OGROD NIEPLEWIONY

Transkrypt

OGROD NIEPLEWIONY
Władysław Stefanoff
OGRÓD
NIEPLEWIONY
-
historia
reportaże
życiorysy
obyczaje
sygnały
Siedlce 1998
6
Motto:
Bez znajomości przeszłości traci się korzyści wynikające
z doświadczeń przodków. Innymi słowy - maniputbwanie
przeszłością prowadzi do zacofania w przyszłości. Staraj­
my się więc nie unikać tematów kontrowersyjnych.
Autor
7
WSTĘP
Książkę tę dedykuję Januszowi Załęskiemu, byłemu preze­
sowi koncernu ZURN na Kalifornię i sąsiednie stany. Firma ta
zajmuje się produkcją sprzętu przeciwpożarowego (14 fabryk)
i montowaniem odpowiednich instalacji zabezpieczających na
wieżowcach i dużych statkach, na przykład na QUEEN MARY
funkcjonującej jako luksusowy hotel w porcie Los Angeles.
Przeciętne kontrakty firmy wahają się od 1 do 7 milionów
dolarów, a roczna sprzedaż usług i towarów w granicach
jednego miliarda.
Mój przyjaciel i stały korespondent Załęski przebywa już
w Ameryce od 54 lat, w tym 10 w Wenezueli i 44 w Kalifornii.
Poznaliśmy się podczas okupacji niemieckiej. Walczyliśmy
w Powstaniu Warszawskim, on jako dowódca plutonu pod
rozkazami pułk. Ziemskiego („Wachnowskiego") na Starówce,
ja zaś w pułku piechoty przysłanym na Żoliborz z Kampinosu
przez por. A.Pilcha („Dolinę") na pomoc Warszawie.
Ostatni raz widzieliśmy się w Caracas, gdzie Załęski praco­
wał w Banku Londyńskim, ja zaś na placówkach Ministerstwa
Zdrowia. Janusz ma dwie pasje - historię i podróże. Najlepiej
zna historię Stanów Zjednoczonych. W czasie swoich wakacyj­
nych podróży z żoną Małgosią zwiedzili niemal cały świat.
W każdym liście, a pisze co tydzień, ma coś ciekawego do
opowiedzenia, jest turystą, który dokładnie przygotowuje każ­
dy swój wyjazd, robi przy tym notatki i setki zdjęć podczas
podróży. Z jego to właśnie informacji pochodzą niektóre
opowiadania zawarte w tej książce. Wspólne zamiłowania
potrafią pokonać barierę czasu i przestrzeni, nawet jeżeli
dwóch przyjaciół dzieli Ocean Atlantycki i pół wieku rozstania.
Autor
9
Historyczne migawki z Kalifornii
FORT ROSS
Z Hopland do Fortu Ross jedzie się krętą i wąską drogą nad
przepaściami. Zła i niebezpieczna droga zniechęca turystów
do odwiedzania tego niezwykłego, pięknie odnowionego for­
tu rosyjskiego z lat 1812-41. Jest to zabytek wart obejrzenia.
Była to najdalej na południe wysunięta rosyjska placówka
wojskowa w czasach, kiedy całe wybrzeże Północnej Ameryki
od Alaski do Fortu Ross znajdowało się pod kontrolą caratu.
Generał Kishnov wybrał doskonałe miejsce na założenie fortu
nadzorującego kalifornijską żeglugę przybrzeżną aż do San
Francisco. Zadaniem fortu była opieka nad rosyjskimi traperami
i osadnikami przebywającymi w Kalifornii. Fort posiadał dobrze
uzbrojoną załogę z kilkoma armatami wycelowanymi w stronę
oceanu. Cały teren otoczony jest palisadą, posiada własne
studnie, cerkiew, obszerny dom dla dowódcy, basztę obser­
wacyjną, budynek dla służby i żołnierzy. Dzięki lekkomyślności
Rosjan to wszystko stało się amerykańskim zabytkiem muzeal­
nym.
W roku 1841 gen. Aleksander Gavrilovich Rotchev, za
namową swojej żony Eleny Gagariny, sprzedał cały fort z ota­
czającym terenem, bronią, amunicją, armatami, meblami, peł­
nym magazynem za pięćdziesiąt tysięcy dolarów amerykańs­
kiemu awanturnikowi Johnowi Sutterowi. Księżniczka Elena
i jej mąż woleli przebywać w Petersburgu, bawić się w weso­
łym towarzystwie, a nie marnować najlepsze lata swojego
10
życia na tym nudnym pustkowiu. Oboje przekonali cara, że
szkoda pieniędzy na utrzymywanie tej niepotrzebnej nikomu
wojskowej placówki. Jakże się mylili.
Amerykanie umieli robić dobre interesy. Thomas Jefferson
kupił od Napoleona w 1803 roku całą Luizjanę za dziesięć
milionów dolarów. A był to obszar obejmujący nie tylko
dzisiejszą Luizjanę, ale całe dorzecze Missisipi i Missouri, co
powierzchniowo wynosiło więcej niż całe ówczesne Stany
Zjednoczone. W roku 1867 minister spraw zagranicznych
Seward kupił od Rosjan Alaskę za 7.200.000 dolarów.
John Augustus Sutter (1803-1880) nie reprezentował Sta­
nów Zjednoczonych. Był Niemcem pochodzącym ze szwajcar­
skiego Baden. Po bankructwie w swoim kraju, porzucił żonę
i dzieci. Pojechał dorobić się pieniędzy w Stanach. Różnie mu
to wychodziło. W 1839 znalazł się w Kalifornii. Podając się za
pułkownika, którym nie był, przekonał meksykańskiego guber­
natora, aby mu darował kawałek ziemi nad rzeką Sacramento.
Zbudowany przez niego Fort Sutter stał się bazą dla amerykań­
skich traperów i awanturników. To on właśnie odkupił od gen.
Rotcheva cały Fort Ross, ażeby pozbyć się konkurencji Rosjan
na tym terenie. Ułatwiło to bardzo rządowi USA zdobycie
Kalifornii. Prezydent James Polk zaproponował rządowi Mek­
syku kupno Kalifornii i Nowego Meksyku za dwadzieścia
milionów dolarów. Oferta została odrzucona, co wywołało
wojnę między tymi państwami. Wojnę wygrały Stany i za
sumę piętnastu milionów kupiły to wszystko z okładem
w 1848 roku.
Do Fortu Sutter przyjechał gen. Fremont. Zdemaskował
pułk. Suttera jako nie posiadającego żadnej rangi, unieważnił
hiszpańską darowiznę i usunął go z fortu. W roku 1850
Republika Kalifornii już jako stan została przyłączona do USA.
11
Pechowy Sutter sprowadził rodzinę ze Szwajcarii i nadal
robił swoje szalone interesy. Tym razem założył nad rzeką
Sacramento tartak. Interesy układały się dobrze do czasu, kiedy
na jego działce znaleziono złoto. Spowodowało to gold rush
i zadeptanie jego własności przez hordy poszukiwaczy złota.
W roku 1852 Sutter z rodziną znalazł się bez środków do życia.
Domagał się zwrotu ziemi od rządu, dorabiał się i znowu
wszystko tracił, aż w końcu zmarł w biedzie w 1880 roku
w Waszyngtonie.
Dzisiaj jego rola w rozbudowie potęgi Stanów Zjednoczo­
nych jest w pełni doceniana. Fort Sutter w Sacramento, stolicy
Kalifornii, jest całkowicie odnowiony i stał się cennym zabyt­
kiem muzealnym podobnie jak i jego Fort Ross.
Wejście do Fortu Ross
12
Baszta w Forcie Ross
Janusz Załęski zwiedza budowle Fortu Ross
13
Fort Ross
14
W głębi cerkiew w Forcie Ross
15
ŚLADAMI BUFFALO BILLA
Nazywał się William Fryderyk Cody (1846-1917). W wieku
siedemnastu lat był już doświadczonym kowbojem. Podczas
wojny secesyjnej zaciągnął się jako skaut do 9-ego pułku
kawalerii w Kansas. Dał się poznać jako odważny zwiadowca,
dzięki czemu został odznaczony Kongresowym Medalem Ho­
noru. Ożenił się mając dwadzieścia lat. W tym czasie wśród
europejskich arystokratów stało się modne polowanie na bizo­
ny w Ameryce. Buffalo Bill wynajmował się często jako prze­
wodnik dla tych myśliwych i w ten sposób zarabiał na życie.
W roku 1876 stoczył sławny pojedynek na noże, zabijając
Yellow Hand - indiańskiego wodza Czejenów. Posiadając ak­
torskie zdolności założył wędrowny cyrk, w którym występo­
wali prawdziwi Indianie i kowboje odznaczający się sprawnoś­
cią w strzelaniu. Jego pokazy miały duże powodzenie w Sta­
nach, co zachęciło go do wyjazdu ze swoim cyrkiem także i do
Europy. Zarobił dużo pieniędzy na tych występach obrazują­
cych życie na dzikim zachodzie. Osiedlił się w stanie Wyoming, gdzie wybudował piękny hotel o nazwie ,,Irma"
w miasteczku traperskim noszącym jego nazwisko - Cody.
Pułkownik Cody cieszył się sympatią angielskiej królowej
Wiktorii, która uwielbiała jego cyrkowe pokazy, co znalazło
wyraz w podarowaniu Buffalo Billowi wyposażenia baru w ho­
telu „Irma". Lada, stoły, krzesła i oprawy luster zostały wyko­
nane przez stolarzy francuskich z wiśniowego drewna za sumę
stu tysięcy dolarów. Meble te zostały przywiezione statkiem
16
do Nowego Jorku, stamtąd pociągiem do Red Lodge, a na­
stępnie konnymi wozami do hotelu ,,lrma" w Cody. Bar i cały
hotel są dostępne dla turystów i dzisiaj w stanie nie zmienio­
nym. Grupa kabin w stylu traperskim wynajmowana jest jako
sypialnie dla gości.
Legendarny Buffalo Bill stał się barwną postacią historii
Stanów Zjednoczonych. Opisywany jest w wielu książkach
i pokazywany na licznych filmach z dzikiego zachodu.
Zmarł w biedzie w stanie Colorado w 1917 roku.
Góry Bighorn w stanie Wyoming
17
Góry Bighorn w stanie Wyoming
18
Janusz Załęski w górach Bighorn w stanie Wyoming
19
Janusz Załęski z żoną Małgosią w Teton Park w stanie Wyoming
20
TRAGEDIA PUŁKU GENERAŁA CUSTERA
Było to największe zwycięstwo Indian w walkach z białymi
przybyszami. Na polu bitwy polegli wszyscy kawalerzyści
Custera wraz ze swoimi końmi. Ocalał jedynie koń kapitana
Keogha - Comanche.
George Custer ukończył West Point z ostatnią lokatą w swo­
jej klasie. Był niesłychanie odważny i żądny sławy, jego szarże
kawaleryjskie stały się przysłowiowe. Szybko awansował. Pod­
czas wojny domowej wziął udział we wszystkich bitwach, jakie
stoczyła Armia of Potomac. Był dwa razy ranny i aż dwanaście
koni zostało pod nim zabitych. Za swoje bohaterstwo otrzymał
Kongresowy Medal Honoru i w wieku dwudziestu trzech lat
nominację na najmłodszego generała w historii Armii USA. Po
wojnie secesyjnej, w stopniu podpułkownika armii zawodowej
dowodził 7-ym pułkiem przeznaczonym do walk z Indianami.
W roku 1876 trzy kolumny żołnierzy z różnych kierunków
posuwały się powoli, ażeby zaatakować wioskę indiańską
położoną nad rzeką Little Bighorn w stanie Montana. Wioska
liczyła 8000 Indian z plemienia Arapajo, Czejenów, Lakota,
Sioux-Oglala i innych, w tym 2000 wojowników uzbrojonych
w karabiny, łuki, tomahawki i noże. Dowodzili nimi wodzowie:
Siedzący Byk i Szalony Koń. Custer, waleczny żołnierz, ale
niezbyt dobry strateg, nie mając dokładnego rozeznania
w układzie sił wroga, nie czekając na przybycie pułków piecho­
ty generała Terry, przyspieszył swój atak, chcąc okryć się sławą
21
jako jedyny zwycięzca obleganych Indian. W bitwie, po obu
stronach straty były mniej więcej jednakowe: 50 zabitych i 170
rannych, z tą różnicą, że Indianie zabrali swoich rannych do
wioski, a rannych kawalerzystów dobili nożami i tomahaw­
kami.
Zginął gen. Custer, trzej kapitanowie, jedenastu porucz­
ników, pięciu skautów i cywili, dwóch lekarzy i dwustu podofi­
cerów i żołnierzy. Wśród zabitych byli także dwaj bracia
Custera: Thomas, kapitan, dowódca jednej z kompanii i Boston
Custer, cywilny reporter. A przecież wszyscy byli uzbrojeni
w doskonałe siedmiostrzałowe winchestery. Nie mając żadnej
osłony na bitewnym wzgórzu, niektórzy kawalerzyści zabijali
własne konie, ażeby ochronić się przed gradem strzał i kul
Indian.
Pole bitwy jest dzisiaj częścią parku narodowego - Indian
Crow Reservation. Na wzgórzu bitewnym znajduje się mały
obelisk z nazwiskami poległych kawalerzystów. Obok niego
widoczny jest cmentarz wojskowy, gdzie pochowano zabitych
żołnierzy. W pobliżu inne betonowe nagrobki wskazują miejs­
ca, gdzie znaleziono ciała poległych kawalerzystów. Tylko
niektórzy oficerowie zostali pochowani w rodzinnych grobow­
cach. Ciało gen. Custera zostało przewiezione do West Point
i tam z honorami pochowane.
To błyskotliwe zwycięstwo nie wyszło Indianom na dobre.
Część uczestników bitwy uciekła do Kanady. Represje wobec
Indian w Stanach zostały zaostrzone.
Dopiero od połowy XX wieku sytuacja Indian w Stanach
zaczęła znacznie poprawiać się. Podobnie jak Murzyni mieli już
dostęp do studiowania na wyższych uczelniach. Wielu z nich
stawało się lekarzami, prawnikami, nauczycielami, oficerami,
artystami, inżynierami itp. Zaczęto doceniać piękno i oryginal22
ność wyrobów ludowych Indian, które chętnie kupowano.
Często jałowe terytoria rezerwatów okazywały się zasobne
w ropę naftową, toteż niektóre plemiona zaczęły bogacić się
i żyć w dobrobycie.
Obraz Ralpha Heinza „With Their Backs to the Wall'
23
Początek Snake River
w Yellowstone National Park
Snake River
Janusz Załęski przy siarczanych gejzerach w Yellowstone National Park
24
Jezioro Yellowstone. Na pierwszym planie siarczane źródła
Stado dzikich gęsi koło miasta Great Falls w stanie Montana
25
Yellowstone Park
26
KALIFORNIJSKIE STRUSIE FARMY
Na północ od Santa Barbara, w pobliżu Santa Inez Mission,
leży małe miasteczko Solvang założone w 1911 roku przez
duńskich, luterańskich kolonistów. Dwutysięczne miasteczko
jest turystyczną atrakcją, zwłaszcza dla Duńczyków, którzy
czują się tutaj jak u siebie w domu. W całej zabudowie widać
duńską architekturę: wiatrak, domy mieszkalne, restauracje,
hotele, wszystko to budowane na modłę duńską. Odbywają
się tutaj różne duńskie święta, podczas których widzi się ludzi
ubranych w stroje narodowe. Tańce, śpiewy, a nawet miejs­
cowe rodeo mają charakter ludowy.
Koło Solvang znajdują się farmy hodujące strusie. Kiedyś był
to dobry interes, ale obecnie popyt na strusie pióra, mięso, jaja
i pisklęta spadł. Jednak trochę farm pozostało, a właściciele nie
narzekają na brak dochodów, do czego przyczyniają się także
liczni turyści zwiedzający te gospodarstwa.
Farmy mają od 100 do 500 ptaków. Są to strusie afrykańs­
kie. Australijskie emu i kazuary czy argentyńskie nandu z pampasów są drobniejsze i mniej opłacalne, dlatego strusie af­
rykańskie zdominowały te hodowle.
Dorosły samiec ma około 240 cm wzrostu i do 150 kg wagi.
Upierzenie czarne z białymi zakończeniami piór. Samica jest
nieco mniejsza, koloru szaro-brązowego z czarnymi piórami
koło głowy. W wieku czterech lat zaczyna znosić jaja, a prze­
staje być płodną około czterdziestki. Najstarsze strusie doży­
wają wieku około osiemdziesięciu lat.
27
Biegnący struś osiąga szybkość 70 km na godzinę. Samica
znosi przeciętnie 40-60 jaj rocznie. Wysiaduje jaja przez 42
dni; samica w dzień, samiec w nocy. Jaja w gnieździe (10-20)
pochodzą od różnych samic. Jajo waży półtora kilograma, jest
bardzo twarde jakby zrobione z porcelany. Ażeby je ugotować,
musi to trwać 90 minut. Gniazda buduje samiec, wydrapując
w ziemi płytkie miskowate wgłębienie. Puste jaja Duńczycy
malują na niebieskie duńskie wzory kwiatowe. Taka pisanka
kosztuje 20 dolarów.
Pierwsze farmy strusi zostały założone przez Burów w Połu­
dniowej Afryce. Teraz można je spotkać prawie wszędzie,
nawet w Polsce. Najwięcej jest ich w Australii i Afryce.
Strusie nigdy nie chowają głowy w piasek. Kiedy są nie­
spokojne, na przykład w czasie wichury, siadają przytulając
głowę i szyję do ziemi. W razie napaści przez inne zwierzęta,
samiec broni swojego haremu rozpościerając skrzydła i sycząc
niby wąż.
Mięso jest smaczne, ale drogie. Pióra ze strusi hodowlanych
są bardziej dorodne niż z dzikich i osiągają wyższe ceny.
28
Na fotografiach australijskie strusie emu
hodowane na farmie koło miejsowości Solvang w Kalifornii
29
Na zdjęciach strusie afrykańskie
30
INDIAŃSCY GWARANIE
Guarani to jedyni Indianie, których język (należący do rodzi­
ny tupi-guarani) ma w Ameryce równe prawa z językiem
europejskich przybyszów. Dzieje się tak w Paragwaju, gdzie
guarani jest językiem urzędowym na równi z hiszpańskim.
Każdego roku prezydent tego kraju wygłasza przemówienie
noworoczne w tym języku.
Guarani mieszkają w Urugwaju, Paragwaju i Brazylii w do­
rzeczach Rio de la Plata i Parany. W XVI i XVII wieku jezuici
założyli na ich ziemiach kolonie rolne zwane redukcjami. Uczyli
ich rolnictwa, sadownictwa, budowy domów, hodowli zwie­
rząt domowych, języka hiszpańskiego. Trzeba wiedzieć, że
każdy jezuita ma ukończone dwa fakultety, jeden związany
z wykonywaniem zawodu duchownego, a drugi świecki. Dzię­
ki temu byli oni bardzo kompetentni przy kształceniu Indian
w różnych zawodach i w przygotowaniu ich do przyjęcia wiary
katolickiej. Ażeby ułatwić sobie pracę nad Indianami, opraco­
wali słownik hiszpańsko-guarani, a następnie przetłumaczyli na
język Indian katolickie modlitwy i cały Nowy Testament. Guara­
ni zaczęli spisywać swoją historię, zwyczaje, ludowe piosenki
i dawne obyczaje. Nigdzie indziej nawracanie Indian nie prze­
biegało tak harmonijnie i przy tak chętnej współpracy neofi­
tów.
Niestety, szlachetna działalność jezuitów napotkała na zde­
cydowany opór bogatych hiszpańskich i porugalskich plan31
tatorów, którzy woleli widzieć w Indianach niewolników, a nie
świadomych swoich praw obywateli. Królowie Hiszpanii i Por­
tugalii, a także dominikanie i kapucyni opowiedzieli się po
stronie plantatorów. W latach 1721-35 i 1754-57 wybuchły
zacięte walki między Indianami popieranymi przez jezuitów
z jednej strony, a wojskami królewskimi z drugiej. Walka była
nierówna, a uzbrojenie Indian niedostateczne. Wielu Gwaranów i zakonników zginęło. W roku 1767 jezuici zostali wypę­
dzeni z Ameryki Południowej, a ich misje zniszczone i spalone.
Niepodporządkowanie się jezuitów woli papieża doprowadzi­
ło w roku 1773 do delegalizacji zakonu przez Klemensa XIV.
Jednak działalność jezuitów, mimo porażki, pozostawiła
wśród ludu Guarani trwałe ślady. Dzięki nim piękny, śpiewny
język guarani przetrwał i rozwija się. Istnieje literatura w tym
języku. Na uniwersytetach w Sao Paulo, Montevideo i Asuncion powstały fakultety Guarani. Wiele nazw z języka Indian
Guarani przeniknęło do hiszpańskiego i portugalskiego.
I (y) oznacza wodę
gua - duży, wielki
na - wąż, wijący się
para - na północy, w górze
uru - na południu, w dole
zu - z góry na dół
ra ni - ludzie pampasów
Stąd takie nazwy jak: Uru-gua-y, Para-gua-y, I-gua-na, Igua-zu (Wielka woda spadająca w dół, wodospady), Gua-ra-ni.
Podniecająca używka yerba mate, zwana także herbatką
jezuitów, stała się napojem bardzo popularnym w całej Amery­
ce Południowej. Skutecznie zwalcza zmęczenie i daje dobre
samopoczucie.
Pewną ciekawostkę dla nas stanowi fakt, że na obszarze
32
Misiones, koło wodospadów Iguazu, głównymi producentami
i sprzedawcami yerba mate są dzisiaj polscy koloniści. Po
przemysłowej obróbce i wysuszeniu yerby, zostaje ona zapaczkowana i rozsyłana na rynki handlowe Brazylii, Paragwaju,
Urugwaju, Argentyny i innych państw Ameryki Południowej.
Warto jeszcze dodać, że 90% ludności Paragwaju i 35%
Urugwaju mówi biegle językiem guarani. Długoletni dyktator
gen. Alfredo Stroessner był synem emigrantów niemieckich.
Urodził się w Paragwaju i mówił biegle językiem guarani,
równie dobrze jak niemieckim i hiszpańskim. Doszedł do
władzy w 1954 roku przez zamach stanu (golpe de estado).
Panował przez trzydzieści pięć lat, wybierany na to stanowisko
przez siedem kadencji. W 1989 roku został obalony przez
własnego wychowanka gen. Andresa Rodrigueza, który w ła­
godny sposób kazał mu zapakować walizki i wyjechać do
Argentyny. Pewną rolę w tym obaleniu mogło odgrywać zbyt
hojne udzielanie azylu przez Stroessnera hitlerowskim zbrod­
niarzom wojennym.
NASZE KORZENIE
Naród Polan uformował się w wyniku bułgaryzacji państwa
Gotów króla Hermanryka. Nazwa Polanie wywodzi się ze
słowa polje (pole) i jest dosłownym tłumaczeniem gockiego
słowa grjót (stąd Greutungowie) na bułgarski. Po podboju
nasze ziemie należały do chanów Balambera, Uldisa, Ruasa
i Attyli, potem były prowincją Wielkiej Bułgarii, wreszcie
33
częścią kaganatu awarskiego. We wszystkich tych układach
germańska ludność miejscowa posługiwała się językiem przy­
byszy tak długo, aż zapomniała o swoim własnym.
Jednak podstawowe składniki puli genetycznej Polan to nie
tylko Goto-Wandalowie i Bułgarzy. Zachodnie terytoria Wiel­
kiej Bułgarii były przez wieki oddane w zarząd Sarmatom
i Massagetom. Oni także posługiwali się mową Bułgarów.
Około X wieku Massageci (Bałtowie) zdołali powrócić częś­
ciowo do swej mowy ojczystej, czego nigdy już nie udało się
dokonać Sarmatom i Goto-Wandalom. Te cztery podstawowe
grupy etniczne tworzą nierozerwalny amalgamat narodowoś­
ciowy zwany Polską. Języki germańskie stały się dla nas nieme,
a zwyczajnie obce.
Dzieje Polan są nieprawdopodobnie burzliwe. Polanie służyli
w straży przybocznej Attyli, w gwardii pałacowej kaganów
chazarskich, w wojsku kalifa bagdadzkiego podczas walk z Ka­
rolem Wielkim w Hiszpanii, brali udział w wojnie przeciw
Osmanom itd.
Mieszkańcy naszych ziem byli czterokrotnie ochrzczeni.
Pierwszy raz w IV wieku przez wizygockiego biskupa Wulfilasa
w obrządku ariańskim. Drugi - przez św. Metodego w obrząd­
ku słowiańskim kiedy Małopolska należała do Wielkich Moraw.
Trzeci - w tym samym obrządku przez bułgarskiego biskupa
Jordana i czwarty - w obrządku katolickim przez św. Wojciecha
i jego następców.
34
CELTOWIE
Ile lat ma Kraków? Czy zawsze nosił obecną nazwę? Nie
sięgając zbyt daleko w przeszłość możemy powiedzieć, żę to
miasto istnieje co najmniej od okresu lateńskiego, a więc od
najazdu celtyckiego na nasze ziemie (III w.pne). Nazwę Kra­
ków datuje się na VIII wiek, na czas ustąpienia Awarów z tego
miasta. Została ona wtedy nadana przez Chrobatów (Chor­
watów) na cześć ich księcia, Kraka. Celtycką nazwę Karrodu­
non znamy tę nazwę z map Cesarstwa Rzymskiego z II w.ne.
Na mapach tych istnieją zaznaczone tylko dwa nasze miasta:
Calisia (Kalisz) i Karrodunon (późniejszy Kraków) oraz dwie
rzeki: Vistula (Wisła) i Viadua (Odra). Wszystkie te cztery nazwy
są pochodzenia celtyckiego.
Opierając się na pracach wybitnych znawców przedmiotu,
Anglików Myles'a Dillon'a i Nory K. Chadwick („Ze świata
Celtów"), dotyczących, między innymi, różnych nazw europej­
skich pochodzenia staroceltyckiego, widzimy, że w wielu
z tych nazw występują takie człony, jak: briga - wzgórze,
dunum - forteca, magus - równina, nemeton - święte miejsce,
ritum - bród, seno - stary, uindo - biały. Niektóre rzeki
niemieckie nawet i dzisiaj noszą nazwy celtyckie. Są to:
Neckar, Men, Lahn, Ruhra, Lippa, Isara, Inn i Tauber.
Nas interesuje przede wszystkim etymologia nazwy Kar­
rodunon. Nazwa ta złożona jest z dwóch członów: Karro
i dunon. Pierwszy człon można wiązać z nazwą plemienia
35
Karnów, ludu zamieszkującego na przełomie wieku V i IV pne
północną Italię. Na ich terenach położone było miasto Aquileia. Byli oni sąsiadami Wenetów (miasta - Patavium i Hadria)
i Bojów (miasta - Ravenna, Parma, Bononia). Kiedy Rzymianie
odparli najazdy plemion celtyckich, doszło do przemieszczeń
wyżej wymienionych plemion na północ Europy, do Bohemii
i na nasze ziemie. Karnowie, jako mniej liczni, są rzadziej
wymieniani przez kronikarzy niż Bojowie i Wenedowie. Drugi
człon nazwy Karrodunon należałoby wywodzić od zniekształ­
conej staroceltyckiej nazwy dunum - oznaczającym fortecę.
Nazwa ta przetrwała do dnia dzisiejszego w języku irlandzkim
jako dun - fort. W sumie, nazwa Karrodunon oznaczałaby fortecę Karnów. Można się domyślać, że taka forteca mogła
być zbudowana w Krakowie jedynie na Wzgórzu Wawelskim,
dającym swoim położeniem dogodne warunki do obrony.
Niewątpliwie z tego samego okresu lateńskiego pochodzi
także podobna nazwa celtyckiego miasta Lungdunum znad
Rodanu. Figuruje ona także na mapach Cesarstwa Rzymskiego
z II w. (dzisiejsza nazwa Lyon), a oznacza po celtycku - fortecę
(boga) Luga.
Nie bez znaczenia i nieprzypadkowy jest fakt, iż Celtowie
z naszych ziem prowadzili ożywiony handel (szlakiem bur­
sztynowym) właśnie z Aquileią, dawną stolicą Karnów.
Rola Celtów w zasiedlaniu naszych ziem w okresie lateńskim
jest na ogół niedoceniana. I tak, w ostatnich latach odkryto
w województwie siedleckim w Garwolinie i we wsi Niecieplin
(gm. Borowie) typowe cmentarzyska celtyckie - pól popiel­
nicowych. Przedmioty tam znalezione to wytwór kultury lateń­
skiej, a tamtejsza ceramika jest nie tylko podobna, ale jest
wręcz identyczna z ceramiką odkrytą w miejscowości La Tene
(Francja, dep. Marny), od której pochodzi nazwa okresu i kul36
tury lateńskiej. Ceramiki celtyckiej nie możemy jedynie dato­
wać na okres lateński czy rzymski, jak to mamy zwyczaj robić.
Powinniśmy także umieć powiązać dokładnie znaleziska kul­
tury materialnej ze ściśle określonym ludem, w tym wypadku
z Celtami. I to nawet wtedy, kiedy stare przesądy i uprzedzenia
pionierów naszej archeologii nie dopuszczały Celtów do takich
województw jak siedleckie. Ludzie są omylni. Wendowie,
Bojowie i Karnowie zasiedlili w okresie lateńskim całą Polskę,
a nie tylko jej południowy skrawek, jak pouczano nas dotych­
czas.
Niestrudzeni archeolodzy wydobywają ze staroceltyckich
warstw kulturowych coraz więcej zabytków. Dawne koncepcje
dotyczące Celtów ulegają często rewizji, jeszcze niedawno
uważano powszechnie, że pierwotną siedzibą Celtów w Euro­
pie był obszar południowo-wschodniej Francji i Szwajcarii.
Ostatnio pogląd ten utracił dotychczasową aktualność, a sie­
dziby pierwszych Celtów umiejscawia się w Czechach i Bawa­
rii. We wczesnej epoce brązu pojawiają się tam nowe formy
ornamentyki na broni, ozdobach, narzędziach i ceramice. Zma­
rłych grzebie się początkowo pod kurhanami. Potem pojawia
się zupełnie nowy w Europie rodzaj obrzędów pogrzebowych.
Ciała palono, popioły umieszczano w urnie, urny zaś łącznie
z wyprawką składano na cmentarzach zwanych „polami popie­
lnicowymi".
Dzisiaj coraz bardziej ewidentne są związki Celtów z ich
kolebką indyjską. Cezar mówi o ich klasach społecznych jako
o odpowiednikach kast indyjskich. Palenie ciał stosuje się
i dzisiaj w Indiach. Druidzi celtyccy posiadali podobną mental­
ność i moralność jak bramini. Głosili oni także wiarę w węd­
rówkę dusz. Uczeni filolodzy i prawnicy dopatrzyli się w hin­
duskich Prawach Manu podobieństw do praw staroirlandzkich
37
i innych Celtów. Celtycki bóg trójgłowy, którego trzydzieści
dwa posągi przechowały się na Wyspach Brytyjskich, ma swój
odpowiednik w trójcy - Brahma, Wisznu i Sziwa w Indiach.
Kalendarz galijski podobny był do kalendarza Hindusów.
Wspólne było zamiłowanie obu narodów, zarówno u kobiet jak
i u mężczyzn, do wszelkiego rodzaju ozdób.
Jednym z ważniejszych bogów celtyckich był Lug. Praw­
dopodobnie był on bogiem płodności, ponieważ oddawano
mu cześć 1 sierpnia w dniu dożynek. Myles Dillon wywodzi
pochodzenie nazwy Legnica od imienia tego bożka.
Jacy byli Celtowie? Oto co o nich pisał Strabon na podstawie
relacji Posydoniusza: „Cała rasa, która nazywa się teraz galijską
albo galacką, jest żarliwie rozmiłowana w wojnie, dumna
i skora do walki, skądinąd zaś prawa i wolna od przywar
charakteru. Kiedy się ich rozdrażni, gromadzą się w zastępach
gotowych do boju, zupełnie otwarcie i bez uprzedniego
namysłu, łatwo więc mogą się tymi ludźmi posługiwać ci,
którzy chcą ich oszukać; kiedykolwiek bowiem, gdziekolwiek
i pod jakimkolwiek pretekstem zechcesz ich poderwać do
walki, zawsze ich znajdziesz gotowych do narażania się na
niebezpieczeństwa, nawet jeżeli po swej stronie mają tylko
własną siłę i odwagę. Ale tak samo, jeżeli skłoni ich do tego
łagodna namowa, chętnie poświęcają swą energię użytecznym
zajęciom i nawet oddają się studiom literackim. Siła ich polega
zarówno na wielkiej mocy fizycznej, jak i na liczebności.
A z powodu swej śmiałości i prostoty charakteru gromadzą się
wielkimi tłumami na nieznaczne nawet wyzwanie, gotowi do
solidarności z gniewnymi sąsiadami, którzy uważają, że zostali
skrzywdzeni.
Ogólnie stwierdzić trzeba, że we wszystkich szczepach są
trzy grupy ludzi, którzy zażywają szczególnej czci: bardowie,
38
wieszczowie i druidzi. Bardowie to śpiewacy i poeci; wiesz­
czowie to wykonawcy obrzędu ofiarnego i badacze przyrody;
druidzi zaś oprócz wiedzy o przyrodzie studiują jeszcze filozo­
fię moralną. Uważa się ich za najsprawiedliwszych z ludzi
i dlatego powierza się im rozstrzyganie spraw dotyczących
innych osób albo spraw publicznych; w dawnych czasach
sprawowali oni arbitraż w czasie wojny i nieraz doprowadzali
do pojednania przeciwników już mających się rozwinąć w szyk
bojowy; w większości wypadków powierzano im też decyzje
w sprawach o morderstwo. Kiedy jest wiele takich spraw,
mniemają oni, że będzie wielki urodzaj na polach. Ludzie ci,
jak i inne powagi, orzekli, że dusze ludzkie i wszechświat są
niezniszczalne, chociaż w pewnych okresach ogień albo woda
mogą (czasowo) zapanować.
Do szczerości i śmiałości ich usposobienia trzeba dodać
cechy dziecinnego samochwalstwa i zamiłowania do ozdób.
Noszą ozdoby złote, naszyjniki na szyjach, bransolety na
ramionach i przegubach rąk, dostojnicy zaś mają barwione
szaty, obsypane złotem. Ta próżność właśnie czyni ich nieznoś­
nymi w zwycięstwie i tak zupełnie przygnębionymi w klęsce.
Oprócz lekkomyślności cechuje ich też barbarzyńska dzikość,
w szczególny sposób właściwa ludom północy; odchodząc
bowiem z pola walki, przytraczają do karków swych koni
głowy nieprzyjacół, a wracając do domu przybijają je na
widocznym miejscu u wrót domostw. Posydoniusz powiada,
że widział to w wielu miejscowościach; początkowo budziło to
w nim wstręt, kiedy jednak się przyzwyczaił, mógł już na te
głowy patrzeć spokojnie".
Diodor Sycylijski tak opisuje obyczaje Celtów z Galii podczas
uczty: ,,... możni golą policzki, ale wąsy zostawiają, by swobo­
dnie rosły, aż zakrywają usta. Kiedy więc jedzą, wąsy nurzają
39
się w pożywieniu, a gdy piją, napój przepływa jak gdyby przez
sito. Podczas posiłku nie siedzą na krzesełkach, ale na ziemi,
rozścielając pod sobą skóry wilków albo psów. Usługują im
wtedy najmłodsze z ich dorosłych dzieci, zarówno chłopcy, jak
i dziewczęta. Obok nich, na rozpalonych ogniskach, są kotły
i rożny z wielkimi kawałami mięsa. Mężnych wojowników
czczą najlepszymi porcjami mięsa, podobnie jak Homer opo­
wiada o Ajaksie, że czcili go inni wodzowie, gdy w pojedynku
pokonał Hektora: „Uczcił Ajaksa pełnym grzbietem".
Diodor tak dalej pisze o Galach: „Pod względem fizycznym
Galowie mają wygląd przerażający, a głosy ich mają głębokie
i bardzo ostre brzmienie. W rozmowie używają niewielu słów
i posługują się zagadkami, przeważnie tylko czyniąc aluzje do
spraw i wiele pozostawiając domyślności. Często przesadzają,
dążąc do wywyższenia siebie i obniżenia pozycji innych. Są
samochwalcami i często rzucają pogróżki, skłonni też są do
patetycznego komedianctwa, a jednak nie można im odmówić
bystrości umysłu i przyrodzonych zdolności do nauki. Mają
także poetów lirycznych, których nazywają bardami...".
Warto jeszcze zająć się dwoma nazwami mającymi pewien
związek z pradziejami Południowej Polski. Są to: miasto Carnuntum 1 i plemię Lugiów. Carnuntum jest starą celtycką nazwą
miasta położonego w pobliżu dzisiejszej Bratysławy. Powstało
w tym samym czasie co i Carrodunum (Kraków), a oznacza
w języku celtyckim - bród Karnów czyli miejsce, w którym
Karnowie i inni Celtowie przeprawili się przez Dunaj. Stamtąd
Celtowie udali się w III wieku pne do Czech (Bohemii) i przez
Bramę Morawską na nasze ziemie.
1) Miasto leżące na szlaku bursztynowym, w którym Septimus Severus został
wybrany przez legionistów cesarzem.
40
Drugą nazwą wymagającą komentarza jest nazwa plemienia
Lugiów. Plemię to figuruje na mapach Strabona jako plemię
celtyckie, zajmujące ziemie na wschód od górnej i środkowej
Łaby. Na przełomie naszej ery plemię to, podbite przez
Markomanów, weszło w skład krótkotrwałego państwa Marboda. Zarówno sami Markomanowie jak i Lugiowie byli mie­
szanką celtycko-germańską, z tym że Markomanów zazwyczaj
uważa się za Germanów, a Lugiów za Celtów. Kętrzyński
i Tymieniecki zaliczają tych ostatnich do Słowian. Jest to
nieprawdopodobne, ponieważ słowo Słowianin było przez
Rzymian i Bizantyjczyków nieznane zupełnie aż do czasu
rozpadu państwa Attyli. Sama nazwa Lugiów ma związek
z celtyckim bogiem Lugiem. Przypuszcza się, że Celtowie
dostali się z Indii do Europy przez Bliski Wschód, a następnie
brzegiem Morza Czarnego na Krym i w dorzecze Dunaju.
Dowodzą tego niektóre wspólne motywy dekoracyjne w sztu­
ce celtyckiej i scytyjskiej, a także charakterystyczny, wspólny
dla Celtów i Tauro-Kimerów z Krymu, zwyczaj obcinania głów
wrogów i przyozdabiania nimi swoich domostw, przez wbija­
nie na pal lub przygważdżanie tych głów do drzwi wejścio­
wych. Sama nazwa boga Luga wywodzi się być może od
imienia władcy Ummy, który podbił Uruk, Larsę, Ur i Lagasz,
a który został z kolei pokonany przez akadyjskiego Sargona
I Wielkiego. Zakładając, że Celtowie znaleźli się nad Dunajem
około 2000 lat pne, jest wysoce prawdopodobne, iż przeby­
wali oni na terenach Mezopotamii w latach około 2350 pne,
w czasie walk Akadyjczyków z Sumerami dowodzonymi przez
króla Lugalzaggizi. Wędrówka Celtów do Europy mogła być
ich ucieczką przed prześladowaniami ze strony semickich
Akadyjczyków, ucieczką dowodzoną przez herosa Lugalzag­
gizi, który z czasem urósł do rangi bóstwa.
41
Stare nazwy Wiednia i Budapesztu także wydają się być
pochodzenia celtyckiego. Aquincum (Budapeszt) jest chyba
zdrobnieniem nazwy miasta Aquilei, a Vindobona (Wiedeń)
oznacza po celtycku - Białe Miasto (od słowa uindo - biały).
Dillon i Chadwick wyrażają pogląd, że Ilirowie2 to jedno
z plemion celtyckich. Weszło ono w żywe kontakty z Etruskami
w okresie halsztackim i przyswoiło sobie ich kulturę, jest to
hipoteza godna zapamiętania, ponieważ wiele spraw dotyczą­
cych wiedzy o tych plemionach dałoby się wytłumaczyć
w sposób logiczny. Między innymi dotyczy to zrozumienia
przyczyn, dlaczego Herodot nazwał Wenetów z Italii Mirami,
mimo iż byli oni Celtami. Byli oni rzeczywiście Celtami, ale
ukształtowanymi w dużej mierze przez kulturę etruską (przyjęli
nawet ich pismo). Tłumaczy to także zagadkę, skąd nazwy
etruskie wzięły się w Niemczech i północnej Polsce (Tczew,
Rozewie) podczas trwania kultury łużyckiej (iliryjskiej), dlacze­
go kultura halsztacka (także iliryjska) z taką łatwością dotarła
do celtyckiej Galii i co łączyło Wenetów z północnej Italii
z Wenetami z Armoryki.
Na zachodnim wybrzeżu Półwyspu Bretońskiego leży duży
port Brest. W północnych Włoszech znajduje się stare miasto
Brescia. Nad Bugiem w Republice Białoruskiej istnieje miasto,
zwane Brest przez Białorusinów, a Brześć przez Polaków. Na
Kujawach mamy jeszcze inny Brześć, Brześć Kujawski.
Co to są za miasta? Co je łączy? Pierwsze było miejscem
koncentracji celtyckich plemion Brytów (wśród nich także
Wenetów) przed ich inwazją na Wielką Brytanię. Działo się to
w VIII - VI w. pne. Kiedy Anglowie i Sasi dokonali zajęcia
2) Ilirowie, Celtowie, Italikowie, Germanie, Grecy i Hetyci posługiwali
się mową z tej samej grupy centum języków indoeuropejskich.
42
południowej części tej wyspy w V w. ne, wielu Brytów
wycofało się na kontynent, dołączając ponownie do swoich
rodaków z Półwyspu Bretońskiego. Dotyczyło to szczególnie
Brytów z Kornwalii. Drugie z wymienionych miast to Brescia.
Zostało ono założone przez Galów, należących do plemienia
Cenomanów. W okolicach Brześcia nad Bugiem i Brześcia
Kujawskiego znaleziono liczne zabytki z czasów kultury wenedzkiej, zabytki pozostawione przez Celtów. Mimo iż nie jesteś­
my w posiadaniu żadnych map starożytnych, na których
figurowałyby te dwa miasta czy osiedla, mamy podstawy
mniemać, iż są to dawne nazwy pochodzenia celtyckiego,
nadane jeszcze w okresie lateńskim. Były to osiedla zbyt mało
znaczące, ażeby Rzymianie umieszczali je na swoich mapach,
a być może w ogóle nie wiedzieli oni o ich istnieniu. Nazwy te
przetrwały najazdy Germanów, Hunów, Awarów i objawiły
nam się w nieco zniekształconej formie. U Białorusinów za­
chowały one oryginalną pisownię celtycką.
Profesor Kazimierz Michałowski, na krótko przed swoją
śmiercią, powiedział w programie telewizyjnym te zaskakujące
słowa: „Polska archeologia nie istnieje". Nie możemy lek­
ceważyć osądu tego wielkiego uczonego. Powiedział to prze­
cież słynny egiptolog, archeolog, historyk sztuki, prof. Uniwer­
sytetu Warszawskiego, członek PANu, kierownik wielu eks­
pedycji wykopaliskowych: w Edfu, Tell Atrib, Mirmeki, Alek­
sandrii, Palmirze, Faras, Dejr el Bahari; autor wielu prac z dzie­
dziny archeologii śródziemnomorskiej, człowiek uznawany
przez wszystkie uniwersytety świata za znakomitość w swojej
specjalności.
Co spowodowało tę negatywną wypowiedź uczonego?
Przecież nie brak pracowitości naszych kadr fachowych! Nie
brak dbałości i staranności w wydobywaniu z ziemi zabytków
43
ani lekceważenie ważności przypadkowych odkryć tereno­
wych zgłaszanych do wojewódzkich konserwatorów zabyt­
ków, ani też brak funduszy na prowadzenie prac wykopalis­
kowych. Myślę, że błąd polega na czym innym, już od czasów
przedwojennych pokutuje u nas wyznawanie teorii neoautochtonicznej, to znaczy poglądu wiążącego wszystkie dawne
zjawiska kulturowe z ewolucją plemion miejscowych i nieuzna­
wanie wpływów kulturowych obcych ludów, które dokonały
najazdu na nasze ziemie. Zgodnie z tą absurdalną teorią nie
uznaliśmy kultury wenedzkiej za celtycką, łużyckiej za iliryjską.
Woleliśmy usunąć llirów za Dunaj, a Celtów dopuścić tylko do
Opola i Legnicy. Innymi słowy, wszystkie wykopaliska na
terenie Polski z okresu pobytu Celtów i llirów uznaliśmy za
rodzime, neoautochtoniczne. To samo dotyczy Gotów, Bur­
gundów, Wandali, Markomanów. Nigdy nie byliśmy częścią
państwa Hunów. Wolimy używać określenia - wędrówka lu­
dów. Awarów też ponoć u nas nie było, a jeżeli byli, to tylko
w drodze do Turyngii czy Saksonii. Ze szlachetnej nauki,
zwanej archeologią, zrobiliśmy naukę wielce podejrzaną, a lu­
dzie o odmiennych poglądach wolą nie narażać się „uznanym
autorytetom".
Od tego czasu cała archeologia polska jest niespójna, zaga­
dkowa, zagmatwana, nielogiczna i niczego nie wyjaśniająca
w sposób przekonywujący. Czas już z tym skończyć, tym
bardziej że ludzi mądrych nam nie brakuje. Do tej pory tylko
nieliczne wyjątki pozwoliły sobie na nieśmiałe wtrącanie swo­
ich słusznych poglądów w nurt wątpliwych obowiązujących
kanonów.
44
ŁUŻYCZANIE A KULTURA ŁUŻYCKA
Są to dwa pojęcia etniczne całkowicie różne i nie należy ich
mieszać ze sobą. Nie usiłujemy np. utożsamiać ludu kultury
pucharów lejkowatych z Germanami, mimo iż zamieszkiwali te
same ziemie. Nie próbujmy więc identyfikować ludu kultury
łużyckiej, tzn. Ilirów, ze słowiańskimi Serbo-Łużyczanami.
Kulturę łużycką poprzedzała kultura unietycka. Ta ostatnia
obejmowała obszar Czech, Moraw, Słowacji, NRD i Polskę
Zachodnią. Istniała zaś we wczesnej epoce brązu, między XVIII
a XIII wiekiem pne. Powstała w wyniku połączenia się kilku
kultur, głównie kultury pucharów dzwonowatych (Iberowie)
z kulturą Ilirów, być może przy pewnym udziale sznurowców.
Kontynuacją tej kultury była kultura łużycka, zawarta między
XIII a V wiekiem pne. Zajmowała obszar podobny do obszaru
kultury unietyckiej, był on tylko bardziej rozległy. Reprezen­
towała zaś Ilirów i miała silne powiązania z północną Italią, a od
wschodu z kulturą trzciniecką; przynajmniej takie jest zdanie
olbrzymiej większości liczących się specjalistów.
Nasza szkoła autochtoniczna (poznańska) nie podziela tego
poglądu i rada by widzieć na tym obszarze pra-Słowian. Jest to
koncepcja o tyle złudna, że nie jest oparta o żadne logiczne
i dowodowe przesłanki. Okres od VIII do IV wieku pne
zdominowany był na tych terenach przez kulturę halsztacką,
która nie wykazuje zresztą żadnych istotnych różnic w stosun­
ku do kultury łużyckiej; skąd więc to dublowanie kultur na tych
45
samych terytoriach? Dodajmy, że kulturę halsztacką też re­
prezentowali Ilirowie. W Polsce chcemy widzieć między VIII
a IV wiekiem pne kulturę łużycką, a inni Europejczycy widzą na
naszych terenach kulturę halsztacką. Trzeba tu zaznaczyć, że
kultura halsztacka miała olbrzymi zasięg, obejmowała część
Francji, Austrię, Czechy, część Ukrainy, Polskę, Niemcy, Szwaj­
carię, północne Włochy, Jugosławię, Albanię.
W IV wieku pne rozpoczyna się wielka ekspansja Celtów.
Docierają oni niemal do wszystkich krain Europy, a nawet do
Małej Azji. Do Polski docierają w III wieku pne, w wyniku klęski
poniesionej razem z Etruskami w pobliżu Rzymu. Nie chcąc być
niewolnikami Rzymian, niektóre plemiona celtyckie wywędrowują w kierunku północnym. Czechy zajmują Bojowie, Pol­
skę zaś Wenedowie, Karnowie i Lugiowie. Na Łużycach,
między górną Łabą, a górną Odrą, osiedlają się Lugiowie.
Wypierają Ilirów na południe i osiągają szczyt swojej potęgi.
W tym czasie zmienia się na Łużycach i w Polsce prawie
wszystko. Wprowadzone zostają nowe zwyczaje, nowe stroje,
nowe narzędzia pracy, nowe sposoby uprawy roli, zmieniają
się wierzenia, bogowie itp.
Ale zapytacie może, gdzie podzieli się Słowianie? Przecież
nasi uczeni ich tam usadowili. Otóż to, nie znam przyczyn tej
mistyfikacji, ale faktem jest, że zaistniała. A skoro istnieje, no to
trzeba było konsekwentnie brnąć dalej w fikcję. W tym celu
niektórzy „uczeni" musieli czym prędzej usunąć z tych tere­
nów najpierw Ilirów, to znaczy usunąć ich z publikacji nauko­
wych i popularnych, a potem trzeba było także usunąć Celtów.
Najprościej było zmienić Lugiom i Wenedom narodowość
i nazwać ich Słowianami.
Na przełomie naszej ery do Łużyc i całej Polski przywędrowują Germanowie: Burgundowie, Wandalowie, Goci, Mar46
komanowie, Kwadowie i inni. Siedzą tutaj cztery wieki, aż do
najazdu Hunów. Co tu robić? Jak pozbyć się Germanów? A no,
najlepiej powiedzieć, że wcale ich tutaj nie było, że tylko
czasami przespacerowali się przez Polskę w kierunku Morza
Czarnego czy Cesarstwa Rzymskiego.
Germanie przemieszali się z Celtami i Sarmatami, ale nie
mieli ochoty zadawać się z Hunami, tym bardziej, że Hunowie
woleli Germanki i Sarmatki, a nie chcieli widzieć na podbitych
terenach mężczyzn, chyba że byli oni sojusznikami, tak jak
niektórzy Goci. Wielu wyżej wymienionych Germanów wywędrowało na zachód i południe Europy, pozostali zaś, głównie
kobiety i dzieci, stali się jeńcami Hunów i z tej to mieszanki
narodzili się dopiero pierwsi Słowianie.
Kiedy pozbyliśmy się już Germanów, to jak wytłumaczyć
ludziom, kto budował piece ceramiczne w Igołomii i dymarki
koło Brwinowa i Kielc? Były one budowane w okresie rzyms­
kim, a więc w czasie kiedy mieszkali tam Germanowie, kiedy
nie było jeszcze Hunów na naszych ziemiach. No cóż, trzeba
było brnąć dalej w wymyślaniu mitów. „To są dymarki Sło­
wiańskie" - oświadczono nam autorytatywnie jeszcze w okre­
sie międzywojennym.
Fundamentalna praca prof. Kazimierza Moszyńskiego pt.
„Kultura materialna i duchowa Słowian" wprowadza nas
szczegółowo w sprawy dotyczące etnografii i etnologii Sło­
wian. Dowiadujemy się z niej, jak wiele słów czy wytworów
kultury materialnej i duchowej Słowian pochodzi lub ma
powiązania z ludami azjatyckimi np.: z Kazachami, Zyrianami,
Mansami, Wotiakami, Mongołami, Finami, Mordwinami, Jaku­
tami, Czuwaszami, Czeremisami, Gilakami syberyjskimi, Estami, Obrami, Baszkirami, Bułgarami, Ostiakami czy Chazarami.
47
W okresie najazdu Hunów na Łużycach przebywali celtyccy
Lugiowie, przemieszani z Markomanami i Kwadami. Markomani przesunęli się w V wieku na tereny dzisiejszej Bawarii
i stali się Bajuwarami, a następnie Bawarami. Część Kwadów
wywędrowała razem ze Swebami do zachodniej części Pół­
wyspu Pirenejskiego. Pozostała ludność została sturczona
przez Hunów i oddana w zarząd sarmackim Serbom.
Jak z tego wynika iliryjski lud kultury łużyckiej nie może być
utożsamiany ze słowiańskimi Serbo-Łużyczanami.
W VII wieku, po powstaniu państwa Samona, Łużyce weszły
w skład tego państwa. Nie przetrwało ono długo. Mieszkańcy
Łużyc, podbici ponownie przez Obrów, przenieśli się do
Dalmacji. Część z nich została jednak na miejscu. W IX wieku
weszli w skład państwa wielkomorawskiego. Z tego też okresu
pochodzą słynne Wały Śląskie. Dalsze losy Łużyczan są nam
dobrze znane i nie ma potrzeby powtarzania ich historii.
Geneza powstania państw słowiańskich jest dość podobna
do narodzin wielkiej grupy narodów łacińskich w Ameryce.
Miejscowi Indianie zostali zdominowani przez Hiszpanów.
Z tej mieszanki etnicznej powstały nowe narody: Meksykanie,
Peruwiańczycy, Kolumbijczycy, Argentyńczycy i inni. Językiem
panującym w tych krajach jest hiszpański. Jest to język odmien­
ny od macierzystego, zawiera bowiem bardzo dużo słów
indiańskich, szczególnie jeżeli chodzi o nazwy rzek, gór,
miejscowości, roślin, potraw itp. Nie możemy nazwać Mek­
sykanina ani Aztekiem, ani Hiszpanem. Inwazja hiszpańska
stworzyła nową rzeczywistość i nowy naród o cechach miesza­
nych.
Rzecz się ma podobnie ze Słowianami. W V wieku powstała
w Europie nowa grupa narodów, w której nastąpiło gwałtowne
przenikanie się kultur i genów. Nowo powstały język ludowy
48
to swego rodzaju patois, dzielący się na gwary lokalne w zależ­
ności od tego, jakiej narodowości była ludność miejscowa i do
jakiego plemienia należeli najeźdźcy. Mamy więc w językach
słowiańskich wielkie bogactwo różnorodnych słów tureckich,
gockich, celtyckich, trackich itd. Często były to słowa o miesza­
nej etymologii. Na przykład nazwa Wisły wyraźnie wywodzi
się z celtycko-romańskiego słowa Vistula, które zostało skróco­
ne przez Hunów. Wykazuje ono jawne cechy tureckie, być
może bułgarskie lub awarskie. Świadczy o tym obecność
spółgłoski ł, dźwięku tak charakterystycznego dla języków
tureckich. Słowo Moskwa jest pochodzenia mordwińskiego.
Również nazwy geograficzne w Niemczech często mają po­
chodzenie tureckie, np. Łaba i Rostock. Ta pierwsza została
z czasem przemianowana przez Niemców na Elbę, ale jej
pierwotna nazwa wywodzi się niewątpliwie od rzeki Łaby,
lewego dopływu Kubania. Słowa: sukmana (sukman), filiżanka
(fildżan), kiełbasa, jogurt (jogurta) wywodzą się z języków
tureckich. Chleb jest słowem pochodzenia gockiego, pług
celtyckiego, a topór irańskiego. Rogatywka, uważana za strój
głowy specyficznie polski, znana jest innym ludom słowiańs­
kim, a także Lapończykom, Finom nadwołżańskim, w okolicach
Ałtaju, u wschodniosyberyjskich Ajnów, a nawet w Chinach.
Spodnie, znane Medom i Persom, przywędrowały na nasze
ziemie za pośrednictwem Celtów i Scytów. Zainteresowanym
tą tematyką polecam wyżej wymienione dzieło Kazimierza
Moszyńskiego.
49
TAJEMNICZA NAZWA - LICIKAVICI
W pewnym okresie dziejów mieszkańcy naszych ziem nazy­
wali się Licikavikami. Kiedy to było? W V, VI, VII i VIII wieku,
a nawet i w czasach późniejszych. Kiedy pytamy historyków
o pochodzenie nazwy, rozkładają ręce i mówią, że nie została
dotychczas rozszyfrowana. Dziwna sprawa. A może słyszeli
o mieście Hrwat? Nie, nie słyszeli.
Historia Polan rozpoczyna się w początkach naszej ery, ale
podręczniki, z wyjątkiem niektórych dzieł bardzo specjalistycz­
nych i trudno dostępnych, pomijają milczeniem wszystko to,
co dotyczyło czasów pogańskich, ariańskich i liturgii słowiańs­
kiej. Nie muszę dodawać, że takie podejście do sprawy jest
wysoce szkodliwe i powoduje regres w naszych naukach
humanistycznych.
W istocie rzeczy tabu broniące ujawnienia i rozpowszech­
nienia znaczenia nazwy Licikavici czy Licikaviki jest po prostu
śmieszne. O co tu chodzi?
Po śmierci wielkiego władcy, Attyli, doszło do rozruchów
i buntów wśród wasali. Zaskoczeni atakiem ze strony Gepidów
(Dudlebów), a częściowo także i Wizygotów (Drewlan), Hunowie ponieśli druzgocącą klęskę w Panonii. Onogurska polityka
równouprawnienia wszystkich podbitych narodów z koczow­
nikami nie powiodła się. To co było dobre za czasów Attyli, nie
zdało egzaminu podczas panowania jego najstarszego syna.
Nie miał on dostatecznej wiedzy i doświadczenia, ażeby
50
utrzymać dyscyplinę w wielonarodowym wojsku, ani też załagadzać spory między wodzami. Łuk refleksyjny nie dawał już
przewagi Hunom, mieli go także wasale. W wyniku bitwy
Gepidzi opanowali Panonię, a Hunowie, po przegrupowaniu
wojsk, utworzyli Wielką Bułgarię ze stolicą w Sambatas nad
Dnieprem. Zasłużonym wasalom - Massagetom (późniejszym
Bałtom) przydzielono początkowo terytoria nad Prypecią i nad
Oką, a potem nad Bałtykiem. Jeszcze bardziej zasłużeni Sar­
maci otrzymali olbrzymie terytoria między Łabą a Dnieprem,
łącznie z Czechami, Morawami i Słowacją, jedno z najwięk­
szych plemion sarmackich odbudowało dawną stolicę Gotów Arheim i przemianowało ją na Hrwat. Chociaż Sarmaci już nie
mówili wtedy swoim językiem, lecz mową Onogurów i Kutrigurów, to w onomastyce utrzymali swoje tradycyjne nazwy
i imiona. Nazwa stolicy Wielkiej Chorwacji - Hrwat, Horwat
(późniejszy Kraków) - pochodzi od nazwy plemienia przybyłe­
go znad Donu. Nasze ziemie nazywano w tym czasie Kujabą
lub Sklawinią. Stanowiły one zachodnią prowincję Wielkiej
Bułgarii. Wisła zwała się po sarmacku Licike, a mieszkających
nad nią Chorwatów i Zachlumian (Serbów) nazywano Licikavikami. Stosunek tych dwóch nazw względem siebie jest iden­
tyczny z nazwami Wisły i Wiślan.
Licikavici to po prostu Sarmaci z dorzecza Wisły. Byli wtedy
superstratem etnicznym i dyktowali swoje nazwy i zwyczaje
podbitej ludności. Czas zmienił potem układy międzyplemienne, rola Sarmatów zmalała, ale nie na tyle, żeby nie odgrywać
żadnej roli w czasach późniejszych.
Przy okazji warto poruszyć tutaj jeszcze jedno zagadnienie
historyczne. Kogo mieli na myśli Rusini mówiąc: pany - Lachy?
Zazwyczaj sądzimy, że chodziło o Polan. Nie myślę, żeby ten
pogląd był słuszny. Rusini sami byli, w części przynajmniej,
51
Polanami i Drewlanami, toteż wątpliwe jest, żeby mówili
o zachodnich Polanach - pany. Zapewne utożsamiali Lachówpanów z sarmackimi Licikavikami, podobnie jak Niemcy, któ­
rzy swoich Sarmatów nazywali Asami-panami, zajmującymi
w hierarchii społecznej, podobnie jak w talii kart, pozycję
wyższą od miejscowych królików.
Czas zniwelował te wszystkie różnice etniczne i wszyscy
mieszkańcy naszych ziem zwą się Polakami. Dominujące geny
dziedziczą się często zespołami, toteż antropolog może zoba­
czyć na naszych ulicach rasy i typy antropologiczne: laponoidalny, śródziemnomorski, centralnoazjatycki, nordycki, mongoloidalny, armenoidalny, bałtycki, alpejski, czuchoński, dynarski
i inne. Przeważa w naszym społeczeństwie typ subnordyczny,
powstały ze zlania się cech laponoidalnych z nordycznymi.
WENEDOWIE
Mówiliśmy już poprzednio, że Wenedowie (Wenetowie)
byli Celtami. Ponieważ plemion celtyckich było wiele, należało­
by dokładniej uściślić ich pochodzenie.
W VIII lub VII wieku p.n.e. celtyccy Brytowie z północnozachodniej Galii przeprawili się przez kanał i podbili wyspę
zwaną odtąd Wielką Brytanią. Zdobyli ją na celtyckich Piktach,
których zepchnęli do Irlandii i Szkocji. Panowanie Brytów na
wyspie było długie i szczęśliwe, trwało aż siedem wieków.
Zostali oni z kolei podbici przez Rzymian w I wieku p.n.e., a po
odejściu Rzymian, w V wieku przez Jutów, Anglów i Sasów
52
szukających schronienia przed Hunami. Po długotrwałych bo­
jach, opiewanych potem przez licznych bardów średniowie­
cza, a dotyczących walk króla Brytów, Artura i jego dwunastu
rycerzy Okrągłego Stołu z Germanami, pobici Celtowie schro­
nili się w górach Walii i Kornwalii lub opuścili wyspę po­
wracając na Półwysep Armorykański (Bretoński).
Brytowie dzielili się na wiele klanów i plemion, których
duchowymi opiekunami byli druidzi. Trzy z tych plemion
zachowały aż do dzisiaj swoje nazwy. Są to Walijczycy, Korn­
walijczycy i Bretończycy. Kornwalijczycy zostali prawie cał­
kowicie zgermanizowani i nie pamiętają już swojego celtyc­
kiego języka. Walijczycy mają większą świadomość swego
pochodzenia i czasami jeszcze posługują się swoim celtyckim
językiem . Grupa trzecia, zamieszkująca francuską Bretonię,
została najmniej wynarodowiona. Są Francuzami, ale cenią
swoje stare celtyckie zwyczaje i język. Wśród Bretończyków
najbardziej celtyccy są Wenedowie, zamieszkujący departa­
ment Morbihan i Wandeę, czyli południową część Półwyspu
Bretońskiego. Swego czasu walczyli zajadle z Karolem Wielkim
i nie dawali się włączyć do jego państwa. W końcu udało im się
uzyskać pewną autonomię, status Marchii Bretońskiej; jako
wasale musieli Karolowi pomagać w jego walkach z wrogami.
Przez długie lata Wenedowie nie uznawali autorytetu Napole­
ona, walczyli z nim zaciekle, a Cadoudai, po celtycku Ślepy
Wojownik, ich przywódca był jedynym człowiekiem, którego
Napoleon naprawdę się obawiał.
W V wieku p.n.e. część Weneto-Brytów zajęła w północnej
Italii tereny należące do llirów i Etrusków, a potem w III wieku
p.n.e. wielu z nich osiedliło się na naszych ziemiach.
Na uwagę załuguje fakt, że Anglików nazywa się najczęściej
Brytyjczykami, że celtycka nazwa wyspy - Wielka Brytania - nie
53
uległa zmianie, mimo zwycięstwa Anglosasów nad Brytami
w V wieku, że w krajach Wspólnoty Brytyjskiej nie mówi się
Wspólnota Anglosaska i że wreszcie rodzina królewska w Wie­
lkiej Brytanii reprezentuje typy antropologiczne zbliżone do
celtyckich, a nie germańskich przodków. Celtowie po przemie­
szaniu się z Anglosasami uzyskali przewagę w puli genetycz­
nej tego narodu, być może dzięki przewadze ilościowej lub
dzięki dominującym cechom ich genów.
Na naszych ziemiach w okresie rzymskim epoki żelaza
zaszły te same zjawiska. Brytyjscy Wenedowie zostali podbici
przez germańskich Wandali, Gotów, Burgundów i Markomanów.
CHAN TERWEL CESARZEM BIZANCJUM
Chanowie bułgarscy odegrali bardzo ważną rolę w życiu
mieszkańców Bizancjum. Mam tu na myśli głównie chanów:
Attylę, Sambatasa Zabergana, Kubrata, Asparucha, Terwela,
Symeona, Kałojana i Asena II. Stosunki chanów z władcami
Bizancjum układały się różnie, bywały bardzo dobre i bardzo
złe. Attyla nie dążył do zniszczenia Bizancjum, zadawalał się
raczej pobieraniem olbrzymich haraczy jako cenę za pokój.
Sambatas i Zabergan, chanowie Wielkiej Bułgarii ze stolicą
w Sambatas (późniejszy Kijów), najeżdżali Wschodnie Cesarst­
wo Rzymskie w celach łupieżczych. Ostatni chan Wielkiej
Bułgarii, Kubrat, zawarł z cesarzem Herakliuszem sojusz, otrzy­
mał tytuł patrycjusza i ochrzcił się w Konstantynopolu. Wroga54
mi obu byli Awarowie. Za poradą Kubrata i zgodą Herakliusza
część osiadłych na Zakarpaciu Serbów i Chorwatów osiedliła
się na stałe na Półwyspie Bałkańskim w okolicach Dalmacji
i ziem sąsiednich, tworząc państwo buforowe kładące kres
najazdom Awarów na Bizancjum.
Po śmierci Kubrata, jego syn Asparuch zajął Mezję i razem
z tamtejszymi Słowianami rozgromił Bizantyjczyków, zakłada­
jąc w roku 681 nowe państwo bułgarskie ze stolicą w Plisce.
Na początku VIII wieku cesarz Justynian II padł ofiarą zama­
chu stanu. Obcięto mu nos i zesłano na wygnanie do państwa
Chazarów. Tam nie czuł się pewnie, więc zbiegł do Bułgarii,
prosząc o pomoc chana Terwela. Pomoc okazała się bardzo
skuteczna; po zdobyciu siłą Konstantynopola Justynian II od­
zyskał tron cesarski, a uzurpatorów, Leontiosa i Tyberiusza,
poddano kaźni i stracono na oczach tłumów. W 707 roku
odbyła się w Konstantynopolu wielka uroczystość. Wdzięczny
cesarz zorganizował chanowi Terwelowi tryumfalny pochód
wzorowany na tryumfach konsulów rzymskich. Chan Terwel
jechał konno w pełnym rynsztunku na czele swojego doboro­
wego wojska jako sprzymierzeniec i zbawca bizantyjskiego
cesarza. Za wojskiem szła kolumna jeńców i wozy załadowane
zdobyczą. Pochód rozpoczynał się od Złotej Bramy, dalej ulicą
Mese do Forum Arkadiusza, gdzie zebrany tłum zgotował
bułgarskim sojusznikom wielką owację. Wszystkie okna były
udekorowane zielenią, chorągwiami i obrazami świętych.
Owacje powtórzyły się na Forum Wołu. U stóp Kapitolu wojska
cesarskie wzniosły potrójny okrzyk - Niech żyje! Wódz bizan­
tyjski znalazł się u boku tryumfatora, by mu towarzyszyć
w drodze do hipodromu. Wiwatom nie było końca, ułani
bułgarscy patrzyli zdumieni na te nieprzebrane bogactwa na
bazarach stolicy ówczesnego świata. Wszędzie złoto, purpura,
55
perły, drogie kamienie, jedwab, wonne korzenie, kość słonio­
wa i egzotyczne owoce. Beznosy bazileus czekał na tryum­
fatora w tronowej loży hipodromu. Justynian II wziął swego
zbawcę pod rękę i posadził na tronie po swej prawicy,
a następnie włożył na jego głowę diadem cesarza.
- Niech żyje cesarz! Niech żyje! - rozległy się okrzyki tłumu.
- Oto nowy cesarz Imperium Rzymskiego - zawołał donoś­
nym głosem Justynian II.
To zbratanie Bułgarów z Bizantyjczykami miało olbrzymie
znaczenie dla obu państw. Od tej pory Bułgarzy stali się
gorliwymi chrześcijanami, a tytuł cesarza czyli cara przylgnął na
stałe do ich władców. W XVI wieku także Iwan IV Groźny i jego
następcy w Rosji posługiwali się już tym tytułem.
Po ponownym obaleniu Justyniana II w 716 roku, Terwel
podpisał z jego następcą Teodozjuszem III umowę określającą
dokładnie granice Bułgarii, wymianę towarową, wydawanie
przestępców politycznych, a także wysokość corocznej daniny
wartości 30 funtów złota wypłacanej w tkaninach i skórach
Bułgarom.
W dwieście lat później jeden z carów Bułgarii, Symeon
Wielki, został nawet bazileusem Bizancjum namaszczony na
tronie przez patriarchę Mystikosa w imieniu młodocianego
cesarza Konstantyna VII.
56
PROFESOR ALEKSANDER ZAKRZEWSKI
Bóg, honor i ojczyzna to hasła przewodnie, którymi kierował
się prof. Zakrzewski w całym swoim lekarskim życiu. Dzisiaj
jest niekwestionowanym wzorcem osobowym, ale w czasach
PRLu miano w stosunku do niego różne zastrzeżenia, co
znalazło wyraz, między innymi, w oczekiwaniu na awans
z profesora nadzwyczajnego na zwyczajnego przez okres
dwudziestu ośmiu lat. Przyczyną tego była niezawisłość po­
glądów, odmowa zapisania się do jakiejkolwiek partii politycz­
nej, przynależność do Armii Krajowej, udział w Powstaniu
Warszawskim i przyjacielskie kontakty z księżmi i siostrami
zakonnymi.
Profesor urodził się 2 kwietnia 1908r. w Oleksińcu Podleś­
nym, w rodzinie szlacheckiej. Zamieszkał wraz z rodzicami
i dwoma siostrami w Kamieńcu Podolskim. W roku 1920 cała
rodzina musiała uciekać z tego miasta przed nawałą bolszewic­
ką. Przenieśli się do Pleszewa, gdzie Aleksander uzyskał matu­
rę w 1926r. W tym samym roku rozpoczął studia na Wydziale
Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego. Już jako student podjął
pracę w Zakładzie Anatomii Prawidłowej, a po dyplomie
w Klinice Otolaryngologicznej UP kierowanej przez prof. A.Laskiewicza. Studiował także filozofię na UP uzyskując dyplom
magistra. W roku 1932 zostaje doktorem medycyny wszechnauk lekarskich za pracę pt. „Wyniki leczenia ozeny w Klinice
Otolaryngologicznej UP".
57
We wrześniu 1939r. dr Zakrzewski zabezpiecza i ratuje
narzędzia i aparaturę kliniki w Zakładzie Anatomii, co miało
później znaczenie przy uruchamianiu Kliniki Laryngologicznej
w 1945r. W listopadzie 1939r. doktor wraz ze swoją żoną
lekarką zostaje zabrany do obozu przejściowego na Głownie
w Poznaniu, a następnie wysiedlony do Warszawy, gdzie
pracował aż do wybuchu powstania w Szpitalu Przemienienia
Pańskiego, jednocześnie prowadzi zajęcia na tajnym Uniwer­
sytecie Zachodnim współpracując z prof. Wrzoskiem. W 1941
zostaje zaprzysiężony jako żołnierz ZWZ, a następnie AK.
W sierpniu 1944r. udaje się do Puszczy Kampinoskiej, gdzie
przyłącza się do partyzanckiego oddziału cichociemnego por.
„Doliny" (A.Pilch), pełniąc w nim funkcje chirurga. Po rozbiciu
oddziału pod Jaktorowem, dostaje się jako jeniec do twierdzy
modlińskiej. Zachorowuje na tyfus brzuszny. Do Modlina trafia
także żona doktora, Aleksandra Durska, wraz z dwojgiem
dzieci i swoimi pacjentami ze wsi Jabłonna. W szpitaliku tym
uratowała życie wielu powstańcom, między innymi młodemu
Krzysztofowi Kasznicy, późniejszemu przeorowi generalnemu
Zakonu Dominikanów na Polskę.
Po wyzdrowieniu doktora Zakrzewskiego, cała rodzina prze­
nosi się do Skierniewic, a po odejściu Niemców do Poznania.
Dr Zakrzewski organizuje Klinikę Laryngologiczną LIP w domu
przy ul. Matejki 60. W 1948 klinika zostaje przeniesiona do
dawnego Szpitala Diakonysek przy ul. Przybyszewskiego 49.
Dr odbudowuje szpital i jest jego dyrektorem przez okres
ośmiu lat, nie pobierając za tę pracę wynagrodzenia. Prof.
A.Laskiewicz, poprzedni kierownik kliniki, pozostał w Lon­
dynie, toteż cały ciężar organizacji i prowadzenia kliniki spo­
czął na barkach doktora Zakrzewskiego. Wywiązał się z tego
zadania znakomicie.
58
Prof. Zakrzewski opublikował około 250 prac naukowych,
pod jego kierownictwem ogłoszono dalszych 270 prac, był
głównym autorem i redaktorem najobszerniejszego podręcz­
nika laryngologii wydanego po wojnie w Polsce. Promotor
6 habilitacji, 41 doktoratów i 122 specjalizacji z laryngologii.
Przez 8 lat był prorektorem AM w Poznaniu, w latach 19611962 pełniącym funkcje rektora. Prowadził ożywioną działal­
ność w zagranicznych towarzystwach naukowych jako członek
Societe Francaise d'Oto-Rhino-Laryngologie, Royal Society of
Medicine w Londynie, Collegium Orl Amicitive Sacrum oraz
International Society of Audiology. Od 1964 był członkiem
Zespołu Redakcyjnego ,,Excerpta Medica".
Profesor nie dyskryminował nikogo. Każdy kto potrzebował
jego pomocy, mógł na niego liczyć. W Puszczy Kampinoskiej
z jednakowym poświęceniem udzielał pomocy rannym akow­
com jak i rannym Niemcom. Nie przepadał za aparatczykami
państwa ludowego, ale zajmował się nimi równie troskliwie jak
i kombatantami z AK. Powtarzał często, że najważniejsze
w życiu człowieka jest zachowanie godności i honoru. Był
autentycznym autorytetem moralnym, chlubą polskiej medy­
cyny.
Czynny zawodowo aż do śmierci. Zmarł w Poznaniu 2 kwie­
tnia 1985r. w wieku 77 lat.
59
MŁODE LATA PROFESORA TADEUSZA KRZESKIEGO
Prof. Krzeski urodził się 20 lutego 1922 roku w Siedlcach.
Pochodził z wielodzietnej, głęboko patriotycznej rodziny. Ro­
dzice byli rolnikami. Miał czterech braci i dwie siostry. Najstar­
szy brat, lekarz weterynarii, był członkiem Narodowych Sił
Zbrojnych, pozostali należeli do Armii Krajowej z wyjątkiem
najmłodszej siostry. Drugi brat ukończył studia stomatologicz­
ne. Brał udział w Powstaniu Warszawskim razem z Tadeuszem.
Trzeci został magistrem farmacji, a czwarty rolnikiem, jedna
siostra jest lekarką - pediatrą, druga ekonomistką. Jako na­
stolatek profesor nie myślał o karierze lekarskiej. Chciał zostać
sławnym malarzem lub oficerem marynarki zwiedzającym
świat.
W 1939 Krzeski otrzymał małą maturę w Gimnazjum im.
B.Prusa. Kontynuował naukę w Liceum im. Hetmana Żółkiews­
kiego, w Szkole Handlowej II stopnia i na tajnych kompletach.
Po ukończeniu szkoły średniej w 1941 roku, Tadeusz zapisał się
do Szkoły Sanitarnej doc. Zaorskiego. Nie była to zwykła szkoła
sanitarna, lecz jedyna legalna wyższa uczelnia w Polsce pod­
czas okupacji. Została założona z inicjatywy profesorów Wy­
działu Lekarskiego UW, między innymi Grzywo-Dąbrowskiego, Czubalskiego, Lotha, Paszkiewicza. Realizację projektu
powierzono doc. Janowi Zaorskiemu, dyrektorowi Szpitala
Elżbietanek. Miał on liczne znajomości wśród Niemców i umiał
z nimi rozmawiać. Szkołę zlokalizowano na terenie Uniwer­
sytetu Warszawskiego, gdzie znajdowały się wszystkie po­
trzebne sale wykładowe i laboratoria. Oficjalnie była to prywat­
na dwuletnia szkoła pielęgniarska, a w rzeczywistości realizo­
wała program pierwszych dwóch lat medycyny. Ponieważ była
uczelnią legalną, przedwojenni profesorowie medycyny nie
60
obawiali się w niej wykładać. Dla przykładu dodam, że wy­
kłady z anatomii prowadzili tacy sławni profesorowie jak Loth,
Bochenek, Poplewski i Różycki z Poznania.
Kolega Krzeski był jednym z najzdolniejszych studentów.
Pracowity, oddany bez reszty nauce, nie opuszczał żadnych
wykładów zdając wszystkie kolokwia i egzaminy w terminie.
Skromny, małomówny, koleżeński. Był bardzo zakochany
w swojej przyszłej żonie, Irenie Steckiewicz, naszej koleżance.
Po ukończeniu szkoły zaczęliśmy przerabiać przedmioty
kliniczne w Szpitalu Dzieciątka Jezus i na tajnych kompletach.
Naukę przerwało nam Powstanie Warszawskie. Obaj należeliś­
my do Armii Krajowej, do tego samego zgrupowania podpuł­
kownika „Żywiciela" na Żoliborzu. Obaj zostaliśmy dwukrot­
nie ranni. Dwa najważniejsze wydarzenia na Żoliborzu w czasie
powstania to przybycie z Kampinosu pułku piechoty na pomoc
Warszawie i atak na Dworzec Gdański. Legendarny por. „Doli­
na" (A.Pilch), dowódca oddziału kresowiaków, partyzantów
zaprawionych w bojach z Niemcami i bolszewikami, świetnie
uzbrojonych i ubranych w polskie mundury, przysłał całą swoją
piechotę, wśród której i ja znalazłem się przypadkowo, na
Żoliborz. Ludność Warszawy przyjęła nas entuzjastycznie.
Szkoda tylko, że w ataku na Dworzec Gdański 60%, około
czterystu tych wspaniałych żołnierzy zginęło. Atak ten był
poważnym błędem strategicznym.
Podczas powstania profesor wyróżniał się wyjątkową od­
wagą. Wspominają o tym książki Kazimierza Malinowskiego
(„Żołnierze łączności walczącej Warszawy") i Stanisława Podlewskiego („Rapsodia Żoliborska"). Początkowo podchorąży
Krzeski (ps. „Tampon") pracował w punkcie sanitarnym przy
ul. Suzina, potem przeszedł do działań w patrolach telefonicz­
nych. W drugiej dekadzie września dowodząc patrolem telefo61
nicznym zgrupowania Żubr, wziął udział w nocnym wypadzie
na placówkę nieprzyjaciela, zakończonym zdobyciem sprzętu
łączności, między innymi kilku akumulatorów, które były tak
bardzo potrzebne powstańcom. W końcowej fazie walk dowo­
dził patrolem telefonicznym plutonu 228, wielokrotnie na­
prawiając pod silnym ostrzałem uszkodzenia sieci telefonicz­
nej, jednym z trudniejszych rozkazów, jakie „Tampon" otrzy­
mał do wykonania, było nawiązanie łączności z ppłk. „Żywicie­
lem" przebywającym w trzecim dniu powstania w Puszczy
Kampinoskiej. Przewodnikiem Krzeskiego była łączniczka „Ka­
ja". Zadaniem obojga było dostarczenie ważnego meldunku
i sporej sumy pieniędzy „Żywicielowi". Po wielu perypetiach
i spotkaniu z Niemcami zadanie to zostało wykonane, może
dzięki temu, że „Tampon" i „Kaja" nie byli uzbrojeni.
Po upadku powstania Krzeski został wywieziony do obozu
jeńców wojennych Stallag XIA w Altengrabow. Tymczasem
Wydział Lekarski UW, ze względu na zniszczenia lewobrzeżnej
Warszawy, został uruchomiony na Pradze. Jeszcze trwały dzia­
łania wojenne na zachodzie kraj, a w Szpitalu Przemienienia
Pańskiego prowadzone już były wykłady i zajęcia. Zgłaszają­
cych się ze wszystkich stron zaorszczaków umieszczono w in­
ternacie, który mieścił się w jednej dużej sali konferencyjnej.
Krzeski powrócił do kraju w maju 1945r. Został przyjęty na
V rok studiów Wydziału Lekarskiego UW. Dyplom lekarza
uzyskał 16 maja 1946r. W dwa miesiące później podjął pracę
na Oddziale Urologicznym w Szpitalu św. Ducha, którego
ordynatorem był dr Stefan Czubalski.
Tak rozpoczęła się pracowita i spektakularna pięćdziesięcio­
letnia kariera naukowa jednego z najwybitniejszych polskich
urologów.
62
Zaorszczacy wśród lekarzy Kliniki Chirurgicznej Szpitala
Dzieciątka Jezus. W środku kierownik kliniki - doc. Rutkowski. Warszawa 1943r
Zaorszczacy na terenie Szpitala Dzieciątka Jezus.
Trzeci od lewej Tadeusz Krzeski, obok Irena Krzeska. Warszawa 1943r.
63
Zaorszczacy na terenie Szpitala Dzieciątka Jezus.
Pierwszy od lewej Tadeusz Krzeski, poniżej Irena Krzeska. Warszawa 1943r.
64
OTWARCIE ODDZIAŁU UROLOGICZNEGO
W SIEDLCACH
21 grudnia ub. roku miało miejsce uroczyste otwarcie
Oddziału Urologicznego Szpitala Wojewódzkiego w Siedlcach.
Zebrało się około 150 osób: urolodzy z różnych miast Polski,
rektor Wyższej Szkoły Rolniczo-Pedagogicznej w Siedlcach,
biskup Jan Mazur, lekarze chirurdzy, dziennikarze, fotorepor­
terzy, personel oddziału. Bohaterem dnia był ordynator dr
Andrzej Koziak. Podziękował on osobom, które przyczyniły się
do powstania oddziału. Osób tych było wiele, a w pierwszym
rzędzie prof. Tadeusz Krzeski, czołowy specjalista w tej dzie­
dzinie medycyny. To on przeszkolił personel i wystarał się
o nowoczesny sprzęt, między innymi kosztowną aparaturę
(milion dolarów) do kruszenia kamieni dróg moczowych. Oso­
bą nie mniej zasłużoną w powstaniu oddziału jest prof. Andrzej
Borówka, przewodniczący Krajowego Zespołu Specjalistycz­
nego w Dziedzinie Urologii. Zasłużyli się także wojewodowie
Wielogórski, Tchórzewski i Kowalski, bez pomocy których
oddział nie mógłby powstać. Aparat do kruszenia kamieni
firmy Simens jest najnowocześniejszy w kraju; nie mają takiego
nawet kliniki stołeczne.
Dr Koziak pokazał na slajdach różne stadia rozwoju szpitala
siedleckiego. Następnie zaproszono gości do obejrzenia od­
działu, który przed rozpoczęciem zwiedzania został poświęco-
65
ny przez biskupa Mazura. Zwiedzający odnieśli bardzo dobre
wrażenie: umeblowanie i aparatura nowoczesne, funkcjonalne,
chorzy dobrze odżywieni, zadowoleni, uśmiechnięci.
Po obejrzeniu oddziału błyskotliwe, krótkie przemówienia
wygłosili: prof. Krzeski (notabene siedlczanin), prof. Borówka,
wojewoda Wielogórski i dyrektor szpitala dr Dorota Gałczyńska-Zych. Jako, że czas był przedświąteczny, odbył się opłatek,
w czasie którego zebrani mieli przyjemność wysłuchania kolęd
w wykonaniu Chóru Wyższej Szkoły Rolniczo-Pedagogicznej.
Uroczystość zakończył obiad w Reymontówce, dworku poło­
żonym w Chlewiskach koło Siedlec. Obiad sponsorowała firma
farmaceutyczna Pfeizer, jedna z największych w świecie.
Dawno nie widziałem imprezy tak udanej.
ODSŁONIĘCIE TABLICY NA ODDZIALE
UROLOGICZNYM W SIEDLCACH
Dnia 20 grudnia 1997r., w pierwszą rocznicę otwarcia
Oddziału Urologii w Szpitalu Wojewódzkim, miało miejsce
uroczyste odsłonięcie tablicy nadającej oddziałowi imię Prof.
Tadeusza Krzeskiego. W ten sposób okazano mu uznanie
i wdzięczność za jego długotrwały trud w szkoleniu personelu,
stałych konsultacajach i zaopatrzeniu nowej placówki w sprzęt
specjalistyczny.
Pomysłodawcą i spiritus movens całej uroczystości był dr
Andrzej Koziak - ordynator oddziału przy wydajnej współpracy
66
dr Doroty Gałczyńskiej-Zych - dyrektorki szpitala i firmy Pfizer
znanej dobrze wszystkim lekarzom.
Program uroczystości został doskonale zaplanowany i zreali­
zowany. O godzinie 11-ej dr Koziak powitał serdecznie prof.
Irenę Krzeską, która przyjechała w zastępstwie chorego męża,
i pozostałych dostojnych gości. Większość ze stu dwudziestu
obecnych osób to uczniowie Jubilata, urolodzy różnych szcze­
bli naukowych i stanowisk: profesorzy, kierownicy klinik, or­
dynatorzy i lekarze oddziałowi. Z miejscowych i zamiejsco­
wych notabli dr Koziak wymienił imiennie ks.bpa Jana Mazura,
wojewodę Henryka Guta, b.marszałka Senatu prof. Stelmacho­
wskiego, rektora siedleckiej WSRP Lesława Szczerbę, b.wojewodę i przyjaciela prof. Krzeskiego - Jana Kowalskiego, siostrę
profesora - dr Krystynę Pniewską, dra Marka Konopczyńskiego
i innych.
Następnym punktem programu było wykonanie pieśni Gau­
dę Mater Polonia przez Chór Akademicki WSRP pod kierownic­
twem Michała Hołowni.
Dr Władysław Stefanoff, przyjaciel profesora i kolega z cza­
sów studiów, przypomniał obecnym młode lata Jubilata, poka­
zując także na dużym ekranie fotografie z jego rodzinnych
albumów i z własnego zbioru zdjęć archiwalnych.
Prof. Andrzej Borówka, długoletni współpracownik i uczeń
Mistrza omówił wnikliwie działalność naukowo-dydaktyczną
prof. Tadeusza Krzeskiego i jej wkład do urologii polskiej.
Dr Andrzej Koziak zreferował szczegółowo treść pracy habi­
litacyjnej prof. Krzeskiego i pokazał na ekranach telewizyjnych
przebieg jednej z licznych operacji przez niego wykonanych.
Odsłonięcia tablicy na Oddziale Urologicznym dokonała
prof. Irena Krzeska. Po krótkich okolicznościowych przemówie­
niach zaproszeni goście i gospodarze poszli obejrzeć wzorco67
wo prowadzony oddział dra Koziaka. Prof. Zbigniew Wolski,
kierownik Kliniki Urologicznej w Bydgoszczy, powiedział, że
w Polsce niewiele miast może poszczycić się placówką lecz­
niczą na tak wysokim poziomie.
Po powrocie na salę konferencyjną obecni wysłuchali kilka­
naście pięknych kolęd w wykonaniu Chóru Akademickiego,
a następnie w miłym nastroju podzielili się opłatkiem.
Uroczystość zakończył doskonały obiad w Reymontówce,
dworku położonym koło Siedlec.
PROFESOR TADEUSZ KRZESKI
3 stycznia 1998r. odszedł od nas znakomity urolog - prof.
Tadeusz Krzeski. O wielkości człowieka stanowi jego użytecz­
ność i uznanie społeczności, wśród której żyje. Mimo, iż
władze PRLu nie doceniały ważnej roli lekarzy, prof. Krzeski
potrafił się temu przeciwstawić i zadbać w swoim środowisku
o prestiż zawodu. Nieustannie podnosił swoje kwalifikacje
zawodowe, przekazując zdobyte osiągnięcia swoim uczniom.
Młodzi urolodzy garnęli się do profesora, stąd tak liczna rzesza
jego wychowanków. Nowatorskie techniki operacyjne i życz­
liwość były tymi magnesami przyciągającymi młodszych kole­
gów.
Prof. Krzeski urodził się 20 lutego 1922 roku w Siedlcach.
Pochodził z wielodzietnej, głęboko patriotrycznej rodziny.
Rodzice byli rolnikami. Szkołę średnią ukończył w 1941 roku,
ucząc się kolejno w Gimnazjum im. Bolesława Prusa, Liceum
68
im. Hetmana Żółkiewskiego, w Szkole Handlowej II stopnia
i na tajnych kompletach. W tym samym roku zapisał się do
Szkoły Zaorskiego w Warszawie. Kolega Krzeski był jednym
z najzdolniejszych studentów. Po ukończeniu szkoły zaczęliś­
my przerabiać przedmioty kliniczne w Szpitalu Dzieciątka Jezus
i na tajnych kompletach. Naukę przerwało nam Powstanie
Warszawskie. Obaj należeliśmy do Armii Krajowej, do tego
samego zgrupowania podpułkownika „Żywiciela" na Żolibo­
rzu. Obaj zostaliśmy dwukrotnie ranni. Podczas powstania
Krzeski wyróżniał się wyjątkową odwagą. Wspominają o tym
książki Kazimierza Malinowskiego („Żołnierze łączności wal­
czącej Warszawy") i Stanisława Podlewskiego („Rapsodia Żoliborska").
Po upadku powstania Krzeski został wywieziony do obozu
jeńców wojennych Stallag XIA w Altengrabow. Powrócił do
kraju w maju 1945r. Został przyjęty na V rok studiów Wydziału
Lekarskiego UW. Dyplom lekarza uzyskał 16 maja 1946r.
W dwa miesiące później podjął pracę na Oddziale Urologicz­
nym w Szpitalu św. Ducha, którego ordynatorem był dr Stefan
Czubalski. Jednocześnie pracował jako st. asystent w Zakładzie
Patologii Ogólnej i Doświadczalnej UW u prof. Juliana Walawskiego. Tak rozpoczęła się pracowita i spektakularna pięćdzie­
sięcioletnia kariera naukowa wybitnego polskiego urologa.
Po odbyciu czynnej służby wojskowej (25.IV. 1947 30.IX.1948) podjął pracę jako asystent, później jako st. asys­
tent na Oddziale Urologicznym Szpitala Miejskiego nr 1 w Wa­
rszawie oraz jednocześnie jako st. asystent w Zakładzie Fizjo­
logii Człowieka UW. W styczniu 1955r. został służbowo prze­
niesiony do Studium Doskonalenia i Specjalizacji Kadr Lekars­
kich, w którym otrzymał stanowisko adiunkta Zakładu Urologii.
Funkcję tę pełnił do 31 grudnia 1960r„ a po likwidacji Zakładu
69
Urologii został wolontariuszem Kliniki Urologicznej Akademii
Medycznej w Warszawie u prof. Stefana Wesołowskiego.
We wrześniu 1962r. zorganizował Oddział Urologiczny
w Szpitalu Wojewódzkim w Warszawie, którego był ordynato­
rem do 30 września 1976r. 1 października 1976r. oddział ten
został przemianowany na Klinikę Urologii Centrum Medycz­
nego Kształcenia Podyplomowego. Profesor kierował nią do
15 marca 1980r. Następnie powierzono mu stanowisko kiero­
wnika Kliniki Urologii Akademii Medycznej w Warszawie, na
którym pracował do czasu przejścia na emeryturę 30 paździer­
nika 1992r. Dodatkowo profesor zatrudniony był od roku 1953
do 1997 w Lecznicy Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej,
jako ordynator Oddziału Urologii do 1993r., a następnie jako
konsultant naukowy.
Stopień doktora medycyny uzyskał w 1951r. w Akademii
Medycznej w Warszawie za pracę pt. „Zjawiska wyłączania
kory nerek z krążenia i próby zapobiegania im przez dożylne
wstrzykiwanie nowokainy". Stopień docenta otrzymał w roku
1965 za pracę pt. „Badania porównawcze nad wynikami
operacyjnego leczenia zwężeń połączenia miedniczkowo-moczowodowego metodą ureterotomii bez intubacji oraz metodą
wycięcia zwężenia i zespolenia moczowodu z miedniczką".
Profesorem nadzwyczajnym został Krzeski mianowany
w 1979r., a profesorem zwyczajnym w roku 1986. W 1975
powierzono mu funkcję konsultanta wojewódzkiego w War­
szawie i województwie oraz członka Krajowego Zespołu Spec­
jalistycznego w Dziedzinie Urologii. 23 grudnia 1975r. został
przewodniczącym tego samego zespołu. Z funkcji tej został
zwolniony na własną prośbę z chwilą przejścia na emeryturę
w 1992r. W latach 1983-1987 był też członkiem Krajowego
Zespołu Specjalistycznego w Dziedzinie Chirurgii Ogólnej.
70
Podczas swej działalności zawodowej i naukowej prof.
Krzeski pełnił funkcje: członka Centralnej Komisji Kwalifikacyj­
nej do Spraw Kadr Naukowych od 31.XII.1983 do
30.XI.1990r., członka Rady Naukowej przy Ministrze Zdrowia
i Opieki Społecznej od 15.IV.1981 do 30.IX.1988r., członka
Komisji Leków od 12.11.88 do 9.III.1992r., członka Komitetu
Patofizjologii Polskiej Akademii Nauk od 20.VI.1984r., członka
Zespołu Chirurgii i Parachirurgii Komitetu Badań Naukowych
od 1991 do 1994r.
Od roku 1949 prof. Krzeski był członkiem Polskiego Towa­
rzystwa Urologicznego. W latach 1958-62 przewodniczący
Koła Warszawskiego PTU, w latach 1969-73 wiceprezes Za­
rządu Głównego PTU, w latach 1988-92 został prezesem PTU.
Od roku 1958 został też członkiem Polskiego Towarzystwa
Fizjologicznego, od 1979 członkiem Polskiego Towarzystwa
Chirurgów Dziecięcych, od 1975 Europejskiego Towarzystwa
Urologicznego, od 1980r. Francuskiego Towarzystwa Urologi­
cznego, od 1980r. członkiem Środowiska Żołnierzy Armii
Krajowej „Żywiciel".
Prof. Krzeski jest autorem lub współautorem 268 prac
naukowych, w tym: 148 prac oryginalnych, 60 rozdziałów do
podręczników, 4 monografii i 33 abstraktów.
Warto tu wspomnieć jeszcze o ważnej roli małżonki profe­
sora - Ireny Krzeskiej, prof. pediatrii, która przez 50 lat była
jego prawą ręką i inspiratorką wielu naukowych inicjatyw.
Nie sposób przecenić działalności naukowo-dydaktycznej
prof. Tadeusza Krzeskiego, stanowiącej olbrzymi wkład dla
rozwoju urologii polskiej.
71
Prof. Tadeusz Krzeski
72
ZAMUROWANI PRZY ULICY ZŁOTE]
17 marca 1945 roku w siedleckim kościele odbył się skrom­
ny ślub Janusza Hakenberg-Żubra i Ewy Hausman. Na ślubie
było zaledwie kilka osób, między innymi kilkuletnia córeczka
Ewy z pierwszego małżeństwa i dr Stanisław Kussy z żoną. To
był ten happy end. Nim doszło do szczęśliwego zakończenia
ich narzeczeństwa, oboje byli bohaterami niezwykłych wyda­
rzeń.
Janusza ojciec był lekarzem. Pracował początkowo w Kijo­
wie, a w wyzwolonej Polsce jako dyrektor sanatorium w Bus­
ko-Zdroju. Pierwszą żoną Janusza była słynna aktorka - Irena
Eichlerówna, z którą się rozwiódł. Przed wojną Żubr pracował
w „Orbisie" jako organizator wycieczek zagranicznych. Władał
biegle kilkoma językami.
Ewa także miała już jednego męża poprzednio. Był nim
siedlczanin Hausman, syn szefa Dyrekcji Lasów Państwowych.
Małgosia była ich córeczką. Po śmierci męża, Ewa zakochała
się w Januszu.
I tutaj rozpoczynają się ich niecodzienne przeżycia. Narze­
czeni znaleźli się w powstańczym piekle Warszawy. W Szpitalu
Wolskim Niemcy wymordowali wszystkich chorych i zdro­
wych, a także cały personel łącznie z lekarzami. Perspektywa
znalezienia się w niemieckich łapach nie rokowała nic dobrego.
Janusz nawiązał kontakt ze swoim starym znajomym, doc.
Henrykiem Beckiem, ginekologiem ze Szpitala Dzieciątka Je­
zus. Należał on do grupy kilkunastu Żydów, którzy na długo
przed powstaniem zamurowali się w pewnej piwnicy przy ul.
Złotej. Był to obszerny magazyn sklepowy, dobrze wentylowa­
ny, zaopatrzony w duże zapasy wody i żywności. Podczas
powstania cała ta grupa odmurowała się i zaczęła pracować
73
w powstańczym szpitalu przy ul. Złotej 22. Po kilkumiesięcz­
nym pobycie w piwnicy pozbawionej światła, przy zakazie
prowadzenia rozmów i hałaśliwego poruszania się, ci ludzie
wyglądali jak upiory. Było wśród nich kilku lekarzy i parę
pielęgniarek. Pozostałych zatrudniono w szpitalu jako posługa­
czy i sprzątaczki. Pomoc lekarzy była specjalnie cenną, ponie­
waż napływało do szpitala coraz więcej rannych. Doc. Beck był
świetnym chirurgiem, uratował więc życie wielu powstańcom.
Kiedy losy powstania były już przesądzone, cała grupa zdecy­
dowała się na powtórne zamurowanie w swojej piwnicy.
Dołączył do nich także Janusz Żubr. Ewa z córeczką pozostały
na zewnątrz. Zamurowania dokonała Ewa. Wprawdzie otwór
do piwnicy zasłonięty był starą pustą szafą, ale bezpieczniej
było ten otwór zamurować cegłami i pomalować na biało, na
kolor ściany.
Ewa z córką trafiły jak wszyscy do Pruszkowa. Stamtąd bez
większych trudności wydostała się do Milanówka. Po zajęciu
stolicy przez wojska radzieckie, Ewa zgodnie z przyrzeczeniem
pośpieszyła na ulicę Złotą. Dom nie został zburzony, ale
niestety miał już nowych lokatorów, żołnierzy z NKWD. Nie
było innego wyjścia, komendant grupy musiał się o wszystkim
dowiedzieć. Kiedy otworzyli mur piwniczny, zobaczyli ludzi
w stanie ostatecznego wyczerpania. Chudzi i głodni, słaniający
się na nogach, z obłędem w oczach.
Tych wszystkich ludzi umieszczono w domu przy ul. Fortecznej. Powoli zaczęli przychodzić do siebie. Janusz uciekł
stamtąd po kilku dniach. Po zawarciu ślubu z Ewą w Siedlcach,
oboje z córką wyjechali do Gdyni, gdzie pracowali przez jakiś
czas w kawiarni „Pluton". Do kawiarni przychodzili marynarze
szwedzcy, między innymi i tacy, którzy zajmowali się zawodo­
wo przemycaniem ludzi do swojego kraju. Takim statkiem
74
przemytniczym był „Iwan". Przemycał ludzi, dzieła sztuki
i towary. Kucharz tego statku zaopiekował się Żubrami i za
niewielką opłatą zawiózł ich do Szwecji.
Żubrów poznałem w Szwecji. Pracowaliśmy razem w fab­
ryce „Papyrus" koło Geteborga. Wyrobiłem im wizy imigracyjne do Wenezueli. Popłynęliśmy tam w różnym czasie i na
innych statkach. Spotkaliśmy się ponownie w Caracas. Ale to
już całkiem inna historia.
HOLOCAUST SIEDLECKICH ŻYDÓW
Żydzi osiedlili się w Siedlcach w połowie XVI wieku. Począt­
kowo zajmowali się karczmarstwem, a później także rzemios­
łami i kupiectwem. W roku 1794 została wybudowana żydow­
ska szkoła i dom dla rabina. Poszerzono żydowski cmentarz
w roku 1798. W XVIII wieku istniał tutaj mały szpital żydowski.
W roku 1890 wybudowano szpital znacznie większy. Najbar­
dziej znanymi siedleckimi rabinami w połowie XIX wieku byli:
R.Meir, autor książki o Netiv Meir i Israel Meisels (pełniący
obowiązki rabina w latach 1858-67), syn Dov Berush Meisels.
W drugiej połowie XIX wieku rabini siedleccy jeździli do
Warszawy, gdzie pełnili funkcje religijne wśród Żydów miesz­
kających tam nielegalnie. W roku 1839 założono w Siedlcach
ugrupowanie religijne mające na celu studiowanie Tory i Tal­
mudu. W końcu XIX wieku powstało Towarzystwo Bikkur
Cholim. Podczas pierwszej wojny światowej otwarto żydows­
kie gimnazjum. Żydowskie gazety, między innymi „Siedlecki
75
Vokhnblat" wydawany przez Abrahama Gilberta, zaistniały od
roku 1911. W okresie międzywojennym Jakob Tenenboim,
razem z Joshua Goldbergiem i Gilbertem, wydawali tygodnik
„Dos Shedletser Lebn". Prawnik Maximilian Apolinary Hartglas był stałym współpracownikiem tego pisma. Około 1900
roku rozpoczęła swoją działalność organizacja Bund. Począt­
kowo Polska Partia Socjalistyczna miała duże wpływy wśród
siedleckich Żydów, ale Sjonizm miał jednak więcej zwolen­
ników. Także inne żydowskie partie polityczne były tu re­
prezentowane.
W roku 1906 carska „Ochrana" (Tajna policja) zorganizowa­
ła pogrom siedleckich Żydów, podczas którego 26 Żydów
straciło życie, a wielu zostało rannych. W roku 1920 Siedlce
były okupowane przez czerwonych, a po odbiciu miasta
doszło do ekscesów antysemickich. Ludność żydowska stano­
wiła w roku 1839 71,5% ludności miasta (3.727), w 1841 65%
(4.354), w 1858 67.5% (5.153), w 1878 64% (8.157) i w roku
1921 47.9% (14.685).
Przed wybuchem drugiej wojny światowej w Siedlcach
mieszkało 15.000 Żydów. Armia niemiecka weszła do miasta
11 września 1939 roku. Od tej chwili rozpoczęły się prze­
śladowania Żydów. W listopadzie 1939 roku Żydzi zostali
zmuszeni do zapłacenia kontrybucji w wysokości 100.000 zł.
24 grudnia tego samego roku została spalona synagoga.
W roku 1940 około 1000 Żydów z Łodzi, Kalisza i Pabianic,
miast włączonych do Trzeciej Rzeszy, zostało przeniesionych
do Siedlec. W marcu 1941 roku żołnierze niemieccy zor­
ganizowali trzydniową akcję, w której wielu Żydów zostało
zabitych. Rozpoczął się HOLOCAUST. W tym samym roku
w sierpniu zostało utworzone getto. Zamknięcie getta miało
miejsce 1 października. Sytuacja Żydów siedleckich drastycz76
nie pogorszyła się. W styczniu 1942 roku Niemcy nałożyli
znowu na Żydów kontrybucję w wysokości 100.000 zł. W sier­
pniu 1942 roku około 10.000 Żydów deportowano do obozu
śmierci w Treblince, gdzie zostali zamordowani. W zmniej­
szonym getcie zezwolono na pobyt tylko 500 Żydom, chociaż
dalszych 1.500 przebywało w nim nielegalnie. 25 listopada
1942 roku tak zwane „małe getto" zostało zlikwidowane,
a 2.000 mieszkańców deportowano do Gęsich Borek. Niemcy
zgromadzili pozostałych Żydów z powiatu w mieście. Setki
z nich zamordowano w Siedlcach lub w drodze do Gęsich
Borek. Wszyscy inni zostali deportowani do Treblinki. Kilkuset
Żydów zatrudniono w obozie pracy w pobliżu Siedlec. 14
marca 1943 roku i oni także zostali zamordowani.
Podczas deportacji setki Żydów uciekło do okolicznych
lasów. Stworzyli małe grupki oporu, które próbowały stawić
czoła Niemcom przeszukującym lasy. Większość z nich została
zabita podczas zimy 1942/43. W styczniu 1943 roku Niemcy
podali wiadomość o złapaniu i zastrzeleniu 150 Żydów w róż­
nych miejscach powiatu siedleckiego. Niektóre grupy Żydów
stawiły zbrojny opór do jesieni 1943 roku.
Po wojnie społeczność żydowska w Siedlcach prawie prze­
stała istnieć. Organizacje żydowskie złożone z dawnych miesz­
kańców tego miasta powstały w Izraelu, Stanach Zjednoczo­
nych, Francji, Belgii i Argentynie.
77
Dr Loebel, ginekolog i prezes Gminy Żydowskiej w Siedlcach.
Zginął wraz z żoną i synem podczas holocaustu.
Dr Loebel z Żoną, Romek Głazowski i autor przy brydżu. Siedlce 1940r.
78
Adwokat Rubinstein został zastrzelony na dworcu kolejowym, ponieważ nie chciał
wejść do wagonu bydlęcego odjeżdżającego do Treblinki Siedlce 1942r.
79
Romek Głazowski w towarzystwie przyjaciółki, pisarki Ewy Szumańskiej.
Siedlce 1941r.
80
Romek Gtazowski z przyjacielem, autorem tej książki. Siedlce 1941r.
81
PRZYSPIESZONA PRODUKCJA NORDYKÓW
Podczas ostatniej wojny powstała w Niemczech instytucja
bez precedensu w historii świata. Instytut Polityki Rasistowskiej
- Rassenpolitisches Amt miał na celu zniszczyć jedne narody,
a zaryjczyć inne. Dyrektorem instytutu został prof. Walther
Gross. Swoje zalecenia publikował w miesięczniku urzędowym
„Raza". Polityka w rejonie słowiańskim polegała na zmniej­
szeniu płodności Polaków, Czechów, Rosjan, Serbów i innych
Słowian uważanych przez prof. Grossa za pasożytów, jedynym
wyjątkiem byli górale tatrzańscy, których uznano za czystych
rasowo, ponieważ wywodzili się z germańskich Markomanów
podobnie jak Bawarowie. W dowód uznania dla ich wartości
rasowych wysłano dużą grupę tych kobiet do kolonii eugenicznej położonej w pobliżu Łodzi. Tam zmuszano je do współ­
życia z młodymi Niemcami. Węgrzy i Słowacy uznani zostali
przez profesora za zdolnych do postępu rasowego. Wysłano
liczne grupy młodych Skandynawek do Austrii, Węgier i Sło­
wacji dla wejścia w kontakt z mężczyznami tych krajów. Grupy
dziewczyn węgierskich i austriackich przeznaczono na północ.
Pod przewodnictwem nazistów młodzież nordycka otrzymy­
wała nowe wychowanie mające na celu szybsze zwiększenie
indeksu płodności nordyckiej. W tym celu produkowano także
pouczające filmy pornograficzne. Grupy młodych nazistów
pokazywane na tych filmach wyzbyte są całkowicie pruderii,
biegają nad brzegami jezior całkowicie nadzy i oddają się
82
rozkoszom cielesnym właściwym każdej płci bez żadnych
ograniczeń.
Polityka rasowa udawała się najlepiej we Francji. Przetrzy­
mywanie młodych francuskich jeńców wojennych w ilości
półtora miliona, miało na celu izolowanie ich od swoich żon
i narzeczonych. Nędza, głód, opuszczenie i przygnębienie
zmuszały kobiety do odwiedzania kawiarń, w których nawiązy­
wały kontakty z żołnierzami niemieckimi.
Pewne niemieckie „komisje lekarskie" badały uczennice
gimnazjalne pod pretekstem zbierania danych odnośnie wyży­
wienia. Wkrótce potem część z nich otrzymywała rozkaz
stawienia się w Niemieckim Dowództwie Sanitarnym w Pary­
żu. Umieszczano je w luksusowych rezydencjach, gdzie znowu
badano je małymi grupami. Dziewczyny rozbierały się zupełnie
nieświadome, że przez ścianę ze specjalnego szkła są obser­
wowane przez młodych niemieckich oficerów. Każdy oficer
wybierał sobie dziewczynę, która mu się podobała.
Dziewczyny po zajściu w ciążę odsyłano do domu z roz­
kazem stawienia się przed władzami niemieckimi. Te udzielały
im opieki lekarskiej i zaspakajały ich potrzeby bytowe. Oczywi­
ście „wybranki losu" były sprawdzane skrupulatnie odnośnie
posiadanych przodków. Każda z tych kobiet była przewidziana
do urodzenia sześciorga dzieci czystej aryjskiej krwi.
Zbrodnie hitlerowskie bywały różne. Najmniej znanymi były
właśnie te, związane z wykorzystywaniem kobiet podbitych
narodów do produkcji nordyków.
83
KLEPTOMANKI
Społeczeństwo naszego miasta jest raczej zdrowe i uczciwe.
Zdarzają się jednak wyjątki. Będzie tu mowa o nieuczciwości
klientów sklepów samoobsługowych. Otóż trafiają się zbłąkane
owce (na szczęście nieliczne), które pakują produkty żywnoś­
ciowe prosto do swoich siatek czy toreb z pominięciem
metalowego koszyka. Kasjerki wystawiają rachunek tylko za
przedmioty znajdujące się w koszykach; no i w ten sposób
powstaje manko sklepowe, nie z winy sprzedawców, lecz
z winy kupujących.
Ten bolesny stan rzeczy zmusza ekspedientki do wzmożo­
nej czujności, nikomu bowiem nie jest przyjemnie płacić
rachunki za cudze grzechy.
Przyłapani złodzieje dzielą się na dwie grupy: tych, którzy
kradną dla podreperowania swojego wątłego budżetu i tych,
którzy to robią bez najmniejszej potrzeby, pod wpływem
nagłego i nieodpartego impulsu. Tych drugich nazywamy
kleptomanami.
Kleptomania jest zaburzeniem psychicznym, którego ob­
jawem jest nieopanowany popęd do obiektywnie bezcelo­
wych, przeważnie drobnych kradzieży. Kradzież dokonywana
dla zadowolenia płciowego nazywa się kleptolognią i od
kleptomanii różni się głównie tym, że jest popełniana planowo
i ostrożnie.
84
Nie od rzeczy będzie zaprezentowanie tego zaburzenia
psychicznego na dwóch przykładach.
Przypadek pierwszy. Młoda, elegancka kobieta, można po­
wiedzieć dama, żona dyrektora miejscowej rzeźni, matka
dwóch uroczych dziewczynek. Wchodzi do sklepu samoobsłu­
gowego i pakuje do torby dwie czekolady i słoiczek marmelady. Do koszyka kładzie długą bułeczkę i mały serek.
Ekspedientki, czujne jak żurawie, od dawna miały panią dyrektorową na oku; pozwoliły jej wyjść na ulicę i dopiero tam
zatrzymały ją, a po wprowadzeniu na zaplecze, zrewidowały.
Skandal jakich mało. Nie doszło wprawdzie do rozprawy
sądowej, ale we wszystkich sklepach, gdzie pojawiła się pani
dyrektorowa, tam natychmiast wszystkie ekspedientki patrzyły
jej na ręce, wymieniając między sobą głośne i uszczypliwe
uwagi: „Uważajcie na tę złodziejkę, nie próbuj kraść, bo ci się
nie uda" itp.
Dyrektor rzeźni przyjaźnił się z dyrektorem PSS i jakoś
sprawę załagodził. Wkrótce jednak, z tych i innych powodów,
został zdegradowany na niższe stanowisko i wysłany do
maleńkiego miasteczka położonego na zachodzie kraju. „Da­
ma" skompromitowała siebie i całą swoją rodzinę, a jej córki
miały nawet potem pewne trudności ze znalezieniem od­
powiednich mężów. Ta drobna kradzież jak niezniszczalny
smród będzie się wlokła za panią dyrektorową przez całe jej
życie. Co zmusiło zamożną kobietę do popełnienia tego bez­
myślnego przestępstwa? Czy dziedzictwo genów po złodziejs­
kich przodkach, czy też może choroba zwana kleptomanią.
Przypadek drugi. Starsza, dystyngowana pani, żona szano­
wanego doktora wchodzi do sklepu, bierze z półki dwa
pudełka najdroższej herbaty i chowa je do swojej torby. Do
koszyka kładzie paczkę makaronu i dwie bułeczki. Zbliża się do
85
kasy, a po zapłaceniu rachunku za uwidoczniony towar chce
wyjść na ulicę. Nie wiedziała „biedaczka", że ten dzień był
przeznaczony na łapanie złodziei. Ekspedientkom przydzielo­
no do pomocy pięć uczennic, których zadaniem było patrzenie
na ręce klientów. Tego dnia przyłapano już na gorącym
uczynku kilka kobiet z marginesu społecznego, którymi zajęła
się milicja. Przed samem czuwał postrunkowy. Wezwany sta­
nął przy kasie. - Proszę pokazać, co pani ma w torbie? powiedziała kierowniczka sklepu do doktorowej. Starsza pani,
blada jak płótno, wyjęła z torby herbatę. Po chwili, mieniąc się
na twarzy, zaczęła tłumaczyć kierowniczce, że to przez roztar­
gnienie włożyła herbatę do torby. Wyraziła także pragnienie
uiszczenia rachunku. - Nazwisko - warknął surowo posterun­
kowy, chociaż doskonale wiedział, o kogo chodzi. - Waleria
Gruszka - odpowiedziała cichym głosem doktorowa. Wszyscy
ją znali i wiedzieli, że podane nazwisko jest fałszywe.
W oczach dystyngowanej kleptomanki malował się strach
i nieme błaganie. Milicjant zadumał się przez chwilę, spojrzał
na kierowniczkę i nachylając się do jej ucha, powiedział
szeptem - Puść pani te sklerozę.
Tak też się stało. Nie zamknęło to ust ekspedientkom.
Doktorowa była ich stałą klientką, wchodziła nawet często do
magazynu. Nie była to jej pierwsza kradzież. Nie podobało się
dziewczynom takie załatwianie sprawy i głośno opowiadały
o zaszłym wydarzeniu w całym mieście. Rozgłos nadany tej
aferze był dostateczną karą. Ludzie przestali kłaniać się dok­
torowej, przestali też bywać w jej domu. Jak na ironię losu,
kleptomanka została przyłapana na gorącym uczynku na kilka
dni przed jej przeprowadzką do stolicy. Staruszka nie była
lubiana za plotkarstwo, intryganctwo, za nieuczciwość, inte­
resowność, kłamliwość i lekceważenie wszelkich autorytetów.
86
Kto jej nie lubił, mógł teraz dać upust swojej niechęci do
doktorowej. Opowiadano sobie, że na każdym palcu nosi
kosztowne pierścionki, że jest bardzo bogata, że jej syn Maciuś
przysyła mnóstwo pieniędzy i prezentów z zagranicy, że ma
kamienicę i wysoką rentę, że mąż taki porządny, a ona taka
zepsuta. Przypomniano sobie jej mętne interesy, domniema­
nych kochanków, aferę zegarkową i masę innych spraw.
Mimo wyjazdu doktorowej do stolicy, sprawa herbaty dalej
zaprzątała umysły ludzkie. Misternie budowany gmach pozor­
nej dostojności, szacunku, kontaktów towarzyskich zawalił się
i to tylko z powodu głupich dwóch paczuszek herbaty. Dok­
torowa pracowała także społecznie. Aktywna, zawsze dobrze
o wszystkim poinformowana, inteligentna. Kleptomania zruj­
nowała jej życie, a popsuła także opinię i jej rodzinie.
Wyżej wymienione „panie z towarzystwa" zostały surowo
ukarane przez ich własne środowisko. Można się tylko litować
nad nieszczęsnymi kleptomankami. W średniowieczu za podo­
bne wyczyny obcinano złodziejom prawą rękę. Dzięki temu
w krajach skandynawskich brak jest dzisiaj rodzimych kleptomanów. Widocznie metody wychowawcze mogą tu wiele
zdziałać, ale nie muszą być aż tak okrutne. Rodzice, pedago­
dzy, duchowieństwo i wszyscy ci, którzy wychowują młodzież,
powinni wpajać dzieciom kardynalną zasadę, że kradzież po
prostu nie opłaca się. Straty wynikłe z popełnienia kradzieży są
wielokrotnie wyższe niż osiągnięte korzyści, nawet wtedy,
jeżeli nie odsiaduje się kary więzienia, jak to miało miejsce
w przypadkach wyżej wymienionych.
(fikcja literacka)
87
ANGORA
Była wiosna. W moim ogrodzie kwitły liczne drzewa magnoliowe, otulając jednopiętrowy domek subtelnym, unikalnym
aromatem. Mieszkałem sam, bez reszty oddany sprawom
miasta, a ściślej planowaniu nowych dzielnic i budynków.
Następnego dnia miałem oddać do zatwierdzenia plan dziel­
nicy wschodniej, z jej cudownym, supernowoczesnym stadio­
nem sportowym.
Po licznych poprawkach praca była nareszcie ukończona,
mogłem kilka dni wypocząć. Chciałem ten czas wykorzystać na
ulubione studia archeologiczne, na przejrzenie ostatnich pub­
likacji; moje zaległości w tej dziedzinie sięgały pięciu miesięcy.
Stało się jednak inaczej. Spędziłem ten czas nie w towarzys­
twie książek. Ale zacznijmy od początku. Już od dłuższego
czasu zauważyłem, że jakaś kotka łazi wieczorami po dachu
i przeraźliwie miauczy. Po wydaniu serii żałosnych dźwięków,
przypominających kocie gody, elegantka zeskakiwała na bal­
kon, a potem na parapet okna, zaglądając do mojego pokoju.
- Czego ona chce? - pomyślałem. - Może jest głodna. Mam
dzisiaj wolny czas, trzeba się tym zająć.
Otworzyłem okno i czekając na codzienną wizytę przygoto­
wałem spodek pełen mleka, stawiając go na stoliku w pobliżu
parapetu. Kotka zjawiła się punktualnie. Nie przejawiając naj­
mniejszego lęku, podeszła do spodka i bez pośpiechu wychłeptała mleko. Mogłem się jej przyjrzeć z bliska. Reprezen88
towała szczyty kociej urody. Długi, puszysty, jedwabisty włos
koloru jasnoszarego okrywał jej smukłą sylwetkę. Oczy miała
zielone. Na tylnej nóżce widać było znak szczególny, kępkę
czarnych włosów. Angora, piękna angora. Nawiasem mówiąc,
o przynależności do rasy angorskiej decyduje jakość i długość
włosa, a nie kolor. Angora może być biała, ale nie musi.
Kotka patrzyła na przemian, to na mnie, to na butelkę
koniaku stojącą na stole. - Dziwna kocica - pomyślałem. A może by tak nalać jej? Wyjąłem z kredensu czysty spodek,
napełniając go koniakiem. Wypiła swoją porcję i zeskoczyła na
dywan. Patrzyłem z przerażeniem na to, co się działo, opadając
bezsilnie na fotel. Kotka wydłużała się, rosła, potężniała, osią­
gając rozmiary młodej tygrysicy. A potem... potem jej mordka
stała się twarzą dziewczyny, a łapy rękami i nogami, jedne
oczy pozostały takie same - zielone. Poza tym wszystko się
zmieniło. Popatrzyła na mnie swoimi ogromnymi oczami i naj­
spokojniej poprosiła o nową porcję mocnego napoju. - Wplą­
tałem się w jakieś grube tarapaty - pomyślałem z niepokojem.
Stojąc naga, z kieliszkiem w ręku, wskazała na łóżko, pytając
czy można się położyć? Skinąłem głową, niezdolny do wyda­
nia z siebie żadnego dźwięku. Dziewczyna wskoczyła pod
kołdrę drżąc z zimna. Widocznie jej poprzednia skóra grzała
lepiej.
I tak się zaczęło. Straciłem poczucie rzeczywistości, zapom­
niałem o tym, że cudów nie ma, że takie historie zdarzają się
tylko w bajkach, a nie w szarym, codziennym życiu. Skłonności
dydaktyczne mojej Angory były wyczerpujące, nie miałem już
siły na nic więcej poza nauką. Kotka przychodziła punktualnie,
ale nie miauczała już i nie piła mleka. Koniak przeobrażał ją
natychmiast w dziewczynę twardą, zachłanną, pragnącą nau­
czać. Jej repertuar był bogaty. Czułem się sułtanem wśród
89
setek kobiet. Byłem jednak coraz słabszy i to mnie niepokoiło.
Musiałem wziąć urlop.
- Czy u pana był ktoś wczoraj wieczorem? - zapytała
posługaczka, patrząc wymownie na dwa kieliszki pozostawio­
ne na stole. - Przechodząc koło pańskiego domu słyszałam
głos jakiejś kobiety. Posługaczka Marta była córką dozorcy
z sąsiedniego domu. Miałem do niej pełne zaufanie. Sprzątała
doskonale i kupowała dla mnie żywność na śniadania i kolacje.
Nie mogłem powiedzieć jej prawdy, jasne, że musiałem ją
okłamać. - To co pani słyszała, to był wywiad radiowy z pewną
panią doktór, a te kiliszki na stole: to jeden jest od koniaku,
a drugi od piwa.
Marta posprzątała pokój i odeszła zamyślona. Niełatwo jest
okłamać kobietę.
Kiedy opanowałem z grubsza wiedzę tajemną kotki, uważa­
łem, że przyszedł czas na zwierzenia. Tak robią normalni
ludzie. Ale widocznie koty robią inaczej. Niczego konkretnego
Angora nie chciała mi powiedzieć.
- Czym się zajmujesz? - pytałem.
- Nie twoja sprawa - odpowiadała niegrzecznie.
- Nie łazisz chyba tylko po dachach? - przymilałem się
słodziutko.
- Nie.
- Ile masz lat? - zaczynałem z innej beczki.
- Kocich czy ludzkich?
- I tych i tych.
- Kocich trzy, a ludzkich dwadzieścia jeden.
- Kochasz mnie?
- Uhu.
- Zdradzasz?
- A ty zdradzałeś w moim wieku?
90
- Ja, nigdy. Dawniej nie było takiej mody. Teraz to wy
zaliczacie chłopaków na pęczki. Macie znacznie większą skłon­
ność do poligamii, niż mężczyźni. Zrównanie praw i obowiąz­
ków, a do tego pigułki antykoncepcyjne, przewróciły wam
w głowie i zupełnie zdemoralizowały. Fizycznie jesteście w sta­
nie zaliczyć znacznie więcej chłopców niż chłopcy dziewcząt,
no to i zaliczacie. Chłopcy są bardziej sentymentalni, wy nie
macie umiaru. Słaba płeć, śmiechu warte. Odkąd macie własne
pieniądze, przestałyście udawać miłość do mężczyzn.
Angora nie słuchała. Mówiłem rzeczy niezrozumiałe dla
niej. Przyszła ugasić swoje, a przy okazji i moje pragnienie.
Mimo wszystko, mimo tej głupiej tajemniczości, byłem bliski
zakochania, tego staroświeckiego uczucia nie mieszczącego
się w dzisiejszych układach.
Któregoś dnia szedłem w kierunku ratusza, jak zwykle
rozglądałem się po dachach w nadziei zobaczenia mojej kotki.
Tym razem udało mi się dostrzec Angorę. Poznałem ją po
unikalnym kolorze i czarnej plamce. Ona mnie nie widziała.
Schowałem się za drzewo obserwując ją z ukrycia. O zgrozo...
kotka zeskoczyła na parapet. Zauważyłem w oknie sylwetkę
mężczyzny. Trzymał w ręku spodek. Dalszego ciągu mogłem
się domyśleć. Była godzina piętnasta. Sprawdziłem u dozorcy
domu, czyje to było mieszkanie. Dostał w łapę i bez oporów
wymienił nazwisko dyrektora S.E. O godzinie osiemnastej
Angora przyszła do mnie. Zalatywał od niej koniak. Dogadała
się widocznie z dyrektorem. Udałem, że o niczym nie wiem.
Musiałem się namyśleć. Trudno mi było tak od razu zerwać
z kociakiem. Angora była piękna, sprawna i mało kłopotliwa.
Wystarczał lekki klaps i z dziewczyny stawała się kotką. Czułem
jednak wstręt do poliandrii. Byłem niezdecydowany aż do
chwili, kiedy zobaczyłem Angorę wskakującą do dwóch innych
91
okien. Jedno należało do młodego antropologa, a drugie do
artysty malarza.
Kiedy nadeszła godzina naszego spotkania, zamknąłem
cicho okno. Nie wiem, czy kocica domyśliła się powodów
mojej oziębłości. Nie wiem też, czy postąpiłem słusznie? Ah...
to przeklęte staroświeckie wychowanie... to ono kazało mi
zerwać z Angorą, z którą było mi przecież tak dobrze.
(fikcja literacka)
ŹLE DOBRANI
Mariola pochodzi ze znakomitego rodu o starych tradycjach.
Jej dziadek był nawet generałem, wprawdzie tylko carskim, ale
bądź co bądź generałem. Męża swego, Tymoteusza, uważa za
parweniusza pochodzącego z niższych warstw społecznych.
Któregoś dnia dzwoni do mnie Mariola, w jej głosie przebija
bezdenna rozpacz, z oczu, jak można się było domyśleć, leją
się obficie łzy, wyciera nos w chusteczkę i powtarza w kółko Tymoteusz to łobuz, zwykły łobuz, łobuz. - Cóż takiego zrobił?
- zapytałem uprzejmie, pragnąc ją uspokoić. - Nie można z nim
wytrzymać, jest okropny, to nie człowiek, lecz zwierzę. Pod­
nosi rękę nawet na moją mamę - łkała zażywna niewiasta,
dodając, iż jest o krok od popełnienia samobójstwa. - Nie
trzeba się przejmować - perswadowałem cierpliwie. - Te
sprawy jakoś się ułożą, a myślenie o samobójstwie jest wielkim
grzechem.
W kilka godzin później telefonuje do mnie Tymoteusz. Na
moje pytanie, co słychać? Odpowiada dość powściągliwie,
92
z pewnym ociąganiem. - Wyobraź sobie, co zrobiła moja żona.
Kiedy nie było mnie w domu, odebrała zamiejscowy telefon
informując rozmówcę, że żadnego Tymoteusza tutaj nie ma, że
należy go szukać pod takim a takim numerem. Podała przy tym
numer pierwszej lepszej urzędniczki z mojego zakładu pracy.
Tam jakieś dzieci odebrały telefon i wyraziły wielkie zdziwie­
nie, że u nich ja miałbym mieszkać. No powiedz, czy to nie jest
chamstwo? Co byś zrobił na moim miejscu? - W każdym razie
nie podnoś na nikogo w domu ręki - odpowiedziałem nieco
wykrętnie. - Dobrze mnie znasz, wiesz że tego nigdy nie robię,
to nie leży w mojej naturze. Wiesz co zrobiłem? Powiedziałem
jej, że jeżeli tak bardzo kocha swego Cygana, to niech zamiesz­
ka razem z nim, ale nie w moim mieszkaniu. Cyganie są kastą
wędrowną, więc niech się przyłączą do jakiegoś taboru cygań­
skiego i koczują razem z nimi. Mało ją szlag nie trafił. Potem,
podczas mojej nieobecności, przeniosła telewizor z mojego
pokoju do pokoju teściowej, w którym, nawiasem mówiąc,
brak jest połączenia z anteną. Takie dwie kobiety to mogą
człowieka wykończyć.
Tymoteusz jest człowiekiem zgodnym, idącym na kom­
promisy, ale także stanowczym i nie dającym sobie jeździć po
głowie. O cygańskim pochodzeniu Rączki dowiedział się od
jego żony. Zauważył też, że kochanek Marioli ubiera się nieco
ekstrawagancko; nosi kanarkowe buty do ciemnego szarego
ubrania i pstrokate krawaty do bardzo ciemnych koszul. Lubi
się przy tym chwalić i opowiadać o sobie. Sposób ubierania
i chwalenie się potwierdzałyby raczej cygańskie pochodzenie
Rączki. Tymoteusz nie jest bynajmniej uprzedzony do ludzi
innych ras, ale w naszym środowisku Cygan nie uchodzi za
dobrego partnera dla damy. Mariola wpada we wściekłość,
kiedy wypomina się cygańskie pochodzenie jej adoratora i nie
93
panuje wtedy nad sobą. Tymoteusz, nie mogąc jej dokuczyć
inaczej, wykorzystuje ten sposób upokarzania swojej małżonki.
Ze swej strony zachęcałem Krasnodębskiego do jak najwięk­
szego umiaru i rycerskości wobec dam, z którymi przeżył jakby
nie było przeszło ćwierć wieku. Pan Bóg Miłosierny jakoś tę
sprawę załatwi po swojemu. Intuicja mówi mi, że troski
i zmartwienia Tymoteusza niedługo się zakończą, bo Rączka,
jeżeli jest prawdziwym Cyganem, to musiał już zorientować się
w sytuacji i w niestosowności dalszego brnięcia w ten zgubny,
być może dla niego, romans. Innymi słowy Rączka praw­
dopodobnie da dyla i już więcej go nie zobaczymy. Ale
i w tym przypadku ktoś będzie poszkodowany. Ten ciemno­
skóry Casanova zostawi za sobą złamane serce Marioli.
A w obu rodzinach nigdy już nie zapanuje dawna harmonia,
wzajemny szacunek i miłość, bo ludzie są za mało wielkodu­
szni i nie umieją wybaczać.
Co za czasy, co za obyczaje! Miłość, zamiast uszlachetnić
Mariolę, zamienia tę do niedawna zrównoważoną matronę
w prawdziwą megierę. Zadaje się ona z najgorszym elemen­
tem w bloku, tylko po to, ażeby mieć popleczników we
wspólnej nagonce na biednego, ale jakże szlachetnego Tymo­
teusza. Przyjaciółki te doradzają Marioli, jakie są najlepsze
metody zdyskredytowania jej męża w oczach sąsiadów. Nie
rozumiejąc szkody, jaką Mariola sama sobie wyrządza, za­
chowuje się w sposób karczemny i niegodny. Otwiera, na
przykład okno i wrzeszczy jak opętana: „Bandyta, łobuz,
złodziej, cham". Robi przy tym jak najwięcej hałasu, przesuwa­
jąc meble z jednego kąta pokoju w drugi, tak, aby sąsiedzi
odnieśli wrażenie, że dzieje jej się wielka krzywda, a być może,
że jest nawet bita przez swego brutalnego męża. jak już
mówiłem, Tymoteusz niezdolny jest nawet do skrzywdzenia
94
muchy, a cóż dopiero do sprawienia lania swojej połowicy.
Wczoraj, kiedy zwrócił uwagę Marioli, że ich mieszkanie nie
jest przecież cyrkiem i że takie wykrzykiwanie przez okno do
niczego dobrego nie prowadzi, został niespodziewanie chwy­
cony i ugryziony w lewą rękę. Popchnięty silnie w stronę półki
nad tapczanem, Tymoteusz uderzył w nią głową, w wyniku
czego dorobił się wielkiego guza w okolicy potylicy. Z ręki lała
mu się obficie krew, toteż zasięgnął natychmiast porady lekars­
kiej, chcąc się upewnić, czy nie zostanie przypadkiem zarażony
wścieklizną.
Innym razem żona i teściowa wyskoczyły w nocy w koszu­
lach na schody, lamentując przy tym głośno, tak jakby w mie­
szkaniu grasował jakiś dziki zwierz, który chce je pożreć.
Wszystkie kieszenie zdesperowanego Tymoteusza są codzien­
nie skrzętnie rewidowane, w nadziei, że znajdzie się w nich coś
kompromitującego. Posądza się go także o wynoszenie kos­
metyków z domu, celem zaopatrzenia w nie swoich rzeko­
mych kochanek. Krasnodębski, po powrocie z polowania, na
którym zabił jedną kaczkę, zdecydował, że nie będzie nią
karmił swoich domowych wrogów, lecz podaruje ją mnie.
Wiedział bowiem, że od dłuższego czasu moim hobby jest
sztuka kulinarna i że ja przynajmniej będę mu wdzięczny za tak
miły prezent, w tych ciężkich i ubogich w mięso czasach. Żona
zaś i teściowa mówiłyby z pewnością, że kaczka jest twarda
i stara, i nie dałyby mu skosztować nawet kawałeczka. Na­
zwanie za to Tymoteusza złodziejem jest karygodne. To czło­
wiek o absolutnie czystych rękach, czego najlepszym dowo­
dem jest powierzenie mu przez władze tak odpowiedzialnego
stanowiska. Tymoteusz kontroluje dochody państwowe rządu
dwudziestu miliardów złotych w stosunku rocznym.
Na domiar złego sąsiedzi śmieją się z Tymoteusza, że jest
95
rogaczem i że widocznie nie umie, czy nie może, zaspokoić
żądnej pieszczot Marioli. Paraduje ona otwarcie i bezwstydnie,
w biały dzień, ze swoim kochankiem pod rękę, w okolicy ich
mieszkania, kładąc przy tym głowę na barku najdroższego
mężczyzny, tak jakby miała ze dwadzieścia lat.
Po intymnościach, jakie teraz zdarzają się coraz częściej
w mieszkaniu cioci, Mariola wraca do domu o północy,
z podkrążonymi oczyma, nie licząc się zupełnie ze smutkiem,
w jaki ten stan rzeczy pogrąża jej legalnego, ślubnego męża.
Wszyscy sąsiedzi, śledząc z zainteresowaniem niesnaski
w rodzinie Krasnodębskich, pozakładali sobie w drzwiach
okienka, zwane judaszami, kontrolując w ten sposób, z za­
chowaniem maksymalnej dyskrecji poczynania i godziny po­
wrotów do domu tej niewiernej żony, kobiety do niedawna
jeszcze poważanej i szanowanej w miejscowym społeczeńst­
wie.
Tymczasem Cygan Rączka nie daje znaku życia. Mariola
spędza całe dnie na tapczanie, pogrążona w głębokiej kontem­
placji. Jest dziwnie poważna i spokojna. Przestała awanturować
się i dokuczać Tymoteuszowi. Nie wiadomo co myśli i jakie są
jej dalsze plany i zamiary.
Tymoteusz pojechał do stolicy, do swojej starszej siostry,
ażeby zasięgnąć jej rady. Szwagier i siostra poradzili mu
rozwieść się i wyprowadzić ze swego mieszkania. Uważają
nawet, że dalszy pobyt we wspólnym mieszkaniu z Mariolą
może być dla niego niebezpieczny.
Po powrocie ze stolicy Tymoteusz dogadał się na tyle
z żoną, że zapanowało między nimi coś w rodzaju zawieszenia
broni. Trudno powiedzieć na jak długo? Ale dobre i to. Gdyby
oboje byli ludźmi na poziomie, to mogliby żyć w zgodzie
całymi latami, nawet jeżeli separacja od stołu i łoża trwałaby
96
nadal jak dotychczas. Powinni nawet zezwalać sobie nawzajem
na bliższe przyjaźnie z chwilowymi partnerami, przy zachowa­
niu maksymalnej dyskrecji. Ludziom mogliby mówić, że już
wszystko jest w porządku, a niesnaski jakie miały dawniej
miejsce, poszły już w niepamięć.
Mariolę znowu pognało na spotkanie z uwielbianym Rączką.
Tym razem do Łodzi, do miasta leżącego w połowie drogi
między miejscami zamieszkania kochanków. Spędzą tam so­
botę i niedzielę na karesach, i warzeniu jadów i trucizn, którymi
zechcą uraczyć Tymoteusza. Nie należy tych słów rozumieć
dosłownie. Jadami będą ich myśli, słowa i uczynki mające na
celu obalenie przeszkody leżącej na drodze do ich szczęścia.
Teściowa otrzymała polecenie nie odzywania się do zięcia,
co czyni atmosferę domową ciężką i trudną do wytrzymania.
Krasnodębski włożył do mojej lodówki kawał szynki. Przy­
chodzi do niej codziennie i podżywia się. Udaje wesołka
i optymistę, ale w gruncie rzeczy jest zmiażdżony powstałą
sytuacją. Najgorsze jest to, że jest taki bezradny, nie umie po
prostu walczyć ze swoją żoną, ani stosować jej perfidnej
i bezwzględnej strategii.
Dopóki Tymoteusz pracuje i ma kilku przyjaciół, sytuacja
jego jest jeszcze znośna, ale co będzie, kiedy przejdzie na
emeryturę, kiedy stanie się niepotrzebnym nikomu, niedołęż­
nym człowiekiem bez żadnego oparcia we własnej rodzinie?
Aż strach o tym pomyśleć. Opieka państwa i domy starców
niewiele mogą dać rodzinnego ciepła, są raczej złem koniecz­
nym w sytuacjach ekstremalnych, kiedy człowiek jest opusz­
czony przez wszystkie bliskie osoby. Los bywa niesprawied­
liwy, nawet dla tak porządnych i uczynnych ludzi jak Tymo­
teusz.
(fikcja literacka)
97
Reportaż sprzed lat
STRZAŁY NA FARMIE
Godzina 8 rano. Upał nie do zniesienia. Ulice miasta Zaraza
pełne błota. Szpital znajduje się za miastem. Jeep podskakuje na
wybojach. Przed wejściem do budynku kobiety i dzieci stoją
w kolejce. Prosimy o widzenie się z dyrektorem. Doktor Claudio
Rincón Toledo patrzy na nasze torby podróżne. Myśli może, że
ukrywamy w nich broń, żeby wykończyć faceta. Kiedy przed­
stawia się nam, widzimy, że jest wyraźnie zdenerwowany.
- Doktorze, jesteśmy dziennikarzami. Chcemy porozmawiać
z Jose Belisario. Przejechaliśmy pięćset kilometrów w tym celu.
Doktor nie ufa nam.
- Proszę się wylegitymować.
Po obejrzeniu naszych dokumentów, zgadza się.
- Dobrze. Pójdę sam mu o tym powiedzieć. Jeżeli on nie ma
nic przeciwko temu, to możecie z nim porozmawiać.
Poszedł korytarzem w głąb budynku. Pielęgniarki dowie­
działy się, że przyjechaliśmy zobaczyć się z Jose Belisario.
Wchodzą ciekawe do gabinetu dyrektora, żeby nas obejrzeć.
Matka zamordowanego Jose Tomasa Bueno nie ma dzisiaj
dyżuru. Kierowcy powiedzieli nam, że 25 maja, kiedy Jose
Belisario został przywieziony do szpitala po zabiciu Nicolasa
Felizoli, ona zajęła się nim bardzo troskliwie. Zdjęła żałobę
noszoną od dwunastu lat, a potem urządziła oblewanie tego
wydarzenia. Jej syn Jose Tomas Bueno był kierowcą ciężarówki
i piątą ofiarą Felizoli.
98
W sobotę 25 maja Jose Belisario, sługa Felizoli, zabił swego
pana pięcioma strzałami z rewolweru. Od tego czasu przeby­
wa w szpitalu w mieście Zaraza. Dzienniki pisały o tym
wielokrotnie, ponieważ Felizola był czowiekiem bardzo zna­
nym. Nazywali go tygrysem z Guarico. Miał gwałtowny chara­
kter i pod tym względem ustępował tylko pewnej kobiecie
o nazwisku Flor Manuitt. Od tego czasu Belisario stał się
sławnym. Zabił przecież najbogatszego hodowcę w tych okoli­
cach. Felizola zostawił spadek obliczany na dwadzieścia milio­
nów bolivarów. Inwentarz zrobiony przez jego naturalnego
brata Gregoria Palacios wykazał 12 milionów, nie licząc 17
tysięcy sztuk bydła. Poza farmami Matas Altas, Pericocal,
Laguna Alta, Hamaca, Lagunita Larga, Panteralito, Las Patillas
i La Atascosa Felizola posiadał niezliczoną ilość terenów,
domów i innych własności. Był kawalerem i mieszkał w hotelu
Potomac w Caracas. Od czasu do czasu odwiedzał swoje
farmy. Jeździł szarym cadillakiem, zawsze z kilkoma butelkami
dobrego koniaku i z jakąś kobietą u boku.
Dyrektor szpitala był lekarzem, który wystawił świadectwo
zgonu Felizoli w Matas Altas, czterdzieści kilometrów od
Zarazy. Powiedział nam, że Belisario czeka na nas. Poprowadził
nas policjant. Na drzwiach pokoju położonego w końcu koryta­
rza zobaczyliśmy napis - Izolatka. Łóżko było puste. Zawołaliś­
my na niego:
- Belisario! Belisario!
- Idę, idę - odpowiedział. Kąpał się. Po chwili wyszedł
z łazienki. Mężczyzna o ciemnej skórze, niski. Mógł mieć
wzrostu nie więcej jak 1,60 m. Miał na sobie spodnie i koszulę
koloru khaki. Wyglądał bardzo młodo.
- Proszę tędy - zapraszał pokazując nam krzesła w rogu
patio. Tutaj będzie chłodniej.
99
- Jak się pan czuje?
- Rany od trzech kul już się zagoiły, ale nie czuję się jeszcze
dobrze. Mam zawroty głowy i omdlenia. Pewnie z powodu
dużego upływu krwi. Leżałem osiem dni nieprzytomny.
Jose Belisario powiedział nam, że nie umie czytać. Tak samo
zresztą jak jego bracia Castor, Canuto i Claro. Urodził się na
farmie Matas Altas. Był najmłodszym z czterech braci. Ma
trzydzieści lat, jest kawalerem i ma dziesięcioro dzieci, pięć
z Marcoliną Maestre, kucharką w Matas Altas i pozostałe pięć
z czterema kobietami, o których wolałby nie mówić.
- Zacząłem pracować z Felizolą w roku pięćdziesiątym opowiadał. - Już przedtem pracowałem u innych bogaczy.
Zaproponował mi pracę brygadzisty na sawannie. Był dobry
dla mnie. Musiałem wstawać o 5 rano i pracować do 9 wieczo­
rem. Ja lubię tę pracę. Kiedy powiedziałem mu, że mało
zarabiam, zaproponował mi jako dodatek do płacy dwie
jałówki każdego roku. Czasami kłóciliśmy się. Zabierałem
wtedy moje rzeczy i odchodziłem. Przychodził po mnie i mó­
wił:
- Jose, nie przejmuj się tym, co mówię. Wiesz, że cię
szanuję. Ja dobrze cię znam. Wracaj do mnie. I ja wracałem.
Ostatnio zarabiałem 300 bolivarów miesięcznie. Z Erazmem
Fajardo i Vincentem Pulido chwytaliśmy bydło na lasso. Do
moich obowiązków należała także sprzedaż bydła. Panowie
wiecie, jaki on był. Jak nie pił, był dżentelmenem, jak popił, to
szalał. Zawsze zapraszał mnie do picia. Towarzyszyłem mu
w jego wyjazdach do Zarazy i innych miejscowości. Piłem
trochę i mówiłem: Nicolas, ja nie mogę dużo pić. Nie piję
więcej. On odpowiadał, żeby jeszcze chwileczkę na niego
zaczekać. Jak robił awantury w lokalach, zawsze uspokajałem
go: Nicolas, nie rób draki, chodźmy do domu. W październiku
100
zeszłego roku zwymyślał mnie i ubliżył. Jak zawsze wrzeszczał,
że mnie wyrzuci, żebym szedł precz. Powiedziałem mu, że nie
jestem uwiązany do jego farmy i że nie chcę pracować
z niewdzięcznikiem ani chwili dłużej. Osiodłałem konia,
zabrałem dzieci i pojechałem do mojej chałupy, którą zbudo­
wałem na terenach innego bogacza. Znowu przyszedł mnie
prosić o powrót na farmę. Przez miesiąc nie chciałem o niczym
słyszeć, ale jak zwykle wróciłem. W Matas Altas takie historie
powtarzały się stale. Czasami strzelał do pomarańczy na drze­
wach. Któregoś dnia chciał się założyć, że nie trafię w głowę
ptaka tordito siedzącego na drzewie. Wziąłem sztucer. Trafia­
łem dobrze, ścinając główki biednym ptakom. Widząc to
powiedział:
- Słuchaj Jose. Tobie najbardziej ufam. Któregoś dnia zabiją
mnie. Chcę, żebyś był moją obstawą. Podaruję ci rewolwer.
Podziękowałem mu i od tej pory zawsze nosiłem rewolwer
w kieszeni.
- Opowiedz nam o walce.
Opowiadał szczegółowo. Jest inteligentny.
- Strzelaliśmy do siebie 25 maja. To była sobota. Nicolas
przyjechał z Caracas w piątek. Przywiózł ze sobą jakąś ciemno­
skórą dziewczynę, której dotychczas nie widzieliśmy. Po dro­
dze popił zdrowo, a po przyjeździe położył się spać. To
wszystko zaczęło się w sobotę rano.
Była godzina dziewiąta. Dziewczyna nazywała się Marcolina. Poszła do kuchni. Smażyła paszteciki, które on jej kazał
przygotować na śniadanie. Zawołał na dziewczynę kilka razy.
Coraz głośniej i coraz wścieklej. Wyzywał ją, ponieważ nie
przynosiła mu pasztecików. Był naprawdę wściekły. Dziew­
czynie zbierało się na płacz. Bała się wejść do pokoju. Znając
Nicolasa i widząc, że można go tylko uspokoić mówiąc do
101
niego jak do równego sobie, wszedłem do jego sypialni
i zobaczyłem go siedzącego na łóżku z rewolwerem w ręku.
Nicolas, maleńki - powiedziałem. Odłóż ten rewolwer.
Zabijesz mnie. Na to on: Nie ciebie chcę zabić Jose, tylko tę k...
I zaczął wymyślać najgorszymi słowami. Uspokój się Nicolas powtarzałem. W dalszym ciągu wołał ją. Kiedy odłożył rewol­
wer, dziewczyna weszła . Znowu był wściekły. Chciał ją
uderzyć, ale przytrzymałem go. Poradziłem mu, że najlepiej
będzie, jak ona sobie pójdzie. Po co ma stać się jakieś
nieszczęście. Dziewczyna płakała. Nicolas wrzeszczał, że nie
chce jej widzieć na oczy. Ona płacząc odpowiedziała, że nie
ma pieniędzy na drogę powrotną do Caracas, skąd on ją
przywiózł. Z dziką wściekłością wrzeszczał: Zapłacisz tym, na
czym siedzisz ty k... . Dziewczyna zrozumiała, że nie dostanie
pieniędzy na drogę. Była prawie martwa ze strachu. Nicolas
kazał mi natychmiast ją zabrać i wyrzucić na szosę. Zgodziłem
się i powiedziałem dziewczynie, żeby mi dała swoją walizecz­
kę. I tak ja na koniu, a ona piechotą odeszliśmy z kilometr
drogi. Płakała. Ja nie mogłem biedaczki posadzić na koniu, bo
koń był dziki i niespokojny. Zostawiłem ją w domu u jednego
przyjaciela, żeby zaczekała na jakiś samochód. Sam wróciłem
na farmę.
Jak wróciłem, to od razu zobaczyłem, że Nicolas nie jest
wcale w lepszym humorze. Moja najstarsza córka Zoraida
płakała. Inne dzieci: Jose, Ines, Malbella bawiły się gdzie
indziej. Nicolas złościł się w dalszym ciągu. Podszedł do mnie
i zaczął mi wymyślać. Milczałem, wszedłem do kuchni i powie­
działem Zoraidzie, żeby nie płakała. Ona szlochając mówiła:
Tatusiu, don Nicolas zastrzeli cię. Mówił to kilka razy. Nie
pokazuj mu się na oczy.
Uspokoiłem córeczkę. Nicolas był jeszcze w piżamie. Prze102
niósł się na hamak. Krzyczał w dalszym ciągu. Jak zwykle kazał
mi się wynosić. Odpowiedziałem mu tylko, że nie jestem
głuchy i że pójdę sobie.
Założyłem ostrogi. Zoraida znowu zaczęła płakać, musiałem
jej przyrzec, że nie przejdę koło Nicolasa. Rewolwer miałem
w kieszeni. Odbezpieczyłem go i przeszedłem za plecami
Nicolasa. Nie wiem, czy zauważył, że zrobiłem to specjalnie.
To że nic nie mówiłem, rozwścieczyło go jeszcze bardziej.
Kiedy wsiadałem na Guacharaca, konia na którym i on czasami
jeździł, krzyknął: Jedziesz już do cholery, czy nie. Odpowie­
działem, że jadę, ale nie w tej chwili, ponieważ zaczął padać
deszcz. Jak miałem jechać z dziećmi w taki deszcz? Mój domek
był daleko na farmie Santosa Hernandeza.
Nicolas obrażał mnie, jak tylko mógł. Wyzywał moją matkę,
co zabolało mnie najbardziej. Ja go nawet lubiłem. Gdyby mi
powiedział: Słuchaj Jose, będziemy się strzelać, ja wiedziałbym
czego mam się trzymać. Nie lubię sporów i kłótni, przeniósł­
bym się gdzie indziej. Jestem młody i nie zabrakłoby mi miejsc
do pracy. Wszystko to przez dziewczynę. Gdybym pozwolił
mu ją zabić, nie stałoby się to, co się stało. Zostawiłem lejce
konia i wróciłem na korytarz, żeby mu powiedzieć, że nie ma
prawa tak mnie obrażać. Stanąłem przy drewnianej kolumnie.
Wtedy Nicolas podniósł się z hamaka i usłyszałem strzały.
Poczułem pieczenie w żołądku, tak jakby ktoś wyrwał mi go
z brzucha. Ten człowiek ma mnie zabić, caramba, ja przecież
też umiem strzelać. Upadając i przytrzymując się kolumny,
wyrwałem rewolwer z kieszeni. Drzazgi z kolumny uderzyły
mnie w oczy. Nawet go nie widziałem. Strzeliłem pięć razy
w jego kierunku, a potem dowiedziałem się, że wszystkie kule
trafiły. On trafił mnie trzy razy. Płacz Zoraidy bolał mnie więcej
niż rany, Zoraida podbiegła i zapytała mnie, jak się czuję?
103
Nicolas zabił mnie, córeczko, nie ma na to żadnej rady wyszeptałem.
Potem nie wiem, co było dalej. Powiedzieli mi, że zatrzymali
jakiś samochód i poprosili kierowcę, żeby mnie zawiózł do
szpitala, do Zarazy. Kiedy byłem już w szpitalu, rozniosła się
wiadomość, że Felizola już nie żyje. Postawili koło mnie
policjanta, żeby nikt nie mógł się do mnie zbliżyć. Dostałem
dużo krwi. Czasami przychodził tutaj adwokat Jose Ines Flores
z Valle de la Pascua. Ofiarował się bronić mnie, ale ja nie dałem
mu żadnej odpowiedzi. Marcolina z dziećmi przeniosła się do
moich rodziców. Stamtąd przychodzą mnie odwiedzać co
piętnaście dni. To jest daleko. Tutaj zajęli się mną bardzo
dobrze. Nie mogę się na nic skarżyć. Co do kary jaka mnie
czeka, to wolę o tym nie myśleć. Zostawiam to czasowi. Czas
pokaże, jak to się skończy. Wszystko było tak, jak opowiadam.
Mówi się, że strzeliłem, ponieważ zastałem Nicolasa celujące­
go w Zoraidę. To nie prawda. Gdybym pozwolił zabić tamtą
dziewczynę, to on by się uspokoił. Zawsze zmieniał dziew­
czyny. Trzymał je przy sobie dwa, trzy dni, a potem wyrzucał
do Caracas. Miał dużo kobiet, ale wszystkie nudziły go. Za całą
moją pracę zostało mi tylko dziesięć krów.
- Czy prawdą jest, że Felizola zabił pięć osób?
- Tak mówią. On też tak mówił, jak chciał kogoś prze­
straszyć. Czasami mówił, że zabijał ludzi, a potem płacił za to
stu krowami tej samej maści. Chyba tak sobie żartował.
- Czy pamiętasz nazwiska zabitych?
- Nie pamiętam dobrze. Pierwszą ofiarą była pewna kobieta.
Mówią, że strzelił jej w szyję. To było dawno. Potem ranił
kierowcę Zurita. Strzelił do niego na placu w Zarazie. Umarł
dopiero po trzech latach. Trzeci to był pewien Niemiec. Jeżeli
dobrze pamiętam, nazywał się Carlos Heinz. Był urzędnikiem
104
państwowym. Robił wiercenia na sawannie w poszukiwaniu
nafty. Niemiec zaprosił Nicolasa do strzelania do celu. To było
w San Juan de los Morros. Zawody zakończyły się szybko,
kiedy Niemiec dostał kulę w kręgosłup. Nie umarł od razu.
Mówi się, że dostał 50 tysięcy bolivarów. Ale nikt nie wie
napewno, jak to było. Panowie wiecie, jak ludzie przesadzają.
Czwarty został zabity na miejscu, na rynku w Ciudad BoIivar.
Nicolas zaczepił jakąś ładną kobietę. Kobieta poszła do męża
na skargę. Mąż nie wiedząc kim jest zaczepiający, przyszedł na
rynek i trzasnął pięścią Nicolasa, rozkładając go na ziemi.
Chociaż był całkiem pijany, upadając strzelił i kula przebiła
tamtemu głowę. Kula weszła mu przez oko. Piąty to był Jose
Tomas Bueno, dwanaście lat temu. Za tamtych Nicolas był
aresztowany przez krótki czas, za tego ostatniego dostał duży
wyrok: siedem lat i siedem miesięcy. Opowiadała mi o tym
moja matka. Nicolas wracał z Caracas i przejeżdżał koło
miejsca, skąd kierowca wydobywał żwir. Miał na to zezwolenie
od brygadzisty Nicolasa. Nicolas zabił go w kabinie samo­
chodu. Za to morderstwo siedział w więzieniu do 1953 roku.
- Był pan obecny przy jego niektórych wyczynach?
- Raczej nie. Wolałem nie być przy nim, jak szedł na hulanki.
Nie chciałem mieć nieprzyjemności. Wiem, że lubił chodzić do
baru „Jauri" i że jego przyjacielem i towarzyszem hulanek był
Miguel Ryan. Ostatnio, po wypadku samochodowym, kiedy
Nicolas złamał sobie nogę, był spokojniejszy. Osiem miesięcy
temu strzelił do niego Alfonso Rojas. Byli razem w barze
„Jauri". Rojas wyciągnął rewolwer i strzelił. Ale nie trafił.
Mówią, że zaraz uciekł przełażąc przez mur pełen szkła.
Poharatał się szkłem. Jakaś kobieta dziwiła się, co on tam robi?
Rojas odpowiedział, że strzelił do Felizoli i nie trafił.
- On mnie zabije - dodał.
105
Nicolas krzyczał za nim.
- Łazęgo, chodź, nauczę cię strzelać.
- Tyle lat pracowałeś z nim, może słyszałeś jeszcze coś
ciekawego?
- Dużo słyszałem, ale myślę, że nie wszystko było prawdą.
Pewnym jest, że kiedy raz jechał do Caracas w towarzystwie
jakiegoś kierowcy, zatrzymali się w Zarazie. Tam dał kierowcy
dwadzieścia bolivarów na benzynę. W nocy Nicolas pił i szofer
też pił. Następnego dnia niedaleko Valle de la Pascua samo­
chód zaczął stawać. Kierowca wyszedł z samochodu i podniósł
klapę. Powiedział, że musi poszukać kawałek patyka, żeby
zobaczyć co jest w karburatorze. jak już oddalił się trochę, to
krzyknął: Nicolas, ten samochód nie ma benzyny. Nicolas
zrozumiał, że kierowca przepił te dwadzieścia bolivarów, które
dostał na benzynę. Zszedł z samochodu i zaczął strzelać. Ale
nie trafił, tamten już był daleko.
- Czy to prawda, że Felizola ranił wielu ludzi?
- Nie wiem. Myślę, że nie było rannych. Strzelał celnie. Był
bardzo uparty. Opowiadają, że pewnego razu chciał wjechać
do baru na koniu. To było w Zarazie. Koń nie chciał wejść.
Zatrzymał się w drzwiach i żadna siła nie mogła zmusić go do
wejścia. Wtedy Nicolas zszedł z konia i zastrzelił go. Taki on
był. Alkohol robił z niego szaleńca.
- A co on pił?
- W domu zawsze pił piwo. Jak przyjeżdżał z Caracas,
przywoził także koniak. Wiedział, że jest nielubiany i dlatego
często był rozgoryczony, jak był w dobrym humorze, roz­
mawiał ze mną o wszystkim. Teraz podobno wiele kobiet
twierdzi, że żył z nimi od dłuższego czasu. Chcą wyłudzić
trochę pieniędzy. Ja wiem, że odkąd pracowałem u niego,
106
żadna długo nie zagrzała miejsca. Wszystkie wyrzucał. Dla
braci też nie był dobry. Ma kilku braci i kilka sióstr. Nie wiem,
czy wszyscy jeszcze żyją. Siostry nazywają się: Irma, Carmela,
Blanca, Rosa. Bracia: Guillermo i Victor. Rodzeństwo naturalne
to: Gregorio, Domingo, Paula, Catalina, Ana Teresa, Guillermo.
Najczęściej odwiedzali go Gregorio i Victor.
- Czy synowie odwiedzali go?
- Najczęściej widziałem Jose Gregoria. To był syn, którego
on uznał oficjalnie za swego. Przyjeżdżał do farmy na wakacje.
Czasami dostawał takie lanie, że musiałem interweniować.
Chłopiec bardzo mnie lubił. Innych widywałem rzadko. Ale na
pewno to są jego dzieci. Nikt w to nie wątpi.
- Pomagał mu pan w interesach?
- Miał do mnie zaufanie, ale załatwiał swoje transakcje
w Caracas. Ja tylko wręczałem bydło.
- Jak pan myśli? Ile zostawił pieniędzy?
- Mówił mi nieraz, że ma miesięcznie sto tysięcy bolivarów
z samych procentów.
- Czy chwalił się, że zabił tych ludzi?
- Jeszcze jak. Mówił to każdemu, kto chciał słuchać.
- Czy pan się go bał?
- Nie. Moi znajomi radzili mi, żeby go rzucić, ale ja uważa­
łem, że jest dobrym człowiekiem ze złym charakterem.
- Czy myśli pan, że jego bracia będą prosić sąd o surową
karę dla pana?
- Jeżeli są uczciwi i szczerzy, to myślę że nie. Oni wiedzieli,
że któregoś dnia ktoś go zastrzeli. Nigdy nie przypuszczałem,
że mnie wypadnie to zrobić. Wiem tylko, że gdybym tego nie
zrobił, on zrobiłby to ze mną. Z nabitym rewolwerem nie ma
żartów.
107
Rozmawialiśmy przeszło półtorej godziny. Belisario był
zmęczony. Był rekonwalescentem i więźniem. Pilnowała go
policja.
Victor Manuel Reinoso, ,,Elite" Caracas 7.VIII.'63
Tłumaczył Władysław Stefanoff
Jose Belisario
108
Nicolas Felizola
BARBADOS I WENEZUELA
NIEBEZPIECZNE DLA TURYSTÓW
Departament Stanu z Waszyngtonu ostrzega turystów pla­
nujących spędzić wakacje na Barbados. Ilość zbrodni i prze­
stępstw popełnianych na turystach znacznie wzrosła, szczegól­
nie w stolicy Bridgetown i na plażach. Incydenty miały miejsce
nawet na zatłoczonych ulicach i to w biały dzień. Wyrywanie
portfeli, napady na tle seksualnym i kradzieże kieszonkowców
to przestępstwa najczęściej popełniane. Należy zachować
ostrożność na drogach o małym ruchu pojazdów, zdarzały się
bowiem wypadki blokowania drogi i rozboje z bronią w ręku.
Spacery na plażach i miejscach atrakcyjnych dla turystów nie
należą do bezpiecznych.
W Wenezueli podróżny powinien unikać przebywania w po­
bliżu antyrządowych demonstracji, które dość często mają
miejsce w Caracas i innych większych miastach po nieudanym
zamachu stanu w dniu 4 lutego. Najbezpieczniejsze miejs­
cowości to Wyspa Margarita i Puerto la Cruz na wybrzeżu,
a w interiorze Puerto Ayacucho i Ciudad Bolivar. W pobliżu
granicy kolumbijskiej panuje cholera. Podróżni powinni spoży­
wać wyłącznie gotowane pożywienie i owoce, a także nie pić
surowej wody i nie butelkowanych napoi.
Według ostatnich doniesień ilość zbrodni i przestępstw
popełnianych w Caracas gwałtownie spadła. Jest to niewątp109
liwą zasługą byłej Miss Universum wybranej na stanowisko
prezydenta miasta, jej energiczne działania okazały się skute­
czniejsze niż dotychczasowych hombres machos na tym stano­
wisku. Także epidemia cholery została już opanowana, chociaż
w dalszym ciągu zaleca się turystom gotowanie wody do picia
i dokładne mycie owoców.
ŚMIERTELNA ZASADZKA W SERENGETI
Rzeka Grumeti położona jest w Narodowym Parku Serengeti
należącym do Tanzanii. Częste burze wrześniowe wypełniają
jej koryto wodą. W następnych miesiącach tej wody jest coraz
mniej, a w sierpniu nie ma jej prawie wcale. Koryto rzeki
zamiast wodą wypełnione jest wtedy piaskiem. W czerwcu jest
jeszcze tej wody sporo. Woda wprawdzie nie płynie, ale
znajduje się w sadzawkach i rozlewiskach. Dla przybywających
spragnionych antylop gnu, tych dziwnych zwierząt o głowie
krowy, a tułowiu, grzywie i ogonie jak u konia, jest jeszcze tej
wody dosyć.
Zwierzęta, które przebywają w pobliżu rzeki, na przykład
antylopy impalas, pawiany czy guźce nauczyły się już ostroż­
ności przy zbliżaniu się do wody, ale wielkie stada gnu, wśród
których jest wiele cieląt nie znających jeszcze krokodyli, brak
jest tej ostrożności. Cielęta hałasują, beczą, wchodzą głęboko
do wody, a tam czekają na nie olbrzymie krokodyle, ważące
często nawet pół tony. Wielkie paszcze, pełne ostrych zębów,
110
atakują nagle, rozpoczynając doroczną ucztę. Na brzegu rzeki
tłoczą się antylopy. Miażdżące szczęki zaciskają się na ciele
przerażonego cielęcia. Te gigantyczne krokodyle atakują także
sztuki dorosłe ważące około dwieście kilogramów. Chociaż
zęby gadów są imponujące, to mogą one jedynie chwytać
i rozrywać ofiarę, a nie przeżuwać. Śmierć zdobyczy, za­
zwyczaj po długim szamotaniu, następuje z powodu wciąg­
nięcia na głęboką wodę. Mimo iż krokodyle są bardzo silne, to
łatwo się męczą, dlatego wolą atakować sztuki młode, łatwiej­
sze do utopienia i rozerwania. Kawałki ścierwa łykane są przez
gady w całości, bez przeżuwania.
W tydzień lub dwa później niespokojne stado powraca
znowu do rzeki, ażeby napić się wody i złożyć nowe ofiary na
ucztę dla krokodyli.
Opr. (ws) wg „National Geographic" IV / 93
ZŁOTE ŚLADY
ŚREDNIOWIECZNYCH WĘDRÓWEK
Znalezienie złotych monet w jordańskim porcie Akaba po­
zwala na lepsze poznanie tras średniowiecznych podróżników.
„Monety wyglądają jakby wyszły prosto z mennicy" - powie­
dział Donald Whitcomb, archeolog z Uniwersytetu w Chicago,
o zbiorze 32 złotych monet znalezionych przez niego na
peryferiach portu Akaba. Te monety mają prawie tysiąc lat,
a ich odkrycie rzuca nowe światło na jedenastowieczny handel
i podróże na Środkowym Wschodzie.
111
Większość tych monet była wyprodukowana w mennicy
miasta Sijimassa w Maroku, położonym około 2.500 mil (4.000
kilometrów) na zachód. Ayla, jak wówczas nazywano Akabę,
była miejscem postoju dla Muzułmanów odbywających pielg­
rzymkę do Mekki. To miasto znajdowało się także w tamtym
czasie na handlowych szlakach powiązanych z Chinami, Środ­
kowym Wschodem i Europą, co jest faktem potwierdzonym
przez glazurowaną ceramikę i porcelanę znalezioną w tym
samym miejscu.
„Jedenasty wiek był dla Aylii okresem trudnym" - dodał
Whitcomb, który prowadzi tam badania wykopaliskowe od
1986 roku. „Działo się tu wiele podczas dominacji egipskiej,
powstań Beduinów i trzęsienia ziemi, które zniszczyło miasto".
Podróżny, prawdopodobnie pielgrzym lub kupiec, mógł zako­
pać swoje monety podczas któregoś z tych dramatycznych
wydarzeń. Warto dodać, że Akaba leży na uskoku jordańskim,
oddzielającym arabską płytę tektoniczną od płyty synajskiej, co
sprzyja częstym trzęsieniom ziemi.
Opr. (ws) wg „National Geographic" II / 93
POMOCNA DŁOŃ
DLA SPARALIŻOWANYCH
Chorzy po krwotoku mózgowym cierpią zazwyczaj na para­
liż lub niedowład połowy ciała. Podobne objawy mogą wy­
stąpić w guzach i uszkodzeniach wypadkowych mózgu. Elekt112
ryczny stymulator nerwów może im pomóc w otwarciu spara­
liżowanej dłoni. Przyrząd ten jest często stosowany w Stanach
Zjednoczonych.
Kiedy chorzy chcą wykonać jakiś ruch, u większości osób po
wylewie ruch ten jest niepełny, a ręka pozostaje bezwładna.
Bezpośrednio po wylewie ręka jest wiotka, ale potem dłoń
może pozostać zaciśnięta na stałe, jeżeli nie zrobi się niczego,
ażeby rozprostować palce.
Patrick Crago i jego koledzy z Centrum Rehabilitacji w Ohio
uzyskali otwarcie zaciśniętych dłoni u siedmiu chorych. Ulep­
szyli oni elektryczny stymulator nerwów i spowodowali pobu­
dzanie nerwów przedramienia elektrodami przymocowanymi
przylepcem do skóry. Ażeby wywołać otwarcie dłoni, przyrząd
powinien pobudzać jednocześnie dwa nerwy kontrolujące
mięśnie ręki - nerw działający na mięśnie prostujące palców
i na nerw łokciowy.
W przeszłości stosowano podobne techniki przy leczeniu
chorych po urazach rdzenia kręgowego. Metoda ta pozwoliła
im na częściowe odzyskanie władzy w rękach i nogach, co
napawa pewnym optymizmem dla tej nowej metody leczenia.
Carl Billian, specjalista od rehabilitacji pacjentów po krwoto­
kach mózgu, brał udział w tych pracach i mówi, że otwarcie
dłoni elektrodami wydaje się „poniekąd sztuczne". „Ale me­
toda ta umożliwia doprowadzenie ręki do większej sprawności
przy chwytaniu i podnoszeniu przedmiotów oraz do pomaga­
nia zdrowej ręce".
Opr. (ws) wg „New Scientist" 19 / VI / '93
113
ROŚLINNE PURYFIKATORY POWIETRZA
Uczeni pracujący nad skutecznymi sposobami oczyszczania
powietrza na stacjach orbitalnych, doszli do wniosku, że nie
wymaga to skomplikowanej technologii. Najlepiej bowiem do
tego celu nadają się rośliny domowe.
Podczas doświadczenia, wstawiono trzy rośliny doniczkowe
do pomieszczenia zawierającego formaldehyd, gaz otrzymy­
wany z alkoholu metylowego, będący jednym z najpospolit­
szych zatruwaczy powietrza w mieszkaniach. W ciągu sześciu
godzin koncentacja gazu spadła o 50%, a po 24 godzinach
ilość gazu zmniejszyła się o 90%.
Formaldehyd jest jednym z najważniejszych surowców
w przemysłowej syntezie organicznej żywic, włókien kazeino­
wych, barwników i butadienu. Używany jest między innymi
przy wyrobie parkietów i pilśni wiórowych; często więc znaj­
duje się w gospodarstwach domowych, w których powoli
ulatnia się i zanieczyszcza powietrze.
W fotosyntezie, procesie asymilacji dwutlenku węgla przez
rośliny przy użyciu energii słonecznej, rośliny, jak się okazuje,
potrafią zneutralizować i zużytkować zanieczyszczenia spowo­
dowane formaldehydem.
Opr. (ws) na podst. „Organic Gardening"
114
RODZINNY GROBOWIEC KAJFASZA
Józef zwany Kajfaszem był arcykapłanem żydowskim, który
wg Ewangelii spowodował wydanie wyroku śmierci przez
Piłata na Synu Bożym, Chrystusie.
Czy ozdobna wapienna skrzynka z pieczary odkrytej przez
robotników podczas prac ziemnych w Jerozolimie zawiera
kości Kajfasza? Zvi Greenhut, archeolog miejski Jerozolimy,
prowadzący prace wykopaliskowe w pieczarze, nie jest cał­
kiem tego pewny. - Wśród znalezionych 12 skrzynek zawiera­
jących ludzkie kości, jedna może zawierać kości dziadka arcy­
kapłana, wuja lub jego samego - oświadczył Greenhut. „Nie
ulega jednak wątpliwości, że grobowiec należał do tej rodzi­
ny". Podobne grobowce były używane przez bogate rodziny
żydowskie od I wieku przed Narodzeniem Chrystusa do roku
70 po Chrystusie. Napisy wyryte w języku hebrajskim na
skrzynce, wymieniają imię ,,Qafa" - aramejski odpowiednik
imienia Kajfasza. Badana skrzynka zawiera kości sześciu osób,
wśród nich jedne odpowiadające mężczyźnie zmarłemu
w wieku 60 lat, co według oceny historyków zgadzałoby się
z wiekiem zmarłego arcykapłana.
O Kajfaszu mówi Ewangelia, a także żydowski historyk
z I wieku, Józef Flawiusz. Jedna z inskrypcji na wspomnianej
skrzynce została odczytana jako „Józef, syn Kajfasza".
Kajfasz został arcykapłanem po swoim teściu Annaszu.
W roku 37 został usunięty z zajmowanego stanowiska przez
władze rzymskie.
Opr. (ws) wg „National Geographic" 1 / 93
115
TE OKROPNE WYDRZYKI
Jest coś podłego w zachowaniu się wydrzyków. „Niczym
nie usprawiedliwiona, bezlitosna żarłoczność i okrucieństwo
zmusza je do nieustannego czatowania na nie pilnowane przez
rodziców młode pingwiny, rozszarpywanie ich ciał na części
i porzucanie zdobyczy". Ornitolog Robert Cushman Murphy
potępia bez ogródek zachowanie się wydrzyków, tych skrzyd­
latych wściekłych furii, które zabijają znacznie więcej ptaków,
niż jest im to potrzebne do wyżywienia.
Wydrzyki rozmnożyły się i opanowały wybrzeża Arktyki
i Antarktyki. Można spotkać te wielkie ptaszyska na wyspach
północnego Atlantyku, na południowym wybrzeżu Chile, na
Antarktydzie i Wyspach Falklandzkich.
Podobnie jak mewy podążają za statkami pozostawiającymi
za sobą jadalne odpady. Te zachłanne drapieżniki mają hako­
wate dzioby i sierpowate szpony. Ich ofiary: mewy, petrele,
pingwiny czy nawet nowo narodzone jagnięta widzą na chwilę
przed śmiercią olbrzymie skrzydła o rozpiętości 4-5 stóp
i wielkie dzioby uderzające w ofiarę jak trzyfuntowy pocisk
armatni. Ornitolog, Roberi Furness, autorytet i znawca zwycza­
jów ptaków, zapytany o jakieś osobiste wrażenia ze studiów
nad wydrzykami, powiedział, że kiedyś sam został zaatakowa­
ny przez te agresywne, drapieżne ptaki.
Opr. (ws) wg „National Geographic" XI / '93
116
NAGŁA ŚMIERĆ SPORTOWCA
W 1990 roku Hank Gathers, obiecujący młody koszykarz
z Los Angeles, upadł i zmarł na boisku podczas koleżeńskiego
meczu. W wieku 23 lat był już bliski uzyskania zawodowego
kontraktu wartości miliona dolarów rocznie. Kilka miesięcy
wcześniej dostał niebezpiecznej arytmii serca, ale po otrzyma­
niu betablokerów praca serca wróciła do normy; w sumie nie
wziął udziału tylko w trzech meczach. Śmierć Gathersa ożywiła
dyskusję nad zagadnieniem ochrony sportowców przed tego
rodzaju ryzykiem.
Zgon sportowca z powodu ataku serca zdarza się rzadko.
Specjaliści oceniają, że może się to przydarzyć 1 na 200.000
sportowców, ale są to przypadki szokujące, ponieważ dobrze
wyszkoleni sportowcy, mężczyźni i kobiety, uchodzą w społe­
czeństwie za ludzi najzdrowszych.
„Wydaje się teraz prawdopodobnym, że Gathers cierpiał na
zapalenie mięśnia sercowego. Gdyby nie był wschodzącą
gwiazdą sportu, jego lekarze nie zezwoliliby prawdopodobnie
na tak szybki powrót na boisko" - twierdzi Barry Maron
z Instytutu Zdrowia w Minneapolis. „Przy olbrzymim uznaniu
ze strony publiczności i wielkich pieniądzach wchodzących
w grę, elita sportowców widziana jest jako cenny towar, a nie
jako pacjenci".
Według Annę Kenny i Len Shapiro ze Szpitala Papworth
koło Cambridge, wrodzone wady serca są główną przyczyną
117
nagłych śmierci u młodszych sportowców, podczas gdy u star­
szych (powyżej 35 lat) ataki serca występują głównie z powo­
du ukrytej choroby wieńcowej, kiedy to arterie mięśnia ser­
cowego zostają zablokowane przez cholesterol. Niestety, me­
tody badań nie są dostatecznie dokładne, ażeby dało się
wyłowić sportowców zagrożonych atakiem, jeżeli brak jest
u nich objawów chorobowych.
Starsi sportowcy mogą jednak odczuwać sygnały ostrzega­
jące, na przykład bóle w klatce piersiowej podczas ćwiczeń. Te
bóle nie powinny być nigdy lekceważone, mimo iż pozornie
sportowiec taki jest zdolny nawet do udziału w maratonie.
Opr. (ws) wg „New Scientist supplement" 9 / X /'93
JADOWITE PTAKI
Wystrzegajcie się ptaka pitohui z powodu zawartej w nim
trucizny. Pitohui kapturkowy jest ptakiem pospolitym na No­
wej Gwinei. Kiedy John Dumbacher, pracownik naukowy z Uni­
wersytetu w Chicago, uwalniał z sieci tego ptaka, został przez
niego podrapany i podziobany w rękę. Dla uniknięcia infekcji,
badacz wyssał krew z zadrapań, co spowodowało natychmias­
towy obrzęk i odrętwienie jego ust. Wywołało to zdumienie
Dumbachera, a następnie chęć zbadania przyczyn tego zjawis­
ka.
Dumbacher wysłał pióra, skórę i inne tkanki ptaka do
Narodowego Instytutu Zdrowia, gdzie zostały poddane anali118
zie. Okazało się, że w tych tkankach zawarty był jad - neurotoksyna, znana jedynie u pewnego gatunku plujących jadem żab
z Ameryki Centralnej i Południowej.
Dalsze badania wykazały, że dwa inne gatunki ptaka pitohui
także produkują tę toksynę. Dumbacher pragnął się dowie­
dzieć dalszych szczegółów o tej truciźnie, a także otrzymać
odpowiedź na pytanie, czy jaskrawe kolory ich upierzenia mają
na celu ostrzeganie potencjalnych drapieżników, że są dla nich
niebezpieczne?
Dumbacher pojechał do Nowej Gwinei w towarzystwie
innego specjalisty - Bruce Beehlera. Koszty tych badań zostały
subwencjonowane przez Towarzystwo National Geographic.
„Mamy tu do czynienia z jednym z najlepiej znanych
ptaków na Nowej Gwinei, a nie wiedzieliśmy o nim tego, co
jest najważniejsze" - powiedział zadumany Beehler.
Opr. (ws) wg „National Geographic" IV / 93
PAJĘCZYNA - PRZĘDZĄ PRZYSZŁOŚCI
Mocniejsza niż stal, bardziej elastyczna jak nylon, wytrzyma­
lsza niż kamizelka kuloodporna, pajęcza nić może stać się
tworzywem służącym do wyrobu nowej tkaniny, jeżeli tylko
zdoła się wyprodukować ją syntetycznie.
Od roku 1988 biolog molekularny Randy Lewis usiłuje
zbadać tajemnicę pajęczych gruczołów na Uniwersytecie
w Wyoming. Lewis używa zazwyczaj do swoich badań długo119
nogie, wielkości dłoni pająki, które produkują nić jedwabną
w siedmiu odmianach z siedmiu różnych gruczołów. Ażeby
uzyskać pajęczą przędzę, Lewis chwyta kleszczykami nitkę
z gruczołu znieczulonego pająka i nawija ją na szpulkę. Pająki
są „dojone" trzy razy tygodniowo. Za każdym razem uzyskuje
się około stu jardów przędzy.
Lewis ma nadzieję wyizolować kluczowy gen odpowiedzial­
ny za produkcję przędzy, przenieść go przy pomocy inżynierii
genetycznej na hodowlę bakteryjną i wyprodukować w ten
sposób pajęczy jedwab. Za jakieś pięć lat, jak przypuszcza,
syntetyczny pajęczy jedwab będzie mógł być użyty do produk­
cji wiązadeł, nici chirurgicznych, zderzaków samochodowych,
a nawet na liny zaporowe używane na lotniskowcach przy
lądowaniu samolotów. „Pajęczy jedwab wymaga więcej siły,
ażeby go rozerwać niż jakiekolwiek inne tworzywo" - twierdzi
Lewis.
Opr. (ws) wg „National Geographic" XI / '93
120
NOSOROŻCE BEZ ROGÓW
Operacja pozbawienia nosorożców rogów ma na celu zape­
wnienie im bezpiecznej przyszłości. Rogi tych zwierząt są
bardzo cenione na Dalekim Wschodzie za ich własności lecz­
nicze, a na Środkowym Wschodzie używane są do produkcji
luksusowych rękojeści sztyletów. W związku z tym nasila się
alarmująco kłusowanie na te olbrzymy. Ażeby temu zapobiec,
pracownicy stojący na straży ochrony dzikiej zwierzyny w Zim­
babwe i Namibii odpiłowują nosorożcom rogi. Około 500
zwierząt pozbawiono już rogów, które odrastają zresztą po
kilka cali w ciągu roku. Akcja trwa od roku 1989 i już dają się
zauważyć jej pozytywne skutki. Bezrogie nosorożce nie mają
bowiem wartości dla kłusowników.
Jak donosił National Geographic w marcu 1984 roku, ilość
afrykańskich nosorożców spadła wówczas poniżej 20.000
sztuk. Nieustanna masakra trwająca od tego czasu zmniejszyła
ich ilość do 8.200. „Czarne nosorożce ucierpiały najbardziej" oświadczył Richard Emslie, afrykański badacz tego problemu.
Obecnie ich ilość ocenia się tylko na 430 sztuk, w porównaniu
z 1.500 w roku 1984.
„Wydaje się, że nosorożce pozbawione rogów w niczym
nie ucierpiały i czują się dobrze. Jednak dalekosiężne skutki
tych operacji są jeszcze nie znane" - powiedział Joel Berger
z Uniwersytetu Nevada w Reno. Studiuje on życie tych olb­
rzymów w Namibii na zlecenie i za pieniądze Towarzystwa
National Geographic.
Opr. (ws) wg „National Geographic" IV / 93
121
DROBNOUSTROJE NISZCZĄ AKROPOL
Od lat zanieczyszczenie powietrza uważane było za główną
przyczynę korozji starożytnych dzieł pomnikowych Grecji
i Rzymu. Niemiecki uczony, Wolfgang Krumbein, twierdzi
jednak, że prawdziwym wrogiem starych marmurów są drob­
noustroje: glony, porosty i grzyby, które pojawiają się i znikają
w zależności od zmian klimatycznych.
Gorący, suchy klimat przeważający w połowie XIX wieku
zabarwił ateński Akropol na kolor rdzawy. Zależało to od
wzmożonego rozmnażania się porostów, których ekskrementy
spowodowały ten rdzawy nalot - powiedział Krumbein, geomikrobiolog, członek grupy doradczej UNESCO zajmującej się
konserwacją Akropolu. W końcu zeszłego wieku, glony i grzy­
by zaczęły gwałtownie rozmnażać się w chłodnym i wilgotnym
klimacie, co spowodowało zmianę barwy Akropolu na ciemnawozieloną.
W ostatnim dziesięcioleciu pogoda w Grecji była bardziej
zmienną, drobnoustroje ukryły się pod powierzchnią marmu­
rów, czyniąc Akropol prawie całkiem białym, ale jednocześnie
bardziej podatnym na zanieczyszczenia od wewnątrz. Krum­
bein poszukuje teraz sposobu usunięcia tych drobnoustrojów
w taki sposób, ażeby przy tym nie uszkodzić marmurów.
Opr. (ws) wg „National Geographic" IV / 93
122
MAMUCIE CIOSY NA SPRZEDAŻ
Syberyjscy Rosjanie znajdują wiele włochatych mamutów
zakonserwowanych w wiecznej zmarzlinie 10.000 - 40.000 lat
temu. Te ogromne zwierzęta przetrwały na ozdobach wyrabia­
nych z ich ciosów. Pomimo zakazu handlu kością słoni - ich
krewniaków, mamucie źródło surowca jest w dalszym ciągu
legalne i nie znajduje się na żadnej liście zwierząt, którym
zagraża wytępienie. Wyginęły już bowiem w plejstocenie.
„Syberyjska zamrażarka może zawierać ponad 600.000 ton
kości mamutów" - mówi Ed Espinoza z Państwowego Labora­
torium Rybołówstwa i Dzikiej Zwierzyny. Cena ciosów z ma­
muta waha się od 150 do 400 dolarów za funt, w zależności od
jakości i koloru. Kość brązowawa jest tańsza, a biała osiąga
nawet cenę kości słoniowej.
Wiele rzeźb z kości zbadanych w portach Stanów Zjed­
noczonych zeszłego roku, to rzeźby z ciosów mamuta dopuszczone do handlu, co jest dobrą wiadomością dla słoni.
Ale jest także zła wiadomość dla innych gatunków zwierząt.
„Ilość zębów hipopotama i kłów afrykańskiego guźca w obro­
tach handlowych wskazuje na ich wzmożony popyt" - twierdzi
Espinoza.
Opr. (ws) wg „National Geographic" I / 92
123
ZAGROŻONE BORSUKI
Umiłowane przez Brytyjczyków borsuki znalazły się w po­
ważnym niebezpieczeństwie. Przyczyną tego jest ich choroba.
W południowo-zachodniej Anglii myśliwi polują na nie z przy­
czyn sanitarnych. Niektóre z 80.000 borsuków przebywających
na tym obszarze są nosicielami prątków gruźlicy bydła rogate­
go. Od roku 1975 ponad 20.000 tych zwierząt zostało zabi­
tych, mimo żywych protestów Narodowej Federacji Miłoś­
ników Borsuków.
Ażeby zakończyć to zabijanie na oślep, zaproponowano
ostatnio chwytać borsuki i badać ich krew. Te, które są
zarażone, prawdopodobnie jakieś 15%, należałoby zabić, a po­
zostałe uwolnić. Wyniki testów są jednak dyskusyjne, co może
narazić na niepowodzenie planowany program.
Badania dowodzą, że około 350 sztuk bydła zostaje rocznie
zakażonych bakteriami gruźlicy przez borsuki, jak na ironię,
bydło nabawiło się tej choroby już bardzo dawno i praw­
dopodobnie przekazało ją borsukom, które teraz obdarowują
nią angielskie krowy.
Opr. (ws) wg National Geographic" IX / 93
124
DNA OSKARŻA MORDERCĘ
W zeszłym miesiącu pewien mężczyzna z Arizony został
uznany winnym popełnienia morderstwa. Dowodem winy były
nitki DNA uzyskane z dwóch nasion drzewa palo verde. Mark
Bogan został oskarżony o zamordowanie kobiety lekkich oby­
czajów i o porzucenie jej zwłok w opuszczonej, nie zamiesz­
kanej fabryce. Strączki z drzewa palo verde, gatunku ros­
nącego w miejscu zbrodni, zostały znalezione w ciężarówce
Bogana. Tim Helentjaris, genetyk z Uniwersytetu w Arizonie,
oświadczył, że DNA z nasion odkrytych w ciężarówce pasował
idealnie do DNA (kwas dezoksyrybonukleinowy) jednego
z drzew rosnących w miejscu zbrodni.
Bogan twierdził, że nigdy nie był w tamtej okolicy. „Nie
myślę, żeby jakakolwiek rozprawa sądowa była możliwa bez
tych nasion" - powiedział Bill Clayton, zastępca prokuratora
dystryktu. „Szukaliśmy jakiegoś dowodu obecności Bogana
w miejscu zbrodni i szczęśliwie udało się nam go zdobyć".
Opr. (ws) wg „New Scientist" 19 / VI / '93
125
ZATOKA WIELORYBÓW
Lodowcowej Zatoce Wielorybów na Alasce zagraża nad­
mierna ilość odwiedzających statków. Widok licznych wielo­
rybów humbaków 1 jest magnesem przyciągającym turystów
do tego narodowego rezerwatu. W zeszłym roku było ich
216.000. Większość z nich przybywa na statkach turystycz­
nych, w związku z czym trzeba było zwiększyć o 72% ilość
zezwoleń na wpływanie statków do zatoki, ze 107 do 184
podczas jednego sezonu. Spowodowało to także większe
zapotrzebowanie na przewodników - pilotów po zatoce.
„Hałas powodowany przez statki i jego negatywny wpływ
na wieloryby i lwy morskie Stellera jest bardzo niepokojący" powiedział Kevin Apgar, pracownik rezerwatu, „jesteśmy tak­
że zatroskani zanieczyszczeniem powietrza wywoływanym
przez kominy parowców. Zanieczyszczenie takie utrzymuje się
przez kilka godzin, co między innymi odbija się także i na
wyglądzie lodowca".
Obsługa rezerwatu przywiązuje także wagę do ograniczeń
w połowach ryb i przestrzegania zakazu połowów siecią ryb
łososiowatych, zwyczaju praktykowanego od wieków przez
Indian z plemienia Tingit. Tradycyjne połowy dla celów hand­
lowych, mimo zakazów, były dość długo tolerowane, jednak
procesy sądowe wytoczone ludziom łamiącym prawo przez
zwolenników ochrony przyrody mogą zahamować tego rodza­
ju praktyki.
Opr. (ws) wg „National Geographic" V / 93
1) Humbak, dtugoptetwiec; Megaptera novaeangliae, Megaptera nodosa, humpback whale.
126
BOBRY OGRYZAJĄ AMERYKĘ PÓŁNOCNĄ
Wyłapane prawie całkowicie sto lat temu, bobry powróciły
tryumfalnie na swoje dawne ziemie, jest ich tak dużo, że
farmerzy i właściciele domów w Stanach i Kanadzie zgrzytają
zębami, kiedy bobry ścinają im drzewa, niszczą groble powo­
dując zalanie plonów, blokują drogi wodne czy tamują odpływ
ścieków.
„W Kanadzie jest ich sześć do dziesięciu milionów" - mówi
Milan Nowak z Ministerstwa Zasobów Naturalnych prowincji
Ontario.
Głównym czynnikiem regulującym ilość bobrów jest w dal­
szym ciągu traper, ale niewielu z nich wysila się obecnie
w pracy, ponieważ skórki bobrów warte są tylko 15 dolarów,
co spowodowane jest zmniejszeniem zapotrzebowania na ten
towar.
W Stanach Zjednoczonych jest tych gryzoni co najmniej
dwa miliony. Trzydzieści cztery stany domagają się pomocy
federalnej dla opanowania szkód wyrządzonych przez bobry.
Niektórzy uważają, że powinno się opracować jakiś skuteczny
plan kontroli urodzin tych zwierząt.
Opr. (ws) wg „National Geographic" I I 93
127
SZMUGLOWANE
PAPUGI
Nielegalny handel dzikim ptactwem w Stanach Zjednoczo­
nych napotyka na coraz większe trudności. Niedawno agenci
z FBI skonfiskowali w Brownsville, w stanie Teksas dużą ilość
pięknych amazońskich papużek, z czerwoną plamką między
oczami, przemyconymi z Meksyku. Policjanci aresztowali
szmuglerów, a ptaki wypuścili na wolność. Handluje się na tym
targowisku głównie papugami, między innymi Amazonami
o żółtych główkach, które osiągają wysoką cenę 125 dolarów
za sztukę. Każdego roku wiele dzikich ptaków, w większości
papug, jest przywożonych nielegalnie z Ameryki Łacińskiej.
Zdumiewająca jest skala światowa tego handlu. Od 5 do 20
milionów ptaków zostaje co roku wyrwanych ze swego natura­
lnego środowiska, ażeby zaspokoić popyt na ten towar. Około
pół miliona ptaków jest przywożonych legalnie do Stanów, ale
setki tysięcy innych jest importowanych bez odpowiedniego
zezwolenia. Co najmniej połowa z nich ginie w transporcie
z powodu nieodpowiednich warunków przewozu.
Wysiłek władz w kontrolowaniu tego nagannego handlu
daje już pierwsze owoce. W stanach Nowy Jork i New Jersey
handel importowanymi dzikimi ptakami jest całkowicie zakaza­
ny. Zostały już opracowane projekty ustaw dla uchwalenia
przez Kongres. Większość sklepów z ptakami sprzedaje już
tylko te, które narodziły się w niewoli. Wszystkie większe linie
lotnicze odmawiają przewożenia dzikich ptaków. ,,Są to syg128
nały optymistyczne" - mówi Stuard Strahl, ornitolog z Nowo­
jorskiego Towarzystwa Zoologicznego, który głównie inte­
resuje się papugami pochodzącymi z Wenezueli. „Wydaje
nam się, że poparcie linii lotniczych w tej materii będzie
dobrym przykładem dla innych entuzjastów ochrony przyrody".
Opr. (ws) wg „National Geographic" IX / '92
SZCZEPIENIE DZIKICH SŁONI
Tylko 80 słoni utrzymało się przy życiu na pustyni Kaokoveld
w Namibii. Jest to jedna z dwóch pustyń w Afryce, na których
jeszcze można napotkać słonie. Kiedy pracownik zatrudniony
przy ochronie dzikiej zwierzyny znalazł ostatniego lata w rzece
Hoanib padłe zwierzę dotknięte wąglikiem, lekarze weterynarii
obawiali się, że choroba może stać się przyczyną zagłady
całego tamtejszego stada. W związku z tym zmobilizowano
środki zaradcze na miarę akcji wojskowej.
Najpierw samolot zlokalizował miejsce pobytu stada. Na­
stępnie wezwano helikopter. Z unoszącego się w powietrzu
helikoptera, załoga oddała strzały do słoni. W strzałkach zawar­
ta była szczepionka. W ten sposób zaszczepiono 19 słoni. Kilka
miesięcy później u zaszczepionych zwierząt nie stwierdzono
objawów choroby.
Poprzednio nie znany na pustyni Kaokoveld wąglik, jest
obecnie rozpowszechniony w całej Afryce. Często rozprze129
strzenia się drogą wodną, zakażoną przez chore zwierzęta.
Choroba atakuje każdego roku 20 - 30 słoni w Narodowym
Parku Etosha w Namibii, i to mimo prowadzenia tutaj sys­
tematycznych akcji szczepiennych. Susza spowodowała wy­
schnięcie wielu zborników z wodą, w związku z czym istnieje
obawa, że stado słoni znad rzeki Hoanib będzie uzależnione
jedynie od wody zawierającej laseczki wąglika.
Opr. (ws) wg „National Geographic" III / '93
Z AMERYKI DO DANII
Czy amerykańskie mięczaki przybyły do Europy na statkach
wikingów? - zastanawiają się duńscy uczeni. Te ulubione
amerykańskie owoce morza, Mya arenaria, dostarczają nowych
dowodów o odkryciu Ameryki przez wikingów. Tej wiosny, na
północnej plaży Danii uczeni znaleźli muszle mięczaka - Mya
arenaria, które pochodziły z 1245 roku. Tę datę określono na
podstawie zbadania zawartego w nich węgla radioaktywnego
C14.
Mięczaki te nie przywędrowały do Danii same, ponieważ są
niezdolne do przyczepienia się do jakichkolwiek przedmiotów
pływających po wodzie ani do przetrwania w larwalnym
stadium dłużej niż trzy tygodnie, a więc niedostatecznie długo,
ażeby być przeniesionymi przez Atlantyk przez powolny prąd
oceaniczny. Ale szybkie łodzie wikingów pokonywały Atlantyk
w rejsach trwających często zaledwie trzy tygodnie - powie130
dział Kaj Strand Petersen z Duńskiego Urzędu Pomiarów
Geologicznych. Uważa on, że mięczaki przybyły do Europy na
statkach wikingów bądź jako pożywienie, bądź jako larwy na
dnie drewnianych statków, skąd trafiły na piaszczyste dno
duńskiego morza.
Opr. (ws) wg „National Geographic" IV / 93
GRZEJNIKI RYBICH MÓZGÓW
Właściciele domów wiedzą dobrze, że ogrzanie jednego
pokoju wymaga mniej energii cieplnej niż ogrzanie całego
domu. Niektóre ryby wiedzą to także i oszczędzają energię
przez ogrzewanie jedynie swoich mózgów.
Większość ryb, ponad 30.000 gatunków, to ryby zimno­
krwiste. Nieliczne, zamieszkujące oceany, na przykład tuń­
czyki, są w pełni ciepłokrwiste. Zaś ryby z grupy billfish, wśród
nich marliny, mieczniki i ryby latające nie muszą ogrzewać
całego swojego ciała, ażeby dostosować się do zmian tem­
peratury wody. Specjalny mięsień, przymocowany do każdego
oka, reguluje temperaturę mózgu ryby w zależności od zaist­
niałych warunków.
„Ryby z tej grupy mają swoje piecyki w tej jednej narośli
mięśniowej nie służącej jak inne mięśnie oka do poruszania
nim" - mówi Barbara Block z Uniwersytetu w Chicago, która
bada te zadziwiające grzejniki. Mieczniki, o których tutaj
mowa, znoszą wahania temperatury w granicach 60 stopni F.
Spędzają one połowę czasu w głębokiej, zimnej wodzie,
131
a resztę w pobliżu ciepłej powierzchni oceanu. W ten sposób
zyskują bogatszy jadłospis w oceanicznej „restauracji".
„Jest to klasyczny przykład przystosowania się gatunku do
środowiska" - twierdzi Block. „Większa ilość nisz ekologicz­
nych do wykorzystania zwiększa ilość i rozmaitość pożywie­
nia".
Opr. (ws) wg „National Geographic'' III / 93
NOWY GATUNEK NACZELNYCH
Ozdobny w puszyste uszy, długi ogon i pasy jak u zebry,
nowy gatunek naczelnych został odkryty w brazylijskiej Ama­
zonii. Ważąca mniej niż pół funta małpka została nazwana Rio
Maues marmoset (Callithrix mauesi). Odkrył ją szwajcarski
specjalista od naczelnych, Marco Schwarz, nad rzeką Maues.
Po raz pierwszy zobaczył tę małpkę w kwietniu 1985 roku, ale
nie została ona uznana za nowy gatunek aż do października
1992 roku, kiedy to odkrycie opublikowali trzej fachowcy:
Schwarz, brazylijski ekolog Jose Marcio Ayres i Russel Mittermeier, prezes Międzynarodowego Rezerwatu.
„Znalezienie nowego gatunku tropikalnego chrząszcza nie
jest żadną sensacją" - powiedział Mittermeier, „ale naczelne
są dobrze znane i dokładnie przestudiowane - a mimo to są
jeszcze nadal odkrywane. Jest to bardzo ekscytujące i wskazu­
je, jak mało wiemy o różnorodności tropikalnych zwierząt".
Dodał także, że marmosety nie wydają się być zagrożone,
132
ponieważ ta część Amazonii nie znajduje się aktualnie na
etapie jakiegokolwiek rozwoju.
jest to już trzeci nowy gatunek małpy odkryty od roku 1990
w Brazylii, kraju będącego domem największej ilości naczel­
nych, bo aż 68 gatunków.
Opr. (ws) wg „National Geographic" III / 93
HINDUSKIE KŁOPOTY ZE SZCZURAMI
Gryzonie, w tym głównie duże indyjskie szczury jadalne,
niszczą w Indiach czwartą część zebranego ziarna. Trutki na
szczury nie są dość skuteczne w zwalczaniu tej plagi. Niewiele
też pomaga zwyczaj konsumowania szczurów przez sporą
część społeczeństwa. W pewnym okręgu na południu kraju
znaleźli się mistrzowie w polowaniu na te szkodliwe gryzonie.
Należą do plemienia Irula. Trzystu z nich, najlepszych, zaan­
gażował rząd Indii do pracy akordowej. Ci łapacze szczurów są
bardzo sprawni. Zabijają gryzonie przy pomocy pałek lub
chwytają je przy użyciu duszącego dymu.
Ta stara metoda zwalczania tych szkodników jest dużo
tańsza niż użycie trutek. Dzielna brygada szczurołapów zlik­
widowała w ciągu ostatniego roku sto tysięcy gryzoni. Część
upolowanej zwierzyny została spożyta przez członków plemie­
nia Irula, reszta zaś posłużyła za pokarm dla hodowanych na
farmie krokodyli.
Opr. (ws)
133
PREZERWATYWY DLA ALERGIKÓW
Pustynna roślina ze Stanów Zjednoczonych może stać się
pożyteczna dla osób cierpiących na świąd narządów płcio­
wych. Guayule - to nazwa krzaku, który wydziela lateks
podobny pod wieloma względami do lateksu, z którego
produkowane są prezerwatywy. Guayule była uprawiana przez
krótki okres czasu podczas II Wojny światowej, ale potem
przestano się nią interesować. Obecnie odkryto w tej roślinie
nową cenną właściwość - hipoalergiczność. Niektórzy ludzie
reagują alergią na zwykły lateks. Może on u nich spowodować
kłopotliwe swędzenie i obrzęk, a także stan zapalny skóry
i śluzówki. Doświadczalne kondomy z lateksu guayule nie
wywołują tych przykrych objawów.
Opr. (ws) wg „New Scientist" 19 / VI / '93
134
'
TAJEMNICZY POSĄŻEK
Został znaleziony na pokładzie wraku statku z późnej epoki
brązu. Ta piękna statuetka wyobraża młodą kobietę. Została
odkryta u wybrzeży Turcji, w pobliżu Ulu Burum, między
szczątkami rozbitego statku. Kim ona jest i skąd się tam
wzięła?
Nurkowie dowodzeni przez Georga F.Bassa z Instytutu
Archeologii Morskiej przy Uniwersytecie Teksaskim znaleźli
zeszłej jesieni 16 centymetrową figurkę z brązu, częściowo
pozłacaną, po dziewięciu sezonach badań wykopaliskowych
przy wraku statku handlowego z XIV wieku przed Chrystusem.
Wynik badań określił jedynie przypuszczalne pochodzenie
posążka; ta kobieta może wyobrażać Kananejkę.
„Nie znam żadnej podobnej figurki" - powiedział Bass.
„Inni żeglarze z tego okresu wozili prawdopodobnie posążki
kultowe dla zabezpieczenia się przed wypadkami i chorobami.
Jeżeli ta hipoteza jest słuszna, to figurka powinna nam dostar­
czyć klucza do lokalizacji kraju, z którego pochodził statek, co
może mieć doniosłe znaczenie w rekonstrukcji dziejów mors­
kich tego okresu".
Opr. (ws) wg „National Geographic" V / 93
135
CO OBALIŁO MURY JERYCHA?
Wszystkim znana jest biblijna opowieść o tym, jak to Jozue
rozkazał swoim kapłanom zadąć w trąby, a ludowi Izraela
wznieść potężny okrzyk, co spowodowało obalenie murów
Jerycha i otwarcie Izraelitom drogi do miasta.
- Mogło tak być - powiedział Amos Nur. - Ale bardziej
prawdopodobnym jest obalenie murów przez trzęsienie ziemi.
Nur, geofizyk z Uniwersytetu Stanforda w Kalifornii, prze­
studiował dziesięciotysięczną historię trzęsień ziemi w Ziemi
Świętej i oświadczył, że trzęsienia wielokrotnie niszczyły Jery­
cho, ostatnio także i w 1927 roku. Nic w tym dziwnego.
Miasto położone jest na jordańskim uskoku, który odziela
arabską płytę tektoniczną od płyty synajskiej.
- Archeolodzy stwierdzili, że mury Jerycha zawsze prze­
wracały się w jednym kierunku, jak to zwykle bywa przy
trzęsieniach ziemi, a nie we wszystkich kierunkach, jak to
zdarza się w miastach zdobytych przez wojsko. Archeolodzy
znaleźli ziarno i wysuszone mięso w ruinach; to także potwier­
dza fakt, że przyczyną obalenia murów było trzęsienie ziemi uzasadnił Nur, uczony urodzony w Izraelu.
Powracając do przekazu biblijnego, Jozue powiedział, że
„rzeka Jordan przestała płynąć, pozwalając Izraelitom przejść
przez rzekę". - Jest to typowe zjawisko występujące w strefie
granicznej między płytami tektonicznymi w okolicy Morza
Martwego - dodał Nur. - Brzegi Jordanu zapadły się i na krótki
czas zagrodziły wodzie jej normalny bieg.
Opr. (ws) wg „National Geographic"
136
DŁUGOWIECZNE BAKTERIE
Jest tu mowa o bakteriach, które przetrwały żywe w żołądku
mastodonta przez tysiące lat. Przed śmiercią mostodont prze­
żuwał bagienne rośliny na brzegu jeziora położonego w po­
bliżu Newarku, w stanie Ohio. Wygląda na to, że został
upolowany przez ludzi, którzy zmagazynowali jego mięso
i kości w jeziorze, jezioro to stało się z czasem chłodnym
bagnem. Szczątki mastodonta leżały tam do roku 1989, kiedy
ekipa zakładająca w tym miejscu stawik na użytek pola gol­
fowego, znalazła stertę kości.
Późniejsze badania przyniosły szereg nieoczekiwanych rezu­
ltatów. „Najbardziej zadziwiającym, prawie na granicy fikcji
naukowej, było znalezienie we wnętrznościach mastodonta
bakterii" - powiedział jeden z uczonych. Kiedy Gerald Gold­
stein, mikrobiolog z Uniwersytetu Wesleyan w Ohio, umieścił
bakterie na odpowiedniej pożywce, zaczęły one rozmnażać
się. Przetrwały w wolnym od tlenu bagnie przez 11.600 lat, jak
to wykazały badania znalezionych kości przy pomocy Cl4.
Oznaki ćwiartowania mięsa i oddzielne położenie kości, świa­
dectwo działalności ludzkiej, są oczywistym dowodem, że
ludzie polowali nigdyś w Ameryce Północnej na mastodonty oświadczył Bradley Lepper, członek Stanowego Towarzystwa
Historycznego, przewodniczący komisji badającej szczątki olb­
rzyma.
137
Wnętrzności zawierały także ostatni posiłek mastodonta,
stwierdziła Dee Annę Wymer z Uniwersytetu Bloomsburg
w Pensylwanii, ekspert od dawnej flory. Mastodonty zazwyczaj
odżywiały się świerkowymi gałęziami, ale nie tylko. Ten miał
w żołądku lilie wodne, rdestnicę i bagienne trawy. ,,Była to
bogata i pożywna dieta" - dodała Wymer.
Opr. (ws) wg „National Geographic" IV / 93
HURAGANY
Koliste sztormy z silnymi wiatrami, jak na przykład Andrew,
mają różne nazwy w zależności od części świata, gdzie wy­
stępują. Mogą nazywać się huraganami, tajfunami, cyklonami.
Gdzie najczęściej występują? Huragany biorą początek tam,
gdzie powietrze jest wilgotne i gorące. Na północnym Atlan­
tyku huragany pojawiają się zazwyczaj między czerwcem
a listopadem. Najbardziej niszczącą strefą huraganu jest jego
część centralna, zwana okiem. Ale ulewne deszcze i niebez­
pieczne wiatry pokrywają powierzchnię znacznie większą rozciągającą się przeciętnie na sto sześćdziesiąt kilometrów od
oka. Zakreślając koło o promieniu 160 km od centrum huraga­
nu, możemy mieć przybliżone pojęcie o wielkości zagrożone­
go obszaru
Zdjęcie satelitarne zrobione z wysokości 832 km pokazuje
wściekły atak huraganu Andrew na południową Florydę. Poni­
żej wirujących chmur szybkość wiatru w porywach dochodziła
do 280 km na godzinę, wyrywając drzewa i niwelując domy.
Opr. (ws) wg „National Geographic" IV / 93
138
GINĄCE ŻABY
Populacja żab i ropuch przeżywa poważne kłopoty na pięciu
kontynentach. Senne rechotanie żab stawowych jest coraz
słabsze. Żaby i ich krewniacy znikają w tajemniczy sposób.
Uczeni podejrzewają, że to ludzka działalność uszkadzająca
ekosystemy jest częściowo za to odpowiedzialna. W dziewięt­
nastu krajach stwierdzono masowe wymieranie tych ziem­
nowodnych zwierząt.
„Żaby są dobrym wskaźnikiem zmian środowiskowych.
Mając wysoce przepuszczalną skórę, są bardzo wrażliwe na
substancje toksyczne znajdujące się zarówno na lądzie jak
i w wodzie" - powiedział James Vial, międzynarodowy koor­
dynator zajmujący się tym problemem.
Kostarykańskie ropuchy złociste, niegdyś gromadzące się
masowo na zbiorowych godach, od roku 1989 są niewidocz­
ne. Być może przyczyną tego zjawiska są zmniejszające się
opady deszczu.
Odkryty w 1973 roku, jeden z dwóch gatunków australijs­
kich żab wylęgających się w przewodzie pokarmowym matki,
zniknął siedem lat później, a drugi w 1985 roku. Samiczki tych
żab połykają swoje zapłodnione jaja i wychowują potomstwo
w żołądku do chwili, kiedy małe żabki wyskoczą z ich jamy
ustnej. Podczas wylęgu żaby te przestają wydzielać kwasy
żołądkowe, co zwróciło uwagę i wywołało zainteresowanie
lekarzy specjalizujących się w leczeniu wrzodów żołądka.
139
Ilość północnych żab lampartowych gwałtownie się zmniej­
sza od czasu wzmożonego wysychania wilgotnych obszarów
na północnoamerykańskich preriach. W New Jersey habitat żab
drzewnych z sosen Barrensa jest także zagrożony.
Uczeni studiują te wszystkie przypadki. Na zlecenie Towa­
rzystwa National Geographic, Andrew Blaustein ze Stanowego
Uniwersytetu w Oregon prowadzi badania w celu upewnienia
się czy narastająca ilość promieni ultrafioletowych docierają­
cych na ziemię, spowodowana uszczupleniem warstwy ozono­
wej, zabija ropuchy na zachodzie kraju na Kaskadach Range.
Zeszłego roku zbadał 2.5 miliona jajeczek tych ropuch; w 95%
ich zarodki były martwe.
Opr, (ws) wg „National Geographic" IV / 93
140
SPIS TREŚCI
1. Fort Ross
10
2. Śladami Buffalo Billa
16
3. Tragedia pułku gen. Custera
21
4. Kalifornijskie strusie farmy
27
5. Indiańscy Gwaranie
31
6. Nasze korzenie
33
7. Celtowie
35
8. Łużyczanie a kultura łużycka
45
9. Tajemnicza nazwa - Licikavici
50
10. Wenedowie
52
11. Chan Terwel
54
12. Profesor Aleksander Zakrzewski
57
13. Młode lata Profesora Tadeusza Krzeskiego
60
14. Otwarcie Oddziału Urologicznego w Siedlcach
65
15. Odsłonięcie tablicy na Oddziale Urologicznym w Siedlcach 66
16. Profesor Tadeusz Krzeski
68
17. Zamurowani przy ul. Złotej
73
18. Holocaust siedleckich Żydów
75
19. Przyspieszona produkcja nordyków
82
20. Kleptomanki
84
21. Angora
88
22. Źle dobrani
92
23. Strzały na farmie
98
24. Barbados i Wenezuela niebezpieczne dla turystów
109
25. Śmiertelna zasadzka w Serengeti
110
26. Złote ślady średniowiecznych wędrówek
111
27. Pomocna dłoń dla sparaliżowanych
112
28. Roślinne puryfikatory powietrza
114
29. Rodzinny grobowiec Kajfasza
115
141
30. Te okropne wydrzyki
31. Nagła śmierć sportowca
32. Jadowite ptaki
33. Pajęczyna - przędzą przyszłości
34. Nosorożce bez rogów
35. Drobnoustroje niszczą Akropol
36. Mamucie ciosy na sprzedaż
37. Zagrożone borsuki
38. DNA oskarża mordercę
39. Zatoka Wielorybów
40. Bobry ogryzają Amerykę
41. Szmuglowane papugi
42. Szczepienie dzikich słoni
43. Z Ameryki do Danii
44. Grzejniki rybich mózgów
45. Nowy gatunek naczelnych
46. Hinduskie kłopoty ze szczurami
47. Prezerwatywy dla alergików
48. Tajemniczy posążek
49. Co obaliło mury Jerycha?
50. Długowieczne bakterie
51. Huragany
52. Ginące żaby
142
116
117
118
119
121
122
123
124
125
126
127
128
129
130
131
132
133
134
135
136
137
138
139

Podobne dokumenty