jacek hugo-bader

Transkrypt

jacek hugo-bader
Historia musi mnie sponiewierać
JACEK HUGO-BADER
Urodził się w 1957 r. w Sochaczewie. Podróżnik, reporter, pisarz. Od 1990 r. związany z Gazetą Wyborczą. Miłośnik Rosji.
Jak sam mówi, podróż jest dla niego największą przyjemnością. Azję przemierzył na rowerze, jezioro Bajkał przepłynął
kajakiem, samotnie, łazikiem dotarł z Moskwy do Władywostoku. Jego książka „W rajskiej dolinie wśród zielska“ była
nominowana do nagrody NIKE. Laureat nagrody Grand Press (1999, 2003) oraz głównych nagród Stowarzyszenia
Dziennikarzy Polskich. Jest współautorem filmu dokumentalnego „Jacek Hugo-Bader. Korespondent z Polszy”.
Powiedział Pan kiedyś, że dziennikarstwo powinno naprawiać świat...
Jacek Hugo-Bader: Tak, ale to bardzo niekonkretne naprawianie świata. Dziennikarze są
czwartą władzą. Pokazują, gdzie coś nie hula. Dlaczego reporterzy zajmują się
okropnościami, opisują tylko nieszczęśliwe zdarzenia? Muszą wskazywać miejsca, w których
dzieje się jakieś nieszczęście. To są może komunały, ale taka jest prawda. Nieszczęście jest
bardziej fotogeniczne, niż ludzie, którym się wszystko udaje.
Czy nie grozi to zobojętnieniem?
JHB: Tak jak lekarz onkolog - musi zobojętnieć. Stary reporter też musi zobojętnieć, ciągle
grzebiąc się w nieszczęściach. Nie zobojętnieć – użyłem złego słowa – przywyknąć. Gdyby
reporter znieczulił się, powinien zmienić zawód. Kim byłby reporter, który nie czuje?
A jeśli reporter przyzwyczai się, czy to nie grozi z kolei tym, że przestanie zauważać
nawet nieszczęścia, bo wszystko będzie normą?
JHB: Istnieje takie niebezpieczeństwo. Mając to na uwadze, w pewien sposób pokierowałem
własnym życiem. Dostałem kiedyś propozycję, żeby zostać stałym korespondentem w Rosji.
Odmówiłem, bo obawiałem się, że przestanę się dziwić i zauważać. Za każdym razem, kiedy
jadę do Rosji wszystko mnie dziwi i to dziecięce zdziwienie w sobie pielęgnuję. Ryzyko
przywyknięcia jest jednak stosunkowo małe, ponieważ co dwa, trzy tygodnie kompletnie
zmieniam temat, wchodzę w nową rzekę. Wyspecjalizowałem się w Rosji, ale nie mam
swojego tematu, tylko kierunek świata. Idę tam i myślę cyrylicą - nic więcej. Czuwam nad
umiejętnością dziwienia się. Cenię w sobie to, że umiem pytać jak sześciolatek. Ludzie są
zaskoczeni, że zadaję takie banalne pytania.
A zdarza się Panu wchodzić dwa razy to tej samej rzeki, przygotowywać materiał na
ten sam temat?
JHB: Nie, choć mam takie plany. Jszcze raz zrobię ten sam temat z tymi samymi bohaterami
po latach. Strasznie mnie podnieca upływ czasu. Co u nich słychać po kilkunastu latach? Do
tej pory tego nie zastosowałem. Mam tyle fantastycznych tematów, pomysłów, że starczyłoby
mi na dwa, trzy życia. Szkoda mi robić dwa razy to samo.
Do jakich tematów zamierza Pan powrócić?
JHB: Wolę to zatrzymać dla siebie. W naszej branży złodziejstwa się zdarzają.
Rozmyśla Pan o swoich bohaterach?
JHB: To jest pytanie, na które nie lubię odpowiadać. Niestety jest tak, że reporter
wykorzystuje i porzuca bohatera, jak podstarzałą narzeczoną, z którą na wszelki wypadek się
nie ożenił, a teraz nie jest już potrzebna. Mnie nawet mózg się do tego przystosował,
wypracował sobie niewiarygodny talent deletowania z pamięci tych ludzi, z którymi
pracowałem. Klikam „delete” i znikają. A ponieważ mój mózg nie jest tak świetnie
zaprogramowany, popełnia pomyłki. Miesza życie prywatne ze służbowym. Bywa, że
wyrzuca z pamięci prywatne znajomości. Spotykam czasami kogoś i nie mam pojęcia czy go
znam z powodów służbowych czy prywatnych.
Jakich historii nie zapomni Pan do końca życia?
JHB: Jest parę takich historii. Pani Wioli, matki Szymona do końca życia nie zapomnę.
Pisałem o niej, kiedy pracowałem nad tekstem o ludziach, którzy ponieśli w życiu
gigantyczną stratę. Pani Wiola straciła syna w lawinie pod Rysami. Jej opowieść będzie
siedziała we mnie zawsze. Podobnie rozwaliła mnie pani Teresa Majchrzak, opisałem ją
w tekście „Madonny polskie“, matka Piotra, chłopca, którego ZOMO zabiło w Poznaniu na
ulicy. Opowiedziała mi tę historię…, jak przychodzi do szpitala, gdzie umiera jej syn…
poryczałem się kiedy mi to opowiadała, poryczałem się kiedy odsłuchiwałem kasetę i kiedy
o tym pisałem. W życiu nie słyszałem tak dynamicznej opowieści. Moje relacje z bohaterem
są intensywne, ale krótkotrwałe. Historia musi mnie sponiewieraća bohater złapać za gardło,
wsadzić mi rękę do środka, do bebechów, mocno ścisnąć i jeszcze zatargać. Łaknę jak kania
dżdżu takich historii.
Jak otwiera pan swoich bohaterów, jak do nich dociera? Powiedział Pan, że kontakt jest
intensywny i krótkotrwały, a przecież ludzie nie są z natury otwarci.
JHB: Bóg mnie obdarzył umiejętnością słuchania i rozmawiania z ludźmi. Otwieram ich, tak,
ale sam też się otwieram. Odkręcam się jak słoik. Jak ktoś specjalnie nie chce się otworzyć, to
arivederci Roma, nie musze z tym bohaterem pracować. Oczywiście, mam bohaterkę, nad
którą pracuję latami, żeby zechciała się otworzyć, żeby ze mną usiadła i pogadała. Mam parę
takich bohaterek i paru takich bohaterów. Coś musi się stać u nich, żeby powiedzieli tak. Co
jakiś czas dzwonię i mówię „no i co pani Jolanto, może już czas?” Chcę zrobić z nią
normalny wywiad. Odmówiła mi, ale nie definitywnie, powiedziała, że to nie jest pora, więc
będę spokojnie czekał. Zawsze, kiedy wymyślę temat, zakładam teczkę. Podpisuję ją i co
jakiś czas ona pęcznieje. Myślę nad tym, czuwam, pamiętam o tym bohaterze. Jeden umarł,
a nie skonsumowałem tematu. Nie mogę sobie tego darować.
Cierpliwość jest Pańską mocną stroną.
JHB: Nie. Nic nie mogę zrobić, jak człowiek mi odmawia. Stosunek z bohaterami jest
intensywny. Wygląda na to, że jesteśmy o ciut-ciut od tego, żeby się zaprzyjaźnić, a nie ma
takiej możliwości.
Nie dopuszcza Pan do tego, czy nie chce?
JHB: Zabrzmi to fatalnie, ale to kontakt jednorazowy. Bohater to człowiek do wykorzystania
tematycznego. Nie mogę się zaprzyjaźnić z każdym bohaterem. Napisałem kilkaset tekstów,
to jest parę tysięcy ludzi. Jakbym chciał nimi wszystkimi zaludnić głowę, to łeb by się
rozleciał w drobny mak. Poza tym nie wiem czy to jest zawodowe, zaprzyjaźniać się
z bohaterami. Madzia Grochowska mówi, że ma być absolutny dystans, żadnego
przechodzenia na ty, pytanie, odpowiedź, do widzenia. Nie, ja się do nich przytulam. Być
może, że to ich zbija z pantałyku, że oni sobie coś więcej wyobrażają, czasami widzę
w oczach ludzi coś takiego, jeżeli nam się za fajnie rozmawia. Co z tego wyniknie? Co z tego
będzie? A ja wiem, że nic nie będzie… Czasami to są brylanty, ja się w nich zakochuję. Nie
można się w profesorze Szumnym nie zakochać. To jest jeden z najpiękniejszych ludzi, jakich
w życiu widziałem. Poszedłem do niego, nawet nie wiedząc, co ja z nim zrobię. Wiedziałem,
że muszę spotkać tego człowieka i z nim pogadać. Poryczeliśmy się parę razy. To nauczyciel,
któremu zginęły dzieci w lawinie pod Rysami. Prowadził wycieczkę, a lawina urwała się za
nim, dzieci zginęły, a on przeżył. Czy może nauczycielowi przytrafić się coś straszniejszego?
Gdyby takie nieszczęście się nie wydarzyło, wracam do początku naszej rozmowy, żaden
dziennikarz by do Szumnego nie poszedł pogadać, mimo że on przedtem też był
nauczycielem-brylantem. Ta historia pokazała, że mamy do czynienia z najpiękniejszym
polskim nauczycielem, współczesnym Korczakiem, tylko że tamten mógł zginąć, a ten nie
miał takiego wyboru, a oddałby wiele, żeby zginąć pod tą lawiną. Jakby kiedyś stawiano
w Polsce pomnik nauczyciela, to by trzeba było odlać w brązie profesora Szumnego
z Tychów. Dopiero później wymyśliłem, że musze napisać tekst o polskich nauczycielach, od
razu założyłem teczkę pt. „Nauczyciel polski” i powiedziałem, że muszę znaleźć jeszcze
czterech, pięciu bohaterów o podobnym ciężarze gatunkowym.
Konstruktor karabiunu Kałasznikow ogłuchł. Choroba zawodowa. Na jaką chorobę
zawodową cierpią reporterzy?
JHB: Średnia długość życia amerykańskiego dziennikarza, to 48 lat. Dawno powinienem nie
żyć. Nie uważam, żeby dziennikarze amerykańscy pracowali intensywniej niż Polacy.
Choroby zawodowe reportera? Duszebne. Strasznie cierpimy z powodu urażonej dumy,
ambicji zawodowej, niedocenienia. Jak strasznie są liczone Pressy! Jestem pewien, że każdy
reporter oddałby parę lat życia, żeby tego Pressa dostać. Każdy ma różne wrażliwości,
przeżywamy wszystko z bohaterami, to się ładuje w człowieka.
Mariusz Szczygieł napisał w słowie wstępnym do „Białej gorączki”, że Ryszard
Kapuściński opisywał Imperium z lotu ptaka, a Pan opisuje Imperium z perspektywy
wałęsającego się psa. Odpowiada Panu takie porównanie?
JHB: Szalenie! To przepiękny komplement. Oczywiście, że lepiej węszyć. Jestem reporterem
trotuarowym. Nie salonowym. Opisuję świat z perspektywy trotuaru. Idę po trotuarze,
czasami mi się noga omsknie, wpadnę do rynsztoka, wstanę, otrzepię się i idę dalej. Mnie
interesują doły, niziny społeczne. Nie interesuje mnie polityka, chyba że jest to folklor
polityczny. Mnie raczej interesują odrzuceni, niż wybrani. Czy profesor Szumny to jest
człowiek odrzucony czy wybrany? Pan Bóg go wybrał, obdarzając go niewiarygodnym
pięknem i talentem pedagogicznym. Nie mógł go bardziej doświadczyć jako człowieka
i nauczyciela. Kim on jest? Na szczęście nie musze odpowiadać na to pytanie, ważne że
umiem je sobie zadać. Nie patrzę na świat z góry. Nie umiem przeprowadzić dużej analizy,
ale umiem opisać płytki chodnikowe wszystkimi zmysłami. Mam węch jak owczarek
niemiecki.
Czasami widząc szczegóły, nie widzi się całości…
JHB: To może być zarzutem w moim przypadku. Nawet to w sobie lubię, że jestem taki
nieporadny w dostrzeganiu całości. Mam kłopot, kiedy zapraszają mnie na rożne spotkania
dotyczące Rosji. Bo niby jestem specjalistą od Rosji. A jaki ze mnie specjalista? Po prostu
tam jeżdżę i opisuję ludzi, w dodatku z poziomu płytek chodnikowych. Niewiele mogę
o Rosji powiedzieć.
Czy w trakcie pracy myśli Pan o czytelniku?
JHB: Któryś zwój w moim mózgu o nim myśli. Kiedyś napisałem tekst tylko dla dzieci.
Udało mi się opisać w nim orgazm, jako sztorm na Morzu Saragossowym. Pisałem dzieciom
o tym, że ich rodzice czasami mają taki moment w życiu, że tak mocno się przytulają, że
powstaje sztorm. Przez wiele lat pisałem reportaże pod swoja szefową, Małgosię Szejnert, ona
była moim uniwersalnym czytelnikiem. Małgosia mówiła, że kiedy przynoszę teksty do
redakcji, to ona wie, że nie będzie się nudzić. Przede wszystkim wie, że po moim tekście
może być potężnie wkurwiona.
Dopuszcza Pan elementy fikcji w reportażu?
JHB: Nie. Rozumiem, że może być bardzo ważny powód, żeby zakamuflować bohatera, albo
napisać, że była inna pogoda. Bardzo trzeba z tym uważać, raz sobie pani pozwoli na taki
krok w bok od prawdy, a później już kilometr od niej odejdzie i to już nie będzie prawda, ale
całe kłamstwo. Podpisuję się obiema rękami pod zdaniem, które kiedyś wypowiedział
Kapuściński: nie po to jadę na drugi koniec świata, spędzam tam długie miesiące, żeby mi się
zgadzały szczegóły i duperele. Bohater ma prawo do tworzenia fikcji i może opowiadać mi
przeróżne historie, baśniowe, ale nie są to historie zmyślone przeze mnie. Kiedy pisałem
o szamanach, pojawiły się tam elementy bajkowe, anioły. Czytelnik może w to wierzyć, lub
nie, ale bohater, który mi to opowiada głęboko w to wierzy i ja to piszę. Świat jest pełen
duchów, ciągle o tym piszę.
Jakiego ducha ostatnio Pan spotkał?
JHB: Babci Natalki. Panie akurat weszły do domu i w kuchni zabrzęczały garnki bez powodu.
Jestem do tego przyzwyczajony. U nas takie rzeczy się zdarzają. To jest ukochana babcia
mojej żony i zawsze jej pilnuje. Od kiedy pierwszy raz byłem u mojej żony, to mnie
uprzedziła, że duch babci z nią jest i będzie robił takie różne rzeczy, np. przewracał szkła
w szafach. Wczoraj drzwi do piwnicy same otworzyły się na oścież.
A pański anioł stróż? Z „Białej gorączki” dowiadujemy się o nim od szamanki.
JHB: Moim aniołem stróżem jest moja babcia Irena z długim warkoczem. Zmarła przed moim
urodzeniem. Mojego ojca zamknięto w więzieniu i w tym czasie stracił rodziców. Miał 18 lat,
to dramatyczna historia rodzinna. Babcia umierała z rozpaczą w sercu. Kiedyś napisze o tym
powieść, ale to dopiero jak będę na emeryturze.
Brał pan udział w obrzędach szamańskich. Co Pana w nich najbardziej zdziwiło? Każdy
ma jakieś wyobrażenie na ich temat…
JHB: Kiedy pojechałem na Syberię i zacząłem oglądać szamusów, to zrozumiałem, że to
szamani indiańscy. Nawet melodia ich monotonnego, smutnego, przerażającego śpiewu jest
taka sama, mają identyczne stroje, pióropusze na głowie, identycznie skonstruowane bębny,
dym jest podstawowym, oczyszczającym narzędziem pracy szamana. To mnie poraziło
później, kiedy czytałem historię ludów syberyjskich. Te ludy zaludniły obie Ameryki.
W jakich butach Pan podróżował?
JHB: Najpierw podróżowałem w swoich ukochanych zimówkach. Mam je kilkanaście lat i nie
chcą się skończyć. Są na mnie troszeczkę za małe, ale co tam. Ubóstwiam je, ponieważ wiele
razem przeszliśmy w sensie dosłownym i przenośnym, a odziedziczyłem je po moim synu.
W pewnym momencie to dzieci odziedziczają ubrania po rodzicach, a potem jest odwrotnie.
Pojechałem w nich na Sybir. Bardzo dobrze się spisały. Przerwałem podróż z Moskwy do
Władywostoku i przyjechałem do domu na święta. Po świętach wróciłem na szlak. Zabrałem
inne. Idiota, oczywiście. Wziąłem swoje ulubione buty treckingowe, ciężkie, ze sztywną
podeszwą. Żałowałem przez następne dwa miesiące, strasznie marzłem. W samochodzie
potwornie marzła mi lewa noga, więc kupiłem walonki. Kiedy byłem na Jamale, chodziłem
w gumofilcach. Oczywiście też pojechałem w butach treckingowych, ale okazało się, że
w tundrze takie buty to psu na budę. Moi koczownicy na szczęście dali mi swoje gumofilce.
Już na początku Pańskiej syberyjskiej podróży zepsuł się Panu odtwarzacz CD w łaziku.
Nie mógł Pan słuchać płyt. Jaką muzykę ze sobą Pan zabrał?
JHB: Poprosiłem syna, żeby mi nagrał. Na pycie było wszystko: od Beethovena do Metallici.
Był Pan hipisem?
JHB: Tak, dlatego pisanie o ruskich hipisach było dla mnie tak przyjemne. Jestem hipisem
w sercu. Hipisizm nie polega na wyglądzie. Kiedyś byłem przekonany, że jak zapuszczę
włosy, założę dzwony, koraliki na szyję i na rękę, to już będę hipol. Hipisizm to dusza,
niewiarygodne umiłowanie wolności, to co mam w sobie. Dlaczego zaangażowałem się
w obalanie komuny? Nie mogłem wytrzymać niewoli, czułem się sponiewieranym
człowiekiem. Chciałem żyć w wolnym kraju. Sam bunt przeciwko niewoli już mi dawał dużą
dozę wolności. Moją żonę poznałem w ten sposób za czasów wojny Jaruzelskiej. Moja
struktura podziemna miała jakąś wsypkę i trzeba było się poukrywać. Ukrywałem się u mojej
żony. Nie znaliśmy się. Wtedy poznałem babcię Natalkę.
A co Pan ma na ręku?
JHB: Koraliki i różne sznurki, nitki. Koraliki dostałem od córki, to są rzeczy niezdejmowane,
co jakiś czas któryś z nich się przerywa. Każdy z tych sznurków jest na jakąś intencję, na
wyjazd, na szczęście, przed maratonem. Jeden dostałem osobiście od Dalajlamy. Nie wiem,
który… Czyżby zginął sznurek od Dalajlamy? Tak! Nie mam sznurka od Dalajlamy…!
Nawet nie zauważyłem. Jak sznurek zginie i nie zauważy się tego, to też dobrze. To był długi
czerwony sznurek. Buddyści nazywają go strażnikiem. Szkoda… tyle lat.
Wspomniał Pan o walce z komuną i umiłowaniu wolności. Kiedy jedzie Pan do Rosji,
gdzie opowiadają z nostalgią o Związku Radzieckim, czy to Pana nie drażni?
JHB: Drażni, ale reporter zawsze musi próbować zrozumieć swoich bohaterów, może
pozwolić sobie nawet na wejście w dyskurs i często w moim przypadku tak się to kończy.
Choć już nie popełniam takich błędów jak z Kałasznikowem. Jak ja mu dałem popalić! Po
dwóch godzinach mnie wyrzucił i skończył się wywiad, a powinienem był u niego dwa dni
siedzieć. To był mój pierwszy wyjazd zagraniczny jako dziennikarza. Zamiast słuchać go
cierpliwie i pomagać mu snuć opowieść, wdałem się z nim w dyskurs, sprawiłem mu
przykrość, wywalił mnie za drzwi. Nikogo nie interesuje, co ma do powiedzenia Bader, bo on
jest zaledwie reporterem, ale wszystkich interesowałoby co można wyciągnąć z duszy
Kałasznikowa, który żył w takich niesamowitych czasach. To jest postać przez duże „p”,
a głupi Bader wdaje się w dyskurs z kimś takim i dociska go do ściany.
Czym dla Pana jest podróż?
JHB: Największą przyjemnością. Nagrodą. Nie liczy się cel podróży. Liczy się, żeby być
w podróży. A potem skonsumować to dziennikarsko. Byle nie spocząć na laurach, ale
atakować, walczyć, iść do przodu. Aczkolwiek, po sportowemu, lubię znaleźć się na mecie.
Jaki smak lub zapach zapamiętał Pan z podróży do Władywostoku?
JHB: Mam swój ulubiony zapach. To zapach dymu z ogniska. Myślę, że w poprzednim życiu
byłem kimś, kto przesiadywał przy ogniu. Ewenkowie przed moim wyjazdem urządzili piknik
w tajdze. Zima, mróz taki, że woda w kolanach zamarza. Rozpaliliśmy ognisko na środku
rzeki. Piknikowaliśmy, wypiliśmy browarka, wódeczkę. Jedliśmy chrapy i mózg łosia
z patelni. Już nawet nie pamiętam o czym gadaliśmy, ale czułem się wtedy z nimi jak w
niebie. Przy 40-stopniowym mrozie usiedliśmy w słońcu. W cieniu mróz cię kąsa, a w słońcu
od razu kurtkę rozpinasz. Niczego więcej nie trzeba.
Kiedyś powiedział Pan, że w poprzednim wcieleniu był Pan kobietą, a teraz, że kimś, kto
przesiaduje przy ognisku, czyli kobietą siedzącą przy ognisku, może szamanką?
JHB: Być może byłem psem! Mam bardzo dużo psich zachowań. Aż wstydzę się paniom
o tym powiedzieć. Wszystko, co wezmę do ręki muszę powąchać. Badam smakami. Mam
bardzo dobry węch. Świetnie rozumiem psy. Miałem dwa psy, jeden z nich niedawno umarł.
Umiałem sterować ich myślami. Biegliśmy po lesie, dziesiątki różnych ścieżek, skrzyżowań,
one biegną, widzę je przed sobą i decyduję, w którą stronę skręcą. One to wyczuwają, ale
myślę, że tak jest w stadach.
W jakiej sytuacji czuł Pan największy strach w trakcie podróży opisanej w „Białej
gorączce”?
JHB: Z pewnością było nieprzyjemnie, kiedy miałem wypadek samochodowy. Kiedy
człowiek turla się w samochodzie, towarzyszy temu krótki, zwierzęcy strach. Zupełnie innego
rodzaju jes strach ciągły, z którym się nie rozstajesz, że coś ci się nie uda, samochód się
zepsuje, staniesz pomiędzy miastami - tak się zresztą stało - musisz przenocować w minus
40-stopniowym mrozie - bałem się czy się obudzę. Cały czas bałem się, że po drodze
spotkam złych ludzi. Nigdy nie miałem w swoich podróżach nieprzyjemnego zdarzenia, nigdy
nie spotkałem bandytów, którzy chcieliby mnie zabić…
„W rajskiej dolinie…“ opisał Pan takich, którzy goszczą…
JHB: Właśnie. Ale ciągle boję się tego, że spotkam zwyrodnialców, którzy będą chcieli mnie
obrabować i zabiją dla pieniędzy. Dlatego zawsze jestem bardzo czujny. Wiem, jak nie rzucać
się w oczy. Umiem wtopić się w tłum. Przestraszyłem się niewiarygodnie, kiedy byłem na
Bajkale, miałem pod sobą kilometr wody i nagle lód pode mną huknął, później do mnie
dotarło, że to jest normalne zjawisko. Kiedy byłem w Czeczenii wybuchł autobus pełen ludzi,
który jechał przed nami. Trafiła go rakieta. Rozleciał się na moich oczach w drobiazgi. Nie
zdążyłem się przestraszyć. Po latach zrozumiałem, ile miałem szczęścia. Raz straciłem
czujność, kiedy upiłem się nad Bajkałem z chłopakami. Wtedy mnie okradziono. Po rosyjsku
mówi się: rozsłabiłem się i straciłem czujność. Dla mnie najważniejsze jest to, co w trakcie
podróży uzbieram, zapiski, nagrania, zdjęcia. Mogłem to stracić. Nie zauważyłem kiedy ktoś
wyniósł mój plecak z namiotu, ale torba z tymi najświętszymi dla mnie rzeczami wypadła
z tego plecaka. Palec Boży!
„W rajskiej dolinie….“ napisał Pan, że Rosjanom właściwie nie odmawia się wypicia
alkoholu...
JHB: Zależy od sytuacji. Czasami odmawiam, jeżeli nie muszę. Ale bardzo często muszę.
W Polsce dla śmiechu mówi się, że kto nie pije ten kapuje, a w Rosji to jest mądrość życiowa.
Kto nie pijot, ten stuczit. Mogę i lubię się napić, ale nie muszę. Ale w takiej intensywnej
delegacji ile można? Mam po parę spotkań w ciągu dnia. Strasznie intensywnie pracuję
w delegacjach od świtu do nocy, chcę się wszystkim nasycić. Zbliża się koniec, wtedy już
lawinowo napływają do ciebie wszystkie adresy, telefony, miejsca, które musisz odwiedzić
i latasz między tymi ludźmi jak wariat.
Rozdziały w „Białej gorączce” przeplecione są fragmentami z książki „Reportaże XXI
wieku” Michaiła Wasiljewa i Siergieja Guszczewa. Pokusił się Pan na literacką grę...
JHB: Tak. Dla kontrastu i dla śmiechu, żeby pokazać jak rozmijali się z prawdą. Ale przecież
nie zawsze. Przewidzieli istnienie Internetu, telefonów komórkowych- w 1957 roku.
Ważna jest dla Pana ta książka? Sugeruje Pan, że w dniu Pańskich urodzin, w 57 roku,
Wasiljew i Guszczew otrzymali od redaktora naczelnego „Prawdy” polecenie
opowiedzenia o przyszłości w ZSRR w roku 2007. To bardzo ładne uzasadnienie
Pańskiej podróży.
JHB: To fantastyczny pomysł i zachaczka do kontynuacji tematu i pojechania tam po 50
latach. Zainspirowała mnie ta książka do napisania czegoś takiego. Chciałbym mieć teraz
duży projekt przed sobą, nie potrafię robić rzeczy drobnych, błahych. Już łeb mi się kręci, co
by tu zrobić, tym bardziej, że mam poczucie upływu czasu. Lada moment może zdrowia nie
starczy. Chciałbym chociaż dyszkę mniej mieć. Tyle mi brakuje.
I teraz słyszę w Panu kobietę…
JHB: Tak, ale to nie jest krygowanie. O tyle za późno zacząłem być reporterem, z kolei to był
najlepszy wiek, żeby zacząć. Trzeba mieć coś w plecaku, dostać po łbie i mieć życiowy garb
zanim się człowiek zacznie brać do pisaniu reportażu o innych ludziach. Trzeba nauczyć się
rozumieć ludzi. Masz napisać o człowieku, którego życie skopało, nigdy go nie zrozumiesz,
jeżeli ciebie życie parę razy nie kopnęło.
Jaka wartość jest dla Pana najważniejsza w życiu?
JHB: Miłość. Kocham moich bohaterów. Przytulam się do nich, umiem się w nich zakochać.
Staję na głowie, żeby coś dobrego w nich znaleźć, nawet kiedy piszę o najgorszych
zbrodniarzach. Myślę teraz o konkretnym bohaterze. Zrobił rzecz niewyobrażalną. Kiedy
wszedłem do niego do celi, pierwsze co poczułem to litość. Było mi go żal, mimo że
wiedziałem, co nawyczyniał. Zaczął wyjmować cały swój majątek, który miał w kieszeniach.
Od kilkunastu lat siedział w izolatce. Wyjął spinacz biurowy, kawałek gazety, zepsutą
temperówkę, chustkę. O każdym przedmiocie dużo mówił. Powiedział mi, że zawsze kiedy
u nich w więzieniu, w Wołowcu jest kapusta kiszona na obiad, to pada deszcz. Taką zauważył
prawidłowość, takie są czary. A to wcale nie było tak bez sensu powiedziane. Prawidłowość
była zupełnie odwrotna. Kiedy pada deszcz, to intendent nie jedzie na targ po świeże
warzywa, tylko wyjmuje z piwnicy kiszona kapustę. Kilkanaście lat to obserwował, jego
własna Eureka, nie zmarnował czasu.
Na koniec rozmowy reporter Jacek Hugo–Bader poprosił o umieszczenie informacji, że
jest to tekst nieautoryzowany, ponieważ Jacek Hugo–Bader wierzy i ufa dziennikarzom,
z którymi zgodził się spotkać na wywiad. Jest przeciwnikiem autoryzacji.
Rozmawiały:
Edyta Hetmanowska i Iga Gierblińska
www.dwutygodnik.com