nr 5 - PDF Pismo Studenckie PDF

Transkrypt

nr 5 - PDF Pismo Studenckie PDF
MECENAS PISMA
STYCZEŃ nr 1 (5)/2008 ISSN 1898-3480
Konkursy
Przepis na wst´p
Gdzie si´ zacz´łam – Stefania Grodzieƒska
ROZBIEGÓWK A
ROZBIEGÓWK A
• na rynku czytelniczym jesteśmy stale obecni od 1956 roku
• wydania w każdy czwartek
• nasi Czytelnicy to mieszkańcy Zabrza (190 tysięcy)
i Rudy Śląskiej (150 tysięcy)
• tematy społeczne, samorządowe, gospodarcze, ekologiczne
a także sport, wydarzenia, historia, kultura i rozrywka w naszym
stałym zainteresowaniu
• promujemy twórców, artystów, menedżerów a także imprezy
publiczne o charakterze kulturalnym, politycznym, sportowym
• kreujemy wizerunek firm i promujemy ich produkty
• realizujemy zlecenia ogłoszeniowe i reklamowe przedsiębiorców
i osób prywatnych
Redakcja Głosu Zabrza
i Rudy Śląskiej
Dział Promocji i Reklamy,
tel. 032 271-46-89,
tel./faks 032 271-09-76,
skrzynki e-mail:
[email protected],
[email protected]
41-800 Zabrze, ul. Brysza 8
Konkurs 1:
Dokładnie przeczytaj
ostatni numer
miesięcznika Press (na okładce Kącki i Lis)
i odpowiedz na 3 poniższe pytania:
1. Przy produkcji jakiego programu pracował Rinke
Rooyens, kiedy pojawił się w Polsce?
2. Kto najczęściej zagląda na portale plotkarskie:
osoby w wieku 15-24, 25-34, 35-54?
3. Jaka firma stworzyła technologię pozwalającą
zbadać rzeczywistą liczbę widzów oglądających
reklamy?
Spośród prawidłowych odpowiedzi, nadesłanych
przed 15 lutego 2008 roku, rozlosujemy jedną
półroczną prenumeratę miesięcznika „Press”
oraz książkę „Grand Press. Dziennikarskie hity”.
Na zgłoszenia czekamy pod adresem:
[email protected]
Grand Press 2002-2006 – zbiór najlepszych
materiałów dziennikarskich (materiały telewizyjne,
radiowe na dołączonych CD), nominowanych
i nagrodzonych w konkursie dziennikarskim Grand
Press, organizowanym przez wydawnictwo Press.
Można je zamówić na stronie wydawnictwa
www.press.pl/prenumerata,
e-mail: [email protected]
lub telefonicznie 061 861 66 14
UWAGA! Dla studentów specjalna oferta rocznej
prenumeraty miesięcznika Press – 12 numerów
w cenie 5 (69 zł).
Konkurs 2:
Wygraj podwójne zaproszenie do teatru!
Odpowiedz, jaki jest tytuł ostatniej premiery
wystawianej w teatrze Wytwórnia.
Spośród poprawnych odpowiedzi nadesłanych przed
15 lutego rozlosujemy 5 podwójnych zaproszeń.
Na zgłoszenia czekamy pod adresem mailowym
[email protected]
z dopiskiem „teatr”.
Konkurs 3:
Dla czytelników PDF czekają 4 zimowe zestawy
(kask, termos termiczny oraz czapka) ufundowane
przez markę Żywiec.
Wystarczy odpowiedzieć na poniższe pytanie
i przesłać ją na adres [email protected]
przed 22 lutego z dopiskiem „na śniegu”.
W jakich najpopularniejszych polskich kurortach
8 lutego rozpocznie się akcja zima „Na śniegu”?
REDAKCJA
redaktor naczelny
Paweł H. Olek
kierownicy działów:
dziennikarstwo – Alicja Bobrowicz
fotografia – Edyta Ganc
kultura – Anna Grzywacz
zespół redakcyjny
Emil Bożechowski, Tomasz Betka, Jan
Dąbkowski, Anna Grzywacz, Agnieszka
Juskowiak, Magdalena Karst, Adam
Kisiołek, Marcin Łączyński, Alicja
Matyja, Patrycja Mic, Joanna Sawicka,
Maria Skorupska, Agnieszka Wójcińska,
Wioletta Wysocka
współpraca:
Jan Brykczyński, Jolanta ChowaniecSośniak, Łukasz Cwojdziński, Marzena
Indra, Łukasz Janicki, Maciej Pisuk
stały felieton: Andrzej Zygmuntowicz
projekt graficzny i skład DTP:
Karol Grzywaczewski
na okładce wykorzystano zdjęcie z
programu „Rozmowy z mistrzem”,
fot. TVN
korekta: Joanna Sawicka
WYDAWCA
Instytut Dziennikarstwa
Uniwersytetu Warszawskiego
koordynator wydawcy:
Grażyna Oblas
druk: Agora
nakład: 10 tys. egz.
Internet
kopnie tv
adres redakcji:
PDF pismo warsztatowe
Instytutu Dziennikarstwa UW
ul. Nowy Świat 69, pok. 51 (IV piętro),
00-046 Warszawa, tel. 022 5520293,
e-mail: [email protected]
dyżury redakcyjne:
wtorek, środa, czwartek 14:00-18:00
Kolegia: każda środa godz. 19:00
Zapraszamy do współpracy w redakcji
i biurze reklamy
więcej tekstów w portalu
internetowym: www.redakcja24.pl
To był dobry rok. Gospodarka
rozpędzona na skalę
niespotykaną od 10 lat, mamy
(podobno) więcej pieniędzy w
portfelach, mocna złotówka,
słaby dolar, a minione święta
najbogatsze po 1989 roku.
Atmosfera dobrobytu udzieliła
się i mediom, zwłaszcza
telewizji.
To był rok telewizji. A dokładnie
jednej stacji - Polsatu.
Ściągnięcie Niny Terentiew
na dyrektora programowego
to jedno z najlepszych
posunięciem w historii tego
kanału. Zamiast styczniowolutowych powtórek, jakie
funduje co roku TVN, Polsat
zaryzykował i zainwestował w
atrakcyjną ramówkę składającą
się z nowości i hitów (show „Jak
oni śpiewają”, serial „Skazani
na śmierć”). I niemal od razu
na tym zyskał. Wizerunkowo
- stając się telewizją
wielkomiejską, oglądalnością
i w końcu udziałami w rynku
reklamowym na tyle, że
Zygmunt Solorz wycofał się
z umowy sprzedaży udziałów
koncernowi Axel Springer.
Ten rok będzie zapowiedzią
poważnych przetasowań
w lokowaniu budżetów
reklamowych w następnych
latach. Już nie dziwi
korzystanie z internetowych
kont bankowych przez
emerytów. Portale
społecznościowe, gry MMO,
Second Life, telewizja
internetowa to nowe trendy
stron www, ale ciągle mało
znaczące, by przewrócić rynek
medialny do góry nogami.
Czym będzie docelowo internet
i jak wirtualna sieć podkopie
pozycję telewizji? Przekonamy
się o tym w nadchodzącym
roku.
Paweł H. Olek
redaktor naczelny
Wysłuchała Magdalena Karst
Stefania Grodzieńska: Odkąd
sięgam pamięcią, zawsze coś
pisałam. W czasach gimnazjalnych przez kilka lat prowadziłam
gazetkę ścienną. Byłam wydawcą
i jedynym autorem. Moja cudowna
wychowawczyni, która wszystko
rozumiała, pozwoliła mi przypinać gazetkę do szkolnej tablicy
ogłoszeń. To była podwójna kartka wyrwana ze środka zeszytu.
Przypinałam ją każdego dnia rano,
a zdejmowałam po dwóch dniach.
Codziennie do tablicy ogłoszeń były
przyczepione dwie gazetki – bieżąca i wczorajsza.
O mojej gazetce bez przerwy dyskutowało się na pauzach. Opisywałam życie naszego żeńskiego gimnazjum. Obserwowałam uważnie,
co dzieje się w mojej klasie. W pozostałych miałam korespondentki,
które rzetelnie zdawały mi relacje.
Zachowywałam dziennikarską lojalność i kiedy pisałam o którejś
z dziewczynek, wymieniałam tylko
jej imię i pierwszą literę nazwiska.
Oczywiście i tak wszystkie wiedziały, o którą chodzi.
ryś ze swoich tekstów pokazała
Jàrosemu. Więc pokazałam. Po jakimś czasie Jàrosy oddał mi teksty
i powiedział: „Te śmieci to możesz
sobie wziąć, a ten skecz zagram
z Leną Żelichowską (aktorka dramatyczna i rewiowa międzywojnia).
Jest jeden warunek – skecz wystawimy anonimowo”. Jak powiedział,
tak się stało – na afiszu w miejscu
mojego nazwiska pojawiły się trzy
gwiazdki. Gdy wyszło na jaw, że to
ja byłam tajemniczą autorką, wielokrotnie pytano mnie, jak mogłam
zgodzić się na coś podobnego. A ja
zawsze odpowiadałam – „A jak mogłam się nie zgodzić, skoro przede
mną skecze dla Cyrulika Warszawskiego pisali tacy autorzy jak Tuwim czy Hemar!? Świadomość, że
Żelichowska i Jàrosy będą na scenie
grali mój skecz mogła przewrócić mi
w głowie. Od tego zaczęło się moje
pisanie: skeczy, monologów, żartobliwych recenzji do prasy codziennej.
dowiedziałam się, że Andrzej Wajda
też nie ma matury. I proszę – to mu
nie przeszkodziło w karierze.
Przez całe życie obiecywałam sobie, że się douczę, że
zdam maturę. Okazało się, że to
nie jest wcale takie proste. Już po
dziewięćdziesiątce rozmawiałam
z profesorem Bralczykiem, którego
uwielbiam: „Panie profesorze, czy
ja mogłabym zdać maturę?”. „Eksternistycznie. Tylko eksternistycznie”. „Ale ja jestem słabiutka z matematyki”. Profesor machnął ręką
i pobłażliwym tonem powiedział:
„To niech pani już to zostawi”.
Wykonywałam w swoim życiu
wiele zawodów, ale jedyny dyplom, jakim mogę się pochwalić,
to dyplom szkoły baletowej. To
nim wylegitymowałam się, kiedy
pod koniec wojny przyjmowano
mnie do Polskiego Radia. Jego siedziba mieściła się wówczas na drugim piętrze najzwyklejszej lubelskiej kamienicy. Szukano partnerki
dla znakomitego spikera Tadeusza
Chabrosa – tego, który kilka miesię-
rys. Maria I. Szulc
R EK L A M A
Spotkałam Alicj´
W klasie przedmaturalnej
moja gazetka wywołała aferę.
Finał był taki, że wyrzucono mnie
ze szkoły. Powodem był nazwa gazetki, brzmiąca: „Pokój narodom”
i nijak mająca się do treści. To było
na wiele lat przed wojną, ale już
wtedy czuło się, że coś złego wisi w
powietrzu. Ponieważ w 1917 r., kiedy wybuchła rewolucja, mieszkałam
w Rosji, doskonale wiedziałam, jak
wygląda wojna. Chciałam walczyć
o pokój. Nie bardzo wiedziałam jak,
ale przyszedł mi do głowy ten tytuł
i postanowiłam zapisać go dużymi
literami. W tekście nic na ten temat
nie było. Napisałam tylko, że Elę S.
widuje się często z Krysią M., ale
przecież Ela siedzi z zupełnie inną
dziewczynką, więc one na pewno
są skłócone. Słowem – nic głupszego nie można było sobie wyobrazić.
Jedna z dziewczynek (natychmiast
poinformowano mnie która, bo
wszędzie miałam swoich ludzi) była
tym tytułem oburzona i doniosła
na mnie dyrekcji. Powiedziała, że
jestem komunistką, że podaję się
za Polkę, a to nieprawda, bo jestem
Rosjanką. Przełożona szkoły wezwała mnie, wzięła w ramiona i powiedziała: „Stefciu, musisz odejść ze
szkoły”. Stałam jak wryta: „Jak to?”.
„Ja ci powiem jak jest – otóż zrobili
z ciebie komunistkę. Nie zadawaj
żadnych pytań, na żadne z nich nie
odpowiem. Bardzo mi przykro…”.
Gdy teraz ktoś pyta mnie o wykształcenie, mogę z ręką na sercu
odpowiedzieć – niepełne średnie.
Ale jak napisałam w jednej z książek, byłam przeszczęśliwa, gdy
cy później swoim pięknym, dźwięcznym głosem zakomunikował koniec
wojny. Pamiętam, że staliśmy za
jego placami i płakaliśmy ze wzruszenia. Ale po kolei.
W przesłuchaniach wzięło udział
kilka dziewczyn. Potem „wielki dyrektor” Władysław Kopaliński opowiadał mi, że każda z nich miała
jakiś feler – jedna sepleniła, druga
nie radziła sobie z tremą, z trzecią
też coś było nie tak. Wybrano mnie
i zostałam pierwszą spikerką Polskiego Radia. Tak rozpoczęła się
moja cudowna przygoda z radiem
i wieloletnia przyjaźń z Władysławem
Kopalińskim. Nie potrafię mówić
o nim z obojętnością, bo był naprawdę wspaniałym człowiekiem. Nigdy
umyślnie nie zrobił nikomu przykrości. Dla nas, którzy przeżyliśmy IV
Rzeczpospolitą, może się to wydawać niewiarygodne, ale Władek był
człowiekiem pozbawionym żółci.
Przez pierwszy okres naszej znajomości zwracałam się do niego per
„panie dyrektorze”, bo on był wielkim dyrektorem a ja młodą adeptką.
Ale w końcu zwrócił mi uwagę, że
jest ode mnie niewiele starszy i że
pora skończyć z tymi głupstwami.
Nie wypadało sprzeciwiać się dyrektorowi i przeszliśmy na ty. Umarł,
mając dziewięćdziesiąt dziewięć
i pół roku, a umysł miał taki, jak wtedy, kiedy się poznaliśmy. Wielki.
Kochałam radio, ale porzuciłam je dla telewizji. Dałam się
złapać na lep. Ale nie był to lep
większej gaży. Nigdy bym tego nie
zrobiła dla pieniędzy. Nawet gdy-
by mi je zaproponowano, chociaż
nikt nie zaproponował. Po prostu
urzekło mnie to, że w telewizji jest
obraz. Gdy oznajmiłam w radiu, że
odchodzę, usłyszałam, że w każdej
chwili mogę wrócić. Nie skorzystałam. Sama nie wiem dlaczego, bo
wielokrotnie miałam na to ochotę.
Wolę radio i już.
Ale telewizja na chwilę mnie
oczarowała. Byłam autorką pierwszego serialu, jaki emitowano na
żywo. Nazywał się „Szklana niedziela”. Występowały w nim trzy osoby:
ojciec – Andrzej Szczepkowski, matka – Danusia Szaflarska i córka – Ela
Złotowska. Niezła obsada, prawda?
Oni tworzyli rodzinkę, która co dwa
tygodnie w niedzielę (nie podejmowałam się robić serialu co tydzień)
zasiadała do oglądania telewizji i komentowała wszystko, co działo się
na ekranie. Kłócili się, spierali, każdy
miał swojego ulubieńca, ot, normalne życie rodzinne. Serial nadawany
był na żywo, tak jak wszystko wówczas – od „Dziennika” po „Teatr Telewizji”. Przez dwa tygodnie biegałam
po redakcjach, sprawdzałam, co
danego dnia będzie można na ekranie zobaczyć i pisałam scenariusz.
Margines improwizacji był spory, bo
czasami w ostatniej chwili wprowadzano zmiany w programie, a my
musieliśmy na to natychmiast reagować. Czułam się spokojna, bo Andrzej Szczepkowski był mistrzem
improwizacji, ale i tak cały czas siedziałam z boczku i czuwałam nad
całością. Od czasu do czasu wprowadzałam zmiany w scenariuszu,
pisałam je wielkimi kulfonami na
kartce, którą dawałam Andrzejowi,
a on z niezwykłym wyczuciem wygłaszał te zdania w najodpowiedniejszym momencie.
Nie mieliśmy zamiaru robić satyry,
bo zły to ptak, który własne gniazdo kala. Ponieważ telewizja była
naszym gniazdem, wszystko raczej
nam się podobało. O „Dzienniku” nie
mogłam nic pisać ze zrozumiałych
względów. Ale gdy jakiś program
był potwornie nudny, Andrzej dawał
temu wyraz wymownie ziewając. To
był serial na miarę tamtych czasów,
niedoskonały, ale byliśmy z niego
bardzo dumni. Do dziś kręci mi się
w oku łza, gdy ktoś zaczepia mnie i
wspomina moją „Szklaną niedzielę”.
Nie skończyłam szkoły, która
liczy się do wykształcenia, ale
profesorów miałam nie z tej ziemi.
Sztuki aktorskiej uczył mnie sam
Fryderyk Jàrosy (reżyser teatralny
i dyrektor wielu teatrów międzywojennej Warszawy – przypis redakcji),
który w czasie wojny przez długi
czas dzielił pokój ze mną i moim
mężem w mieszkaniu moich teściów. Jàrosy żądał, żebym każdego
wieczora obydwu panów zabawiała improwizowanymi monologami,
bo przecież wtedy nie mieliśmy
ani książek, ani radia. Wymyślałam
fabułę, postaci i w każdą z tych postaci się wcielałam. Nie domyśliłam
się, że Jàrosy przygotowuje mnie na
partnerkę do konferansjerki.
Jeszcze przed wojną czasem pisałam coś do szuflady i kiedyś
mój mąż zasugerował, żebym któ-
Aż któregoś dnia, tuż po wojnie, zadzwonił telefon i w słuchawce odezwał się głos Mariana Eilego, legendarnego twórcy
„Przekroju”. Mieszkaliśmy wtedy
z Jurkiem w Łodzi. Byłam przekonana, że Eile dzwoni do Jurka, więc
powiedziałam: „Oddaję słuchawkę
mężowi”. Po chwili słyszę, jak Jurek
mówi: „Oddaję słuchawkę żonie”.
Wzięłam słuchawkę i słyszę: „No
i co? Pani rozporządza się tym, do
kogo dzwonię, a ja dzwonię do pani…”
i zaproponował mi pisanie cotygodniowego felietonu do „Przekroju”.
Myślałam, że ktoś robi mi kawał, nie
mogłam uwierzyć, że to wszystko
dzieje się naprawdę. Ale to nie był
kawał. Odtąd w każdy czwartek
biegłam rano na dworzec i świeżo
napisany felieton oddawałam do
rąk konduktora, podróżującego pociągiem relacji Łódź-Kraków.
Ponieważ były to czasy szalejącej cenzury, wymyśliłam postać Alicji. Pierwowzorem była
prawdziwa Alicja, spikerka radiowa. Pamiętam jej nazwisko, ale nie
zdradzę, ponieważ Alicja to była
wzorcowa kretynka. Każdy felieton
do „Przekroju” rozpoczynałam zdaniem: „Spotkałam Alicję”, a potem
opisywałam moją i Alicji wymianę
zdań. Moje poglądy były prorządowe i proradzieckie, za to Alicja miała
wielkie pretensje do polityki. Żaden
z cenzorów się nie połapał. Ale czytelników zawsze miałam niezawodnych - nikt, kto miał trochę oleju w
głowie, nie podzielał opinii, które w
felietonie wyrażałam ja jako ja, za to
Alicja budziła pełną pobłażania dla
jej słabostek sympatię. To był najgenialniejszy pomysł mojego życia.
Eile był jednym z moich znakomitych profesorów. Ukształtował
mnie, zainspirował, skierował moją
uwagę na aktualną satyrę polityczną. Był jednym z twórców mnie.
Przepraszam, że się powtarzam: nie
mogę powiedzieć już nic nowego,
wszystko zużyłam. Jak napisałam
w jednej z moich książek: „Nigdy nie
byłam egoistką, ale zawsze byłam
egocentryczką”. Potrafię pisać tylko o sobie. I opisałam już chyba każdy fragment mojego życia. •
03
Raport
Raport
DZIENNIK ARSTWO
DZIENNIK ARSTWO
„Pudelek”, „Taniec z gwiazdami” i „Nasza-klasa” to największe
hity w mediach A.D. 2007. Nic dziwnego, skoro prasą i telewizyjną
publicystyką zawładnęły polityczne kłótnie, które przyczyniły się do
przedterminowych wyborów. Przynajmniej było ciekawie. Wydawcy
nie mogą narzekać. Mają za sobą dobry rok.
Marcin Łączyński
INTERNET
Wielka Piątka
Rok 2007 był rokiem wzmożonej
aktywności wielkich portali. Onet,
Wirtualna Polska, Interia, Gazeta.pl
i O2 to już od jakiegoś czasu nie tylko
poczta, wiadomości i wyszukiwarki internetowe. Popularne strony
tematyczne, a także internetowe
radio, telewizja i serwisy społecznościowe powoli zmieniają strony,
używane do niedawna jedynie do
obsługi poczty i wyszukiwania danych, w prawdziwe dobrze odżywione medialne rekiny. Na przykład
Interia.pl odnotowała po trzech
kwartałach roku 2007 przychody w
wysokości 45,7 milionów zł i zyski na
poziomie prawie 6 milionów zł. W porównaniu z analogicznym okresem
roku ubiegłego oznacza to wzrost o
ponad dwadzieścia procent. Stronę
odwiedza co miesiąc średnio ponad
6 milionów użytkowników.
Widz czy twórca?
Portale różnią się podejściem
do swoich pasm telewizyjnych. WP
stawia na rozrywkę i treści tworzone przez użytkowników. Onet.tv,
ciągle jeszcze funkcjonująca jako
wersja beta, dzięki porozumieniu
z platformą cyfrową n, stara się
proponować gotowe programy
nieco wyższej jakości niż konkurencja. Interia natomiast promuje
rozrywkę na żywo, obok interia.tv
tworząc platformę live.interia.pl,
którą można obsługiwać poprzez
komunikator iDesk.
Telewizja internetowa, mimo
ciągle nie najlepszej jakości obrazu
Społeczności
Także serwisy społecznościowe odnotowały bardzo dobry rok.
Grono.net przekroczyło liczbę miliona zarejestrowanych członków,
a założona w listopadzie 2006
roku nasza-klasa.pl błyskawicznie
osiągnęła poziom 7 milionów użytkowników. Dynamicznie rozwijają
się także polskie społeczności na
youtube.com i myspace.com, a youtube.com w czerwcu 2007 roku
uruchomił polskojęzyczną wersję
serwisu.
Na fali sukcesów tych społeczności, także największe portale
powołały podobne twory. Wirtualna Polska stworzyła studio.wp.pl,
gdzie użytkownicy mogą publiko-
Czy G(igant) pożre Pudelka?
PRASA
Obok rozwoju wielkich portali
i serwisów społecznościowych, rok
2007 przyniósł wysyp projektów
stricte rozrywkowych. Zaskakujący
sukces
satryczno-plotkarskiego
serwisu pudelek.pl, stworzonego
przez zespół o2.pl, natychmiast
sprowokował zmasowaną odpowiedź konkurencji. Kozaczek.pl, plotek.pl, ukaraj.pl, spiner.pl, sekson.
pl, pomponik.pl, zyciegwiazd.onet.
pl, gwiazdy.wp.pl, deser.gazeta.pl
– to tylko część stron zajmujących
się w jakimś stopniu plotkami z życia znanych ludzi. Prawdopodobnie
tym, co przyciągnęło konkurencję,
jest czysto marketingowy sukces
tego formatu. Jak podaje przedstawiciel serwisu pudelek.pl, stronę co miesiąc odwiedzają cztery
miliony użytkowników, a średnia
dzienna oglądalność kształtuje się
na poziomie pół miliona wejść. Jest
to wynik niewiele gorszy od tych
osiąganych przez wielkie portale:
na przykład Gazeta.pl przyciąga
co miesiąc około sześciu milionów
użytkowników.
Właśnie Agora, właściciel Gazety.
pl przygotowała najbardziej imponującą odpowiedź na sukces pudelka.
We wrześniu tego roku pod hasłem
„one page to rule them all” powstał
portal rozrywkowy G.pl, który ma łączyć wszystkie serwisy rozrywkowe
Agory, m.in. Plotek.pl, Infomuzyka.
Spadki
Mimo wzrostu dochodów z reklamy, rok 2007 nie był dobry dla
wydawców prasy drukowanej. Notowany na całym świecie spadek
czytelnictwa od dłuższego czasu
zauważalny jest także w Polsce.
Miniony rok nie przyniósł żadnego
przełomu, a co najwyżej pewną stabilizację. Najwięksi gracze w sektorze dzienników ponieśli relatywnie
niewielkie straty („GW” około 9%,
„Fakt” 5%), ale tytuły z kolejnych
miejsc nie mają się tak dobrze. Największym zaskoczeniem był znaczący spadek sprzedaży „Dziennika”, który od stycznia do września
2007 zmniejszył sprzedaż o ponad dwadzieścia procent. Jednak
przedstawiciele wydawcy ”Dziennika”, koncernu Axel Springer, tłumaczą, że tak wysokie straty są
normalne dla cyklu wydawniczego
nowego tytułu: - To naturalny cykl
w życiu nowej gazety. Pierwsze
miesiące charakteryzują się bardzo
wysoką sprzedażą, ponieważ wydawca zapewnia wysokie nakłady
promocyjne. Ma to na celu pozyskanie możliwie najwięcej wiernych
czytelników. W kolejnych latach
nakłady promocyjne są obniżane,
odpada także tzw. efekt nowości.
Stąd sprzedaż spada. Ekonomiści
powiedzieliby, że jest to efekt wysokiej bazy – wyjaśnia Michał Fijoł,
rzecznik prasowy Axel Springer
Polska. A jednak na inne uzasadnienia wskazuje medioznawca, prof.
Maciej Mrozowski. Jego zdaniem
spadek pozycji „Dziennika” w stosunku do pozycji „Gazety Wyborczej” wypływa z ogólnego spadku
zainteresowania prasą. – Ofiarą
tego w pierwszej kolejności będą
te gazety, które nie są głęboko zakorzenione i ich pozycja na rynku
jest słabsza, a taka jest właśnie
sytuacja „Dziennika” – ocenia prof.
Mrozowski. Śmielszą tezę postawił
jeden z publicystów „Rzeczpospolitej”. Jego zdaniem, od Dziennika
czytelnicy zaczęli się odwracać,
gdy coraz śmielej krytykował rząd
Jarosława Kaczyńskiego.
Nieco lepiej prezentuje się sytuacja tygodników, zwłaszcza tygodników opinii. Praktycznie wszystkim udało się utrzymać poziom
sprzedaży sprzed roku, a nawet
odrobinę go zwiększyć. Jest to jednak w większym stopniu zasługa
dodawanych do nich gadżetów, niż
efekt trwałego odwrócenia niekorzystnego dla prasy trendu.
Nowości
„Puls Biznesu” jest jednym z niewielu dzienników, który zanotował wzrost sprzedaży w 2007 roku.
04
pl, Ciacha.net, Deser.gazeta.pl czy
Groszki.pl. Drugim liczącym się graczem w sektorze stron rozrywkowoplotkarskich jest portal o2.pl, do którego, poza pudelkiem, należą także
egoisci.pl, kaprysy.pl czy lansik.pl.
fot. Łukasz Janicki
Media miały za sobą dobrze rozwijającą się gospodarkę, a niezła
koniunktura przełożyła się na
znaczący rozwój rynku reklamowego Oczywiście nie wszystkie
sektory rozwijały się równomiernie. Dzienniki ciągle znajdują się
w fazie kryzysu czytelnictwa,
a roczne spadki wahają się od
kilku procent („Gazeta Wyborcza”), do prawie dwudziestu pięciu („Dziennik”). Względną stabilność sprzedaży osiągnął rynek
tygodników, gdzie dominująca
„Polityka” nie odnotowała spadku i rok 2007 kończy z zerowym
bilansem zysków i strat. Jednocześnie – mimo problemów
z czytelnictwem – prasa drukowana osiągnęła siedmioprocentowy wzrost dochodów z reklamy. Podstawową przyczyną
jest koniunktura gospodarcza
napędzająca popyt na reklamę.
W ubiegłym roku najbardziej
skorzystały stacje telewizyjne,
które odnotowały rekordowy, bo
ponad dwudziestoprocentowy,
wzrost dochodów z reklamy.
Nie zahamował tego gwałtowny
rozwój Internetu. To telewizja
jest ciągle uważana za najskuteczniejsze i najbardziej masowe
medium reklamowe. Wzrost ten
byłby pewnie większy, gdyby nie
ustawowe ograniczenie ilości
czasu antenowego, jaki stacje
komercyjne mogą przeznaczyć
na reklamy. Ta bariera sprawiła,
że część budżetów reklamowych została skierowana do
innych mediów. Największa dynamikę przychodów z reklamy w
2007 odnotował Internet. Tutaj
przyrost osiągnął ponad czterdzieści procent, a wartość reklamy w portalach internetowych
to ponad 300 milionów zł i około
6 proc. wszystkich wydatków na
reklamę. To sieć www ma także
największy potencjał rozwoju
w roku 2008. Obecnie Internet
dociera do niespełna czterdziestu procent gospodarstw
domowych. Zapowiadana przez
władze niektórych wielkich
miast (m.in. Warszawy) budowa
bezpłatnych sieci WiFi może
praktycznie z dnia na dzień
skokowo zwiększyć potencjał
reklamowy sieci.
wać filmy, pliki dźwiękowe i zdjęcia,
Onet natomiast powołał do życia
serwis sciaga.onet.pl, skierowany
do uczniów wymieniających się
opracowaniami, gotowymi tekstami wypracowań czy ściągami.
Najistotniejszym debiutem prasowym w 2007 roku było niewątpliwie powstanie tytułu „Polska”, łączącego regionalne przedsięwzięcia Grupy Wydawniczej Polskapres-
fot. TVN 24
Dobry rok
i dźwięku, cieszy się ogromną popularnością. – Od momentu wdrożenia przebudowanej strony, tj. od
marca 2007, na grudniu kończąc,
WPtv notowała ciągły wzrost. Nie
było ani jednego miesiąca spadku
oglądalności – mówi Łukasz Skalik,
koordynator serwisu WPtv. Jego
zdaniem jest to zasługa odejścia od
sztywnej ramówki na rzecz metody
VoD (Video on Demand), czyli umożliwienia widzom tworzenia własnej
playlisty z gotowych programów.
Drugim istotnym czynnikiem, decydującym o powodzeniu projektów telewizji internetowej, jest
zachęcenie odbiorców do udziału
w jej tworzeniu. W przypadku wp.tv
rekordową oglądalność osiągnął
materiał z zarejestrowaną „zjawą”,
nadesłany 18 grudnia przez użytkownika serwisu. W ciągu dwóch
godzin od publikacji zobaczyło go
ponad 350 tysięcy odbiorców.
Lokomotywą kanału TVN 24 jest satyryczno-komentatorski magazyn „Szkło kontaktowe”. W 2007 roku
program oglądało o ponad 100 tys. widzów więcej niż rok wcześniej
se. Dziennik rozpoczął działalność
15 października, z nakładem około
650 tys. egz. Ma przed sobą niełatwe zadanie. Rynek zdominowany
przez „Gazetę Wyborczą” i jej lokalne dodatki oraz klika innych mocno osadzonych tytułów. Problemy
„Dziennika”, skądinąd bardzo ciepło powitanego przez ekspertów
i komentatorów, zwiastują jeszcze
większe trudności, jakie będzie musiała pokonać redakcja „Polski”. Po
niespełna trzech miesiącach działalności widać, że Polska nie traci
w tych regionach, gdzie Polskapresse miała wcześniej gazety regionalne, ale jednocześnie nie udaje się
jej na razie podbić nowych rynków.
Na przykład sprzedaż w Warszawie,
czyli na nowym dla Polskapresse
rynku, kształtuje się na poziomie
kilku tysięcy egzemplarzy.
Przejęcia
A w zasadzie jedno zaskakujące
przejęcie. W kwietniu 2007 Grupa ITI przejęła 49 proc. udziałów
w „Tygodniku Powszechnym”. Od
5 grudnia tygodnik wydawany jest
w mniejszym, bardziej poręcznym
formacie. Jest to pierwszy tytuł
prasowy grupy ITI. Przejęcie wywołało fale komentarzy i spekulacji,
dotyczących ewentualnych zmian
w „Tygodniku” i planów Grupy ITI.
Jak na razie jednak, poza drobnymi zmianami w redakcji (przyjście
m.in. Elżbiety Isakiewicz z „Newsweeka”), odświeżeniem layoutu,
zmniejszeniem formatu i zmianą
dnia ukazywania się gazety z wtorku na środę, w tygodniku nie nastąpiły rewolucyjne zmiany. Część ekspertów wskazywała także, że być
może przejęcie tygodnika ma być
elementem wzmocnienia programu religia.tv obecnego na platformie cyfrowej n od 15 października.
TELEWIZJA
Niewypał
Wejście do TV Puls przez News
Corporation Ruperta Murdocha
spowodowało, że wszyscy obserwatorzy rynku medialnego
w Polsce na chwilę wstrzymali oddech. Korporacja przejęła 25 proc.
udziałów w TV Puls jeszcze w 2006
roku, przez długi czas nie zmieniając ramówki stacji. Po zmianach w
zapisach koncesyjnych, w styczniu
2007 telewizja mogła zmodyfikować ramówkę. Z chrześcijańskospołecznej na ogólnotematyczną.
Od kwietnia News Corporation
kontroluje 35 proc. udziałów
w telewizji. W październiku pojawiła
się nowa ramówka, ze sztandarowym programem informacyjnym
Puls Raport nadawanym o 19.30.
– Nowa ramówka poskutkowała już
pewnym wzrostem widowni, jednak
nie zakładaliśmy, że będzie on skokowy – tłumaczy Dariusz Dąbski,
przewodniczący Rady Nadzorczej
TV PULS.
Do końca 2007 roku efekty zmian
były jednak niewidoczne. Jak podaje AGB Nielsen, pod koniec grudnia
średnia oglądalność telewizji oscylowała w okolicach 0,65 proc., dając
11 pozycję w rankingu stacji telewizyjnych. Sytuację może poprawić
fakt, że niedawno wygrała przetargi na nowe częstotliwości, m.in. we
Wrocławiu i Szczecinie. – Oznacza
to, że będziemy mogli dotrzeć dodatkowo do ponad 2 mln mieszkańców Polski. Jestem przekonany, że
zdobycie przez Telewizję PULS znaczącej pozycji rynkowej jest tylko
kwestią czasu – mówi Dąbski.
Na efekty radzą poczekać także
medioznawcy. – Rupert Mordoch
wkracza na rynek sobie nieznany, znacznie mniejszy od tego, na
którym poruszał się dotychczas.
Jednak za 3-4 lata ma on szansę
zyskać znaczącą pozycję, zagrażając nawet telewizji Polsat – ocenia
prof. Maciej Mrozowski.
Sformatowani
Wielkim sukcesem telewizji komercyjnych były w 2007 roku programy tworzone w oparciu o sprawdzone na zachodzie formaty. W ich
produkcji celuje zwłaszcza TVN oferując V i VI edycję „Tańca z gwiazdami”, które przyciągały przed ekrany
średnio 5 milionów widzów. Odpowiedzią Polsatu był program „Jak
oni śpiewają”, którego dwie edycje
przyciągały średnio nieco ponad
4 miliony widzów. Format „Tańca
z gwiazdami” zaczerpnięto z programu „Strictly Come Dancing”
z BBC One, a „Jak oni śpiewają” oparto na „Soapstar Superstar” stworzonym na potrzeby brytyjskiej
ITV. Także telewizja publiczna nie
zawahała się sięgnąć po zachodni
format, by nie pozostać w tyle za
konkurentami. TVP 2 wyemitowała
pierwszą edycję „Gwiazdy tańczą
na lodzie” opartą na „Dancing on
Ice” ITV i szykuje już kolejną.
Wedle danych AGB Nielsen najchętniej oglądanymi programami
są jednak nadal polskie seriale, produkowane przez TVP i niepowielające zachodnich pomysłów. „M jak
miłość” z prawie dziewięciomilionową widownią i „Na dobre i na złe”
z siedmioma milionami oglądających,
znacznie
wyprzedzają
wszystkie produkcje TVN czy Polsatu. Oparta na produkowanej
przez CBS „The Nanny” TVN-owska
„Niania” rzadko osiąga oglądalność
powyżej 4 milionów. Mimo takiego
rachunku, seriale oparte na zagranicznych formatach nadal dominują
w ramówce telewizji komercyjnych.
Przegrupowania
Rok 2007 był także czasem kilku
widocznych zmian personalnych
w telewizji. Pierwszym z istotnych
transferów było przejście Niny Terentiew z TVP do Polsatu (październik 2006) zakończone objęciem
przez nią stanowiska dyrektora
programowego tej stacji w kwietniu 2007.
Największe kontrowersje towarzyszyły odejściu Tomasza Lisa
z Polsatu. 19 września został on
odsunięty od prowadzenia tworzonych przez siebie „Wydarzeń”,
a 20. ogłosił, że kończy także prowadzenie „Co z tą Polską?” i odchodzi
z Polsatu. Jak sam mówił, powodem
takiej, a nie innej decyzji władz stacji, były rzekome naciski polityczne.
Tomasz Lis przeniósł swój program
do Internetu i przy współpracy portalu Gazeta.pl realizował projekt
„Co z Polską?”, którego pierwszy
odcinek ukazał się 27 września. Nie
na długo. W styczniu Tomasz Lis
ogłosił, że od 27 lutego poprowadzi
program publicystyczny w TVP2.
Romans z Internetem skończył się.
Wrzesień to także przejście Marcina Prokopa i Doroty Wellman,
prowadzących w TVP 2 popularne
„Podróże z żartem”, do programu
„Dzień dobry TVN”.
Za to z TVN pożegnał się (także we wrześniu) Hubert Urbański.
Stacja uzasadniła tę decyzję „nieudanymi negocjacjami finansowymi”. Rozstanie nie było jednak długotrwałe, bo już w styczniu 2008
Urbański powrócił na antenę jako
prowadzący reaktywowanych „Milionerów”.
Polsat, plus, N
Wielkim przebojem roku 2007
w telewizji okazały się platformy
cyfrowe. Ograniczona ilość często-
05
Raport
Drugi plan
DZIENNIK ARSTWO
RADIO
Tok
W minionym roku duże sukcesy
odnotowało radio Tok FM – jedyne
w Polsce „radio gadane” – jak mówi
o nim sekretarz redakcji, Barbara
Golas. – Słuchalność podniosła się
znacznie, z 0,72 do 1,13 proc, dając
stacji największy, spośród rozgłośni
ponadregionalnych, udział w rynku.
Złożyło się na to wiele czynników,
ale zapewne nie bez znaczenia jest
intensywna kampania reklamowa.
Najistotniejsze zmiany to częstsze
serwisy informacyjne (co pół godziny) oraz zwiększenie ilości programów publicystycznych w weekendy, a tym samym ujednolicenie
ramówki całego tygodnia.
Polskie Radio
Jeśli jednak mowa o zmianach, to
rekordowej ich ilości dokonało Polskie Radio SA. Od restrukturyzacji
poczynając – uproszczenia struktury zarządzania, zmniejszenia liczby
dyrektorów z 43 do 24, zwolnienia
200 pracowników, zwłaszcza doświadczonych pracowników (Tadeusza Sznuka, Marii Szabłowskiej).
Odbyło się to w atmosferze skandalu, gdy wiceprezes Polskiego
Radia, Jerzy Targalski, skrytykował
dziennikarzy z kilkudziesięcioletnim
stażem za ich wiek. – Wszystko odbyło się w porozumieniu ze związkami zawodowymi, pracownicy dostali dużą odprawę i nie zerwaliśmy
z nimi kontaktu – zapewnia rzecznik prasowy Polskiego Radia Tadeusz Fredro-Boniecki. – Nadal korzystamy z doświadczenia starszych,
a jednocześnie otworzyliśmy pole
młodszym – dodaje. Z programu
trzeciego Polskiego Radia odszedł
Marek Niedźwiecki.
Niewątpliwym sukcesem jest
poszerzenie zasięgu częstotliwości
„Jedynki”, która do tej pory, pomimo zobowiązania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji do udostępnienia
ogólnokrajowemu odbiorcy wszystkich czterech programów, była do-
06
stępna tylko dla mieszkańców dużych miast, docierając zaledwie do
jednej trzeciej odbiorców. Od kilku
miesięcy radiowej „Jedynki” mogą
słuchać już wszyscy w paśmie UKF.
Absolutną nowością dla słuchaczy
będzie radio Euro, które w kwietniu
br. zastąpi radio Bis i zajmie się m.in.
nadawaniem programów sportowych oraz relacjonowaniem wydarzeń związanych ze zbliżającą się
olimpiadą w Pekinie.
Złote Przeboje
Tymczasem Radio Złote Przeboje beztrosko cieszy się z pozyskania do swego zespołu jednego
z najbardziej cenionych dziennikarzy radiowych – Marka Niedźwiedzkiego, który prowadzi podsumowanie topów wszechczasów, z końcem roku mających przekształcić
się w listę przebojów. Nowe audycje
to „Tekstylia” Jacka Cygana – autora
tekstów wielu przebojów oraz „Hołdys Guru” – dawniej transmitowana
przez MTV. W tym roku pojawił się
też program „Co słychać”, podsumowujący najważniejsze wydarzenia dnia.
w Polsce. Względna przewidywalność sceny politycznej pozwala
patrzeć na nią nieco bardziej optymistycznie niż przez ostatnie kilka
lat. Rozwój Internetu i technologii
cyfrowych, a także rosnąca stabilność polskiego rynku dają podstawy by sądzić, że także przyszły rok
będzie stał pod znakiem rozwoju
nowych technologii, gadżetów,
formatów i społeczności sieciowych. Być może przyrost wartości
rynku reklamy przyciągnie do Polski nowych inwestorów. Na pewno
będzie okazją do wykazania się dla
tegorocznych debiutantów: „Polski”, „Naszej-klasy” czy odświeżonej TV PULS. Jak będzie naprawdę?
Czy rok 2008 czymś nas zaskoczy?
Odpowiemy za rok. •
Współpraca Wioletta Wysocka
fot. Edyta Ganc
tliwości naziemnych przestaje być
problemem w przypadku łącz cyfrowych, stąd platformy mogą sobie
pozwolić na tworzenie coraz to nowych kanałów tematycznych. TVN
MED, TVN Style, TVN CNBC Biznes,
TVN Meteo czy religia.tv to przykładowe kanały dostępne na platformie cyfrowej n, należącej do Grupy
ITI. Dwie pozostałe platformy (Cyfra
+ i Polsat Cyfrowy) ustępują n pod
względem ilości własnych programów, ale znacznie wyprzedzają ją,
jeśli chodzi o liczbę odbiorców. Cyfra
+ ma ponad milion abonentów, Cyfrowy Polsat dwa razy więcej, podczas gdy n na razie dociera do 200
tys. gospodarstw domowych. Platforma ITI jest jednak najnowocześniejszą z dostępnych na polskim
rynku: jako pierwsza wprowadziła
wideo na żądanie (VoD) czy telewizje wysokiej rozdzielczości (m.in.
sport HD czy Dicovery HD), a także
nowoczesny dekoder nBox Recorder, wyposażony w twardy dysk
o pojemności 250 GB, czy dostęp do
internetowej usługi nRadio.
DZIENNIK ARSTWO
prof. Maciej Mrozowski
medioznawca, Instytut Dziennikarstwa UW
Podsumowujàc miniony rok, mo˝na zauwa˝yç kilka najwa˝niejszych tendencji zachodzàcych na rynku medialnym. Kosztem prasy cz´Êciej wybieramy media audiowizualne (równie˝ osoby z wykształceniem Êrednim
i wy˝szym), a na coraz powa˝niejszego konkurenta wyrasta Internet. To
oczywiÊcie tendencja ogólnoÊwiatowa i proces historycznie nieunikniony. Martwi pogł´biajàcy si´ kryzys mediów publicznych, ich tendencja do
degeneracji programowej i odejÊcia od misyjnoÊci. Znikajà pozycje ambitne, a sił´ rozp´du kontynuowane sà podstawowe formaty, czyli głównie
seriale telewizyjne. Nast´puje upartyjnienie programów publicystycznych,
szczególnie widoczne właÊnie w 2007 roku. Cz´Êç programów w telewizji
publicznej zostało upartyjnionych, z drugiej zaÊ strony widoczna była rola
wydawców prywatnych („Polityki”, „Gazety Wyborczej”, TVN) w ostatnich
wyborach, którzy prowadzili otwartà wojn´ przeciw PiS-owi i zmobilizowali do głosowania wrogi partii Jarosława Kaczyƒskiego elektorat.
Co przyniosà nast´pne lata? Je˝eli nastàpi spadek koniunktury, media,
zwłaszcza komercyjne, na tym stracà. MyÊl´, ˝e coraz uwa˝niej b´dzie si´
nam przyglàdaç Unia Europejska, a je˝eli rynek b´dzie dobrze funkcjonował, niewykluczone, ˝e pojawià si´ nam nim nowi inwestorzy.
R EK L A M A
Eska
Biuro rzeczy
ogłoszonych
Radio Eska uruchomiło sześć
internetowych kanałów tematycznych, zapewniających prosty
i szybki dostęp do jeszcze większej
ilości hitów ze swojej anteny. Każdy z nich stanowi sformatowaną
stację radiową, nadającą wybrany
rodzaj muzyki, nad którą czuwają
szefowie muzyczni sieci Eska. O wyborze hitów decydują też sami słuchacze – użytkownicy Fabryki Muzy.
W ramówce przybył też nowy cykl
muzyczny, oparty na współpracy
z legendarnym londyńskim Ministry
of Sound. Na mocy zawartej umowy Eska otrzymuje wyłączność na
emitowanie autorskich setów muzycznych DJ-ów tego klubu. Tak,
jak wcześniej wspomniane stacje,
tak i ESKA ocenia miniony rok jako
udany. Dokonane zmiany wydają się
korzystne, sukcesem okazała się
też letnia trasa koncertowa „Hity
na czasie”, która zdołała zgromadzić
czołowych przedstawicieli tegorocznej sceny w Polsce i w Europie.
Joanna Sawicka
Cisza przed burzą? Cisza po
burzy?
Rok 2007 w mediach był spokojny. Podejrzanie spokojny, jeśli spojrzeć na całą poprzednią dekadę.
Stabilny i duży wzrost gospodarczy zasilał rynek reklamy. Rzadkie
spadki sprzedaży, nawet, jeśli były
spore – przykład „Dziennika” – nie
doprowadziły do upadku żadnego
tytułu. Nowe projekty – „Polska” i TV
PULS – zapowiadają się obiecująco.
Serwisy społecznościowe i nowe
rodzaje portali (rozrywkowe, informacyjne) podbijają rynek, także reklamowy. Nawet spory personalne
w Polsacie czy TVP, mimo licznych
kontrowersji i dużego kalibru wytaczanych zarzutów, w niczym nie
przypominały gigantycznych afer
sprzed kilku lat.
Czy rok 2008 będzie równie spokojny i dostatni? Eksperci nie widzą
na razie poważniejszych zagrożeń dla koniunktury gospodarczej
w te
ca 20 08
w
r
e
z
c
7
2
–
o
g
r minie: 25 lute
ziennikarskiego
u Szkolnic tw a D
na rzec z Rozw oj
ja
ac
nd
Fu
r:
to
a U W ).
Or ganiza
ie Dziennikars tw
uc
yt
st
In
zy
pr
a
(dział ając
3, 0 50 2 82 5 49 2
Tel. (2 2) 55 20 29
redakcja24 .pl
m: redakcja24 @
se
re
ad
d
po
go
lute
Zg łoszenia do 20
.pl
w ięcej informac
ji: w w w.redakcj
a24
Irmina Żernicka
prowadzi biuro
ogłoszeń przy
Grochowskiej od
1994 roku. W ciągu
czternastu lat swojej
pracy przyjęła
tysiące anonsów
i rozmawiała
z setkami klientów.
Raz z wysłannikiem
cywilizacji
pozaziemskiej.
Żernicka przyjmuje ogłoszenia,
które mają ukazać się w prasie,
m.in. „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Życiu Warszawy”, „Echu
miasta”, i telegazecie. Ruch w interesie jest zmienny i zależy głównie
od... pogody, bo, jak mówi, deszcz
zniechęca do wychodzenia z domu.
Najczęściej współpracuje z prywatnymi firmami i zakładami pogrzebowymi, a ogłoszenia z gatunku
„Pan pozna panią” powoli odchodzą
w zapomnienie.
Biuro ogłoszeń znajduje się na
warszawskiej Pradze, w połowie
drogi między stadionem a rondem
Wiatraczna. Pomalowany na biało
tynk wyróżnia je z ciągu szaroburych elewacji przy Grochowskiej.
Ciężka, ciemna kotara, zawieszona
nad drzwiami, oddziela wnętrze
od zgiełku ruchliwej ulicy. Przez
okno widać billboard z wymownym
hasłem reklamowym: „Nie skazuj
na śmierć zawodową”. W środku
panuje taki spokój, jakby czas się
zatrzymał. Po wejściu słychać tylko
„dzień dobry kochanie” i po chwili widać już Irminę, która schodzi
z góry, żeby przywitać się z klientem. Właścicielka zajmuje miejsce
przy dużym, czarnym biurku, pełnym gazet, wydruków i niezbęd-
nych w pracy drobiazgów. Siada
wygodnie w fotelu i zaczyna rozmawiać. Głównie o tym, co skłoniło
interesanta do wykupienia anonsu.
W doradzaniu pomaga kamienna
kula, czyli mała, dekoracyjna fontanna ustawiona na blacie.
Trudne początki
Biuro ogłoszeń założył w 1994
roku brat Żernickiej i zaproponował
jej prowadzenie firmy. Irmina przyjęła propozycję. Na początku interes
się nie kręcił, bo klientów było jak na
lekarstwo – jedna, może kilka osób
dziennie. Brat chciał zamknąć biuro, ale Żernicka włożyła wiele pracy
w jego prowadzenie. Zdecydowała
się przepisać firmę na siebie, a potem na syna, który oficjalnie jest
właścicielem od pięciu lat. – Ja mu
niby tylko pomagam, ale widać, jak
jest – mówi.
Teraz Irmina zajmuje się wszystkim sama, ale kiedyś miała pomocnika. – Pracy jest mało, a dwie osoby tutaj to był już tłok – stwierdza
patrząc na drugie, puste krzesło,
które stoi przy jej biurku.
Kiedyś było kolorowo
W połowie lat dziewięćdziesiątych ogłoszeń było znacznie więcej.
– Kiedyś reklamy były większe i bardziej kolorowe. Ludzie mieli pracę
i pieniądze... Teraz to się tylko patrzy, żeby było jak najtaniej – stwierdza. Dziś współpracuje głównie
z przedsiębiorstwami i zakładami
pogrzebowymi, które kierują do
prasy nekrologi. Osoby prywatne
najczęściej chcą sprzedać lub wynająć mieszkanie, oddać w dobre
ręce psa czy kota, sprzedać samochód, dawać korepetycje lub
podziękować lekarzom za powrót
do zdrowia. Najwięcej ogłoszeń jest
do południa, bo wtedy zamówienia składają firmy. Zdecydowanie
większy ruch jest również pod koniec tygodnia, kiedy to ukazują się
w prasie oferty pracy i informacje
z rynku nieruchomości. Żernicka
stara się przekonywać klientów do
zamieszczania ogłoszeń w różnych
gazetach, bo każda dociera do innej grupy odbiorców. – Zawsze to
proponuję, żeby inne gazety się na
mnie nie obraziły, bo to nasz wspólny interes – mówi Irmina. Dba też
o własne potrzeby – co jakiś czas
wychyla się zza biurka i sprawdza,
czy w piecyku, którym ogrzewa
biuro, nie skończył się gaz. Kiedy
płomień gaśnie, dzwoni do dostawcy i przekonuje go, że zimno nie
sprzyja prowadzeniu interesu. Zwykle się udaje, i jeszcze tego samego
dnia piecyk znowu jest ciepły.
Przychodzi mama do biura
- Kiedyś przyszedł do mnie
sześćdziesięcioletni mężczyzna
z mamą. A właściwie to ta staruszka go przyprowadziła. Całe życie
widać chuchała na niego, ale dość
późno zorientowała się, że musi go
ożenić. Wykupiła ogłoszenie matrymonialne, by jak najszybciej znaleźć
wybrankę dla sędziwego kawalera.
Przychodziły potem na adres biura
odpowiedzi na ten anons, ale nie
wiem, jak się dalej sprawy potoczyły – opowiada.
Innym razem przyszedł tata, ale
w całkiem innej sprawie. Ktoś zażartował sobie z jego córki i podał
jej numer do rubryki towarzyskiej.
Skutkiem tego odbyła wiele nieprzyjemnych rozmów z potencjalnymi klientami, chociaż w wiadomym zawodzie nigdy nie pracowała. Zbulwersowany ojciec odwiedził
wcześniej już kilka biur, ale nie znalazł winowajcy. Żernicka też mu nie
pomogła, bo u niej nie było żartownisia z takim ogłoszeniem.
Irmina uważa, że najlepszym
miejscem na znalezienie małżonka są agencje matrymonialne, bo
głównie one wykupują takie ogłoszenia w prasie. Czasem zdarzają
się jednak osoby, które poszukują
szczęścia na własną rękę. Mężczyźni piszą o sobie niewiele, ale wymagania względem potencjalnej partnerki mają spore. – Najlepiej, to żeby
była ładna, młoda i bez dzieci – mówi
Irmina. – A tak to się nie da – dodaje
z uśmiechem.
ca, również nie zostanie przyjęte,
bo mogłoby naruszyć jej prywatność. Ale, jak mówi Irmina, czasem
wystarczy tylko je przeredagować.
Wiele kłopotów sprawiały kiedyś
anonse towarzyskie, które powinny ukazywać się w osobnej rubryce.
Wiązało się to jednak z dodatkowymi kosztami, dlatego łagodzono ich
treść stwierdzeniem „masaż erotyczny”. Często sąsiadowały z nimi
informacje o masażach tajskich,
czy zwykłych zabiegach leczniczych, które nie miały nic wspólnego z prostytucją. Słowna zagrywka
okazała się więc nieskuteczna na
dłuższą metę.
Do biura Irminy trafił kiedyś dość
nietypowy klient, który twierdził, że
odbiera promienie z Syriusza. Młody
chłopak był przeświadczony o wielkim niebezpieczeństwie, które mu
grozi i chciał o tym poinformować
społeczeństwo. – Wtedy naprawdę się bałam, ale od psychicznie
chorych nie przyjmuje się ogłoszeń
– kwituje. Kłopotliwe mogą być
także nekrologi, bo nie wymaga
się świadectwa zgonu przy ich
zamieszczaniu. Na szczęście Żernickiej nie zdarzyło się nigdy, żeby
ktoś w ten sposób żartował z osoby żyjącej.
Dalsze losy
Żernicka rzadko dowiaduje się,
czy zamieszczenie ogłoszenia
przyniosło jej klientom oczekiwane
korzyści. Pani Danuta, listonoszka,
z racji wykonywanego zawodu często odwiedza biuro przy Grochowskiej. Zwykle tylko doręcza przesyłki, ale niedawno wykupiła anons
o sprzedaży samochodu. Kupiec
znalazł się szybko, więc umówiła
się z nim na oględziny auta. Pech
chciał, że dzień przed jego przyjazdem źle odłożyła słuchawkę
telefonu i następnego ranka była
nieuchwytna. Zrezygnowany kontrahent wrócił pierwszym pociągiem do Katowic, bo nie chciał ryzykować samotnych poszukiwań samochodu, który chciał kupić. Udało
mu się powtórnie skontaktować
z właścicielką auta i zdecydował się
na kolejny wyjazd do stolicy. Listonoszka czuła się jednak winna, że
za pierwszym razem obcy człowiek
jechał na darmo taki szmat drogi,
więc postanowiła obniżyć cenę samochodu, „za fatygę”.
Kokosów z prowadzenia biura nie
ma i nigdy nie było. Są za to dłużnicy
i sprawy w sądzie, bo już wiele osób
oszukało Żernicką. – Ale i tak nie zamknę biura, bo byłoby mi żal tego
wszystkiego – mówi. •
R EK L A M A
Bałam się
Nie każdy anons nadaje się do
zamieszczenia w prasie. Gazety
nie drukują treści obraźliwych czy
wulgarnych. Ogłoszenie o pięknej nieznajomej, która zauroczyła
przygodnie spotkanego młodzień-
07
Zapisz to Kisch
DZIENNIK ARSTWO
Zapisz to Kisch
Wycinek ˝yły
Czasem trzeba
uwierzyć, że da się
opowiedzieć historię
bez klasycznej
dramaturgii, punktów
zwrotnych, puenty.
Reportaż „Masz
mierny i idź” zaczyna
się w pewnym
momencie życia
bohaterów
i urywa parę lat
później. W każdej
chwili można by
dopisać ciąg dalszy.
■ Ten tekst jest nietypowy – nie
ma klasycznej dramaturgii, nie
opowiada o żadnym konkretnym
wydarzeniu. Jak doszło do jego
powstania?
Do Mariusza Szczygła, mojego kierownika, zwrócił się chłopak, który stracił
zdrowie w pracy. Pracował ciężko
w laboratorium fotograficznym
w bardzo złych warunkach i rozchorował się poważnie. Firma się z nim
rozstała, on nie może znaleźć kolejnej
roboty. Po prostu krwawa kapitalistyczna historia typu interwencja.
08
■ No właśnie. To częsty
problem, szczególnie młodych
dziennikarzy. Mamy ciekawych
bohaterów, mamy superhistorię,
ale zupełnie nie wiadomo,
z której strony się do tego
zabrać. Jak pani z tego
wybrnęła?
Miałam miliony szczegółów, które
nie układały się w żadną opowieść
w rozumieniu klasycznym – takim,
że historia się zawiązuje, są punkty zwrotne, następuje puenta,
a na koniec oczyszczenie. Pomógł
mi film. Poszłam do kina na „Bombon – El Perro”, słynnego reżysera
argentyńskiego Carlosa Sorina. To
historia Juana, który wędruje po
patagońskiej równinie i sprzedaje
noże. Interes mu nie idzie. Pewnego
razu spotyka kobietę, która prosi
go o pomoc przy naprawie samochodu. Naprawia jej auto, a ona daje
mu w prezencie olbrzymiego rodowodowego argentyńskiego doga.
I tu zaczyna się historia Juana i psa
Bombona. Kolejne zdarzenia przenoszą ich w różne miejsca i w pewnym momencie trafiają na kogoś,
kto radzi Juanowi, żeby wystawił
psa na wystawie. I w zasadzie opowiedziałam cały film, który trwał
półtorej godziny.
■ Czyli taka historia o niczym.
Dokładnie. Oczywiście ważne tam
były uśmiechy, spojrzenia, sposób
filmowania, ale też nie było tego
kręgosłupa, który tworzy film. To
mi się strasznie podobało. Ten film
wygląda tak, jakby przyjrzeć się
wycinkowi żyły, przez którą płynie krew. Ona sobie płynie przez
całego człowieka, a reżyser opisał
fragmencik tego wielkiego procesu
życia. Zaczął go w dowolnym momencie. Docenił w ten sposób życie
samo w sobie. Jednocześnie forma
była bardzo bliska dokumentowi.
Doszłam do wniosku, że to dobra
wskazówka dla mnie.
rozmawiała Agnieszka Wójcińska, fot. Jan Brykczyński
■ W reportażu „Masz mierny i idź”
jest scena, gdy jeden
z bohaterów chce wyskoczyć
przez balkon. Czytając ją,
pomyślałam – o, mamy punkt
zwrotny, on zaraz wypadnie i coś
się stanie. Ale nie stało się nic.
Lidia Ostałowska: Wyzwanie, jakim
jest życie trwało nadal.
DZIENNIK ARSTWO
■ Ale reportaż, który pani napisała, nie jest interwencją. Musiała
pani dostrzec w tym coś więcej?
Pojechałam na Gocław do mojego
bohatera. A tam, jak to na Gocławiu
– blokowisko, wysokie piętro, winda. Otwiera mi Mariusz. Opowiada
swoją historię ze szczegółami – jak
pracował, jak zachorował, czym to
się objawiało. Potem zaczyna mówić
o swoim ojcu i o tym, jak w wieku 16
lat wyrzucił go z domu. Tak mnie to
zakręciło, że zaczęłam go o to wypytywać. Sporo mi powiedział – że
ma dwóch przyjaciół, że znają się od
podstawówki, że razem pracowali.
Zaczął odsłaniać kompletnie inną historię, historię trzech młodych ludzi,
których życie układało się inaczej
niż wielu ich rówieśników.
■ Postanowiła pani to opisać?
Strasznie mnie to zainteresowało i umówiłam się z Mariuszem po
raz drugi, tym razem na rozmowę
o życiu. Opowiedział mi dość dramatyczną historię chłopaka z osiedla,
urodzonego w rodzinie, która nic
nie zyskała na przemianach w 89
roku. Przeciwnie, jego mama znalazła się w bardzo ciężkiej sytuacji.
Owoce przemian on oglądał przez
szybkę. Świat się rozwarstwiał, bogaci cieszyli się swoim bogactwem
i interesami, a biedni zbierali 2.50
na blaszkę wędkarską, żeby sobie
połowić ryby nad Wisłą. Jak on i jego
przyjaciele. Mariusz miał wątpliwości, czy jego przyjaciele zdecydują
się ze mną rozmawiać, bo to jest
takie okropne, intymne. Rzeczywiście, jak stary pije albo bije, to ciężko o tym mówić.
■ Jeszcze większym tabu jest
chyba ubóstwo, to, że się znalazło
po stronie biednych, a nie tych,
którzy mają ekstrażycie.
Największym okazała się choroba
psychiczna ojca jednego z chłopa-
ków. Ale, mimo to, oni zdecydowali
się na rozmowę ze mną. To były
ciekawe historie, chwilami heroiczne. Bo jak się żyje wśród dresiarzy,
to łatwo zostać dilerem, kraść samochody albo przynajmniej radia
z samochodów. A oni inaczej wybrali. Może dlatego, że matki wychowały ich na porządnych ludzi.
Były solidarne, dzieliły się między
sobą obowiązkami. Jak u jednego była bieda, mógł liczyć, że zje
u kolegi. Solidarność matek bardzo
mi się kojarzyła z etosem „Solidarności” – wszystkie urodziły synów
w 1980 r.
■ Była między nimi wspólnota.
Chęć pomocy. Te matki walczyły
o swoje dzieci, wzajemnie się wspierając. Ojcowie natomiast totalnie
nie wyrobili się w nowym świecie.
To też wydało mi się znamienne,
w tym sensie, że losy tych bohaterów ilustrują bardziej ogólne zjawi-
ska. Czułam, że z facetami jest trochę krucho, tradycyjne role męskie
się wyczerpały. Oni jeszcze nie weszli
w te nowe, a po drodze jest chaos.
■ Ciekawe w pani tekście jest to,
że każdy z tych chłopaków jest
inny?
To mnie także w tej historii pociągało. Każdy z nich miał inne podejście
do życia, do wartości, do pieniędzy,
ale jednocześnie potrafili się dzielić
i wspierać. Każdy walczył o to, żeby
życie mu się ułożyło, a pozostali go
wspierali, na przykład dzieląc się
zamówieniami na pracę. Zaczęli
pracować w wieku 14 lat. Gdy z nimi
rozmawiałam mieli po 25 lat i 11 lat
pracy za sobą. Byłam szczęśliwa, że
spotkałam bohaterów, którzy przebyli taką drogę, przeżyli twardą
szkołę, która ich nie zepsuła. I mimo
rozmaitych kłopotów i trudności,
ich życie toczyło się w dobrym kierunku. Tylko, co z tym dalej robić?
■ Poszła pani na film i to się pani
ułożyło w głowie?
Nie od razu. Ale wiedziałam, że
muszę uwierzyć w to, że da się
opowiedzieć historię bez klasycznej dramaturgii. To trochę inaczej
wyglądało w druku, niż sobie zaplanowałam, bo gazeta też ma swoją
dramaturgię – musi być lid, śródtytuły. W pierwotnej wersji tekstu ich
nie ma. To był ciąg, który zaczynał
się, kiedy moi bohaterowie chodzili
do 7 klasy podstawówki, a kończył
latem 2005. W każdej chwili można
by dopisać, co działo się dalej.
■ Bohaterami wielu pani tekstów
są ludzie, którzy od małego
wychowywali się w wolnej
Polsce. Co panią pociąga w
opisywaniu tego pokolenia?
Obserwowanie go jest ciekawe.
Mojemu, czyli ich rodziców, pokoleniu chodziło o to, żeby te dzieci,
nasto- czy dwudziestoparoletnie
dorastały w demokracji i wolnym
rynku. Z drugiej strony w 1989 r.
nikt nie wiedział, jak będzie wyglądał ten wolny rynek, jakim kosztem się do tego dochodzi i jakie
będą konsekwencje dojrzewania
w takim państwie. W sumie wnioski
z tego przyglądania się są budujące. Rodzice mogą się dziwić
dzieciom, że są tak niesamowicie
zorientowane na sukces, karierę
i pieniądze, ale młodzież zachowuje
się w sposób racjonalny w świecie,
który im stworzyliśmy.
■ Jak pani nawiązuje kontakt
z młodymi ludźmi? Nie ma bariery
językowej, pokoleniowej?
Jakbym nagle zaczęła mówić slangiem, byłabym dość zabawna. I nie
sądzę, żeby potraktowali mnie poważnie. Mam tylko jedno zadanie,
muszę ich przekonać, że naprawdę
chcę usłyszeć, co mają do powiedzenia. Jeśli to mi się uda, oni mówią.
■ Bohaterowie „Masz mierny
i idź” opowiedzieli pani swoje
dość traumatyczne historie.
Jak pani ich do tego skłoniła?
Nie uważam, żeby trzeba było
stosować jakieś szalone chwyty, by jeden człowiek drugiemu
człowiekowi o sobie opowiedział.
W świecie jest niedostatek dzielenia
się przeżyciami, ludzie czekają na
okazję, chcą być wysłuchani. Warunek jest tylko taki, żeby słuchać ich
bezinteresownie i w bardzo uważny
sposób. Nie znam sztuczek, które
sprawiłyby, że otworzę człowieka.
Człowiek nie jest puszką sardynek.
Musimy coś sobie wzajemnie dawać i leci jak w życiu.
■ Jak pani z nimi rozmawiała? Od
czego pani zaczęła? Rozumiem,
że z Mariuszem poszło dosyć
naturalnie, był jakiś pretekst, bo
pani po coś do niego pojechała.
Ale dwaj pozostali?
Ja nie kręcę. Nie udaję, że chcę
czegoś innego niż rzeczywiście,
nie straszę – to teraz pan mi opowie całe swoje życie. Zaczynam
od jakiegoś początku. Podobno
pracowaliście razem? Gdzie pracowaliście? Te pierwsze pytania są
o tyle ważne, że budują relację. Jeśli
uda się to zrobić w miarę szybko, to
potem pytania mogą być coraz bardziej osobiste, głębsze.
■ Spotykała się pani z nimi
wszystkimi na raz?
Z każdym spotykałam osobno.
Inaczej jeden przed drugim by
ściemniał. Jak się trzech chłopców zbierze na podwórku, zaczynają się popisywać. Poza tym ich
przyjaźń miała swoje zawirowania.
Nie chciałam, żeby to się zmieniło
w jakąś psychodramę. Każdy opowiadał mi swoją historię, a ja to
później zmontowałam. I wszystkim
trzem pokazałam gotowy tekst.
■ Jaka była reakcja?
Przeczytali, niewiele mówili, jeden się rozpłakał. Oni mi zaufali
i chciałam być lojalna wobec nich.
Mimo że mieli zmienione imiona, nie
chciałam, żeby poczuli się wykorzystani, jako moje narzędzia do robienia tekstu. Dość często zdarza mi
się pokazywać bohaterom tekst.
Zwłaszcza, jeśli chodzi o młodych
ludzi, którzy mają wiele do stracenia, bo jedno niemądre zdanie i mają
kłopoty w szkole, w pracy, jeśli są
rozpoznawalni. Drugi przypadek, to
sytuacje, kiedy bohaterowie dzielą się ze mną jakąś wielką traumą
i trzeba chronić ich intymność.
■ Pani zdaniem warto usunąć
jakąś informację, nawet jeśli
tekst miałby trochę stracić,
po to, by chronić bohatera?
Jasne, że tak. Jak inaczej potem żyć
z tym, że się kogoś skrzywdziło tylko dla własnej chwały.
■ Miała pani kontakt
z bohaterami po opublikowaniu
tego reportażu?
Przez jakiś czas tak. Reporter bierze za bohatera pewną odpowiedzialność. Gdy pisałam o kobietach
walczących o alimenty, nie mogłam
ich potem zostawić. Kontaktowałam się z nimi przez kilka lat, aż wywalczyły sobie fundusz. Chciały, żebym im pomagała. Uznałam, że jeśli
mogę, to powinnam to zrobić. Bywa
też tak, że bohater może reportera
wprowadzić w swój świat, który jest
interesujący i warto tę znajomość
podtrzymywać, bo z tego biorą się
tematy, doświadczenie.
■ Miała pani takie sytuacje
w swoim życiu?
Moja książka „Cygan to Cygan” zaczęła się od jednego reportażu.
Ostatni napisałam po ośmiu latach,
o tych polskich Romach, którzy od
początku byli moimi informatorami.
Czasem do jakiegoś bohatera czuje
się sentyment. Mam go dla Anety Krawczyk. Była ze mną szczera
i bardzo jej współczułam. Uważam,
że można było ją lepiej chronić, może
mniej by przeszła cierpień. Stąd ten
kontakt, martwiłam się o nią.
■ Nie ma pani obaw, że to
może zaburzyć reporterską
bezstronność?
Być może jest to moja słabość jako
reportera. Naturalnie, nie mówię
o każdym reportażu. Są reportaże doraźne, które trzeba zrobić
i zapomnieć. Ale od czasu do czasu
spotyka się na swojej drodze człowieka, który nas bardziej angażuje.
Uważam, że tak jak my potrzebujemy bohatera, tak w jakimś sensie
bohater potrzebuje nas. Poza rolami rozpisanymi przez zawód. Od
czasu do czasu można nieco odejść
od konwencji i zachować się jak
człowiek.
■ „Masz mierny i idź” to
przykład ciekawego tematu
wyciągniętego z prozy życia.
Jak szukać takich tematów? Dla
młodych reporterów to często
duże wyzwanie. Widzą temat
za szeroko, ciężko jest im coś
wyselekcjonować.
Reporterzy powinni mieć dobrego
redaktora. A dobry redaktor to taki,
że można do niego pójść, opowiedzieć mu, jaki materiał się zebrało i jaki ma się z nim problem. I go
przegadać, bo w rozmowie rodzą
się pomysły. Każdy reporter potrzebuje takiej osoby. Nie musi to być
zawodowy redaktor. To może być
inny reporter, ktoś zorientowany
w tym fachu.
■ Pani też miewa takie sytuacje?
Ostatnio piszę reportaż o Barbarze Blidzie. Materiał jest tak gigantyczny, że mogłabym go studiować
w nieskończoność. Co więcej, nikt
o niej nie mówi źle na Śląsku, z którego pochodzi. Mogę stać się niewiarygodna. Materiał stoi na jednej
nodze i się chwieje. Co mam zrobić?
Pojechałam do Małgosi Szejnert.
Opowiedziałam jej, jakie mam kłopoty. Ona słuchała cierpliwie, a potem
powiedziała – zrób o domu Blidów.
No i zamierzam jej posłuchać. •
Co czyta Lidia Ostałowska
i co jeszcze jà inspiruje?
Lektury sà strasznie wa˝ne.
Niedawno skoƒczyłam „Niesamowità
Słowiaƒszczyzn´” Marii Janion. Teraz
czytam „Czarny ogród” Małgosi
Szejnert, przeglàdam „Obyczaje,
j´zyki, ludy Êwiata” wydane przez
PWN, a do poduszki bior´ któràÊ
Agath´ Christie. W kolejce czeka
„Złodziejka” Sarah Waters. Raz
do roku obowiàzkowo „Mistrz
i Małgorzata”. Si´gam te˝ po
feministyczne lekturki. Cz´sto
temat zmusza do czytania. To, co
moim zdaniem bardzo wzbogaca
reportera, to równie˝ podró˝e,
zwłaszcza zagraniczne. Pozwalajà
znaleêç swoje miejsce, złapaç
dystans. Mówimy np. o sprawach
kobiet i wydaje si´, ˝e tak
beznadziejnie jak w Polsce byç nie
mo˝e. Jedzie si´ do Bułgarii i oka˝e
si´, ˝e mo˝e byç gorzej. Pojedzie
si´ do Szwecji, a tam to dopiero
jest dobrze. Z drugiej strony bardzo
sobie ceni´ takie codzienne kontakty
w sklepie. Pozwalajà skróciç dystans.
No i to jest prawdziwa kopalnia
tematów.
Lidia Ostałowska (ur. 1954),
absolwentka polonistyki na UW,
dziennikarka „Przyjaciółki”
i studenckiego tygodnika „ITD.”,
po 13 grudnia 1981, zwolniona
z zakazem pracy, współpracownica
podziemnej SolidarnoÊci. Od 1989
roku w „Gazecie Wyborczej”. Zajmuje
si´ reporta˝em społecznym. Autorka
ksià˝ki „Cygan to Cygan” (2000 r.).
Mieszka w Warszawie. Ma dwóch
dorosłych synów – KrzyÊka i Witka.
R EK L A M A
19
Puls redakcji
Mi´dzy s∏owami
DZIENNIK ARSTWO
fot. Grzegorz Norberciak
DZIENNIK ARSTWO
riusz jest postacią dramatu. Muzyka podkreśla stany emocjonalne,
uczucia, napięcie. Bez orientacji w
tych dziedzinach nie można właściwie ocenić strony formalnej filmu
– wyjaśnia Janicka.
„Kino” – miesięcznik eseistyczno-krytyczny poświęcony
twórczości i edukacji filmowej, wydawany przez Fundację
KINO. W redagowanym przez zespół krytyków filmowych
piśmie zamieszczane są recenzje, relacje z festiwali,
felietony oraz teksty publicystyczne. „Kino” ukazuje się od
Praca w terenie
1966 roku. Od 1994 redaktorem naczelnym miesięcznika
Istotnym elementem pisma poświęconego filmowi muszą być relacje z festiwali filmowych. Festiwale
w Polsce pojawiają się jak grzyby po
deszczu i dla wielu kinomanów sporą trudnością jest poruszanie się
w tym gąszczu. Redaktorzy „Kina”
nie mają jednak większych problemów z selekcją. – Piszemy o najważniejszych – mówi Janicka. Wartość
festiwalu oceniana jest na podstawie takich elementów jak jego temat, dorobek (bez wątpienia wiele
polskich festiwali ma przecież charakter efemeryczny), czy rola, jaką
pełnią w jakimś środowisku. Relacjonowany jest również przebieg
najważniejszych festiwali zagranicznych, choć sporą przeszkodą
są tu ograniczenia finansowe. Mimo
to w „Kinie” zawsze przeczytamy
o festiwalach w Berlinie, Cannes,
Wenecji, Moskwie i San Sebastian.
jest Andrzej Kołodyński. Z „Kinem” związane są dwie
nagrody – Nagroda im. Bolesława Michałka – dla najlepszej
książki filmowej – oraz Nagroda im. Zbyszka Cybulskiego
– przyznawana młodym aktorom.
Bożena Janicka, jeden z twórców miesięcznika „Kino”
Do redakcji
miesięcznika
„Kino” trafić
niełatwo. Zajmuje
dwa skromne
pokoje w budynku
Wytwórni Filmów
Dokumentalnych
i Fabularnych
w Warszawie.
Alicja Matyja
Od progu przybysza wita wzrok
Bolesława Michałka, który – z portretu na ścianie – czuwa nad pracą
redakcji i głos Andrzeja Kołodyńskiego, który dokonuje właśnie
wyboru tekstów do następnego
numeru miesięcznika.
Nie można pisać o poważnym
miesięczniku filmowym w oderwaniu od samego zjawiska, jakim jest
kino. Pisma nie tworzą bowiem
zwykli dziennikarze, ale krytycy filmowi. A bycie krytykiem filmowym
w tym wypadku nie polega tylko na
10
wykonywaniu konkretnego zawodu, ale na realizowaniu pasji, którą
jest film, kino i… „Kino”. Krótko mówiąc – miesięcznik tworzą miłośnicy kina właśnie. Niezależnie od wieku i wykształcenia – wśród stałych
współpracowników
znajdziemy
profesorów uniwersyteckich i studentów kierunków humanistycznych. – Taka dziwna przeplatanka
– przyznaje Bożena Janicka.
Ekipa
Trzon pisma, niezmienny od kilkunastu lat, tworzy mała grupa
osób – Andrzej Kołodyński – redaktor naczelny miesięcznika i kierownik działu zagranicznego, Bożena
Janicka – zajmująca się kinem krajowym, Magda Sendecka – dział
informacyjny, Jerzy Płażewski i sekretarz redakcji – Konrad J. Zarębski. Pismo tworzy więc pięć osób
z udziałem licznej grupy współpracowników – Raz w miesiącu siadamy i układamy plan następnego
numeru. Kierujemy się oczywiście
repertuarem. Planujemy, jakie
będą recenzje, kto je napisze, jakie pojawią się teksty eseistyczne,
sprawdzamy, jakie mamy teksty
dodatkowe. Lecz kiedy przychodzi
do oddawania tekstów, najczęściej
okazuje się, że jednak nie wszystko się mieści. I wtedy niestety to,
co długo czeka, odpada. Starsze
materiały są wypychane przez bar-
dziej aktualne. Nawet najlepszy, ale
nieaktualny tekst jest pisaniem do
szuflady – mówi Bożena Janicka.
Wśród stałych współpracowników
są wykładowcy wyższych uczelni,
np. Państwowej Wyższej Szkoły
Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej
w Łodzi – popularnie zwanej Filmówką – Maria Kornatowska i Tadeusz Szczepański oraz profesorowie wielu polskich uniwersytetów
– m.in. Alicja Helman i Tadeusz Lubelski – autor doskonałej książkiniezbędnika w biblioteczce każdego
kinomana – „Encyklopedii kina” oraz
publicysta „Tygodnika Powszechnego” i „Kwartalnika Filmowego”.
„Kino” ma też swojego kapelana, jak
żartobliwie mówią o piszącym do
miesięcznika ks. Andrzeju Lutrze,
profesorze Wyższego Seminarium
Duchownego w Łowiczu, jego redakcyjni koledzy. Do stałych pozycji
w piśmie należą, poza recenzjami
filmów i książek filmowych, duże
artykuły informacyjne, wywiady
z filmowcami, relacji festiwali oraz
dwa stałe felietony – „Ścinki” Bożeny Janickiej i „Swoimi słowami” byłego redaktora naczelnego „Kina”,
Tadeusza Sobolewskiego.
Wspomniany już trzon redakcyjny, czyli Andrzeja Kołodyńskiego,
Bożenę Janicką, Konrada J. Zarębskiego oraz współpracujących
z miesięcznikiem, Jana Olszewskiego, Tadeusza Sobolewskiego
i Tomasza Jopkiewicza, łączy to, że
wszyscy przeszli do „Kina” z dawnego „Filmu”, który wcześniej był
tygodnikiem. – „Kino” nawiązuje do
dawnych, dobrych tradycji tygodnika „Film”, redagowanego przez
Bolesława Michałka. Cała nasza
ekipa, w momencie, kiedy pismo się
skomercjalizowało – bo się skomercjalizowało – przeszła do „Kina” – dodaje Bożena Janicka. Nie ma jednak
wrogości między twórcami „Kina”
i „Filmu”. Te dwa najważniejsze na
polskim rynku magazyny filmowe
nie rywalizują ze sobą. – Nie postrzegam „Kina” jako pisma konkurencyjnego dla „Filmu”, ale absolutnie nie
chcę go w ten sposób deprecjonować. My po prostu piszemy dla
różnych odbiorców, ale dzięki temu
miesięczniki uzupełniają się. „Kino”
jest bardziej poważne, akademickie.
Film kierujemy do odbiorcy masowego – mówi Jacek Rakowiecki, redaktor naczelny „Filmu”.
Laboratorium życia
Ale Kino to nie tylko teksty
uznanych krytyków filmowych.
W stopce redakcyjnej – w grupie
stałych współpracowników – możemy znaleźć nazwisko np. Piotra
Śmiałowskiego. Ten młody dziennikarz i autor monografii o Tadeuszu
Janczarze jest studentem. Zresztą
nie jest jedynym studentem w gronie autorów piszących do „Kina”.
– Praktykanci w piśmie byli zawsze
– mówi Bożena Janicka. Rzeczywiście. Obecnie w „Kinie” pojawiają się
teksty kilku studentów – kulturoznawstwa, socjologii, dziennikarstwa czy studiów międzywydziałowych.
W jaki sposób nawiązują kontakt
z pismem? – Najczęściej student
przychodzi po prostu na praktykę.
Przyjmujemy każdego, kto wyraża
taką chęć. Od razu mówimy – to
praktyka, nie staż. Próbujemy praktykantom pomagać w zdobyciu
umiejętności zawodowych. Zaobserwować bieżącej pracy redakcyjnej praktykant raczej nie może. To
jest miesięcznik. Każdy robi swoje,
znika, przychodzi, kiedy chce. Praca redakcji w miesięczniku jest nieuchwytna – opowiada opiekująca
się „młodziakami” Bożena Janicka.
Praktykant zaczyna od tego, że
pisze na próbę pierwszą recenzję.
Prawie zawsze chce pisać o filmie
zagranicznym. I prawie zawsze się
mu to odradza. Recenzja filmu polskiego jest lepszym sposobem pokazania, co ma się, mówiąc dziennikarskim językiem, do zaoferowania.
Pisząc o filmie można ujawnić zarówno mocne jak i słabe strony warsztatu. Ale pokazać, jaką ma się
świadomość życia w określonych
realiach, można tylko pisząc o rodzimym tworze. Aby recenzja była
dobra, potrzebna jest spostrze-
goś filmu – wtedy dostaję telefon
z prośbą o tekst. Zdarza się też, że
informuję na przykład o wyjeździe
do Łodzi na Festiwal Camerimage
i redakcja zleca mi napisanie relacji
– mówi młody krytyk. – Cenię to, że
nawet jeśli słyszę słowa krytyczne
dotyczące moich tekstów, to nie
jest to krytyka miażdżąca, ale konstruktywna. Wiem, co jest dobre,
a co mogę zmienić – dodaje.
Praktykanci zaczynają więc od recenzji. Mimo że teoretycznie nie
jest to gatunek łatwy, dla początkującego dziennikarza może być
najlepszy, bo jest metatekstem
– recenzent pisze o czymś, co już
zostało opowiedziane. Ubogaca
opis o własne refleksje i kontekst,
ale idzie wytyczną przez twórcę
filmu drogą. – Coś cię prowadzi.
Prowadzi cię film – mówi opiekunka praktykantów. Młodemu recenzentowi nie wolno zapominać, że
pisząc o obrazie filmowym, pisze
tak naprawdę o życiu. Konstrukcja
fabuły i bohaterowie są odzwierciedleniem – czystym bądź zdeformowanym – historii pisanych przez
życie i samego życia ludzi. – Kino
Andrzej Kołodyński redaktor naczelny „Kina” i Bożena Janicka
nienem przysłać próbną recenzję.
Recenzję wysłałem i ocena wypadła pozytywnie – opowiada. Poza
recenzjami pisze również relacje
z festiwali. Mimo nieformalnego statusu praktykanta Błażej, podobnie
jak inni młodzi współpracownicy, ma
sporą swobodę w doborze tematu.
– Jeżeli widziałem coś ciekawego,
a materiału na ten temat nie ma jeszcze w planowanym numerze „Kina”,
to piszę. Natomiast są sytuacje,
w których nie ma recenzji z jakie-
jest laboratorium życia. Uczymy
się cudzych doświadczeń, tego, jak
człowiek w różnych sytuacjach myśli, radzi sobie albo sobie nie radzi,
z czym się boryka, co jest dla niego
najważniejsze. Kino przy pomocy
obrazków, czyli w sposób uproszczony, buduje jakieś sensy, jakieś
znaczenia – stwierdza Bożena Janicka. Lecz, aby pisać o kinie trzeba mieć też podstawową wiedzę
o malarstwie, literaturze i muzyce.
– Malarstwo inspiruje obraz. Scena-
Proste pytanie skierowane do
studentów: „dlaczego chcę zostać dziennikarzem?”, daje zawsze ten sam zestaw odpowiedzi. Różnice w tych zestawach
w odniesieniu do poszczególnych grup i lat dotyczą jedynie
frekwencji kilku typów wypowiedzi. Pytanie proste, banalne,
może nawet naiwne, ale odpowiedzi mogą dawać do myślenia.
Nie tylko pytającemu.
Najczęściej studenci odwołują
się do motywacji osobistych, co
najzupełniej zrozumiałe. Ktoś był
dobry z polskiego, pisał ładne
wypracowania, interesował się
(i dalej interesuje) literaturą,
– ze społeczeństwem – pojawiają się w tych odpowiedziach
stosunkowo rzadko, a przecież
w przypadku adeptów zawodu dziennikarskiego powinny
przewijać się przez wszystkie
wypowiedzi. Może nikt im dotąd
nie powiedział, że sól dziennikarstwa, obok widocznych gołym
okiem splendorów i zaszczytów,
to mozolne rzeźbienie w informacjach: zdobywanie danych,
krojenie ich i zszywanie, czyli
opracowywanie i wystawianie na widok publiczny, czyli
publikowanie? Że umiejętność
układania wyrazów w jasne,
zrozumiałe zdania jest ważna,
Bo to taki fajny zawód
Do światłego człowieka
fot. Grzegorz Norberciak
W latarni
czarnoksi´˝nika
gawczość, wnikliwość obserwacji
i wrażliwość na problemy społeczne.
– Czytając recenzję filmu polskiego
widzę, jak młody człowiek czuje rzeczywistość – tłumaczy Bożena Janicka. – Poza tym praktykant musi
mieć sporą wiedzę nie tylko o filmie,
który jest przecież sztuką interdyscyplinarną. Musi też samodzielnie
myśleć, trafnie interpretować filmy
i ubogacać interpretacje własnym
doświadczeniem, własnymi lekturami, własnym myśleniem nie tylko
o filmie, ale także o świecie. Jeśli to
wszystko widać w tekście – warto
dalej pracować – dodaje.
Początek swojej przygody z „Kinem” podobnie wspomina Błażej
Hrapkowicz, jeden z młodych recenzentów miesięcznika, student
kulturoznawstwa. Pracę w piśmie
rozpoczął w czerwcu 2007 roku.
– Zanim zacząłem pisać w „Kinie”, pisałem do innej gazety. Dzięki temu
miałem możliwość wstępu na prasowe pokazy filmowe. Na jednym
z takich pokazów spotkałem panią
Bożenę Janicką. W odpowiedzi na
zadane jej pytanie o możliwość
publikowania usłyszałem, że powi-
Zbigniew Żbikowski
Kim jest czytelnik „Kina”? Twórcy
pisma kierują się kilkoma świętymi
zasadami. Po pierwsze jest to szacunek wobec czytelnika – człowieka
myślącego, wrażliwego, poważnie
zainteresowanego kinem, mającego szeroką wiedzę w tej dziedzinie
i wynikające z niej określone oczekiwania dotyczące poziomu zamieszczanych tekstów. Z tym wiążą się
kolejne zasady – nie wolno nudzić,
nie wolno pisać głupot. Czytelnik
„Kina” jest inteligentny i wymagający, lecz wie, że lektura także od
niego wymaga zaangażowania.
Pisząc dla takiego odbiorcy dziennikarz, publicysta, krytyk filmowy
ma świadomość, że każde słowo
musi mieć wartość. – Oglądam dużo
filmów i wiele wymagam od pisma,
które zajmuje się tą tematyką. Cenię „Kino” za to, że zamieszczane
w nim teksty są na wysokim poziomie, nie ma miejsca na pustosłowie.
Nie ma tu męczących generalizacji
i miałkich sformułowań – mówi Jagoda, studentka filozofii i psychologii, czytelniczka „Kina”.
Finansowane w 35% przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego – pozostałe 65% pochodzi ze
sprzedaży egzemplarzowej i prenumeraty oraz z reklam – pismo nie
zachęca z pewnością wysokością
wynagrodzeń. Dla Błażeja Hrapkowicza, którego magia „Kina” jednak
przyciągnęła, pisanie do miesięcznika jest nobilitacją. – Chodzi mi
także o rozwój i możliwość nauczenia się warsztatu, a praca w „Kinie”
mi to gwarantuje – przyznaje.
Tych, którzy w piśmie i dla pisma
pracują łączy to, że wszyscy kochają kino i… „Kino”. Dlaczego pracują?
– Jeśli „Kino” upadnie, nie będzie
pisma, któremu będzie zależało na
kulturze filmowej. Nie będzie żadnego poważnego pisma o filmie.
Więc będziemy o „Kino” walczyć
– mówi Bożena Janicka. •
filmem, teatrem, chciałby coś
w tej dziedzinie robić, pisać,
dawać wyraz, recenzować, oceniać. Dziennikarstwo pojmuje
jako okazję do dzielenia się ze
światem swoimi poglądami i
przemyśleniami. Ktoś od małego
pracował z kamerą foto lub wideo, ma mnóstwo amatorskich
prac i chciałby dalej robić to
samo, ale już profesjonalnie.
Studia dziennikarskie traktuje
jak przepustkę do zawodu. Inna
grupa motywacji odwołuje się
do własnej ciekawości świata
i do wyobrażeń o atrakcjach
żurnalistyki: możliwości poznawania ciekawych miejsc i ludzi,
bywania tu i ówdzie, cieszenia
się z takich czy owych przywilejów, na przykład dostępności
do miejsc, które dla większości
obywateli są zamknięte.
Zrozumiałe zatem jest i to,
z czym nauczyciel zawodu
dziennikarskiego musi się w końcu pogodzić, że pierwsze, niedojrzałe jeszcze teksty studentów
dziennikarstwa jak światło ćmę
ściągają uwagę czytelnika na
nich samych, na to, gdzie oni
nie byli i czego nie doświadczyli.
Bardziej to przypomina pamiętnikarstwo niż dziennikarstwo,
bardziej zachwyt bądź obrzydzenie opisywanym światem,
niż czysto informacyjną relację.
Motywacje odwołujące się do
tego, co jest istotą dziennikarstwa: zamiłowanie do zbierania
informacji i dzielenia się nimi
z czytelnikami, słuchaczami
czy widzami, szumnie mówiąc
ale może jeszcze ważniejsza
jest umiejętność poruszania się
po archiwach, zadawania właściwych pytań osobom, które
posiadły poszukiwaną wiedzę
i docierania do tych źródeł. Że
od własnych myśli i komentarzy
, które się nasuwają w trakcie
pisania tekstu, istotniejsza jest
czysta informacja. Że, najkrócej
mówiąc, informacja jest tworzywem dziennikarza, tak jak tworzywem dla szewca jest skóra,
klej i gwóźdź (upraszczając),
a dla rzeźbiarza gips czy kamień.
I że nie ma od tego ucieczki.
Owszem, pisanie felietonów jest
zajęciem przyjemnym, prawie
relaksem (ha, powiedzcie to
dziennikarzom piszącym felietony do gazet codziennych), ale
żeby dojść do tej pozycji, trzeba
wykonać najpierw ciężką pracę
w informacji. Powtarzam to prawie każdej grupie, z którą przychodzi mi się spotykać: malarz
abstrakcjonista, który stawia
kilka kresek i plam, i jest uznawany za wielkiego, aby dojść do
tej pozycji, musiał najpierw opanować warsztat, dzięki czemu
oprócz czarnego kwadratu na
białym tle potrafi także namalować konia. Dla reportera-eksperymentatora takim koniem jest
umiejętność zebrania informacji
i napisania czystej, prostej wiadomości. Od tego wszystko się
zaczyna. Kto chce uprawiać ten
fajny zawód, musi sobie zdawać
z tego sprawę. •
11
Ładne, dopracowane
technicznie zdjęcia
bywają niebezpieczne.
Tajemniczy
fotoesej Bartosza
Zaborowskiego,
studenta pierwszego
roku Instytutu
Dziennikarstwa ocenia
Andrzej Zygmuntowicz.
rozmawiała Edyta Ganc
FOTOGRAFIA
Fotoesej
niekoniecznie musimy pokazywać
tych, którzy pozostali. To nieskonkretyzowanie postaci jest tu bardzo interesujące.
zmarłych
osób. Nie jest to jednak typowy fotoreportaż, lecz esej o swobodnie
prowadzonej narracji, bliższy foto-
menty grają podobnie istotną rolę.
szać zdjęcia, gdyż opowiadają tę
kiejś masy i nie identyfikowalnych
artystyczna?
Myślę, że ten materiał jest jedną
nogą w sztuce, a drugą w dokumencie. Temat na pewno ma
charakter dokumentalny. Forma
warsztatowa też w dużej mierze
nawiązuje do elementów dokumentu – jest to czarno- biała, bardzo dobrze wysycona tonalnie
fotografia.
Z drugiej strony, mamy tu długie
czasy naświetlania, które są paraartystycznym zabiegiem, zmieniającym działanie tych obrazów.
Przestają one być dosłowne. Czło-
wane miejsce zdarzenia, cmentarz,
i bardzo konkretny dzień – są to
elementy odnoszące się do łatwo
odczytywalnej rzeczywistości. Poprzez wybór techniki autor ucieka
jednak od dosłowności.
Zastosowanie długiego czasu naświetlania i zapisu w podczerwieni
spowodowało, że powstały fotografie czarno-białe o nie do końca
naturalnych walorach. Wszystkie
postacie na zdjęciach są bardzo
jasne. To powoduje, że czujemy
uduchowiony nastrój, jaki towarzyszy odwiedzinom na cmentarzu.
szczegół, który właśnie powinien
być widoczny w pierwszym planie.
z estetycznym działaniem tych
obrazów, tak, aby wpływały we
su, czyli jak dana akcja się toczy,
narracja. Może ona wynikać z cza-
Dobrze jest, jeśli pojawia się jakaś
matyczne postaci na tej drodze.
Zdjęcie oddaje klimat tego uroczystego dnia, żmudną wędrówkę od
Nie do końca. Przydałoby się tu
gdzieś w głąb do nieznanego i enig-
symbolikę. Droga, która prowadzi
obrazowo?
się mogło, że ułożył je i tak dobrze.
jakiejś historii, czy nie jest to
materiale. Mamy tu też największą
to jedyne smutne zdjęcie w tym
■ Czy materiał jest zróżnicowany
dług własnego uznania, okazać by
powinny być ułożone w ramach
konieczne?
przypadkowo i ktoś ułożyłby je we-
i zabiegach technicznych zdjęcia
zabiegi techniczne będą pasować.
każdego tematu zastosowane tu
cie obrazu o istotnej treści. Nie do
Wybrałbym pierwsze wypełnione
na materiał, a któreś go kończy.
dużymi ciemnymi plamami. Jest
malne nie zdominowały całkowi-
zestawie?
jedno ze zdjęć wyraźnie rozpoczyGdyby te zdjęcia rozsypały się
chwyty techniczne i zabiegi for-
■ Najlepsze zdjęcie w tym
słania zdjęcia. Należy uważać, aby
który utrudnia odczytanie prze-
piecznym chwytem formalnym,
może być czasem zbyt niebez-
niła tematu. Ładność warsztatowa
atrakcyjność wizualna nie przysło-
Ważne jest, aby przyciągająca oka
w manierę efektowności zdjęć.
Ostrzegłbym przed popadaniem
■ Rada dla autora?
nione.
razem symbolizuje to, co nieunik-
jednych bliskich do drugich, a za-
ma tu typowej narracji, w której
właściwy sposób na odbiorcę. Nie
to należy ją doprecyzować poprzez
zdjęć powinno się raczej wiązać
■ Czy przy takim temacie
nego tematu.
zdjęciach pasuje do tego konkret-
ny rozmazanych sylwetek ludzi na
święta, dlatego zabieg technicz-
jednostek. Taki jest nastrój tego
tych osób. Tworzy się wrażenie ja-
■ Czy to już fotografia
śmy w stanie rozpoznać twarzy
Jeśli chcemy opowiedzieć historię,
rozłożone, przez to wszystkie ele-
Jest to esej, w którym można mieludzi idą na cmentarze i nie jeste-
samą historię. Konkretne ułożenie
wszystko jest w całym kadrze zbyt
stwo czasu bądź sytuacji.
W czasie Święta Zmarłych tłumy
waż brak wyraźnego bohatera,
no mówić, że istnieje jakieś następ-
szy plan byłby dominujący. Ponie-
W przypadku tego materiału trudniewiarygodne dokumentalnie?
nie ma takiego, na którym pierw-
komponowane. W całym materiale
też z sytuacji, która nawarstwia
się, zmierzając do kulminacji.
poszczególne zdjęcia są podobnie
większe operowanie planami, gdyż
przewijającego się przez kadr albo
lub z historii głównego bohatera
■ Czy przez te zabiegi są
postać.
jest jako symbol, a nie namacalna
wiek na tych zdjęciach obecny
nej. Oczywiście mamy tu sprecyzo-
grafii ilustracyjnej niż informacyj-
bliskich
wspominanie
tematu uprawomocniony. W dzień
zdjęć opowiada o ważnym w ży-
pamięci o tych, których nie ma,
tyzujący jest w przypadku tego
Andrzej Zygmuntowicz: Ten zbiór
ciu społecznym rytuale, jakim jest
Myślę jednak, że ten zabieg este-
■ Jak Pan ocenia ten materiał?
Temat raz, technika dwa
Samoobsługa
Samoobsługa
DZIENNIK ARSTWO
DZIENNIK ARSTWO
www.specjalnoÊç.com
W dobie popularności serwisów
społecznościowych, wortale, czyli specjalistyczne
serwisy internetowe, wydają się być przeżytkiem.
Czy słusznie?
Emil Borzechowski
Rafał Kruk jest administratorem
wortalu poszukiwania.pl, nietypowego i oryginalnego serwisu
zrzeszającego poszukiwaczy pamiątek z II wojny światowej, starych
pocztówek, guzików, wielbicieli
zamków, zaginionych miast, oraz
tego wszystkiego, co wskazuje wykrywacz metali.
Sebastian Czarnecki administruje stroną skocznia.com od pierw-
R EK L A M A
14
szych dni. Trzyma pieczę nad zespołem zapalonych fanów skoków
narciarskich. Na wortalu można nie
tylko zapoznać się z sylwetką najpopularniejszego polskiego skoczka, Adama Małysza, ale przeczytać
również liczne relacje z zawodów
oraz łyknąć teorii na temat najpopularniejszego w Polsce sportu zimowego.
Pomysł to podstawa
Skocznia ma swój początek
w autorskiej stronie Sebastiana
„STrona GOku”, na której dział o
skokach narciarskich był potraktowany po macoszemu. Jednak,
po rozmowach z trójką przyjaciół,
postanowił na poważnie zająć się
tą tematyką. Zaczęli od tego, co dla
wortalu jest najważniejsze – artykułów. Nawet najlepiej wykonana
graficznie strona nie przyciągnie
nowych użytkowników, jeśli nie zawiera istotnych informacji.
Wybór serwera
Początkowo strona miała zaistnieć pod domeną .prv, jednak założyciele skocznia.com, zdecydowali
się wykupić komercyjną domenę
oraz miejsce na serwerze republika.pl.
Można oczywiście założyć wortal
na darmowym serwerze, jest to
jednak nie tylko nieopłacalne, ale
niepoważne – komentuje Rafał Kruk
– te darmowe, oprócz mocno ograniczonej pojemności, oferują „przyjemność” natarczywych reklam.
Czym zatem charakteryzuje się dobry serwer? Jak każdy towar ceną:
od 3,99 miesięcznie za serwer o pojemności 200 MB oferowany przez
serwis webd.pl – na dłuższą metę
mało funkcjonalny – aż po kwoty
dochodzące do kilkuset złotych w
przypadku tzw. serwerów dedykowanych. Konkurencja na rynku jest
ogromna i łatwo można znaleźć interesującą ofertę, nie wydając przy
tym majątku. Poważne firmy dają
czas na przetestowanie swojego
serwera i ewentualne wycofanie
się z umowy bez ponoszenia dodatkowych kosztów.
Pojemność serwera jest zależna
ilości informacji, jakie znajdą się w
serwisie. Zakładając wortal, dobrze
wykupić serwer o większej pojem-
ności, aby później nie borykać się
z brakiem miejsca. Z pamięcią wiąże się także miesięczny transfer
danych do wykorzystania, co ma
wpływ na ilość materiałów, jakie
można zamieszczać, oraz ilością
odwiedzin, jaką udźwignie serwer.
1 GB miejsca oraz transfer na poziomie 10 GB miesięcznie wystarczy na dobry początek. Wybierając
serwer, należy pamiętać, aby obsługiwał bazy danych (np. MySQL,
najbardziej popularna i najczęściej
używana), gdyż bez nich prowadzenie strony będzie o wiele trudniejsze.
W gestii administracji serwera
jest również zapewnienie odpowiednich programów zabezpieczających witrynę przed atakami
hackerów: antyspam i antywirus to
absolutne minimum. Istotną kwestią jest stały dostęp do Internetu.
Ciągła kontrola i praca nad wortalem to podstawa udanego przedsięwzięcia – stwierdza administrator poszukiwania.pl – prowadzenie
witryny w kawiarence internetowej
to po prostu nieporozumienie.
Wygląd równie ważny jak
treść
Nim skocznia.com wypracowała
obecny wygląd, przez stronę przewinęło się wiele layoutów, gorszych
i lepszych, żaden jednak nie dorównywał nawet najprostszym dzisiejszym szablonom oferowanym w
Internecie. Bez problemu można
znaleźć strony oferujące darmowe
systemy zarządzania treścią CMS,
np. na php.pl, gdzie znajduje się
wiele darmowych, prostych w obsłudze skryptów. Początkującym
polecam PHP-Nuke lub Mambo
– radzi Rafał Kruk. Najważniejsza
jednak jest oryginalność. Dziś stron
w Internecie jest całe mnóstwo, należy więc zadbać o to, aby witryna
pozytywnie się wśród nich wyróżniała. Bez tego ani rusz. Nie będę
też wspominał o przejrzystości,
która w przypadku wielu wortali
jest co najmniej niewystarczająca.
Statystyki miarą wortalu
Szybko okazało się, że skocznia.
com cieszy się sporym zainteresowaniem, co równało się 30 odwiedzinom dziennie, bardzo dobrym
wynikiem kilka lat temu, gdy Internet w Polsce raczkował. Dlatego najbardziej obiektywną miarą
sukcesu wortalu jest statystyka
odwiedzin. Serwis stat.4u.pl oferuje zarówno darmowe, jak i płatne,
szczegółowe statystyki odwiedzin.
Informują one, w jakich godzinach
można spodziewać się największej
ilości osób, jak często pozyskujemy
nowych użytkowników. W sposób
oczywisty wpływa to na popularność wortalu. Statystyki to nie
tylko informacja dla internauty, ile
osób przed nim odwiedziło stronę.
Bowiem im więcej wejść na stronę,
tym wyższą pozycję w wyszukiwarce internetowej zajmuje wortal.
Najprostszym sposobem podniesienia pozycji na stronach wyszukiwarki jest zapisanie w znaczniku META kodu html słów kluczy,
związanych z witryną. Ponadto,
wiele wyszukiwarek (w tym najpopularniejsza – gogle.com) oferuje
odpłatne umieszczenie strony na
górze stron indeksowanych, przez
co jest ona wyświetlana jako jedna
z pierwszych.
Informacje o oglądalności przyciągają do serwisu potencjalnych
reklamodawców i sponsorów, co
umożliwia zarobienie niewielkich
pieniędzy na utrzymanie wortalu.
Promocja i reklama
Wraz ze wzrostem oglądalności
skocznia.com zdecydowała się na
współpracę z innymi stronami, w
celu wzajemnej promocji. Bannery
oraz wymiana linków przełożyła się
na znaczny wzrost oglądalności,
która wahała się między 200 a 300
odwiedzinami dziennie.
Reklamowanie
powinno
się
zacząć od umieszczenia strony
w przeglądarkach i katalogach
– mówi Sebastian Czarnecki z serwisu skocznia.com – najlepiej we
wszystkich możliwych, poczynając od onet.pl i wp.pl poprzez netsprint.com, interia.pl na yahoo.com
kończąc. Google po jakimś czasie
dodaje witryny automatycznie.
Warto zainteresować się również
projektem yoonet.pl. Serwis ten
zrzesza witryny w celu wzajemnej
promocji, na zasadzie wymiany linków. Yoonet zapewnia także skromny dochód za dodatkowe emitowanie reklam na łamach strony.
Google, dzięki umieszczeniu
banneru google adsense pozwala na skromny zarobek. Za każde
kliknięcie w taki banner – którego
wymiary można dowolnie określić
– otrzymuje się około 6-7 centów
amerykańskich. Po uzbieraniu 100
dolarów, Google wypłaca tę kwotę
na wcześniej podane konto bankowe. Można oczywiście wpływać na
to, jakie reklamy będą wyświetlane
w serwisie. Nie da się na tym zarobić – mówi Rafał Kruk – pieniądze
zarobione w ten sposób z reguły
wystarczą na częściowe utrzymanie serwisu.
Nie warto reklamować się w portalach internetowych typu onet.
pl, wp.pl, czy grono.net – równie
sceptycznie stwierdza Sebastian
Czarnecki – Za 1000 wyświetleń reklamy wortalu na Onecie (co dzieje
się na tej stronie w około 15 min)
płaci się około 300 zł.
Zespół to podstawa
Trzonem zespołu redakcyjnego
powinni być autorzy piszący systematycznie artykuły. To dzięki
ich pracy serwis żyje, rozwija się i
przyciąga nowych użytkowników.
Ważnym stanowiskiem jest redaktor tekstów, sprawdzający poprawność językową oraz gramatyczną.
Każda witryna powinna posiadać informatyka, czy to z wykształcenia,
czy z zainteresowania. Taka osoba
powinna dbać o bezpieczeństwo
serwisu, chronić przed atakami hackerów, czy monitorując poprawne
działanie strony.
R EK L A M A
Dodatki funkcjonalne
Serwis warto rozbudować o galerię zdjęć oraz forum dyskusyjne,
zwłaszcza, że darmowe szablony
bez problemu można znaleźć w
Internecie. Witryny my-forum.pl i
www.phorum.pl oferują darmowe
fora, darmowe galerie udostępnia
natomiast
coppermine.sourceforge.net. – Galerię warto założyć
już na starcie wortalu, natomiast z
założeniem forum lepiej poczekać radzi twórca serwisu skocznia.com.
– Początkowo i tak nie gromadzi
się wielu czytelników, a z czasem,
gdy wortal rozwija się, idea forum
powinna wyjść oddolnie. Wówczas
to najwłaściwszy moment na jego
założenie.
Przyszłość to społeczność
Tak, jak cały świat powoli dąży
do globalizacji, tak też dzieje się z
Internetem i wszystkimi jego podmiotami, w tym – z wortalami. Dążą
one do pewnego ideału, w którym
nie ma małego grona redakcyjnego,
lecz każdy może przyczynić się do
rozwoju serwisu. Takie idee są nazywane wortalami społecznościowymi, otwartymi na nowych użytkowników. Wśród polskich projektów warto wyróżnić odyssei.com,
zrzeszający podróżników nie tylko z
Polski, ale i z zagranicy. Każdy może
tam założyć konto, zaprezentować
swoją sylwetkę, a co najważniejsze
– opisać którąś ze swoich podróży,
oraz zilustrować ją interesującymi
zdjęciami.
Bardzo możliwe, że tak właśnie
będzie wyglądał Internet przyszłości, tworzony wyłącznie przez
użytkowników. Rafał uśmiecha się
i odchodzi. Sebastiana nie ma już
od jakiegoś czasu. Już późno, czas
wrzucić kolejny, wyczekiwany artykuł o skokach Adama Małysza. •
Wortal, czy raczej portal wertykalny, to wyspecjalizowana w jednej dziedzinie
witryna, dążąca do rozpowszechniania informacji z nią związanych.
• Hosting płatny
• Darmowe galerie
http://www.klatka.pl.
http://www.webd.pl
http://dhosting.pl
http://www.typo3concept.com
http://coppermine.sourceforge.net
• Polecana literatura
http://nazwa.pl
http://www.domeny.pl
– Bryan Pfaffenberger, Steven M.
Schafer, Chuck White, Bill Karow
HTML, XHTML i CSS. Biblia
– Danny Goodman, Biblia Javascript
– Google – wszelkiej maści fora
internetowe, na których bez problemu
znajdziesz porady, oraz pomoc od
użytkowników Internetu.
• Domeny bezpłatne
• Kolejne kroki:
• Hosting bezpłatny
http://www.yoyo.pl/plany-hostingowe
http://www.lua.pl
• Domeny płatne
http://www.prv.pl
• CMS, layout
http://wortal.php.pl
http://www.freelayouts.com
http://www.layouts4free.com
• Darmowe Forum
http://my-forum.pl
http://www.phorum.pl
– Wykupienie miejsca na serwerze
– Wybór i instalacja CMS-a
– Wybór i instalacja layouta
– Wybór domeny
– Stworzenie bazy artykułów
– Zainstalowanie galerii internetowej
– Założenie licznika odwiedzin
– Zareklamowanie serwisu
– Założenie forum
spek takle: 2, 6, 7,
, 20 lutego.
8, 9, 10, 11, 12, 19
15
Analiza
Case study
PUBLIC RELATIONS
Podejdê no do płota!
Rzecznik prasowy chce upublicznić korzystną dla
swojego szefa informację. Dziennikarz zwykle potrzebuje
od niego wiadomości, którą ten najchętniej by wyciszył.
Obaj są sobie potrzebni i dobrze o tym wiedzą. Dla
którego numer komórki drugiego jest cenniejszy?
Listy w obronie
praw człowieka
Niedawno musiałam uzyskać
informacje z jednego ministerstw.
Liczyłam, że tym razem uda się bez
pośrednictwa rzecznika prasowego
– zadzwoniłam do interesującego
mnie departamentu. – Musi pani wysłać swoje pytanie do biura prasowego, które mi je przekaże, a wtedy
ja na nie odpowiem i biuro prasowe
odeśle pani moją odpowiedź – usłyszałam w departamencie. – Ale czy
uda się to jeszcze dzisiaj? – spytałam zgnębiona. – Jeżeli zaznaczy
pani w mailu, że to pilne, to tak.
Napisałam, wysłałam i czekałam
do 16.15 – magicznej godziny, kiedy
kończy się praca państwowych instytucji. Kiedy zadzwoniłam, by się
przypomnieć, usłyszałam, że departament już jej udzielił, ale biuro
prasowe czeka teraz na podpis pod
R EK L A M A
16
odpowiedzią swojego dyrektora.
W końcu się udało – po serii absurdów w mojej skrzynce znalazła się
lakoniczna odpowiedź. Jakie było
moje zdziwienie, kiedy po godzinie
zadzwonił do mnie sam dyrektor
biura prasowego ministerstwa.
– Pani redaktor, skończyła pani już
swój tekst? Bo stwierdziłem, że
przesłana przez nas odpowiedź jest
bardzo urzędnicza i lepiej będzie, jeżeli sam pani wytłumaczę jak sprawa wygląda – powiedział.
Rzecznik – pojęcie płynne
Media widzą świat inaczej, dlatego rzecznik prasowy musi poznać ten sposób widzenia i umieć
patrzeć na to samo wydarzenie
z różnych stron. Problemy, którymi
zajmują się media, dla ludzi są często niezrozumiałe, a cała gra toczy
się pomiędzy rzecznikiem a dziennikarzami – tak swoją pracę opisuje
Paweł Trzciński, były rzecznik ministra zdrowia, i dodaje: – Rzecznik
prasowy tłumaczy kulturę swojej
organizacji na prosty język komunikatu medialnego.
Dzisiaj bez rzecznika nie obędzie
się żadna większa firma, nie mówiąc o urzędzie. Dziennikarze coraz
częściej słyszą od pracowników
instytucji, że wszelkich informacji
udziela jedynie rzecznik, bo nikt
inny nie ma na to zgody przełożonego. Jakie są więc zadania rzeczników? – Zakres moich obowiąz-
Styl pracy rzecznika określa
instytucja, dla jakiej pracuje. Prywatne firmy, fundacje czy instytucje pozarządowe nastawiają się
na intensywny kontakt z mediami,
dzięki którym ze swoim przekazem
mogą trafić do odbiorcy. – Media
Relations i Public Relations składają
się na pracę rzecznika prasowego.
To także komunikacja wewnętrzna
plus informowanie mediów, współpraca z dziennikarzami i promocja
na zewnątrz poprzez organizowanie eventów i przesyłanie informacji
do prasy – opisuje Barbara Mąkosa,
rzecznik prasowy dzielnicy Ursynów. – Przy organizacji wystawy
buduję najpierw bazę obrazkową
np. dla miesięczników dwa miesiące wcześniej udostępniam wsparcie zdjęciowe danej wystawy. Potem przygotowuję notkę prasową,
która, im bliżej wystawy, tym jest
bardziej doprecyzowywana i poszerzana. Na stronie internetowej
umieszczam komunikaty prasowe
z informacją o konferencjach prasowych i teczki prasowe z pełną
informacją o wystawie. Tydzień
przed wydarzeniem wysyłam mailing przypominający o konferencji,
dla stale współpracujących dziennikarzy także smsy na dzień przed
wystawą – opisuje swoją pracę Gawerska. Efekty takiej pracy dziennikarz codziennie znajduje w swojej
skrzynce mailowej: zaproszenia na
konferencje, debaty, spotkania czy
promocje.
Inaczej wygląda praca w instytucjach państwowych. Tutaj rzecznik przede wszystkim odpowiada
na pytania dziennikarzy, promocją zajmuje się rzadko. – Rzecznik
ministerstwa jest wojownikiem,
do którego zadań należy obrona
swojej organizacji, obrona ludzi,
Kryzysy
Szczególnie ważne są tzw. sytuacje kryzysowe. – Jeżeli chodzi
o zarządzanie kryzysem, ustalony
jest zawsze plan komunikacji: kto
i kiedy jakie informacje podaje (np.
w przypadku katastrofy kto podaje
informacje o ilości ofiar śmiertelnych). Trzeba informować szybko
i prawdziwie – mówi Barbara Mąkosa. Tutaj właśnie kluczową rolę
odgrywa dobrze zorganizowana
komunikacja wewnętrzna. Gorzej,
kiedy o kryzysie instytucja dowiaduje się z… mediów. – Rzecznik zazwyczaj jako pierwszy z ludzi ministerstwa wie o pewnych wydarzeniach od dziennikarzy, nawet zanim
do resortu dojdzie raport o jakimś
kryzysowym wydarzeniu – mówi
Trzciński, bo jak przyznaje, pracownicy instytucji traktują rzecznika
często jak osobę z zewnątrz, będącą po stronie dziennikarzy, nie urzędu. Dziennikarze jednak nie mają
wątpliwości – rzecznicy grają do
przeciwnej bramki. – Mówią prawdę, ale ...tę wygodną dla instytucji
– ocenia Michał Cessanis. – Wiadomo, są prawdy i półprawdy – dopowiada Łukasz Kwaśny, dziennikarz
radia Katowice. – Kiedy czegoś nie
wiem, przyznaję się do tego dziennikarzowi i sprawdzam. To lepsze
niż podawanie nieprawdziwych lub
niesprawdzonych informacji – mówi
Barbara Mąkosa.
Bliżej prawdy są ci, którym udaje się poznać z rzecznikiem bliżej.
– Czasami rodzi się nieformalna
zależność między rzecznikiem
a dziennikarzem, który dostaje
pewne wiadomości na wyłączność
– mówi Łukasz Kwaśny. – Bardziej
ekskluzywna znajomość z rzecznikiem jest pomocna – potwierdza
Krzysztof Jóźwiak, dziennikarz
„Polski”. Tutaj jednak ma znaczenie,
z jakiej redakcji jest dziennikarz.
– Nie jest tajemnicą, że rzecznik
szybciej udzieli informacji TVN24,
niż Radiu Kielce – mówi Łukasz
Kwaśny.
Kiedy w końcu rzecznik informacji udzieli, wtedy zaczyna się
prawdziwa praca dziennikarska.
Rzecznik jest niezbędny na pewnym etapie zbierania materiału.
Jednak jego ugładzone komunikaty trzeba potwierdzić w innych
źródłach i dopiero wtedy – jak mówi
Paweł Trzciński – powstaje inna niż
ta przekazana przez rzecznika, rzeczywistość „medialna”. •
Antyrzecznik
W ostatnim rankingu najgorszych rzeczników prasowych instytucji
paƒstwowych i publicznych, organizowanym przez miesi´cznik „Press”,
dziennikarze mediów ogólnopolskich wytypowali 19 antyrzeczników.
Idealny kandydat na antyrzecznika bohatersko broni swojej instytucji
przed natr´tami i przyjmuje ciosy zdesperowanych dziennikarzy.
Główne zadanie to zniech´canie do zadawania pytaƒ. A je˝li ju˝
padnà, musi umieç je skorygowaç albo zignorowaç.
W piàtym rankingu najwi´cej głosów otrzymał Andrzej SadoÊ
(b. rzecznik MSZ, gdy resortem kierowała Anna Fotyga). Zaraz za
nim uplasował si´ Tomasz Skłodowski, który był rzecznikiem MSWiA
za czasów Ludwika Dorna. Jan Dziedziczak, b. rzecznik rzàdu,
scharakteryzowany jako przera˝ony, uplasował si´ przed Piotrem
Paszkowskim, b. rzecznik MON. Pierwszà piàtk´ najgorszych rzeczników
zamyka Edyta ˚yła, która formalnie nie była rzeczniczkà ministra
sprawiedliwoÊci, ale to nià Zbigniew Ziobro namaÊcił do kontaktów
z mediami.
Tomasz Betka
Maraton pisania listów to jedna
z najpopularniejszych akcji Amnesty International. Jego ósma edycja, która odbyła się 8 i 9 grudnia
2007 r., została poświęcona obronie
prześladowanych kobiet. Inicjatywa
objęła kilkadziesiąt miejscowości w
całej Polsce oraz 40 innych państw.
Więcej listów niż u nas, napisano
tylko w Stanach Zjednoczonych.
Wojciech Makowski z Amnesty International przyznaje, że w organizacjach pozarządowych wszyscy
muszą być w jakimś stopniu PR-owcami. Zwłaszcza, że Maraton jest
przeprowadzany w okolicach 10
grudnia – Międzynarodowego Dnia
Praw Człowieka – a więc w momencie, gdy trudno pozyskać darmową
reklamę.
Tym razem Amnesty przesunęła część zainteresowania mediów
na okres przed Maratonem. Zaangażowano kilka znanych osób
– artystów, polityków, dziennikarzy.
– Najbardziej eksponowana była
Ewelina Flinta. Chcieliśmy, żeby media miały kogo nagrywać i cytować
– mówi Wojciech Makowski. W warszawskim centrum zliczania listów
przy Chłodnej wspólne pisanie rozpoczęła Wiera Striemkowska, białoruska obrończyni praw człowieka.
Za długopis chwycili jeszcze m.in.
Izabela Jaruga-Nowacka, Seweryn
Blumsztajn i Kazimiera Szczuka.
Postawiono na jasny i czytelny
8 – tyle razy Amnesty Internatinal
organizowała Maraton.
41 – tyle paƒstw z całego Êwiata
wzi´ło udział w Maratonie.
68 – tyle polskich miast objàł
ostatni Maraton.
przekaz. – Poprzedni Maraton był
skuteczny – udało się pomóc sześciu osobom. Dodatkowym atutem
była rekordowa ilość miejsc do pisania. Poza tym nie prezentowaliśmy
żadnych statystyk, tylko kilka wybranych historii, na przykład młodej
muzułmanki czy Anny Politkowskiej
– ocenia Makowski. Uczestnicy Maratonu mogli, więc przeczytać o tragedii 19-letniej dziewczyny z Arabii
Saudyjskiej, która została zgwałcona, a następnie ukarana chłostą za
przebywanie sam na sam z obcymi
mężczyznami. Podobnych opowieści było więcej. Wojciech Makowski
zwraca również uwagę na formę
akcji. – Pisanie trwa całą dobę, co
pozwala tworzyć pewną dramaturgię – uważa. Każdy mógł napisać,
co chciał, nie było gotowych szablonów czy formularzy.
Organizatorom zależało na tym,
aby stop przemocy wobec kobiet
powiedzieli też mężczyźni. Amnesty wybrała piłkarzy Legii Warszawa, którzy przed meczem z Górnikiem Zabrze wyszli na murawę
w koszulkach z logo AI.. W tym samym czasie wolontariusze zbierali
wśród kibiców podpisy pod petycjami w obronie prześladowanych
kobiet.
Organizacja uzyskała wsparcie
reklamowe od agencji DDB. Compress przygotował wcześniej dla
Amnesty prezentację na temat
mo˝na było pisaç listy.
41 864 – tyle listów napisali
Polacy w ostatniej edycji
Maratonu.
techniki współpracy z mediami.
Kampania była obecna we wszystkich mediach. Instytut Monitorowania Mediów odnotował ponad 200
doniesień w prasie, radiu i telewizji,
nie licząc stacji i rozgłośni lokalnych.
W spotach promujących Maraton
można było usłyszeć kobietę piszącą
list zaczynający się od słów „Uwolnij
więzione kobiety”. W dalszej części
reklamy do udziału w akcji zachęca
już mężczyzna – „Wyobraź sobie setki tysięcy takich listów. Żaden reżim
tego nie wytrzyma” – przekonuje.
Organizatorzy podkreślają ponadto
niezwykle istotną rolę mediów lokalnych w bezpośrednim dotarciu
do odbiorcy.Rekordowa liczba osób
biorących udział w akcji Amnesty Internatinal jest efektem silnej obecności w mediach, firmowania inicjatywy przez znane i lubiane osoby
oraz marki, jaką wyrobiła już sobie
organizacja. Warto jednak pamiętać, że specyficzną cechą kampanii
był jej cel, niemający nic wspólnego
z ekonomią, która w wypadku innych inicjatyw jest sprawą podstawową. •
Maraton Pisania Listów jest
akcją międzynarodową, która
trafiła do Polski, ponieważ ktoś
na świecie ją wymyślił, a Amnesty
Inernational jest także u nas. Jednak centrum akcji nie mieści się w
Polsce. I tu jest pewien problem,
ponieważ, o ile na świecie takie
akcje społeczne trafiają niemal
automatycznie do mediów, o tyle
w Polsce trzeba się o to bardzo
starać. Tam media uznają popularyzację akcji i jej wyników za część
swojej misji informacyjnej i odpowiedzialności społecznej, w Polsce
media oceniają ile mogłyby zarobić,
gdyby sprzedały reklamę akcji.
To prowadzi do dalszych różnic:
tam ludzie z Amnesty International zajmują się koordynacją i niemal wyłącznie informacją o akcji,
u nas - jak słusznie zauważył p.
Makowski - muszą zajmować się
wszystkim po trochu, a najgorsze,
że także promocją i reklamą.
To „warunki tła”, zaś co do
przebiegu akcji w Polsce, to wydaje mi się, że właśnie ze względu
na podejście polskich mediów
akcja jest u nas traktowana dużo
bardziej skrótowo niż na świecie.
Tam media mówią o niej od czasu
do czasu przez cały rok i oczywiście intensywniej w okresie,
kiedy jest przeprowadzana. Tam
media wracają do wyników, u nas
ograniczają się do podsumowania
liczby listów, jakby chodziło
o rekord Guinessa.
Jednym słowem, zarówno
warunki przeprowadzania takich
akcji, ich wyniki, jak i odbiór społeczny zależą bardzo silnie od
poziomu dojrzałości społecznej.
Piotr Czarnowski,
First PR President
Zimà Ênieg, latem przystaƒ
Maria Skorupska
fot. Maciej Jawornicki / archiwum LIVE
fot. stockxpert.com
Jaka instytucja, taki rzecznik
którzy ciężko pracują, a są często
oczerniani. Media tworzą odrębną
rzeczywistość, świat równoległy
– mówi Paweł Trzciński. Dlatego
Trzciński jako rzecznik wyznawał
zasadę, że pozytywne informacje
przekazywał mediom sam minister. Złe wiadomości brał na siebie.
– Rzecznik jest trochę chłopcem do
bicia – puentuje.
Maraton w liczbach
111 – w tylu miejscach w Polsce
Wioletta Wysocka, Katarzyna Ranocha
ków jest dosyć płynny – przyznaje
Olga Gawerska, rzecznik prasowy
Narodowej Galerii Sztuki Zachęta.
W założeniu podstawowe zadanie
to informowanie mediów, zdaniem
dziennikarzy – to kreowanie pozytywnego wizerunku. – Zamiast
udzielać nam informacji, rzecznicy
utrudniają pracę, nie odbierają telefonu, nie odpisują na maile. Można powiedzieć, że często rzecznik
staje się niedorzecznikiem -mówi
dziennikarz „Życia Warszawy” Michał Cessanis.
PUBLIC RELATIONS
Marka Żywiec po raz czwarty jest
sponsorem akcji „Na śniegu”. Dla
amatorów białego szaleństwa w sześciu
najpopularniejszych zimowych kurortach
w Polsce zorganizowane zostaną konkursy,
zawody sportowe, pokazy i koncerty.
Będzie to pewnego rodzaju kontynuacja imprezy odbywającej
się latem. Podobnej w organizacji,
natomiast różniącej się miejscem
i atrakcjami sportowymi, które pozostają adekwatne do pory roku.
„Na plaży” Żywiec gości na przełomie lipca i sierpnia, natomiast „Na
śniegu” rozpoczyna się 8 lutego i
trwać będzie do 24. Podobnie jak w
latach poprzednich zawita do Zakopanego, Karpacza, Szklarskiej Poręby, Szczyrku, Wisły i Szczawnicy.
Program imprezy obejmuje występy polskich wykonawców oraz
rozmaite zmagania sportowe.
W ramach urozmaicenia ratownicy
przeprowadzać będą pokazy jazdy
quadami i skuterami śnieżnymi. Na
górskich stokach będzie można
spróbować swoich sił w zawodach i
konkursach narciarskich lub snowboardowych albo w rzucie śnieżką
do celu. Składająca się z dwudziestu pięciu osób grupa profesjonalistów pod nazwą „Action Team” będzie prezentowała swoje umiejętności i prowadziła szkolenia z różnych sposobów wykorzystywania
nart i desek. Sportowe emocje ma
podnieść obecność dam polskiego
snowboardu – Jagny Marczułajtis i
Pauliny Ligockiej.
Na uczestników imprezy mniej
zainteresowanych
zmaganiami
sportowymi rozstawione będą
namioty, Bazy „Na śniegu”. W nich
odbywać się będą pokazy filmowe,
prelekcje, występy kabaretowe i
koncerty. Na scenach muzycznych
będzie można zobaczyć między innymi, takie gwiazdy jak Indios Bravos, Dżem, Ira, Golden Life, Tatiana
Okupni, Kasia Kowalska, Fisz. W Bazach „Na śniegu” zagoszczą także
kabarety Grzegorza Halamy, Para-
nienormalni i Dno. Najlepsi polscy
didżeje, m.in. Hirek Wrona, DJ Prezydent, DJ Black poprowadzą imprezy
taneczne i karaoke.
Dziennikarze są informowani
o przebiegu akcji „Na śniegu” poprzez wysyłane informacje prasowe, materiały zdjęciowe oraz
indywidualne kontakty. Akcja promowana jest także poprzez stronę
internetową oraz liczne konkursy
w mediach. Wsparta jest również
kampanią reklamową. Od 14 stycznia w telewizji i w Internecie emitowane są dwa 15-sekundowe spoty
reklamowe informujące o akcji „Na
śniegu”. Od 1 lutego reklama pojawi
się również w prasie oraz na nośnikach outdorowych.
W ubiegłym roku w imprezie wzięło udział 80 tys. osób, a we wszystkich edycjach ponad 200 tys. •
17
Perły z lamusa
Okolice
FOTOGRAFIA
FOTOGRAFIA
Tymothy O’Sullivan był
pierwszym, który nazwał
się fotografem. Jednym
z pierwszych, którzy
wynieśli aparaty ze studiów
portretowych w plenery
i na front wojenny. I choć
zasłynął wojennymi kadrami,
wielu krytyków twierdzi,
że mistrzostwo pokazał
fotografując Dziki Zachód.
Właściwie ciężko jest ocenić,
które fotografie są lepsze, czy te
z frontu – niepowtarzalne, czasem
makabryczne, wręcz szokujące,
czy plenerowe, z których krzyczy
cisza i ogrom przestrzeni przyrody.
Co sprawiło, że młody mężczyzna
zdecydował się na rejestrowanie
tragedii żołnierzy? Czy to, że sam
jako porucznik, który walczył pod
Beaufort, Port Royal i w Forcie Walker, był oswojony ze śmiercią na
polu bitwy? Podniecenie nowym
gatunkiem fotografii? Poczucie
bycia pionierem? A jego zapierające
dech pejzaże? Czy były próbą ukojenia po tragedii współtowarzyszy?
Niewiadomo.
Niewiele wiadomo też o jego życiu rodzinnym. Urodził się w Irlandii w
1840 roku. Mało stamtąd zapamiętał, bo gdy miał 2 lata jego rodzice
wyemigrowali do Nowego Jorku. W
wieku 18 lat zaczął pracę w studiu
fotograficznym Mathew Brady’ego w
Nowym Jorku. To tu zaczęła się jego
życiowa wędrówka z fotografią.
fot. Tymothy O’Sullivan - Petersburg seige
Adnieszka Juskowiak
na linię frontu pod Bull Run, gdzie
miała być stoczona pierwsza wielka bitwa w tej wojnie. Zakończyła
się klęską, a Brady o mały włos nie
został uznany za szpiega i stracony. Po powrocie zdecydował, że
koniecznie jest zarejestrowanie
przebiegu wojny. Taka okazja mogła się nie powtórzyć! Nikt wcześniej nie wyruszał z aparatem na
front. Bestialstwo wojny dla cywi-
lów było wiedzą abstrakcyjną. Nikt
nie domyślał się, jak wygląda pole
po bitwie. Stosy ciał, odszarpane
kończyny, szrapnele, wielkie doły
po wybuchach armatnich.
Brady skompletował zespół,
w którym znalazł się i O’Sullivan.
Grupa liczyła 20 fotografów. Timothy pracował obok takich sław jak:
Alexander Gardner, James Gardner,
William Pywell czy George Barnard.
Grupa „Brady’s Photographic Cors”
wyruszyła w ślad za armią Unii, gotowa rejestrować każdy jej krok.
Pod wezwaniem Brady’ego
Każdy z fotografów podróżował
z własną ciemnią. Technicznie
rzecz biorąc ciężko to sobie dziś
wyobrazić. Współczesny fotoreporter, owszem, ma kilka aparatów,
ciężką torbę z obiektywami, ale nie
Miał niespełna 21 lat, kiedy wybuchła wojna secesyjna, po której
i on, i wszyscy w studio, w którym
pracował, odczuli spadek zainteresowania fotografią studyjną. Jedynymi klientami byli teraz żołnierze
wybierający się na wojnę – zdjęcia
w mundurze podarowywali swoim
matkom, siostrom i ukochanym. To
właśnie w studiu fotograficznym
Brady’ego sfotografowano oficerów armii Unii, m.in.: Nathaniela
Banksa, Benjamina Butlera czy
George’a Custera. Najprawdopodobniej O’Sullivan wręcz umierał
z nudów w małym studiu fotograficznym. Wstąpił do wojska. Był
pierwszym porucznikiem w armii
Unii. Zdążył zawalczyć pod Beaufort, Port Royal, w Forcie Walker
i w Forcie Pułaskim i... został odesłany do domu. Jednak nie na długo.
Wojna po raz drugi
W lipcu 1861 roku Matthew Brady oraz Alfred Waud, artyści pracujący w „Harper’s Weekly”, pojechali
18
fot. Tymothy O’Sullivan - Harvest of Death
Wojna po raz pierwszy
musi dźwigać wielkiego, nieporęcznego monstrum na trzech nogach.
Ponieważ używano wtedy płyt,
ich transport był bardzo trudny.
A na froncie huk armat, formowanie
szyków, i gdzieś tam przemykający
fotografowie. O’Sullivan tak skrzętnie przemieszczał się na polu bitwy,
że tylko dwukrotnie odłamki zniszczyły mu aparat. Jednak gdyby nie
jego odwaga i chęć pokazania światu wojennej prawdy, nie powstałoby
jedno z jego najsłynniejszych ujęć:
„Harvest of Death” („Żniwo śmierci”) – widok poległych w bitwie pod
Gettysburgiem
konfederatów.
Wykonał je 4 lipca 1863 roku. Na
pierwszym planie rozpostarte są
zwłoki poległych żołnierzy. W dali
niewyraźne sylwetki i zamazany
horyzont. O’Sullivan do tego stopnia chciał przekazać prawdę o wojnie, że pod Gettysburgiem razem
z Gardnerem zawlekli ciało jednego
z żołnierzy i upozowali przy skałach.
W oddali widać strzelbę i koc z napisem „Home of a Rebel Sharpshooter”. Dziś powiedziano by, że to nie
naginanie prawdy, ale wręcz jej fałszowanie. Dla Gardnera i O’Sullivana
było to ukazanie wojennej prawdy
w jej istocie, bo oddawało tragedię
osamotnionego i walczącego do
końca żołnierza.
Większość wojennych fotografii
O’Sullivan’a była wykonana z jednej
perspektywy. Nie było mowy o żadnym przechyleniu aparatu. Niemal
wszystkie kadry uchwycone zostały z tej samej odległości. Obiekty nie są w zasięgu ręki fotografa,
Siła natury
Po wojnie brał udział w wielu rządowych ekspedycjach
naukowych na Zachodzie kraju. Dzięki udziałowi w dwóch z
nich fotografował i odkrywał
m.in. tereny Kalifornii, pustyni
Newada, Nowego Meksyku,
Arizony, Utah, Wyoming i Idaho.
W trzeciej ekspedycji naukowej
zawędrował aż do Panamy. W
latach 1867-1869 był jednym z
oficjalnych fotografów Amerykańskiej Ekspedycji Geologicznej (United States Geological
Exploration) wzdłuż 40 równoleżnika, której przewodził
amerykański geolog Clarence
King. Ekspedycja rozpoczęła
się od Virginia City w Nevadzie. O’Sullivan zabrał aparat na płyty (22x30 cm), 125
szklanych płyt oraz chemię
i ciemnię. Warto tu dodać, że
podróżowanie z tak delikatnym
bagażem było nie lada wyzwaniem i nie należało do najprostszych. Przyroda, woda, zwierzęta, wilgoć, a w tym wszystkim fotograf z zapleczem.
Fotografował głównie kopalnie. Jednak najbardziej znane
fotografie wykonane podczas
tych projektów to obrazy prehistorycznych ruin miasta w
kanionie de Helle, w Nowym
Meksyku, i maleńkich wiosek
puebli na południowym zachodzie. Te fotografie pokazywały
zupełnie inny obraz kraju – terenów, nieodkrytych i niezurbanizowanych. Jego pejzaże są
specyficzne. Ich oryginalność
polega na wyzieraniu z fotografii martwej ciszy i bezkresu
wśród sfotografowanych skał,
jezior, wiosek. Na niektórych
zdjęciach O’Sullivana czas zatrzymuje swój bieg, jak wspomniane już „Starożytne ruiny
w Kanionie de Chelle w Nowym
Meksyku”. Odbiorca takiej fotografii widzi, jak potężna jest
natura. Staje wobec gigantycznej góry lub nad niezmąconym
rozległym jeziorem. Czy można
lepiej pokazywać świat?
Później O’Sullivan wybrał
się w kolejną wyprawę do Panamy. Przewodził jej Darien, a
środowisko klimatyczne było
jeszcze mniej tolerancyjne
dla sprzętu fotograficznego.
Wilgotne powietrze i wysoka
temperatura sprawiały wielkie
trudności przy rejestrowaniu
ekspedycji. W latach 18711874 był jeszcze uczestnikiem
wyprawy George’a M. Wheelera. Żeby wykonać zdjęcie gotów był nawet ryzykować życie
– prawie utonął podczas próby
fotografowania. Z tej ekspedycji przywiózł jednak ponad
300 negatywów. Większość
czasu między ekspedycjami
naukowymi O’Sullivan przeznaczał na intensywną pracę
w studiu fotograficznym w
Waszyngtonie, gdzie wykonywał odbitki swoich „trofeów”
z ekspedycji.
Na koniec prywatnie
Wiadomo,
że
czytelnik
– nawet największy pasjonat
historii fotografii – znając już
losy zawodowe O’Sullivan’a, nie
odmówiłby sobie przyjemności
zajrzenia do alkowy fotografa.
Cóż, kiedy źródła podają niewiele. Wiemy, że w Waszyngtonie poznał i poślubił Laurę
Virginię Pywell, siostrę Williama
Pywella, fotografa i towarzysza z wojennych wypraw. Wiemy też, że nie zostawił po sobie
potomstwa, bo jego syn urodził
się martwy.
Wiemy wreszcie, że kres
wyprawom
fotograficznym
położyła gruźlica, na którą zachorował fotograf. Kiedy już
nie mógł jeździć z aparatem
po Stanach Zjednoczonych,
pracował jako fotograf Inspektoratu Geologicznego Stanów
Zjednoczonych (United States Geological Survey – USGS)
oraz Departamentu Skarbu
(Treasury Department). Wiemy
wreszcie, że zmarł w 1862 roku
w wieku 41 lat.
PS. Jego biograf – James D.
Horan – twierdzi, ze był człowiekiem nieśmiałym. Dowodzić
tego ma tylko jeden wykonany
przez niego autoportret. •
R EK L A M A
still live
fot. Andrzej Pilichowski–Ragno
Pionier fotoreporta˝u
dzieli ich wyczuwalny dystans.
Głębokość obrazu jest zaskakująca – plany przedstawione
na zdjęciach bardzo ostre.
Rezultat prac całej grupy
20
fotografów
Matthew
Brady
opublikował
pod
swoim
nazwiskiem
(w zbiorze „Incidents of the
War” – „Na wojnie”). Rzecz
jasna, nie spodobało się to
części fotografów, którzy
zakończyli z nim współpracę. Także O’Sullivan razem
z Alexandrem Gardnerem i innymi fotografami postanowili
się uniezależnić i w 1863 roku
założyli własną firmę. Dalej fotografowali wojnę secesyjną
aż do jej zakończenia w 1866
roku.
Społeczeństwo nie było
przygotowane na komentowanie wojennej rzeczywistości w sposób tak dosłowny,
jaki umożliwiała fotografia.
Fotografie wywołały szok
wśród społeczeństwa, które
nie było przygotowane na tak
bezpośredni przekaz wizualny z wojny: obraz zniszczeń,
bezimiennej śmierci młodych
mężczyzn, tragedii ludzkich. W
komentarzu z wystawy z 1862
roku „The New York Times” pisał: „Żywych, którzy chodzą po
Broadwayu, może obchodzą
mało polegli pod Antietam, ale
my myślimy, że kroczyliby mniej
bezmyślnie po ulicy, gdyby na
chodniku leżały okrwawione
ciała, przeniesione z pola walki.
Modne spódnice unoszono by
z uwagą i wszyscy patrzyliby
gdzie stawiają nogi”.
rozmawiała Agnieszka Juskowiak
■ Dlaczego wybrał pan właśnie to zdjęcie?
Andrzej Pilichowski–Ragno: Jest
stare, sprzed około dziesięciu
lat, ale dobrze pokazuje, jak
czasem błędnie nazywa się coś
martwą naturą.
■ To nie jest martwa natura?
No właśnie. Stojącą na stoliku
butelka, ładne światło, jasna
kompozycja. Wniosek, że jest
to ustawiony przedmiot, światło i sytuacja sam się nasuwa. A
tymczasem to był przypadek,
napotkane zdarzenie: stolik,
butelka i światło. Według mnie
mogłoby to być zdjęcie reportażowe, bo niczego tu nie wykreowałem. Z martwą naturą
w fotografii jest rzeczywiście
problem.
■ Dlaczego?
Jako gatunek została mechanicznie przejęta z malarstwa.
Nie ma ściśle zarysowanych
granic. O ile możemy powiedzieć
o fotografii reportażowej, czy o
akcie albo fotografii kreacyjnej,
że są to dla nas jasne pojęcia, o
tyle martwa natura jest gatunkiem sztucznie przeniesionym
z malarstwa. Niestety fotografia wciąż jest w tym przypadku
zależna od malarstwa i nie może
wyzwolić się z malarskich pojęć
i gatunkowości. A poza tym,
samo określenie „martwa natura” jest niezbyt trafne.
■ Czyli jest to problem
lingwistyczny?
W naszym języku „martwa natura” oznacza coś skamieniałego,
nieruchomego, bez życia. Natomiast angielskie pojęcie „still
live” to coś zatrzymanego, wyciszonego, ale nie martwego.
■ Zatem można mówić o regułach w martwej naturze?
Klasycznym punktem odniesienia jest malarstwo i martwe natury holenderskie. W banalnej
postaci mamy też zestaw „atrybutów” martwej natury – owoce,
szklane przedmioty, ptactwo
czy zwierzynę. Wszystko, co
można pięknie oświetlić. Współcześnie taka martwa natura
ma zastosowanie w reklamie.
Rzadko mówi się o amatorskiej
martwej naturze.
■ Woli pan fotografować ludzi
czy martwą naturę?
Pytanie z gatunku trudnych.
Praca z człowiekiem wymaga
cierpliwości. Nie wiadomo, co
się wydarzy, i to jest fascynujące. Podobnie, jak obserwowanie
„otwierania się” twarzy fotografowanego. Nad przedmiotami
fotograf panuje w całości. Nie
ma elementu zaskoczenia. Czasem jednak w martwej naturze
też można uzyskać efekty zaskakujące. Inaczej ustawiając
światło, grając kątem, cieniem.
Kiedyś fotografowałem owoce
w klasycznym oświetleniu.
Obserwowałem
i
rejestrowałem ich rozkład. To było
bardzo ciekawe. •
19
Kolumna Zygmunta
Dziennikarz kulturalny
FOTOGRAFIA
KULTURA
Andrzej Zygmuntowicz
czasu, to okazałoby się, że atak na
Pałac miał miejsce krótko po drugiej
w nocy. Walki trwały niecałe pół godziny, a Pałacu bronili niewyszkoleni podchorążowie i batalion kobiecy. Gdy zobaczyli bięgnących w ich
stronę bolszewików, bez namysłu
rzucili się do ucieczki. Aresztowano
członków Rządu Tymczasowego
i rozpoczęto poszukiwanie trunków zgromadzonych w piwnicach
(to te zbiory tak naprawdę interesowały atakujących). Nie wypada
mówić o tym głośno, ale zdaje się,
że więcej było ofiar pijaństwa niż
strzelaniny. Radzieccy specjaliści
od propagandy uznali, że taki obraz
bohaterów rewolucji nie powinien
przetrwać w pamięci potomnych.
Na ich szczęście nie powstała żadna fotografia ani film, ukazujące
prawdziwie oblicze całego zdarzenia. Z jednego prostego powodu
– wszędzie panował mrok głębokiej
listopadowej nocy, a ówczesne
materiały fotograficzne nie były w
stanie zarejestrować czytelnego
obrazu przy tak małej ilości światła. W trzecią rocznicę wybuchu
rewolucji urządzono wielkie przedstawienie z udziałem ośmiu tysięcy
żołnierzy i wykorzystaniem wielu
samochodów, armat, czołgów oraz
krążownika Aurora, który, z powodu
zakłuceń w kontakcie z szefami inscenizacji, strzelał bez przerwy, za-
fot. Alexander Gardner - Dead Confederate sharpshooter in the Devils Den, Gettysburg, Pa, 07.1863
fot. Tyler Hicks / The New York Times - Attack in Tyre
publikacja zdjęć w celach edukacyjnych
Od dawna przy okazji różnych
rocznic media przypominają o fotografiach potwierdzających, że
omawiane wydarzenie naprawdę
miało miejsce. Towarzysząca fotografii aura wiarygodności wręcz
wymusza umieszczenie zdjęcia,
które przypieczętowuje zaistniały
fakt niczym stuprocentowy dowód
sądowy. Całkiem niedawno miała
miejsce rocznica mało przyjemnego dla Europy Wschodniej zdarzenia, jakim była rewolucja październikowa. Szczęśliwie w większości
krajów jej zgubne skutki są już
tylko tematem dywagacji historyków. Wśród tegorocznych analiz
znalazł się ciekawy tekst Wacława
Bartczaka opublikowany w „Gazecie Wyborczej” z 10-11 listopada.
Artykuł zilustrowano fotografią
opatrzoną podpisem: „Szturm na
Pałac Zimowy w Piotrogrodzie 7
listopada 1917”. Podejrzewam, że
to nie autor tekstu wybierał zdjęcie, lecz ktoś z redakcji, zajmujący
się na co dzień doborem ilustracji
do artykułów, ale niepasjonujący
się historią. Zdjęcie robi wrażenie
– tłum żołnierzy biegnie w kierunku
Pałacu, armaty strzelają, tworząc
pełne uroku obłoki dymu, za chwilę żołnierze wedrą się do wnętrza,
ale z Pałacu nikt nie strzela, zupełna cisza. Gdyby zanurzyć się w
kronikarskich zapiskach z tamtego
miast zakończyć na jednej salwie.
W spektaklu tym uczestniczyło
sto pięćdziesiąt tysięcy widzów, a
wszystko oczywiście fotografowano i filmowano. Zdjęcie towarzyszące tekstowi w „Gazecie Wyborczej”
pochodzi właśnie z tej maskarady.
Zamieszczony obraz doskonale
pasował propagandystom do mitologii pierwszych godzin rewolucji i
czym prędzej został wykorzystany
w podstawowym źródle wiedzy o
Kraju Rad – „Historii Wielkiej Komunistycznej Partii Bolszewików”, a za
nią we wszystkich podręcznikach
szkolnych i to nie tylko w Związku
Radzieckim. Po pierwszej publikacji odezwało się kilku uczestników i świadków nocnego ataku
na Pałac Zimowy. Informowali, że,
po pierwsze, była czarna noc, po
drugie, żołnierzy było niewielu i inaczej wyposażonych, a, po trzecie, z
niektórych okien biły światła (podobno obrońcy ogrzewali się przy
ogniskach rozpalonych wewnątrz
Pałacu). W kolejnej wersji ręka retuszera dodała to, co było potrzebne,
ale obraz nie był tak atrakcyjny.
Minęły lata, uczestnicy i świadkowie, już nieobecni, nie upomną się
o prawdę, więc można powrócić do
pięknej ikony, ukazującej atak zdeterminowanych bolszewików na
Pałac będący symbolem zła – siedzibą znienawidzonego rządu. Mimo
oczywistego fałszu, zdjęcie to cały
czas funkcjonuje jako ilustracja
wiernie opisująca wybuch rewolucji.
Zresztą, podobnie potraktowano
jedną ze scen z filmu „Październik”
Sergiusza Eisensteina z 1927 roku.
Atak na Pałac Zimowy pokazywano
jako fragment historycznych kro-
20
nik filmowych. Czy tylko rewolucja
październikowa ma tak naciągane
dokumenty wizualne? Ileż jeszcze
takich zdjęć z inscenizacją historii
funkcjonuje jako źródła informacji?
Już na samym początku historii fotografii Hippolyte Bayard, jeden z jej
wynalazców, dopuścił się grubego
fałszerstwa. Wykonał zdjęcie, na
którym wygladał jak wyciagnięty
z Sekwany topielec. Był to protest
przeciwko nieuznaniu go jednym z
ojców fotografii (we Francji obwołano nim tylko Ludwika Daguerrea).
Na odwrocie zdjęcia umieścił tekst
o samobójstwie zrozpaczonego
wynalazcy. Fałszerstwo szybko
wyszło na jaw, ale autor, postać
niebywale zasłużona dla francuskiej fotografii, nie został odsądzony od czci i wiary. Grzebiąc w historii
fotografii, znajdziemy sporo wątpliwych dokumentów. Już w czasie
wojny secesyjnej Alexander Gardner przeniósł ciało zabitego żołnierza, odpowiednio je ułożył i ustawił
obok broń, by godniej pokazać wojenną śmierć. Fotografowie Komuny Paryskiej, działający po stronie
rządowej, bez żenady zatrudniali
aktorów do odgrywania dramatycznych scen rzezi, urządzanych
na bezbronnej ludności przez komunardów. Równie chętnie sięgali
po technikę montażu, łącząc na
jednym obrazie postaci, które nie
miały okazji spotkać się ze sobą.
Czy dziś jest inaczej? Chyba nie.
Wojna izraelsko-libańska przyniosła
kolejne manipulacje. Od prymitywnie przeprowadzonych zabiegów
w programach do cyfrowej obróbki
zdjęć do klasycznych inscenizaji.
Najgłośniejszej dopuścił się Tyler
Hicks z „New York Timesa” (swoją
drogą, bardzo dobry fotoreporter).
Fotografował grupę ludzi poszukujących ofiar ataku lotniczego na
jeden z budynków w Tyrze. Po gruzach biega kilku mężczyzn, gaszą
płomienie, zaglądają pod zwalone
ściany, nasłuchują, czy spod betonu nie dochodzą głosy. Szczęśliwie,
wszyscy opuścili dom przed nalotem i nie ma ofiar. Ale taki reportaż,
bez choćby jednego ciężko rannego, nie jest dobry, może nie zdobyć
widzów. Jest na to sposób – jeden
z biegających po gruzach zmienia
się w ofiarę, koledzy przywiązują go
do jakiegoś drąga i wychodzi tyrska
pieta. Piękny i symboliczny obraz,
ale czy prawdziwy ? To ledwie kilka
przykładów z przepastnej skarbnicy
ułudnych obrazów prawdy. Czy, w
związku z tym, nie wierzyć fotografii? Ogromna większość to jednak
dokumenty wiarygodne, ale niczego już nie można obdarzyć bezgranicznym zaufaniem. Informacja jest
niesłychanie istotnym elementem
wpływania na świadomość społeczeństw i, jeśli nie będzie taka, jaka
akurat jest potrzebna, to aż korci,
by ją troszkę podrasować, by była
zgodnie z zamówieniem, przekonująca. Każdej władzy i tej czwartej,
jaką są media, też ciągle trzeba patrzeć na ręce. •
dziennikarskiej
i zwolennik wolności
krytyka. W zawodowym
życiu skorzystał
z wielu rad swojego
nauczyciela Zygmunta
Kałużyńskiego, ale
zawsze był przede
wszystkim sobą.
O uczciwości wobec
siebie i odbiorcy
opowiada
Tomasz Raczek.
Margines
NieprzewidywalnoÊci
fot. Jan Dąbkowski
Czy to zdj´cie mo˝e kłamaç,
chyba nie.
Przeciwnik giełdy
rozmawiał Jan Dąbkowski
■ Jan Dąbkowski: Jak się pisze o
filmie, który się nie podoba?
Tomasz Raczek: O każdym należy
pisać uczciwie to, co się myśli. Ale
jeśli się „przywala”, to oryginalnie,
po swojemu, nie używając schematów i ogólników powtarzanych
w tzw. środowisku. Warto się wyróżniać, a najprościej jest to robić
będąc sobą. Mówił o tym już Leslie
Mitchell – ikona telewizji – który
został pierwszym spikerem BBC w
1936 roku. Zasiadając przed kamerą pamiętał o tym, że do telewizji
trzeba przynosić serce i mówić do
kamery tak, jak się mówi do człowieka, patrząc mu w oczy.
■ A jak się nie robi?
Jestem przeciwnikiem tzw. giełdy
dziennikarskiej, czyli rozmów dziennikarzy po pokazach prasowych.
Dystrybutorzy źle robią, że pokazują
filmy grupie dziennikarzy. Każdy krytyk powinien zobaczyć je sam – wtedy oceny byłyby uczciwsze. Inaczej
opinie uklepują się już w hallu kina.
■ Zygmunt Kałużyński, z którym
długo pan współpracował, także
tak myślał?
Kałużyński był wyjątkowym krytykiem filmowym, najlepszym w
Polsce. Nie należał do filmowego
lobby, był wręcz nielubiany przez
twórców i powodował zazdrość
u innych krytyków. Ale za to jego
sądy były przenikliwe, oryginalne
i… subiektywne. Mogły być okrutne i bezwzględne, lecz wynikały ze
szczerej miłości do filmu. Jeśli krytykował twórców, to nie dlatego, że
ich nie lubił, tylko dlatego, że kochał
kino. Cierpiał, gdy było chrzanione.
■ Jak reagował na złe filmy?
Może to zabrzmi zaskakująco wobec tego, co powiedziałem wcześniej, ale Kałużyński był ogromnie
pokorny wobec sztuki. Miał zasadę,
którą mi powtarzał, że w każdym
filmie – nawet najgorszym – może
znaleźć się jedna scena, jeden kawałek dialogu albo jedno ujęcie, dla
którego warto zobaczyć cały film.
Zawsze oglądał filmy do końca. Gdy
razem oglądaliśmy kiepskie filmy,
mnie niecierpliwemu wydawało się,
że tyle ciekawszych rzeczy mogę
robić w tym czasie, zamiast oddawać życie komuś nieutalentowanemu. Mówiłem: „Zygmunt, to może
na szybkich podbiegniemy trochę”,
bo widziałem, że z tego już nic nie
będzie. On jednak mówił „Nie, nie,
nie, w każdej chwili może się pojawić to jedno ujęcie – na szybkich
ucieknie”. I oczywiście przyznawałem mu rację, bo on miał rację, Mnie
brakowało cierpliwości.
■ To nie przeszkadza w pracy?
Niecierpliwość? Dzięki niej moje życie zawodowe jest bardzo interesujące i pełne zwrotów akcji – zgodne
z moim temperamentem. Nie nudzę się. Mam 50 lat, a praca jest dla
mnie tak samo atrakcyjna i sprawia
mi taką samą przyjemność, jak zaraz po studiach.
■ Co pan studiował, aby stać się
krytykiem kulturalnym?
Wiedzę o teatrze – przedmiot
stworzony przez Jerzego Koeniga
w połowie lat 70. w warszawskiej
Akademii Teatralnej. W programie
była filologia, historia literatury
polskiej, romańskiej, germańskiej,
filozofia, historia sztuki, muzyki, filmu, kultury masowej, a także Polski
i powszechna. Była historia teatru
i dramatu – oddzielnie polskiego i
powszechnego. Braliśmy udział w
zajęciach aktorskich i reżyserskich,
aby zobaczyć, jakie są ich cykle
pracy. Które elementy gry wynikają
z talentu, a które z warsztatu. Jakie
są metody uczenia i pracy nad psychiką aktora.
■ Pewnie przydałyby się
jeszcze zajęcia jak dotrzeć do
czytelników.
Tego nie można się nauczyć w szkole! Do odbiorcy trzeba pisać lub mówić tak, jakby to było najważniejszą
sprawą na ziemi. Wtedy nawet ktoś
mający pilne zajęcie, nie może się
już oderwać i czyta/słucha – co
to takiego, że temu gościowi tak
na tym zależy? Jest jeszcze druga
strona. Zygmunt Kałużyński mówił:
„Opłaca się, żeby nie traktowano
cię do końca poważnie. Jeżeli wyrobisz sobie wariackie papiery, to
przez całe życie będziesz mógł
mówić to, co myślisz. Ale jeśli sam
siebie będziesz traktował śmiertelnie poważnie i pozwolisz, żeby inni
traktowali cię tak samo, to szybko
natkniesz się na rafę, o którą łatwo się rozbijesz”. Trzymam się tej
wariackiej taryfy, choć oczywiście
staram się nie przesadzać. Jednak
zagwarantowanie sobie marginesu
nieprzewidywalności w tym zawodzie pozwala ocalić w nim wolność.
■ Jest zagrożona?
Oczywiście! Dzisiaj jest tyle samo
zagrożeń, co wtedy, gdy istniała
cenzura. Kiedyś cenzor blokował
tekst, dziś robi to redaktor naczelny. Powód i argumenty brzmią podobnie: tekst nie jest zgodny z linią
pisma.
■ I co wtedy?
Jeśli ktoś próbuje wpływać na sens
mojego tekstu, odchodzę. Koniunkturalizm jest dla osobowości bardziej trujący niż cyjanek potasu. Już
dawne temu postanowiłem, że nie
będę pisał czegoś, z czym się nie
zgadzam, ani nie będę pisał zastępczo o duperelkach, na które szkoda
mojego życia. Zamiast tego napiszę
o tym, na czym mi zależy i co sprawia mi dziką przyjemność. Choćby
się to komuś nie podobało. Kiedy
po trzech latach pracy w „Polityce”
próbowałem rozszerzyć tematykę
swoich tekstów, powiedziano mi:
„pan jest krytykiem teatralnym,
oczekujemy więc tekstów o teatrze.” A chciałem już pisać o czymś
więcej, np. o telewizji. Nie zgadzałem się z tym ograniczeniem i odszedłem do mniej znanego pisma,
gdzie miałem swobodę działania.
Wykorzystałem naukę Zygmunta,
że niezależnie od tego, w jak dobrym piśmie jestem i z jak dobrymi
ludźmi pracuję, to przed sobą mam
główną wartość swojej pracy – rozwój siebie, warsztatu, osobowości.
Tylko to może mi zagwarantować
ciekawe życie. Inni ludzie mogą mi
dać coś przez chwilę – pracę, pieniądze. Jednak, w perspektywie
całego życia, tylko ja mogę sobie
wybrać najlepszą ścieżkę rozwoju,
którą nie zawsze musimy nazywać
karierą. •
Tomasz Raczek poleca:
Filmy:
„Das Boot” („Okr´t”) w re˝.
Wolfganga Petersena, „Pianistka”
w re˝. Michaela Haneke,
„A statek płynie” w re˝. Federico
Felliniego, „Panny z Wilka”
w re˝. Andrzeja Wajdy. Wybitne
filmy, oryginalnych re˝yserów
nakr´cone z dala od Hollywood.
Seriale tv: „Queer as folk” (wersja
amerykaƒska 2000-2005).
Najlepszy i najwa˝niejszy serial
ostatnich lat – skutecznie zmienia
społeczne nastroje, leczy
z homofobii.
Ksià˝ki:
„Mistrz i Małgorzata” Michaiła
Bułhakowa, „Nie oglàdaj si´ w
stron´ Sodomy” Gore Vidala.
Teatr:
„Wyzwolenie” Stanisława
Wyspiaƒskiego w re˝. Konrada
Swinarskiego (Stary Teatr
w Krakowie), „Umarła klasa”
Tadeusza Kantora w Teatrze
Cricot-2. To spektakle z lat 70. XX
wieku. Niestety, od tamtych lat
nie znalazłem w teatrze niczego
naprawd´ dla mnie wa˝nego.
Tomasz Raczek – publicysta, krytyk
i pisarz filmowy (cztery autorskie
ksià˝ki i osiem napisanych wspólnie
z Zygmuntem Kału˝yƒskim), autor
audycji radiowych i telewizyjnych
(w tym „Pereł z lamusa” prowadzonych z Kału˝yƒskim). Szef Instytutu
Wydawniczego Latarnik.
tomasz-raczek.bloog.pl
21
Sub-kultura
Faktografia
KULTURA
KULTURA
Kobiety
To wydanie Sub-kultury zdominowały
kobiety: ciężkie historie, trudne
decyzje i skomplikowane relacje.
Ale nie wrzucajcie ich do wszystko
upraszczających szufladek z napisem:
„Literatura kobieca”, „Kino kobiece”
lub Teatr dla kobiet”.
Anna Grzywacz
U Grażyny Plebanek polska emigracja ma kobiecą
twarz i szwedzki
adres. Tytułowa
Przystupa – młoda wiejska dziewczyna w roli „
przynieś, podaj, pozamiataj” – jest
świadkiem historii kobiet, czyli
polskiego piekiełka za granicą,
szwedzkiej emancypacji, wreszcie próby przystosowania się.
Niewiele dowiadujemy się o Przystupie. Ona usuwa się w cień.
Między opieką nad dziećmi, ścieraniem kurzu, a zakupami w supermarkecie, chłonie świat swoich pracodawczyń. O tym świecie
Plebanek pisze bardzo realistycznie, może właśnie dlatego, że
Damski wieczór
Bałkaƒska opowieÊç dla Alexandra
Czytając streszczenie jeszcze
przed spektaklem, obawiałam
się, że „Gardenia” Elżbiety Chowaniec będzie opowiadać historię
równie banalną jak stwierdzenie,
iż szczęście tym szybciej się znajduje, im mniej się go szuka. Trudno nie oprzeć się temu wrażeniu
czytając, że historia opowiada o
„czterech kobietach w poszukiwaniu szczęścia”. Bo czy istnieje
ktokolwiek, kto chciałby go uniknąć?
Sztuka Chowaniec przedstawia
prostą historię. Bohaterkami
uczyniła cztery kobiety stanowiące rodzinę. Najstarsza, działaczka
AK, jej córka – handlarka, niepełnosprawna wnuczka i wreszcie
prawnuczka, chłonąca kapitalizm
pełną gębą, bo jest i praca w korporacji, i meble z Ikei, i życiowe
mądrości wypowiadane z patetyzmem, i głębokim przekonaniem
o swojej racji, a dające wrażenie,
jakoby pochodziły rodem zza nowoczesnych drzwi poradni psychologicznej. Historię krakowskiej
rodziny poznajemy stopniowo. Bo
stopniowo, w pokoleniowej kolejności, panie robią przed nami
striptiz emocjonalny. Problemów
jak w każdej rodzinie jest mnóstwo, ale prym wiodą te o ponadczasowym charakterze: brak
zrozumienia matki przez córkę
– odwieczny, międzypokoleniowy
konflikt, alkoholizm – jako sposób
na przetrwanie, na zapomnienie
braku miłości.
Zarówno gra aktorska jak i monologi są na mocną piątkę. Zastrzeżenia budzi jedynie odkrywczość
tematu. Ale grzech ten popełniali
i dojrzali twórcy.
Diagnoza
była dla niej
jak
wyrok.
Miała zmierzyć się z rakiem, oraz z
niepewnością, jak długo
przyjdzie jej
jeszcze żyć.
Vesna Goldsworthy, patrząc na
swojego dwuletniego wówczas
syna, uświadomiła sobie, iż traci
on właśnie ostatnią szansę na poznanie swoich serbskich korzeni.
„Czarnobylskie Truskawki” są nie
tylko memoriałem jej życia, lecz
przede wszystkim historią pozostawioną dla małego Alexandra.
Książka zachwyca zarówno swoją
treścią, jak i oryginalnym podejściem do struktury tekstu. Historia zaczyna się in media res, gdy
autorka miała dwadzieścia pięć
„Gardenia”, reż. Aldona Figura,
występują : Dorota Landowska,
Agnieszka Warchulska, Paulina
Kinaszewska, Martyna Peszko
Marzena Indra
22
lat i bagaż doświadczeń na karku.
Od tego momentu przenosimy
się zarówno w przeszłość, jak i
w przyszłość, aby zasmakować
niesamowitej opowieści życia pisarki i smutnej opowieści o upadku Jugosławii. Brak liniowej akcji
początkowo może nieco zdezorientować czytelnika. Jednak
już po kilkunastu stronach nie
można oderwać się od lektury.
Goldsworthy bez zbędnego patosu przedstawiła historię swojej choroby w sposób niezwykle
poruszający, a jednocześnie tak,
jakby nie była ona niczym niezwykłym. Rodzina, przyjaciele,
pierwsze miłości, dom rodzinny
– wszystko to okraszone błyskotliwymi anegdotkami, które zapadają głęboko w pamięć.
Czarny humor babci jest przepleciony wspomnieniami z dzieciństwa, obrazami komunistycznej
Odpowiedzi szukaj w sobie
Film, w reżyserii Cristiana Mungiu, powstał w ciągu niespełna
roku i okazał się największym odkryciem tegorocznego Cannes.
Liczne głosy w mediach chwalą
go za szczerość i przenikliwość,
dzięki którym historia przedstawiona przez rumuńskiego twórcę
jest tak rzeczywista, poruszająca i bliska. Postawieni przed koniecznością działania tam, gdzie
graniczy ono z niemocą, tracimy
poczucie moralności. Zanika granica oddzielająca to, co właściwe,
potrzebne, słuszne i konieczne,
od tego, co niegodne, nieludzkie i puste. Powstaje pytanie o
sens i refleksję nad sposobem,
w jaki żyliśmy dotychczas. Tak
rumuński twórca, przy pomocy
barwnych, nieraz wstrząsających
obrazów, definiuje wpływ sytuacji
na zachowanie człowieka i podejmowane przez niego decyzje. To
niewątpliwe ostrzeżenie, skierowane do wszystkich nastolatek i
młodych kobiet, które mają więcej
wyobrażeń niż doświadczeń, odwagi niż umiejętności i uczuć niż
racji. To także studium zmagania
się młodego człowieka z wyzutą z
wszelkich ludzkich odruchów, komunistyczną rzeczywistością w
obliczu skrajnej życiowej sytuacji.
z perspektywy „nieskażonej”
współczesnością dziewczyny.
Takiego spojrzenia brakuje Gwieździe, która jest karykaturą szybkiej kariery w polskim show biznesie. Hyrze – okopanej w swojej polskości mieszkanki Sztokholmu.
Pani Słabej – Polce nieszczęśliwej
w małżeństwie z Finem. Gun – pozornie wyzwolonej Szwedce.
Nareszcie mamy szansę przeczytać powieść nie napisaną przy
biurku, ale poprzedzoną starannym researchem w terenie.
Grażyna Plebanek, „ Przystupa”
, wydawnictwo WAB,
Warszawa 2007
Anna Grzywacz
propagandy, oraz historią o odnajdywaniu samej siebie. To także
zapis zmagań autorki z własną
tożsamością. Rozrywana między
belgradzkimi korzeniami, a londyńską miłością, lawiruje między
dwoma światami, aby nie zatracić
się w żadnym z nich i odnaleźć
samą siebie. „Czarnobylskie Truskawki” to opowieść zarówno uniwersalna, pokazująca perypetie
mieszkanki niespokojnych Bałkanów, jak i szalenie osobista, pełna
miłości i zapału autorki. Zaskakuje
z każdym kolejnym zdaniem. Dokładnie tak, jak pewien koncert
– działaj „jak automatyczny toster
wyposażony dodatkowo w barometr i system alarmowy”.
Vesna Goldsworthy „Czarnobylskie Truskawki” przeł. Elżbieta
Jasińska, wydawnictwo Czarne,
Wołowiec 2007
Emil Borzechowski
Przygnębiający obraz XX-wiecznej Rumunii stanowi tło dla uczuć
i myśli, jakie kłębią się w głowach
dwóch, zdanych tylko na siebie,
studentek politechniki. Ulice są
brudne, budynki brzydkie, ludzie
niemili, dźwięki przerażająco obojętne. Malutki zegar mającego
narodzić się dziecka bije szybko,
a Gabi (Laura Vasiliu) nie może
już dłużej czekać. Otilia (Anamaria Marinca), z nieznanych nam
powodów, postanawia przyjąć na
siebie część ciężaru tej tragicznej
i beznadziejnej sytuacji. Mungiu
ukazuje swój punkt widzenia na
problem aborcji, choć jest daleki
jest od przedstawienia jakiejkolwiek alternatywy. Pytanie o nią
jest pytaniem o sens wielu ludzkich wartości, a odpowiedzi pozostaje szukać w samych sobie.
„4 miesiące 3 tygodnie i 2 dni”,
reż. Cristian Mungi,
występują m.in: Laura Vasiliu,
Anamaria Marinca
Wioletta Wysocka
rozmawiała
Magdalena Karst
■ Była Pani w kopalni?
Małgorzata Szejnert: Tak. Jeżeli
chce się o czymś pisać, dobrze zobaczyć to na własne oczy. W „Czarnym ogrodzie” opisuję nie tylko to,
co moi bohaterowie przeżywają na
powierzchni, życie wielu z nich toczy się także głęboko pod ziemią.
Czułabym się niewyraźnie, gdybym
nie zjechała do kopalni. Górnicy nie
lubią na dole patałachów z miasta,
zwłaszcza starszych pań, musiałam sfałszować datę urodzenia. Ale
skłamałabym, gdybym powiedziała,
że to było jakieś dramatyczne przeżycie. Nie zaprowadzono mnie na
trudny chodnik. Nie musiałam się
czołgać, najwyżej trochę schylić
głowę.
■ Pani książka wpisuje się
w nurt, bardzo popularny
w ostatnich latach, twórczości
inspirowanej Śląskiem – jego
kulturą, historią, architekturą
i codziennym życiem. Była Pani
tego świadoma, dokumentując
historię Giszowca?
Pewną rolę w wyborze mojego tematu odegrały śląskie filmy Kazimierza Kutza: „Sól ziemi czarnej”,
„Perła w koronie” i „Paciorki jednego różańca”, zwłaszcza, że akcja
ostatniego z nich toczy się w samym Giszowcu, chociaż Kutz go tak
nie nazywa.
Ale o tym, że ta książka powstała,
zadecydowało przede wszystkim
wrażenie, jakie Giszowiec wywarł
na mnie przed dwudziestu laty, kiedy pojechałam tam po raz pierwszy.
Ogromne i niezatarte przez czas.
Gdy po latach postanowiłam tam
wrócić i napisać książkę, nie miałam żadnych wątpliwości, że to jest
temat. Wątpliwości przyszły nieco
później.
■ Bo?
Od początku wiedziałam, że chcę
napisać prawie o wszystkim. Nie
chciałam szukać jednego rodu czy
jednej historii, którą mogłabym doprowadzić od początku do końca,
ale napisać coś w rodzaju monografii. Postanowiłam, że nadam jej
formę reporterską z elementami literackimi. Nie zawężając tematu do
kilku wątków i postaci, skazywałam
się na to, że w książce znajdzie się
cała masa rzeczy, które nie będą
miały ze sobą żadnego związku. I
stąd te kłopoty – nie mogłam znaleźć formy, która usprawiedliwiałaby ten groch z kapustą, sprawiła,
że to wszystko byłoby logiczne i do
wytrzymania przez czytelników.
Bardzo długo broniłam się przed zastosowaniem prostej chronologii.
Wydawała mi się banalna i prymitywna. Wolałabym, żeby to osoby,
wydarzenia, a nie czas, nadawały
impet całej opowieści. Ale po rozmaitych próbach doszłam do wniosku, że kalendarium jest jedyną
formą, która to wszystko wchłonie.
■ Przyznam – książki nie czyta
się łatwo. Ale kiedy już się w nią
wejdzie, znika poczucie chaosu.
Nie jestem
Âwi´tym
Mikołajem
Żeby ta opowieść nie była tak
jawnie kalendarzowa, schowałam
trochę daty, a na pierwszy plan
wysunęłam tytuły, często anegdotyczne. I niektórzy czytelnicy mówią mi, że to się udało, że czasem
zapominają o chronologii. Liczyłam
się z tym, że książka będzie przeładowana faktami, że może być nudna, ale pomyślałam - jeśli wydawnictwo chce wydać taką książkę, to
jego problem. „Czarny ogród” jest
dokumentem i mnie już ta wartość
wystarczy. Ale potem usłyszałam
głosy, że książka się czyta.
■ Dla kogo jest ta książka? Czy
pisząc ją, myślała Pani tylko
o Ślązakach?
Bardzo bym chciała, żeby była dla
wszystkich. Zainteresowanie literaturą faktu jest ogromne, wręcz
zdumiewające, więc może to jest
książka nie tylko dla Ślązaków,
którzy w niej odnajdą swoje miejsca i nazwiska, ale w ogóle dla ludzi, którzy lubią czytać, lubią nad
książką posiedzieć. Ale rzeczywiście, pisząc, myślałam przede
wszystkim o Giszowcu. Miałam
ochotę podarować tę książkę jego
mieszkańcom. Wielką nagrodą
była promocja „Czarnego ogrodu”
w starej Karczmie Śląskiej w Giszowcu, tłumne sąsiedzkie spotkanie. Książka została przyjęta
z wdzięcznością, choć wiele osób
nie zdążyło jej jeszcze przeczytać.
Mam wrażenie, że będzie ważna dla
więzi między mieszkańcami tego
miejsca. Bo oni w niej istnieją, bo
jest w niej ich historia, są zdjęcia
przedstawiające ich rodziny i rodziny ich sąsiadów. Oczywiście nie
jestem Świętym Mikołajem. Nigdy
bym tego nie zrobiła, gdyby mnie,
jako reporterki, ten temat tak bardzo nie zainteresował.
■ Co takiego dostrzegła Pani
w Giszowcu, że wydał się Pani
wart takiej monografii?
Najpierw był ród Giesche, którego
historia sięga początku XVII wieku.
Założył kopalnie galmanu, huty cynku, a z czasem kopalnię Giesche,
dzisiaj Wieczorek. Na początku XX
wieku potężny koncern spadkobierców Gieschego zbudował Gieschewald, osiedle-ogród dla górników. Krzyżowały się w nim wpływy
polskiej i niemieckiej kultury. Wybuchła pierwsza wojna światowa,
trzy powstania śląskie, ogłoszono
plebiscyt, który miał rozstrzygnąć
o przynależności części Śląska do
Polski lub Niemiec, Gieschewald został polskim Giszowcem. A potem
druga wojna z dramatem służby
w Wehrmachcie, powojenne porządki, wyjazdy do Niemiec, przymusowe lub dobrowolne. Giszowiec
był sceną tych wydarzeń, a jego
mieszkańcy brali w nich żywy udział.
Dokonywali wyborów, które nieraz
dzieliły najbliższych. A jeszcze potem postanowienie władz PRL, że Giszowiec trzeba zburzyć, bo to zbyt
piękna pamiątka po kapitalistach
i miejsce, gdzie ludzie są za bardzo
ze sobą zżyci, a władza za tym nie
przepadała. No a potem odbudowywanie tego co jeszcze ocalało,
z architektury i z więzi społecznych.
I tak dalej, aż po dzisiaj…
■ Pochodzi Pani z Podlasia.
Czy myśli Pani, że gdyby była
Ślązaczką i należała do świata
swoich bohaterów, mogłaby
dowiedzieć się więcej?
Był moment, że rzeczywiście tak
myślałam. Napisałam o tym w książce. Kiedy znajomi Ślązacy przeczytali te słowa, powiedzieli, że bardzo
się mylę. Ktoś, kto pochodzi stamtąd, nie zadałby wielu pytań, które
ja zadałam, bo odpowiedzi uznałby
za oczywiste. I to zostałoby pomiędzy nimi, nienazwane, niewypowiedziane. A ja te pytania zadałam.
Zanim pojechałam do Giszowca
przez wiele miesięcy badałam temat w bibliotekach i w Internecie.
Szukałam tak odległych nieraz
informacji, że czasami zastanawiałam się, co o mojej specjalizacji
myślą bibliotekarki. Czytałam o rodzie Giesche, o galmanie, o tym jak
się wytapia z niego cynk. Chciałam
wiedzieć, jak wyglądała przed wojną i po wojnie kamieniczka nr 20
przy wrocławskim rynku, kto ma
prawo nosić szpadę górniczą, jak
przebiegał pogrzeb Piłsudskiego,
bo jeden z moich bohaterów, polski oficer, pojechał tam ze swymi
kawalerzystami, i tak dalej. Po paru
miesiącach takiego wstępnego
zwiadu, pojechałam do Giszowca
i powracałam tam wielokrotnie
przez ponad dwa lata. Najpierw
fot. archiwum domowe Małgorzaty Szejnert
Autentycznie
skierowałam się pod adresy, które
zasugerowali mi koledzy z katowickiej „Gazety Wyborczej”. Odwiedziłam kilka osób, one posłały mnie do
innych. Na początku rozmowy były
zdawkowe, chociaż uprzejme. Czułam, że ludzie mnie zbywają. Dopiero wtedy, kiedy zorientowali się, że
uczciwie pracuję, że przyjeżdżam
któryś raz z kolei, żeby się z nimi
spotkać, że naprawdę ich słucham,
nabrali zaufania i zaczęli się w tę
książkę razem ze mną angażować.
Ślązacy są bardzo solidni, szanują
własną pracę i zobowiązania, więc
szanują też pracę innych.
■ Jak Pani myśli, czy Ślązacy
rzeczywiście tworzą odrębny
naród?
Część z nich mówi o sobie, że są
Ślązakami. Ale to wcale nie znaczy
„naród śląski”. To znaczy, że na Śląsku są u siebie. Śląsk to ich mała
ojczyzna, którą być może wolą od
tej dużej, ale to nie przekłada się na
dążenia autonomiczne. Są nawet
podejrzliwi wobec takich dążeń.
Uważają, że ci, którzy mówią o Ślązakach jako o narodzie, wiążą z tym
jakieś ambicje polityczne.
■ Kazimierz Kutz nazwał „Czarny
ogród” dziełem Pani życia. To
wielki komplement dla książki,
ale to w jakimś sensie umniejsza
rangę wszystkiego, co zrobiła
pani do tej pory.
I brzmi trochę jak wyrok (śmiech).
Tak jakbym nie miała napisać już nic
lepszego. A bardzo bym chciała.
Parę lat temu byłam w muzeum,
które dziś jest najpopularniejsze w
Stanach Zjednoczonych. Znajduje
się na Ellis Island, wyspie w Zatoce
Nowojorskiej. W 1892 roku powstała tam stacja imigracyjna czynna
do 1954 roku, przez którą przeszło
kilkanaście milionów imigrantów.
To jest trochę jak Giszowiec – małe,
ograniczone miejsce, przez które
przewaliła się historia. Miejsce nadziei, bo ogromna większość imigrantów urządziła się w Ameryce,
ale też dramatycznych deportacji,
niewyobrażalnych tragedii. W zeszłym roku szukałam w Internecie
jakichś wiadomości genealogicznych i natknęłam się na stronę
muzeum na Ellis Island, bo ma ono
program poszukiwań osób, które
przeszły przez tę stację. Przypomniałam sobie wtedy zwiedzanie
tego muzeum. Pomyślałam – przecież to wielki temat! Sprawdziłam
w polskich bibliotekach – nie mamy
polskiej książki o Ellis Island i nie
przetłumaczyliśmy żadnych książek wydanych o niej na Zachodzie.
Natychmiast tam poleciałam. Pracowałam na wyspie dwa miesiące.
Tak to jest w życiu reportera – tematy same nas znajdują. •
Małgorzata Szejnert
– dziennikarka, reporterka,
redaktorka. W czasie stanu
wojennego wyjechała do
Stanów Zjednoczonych. Po
powrocie współtworzyła „Gazet´
Wyborczà”, w której przez
kilkanaÊcie lat kierowała działem
reporta˝u. Jest autorkà kilku
ksià˝ek, m.in. „Sławy
i infamii” – wywiadu rzeki
z prof. Bohdanem Korzeniowskim.
Przeszła na emerytur´, ale nie
przestała pisaç. Jej najnowszà
ksià˝k´ „Czarny ogród” Kazimierz
Kutz nazwał „dziełem ˝ycia
autorki”. Małgorzata Szejnert
buntuje si´ przeciwko takim
ocenom. ZaÊwiadcza, ˝e jeszcze
nie powiedziała ostatniego słowa.
23

Podobne dokumenty