O co nam chodziło w Zabiliśmy proroka?
Transkrypt
O co nam chodziło w Zabiliśmy proroka?
O co nam chodziło w Zabiliśmy proroka? K r z ys z t o f M a z u r T eka „Pressji” Zabiliśmy Proroka była ważnym wydarzeniem dla tożsamości ideowej naszego środowiska. Wzmocniła ona ewolucję pisma w kierunku bardziej odważnego eksplorowania tradycji religijnej, by w jej perspektywie myśleć o sprawach społecznych i politycznych. Kolejne teki, Powrót mesjanizmu i Ekonomia trynitarna, wpisują się w ten nurt. Więcej, ich główne idee były w pewien sposób zapowiedziane w tece papieskiej. Cieszymy się, że udało nam się wywołać dyskusję o intelektualnym dziedzictwie Jana Pawła II. Jednocześnie zauważamy, że w dyskusjach o papieskich „Pressjach” pojawia się często pewien pogląd, który wydaje się nam uproszczeniem lub nadinterpretacją tego, co pisaliśmy. Już w pierwszej recenzji Filipa Memchesa (2011) pojawiła się sugestia, że nasze teksty są wyrazem „kontestacji stanowiska swoich mistrzów, wśród których można wymienić takie postaci, jak ojciec Maciej Zięba OP czy Ryszard Legutko”. „Smaczku” miał dodawać fakt, że „czołowi publicyści periodyku to osoby formowane przez Instytut Tertio Millennio i Ośrodek Myśli Politycznej”, a więc instytucje założone przez wymienionych myślicieli. Ten „smaczek” miał zdominować całą potrawę: przez wielu nasza teka została odczytana jako fundamentalna krytyka Instytutu Tertio Millennio, a my ogłaszając śmierć Proroka, mieliśmy zarazem uśmiercić naszych mistrzów. Najdalej posunął się chyba ojciec Jacek Prusak SJ, który w dyskusji o „Pressjach” odwołał się do psychoanalizy, by uzasadnić tę tezę i nazwać trawiący nas resentyment. Najpoważniejszą jak na razie wypowiedzią o papieskich „Pressjach” jest obszerny i wnikliwy esej Artura Mrówczyńskiego-Van Allena i Aarona Richesa (2012). Nie sposób przejść obok niego obojętnie, gdyż stawia on mocno kluczowy problem relacji między wolnością i prawdą. W tym tekście dotyczy on przede wszystkim sposobu rozumienia wolności religijnej w Dignitatis humanae. Po jednej stronie są ci, którzy za ojcem Johnem Courtneyem Murrayem SJ uznają pierwszeństwo wolności względem prawdy, co prowadzi do uznania negatywnej wolności porządku politycznego i ekonomicznego, a w konsekwencji autonomii tych porządków względem prawdy metafizycznej. Po drugiej stronie są ci, którzy za Davidem Schindlerem uznają, że pytanie o prawdę pojawia się Pressje 2012, teka 29 123 już w pytaniu o wolność, co prowadzi do odrzucenia autonomii porządku politycznego Ogłaszając śmierć Proroka, mieliśmy zarazem uśmiercić naszych mistrzów i ekonomicznego wobec prawdy metafizycznej. Każdy, kto czytał papieskie, mesjanistyczne i ekonomiczne „Pressje”, z łatwością dostrzeże, że w tym sporze, podobnie jak Mrówczyński-Van Allen i Riches, stajemy po stronie Schindlera. Zarazem jednak w tekście teologów z Grenady pojawiają się wątki podobne do tych, które podnosił Memches i o. Prusak. Polska i „Projekt Murraya” Zdaniem Artura Mrówczyńskiego-Van Allen i Aarona Richesa, papieski numer „Pressji”, wyrażając niezgodę na „skolonizowanie” Jana Pawła II przez „liberalne programy i rozum sekularny”, wpisuje się w szersze zjawisko niezgody na przejmowanie przez Kościół „obcych wzorców myślenia i działania, niemożliwych do pogodzenia z Ewangelią”. Zdaniem autorów, odpowiedzialność za „skolonizowanie” Jana Pawła II ponosi „neokonserwatyzm w stylu Murraya, który wywarł szczególny wpływ na Polskę w ciągu piętnastu lat po upadku Związku Radzieckiego”. Miało się to stać za sprawą Szkół Letnich Instytutu Tertio Millennio, „podstawowego kanału oddziaływania amerykańskiego katolickiego neokonserwatyzmu w Polsce” oraz działalności intelektualnej Richarda Johna Neuhausa, Georga Weigela oraz Michaela Novaka, którzy nazywają siebie kontynuatorami „Projektu Murraya”. Ich podstawowy błąd polegał na uznaniu zawartej w konstytucji Stanów Zjednoczonych „amerykańskiej propozycji” za wzorcowe rozwiązanie o charakterze uniwersal- 124 Krzysztof Mazur nym problemu pluralizmu religijnego. Jego istotą jest wyraźne oddzielenie przestrzeni publicznej od przestrzeni eklezjalnej, uznanie autonomii sfery politycznej od Kościoła. Państwo wyzbywa się roszczeń w kwestii prawdy transcendentnej, natomiast Kościół uznaje, że jego roszczenia w tej kwestii nie mogą bezpośrednio wpływać na sferę polityczną. Podobną autonomię od roszczeń w kwestii prawdy transcendentnej uzyskuje także „wolny rynek przedsiębiorstw, wymiany dóbr i usług, tworzący życie ekonomiczne społeczeństwa obywatelskiego”. Autonomizację sfer polityki i ekonomii wzmacnia postulat konieczności „przekładania” opartych na religii twierdzeń moralnych na język zrozumiały przez wszystkich obywateli. W ten sposób Kościół „zaakceptował liberalizm anglosaski, jego prawne koncepcje instytucji publicznych i ekonomicznych, wraz z tak zwanymi negatywnymi prawami i wolnością formalną, wreszcie docenił też uzasadnioną autonomię naturalnego ludzkiego istnienia i działania”. Zdaniem autorów jest to „znak kolonizacji, to znaczy dualistycznego życia ludzi, którzy ulegli kompleksowi niższości wobec innej kultury, logiki i praktyki, które narzucają im język i pojęcia, na który należy dokonywać przekładu”. Największe zagrożenie tego rozwiązania polega na erozji myślenia teologicznego w samym Kościele, który przyjmując „idiom liberalny” oraz dyktat „rozumu sekularnego”, zatraca zdolność mówienia „teologicznie spójnym językiem nawet do samego siebie”. Czy wszystkiemu winni są neokonserwatyści? Papieskie „Pressje” rzeczywiście były aktem intelektualnej niezgody na „skolonizowanie” Jana Pawła II przez „liberalne programy i rozum sekularny”. Nie jestem jednak pewien, czy jako głównych winowajców tego stanu rzeczy można po prostu wskazywać neokonserwatystów realizujących „projekt Murraya”. Jest kilka ważnych kontrargumentów przeciwko tej tezie. Papież, odnosząc się do sporów związanych z jego pielgrzymką w 1991 roku, nazywał swoich adwersarzy „zwolennikami programu oświeceniowego”. To lapidarne określenie przypomina, że do odrzucenia papieskiego przesłania po 1989 roku przyczynili się przede wszystkim intelektualiści od- Ich wpływ nie był wystarczający, by zrealizować u nas „amerykańską propozycję” wołujący się nie do tradycji amerykańskiego neokonserwatyzmu, lecz do europejskiego modelu państwa świeckiego. Zdzisław Krasnodębski w Demokracji peryferii przypomina, jak Kościoła nagle przestał być dla pewnej części obozu postsolidarnościowego sojusznikiem i stał się głównym zagrożeniem dla porządku demokratycznego (Krasnodębski 2005: 33−39). Posługując się rozróżnieniem Murraya, można powiedzieć, że papież po 1989 roku był w Polsce zwalczany przede wszystkim z pozycji „kontynentalnego liberalizmu ideologicznego”, a nie „anglosaskiego liberalizmu konstytucyjnego”. Sądzę, że autorzy z Grenady nieco przesadzają w ocenie wpływu amerykańskich neokonserwatystów na polski Kościół. Szkoły Letnie Instytutu Tertio Millennio miały być ich „podstawowym kanałem oddziaływania” na Polskę, ale w ciągu dwudziestu edycji wzięło w nich udział tylko około dwustu Polaków. Nawet jeśli byli to sami młodzi liderzy, którzy następnie promowali szerzej te idee, to jednak nie mogli oni realnie wpłynąć na cały polski Kościół. Oczywiście, wydawano w Polsce książki amerykańskich neokonserwatystów, ale ich autorzy pozostawali dla większości katolików anonimowi. Do dziś znajomość tego środowiska ogranicza się do biografii Jana Pawła II George’a Weigela. Trudno się więc dziwić, że − jak piszą teologowie z Grenady − „kapitalistyczna kultura Polski” oraz jej „liberalny ustrój polityczny” są „dalekie od zrealizowania neokonserwatywnego liberalizmu współgrającego z nauczaniem Kościoła”. Jest tak dlatego, że ich wpływ nie był wystarczający, by zrealizować u nas „amerykańską propozycję”. Trudno zatem bronić tezy, że to ich działalność najbardziej przyczyniła się do „entropii sekularnego rozumu”. W papieskich „Pressjach” wskazywaliśmy między innymi, że jednym z naszych głównych problemów jest niezdolność do przyjęcia papieskiego nauczania w całej jego złożoności i radykalności przez polskich duchownych. Dla wielu z nich najważniejsza jest „troska o przeciekający dach na plebanii oraz remont wiekowych organów” (Krętacz 2011). Bartłomiej Czajka (2011) pokazywał rytualność nawiązań do nauczania Jana Pawła II w listach biskupich, a Łukasza Gazur (2011) oskarżał kościelnych mecenasów o uśmiercanie papieża poprzez poziom promowanej przez nich sztuki. Tak, wielu polskich księży uległo „entropii sekularnego rozumu”, ale nie na skutek lektury amerykańskich neokonserwatystów, ale raczej w wyniku długoletniego oddziaływania komunizmu i postkomunistycznego „polskiego liberalizmu”. Często zapominamy, że polskie społeczeństwo żyjąc przez dziesiątki lat w systemie promującym materializm, cwaniactwo i cynizm, przesiąkało tego typu treściami. Nie inaczej było z polskimi księżmi. Co więcej, Kościół przetrwał komunizm nie tylko dzięki męczeństwu, ale także dzięki umiejętnemu układaniu relacji z władzą, zwłaszcza w ostatniej dekadzie PRL-u (Dudek, Gryz 2003). Wchodząc z takim bagażem kulturowym w nową rzeczywistości, nie będąc intelektualnie O co nam chodziło w Zabiliśmy proroka? 125 przygotowanym do nowych wyzwań, wielu polskich księży nie było w stanie na poważnie zmierzyć się z propozycją papieża. Ich uwaga skupiała się raczej na konkordacie, religii w szkołach, relacji z władzą, także na poziomie gminy, starań o odzyskanie utraconego majątku i tak dalej. To troski o sprawy materialne przyczyniły się do „entropii sekularnego rozumu” dużo bardziej niż lektura Neuhausa, Weigela czy Novaka. Neokonserwatyzm czy oświecenie? Sprawa nie była więc taka prosta. Papież przyjeżdżając do Polski w 1991 roku, miał bardzo trudne zadanie. Z jednej strony, jego głównymi jawnymi oponentami okazali się przedstawiciele tej części obozu postsolidarnościowego, która po Okrągłym Stole za głównego wroga nowego porządku uznała Kościół, a za ważnego sojusznika obrała „liberalnie” usposobionych postkomunistów. Ten potężny obóz miał ogromną moc narzucania różnych narracji, które zniekształcały nauczanie Jana Pawła II. Ten mechanizm „kremówkowania Papieża” opisaliśmy już we wstępie do papieskich „Pressji” (Krętacz 2011). Z drugiej strony, polski Kościół nie był specjalnie przygotowany na papieskie propozycje, miał bowiem wiele wad odziedziczonych po komunizmie. Z tego powodu wielu katolików, zarówno świeckich, jak i duchownych, nie było w stanie wejść z Janem Pawłem II w realny dialog. Raczej, zajęci swoimi małymi sprawami, znaleźli wygodne schronienie w cieniu tej wielkiej postaci. W tym kontekście należy umiejscowić działalność neokonserwatystów. W papieskim numerze „Pressji” w dziale „Papieskie kremówki” napisałem krótką notkę o encyklice Centesimus annus. Ten ważny dokument, omawiany szczegółowo na Szkołach Letnich Tertio Millennio, był odczytywany jako wezwanie do „wyrwania polskich katolików” 126 Krzysztof Mazur z rysującego się fałszywego wyboru: albo „przywiązanie do wartości chrześcijańskich kosztem zamknięcie się na współczesność”, co zdawało się sugerować wielu księży, nie rozumiejących nowych okoliczności, w których znalazł się Kościół, albo „akceptacja kapitalizmu i demokracji kosztem porzucenia tradycyjnych przekonań religijnych”, co Działalność Tertio Millennio była ważna i potrzebna sugerowali „zwolennicy programu oświeceniowego”. W tym kontekście program amerykańskich „katolickich liberałów” stał się jedną z nielicznych propozycji pokazujących aktualność nauczania Jana Pawła II. Oczywiście, o czym pisałem w swoim komentarzu, to środowisko miało skłonność do „niedostrzegania napięć między współczesnością a chrześcijaństwem”, choć w samej encyklice jest wiele fragmentów podających w wątpliwość taki optymizmu. Nie zmienia to jednak faktu, że działalność Tertio Millennio była − jak pisałem − „ważna i potrzebna z perspektywy lat dziewięćdziesiątych”. Tu różnię się w ocenie od autorów z Grenady. Co nam dało Tertio? Dlaczego tak uważam? Po pierwsze, propozycja amerykańskich neokonserwatystów była poważnym wsparciem dla polskich intelektualistów katolickich w walce z obozem „zwolenników programu oświeceniowego”. Nawet jeśli krytycznie odnosimy się dziś do ich postulatu „przekładania” opartych na religii twierdzeń moralnych na język „demokratycznej debaty publicznej”, to wtedy był to skuteczny sposób, by te twierdzenia w ogóle pojawiły się w debacie publicznej. Po drugie, w środowisku Szkół Letnich narodziła się idea Instytutu Tertio Millennio założonego przez ojca Macieja Ziębę OP w połowie lat dziewięćdziesiątych. Działalność tej instytucji szybko zaczęła wykraczać poza elitarne ramy Szkół Letnich. Instytut organizował między innymi cykl debat w dziewięciu miastach Polski i konkurs wiedzy o Janie Pawle II, w których rocznie brało udział nawet dziewięć tysięcy uczniów. Co ważne, środowisko to wraz z wzrostem stawało się coraz bardziej pluralistyczne w interpretacji nauczania papieża. Instytut nie powtarzał ślepo neokonserwatywnych schematów. Przeciwnie, nawet na Szkołach Letnich, których program określali Amerykanie, często dochodziło do dyskusji między Polakami i gośćmi z USA w kwestii zgodności współczesnego kapitalizmu z założeniami katolickiej nauki społecznej. Mało tego, papieskie „Pressje” otwierają teksty osób, które przez kilka lat prowadziły warsztaty na szkołach zimowych, kierowanych przez ojca Macieja Ziębę OP. Nie jest przesadą stwierdzenie, że papieskie „Pressje” nie powstałyby, gdyby nie te szkoły. Zabiliśmy proroka to raczej efekt działalności Instytutu Tertio Millennio, a nie jego fundamentalna krytyka, jak zdają się sądzić niektórzy nasi rozmówcy. Po trzecie, siłą środowiska Instytutu było budowanie więzi między młodymi katolikami działającymi w sferze publicznej. W okresie największej świetności sieci Tertio obejmowały ponad tysiąc osób działających w najważniejszych środowiskach akademickich. W tym czasie była to bodaj jedyna ogólnopolska organizacja, która mobilizowała młodych ludzi do czytania papieskich tekstów. Skala jej działania, na tle powszechnej nieznajomości papieża, była i jest imponująca. Tym bardziej, że Tertio jest organizacją społecz- ną, funkcjonującą tylko dzięki ideowemu zaangażowaniu ludzi, bez stałego wsparcia ze strony państwa czy Kościoła. Wreszcie, po czwarte, należy pamiętać, że idee wiążą się bardzo mocno z okolicznościami, w których są wypowiadane. Dlatego przyznawanie się do „liberalizmu katolickiego” znaczy dziś coś innego niż w latach dziewięćdziesiątych. Najlepiej widać to w rozmowie Marka Przychodzenia z ojcem Maciejem Ziębą OP (2012), który zauważa, że „dwadzieścia lat temu” częściej używał tego określenia, a dziś żartuje, że się powinno go zakazać, bo stało się zbyt wieloznaczne. W innej części dodaje, że nabiera także większego dystansu do „liberalizmu anglosaskiego”, gdyż „postmodernizm dosyć mocno go kąsa”. To truizm, ale w świecie „kąsającego postmodernizmu” pewne prawdy stają się lepiej widoczne niż w optymistycznych latach dziewięćdziesiątych. Z tych powodów utrzymuję, że wpływ amerykańskich neokonserwatystów na Polskę był „ważny i potrzebny z perspektywy lat dziewięćdziesiątych”. Trudno mi się zgodzić z tezą, że ponoszą oni odpowiedzialność za „skolonizowanie” Jana Pawła II w Polsce. Amerykańcy intelektualiści stali się raczej dla środowiska Tertio Millennio, w tym także dla piszącego te słowa, impulsem do potraktowania Jana Pawła II na poważnie. Pomogli dostrzec w nim postać, która ma propozycję dla współczesnego świata i której misja nie zakończyła się wraz z upadkiem Muru Berlińskiego, jak przekonywali nas „zwolennicy programu oświeceniowego”. Jeśli ostatecznie odrzucamy pewne proponowane przez nich interpretacje, to w żaden sposób nie pomniejsza to ich roli. Co dalej? A może samemu trzeba się przekonać, czym są szkoły Instytutu Tertio Millennio? Polecamy najbliższą edycję zimową. Szczegóły na www.tertio.pl. 127