyjnej praktykant raczej nie może. To jest miesięcznik. Każdy robi swoje, znika, przychodzi, kiedy chce. Praca redakcji w miesięczniku jest nieuchwytna – opowiada opiekująca się „młodziakami” Bożena Janicka. Praktykant zaczyna od tego, że pisze na próbę pierwszą recenzję. Prawie zawsze chce pisać o filmie zagranicznym. I prawie zawsze się mu to odradza. Recenzja filmu polskiego jest lepszym sposobem pokazania, co ma się, mówiąc dziennikarskim językiem, do zaoferowania. Pisząc o filmie można ujawnić zarówno mocne jak i słabe strony warsztatu. Ale pokazać, jaką ma się świadomość życia w określonych realiach, można tylko pisząc o rodzimym tworze. Aby recenzja była dobra, potrzebna jest spostrze- goś filmu – wtedy dostaję telefon z prośbą o tekst. Zdarza się też, że informuję na przykład o wyjeździe do Łodzi na Festiwal Camerimage i redakcja zleca mi napisanie relacji – mówi młody krytyk. – Cenię to, że nawet jeśli słyszę słowa krytyczne dotyczące moich tekstów, to nie jest to krytyka miażdżąca, ale konstruktywna. Wiem, co jest dobre, a co mogę zmienić – dodaje. Praktykanci zaczynają więc od recenzji. Mimo że teoretycznie nie jest to gatunek łatwy, dla początkującego dziennikarza może być najlepszy, bo jest metatekstem – recenzent pisze o czymś, co już zostało opowiedziane. Ubogaca opis o własne refleksje i kontekst, ale idzie wytyczną przez twórcę filmu drogą. – Coś cię prowadzi. Prowadzi cię film – mówi opiekunka praktykantów. Młodemu recenzentowi nie wolno zapominać, że pisząc o obrazie filmowym, pisze tak naprawdę o życiu. Konstrukcja fabuły i bohaterowie są odzwierciedleniem – czystym bądź zdeformowanym – historii pisanych przez życie i samego życia ludzi. – Kino Andrzej Kołodyński redaktor naczelny „Kina” i Bożena Janicka nienem przysłać próbną recenzję. Recenzję wysłałem i ocena wypadła pozytywnie – opowiada. Poza recenzjami pisze również relacje z festiwali. Mimo nieformalnego statusu praktykanta Błażej, podobnie jak inni młodzi współpracownicy, ma sporą swobodę w doborze tematu. – Jeżeli widziałem coś ciekawego, a materiału na ten temat nie ma jeszcze w planowanym numerze „Kina”, to piszę. Natomiast są sytuacje, w których nie ma recenzji z jakie- jest laboratorium życia. Uczymy się cudzych doświadczeń, tego, jak człowiek w różnych sytuacjach myśli, radzi sobie albo sobie nie radzi, z czym się boryka, co jest dla niego najważniejsze. Kino przy pomocy obrazków, czyli w sposób uproszczony, buduje jakieś sensy, jakieś znaczenia – stwierdza Bożena Janicka. Lecz, aby pisać o kinie trzeba mieć też podstawową wiedzę o malarstwie, literaturze i muzyce. – Malarstwo inspiruje obraz. Scena- Proste pytanie skierowane do studentów: „dlaczego chcę zostać dziennikarzem?”, daje zawsze ten sam zestaw odpowiedzi. Różnice w tych zestawach w odniesieniu do poszczególnych grup i lat dotyczą jedynie frekwencji kilku typów wypowiedzi. Pytanie proste, banalne, może nawet naiwne, ale odpowiedzi mogą dawać do myślenia. Nie tylko pytającemu. Najczęściej studenci odwołują się do motywacji osobistych, co najzupełniej zrozumiałe. Ktoś był dobry z polskiego, pisał ładne wypracowania, interesował się (i dalej interesuje) literaturą, – ze społeczeństwem – pojawiają się w tych odpowiedziach stosunkowo rzadko, a przecież w przypadku adeptów zawodu dziennikarskiego powinny przewijać się przez wszystkie wypowiedzi. Może nikt im dotąd nie powiedział, że sól dziennikarstwa, obok widocznych gołym okiem splendorów i zaszczytów, to mozolne rzeźbienie w informacjach: zdobywanie danych, krojenie ich i zszywanie, czyli opracowywanie i wystawianie na widok publiczny, czyli publikowanie? Że umiejętność układania wyrazów w jasne, zrozumiałe zdania jest ważna, Bo to taki fajny zawód Do światłego człowieka fot. Grzegorz Norberciak W latarni czarnoksi´˝nika gawczość, wnikliwość obserwacji i wrażliwość na problemy społeczne. – Czytając recenzję filmu polskiego widzę, jak młody człowiek czuje rzeczywistość – tłumaczy Bożena Janicka. – Poza tym praktykant musi mieć sporą wiedzę nie tylko o filmie, który jest przecież sztuką interdyscyplinarną. Musi też samodzielnie myśleć, trafnie interpretować filmy i ubogacać interpretacje własnym doświadczeniem, własnymi lekturami, własnym myśleniem nie tylko o filmie, ale także o świecie. Jeśli to wszystko widać w tekście – warto dalej pracować – dodaje. Początek swojej przygody z „Kinem” podobnie wspomina Błażej Hrapkowicz, jeden z młodych recenzentów miesięcznika, student kulturoznawstwa. Pracę w piśmie rozpoczął w czerwcu 2007 roku. – Zanim zacząłem pisać w „Kinie”, pisałem do innej gazety. Dzięki temu miałem możliwość wstępu na prasowe pokazy filmowe. Na jednym z takich pokazów spotkałem panią Bożenę Janicką. W odpowiedzi na zadane jej pytanie o możliwość publikowania usłyszałem, że powi- Zbigniew Żbikowski Kim jest czytelnik „Kina”? Twórcy pisma kierują się kilkoma świętymi zasadami. Po pierwsze jest to szacunek wobec czytelnika – człowieka myślącego, wrażliwego, poważnie zainteresowanego kinem, mającego szeroką wiedzę w tej dziedzinie i wynikające z niej określone oczekiwania dotyczące poziomu zamieszczanych tekstów. Z tym wiążą się kolejne zasady – nie wolno nudzić, nie wolno pisać głupot. Czytelnik „Kina” jest inteligentny i wymagający, lecz wie, że lektura także od niego wymaga zaangażowania. Pisząc dla takiego odbiorcy dziennikarz, publicysta, krytyk filmowy ma świadomość, że każde słowo musi mieć wartość. – Oglądam dużo filmów i wiele wymagam od pisma, które zajmuje się tą tematyką. Cenię „Kino” za to, że zamieszczane w nim teksty są na wysokim poziomie, nie ma miejsca na pustosłowie. Nie ma tu męczących generalizacji i miałkich sformułowań – mówi Jagoda, studentka filozofii i psychologii, czytelniczka „Kina”. Finansowane w 35% przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego – pozostałe 65% pochodzi ze sprzedaży egzemplarzowej i prenumeraty oraz z reklam – pismo nie zachęca z pewnością wysokością wynagrodzeń. Dla Błażeja Hrapkowicza, którego magia „Kina” jednak przyciągnęła, pisanie do miesięcznika jest nobilitacją. – Chodzi mi także o rozwój i możliwość nauczenia się warsztatu, a praca w „Kinie” mi to gwarantuje – przyznaje. Tych, którzy w piśmie i dla pisma pracują łączy to, że wszyscy kochają kino i… „Kino”. Dlaczego pracują? – Jeśli „Kino” upadnie, nie będzie pisma, któremu będzie zależało na kulturze filmowej. Nie będzie żadnego poważnego pisma o filmie. Więc będziemy o „Kino” walczyć – mówi Bożena Janicka. • filmem, teatrem, chciałby coś w tej dziedzinie robić, pisać, dawać wyraz, recenzować, oceniać. Dziennikarstwo pojmuje jako okazję do dzielenia się ze światem swoimi poglądami i przemyśleniami. Ktoś od małego pracował z kamerą foto lub wideo, ma mnóstwo amatorskich prac i chciałby dalej robić to samo, ale już profesjonalnie. Studia dziennikarskie traktuje jak przepustkę do zawodu. Inna grupa motywacji odwołuje się do własnej ciekawości świata i do wyobrażeń o atrakcjach żurnalistyki: możliwości poznawania ciekawych miejsc i ludzi, bywania tu i ówdzie, cieszenia się z takich czy owych przywilejów, na przykład dostępności do miejsc, które dla większości obywateli są zamknięte. Zrozumiałe zatem jest i to, z czym nauczyciel zawodu dziennikarskiego musi się w końcu pogodzić, że pierwsze, niedojrzałe jeszcze teksty studentów dziennikarstwa jak światło ćmę ściągają uwagę czytelnika na nich samych, na to, gdzie oni nie byli i czego nie doświadczyli. Bardziej to przypomina pamiętnikarstwo niż dziennikarstwo, bardziej zachwyt bądź obrzydzenie opisywanym światem, niż czysto informacyjną relację. Motywacje odwołujące się do tego, co jest istotą dziennikarstwa: zamiłowanie do zbierania informacji i dzielenia się nimi z czytelnikami, słuchaczami czy widzami, szumnie mówiąc ale może jeszcze ważniejsza jest umiejętność poruszania się po archiwach, zadawania właściwych pytań osobom, które posiadły poszukiwaną wiedzę i docierania do tych źródeł. Że od własnych myśli i komentarzy , które się nasuwają w trakcie pisania tekstu, istotniejsza jest czysta informacja. Że, najkrócej mówiąc, informacja jest tworzywem dziennikarza, tak jak tworzywem dla szewca jest skóra, klej i gwóźdź (upraszczając), a dla rzeźbiarza gips czy kamień. I że nie ma od tego ucieczki. Owszem, pisanie felietonów jest zajęciem przyjemnym, prawie relaksem (ha, powiedzcie to dziennikarzom piszącym felietony do gazet codziennych), ale żeby dojść do tej pozycji, trzeba wykonać najpierw ciężką pracę w informacji. Powtarzam to prawie każdej grupie, z którą przychodzi mi się spotykać: malarz abstrakcjonista, który stawia kilka kresek i plam, i jest uznawany za wielkiego, aby dojść do tej pozycji, musiał najpierw opanować warsztat, dzięki czemu oprócz czarnego kwadratu na białym tle potrafi także namalować konia. Dla reportera-eksperymentatora takim koniem jest umiejętność zebrania informacji i napisania czystej, prostej wiadomości. Od tego wszystko się zaczyna. Kto chce uprawiać ten fajny zawód, musi sobie zdawać z tego sprawę. • 11 Ładne, dopracowane technicznie zdjęcia bywają niebezpieczne. Tajemniczy fotoesej Bartosza Zaborowskiego, studenta pierwszego roku Instytutu Dziennikarstwa ocenia Andrzej Zygmuntowicz. rozmawiała Edyta Ganc FOTOGRAFIA Fotoesej niekoniecznie musimy pokazywać tych, którzy pozostali. To nieskonkretyzowanie postaci jest tu bardzo interesujące. zmarłych osób. Nie jest to jednak typowy fotoreportaż, lecz esej o swobodnie prowadzonej narracji, bliższy foto- menty grają podobnie istotną rolę. szać zdjęcia, gdyż opowiadają tę kiejś masy i nie identyfikowalnych artystyczna? Myślę, że ten materiał jest jedną nogą w sztuce, a drugą w dokumencie. Temat na pewno ma charakter dokumentalny. Forma warsztatowa też w dużej mierze nawiązuje do elementów dokumentu – jest to czarno- biała, bardzo dobrze wysycona tonalnie fotografia. Z drugiej strony, mamy tu długie czasy naświetlania, które są paraartystycznym zabiegiem, zmieniającym działanie tych obrazów. Przestają one być dosłowne. Czło- wane miejsce zdarzenia, cmentarz, i bardzo konkretny dzień – są to elementy odnoszące się do łatwo odczytywalnej rzeczywistości. Poprzez wybór techniki autor ucieka jednak od dosłowności. Zastosowanie długiego czasu naświetlania i zapisu w podczerwieni spowodowało, że powstały fotografie czarno-białe o nie do końca naturalnych walorach. Wszystkie postacie na zdjęciach są bardzo jasne. To powoduje, że czujemy uduchowiony nastrój, jaki towarzyszy odwiedzinom na cmentarzu. szczegół, który właśnie powinien być widoczny w pierwszym planie. z estetycznym działaniem tych obrazów, tak, aby wpływały we su, czyli jak dana akcja się toczy, narracja. Może ona wynikać z cza- Dobrze jest, jeśli pojawia się jakaś matyczne postaci na tej drodze. Zdjęcie oddaje klimat tego uroczystego dnia, żmudną wędrówkę od Nie do końca. Przydałoby się tu gdzieś w głąb do nieznanego i enig- symbolikę. Droga, która prowadzi obrazowo? się mogło, że ułożył je i tak dobrze. jakiejś historii, czy nie jest to materiale. Mamy tu też największą to jedyne smutne zdjęcie w tym ■ Czy materiał jest zróżnicowany dług własnego uznania, okazać by powinny być ułożone w ramach konieczne? przypadkowo i ktoś ułożyłby je we- i zabiegach technicznych zdjęcia zabiegi techniczne będą pasować. każdego tematu zastosowane tu cie obrazu o istotnej treści. Nie do Wybrałbym pierwsze wypełnione na materiał, a któreś go kończy. dużymi ciemnymi plamami. Jest malne nie zdominowały całkowi- zestawie? jedno ze zdjęć wyraźnie rozpoczyGdyby te zdjęcia rozsypały się chwyty techniczne i zabiegi for- ■ Najlepsze zdjęcie w tym słania zdjęcia. Należy uważać, aby który utrudnia odczytanie prze- piecznym chwytem formalnym, może być czasem zbyt niebez- niła tematu. Ładność warsztatowa atrakcyjność wizualna nie przysło- Ważne jest, aby przyciągająca oka w manierę efektowności zdjęć. Ostrzegłbym przed popadaniem ■ Rada dla autora? nione. razem symbolizuje to, co nieunik- jednych bliskich do drugich, a za- ma tu typowej narracji, w której właściwy sposób na odbiorcę. Nie to należy ją doprecyzować poprzez zdjęć powinno się raczej wiązać ■ Czy przy takim temacie nego tematu. zdjęciach pasuje do tego konkret- ny rozmazanych sylwetek ludzi na święta, dlatego zabieg technicz- jednostek. Taki jest nastrój tego tych osób. Tworzy się wrażenie ja- ■ Czy to już fotografia śmy w stanie rozpoznać twarzy Jeśli chcemy opowiedzieć historię, rozłożone, przez to wszystkie ele- Jest to esej, w którym można mieludzi idą na cmentarze i nie jeste- samą historię. Konkretne ułożenie wszystko jest w całym kadrze zbyt stwo czasu bądź sytuacji. W czasie Święta Zmarłych tłumy waż brak wyraźnego bohatera, no mówić, że istnieje jakieś następ- szy plan byłby dominujący. Ponie- W przypadku tego materiału trudniewiarygodne dokumentalnie? nie ma takiego, na którym pierw- komponowane. W całym materiale też z sytuacji, która nawarstwia się, zmierzając do kulminacji. poszczególne zdjęcia są podobnie większe operowanie planami, gdyż przewijającego się przez kadr albo lub z historii głównego bohatera ■ Czy przez te zabiegi są postać. jest jako symbol, a nie namacalna wiek na tych zdjęciach obecny nej. Oczywiście mamy tu sprecyzo- grafii ilustracyjnej niż informacyj- bliskich wspominanie tematu uprawomocniony. W dzień zdjęć opowiada o ważnym w ży- pamięci o tych, których nie ma, tyzujący jest w przypadku tego Andrzej Zygmuntowicz: Ten zbiór ciu społecznym rytuale, jakim jest Myślę jednak, że ten zabieg este- ■ Jak Pan ocenia ten materiał? Temat raz, technika dwa Samoobsługa Samoobsługa DZIENNIK ARSTWO DZIENNIK ARSTWO www.specjalnoÊç.com W dobie popularności serwisów społecznościowych, wortale, czyli specjalistyczne serwisy internetowe, wydają się być przeżytkiem. Czy słusznie? Emil Borzechowski Rafał Kruk jest administratorem wortalu poszukiwania.pl, nietypowego i oryginalnego serwisu zrzeszającego poszukiwaczy pamiątek z II wojny światowej, starych pocztówek, guzików, wielbicieli zamków, zaginionych miast, oraz tego wszystkiego, co wskazuje wykrywacz metali. Sebastian Czarnecki administruje stroną skocznia.com od pierw- R EK L A M A 14 szych dni. Trzyma pieczę nad zespołem zapalonych fanów skoków narciarskich. Na wortalu można nie tylko zapoznać się z sylwetką najpopularniejszego polskiego skoczka, Adama Małysza, ale przeczytać również liczne relacje z zawodów oraz łyknąć teorii na temat najpopularniejszego w Polsce sportu zimowego. Pomysł to podstawa Skocznia ma swój początek w autorskiej stronie Sebastiana „STrona GOku”, na której dział o skokach narciarskich był potraktowany po macoszemu. Jednak, po rozmowach z trójką przyjaciół, postanowił na poważnie zająć się tą tematyką. Zaczęli od tego, co dla wortalu jest najważniejsze – artykułów. Nawet najlepiej wykonana graficznie strona nie przyciągnie nowych użytkowników, jeśli nie zawiera istotnych informacji. Wybór serwera Początkowo strona miała zaistnieć pod domeną .prv, jednak założyciele skocznia.com, zdecydowali się wykupić komercyjną domenę oraz miejsce na serwerze republika.pl. Można oczywiście założyć wortal na darmowym serwerze, jest to jednak nie tylko nieopłacalne, ale niepoważne – komentuje Rafał Kruk – te darmowe, oprócz mocno ograniczonej pojemności, oferują „przyjemność” natarczywych reklam. Czym zatem charakteryzuje się dobry serwer? Jak każdy towar ceną: od 3,99 miesięcznie za serwer o pojemności 200 MB oferowany przez serwis webd.pl – na dłuższą metę mało funkcjonalny – aż po kwoty dochodzące do kilkuset złotych w przypadku tzw. serwerów dedykowanych. Konkurencja na rynku jest ogromna i łatwo można znaleźć interesującą ofertę, nie wydając przy tym majątku. Poważne firmy dają czas na przetestowanie swojego serwera i ewentualne wycofanie się z umowy bez ponoszenia dodatkowych kosztów. Pojemność serwera jest zależna ilości informacji, jakie znajdą się w serwisie. Zakładając wortal, dobrze wykupić serwer o większej pojem- ności, aby później nie borykać się z brakiem miejsca. Z pamięcią wiąże się także miesięczny transfer danych do wykorzystania, co ma wpływ na ilość materiałów, jakie można zamieszczać, oraz ilością odwiedzin, jaką udźwignie serwer. 1 GB miejsca oraz transfer na poziomie 10 GB miesięcznie wystarczy na dobry początek. Wybierając serwer, należy pamiętać, aby obsługiwał bazy danych (np. MySQL, najbardziej popularna i najczęściej używana), gdyż bez nich prowadzenie strony będzie o wiele trudniejsze. W gestii administracji serwera jest również zapewnienie odpowiednich programów zabezpieczających witrynę przed atakami hackerów: antyspam i antywirus to absolutne minimum. Istotną kwestią jest stały dostęp do Internetu. Ciągła kontrola i praca nad wortalem to podstawa udanego przedsięwzięcia – stwierdza administrator poszukiwania.pl – prowadzenie witryny w kawiarence internetowej to po prostu nieporozumienie. Wygląd równie ważny jak treść Nim skocznia.com wypracowała obecny wygląd, przez stronę przewinęło się wiele layoutów, gorszych i lepszych, żaden jednak nie dorównywał nawet najprostszym dzisiejszym szablonom oferowanym w Internecie. Bez problemu można znaleźć strony oferujące darmowe systemy zarządzania treścią CMS, np. na php.pl, gdzie znajduje się wiele darmowych, prostych w obsłudze skryptów. Początkującym polecam PHP-Nuke lub Mambo – radzi Rafał Kruk. Najważniejsza jednak jest oryginalność. Dziś stron w Internecie jest całe mnóstwo, należy więc zadbać o to, aby witryna pozytywnie się wśród nich wyróżniała. Bez tego ani rusz. Nie będę też wspominał o przejrzystości, która w przypadku wielu wortali jest co najmniej niewystarczająca. Statystyki miarą wortalu Szybko okazało się, że skocznia. com cieszy się sporym zainteresowaniem, co równało się 30 odwiedzinom dziennie, bardzo dobrym wynikiem kilka lat temu, gdy Internet w Polsce raczkował. Dlatego najbardziej obiektywną miarą sukcesu wortalu jest statystyka odwiedzin. Serwis stat.4u.pl oferuje zarówno darmowe, jak i płatne, szczegółowe statystyki odwiedzin. Informują one, w jakich godzinach można spodziewać się największej ilości osób, jak często pozyskujemy nowych użytkowników. W sposób oczywisty wpływa to na popularność wortalu. Statystyki to nie tylko informacja dla internauty, ile osób przed nim odwiedziło stronę. Bowiem im więcej wejść na stronę, tym wyższą pozycję w wyszukiwarce internetowej zajmuje wortal. Najprostszym sposobem podniesienia pozycji na stronach wyszukiwarki jest zapisanie w znaczniku META kodu html słów kluczy, związanych z witryną. Ponadto, wiele wyszukiwarek (w tym najpopularniejsza – gogle.com) oferuje odpłatne umieszczenie strony na górze stron indeksowanych, przez co jest ona wyświetlana jako jedna z pierwszych. Informacje o oglądalności przyciągają do serwisu potencjalnych reklamodawców i sponsorów, co umożliwia zarobienie niewielkich pieniędzy na utrzymanie wortalu. Promocja i reklama Wraz ze wzrostem oglądalności skocznia.com zdecydowała się na współpracę z innymi stronami, w celu wzajemnej promocji. Bannery oraz wymiana linków przełożyła się na znaczny wzrost oglądalności, która wahała się między 200 a 300 odwiedzinami dziennie. Reklamowanie powinno się zacząć od umieszczenia strony w przeglądarkach i katalogach – mówi Sebastian Czarnecki z serwisu skocznia.com – najlepiej we wszystkich możliwych, poczynając od onet.pl i wp.pl poprzez netsprint.com, interia.pl na yahoo.com kończąc. Google po jakimś czasie dodaje witryny automatycznie. Warto zainteresować się również projektem yoonet.pl. Serwis ten zrzesza witryny w celu wzajemnej promocji, na zasadzie wymiany linków. Yoonet zapewnia także skromny dochód za dodatkowe emitowanie reklam na łamach strony. Google, dzięki umieszczeniu banneru google adsense pozwala na skromny zarobek. Za każde kliknięcie w taki banner – którego wymiary można dowolnie określić – otrzymuje się około 6-7 centów amerykańskich. Po uzbieraniu 100 dolarów, Google wypłaca tę kwotę na wcześniej podane konto bankowe. Można oczywiście wpływać na to, jakie reklamy będą wyświetlane w serwisie. Nie da się na tym zarobić – mówi Rafał Kruk – pieniądze zarobione w ten sposób z reguły wystarczą na częściowe utrzymanie serwisu. Nie warto reklamować się w portalach internetowych typu onet. pl, wp.pl, czy grono.net – równie sceptycznie stwierdza Sebastian Czarnecki – Za 1000 wyświetleń reklamy wortalu na Onecie (co dzieje się na tej stronie w około 15 min) płaci się około 300 zł. Zespół to podstawa Trzonem zespołu redakcyjnego powinni być autorzy piszący systematycznie artykuły. To dzięki ich pracy serwis żyje, rozwija się i przyciąga nowych użytkowników. Ważnym stanowiskiem jest redaktor tekstów, sprawdzający poprawność językową oraz gramatyczną. Każda witryna powinna posiadać informatyka, czy to z wykształcenia, czy z zainteresowania. Taka osoba powinna dbać o bezpieczeństwo serwisu, chronić przed atakami hackerów, czy monitorując poprawne działanie strony. R EK L A M A Dodatki funkcjonalne Serwis warto rozbudować o galerię zdjęć oraz forum dyskusyjne, zwłaszcza, że darmowe szablony bez problemu można znaleźć w Internecie. Witryny my-forum.pl i www.phorum.pl oferują darmowe fora, darmowe galerie udostępnia natomiast coppermine.sourceforge.net. – Galerię warto założyć już na starcie wortalu, natomiast z założeniem forum lepiej poczekać radzi twórca serwisu skocznia.com. – Początkowo i tak nie gromadzi się wielu czytelników, a z czasem, gdy wortal rozwija się, idea forum powinna wyjść oddolnie. Wówczas to najwłaściwszy moment na jego założenie. Przyszłość to społeczność Tak, jak cały świat powoli dąży do globalizacji, tak też dzieje się z Internetem i wszystkimi jego podmiotami, w tym – z wortalami. Dążą one do pewnego ideału, w którym nie ma małego grona redakcyjnego, lecz każdy może przyczynić się do rozwoju serwisu. Takie idee są nazywane wortalami społecznościowymi, otwartymi na nowych użytkowników. Wśród polskich projektów warto wyróżnić odyssei.com, zrzeszający podróżników nie tylko z Polski, ale i z zagranicy. Każdy może tam założyć konto, zaprezentować swoją sylwetkę, a co najważniejsze – opisać którąś ze swoich podróży, oraz zilustrować ją interesującymi zdjęciami. Bardzo możliwe, że tak właśnie będzie wyglądał Internet przyszłości, tworzony wyłącznie przez użytkowników. Rafał uśmiecha się i odchodzi. Sebastiana nie ma już od jakiegoś czasu. Już późno, czas wrzucić kolejny, wyczekiwany artykuł o skokach Adama Małysza. • Wortal, czy raczej portal wertykalny, to wyspecjalizowana w jednej dziedzinie witryna, dążąca do rozpowszechniania informacji z nią związanych. • Hosting płatny • Darmowe galerie http://www.klatka.pl. http://www.webd.pl http://dhosting.pl http://www.typo3concept.com http://coppermine.sourceforge.net • Polecana literatura http://nazwa.pl http://www.domeny.pl – Bryan Pfaffenberger, Steven M. Schafer, Chuck White, Bill Karow HTML, XHTML i CSS. Biblia – Danny Goodman, Biblia Javascript – Google – wszelkiej maści fora internetowe, na których bez problemu znajdziesz porady, oraz pomoc od użytkowników Internetu. • Domeny bezpłatne • Kolejne kroki: • Hosting bezpłatny http://www.yoyo.pl/plany-hostingowe http://www.lua.pl • Domeny płatne http://www.prv.pl • CMS, layout http://wortal.php.pl http://www.freelayouts.com http://www.layouts4free.com • Darmowe Forum http://my-forum.pl http://www.phorum.pl – Wykupienie miejsca na serwerze – Wybór i instalacja CMS-a – Wybór i instalacja layouta – Wybór domeny – Stworzenie bazy artykułów – Zainstalowanie galerii internetowej – Założenie licznika odwiedzin – Zareklamowanie serwisu – Założenie forum spek takle: 2, 6, 7, , 20 lutego. 8, 9, 10, 11, 12, 19 15 Analiza Case study PUBLIC RELATIONS Podejdê no do płota! Rzecznik prasowy chce upublicznić korzystną dla swojego szefa informację. Dziennikarz zwykle potrzebuje od niego wiadomości, którą ten najchętniej by wyciszył. Obaj są sobie potrzebni i dobrze o tym wiedzą. Dla którego numer komórki drugiego jest cenniejszy? Listy w obronie praw człowieka Niedawno musiałam uzyskać informacje z jednego ministerstw. Liczyłam, że tym razem uda się bez pośrednictwa rzecznika prasowego – zadzwoniłam do interesującego mnie departamentu. – Musi pani wysłać swoje pytanie do biura prasowego, które mi je przekaże, a wtedy ja na nie odpowiem i biuro prasowe odeśle pani moją odpowiedź – usłyszałam w departamencie. – Ale czy uda się to jeszcze dzisiaj? – spytałam zgnębiona. – Jeżeli zaznaczy pani w mailu, że to pilne, to tak. Napisałam, wysłałam i czekałam do 16.15 – magicznej godziny, kiedy kończy się praca państwowych instytucji. Kiedy zadzwoniłam, by się przypomnieć, usłyszałam, że departament już jej udzielił, ale biuro prasowe czeka teraz na podpis pod R EK L A M A 16 odpowiedzią swojego dyrektora. W końcu się udało – po serii absurdów w mojej skrzynce znalazła się lakoniczna odpowiedź. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po godzinie zadzwonił do mnie sam dyrektor biura prasowego ministerstwa. – Pani redaktor, skończyła pani już swój tekst? Bo stwierdziłem, że przesłana przez nas odpowiedź jest bardzo urzędnicza i lepiej będzie, jeżeli sam pani wytłumaczę jak sprawa wygląda – powiedział. Rzecznik – pojęcie płynne Media widzą świat inaczej, dlatego rzecznik prasowy musi poznać ten sposób widzenia i umieć patrzeć na to samo wydarzenie z różnych stron. Problemy, którymi zajmują się media, dla ludzi są często niezrozumiałe, a cała gra toczy się pomiędzy rzecznikiem a dziennikarzami – tak swoją pracę opisuje Paweł Trzciński, były rzecznik ministra zdrowia, i dodaje: – Rzecznik prasowy tłumaczy kulturę swojej organizacji na prosty język komunikatu medialnego. Dzisiaj bez rzecznika nie obędzie się żadna większa firma, nie mówiąc o urzędzie. Dziennikarze coraz częściej słyszą od pracowników instytucji, że wszelkich informacji udziela jedynie rzecznik, bo nikt inny nie ma na to zgody przełożonego. Jakie są więc zadania rzeczników? – Zakres moich obowiąz- Styl pracy rzecznika określa instytucja, dla jakiej pracuje. Prywatne firmy, fundacje czy instytucje pozarządowe nastawiają się na intensywny kontakt z mediami, dzięki którym ze swoim przekazem mogą trafić do odbiorcy. – Media Relations i Public Relations składają się na pracę rzecznika prasowego. To także komunikacja wewnętrzna plus informowanie mediów, współpraca z dziennikarzami i promocja na zewnątrz poprzez organizowanie eventów i przesyłanie informacji do prasy – opisuje Barbara Mąkosa, rzecznik prasowy dzielnicy Ursynów. – Przy organizacji wystawy buduję najpierw bazę obrazkową np. dla miesięczników dwa miesiące wcześniej udostępniam wsparcie zdjęciowe danej wystawy. Potem przygotowuję notkę prasową, która, im bliżej wystawy, tym jest bardziej doprecyzowywana i poszerzana. Na stronie internetowej umieszczam komunikaty prasowe z informacją o konferencjach prasowych i teczki prasowe z pełną informacją o wystawie. Tydzień przed wydarzeniem wysyłam mailing przypominający o konferencji, dla stale współpracujących dziennikarzy także smsy na dzień przed wystawą – opisuje swoją pracę Gawerska. Efekty takiej pracy dziennikarz codziennie znajduje w swojej skrzynce mailowej: zaproszenia na konferencje, debaty, spotkania czy promocje. Inaczej wygląda praca w instytucjach państwowych. Tutaj rzecznik przede wszystkim odpowiada na pytania dziennikarzy, promocją zajmuje się rzadko. – Rzecznik ministerstwa jest wojownikiem, do którego zadań należy obrona swojej organizacji, obrona ludzi, Kryzysy Szczególnie ważne są tzw. sytuacje kryzysowe. – Jeżeli chodzi o zarządzanie kryzysem, ustalony jest zawsze plan komunikacji: kto i kiedy jakie informacje podaje (np. w przypadku katastrofy kto podaje informacje o ilości ofiar śmiertelnych). Trzeba informować szybko i prawdziwie – mówi Barbara Mąkosa. Tutaj właśnie kluczową rolę odgrywa dobrze zorganizowana komunikacja wewnętrzna. Gorzej, kiedy o kryzysie instytucja dowiaduje się z… mediów. – Rzecznik zazwyczaj jako pierwszy z ludzi ministerstwa wie o pewnych wydarzeniach od dziennikarzy, nawet zanim do resortu dojdzie raport o jakimś kryzysowym wydarzeniu – mówi Trzciński, bo jak przyznaje, pracownicy instytucji traktują rzecznika często jak osobę z zewnątrz, będącą po stronie dziennikarzy, nie urzędu. Dziennikarze jednak nie mają wątpliwości – rzecznicy grają do przeciwnej bramki. – Mówią prawdę, ale ...tę wygodną dla instytucji – ocenia Michał Cessanis. – Wiadomo, są prawdy i półprawdy – dopowiada Łukasz Kwaśny, dziennikarz radia Katowice. – Kiedy czegoś nie wiem, przyznaję się do tego dziennikarzowi i sprawdzam. To lepsze niż podawanie nieprawdziwych lub niesprawdzonych informacji – mówi Barbara Mąkosa. Bliżej prawdy są ci, którym udaje się poznać z rzecznikiem bliżej. – Czasami rodzi się nieformalna zależność między rzecznikiem a dziennikarzem, który dostaje pewne wiadomości na wyłączność – mówi Łukasz Kwaśny. – Bardziej ekskluzywna znajomość z rzecznikiem jest pomocna – potwierdza Krzysztof Jóźwiak, dziennikarz „Polski”. Tutaj jednak ma znaczenie, z jakiej redakcji jest dziennikarz. – Nie jest tajemnicą, że rzecznik szybciej udzieli informacji TVN24, niż Radiu Kielce – mówi Łukasz Kwaśny. Kiedy w końcu rzecznik informacji udzieli, wtedy zaczyna się prawdziwa praca dziennikarska. Rzecznik jest niezbędny na pewnym etapie zbierania materiału. Jednak jego ugładzone komunikaty trzeba potwierdzić w innych źródłach i dopiero wtedy – jak mówi Paweł Trzciński – powstaje inna niż ta przekazana przez rzecznika, rzeczywistość „medialna”. • Antyrzecznik W ostatnim rankingu najgorszych rzeczników prasowych instytucji paƒstwowych i publicznych, organizowanym przez miesi´cznik „Press”, dziennikarze mediów ogólnopolskich wytypowali 19 antyrzeczników. Idealny kandydat na antyrzecznika bohatersko broni swojej instytucji przed natr´tami i przyjmuje ciosy zdesperowanych dziennikarzy. Główne zadanie to zniech´canie do zadawania pytaƒ. A je˝li ju˝ padnà, musi umieç je skorygowaç albo zignorowaç. W piàtym rankingu najwi´cej głosów otrzymał Andrzej SadoÊ (b. rzecznik MSZ, gdy resortem kierowała Anna Fotyga). Zaraz za nim uplasował si´ Tomasz Skłodowski, który był rzecznikiem MSWiA za czasów Ludwika Dorna. Jan Dziedziczak, b. rzecznik rzàdu, scharakteryzowany jako przera˝ony, uplasował si´ przed Piotrem Paszkowskim, b. rzecznik MON. Pierwszà piàtk´ najgorszych rzeczników zamyka Edyta ˚yła, która formalnie nie była rzeczniczkà ministra sprawiedliwoÊci, ale to nià Zbigniew Ziobro namaÊcił do kontaktów z mediami. Tomasz Betka Maraton pisania listów to jedna z najpopularniejszych akcji Amnesty International. Jego ósma edycja, która odbyła się 8 i 9 grudnia 2007 r., została poświęcona obronie prześladowanych kobiet. Inicjatywa objęła kilkadziesiąt miejscowości w całej Polsce oraz 40 innych państw. Więcej listów niż u nas, napisano tylko w Stanach Zjednoczonych. Wojciech Makowski z Amnesty International przyznaje, że w organizacjach pozarządowych wszyscy muszą być w jakimś stopniu PR-owcami. Zwłaszcza, że Maraton jest przeprowadzany w okolicach 10 grudnia – Międzynarodowego Dnia Praw Człowieka – a więc w momencie, gdy trudno pozyskać darmową reklamę. Tym razem Amnesty przesunęła część zainteresowania mediów na okres przed Maratonem. Zaangażowano kilka znanych osób – artystów, polityków, dziennikarzy. – Najbardziej eksponowana była Ewelina Flinta. Chcieliśmy, żeby media miały kogo nagrywać i cytować – mówi Wojciech Makowski. W warszawskim centrum zliczania listów przy Chłodnej wspólne pisanie rozpoczęła Wiera Striemkowska, białoruska obrończyni praw człowieka. Za długopis chwycili jeszcze m.in. Izabela Jaruga-Nowacka, Seweryn Blumsztajn i Kazimiera Szczuka. Postawiono na jasny i czytelny 8 – tyle razy Amnesty Internatinal organizowała Maraton. 41 – tyle paƒstw z całego Êwiata wzi´ło udział w Maratonie. 68 – tyle polskich miast objàł ostatni Maraton. przekaz. – Poprzedni Maraton był skuteczny – udało się pomóc sześciu osobom. Dodatkowym atutem była rekordowa ilość miejsc do pisania. Poza tym nie prezentowaliśmy żadnych statystyk, tylko kilka wybranych historii, na przykład młodej muzułmanki czy Anny Politkowskiej – ocenia Makowski. Uczestnicy Maratonu mogli, więc przeczytać o tragedii 19-letniej dziewczyny z Arabii Saudyjskiej, która została zgwałcona, a następnie ukarana chłostą za przebywanie sam na sam z obcymi mężczyznami. Podobnych opowieści było więcej. Wojciech Makowski zwraca również uwagę na formę akcji. – Pisanie trwa całą dobę, co pozwala tworzyć pewną dramaturgię – uważa. Każdy mógł napisać, co chciał, nie było gotowych szablonów czy formularzy. Organizatorom zależało na tym, aby stop przemocy wobec kobiet powiedzieli też mężczyźni. Amnesty wybrała piłkarzy Legii Warszawa, którzy przed meczem z Górnikiem Zabrze wyszli na murawę w koszulkach z logo AI.. W tym samym czasie wolontariusze zbierali wśród kibiców podpisy pod petycjami w obronie prześladowanych kobiet. Organizacja uzyskała wsparcie reklamowe od agencji DDB. Compress przygotował wcześniej dla Amnesty prezentację na temat mo˝na było pisaç listy. 41 864 – tyle listów napisali Polacy w ostatniej edycji Maratonu. techniki współpracy z mediami. Kampania była obecna we wszystkich mediach. Instytut Monitorowania Mediów odnotował ponad 200 doniesień w prasie, radiu i telewizji, nie licząc stacji i rozgłośni lokalnych. W spotach promujących Maraton można było usłyszeć kobietę piszącą list zaczynający się od słów „Uwolnij więzione kobiety”. W dalszej części reklamy do udziału w akcji zachęca już mężczyzna – „Wyobraź sobie setki tysięcy takich listów. Żaden reżim tego nie wytrzyma” – przekonuje. Organizatorzy podkreślają ponadto niezwykle istotną rolę mediów lokalnych w bezpośrednim dotarciu do odbiorcy.Rekordowa liczba osób biorących udział w akcji Amnesty Internatinal jest efektem silnej obecności w mediach, firmowania inicjatywy przez znane i lubiane osoby oraz marki, jaką wyrobiła już sobie organizacja. Warto jednak pamiętać, że specyficzną cechą kampanii był jej cel, niemający nic wspólnego z ekonomią, która w wypadku innych inicjatyw jest sprawą podstawową. • Maraton Pisania Listów jest akcją międzynarodową, która trafiła do Polski, ponieważ ktoś na świecie ją wymyślił, a Amnesty Inernational jest także u nas. Jednak centrum akcji nie mieści się w Polsce. I tu jest pewien problem, ponieważ, o ile na świecie takie akcje społeczne trafiają niemal automatycznie do mediów, o tyle w Polsce trzeba się o to bardzo starać. Tam media uznają popularyzację akcji i jej wyników za część swojej misji informacyjnej i odpowiedzialności społecznej, w Polsce media oceniają ile mogłyby zarobić, gdyby sprzedały reklamę akcji. To prowadzi do dalszych różnic: tam ludzie z Amnesty International zajmują się koordynacją i niemal wyłącznie informacją o akcji, u nas - jak słusznie zauważył p. Makowski - muszą zajmować się wszystkim po trochu, a najgorsze, że także promocją i reklamą. To „warunki tła”, zaś co do przebiegu akcji w Polsce, to wydaje mi się, że właśnie ze względu na podejście polskich mediów akcja jest u nas traktowana dużo bardziej skrótowo niż na świecie. Tam media mówią o niej od czasu do czasu przez cały rok i oczywiście intensywniej w okresie, kiedy jest przeprowadzana. Tam media wracają do wyników, u nas ograniczają się do podsumowania liczby listów, jakby chodziło o rekord Guinessa. Jednym słowem, zarówno warunki przeprowadzania takich akcji, ich wyniki, jak i odbiór społeczny zależą bardzo silnie od poziomu dojrzałości społecznej. Piotr Czarnowski, First PR President Zimà Ênieg, latem przystaƒ Maria Skorupska fot. Maciej Jawornicki / archiwum LIVE fot. stockxpert.com Jaka instytucja, taki rzecznik którzy ciężko pracują, a są często oczerniani. Media tworzą odrębną rzeczywistość, świat równoległy – mówi Paweł Trzciński. Dlatego Trzciński jako rzecznik wyznawał zasadę, że pozytywne informacje przekazywał mediom sam minister. Złe wiadomości brał na siebie. – Rzecznik jest trochę chłopcem do bicia – puentuje. Maraton w liczbach 111 – w tylu miejscach w Polsce Wioletta Wysocka, Katarzyna Ranocha ków jest dosyć płynny – przyznaje Olga Gawerska, rzecznik prasowy Narodowej Galerii Sztuki Zachęta. W założeniu podstawowe zadanie to informowanie mediów, zdaniem dziennikarzy – to kreowanie pozytywnego wizerunku. – Zamiast udzielać nam informacji, rzecznicy utrudniają pracę, nie odbierają telefonu, nie odpisują na maile. Można powiedzieć, że często rzecznik staje się niedorzecznikiem -mówi dziennikarz „Życia Warszawy” Michał Cessanis. PUBLIC RELATIONS Marka Żywiec po raz czwarty jest sponsorem akcji „Na śniegu”. Dla amatorów białego szaleństwa w sześciu najpopularniejszych zimowych kurortach w Polsce zorganizowane zostaną konkursy, zawody sportowe, pokazy i koncerty. Będzie to pewnego rodzaju kontynuacja imprezy odbywającej się latem. Podobnej w organizacji, natomiast różniącej się miejscem i atrakcjami sportowymi, które pozostają adekwatne do pory roku. „Na plaży” Żywiec gości na przełomie lipca i sierpnia, natomiast „Na śniegu” rozpoczyna się 8 lutego i trwać będzie do 24. Podobnie jak w latach poprzednich zawita do Zakopanego, Karpacza, Szklarskiej Poręby, Szczyrku, Wisły i Szczawnicy. Program imprezy obejmuje występy polskich wykonawców oraz rozmaite zmagania sportowe. W ramach urozmaicenia ratownicy przeprowadzać będą pokazy jazdy quadami i skuterami śnieżnymi. Na górskich stokach będzie można spróbować swoich sił w zawodach i konkursach narciarskich lub snowboardowych albo w rzucie śnieżką do celu. Składająca się z dwudziestu pięciu osób grupa profesjonalistów pod nazwą „Action Team” będzie prezentowała swoje umiejętności i prowadziła szkolenia z różnych sposobów wykorzystywania nart i desek. Sportowe emocje ma podnieść obecność dam polskiego snowboardu – Jagny Marczułajtis i Pauliny Ligockiej. Na uczestników imprezy mniej zainteresowanych zmaganiami sportowymi rozstawione będą namioty, Bazy „Na śniegu”. W nich odbywać się będą pokazy filmowe, prelekcje, występy kabaretowe i koncerty. Na scenach muzycznych będzie można zobaczyć między innymi, takie gwiazdy jak Indios Bravos, Dżem, Ira, Golden Life, Tatiana Okupni, Kasia Kowalska, Fisz. W Bazach „Na śniegu” zagoszczą także kabarety Grzegorza Halamy, Para- nienormalni i Dno. Najlepsi polscy didżeje, m.in. Hirek Wrona, DJ Prezydent, DJ Black poprowadzą imprezy taneczne i karaoke. Dziennikarze są informowani o przebiegu akcji „Na śniegu” poprzez wysyłane informacje prasowe, materiały zdjęciowe oraz indywidualne kontakty. Akcja promowana jest także poprzez stronę internetową oraz liczne konkursy w mediach. Wsparta jest również kampanią reklamową. Od 14 stycznia w telewizji i w Internecie emitowane są dwa 15-sekundowe spoty reklamowe informujące o akcji „Na śniegu”. Od 1 lutego reklama pojawi się również w prasie oraz na nośnikach outdorowych. W ubiegłym roku w imprezie wzięło udział 80 tys. osób, a we wszystkich edycjach ponad 200 tys. • 17 Perły z lamusa Okolice FOTOGRAFIA FOTOGRAFIA Tymothy O’Sullivan był pierwszym, który nazwał się fotografem. Jednym z pierwszych, którzy wynieśli aparaty ze studiów portretowych w plenery i na front wojenny. I choć zasłynął wojennymi kadrami, wielu krytyków twierdzi, że mistrzostwo pokazał fotografując Dziki Zachód. Właściwie ciężko jest ocenić, które fotografie są lepsze, czy te z frontu – niepowtarzalne, czasem makabryczne, wręcz szokujące, czy plenerowe, z których krzyczy cisza i ogrom przestrzeni przyrody. Co sprawiło, że młody mężczyzna zdecydował się na rejestrowanie tragedii żołnierzy? Czy to, że sam jako porucznik, który walczył pod Beaufort, Port Royal i w Forcie Walker, był oswojony ze śmiercią na polu bitwy? Podniecenie nowym gatunkiem fotografii? Poczucie bycia pionierem? A jego zapierające dech pejzaże? Czy były próbą ukojenia po tragedii współtowarzyszy? Niewiadomo. Niewiele wiadomo też o jego życiu rodzinnym. Urodził się w Irlandii w 1840 roku. Mało stamtąd zapamiętał, bo gdy miał 2 lata jego rodzice wyemigrowali do Nowego Jorku. W wieku 18 lat zaczął pracę w studiu fotograficznym Mathew Brady’ego w Nowym Jorku. To tu zaczęła się jego życiowa wędrówka z fotografią. fot. Tymothy O’Sullivan - Petersburg seige Adnieszka Juskowiak na linię frontu pod Bull Run, gdzie miała być stoczona pierwsza wielka bitwa w tej wojnie. Zakończyła się klęską, a Brady o mały włos nie został uznany za szpiega i stracony. Po powrocie zdecydował, że koniecznie jest zarejestrowanie przebiegu wojny. Taka okazja mogła się nie powtórzyć! Nikt wcześniej nie wyruszał z aparatem na front. Bestialstwo wojny dla cywi- lów było wiedzą abstrakcyjną. Nikt nie domyślał się, jak wygląda pole po bitwie. Stosy ciał, odszarpane kończyny, szrapnele, wielkie doły po wybuchach armatnich. Brady skompletował zespół, w którym znalazł się i O’Sullivan. Grupa liczyła 20 fotografów. Timothy pracował obok takich sław jak: Alexander Gardner, James Gardner, William Pywell czy George Barnard. Grupa „Brady’s Photographic Cors” wyruszyła w ślad za armią Unii, gotowa rejestrować każdy jej krok. Pod wezwaniem Brady’ego Każdy z fotografów podróżował z własną ciemnią. Technicznie rzecz biorąc ciężko to sobie dziś wyobrazić. Współczesny fotoreporter, owszem, ma kilka aparatów, ciężką torbę z obiektywami, ale nie Miał niespełna 21 lat, kiedy wybuchła wojna secesyjna, po której i on, i wszyscy w studio, w którym pracował, odczuli spadek zainteresowania fotografią studyjną. Jedynymi klientami byli teraz żołnierze wybierający się na wojnę – zdjęcia w mundurze podarowywali swoim matkom, siostrom i ukochanym. To właśnie w studiu fotograficznym Brady’ego sfotografowano oficerów armii Unii, m.in.: Nathaniela Banksa, Benjamina Butlera czy George’a Custera. Najprawdopodobniej O’Sullivan wręcz umierał z nudów w małym studiu fotograficznym. Wstąpił do wojska. Był pierwszym porucznikiem w armii Unii. Zdążył zawalczyć pod Beaufort, Port Royal, w Forcie Walker i w Forcie Pułaskim i... został odesłany do domu. Jednak nie na długo. Wojna po raz drugi W lipcu 1861 roku Matthew Brady oraz Alfred Waud, artyści pracujący w „Harper’s Weekly”, pojechali 18 fot. Tymothy O’Sullivan - Harvest of Death Wojna po raz pierwszy musi dźwigać wielkiego, nieporęcznego monstrum na trzech nogach. Ponieważ używano wtedy płyt, ich transport był bardzo trudny. A na froncie huk armat, formowanie szyków, i gdzieś tam przemykający fotografowie. O’Sullivan tak skrzętnie przemieszczał się na polu bitwy, że tylko dwukrotnie odłamki zniszczyły mu aparat. Jednak gdyby nie jego odwaga i chęć pokazania światu wojennej prawdy, nie powstałoby jedno z jego najsłynniejszych ujęć: „Harvest of Death” („Żniwo śmierci”) – widok poległych w bitwie pod Gettysburgiem konfederatów. Wykonał je 4 lipca 1863 roku. Na pierwszym planie rozpostarte są zwłoki poległych żołnierzy. W dali niewyraźne sylwetki i zamazany horyzont. O’Sullivan do tego stopnia chciał przekazać prawdę o wojnie, że pod Gettysburgiem razem z Gardnerem zawlekli ciało jednego z żołnierzy i upozowali przy skałach. W oddali widać strzelbę i koc z napisem „Home of a Rebel Sharpshooter”. Dziś powiedziano by, że to nie naginanie prawdy, ale wręcz jej fałszowanie. Dla Gardnera i O’Sullivana było to ukazanie wojennej prawdy w jej istocie, bo oddawało tragedię osamotnionego i walczącego do końca żołnierza. Większość wojennych fotografii O’Sullivan’a była wykonana z jednej perspektywy. Nie było mowy o żadnym przechyleniu aparatu. Niemal wszystkie kadry uchwycone zostały z tej samej odległości. Obiekty nie są w zasięgu ręki fotografa, Siła natury Po wojnie brał udział w wielu rządowych ekspedycjach naukowych na Zachodzie kraju. Dzięki udziałowi w dwóch z nich fotografował i odkrywał m.in. tereny Kalifornii, pustyni Newada, Nowego Meksyku, Arizony, Utah, Wyoming i Idaho. W trzeciej ekspedycji naukowej zawędrował aż do Panamy. W latach 1867-1869 był jednym z oficjalnych fotografów Amerykańskiej Ekspedycji Geologicznej (United States Geological Exploration) wzdłuż 40 równoleżnika, której przewodził amerykański geolog Clarence King. Ekspedycja rozpoczęła się od Virginia City w Nevadzie. O’Sullivan zabrał aparat na płyty (22x30 cm), 125 szklanych płyt oraz chemię i ciemnię. Warto tu dodać, że podróżowanie z tak delikatnym bagażem było nie lada wyzwaniem i nie należało do najprostszych. Przyroda, woda, zwierzęta, wilgoć, a w tym wszystkim fotograf z zapleczem. Fotografował głównie kopalnie. Jednak najbardziej znane fotografie wykonane podczas tych projektów to obrazy prehistorycznych ruin miasta w kanionie de Helle, w Nowym Meksyku, i maleńkich wiosek puebli na południowym zachodzie. Te fotografie pokazywały zupełnie inny obraz kraju – terenów, nieodkrytych i niezurbanizowanych. Jego pejzaże są specyficzne. Ich oryginalność polega na wyzieraniu z fotografii martwej ciszy i bezkresu wśród sfotografowanych skał, jezior, wiosek. Na niektórych zdjęciach O’Sullivana czas zatrzymuje swój bieg, jak wspomniane już „Starożytne ruiny w Kanionie de Chelle w Nowym Meksyku”. Odbiorca takiej fotografii widzi, jak potężna jest natura. Staje wobec gigantycznej góry lub nad niezmąconym rozległym jeziorem. Czy można lepiej pokazywać świat? Później O’Sullivan wybrał się w kolejną wyprawę do Panamy. Przewodził jej Darien, a środowisko klimatyczne było jeszcze mniej tolerancyjne dla sprzętu fotograficznego. Wilgotne powietrze i wysoka temperatura sprawiały wielkie trudności przy rejestrowaniu ekspedycji. W latach 18711874 był jeszcze uczestnikiem wyprawy George’a M. Wheelera. Żeby wykonać zdjęcie gotów był nawet ryzykować życie – prawie utonął podczas próby fotografowania. Z tej ekspedycji przywiózł jednak ponad 300 negatywów. Większość czasu między ekspedycjami naukowymi O’Sullivan przeznaczał na intensywną pracę w studiu fotograficznym w Waszyngtonie, gdzie wykonywał odbitki swoich „trofeów” z ekspedycji. Na koniec prywatnie Wiadomo, że czytelnik – nawet największy pasjonat historii fotografii – znając już losy zawodowe O’Sullivan’a, nie odmówiłby sobie przyjemności zajrzenia do alkowy fotografa. Cóż, kiedy źródła podają niewiele. Wiemy, że w Waszyngtonie poznał i poślubił Laurę Virginię Pywell, siostrę Williama Pywella, fotografa i towarzysza z wojennych wypraw. Wiemy też, że nie zostawił po sobie potomstwa, bo jego syn urodził się martwy. Wiemy wreszcie, że kres wyprawom fotograficznym położyła gruźlica, na którą zachorował fotograf. Kiedy już nie mógł jeździć z aparatem po Stanach Zjednoczonych, pracował jako fotograf Inspektoratu Geologicznego Stanów Zjednoczonych (United States Geological Survey – USGS) oraz Departamentu Skarbu (Treasury Department). Wiemy wreszcie, że zmarł w 1862 roku w wieku 41 lat. PS. Jego biograf – James D. Horan – twierdzi, ze był człowiekiem nieśmiałym. Dowodzić tego ma tylko jeden wykonany przez niego autoportret. • R EK L A M A still live fot. Andrzej Pilichowski–Ragno Pionier fotoreporta˝u dzieli ich wyczuwalny dystans. Głębokość obrazu jest zaskakująca – plany przedstawione na zdjęciach bardzo ostre. Rezultat prac całej grupy 20 fotografów Matthew Brady opublikował pod swoim nazwiskiem (w zbiorze „Incidents of the War” – „Na wojnie”). Rzecz jasna, nie spodobało się to części fotografów, którzy zakończyli z nim współpracę. Także O’Sullivan razem z Alexandrem Gardnerem i innymi fotografami postanowili się uniezależnić i w 1863 roku założyli własną firmę. Dalej fotografowali wojnę secesyjną aż do jej zakończenia w 1866 roku. Społeczeństwo nie było przygotowane na komentowanie wojennej rzeczywistości w sposób tak dosłowny, jaki umożliwiała fotografia. Fotografie wywołały szok wśród społeczeństwa, które nie było przygotowane na tak bezpośredni przekaz wizualny z wojny: obraz zniszczeń, bezimiennej śmierci młodych mężczyzn, tragedii ludzkich. W komentarzu z wystawy z 1862 roku „The New York Times” pisał: „Żywych, którzy chodzą po Broadwayu, może obchodzą mało polegli pod Antietam, ale my myślimy, że kroczyliby mniej bezmyślnie po ulicy, gdyby na chodniku leżały okrwawione ciała, przeniesione z pola walki. Modne spódnice unoszono by z uwagą i wszyscy patrzyliby gdzie stawiają nogi”. rozmawiała Agnieszka Juskowiak ■ Dlaczego wybrał pan właśnie to zdjęcie? Andrzej Pilichowski–Ragno: Jest stare, sprzed około dziesięciu lat, ale dobrze pokazuje, jak czasem błędnie nazywa się coś martwą naturą. ■ To nie jest martwa natura? No właśnie. Stojącą na stoliku butelka, ładne światło, jasna kompozycja. Wniosek, że jest to ustawiony przedmiot, światło i sytuacja sam się nasuwa. A tymczasem to był przypadek, napotkane zdarzenie: stolik, butelka i światło. Według mnie mogłoby to być zdjęcie reportażowe, bo niczego tu nie wykreowałem. Z martwą naturą w fotografii jest rzeczywiście problem. ■ Dlaczego? Jako gatunek została mechanicznie przejęta z malarstwa. Nie ma ściśle zarysowanych granic. O ile możemy powiedzieć o fotografii reportażowej, czy o akcie albo fotografii kreacyjnej, że są to dla nas jasne pojęcia, o tyle martwa natura jest gatunkiem sztucznie przeniesionym z malarstwa. Niestety fotografia wciąż jest w tym przypadku zależna od malarstwa i nie może wyzwolić się z malarskich pojęć i gatunkowości. A poza tym, samo określenie „martwa natura” jest niezbyt trafne. ■ Czyli jest to problem lingwistyczny? W naszym języku „martwa natura” oznacza coś skamieniałego, nieruchomego, bez życia. Natomiast angielskie pojęcie „still live” to coś zatrzymanego, wyciszonego, ale nie martwego. ■ Zatem można mówić o regułach w martwej naturze? Klasycznym punktem odniesienia jest malarstwo i martwe natury holenderskie. W banalnej postaci mamy też zestaw „atrybutów” martwej natury – owoce, szklane przedmioty, ptactwo czy zwierzynę. Wszystko, co można pięknie oświetlić. Współcześnie taka martwa natura ma zastosowanie w reklamie. Rzadko mówi się o amatorskiej martwej naturze. ■ Woli pan fotografować ludzi czy martwą naturę? Pytanie z gatunku trudnych. Praca z człowiekiem wymaga cierpliwości. Nie wiadomo, co się wydarzy, i to jest fascynujące. Podobnie, jak obserwowanie „otwierania się” twarzy fotografowanego. Nad przedmiotami fotograf panuje w całości. Nie ma elementu zaskoczenia. Czasem jednak w martwej naturze też można uzyskać efekty zaskakujące. Inaczej ustawiając światło, grając kątem, cieniem. Kiedyś fotografowałem owoce w klasycznym oświetleniu. Obserwowałem i rejestrowałem ich rozkład. To było bardzo ciekawe. • 19 Kolumna Zygmunta Dziennikarz kulturalny FOTOGRAFIA KULTURA Andrzej Zygmuntowicz czasu, to okazałoby się, że atak na Pałac miał miejsce krótko po drugiej w nocy. Walki trwały niecałe pół godziny, a Pałacu bronili niewyszkoleni podchorążowie i batalion kobiecy. Gdy zobaczyli bięgnących w ich stronę bolszewików, bez namysłu rzucili się do ucieczki. Aresztowano członków Rządu Tymczasowego i rozpoczęto poszukiwanie trunków zgromadzonych w piwnicach (to te zbiory tak naprawdę interesowały atakujących). Nie wypada mówić o tym głośno, ale zdaje się, że więcej było ofiar pijaństwa niż strzelaniny. Radzieccy specjaliści od propagandy uznali, że taki obraz bohaterów rewolucji nie powinien przetrwać w pamięci potomnych. Na ich szczęście nie powstała żadna fotografia ani film, ukazujące prawdziwie oblicze całego zdarzenia. Z jednego prostego powodu – wszędzie panował mrok głębokiej listopadowej nocy, a ówczesne materiały fotograficzne nie były w stanie zarejestrować czytelnego obrazu przy tak małej ilości światła. W trzecią rocznicę wybuchu rewolucji urządzono wielkie przedstawienie z udziałem ośmiu tysięcy żołnierzy i wykorzystaniem wielu samochodów, armat, czołgów oraz krążownika Aurora, który, z powodu zakłuceń w kontakcie z szefami inscenizacji, strzelał bez przerwy, za- fot. Alexander Gardner - Dead Confederate sharpshooter in the Devils Den, Gettysburg, Pa, 07.1863 fot. Tyler Hicks / The New York Times - Attack in Tyre publikacja zdjęć w celach edukacyjnych Od dawna przy okazji różnych rocznic media przypominają o fotografiach potwierdzających, że omawiane wydarzenie naprawdę miało miejsce. Towarzysząca fotografii aura wiarygodności wręcz wymusza umieszczenie zdjęcia, które przypieczętowuje zaistniały fakt niczym stuprocentowy dowód sądowy. Całkiem niedawno miała miejsce rocznica mało przyjemnego dla Europy Wschodniej zdarzenia, jakim była rewolucja październikowa. Szczęśliwie w większości krajów jej zgubne skutki są już tylko tematem dywagacji historyków. Wśród tegorocznych analiz znalazł się ciekawy tekst Wacława Bartczaka opublikowany w „Gazecie Wyborczej” z 10-11 listopada. Artykuł zilustrowano fotografią opatrzoną podpisem: „Szturm na Pałac Zimowy w Piotrogrodzie 7 listopada 1917”. Podejrzewam, że to nie autor tekstu wybierał zdjęcie, lecz ktoś z redakcji, zajmujący się na co dzień doborem ilustracji do artykułów, ale niepasjonujący się historią. Zdjęcie robi wrażenie – tłum żołnierzy biegnie w kierunku Pałacu, armaty strzelają, tworząc pełne uroku obłoki dymu, za chwilę żołnierze wedrą się do wnętrza, ale z Pałacu nikt nie strzela, zupełna cisza. Gdyby zanurzyć się w kronikarskich zapiskach z tamtego miast zakończyć na jednej salwie. W spektaklu tym uczestniczyło sto pięćdziesiąt tysięcy widzów, a wszystko oczywiście fotografowano i filmowano. Zdjęcie towarzyszące tekstowi w „Gazecie Wyborczej” pochodzi właśnie z tej maskarady. Zamieszczony obraz doskonale pasował propagandystom do mitologii pierwszych godzin rewolucji i czym prędzej został wykorzystany w podstawowym źródle wiedzy o Kraju Rad – „Historii Wielkiej Komunistycznej Partii Bolszewików”, a za nią we wszystkich podręcznikach szkolnych i to nie tylko w Związku Radzieckim. Po pierwszej publikacji odezwało się kilku uczestników i świadków nocnego ataku na Pałac Zimowy. Informowali, że, po pierwsze, była czarna noc, po drugie, żołnierzy było niewielu i inaczej wyposażonych, a, po trzecie, z niektórych okien biły światła (podobno obrońcy ogrzewali się przy ogniskach rozpalonych wewnątrz Pałacu). W kolejnej wersji ręka retuszera dodała to, co było potrzebne, ale obraz nie był tak atrakcyjny. Minęły lata, uczestnicy i świadkowie, już nieobecni, nie upomną się o prawdę, więc można powrócić do pięknej ikony, ukazującej atak zdeterminowanych bolszewików na Pałac będący symbolem zła – siedzibą znienawidzonego rządu. Mimo oczywistego fałszu, zdjęcie to cały czas funkcjonuje jako ilustracja wiernie opisująca wybuch rewolucji. Zresztą, podobnie potraktowano jedną ze scen z filmu „Październik” Sergiusza Eisensteina z 1927 roku. Atak na Pałac Zimowy pokazywano jako fragment historycznych kro- 20 nik filmowych. Czy tylko rewolucja październikowa ma tak naciągane dokumenty wizualne? Ileż jeszcze takich zdjęć z inscenizacją historii funkcjonuje jako źródła informacji? Już na samym początku historii fotografii Hippolyte Bayard, jeden z jej wynalazców, dopuścił się grubego fałszerstwa. Wykonał zdjęcie, na którym wygladał jak wyciagnięty z Sekwany topielec. Był to protest przeciwko nieuznaniu go jednym z ojców fotografii (we Francji obwołano nim tylko Ludwika Daguerrea). Na odwrocie zdjęcia umieścił tekst o samobójstwie zrozpaczonego wynalazcy. Fałszerstwo szybko wyszło na jaw, ale autor, postać niebywale zasłużona dla francuskiej fotografii, nie został odsądzony od czci i wiary. Grzebiąc w historii fotografii, znajdziemy sporo wątpliwych dokumentów. Już w czasie wojny secesyjnej Alexander Gardner przeniósł ciało zabitego żołnierza, odpowiednio je ułożył i ustawił obok broń, by godniej pokazać wojenną śmierć. Fotografowie Komuny Paryskiej, działający po stronie rządowej, bez żenady zatrudniali aktorów do odgrywania dramatycznych scen rzezi, urządzanych na bezbronnej ludności przez komunardów. Równie chętnie sięgali po technikę montażu, łącząc na jednym obrazie postaci, które nie miały okazji spotkać się ze sobą. Czy dziś jest inaczej? Chyba nie. Wojna izraelsko-libańska przyniosła kolejne manipulacje. Od prymitywnie przeprowadzonych zabiegów w programach do cyfrowej obróbki zdjęć do klasycznych inscenizaji. Najgłośniejszej dopuścił się Tyler Hicks z „New York Timesa” (swoją drogą, bardzo dobry fotoreporter). Fotografował grupę ludzi poszukujących ofiar ataku lotniczego na jeden z budynków w Tyrze. Po gruzach biega kilku mężczyzn, gaszą płomienie, zaglądają pod zwalone ściany, nasłuchują, czy spod betonu nie dochodzą głosy. Szczęśliwie, wszyscy opuścili dom przed nalotem i nie ma ofiar. Ale taki reportaż, bez choćby jednego ciężko rannego, nie jest dobry, może nie zdobyć widzów. Jest na to sposób – jeden z biegających po gruzach zmienia się w ofiarę, koledzy przywiązują go do jakiegoś drąga i wychodzi tyrska pieta. Piękny i symboliczny obraz, ale czy prawdziwy ? To ledwie kilka przykładów z przepastnej skarbnicy ułudnych obrazów prawdy. Czy, w związku z tym, nie wierzyć fotografii? Ogromna większość to jednak dokumenty wiarygodne, ale niczego już nie można obdarzyć bezgranicznym zaufaniem. Informacja jest niesłychanie istotnym elementem wpływania na świadomość społeczeństw i, jeśli nie będzie taka, jaka akurat jest potrzebna, to aż korci, by ją troszkę podrasować, by była zgodnie z zamówieniem, przekonująca. Każdej władzy i tej czwartej, jaką są media, też ciągle trzeba patrzeć na ręce. • dziennikarskiej i zwolennik wolności krytyka. W zawodowym życiu skorzystał z wielu rad swojego nauczyciela Zygmunta Kałużyńskiego, ale zawsze był przede wszystkim sobą. O uczciwości wobec siebie i odbiorcy opowiada Tomasz Raczek. Margines NieprzewidywalnoÊci fot. Jan Dąbkowski Czy to zdj´cie mo˝e kłamaç, chyba nie. Przeciwnik giełdy rozmawiał Jan Dąbkowski ■ Jan Dąbkowski: Jak się pisze o filmie, który się nie podoba? Tomasz Raczek: O każdym należy pisać uczciwie to, co się myśli. Ale jeśli się „przywala”, to oryginalnie, po swojemu, nie używając schematów i ogólników powtarzanych w tzw. środowisku. Warto się wyróżniać, a najprościej jest to robić będąc sobą. Mówił o tym już Leslie Mitchell – ikona telewizji – który został pierwszym spikerem BBC w 1936 roku. Zasiadając przed kamerą pamiętał o tym, że do telewizji trzeba przynosić serce i mówić do kamery tak, jak się mówi do człowieka, patrząc mu w oczy. ■ A jak się nie robi? Jestem przeciwnikiem tzw. giełdy dziennikarskiej, czyli rozmów dziennikarzy po pokazach prasowych. Dystrybutorzy źle robią, że pokazują filmy grupie dziennikarzy. Każdy krytyk powinien zobaczyć je sam – wtedy oceny byłyby uczciwsze. Inaczej opinie uklepują się już w hallu kina. ■ Zygmunt Kałużyński, z którym długo pan współpracował, także tak myślał? Kałużyński był wyjątkowym krytykiem filmowym, najlepszym w Polsce. Nie należał do filmowego lobby, był wręcz nielubiany przez twórców i powodował zazdrość u innych krytyków. Ale za to jego sądy były przenikliwe, oryginalne i… subiektywne. Mogły być okrutne i bezwzględne, lecz wynikały ze szczerej miłości do filmu. Jeśli krytykował twórców, to nie dlatego, że ich nie lubił, tylko dlatego, że kochał kino. Cierpiał, gdy było chrzanione. ■ Jak reagował na złe filmy? Może to zabrzmi zaskakująco wobec tego, co powiedziałem wcześniej, ale Kałużyński był ogromnie pokorny wobec sztuki. Miał zasadę, którą mi powtarzał, że w każdym filmie – nawet najgorszym – może znaleźć się jedna scena, jeden kawałek dialogu albo jedno ujęcie, dla którego warto zobaczyć cały film. Zawsze oglądał filmy do końca. Gdy razem oglądaliśmy kiepskie filmy, mnie niecierpliwemu wydawało się, że tyle ciekawszych rzeczy mogę robić w tym czasie, zamiast oddawać życie komuś nieutalentowanemu. Mówiłem: „Zygmunt, to może na szybkich podbiegniemy trochę”, bo widziałem, że z tego już nic nie będzie. On jednak mówił „Nie, nie, nie, w każdej chwili może się pojawić to jedno ujęcie – na szybkich ucieknie”. I oczywiście przyznawałem mu rację, bo on miał rację, Mnie brakowało cierpliwości. ■ To nie przeszkadza w pracy? Niecierpliwość? Dzięki niej moje życie zawodowe jest bardzo interesujące i pełne zwrotów akcji – zgodne z moim temperamentem. Nie nudzę się. Mam 50 lat, a praca jest dla mnie tak samo atrakcyjna i sprawia mi taką samą przyjemność, jak zaraz po studiach. ■ Co pan studiował, aby stać się krytykiem kulturalnym? Wiedzę o teatrze – przedmiot stworzony przez Jerzego Koeniga w połowie lat 70. w warszawskiej Akademii Teatralnej. W programie była filologia, historia literatury polskiej, romańskiej, germańskiej, filozofia, historia sztuki, muzyki, filmu, kultury masowej, a także Polski i powszechna. Była historia teatru i dramatu – oddzielnie polskiego i powszechnego. Braliśmy udział w zajęciach aktorskich i reżyserskich, aby zobaczyć, jakie są ich cykle pracy. Które elementy gry wynikają z talentu, a które z warsztatu. Jakie są metody uczenia i pracy nad psychiką aktora. ■ Pewnie przydałyby się jeszcze zajęcia jak dotrzeć do czytelników. Tego nie można się nauczyć w szkole! Do odbiorcy trzeba pisać lub mówić tak, jakby to było najważniejszą sprawą na ziemi. Wtedy nawet ktoś mający pilne zajęcie, nie może się już oderwać i czyta/słucha – co to takiego, że temu gościowi tak na tym zależy? Jest jeszcze druga strona. Zygmunt Kałużyński mówił: „Opłaca się, żeby nie traktowano cię do końca poważnie. Jeżeli wyrobisz sobie wariackie papiery, to przez całe życie będziesz mógł mówić to, co myślisz. Ale jeśli sam siebie będziesz traktował śmiertelnie poważnie i pozwolisz, żeby inni traktowali cię tak samo, to szybko natkniesz się na rafę, o którą łatwo się rozbijesz”. Trzymam się tej wariackiej taryfy, choć oczywiście staram się nie przesadzać. Jednak zagwarantowanie sobie marginesu nieprzewidywalności w tym zawodzie pozwala ocalić w nim wolność. ■ Jest zagrożona? Oczywiście! Dzisiaj jest tyle samo zagrożeń, co wtedy, gdy istniała cenzura. Kiedyś cenzor blokował tekst, dziś robi to redaktor naczelny. Powód i argumenty brzmią podobnie: tekst nie jest zgodny z linią pisma. ■ I co wtedy? Jeśli ktoś próbuje wpływać na sens mojego tekstu, odchodzę. Koniunkturalizm jest dla osobowości bardziej trujący niż cyjanek potasu. Już dawne temu postanowiłem, że nie będę pisał czegoś, z czym się nie zgadzam, ani nie będę pisał zastępczo o duperelkach, na które szkoda mojego życia. Zamiast tego napiszę o tym, na czym mi zależy i co sprawia mi dziką przyjemność. Choćby się to komuś nie podobało. Kiedy po trzech latach pracy w „Polityce” próbowałem rozszerzyć tematykę swoich tekstów, powiedziano mi: „pan jest krytykiem teatralnym, oczekujemy więc tekstów o teatrze.” A chciałem już pisać o czymś więcej, np. o telewizji. Nie zgadzałem się z tym ograniczeniem i odszedłem do mniej znanego pisma, gdzie miałem swobodę działania. Wykorzystałem naukę Zygmunta, że niezależnie od tego, w jak dobrym piśmie jestem i z jak dobrymi ludźmi pracuję, to przed sobą mam główną wartość swojej pracy – rozwój siebie, warsztatu, osobowości. Tylko to może mi zagwarantować ciekawe życie. Inni ludzie mogą mi dać coś przez chwilę – pracę, pieniądze. Jednak, w perspektywie całego życia, tylko ja mogę sobie wybrać najlepszą ścieżkę rozwoju, którą nie zawsze musimy nazywać karierą. • Tomasz Raczek poleca: Filmy: „Das Boot” („Okr´t”) w re˝. Wolfganga Petersena, „Pianistka” w re˝. Michaela Haneke, „A statek płynie” w re˝. Federico Felliniego, „Panny z Wilka” w re˝. Andrzeja Wajdy. Wybitne filmy, oryginalnych re˝yserów nakr´cone z dala od Hollywood. Seriale tv: „Queer as folk” (wersja amerykaƒska 2000-2005). Najlepszy i najwa˝niejszy serial ostatnich lat – skutecznie zmienia społeczne nastroje, leczy z homofobii. Ksià˝ki: „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa, „Nie oglàdaj si´ w stron´ Sodomy” Gore Vidala. Teatr: „Wyzwolenie” Stanisława Wyspiaƒskiego w re˝. Konrada Swinarskiego (Stary Teatr w Krakowie), „Umarła klasa” Tadeusza Kantora w Teatrze Cricot-2. To spektakle z lat 70. XX wieku. Niestety, od tamtych lat nie znalazłem w teatrze niczego naprawd´ dla mnie wa˝nego. Tomasz Raczek – publicysta, krytyk i pisarz filmowy (cztery autorskie ksià˝ki i osiem napisanych wspólnie z Zygmuntem Kału˝yƒskim), autor audycji radiowych i telewizyjnych (w tym „Pereł z lamusa” prowadzonych z Kału˝yƒskim). Szef Instytutu Wydawniczego Latarnik. tomasz-raczek.bloog.pl 21 Sub-kultura Faktografia KULTURA KULTURA Kobiety To wydanie Sub-kultury zdominowały kobiety: ciężkie historie, trudne decyzje i skomplikowane relacje. Ale nie wrzucajcie ich do wszystko upraszczających szufladek z napisem: „Literatura kobieca”, „Kino kobiece” lub Teatr dla kobiet”. Anna Grzywacz U Grażyny Plebanek polska emigracja ma kobiecą twarz i szwedzki adres. Tytułowa Przystupa – młoda wiejska dziewczyna w roli „ przynieś, podaj, pozamiataj” – jest świadkiem historii kobiet, czyli polskiego piekiełka za granicą, szwedzkiej emancypacji, wreszcie próby przystosowania się. Niewiele dowiadujemy się o Przystupie. Ona usuwa się w cień. Między opieką nad dziećmi, ścieraniem kurzu, a zakupami w supermarkecie, chłonie świat swoich pracodawczyń. O tym świecie Plebanek pisze bardzo realistycznie, może właśnie dlatego, że Damski wieczór Bałkaƒska opowieÊç dla Alexandra Czytając streszczenie jeszcze przed spektaklem, obawiałam się, że „Gardenia” Elżbiety Chowaniec będzie opowiadać historię równie banalną jak stwierdzenie, iż szczęście tym szybciej się znajduje, im mniej się go szuka. Trudno nie oprzeć się temu wrażeniu czytając, że historia opowiada o „czterech kobietach w poszukiwaniu szczęścia”. Bo czy istnieje ktokolwiek, kto chciałby go uniknąć? Sztuka Chowaniec przedstawia prostą historię. Bohaterkami uczyniła cztery kobiety stanowiące rodzinę. Najstarsza, działaczka AK, jej córka – handlarka, niepełnosprawna wnuczka i wreszcie prawnuczka, chłonąca kapitalizm pełną gębą, bo jest i praca w korporacji, i meble z Ikei, i życiowe mądrości wypowiadane z patetyzmem, i głębokim przekonaniem o swojej racji, a dające wrażenie, jakoby pochodziły rodem zza nowoczesnych drzwi poradni psychologicznej. Historię krakowskiej rodziny poznajemy stopniowo. Bo stopniowo, w pokoleniowej kolejności, panie robią przed nami striptiz emocjonalny. Problemów jak w każdej rodzinie jest mnóstwo, ale prym wiodą te o ponadczasowym charakterze: brak zrozumienia matki przez córkę – odwieczny, międzypokoleniowy konflikt, alkoholizm – jako sposób na przetrwanie, na zapomnienie braku miłości. Zarówno gra aktorska jak i monologi są na mocną piątkę. Zastrzeżenia budzi jedynie odkrywczość tematu. Ale grzech ten popełniali i dojrzali twórcy. Diagnoza była dla niej jak wyrok. Miała zmierzyć się z rakiem, oraz z niepewnością, jak długo przyjdzie jej jeszcze żyć. Vesna Goldsworthy, patrząc na swojego dwuletniego wówczas syna, uświadomiła sobie, iż traci on właśnie ostatnią szansę na poznanie swoich serbskich korzeni. „Czarnobylskie Truskawki” są nie tylko memoriałem jej życia, lecz przede wszystkim historią pozostawioną dla małego Alexandra. Książka zachwyca zarówno swoją treścią, jak i oryginalnym podejściem do struktury tekstu. Historia zaczyna się in media res, gdy autorka miała dwadzieścia pięć „Gardenia”, reż. Aldona Figura, występują : Dorota Landowska, Agnieszka Warchulska, Paulina Kinaszewska, Martyna Peszko Marzena Indra 22 lat i bagaż doświadczeń na karku. Od tego momentu przenosimy się zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość, aby zasmakować niesamowitej opowieści życia pisarki i smutnej opowieści o upadku Jugosławii. Brak liniowej akcji początkowo może nieco zdezorientować czytelnika. Jednak już po kilkunastu stronach nie można oderwać się od lektury. Goldsworthy bez zbędnego patosu przedstawiła historię swojej choroby w sposób niezwykle poruszający, a jednocześnie tak, jakby nie była ona niczym niezwykłym. Rodzina, przyjaciele, pierwsze miłości, dom rodzinny – wszystko to okraszone błyskotliwymi anegdotkami, które zapadają głęboko w pamięć. Czarny humor babci jest przepleciony wspomnieniami z dzieciństwa, obrazami komunistycznej Odpowiedzi szukaj w sobie Film, w reżyserii Cristiana Mungiu, powstał w ciągu niespełna roku i okazał się największym odkryciem tegorocznego Cannes. Liczne głosy w mediach chwalą go za szczerość i przenikliwość, dzięki którym historia przedstawiona przez rumuńskiego twórcę jest tak rzeczywista, poruszająca i bliska. Postawieni przed koniecznością działania tam, gdzie graniczy ono z niemocą, tracimy poczucie moralności. Zanika granica oddzielająca to, co właściwe, potrzebne, słuszne i konieczne, od tego, co niegodne, nieludzkie i puste. Powstaje pytanie o sens i refleksję nad sposobem, w jaki żyliśmy dotychczas. Tak rumuński twórca, przy pomocy barwnych, nieraz wstrząsających obrazów, definiuje wpływ sytuacji na zachowanie człowieka i podejmowane przez niego decyzje. To niewątpliwe ostrzeżenie, skierowane do wszystkich nastolatek i młodych kobiet, które mają więcej wyobrażeń niż doświadczeń, odwagi niż umiejętności i uczuć niż racji. To także studium zmagania się młodego człowieka z wyzutą z wszelkich ludzkich odruchów, komunistyczną rzeczywistością w obliczu skrajnej życiowej sytuacji. z perspektywy „nieskażonej” współczesnością dziewczyny. Takiego spojrzenia brakuje Gwieździe, która jest karykaturą szybkiej kariery w polskim show biznesie. Hyrze – okopanej w swojej polskości mieszkanki Sztokholmu. Pani Słabej – Polce nieszczęśliwej w małżeństwie z Finem. Gun – pozornie wyzwolonej Szwedce. Nareszcie mamy szansę przeczytać powieść nie napisaną przy biurku, ale poprzedzoną starannym researchem w terenie. Grażyna Plebanek, „ Przystupa” , wydawnictwo WAB, Warszawa 2007 Anna Grzywacz propagandy, oraz historią o odnajdywaniu samej siebie. To także zapis zmagań autorki z własną tożsamością. Rozrywana między belgradzkimi korzeniami, a londyńską miłością, lawiruje między dwoma światami, aby nie zatracić się w żadnym z nich i odnaleźć samą siebie. „Czarnobylskie Truskawki” to opowieść zarówno uniwersalna, pokazująca perypetie mieszkanki niespokojnych Bałkanów, jak i szalenie osobista, pełna miłości i zapału autorki. Zaskakuje z każdym kolejnym zdaniem. Dokładnie tak, jak pewien koncert – działaj „jak automatyczny toster wyposażony dodatkowo w barometr i system alarmowy”. Vesna Goldsworthy „Czarnobylskie Truskawki” przeł. Elżbieta Jasińska, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007 Emil Borzechowski Przygnębiający obraz XX-wiecznej Rumunii stanowi tło dla uczuć i myśli, jakie kłębią się w głowach dwóch, zdanych tylko na siebie, studentek politechniki. Ulice są brudne, budynki brzydkie, ludzie niemili, dźwięki przerażająco obojętne. Malutki zegar mającego narodzić się dziecka bije szybko, a Gabi (Laura Vasiliu) nie może już dłużej czekać. Otilia (Anamaria Marinca), z nieznanych nam powodów, postanawia przyjąć na siebie część ciężaru tej tragicznej i beznadziejnej sytuacji. Mungiu ukazuje swój punkt widzenia na problem aborcji, choć jest daleki jest od przedstawienia jakiejkolwiek alternatywy. Pytanie o nią jest pytaniem o sens wielu ludzkich wartości, a odpowiedzi pozostaje szukać w samych sobie. „4 miesiące 3 tygodnie i 2 dni”, reż. Cristian Mungi, występują m.in: Laura Vasiliu, Anamaria Marinca Wioletta Wysocka rozmawiała Magdalena Karst ■ Była Pani w kopalni? Małgorzata Szejnert: Tak. Jeżeli chce się o czymś pisać, dobrze zobaczyć to na własne oczy. W „Czarnym ogrodzie” opisuję nie tylko to, co moi bohaterowie przeżywają na powierzchni, życie wielu z nich toczy się także głęboko pod ziemią. Czułabym się niewyraźnie, gdybym nie zjechała do kopalni. Górnicy nie lubią na dole patałachów z miasta, zwłaszcza starszych pań, musiałam sfałszować datę urodzenia. Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że to było jakieś dramatyczne przeżycie. Nie zaprowadzono mnie na trudny chodnik. Nie musiałam się czołgać, najwyżej trochę schylić głowę. ■ Pani książka wpisuje się w nurt, bardzo popularny w ostatnich latach, twórczości inspirowanej Śląskiem – jego kulturą, historią, architekturą i codziennym życiem. Była Pani tego świadoma, dokumentując historię Giszowca? Pewną rolę w wyborze mojego tematu odegrały śląskie filmy Kazimierza Kutza: „Sól ziemi czarnej”, „Perła w koronie” i „Paciorki jednego różańca”, zwłaszcza, że akcja ostatniego z nich toczy się w samym Giszowcu, chociaż Kutz go tak nie nazywa. Ale o tym, że ta książka powstała, zadecydowało przede wszystkim wrażenie, jakie Giszowiec wywarł na mnie przed dwudziestu laty, kiedy pojechałam tam po raz pierwszy. Ogromne i niezatarte przez czas. Gdy po latach postanowiłam tam wrócić i napisać książkę, nie miałam żadnych wątpliwości, że to jest temat. Wątpliwości przyszły nieco później. ■ Bo? Od początku wiedziałam, że chcę napisać prawie o wszystkim. Nie chciałam szukać jednego rodu czy jednej historii, którą mogłabym doprowadzić od początku do końca, ale napisać coś w rodzaju monografii. Postanowiłam, że nadam jej formę reporterską z elementami literackimi. Nie zawężając tematu do kilku wątków i postaci, skazywałam się na to, że w książce znajdzie się cała masa rzeczy, które nie będą miały ze sobą żadnego związku. I stąd te kłopoty – nie mogłam znaleźć formy, która usprawiedliwiałaby ten groch z kapustą, sprawiła, że to wszystko byłoby logiczne i do wytrzymania przez czytelników. Bardzo długo broniłam się przed zastosowaniem prostej chronologii. Wydawała mi się banalna i prymitywna. Wolałabym, żeby to osoby, wydarzenia, a nie czas, nadawały impet całej opowieści. Ale po rozmaitych próbach doszłam do wniosku, że kalendarium jest jedyną formą, która to wszystko wchłonie. ■ Przyznam – książki nie czyta się łatwo. Ale kiedy już się w nią wejdzie, znika poczucie chaosu. Nie jestem Âwi´tym Mikołajem Żeby ta opowieść nie była tak jawnie kalendarzowa, schowałam trochę daty, a na pierwszy plan wysunęłam tytuły, często anegdotyczne. I niektórzy czytelnicy mówią mi, że to się udało, że czasem zapominają o chronologii. Liczyłam się z tym, że książka będzie przeładowana faktami, że może być nudna, ale pomyślałam - jeśli wydawnictwo chce wydać taką książkę, to jego problem. „Czarny ogród” jest dokumentem i mnie już ta wartość wystarczy. Ale potem usłyszałam głosy, że książka się czyta. ■ Dla kogo jest ta książka? Czy pisząc ją, myślała Pani tylko o Ślązakach? Bardzo bym chciała, żeby była dla wszystkich. Zainteresowanie literaturą faktu jest ogromne, wręcz zdumiewające, więc może to jest książka nie tylko dla Ślązaków, którzy w niej odnajdą swoje miejsca i nazwiska, ale w ogóle dla ludzi, którzy lubią czytać, lubią nad książką posiedzieć. Ale rzeczywiście, pisząc, myślałam przede wszystkim o Giszowcu. Miałam ochotę podarować tę książkę jego mieszkańcom. Wielką nagrodą była promocja „Czarnego ogrodu” w starej Karczmie Śląskiej w Giszowcu, tłumne sąsiedzkie spotkanie. Książka została przyjęta z wdzięcznością, choć wiele osób nie zdążyło jej jeszcze przeczytać. Mam wrażenie, że będzie ważna dla więzi między mieszkańcami tego miejsca. Bo oni w niej istnieją, bo jest w niej ich historia, są zdjęcia przedstawiające ich rodziny i rodziny ich sąsiadów. Oczywiście nie jestem Świętym Mikołajem. Nigdy bym tego nie zrobiła, gdyby mnie, jako reporterki, ten temat tak bardzo nie zainteresował. ■ Co takiego dostrzegła Pani w Giszowcu, że wydał się Pani wart takiej monografii? Najpierw był ród Giesche, którego historia sięga początku XVII wieku. Założył kopalnie galmanu, huty cynku, a z czasem kopalnię Giesche, dzisiaj Wieczorek. Na początku XX wieku potężny koncern spadkobierców Gieschego zbudował Gieschewald, osiedle-ogród dla górników. Krzyżowały się w nim wpływy polskiej i niemieckiej kultury. Wybuchła pierwsza wojna światowa, trzy powstania śląskie, ogłoszono plebiscyt, który miał rozstrzygnąć o przynależności części Śląska do Polski lub Niemiec, Gieschewald został polskim Giszowcem. A potem druga wojna z dramatem służby w Wehrmachcie, powojenne porządki, wyjazdy do Niemiec, przymusowe lub dobrowolne. Giszowiec był sceną tych wydarzeń, a jego mieszkańcy brali w nich żywy udział. Dokonywali wyborów, które nieraz dzieliły najbliższych. A jeszcze potem postanowienie władz PRL, że Giszowiec trzeba zburzyć, bo to zbyt piękna pamiątka po kapitalistach i miejsce, gdzie ludzie są za bardzo ze sobą zżyci, a władza za tym nie przepadała. No a potem odbudowywanie tego co jeszcze ocalało, z architektury i z więzi społecznych. I tak dalej, aż po dzisiaj… ■ Pochodzi Pani z Podlasia. Czy myśli Pani, że gdyby była Ślązaczką i należała do świata swoich bohaterów, mogłaby dowiedzieć się więcej? Był moment, że rzeczywiście tak myślałam. Napisałam o tym w książce. Kiedy znajomi Ślązacy przeczytali te słowa, powiedzieli, że bardzo się mylę. Ktoś, kto pochodzi stamtąd, nie zadałby wielu pytań, które ja zadałam, bo odpowiedzi uznałby za oczywiste. I to zostałoby pomiędzy nimi, nienazwane, niewypowiedziane. A ja te pytania zadałam. Zanim pojechałam do Giszowca przez wiele miesięcy badałam temat w bibliotekach i w Internecie. Szukałam tak odległych nieraz informacji, że czasami zastanawiałam się, co o mojej specjalizacji myślą bibliotekarki. Czytałam o rodzie Giesche, o galmanie, o tym jak się wytapia z niego cynk. Chciałam wiedzieć, jak wyglądała przed wojną i po wojnie kamieniczka nr 20 przy wrocławskim rynku, kto ma prawo nosić szpadę górniczą, jak przebiegał pogrzeb Piłsudskiego, bo jeden z moich bohaterów, polski oficer, pojechał tam ze swymi kawalerzystami, i tak dalej. Po paru miesiącach takiego wstępnego zwiadu, pojechałam do Giszowca i powracałam tam wielokrotnie przez ponad dwa lata. Najpierw fot. archiwum domowe Małgorzaty Szejnert Autentycznie skierowałam się pod adresy, które zasugerowali mi koledzy z katowickiej „Gazety Wyborczej”. Odwiedziłam kilka osób, one posłały mnie do innych. Na początku rozmowy były zdawkowe, chociaż uprzejme. Czułam, że ludzie mnie zbywają. Dopiero wtedy, kiedy zorientowali się, że uczciwie pracuję, że przyjeżdżam któryś raz z kolei, żeby się z nimi spotkać, że naprawdę ich słucham, nabrali zaufania i zaczęli się w tę książkę razem ze mną angażować. Ślązacy są bardzo solidni, szanują własną pracę i zobowiązania, więc szanują też pracę innych. ■ Jak Pani myśli, czy Ślązacy rzeczywiście tworzą odrębny naród? Część z nich mówi o sobie, że są Ślązakami. Ale to wcale nie znaczy „naród śląski”. To znaczy, że na Śląsku są u siebie. Śląsk to ich mała ojczyzna, którą być może wolą od tej dużej, ale to nie przekłada się na dążenia autonomiczne. Są nawet podejrzliwi wobec takich dążeń. Uważają, że ci, którzy mówią o Ślązakach jako o narodzie, wiążą z tym jakieś ambicje polityczne. ■ Kazimierz Kutz nazwał „Czarny ogród” dziełem Pani życia. To wielki komplement dla książki, ale to w jakimś sensie umniejsza rangę wszystkiego, co zrobiła pani do tej pory. I brzmi trochę jak wyrok (śmiech). Tak jakbym nie miała napisać już nic lepszego. A bardzo bym chciała. Parę lat temu byłam w muzeum, które dziś jest najpopularniejsze w Stanach Zjednoczonych. Znajduje się na Ellis Island, wyspie w Zatoce Nowojorskiej. W 1892 roku powstała tam stacja imigracyjna czynna do 1954 roku, przez którą przeszło kilkanaście milionów imigrantów. To jest trochę jak Giszowiec – małe, ograniczone miejsce, przez które przewaliła się historia. Miejsce nadziei, bo ogromna większość imigrantów urządziła się w Ameryce, ale też dramatycznych deportacji, niewyobrażalnych tragedii. W zeszłym roku szukałam w Internecie jakichś wiadomości genealogicznych i natknęłam się na stronę muzeum na Ellis Island, bo ma ono program poszukiwań osób, które przeszły przez tę stację. Przypomniałam sobie wtedy zwiedzanie tego muzeum. Pomyślałam – przecież to wielki temat! Sprawdziłam w polskich bibliotekach – nie mamy polskiej książki o Ellis Island i nie przetłumaczyliśmy żadnych książek wydanych o niej na Zachodzie. Natychmiast tam poleciałam. Pracowałam na wyspie dwa miesiące. Tak to jest w życiu reportera – tematy same nas znajdują. • Małgorzata Szejnert – dziennikarka, reporterka, redaktorka. W czasie stanu wojennego wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Po powrocie współtworzyła „Gazet´ Wyborczà”, w której przez kilkanaÊcie lat kierowała działem reporta˝u. Jest autorkà kilku ksià˝ek, m.in. „Sławy i infamii” – wywiadu rzeki z prof. Bohdanem Korzeniowskim. Przeszła na emerytur´, ale nie przestała pisaç. Jej najnowszà ksià˝k´ „Czarny ogród” Kazimierz Kutz nazwał „dziełem ˝ycia autorki”. Małgorzata Szejnert buntuje si´ przeciwko takim ocenom. ZaÊwiadcza, ˝e jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. 23