Nasza KsięgarNia

Transkrypt

Nasza KsięgarNia
Nasza Księgarnia
© Copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”,
Warszawa 2007
Text © copyright by Agata Mańczyk, 2007
Projekt okładki Marta Weronika Żurawska-Zaręba
Dla Maniola,
prawdziwego żeglarza wśród twardzieli
Dla Gabrysi,
żeby przypomniała mi tę historię, kiedy będę przynudzać
Wszystkie chwyty dozwolone
Słońce właśnie wzeszło. Zyga siedział na ciepłym mchu,
żując leniwie gumę. Maks w szarym, poplamionym ubraniu roboczym przydeptał dokładnie ziemię przy ścianie
śmietnika i przykrył ją ostrożnie dużym kamieniem.
– Nie bądź taki pedant. – Zyga się uśmiechnął, wystawiając twarz do słońca. – To musi wyglądać naturalnie, bo inaczej ten cwaniak Kajtek zaraz coś wyniucha
i cały nasz misterny plan diabli wezmą. Przestań się tak
wiercić w tym kombinezonie! Trzeba było pilnować swoich markowych ciuchów!
Maks zniecierpliwiony przewrócił oczami.
– Jak miałem pilnować? Skąd mogłem wiedzieć, że
mają mnie na widelcu? Jak kładłem się spać, wszystkie
rzeczy leżały na swoim miejscu, a rano na mojej półce
były już tylko te łachy. Nawet majtek mi nie zostawili!
– Oszczędź mi szczegółów – poprosił Zyga. – Zdecydowanie za dużo sobie pozwalają. Dobrze, że załatwiliśmy tę małą od Kajtka.
– Myślisz, że nie przesadziliśmy z tą książką? Jak się
zorientuje, poleci na skargę do Bąbla, a wtedy…
– A wtedy, przyjacielu, Kajetan będzie pierwszym podejrzanym. Wszyscy widzieli, jak szarpał się z nią pod
ka­ruzelą.
– No tak, ale najpierw ją uratował.
Zyga uśmiechnął się pobłażliwie.
– To szczegół trudny do zapamiętania. Utrzemy im
nosa. Wyzwę Szprychę na pojedynek rozstrzygający zakład. Kto się nie pojawi, przegrywa walkowerem. Raczej
151
trudno będzie się jej wymknąć z izolatki, prawda? – Zyga
zaśmiał się nieprzyjemnie, ale uśmiech nagle zniknął
z jego twarzy, kiedy zobaczył zbliżającą się Maritę. Biały podkoszulek i niebieskie spodenki idealnie komponowały się z tysiącami czerwonych kropek na jej ciele.
– No, co tak patrzycie?! – zdenerwowała się. – Skąd
mogłam wiedzieć, że nie śpi! Podeszłam z flamastrem,
a ta wyskakuje z łóżka i pyta, czym może mi służyć! Kie­
dy się obudziłam rano, było już po wszystkim.
Zyga słuchał jej bardzo uważnie.
– Mamy wtykę. – Popatrzył na nich ciężkim od podejrzeń wzrokiem. – Ktoś uprzedził Szprychę o akcji. To
nie było mądre posunięcie. Jak cwaniaka znajdę, to pożałuje, że ma taki długi język. Gdzie jest Wanda? – syknął ze złością.
Maks wzruszył tylko ramionami, drapiąc się po grubym kombinezonie, pachnącym farbą olejną i kurzem.
– Ostatnio po kolacji wymyka się na miasto i wraca
dopiero po północy – powiedziała z pretensją Marita.
– Mówiłem, żeby na nią uważać. – Maks pokiwał głową, dusząc się w kombinezonie. – Nigdy nie wiadomo, co
takiej chodzi po głowie. Jak nieraz na człowieka spojrzy,
to aż ciarki przechodzą po plecach. – Wzdrygnął się.
– Następnym razem będziesz ją śledzić – wycedził
Zyga. – Jeśli spiskuje ze Szprychą, drogo za to zapłaci.
W tej chwili z zarośli wyszła Danka. Nie potrafiła
powstrzymać uśmiechu na widok Marity. Zyga zacisnął
pięści. Następny szedł Franek i z rozbawioną miną zlustrował Maksa.
– Widzę, że zmieniłeś styl – zauważył uprzejmie,
a Kajtek zza jego pleców prychnął śmiechem. – No, przy­
najmniej jesteś oryginalny. – Franek pokiwał z przekona­
niem głową.
152
Klema ziewnęła i spojrzała na Maritę.
– Przecież ty masz ospę wietrzną! – krzyknęła przerażona. – Wzięło cię w ciągu jednej nocy?!
– Wystarczy! – powiedział Zyga tonem ostrym jak
brzytwa. Stanął na środku polany z rękami w kieszeniach. – Mamy za sobą kilka upojnych dni i nadal nierozstrzygnięty zakład. Został nam tydzień. Dalsze podchody nie mają sensu.
Danka nie spuszczała z niego uważnego spojrzenia.
– Co proponujesz? – spytała głosem wypranym z jakichkolwiek emocji.
Zyga patrzył jej prosto w oczy.
– Pojedynek.
Danka uśmiechnęła się i szybko kiwnęła głową.
– Dobrze.
– W takim razie spotykamy się jutro o świcie… –
zaczął Zyga, ale nie pozwoliła mu skończyć.
– Nie ty tu będziesz stawiał warunki – powiedziała
Danka ostrzej, niż zamierzała. – Wasze ostatnie akcje
nie były zbyt błyskotliwe, więc jeśli ma być pojedynek,
to na moich warunkach.
Zydze nie drgnął nawet jeden mięsień twarzy. Dziewczyna uśmiechnęła się zadowolona.
– Cieszy mnie twoja gotowość do współpracy. Jak sądzę, dokładnie prześwietliliście książkę?
Kajtek z niepokojem zamrugał oczami. Zyga czekał
w napięciu, nie mówiąc ani słowa.
– Bez mapy książka nadaje się tylko na makulaturę.
– Marita wzruszyła ramionami.
– Jakiej mapy? – zainteresował się Kajtek.
– Jeszcze się głupio pytasz! – zdenerwowała się. –
Uważaj, bo się nabiorę na tę niewinną minkę! Trzeba by­-
153
ło nie krzyczeć na pół stołówki o skarbie, to może fak­
tycznie udałby ci się ten przekręt.
Kajtek patrzył na nią zdezorientowany. Wystarczyła
mu sekunda na skojarzenie faktów, by wybuchnąć zdrowym, niepohamowanym śmiechem, któremu towarzyszył skromny chichot Klemy i głośny ryk Franka. Danka z całych sił próbowała zachować powagę.
– A więc sądziliście, że w książce jest mapa do skarbu? – Parsknęła śmiechem. – To urocze. Zyga, nie podejrzewałam cię o taką fantazję. Ty masz duszę artysty!
– zażartowała, wywołując u swojej załogi nowe konwulsje.
– No tak! – krzyknął nagle Kajtek. – Zapomniałem
wam powiedzieć, że to Kapitan Hak i jego piraci zatopili
w Kisajnie swój statek z górą złota i brylantów.
Zyga mierzył Maritę wzrokiem niewróżącym niczego
dobrego.
Danka roześmiała się, ale szybko spoważniała.
Maks grzebał patykiem w piachu, Marita purpurowa jak przejrzały pomidor patrzyła na Szprychę ze złoś­
cią. Zyga czekał spokojnie blady i opanowany. Mogło
się wydawać, że ma tu do załatwienia dużo ważniejszą
sprawę.
– Czy, poza szukaniem mapy, zwróciliście uwagę na
historię napisaną ręcznie na marginesach książki? – spytała w końcu Danka.
Zyga prawie niezauważalnie kiwnął głową.
– Moje warunki są proste. Kto uczciwie wykona trzy
zadania, wygrywa zakład.
Kajtek zaprezentował najpiękniejszy ze swoich uśmiechów i gdyby nie pewna okularnica, która nie dawała
mu o sobie zapomnieć, chętnie ucałowałby Dankę w oba
policzki.
154
– To może niech wygra ten, komu ukaże się duch, co?
Przecież to jakaś bujda na resorach! – zaśmiał się Zyga.
– Powtarzam. Po pierwsze, trzeba znaleźć w nocy
kwitnący dziki hiacynt, odszukać miejsce spotkania
kochanków i posadzić tam roślinę; żeby wszystko było
jasne, nasz kwiatek będzie na południu, wy posadzicie
go od północy. Drugie zadanie to Sztynort. Spotykamy
się w knajpie Zęza dokładnie o północy, aby zaśpiewać
ich ulubioną szantę. W końcu należy puścić na wodę
świecę z imionami kochanków w miejscu, gdzie zginęła
dziewczyna. Mamy równe szanse, bo nikt z nas nie wie,
gdzie to się stało. Kto nie wykona choćby jednego zadania, przegrywa zakład. Wchodzisz w to? – Mierzyła go
poważnym spojrzeniem.
Maks prychnął ironicznym śmiechem, ale Zyga już
kiwnął głową.
– Kto nie wykona choć jednego zadania, przegrywa
cały zakład. To mi się podoba. Przynajmniej nie potrwa
to długo. – Uśmiechnął się cynicznie. – Zanim zdążysz
się zorientować, będziesz spełniać moje życzenie.
Danka patrzyła na niego spokojnie, jakby znała odpowiedź na każde pytanie.
– Bardzo chętnie, jeśli tylko zagracie fair, w co wątpię.
W każdym razie ostatniego dnia w porcie nad Niegocinem sprawdzimy, czy kwiaty zostały zasadzone, a reszta zadań wykonana w terminie. Zakład się rozstrzygnie
i wrócimy do domu.
– Wszystkie chwyty dozwolone? – zapytał z nadzieją
Maks.
– Oczywiście. Inaczej nie miałbyś zabawy. – Uśmiechnęła się złośliwie. Zrobiła ruch, jakby chciała odejść.
– Jeszcze jedno. – Zyga ją zatrzymał. – Dzisiaj są odwiedziny rodziców. Proponuję rozejm rozpoczynający
155
się po śniadaniu, a trwający aż do kolacji. Nie ma sensu
wtajemniczać ich w nasze sprawy.
Danka patrzyła na niego uważnie i przez moment
wydawało jej się, że znowu widzi tego przestraszonego,
troskliwego Witka z Twierdzy Boyen. Chłopak czekał
w na­pięciu na jej decyzję. Wiedziała, dlaczego to dla niego takie ważne.
– W porządku. – Kiwnęła głową i zauważyła wyraźną ulgę, która na ułamek sekundy odprężyła napięte mię­
śnie jego twarzy. – Każdego, kto wyjdzie ze stołówki po
śniadaniu, obowiązuje zawieszenie broni. Kto złamie
ten warunek, zostanie usunięty z drużyny i poniesie ka­
rę od obu stron.
– Umowa stoi. – Zyga wyciągnął w jej stronę rękę.
Danka spojrzała na niego zaskoczona. Chłopak uparcie stał z wyciągniętą dłonią i patrzył jej poważnie
w oczy. Kiedy w końcu podała mu swoją, poczuła mocny uścisk.
– Chwileczkę! – krzyknął Maks. – Oddajcie mi moje
ciuchy! Co mam powiedzieć starym?
Danka spojrzała na niego zdziwiona.
– A to dość oryginalna prośba. – Uśmiechnęła się.
– Nie mam pojęcia, gdzie są twoje rzeczy. Zresztą nawet
gdybym wiedziała, nie widzę powodu, żeby ci je zwracać. Rozejm nie działa wstecz. No, chyba że jesteś w stanie oddać Frankowi jego włosy na te kilka godzin? Będziesz musiał sobie jakoś poradzić, mazgaju. I mam nadzieję, że to nie wpłynie w żaden sposób na namiętność
uczucia, jakie podobno do mnie żywisz. – Uśmiechnęła
się słodko i szybkim krokiem ruszyła w stronę budynku
stołówki.
*
156
– Uwielbiam naleśniki – ucieszyła się Klema, pakując sobie do ust duży kęs suto posmarowany dżemem. –
W domu Kleofas podrzuca je pod sam sufit i łapie na
patelnię. Zawsze są mocno zrumienione i chrupiące.
Danka jadła bez apetytu. Chyba czas zadzwonić do
domu i sprawdzić, jak sobie bez niej radzą. Po śniadaniu
kupi w kiosku kartę telefoniczną. Mama powinna akurat wrócić z kościoła.
– A co ten Kajtek znowu kombinuje? – zaniepokojony
ton Franka wyrwał ją z zamyślenia.
Odwróciła się i zobaczyła, jak chłopak z dwuznacznym uśmiechem podaje złożoną na cztery kartkę i pokazuje, żeby po przeczytaniu puścić ją dalej.
– W ostatniej chwili… – Danka się uśmiechnęła.
Nagle drzwi stołówki otworzyły się z hałasem. Na
salę weszła szybkim krokiem zapłakana Łucja. Złapała
Kajtka za łokieć i odwróciła do siebie.
– Nie sądziłam, że możesz być tak podły! – powiedziała, próbując opanować drżenie głosu.
Kajtek patrzył na nią osłupiały. Wyglądała jakoś ina­
czej. Czerwone oczy i spuchnięty nos nie mogły aż tak
zmienić jej twarzy. Czegoś tu brakowało, ale Kajtek nie
miał czasu szukać w pamięci zagubionego elementu, bo
na rzęsach dziewczyny właśnie niebezpiecznie zawisły
łzy.
– Nie wiem, dlaczego jesteś dla mnie taki okrutny.
Przecież nic ci nie zrobiłam! Starałam się tylko wam pomóc!
– O czym ty mówisz? – zdenerwował się Kajtek. –
Dlaczego płaczesz?
– Nie wiesz?! Będziesz teraz udawał, że nie masz
z tym nic wspólnego?! No tak, to do ciebie podobne.
Sprytne i bardzo perfidne!
157
Łucja wyjęła zza pleców książkę, a właściwie jej resztki. Na środku nienaruszonej okładki, tylko trochę wytartej od ciągłego czytania, widniał napis Błękitny Zamek
Lucy Maud Montgomery. Na tym jednak kończyła się
lektura, bo wszystkie kartki ktoś bardzo precyzyjnie
ponacinał wszerz aż do samego grzbietu. Kajtek patrzył
przerażony i czuł, że rośnie w nim wściekłość na siebie.
Był kompletnym idiotą, wciągając Łucję we własne porachunki i pozwalając, żeby skrzywdzili ją zamiast niego.
Spojrzał na Zygę z taką nienawiścią, że gdyby Witek
mógł zobaczyć się teraz w lustrze, czym prędzej zabrałby się do załatwiania formalności pogrzebowych. Jak
przez mgłę usłyszał dochodzące z sąsiedniego stolika chi­­
choty nad krążącą kartką papieru, która błyskawicznie
przechodziła z rąk do rąk.
– To ma być twoja zemsta, tak? Jak mogłeś zniszczyć
moją ukochaną książkę? Właśnie ty! I jeszcze ci było
mało? – zapytała nagle Łucja, kiwając z niedowierzaniem głową. – Musiałeś mi zabrać okulary?! Ja bez nich
bardzo słabo widzę. Oddaj mi je, proszę.
Kajtek patrzył skołowany na uśmiechniętego Zygę,
który przy swoim stoliku, z niespotykanym do tej pory
apetytem, zajadał naleśniki z dżemem.
– Przeholowałeś, Kajetanie. – Pani Leokadia, która,
wchodząc do sali, usłyszała ostatnie słowa Łucji, położyła
mu na ramieniu ciężką dłoń. – Możesz mi to jakoś wyjaś­
nić?
Chłopak spojrzał na nią zdziwiony, jakby widział ją
po raz pierwszy w życiu.
– To bardzo nie fair. – Pokręciła z niesmakiem głową. – Dziwi mnie, że właśnie tobie muszę to tłumaczyć.
Gdzie są okulary Łucji?
Kajtek pierwszy raz widział ją tak zdenerwowaną.
158
– Nie wiem – powiedział cicho, spuszczając głowę.
– Nie pogarszaj swojej sytuacji! Szarpałeś ją wczoraj
pod karuzelą. O mały włos nie doszło przez ciebie do
wypadku! – krzyknęła wychowawczyni wyprowadzona
z równowagi.
Franek poderwał się od stolika, chcąc jakoś pomóc
przyjacielowi, ale Danka dała mu znak, żeby usiadł.
W sali zrobiło się całkiem cicho. Wszyscy wpatrywali
się z napięciem w Kajtka i coraz bardziej rozzłoszczoną
wychowawczynię. Gdzieniegdzie tylko dało się słyszeć
mi­mowolne wybuchy tłumionego śmiechu na widok krą­
żącej kartki.
– Dam ci ostatnią szansę. – Pani Leokadia nabrała du­
ży haust powietrza. – Kto, jeśli nie ty, zabrał Łucji okulary i zniszczył książkę? Odpowiadaj!
Kajtek spojrzał uważnie na Zygę. Przez chwilę mierzyli się twardymi spojrzeniami. Obaj gotowi byli na
walkę do upadłego.
– Nie ukrywaj winowajcy – mówiła z nadzieją w głosie. Była zła na siebie za tę słabość, ale jakoś nie mogła
uwierzyć, żeby ten poczciwy Kajtek zrobił takie świństwo.
– To ja – powiedział Kajtek zachrypniętym głosem
i spojrzał Łucji w oczy, a to, co w nich zobaczył, zabolało
go bardziej niż najgorsza kara.
– Skoro tak, poniesiesz karę. Na razie pozmywasz po
śniadaniu zamiast pani Walerii. Potem zgłosisz się do
mnie. Za godzinę okulary Łucji mają się znaleźć, jeśli
nie, dzisiejszą noc spędzisz już w domu. Pewnie rodzice
cię dziś odwiedzą. Jak tylko przyjadą, chcę z nimi rozmawiać. – Zmierzyła go lodowatym wzrokiem. Omiotła
salę władczym spojrzeniem.
159
– Niech to będzie dla was wszystkich przestroga
przed robieniem głupich kawałów! – Nagle spojrzała na
roześmianą trójkę dziewczyn w kącie sali. – A wy z czego się śmiejecie? – spytała ze złością. – Co tam macie?
Proszę mi to natychmiast pokazać!
Ruszyła energicznie między stolikami i odebrała ładnej brunetce, siedzącej koło Magdy, nieco już zmiętą
kart­kę. Rozłożyła ją szybko i przeczytała tekst.
– No, proszę bardzo!
Pani Leokadia wiedziała, że nie powinna tego robić.
Ktokolwiek puścił ten list w obieg, zaciera teraz ręce z radości. Dzieciaki jednak nigdy się nie zmienią. Zawsze te
same stare, niezawodne numery. Gdyby nie była tak zła
na Kajtka za to, że krył prawdziwego winowajcę, schowałaby ten list do kieszeni i przemilczała sprawę. Tak
byłoby najrozsądniej. Jak widać gra jest dużo ostrzejsza,
niż się spodziewała. Dziś po wyjeździe rodziców wezwie
do siebie Witka i Dankę i zakończy tę zabawę, która
najwyraźniej wymyka im się spod kontroli. Skoro udają
takich twardzieli, to proszę bardzo, ona sama chętnie da
im nauczkę.
– Co my tu mamy?! – Wystarczył jej jeden rzut oka
na Wandę, żeby przekonać się, że nie miała z tym nic
wspólnego. Takie dziewczyny jak ona nie tracą czasu
na głupoty. Nie zrobi jej krzywdy, a może dzięki temu
pozna autora tego zgrabnego liściku. – Pośmiejmy się zatem wszyscy, skoro to taki doskonały żart!
Wanda miała złe przeczucia. W tej miotającej się po
sali kobiecie było coś niebezpiecznego. Chyba przekroczyli granicę, którą im wyznaczyła, i teraz spadnie kilka głów. Tylko ktoś tak zaślepiony walką jak Zyga mógł
myśleć, że ona niczego nie wie. Leokadia Bąbel była
sprytniejsza, niż ktokolwiek z nich podejrzewał. Pozwa160
lała na tę zabawę, dopóki nie dotyczyła nikogo spoza
obu drużyn. Zyga popełnił błąd, wciągając w to Łucję. Za­
płaci za to najwyższą cenę. Wanda spokojnie znosiła
ukradkowe spojrzenia tych, którzy przeczytali już tekst
na kartce. Zemsta Szprychy może być dotkliwa. Wanda nawet nie była na nią zła. Miała do tego prawo. To
w końcu ona sama zaczęła. Najważniejsze, że za chwilę
będzie już na łodzi z Sewerynem. I tej myśli zamierzała
się kurczowo trzymać.
– Mój drogi, jedyny Michale – pani Leokadia zwróciła
się do zaskoczonego wychowawcy, który właśnie słodził
sobie herbatę. Zamarł z łyżeczką w połowie drogi. – Odkąd ujrzałam cię na parkingu, moje serce oszalało. Twoje oczy,
uśmiech i te kocie ruchy… Kocie ruchy? – zdziwiła się pani
Leokadia.
Klema wzruszyła bezradnie ramionami, dając do zrozumienia oburzonemu Frankowi, że jak mu się nie podoba, to mógł sam napisać.
– …kocie ruchy i miękki głos sprawiły, że nie mogę przestać
o Tobie myśleć.
Pan Michał głośno przełknął łyk gorącej herbaty. Wychowawczyni rzucała ukradkowe spojrzenia znad kartki
w stronę stolika Danki.
– Nie chcę już dłużej tłumić w sobie namiętności, która rozsadza mi ciało. – Pani Leokadia podniosła ze zdziwienia
brwi.
– Te romanse robią ci wodę z mózgu – mruknął Franek do Klemy.
– Miało być romantycznie, tak czy nie? – oburzyła się
Klema.
– Spokój. – Danka dała im dyskretnie znak. – Bąbel
nas obserwuje. Nie dajcie po sobie poznać, że mamy
z tym coś wspólnego.
161
– Wiem, że moje uczucie musi pozostać tajemnicą, dopóki
je­steśmy tutaj. Kiedy wyjedziemy, nie będzie już przeszkód dla
naszego związku. – Pani Leokadia mimo nadludzkiego wysiłku nie umiała powstrzymać uśmiechu. – Różnica wieku
nie ma dla mnie znaczenia. Nie bójmy się już własnych uczuć.
Kocham Cię, mój jedyny, i tak będzie na wieki.
Pani Leokadia zmierzyła Dankę uważnym spojrzeniem. Nie znalazła na twarzy dziewczyny żadnych emocji. To dziwne, że jest tak opanowana, kiedy cała stołówka ryczy ze śmiechu. Klementyna nie potrafi ukryć
dumy z udanego debiutu. Wszystko jasne. Szprycha
zemściła się za numer z pająkami. Jedno było pewne –
z tymi dzieciakami nie można się nudzić.
– Podpisano: Wanda – powiedziała ciszej pani Leokadia.
Szczęśliwym trafem okna w stołówce były otwarte,
bo wybuch śmiechu, jaki nastąpił po tej brawurowej recytacji, z całą pewnością by je wysadził. Wanda westchnęła bezradnie, wzruszyła ramionami, kiwnęła głową Dance i… wyszła wolno z sali przy wtórze oklasków
i gwizdów.
Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.
02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c
tel. 22 643 93 89, 022 331 91 49
faks 22 643 70 28
e-mail: [email protected]
Dział Handlowy
tel. 22 331 91 55, tel./faks 22 643 64 42
Sprzedaż wysyłkowa
tel. 22 641 56 32
e-mail: [email protected] www.nk.com.pl
Książkę wydrukowano na papierze
Creamy 60 g/m2 wol. 2,0.
Redaktor prowadzący Katarzyna Piętka
Opieka redakcyjna Magdalena Korobkiewicz
Redakcja Jolanta Sztuczyńska
Korekta Roma Sachnowska
Skład, redakcja techniczna Joanna Piotrowska
ISBN 978-83-10-12746-4
P RIN­ T E D I N P O­ L A N D
Wy­daw­nic­two „Na­sza Księ­gar­nia”, War­sza­wa 2015 r.
Druk: EDICA Sp. z o.o., Poznań