Kamienica Pani A.L.
Transkrypt
Kamienica Pani A.L.
Część I Jestem wnuczką człowieka, który w 1896 roku, wybudował kamienicę czynszową w Łodzi . Budował z myślą o zapewnieniu swoim dzieciom i wnukom dachu nad głową a także godnego życia. Był mistrzem tkackim. Za czasów carskich zarabiał pieniądze, które zapewniały utrzymanie licznej rodziny. W okresie międzywojennym pracował na bardzo odpowiedzialnym stanowisku brygadzisty w fabryce Stainerta w Łodzi, gdzie ustawiał pierwsze angielskie maszyny tkackie. Jego zarobki oraz podpieranie się kredytami pozwoliły w 1938 roku, na dobudowanie drugiej kamienicy do już istniejącej. Nie zdążył otynkować nowo budowanej kamienicy, gdyż wybuchła II Wojna Światowa. Po wojnie, w 1945 roku, nadzieje na godne życie, z tytułu posiadania – legły w gruzach. Ponieważ Mateusz był człowiekiem starym i schorowanym, w 1945 roku, przekazał nieruchomość wraz z dokumentacją, oraz zarządzanie, mojemu ojcu Mieczysławowi. Gdyż tylko on jeden, do takiej funkcji się nadawał. Był mistrzem budowlanym, więc wszystkie remonty na nieruchomości wykonywał własnymi rękami. Po śmierci Mateusza (1952 rok) ojciec mój nie tylko zajmował się nieruchomością, lecz miał na całkowitym utrzymaniu dwie niezamężne schorowane siostry, w tym jedną niepełnosprawną umysłową i obie bez żadnych dochodów. Reszta rodzeństwa wyrzekła się nieruchomości, nigdy nie zadeklarowali żadnej pomocy finansowej w odniesieniu do remontów, nie interesowali się losem nieruchomości, ani naszym losem. Ówczesny system zniszczył wszystko co tylko dało się zniszczyć, a przede wszystkim niszczył tych, którzy cokolwiek posiadali. W okresie PRL-u, nie było żadnych zysków. Natomiast straty narastały przez dziesiątki lat, co potwierdzi każdy biegły sądowy. Większość właścicieli kamienic oddawało swoje nieruchomości pod ówczesny zarząd państwowy, gdyż z powodu braku pieniędzy, nie byli w stanie utrzymywać swoich nieruchomości. Mój ojciec nigdy nie oddał kamienicy pod zarząd ówczesnego systemu. Remonty wykonywał za własne pieniądze, większość prac we własnym zakresie. Ja, już jako kilkuletnie dziecko pamiętam scenę, kiedy system przysłał wieloosobową rodzinę wraz z całym dobytkiem, z decyzją na dokwaterowanie do naszego mieszkania. Były to sceny jak z amerykańskiego filmu sensacyjnego. Moi rodzice nie pozwoli na wejście do domu, obcej rodzinie. Władze ówczesne były anulować swoją decyzję. Od roku 1970 ja i mój mąż pomagaliśmy w utrzymywaniu nieruchomości, często oddając całe jedno wynagrodzenie, na przykład materiały budowlane do remontu kamienicy. Nikt z rodzeństwa mego ojca nie wiedział o naszych dramatach, bo ich to nie interesowało. Problemy trwały aż do 1989 roku, mimo to, niewyobrażalne poczucie własności, energia i chart ducha pozwoliły na przetrwanie i utrzymanie kamienicy w dość dobrym stanie technicznym, który do dnia dzisiejszego kwalifikuje nieruchomość do zamieszkiwania. Nakłady remontowe poniesione przez mego ojca i mnie, przewyższyły obecną wartość nieruchomości. Mój ojciec zmarł w 1982 roku, matka w 1984 a moja siostra Alicja w 1986 roku, zostałam w tej kamienicy sama. Jeszcze za życia rodziców, aktywnie i z poświęceniem pomagałam im w zarządzaniu, a po ich śmierci całkowicie przejęłam nieruchomość i tak jest nadal, jednak różne dramaty nie odstępują mnie. Część II Po śmierci moich rodziców, a było to w 1985 roku, wynajęłam część własnej powierzchni mieszkalnej obcemu człowiekowi, nie wnikając kim jest i czym się zajmuje. Systematycznie, co kilka lat, prosił mnie o zgodę na powiększenie zajmowanej powierzchni. Ja wyrażałam na o zgodę, podpisując z nim cywilno-prawne umowy najmu. Przez dłuższy czas nie wiedziałam, że człowiek ten obserwował moje prywatne problemy i dramaty rodzinne. I że to wykorzystywał. Zaznaczyć należy, że wywodził się ze środowiska cinkciarzy spod byłych Pewexów. W 1993 roku zajmował powierzchnie 94 metrów kw. I wtedy nakłonił mnie do podpisania umowy cywilno-prawnej, lecz pod nazwą przedwstępnej umowy kupna-sprzedaży lokalu. Od tej chwili poczuł się właścicielem lokalu, a także współwłaścicielem do części nieruchomości. Dał mi zaledwie 3 miesiące czasu na sfinalizowanie tej umowy, co było oczywistą abstrakcją, gdyż nieruchomość nie była prawnie uregulowana z braku księgi wieczystej. Najemca nie dokonał wglądu do ksiąg wieczystych, gdyż jak późnej zeznał, takie drobiazgi go nie interesowały. Przestał płacić czynsz i na skutek tego otrzymał 3 miesięczne wypowiedzenie umowy najmu. Na dzień następny wytoczył mi proces sądowy żądając gigantycznych lichwiarskich kwot wraz z odsetkami, kierował w stosunku do mnie i moich bliskich, groźby karalne. Dziesięcioletni proces przegrywał na każdym etapie. Proces przejmowało sześć kolejnych sądów, w tym dwa apelacyjne. Przegrywał pomimo, że byłam przez cały czas procesu obrzucana błotem, powołał zmanipulowanych świadków przeciwko mnie. Przed pierwszą sprawą apelacyjną w tajemniczy sposób zniknęły z akt, ważne nasze dokumenty. A zaraz po sprawie, w tym samym dniu, wróciły do akt. Mimo wszelkiego zła, matactw i manipulacji, wieloletni proces przegrał, a w uzasadnieniu sąd apelacyjny mn. napisał: „Żądania powoda, są ewidentnie lichwiarskie, a chęć wzbogacenia się, niczym nie uzasadniona.” Jednak człowiek ten nigdy za wygraną nie dawał, tak więc, w połowie wieloletniego procesu, przyszedł do mnie i zapowiedział drugi proces! Z informacją, że tym razem ma z góry wygraną a nawet wymienił kwotę wygranej. W 2001 roku wykreślił z ewidencji swoją działalność gospodarczą i od tej pory miał status osoby bezrobotnej. W tym samym roku, rozpoczął budowę willi, do której wyprowadził się ode mnie w czerwcu 2002 roku, pozostawiając u mnie niewyobrażalne zniszczenia, a od 2003 roku, rozpoczął się wcześniej przez niego zapowiedziany proces. Po 4 latach procesu, który prowadziła od początku do końca ta sama osoba, zostałam obciążona kwotą 32 tyś złotych plus 16 tyś złotych odsetek, plus 4 tyś kosztów sądowych. Człowiek, który wybudował willę, wymienił stare auto na BMW- w ocenie sądu był biedny, utrzymujący się z prac dorywczych, a ja jako kamienicznik, krwiopijca i oszust, zostałam przez sąd całkowicie zniszczona. Sąd obciążył mnie obowiązkami najemcy, jak malowanie, tapetowanie itp. Obciążył mnie zniszczonymi wykładzinami dywanowymi, tapetami i boazerią w korytarzu, co stanowi wyłączny koszt najemcy. Zostałam obciążona samowolą budowlana, udokumentowaną przez władze budowlane lokalne i powiatowe, a żadne moje zeznanie nie było brane pod uwagę. Wiarygodne dla sądu było tylko to co zeznawał najemca. Protokoły z rozpraw były pisane odwrotnie aniżeli zeznawano, pisane w sposób całkowicie na moją niekorzyść. Biegły w swojej opinii, stwierdził podstawowy standard lokalu, a sąd uznał lokal za luksusowy apartament. Złożyłam wniosek aby biegły rozgraniczył obowiązki lokatora od obowiązków właściciela, ale wniosek mój został oddalony. Złożyłam wniosek o powołanie świadków – sąd wniosek oddalił. Dokumentacja fotograficzna z dnia zdawania lokalu, przy czym był obecny najemca, nie uwzględnia ona to, że najemca zeznał, iż ukazane zniszczenia zostały dokonane po opuszczeniu przez niego lokalu. Sąd dał mu wiarę. Niedawno w jednym z programów telewizyjnych, pan prof. Bałandynowicz powiedział: „Sądy są niezawisłe, ale nie mogą być bezkarne i wszechmocne.” Nie dość, że zostałam pokrzywdzona prawomocnym wyrokiem, sąd odciął mi drogę od wniesienia kasacji do sądu najwyższego, gdyż kwota główna nie spełniała warunków, w rezultacie mojego dramatu, aby zapłacić zasądzone mi kwoty, byłam zmuszona sprzedać część należnego mi udziału, w ramach którego, kupujący zajął 63 metry kwadratowe powierzchni mieszkalnej wraz z korytarzem. Jest to dla mnie wielka krzywda, gdyż nie tylko mam obcego współwłaściciela, który nie płaci czynszu, to straty moje rosną nadal z miesiąca na miesiąc. Tak właśnie zdecydował niezawisły sąd. Posiadam do wglądu akta obu spraw i niepotrzebna jest do tego lupa, aby zorientować się, że zostałam niesłusznie obciążona wielkimi kwotami. Część III W ponad stuletniej historii tej kamienicy, nigdy nie było tu eksmisji, lokatorzy są okrutni, niszczą wszystko, nawet to co jest nowo wyremontowane lub naprawione. Stawki czynszowe podwyższane są sporadycznie co kilka lat, dlatego lokatorzy nie przyzwyczajeni są do podwyżek. Przykład – lokator mieszka od 2003 roku. Do 2010 roku, czynsz jego wzrósł zaledwie o 30 złotych! Lokator przymroził mi palcem, że nie może być mowy o jakiejś jeszcze podwyżce. Uważa, z byłych stawka czynszowa ujęta w umowie najmu z 2003 roku jest nienaruszalna na zawsze. Inna lokatorka, od 2009 roku, płaci stawkę 9zł/metr kwadratowy, syn tej osoby, głośno i wulgarnie wyzywał mnie w stylu „Skąd ta, k… w…d…j… itd. Wzięła taką stawkę!”. Inny lokator, gdy domagałam się aby w terminie płacił czynsz, odpowiedział mi, że kraść nie pójdzie aby mi zapłacić! Ciekawostką jest to, że prowadzi w moim budynku, dochodową działalność gospodarczą a z Urzędu Miasta dostaje bardzo wysoki dodatek mieszkaniowy. Jeszcze inny lokator mówił „ Wymień mi okna, bo jeżeli nie, to oglądaj się za siebie.” Takich przykładów jest bardzo wiele. Jestem zmęczona, przeklętą kamienicą, lokatorami, sądami i takim życiem. Część IV Cios idzie za ciosem. Nieruchomość moja od zawsze była nieuregulowana i ja, jako jedyna osoba w rodzinie, w 1983 roku, zajęłam się wyprowadzaniem tego bałaganu. Przeprowadziłam kilkanaście spraw spadkowych po zmarłej rodzinie, nie byłam świadoma zasiedzenia moich rodziców i swojego. Dopiero kiedy zostałam zaatakowana po 2000 roku przez rzekomych spadkobierców, których nie znam, którzy przez ponad 60 lat nie interesowali się nieruchomością, po konsultacji z prawnikiem, w 2009 roku złożyłam w sądzie wniosek o zasiedzenie mego ojca, matki, lub mnie. Posiadam licznych świadków, oraz dowody w postaci oryginalnych dokumentów, że przez ponad 60 lat nieruchomością zajmował się wyłącznie mój ojciec z matką, oraz ja. Mam nadzieję, że sprawa jest jedynie formalnością i że tym razem sąd okaże się mądrym i sprawiedliwym. Koniec. Prezesowi Rozenkowskiemu autor jest znany. Pozdrawiam. A.L.