List_na_Swieta_-_2015

Transkrypt

List_na_Swieta_-_2015
Grudzień 2015
Bardzo się cieszę z tego, że mogę do Was napisać ten list. Pragnę nie tylko życzyć Dobrego i
Owocnego Nowego Roku, ale też pragnę podziękować Wam, Drodzy Bracia i Siostry, za to, że jesteście
obecni w naszym życiu i naszej posłudze kapłańskiej w dalekim Kazachstanie. Dziękuję także za Waszą
modlitwę i pamięć o mnie, szczególnie w tym ostatnim czasie zmagań z chorobą i cierpieniem; czasie –
który dla mnie jak i dla mojej rodziny oraz parafii nie był i nadal nie jest czasem łatwym i przyjemnym.
Piszę do Was ten list – by z jednej strony, bardzo serdecznie podziękować każdemu i każdej z Was
za modlitwę w tym trudnym dla nas czasie, a z drugiej strony by dać świadectwo wierności Boga wobec
człowieka i także Bogu za to wszystko podziękować.
Drodzy Bracia o Siostry, ostatni czas jak już wspomniałem, był czasem dla mnie bardzo trudnym,
a zarazem pięknym. Udało się zrobić bardzo dużo w parafii, a mianowicie: zostały wymienione
wszystkie okna w kościele; wymieniony został cały system grzewczy i wszystkie kaloryfery; kościół
został pomalowany od środka i wygląda w końcu jaśniej i przytulniej; został przywieziony z Polski duży
obraz Matki Bożej Niepokalanej i zawieszony po lewej stronie od ołtarza; zostało wymienione na nowo
całe nagłośnienie oraz został nareszcie wyremontowany dom dla sióstr, gdzie one teraz mogą w ludzkich
warunkach mieszkać, modlić się i posługiwać. Wszystko to pochłonęło bardzo dużo sił i środków, które
udało się zebrać, dzięki ofiarności Dobrodziejów. Niestety już nie zdążyłem zrobić placu zabaw dla
dzieci z ulicy, ponieważ przyszło cierpienie…
Od sierpnia zeszłego roku cierpienie stało się moim codziennym udziałem i jak mówi psalmista
„moim chlebem powszednim”. W 2014 roku 8 i 12 sierpnia mogły być ostatnimi dniami mojego życia.
Podczas zabiegu zostały przedawkowane środki przeciwbólowe, w wyniku czego powinienem był
odejść do Pana jeszcze owego dnia. W międzyczasie, jak lekarze walczyli o moje życie – rodzice dostali
informację o tym, ze ich syn został zabrany do szpitala w karetce na sygnale w stanie bardzo ciężkim.
Następnie cztery dni później była operacja podczas której została przedawkowana narkoza, która była
podana na oko, bez szczegółowych badań i wywiadów, w wyniku czego nie mogli mnie wybudzić –
wszystko słyszałem, co się działo na około mnie, ale nie mogłem zacząć oddychać. W tym samym czasie
lekarze zostawili mnie samego na sali operacyjnej. Pamiętam wszystko… i ten ostatni jęk, i drgawki z
braku powietrza, niemoc i bezradność… i to, że w ostatniej chwili uratował mnie młody reanimator.
W wyniku tego wszystkiego, dwa tygodnie później, podczas Mszy świętej w parafii straciłem
przytomność i zostałem wyniesiony od ołtarza do zakrystii. Kiedy się ocknąłem na drżących nogach
wróciłem do ołtarza, widziałem twarze ludzi, którzy płakali i trwając na kolanach modlili się za swojego
księdza. A ja, ledwo stojąc, kołysząc się w każdą stroną dokończyłem Mszę świętą i dopiero potem
przyjechała karetka pogotowia. W wyniku tego wszystkiego zacząłem co kilka dni tracić przytomność,
a badania wykazały, że wszystkie organy wewnętrzne zostały uszkodzone.
Miejscowi lekarze powiedzieli, że nie są w stanie w niczym już mi pomóc i dlatego musiałem być
transportowany na wózku inwalidzkim do Polski. Pierwszy lot, który trwał ponad 5 godzin i następny
ponad półtorej godziny; zasłabnięcie w samolocie, cierpienie i ból… W Polsce spędziłem już ponad rok
czasu i w większości to były szpitale, lekarze, sanatoria, znowu chirurgia i leki, które musiałem
przyjmować w ogromnej ilości. Ale teraz poczułem się trochę lepiej i pod koniec grudnia roku 2015 już
powracam do Kazachstanu, do mojej parafii i do ludzi, którzy na mnie czekają, do tych wszystkich
niedokończonych i na jakiś czas pozostawionych spraw…
Bóg mówi do nas poprzez wydarzenia naszego życia. Te trudne wydarzenia dla mnie o których
wspomniałem stały się okazją dla mojego wzrostu w wierze i większej ufności pokładanej w Bogu. Bo
wtedy, kiedy wszystko się wymyka spod kontroli, kiedy już nad niczym nie panujesz, kiedy w dzień jest
ciągłe ryzyko wylewu krwi do mózgu, a w nocy serce spowalnia do granic ryzyku, kiedy co dwa-trzy
dni następują omdlenia i kiedy potem kilka godzin trzeba dochodzić do siebie, kiedy życie wymyka się
z rąk i kiedy wydaje się, że znikąd nie ma pomocy – zostaje Bóg.
Zostaje Ten, Który nigdy nie opuszcza, Który nigdy nie pozostawia i Który zawsze jest wierny,
nawet wtedy kiedy my już wątpimy w siebie, w innych i nawet w samego Boga. On jest z nami. Jestem
wdzięczny Jemu za to wszystko co udało się zrobić dla parafii, dla sióstr, który posługują w parafii, ale
jestem także Mu wdzięczny za te trudne doświadczenia bólu i łez, bezradności i niemocy... Bo właśnie
wtedy doświadczyłem ogromnej Jego miłości oraz troski także i od ludzi - i za to jestem ogromnie
wdzięczny.
Cierpienie, ból, strapienie duchowe i ból psychiczny, cierpienie najbliższych, którzy widzą jak
cierpi ten kogo oni kochają – to wszystko ma swój sens, to wszystko ma swoje znaczenie i kiedy po
ludzku czujemy się bezradni, czujemy swoją niemoc, albo nie widzimy wyjścia to, co musi pozostać –
to ufność pokładana w Bogu i wiara, która wszystko może zwyciężyć. Teraz rozumiem coraz bardziej
słowa apostoła Pawła, który mówi, że „i w życiu i w śmierci należymy do Pana”. To jest prawda. Już
mogłem nie żyć, już mogłem nic więcej dobrego w życiu nie zrobić, już mogłem więcej nikogo w życiu
nie zobaczyć, a tym których kocham pozostało by tylko wspomnienie... Ale Bóg rozporządził inaczej. I
chociaż nadal doświadczam cierpienia w moim ciele, chociaż nadal nie mam wystarczającego zdrowia i
sił - to jednak jestem przekonany, że to wszystko jest potrzebne dla mojego uświęcenia, dla mojego
wzrostu, a to cierpienie, którego doświadczam i które jeszcze będę doświadczał, przynosi i może
przynieść owoce w życiu innych ludzi.
Nie mówię tego wszystkiego po to, by powodować litość i współczucie nad sobą, nie mówię tego
po to, by wzbudzać podziw dla siebie. Jeżeli o tym mówię to dla tego, by podziękować Bogu za Jego
obecność, za Jego łaskę – bo w tym wszystkim ani razu nie zapytałem Boga o to dlaczego to wszystko
na mnie przyszło, lecz jedynie się modliłem, by dał siły przyjąć całe to doświadczenie. Pragnę tym
samym dać świadectwo Jego troski i Opatrzności nade mną, a z drugiej strony by podziękować także i
Wam – tym wszystkim, którzy pamiętają o mnie i o naszej parafii w Tajynszy w swoich modlitwach i w
trosce na różne sposoby to wyrażają.
Proszę Was jednocześnie przy tym, byście pamiętali o tym, że życie jest bardzo kruche, że ono
bardzo szybko przemija i od nas do końca jego długość nie zależy - że ono jest nam dane po to, by je
dobrze wykorzystać. Proszę pamiętać, że ono jest dane nam po to, by nim cieszyć innych i innym
pomagać. Proszę Was zatem o to byście czynili dobro wokół siebie i wszędzie tam gdzie tylko potraficie,
bo pod koniec życia – jak mówi św. Jan od Krzyża - Bóg zapyta każdego z nas tylko o jedną rzecz –
zapyta nas o miłość, zapyta nas o dobro, które mogliśmy uczynić innym… Ceńcie swoje życie, dbajcie
o siebie nawzajem…
Kilka lat temu miałem kontakt z jednym młodym człowiekiem, który miał wtedy 16 lat.
Kazachstan, była zima, na dworze -25 stopni mrozu, grudzień... Pytam go:
- Co teraz robisz?
- Siedzę i myślę – odpowiada on.
Pomyślałem sobie to dobrze, że ktoś jeszcze myśli. Bo w dzisiejszym świecie, trudno znaleźć
człowieka, który nie boi się samodzielnie myśleć…
- A o czym myślisz? – pytam go.
- Myślę o tym od kogo pożyczyć kurtkę, by jutro pójść do szkoły – odpowiada on…
Jakiś czas później zabrałem go ze sobą do sklepu. Kiedy zrobiliśmy zakupy, wróciliśmy do
samochodu on poprosił u mnie równowartość na tamten czas 1 dolara. Kiedy mu dałem, on poszedł do
sklepu, kupił tam dwie parówki i wychodząc oddał te dwie, dopiero co kupione parówki, małemu
pieskowi, który siedział przy wejściu do sklepu i drżał z zimna. Było widać, że był porzucony i nie miał
ani domu ani właściciela. Kiedy wrócił do samochodu powiedział do mnie:
- Ja wiem, co znaczy być jak ten pies, który nie ma domu, który nie ma co jeść i który czeka i
żebrze na jedzenie…
Kochani, żyjmy tak, by nie marnować ani jednej chwili z naszego życia, żyjmy tak, by potem nie
żałować przeżytych dni, godzin oraz przeżytego czasu naszego życia i jak mówił poeta ks. Jan
Twardowski: „Śpieszmy się kochać ludzi, bo tak szybko od nas odchodzą…”
Z modlitwą i błogosławieństwem + na wszelkie dobro
o. Alexey Mitsinskiy MIC
Kazachstan
www.tajynsza.marianie.com