Nad jeziorem Trzesiecko
Transkrypt
Nad jeziorem Trzesiecko
Legendy o Szczecinku Nad jeziorem Trzesiecko na wzgórzu ( Obecnie Świątki ) wznosił się klasztor augustianów, który został ufundowany w 1356r przez książąt pomorskich. Trzej bracia - Bogusław V, Barnim IV i Warcisław V wznieśli zamek dla uczczenia pamięci swoich rodziców. Klasztor zwany był Marientron lub Maria Cell. Zakonnicy przybyli z klasztoru w Stargardzie i budowali klasztor koło Szczecinka z drzewa i kamienia. W klasztorze w roku 1361 zmarła Elżbieta - córka Kazimierza Wielkiego - żona Bogusława V, oraz w 1364r. jej szwagierka Zofia - żona Barnima IV. Obie zostały tu pochowane, jak głosi legenda, duch piastowskiej księżniczki Elżbiety ukazuje się na wzgórzu klasztornym. Postać ubrana jest w długom białą szatę i ma ręce złożone na piersiach. Obchodzi wolnym krokiem całe wzgórze i zachodzi do pobliskiej sadzawki, zwanej ''Świętą Wodą''. Nie czyni nikomu krzywdy, opiekując się jedynie swą byłą siedzibą i patronując wznoszonym tu obiektom. Zakon Augustianów był zakonem pustelniczym. Mimo rozległych dóbr przydzielonych klasztorowi zakonnicy zajmowali się początkowo kwestowaniem w rejonach sobie przydzielonych oraz nauczali katechizmu. Później mając dostatek zapomnieli o swoich obowiązkach i oddawali się lubieżnemu próżniactwu. Nie dzwonili już nawet na Ave Maria. Pewnej nocy stała się rzecz nie spodziewana - wody jeziora podniosły się aż po fundamenty budowli klasztornych. Przypływ żywiołu nie ustawał. Wkrótce woda zalała całą okolicę. Na powierzchni pozostała jedynie dzwonnica. Widząc beznadziejność sytuacji przeor wezwał na pomoc rybaków, by przed zatopieniem uratowali przynajmniej dzwon. Umieszczono go na łodzi rybackiej w atmosferze ogólnego popłochu przekleństw rybaka. Wtedy dzwon zatonął pociągając za sobą, owego rybaka. Tak zostało ukarane próżniactwo i łakomstwo z klasztoru Marientron. Legenda głosi, że, od tego czasu dwa razy do roku, na Boże Narodzenie i w Noc Świętojańską można usłyszeć odgłos dzwonów wydobywających się z głębi naszego jeziora. Herb Szczecinka O Ludgardzie w Gryfa zakletym Było to w czasach, gdy dzisiejszy gród gryfa i jesiotra kilkanaście domostw ledwie liczył wokół zasobnego w rybę choć kapryśnego jeziora pobudowanych. Tam zaś, gdzie bór gęsty do jeziora niemal przylegał, leśne domki ledwie dostrzec można było, których pomieszkiwały rodziny bartników, sokolników i myśliwych. Kupcy solni czasami tu się zatrzymywali na popas i odpoczynek, goszcząc przeważnie u majętnego Ludgarda, który spowinowadztwa księcia brandenburskiego osadą zarządzał dbając zwłaszcza, by książęce sakwy na czas wypełnione były, a transporty wszelakie regularnie odprawiano do Szczecina. Ludgard takoż chciwy jak i przebiegły, to i z ubogich zazwyczaj osadników ostatnie soki skutecznie wyciskał. Nie było też sposobu, aby ową samowolę choćby częściowo ukrócić, do książęcego zamku bowiem daleko, a tu na miejscu zachłanny dzierżawca sam swoje prawa stanowił. Wszyscy też w nadjeziornej osadzie wiedzieli, że jedynie połowa książęcego lenna do pańskich trafia komnat i magazynów, druga zaś jego część pomnaża i tak nie małe bogactwo Ludgarda. Mijały lata i zimy aż kiedyś swoje odległe wschodnie włości zapragną odwiedzić książę pan z całym swoim brandenburskim dworem. Cieszył się na to spotkanie Ludgard i osobiście doglądał, by miejscowych smakołyków, zwłaszcza jesiotra, nikomu ze znamienitych gości nie zabrakło. Taką to zasłużoną sławą cieszyła się ta królewska ryba, której smak sam książę wychwalał na europejskich dworach. Cieszyli się na swój sposób ciemiężeni osadnicy, wyglądając może nie tyle księcia, co raczej jego sprawiedliwości. Wtem od strony Drachimia gwar zaczął coraz głośniejszy dobiegać, wkrótce książęce fanfary słychać już było wyraźnie. Ludgard wraz z osadnikami wylegli na powitanie książęcego majestatu. Okrutnik długo sposobił się na to powitanie i przed pańskie oblicze ją znosić sagany z jadłem wszelakim, dzbany miodu, a nade wszystko – złociste, dymiące jesiotry. Książe jednak z zainteresowaniem przyglądał się osadnikom dostrzegając jakoby nieme błagalne pytania w ich wzroku. Ujrzał takoż i starego bartnika, co to ongiś z jego ojcem w brandenburskiej chorągwi przeciw Duńczykom walczył, męstwem się wykazując niemałym staremu wiarusowi łzy po oranych bruzdami policzkach popłynęły i zaczął opowiadać księciu o wszystkich niecnych postępkach i knowaniach Ludgarda. Zezłościł się książę pan niemożebnie i jako że dzień szczególny ów był, co to najkrótszą nocą go obdaruje, przywołać kazał swego nadwornego maga. Postanowiono tedy wrzucić Ludgarda do najgłębszej toni jeziora dokładnie o północy, mając przy tym gwarancję, że chciwiec w szponiastego gryfa się zamieni. Odtąd też nie będzie w jeziorze jesiotra, co by mieszkający w nim potwór większego łaknienia dostawał... Opracował red. Ryszard Bańka