Święta Szeptuchy,Szeptucha 10
Transkrypt
Święta Szeptuchy,Szeptucha 10
Święta Szeptuchy Ogień wesoło trzaskał w kozie, a Szeptucha siedziała wygodnie w fotelu. Obok, na wersalce, leżał z łapami wyciągniętymi do góry Mruczek. Wyglądał groteskowo. Najpierw był łeb z nosem skierowanym w drewniany sufit, dalej łapki, potem gruby brzuch przypominający balonik, a jeszcze dalej… A jeszcze dalej to nie wiadomo, bo zza brzucha nic więcej nie było widać. Kot się przeciągnął i smacznie ziewnął pokazując komplet kłów. – Odchudziłbyś się spaślaku – zarechotała stara. – Wyglądasz jakby cię nadmuchali. Kot parsknął z oburzeniem i usiadł. Zaczął od niechcenia myć łapkę, potem przeszedł do wydętego brzucha by w końcu podjąć karkołomną próbę toalety okolic ogona. – No wiesz – żachnęła się Szeptucha. – Czy ja przy tobie… Kot przerwał wylizywanie futerka i zatopił w babce badawcze spojrzenie zielonych oczu. Wyglądał na urażonego, a z pewnością porażonego wizją Szeptuchy dokonującej publicznie mycia okolic ogona. Babka nie miała ogona, więc wizja była tyleż obsceniczna, co bezsensowna. Mruczek wstał i ostentacyjnie odwrócił się od babki. Wyprężył ogon pokazując starej, gdzie ją ma i spiął się do skoku. Zamierzał majestatycznie zeskoczyć z wersalki, ale w chałupie nagle rozległ się huk. Wytrącony z równowagi kot stracił płynność skoku i rozpłaszczył się bezradnie na niewielkim dywaniku. – Prawie jak antylopa! – zarechotała babka i ze stęknięciem wstała z fotela. – Coś mi się kocie widzi, że chyba znowu gościa mamy. Zbieraj się z podłogi i idziem. Mruczek podniósł się niechętnie i podreptał za babką. Stan niechęci pogłębił się, gdy zobaczył aurę za drzwiami. Lało jak z cebra. Deszcz, kompletnie nieprzejęty faktem, że za tydzień zaczynały się święta, lał równo dzień i noc, z zapamiętaniem tworząc zwałowiska błota na podwórku. Dodatkowo zawodził wiatr. Pędził z zawrotną prędkością i ze złowieszczym świstem poganiał za sobą krople deszczu. Mruczek nigdy wcześniej nie widział deszczu, który pada poziomo. – Miau! – zaprotestował gorąco, widząc, że babka dziarsko zakłada gumofilce i płaszcz przeciwdeszczowy. – Chodź leniu! Mruczek wystawił ostrożnie łapki za próg i z obrzydzeniem się wycofał. Stara zrobiła dwa kroki. Błoto zassało kalosze z głośnym cmoknięciem. Szeptucha przez chwilę bezskutecznie siłowała się z żywiołem. – Diabli nadali! – mruknęła pod nosem i pstryknęła palcami. W jednej chwili błoto stężało a wielkie krople deszczu opadały na nie ciężko i zamiast wsiąkać w kolejne bajora, tworzyły wielkie bańki jak na asfalcie, a potem spływały w stronę lasu. – No! – sapnęła triumfalnie stara i żywo pomaszerowała w stronę stodoły. Kierunek wybrała nieprzypadkowo. Nawet przy tak ograniczonej widoczności, łuna nad drewnianym budynkiem była doskonale widoczna. – Pali się? – zapytała retorycznie, pamiętając doskonale czasy, gdy podczas każdej burzy parę chałup szło z dymem. – Niemożliwe – dodała po chwili. – Zima jest. Zimą piorunów nie ma. Musi być, łuna, z innego powodu nad stodołą się objawiła. – Miau! – potwierdził Mruczek stąpając niepewnie po stężałym przez zaklęcie błocie. – Jak nie sprawdzimy, to się nie dowiemy. Idziemy Mruczek! Drzwi stodoły były zamknięte. Nie dziwota. Babka osobiście zaryglowała wrota, żeby Lucynie było ciepło. Słoń dzielnie znosił polską niepogodę, ale minimum komfortu zdecydowanie mu się należało. Babka odryglowała drzwi tknięta nagłym impulsem troski o indyjską słonicę. Lelka z Rajatem wyjechali do Indii i opieka nad zwierzęciem spadła na Szeptuchę. – Lucyna! – szepnęła babka. – Lucyna, wszystko w porządku? Tajemnicza łuna najwyraźniej miała swoje źródło za belami siana pod przeciwległą ścianą stodoły. Nieźle oświetlała boks Lucyny, która widząc babkę zatrąbiła na powitanie. – Ciszej, gadzino! – syknęła babka, nerwowo spoglądając w stronę czerwonej poświaty. Mruczek oszacował sytuację i w kilku susach dopadł do Lucyny. Wdrapał się na słoniowy grzbiet i schował za ogromnym uchem. – Dekownik! – parsknęła babka. Szeptucha ostrożnie wspięła się na bele siana i powoli wychyliła głowę. Widok był zgoła tragiczny. W rogu stodoły leżała kupka potrzaskanego drewna a obok kilka szarych zwierzaków. Wyglądały jak łosie. – Diabli nadali! Kłusownik jakiś magazyn sobie u mnie założył? – zapytała retorycznie i po cichu. Odpowiedzi nie uzyskała i wcale się jej nie spodziewała. Tym większe było zdziwienie, gdy jedno ze zwierząt poruszyło się niemrawo, a czerwona łuna oświetliła Szeptuchę i na moment ją oślepiła. – Co tu się do cholery wyprawia? – Pomóż – odezwał się głos z czeluści siana. – A ktoś ty? – Joulupukki. – Jo… co? – zacukała się Szeptucha. – Mów mi po polsku, po prostu Mikołaj – dobiegł stłumiony głos. – Pomożesz mi w końcu? Utknąłem pod saniami. Trzeba renifery wyprzęgnąć najpierw. Stara zamrugała oczami i dokładniej przyjrzała się pobojowisku. Szare renifery zlewały się w masę poprzetykaną gdzieniegdzie rogami i kopytami. W czerwonym świetle wyglądało to nieco upiornie. Idąc tropem czerwonej łuny, Szeptucha napotkała wielki i świecący nos jednego z reniferów. – Rudolf – mruknęła do siebie i przykucnęła. Wyglądało na to, że wszystkie zwierzaki przeżyły, ale niektóre kopyta zwisały pod dziwnym kątem. Połamane, w najlepszym przypadku zwichnięte. – Poświeć no tym nosem tutaj, kochaneczku – poleciła stara. – Zobaczymy, jak was rozplątać. Rudolf posłuchał i nie bez trudu, bo przecież był unieruchomiony, wykręcił łeb w stronę połamanego dyszla. – Niedobrze – zacmokała Szeptucha. – Jakby tak zastosować… – Co tam tak szepczesz? zniecierpliwiony Mikołaj. – odezwał się spod sań – Szeptuchą jestem, to szepczę – odcięła się babka. – Jak chcesz spod tych zwierzaków wyleźć, to się zamknij i daj się skupić. Mikołaj posłusznie umilkł, choć nie odmówił sobie niecierpliwego prychnięcia. Stara nic sobie z tego nie robiąc podjęła poprzednią myśl. – Jakby tak dać zaklęcie na supły w sznurówkach. Tu kaliber trochę większy, ale w sumie co szkodzi spróbować? – zapytała retorycznie. – Na polu ziemniaki, a w lesie borówki, przybądźcie myszy rozwiązać sznurówki! – wydeklamowała po chwili. Nic się nie wydarzyło. No może z wyjątkiem tego, że spod sań rozległo się kolejne prychnięcie. Tym razem zdecydowanie lekceważące. Szeptucha zignorowała je z godnością. – Znaczy się, trza kaliber zwiększyć – powiedziała pod nosem. – Te, Rudolf, weź no poświeć jeszcze raz. Muszę się lepiej tej plątaninie przyjrzeć. No dobra, to może tak: Na polu krowy, a obok pegieery, przybądźcie skrzaty uwolnić renifery! Spod sań tym razem nie dobiegł żaden dźwięk. Za to w kilku miejscach stodoły zaczęło szeleścić siano. Spomiędzy bel powysuwały się ostrożnie szpiczaste uszy, a za nimi głowy z rozczochranymi włosami. – No! – powiedziała z satysfakcją Szeptucha. – Weźcie no kochaniutkie rozplączcie te bydlęta. Skrzaty, od zawsze dobrze traktowane w obejściu Szeptuchy, skwapliwie ruszyły na pomoc reniferom. Po paru chwilach wszystkie zwierzaki zostały wyprzężone. Wstały wszystkie, ale trzy wyraźnie utykały a jeden trzymał podkurczoną lewą, tylną nogę. Musiała być złamana. Skrzaty zaparły się w tym czasie z całej siły i podniosły sanie pod którymi leżał, nonszalancko wsparty na łokciu Mikołaj. Miał wyraźnie znudzoną minę. – W końcu! – oznajmił i dość dziarsko podniósł się z ziemi. Babka, w obliczu takiej bezczelności, po raz pierwszy w życiu zapomniała języka w gębie. … Mikołaj siedział na wersalce i z lubością pożerał drugi talerz żuru. Wcześniej ściągnął czerwoną kurtkę i przewiesił przez oparcie krzesła. Teraz lekko popuścił czarnego pasa i z zadowoleniem poklepał się po wydatnym brzuchu. Flanelowa koszula wyglądała, jakby miały jej zaraz trzasnąć wszystkie guziki. – Doskonały żur – pochwalił. – Wiesz co to żur? – zdziwiła się babka. – To by znaczyło, że wy tam w tej Laponii wcale tacy dzicy nie jesteście jakby się wydawało. – Droga koleżanko! – zaczął Mikołaj protekcjonalnie – Zapomniałaś chyba, kim jestem. To przecież oczywiste, że wiem wszystko. Przecież od lat podróżuję po całym świecie! – Taaa…. Przez jeden dzień w roku – mruknęła pod nosem stara. Mikołaj wyraźnie się obraził, ale potem spojrzał tęsknym wzrokiem w pusty talerz i chytrze przekalkulował, że foch w jego położeniu zupełnie się nie opłaca. – A nie miałabyś jeszcze trochę tych pyszności? – zagaił z nadzieją w głosie. Szeptucha westchnęła i wstała. – Na kuchni stoi, nalej sobie – odparła. – Ja idę zobaczyć, jak się mają renifery. Zostawiła faceta w stanie kompletnego oszołomienia. Wyglądało na to, że nigdy wcześniej nie musiał sam sobie zupy serwować. Użaliła się pod nosem na biedną Mikołajową, która najwyraźniej nie miała łatwego życia z takim gwiazdorem i narcyzem, i podreptała do stodoły. Wcześniej nakarmione i opatrzone zwierzęta stały grzecznie, zbite w ciche stadko. Rudolfowi całkiem wysiadło światło. A może działało wyłącznie po podłączeniu do sań? Szeptucha odruchowo spojrzała na nie. Były częściowo połamane, ale nawet na laickie oko starej, z pewnością da się je naprawić. Potrzeba tylko wysłać kogoś po sprytnego stolarza. Kogoś dyskretnego, kto przy okazji nie rozpowie po całych Kierzbudach i Wieprzewie, że Mikołaj miał katastrofę lotniczą właśnie tutaj. – Mruczek! – powiedziała półgłosem Szeptucha. – Wyłaź, zakało jedna! Wszystko na mojej głowie ma być? Kot niechętnie wylazł zza ucha Lucyny i ziewnął przeciągle. – Pójdziesz mi zaraz do sołtysa Alojzego i go tu przyprowadzisz. Sprawy się mają tak, że cudzoziemiec nam się rozbił, więc to sprawa naruszenia granic państwa i władza się tym zająć powinna. Kot popatrzył ze zdumieniem na babkę, którą zawsze miał za anarchistkę i która władzę, zwłaszcza w osobie sołtysa Alojzego, miała głęboko w nosie. – No dobra, żartowałam. Potrzebny jest, żeby po stolarza pojechać – zarechotała babka i wyszła ze stodoły. Mruczek coś tam pomamrotał pod nosem, ale posłusznie wyszedł w nocny świat i skoczył pomiędzy jałowce. Szeptucha, nie zawracając nim sobie dłużej głowy, poszła do chałupy. Trzeba w końcu wypytać szanownego gwiazdora, skąd właściwie się tu wziął i co dalej zamierza robić. … Na tydzień przed świętami Kierzbudy były całkowicie pogrążone w ciemnościach i błocie. Latarnie, jak zwykle wysiadły, chociaż jakby tak przeanalizować godną podziwu cykliczność ich odłączania, to w logicznie myślącym stworzeniu mogła powstać myśl, że to gmina robi sobie oszczędności. Lampek ani innych ozdób, też rzecz jasna władza nie ufundowała, a mieszkańcy ubierali choinki i wieszali lampki dopiero przed Wigilią. I przy okazji sporadycznych wizyt w mieście pukali się w głowę na tę bizantyjską iluminację w supermarketach, która zohydzała miastowym atmosferę świąteczną już w pierwszej połowie listopada. Jeszcze ludzie zniczy do koszyków nie powkładali a już im nad głowami trąbią kolędy w wersji disco polo. Nie to, żeby mieszkańcy Kierzbudów gardzili disco polo, ale kolędy to się śpiewa w kościele na Pasterce, a nie w Biedrze przy chłodni z promocyjną karkówką na grilla, i do taktu kościelnych organów, a nie w rytmie pikania sklepowych kas. Co nie zmienia faktu, że pogoda w tym roku świątecznie nie rozpieszczała. Główną drogą płynęły strumienie wody, a podsiąkająca błotem ścieżka prowadząca do sklepu gwarantowała prawdziwy survival. Sklepowa Jadźka położyła w bajorach parę cegieł, ale gimnastyka związana z ich pokonywaniem stanowiła prawdziwe wyzwanie. Zwłaszcza dla Zenka Kapelusznego, który umówił się na wieczorne piwko z Jackiem Wrębnym. Raz, że nie sposób bez zamoczenia butów przeskoczyć po cegłach, jak człowiek trochę zawiany, a dwa, ławka kompletnie mokra. Dramat. Mruczek natomiast przeskoczył z gracją po cegłach, kompletnie nie zwracając uwagi na tragedię Zenka. Wszedł na schodki prowadzące do sklepu i nie bez wysiłku wskoczył na płot oddzielający królestwo sklepowej Jadźki od posesji sołtysa. To była jedyna sposobność, by ominąć psy, które z ogromnym zaangażowaniem patrolowały podwórko. Mały spacer po płocie i już można było zeskoczyć po kratce, służącej latem za podporę dla ogórków. Wprost na werandę. Głupie psy ujadały tymczasem przy bramie. Widać Zenek narobił hałasu. Kot wygiął sfatygowany kręgosłup i zaczepił pazury na ramie okiennej. Drzwi tarasowe były zamknięte na głucho. W końcu zima, koks kosztuje, strach otwierać. Niemniej niewielkie okno tuż obok było lekko uchylone. I tam właśnie Mruczek rozpoczął włam. Szło mu dość mozolnie i przez myśl przemknęło mu nawet, że może faktycznie powinien się odchudzić, ale udało mu się podważyć łapką haczyk blokujący okno, więc szybko porzucił ową myśl jako niedorzeczną. Zeskoczył z gracją do łazienki i momentalnie się zorientował, dlaczego pomimo sezonu grzewczego ktoś zadbał o wietrzenie pomieszczenia. Krzywiąc nos od fetoru podbiegł do drzwi i nie bez wysiłku skoczył na klamkę. Wybiegł ze środka jak oparzony. – Alojzy, cholera jasna, ile razy można mówić, żebyś zamykał te drzwi? Czy koniecznie cały dom musi czuć, że byłeś w klopie? – wydarła się z kuchni sołtysowa. – A co ty znowu chcesz ode mnie kobieto? – odkrzyknął z salonu jej mąż. Kot, nawet ucieszony, że tak szybko udało mu się zlokalizować sołtysa, poszedł w stronę źródła głosu i po chwili wskoczył na stojący przed kanapą niski stolik. Na kanapie leżał odziany w pasiastą piżamę sołtys i oglądał telewizję. Mruczek, z właściwą kotom złośliwością, usiadł dokładnie tak, żeby zasłonić mu ekran. – Spadaj sierściuchu! Jolka! Zabieraj mi stąd to bydlę. Ile razy mówiłem, żeby do domu nie wpuszczać! Co to za kot? – Dobry wieczór – odparł lodowatym tonem Mruczek. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. W sołtysa jakby piorun strzelił. Usiadł prosto na kanapie z wytrzeszczonymi oczami i energicznym ruchem dłoni odprawił małżonkę, która zwabiona krzykami stanęła w progu salonu. – O pppan kot! Jakże mi miło! Co słychać u czcigodnej Szeptuchy? – Sprawę ma. Niecierpiącą zwłoki. – odparł Mruczek i zamierzał odejść z godnością tą samą drogą, jaką przyszedł, ale przypomniały mu się ciężkie warunki atmosferyczne panujące w łazience. – Proszę mi drzwi otworzyć, tylko najpierw coś z tymi psami zrobić. – Jolka! – krzyknął do małżonki sołtys – Leć uwiąż Burka i Azora. Tylko migiem! A potem ojciec wsi założył na piżamę waciak, a na stopy wzuł gumofilce. Pospiesznie ruszył w deszczową noc. … Szeptucha nie wierzyła własnym oczom. Mikołaj najwyraźniej rozprawił się z całym garnkiem żuru, bo na dnie nie było nawet kropelki. Przy okazji buszowania w okolicach pieca, namierzył także flaszkę pigwówki i obecnie raczył się nią siedząc na ulubionym fotelu Szeptuchy i bawiąc się jej osobistym pilotem do telewizora. Starej mało szlag na miejscu nie trafił, a gorące pragnienie, żeby jak najszybciej wykurować renifery i ściągnąć stolarza do sań nieomal wypaliło rumieńce gniewu na jej policzkach. – Mam nadzieję, że ci smakowało – powiedziała z drwiną w głosie. Mikołaj nie wyczuł ironii. Beknął donośnie i uśmiechnął się promiennie do Szeptuchy. – Doskonały żur i jeszcze lepsza naleweczka. Poczęstujesz się? – zapytał uprzejmie, wyciągając w jej stronę potężną dłoń z flaszką. – Dziękuję – babka odparła sztywno. – Słuchaj, jak to się właściwie stało, żeś się rozbił? I to na dokładkę w naszych Kierzbudach? – zapytała, uznając w duchu, że każdy okruch wiedzy pomoże jej ułożyć plan pozbycia się Mikołaja. – Sam nie wiem. Leciałem sobie spokojnie, zniżałem się już do lądowania, a tu nagle huknęło coś znienacka. Renifery spanikowały, powpadały na siebie i kraksa gotowa. – Niefortunnie – mruknęła stara. – A dlaczego żeś chciał tu lądować? Jaki interes ma, w tej naszej dziurze, światowego formatu celebryta? Mikołaj pociągnął potężnie z flaszki, wyraźnie zadowolony z komplementu. Ponownie nie wyczuł drwiny w słowach babki. – No to w sumie sprawa rodzinna, ale mam dług wobec ciebie kobieto, więc opowiem. Przyleciałem po starą. – wyznał. – Jaką starą? Czyją starą? – nie zrozumiała Szeptucha. – Weź ty już może nie pij tej nalewki, co? – No jaką starą i jaką starą! – zaczął ją przedrzeźniać Mikołaj, ale po chwili zmarkotniał. – Teściowa! Matka pani Mikołajowej! Na święta, do Laponii, przyjechałem ją zabrać, bo mi kobieta łeb suszyła. Szeptucha wyglądała, jakby ją piorun strzelił. Nie dość wilkołaków, dusioła, zębnych, duchów, pijaków i innych lokalnych oryginałów w Kierzbudach? Jeszcze i Mikołaj się musiał ze wsią skoligacić? Czuła jednak, że prawda jest straszniejsza, niż by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. – A która to ta twoja teściowa? – zapytała ostrożnie. – Zofia Stachańska. Z jej córką Pelagią się ochajtałem. – O słodki Jezu! – wyszeptała z trwogą w głosie Szeptucha. Nagle stało się jasne, dlaczego Mikołaj niespecjalnie się martwił rozbitymi saniami i bez umiaru jadł i pił jak się z łańcucha zerwał. Stachańska i jej córki to były takie hetery, że chłop łatwego życia na pewno nie miał. Co gorsze, wychodził do pracy tylko raz w roku i na dodatek na nocną zmianę. To oznaczało, że przez 364 dni w roku, a jak się rok przestępny trafił to i przez 365, siedział ze zrzędzącą babą w domu. Szeptucha wstała z wersalki i ze współczuciem spojrzała na Mikołaja. – Zjesz no kochaniutki kiełbasy? Dobra, swojska. Jacek Wrębny mi przynosi… … Sołtys gnał przez noc swoim czerwonym Punto. Błoto bryzgało na przednie reflektory, ale Alojzy nie zaryzykował nawet chwilowego przystanku. Bał się, że jak się zatrzyma to mu się wóz w błocie zakopie a w środku lasu raczej pomoc drogowa go nie znajdzie. A tak naprawdę to bał się gniewu Szeptuchy, która kazała mu niezwłocznie jechać po dobrego stolarza. Wyglądała przy tym na dość zdesperowaną. Alojzy nie wykluczał, że mogło mieć to związek z grubym, w sztok pijanym facetem, który plądrował jej lodówkę. Najlepszym fachurą od drewna był Józek z Zamiedzewa i tam właśnie pędził, co mechaniczny koń wyskoczy, nasz dzielny sołtys Alojzy. Wkrótce wracał z triumfalnym uśmiechem na twarzy i trofeum w postaci zaspanego stolarza Józka. Ten, po obejrzeniu sań fachowym okiem, powiedział, że naprawa potrwa co najmniej kilka dni. Szeptucha spojrzała na niego z trwogą w oczach. … Zenek grzał dłonie przy palenisku, niespiesznie popijając piwko. Pełni rozkoszy dopełniał fakt, że portki już mu wyschły, a przed nim, na wyszczerbionym talerzu z napisem Społem, leżały pęta wyśmienitej kiełbasy z dzika. I była jeszcze wisienka na torcie, czyli wspaniali kumple. Naprzeciwko niego siedział jego druh, kłusownik Jacek Wrębny, a z lewej strony kiwał się nad stołem poznany pod sklepem kompan. – Mikuś! – zabełkotał Jacek trącając sympatycznego grubasa ubranego we flanelową koszulę. – Mikuś, nie śpij! Piwko by się przydało! – No to list napisz! – wymamrotał Mikołaj. – I dla kolegów też poproś. Jacek ochoczo przysunął do siebie kartkę papieru, na której parę godzin wcześniej zaczął pisać: Kochany Mikołaju! Bardzo Cię proszę, przynieś mi, Zenkowi i sobie: piwo, piwo, piwo, piwo, piwo, piwo, piwo, piwo… Jacek dopisał koślawo, choć z zachowaniem interpunkcji, bo po przecinku, kolejne trzy piwa, które zmaterializowały się na stole z cichym pyknięciem. Każde z osobna zapakowane w świąteczny papier i przewiązane ozdobną wstążeczką. – Królu złoty! – powiedział z podziwem Zenek i nabożnie złożył dłonie. Z takim kompanem wizja świąt przedstawiała się więcej niż zachęcająco. … Mikołaj przepadł pięć dni temu i Szeptucha zaczynała się coraz bardziej niepokoić. Ostatni raz widziała go, gdy poszedł na spacer po wsi, oczywiście starannie i szerokim łukiem omijając chałupę Stachańskiej. Skoro z planu zawiezienia teściowej do Laponii, póki co były nici, to nie było sensu nawiązywać z nią, z pewnością gwałtownego w skutkach, kontaktu. Stolarz Józek dostarczył sanie dzisiaj rano, a tego gamonia Mikołaja dalej nie było. Kładąc się spać Szeptucha pomyślała, że jutro musi koniecznie ruszyć na poszukiwania. Obleciała wszystkie kamery w Kierzbudach i co chwilę sprawdzała ruch na swojej ścianie pełnej monitorów, ale absolutnie nigdzie nie było nawet śladu Mikołaja. Prawie usypiając, stara zorientowała się, że umknęło jej coś istotnego. Zenek! Jego od kilku dni też nigdzie nie było. Nawet pod sklepem, a przecież niezależnie od pogody bywał pod nim zawsze. W domu też się nie pokazał. Oba zniknięcia miały ze sobą związek. – No to już wiem, gdzie jesteście i co robicie! – mruknęła babka. Jedynym miejscem, gdzie nie miała ukrytych kamer była leśna chata kłusownika Jacka Wrębnego. … Mikołaj siedział na wersalce w domu Szeptuchy i pojękiwał cicho. Nos miał tak czerwony, że wyglądał nieomal jak Rudolf. – I na co ci to było, durniu jeden? Żonie ze smyczy się urwałeś i małpiego rozumu dostajesz? – szydziła babka. – Cicho! Nie krzycz tak. – odparł z błaganiem w głosie skacowany jak siedem nieszczęść Mikołaj. – Wiesz, że jutro Wigilia? Sanie naprawione. Uważasz, że prezenty same się rozwiozą? A Mikołajowa? Zapomniałeś? – Chcę umrzeć! – jęknął Mikołaj i położył się na wersalce. Babka wzruszyła ramionami. Nie miała serca mu mówić, że to nie koniec problemów. Większość reniferów jeszcze nie doszła do siebie i z pewnością nie będą mogły jutro nigdzie polecieć. … W Wigilię, koło południa, Mikołaj wstał rześki. Założył swoją czerwoną kurtkę, zapiął czarny pas ze złota klamrą i wyszedł przed chałupę. Lało jak z cebra i nie zamierzało przestać. Zupełnie, jakby trwał biblijny potop. Poszedł do stodoły i z uznaniem obejrzał sanie. Stolarz wykonał pierwszorzędną robotę. Znacznie gorzej rzecz się miała z reniferami. Zatroskany Mikołaj podszedł do nich a one zaczęły się do niego łasić, ale szybko odskoczyły porażone alkoholowym wyziewem z jego paszczy. – Oj biedaki wy moje! Jak my teraz polecimy? – Coś wymyśliłam – rzekła na to Szeptucha stając w drzwiach stodoły. – A teraz chodź, żuru ugotowałam, to se na kaca zjesz. … Szeptucha dopięła korale i przygładziła fałdy staromodnej garsonki. Po odprawieniu Mikołaja w świat wybierała się na uroczystą kolację do swojego wnuka Bogusia i jego żony Jaśki. – No, komu w drogę, temu czas! – oświadczył Mikołaj, mocując na głowie czapkę z pomponem. Ramię w ramię wyszli na podwórze, gdzie ociekając deszczem stały sanie. Do nich zaprzęgnięta była Lucyna. Nie wyglądała na zachwyconą. – Tak, jak się umawialiśmy! Za tydzień oddajesz słonia i zabierasz renifery – przypomniała babka. – I tak będę przylatywał po teściową. Pelagia kazała przywieźć matkę na Sylwestra. – odparł ponuro Mikołaj. Szeptucha zaśmiała się złośliwie. Wkrótce sanie wystartowały, a nad Kierzbudami rozległo się donośne trąbienie. … Korzystając z tego, że deszcz chwilowo osłabł, dwaj kompani, Zenek i Jacek rozściełali siatki z Biedronki i przysiedli na ławeczce pod sklepem. Otworzyli po piwku i zapatrzyli się w niebo. Nad ich głowami poszybowały majestatycznie sanie zaprzężone w słonia. – Patrz Zenuś! Ja te sanie niedawno nad lasem widziałem. – ucieszył się Jacek. W tej samej chwili pod ich stopami zmaterializowały się dwa kartony piwa przewiązane tasiemkami z ozdobnymi kokardami. – Patrz, kompan nie zapomniał o nas – powiedział z zadumą kłusownik Jacek. – A ja mu cholera ostatnio te sanie zestrzeliłem – dodał ze wstydem. – Jak to, Jacuś? A po coś to zrobił? – zdziwił się Zenek. – Nie w sanie, a w renifery celowałem. – A po co? – A jakoś tak z przyzwyczajenia, Zenuś. Mięso jest mięso… … Z ganku domu wnuka, Szeptucha obserwowała lot sań nad lasem. Ledwo je było widać w gęstniejącej z każdą chwilą ulewie. Nagle pod jej stopami pojawił się wielki gar przewiązany czerwoną wstążką. Żur. Babka ryknęła homeryckim śmiechem i pokiwała głową. – Aleś wymyślił! – parsknęła. – A mogłeś, bubku jeden, wspólny prezent dla całych Kierzbudów wymyślić. Ale to na chłopski rozum za dużo, co? – zarechotała. A potem pomamrotała coś pod nosem, pstryknęła palcami i całe błoto zmieniło się w śnieg. Zamiast ciężkich kropel, na ziemię zaczęły miękko opadać duże płatki śniegu. – Wesołych Świąt, ludziska! – obwieściła stara bielusieńkiej wsi i weszła do domu wnuka. O jej nogi ocierał się Mruczek. Szeptucha 10 Szeptucha. Dożynki cz. 2 Pokrzepiony wiśniówką Zenek kroczył energicznie środkiem drogi, ściskając kartkę, na której baby wypisały mu listę wiktuałów kluczowych dla przyszłego dożynkowego zwycięstwa. Część nie nastręczała problemu. Grzyby do bigosu, jagody do drożdżowych jagodzianek i ryby do marynowania w occie to kwestia wyprawy do lasu i nad Bug. Przy odrobinie szczęścia nałapie szczupaków i okoni. A jak się nie uda, to nieopodal znajdują się stawy hodowlane, do których od południowej strony łatwo się podkraść nocą. Zające złapie się we wnyki albo w ostateczności podkradnie króliki starej Stachańskiej. Ma ich tam chyba ze trzydzieści białych i czarnych. Jak się je sprawi, to się baby od gotowania nie połapią. Z dziczyzną gorzej. Tu szykowały się niezbędne wydatki, ale to już niech się sołtys Alojzy martwi. Jak flaszkę da, to się Jacka Wrębnego na kłusowniczą wyprawę wyśle. Chłop jeszcze w życiu nie kupił w sklepie niczego innego niż wino, więc wiadomo, gdzie się żywi. Zenkowa przyszłość w każdym razie rysowała się niezmiernie interesująco. Z poczuciem misji podreptał do własnej chałupy. Spodziewał się, że część jego kłopotów aprowizacyjnych znajdzie szczęśliwe rozwiązanie właśnie tutaj. Podwórze przywitało go grzebiącymi w błocie kurami i drącym się wniebogłosy kogutem. Jego ślubna jako jedyna chyba w okolicy z uporem trzymała ptactwo, czego Zenuś kompletnie nie rozumiał. Jajka w sklepie były po sześćdziesiąt groszy, to po cholerę to dziadostwo trzymać? – Matka! – wrzasnął donośnie od furtki, ale zamiast małżonki na podwórze wyległo stadko zenusiowych pociech płci obojga i obsiadło ojca jak muchy. – Tato! – wrzasnął zasmarkany malec. – Tato, głodny jestem! – Tato! – dodała jasnowłosa Madzia. – Mama chyba niezdrowa… – Tato! Jeść! – zapłakał najmłodszy, Antek. W ogólny rejwach wciął się znienacka głos zenkowej żony. – Przylazłeś wreszcie, obiboku? – zaskrzeczała Leosia Kapeluszna z wnętrza chałupy. Zenuś strząsnął ze spodni zasmarkany drobiazg i pospiesznie ruszył do środka. Leokadia leżała na wersalce, podparta poduszkami, i niańczyła na podołku niemowlę. Patrzyła na Zenka wzrokiem bazyliszka i zgrzytała zębami. – Leosia! – zaszemrał aksamitnym barytonem Zenek. – Widzę, że znowu dzidziusia mamy! – cmoknął z udawanym entuzjazmem i pogłaskał kędzierzawą główkę noworodka. – Zęby ma – odezwała się głucho Leokadia i wetknęła dzieciaka w ręce skacowanego tatusia. – Ja go nie chcę. Rób z nim, co chcesz! – zaszlochała głęboko i odwróciła się w stronę naderwanej tapety za wersalką. – Leosia! – zacukał się Kapeluszny. – Ale co ja tam o niemowlakach wiem? Co ja mam z nim robić? – Uduś najlepiej, zanim kogoś zeżre! – wrzasnęła Kapeluszna. Dzieciak spał słodko w zagłębieniu zenkowego ramienia. Jego regularne rysy tak bardzo odróżniały go od stadka dotychczasowych dzieciaków, że Kapeluszny zamarł na chwilę i kontemplował twarzyczkę dziecka. Chłopczyk był tak piękny, że aż serce rwało. Zenek zawinął niemowlę w zabłocony sweter i pospiesznie wyniósł z chałupy. Niemożliwe, żeby tak piękne dziecko mogło zagrozić komukolwiek. Stara histeryzuje i tyle. Się znajdzie kobietę, która da chłopaczkowi serce, a Zenuś w tym czasie wypełni zlecenie sołtysa. Kapeluszny ruszył dziarsko drogą, a nogi zawiodły go bezwiednie do obejścia starej babki. Stanął przed krzakami i nieporadnie wsunął tobołek z synkiem pod prawe ramię. Lewym, wolnym ramieniem przeżegnał się i odgarnął dorodne jałowce. Przez chwilę głaskał z zakłopotaniem gałązki, lecz po głębszym namyśle się wycofał. Do babki bez prezentów nie godzi się iść. Zenek odwinął się na pięcie, i tuląc śpiące niemowlę, ruszył do lasu. Koszyk grzybów się uzbiera w prezencie, a i przy okazji intendenckie obowiązki się odbębni. Zrobi się w jagodzinach wizytację. Trza wiedzieć, gdzie dzieciaki z kubkami na zbiory przysłać. … Janka odetchnęła głęboko, i czekając, aż jej tętno się nieco uspokoi, lustrowała podwórze starej. Niewiele się tu zmieniło od czasu panieńskich nocy z Bogusiem, gdy zakradali się na podwórze babki dla żartu, pili w pobliskich krzakach piwo i – co tu dużo gadać – poczęli Aurelkę. Ślub, choć pospieszny, stał się zarzewiem plotek wyłącznie dla sklepowej Jadźki, która swoje domysły i domniemania próbowała zaszczepić zupełnie niezainteresowanym tematem i przeważnie nietrzeźwym sklepowym bywalcom. Wszyscy we wsi wiedzieli, że Janka jest dla Bogusia stworzona, i ich romans nie gorszył nikogo. Najbardziej, co pomimo antagonizmów musiała przyznać Janka, sprzyjała im babka Olesia. Inna sprawa, że starowina nie miała kompletnie pojęcia o przeszłości Janiny. Widziała w niej, jak wszyscy, dorodną blondynkę w typie germańskim. i nie stawiała pytań. Dziwne, ale nie zadawał ich nikt w Kierzbudach. To sprawiło, że Janka postanowiła osiedlić się właśnie tutaj. Uciekła z pogromu w małej westfalskiej wiosce i z jakiejś przyczyny ruszyła na wschód. W tej nadbużańskiej wsi znalazła święty spokój i przystojnego męża, który nie zadawał żadnych pytań. Wystarczyło mu mgliste wyjaśnienie, że rodzina Janki tragicznie zakończyła żywot w pożarze. Osinowe kołki, które dopełniły ognistego dzieła, dziewczyna profilaktycznie w opowieściach pominęła, zresztą długo by opowiadać. Podwórze zdawało się być opuszczone. Kot gdzieś pewnie łaził, słoń najwyraźniej zaszył się w stodole. Babki nigdzie nie było widać, podobnie Aurelii. Jasia po chwili zauważyła ze zdumieniem, że kuchnia letnia została przez żywioł jakiś pozbawiona dachu, leżącego obecnie w strzępach na polu tej starej cholery Stachańskiej. – Halo! Jest tu kto? – krzyknęła. Nikt się nie odezwał. Na polanie panowała niczym niezmącona cisza. Jasia podeszła ostrożnie do drzwi letniej kuchni i włączyła tłumione na co dzień ponadnaturalne zmysły. Węszyła ostrożnie, ale nie wyczuła zapachu krwi. Żadnego rodzaju krwi. Ciepłej ani zakrzepłej. Dosłownie żadnej. Na polanie nie wyczuwało się zapachu żywego stworzenia. A węch wampirzycy był w stanie wykryć wonie nawet sprzed kilkunastu lat. – Niemożliwe – szepnęła do siebie Jaśka. – Lela! – wrzasnęła spanikowana. – Dziecko! Gdzie jesteś? Aurelka!? Gdzie się wszyscy podziali? … – Cosik mi się wydaje… – Szeptucha zawiesiła głos i spojrzała badawczo w oczy Lucyny. Słonica odwróciła wzrok i udawała niezmiernie zajętą skubaniem słomy z powały. Stara coś tam sobie pomamrotała pod nosem, a po chwili podstępnie pstryknęła palcami. Spod ucha słonicy wyturlał się na ściółkę Mruczek. – No i dobrze mi się wydawało! – zarechotała babka. – Wyłaź, niecnoto. – No co! – bąknął kot i zjeżył sierść na grzbiecie. – Dobrze wiesz, co! – odcięła się Szeptucha. – Idziemy! – zakomenderowała i otworzyła wrota stodoły. Mruczek zwiesił głowę i podreptał za babką. Słonica pożegnała go krótkim, ale wielce boleściwym buczeniem. … – No i popatrz, synek! – triumfował Kapeluszny. – Koszyk grzybów mamy uzbierany, to i do starej babki możemy w odwiedziny iść. Ona będzie wiedziała, co z tobą robić. Noworodek najwyraźniej nie znalazł zrozumienia dla tatowego optymizmu życiowego i rozdarł się całą mocą swoich ponoć niedojrzałych płuc. – Cichaj, chłopie, no cichaj! – zadysponował Zenuś, ale dzieciak najwyraźniej miał ojcowskie dyspozycje głęboko w zafajdanej pieluszce. Nienawykły do obcowania z własnym potomstwem Kapeluszny potrząsnął zniecierpliwiony kilka razy tobołkiem, co zupełnie nie wpłynęło na natężenie wrzasku noworodka. – Cichaj, cholero, bo dusioł przylezie i cię zeżre! – odwołał się do lokalnych bajań Zenuś. Dzieciak darł się dalej w niebogłosy. Zrezygnowany Kapleuszny przysiadł na pniaku i potarł nerwowo skronie. Koszyk stał przy jego podrygującej ze zniecierpliwieniem, obutej w gumofilca stopie. Nawet las był najwyraźniej przeciwko niemu, bo spod mchów wypełzła znienacka mleczna mgła i oplotła Zenusia lodowatymi rozmazami kropelek wody. – Diabli nadali! – użalił się wioskowy pijak, i tak do końca nie wiedział sam, czy chodzi mu o nieposłuszną żonę, wrzeszczącego dzieciaka czy zmienną aurę. Ta ostatnia najwyraźniej szalała. Mgła z sykiem skręcała się wokół pniaka, mrożąc leśne powietrze. Zenek poderwał się na równe nogi i wtulił tobołek z dzieciakiem pod połę waciaka. Z pobliskich gałęzi zaczęły się sypać zmrożone na kość ptaszki. Z jękliwym dźwiękiem, podobnym do roztrzaskiwanych na marmurze kryształowych żyrandoli, na ściółce rozpadały się sójki. Gdzieniegdzie z głuchym łoskotem spadały kruki, sztywnymi skrzydłami strącając świerkowe szyszki. – Szatan jakiś… – szepnął Kapeluszny i obronnym gestem dzieciaka przytulił, nie zważając już nawet na jego wrzaski. – Aj tam, szatan! – rozszedł się po wyziębionym lesie złowieszczy rechot. – Kto tu jest? – wrzasnął histerycznie Zenek, wpychając głębiej pod pachę drącego się wniebogłosy synka. Mgła zasnuwała jałowce. Ziąb strącał z gałęzi fioletowe owoce, które ze szklanym brzękiem toczyły się po zaszronionym mchu. – Witaj! – Przed Zenusiem zmaterializował się z głuchym pyknięciem opancerzony, zielony stwór. – Wzywałeś dusioła, więc dusioł przybył, i jest gotów zeżreć przyobiecane niemowlę. – Niedoczekanie! – wrzasnął bohatersko Kapeluszny i odskoczył za pobliskie jałowce. – Zgiń i przepadnij, maro nieczysta! – Ha, ha – skwitował dusioł. – Jakby to takie proste było… Kapeluszny złożył palce w znak krzyża i zaczął deklamować „Ojcze nasz”. – To też nie działa – wyjaśnił pogodnie opancerzony stwór. Zenek odwrócił się na pięcie i podjął rozpaczliwą próbę ucieczki. Po kilku krokach jego stopy utknęły w głębokim mchu. – Nie uciekniesz – łagodnie skomentował dusioł. – Wzywałeś dusioła i dusioł przyszedł. Daj niemowlę i możesz sobie iść. Ciebie żreć nie mam zamiaru. – Nigdy! – wrzasnął bohatersko Zenuś, w jednej chwili dokumentnie trzeźwiejąc. – To się jeszcze zobaczy! – zarechotał pradawny jaszczur i leniwie podszedł do unieruchomionego Kapelusznego. Niemowlak darł się pełnią młodocianych płuc. Dusioł otworzył paszczę, świdrując Zenka czerwienią oczu. Kalepuszny wyszarpnął zza pazuchy zawiniątko z synkiem i ucałował zaczerwienioną od wrzasku twarzyczkę. Owinął pospiesznie w waciak i odrzucił jak najdalej od siebie. Sam nie mógł się ruszyć, ale miał nadzieję, że dusioł nażre się jego przepitymi gnatami i dzieciakowi da spokój. A jak Bóg da, to się tu Lelka albo stara napatoczą i płacz małego usłyszą. – Aleś ty głupi! – zarżał dusioł i powoli podszedł do ciśniętego w mech zawiniątka. – Zostaw go, hieno zasrana! – wrzasnął Zenek. Dusioł stanął nad dzieciakiem, i przekrzywiwszy jaszczurzy pysk, analizował przekąskę. – Zostaw, zasrańcu! – darł się unieruchomiony Kapeluszny. Stwór delikatnie odwinął pyskiem waciak spowijający rozwrzeszczanego dzieciaka i polizał nadęty brzuszek malucha. – Zarżnę cię jak świnię! – darł się Zenek. – Nic mi nie zrobisz – zbagatelizował sprawę dusioł i przytknął nozdrza do różowej klatki piersiowej noworodka. Polizał zapłakaną twarzyczkę i wyszczerzył sine zębiska. – Babko! Babko, ratuj! – wydarł się histerycznie Kapeluszny. – Ha, ha, ha – zarżał dusioł i uchwycił łapczywie główkę dziecka w zębatą paszczę. – Nie!!!! – załkał Zenek, i uwolniony nagle z więzienia mchu, opadł na kolana. Nakrył rękoma głowę i oddał się totalnej rozpaczy. Po chwili na jego poszarzałe z brudu dłonie zaczęły spadać jakieś małe, zimne kamyczki. Poniósł głowę i z niedowierzaniem nią potrząsnął. Jego dzieciak siedział w paszczy dusioła, i radośnie gaworząc, wyrywał mu kolejne zęby. Dusioł darł tylnymi łapami darń i najwyraźniej nie mógł się poruszyć. – Synu! – wrzasnął Zenuś i podbiegł do rozwartej paszczy. – Ostaw! Niech dzieła dokończy – rozległ się na polanie władczy głos Szeptuchy. Ona sama pojawiła się niespodziewanie na polance w towarzystwie Lelki, Hindusa i kota. – Ale… – Ostaw, mówię! – rozeźliła się stara. Kapeluszny stał bezradnie kilka kroków od prawiekowego stwora, któremu jego ledwie narodzony syn rwał metodycznie kły i beztrosko rzucał za siebie. – Babko… – zaskowyczał Zenek. – Nic to, Zenuś – uspokoiła go stara. – Nic dziecku nie będzie. Dla Kapelusznego sensacji jak na jeden dzień było stanowczo zbyt wiele. Usiadł na mchu i wodził obłąkanym spojrzeniem od starej do maleńkiego synka, który właśnie zakończył rwanie zębów potwora, i wpił się w jego szyję, najwyraźniej chłepcząc posokę z lubością. – Wracaj do zadań przez sołtysa naznaczonych! – zadysponowała stara, zgarniając niemowlaka ze zwłok potwora. My się tu wszystkim zajmiemy i nawet twoje przyszłe ludobójstwo naprawimy, Zenuś. Idź już! – Miau! – potwierdził bury kocur Szeptuchy. Po chwili cała kompania, wraz z niemowlęciem i pokrytym łuskami trupem dusioła, zdematerializowała się z cichym pyknięciem. Zenek zachybotał się w mchu i otarł zapłakaną twarz rękawem kraciastej koszuli. – Nic to – szepnął. – Na łowy mi trza. A najpierw do sklepu, zszargane nerwy ukoić. – Zenek chwycił kosz i skaleczył palec o nadłamaną gałązkę wikliny. Krew kapnęła do środka. – Co jeszcze, psiamać? – poskarżył się płaczliwie, kierując wzrok w stronę nieba. A potem poczłapał ciężko w stronę wsi, co jakiś czas machinalnie schylając się po kolejne grzyby. … Z dyskretnym cmoknięciem wesoła kompania Szeptuchy zmaterializowała się przed drzwiami letniej kuchni. Jasia, która w tym czasie zdążyła obejść ostrożnie zabudowania w poszukiwaniu pierworodnej córki, nieomal zderzyła się z Rajatem, a potem malowniczo zasłabła, osuwając się na murawę. – Mamo! – przypadła do niej Aurelka. – Skocz, Rajat, do kuchni, i główkę czosnku przynieś! – zadysponowała stara, podtrzymując na podołku śpiące niemowlę. Na uśmiechniętej błogo maleńkiej twarzyczce znać jeszcze było drobinki zielonych łusek, a bródkę miał dzieciak poplamioną jaszczurzą posoką. – Prababciu, ale mama nie znosi czosnku – zaoponowała Lela. – Toć wiem. Woń niemiła łacniej ją docuci. I rzeczywiście. Ledwie Rajat z kuchni wyskoczył, to Jaśka nos gwałtownie zmarszczyła i poderwała się na równe nogi, choć jej twarz nabrała butelkowej zieleni. – Zabierz to cholerstwo! – syknęła wściekle do Hindusa. – Już dobrze, dobrze. – Stara odprawiła chłopaka gestem dłoni. – Zemdlałaś, Jasia. Docucić chcieliśmy. – Co tu się do cholery dzieje? – wrzasnęła Jaśka. – A co się ma dziać? – Wzruszyła ramionami babka. – Przychodzę, a tu nikogo nie ma i… – zacukała się matka Aurelii, o włos unikając dekonspiracji. Jak niby miała wytłumaczyć, że jej węch wyłapuje zapach krwi z dokładnością do dwudziestu lat? – No, sprawy załatwialiśmy, ale przecież już jesteśmy prawda? – łagodnie tłumaczyła Szeptucha. – Chodź do kuchni, herbaty się napijemy. Jasia obrzuciła badawczym spojrzeniem ziejącą pustkę po dachu. – A to? – Kiwnęła głową w kierunku zdewastowanego budynku. – A taki tam drobny wypadek przy pracy. – Babka machnęła ręką. – Jaki znowu wypadek? Ja wam dziecko swoje na wychowanie dałam, a wy o jej bezpieczeństwo tak dbacie? – ryknęła Jasia. – Cicho bądź, bo dzieciaka obudzisz! – Jakiego dzieciaka? Lelkę? – Zdezorientowana kobieta zerknęła na stającą opodal Lelę i ponownie na starą. Dopiero teraz zauważyła niemowlę. – Czyje to? Jasia odruchowo podeszła bliżej, by natychmiast odskoczyć z grymasem odrazy wymalowanym na twarzy. – Zęby ma! – bardziej stwierdziła niż zapytała. – A jakie ostre! – zacmokała z zadowoleniem stara. – Czyje to? – ponowiła pytanie Jaśka. – A Zenka. To już rozumiesz, dlaczego musiałam do siebie przygarnąć? – Kapelusznego Zenka? – zdziwiła się matka Aurelki. – A skąd u niego… – A ty widziałaś, co on pije? – Wzruszyła ramionami Szeptucha. – Od tego różne mutacje się robić mogą! Za plecami Jasi kot wyczyniał niezłą gimnastykę, by upchnąć za skalnikiem zwłoki dusioła. … Zenuś otarł usta i z westchnieniem opadł na ławeczkę. Na wpół opróżnioną butelkę wkręcił starannie w piach obok koszyka z grzybami, by zapobiec ewentualnemu wyciekowi trunku. – A coś ty, Zenuś, taki osowiały? – zagaił Jacek Wrębny, przysiadając na ławeczce. – Stało się co? – Aj, stało się, stało – westchnął ciężko Kapeluszny. – Stara mi dzieciaka znowu powiła. – O cholera. – Podrapał się w beret Jacek. – Masz tam co jeszcze we flaszeczce? – Tyle, co nic. – Wzruszył ramionami Zenuś. – Ale pij, kamrat, na zdrowie. – A nie, nie! Postawić chciałem, żeby zgryzoty odegnać. – A… nie odmówię. Pomóc może nie pomoże, ale i nie zaszkodzi. Dalsze minuty upływały mężczyznom w ciszy, przerywanej jedynie dość częstymi seansami gulgotania. Nad szosą schylało się czerwone słońce i barwiło plandeki przejeżdżających TIR-ów. Od strony lasu nadciągał wczesny wrześniowy wieczór. Zenek mimowolnie się wzdrygnął. – Jacek? – No? – Ty las dobrze znasz… – A znam, a co? – A dusioła kiedyś widziałeś? – Nie widziałem, ale nie raz mi jakieś cholerstwo wyżerało sarny z wnyków – odparł poważnie Wrębny. – Dusioł? – Tak mi się widzi. – A jakbym ci, druhu, powiedział, że dusioła już nie ma? – zapytał ostrożnie Zenuś. – Nie może to być. – zaśmiał się Jacek. – Dusioł od dawna te lasy zamieszkuje i nikt go stąd nie wygoni. – A wiadomo, od kiedy on tu grasuje? – zaciekawił się Zenek. – Ponoć od wojny go widują. Stare babki gadają, że za esesmańcami przylazł, bo mu bardzo smakowali, ale kto to wie, jak było? Ludzi tu u nas nie atakował. Kury czasem za Gomułki żarł po kurnikach, ale też pewności nie ma. Może to miastowe kradli? Wiesz, jaka u nich bryndza wtedy była. Kartki… – No, mogło tak być – zgodził się Zenuś. – A ludzi nic nie żarło? – No wiesz, Zenuś, komuna komuną, miastowe dziwne stworzenia, ale żeby ludzi… – Nie o miastowych prawię! O dusiole! – Aaaa… Nic mi nie wiadomo, żeby ludzi atakował. Coś go widać po ucieczce Szkopów w ryzach trzymało. A co ty się tak o tego dusioła dopytujesz, Zenuś? – A jakbym ci, Jacek, powiedział, żem truchło dusioła na własne oczy widział? – Nie cyganisz? – zapytał poważnie Wrębny. – Jak Boga kocham! – Kapeluszny uderzył się w pierś. – To ja bym ci, kamrat, powiedział, że dożywotnio ci mięso będę przynosić za takie nowiny. – A to się dobrze składa – przytomnie wykorzystał sytuację Zenek. – Na dożynki babom trzeba ze dwie sarny i dzika. – Załatwione! – Klasnął dłońmi w uda Jacek. – No to jeszcze po jednym? – Nie odmówię! W końcu przyszłość zaczynała się rysować w bardziej kolorowych barwach.