„Cztery R” nie są fundamentem
Transkrypt
„Cztery R” nie są fundamentem
„Cztery R” nie są fundamentem Z ojcem Maciejem Ziębą OP rozmawia Marek Przychodzeń Marek Przychodzeń: W papieskiej tece „Pressji” krytykowaliśmy doktrynę „4R”, czyli ideę oparcia życia społecznego na rodzinie, rynku, religii i rozsądku (Rojek 2011a; Kędzierski 2011). Krytykowaliśmy tę doktrynę nie dlatego, że jest coś złego w tych pojęciach, lecz dlatego, że sztucznie rozdzielają one powinność chrześcijan na odrębne strefy kierujące się własnymi, odrębnymi logikami. Uważamy, że chrześcijanin, obojętnie czy to w ramach rynku, rodziny czy Kościoła, jest przede wszystkim chrześcijaninem, realizującym misję kapłańską, prorocką i królewską. Sugerowaliśmy, że Ojciec jest zwolennikiem krytykowanego przez nas podejścia. O. Maciej Zięba OP: A czy mówiąc o misji kapłańskiej, misji prorockiej i misji królewskiej nie „rozdzielacie sztucznie powinności chrześcijan na trzy odrębne strefy, kierujące się własnymi, odrębnymi logikami”? Sądzę, że nie. Przecież nie każda dystynkcja oznacza zarazem separację, a tym bardziej autonomię. To truizm, że religia, konkretnie chrześcijaństwo, jest istotą życia chrześcijanina. O „4R” można mówić co najwyżej jako o pewnym sloganie charakteryzującym 112 Pressje 2012, teka 29 życie społeczne. Taki skrót jednak wcale nie oznacza, że rozsądek jest odseparowany od rodziny, a rodzina od religii, czy religia od rynku. Ten kwartet – jak sądzę – wzajemnie się dopełnia, a jego źródłem i podstawą jest osobista więź rozumnej i wolnej osoby ze Zbawicielem. Nie tylko wasze środowisko przypisuje mi poglądy, których nie wyznaję. Przyznaję, że dosyć mnie to smuci, ale nauczyłem się z tym żyć. Jak można sklasyfikować poglądy Ojca na współczesnej mapie intelektualnej Polski? Gdzie umieściłby się Ojciec na kontinuum tworzonym z jednej strony przez Adama Michnika, z drugiej − Ryszarda Legutkę? Z obiema tymi osobami jestem wciąż jakoś związany, obie wniosły coś do mojego opisu świata. Z różnych jednak powodów obecnie mam spory dystans zarówno do poglądów Michnika, jak i do Legutki, ponieważ obaj oni − w sposób mniej lub bardziej bezpośredni − w dużej mierze zaangażowali się w politykę. W takich wypadkach myślenie podlega pewnemu upartyjnieniu lub − to określenie jest trafniejsze i szersze − ideologizacji. Ja mam na szczęście ten luksus, że nie muszę tego robić. Mam fobię wobec wszelkich form ideologicznego myślenia. Znacznie bardziej wolałem, gdy Adam autentycznie starał się przekraczać ideowe podziały, a Ryszard mądrze komentował rzeczywistość, korzystając z swej wiedzy i erudycji sięgającej od Platona po Smitha. Czytając publicystykę Ojca, natrafiam jednak na takie frazy, jak „katolicka wersja liberalizmu”, które łączę z projektem Adama Michnika, który robi, co może, by wcisnąć Kościół do swojej wizji społeczeństwa otwartego, liberalnego, w którym nie ma wyraźnych podziałów na dobro i zło, a jedynie na tych, którzy tolerują, i na nietolerancyjnych. Tej frazy używałem przed dwudziestoma laty, ale w tekstach, w których jej używałem, pisałem również, że „trzy cechy liberalnej wizji społeczeństwa: indywidualizm, deprecjonowanie sfery ducha oraz wolność pojmowana negatywnie zdają się sugerować, że społeczeństwo w pełni liberalne nie może istnieć, że w same jego podstawy wbudowany jest proces atrofii więzi społecznych i erozji społecznej komunikacji” (Zięba 1998). Po czym starałem się pokazać, że pewna interpretacja liberalizmu w wersji anglosaskiej, taka która podkreśla wymiar wspólnotowy i jest otwarta na prawdę absolutną, może być twórczym partnerem w dialogu z myślą katolicką. Co to ma wspólnego z „projektem Adama Michnika”? W dzisiejszej Polsce trudno jest żyć, nie wpisując się lub nie będąc wpisanym w czyjeś „projekty” czy „obozy”. Dlatego prawie wszyscy uważają mnie za „obcego” albo przynajmniej „podejrzanego”. Staram się jednak być wiernym sobie bez względu na etykietki, czy − co też się niekiedy zdarza – pomówienia. Noszę w sobie silną potrzebę definiowania pojęć. Może to skutek tego, że studiowałem i pracowałem zawodowo jako fizyk? I ta potrzeba definiowania bardzo łączyła mnie z zawodowym filozofem Karolem Wojtyłą. Odnosząc to do „katolickiej wersji liberalizmu”, to w wersji, jaką zdefiniowałem, ak- Rozstałem się z tymi środowiskami, ale nie czuję wobec nich niechęci, raczej smutek ceptował ją Jan Paweł II. Wielokrotnie o tym rozmawialiśmy, wielokrotnie też do mnie pisał, że takie ujęcie jest mu bliskie. Jeśli nie powiemy, co rozumiemy przez „liberalizm”, to dla niektórych ludzi będzie to najpiękniejsze słowo na świecie i cel wszelkich dążeń, a inni będą w nim widzieli dzieło Szatana i przyczynę wszelkiego dzisiejszego zła. Dlatego pisałem o co najmniej kilku liberalizmach, choćby w tekście Dwa, a nawet trzy liberalizmy (Zięba 1993b). Kiedyś stale współpracowałem z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Gazetą Wyborczą”, potem rozstałem się z tymi środowiskami, ale nie czuję wobec nich niechęci, raczej smutek i spory dystans ideowy. Czy Ojciec uważa swoje poglądy za prawdziwe? Uderzyło mnie w Ojca tekstach niezrozumiałe dla mnie stałe podkreślanie różnicy między prawdą a ideologią. Czy zdaniem Ojca prawda jest czymś ulotnym, czymś, czego nie można narzucać innym? W sumie można zapytać: dlaczego nie? Jeśli wiemy, że coś jest sprawiedliwe, to dlaczego nie mielibyśmy tego wprowadzić na siłę? Prawda należy do transcendentaliów, istnieje więc na poziomie metafizyki, „Cztery R” nie są fundamentem 113 a ideologia to ludzki pogląd zbudowany na poczuciu, najczęściej na poczuciu pewności, posiadania prawdy absolutnej, tego, że się w sposób absolutnie pewny dotarło do prawdy. Jeśli jest się tego absolutnie pewnym, to wtedy rzeczywiście człowiek czuje się uprawniony do narzucania prawdy siłą. Bieda w tym, że po grzechu pierworodnym nasz kontakt z Absolutem został osłabiony, a pojawiła się pycha, między innymi dająca złudne poczucie pewności. Przejawem tych słabości u zwolenników ideologii było zniesienie istotnego rozróżnienia między „prawdą” i „wyznawcą prawdy” oraz między „fałszem” i „wyznawcą fałszywych poglądów”. Dla tryumfu absolutnej prawdy należy eliminować nieprawdę, a zatem ze zdania „fałsz nie ma prawa do istnienia” wyprowadzano – także w Kościele − usprawiedliwienie prześladowania ludzi inaczej myślących, a niekiedy nawet ich fizycznego eliminowania. Czy ma to wiele wspólnego z Ewangelią? Co do „narzucania się prawdy siłą samej prawdy”, to nie ja to wymyśliłem. Odsyłam pana do dokumentu soborowego na temat wolności religijnej Dignitatis Humanae, który mówi o tym w sposób jednoznaczny. Czuję się uczniem „szkoły Wojtyliańskiej”, Jan Paweł II to zdanie wielokrotnie powtarzał i w wielu moich pracach można także można znaleźć ów cytat. Jaka może być siła tej prawdy, skoro prawda jest zdaniem Ojca skromna i wątła? Jest wręcz przeciwnie. Wierzę w siłę prawdy, wierzę, że potrafi się przebijać do serc i umysłów bez przymusu i sankcji karnych. Przecież, jak uczy Sobór, do dobra i do prawdy możemy dążyć tylko jako wolni ludzie. Życie według nieuznawanej wewnętrznie, narzuconej odgórnie prawdy, czy dążenie do dobra pod przymusem, to życie niewolników, a Ewangelia skierowana 114 Maciej Zięba OP jest do ludzi wolnych. Od razu dodam, że nie oznacza to zniesienie kodeksu karnego. Jeśli jednak zakazujemy kradzieży czy aborcji, to dlatego, że chronimy własność innego człowieka lub chronimy ludzkie życie, a więc wolność innych ogranicza naszą wolność. Nie jest to żadną miarą narzucanie siłą naszych jedynie słusznych poglądów. Pamiętajmy też, że na tym świecie jesteśmy jedynie poszukiwaczami prawdy. W Brewiarzu mamy modlitwę: „Panie, dopomóż wszystkim, którzy poszukują prawdy, aby ją znaleźli, a znalazłszy, nigdy nie przestawali jej szukać”. To nie jest prawda skromna i cichutka, ale prawda przerastająca nas, nieskończenie większa od nas samych. Bóg jest światłością, tak porażającą nas żyjących w doczesności, że najlepiej poznajemy Go poprzez ciemność, jak pouczają nas o tym prawie wszyscy mistycy i wielka szkoła teologii apofatycznej. Deum tamquam ignotum cognoscimus – „poznajemy Go jako Nieznanego”, pisze św. Tomasz. Prawda Boża jest tak wielobarwna, że poznajemy ją po kawałku. Die Wahrheit is symphonisch – „prawda jest symfoniczna”, pisał z kolei Hans Urs von Balthasar. Święty Tomasz naucza także, że na skutek grzechu pierworodnego nie tylko nasza wola została uszkodzona, czego skutkiem jest malitia – przewrotność, ale skażony jest też umysł. Zranienie władz umysłowych określa on jako stultitia, czyli szeroko rozumiana głupota. I nikt z nas nie jest wolny od skutków grzechu pierworodnego. Konsekwencją tej danej teologicznej winna być pokora. Trzeba także pamiętać, że na nasze poznawanie prawdy mają wpływ rodzina, system edukacji, kultura, w której wzrastamy, ludzie, których napotkaliśmy, zranienia, które odnieśliśmy, błędy, które popełniliśmy i tak dalej. Dlatego trzeba umieć być pokornym wobec prawdy. Dlatego też, na przykład, ataki na Kościół należy analizować na dwóch płaszczyznach. Często płyną one ze złej woli, świadomej chęci „dokopania” Kościołowi, ale bardzo często biorą się też z niewiedzy, z nadinterpretacji, z niezrozumienia naszych argumentów, a także z własnych obaw i lęków czy też z autentycznie doznanych poranień. Wtedy warto cierpliwie wyjaśniać, rozpraszać obawy, pokazywać piękno Ewangelii. telektualna: rozmach, uczciwość i odwaga myślenia. Tomasz w każdym artykule Sumy najpierw zestawiał wszystkie zarzuty prze- Święty Tomasz z Akwinu stworzył dwie wielkie syntezy intelektualne: Sumę teologii i Sumę przeciwko poganom. Dziś filozofia i teologia nie mają takich ambicji, choć jeszcze Leon XIII namawiał w encyklice Aeterni Patris do studiowania św. Tomasza. Czy idziemy zatem w stronę wielkiej, odważnej syntezy chrześcijańskiej, czy tak zwanej myśli słabej, jak mawia Gianni Vattimo? ciwko tezie, której chciał bronić, „szedł po linii największego oporu”, jak mawiał Etienne Gilson. Dyskutował bez poniżania drugiej strony. Tego się od niego nauczyłem. Także metafizyczne intuicje św. Tomasza są dziś bardzo potrzebne, bo ślepniemy na metafizykę w tych naszych postmodernistycznych, małych narracjach. Protestant Richard Niebuhr (1996) analizował różne relacje między Chrystusem a kulturą. Jako wielkich „syntetyków” przedstawił on św. Tomasza i – jako jego kontynuatora − życzliwie opisał Leona XIII. Wskazywał jednak na zasadniczą różnicę między nimi. Święty Tomasz mówił do elit trzynastowiecznych bardzo nowoczesnym trzynastowiecznym językiem, a Leon XIII mówił językiem św. Tomasza do ludzi przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Dlatego ten zabieg powiódł się tylko cząstkowo. W wielu moich pismach (Zięba 2005) starałem się pokazać, że taką nowoczesną próbą syntezy jest myśl Jana Pawła II, ale jeszcze sporo pracy muszą wykonać jego intelektualni następcy, by w pełni pokazać znaczenie tego, co Papież dokonał. Takie syntezy są nam bardzo potrzebne, ale bardzo trudne intelektualnie, nie mówiąc już o tym, że w epoce postmodernizmu, czy nawet postpostmodernizmu, wyjątkowo niemodne. W moim myśleniu o filozofii bliskie jest mi Fides et Ratio. Józef Tischner nie znosił św. Tomasza i ja, jeszcze jako fizyk, przejąłem od niego tę niechęć. Dopiero potem, studiując rzetelnie przez parę lat pod okiem wybitnych umysłów, takich jak Władysław Stróżewski, Stefan Swieżawski, Władysław Seńko czy Zofia Włodek, odkryłem, że Tischner nie znał myśli św. Tomasza. Tischner był ofiarą reformy neotomistycznej podjętej w XIX wieku. Powrót do Tomasza zaowocował bowiem neotomizmem, który początkowo był ożywczy, ale jako zalecana doktryna stał się szybko neoneoneotomizmem, czyli sztywną skorupą, która miała wszystko jednoznacznie wyjaśniać bez zbędnego dociekania. Świat z XIII wieku i świat z XXI wieku jednak znacznie się od siebie różnią i nie można wszystkiego wyjaśniać św. Tomaszem. Nic dziwnego, że nie zajmował się on ekologią, przestrzenią wirtualną czy globalizacją. Jego prawdy teologiczne oczywiście przetrwały. Przetrwały też jego wielkie intuicje, przede wszystkim jego postawa in- Ślepniemy na metafizykę w tych naszych postmodernistycznych, małych narracjach Moim zdaniem rozróżnienie prawdy i ideologii jest nieprzydatne w tym sensie, że prowadzi do pomijania argumentów. Jeśli mamy argument filozoficzny, który jest zasadny, to po prostu trzeba go przyjąć, „Cztery R” nie są fundamentem 115 a nie bawić się w rozróżnienie, czy to jest prawda, czy może ideologia. Ja odróżniam nie prawdę i ideologię tylko wiarę i ideologię. Wiara jest czymś otwartym, ideologia jest czymś zamkniętym. Wiary nie wolno narzucać, a ideologię się często narzuca. To jest wyraźnie coś innego. Wiara szuka prawdy, posiadając jej fragmenty, ale jest otwarta ciągle na coś nowego. Ideologia już nie. Ona uważa że posiada prawdę kompletną. Polityczny liberalizm wynika wprost ze sceptycyzmu, z przekonania, że nie można poznać prawdy. Ojcu chyba nie jest z nim po drodze. Dlatego pisałem o dwóch albo nawet trzech liberalizmach. Liberalizm kontynentalny, przede wszystkich francuski, rzeczywiście zakładał powszechny sceptycyzm. Liberalizm anglosaski nie był z założenia antychrześcijański, przyjmował za oczywiste pewne prawdy. Dzisiaj okazało się, że te prawdy były oczywiste jedynie w ramach kultury chrześcijańskiej i gdy część tej kultury wyparowała wraz z chrześcijańską wiarą, to okazały się one całkowicie nieoczywiste. Liberalizm anglosaski jest dużo bardziej otwarty na pojęcie wspólnoty i uznanie prawdy absolutnej, acz dzisiaj postmodernizm dosyć mocno go kąsa. Wydaje mi się, że John Passmore słusznie odróżniał dwie koncepcje doskonałości. Perfekcjonizm jednego rodzaju jasno określa cel swoich dążeń, a drugiego rodzaju za cel uznaje samą drogę do doskonałości, która wcale nie musi się kończyć. Identyfikuję współczesny liberalizm z tą drugą wizją. Nie jestem wcale tego taki pewien. Wydałem właśnie książkę o historii Europy (Zięba 116 Maciej Zięba OP 2011), w której sporo jest wątków Popperowskich. Moim zdaniem Popper był wyjątkowo wrażliwy na problem prawdy transcendentnej i można u niego znaleźć dużo punktów zbieżnych z myśleniem chrześcijańskim w sferze społecznej. Popper uważał, że musimy kroczyć ku przyszłości, która jest nieznana, niepewna i niebezpieczna, używając rozumu, broniąc wolności i dążąc do prawdy transcendentnej. To niezły opis naszej kondycji w świecie doczesnym. Jak wiadomo, św. Tomasz napisał dwie sumy, jedną filozofii, a drugą teologii. Płynęło to u niego z przekonania, że z poganami trzeba rozmawiać na gruncie rozumu naturalnego, używając argumentów filozoficznych. W sferze publicznej nie powinno się używać argumentów natury ściśle religijnej. Innymi słowy Ojciec jest liberałem. Tak samo jak mój święty współbrat Tomasz. Bardzo szanuję ludzką wolność. Uważam, że jest ona wielkim Bożym darem i że – jak pisze Akwinata – podobieństwo Boże najpełniej wyraża się w nas przez wolność, bo tak jak On jesteśmy autorami swoich czynów. I jestem liberałem tak samo jak Jan Paweł II, który pisze, że wolność jest „źródłem, z którego płynie godność ludzka”. Dlatego nie wolno jej niszczyć. Ale wierzę też, że „w świecie bez prawdy wolność traci swoją treść” (CA: 46), a nawet więcej, że „wolność zapiera się samej siebie, zmierza do autodestrukcji i do zniszczenia drugiego człowieka, gdy przestaje uznawać i respektować konstytutywną więź, jaka łączy ją z prawdą” (EV: 19). I jeszcze wierzę, że prawda jest – w głębokim sensie tego słowa − atrakcyjna. „Atrakcyjna” pochodzi od łacińskiego adtraho – pociągać. Prawda jest głęboko wpisana w racjonalność człowieka, jest piękna i prowadzi ku dobru. Brałem kiedyś udział w organizowanej przez Ojca Szkole Letniej Instytutu Tertio Millennio. Pamiętam wypowiedź pewnego amerykańskiego księdza, który przeciwstawiał zwolenników prawa natury zwolennikom praw człowieka. Mówił: „nasi przyjaciele konserwatyści mylą się, krytykując prawa człowieka, ponieważ prawa człowieka są filozoficznie ciekawszą konstrukcją”. Jestem po stronie konserwatystów, uważam, że prawo natury jest pierwotne w stosunku do praw człowieka i Jan Paweł II zbyt mało, moim zdaniem, podkreślał ufundowanie jednych w drugich. Bez takiego ufundowania dochodzi do proliferacji i politycznej instrumentalizacji praw człowiek. Nie wiem, co jest ciekawsze, ale na pewno takie przeciwstawianie jest sztuczne. Sądzę, podobnie jak Jan Paweł II, że istnieje iunctim między prawem natury a prawami człowieka. Jak to Papież ujął w Redemptor hominis, pisząc o prawach człowieka: „w Dignitatis humanae znalazło wyraz nie tylko teologiczne ujęcie zagadnienia, ale także ujęcie z punktu widzenia prawa natury − a więc ze stanowiska »czysto ludzkiego«, w oparciu o te przesłanki, jakie dyktuje samo doświadczenie człowieka, jego rozum oraz poczucie ludzkiej godności” (RH: 17). Trzeba jednak pamiętać, że we współczesnym świecie pojęcie „prawa natury” jest dosyć niezrozumiałe i niejasne, a język praw człowieka jest łatwiej rozumiany i bardziej uniwersalny. W ten sposób Jan Paweł II uciekał od ideologicznych czy stricte filozoficznych sporów. Użycie języka praw człowieka pomagało mu też w wywikłaniu się z wielu historycznych pułapek i w nawiązaniu kontaktu z współczesnym ludźmi i różnymi kulturami. Głoszenie prawdy, że „Chrystus jest Zbawicielem”, choć jest to centralna prawda, którą wyznajemy, w róż- nych kulturach jest traktowane jako inwazja, narzucanie „swojej prawdy”, przejaw zachodniego imperializmu, albo też jest ignorowane jako coś zasadniczo obcego. Natomiast rozważając problemy współczesnego człowieka, jego lęki i zagrożenia, nadzieje i szanse, dzięki językowi praw człowieka dużo łatwiej możemy wspólnie o tym rozmawiać. Oczywiście wierzymy w to, że człowieka nie można w pełni zrozumieć bez Ustawił sobie pan nowoczesnego człowieka jako chłopca do bicia! Chrystusa, choć nie musimy tego od razu explicite używać w dyskusji. Dużo lepiej, gdy nasz rozmówca – w pełni swej wolności – sam dojdzie do tego przekonania. Weźmy typowego przedstawiciela kultury współczesnej i typowego konserwatystę. Jeden lubi współczesny model państwa oparty na koncepcji suwerenności Jeana Bodina, docenia odkrycia Adama Smitha, że ludzie są egoistami i państwo powinno wykorzystywać ten egoizm dla dobra powszechnego, popiera absolutny niemalże wymiar prawa własności, docenia neutralność aksjologiczną państwa, uważa, że demokracja nie opiera się na kompleksowej, metafizycznej prawdzie, tylko na umowie. Drugi rozpoznaje suwerenność wspólnot lokalnych i postuluje budowanie na niej suwerenności wspólnoty politycznej, zakłada powszechne przeznaczenie dóbr, patrzy podejrzliwie na dyskusje o neutralności aksjologicznej. Dziś ewidentnie zwolenników tej pierwszej opcji jest więcej niż opcji drugiej. Ustawił sobie pan nowoczesnego człowieka jako chłopca do bicia! W koncepcję suwerena Bodina może niektórzy wierzą, „Cztery R” nie są fundamentem 117 sporo nie wierzy, wielu jest anarchistów, a większość nie ma o tym wszystkim zielonego pojęcia. Smith był subtelniejszym myślicielem, nie budował na samym egoizmie, choć w oświeceniu i tacy się pojawiali – choćby Mandeville, a za nim encyklopedyści. Smith jednak uważał, że nauki Mandevilla „są nieomal pod każdym względem błędne”. Współczesna ekonomia opiera się jednak na egoistycznym odczytaniu Smitha. Na Forum Ekonomicznym w Krynicy cytowałem w zeszłym roku Stefana Kisielewskiego, który komentując tak zwane „przejściowe” trudności ekonomiczne w socjalizmie, powiedział: „to nie kryzys, to rezultat”. Mówiłem wtedy, że nigdy się nie spodziewałem, iż w wolnej Polsce, z górą dwadzieścia lat po zmianie systemu, w skrajnie odmiennej sytuacji, będę musiał powtórzyć te słowa Kisiela. Jeżeli jednak uczyło się ludzi, tak jak uczono przez dziesiątki lat pod koniec XX wieku, że greed is good (chciwość jest dobra), nie przejmując się zastrzeżeniami moralnymi i społecznymi, to rezultatem musiał być kryzys, który właśnie obserwujemy. W satysfakcją widziałem napisane sprayem na budynku banku Lehman Brothers słowa: greed took them down (chciwość sprowadziła ich na dno), które stały się swoistym komentarzem do pochwały chciwości. Powtarzam, to nie kryzys, to rezultat. Dla Smitha było oczywiste, że rynek funkcjonuje w ramach aksjologii chrześcijańskiej. Nie był w stanie wyobrazić sobie innego świata. Natomiast oświecenie kontynentalne jest projektem zbudowania „poprawionej” wersji chrześcijaństwa, połączonej z odrzuceniem Chrystusa i Kościoła. Pomysł może i na papierze mógł wyglądać sympatycznie, ale był fundamentalnie sprzeczny wewnętrznie. Chrześcijaństwo ożywia bo- 118 Maciej Zięba OP wiem Chrystus, a wciela w życie Kościół Święty, głównie przez sakramenty i głoszenie Słowa. Jeśli się to odejmie, pozostanie tylko kultura, która bez transcendencji wietrzeje i stale się zmienia. Dwadzieścia lat temu krytyka życia gospodarczego była wyśmiewana jako klesze gadanie, a teraz Kultura bez transcendencji wietrzeje się człowiek nie może odpędzić od zaproszeń i zamówień na różnego typu wykłady o etyce, bo kultura, gdy wyparowała z niej etyka chrześcijańska, zaczęła stanowić magmę. I nagle wszyscy się zastanawiają, jak etykę uzasadnić, bo etyka jest konieczna w życiu gospodarczym, co gorsza, ethics pays − ona się opłaca. Tyle że gdy mówimy, iż etyka się opłaca, stosujemy ją dopóki jest opłacalna, więc to już nie jest żadna etyka, tylko czysty pragmatyzm. To duży dylemat dla współczesnego świata. Postawię sprawę ostrzej. Na początku lat dziewięćdziesiątych do Polski zaczęto importować pewną szczególną oświeceniową wersję liberalizmu. Robiły to określone instytucje i media, między innymi „Gazeta Wyborcza”. Nawet Ojciec był wtedy potrzebny „Gazecie”, by dowodzić, że katolicyzm jest do pogodzenia z liberalizmem. Nie chcę wchodzić w dyskusję o ewolucji „Gazety”. Nawet dzisiaj jest to twór złożony, ale nie można nie dostrzec, że obecnie jej główny ton to ideologia postoświeceniowego francuskiego laicyzmu, który chce zmieniać świat na swoją modłę. Taka wersja liberalizmu wydaje mi się mało liberalna, a mocno ideologiczna. Nie docenia też społecznych zagrożeń, które ze sobą niesie i choćby z tego względu głęboko mi nie odpowiada. Dlatego bez zdefiniowania nie używajmy słowa „liberalizm”. W końcu liberałami byli i purytanie i libertyni, więc słowo to może pomieścić wszystko. Mówmy o konkretnych instytucjach społecznych: wolnemu rynkowi poświęcona jest cała encyklika Centesimus annus. Wolny rynek i prywatną własność znajdziemy u św. Tomasza, który podaje pięć argumentów za prywatną własnością (ST II−II: 66). Tomasz mówi, że powszechne posiadanie dóbr było i dobre, i możliwe, ale jedynie przed grzechem pierworodnym. Karol Marks, jak wie- na ważne ludzkie przedsięwzięcie, osadzone w normach etycznych i kulturze otwartej na transcendencję. Podstawą ich rozważań była antropologia, a „ordo” w nazwie – mimo, że wielu było protestantami − wzięli od świętego Tomasza, przeciwstawiając ów ład spontanicznemu ordre naturel oświecenia. Jeżeli już miałbym się wpisać w jakąś szkołę, to wybrałbym niemieckich ordoliberałów Według wielu myślicieli Hobbes zapoczątkował liberalizm swą wizją genezy wspólnoty politycznej oraz funkcji i struktury państwa. To jest dla mnie fundament różniący myśl współczesną od myśli przednowożytnej, właśnie wizja suwerenności. Arystoteles i Tomasz nigdy nie pisali o takiej suwerenności władzy, jaką znamy dzisiaj. Zauważali, że wspólnota doskonała, jaką jest państwo, powstaje naturalnie na bazie niższych wspólnot. Dziś mamy zupełnie odwrotną sytuację, czyli delegacją władzy z poziomu rządu centralnego. my, zignorował prawdę o grzechu pierworodnym i postanowił wprowadzić wspólną własność; wiemy, jak to się skończyło. Innymi słowy, prywatna własność − tak, ale przenigdy „święte prawo” własności, bo tylko Bóg jest święty, a zatem chodzi o społeczne przeznaczenie dóbr oparte na własności prywatnej ujętej w system moralny. Dzisiaj zresztą – i dobrze − wszyscy mówią o społecznej odpowiedzialności biznesu. To jest horyzont chrześcijański. I lepiej do niego zmierza gospodarka oparta na własności prywatnej, choć nie oznacza to jedynej i wyłącznej formy własności. Po prostu gospodarka rynkowa czyni to efektywniej, sprawniej, skuteczniej. Alfred Müller-Armack stworzył pojęcie „wolnej, czyli społecznej gospodarki rynkowej”. Potem to pojęcie zostało rozdzielone, prawica została uznana za zwolenników wolnej gospodarki, a gospodarka społeczna została utożsamiona z lewicą. A ja, jeżeli już miałbym się wpisać w jakąś szkołę myślenia, to wybrałbym tych właśnie niemieckich ordoliberałów, o których kiedyś pisałem jako o prekursorach Centesimus annus (Zięba 1998). Oni patrzyli na ekonomię jako Zerwanie myślenia klasycznego zaczęło się jednak od Hobbesa i Bodina. Ale to nie byli liberałowie. Liberalizm anglosaski był jednak zawsze podejrzliwy wobec władzy państwowej i wyraźnie wspierał społeczeństwo obywatelskie. Także dzisiaj Amerykanie ciągle się denerwują, że rozrasta im się aparat państwa. Pamiętajmy też, że wspólnota według Arystotelesa różni się od wspólnoty według św. Tomasza. Według Arystotelesa ludzie są z natury nierówni, a obywatele są częścią polis. Optyka Tomasza jest personalistyczna, a to ogromna różnica. Nie zgadzam się. Święty Tomasz mówi o dwóch rodzajach godności: obrazie i podobieństwie. Wszyscy ludzie mają w sobie obraz Boga, ale podobieństwo jest już stopniowalne. „Cztery R” nie są fundamentem 119 To jednak nie wynika − jak u Arystotelesa − z dziedziczenia czy statusu społecznego. Prawo rzymskie traktowało niewolnika jako sprzęt (res mobilis), a cezara jako uczestnika boskiego porządku. Tomasz schrystianizował Arystotelesa i polis Tomasza, i polis Arystotelesa są to różne polis, składają się z innych podmiotów. Tomaszowe stwierdzenie z Contra impugnantes, że „ludzie mają prawo do zrzeszania się dla dobrych dzieł niezależnie od statusu i przynależności stanowej”, dla Arystotelesa byłoby po prostu niemożliwe. Cały czas staram się skłonić Ojca do dostrzeżenia różnicy między myślą nowożytną a przednowożytną. Mój ostateczny środek: pytanie o cel wspólnoty politycznej. Myśl współczesna upatruje go raczej w dobrobycie materialnym i bezpieczeństwie, klasyczna − w dobrym, szlachetnym życiu. Dziś powiedzieć, że celem państwa jest wychowanie do cnoty, to herezja, nawet w środowiskach chrześcijańskich. Celem wspólnoty politycznej nie są cnoty, ale dobro wspólne. A państwo nie powinno się troszczyć o zbawienie, które jest celem Kościoła. Tradycja chrześcijańska zauważa to od czasów Chrystusa. Owszem, prawo ma też wymiar wychowawczy, ale jest kiepskim wychowawcą. Jego rola to karanie, stawianie granic nadużyciom sprawiedliwości. Wychowanie związane jest raczej ze sferą kultury i edukacji, rodziny, Kościoła i szkoły. Gdy się czyta publicystykę Ojca, często można natrafić na słowo „liberalizm”, więc pytanie o to, z którą grupą Ojciec sympatyzuje, jest chyba na miejscu. Dwadzieścia lat temu częściej używałem tego słowa, ale dziś pod karą administracyjną zakazałbym jego używania. (Proszę 120 Maciej Zięba OP napisać, że to żart, bo zaraz mi się dostanie, że jestem zamordystą i zwolennikiem cenzury!). Słowo „liberalizm” jest dziś tak strasznie wieloznaczne, że wszystko można pod nie podstawić. Jeśli liberałami są Adam Smith, Adam Michnik, Janusz Palikot, Thomas Hobbes i Ryszard Legutko, a bywa nim nawet Leszek Miller, to robi nam się intelektualny bałagan. Ja stoję na gruncie Ewange- Proszę napisać, że to żart, bo zaraz mi się dostanie lii, Vaticanum Secundum i Jana Pawła II. Należy przyglądać się każdej konkretnej wersji liberalizmu i badać, jaką zawiera wewnątrz antropologię. Jeśli ma ona charakter personalistyczny, to można ją wesprzeć, choćby była uzasadniania bez odniesienia do religii. Jeśli natomiast ktoś ma Pana Jezusa i Matkę Boską na ustach, a koncepcje totalitarne, to nie wesprę go, nawet jeśli przywołuje argumenty teologiczne i postaci biblijne. Pytanie brzmi, kto jest dziś totalitarystą. Widząc skalę inżynierii społecznej w tak zwanych społeczeństwach liberalnych, można odnieść wrażenie, że totalitarystami są obecnie ci, którzy szermują pojęciem wolności. W tekście sprzed dwudziestu lat pisałem o „pluralizmie jako religii”, czyli, tak naprawdę, jako ideologii (Zięba 1993a) i rozwijałem tę myśl wielokrotnie. Dzisiejsze społeczeństwa zachodnie, w których kulturą polityczną stał się postmodernizm, przyjęły jedno metafizyczne założenie, że nie ma prawdy absolutnej. To zdanie ma status metafizyczny, jest jedynym niewzruszonym pewnikiem. Jest to więc także ideologia: wiemy z absolutną pewnością, że nie istnieje żadna prawda transcendentna. I – mimo wewnętrznej sprzeczności tego stwierdzenia − narzucamy ten pogląd innym. Na fundamencie tej prawdy działają media, konstruowane są rozwiązania prawne, kształtuje się edukację. Jak każda ideologia, także ta jest niebezpieczna, jej brutalność przejawia się na przykład w traktowaniu religii, a katolicyzmu w szczególności, jako fenomenu złowrogiego, nietolerancyjnego i dyskryminującego ludzi ze swej natury. Tu się zgadzamy. Czas na bardziej kontrowersyjne pytania. Wiele osób kojarzy Ojca właśnie jako obrońcę porządku ukształtowanego za czasów Okrągłego Stołu. To, co Pan mówi, wynika z przywileju późniejszego urodzenia. To nie jest sprawa „obrony czegoś”, tylko elementarnej logiki i wyobraźni. Acz rozumiem, że ktoś, kto nie uczestniczył w tamtych wydarzeniach, nie rozumie warunków, w jakich wtedy działaliśmy. Tamte czasy to była droga w nieznane. Komuniści ustalili mniej więcej tyle, że przywróci się Solidarność, że powstanie nowa izba parlamentarna, że da się opozycji dziennik i że ogłosi się reglamentowane wybory. I władza była przekonana, że wygra te wybory, a „obóz socjalistyczny” lekko się zmodyfikuje. Natomiast nasze horyzonty obejmował bon mot Zbyszka Bujaka: „generał Kiszczak zamienił kwadratową celę na okrągły stół”. Polska graniczyła wtedy z NRD, CSRS i ZSRR, a wszędzie stacjonowała Armia Czerwona uzbrojona w głowice atomowe. Nikt na Wschodzie i na Zachodzie nie miał pojęcia, że zaczyna się zmiana w skali świata. I to zmiana – w zasadzie – pokojowa. Wszyscy przecież wiedzieli, że imperia nie upadają bezkrwawo, a to było najbardziej krwawe imperium w dziejach świata. Dziś łatwo jest wygrać bitwę pod Waterloo, wystarczy popatrzeć, że można było ten czy tamten pagórek ominąć, tamte regimenty pchnąć do przodu, inne cofnąć. Czasami feruje się jednoznaczne czy bezlitosne sądy, nie mając pojęcia, jak dużo było wówczas niepewności, decyzji podejmowanych w ciemno. Trzeba było brać realną odpowiedzialność za realne ludzkie życie, każdy błąd mógł zahamować lub cofnąć koło historii. Nie twierdzę wcale, że nie popełniono błędów w ocenie sytuacji, w zachowaniach wobec komunistów, w negocjowaniu warunków wychodzenia z PRL. Twierdzę jednak, że dziś, siedząc w kawiarni, bardzo łatwo jest ferować wyroki i być pewnym, że należało działać inaczej. Często jednak tym, którzy tak dzisiaj twierdzą, z dużą łatwością mogę pokazać kardynalne błędy, jakie popełnili po 1989 roku, mając sytuację znacznie łatwiejszą, i dziś zamiast reformować Polskę, zajmują się głównie narzekaniem na rzeczywistość. Wracając do liberalizmu i stanu polskiego Kościoła, ta zbitka „rodzina, rynek, religia, rozsądek” kojarzy się z zadomowionym w doczesności chrześcijaństwem, które się cieszy, że ma święty spokój, nie jest bardzo rewolucyjne, nie stawia wysoko poprzeczki. Kiedy dziś słyszy się głosy o upolitycznieniu kurii i widzi rozmaite zjawiska kontestatycyjne, w rodzaju ruchu ks. Natanka, można sobie pytanie, czy rzeczywiście nie wytworzono w Polsce bezpiecznego układu, który raczej demoralizuje społeczeństwo, niż je uszlachetnia. To pytanie sięgające do trzewi każdego z nas. Kościół zawsze musi nauczać o powszechnym powołaniu do świętości, bo to jest podstawowy cel chrześcijańskiego życia. Chrześcijaństwo musi być radykalne. Inaczej przestaje być chrześcijaństwem. Chodzi jednak o radykalizm ewangeliczny, nie ideologiczny. Ponieważ nie uważam „czterech R” za fundament, nie będę więc specjalnie bronił tej formuły, ale dla mnie i w haśle „Cztery R” nie są fundamentem 121 „religia”, i „rodzina” implicite zawarty jest radykalizm i powołanie do świętości, „rozsądek” oznacza wyzwolony z ideologii rozum – wielki dar Boży, a „rynek” – twórcze miejsce realizowania, jako chrześcijanin, swojego powołania zawodowego. Oczywiście i rynek, Ponieważ nie uważam „czterech R” za fundament, nie będę specjalnie bronił tej formuły i religia, i rodzina, a także rozum mogą przybrać formy patologiczne, ale my, uczniowie Chrystusa, możemy i powinniśmy nadawać im chrześcijańskie znaczenie. Kłócimy się o liberalizm, ale obaj wiemy, że znacznie ważniejsze jest głoszenie Chrystusa Zmartwychwstałego. Swoją pracę intelektualną, choć najistotniejsza jest moja posługa sakramentalna, traktuję jako − jak nazywał to św. Tomasz − preambula fidei, przedsionek wiary, który ma pomóc doprowadzić ludzi stojących na zewnątrz do centrum kościoła, do ołtarza. Zanim jednak znajdą się w centrum, trzeba dojść do przedsionka, czyli uniesprzecznić pierwsze prawdy, porozbijać liczne stereotypy, pokazać, że wiara ma swoją świeżość i swoje piękno oraz że pomaga podejmować konkretne, dobre życiowe decyzje. Naszą dominikańską dewizą jest „iść na krańce świata!”, ale zawołanie to nie ma wymiaru geograficznego, oznacza ono pogranicza wiary i niewiary. Staram się być wierny tej dewizie. Co dalej? To nie pierwsza nasza dyskusja z o. Maciejem Ziębą. W tece o nowym średniowieczu (nakład wyczerpany) opublikowaliśmy jego krytyczny esej o Caritas in veritate (Zięba 2010) wraz z naszą odpowiedzią (Czabanowski 2010). 122