polska - wschodnioeuropejski kłopot czy dobry sąsiad?

Transkrypt

polska - wschodnioeuropejski kłopot czy dobry sąsiad?
POLSKA - WSCHODNIOEUROPEJSKI KŁOPOT CZY DOBRY SĄSIAD?
W Danii zadomowiły się różne narracje o Polsce i Polakach. Także te negatywne i oparte na
stereotypach. Może warto zadać pytanie, czy negatywna i populistyczna narracja w Danii może
sprowokować kontrreakcję populistów po drugiej stronie Bałtyku.
Rafał Wiśniewski
W tych dniach wizytę w Polsce składa duński Następca Tronu z małżonką, a towarzyszy im delegacja
duńskiego biznesu, do której na miejscu dołączą przedstawiciele ponad pół tysiąca duńskich firm już
obecnych w naszym kraju. Do jakiego jednak kraju wybiera się tak naprawdę Książę Fryderyk?
Spróbujmy przyjrzeć się sobie z bliska. Szczerze i z mnóstwem dobrej woli, jaka powinna cechować
wzajemne relacje sąsiadów i sojuszników. Jaką wiedzę na temat współczesnej Polski, jaki jej
stereotyp może sobie wyrobić przeciętny Duńczyk, śledzący debaty w swoim kraju? Debaty, w której
w minionych miesiącach Polska i Polacy pojawiają się z godną podziwu intensywnością. Czy jednak
równie rzetelnie?
Przyznam szczerze, a jestem po prawie 4 latach pobytu w tym kraju winien to bardzo wielu duńskim
znajomym i przyjaciołom, że wcale nie jest łatwo wyrobić sobie spójny obraz Polski i Polaków na
podstawie debaty publicznej. Funkcjonują w niej bowiem dwie różne narracje.
Jedna z nich pokazuje Polskę współczesną jako nową ziemię obiecaną dla Duńczyków. A przynajmniej
dla biznesu, chociaż my Polacy wolelibyśmy, aby także dla duńskich turystów, studentów, twórców i
instytucji kulturalnych, naukowców.
Taka Polska prezentowana jest jak bliskie Danii „europejskie Chiny”. Gdzie warto przenieść
produkcję, uruchomić eksport. Polsko-duński handel wzrósł w minionym dziesięcioleciu dwukrotnie,
a sam duński eksport do Polski może do 2020 r. przegonić poziom tego kierowanego do Francji czy
Holandii. W Polsce dynamicznie rośnie klasa średnia, łatwo dostępni są pracownicy wszelkich
profesji, po niezłych uniwersytetach, coraz lepiej mówiący po angielsku. Ostatnia dekada to czas dla
naszego kraju wyjątkowo dobry. 25 lat temu wychodząca z komunizmu Polska była praktycznie
bankrutem, ale gdy w chwilę potem weszła na ścieżkę wzrostu - pozostała na niej nieprzerwanie do
dzisiaj. Jako jedyny kraj w UE nie zatrzymaliśmy się w rozwoju nawet w samym środku europejskiego
kryzysu. W Europie przestaliśmy być częścią problemu, a zaczęliśmy stawać się źródłem rozwiązań,
nowych możliwości i energii.
Taki rozwój nie byłby możliwy, gdyby nie udana transformacja w naszym kraju, akcesja Polski do
NATO, a gdyby nie przystąpienie do wspólnego unijnego rynku. Część znających nasz kraj duńskich
dyplomatów i ekspertów gotowa byłaby pójść dalej. Podpowiadają: za 15-20 lat Polska może być dla
Danii nie drugimi Chinami, ale drugimi, mniejszymi Niemcami – dostępnym blisko Danii dużym,
chłonnym rynkiem, wiarygodnym partnerem w projektach znacznie bardziej złożonych niż tylko
przenoszenie produkcji czy nieskomplikowanych procesów biznesowych. Z Polakami można i jeszcze
bardziej będzie można prowadzić wspólne badania naukowe i budować koalicje dla rozpoznawania
możliwości w krajach trzecich (np. wspólnie wspierając transformację energetyczną Ukrainy i innych
wschodnich sąsiadów UE).
Tak pojęta Polska prezentowana jest też coraz częściej jako kraj bałtycki, czasami nawet
północnoeuropejski, a nie jak postkomunistyczny. Polacy w tej perspektywie jawią się ludźmi
uczciwymi, pracowitymi, otwartymi na zmianę, nieodległymi Duńczykom.
Obok powyższej pozytywnej narracji istnieje jednak i ostatnimi czasy zdecydowanie przybiera na sile
druga, jakże odmienna.
Według niej Polacy to często nieuczciwi lub niebezpiecznie naiwni „ludzie ze Wschodu”, albo sami
oszukujący urzędy podatkowe oraz inne instytucje kontrolne w Danii, albo dający się wykorzystywać.
Pracujący po 50-60 godzin tygodniowo, za ok. 50 koron za godzinę. W sumie – świadomie i ochoczo
uprawiający ów słynny social dumping, w którym to pojęciu zawiera się wszystko od ewidentnego
łamania prawa po całkiem legalne, ale sprzeczne z duńską tradycją pracowanie za stawkę niższą niż
„zwyczajowa”.
Paradoksem jest, że temu stereotypowi towarzyszy też inny: Wschodnioeuropejczyka/Polaka jako
sprytnego lenia, który nie przyjechał do Danii po to, aby ciężko pracować, ale by od pierwszego dnia
swego pobytu pobierać hojne duńskie zasiłki socjalne. Na nic się zdają statystyki i dowody,
wykazujące jasno, że większość pracowników z Polski przyjeżdża do Danii pracować, a część z nich
nie korzysta z systemu socjalnego nawet wówczas, gdy nabiera takich uprawnień.
Nie ulega dyskusji, że na morskiej granicy Polski i Danii spotykają się dwa wciąż jeszcze odmienne
światy i sytuacja ta prowadzi – poza mnóstwem pozytywów - także do problemów, nadużyć,
wykroczeń. Jest naszą wspólną odpowiedzialnością pracować nad systemową, spokojną redukcją
takich zjawisk. W Polsce jesteśmy na takie podejście otwarci.
Warto pamiętać, że gdyby nie relatywne zacofanie i niezamożność Polski po 1989 r. część duńskich
sukcesów w naszym kraju nie byłaby możliwa. Gdybyśmy nie zostali zniszczeni przez II wojnę i
komunizm, nie potrzebowalibyśmy tak wielu duńskich produktów i technologii oraz inwestycji.
Mielibyśmy własne. Bylibyśmy bogaci przynajmniej na poziomie współczesnej Hiszpanii, a może i
Finlandii, ergo z Polski mało kto by dzisiaj emigrował. Ale też mniej można byłoby u nas sprzedać i
dużo trudniej byłoby u nas inwestować. A zatem nasza postzimnowojenna sytuacja zrodziła dla Danii
zarówno dodatkowe możliwości (ekspansji ekonomicznej poprzez eksport i inwestycje), jak i pewne
problemy (negatywne aspekty zjawiska napływu pracowników, skądinąd pozytywnego dla gospodarki
duńskiej; plus transgraniczne przenikanie przestępczości, etc.). Korzyści z integracji i pewne jej koszty
to dwie strony tego samego medalu, chociaż – w odróżnieniu od monety – wcale nie mają one tej
samej wielkości i wagi.
Oczywiście, zmiany prawne na poziomie narodowym i unijnym w odniesieniu do problemów są
możliwe, a czasem pożądane, o ile nie prowadzą do dyskryminacji obywateli państw członkowskich .
Zasada niedyskryminacji ma zresztą zastosowanie nie tylko do spraw swobodnego przepływu osób.
Jest ona fundamentem całego wolnego i jednolitego rynku. Jeśli usuniemy albo poważnie
ograniczymy choćby jeden z elementów tej układanki – w gruzach legnie cała konstrukcja.
Historia UE pokazuje, że na dłuższą metę jesteśmy tak ze sobą połączeni, że każda akcja wywoła
reakcję. Bo w końcu kto zabroni w odpowiedzi na „szarańczę” i postulaty dyskryminującego
różnicowania migrujących pracowników-obywateli państw UE pojawić się podobnym hasłom z
drugiej strony? Kto postawi w takiej niepożądanej sytuacji tamę „orędownikom” walki z importem
duńskiego mięsa czy masła (przecież „mamy nasze własne, na pewno zdrowsze i lepsze”),
ograniczania zagranicznych inwestycji duńskich hodowców świń, bankowców czy właścicieli sieci
sklepów, którzy na debatę o social dumping i welfare tourism odpowiedzą własną wersją debaty o
capital dumping? Czy naprawdę chcemy takiej Unii Europejskiej XXI wieku?
Cały projekt europejski oparty jest na zaufaniu, że wprowadzone rozwiązania mają służyć nam
wszystkim. Zaufanie to jest niezbędne, bo nie jesteśmy jednym narodem, a mimo to integrujemy się
w unikalny na świecie sposób. Fundamentem tego zaufania stał się pewien język, jakim po
doświadczeniach II wojny światowej uczestniczący w procesie integracyjnym Europejczycy zaczęli
mówić do siebie i o sobie nawzajem. Język unikania niesprawiedliwego stygmatyzowania całych
grup narodowych czy państw. Język mówienia o problemach w sposób merytoryczny, nie zaś taki,
który oferuje najprostsze wyjaśnienia. Właściwym językiem można dyskutować o wszystkim, a już na
pewno o wszystkim, co nurtuje duże grupy społeczne. Problemem nie jest debata jako taka, ale
możliwe skutki „uboczne” prowadzenia jej w języku zbyt prostych recept i oderwania od faktów. Jeśli
język naszej debaty ulegnie zatruciu, trudno będzie podtrzymać europejskie zaufanie, a jeśli w
gruzach legnie i ono, na dno pójdzie także cały dorobek integracji, ze wspólnym rynkiem, Schengen i
innymi osiągnięciami włącznie.
Im bardziej będziemy wzajemnie zdolni do rozmawiania ze sobą i o sobie językiem otwartości i
życzliwości - tym łatwiej będzie nam rozwiązywać problemy wynikające z bliskiego sąsiedztwa, a
jednocześnie w pełni wykorzystywać wszystkie możliwości, które ono – zwłaszcza w warunkach
integracji europejskiej – otwiera.
Rafał Wiśniewski jest ambasadorem Polski w Danii.