tutaj - PRZESILENIE
Transkrypt
tutaj - PRZESILENIE
2 W NUMERZE Clan of Xymox Najczarniejsza godzina 4–6 Tides From Nebula Nie zjadamy własnego ogona 7–9 Cyclobe Odpowiedni układ planet 10–11 [haven] Orientalna melancholia 12–13 Tryp Reportaż z dzisiejszego świata 14–16 Rytm w szumie mind.in.a.box Czy 8 bitów ci wystarcza? Jak feniks z popiołów Different State Alchemiczny traktat Rewolucja syntezatorowa cz.1 Składamy w Wasze ręce próbne wydanie niezależnego i nieco podziemnego zina, powstałego na zgliszczach magazynu Gothica. Mimo rezygnacji wydawcy z drukowania obu swoich muzycznych kwartalników, nie poddajemy się. Skoro udało nam się zebrać siły na tę szlachetną muzyczną krucjatę, nie dajemy jej upaść, póki mamy jeszcze zapał i wiarę w Was, drodzy Czytelnicy. The Beijing East Village 17 18–20 21 22–23 23 Elena Alice Fossi Kirlian Camera, SPECTRA*Paris 24–27 Prosto w noc 28–30 Zerowy numer to przede wszystkim muzyka – od dark ambientu i industrialu, przez lżejsze i cięższe electro, po rock gotycki i alternatywę. Zebraliśmy artystów, których kojarzycie (także z Castle Party – oznaczonych odpowiednio w spisie) i tych, których dopiero poznacie. Nie zapominamy o polskiej scenie, bo to właśnie ona, a nie światowe gwiazdy, szczególnie potrzebuje wsparcia i rozgłosu. Zgodnie z Waszymi sugestiami, zamieściliśmy też więcej felietonów – zarówno typowo muzycznych jak i poświęconych innym dziedzinom rozrywki i sztuki (od popkultury po bardziej artystyczne działania). Mówią, że magazyny o wszystkim są tak naprawdę o niczym. Mamy nadzieję, że obalimy to stwierdzenie, a każdy z Was znajdzie tu coś dla siebie i zainteresuje się „nieznanym”. Ta scena jest zbyt mała na wewnętrzne podziały i pełna zbyt wielu fascynujących dźwięków na przeciwnych biegunach. Diary of Dreams Echo każdego z nas 32–34 Suicide Commando Matkojebcy muszą zginąć! 35–37 Wieże Fabryk Standard bitelsowsko-slejerowy 38–39 Kostką i myszką Wiedźmin 2: Zabójcy królów 42 Dlatego powalczmy wspólnie dla jej dobra. Powiedzcie o nas znajomym, polubcie na Facebooku, trzymajcie kciuki! W szaleństwie letniego imprezowania oraz kupowania płyt i ciuchów przeznaczcie trochę drobnych na wsparcie rodzimej sceny i zakup naszego magazynu. W składzie redakcji rozpoznacie być może kilka znajomo brzmiących nazwisk – członków zespołów, organizatorów imprez, użytkowników forów. Skoro oni uwierzyli w ten projekt i zdecydowali się go bezpośrednio wesprzeć, może i Wy dacie się przekonać. Zombiaki 43 Czy jesteś Nemi? 43 Fumetti Neri. Seks i zero sensu 45 Śledźcie nas w internecie i wypatrujcie kolejnej odsłony „Przesilenia”. Niech Słońce nam sprzyja i obyśmy spotkali się również na przyszłorocznym Castle Party. PS. Jako że sezon festiwalowo-wakacyjny mamy w pełni, nie zapomnijcie o najbliższych i wyślijcie im pozdrowienia. Polecamy wykorzystać do tego celu pocztówki z tylnej okładki. Niech nieobecni wiedzą co tracą (lub że zachowujecie się grzecznie ;)! Redaktor naczelny Łukasz Miernik Redakcja Bartosz Hervy, Jakub Skowroński, Katarzyna Leśniewska, Mariusz Doering, Mariusz Łuniewski, Paweł Kmiecik, Robert Marciniak, Selena Pokitko, Wojciech Sajkowski, Wojciech Wawrzak Współpraca Jakub Mikians, Joanna Bernard, Kamila Junik, Oktawian Mrowiński, Piotr Mirski, Tomasz Orzechowski Korekta Selena Pokitko Logo i okładka Bartosz Hervy, www.signall.pl Skład i łamanie Henryk Jursz, www.jursz.pl Kontakt reklama i patronat – [email protected] promocja i współpraca – [email protected] pytania – [email protected] Christblood Prawidłowa konwergencja energii 40–41 Troum Ścieżka do źródła wiecznej energii 46–47 The Cuts Historie bez happy-endu 48–50 Relacje z koncertów 51–54 Recenzje płyt 55–61 H.EXE vs Hyoscyamus Niger Electro czy gothic 62 „Przesilenie” w sieci www.przesilenie.com www.facebook.com/przesilenie Redakcja magazynu „Przesilenie” nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam oraz poglądy prezentowane przez rozmówców. Przedruk jakichkolwiek materiałów w części lub całości i wykorzystywanie ich w jakiejkolwiek formie są zabronione bez zgody redakcji. Dziękujemy wszystkim przyjaciołom, znajomym i życzliwym, którzy zdecydowali się nas wesprzeć w tych trudnych czasach i na tej skromnej scenie muzycznej. Jeśli również chciałbyś wspomóc naszą inicjatywę i zaprezentować się na tylnej okładce w gronie patronów lub zareklamować wewnątrz pisma, napisz na [email protected] 3 Najczarniejsza godzina Ronny Moorings: Clan of Xymox to ja Mariusz Łuniewski, Łukasz Miernik Tłumaczenie: Kamila Junik Choć lata świetności w wytwórni 4AD ma już za sobą, Ronny nadal trzyma poziom i nagrywa kolejne albumy, zamiast odcinać kupony od dawnej sławy, jak niektórzy koledzy po fachu. W tym roku powrócił z albumem „Darkest Hour” i, choć odmówił odpowiedzi na pytania o przeszłość i byłych członków zespołu, przybliżył nam kulisy powstawania bieżącego wydawnictwa i zdradził nieco planów na przyszłość. Witaj Ronny. Bardzo cieszę się, że możemy porozmawiać, tym bardziej, ze okazja jest ku temu doskonała! Właśnie ukazała się twoja kolejna płyta „Darkest Hour”. Jak się czujesz w związku z tym? Rok starszy! Płyta miała premierę 20 maja w moje urodziny, tak dla wyjaśnienia tej ironicznej uwagi. Tym razem dałem trochę odpocząć mojej gitarze i w studio postanowiłem pobawić się bardziej syntezatorami i keyboardami. Wszystko działo się bardzo naturalnie. Sięgałem po gitarę jedynie w tych utworach, które tego potrzebowały. W pozostałych dawała ona efekt „przeładowania”, a tego właśnie chciałem uniknąć. Oczywiście znajdują się tu także utwory w pełni oparte na gita- Chciałem, aby kilka utworów zachowało brzmienie z czasu, kiedy zaczynałem je komponować tylko na syntezatorach, na przykład „My Reality”, „Delete” i „My Chicane”. Czasem bardziej efektowne są piosenki nieprzeładowane instrumentami, zostaje w nich więcej miejsca dla podstawowej melodii i rytmu. Wydaje mi się, że te trzy pierwsze utwory, które bardzo lubię, nieco różnią się od reszty. Uważam je za taki „oldschool” ze smaczkiem. Reszta albumu to klasyczne utwory Clan of Xymox, które korespondują ze wszystkimi poprzednimi albumami. Całe piękno koncepcji tej muzyki tkwi w fakcie, że to ja gram na wszystkich instrumentach. Czy w danym utworze jest gitara, czy jej nie ma, zależy wyłącznie od piosenki. Nie krępuje mnie żaden muzyczny kaftan bezpieczeństwa, więc mogę robić wszystko, na co mam ochotę. Tak to właściwie działa w Clan of Xymox. Chyba właśnie dzięki temu twoi oldschoolowi fani mogą odnaleźć na nowej płycie również ducha wczesnego Clan Of Xymox. Wspomniany teledysk promujący album, jest zrealizowany w stylu retro. Wygląda na to, że nowinki techniczne nie pochłonęły cię bez reszty? Nie krępuje mnie żaden muzyczny kaftan bezpieczeństwa, więc mogę robić wszystko, na co mam ochotę. rach jak „Tears Ago” czy „She Did Not Answer”, w którym motyw przewodni stanowi gitarowy sampel. Ogólnie jednak płyta wydaje się zdominowana przez syntezatory, co nie oznacza bynajmniej, że przez to jest ona mniej klimatyczna. Na youtube umieściłem jeden z singli, „Delete”, fani mogą go obejrzeć nawet w wersji 3D. Skąd te wszystkie syntezatory? „Darkest Hour” to kolejny krok w stronę muzyki elektronicznej, a nawet brzmień electroclash w stylu wczesnego Mount Sims. Jest to znak czasu, wymagania sceny czy po prostu wyraz fascynacji brzmieniami klubowymi? 4 Przede wszystkim… oldschoolowi? Nie powiedziałbym, że mamy jeden, określony typ fanów. Clan of Xymox istnieje już dość długo, przez ten czas zyskaliśmy sympatię wielu odbiorców. Ludzie cenią nas za różne albumy, więc chyba nie ma sensu dzielić ich w zależności od upodobań muzycznych. Gdybym się nie zmieniał, część fanów poczułaby się rozczarowana. Podążam więc za własnym gustem w nadziei, że ludzie go podzielą. Ale wracając do twojego pytania o postęp technologiczny, rzecz w tym, że aby obecnie uzyskać taki retro–efekt, musisz pracować używając najnowszych technologii. O ironio! Skoro o ironii mowa, tytuł poprzedniej płyty [„In love we trust” – red.] nawiązywał do miłości i zawiłej natury związków. Jak jest z „Darkest Hour”? „Darkest Hour” [„najczarniejsza godzina” – red.] ma wiele znaczeń. Po niej przychodzi nadzieja, nadzieja na lepsze. Najczarniejsza godzina przypada ok. 3 w nocy, gdy jest bardzo cicho, a dla mnie jest to najlepszy czas do tworzenia muzyki. Nic mnie nie rozprasza i właśnie wtedy lubię komponować. Nazwałem tak utwór instrumentalny, ponieważ: po pierwsze, został stworzony w tym momencie nocy, a po drugie, pozostaje otwarty na interpretację odbiorcy. Wracając do nagrywania, w oficjalnej biografii wyraźnie zaznaczasz: „Ronny Moorings to Clan Of Xymox”. Czy przy „Darkest Hour” faktycznie wszystkiego dopilnowałeś sam? Najprościej rzecz ujmując, tak. To ja piszę, nagrywam, produkuję i miksuję cały album. Wszystkie utwory na „Darkest Hour” napisałem w ciągu ostatnich dwóch lat. Kiedy wszystko jest zrobione, a płyta gotowa do wydania, mój zespół zaczyna ogrywać nowe piosenki. Gdy materiał zostanie opanowany, gramy go na żywo. Do niedawna dystrybuował was w Polsce Vision Music, teraz nie macie nikogo. Czy jednak polscy fani będą mogli kupić „Darkest Hour” w sklepach? Tak, album ukaże się w Polsce jeszcze w tym roku nakładem Big Blue. Ci, którym się spieszy, mogą kupić płytę w internecie, np. poprzez infrarot.de. Wydanie lokalne będzie oczywiście tańsze. Miałem przyjemność zapowiadać wasz ostatni występ na Castle Party. Niestety, musieliście wystąpić w uszczuplonym składzie [zachorował gitarzysta Mario – red.]. Jak wspominasz ten koncert? Byliśmy dosyć zdenerwowani, że Mario nie jest z nami. Po raz pierwszy musieliśmy wystąpić tylko w trójkę, a w dodatku ja byłem okropnie przeziębiony i nafaszerowany wszelkimi możliwymi lekarstwami na kaszel. Mimo wszystko uważam, że spisaliśmy się bardzo dobrze. Mario po trzech miesiącach poważnej choroby szczęśliwie powrócił do zdrowia. Teraz towarzyszy nam znów na scenie jak gdyby nigdy nic. Koncert był rejestrowany na wideo, czy jest szansa na oficjalne wydanie tego materiału? Tak, Big Blue wyda ten materiał w Polsce i całej Europie. Sfilmowany został cały koncert, więc jest to także doskonała dokumentacja Castle Party 2010. Dość regularnie koncertujecie w Polsce – czy któryś z zagranych tu koncertów szczególnie utkwił ci w pamięci? Powrót na szerokie wody? Raczej nie mam się czego obawiać. Koncerty na Castle Party pamiętam najwyraźniej, pewnie ze względu na przepiękną lokalizację i atmosferę festiwalu. Graliśmy tam wielokrotnie i każdy kolejny raz to jak powrót do domu. Fot. archiwum zespołu W trakcie pisania tego wywiadu nie pojawiła się jeszcze żadna informacja odnośnie koncertów w Polsce. Czy możemy liczyć na koncert w ramach promocji „Darkest Hour”? Tak, zagramy koncert 12 listopada tego roku w klubie Dekompresja w Łodzi. Kiedy ostatni raz tam graliśmy, w trakcie koncertu umarł papież i zrobiło się dosyć dziwnie, bo wieść o tym rozeszła się bardzo szybko i organizator musiał odwołać after party… W kilku wywiadach wyrażałeś wątpliwość co do przyszłości tradycyjnych nośników dźwięku. To zrozumiałe, ale z drugiej strony winyle a nawet kasety magnetofonowe przeżywają teraz swój renesans. Zespoły limitują też nakłady, dodają różne gadżety czy treści, których nie da się 5 ściągnąć z internetu. Czy możemy liczyć na jakąś specjalną edycję „Darkest Hour”, albo na winylowe wznowienie katalogu COX? Wątpię. Winyle są dla kolekcjonerów i bardzo niewiele osób kupuje takie wydania. Wiem, że gdzieś ma się ukazać jakiś winyl, ale będzie to raczej niszowe wydawnictwo. Na szczęście są jeszcze tacy, którzy kupują płyty CD właśnie dlatego, że taki nośnik jest namacalny. Z całą pewnością żyjemy w najczarniejszej godzinie muzycznego biznesu. Z roku na rok ubywa sklepów muzycz- W dzisiejszych czasach płaci się za miejsce na kompilacji. Kiedyś proszono zespół o udostępnienie utworu na składankę do magazynu, teraz działa to odwrotnie. Uważam, że obecnie nie inwestuje się w rozwój zespołów, a w ten sposób niewielu grupom uda się szerzej zaistnieć. Oczywiście, talent to ważna kwestia, ale jeśli wytwórnia nie jest w stanie wydać żadnej nowej płyty, to po prostu koniec bajki… Wielu muzyków ostrzegało o tym już dawno temu. Konsumenta zaś ta sprawa nie interesuje, do momentu, gdy już jest Kiedyś proszono zespół o udostępnienie utworu na składankę do magazynu, teraz działa to odwrotnie. nych, w niektórych miastach zupełnie ich już nie ma, to strasznie przygnębiające. Także tu, w Lipsku, takich sklepów jest zaledwie kilka, a za każdym razem, gdy do nich zaglądam, sekcja płyt CD jest mniejsza. Właśnie, kilka lat temu przeprowadziłeś się do Lipska, miasta, które można śmiało określić mianem europejskiej stolicy dark independent. Jak oceniasz perspektywy rozwoju artystycznego w Niemczech w porównaniu z twoją ojczyzną? Czy masz jeszcze jakiś kontakt ze sceną holenderską? Mam niewielki kontakt z Holandią, z tym, co się tam dzieje. Mieszkam w Niemczech i zajmuje mnie bardziej to, co dzieje się tutaj. Oczywiście gramy tam od czasu do czasu i spotykamy się ze znajomymi, ale nic ponad to. Lubię miejsce, w którym mieszkam i z pewnością nigdy nie wrócę do Holandii, nawet na samą myśl o tym dostaję dreszczy. Tamtejsza architektura jest tak jednorodna, że gdyby cię przetransportowano dokądś w opasce na oczach, nie wiedziałbyś, w którym mieście jesteś. Zbyt wiele ludzi mieszka stłoczonych w jednym miejscu, co wzmaga agresję wyczuwalną na ulicach i w środkach transportu. Partie populistyczne tylko żerują na tym efekcie „szczurów w klatce”. Nie, dzięki… No tak, Niemcy jawią mi się jako ostatni bastion tej muzyki. To jedyny znany mi kraj, w którym funkcjonuje zorganizowany specjalistyczny rynek gotycki, mnóstwo czasopism i duże festiwale. Oczywiście z jednej strony jest to bardzo pozytywne, mamy wybór pism, sklepów i akcesoriów lifestyle’owych. Z drugiej strony, śledząc gazety i płyty do nich dodawane mam wrażenie, że poziom prezentowanych i lansowanych zespołów z roku na rok maleje. Sądzisz, że jest coraz mniej młodych dobrych zespołów, czy to prasa ma ambicje trafiać w mniej wybredne gusta? Czy może powód leży jeszcze gdzie indziej? 6 za późno. Dokładnie tak, jak w przypadku ginących gatunków zwierząt, zwracamy na to uwagę już po fakcie. Sam w końcu przeszedłeś długą i burzliwą drogę od największych wytwórni (4AD, Polydor Records) do niezależnej i niszowej Trisol. Clan of Xymox jest obecnie jedną z ikon gotyckiego grania, jednak wasza przynależność gatunkowa nie zawsze była tak jednoznaczna. Pierwsze płyty rozeszły się w nakładach, o których mnóstwo obecnych gwiazd pop może tyko pomarzyć. Takie zespoły, jak wy, The Sisters Of Mercy czy Fields Of The Nephilim, były wręcz mainstreamowe. Jak wówczas wyglądała scena? Te zespoły stanowiły alternatywę we właściwym tego słowa znaczeniu, nie tak jak dziś, kiedy scena alternatywna jest zarazem mainstreamowa. Miały teledyski na MTV i dzięki temu mogły być znane szerszemu odbiorcy... Jeśli twoje wideo pojawi się w telewizji lub na ścieżce dźwiękowej do jakiegoś filmu, automatycznie zyskujesz większe audytorium. Zawsze tak to działało i w tej kwestii internet nic nie zmienił. Czy zatem muzyka gotycka, choć zapisała się złotymi wersami w historii rocka, Obecnie wydaje was wspomniany Trisol. Czy nie myślałeś jednak o powrocie do dużej wytwórni i ponownym spróbowaniu sił na szerokich wodach? Okoliczności wydają się sprzyjać, w katalogach 4AD czy chociażby Fiction, pojawiło się wiele młodych zespołów wyraźnie nawiązujących do zimnych, melancholijnych brzmień lat 80. XX w. Powrót na szerokie wody? Raczej nie mam się czego obawiać. Jestem w Metropolis, największej niezależnej wytwórni w USA i Kanadzie, która także zajmuje się eksportem do Japonii. Trisol Records to z kolei najbardziej prestiżowa wytwórnia w Niemczech i robi dla mnie świetną robotę. Mam także zapewnione lokalne wydania płyt w Rosji poprzez Gravitator i w Polsce poprzez Big Blue. Te wytwórnie całkowicie mi odpowiadają i jestem z nich bardzo zadowolony. Wierz mi, żadna inna wytwórnia nie spisałaby się lepiej. Ikony lat 80. XX w. w ostatnim czasie odcinają kupony od dawnej twórczości, decydują się powrócić na scenę, jednak nawet w połowie nie nawiązują do lat swojej świetności. Moim zdaniem Clan Of Xymox jest jednym z nielicznych, regularnie wydających płyty zespołów, którego albumy zawsze trzymają bardzo wysoki poziom. Jaki jest twój przepis na długowieczność w tym biznesie? Uwielbiam to, co robię, więc po prostu to robię, a ludzie to doceniają. Od pierwszego dnia mam ogromny apetyt na tworzenie muzyki, dzięki czemu mogę po prostu dać ujście swoim emocjom i frustracjom. To się nigdy nie zmieniło i nie widzę powodu, by przestać, bo wciąż tego potrzebuję. To ja piszę całą muzykę i teksty, więc nie mogę z tym zerwać. Robię więc to, co robię i szczęśliwie można to dostać na płycie. Chciałbym dowiedzieć się na koniec czego słuchasz na co dzień – jakie płyty ostatnio zdominowały twój odtwarzacz. Czy są jakieś nowe projekty, zespoły, Z całą pewnością żyjemy w najczarniejszej godzinie muzycznego biznesu. jest już tylko zabytkiem i wspomnieniem dawnego blasku? Czy w dzisiejszych czasach skazana jest na spoczynek w małej, czarnej i wygodnej trumience z napisem „GOTH”? Możliwe, czas pokaże. Chociaż Arch Violet (March Violets), który gra również w The Sisters Of Mercy, opowiadał ostatnio o festiwalu w Austrii, w ramach którego grali koncert dla 160 tysięcy osób. Więc chyba nie jest tak źle. Najśmieszniejsze jest to, że wszystkie zespoły określane mianem gotyckich wcale się za takie nie uważają. które chciałbyś szczególnie polecić i zarekomendować? Słucham wielu zespołów indie, których korzenie sięgają moich czasów. Słucham też typowych grup ze sceny i debiutantów, takich jak Veil Veil Vanish, O.Children, Light Asylum czy Cinematics... Staram się być na bieżąco, również dlatego, że zdarza mi się DJ-ować, więc raczej muszę wiedzieć co się dzieje w muzyce. Dzięki za wywiad i do zobaczenia w Polsce! Tides From Nebula Nie zjadamy własnego ogona Bartosz Hervy Dwa bardzo dobrze przyjęte albumy, z czego ostatni wyprodukowany przez Zbigniewa Preisnera, dziesiątki koncertów, coraz więcej fanów w Polsce i za granicą – i to wszystko w zaledwie trzy lata. Gdy na Open’erze rozmawiałem z Maciejem Karbowskim podszedł do nas jeden z uczestników festiwalu i spytał Maćka „Przepraszam, wokalistą jakiego zespołu jesteś?”. Maciek odparł spokojnie: „Czy trzeba być wokalistą, żeby udzielać wywiadów?”. Tides From Nebula to zespół instrumentalny. Poniżej rozmowa z gitarzystą tego warszawskiego kwartetu. Jesteśmy na Open’erze, schowaliśmy się za krzakami żeby coś było słychać. Tak [śmiech]. To najwiekszy festiwal na którym graliście? Tak, zdecydowanie. I jak wrażenia? Wiesz, jak było (śmiech). Był to chyba jeden z najlepszych koncertów, jakie zagraliśmy. Do czasu, bo padł prąd i niestety nie zagraliśmy dwóch numerów [podczas przed ostatniego numeru TFN padło całkowicie zasilanie namiotu, więc koncert skończył się przed czasem – red.]. Ale, jak mówię, oprócz tych dwóch numerów był to nasz najlepszy od dawna koncert. Jak oglądałem przed chwilą ten koncert, a wiesz, że widziałem ich wcześniej sporo, przypomniał mi się pierwszy w Warszawie, z 20 grudnia 2008 roku. Dla mnie to było porażające doświadczenie. Szczególnie pamiętam utwór „Where is no connection”, który dosłownie mnie zmiótł i wtedy już wiedziałem, że może być tylko lepiej. Dzisiaj było podobnie, choć sądzę, że gracie teraz bardziej dynamicznie, bardziej ostro. Czy to zamierzone? Zagraliśmy jak zwykle, brzmieniowo się niespecjalnie zmieniliśmy od tamtego czasu. Może to jest kwestia rozpoczęcia współpracy z własnym dźwiękowcem. Ale to, co mówisz, cieszy. Jeśli nasz album jest łagodniejszy, a na koncer- cie jest dynamiczniej i ostrzej, to jest fajne. Fajnie, że publiczność nie dostaje dokładnie tego, co na płycie, tylko coś dodatkowego. Mam nadzieję, że będziemy tą drogą kroczyć. Ostatnio graliście na Wave Gotik Treffen, czyli największym europejskim festiwalu dark independent, a jako że nasze pismo przede wszystkim jest o tej muzyce, chciałbym zapytać o wrażenia z tego festiwalu. Czy mieliście okazje pobyć z festiwalowymi ludźmi, rozejrzeć się? Było to dla was zaskakujące, czy może wiedzieliście, jak to będzie wyglądało? O dziwo było tak, że... no, jest to dość specyficzny festiwal. Na ulicach widzieliśmy bardzo dużo czarnego koloru. Mieliśmy bardzo fajne przyjęcie. Graliśmy w klubie, czy raczej starej sali teatralnej na około 800 osób. Towarzystwo mieszane, dużo gotów w bardzo oryginalnych strojach i bez opalenizny, ale także wielu zwyczajnych ludzi. Tak, było tam bardzo do domciu!”. W zeszłym roku graliśmy prawie cztery tygodnie i po trzech było już ciężko. Ale da się przywyknąć. Domyślam się że dalsza część roku zarezerwowana jest na koncerty. Tak, polską trasę gramy w październiku i listopadzie, później trzy tygodnie w Europie. Tak samo jak w zeszłym roku. Powiedz mi, czy był jakiś dziwny zespół, z którym graliście, albo taki, który do was nie pasował? Tak! Śmiesznie, bo dwukrotnie graliśmy w Wiedniu w jednym klubie. Klub spoko, ale dwa razy była sytuacja taka, że to promotor decydował o supporcie. Dwa i pół roku temu mieliśmy tam bardzo specyficzny support. Kapela à la Metallica, z całą tą prezencją i gestami. A ostatnim razem, w kwietniu, też w tym klubie, mieliśmy support, hmmm, nawet trudno to opisać. Jeden z zespołów to był jakiś folkowy facet z dredami. Grał Mamy taką zasadę, żeby wykonywać 110 procent normy, po prostu napierdalać podwójnie. Choćby nie wiem co się działo, czy na widowni jest pięć osób czy pięćset. wiele osób wyglądających oryginalnie, chyba najwięcej w naszej dotychczasowej karierze. To było bardzo fajne, ludzie w cylindrach i gorsetach kupowali naszą płytę. Przyjęcie było bardzo dobre. W zasadzie nie spodziewałem się, że ci wszyscy ludzie stwierdzą „fajnie gracie!”. Dużo ostatnio gracie koncertów, festiwali, nie nudzi was to? Nie. Dzisiaj nie mogłem się doczekać wyjścia na scenę. W tym momencie czekam już na polską trasę. Czy miałeś może taki moment na trasie, że już stwierdziłeś „chcę do domu”? No jasne, są takie momenty. Wiesz, ja najgorzej znoszę początek trasy, trzy, cztery pierwsze koncerty. Trzeba się wdrożyć. Dokładnie ,a później, po dwóch tygodniach, zaczyna się takie „Mamooo, chcę na gitarze akustycznej, a akompaniował mu drugi gość na flecie. Ten z fletem wyglądał, jakby się urwał z Jethro Tull, dzwony i tak dalej. Grali chyba z półtorej godziny tę folkową muzę. Potem na scenę wszedł Austriak w białej koszulce z czerwoną gitarą. Wraz z harfistką grali kowery Chrisa Isaaka, Był to dziwny zestaw. Słuchacie muzyki jak jeździcie w trasie? Jasne. A czego słuchaliście dzisiaj? Teraz niczego nie słuchaliśmy, bo wyjechaliśmy o 4 nad ranem. Spaliście... Gadaliśmy, czytaliśmy książki Czy kłócicie się, co ma lecieć? Nie. Kierowca decyduje o muzyce, taka jest zasada. Jeździmy z Jackiem i on nam 7 Fot. Piotr Olkowski pokazuje nowe zespoły. Raczej się nie zdarza, że bardzo chcemy posłuchać czegoś konkretnego. Ostatnio na przykład leciał fajny zespół Band Of Horses, zajebisty, naprawdę. Mnie się podoba taki styl White Stripes, Raconteurs, wiesz, z basem. Ten czas w podróży jakoś mija. Głównie śpimy, więc o muzykę się nie musimy kłócić. A czego ostatnio słuchasz w czasie prywatnym? Nowe Radiohead – bardzo fajne, Cult of Luna, Stars of the Lid. Słucham także bardzo dużo zajawki nowego DVD Radiohead „In the Basement”. Jest jeden nowy numer na Youtube wrzucony – mega zajebisty i nie mogę się doczekać. Radiohead to jest w ogóle absolut. Trochę o nowej płycie. „Earthshine” ukazała się 9 maja 2011 roku. Jakie są reakcje po tych dwóch miesiącach? Reakcje są w większości bardzo pozytywne. Myślę, że gdy debiut został odebrany bardzo dobrze, po drugiej płycie zawsze się znajdzie kilka osób krytykujących, że zespół nie trzyma się sztywno 8 konwencji, i oczywiście takie osoby się znalazły. Wiedzieliśmy, że tak będzie. Ale jest bardzo duża grupa ludzi, która mówi, że fajnie, że się tej konwencji nie trzymamy, że nie zjadamy własnego ogona. Teoretycznie trochę złagodnieliśmy na tej płycie. To jest wasz wybór, czy to jest wybór producenta [Zbigniewa Preisnera – red.]? Myślę, że na brzmienie miał duży wpływ. Natomiast materiał jest praktycznie nietknięty, tak zagraliśmy, nic nie było zmieniane w naszych partiach. To jest nasza płyta. Jeżeli jest łagodniejsza, to widocznie taką mieliśmy potrzebę, być może następna płyta będzie cięższa. Na pewno nie było tak, że przyszliśmy z ciężkim materiałem do studia, a pan Preisner powiedział „słuchajcie tutaj wywalamy przestery i bębny łagodzimy.” W studiu tak nie było. Kwestia jest tego drugiego tła, które jest na tej płycie. Muzyka nie musi być cięższa brzmieniowo, żeby była cięższa gatunkowo. Ja uważam, że ta płyta jest dużo smutniejsza i dużo trudniejsza, ma więcej smutnych i trudnych momentów. „Aura” była taka spontaniczna, czuję na niej radość grania, taka gitarowa muzyka. Nowy album jest mocno, mocno emocjonalny. Mam nadzieję, że się obroni. Na początku zastanawiałem się, czy dobrym rozwiązaniem jest jeszcze więcej ambientowego klimatu. Teraz moimi faworytami są „Siberia” i „Cemetary of Frozen Ships”, chyba najbardziej wymagające i zarazem wciągające kompozycje. Wręcz zahaczające o progresywny rock, przecież „Siberia” ma ponad 10 minut. W tym kierunku będziecie szli? Trudno powiedzieć, co będziemy robić teraz, bo nie napisaliśmy jeszcze nawet pół minuty nowego materiału. Co prawda niedługo zabierzemy się za to ale myślę, że... kurczę, no nie wiem, nie mam pojęcia. To jest właśnie fajnie, że nie mam pojęcia, jak będzie brzmiała nasza trzecia płyta. Mam nadzieję, że będzie jeszcze lepsza, ponieważ jesteśmy bardzo zadowoleni z ostatniej. Czyli fakt, że znalazł was Zbigniew Preisner i nawiązaliście współpracę, uważasz za dobry krok? Jeżeli chodzi o rezultat, który osiągnęliśmy, to jak najbardziej. Pan Preisner jest bardzo trudnym człowiekiem, jednak z perspektywy czasu podjąłbym taką samą decyzję. Były momenty ciężkie i trudne, ale podołaliśmy. Więc było ciężko jednak... Oj, było... Były spięcia? Były, chociaż nie między nami w zespole. Wiesz, nie chodzi o wizję artystyczną, bo była spójna. Chodzi o kwestię bardzo trudnego charakteru... Domyślam się, że jakoś planujecie swoją przyszłość. Jesteście młodym zespołem. Osiągnęliście wiele w krótkim czasie, a tak naprawdę wszystko przed wami. Jak będzie wyglądało Tides From Nebula za pięć lat? Trudno powiedzieć, to nie jest dla mnie łatwe pytanie. Wiesz, my jesteśmy zespołem, który lubi planować. Zawsze mamy plan na wszystko na sześć miesięcy do przodu. Myślę, że będziemy po czwartej płycie. Mam nadzieję, że wypracujemy sobie dobrą pozycję w Europie, że będziemy mogli grać sobie spokojnie trasy w jakiś porządnych klubach, dla swojej publiczności. Postaramy się osiągnąć tam to, co się nam udało osiągnąć w Polsce. W Polsce natomiast będziemy rozwijać swój potencjał i walczyć o więcej. Jakie mieliście przyjęcie na trasie z Riverside po Europie? Publiczność kupiła was? Ty się zajmujesz sprawami managerskimi zespołu. Podoba ci się to? Tak, bardzo to lubię. Jestem uzależniony od tego, żeby cisnąć. No właśnie, ciekawiło mnie to, ponieważ jakoś czułem, że ci się to podoba. Wiele osób z innych zespołów bierze to na kark, bo nie ma innej możliwości, a chcieliby te sprawy komuś oddać, zrzucić z siebie. Nie ma możliwości, aby osoba z zewnątrz to zrobiła dobrze. Na pewno nie na początku. Do pewnego etapu nikt tego nie zrobi lepiej, niż członek zespołu. Nie jest tak, że jak przychodzi na koncert sto osób to już trzeba mieć menadżera, który tak naprawdę nie wiadomo co będzie robił innego niż, powiedzmy, klawiszowiec zespołu... Wiesz, jak ktoś ma kontakty zajebiste, „siedzi w biznesie” od wielu lat, to jest w stanie więcej zdziałać. Wydaje mi się jednak, że nikt nie będzie tak zdeterminowany jak osoba, która gra i robi to także dla siebie. Wiara w zespół jest silniejsza, jeśli w nim grasz. Dokładnie tak, ale to też jest kwestia finansowa, nie oszukujmy się. Jeżeli chce się mieć chujowego menadżera, to nie będzie mu się płacić, on będzie to robił hobbistycznie, czyli słabo. Jeżeli chce się mieć dobrego menadżera, to trzeba coś mu odpalać. Zwykle to działa na zasadzie prowizji, ale jeżeli zespół ma dochody w granicach 300 złotych na pół roku, to taki menadżer się nie zainteresuje. To jest krótka piłka. Albo się to robi samemu i robi Wydaje mi się, że generalnie odbiór zespołu przez publiczność, to, czy kupują płyty, czy chodzą na koncerty, ma związek z wizerunkiem zespołu. Czy zespół jest uważany za fajny, mówiąc brzydko, produkt. Choć trudno powiedzieć jednoznacznie jak to zrobić. Ja myślę, że tak. Tam w ogóle jest inna publika niż nasza. Średnia wieku oscyluje w granicach 45 lat, szczególnie w takich państwach jak Niemcy czy Francja. Ludzie dużo starsi od nas. Kontakt jednak był dobry, płyty schodziły. To zaprocentuje w przyszłości. Ludzie zobaczyli nas, zaciekawili się, stwierdzili „o fajnie kupię płytę, koszulkę”. Sprawdzą sobie, ściągną, kupią, obojętne, i przyjdą następnym razem, tak to się robi. A jakieś plany na podbój Europy już macie? Być może pojedziemy z Riverside na drugą część trasy europejskiej, później trasa polska i trasa własna, jako headliner. Wiadomo, że po mniejszych klubach. się to na maksa, albo się bierze słabego menadżera, bo dobry się nie zainteresuje. Nie oszukujmy się, posiadanie menadżera to nie jest droga do sukcesu, no chyba że Sobolewską. [śmiech] Właśnie powiedziałeś, że to nie jest droga do sukcesu. Co jest drogą do sukcesu? Nie wiem. To jest trudne pytanie, ale jakby przyszedł do ciebie młody zespół z dobrym materiałem, a ty posłuchałbyś tego i sam stwierdził „To jest zajebista płyta”? Oni by przyszli z pytaniem „co my mamy dalej zrobić?” Co byś odpowiedział? Wydaje mi się, że ważna jest przede wszystkim determinacja. Dla młodych kapel ważne jest granie z większymi kapelami. Jeżeli kapela umie tak zagrać, że ludzie po koncercie stwierdzają „zajebiście”, to wrócą do domu i posłuchają. Jeżeli kapela gra na żywo i wrażenie pozostaje średnie bądź słabe, to jest wręcz odwrotne. Granie supportów, ale dobre granie supportów. Trzeba umieć grać (śmiech). Wiesz, płyta to nie wszystko, trzeba dobrze grać koncerty. Muzyka nie musi być cięższa brzmieniowo, żeby była cięższa gatunkowo No właśnie, jak was widzę na scenie, to oprócz tego, że umiecie grać, widzę rzadki element u innych zespołów, czyli prezencję sceniczną. Myślicie o tym, jak wyglądać na scenie? Jasne. Do pewnego stopnia jesteśmy świadomi naszego wizerunku i chcemy w jakiś sposób ten wizerunek wykorzystać. Wiadomo, bez przesady. Mamy taką zasadę, żeby wykonywać 110 procent normy, po prostu napierdalać podwójnie. Choćby nie wiem co się działo, czy na widowni jest pięć osób, czy pięćset. Nie oszukujemy się, to, jak zespół wygląda na scenie, jest ważne. Jeżeli jeden ma krótkie spodenki, drugi ogrodniczki, a trzeci okulary z zieloną oprawką to zespół nie będzie dobrze wyglądał grając jakiś sludge, może by to pasowało do klimatów hipsterskich. Trzeba to wcześniej przemyśleć. Wydaje mi się, że spójność wizerunku jest ważna. Wydaje mi się, że generalnie odbiór zespołu przez publiczność, to, czy kupują płyty, czy chodzą na koncerty, ma związek z wizerunkiem zespołu. Czy zespół jest uważany za fajny, mówiąc brzydko, produkt. Choć trudno powiedzieć jednoznacznie jak to zrobić. Chciałbym też powiedzieć przede wszystkim, że na pewno niczego nie udajemy. Mamy delikatne wzajemne ustalenia co do wizerunku, na przykład że na koncert założymy sobie ciemniejsze ciuchy, a nie białe koszulki Widać, że wasz wizerunek jest przemyślany i wypracowany, a zarazem wydaje się być szczery. Zbyt wiele też nie kombinujemy. Staramy się mieć fajne oświetlenie, fajnie wyglądać na scenie, fajnie się zachowywać. Prosta filozofia. Nie jest tak, że na trzy podnosimy gitary, a na cztery machamy głowami w lewo. To byłoby bez sensu. Choć jako muzyk sam wiesz, że jak się gra dużo koncertów, to przychodzą pewne nawyki typu „w tym numerze raczej lewą macham, a w tamtym raczej prawą”. To wszystko dzieje się podświadomie. Dziękuję i powodzenia! 9 Cyclobe Odpowiedni układ planet Mariusz Doering Cyclobe to bez wątpienia ważna nazwa, choć poza ambientową sceną nie występuje raczej w panteonie wielkich gwiazd. Trochę niesłuszne to zaniedbanie, gdyż członkowie projektu są w końcu współodpowiedzialni za sukcesy Coila, Death In June, Current 93 czy nawet ostatniej płyty Ulver. O ostatnio wydanej płycie „Wounded Galaxies Tap At The Window”, współpracy z Nurse With Wound, polskich koncertach Coila, a także książce „Haunted Air” opowiada Ossian Brown. Pamiętasz jeszcze, co było pierwszym impulsem, aby stworzyć Cyclobe ? Nasz pierwszy materiał został nagrany w okolicach 1993 roku, na wiele lat przed premierą „Luminous Darkness”. Byliśmy wtedy bardzo zafascynowani francuską sceną elektro-akustyczną, ówczesną i wcześniejszą. Także ludźmi, takimi jak Bernard Parmegiani, Francois Bayle, Pierre Schaffer, Todd Dockstader, Rune Lindblad i przede wszystkim Karlheinz Stockhausen. Ci wszyscy kompozytorzy mieli już wcześniej wpływ na to, w jaki sposób i w jakim stylu będziemy razem nagrywać. Nasze wczesne sesje były realizowane w prywatnych studiach i często byliśmy naprawdę bardzo sfrustrowani z powodu niskiego budżetu i niezbyt sprzyjających warunków. Wciąż nie mogliśmy osiągnąć odpowiedniego brzmienia. Jedynym sensownym rozwiązaniem było stworzenie własnego studia. Było to ważne zwłaszcza dla mnie i Stephena, dla naszego integralnego rozwoju oraz poczucia „wspólnych fluidów”. Poznaliśmy się podczas wspólnej pracy z Coil, kiedy mieszkałem z Johnem i Peterem, wiele lat temu. Muzyka zawsze była ważnym elementem w naszym życiu i dzielimy się nią przez cały czas, wciąż czujemy ten wewnętrzny przymus tworzenia. Chciałbym żebyś powiedział mi coś więcej o „Luminous Darkness” i „The Visitors”, czy nasuwają ci się jakieś refleksje z tamtego okresu? Przykro mi, ale jest mi bardzo trudno powrócić do tamtych sesji. To nie są dla mnie łatwe wspomnienia. Czy możesz zatem opowiedzieć o współpracy z Nurse With Wound? Kiedy Steve Stapleton dał nam oryginalną wersję „Angry Eelectric Finger”, byliśmy zaszczyceni możliwością 10 posłuchania tego albumu. Czuliśmy, że jest niemal perfekcyjny. Ani dla mnie ani dla Stephena perspektywa miksowania czyjejś muzyki nigdy wcześniej nie była czymś ekscytującym, odrzucaliśmy wiele propozycji, które do nas napływały. Na ogół z całym wkładanym wysiłkiem i zaangażowaniem w remiksowanie kawałka dla kogoś innego czuję marnotrawienie czasu. Wolę skoncentrować się wał swą walkę z alkoholizmem. Z kolei w Łodzi mieliśmy bardzo mało czasu i niezbyt dobrze pamiętam występ. Kościół, w którym graliśmy w Gdańsku, był przepiękny, to wielka wspaniała przestrzeń, wszyscy byliśmy zresztą zachwyceni architekturą tego miasta. Chciałbym wrócić tam ponownie, tym razem ze Stephenem. W podświadomości bez przerwy tworzę nowe pomysły odnośnie tego, co w przyszłości moglibyśmy zrobić, które z obecnych pomysłów możemy wykorzystać w dalszych etapach pracy. Idee same się mnożą, niektóre fragmenty przechodzą przez kolejne etapy kilkanaście razy na tworzeniu nowej kompozycji. Jednak kiedy Steve zapytał nas, czy zrobimy dla niego remiks, odpowiedzieliśmy, że spróbujemy. Już wtedy byliśmy dobrymi przyjaciółmi i nie mogliśmy odmówić. Kiedy słuchaliśmy surowej wersji „Angry Eelectric Finger” zastanawialiśmy się, co jeszcze możemy „upiększyć” w tym gotowym przecież materiale. Bóg wie, co mogliśmy z tym zrobić! Początkowo czułem się zbędny i bardzo nieusatysfakcjonowany. Z drugiej strony mogliśmy uzyskać coś zupełnie innego, używając nagrania Nurse With Wound jako źródłowego podkładu. Mogliśmy być brutalni dla tego materiału i stworzyć rzecz zupełnie nową. Nie uważam tej płyty za jakiś remiks; jest to w pełni współpraca pomiędzy Cyclobe i NWW. Utwory brzmią jak nasze, czujemy jakby to był nasz trzeci album, włożyliśmy w niego masę emocji i energii. Na szczęście Steve był bardzo szczęśliwy i podekscytowany tym, jak radykalne było nasze podejście do tego utworu. Z drugiej strony, kiedy myślę o tym teraz, wydaje mi się, że tak naprawdę był przerażony. To wszystko było częścią Paraparaparallelogrammatica i jesteśmy z niej bardzo dumni. Niestety współpraca z wytwórnią Beta-lactam Ring Records, która była odpowiedzialna za wydanie tego materiału, nie przyniosła nam nawet pensa. Powspominajmy jeszcze trochę. Jakie były twoje wrażenia z pobytu w Polsce kilka lat temu? Byłem tylko raz w Polsce podczas koncertów z Coil. Graliśmy wtedy w Gdańsku i Łodzi. Byliśmy bardzo zadowoleni z koncertu w Gdańsku, mimo, iż był to dla nas wszystkich bardzo trudny okres. John był bardzo chory i przegry- Wasz ostatni materiał „Wounded Galaxies Tap At The Window” jest już dostępny na winylu, za chwilę ukaże się na CD. Czy w związku z tym planujecie jakieś koncerty? Nie, w najbliższym czasie nie planujemy żadnych koncertów. Cały zarejestrowany materiał jest bardzo złożony i trudno byłoby go zaprezentować na żywo. To wszystko wymaga sporo czasu na reinterpretację tych utworów tak, aby zabrzmiały dobrze na koncercie. Zresztą sama przestrzeń musiałaby być odpowiednia, w grę wchodzi jeszcze odpowiedni układ planet, itp. Wszystko musi być dopracowane zanim zdecydujemy się na ten krok. W takim razie – czy pracujecie już nad kolejnym albumem? Jesteśmy w trakcie komponowania materiału na nasz nowy album, który, mamy nadzieję, ukaże się w przyszłym roku. Potem pewnie będziemy mieć wreszcie czas, aby skupić się na jakichś koncertach lub może uczestniczyć w innych projektach. Na razie jesteśmy w pełni skoncentrowani na pracy w studiu. Kiedy rejestrowaliśmy „Galaxies” w studiu pojawili się Michael J. York, Cliff Stapleton i Thighpaulsandra i była to naprawdę świetna zabawa; był także John Contreras, z którym znamy się od wielu lat. Współpracowałem z nim już w Current 93. Jesteśmy wszyscy przyjaciółmi, a John posiada niesamowity instynkt do tworzenia przestrzeni, którą chcielibyśmy uzyskać w Cyclobe. Nasza praca jest dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Zresztą bez względu na obraną metodę tworzenia efekty są takie, jak zakładaliśmy. Obecnie wciąż sporo pracujemy nad akustycznym Fot. archiwum zespołu brzmieniem, dopracowujemy też nasze wcześniejsze utwory. Chyba niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak bardzo jesteśmy na nich skupieni, przenosząc ich jak najwięcej do „Wounded Galaxies”. Jestem bardzo szczęśliwy, chyba jak nigdy przedtem, wliczając w to wszystkie wcześniejsze sesje nagraniowe. Nagrywanie „The Woods Are Alive With the Smell of His Coming” omal nas nie zabiło! Mamy tendencję do pracy w bardzo długim czasie, w dużej koncentracji. Lubię wtedy odłożyć wszystko na dalszy plan, gdzieś na bok, na szary koniec mojego umysłu. W podświadomości bez przerwy tworzę nowe pomysły odnośnie tego, co w przyszłości moglibyśmy zrobić, które z obecnych pomysłów możemy wykorzystać w dalszych etapach pracy. Idee same się mnożą, niektóre fragmenty przechodzą przez kolejne etapy kilkanaście razy. To jest gra cierpliwości, w którą graliśmy wielokrotnie tworząc „The Woods...”. Zatracaliśmy się w niej i tak naprawdę to chyba zgubiliśmy się trochę. Ale moje serce zawsze mówi mi, że powinienem wytrwać w tym wszystkim. Porozmawiajmy chwilę o twojej książce „Haunted Air”, która ukazała się w ubiegłym roku w Wielkiej Brytanii. Jakie masz masz plany z nią związane? „Haunted Air” będzie wydana w USA we wrześniu tego roku tak, aby zdążyć na Halloween. Jestem szczęśliwy, że dojdzie to do skutku. Wszystkie zdjęcia zawarte w niej pochodzą oryginalnie z Ameryki i to będzie fascynujące zobaczyć, jak Amerykanie zareagują na tę książkę. Duch wraca do domu, dopadnie znów Amerykę! Książka jest prawdziwą mieszanką martwych dusz, ponieważ większość sfotografowanych osób już nie żyje. Jest kilka zdjęć o łagodniejszym nastroju, ale kilka zdjęć w moich oczach wygląda bardziej „brzydko” i wcale nie tak staro. Niektóre fotografie są mało komfortowe dla odbiorcy, są bardziej przerażające; mówią o problemach dzisiejszego świata. Przypominają również przerażające zdjęcia z amerykańskiego więzienia dla jeńców w Abu Gharib. To są jakby duchowe „przypominacze”. Jestem ciekaw, jak ludzie to odbiorą. Nie słucham już tak dużo muzyki. Teraz muszę przezwyciężać siebie, żeby tworzyć muzykę, więc preferuję ciszę Mam kilka pomysłów na wystawy i praca nad nimi jest bardzo ekscytująca. Może przygotujemy także jakieś nagranie w nawiązaniu do książki, ale nie zdecydowaliśmy jeszcze, jaką formę przybiorą i czy w ogóle je wypuścimy. Te fragmenty pochodzą głównie z małych instrumentów dętych, głosów i liry korbowej – trochę inne dźwięki niż dotychczasowe Cyclobe, ale bardzo zbliżone duchowo do naszej muzyki. Ta książka szła dziwną drogą i jestem ciekawy, co jeszcze się stanie. Na koniec powiedz parę słów o twoich ulubionych artystach, muzykach, którzy cię inspirują. Cóż mój ulubiony artysta to Austin Osman Spare. Jego prace są niesamowicie żywe, inspirujące i zagadkowe, z magicznym pierwiastkiem. Lubię także malarstwo innych współczesnych artystów, takich jak Fred Tomaselli, Alex Rose, David Nooman, Philip Allen. Muszę też wymienić wielkich mistrzów jak Francis Bacon, ale także bardziej tradycyjnych portrecistów jak Glyn Philpot. Bardzo lubię Franka Brangwyna i Alberta Goodswina, plenery i krajobrazy są bardzo piękne i inspirujące. Nie słucham już tak dużo muzyki. Teraz muszę przezwyciężać siebie, żeby tworzyć muzykę, więc preferuję ciszę. Kiedy już czegoś słucham, to lubię angielskiego folkowego piosenkarza Lala Watersona i indyjskiego kompozytora Kaikhosru Sorabji. John Jacob Niles i Jimmy Scott; wykonawcy jak Bulet Ersoy są zdumiewający, to jest niesamowita artystka z Turcji, jej śpiew jest dla mnie miażdżący, niesamowicie ściska mnie za serce. Dotyczy to także mojego przyjaciela Antonego, którego głos i utwory są pełne uczucia. Zdarza mi się także słuchać Moondog, Sun Ra, Pandit Pran Nath’s – „Ragas Of Morning And Night”. Niemożliwe, żebym wymienił wszystkich, którzy inspirują mnie w jakiś sposób, ale każdy z nich przemawia do mnie w inny sposób. Czy chcesz coś dodać na koniec? Dziękuję za możliwość prezentacji Cyclobe. 11 Z dwunastej strony Bartosz Hervy Witam nowe pismo dla sceny dark w Polsce i witam Ciebie, Drogi Czytelniku. Mam nadzieję być tutaj na dłużej i czasem pisać różności. Niekoniecznie miłe i na pierwszy rzut oka karcące Cię niekiedy. Nie chciałbym tu marudzić albo złowieszczyć, chciałbym natomiast zwrócić Twoją uwagę na pewne aspekty, które wydają mi się dziwne, ciekawe oraz dość oryginalne na scenie dark. Zatem do roboty. Kiedyś, tak z 10 lat temu, pojawiło się pismo „Black Flames”, wydawane przez wytwórnie o tej samej nazwie. Nie wiem, czy to pamiętasz, ale ja pamiętam. Wytwórnia ta próbowała pobudzić w Polsce scenę dark independent, choć przecież wtedy jeszcze nikt nie używał tego słowa. Black Flames wydawała kasety (tak, tak, kasety) z muzyką małych i średnich gotycko-elektronicznych wytwórni. Organizowała koncerty, choćby pierwszy Combichrist w Polsce, na którym można było zauważyć jakieś 200 osób i ultra-elektro-punk-pogo. Były to wspaniałe czasy. Wróćmy do pisma, które miało jeden numer i zniknęło na dobre. Pierwsza próba nieudana. Black Flames przestał istnieć, pewnie z powodu coraz częstszego już wówczas pożyczania płyt z internetu. Ale coś zaczęło się dziać. Oprócz coraz większej popularności Castle Party, odbywały się inne wydarzenia związane bezpośrednio z tematem. Później był „OFF – Independent Culture”, wydawany przez Big Blue Records. Pamiętasz? Było to pismo dość podobne w wyglądzie do Black Flames. Tym razem do gazety dodawana była płyta, która miała zachęcić czytelnika do sięgnięcia po ten branżowy periodyk. Ukazało się parę numerów. Pismo znikło. Druga próba nieudana. Kilka lat przyszło nam czekać na kolejnego śmiałka, to dość długo. „Gothica” była kolejną próbą namacalnej pachnącej świeżym drukiem gazety, o tak bardzo nam bliskiej tematyce jak electro, cyber czy gothic. Tylko od Ciebie zależało, czy utrzyma się na rynku, czy jak poprzednie, błyskawicznie zniknie. Znikła. Brzmi znajomo? Teraz mamy „Przesilenie”. Redakcja się nie poddała, a zastępca redaktora naczelnego „Gothiki”, a teraz redaktor naczelny „Przesilenia”, wierzy w projekt z całych sił. Macie przed sobą nowy zin, traktujący o szeroko rozumianej scenie dark independent, najszerzej jak się da, czasami nawet wykraczający poza te granice. Ale o to chodzi, bo tak naprawdę tylko przekraczanie granic ma sens. Nie pozwólmy zginąć tej idei. Pamiętam swoje młodzieńcze czasy, jak z wypiekami na twarzy czekałem na nowe numery ulubionych gazet. Na początku było to „Bravo” i „Popcorn” (tak, tak Drogi Młody Czytelniku), trochę później „Metal Hammer”. Tak naprawdę to druk oswoił mnie z alternatywną muzyką. Choć mój gust muzyczny był bardzo wybiórczy jeżeli chodzi o growlingi i szatany, czytałem wszystko, bo było ciekawie i świeżo. Były prawdziwe wywiady, a nie krótkie statusy na fejsbukowych profilach zespołów. Były informacje od źródeł, a nie plotki na forach. Jasne, każdą nowinkę omawiało się na IRC-u, ale to dzięki prasie poznałem wiele interesujących kapel. Najpierw znałem je z wywiadów, z recenzji, potem dopiero z muzyki. Teraz jest już trochę inaczej. Tyle tego wszystkiego, że aż nie wiadomo, o czym czytać. Więc nie czytamy o niczym. Tyle tego do słuchania, że trudno nam dotrzeć do rzeczy naprawdę dobrych. Z dziesiątek, setek ściągniętych płyt po latach wraca się do kilkunastu, po udanych poszukiwaniach w serwisach aukcyjnych. Setki, tysiące przeczytanych w necie notek, a po latach pamiętam jedynie najlepsze prasowe wywiady. Nie marnujcie szansy. Ja przeczytam niniejsze pismo od deski do deski, odłożę je potem na półkę, wierząc, że poznam coś nowego, inspirującego na lata. Jeśli kupiliście to pismo odmawiając sobie wyjścia na bilard czy kebaba, spróbujcie przeczytać je do końca. Jeżeli zaś zastanawiacie się, czy aby te pieniądze wydać na cyber okulary czy kolczyki hello kitty w odjazdowym, różowym kolorze, to może nie powinniście słuchać muzyki? Nie chcemy czwartej nieudanej próby. 12 [haven] Orientalna melancholia Selena Pokitko Zmęczony medialnym szumem po wydaniu „Amity” – Marcin Jarmulski nie był zbyt skory do udzielania jakiegokolwiek wywiadu. Pod wpływem genialnej nazwy naszego magazynu wzruszył się jednak i, w drodze wyjątku, zgodził na krótkie podsumowanie bieżących wydarzeń muzyczno-politycznych. W poniższej rozmowie, tajemniczy niczym Rudy Ratzinger, opowiada o nowej płycie, krajach bliskiego wschodu i obawie przed utratą obywatelstwa. Ostatnia płyta [haven] – „Amity” – różni się od Twojego poprzedniego materiału, zdradza to już tytuł. Czy mógłbyś opowiedzieć o tej zmianie stylistyki i o muzyce na niej zawartej? Nigdy nie grałem w jakimś konkretnym stylu. „Amity” jest po prostu kolejnym etapem w rozwoju [haven]. Wydaje mi się, że to stosunkowo przystępna płyta (jak na eksperymentalne standardy). Miałeś na nią jakiś konkretny pomysł? Czy jest to jakaś historia którą opowiadasz? Początkowo, istotnie miał to być swoistego rodzaju koncept. Finalnie jednak pozwoliłem sobie na stylistyczny luz i różnorodność. Ponoć pierwsze pomysły są najlepsze. Co zatem straciliśmy? Zrezygnowałeś z tego całkiem czy odłożyłeś w czasie? Zrezygnowałem, nie chcę ograniczać tego, co robię do konkretnej formy i narracji. Czy w takim razie to co prezentujesz na „Amity” jest zwrotem w kierunku żywych instrumentów i wokali? Niekoniecznie, aczkolwiek, po albumie „Plastic” chciałem uzyskać bardziej naturalne, nieco chropowate brzmienie. Twoja współpraca z wytwórnią Tympanik Audio nie trwała długo, bo „Amity” wyszło już w gdańskim Zoharum... W sumie nadal mam aktualny kontrakt z Tympanik Audio, więc współpraca trwa nadal. Bardzo prawdopodobne, że następny krążek ukaże się właśnie w owym labelu. Ponadto zależało mi, aby wydać „Amity” w 2010 roku. Czy odczułeś różnicę we współpracy z dużą światową wytwórnią a lokalną? W muzyce [haven] mnóstwo jest rozmaitych orientalno-egzotycznych inspiracji. Czy jest to temat szczególnie bliski Twemu sercu? Przez lata wmawiano mi, że wyglądam jak cygańskie dziecko, stąd zapewne moja orientalna melancholia i skłonność do arabskich zaśpiewów. Nawet rozmawiając z Tobą, mam przed sobą pocztówkę z beduinami. Myślałam, że może interesujesz się jakimiś historyczno-kulturowymi sprawami. Rozumiem teraz, że to po prostu Twój wewnętrzny cygański zew. Też, ale to trudno sprecyzować. Lubię specyficzny smutek w tego typu dźwiękach. Fot. Piotr Rymer Chciałabym zapytać Cię też o sample, które wykorzystujesz na płytach, szczególnie na „Plastic”. Zawsze mnie zastanawiało skąd się bierze sample śmiejących się dzieci... Trzeba oglądać dużo filmów i mieć szczęście. Niestety, mam mało czasu na oglądanie wielu filmów, więc wnioskuję, że muszę mieć ogromne szczęście. Wybór Tympanik był naturalną konsekwencja Twojej ewolucji muzycznej, a romans z Zoharum to chyba tak jakby krok wstecz do dark ambientowego rynsztoka? Wydawnictwa niezależne prezentują aktualnie bardzo podobny poziom, dlatego nie przesadzajmy z tym rynsztokiem, ponadto jestem chyba trochę jak dziwka, która nie wie komu dupy dać. Jak to się stało, że Twój „solowy projekt” tak powiększył skład? Czy ostatnie słowo w kwestii muzyki nadal należy do Ciebie? Powiększenie składu nastąpiło naturalnie. Magda wprowadziła spore ożywienie w moje muzyczne poczynania, myślę, że sporo się dzięki temu nauczyłem. Kwestie muzyczne nadal pozostają jednak pod moją kontrolą i taki podział najbardziej mi odpowiada. Z resztą solowy projekt przestał być solowy, aby ludzie nie marudzili, że na koncertach nic się nie dzieje. To dla Ciebie naprawdę tak ważne – co ludzie powiedzą?;) Bardzo, szczególnie tacy, którzy uważają, że zespoły postindustrialne/alternatywne powinny mieć wtyki w skupach złomu, i za każdym razem okraszać występ miarowymi uderzeniami w jakiś metalowy szajs. Jesteś bardzo tajemniczy... Staram się otaczać nimbem tajemniczości, dzięki temu wierzyciele mają problemy z namierzeniem mojej osoby. Tak też myślałam. Czy bliska jest Ci cała estetyka industrialna, charakterystyczna dla tego typu muzyki? Cały czas wokół niej oscylujesz, biorąc pod uwagę Twoje inspiracje muzyczne, czy koncerty na wydarzeniach typu Wrocław Industrial Festival. Masz rację, to istotnie może tak wyglądać. Osobiście, nigdy nie czułem się częścią sceny industrialnej. Czasami wydaje mi się, że [haven] jest zbyt mało alternatywny dla fanów industrialu, z kolei dla fanów popu może wydawać się nie do przełknięcia. Egzystuję w eklektycznej próżni. Odżegnujesz się od industrialu i całego tego klimatu ale po prostu nie wiesz jak to delikatnie zakomunikować światu? Nie odżegnuję się, po prostu zauważam różnice. Daleko mi do stricte industrialnej stylistyki. Muzyka [haven] to wypadkowa wielu elementów i inspiracji, to dźwięki dla osób otwartych. Zamykanie się w jakiejś konkretnej stylistyce nie ma większego sensu. Jak odnosisz się do interakcji muzyka – film? Czy wyobrażasz sobie swoją muzykę w kategorii muzyki filmowej? Graliście na międzynarodowym festiwalu animacji do filmu Johna Carpentera „Dark Star” – jak to wspominasz? Mam nieco chaotyczne wspomnienia, nie wszystko ułożyło się po naszej myśli. Łączenie obrazu z muzyką to kapitalna sprawa. Chciałbym kiedyś móc stworzyć muzykę do filmu. Masz na myśli jakiś konkretny gatunek? Nie mam, więc proponuję zmienić temat. Ok, z cyklu „pytanie do eksperta”, biorąc pod uwagę Twoją karierę naukową... Nie, Seleno, ten kran źle podłączyłaś. Mimo wszystko zaryzykuję. Czy muzyka to filozofia? Interpretacja dowolna, żeby Cię nie stresować. Nie, śmiało można oddzielić filozofię od muzyki. No chyba, że bierzemy pod uwagę następujący komunał: muzyka to moja filozofia albo tworzenie muzyki to moja filozofia etc. Tak czy owak, ludziom często wydaje się, że każde przemyślenie, wykraczające poza sporządzenie listy zakupów – to już filozofia. To równie zwodnicze, jak standard hoteli w Egipcie. Bardzo aktualne porównanie. Możliwe, aczkolwiek obawiam się, że rewolucja może wszystko zmienić. Kto wie, może w przyszłości, jedynym arabskim zaśpiewem, będzie fragment mojego utworu. Przeżywasz to, co dzieje się w krajach arabskich? Nie, trudno przeżywać mi cokolwiek, co dzieje się poza granicami mojego mieszkania. Jedynym novum były rekiny na egipskich plażach, ale finalnie, wydało mi się to jedynie tandetnym wskrzeszaniem hitu Spielberga. Co ciekawe, żaden z Polaków nie ucierpiał. Jak widać, nawet rekiny nas omijają. Czy masz już wizję następnej płyty? Może będzie to tym razem trybut dla Japonii? Mam już 4 kawałki. Możliwe, że wydam to pod inną nazwą, dam sobie drugą szansę, aby pokonać ignorancję. Nowe kawałki grałem już na koncercie w Gdańsku. A Japończycy nie powinni narzekać, to prawdziwy dramat tylko dla tych, którzy mieszkali obok plaż. Reszta może się cieszyć, plaże przyszły do nich. Dobra płyta której ostatnio słuchałeś lub książka którą czytałeś? Płyta: Hybryds – „Ritual Anthology”, Kryptic Minds oraz Matta. Książka: „Kobiety” Bukowskiego, powróciłem też do „Zapisków psychopaty” Jerofiejewa. Pochwalam. Na koniec Twój przekaz dla świata i fanów [haven] na naszej planecie, także muzułmanów. Fanów zachęcam do słuchania muzyki [haven] oraz przychodzenia na koncerty, muzułmanów skromnie proszę o przesyłanie sampli. 13 Tryp Reportaż Wojciech Wawrzak Tryp to łódzki projekt Pawła Cieślaka, Marcina 11 Pryta, Roberta Tuty i Kuby Wandachowicza. Od stycznia do kupienia w sklepach jest ich pierwszy wspólny album „Kochanówka”. W całości można go też posłuchać na zespołowym profilu MySpace. I tyle słowem wstępu. Resztę dopowie Marcin 11 Pryt. Fot. archiwum zespołu „Kochanówka” to brudna, brzydka, momentami wręcz odrażająca i trudna w odbiorze płyta. Po co nagrywa się takie albumy? Nie mieliśmy żadnego celu. W pewnym momencie to się po prostu wydarzyło. Musieliśmy po prostu tę płytę nagrać i wydać. Nie interesuje nas produkowanie dźwięków, które by nas nie wyrażały w konkretnym punkcie czasoprzestrzeni, więc może ta płyta to dokument o nas samych: brudnych, brzydkich, odrażających i trudnych w odbiorze. 14 Skąd koncepcja szpitala psychiatrycznego i jego pacjentów? Co skłoniło was do sięgnięcia po akurat taką tematykę? Z racji swoich korzeni żydowskich interesuję się tematyką Zagłady i w którymś momencie natrafiłem na historię Akcji T4, nazistowskiej eksterminacji ludzi psychicznie chorych. Okazało się, że jeden z wątków rozgrywał się nieopodal mojego domu, w zasadzie kilka przystanków tramwajem. Oprócz psychicznie chorych Żydów, zginęli tam Polacy. Odkrycie to było dla mnie zdumiewające w kontekście urzędowo głośnych obchodów patriotycznych rocznic, a także rocznic związanych z łódzkim gettem. I nagle w tym wszystkim zapomniano o chorych psychicznie ofiarach. Nie było żadnych prób zaznaczenia, wspomnienia ani upamiętnienia 70. rocznicy tych mordów, tak jak hucznie obchodzono rocznice wybuchu wojny, powstania warszawskiego czy nawet jakiejś pierdolonej bitwy pod Grunwaldem. Wtedy głośna była też sprawa znęcania się personelu nad pacjentami w którymś ze współczesnych szpitali psychiatrycznych. Do tego doszła lokalna teraźniejszość fatalnego stanu obecnej Kochanówki, gdzie widok z okien nie pomaga w dojściu do względnej równowagi psychicznej… W pewnym momencie wszystkie te wątki połączyły się w jedną całość. Wystartowaliśmy w necie z EP-ką „Wędrówka ludów” dedykowaną futuryzmowi. W stulecie pierwszego manifestu, w lutym 2009 roku. Ten futuryzm historycznie był tragicznie związany z dzisiejszego świata z faszyzmem. Zawsze mnie to odrzucało. Fascynowały mnie futurystyczne idee przyszłości, teorie dźwięków i kina. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że bliżej mi jednak do ofiar faszyzmu i nazizmu, niż do włoskich pilotów-futurystów, pomagających bombardować Hiszpanię w 1936 roku, czy wstrząsającej dla mnie fotografii Marinettiego w mundurze oficerskim w czasie rosyjskiej kampanii w 1942 roku, u boku niemieckiego sojusznika. Po takiej konstatacji jedyną możliwą drogą była próba, podkreślam, próba, zwrócenia uwagi na te 600 osób, o których nikt nie pamiętał. Dlatego mój przyjaciel ze swoja żoną napisał informację o tym, co się tam stało i może dzięki temu teraz o tym mówimy. Po wydaniu płyty sprawą zainteresował się Urząd Miasta, zakupił egzemplarze. Może to zaowocuje jakąś skromną tablicą, może nowoczesną salą rehabilitacyjną, albo chociaż dodatkowymi etatami dla profesjonalnych psychiatrów. Nie wiem, może to byłoby najlepsze wyjście. Bo nasza płyta jest tylko taką dźwiękową tablicą, nieprzyczepioną w sumie nigdzie. We wkładce do albumu znajdziemy rzecz szczególną, esej na temat zbrodni hitlerowców nad pacjentami łódzkiego szpitala psychiatrycznego w 1940 roku. Kontrowersyjny zabieg. Można by postawić pytanie, czy to jeszcze rejony aktywności odpowiednie dla muzyków? W przypadku „Kochanówki” nie uważam, żebyśmy zrobili coś nieodpowiedniego. Oprócz wspomnienia o ofiarach z 1940 roku zderzasz się z monologiem współczesnego pacjenta. To wszystko, moim zdaniem, jest ze sobą nierozerwalnie połączone. Wnioski, emocje, należą do ciebie. Oczywiście wielu uzna, że to nie jest okej. To jest moja któraś z kolei płyta, którą nagrałem, kończę w tym roku 40 lat. Wszystkimi siłami protestuję i nie zgadzam się z twierdzeniem, że są jakieś ograniczenia poza naszą wyobraźnią. Nawet jeśli uznasz, że przekroczyliśmy granicę i wkroczyliśmy w rejony nieodpowiednie dla muzyków, mogę tylko najprościej odpowiedzieć, że to ty masz problem. W sztuce nie ma żadnych granic, żadnego tabu. Kontrowersje i prowokacje, skandale i poszerzanie przestrzeni to jej tlen. Gdybym zastanawiał się, co jest odpowiednie dla muzyków, poetów, pisarzy czy twórców komiksów, przypuszczam że do dzisiaj byłbym paletowym w hurtowni farmaceutyków i sfrustrowany swoim niespełnieniem wysyłałbym dostawy leków zamiast do Słupska to do Krakowa. Jestem na scenie, mogę dostać kilka gwizdów, usłyszeć parę szyderstw albo dostać puszką w twarz, przeczytać złośliwy komentarz na Facebooku czy jakimś forum, ale to nie może wpływać na moją postawę. Nie mogę się poddać temu, co odpowiednie współcześnie, bo to jest równoznaczne z tym, że to jest już martwe. Czy pomylę się, jeśli powiem, że Tryp już w momencie powstania nakierunkowany był na penetrację rejonów niebanalnych, zawiłych, trudnych, niedostępnych? Nie, nie pomylisz się w tym że Tryp to projekt, który za każdym razem ma zmieniać kształt, którego każdy koncert musi być inny, każda ewentualna nowa płyta musi być czymś dla nas odkrywczym i posuwającym nas coraz bardziej w nieznane. Takie były zasady cyrografu, który podpisałem z Kubą Wandachowiczem i Robertem Tutą, a potem doszedł jeszcze nasz producent Paweł Cieślak. Takie dokumenty podpisuje się krwią. Trudno powiedzieć abyś śpiewał na tej płycie. Krzyk, melorecytacja, deklamacja, to pojęcia bliższe. Sesja nagraniowa od strony wokalnej musiała być niezwykle wymagająca. Wspominam to zawsze, ale powtórzę i teraz – nie jestem wokalistą. Śpiewam najlepiej jak potrafię. Sesja nagraniowa była ważna przede wszystkim po to, żeby umieć w te zera i jedynki wycisnąć wszystko, co mnie gniotło w mózgu i ciele. Przejście z bio w cyber, to jest najtrudniejsze. Później szukasz tego na płycie i albo to znajdujesz, albo nie. W przypadku „Kochanówki” słyszę tam te swoje autentyczne rzężenia i to jest satysfakcjonujące. Płyta jest dla odbiorcy trudnym do przełknięcia depresantem. Ale jeżeli z taką siłą atakuje słuchacza, to z jaką siła musiała atakować twórców w procesie jej powstawania? Jak trudno jest stworzyć i nagrać taki album? To trwało trzy lata. Najpierw Kuba tworzył podkłady. Potem ja chodziłem z jego podkładami po mieście, próbując dopasować słowa. Po kilku miesiącach pierwsze próby z Robertem w składzie, kilka koncertów. Wreszcie nagrywanie płyty około pół roku i tworzenie kwartetu z Pawłem. Największym problemem dla mnie jest znalezienie czasu. Wszyscy gramy i uczestniczymy w rozmaitych projektach artystycznych i życiowych, i to wszystko się często mocno wydłuża, ale cieszę się z każdej kolejnej wydanej płyty czy to 19 wiosen czy Trypa. A po latach zapominam, że to trwało ćwierć dekady. Największe trudności sprawia zawsze bezwzględna armia cyfr i wskazówek zegarów. Musiała wam towarzyszyć świadomość ciężaru tego materiału. Nie obawialiście się, że dla słuchaczy będzie on nie do udźwignięcia? Wypuszczenie takiego albumu w eter można rozważać w kategoriach pewnego aktu odwagi. Odwaga? Czym jest odwaga? Odważni są ludzie walczący o przetrwanie, pomagający innym ryzykując utratę własnego życia, wytrzymujący tortury, walczący o wolność w Tybecie, na Wybrzeżu Kości Słoniowej, Libii, Haiti czy Japonii. Sztuka jest sztuczna. To są oczywiście akty, ale twórcze, czasem ekstatyczne, ekstremalne, ale w ramach idei ekscesu. Wszystko jest odliczane w garderobie, lecz cały czas to jest jednak sztuka. Ryzykujemy tylko swoje dobre imię, nie życie. Nawet jeśli się skompromitowałem, to dalej żyję i mam kolejną szansę. Daję z siebie wszystko, to prawda, ale można o mnie zapomnieć i nie ma problemu. Ja sobie gdzieś dożyję emerytury z żoną, kotami i komiksami. Chciałbym nawiązać do jednego utwory z płyty. „Uwaga! Człowiek!” to gorzka refleksja o zastanej rzeczywistości. Czy wasze spojrzenie na świat, ludzkość rzeczywiście jest aż tak pesymistyczne? Czy to raczej hiperbolizacja, mająca wzmocnić przekaz? Cholera. Uważasz, że „Uwaga! Człowiek” to hiperbola? Dla mnie to absolutnie aktualny reportaż z dzisiejszego świata. Mało tego, jeszcze zbyt delikatnie opowiedziany. To nie jest pesymizm. To realizm. Nie wierzę w pesymizm, wybieram zawsze optymizm. Wiem, może to brzmieć paradoksalnie, ale to właśnie taka postawa pozwala mi przetrwać w tym współczesnym gównie. Mój prywatny optymizm plus realizm, zero złudzeń, i do przodu! „Kochanówkę” mieliście już okazję zaprezentować na żywo. Z jaką reakcją publiczności się spotkaliście? Jak wyglądały te koncerty z waszej perspektywy? Prezentacja takiego materiału na pewno stanowi pewne wyzwanie. Były obawy, czy ludzie w ogóle będą chcieli słuchać tego na żywo? Koncert to jest stan poza tymi wszystkimi pojęciami typu reakcja publiczności 15 czy opinie, aplauz, gwizdy… To jest taki moment, w którym jestem na właściwej planecie we właściwym momencie swojego czasu i wymiaru, we właściwej konstelacji i tak dalej. Patrzę w stroboskop i wykrzykuję swoje teksty, i to jest dla mnie ważne. To jest moja godzina. Nic więcej, nic mniej. sze emocje zawsze wzbudzali u mnie aktorzy niezawodowi albo z jakimś własnym szaleńczym charyzmatem, a nawet niezamierzonym defektem. Tryp to muzyka i słowa, wszędzie się sprawdzimy dopóki będziemy uczciwi wobec siebie i będzie za nami wisiał nasz znak ślepej ulicy. Czy będzie to awangardowy Ryzykujemy tylko swoje dobre imię, nie życie. Nawet jeśli się skompromitowałem, to dalej żyję i mam kolejną szansę. Daję z siebie wszystko, to prawda, ale można o mnie zapomnieć i nie ma problemu. Powiedziałbym, że jesteście fenomenem. Sprawiliście, że to, co nieprzyjemne i odpychające dla wielu stało się piękne, fascynujące. Czy to już pełnia sztuki? Nie wiem. Wiem tylko, że chcę nagrać z Trypem i 19 Wiosnami jeszcze kilka płyt. Napisać i narysować kilkadziesiąt komiksów i powieści, zrobić w chuj rysunków. Koledzy też non stop wydają nowe rzeczy, a inni artyści? Pełnia sztuki? To jakieś następne złudzenie… Zawsze jest kolejny słup na drodze… Pełnia sztuki, a może to samobójstwo? Dla mnie „Kochanówka” funkcjonuje w dwóch odrębnych płaszczyznach. Muzycznej i lirycznej. Muzycznie po prostu tej płyty nie lubię. Nie jestem w stanie jej słuchać. Lirycznie jestem pełen uznania. I zdaję sobie sprawę, że muzyka uwypukla przekaz, naturalnie z nim koresponduje, ale czy równie dobrze nie obroniłyby się same teksty? Mógłbym się z tobą założyć o trylion Afro [planowana przez Kaddafiego waluta dla Zjednoczonych Stanów Afryki – red.], że nie rozmawialibyśmy teraz, gdybym wydał tomik pod tytułem „Kochanówka”. Nigdy byś o mnie nie usłyszał, a przyjemność udzielania wywiadu byłaby mi obca. Planuję wydać taki tomik, ale czekam aż mój wydawca [Lampa i Iskra Boża – red.] zbierze na niego fundusze, nie spieszy się mi. Może jak wyjdzie, będziemy mogli sprawdzić siłę tylko i wyłącznie słów. Dla mnie jednak to, co zrobili muzycznie i dźwiękowo koledzy, to właśnie wzmocnienie, walor, właściwa płaszczyzna dla tych treści. To kolejny wymiar, sygnał, komunikat, opcja, sugestia i propozycja interpretacji. W jednej z recenzji jej autor zastanawiał się, czy płyta nie zostałaby lepiej zrozumiana w połączeniu z obrazem wskazując, że materiał świetnie sprawdziłby się jako muzyczny performance na deskach awangardowego teatru. Nie rozumiem teatru. Dawno nie byłem na żadnej sztuce. Lubię sobie czytać dramaty w książkach i samemu wyobrażać inscenizację i scenografię. Nie podoba mi się profesjonalne aktorstwo. Najwięk16 teatr czy bluesowy pub, damy z siebie wszystko. Ale chodzi o coś innego. Przychodzisz na koncert i dostajesz od nas emocję, zapominasz gdzie jesteś, intrygujemy albo wkurwiamy, zostajesz albo wychodzisz. Totalna wolność, także interpretacji. To Ty musisz po prostu pomyśleć. Performance, awangarda, industrial, techno, ile tych określeń słyszałem na nasz temat? Czy one są adekwatne do tego wszystkiego, co robimy? Chuj mnie to obchodzi. Największą wartością tej płyty jest fakt, że nie można pozostać wobec niej neutralnym. Nie można nie mieć o niej zdania. Intensywność, natarczywość, autentyczność, mówi się, że tylko prawdziwa sztuka ma takie właściwości. Odczuwacie tę potężną siłęi? Odczuwam wagę treści, które chciałem przekazać. Ból tematów, które poruszyłem, niemożność cofnięcia czasu i uniknięcia tego wszystkiego, o czym mówiłem na płycie. Mam dużo różnych refleksji już po zostawieniu albumu w przyrodzie. Olbrzymi głód i chęć opowiedzenia kolejnej historii. Mówiąc z lekkim dystansem, myślę, że człowieczeństwo i świat XXI wieku domaga się absolutnej rewizji przestarzałych pojęć i idei. Chciałbym na przykład, żeby powstało mnóstwo nowych ciekawych płyt. Młodych, naprawdę młodych ludzi, którzy zbuntują się przeciwko tej fikcji i plastikowej żenadzie, wpierdalaniu hot dogów i akceptowaniu transportów świń na ubój, wspieraniu wyzysku i tandety. Oczywiście, my też nagramy kolejne płyty, ale czuję pismo nosem, że coś się na pewno już gdzieś zaczyna. Chciałbym do końca swoich dni móc tworzyć odkrywcze zdania i metafory, z kolegami nagrywać nowatorskie płyty, towarzyszyć tej nadchodzącej rebelii i zobaczyć upadek pierdolonego Zerowego Cesarstwa na własne oczy. Recenzenci mają trudny orzech do zgryzienia, jeśli chodzi o opisanie słowami tego, co słyszą. Te wszystkie dźwięki układają się w jakąś jedną, niepojętą całość. Czy to możliwe ubrać taką muzykę w słowa? Czy w ogóle ma to sens? Może Wy spróbujecie? Jaką płytą od strony muzycznej jest „Kochanówka”? Płyta jest! Istnieje! Można ją kupić albo odtworzyć całość za darmo na naszym MySpace. Po co mówić o muzyce, jeśli można jej posłuchać? Deklarujecie, że Tryp to odskocznia od pracy w waszych wiodących kapelach. Ale jednocześnie potwierdzacie, że nie jest to projekt jednorazowy. Potraficie wyobrazić sobie kolejną płytę? Nie macie wrażenia, że „Kochanówka” zamknęła wam w pewien sposób usta? Przy ocenie następnych trudno będzie uniknąć odniesień do niej, a drugiego takiego albumu nagrać przecież nie możecie. Nie wyobrażam sobie kontynuacji „Kochanówki”. Tak. Pracujemy z Kubą nad nową płytą, potem dojdą Robert z Pawłem i zaczniemy to wszystko wspólnie aranżować. Może to potrwać przez cały 2012 rok, może skończymy wcześniej, może później. Tryp to projekt obliczony na wiele lat i bez jakichkolwiek ciśnień. Pojawiają się dźwięki i nowe słowa, i nagle to się wszystko materializuje w nowy album. „Kochanówka” to sprawa zamknięta w sensie wydania płyty, teraz zależy nam na graniu koncertów i na pomocy naszym przyjaciołom, którzy chcą upamiętnić tych wszystkich psychicznie chorych z przeszłości i pomóc tym w teraźniejszości. Jeśli możemy jakoś się do tego dołożyć, to będę miał dodatkową satysfakcję. Kontynuację „Kochankówki” w wersji hardcore masz za oknem na co dzień. „Kochanówki” do dzisiaj można posłuchać w całości na zespołowym profilu MySpace. Właśnie w ten sposób widzę dzisiejszą promocję muzyki. Ten, kto ma ściągnąć i tak to zrobi, a być może odsłuchanie albumu skłoni kogoś do zakupu. Czy taki był i wasz punkt widzenia, gdy zdecydowaliście się wrzucić całość do internetu? Od wydania naszej debiutanckiej EP-ki właśnie tak widzimy przyszłość prezentowania muzyki. Wersje dla kolekcjonerów do kupienia, a jako mp3 do przesłuchania w sieci. Nie podoba ci się nasza produkcja to opróżnij kosz. Chcesz to mieć, kup płytę wydaną w pewien konceptualny sposób, wartościowy przedmiot na półce, przedmiot duchowy w postaci materialnej. Powszechnie mówi się już o was jako o supergrupie. Pasuje wam takie określenie? Dzięki za poświęcony czas. Dziękuję, lubię gotyckie horrory, dlatego chciałem z tobą porozmawiać. Ale wszystko, co ma przedrostek super, wzmaga u mnie podejrzliwość. Więc,jeśli możecie mi zaufać, pierdolcie raz na zawsze te określenia chociaż w kontekście zespołu Tryp. Paweł Kmiecik Czym jest szum? Dlaczego tak wielu artystów sięga po radykalnie zniekształcone dźwięki, niszcząc znaną i poukładaną harmonię? Co ciekawego jest w dewastacji sampli i loopów, niszczeniu brzmienia gitary? Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie musimy cofnąć się o 100 lat wstecz, do rewolucji przemysłowej i wczesnych dzieł futurystów. Na początku muzyka dostarczała słuchaczom pełnych harmonii, czystych i przepełnionych słodyczą dźwięków. Dziś stała się ona bardziej skomplikowana. Często łączy ze sobą dysonansowe i ostre, z pozoru niepasujące do siebie dźwięki. Jednym z pierwszych artystów hałasu był działający na początku XX wieku Luigi Russolo (1885–1947), futurysta, malarz i muzyk. W traktacie z 1913 roku „The Art of Noises” napisał, że rewolucja przemysłowa pozwoli człowiekowi zrozumieć nowe, bardziej złożone dźwięki. Zbudował pierwsze akustyczne generatory szumu, które znane były pod nazwą intonarium, był także założycielem Noise Orchestra. W 1917 roku zorganizował koncert Gran Concerto Futuristico, który nie został zrozumiany, a wręcz wywołał agresję ze strony publiczności. Niestety, żadne z tych generatorów nie przetrwały do naszych czasów. Choć dzieła Russolo nie miały wiele wspólnego z obecną muzyką noise, to nie pozostały bez wpływu na współczesny kształt tego gatunku. Rozwój przemysłu i industrializacja świata inspirowały artystów do dalszych poszukiwań. Wykorzystywali oni do swoich dźwiękowych performance’ów odgłosy maszyn, silników parowych, syren statków, stukot maszyn do pisania, ryk silników samolotów. W tym czasie powstała „Symfonia syren fabrycznych” stworzona przez Arseny Avraamova (1886–1944). Ten awangardowy rosyjski kompozytor do swojej symfonii wykorzystał syreny statków marynarki wojennej, gwizdki, syreny fabryczne i karabiny maszynowe. Symfonię wykonano w piątą rocznicę Rewolucji Październikowej. Wielu artystów eksperymentowało w tym czasie z hałasem, szukając w nim nowego wyrazu i harmonii. W 1937 roku John Cage w swoim eseju twierdził, że nie ma czegoś takiego jak cisza, wszystkie dźwięki mają potencjał by być wykorzystane twórczo. Odgłos deszczu, szum między wybieranymi stacjami radiowymi czy ciężarówka pędząca 50 mil na godzinę, też mogą służyć jako inspiracja do tworzenia nowych barw i płaszczyzn dźwiękowych. Swoje poszukiwania wyraził w serii prac „Imaginery Landscape”. W 1960 roku sześciu młodych japońskich muzyków założyło zespół Ongaku. Ich utwory były mieszaniną dźwięków uzyskanych za pomocą tradycyjnych instrumentów i odgłosów urządzeń codziennego użytku, takich jak odkurzacz, radio czy zmywarka do naczyń. Szybkość nagrań była zmienna i rejestrowana ponownie, tworząc nowy utwór. Od 1970 roku nastąpiła ekspansja muzyki postmodernistycznej zainspirowanej hałasem. Tak rodził się gatunek industrial music. W latach 1970–1980 powstało wiele zespołów tworzących muzykę industrialną, zaczęli działać między innymi Current 93, Hafler Trio, Throbbing Gristle, Coil, Laibach, Steven Stapleton, Thee Temple ov Psychick Youth, Smegma, Nurse with Wound, Einstürzende Neubauten, The Haters. Jednym z ciekawszych zespołów tego okresu był The New Blockaders, który zapoczątkował gatunek zwany industrial noise. W swojej muzyce łączyli oni brzmienie instrumentów tradycyjnych, takich jak perkusja i gitara, z niekonwencjonalnymi – młotkiem, kośćmi itp. Od wczesnych lat 80. XX w. Japonia stała się mekką charakterystycznego harsh noise music – często określanego mianem japannoise. Najbardziej znanym twórcą tego gatunku jest Merzbow, którego prawdziwe imię to Masami Akita. Merzbow, zainspirowany twórczością artystów futurystycznych oraz zafascynowany postacią Kurta Schwittersa, wstąpił na ścieżkę muzyki noise. Eksperymentował z dźwiękiem, wykorzystując w swojej Industrial. Dorota Miltyk Rytm w szumie pracy uszkodzone wzmacniacze, magnetofony i syntezatory. Jako były perkusista, tworzył swój harsh noise wykorzystując dźwięki z otaczającego go świata, nie pogardzając np. kawałkami blachy. W latach 80. XX w. intensywnie koncertował oraz zajmował się dystrybucją własnych nagrań. W następnej dekadzie do tworzenia muzyki zaczął wykorzystywać komputer, odchodząc tym samym od tradycyjnych analogowych brzmień. W tym czasie powstały albumy będące klasyką gatunku: „Pulse demon” i „Venerology”. W dorobku Merzbow znajduje się ponad 300 płyt, a jedną z nich – „Bloody sea” wydał nawet w Polsce. Ta płyta jest swego rodzaju manifestem przeciwko połowom wielorybów. Masami Akita jest zagorzałym obrońcą tych zwierząt i zdeklarowanym wegetarianinem. Twórczość Merzbow nie należy do łatwej w odbiorze. Jego radykalne dźwięki nie mają na celu skłonić słuchacza do radosnych pląsów i nucenia utworów podczas golenia. W jednym z wywiadów Masami Akita tak mówił o swoich dziełach: – Chciałem skomponować prawdziwie surrealistyczną muzykę w antymuzyczny sposób. Surrealizm jest również osiągnięciem stanu nieświadomości. Noise jest prymitywną i kolektywną świadomością muzyki. Moje kompozycje są automatyczne, nie improwizowane. Nie wiem, jaka jest różnica między hałasem a muzyką. Wszystko zależy od słuchacza. Jeśli dla kogoś hałas oznacza niewygodny dźwięk, to muzyka pop jest dla mnie hałasem. Na dźwięki tworzone przez Merzbow składają się między innymi odgłosy tłuczenia gruzu, syki urządzeń, wybuchy, zakłócenia pracy maszyn, krzyki i hałas – a wszystko to odtwarzane bardzo intensywnie i głośno. Chodzi o to, by słuchacz odnalazł swoją drogę, wyższe znaczenie, inną jakość dźwięku. Zafascynowany odmiennymi stanami świadomości i hipnozą, Merzbow wychodzi z założenia, że przy odpowiedniej koncentracji rytmy same się odnajdą. Muzyka ta jest trudna, ale trzeba ją odnaleźć – nie zrozumieć, nie nauczyć, ale właśnie odnaleźć, i dopiero wtedy przyjąć ją, lub odrzucić. 17 mind.in.a.box Czy 8 bitów ci wystarcza? Łukasz Miernik Chcieliście tematów pozamuzycznych, to macie. Markus, który pisze opowiadanie będące ciągłą fabułą wszystkich utworów mind.in.a.box, był bardzo zajęty pracą i nie miał możliwości pogadania o nim. O literaturze zatem innym razem. Rozmowę ze Stefanem zaczęliśmy od jego decyzji o wyjściu na scenę, zeszłorocznej płycie i kondycji biznesu muzycznego, ale niespodziewanie zmieniła się ona w typową gadkę geeków, odpowiednią bardziej do „Secret Service”. Jeśli nie wiecie, czym był „Secret Service”, nic Wam nie mówi tytuł „Giana Sisters” ani osoba Johna Carmacka, nigdy nie wysłaliście koledze tradycyjną pocztą dyskietki z animacją, ani nie macie pojęcia jakim kablem podłączyć syntezator – prawdopodobnie będziecie musieli potraktować poniższy wywiad dość wybiórczo, żeby się nie zamęczyć i nie utonąć w morzu komputerowej terminologii. Jeśli jednak z radością „przeczytacie go całego” – wiedzcie, że diabeł już się wami interesuje, a zapewnienia dziewczyny czy chłopaka o istnieniu życia bez komputerów to dobra rada. Jeśli nadal macie wątpliwości, czy warto to czytać, obejrzyjcie teledysk m.i.a.b do utworu „8 bits” i zastanówcie się, czy chcecie mieć coś wspólnego z tymi kolesiami. „OMGLOLWTF”, lub po prostu: miłej lektury! Witaj, jak czujesz się w pierwszych dniach 2011 roku [cóż, trochę czasu minęło od wywiadu – red.]? W zeszłym roku sporo działo się w obozie m.i.a.b. Cześć! Czuję się świetnie, dzięki. Zeszły rok był dla nas bardzo ważny. Byliśmy na wielkiej trasie z Front Line Assembly i był to zdecydowanie jego najciekawszy moment. Zacznijmy zatem właśnie od tego momentu. Jak to się stało, że w końcu zdecydowałeś się grać koncerty? Czy czujesz się już pewniej na scenie? Obecnie na scenie czuję się już znacznie lepiej. Myślę, że nie jesteśmy aż tacy źli. Sama decyzja została podjęta już jakieś dwa lata temu. Zacząłem się zastanawiać, jak mógłby wyglądać występ mind. in.a.box na żywo. Najpierw Roman i Gerhard, dwóch moich dobrych przyjaciół, zdeklarowali się, że wystąpią na scenie, a później dołączył do nas Adam. Po zrobieniu wizualek do pierwszych wersji live naszych kawałków nie było już odwrotu. To naprawdę była kupa roboty i kiedy już poświęciło się na to 18 tyle czasu, nie było innego wyjścia jak dokończyć swoje dzieło. Czy sam często bywasz na koncertach i festiwalach? A może zdarzyło się, że zespół, który lubisz nie poradził sobie live i zrodził u ciebie obawy przed debiutem m.i.a.b? Zbyt często nie bywam na koncertach, ale wiem, że w tej sprawie jest spory rozrzut. Niektóre zespoły wypadają bardzo dobrze, inne bardzo źle. Jeśli masz słabsze zdolności muzyczne, musisz się bardziej popisywać na scenie. Ja nie mogę zbyt dużo robić na scenie, więc trzymamy się bardzo ciemnej scenerii, chowamy w cieniu, a na pierwszy plan wysuwamy wizualizacje. Problem z muzyką elektroniczną jest taki, że podczas występów na żywo nie można tak naprawdę zaprezentować swoich umiejętności. Taki Eric Clapton może sobie po prostu usiąść, zagrać na gitarze i jest to niesamowite, a fani są zachwyceni. Elektroniczne projekty w większości przypadków nie mają tak łatwo, ale robimy co w naszej mocy. Na scenie i tak pojawiłeś się od razu z pełnym zespołem, co jest rzadkością w obecnej erze laptopów. Granie na żywo przebiega zgodnie z twoim wcześniejszym wyobrażeniem czy może byłeś trochę zaskoczony? Gerhard, mój perkusista, trochę mi pomógł, ale większość z nich stworzyłem samodzielnie. Wizualki sceniczne stanowią jedynie krótki i szybki wgląd w naszą historię. Nie da się streścić całej fabuły przy ich pomocy, ale próbujemy choć trochę wprowadzić publiczność w odpowiedni nastrój. A jak jest z tą reakcją fanów? Czujesz, że spełniłeś ich oczekiwania, które narastały przez wiele lat, kiedy kazaliście na siebie czekać? Uważam, że wyszło nam bardzo dobrze. W końcu nigdy nie grałem na scenie, a po tylu latach nagle rzuciliśmy się na głęboką wodę. Mamy koncepcję całości, ciągle nad nią pracujemy i zawsze staramy się coś poprawić. Z powodu naszego nieco bardziej „rockowego” podejścia do muzyki na scenie, czasem hardkorowi fani melodyjnej elektroniki spodziewają się po nas czegoś innego, ale ogólnie wydaje mi się, że publiczność jest bardzo zadowolona. Graliście także w Polsce, jak wspominacie ten koncert? Myślę, że m.i.a.b cieszy się tu sporą popularnością, czy publiczność dała Wam to odczuć? To było naprawdę szalone, bo z początku zapowiadało się na totalną porażkę. Grając jako support wymagano od nas ścisłego trzymania się rozpiski godzinnej, więc musieliśmy zacząć grać planowo, mimo Problem z muzyką elektroniczną jest taki, że podczas występów na żywo nie można tak naprawdę zaprezentować swoich umiejętności. Czasem koncert wywołuje wielki uśmiech na mojej twarzy, ale odczuwam to dopiero po samym występie. W czasie grania muszę się zwykle bardzo skupiać, żeby nie wcisnąć złego klawisza w nieodpowiednim czasie albo nie zapomnieć jakiegoś fragmentu tekstu. Właściwie to jest dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem. Bardzo ostrożnie dobieram cały sprzęt i staram się ograniczyć ryzyko wystąpienia potencjalnych problemów do minimum. Nie chcę żadnych problemów na scenie. Błagam, tylko nie to! Oby w razie czego pomogło chowanie się za wizualkami. Kto jest za nie odpowiedzialny? Czy krótki film puszczany podczas koncertów streszcza całe opowiadanie Markusa, które w końcu stanowi treść wszystkich waszych kawałków? że drzwi do sali były nadal zamknięte i nie było w ogóle ludzi. A jednak zdecydowanie koncert w Polsce był jednym z najlepszych na całej trasie, a publiczność była niesamowita. Rico, niesamowity oświetleniowiec Front Line Assembly, ostrzegał nas jeszcze przed trasą, że taka sytuacja może mieć miejsce. Nie wierzyliśmy mu. Byliśmy w błędzie. Było też bardzo dużo problemów technicznych tuż przed samym koncertem. Ostatecznie ekipie udało się zapanować nad wszystkim, ale błagam, nie budujcie żadnych elektrowni atomowych w Polsce – mieszkamy zbyt blisko waszej granicy. Mimo wszystko to był wspaniały koncert – dziękujemy! Na tej scenie nie można zbić majątku na sprzedaży płyt, nawet jeśli jesteś popular- Fot. archiwum zespołu To właśnie te brzmienia z lat 80. XX w. były przełomowe i zainteresowały Cię muzyką syntezatorową? Dokładnie tak! Zawsze to podkreślam, że dla mnie to właśnie komputerowa muzyka była tą prawdziwą muzyką elektroniczną tamtych czasów. To było po prostu dużo lepsze od większości płyt CD, które były wtedy dostępne. Można to porównać do rywalizacji w zawodach. Każdy dysponował tym samym ograniczonym sprzętem i próbował wycisnąć z niego jak najwięcej. Miałeś jedynie trzy ścieżki na skomponowanie całej muzyki i to było niewyobrażalne, co ci kolesie z tego wykręcali. Wystarczy wejść na youtube, wpisać „S-Express C64” i posłuchać. W tym kawałku są jedynie trzy ścieżki z czwartą perkusyjną, tam płyną melodie wewnątrz melodii. Wyglądało to tak, że musiałeś zrobić melodię z jednego dźwięku, a potem wcisnąć kolejną melodię opartą na innym brzmieniu w przerwy między dźwiękami tej pierwszej! To właśnie ten typ myślenia jest dla mnie esencją muzyki elektronicznej. Nie tylko granie syntetycznych dźwięków na klawiszach, bo to prawie to samo, co granie na pianinie albo gitarze. nym zespołem. Czy teraz, kiedy zaczęliście koncertować, widzisz szansę, że któregoś dnia będziesz mógł się utrzymać z muzyki? Byłoby wspaniale, ale nie sądzę, że to kiedykolwiek nastąpi. Jesteśmy zbyt małym zespołem. Nasza sprzedaż idzie całkiem nieźle jak na obecne czasy, ale to i tak zdecydowanie za mało, żeby utrzymać kogokolwiek. W dodatku popyt na płyty nie zwiększa się z kolejnymi latam. W przeszłości można było śmiało stwierdzić, że z drugą czy trzecią płytą sprzeda się coraz więcej kopii. Obecnie, kiedy prawie nikt nie kupuje muzyki, trzeba cieszyć się chociaż stałym poziomem. Przechodząc do pytania o pracę studyjną – jak wpadłeś na pomysł nagrania R.E.T.R.O? Czy chciałeś przypomnieć o korzeniach 8-bitowych brzmień, korzystając z tego, że znów stały się modne? To nie był jakiś specjalny plan ani podporządkowanie się panującym na scenie trendom. Od wielu lat zajmowałem się już tymi remiksami, a kiedy tylko miałem trochę czasu pracowałem nad wspomnianym „retro-projektem”. To właśnie na Commodore 64 stawiałem swoje pierwsze kroki muzyczne. To była dla mnie bardzo ważna sprawa. Męczyliście się z przekonaniem wydawcy aby wypuścić taki nietypowy album pod standardową nazwą zespołu? Nie, z tym w ogóle nie było problemu. Wytwórni od początku podobał się ten pomysł. Myśleliśmy co prawda na początku, aby wydać to pod inną nazwą, ale ostatecznie okazało się, że mind.in.a.box też się do tego nadaje. A jakiej muzyki słuchasz ostatnio? Śledzisz scenę electro czy raczej wolisz od niej odpocząć? To trudne pytanie, bo w zasadzie nie słucham dużo innej muzyki. I jest tylko kilka kapel na scenie electro, które tak naprawdę lubię, na przykład Covenant. Bardzo ich lubię, bo zawsze tworzą wyjątkowe własne brzmienia a wokal Eskila jest niesamowity. Większość utworów na R.E.T.R.O to kowery melodyjek z gier komputerowych. Wybrałeś swoje ulubione? W zasadzie tak, choć niektórych tytułów, jak choćby „Skate Or Die” nie mogłem zremiksować. Wybranie odpowiednich tytułów nie było łatwe, ale lubiłem wszystkie te, które ukazały się na płycie. Klip do „8 bits” sam w sobie jest hołdem dla gier. Wyczytałem gdzieś, że ta kultowa historyczna kolekcja należy do któregoś z Sas. Spotykacie się na nocki z C64? To wszystko gadżety Markusa, on je kolekcjonuje. Ja swojego Commodore’a sprzedałem dawno temu. I tak, czasami się spotykamy się, żeby pograć w starocie, ale jesteśmy leniwi i raczej idziemy na łatwiznę, odpalając jakieś emulatory. Prawdziwym maniakiem grania jest nasz basista Roman, on jest uzależniony od gier. Naprawdę 8 bitów Ci wystarcza? Czy może nadal kochasz gry, gdy mają ich już 64? 19 Dużo grałem w trzecią część „Quake’a”, to dla mnie chyba najlepsza gra, jaka kiedykolwiek powstała. Z resztą do tej pory grywam czasem w „Quake Live”. John Carmack to geniusz. Wkładka płyty przedstawia zdjęcia poprzerabianego Commodore. To też część waszej kolekcji i twórczości? Tak, to również oryginalny C64 Markusa, mocno go zmodyfikował. Razem chodziliśmy do technicznej szkoły, więc trochę się znamy na tych sprawach. Dawno temu Markus zbudował nawet sprzętowych na płycie, ale brzmienia SID-owe pochodzą wyłącznie z emulacji software’owych. Nie zmieścił się w natłoku gadżetów? Stawiasz na tony sprzętu czy DAW [ogólnie ujmując, studyjne oprogramowanie dźwiękowe – red.]? Dla mnie najważniejsza jest użyteczność. Nie widzę sensu w obstawianiu się trzystoma syntezatorami, które nie są podłączone do mojego zestawu. Wszystko musi być pod ręką, musi mieć przydzielone swoje wejścia i wyjścia i musi Futurepopowe projekty przetrwają dłużej niż większość kapel grających przesterowane electro. Dobra melodia zostaje dłużej w głowie niż hałaśliwa papka. kartę muzyczną dla PC opartą o chip SID, a ja w ramach zajęć stworzyłem interfejs MIDI. Czy fani podzielają waszą pasję? A może spotkaliście się z jakąś reakcją ze strony sceny chiptune’owej? Zawsze wspiera nas Andreas, nasz bardzo bliski przyjaciel, który jest dobrze znany na scenie C64 jako Mr. Sid. Oprócz niego nie kojarzyłem osobiście nikogo więcej, ale po wydaniu R.E.T.R.O udało mi się poznać trochę commodorowców z remikserskiej sceny remix.kwed.org, to bardzo mili ludzie. Czyli wcześniej nie udzielałeś się raczej na demo scenie? Zrobiłeś jednak muzykę do gry Parsec... Nie, w zasadzie nie. Stworzyliśmy wiele projektów wspólnie z Markusem, ale większość tych rzeczy nigdy nie opuściła naszych szuflad. Parsec był zdecydowanie naszym największym projektem. Byliśmy zbyt młodzi na demo scenę C64, bo mieliśmy wtedy jakieś 12 lat. Później, kiedy już przerzuciliśmy się na pecety, okazało się, że scenowi kolesie pokroju Future Crew są lata świetlne przed nami. Do tej pory pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy ich demo Second Reality. Szczeny nam opadły i nie mogliśmy uwierzyć w to, co widzimy, takie to było dobre. W dodatku muzyka tych kolesi powalała na kolana i była zdecydowanie lepsza od „zwykłej muzyki elektronicznej” dostępnej na płytach CD. Wracając do płyty R.E.T.R.O, użyłeś oryginalnego komputera z SID-em dla uzyskania 8-bitowych brzmień? Na początku faktycznie myślałem nad wykorzystaniem starego Commodore’a w tym celu, ale przy moim obecnym zestawie studyjnym dołączenie go byłoby zbyt skomplikowane. Wykorzystałem co prawda kilka syntezatorów 20 być łatwo dostępne. Jeśli potrzebujesz pół godziny na ustawienie syntezatora, to nie ma to w ogóle sensu. Dlatego mam kilka sprzętowych klocków, jak Roland JP8080 czy Waldorf Microwave itp., które mają swoje miejsce. Posiadam wyłącznie rackowe wersje syntezatorów. Wszystko jest podłączone do DAW-a poprzez interfejsy, ale nadal mam konsoletę do miksowania. Stare utwory, które miksowałem na stole, mogę nadal odtworzyć na nim dzięki sprytnemu systemowi rutowania, ale oczywiście przyszłość to DAW-y. Jako ulubione narzędzie tworzenia dźwięków wymieniłbym ostatecznie mój superszybki komputer z chłodzeniem wodnym. Skoro mowa o rozbudowanych syntezatorach, nawet profesjonalni muzycy boją się czasem nadmiaru migających cyferek i ustawień, więc ograniczają się do gotowych szablonów brzmień i losowego kręcenia gałkami. Czy ty jako programista zagłębiasz się w programowanie sprzętowe i MIDI? Do szczegółowej zabawy potrzebna jest wiedza na temat działania syntezatora i ja oczywiście edytuję każdy dźwięk, aby dokładnie dopasować go do swojej muzyki. Gotowe ustawienia są dobre do obrania właściwego kierunku brzmieniowego na początku tworzenia, ale zawsze trzeba coś dokręcić i pozmieniać samemu. Ogólnie, wszystkie syntezatory działają na podobnej zasadzie, więc nie jest to aż tak trudne do opanowania. Spoglądając na wasz dorobek można dostrzec, że raczej nie jesteś zwolennikiem remiksów. Jak postrzegasz przerabianie czyichś kawałków, które nagrałeś mając swoją ustaloną wizję? Lubię dobre remiksy, ale problem leży gdzie indziej. Nie cierpię wymian remiksowych. Jeden zespół robi remiks dla ciebie, a ty w zamian masz zrobić remiks dla niego. Nie lubię tego, bo według mnie jakość takich produkcji jest po prostu marna i są używane wyłącznie do dopchania płyt CD. Lepiej zapłacić za remiks, bo wtedy twórca dostaje faktyczne wynagrodzenie za swoją pracę i wkłada w to więcej czasu i wysiłku. Szkoda, że Markus jest nieosiągalny, bo chciałem spytać go o powstawanie opowiadania. Skoro głównym motorem waszych płyt jest kontynuacja tego tekstu, to chyba przy tworzeniu kawałków dopasowujecie muzykę do słów, a nie odwrotnie? W zasadzie zawsze wychodzi inaczej. Czasami najpierw powstaje historia, czasami ja dostarczam już na początku gotową muzykę. Jaki będzie kolejny krok m.i.a.b? Czy możemy spodziewać się powrotu do chwytliwych melodii i charakterystycznego wokodera? Kolejny album jest już prawie gotowy, razem z towarzyszącą mu historią. Znajdą się na nim też kawałki z wokoderem. Pytanie tylko, czy i kiedy znajdziemy dobrą wytwórnię, która będzie chciała go wydać. Obawiam się, że może upłynąć dużo czasu, zanim to się wydarzy, ale czuję, że album będzie brzmiał doskonale. Bardzo podobają mi się utwory, które już mamy nagrane. W międzyczasie nasi fani mogą zajrzeć na stronę thyxmusic.com. To mój poboczny elektroniczny projekt i wkrótce wydam singla dostępnego do pobrania wyłącznie z serwisów muzycznych. Czekajcie na dalsze informacje. Czy jest jeszcze przyszłość dla futurepopu w erze cięższych brzmień? Większość byłych gwiazd gatunku odeszła od swojego stylu. O tak, myślę, że „zwykłe” futurepopowe projekty nadal dobrze się sprzedają i przetrwają dłużej niż większość kapel grających przesterowane electro. Dobra melodia zostaje dłużej w głowie niż hałaśliwa papka. Uważam, że większość Nie chcę żadnych problemów na scenie. Błagam, tylko nie to! tych młodych groźnych kapel to po prostu początkujący muzycy, którzy z czasem przejdą w bardziej melodyjne rejony. Zakończmy na tej optymistycznej wizji. Dzięki za wywiad. Masz jakąś ostatnią wiadomość do polskich „zapuszkowanych umysłów”? Również dziękuję za rozmowę, a fanom za słuchanie i wspieranie naszej twórczości. Different State Alchemiczny traktat Polski projekt eksportowy tworzący nowe szczepy muzycznych wirusów. Lekarstwem jest poddanie się procesowi, za który odpowiada szalony alchemik M. Marchoff. Witam. Przede wszystkim gratuluję nagrania bardzo dobrego albumu. Jak oceniasz z perspektywy czasu albumy „Yield” i „Knar”, których reedycje wydało Zoharum? Przyznam szczerze, że ucieszyła mnie informacja o tych wydawnictwach. Mnie również, ponieważ wszystko, co dotyczy Different State i mojej córki Laury, daje mi ogromny napęd. Będąc estetą i kolekcjonerem, ogromnie cieszy mnie jakość obydwu wydawnictw. To ogromna zasługa gangu Zoharum. Najnowszy album „Through the Falling Eyelid” zrobił na mnie spore wrażenie, nie pytam o okoliczności powstania tego wydawnictwa, a raczej o środki, za pośrednictwem których powstał. Jesteś zadowolony z finalnego rezultatu? To bezapelacyjnie mój prywatny sukces. Ogromna dawka zróżnicowanej epidemii dźwięków. To jest potężna produkcja, masa analogów, od Moogów i taśm, po Novation, ARP, Nord, plus cholernie zmasowane bębny i totalnie industrialne sample, łańcuchy, talerze, siatka, furtka, łyżki itd. Wszystko zapętlone, troszkę rozrzucone, ze smakiem dadaistycznym lecz ciągle ciężkie. Jak gęsty sos. Twoja współpraca z Zoharum wygląda bardzo idyllicznie, czy jest to możliwe na poziomie artysta – wydawca? Oczywiście mam świadomość, iż nie jest to bezduszny koncern, ale mimo to wydaje mi się to wyjątkowe, nawet w takiej niszy stylistycznej. To moja druga rodzina, spełniają moje zachcianki. Szczególnie dobry kontakt mam z Maćkiem Mehringiem. Dopóki nie wchodzą w grę duże pieniądze, będzie luz. Jeżeli on i ja zaczniemy kiedyś naprawdę zarabiać dzięki takiej formie muzycznej, jaką prezentujemy, będzie to wtedy problem i może dojść do poważnego konfliktu i sytuacji, w jakiej jest teraz Doda, nasza gwiazda muzyki rozrywkowej (śmiech). Twórczości Different State często towarzyszy etykieta rytualności. Jak Ty odbierasz to sformułowanie i czy mija się ono z faktycznym zamysłem DS? Nic nie przechodzi bokiem, wszystko kierowane jest do universum i wraca do nas z takim czy innym impaktem. Twoje imię plus DNA rzuca cię na siatkę matrixa. Moja misja, która nigdy nie zostanie przerwana, to tworzyć i edytować dźwięki. Nie jestem kobietą, która lubi rozładowywać każdy pistolet spotkany na drodze. Moja muzyka płynie od hermetyka dla świadomych hermetyków . Czy brałeś kiedyś pod uwagę wydanie albumu z remiksami swoich utworów w wykonaniu innych projektów? Jeśli tak, kogo widziałbyś w tej roli? Nigdy o tym nie myślałem, bo wiem, że dobry muzyk zawsze odbiłby swój charakter na moich nagraniach. Druga sprawa – remiksy to gówno i śmierdzą mi popem. Lubię robić dekonstrukcje utworów, tak jak robiłem dla Bisclaveret czy innych zespołów. Trzymam się klimatu i rdzenia kawałka, ale bawię się nim jakbym uprawiał seks, zaczynając od różnych elementów, które tworzą cały proces. Jak wiemy, wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, w tym wypadku do punktu G. Wydałeś albumy na kasetach, CD-R’ach, CD i z tego co kojarzę jedną 7". Czy jest szansa na wydawnictwa na winylu, np. „Through the Falling Eyelid” oraz „Hidden Sounds of Magnetic Field”? Jest duża szansa, że wydam winyl. Ale także kasetę, one wracają. Dla mnie zawsze były i będą jak winyle. Jest u mnie na Brooklynie wytwórnia Sacred Bones Records – której manager to mój kolega. Oni wydają głównie analogową elektronikę, od ambientu po synth i progresywną klasyczną awangardę. Gdy będę posiadał nowe utwory, na pewno coś wydam. Póki co, wszystko wydało Zoharum, które ma pierwszeństwo, także do nowego materiału „Voxfields”. Całe te fragmenty muzyczne zostały nagrane w ogromnych bunkrach nad samym oceanem na Queensie w Nowym Jorku. Ogromny naturalny rezonans, echo, potęga miejsca jak i wydarzenia historyczne z nim związane nie pozwolą nikomu przejść obojętnie obok tego projektu. To pierwszy materiał nagrany bez analogów i poza studiem. Usłyszycie wodę, plastik, zawiasy, kable, drzwi, śruby, łuski, a nawet sikanie na mur. Jak dziś wygląda szansa na koncerty DS w Polsce? W jakim składzie wystąpilibyście? Będę w Polsce na przełomie października i listopada. Pracujemy nad tym razem z Zoharum. W składzie DF jest wokalistka Vera Teren, która pracuje w studiu nagrań Johna Kilgore’a, tym Fot. archiwum zespołu Jakub Skowroński samym gdzie nagrywa Steve Reich. Jest jeszcze Kostas Galapagos i Marcin Polak, mój przyjaciel, twórca koszulek DS oraz wybitnie dobry cymbalista. No i analogowe maszyny. Jak opisałbyś muzykę Different State naszym czytelnikom, wśród których wielu ta nazwa nie jest znana? Alchemiczny traktat z wielkomiejskim, chorym brzmieniem.. Jednym z elementów, poza industrialnym klimatem, które najbardziej przypadły mi do gustu, jest spora doza brzmień dubowych. Skąd takie rozwiązania? Słuchasz muzyki jamajskiej bądź uk dub? Mam czarnych kolegów, ale czarnej muzyki nie słucham. No, może oprócz starego Clock DVA i Massive Attack (tylko „Mezzanine”), czasami Davis, Coltraine z kompozytorów. Nie jestem fanem hip hopu czy reggae. Najbliższe plany wydawnicze? Album „Voxfields”, nagrany w bunkrach z moją ukochaną M. J. Caroline Rider i megaprodukcja z masą sesyjnych muzyków Different State: „Rigid condition”, materiał który cię przejedzie i wgniecie w ziemię sześć stóp w dół, a tam spalisz się w piekielnie analogowym ogniu topniejących taśm. Czy aktualnie pracujesz nad jakimś materiałem poza Different State? Mam na myśli 23 Threads, The Vein? Nie, ale chciałbym wydać lepszą wersję 23 Threads z bonusami, które nigdy się nie ukazały. Dziękuję za wywiad i czekam na nowe materiały spod twojej ręki. Również serdecznie dziękuję! Słuchajcie Different State a na nowo odrodzicie się poganami bez grzechu pierworodnego. 21 Rewolucja syntezatorowa cz.1 Robert Marciniak Niniejszy artykuł nie ma ambicji stanowienia opracowania encyklopedycznego, ani jakiegokolwiek kompendium wiedzy na temat historii sceny synth-popowej, elektronicznej, industrialnej, czy jakiejkolwiek innej. Jest on wprowadzeniem dla wszystkich, którzy chcą sięgnąć do korzeni, poznać nierzadko zapomnianych już prekursorów syntezatorowego grania. Jest też swoistym esejem, rzucającym subiektywne, odautorskie światło na nieodległe czasy, kiedy sztuka splotła się z techniką, muzycznym światem zaczęły rządzić maszyny, a na listy przebojów szturmem wdarły się zespoły, w których składzie nie było, o zgrozo, ani jednego gitarzysty, basisty czy perkusisty... Na czasy syntezatorowej rewolucji. W świecie muzyki rockowej pierwsza połowa lat 70. XX w. upłynęła pod znakiem rozbudowywania, komplikowania oraz udziwniania rock’n’rollowych utworów, co według samych twórców, miało na celu „przeniesienie ich na wyższy poziom artystyczny”. Kanonem stały się długie, wielowątkowe suity, niemal do przesady okraszane wirtuozerskimi popisami instrumentalistów, których gruntowne wykształcenie muzyczne, z reguły klasyczne, poparte było latami ćwiczeń. Rock progresywny bardzo szybko zaadaptował idealne wręcz narzędzie do tworzenia wielowymiarowych konstrukcji i płaszczyzn dźwiękowych – syntezator. Ten w pełni funkcjonalny instrument zaprojektowany został w pierwszej połowie lat 60. XX w. przez Roberta Mooga, przy ogromnym współudziale kompozytorów Herberta Deutscha i Waltera Carlosa. W rękach takich geniuszy klawiatury jak Rick Wakeman czy Keith Emerson stał się niezwykle skutecznym orężem w komponowaniu quasibarokowych, elektronicznych symfonii. Widok pianisty „uwięzionego” za ogromnymi ścianami czy też wieżami syntezatorów był niemalże wizytówką teatralnych koncertów rockowych supergrup. Ponieważ każdy z tych niezwykle skomplikowanych modułów dźwiękowych kosztował majątek, dopełniało to swoiście bizantyjskiego przepychu i sprawiało wrażenie niedostępności dla „prostego ludu”. Niestety, cały ten wirtuozerski onanizm formy zaczął całkowicie dominować nad oddalającą się coraz bardziej od rzeczywistości treścią. Wiadomym stało się, że dni tego kolosa na glinianych nogach są policzone. Póki co, przyziemne problemy w transporcie i montażu sprzętu na scenie oraz chęć dotarcia do szerszej liczby odbiorców wymuszały na producentach 22 drastyczne zmniejszanie gabarytów oraz cen. Szafy dało się upakować do poręcznych pudełek, a ceny zeszły z ekwiwalentu średniej wielkości domu w Notting Hill do używanego samochodu średniej klasy. W końcu dźwięk elektroniczny w krótkim czasie stracił cechy progresywności i szybko stał się synonimem trywialności. Kamieniami węgielnymi w rozwoju muzyki elektronicznej były płyty nagrane jeszcze na przełomie lat 60. i 70. XX w. przez Wendy (wówczas jeszcze Waltera) Carlos. „Switched – On Bach”, a zwłaszcza ścieżka dźwiękowa do filmu „Clockwork Orange”. Zaaranżowane zostały na syntezatory Mooga i niosły ze sobą niespotykane do tej pory pokłady nowatorstwa – niemalże heretyckie, a przez to niezwykłe na ówczesne czasy rozwiązania w sferze brzmienia. Tym samym zekranizowana przez Stanleya Kubricka w paranoiczno-surrealistycznym klimacie powieść Anthony’ego Burgessa, chyba po raz pierwszy w historii filmu uzyskała oprawę muzyczną niezredukowaną do roli wypełniacza pomiędzy dialogami. Była jego integralną, istotną częścią. W nurcie psychodelicznych lat 60. XX w. kolejny brytyjski pisarz, J.G. Ballard, zaczął tworzyć opowiadania, które ostatecznie złożyły się na powieść „The Atrocity Exhibition”. Wzbudziła ona spore kontrowersje, pojawiły się oskarżenia o wyjątkową obsceniczność, co m.in. poskutkowało zniszczeniem całego nakładu przez amerykańskiego wydawcę. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, zgiełk towarzyszący powieści sprawił, że dla kariery literackiej autora była ona przełomowa. W jednym z rozdziałów „The Atrocity Exhibition” zatytułowanym „Crash” pojawia się próba analizy seksualnego potencjału wyzwalanego wypadkiem samochodowym. Ten sam temat znalazł później kulminację w klasycznie dystopijnej w wymowie powieści Ballarda z 1973 roku zatytułowanej podobnie – „Crash”. W połowie lat 70. XX w. młodzi ludzie zaczęli być sfrustrowani sytuacją społeczno-polityczną tamtego okresu, rozczarowani brakiem perspektyw w świecie zniewolonym przez instytucje, zorganizowane formy religii pełne grzechów korupcji, fałszu i skandali seksualnych, a także przez ogłupiające środki masowego przekazu. Odrzucili więc oderwane od życia, pełne patosu, pompatyczne, artrockowe wizje i wtargnęli szturmem na sceny, siejąc spustoszenie swoimi niestrojącymi gitarami, brakiem umiejętności, szokującym wyglądem i rozpaczliwą agresją wykrzyczaną w szaleńczym jak na ówczesne czasy tempie. Pierwszymi ofiarami punk rocka okazały się dosłownie zmiecione ze sceny progrockowe dinozaury. W takich czasach dorastało pokolenie muzyków zafascynowanych zarówno nieskończonymi możliwościami syntezatorów, estetyką muzyki elektronicznej, punkową energią i prostotą wyrazu, a także wspomnianymi wyżej filmami i literaturą science-fiction. Czy do wybuchu tak złożonej mieszanki w tyglach niespokojnych umysłów potrzebne było coś jeszcze? Otóż okazało się, że tak. Ta „iskra boża”, która spowodowała megaeksplozję, prawdziwy „big bang”, była wyprodukowana przez niemiecką „elektrownię”. Cały problem z punkiem polegał bowiem na tym, że trzeba było opanować przynajmniej kilka akordów na gitarze. Złośliwcy utrzymywali, że wystarczyły trzy. Tymczasem elektryzujące brzmienia bądź krótkie melodyjne sekwencje będące sednem utworu – arpeggia – na syntezatorze można było uzyskać przez wciśnięcie jednego, zaprogramowanego wcześniej klawisza... Czterech ludzi z Düsseldorfu tworzących grupę Kraftwerk zdefiniowało wówczas estetykę muzyki granej wyłącznie przy użyciu instrumentarium elektronicznego, a ich wyjątkowe nowatorstwo posłużyło jako inspiracja dla wielu kierunków i gatunków muzycznych na przestrzeni nadchodzących dziesięcioleci. Jak w dokumencie „Synth Britannia” wspomina Wolfgang Flür: „...nie nosiliśmy ani długich włosów, ani rozszerzanych jeansów. Ubieraliśmy się w garnitury, proste, szare garnitury. Do tego krótkie włosy. Nie, zdecydowanie nie wyglądaliśmy na idoli tańczących pod sceną nastolatek. Widzieliśmy się raczej w roli inżynierów muzycznych, dzieci Wernhera von Brauna, czy Wernera von Siemensa niż gwiazd rocka.” Warunki, w jakich dorastali Ralf Hutter i Florian Schneider, założyciele i, w początkowym okresie, jedyni stali członkowie Kraftwerk, były dość specyficzne. Niemcy po II wojnie światowej błyskawicznie uległy kulturowej degeneracji. Lata 50 i 60 to okres postępującej amerykanizacji, swoisty blitzkrieg dokonany za pomocą hamburgerów, coca coli oraz radiostacji nadającej wiadomości i muzykę dla wojsk Wuja Sama stacjonujących w Niemczech. To wszystko sprawiło, że młodzi Niemcy – tzw. „pokolenie bez rodziców” – całkowicie pozbawieni rodzimych wzorców, odżegnujący się od postaw i wartości swoich przodków dorastających w czasach III Rzeszy, ulegli fascynacji amerykańską popkulturą. Pojęcia tradycji, niemieckiego romantyzmu, historii, wartości narodowych niebezpiecznie kojarzyły się z nazizmem, powodując lęk, sprzeciw i odrzucenie. Nic dziwnego, że amerykanizacja trafiła na podatny grunt. A jednak, już pod koniec lat 60. XX w. można było zauważyć działania na niwie kultury mające na celu poszukiwanie czy też odrodzenie własnej tożsamości. Jak zawsze muzyka, ta najbardziej emocjonalna i abstrakcyjna ze sztuk, znalazła się w awangardzie przemian. Nie był to jednak zjednoczony, zorganizowany ruch. Wbrew temu, co się obecnie powszechnie sądzi, eksperymentalne zespoły progresywne takie jak Can, Popol Vuh, Ash Ra Tempel, jak i „elektronicy” z Tangerine Dream, czy Kraftwerk, działali w odosobnieniu. Nie tworzyli wówczas zjednoczonej sceny krautrockowej (to określenie pojawiło się zresztą dopiero później), mającej społeczną podbudowę w komunach hipisowskich, ale raczej osobno każdy z nich kreował i wcielał własną wizję muzyki. Kraftwerk w tym czasie zaczął już na dobre oddalać się od stylistyki rockowej, nawet tej tak różnej od anglo-amerykańskich wzorców. Budowanie własnego, oryginalnego, elektronicznego instrumentarium, wprowadzanie technologicznych nowinek w nagraniach, oszczędny image – wszystko to zaczęło odróżniać muzycznych inżynierów z Dusseldorfu od reszty sceny. Mało tego, działalność zespołu zaczęła idealnie wpasowywać się w pustą wyrwę w niemieckiej kulturze poczynioną przez nazizm. Melancholijne, nostalgiczne kompozycje inspirowane estetyką dadaizmu i surrealizmu lat 20. XX w. ubrane w retro-futurystyczne klimaty spotkały się z szerokim zainteresowaniem, nie tylko w rodzimych Niemczech, ale i w całej Europie. Słowa Waltera Gropiusa, jednego z twórców modernistycznej szkoły budownictwa Bauhaus (1919 r.), który twierdził, że wszyscy rzemieślnicy są artystami, jak również wszyscy artyści powinni być dobrymi rzemieślnikami, stały się niejako maksymą grupy. Eksplorując wspólne obszary architektury, matematyki i muzyki, członkowie Kraftwerk twierdzili „... nie jesteśmy muzykami. Jesteśmy kimś w rodzaju muzycznych robotników. To jak duch Bauhaus, tylko zaklęty w elektronicznych brzmieniach”. Tak więc w tyglu muzycznej rewolucji końca lat 70. XX w. wrzały już filmy i literatura science-fiction, dadaizm, dystopia, mariaż techniki i sztuki, futuryzm, świat zdominowany przez maszyny, gorące umysły i kosmiczne dźwięki syntezatorów, które pewnego dnia, niczym w teorii wielkiego wybuchu, trafiły na magiczne słowa: „Meine Dammen und Herren... Ladies and Gentlemen... Heute Abend... Aus Deutschland... Die Mensch Maschine... Kraftwerk.” Wolfgang Flür w swojej książce „I Was A Robot” opisał wydarzenie, gdy po koncercie Kraftwerk w The Liverpool Empire w 1975 roku, na zaplecze wdarli się rozentuzjazmowani młodzieńcy z rozpoczynającego dopiero muzyczną karierę Orchestral Manoeuvres in the Dark. Chłopcy krzyczeli jeden przez drugiego „...to prawdziwa rewolucja, pokazaliście nam przyszłość, jutro sprzedajemy gitary i kupujemy syntezatory!” Andy McCluskey wspominał to również później w filmowym dokumencie BBC4 „Synth Britannia”. I szkoda, że to tylko legenda. Andy był jedynym z członków późniejszego OMD, który widział ten koncert, ale ponieważ miał wtedy dopiero 16 lat, zaraz po koncercie gnał, by zdążyć na ostatni autobus do domu. Sam zespół powstał dopiero trzy lata później, ale legenda tego „spotkania” jest żywa do dziś, a panowie z Kraftwerk i OMD przy różnych okazjach tworzą kolejne jej wersje, znakomicie się bawiąc. Bo choć historia ta jest nieprawdziwa, to jak żadna inna, wyraża całą prawdę o zasługach i oddaje należny hołd „słynnej czwórce” z Düsseldorfu. Bez niej nie byłoby zapewne niezwykle barwnej sceny muzycznej lat 80. XX w., synthpopu, techno i tak dalej. Ale to już inna bajka. Ciąg dalszy, mam nadzieję, nastąpi... The Beijing East Village Jakub Skowroński Pod koniec lat 90. XX w. wyburzono niemal cały stary Pekin – a raczej to, co z niego pozostało: ostatnie dzielnice z tradycyjną zabudową i unikalnym sposobem życia. Milion mieszkańców – niektórzy mówią, że aż cztery miliony – zobaczyło któregoś dnia na ścianie domu nakreślony kredą znak chai: wyburzyć. W dwa tygodnie musieli się spakować i wyjechać. Dokąd? Kogo to obchodzi? W Chinach jest i tak za dużo ludzi. Komunistyczny Pekin to karykatura zrodzonej w głowie Le Corbusiera modernistycznej wizji nowoczesnych miast. Szwajcarski architekt w latach 20. XX w. ogłosił koniec architektury – odtąd miasta mieli budować inżynierowie. Tak właśnie stało się w Pekinie. Przez 30 lat obowiązywały dwa typy budynków na każdy użytek. Każdy szpital, szkoła, fabryka i biuro wyglądały podobnie – jak więzienia. W tej rzeczywistości, zepchniętej na margines, poza margines godnych istot, narodziło się The Beijing East Village, które było awangardowym, artystycznym zjawiskiem z początku lat 90. XX w., ze wschodniej części Pekinu. Powstała wówczas grupa myślących artystów, osiedliła się razem w ruinach czy slumsach pomiędzy migrującymi najemnymi pracownikami. Nazwa wspólnoty została zainspirowana przez East Village na Manhattanie, z którymi czuli powinowactwo w eksperymentalnej estetyce. Tylko rok od jego powstania, po aresztowaniu jednego z jej założycieli – Ma Liuming – za gotowanie nago w podwórzu, społeczność została zamknięta, oficjalnie rozwiązana przez policję. Mimo to nadal tworzyła. Pod banderą The Beijing East Village działały pierwsze pokolenia chińskich performerów, jak również fotografów, którzy dokumentowali ich dzieła. Przybyli do Pekinu z prowincji. Ma Liuming z Hubei, znany przede wszystkim z eksploracji mocy, poezji i publicznej nagości w Chinach, gdzie takie zachowanie było surowo zabronione, siedział zupełnie nago, ssał rurę z tworzywa sztucznego, która została przymocowana do jego penisa. Zhang Huan z Henai, namydlił swoje nagie ciało w miodzie i oleju rybnym, i usiadł w pobliżu latryny w publicznej łazience, gdzie podarował siebie jako smaczny posiłek dla much i owadów. Ten wyjątkowo niepokojący obraz fotograficzny posłużył jako głos nowej generacji uwięzionych, napiętnowanych i wygnanych artystów. Estetyka ich działań stanowi do dziś nurt awangardowy. Ignorują afery w ówczesnych, wpływowych artystycznych społecznościach, działając w różnych częściach miasta, i decydują się uprawiać swoją sztukę z dala od im podobnych. Często współpracują z twórcami spektakli. Manuela Lietti wskazuje, że tego rodzaju współpraca społeczności rzadko ma miejsce na Zachodzie, ale nie jest rzadkością w Chinach: „W wielu miejscach na świecie, szczególnie w kanonie Zachodu, praktyki artystyczne wielokrotnie były przeprowadzane w sposób indywidualny. Jednak w Chinach, praktyki artystyczne podejmowane są w sferze społeczności osób związanych wspólnym zamysłem, problemem, czy to natury politycznej, społecznej czy twórczej. Oprócz wyżej wymienionych przedstawień warto przywołać jedno z najciekawszych: przeprowadzając się do Nowego Jorku w 1998 roku, podczas Whitney Biennial, Zhang odegrał przedstawienia „Mój Nowy Jork” ze świeżymi płatami mięsa przyszytymi do marki „Incredible Hulk-like body suit”. Przeszedł wtedy z Fifth Avenue rozdając żywe białe gołębie. To był akt oddający zarówno surowość, jak i wrażliwość poczty 9/11 America oraz, bardziej nieznacznie, potajemne tybetańskie i buddyjskie rytuały nieba – pogrzebu, gdzie zwłoki są rozczłonkowane, a następnie zjadane przez sępy. 23 24 Fot. archiwum zespołu Elena Alice Fossi – Kirlian Camera, SPECTRA*Paris Wspieramy idee Teda Kaczyńskiego, bo jest prorokiem Wojciech Sajkowski Kto czytał kiedyś wywiady z Angelo Bergaminim, tworzącym pod szyldem Kirlian Camera od ponad trzydziestu lat, ten potrafi sobie wyobrazić, że nie jest na pewno łatwym rozmówcą. Z kolei Elena Alice Fossi jest jego absolutnym przeciwieństwem. Tym, co ich łączy, jest zdecydowany brak dystansu do Kirlian Camera. Ale czy jest w tym coś złego? Elena nie ma wątpliwości, że nowy album jest wyjątkowy i że stanie się najlepszym krążkiem. Obojętnie, co powiedzą o nim krytycy muzyczni. Podobno jesteście teraz zajęci miksowaniem nowego albumu Kirlian Camera. Jak będzie on brzmiał? Właśnie kończymy miksy do albumu „Nightglory” i mamy zamiar wydać singiel „Glòir ar an oíche”. I singiel i album są bardzo epickie, dramatyczne, o dużej sile rażenia. Nie traciliśmy czasu na poszukiwania jakichś modnych dźwięków, tym bardziej, że dzisiejsza scena muzyczna jest strasznie dołująca i nie zaskakuje niczym ciekawym. To wcale nie znaczy, że nasza nowa muzyka brzmi retro bądź nostalgicznie, bo Kirlian Camera zawsze była ukie- Angelo i ja zajmujemy się muzyką. Angelo jest autorem tekstów, które są istotnym elementem klimatu tego przestrzennego albumu. Aranżacja partii gitarowych to dzieło Kyoo Nam, a Vincenzo Pastorino pomógł mi w ostatniej fazie nagrań. Będziecie kontynuować swą podróż zapoczątkowaną na poprzednich albumach? Sugerowałby to fakt, że na „Nightglory” znajdzie się nowa wersja „Odyssey Europa” Możliwe, że piosenka „Odyssey Europa” może być uznana za zarodek tego albumu. Płyta posiada specyficzną „skalistą siłę” stworzoną z mocy, cierpienia, eksplozji dramatycznego światła pozaziemskiego pochodzenia oraz budzących grozę doznań. Można to porównać do wyprawy statkiem kosmicznym do piekła. Statek nagle zostaje wyrzucony ku strasznym niebiosom, szepczącym coś świetlistego, trudnego do uchwycenia. Nie ma tu jakiejś łączności z przeszłością Kirlian Camera. Ale można też powiedzieć, że wręcz przeciwnie, że tym razem odbyliśmy podróż w przyszłość i przeszłość jednocześnie. Angelo twierdzi, że nowy album to manifest grupy, że Nasze mundury i kominiarki to po prostu teatralne środki wyrazu. Nie chcielibyśmy działać przeciwko komukolwiek jako kryminaliści. runkowana na innowacyjność i nic się w tej kwestii nie zmieniło. „Nightglory” będzie przekraczać wszelkie granice schematów. To połączenie wszystkiego, co najważniejsze w Kirlian Camera. Bezpośrednie, intensywne i silne. Nasz nowy muzyczny horyzont wyznaczony przez pozaziemski ból i nieskażoną czystość. nie ma nawet jednego „wypełniacza”, tylko olbrzymia emocjonalna bomba eksplodująca w dłoniach. Zgadzam się z nim. Czasami byliśmy aż przerażeni dramatyzmem tego materiału. Czujemy się strażnikami tajemniczej świątyni i nie możemy zmrużyć oka choćby na moment, bo straszliwe ciemności mogą nadejść w każdej chwili. Kto jest odpowiedzialny za kompozycje? Tylko Ty i Angelo Bergamini, czy również inne osoby? Na „Nightglory” ma pojawić się utwór „Morn-X Has Come”, a więc po nocy nastanie jednak nowy dzień. Piosenka, o której mówisz, będzie miała jednak zmieniony tytuł, brzmiący „Save Me Lord (From Killing Them All)”. No cóż, pewien rodzaj światła jest obecny na całości albumu, ale jest to nowe światło, zdecydowanie nie słoneczne. Po raz drugi Kirlian Camera skowerowało utwór Ultravox. Poprzednio była to Vienna, na albumie „Todesengel. The Fall Of Life”. Czemu kolejny raz zdecydowaliście się przedstawić własną wersję utworu tego zespołu? Widziałem jak graliście „Hymn” na żywo i robiło to piorunujące wrażenie. Po dwudziestu latach [„Todesengel” wydany był w 1991 r. – red.] nie ma nic dziwnego w tym, że sięgamy do repertuaru tak istotnego dla całej sceny pop–rock–electro. Naszym zamiarem było stworzenie prawdziwego pomnika z tego utworu, bo chociaż oryginał brzmi dobrze, uznaliśmy, że konieczne jest przearanżowanie go według potrzeb „nowej ery”. Nowy świat Kirlian Camery będzie brzmiał monumentalnie i dramatycznie, będzie to rodzaj pewnej interakcji między najprawdziwszym i najgłębszym duchem zespołu a dziedzictwem side-projektu Stalingrad. „Winged child…”, które było już wykonywane na scenie również brzmi niezwykle epicko, tak jak wspomniany „Hymn” i „Odyssey Europa” Bo będzie to najbardziej epicki album Kirlian Camera, jak do tej pory. A kto będzie odpowiedzialny za okładkę? Czy zatroszczycie się o nią sami, jak w przypadku składanki „Odyssey Europa”? Po raz kolejny ja będę pracować nad grafiką, a Angelo jest autorem zdjęć. Korzystamy też z pomocy przyjaciół. Powiedzmy, że Angelo jest jedynym nie–fotografem zdolnym fotografować niektórych ludzi i ich „aury”. Album zostanie wydany również jako specjalna edycja i ściśle limitowany box, więc pracy jest bardzo dużo. 25 Kto będzie wydawcą nowego albumu? Out Of Line Records z Berlina, wspomagana przez Universal. Fajną sprawą jest to, że mieliśmy zupełną swobodę artystyczną. Zresztą trudno by było inaczej, szczególnie teraz, gdy Kirlian Camera musi podążać za swym instynktem. Mam nadzieję, że nakład będzie duży. Niestety nawet późniejsze albumy Kirlian Camera szybko się wyprzedają a później trudno je dostać. Tak, znam ten problem. Na przykład „Not Of This World” został wydany Wasz występ zaczął się od pewnego rytuału – wyglądało to jak przysięga. W tych kominiarkach wyglądaliście jak organizacja terrorystyczna. Jesteście muzycznymi terrorystami? Czy dzisiejsza kultura ma zostać wysadzona w powietrze przez waszą sztukę? Nie, nie jesteśmy muzycznymi terrorystami. Zresztą taka kategoria mogłaby dotyczyć raczej projektów, które tworzą w klimatach szeroko pojętego noise’u, harsh electronics, i tak dalej. Chociaż również nam zdarzało się w przeszłości eksperymentować z muzyką konkret- Dzisiejsza scena muzyczna jest strasznie dołująca i nie zaskakuje niczym ciekawym. w nakładzie 3000 egzemplarzy przez Trisol i sprzedał się na pniu, trudno byłoby znaleźć choć jedną kopię. Cóż, niektórych z naszych wydawnictw nie da się szybko wydać z powodów prawnych, ale zrobimy to, gdy tylko wygasną umowy z poprzednimi wydawcami. Co do naszego nowego wydawcy, to wydaje mi się, że Universal ma w Polsce dobrą dystrybucję. Nie powinno być zatem problemów z kupieniem płyty w Polsce, tym bardziej, że wasz rynek staje się coraz ważniejszy. niejszą. Jednak Kirlian Camera jest stworzona z „muzyki”, którą tworzą prawdziwi muzycy, co do tego nie mam wątpliwości. Nasze mundury i kominiarki to po prostu teatralne środki wyrazu. Nie chcielibyśmy działać przeciwko komukolwiek jako kryminaliści. Wręcz przeciwnie, nie lubimy przestępców i popieramy porządek, szczególnie na ulicach. Nasza agresja pochodzi z autentycznego gniewu, wszyscy jesteśmy przedstawicielami klasy pracującej, ale potrafimy ten gniew kontrolować. Gniew, który jest z resztą esencją rocka. Gdyby udało się wam wydać powtórnie starsze albumy, to które? „Schmerz” i „Erinnerung” już się ukazały, ale może jest szansa, że wydacie znowu „Eclipse” i „Solaris”? W tej chwili możemy powiedzieć, że powtórnie ukaże się „It Doesn’t Matter Now”, pierwszy album Kirlian Camera, i będzie to dwupłytowa edycja. Po raz pierwszy ten album ukaże się w wersji cyfrowej, istnieje tylko parę kopii winylowych. Dwie duże reedycje są planowane na okres bożonarodzeniowy. Mówię o „Todesengel. The Fall Of Life” oraz „Eclipse (Das Schwarze Denkmal)”. Ale teraz staramy się skupiać na nowym materiale i związanej z nim promocji. Także na trasie koncertowej. Niedługo wyjedziemy do Rzymu, gdzie będziemy kręcić klip do „Nightglory” w studiu Cinecittà. Reżyserem będzie Kampah, włosko–amerykański filmowiec, który wcześniej pracował dla U2, Ridleya Scotta, Apple, CNN, HBO, NBC, Sony, Playboya, Toyoty i tak dalej. Jaka jest twoim zdaniem kondycja dzisiejszego społeczeństwa? Wydaje mi się, że wasza diagnoza nie jest zbyt optymistyczna, skoro napisaliście na swojej stronie internetowej, że wspieracie idee Teda Kaczyńskiego. Moja diagnoza jest następująca: wyobraź sobie zoo, w którym pootwierano klatki. Tak wygląda dzisiejszy świat. Kupa różnych zwierząt biegających we wszystkich możliwych kierunkach, bez żadnego pomyślunku. Myślenie trzeba regularnie karmić, a tak się nie dzieje. Wspieramy idee Teda Kaczyńskiego, bo jest prorokiem. „Widział” już jakiś czas temu to, co dzieje się obecnie. Jedyną złą rzeczą było to, że zabił tak wielu ludzi, takiego zachowania oczywiście nie popieramy. Ale jak to się stało, że ludzie nie skorzystali z uwag zawartych w „Unabomber Manifesto”? Nie odnaleźć nic godnego uwagi w tak małej książeczce to wręcz niemożliwość. Ale powtarzam, terroryzm to jedna sprawa, a „analiza” to inna. Polska publiczność miała okazję oglądać wasz występ na Castle Party 2010. Jak wy oceniacie ten koncert? Nie spodziewałam się takiego tryumfu. Byliśmy bardzo ciekawi Polski, bo wielu fanów pochodzi z twojego kraju. Bolków to był świetny start. Wydaje mi się, że ten festiwal jest lepszy od wielu zachodnich imprez! 26 Od dłuższego czasu Kirlian Camera eksploruje przestrzeń kosmiczną. Jak wiemy „Europa” to księżyc Jowisza, na którym istnieje woda, a możliwe, że również formy życia. Ten wątek został rozwinięty w „Odysei Kosmicznej” przez Arthura C. Clarke’a. Czy inspirowaliście się tą powieścią? A może ta kosmiczna alegoria jest metaforą poszukiwania zagubionej tożsamości europejczyków? Rzeczywiście, byliśmy pod wpływem książki i filmu „2001: Odyseja Kosmiczna”. Życie pozaziemskie jest dla nas istotnym tematem, z wielu powodów. Księżyc Europa zdaje się być prawdziwą zagadką. Około 1999 roku dowiedzieliśmy się o możliwości istnienia na nim form życia. A dziesięć lat później okazało się, że jest to bardziej niż prawdopodobne. A co do Europy, to nie interesowała nas metafora, o której wspominasz. Może trochę… Uważamy, że każda kultura ma prawo istnieć, europejska również. Z jakiej byśmy perspektywy na nią nie spojrzeli: czerwonej, czarnej, białej. Na okładce albumu „Not Of This World” jest srebrny orzeł. W przeszłości zespół miał sporo problemów z tym symbolem, ze względu na kojarzenie go z faszyzmem. Ale widzę, że Trisol nie miał obiekcji, skoro wydał płytę z taką oprawą graficzną. Nie do końca. Problem, jaki mieli z nami niektórzy lewicowcy, nie był związany z orłem, ani żadnym innym logo ani symbolem. Zresztą mieliśmy wtedy inne logo. Poza tym, nigdy nie afiszowaliśmy się z jakimikolwiek prawicowymi poglądami. Zarzut naszych rzekomych faszystowskich sympatii został wysunięty przez nieznanych ludzi, którzy chcieli zakłócić działalność zespołu, jednak powodowały nimi powody niezwiązane z polityką. Problem był „osobowy”, a nie „polityczny”. Rzecz jasna wielu ludzi uwierzyło w te brednie, twierdząc, że jesteśmy powiązani z organizacjami przestępczymi! Jeśli mam być szczera, to stres związany z tą sprawą już opadł, ale… nowy problem pojawił się w miejsce starego. Dostajemy teraz wiele negatywnych sygnałów ze środowisk ultraprawicowych. Ci ludzie twierdzą, że jesteśmy anarchistami, a nawet komunistami! Na przykład kilka dni temu wrzuciliśmy na facebook fanowskie video SPECTRA*Paris, w którym pojawia się sierp i młot. Niektórzy czuli się obrażeni przez ten symbol i zaczęli rzucać do nas wyzwiskami. A przecież był to tylko jeden obraz z 45-minutowego wideo! Ja mam taki pomysł, żeby Czerwoni spotkali się z Czarnymi i zaczęli do nas strzelać z obu stron. Będą wtedy mogli pokazać, że Kirlian Camera jest właściwie wrogiem całej ludzkości. Po naszej egzekucji spokój i harmonia zapanują na całym świecie. Wróćmy do muzyki. Angelo Bergamini stwierdził, że nie odpowiada mu dominacja tanecznych rytmów na dzisiejszej scenie „dark independent”. A co ty o tym sądzisz? Angelo jest znudzony tymi wykonawcami. Nazywa ich „klaunami” i trudno mi się z nim nie zgodzić. Posiada niebywałe doświadczenie, to prawdziwy muzyczny ekspert. Muzyka taneczna, czy awangarda, obie są kompletnie wyprane z inspiracji. W tej chwili zespoły tworzące te nurty strasznie przynudzają. Wygląda to tak, jakby zespoły powstawały tylko po to by irytować! Oczywiście, że są grupy, które brzmią lepiej i miejmy nadzieję, że będzie ich coraz więcej. Ale muszę się zgodzić z Angelo. Nie lubię krytykować kolegów po fachu ale…Trzeba się tylko trochę wysilić, by stworzyć muzykę z duszą! To nie może być aż takie trudne! Nagrywając retrospektywne albumy miałaś okazję zmierzyć się ze starszymi kawałkami, takimi jak „Eclipse” czy „Heldenplatz”. Jaki jest twój ulubiony album Kirlian Camera z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych? „Ice curtain”, ale to w sumie składanka. Właściwym albumem byłby „Todesengel. The Fall Of Life”. Mój ulubiony singiel to „Blue Room”, oryginalna wersja śpiewana przez Simonę Buja w 1985 roku. Co do EP-ek, to nie mam wątpliwości, że najlepszą jest „Drifting”. Czysty geniusz! Ostatnio kupiłem album „Still Air”, pierwszą płytę Kirlian Camera w której nagraniu uczestniczyłaś. Jak wspominasz tamtą sesję? Och tak, oczywiście! Jak mogłabym zapomnieć o tak wyjątkowym okresie? Czułam się jak we śnie, zastanawiając się, kiedy się obudzę. Niecodziennie zdarza się, że wybierają cię na wokalistę w zespole, którego jesteś fanem! A jakby tego było mało, Angelo zaprosił mnie również do komponowania! Na uprzejmej prośby, ale w końcu dałam się przekonać, bo oprócz tego, że Angelo jest urodzonym wojownikiem, to jest również mężczyzną szarmanckim i taktownym. Tak więc zaczęliśmy pracować nad utworem „The Unreachable One”. Ten kawałek był pierwszym owocem naszej współpracy. To było niczym spacer w chmurach! Teraz, pracując nad „Nightglory”, jestem jeszcze bardziej podekscytowana. Zaangażowanie w Kirlian Camera nie należy do zwyczajnych doświadczeń. Kiedy jestem na scenie z naszym zespołem, czuję, że wspiera mnie niezwykła moc, coś nieziemskiego… trudno wyrazić to uczucie… Kirlian Camera jest na tyle wyjątkowym zjawiskiem, że trudno byłoby wskazać jakieś wasze inspiracje. Ale na pewno masz jakąś ulubioną muzykę? Czy to czego słuchasz, wpływa na kompozycje Kirlian Camera i SPECTRA*Paris? Słucham artystów z bardzo szerokiego wachlarza gatunkowego. W tej chwili to Zbigniew Preisner jest moim ulubionym artystą, ale podziwiam też twórczość takich kompozytorów jak Arvo Pärt, Angelo Badalamenti, Ennio Morricone, Krzysztof Penderecki, Györgi Ligeti, Wendy Carlos, Giuseppe Verdi, Gustav Mahler, Richard Wagner, Hans Zimmer, Danny Elfman, Vangelis Papathanassiou, Jocelyn Pooki i paru innych. Nie słucham wielu artystów z szeroko pojętego kręgu muzyki rockowej, ale lubię niektóre dzieła The Muse, Pink Floyd, Goldfrapp, Kraftwerk, Ultravox, Davida Bowie, Loreeny Mc Kennitt, Interpol, Editors, Leonarda Cohena. A jeśli nie to dla mnie przepiękna legenda, a ja uwielbiam zaczarowane legendy! Postanowiłam więc nadać temu niesamowitemu świętu pewien konkretny kształt. Jeśli mam być szczera, to rezultatem okazało się spotkanie dwóch odległych światów, przestępstwa, duchy i terror z jednej strony, a niebiosa, anioły oraz magiczne, zaśnieżone drzewa z drugiej. Cóż zrobić, moje demony za mną podążają. „Christmas Ghouls” otworzyły dla SPECTRA*Paris zupełnie nowe drzwi i zapewne pójdziemy jeszcze kilka kroków w tym kierunku. Wyobraź sobie zoo, w którym pootwierano klatki. Tak wygląda dzisiejszy świat. „Christmas Ghouls” to raczej spokojna i uduchowiona muzyka. Może po prostu świąteczny klimat był tylko dobrym pretekstem do nagrania takiej płyty? Jest w tym trochę racji, chciałam po prostu zrobić album z balladami. Glam rock i elektronika nie opuszczają mnie na krok, ale czasem mam ochotę po prostu uderzyć w struny gitary akustycznej i śpiewać przy jej akompaniamencie. chodzi o scenę electro/dark/industrial to mogłabym wymienić Laibach i Swans. Porozmawiajmy o SPECTRA*Paris. Czym muzyka tego projektu różni się od tego, co robisz w Kirlian Camera? SPECTRA*Paris to zupełnie co innego, szczególnie, jeśli chodzi o dwa pierwsze albumy. To taka wyluzowana i zabawna odskocznia, gdzie mogę zrealizować swą potrzebę rockowego grania. No i to najczęściej ja tworzę ogólny zarys muzyki, odnajduję pierwsze dźwięki, potem spotykam się z Alessią i Marianną i razem pracujemy nad aranżacjami. W przypadku Kirlian Camera wygląda to inaczej, tu tworzenie to burzliwy proces, podczas którego ja i Angelo jesteśmy zanurzeni w dusznej, niesamowitej atmosferze, na granicy obłędu. Kirlian Camera to cała moja dusza, SPECTRA*Paris to fantastyczne wakacje. Jesteś zadowolona z dwóch pierwszych albumów „Dead Models Society” i „License To Kill”? Tak, chociaż stworzyłam je za pomocą komputera, który już ledwo zipał. Jednym z moich ulubionych utworów na płycie jest wasze wykonanie standardu „Joaquin Murrieta”. Ale co Joaquin Murrieta, meksykański bandyta – lub patriota – ma wspólnego ze świętami? No cóż, moje Boże Narodzenie jest wypełnione dziwnymi historiami, ta akurat dobrze wpisuje się w główny wątek albumu. Poza tym „Movie Ghouls” opowiada historię morderstwa, nawet „Snowy Cross Tale” jest bliska tematyce śmierci. Moje świąteczne aniołki są zachlapane krwią, a bożonarodzeniowa sceneria przepełniona tajemnicą i tragizmem. A kiedy możemy spodziewać się kolejnego albumu SPECTRA*Paris? Rozumiem, że bożonarodzeniowe muzykowanie było tylko wyskokiem. Będziecie dalej rozwijać wątek z „License To Kill”? W jednym z wywiadów opisałaś SPECTRA*Paris Kirlian Camera to cała moja dusza, SPECTRA*Paris to fantastyczne wakacje. Następnym razem chciałabym pracować na lepszym sprzęcie, z pomocą kogoś, kto zająłby się miksem. John Fryer [Depeche Mode, Nine Inch Nails, Cocteau Twins – red.] byłby na pewno właściwą osobą. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Nowy album, „Christmas Ghouls”, ukazał się pod koniec 2010 roku. Dlaczego zdecydowałaś się nagrać taką „świąteczną” płytę? Bardzo lubię święta Bożego Narodzenia, szczególnie w ostatnich latach, z różnych powodów. Boże Narodze- jako „piękną i seksowną agentkę stojącą na straży sprawiedliwości”. Może misja „Jane Bond” jeszcze się nie skończyła? „Jane Bond” jeszcze nie umarła, bo takie dziewczyny właśnie uwielbiam, seksowne i inteligentne! Jeśli chodzi o przyszłe plany wydawnicze SPECTRA*Paris, to właśnie zaczęłam pracować nad dużym projektem „Spectraland”, dwupłytowym wydawnictwem CD+DVD, zawierającym nagrania koncertowe, wideoklipy, nowe utwory, nowe wersje starych kawałków i remiksy. Coś w rodzaju wspaniałego i zabawnego „Spectramanifesto”!!! 27 Piotr Mirski 1. Kiedy zobaczyłam zamek, wznoszący się na wieczornym horyzoncie, zaśmiałam się i pomyślałam: „dokonało się, jasna cholera, świat opustoszał, my go zmieniliśmy w wielki lunapark, a teraz wreszcie trafiliśmy do Disneylandu”. Paweł szedł obok, paląc papierosa – ujrzawszy to co ja, spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął. Dobrze wiedziałam, że to właśnie tam będziemy dzisiaj nocować. Świat stał się ziemią niczyją, więc uznaliśmy, że należy do nas. Teraz wydawało mi się, że wszystko, co się wydarzyło, było snem, że pamięć o dawnym porządku to tylko déja vu, defekt zmaltretowanego używkami mózgu. Wybuchła Zaraza i zabiła większość populacji. Nazywali ją Zarazą, bo żadni naukowcy nie dali rady jej zbadać – to stało się zbyt szybko, fala śmierci rozeszła się po świecie, a wśród ruin i trupów zostali ci, którzy dziwnym zbiegiem okoliczności okazali się odporni na chorobę. Byłam wśród nich. Miałam wtedy szesnaście lat i nie uważałam się za szczęściarę. Rok błąkałam się z szaleństwem w oczach. Wokół były tylko zgnilizna, 28 Rys. Jakub Mikians Prosto w noc iskry i cienie. Po pewnym czasie oprzytomniałam i zobaczyłam, że wszystko nieco się uspokoiło – apokaliptyczny burdel zastąpiła wiercącą dziurę w czaszce cisza. Wtedy spotkałam na drodze Pawła. Był pierwszym mężczyzną, jakiego widziałam od dawna, do tego pierwszym, który nie był stary lub oszpecony. Wielki, ponury chłop, w zakrwawionej koszulce opinającej bicepsy. To, co stało się potem, stanowiło chyba wynik działania instynktu przetrwania. Podeszłam do niego, wyciągając dłoń i mówiąc: – Maja – to nie było moje prawdziwe imię, ale za to wymarzone; Armagedon stanowił chyba niezłą okazję do przemeblowania swojego życia. – Paweł – odpowiedział, zamykając moją dłoń w niedźwiedzim uścisku, a ja od razu doszłam do wniosku, że ten koleś nie musi niczego na swój temat wymyślać, bo za wszystkie argumenty wystarczy mu ta wielka łapa. Dalej podróżowaliśmy razem. Bez celu, ale z przytupem. Pieprzyliśmy się w najdroższych hotelach, kradliśmy najlepsze samochody, w pustych kinach uruchamialiśmy projektory, aby organizować dla siebie prywatne seanse. Przetrzebiona Zarazą Polska przypominała lekko zapleśniały szwedzki stół, z którego dało się wygrzebać kilka niezłych kąsków. A teraz trafiliśmy do tego zagruzowanego Disneylandu. Kiedy wchodziliśmy z Pawłem na dziedziniec, słuchałam właśnie na ledwo zipiącej empetrójce Atari Teenage Riot; w słuchawkach dudniła mi elektroniczna nawałnica, przez którą przebijały się wrzaski muzyków tak zadziornych, jakby mieli w dupie to, czy jutro skończy się świat. Nagle zobaczyłam leżący na ziemi wyblakły plakat – podniosłam go, otrzepałam i zmrużyłam oczy: „Castle Party... Atari Teenage Riot... Diary of...”. – Paweł – uniosłam głowę – tu był jakaś impreza i grali na niej Atari Teenage Riot! Pawła wiele to nie obeszło, ale ja zaczęłam się rozglądać. Te ciche ruiny były kiedyś głośne. Zanim nadszedł koniec, ktoś tu słuchał muzyki, bawił się i pił. Spojrzałam w górę, na pierwsze gwiazdy i ciemniejący fiolet nieba, i nagle dopadł mnie okresowy weltschmerz, świadomość, że już niedługo ktoś ukręci kark naszej podszytej rozpaczą beztrosce. To takie ironiczne i średniowieczne: Memento, kurwa, mori. Trzeba było rozbić obóz. Paweł rozsznurował worek marynarski, a potem wyjął z niego butelkę wódki i latarkę; tę pierwszą rzucił mnie, tę drugą zapalił, mówiąc: – Rozejrzę się jeszcze chwilę, a ty możesz już zacząć zamulać. Nadeszła moja ulubiona pora dnia, kiedy to sięgaliśmy po zabierany ze sklepów i prywatnych domów alkohol, aby systematycznie dziurawić sobie nim organizmy i rozpuszczać mózgi – ot, środkowy palec pokazany naturze, która litościwie uodporniła nas na Zarazę. Pociągnąwszy kilka solidnych łyków wódki, zapaliłam papierosa i usiadłam w kucki z plecami opartymi o ścianę. Gdzieś w dali migała latarka Pawła, a ja chłonęłam nikotynę, czekając na uderzenie zmuły, na pierwsze fale chemicznej radości. Już za chwilę znikną puste miasta i pełne tajemniczego życia lasy, nie będzie też tego zamku, wyjętego żywcem z wyjątkowo pojebanej bajki. Zostaną tylko ciepło w żołądku i przyjemna drętwota całego ciała. – Maja, kurwa, chodź tutaj, jest gorzej, niż myślałem – głos Pawła drżał. Zgasiłam peta o mur. Nie, nie, nie. Nie znowu. Nie lubiłam o tym pamiętać, ale po drodze spotykaliśmy często złe rzeczy: świeże trupy, bandytów i szaleńców, którym Paweł musiał wbijać zęby do gardła. Wstałam, zastanawiając się, na co trafiliśmy tym razem. 2. Ze wszystkimi strasznymi rzeczami jest tak, że na początku człowiek w ogóle ich nie zauważa. Gapi się przed siebie niczym cielę na malowane wrota, wychwy- tuje niewiele znaczące szczegóły, starając się zgadnąć, czy łączy je jakiś wzór. Paweł stał wyprostowany i sztywny, jego latarka rozświetlała kawałek placu przed nami, a ja nie mogłam przez pierwsze kilka sekund zrozumieć, co się dzieje. Najpierw zauważyłam druty i to, że wystają one z czegoś białego, pofałdowanego i przypominającego masę solną. Potem zobaczyłam napis, krzywe litery, układające się w słowo „Niegodny”. Chwilę później zorientowałam się, że wyraz rozpuszcza się, jakby ktoś napisał go popsutym długopisem – gęste strugi tuszu ściekały w dół, przez przeróżne jamy, wybrzuszenia, poszarpane powierzchnie, w dół, aż do grubego pala wystającego z ziemi. Zamrugałam. Zamrugałam raz jeszcze. Paweł trzymał latarkę, wokół wznosiły się mury zamku, nocny chłód stawiał mi wszystkie włoski na skórze, a ja kurczowo ściskałam w dłoni butelkę wódki, nie będąc w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku, nawet przekleństwa, które pozwoliłoby mi skanalizować emocje. Przed nami znajdował się pal, do którego przywiązano ciało – nie potrafiłam stwierdzić jego płci, czy obdarzyć je takimi epitetami jak „stare” lub „młode”, bo jedynym słowem, jakie w tym wypadku pasowało, było „zmasakrowane”. Ofiarę musiano maltretować naprawdę bardzo długo. Blizny zachodziły na siniaki, guzy sąsiadowały z nagim mięsem. Na względnie niepokiereszowanym fragmencie skóry wycięto napis, a całość okręcono drutem kolczastym, łączącym ponadto zwłoki z palem. Memento, kurwa, mori. Paweł bez słowa przesunął snop światła na lewo. Z ziemi wyrastały kolejne słupy, na których dla odmiany nie było żadnych trupów. Ścisnęło mnie w żołądku, bo zdałam sobie sprawę, że powinnam dodać: „jeszcze”. I wtedy, niczym opuszczana w teatrze deus ex machina, księżyc wysunął swoje obłe cielsko zza chmur i zobaczyliśmy, że jakieś dziesięć metrów od nas stoją ludzie. Było ich trzech: chudy, chudszy i mutant. Chudy był ubrany w wyblakłą i podartą koszulkę, z której wystawały poznaczone równoległymi sznytami ramiona, w jeden ręce trzymał maczetę, a w drugiej – policyjną pałkę. Koszulka chudszego była tak podarta i brudna, że nie byłam w stanie odszyfrować, czy coś w ogóle na niej pisze, a za broń służył mu długi kij. Mutant był natomiast od pasa w górę nagi i nie miał przy sobie żadnej broni, ale nie sądziłam, żeby jej potrzebował – jego ciało puchło od żył i mięśni, jakby w młodości wpadł do kadzi z metanabolem. Wszyscy trzej mieli długie włosy, brody i szaleństwo w oczach. Wszyscy trzej patrzyli się na nas. Paweł nie czekał, bo życie oduczyło go czekania. Wyszarpnął zza pasa my- śliwski nóż i rzucił nim w chudego, trafiając go prosto w brzuch; ten zgiął się, padł na kolana i wyciągnął przed siebie ręce w niemym geście błagania o litość, puszczając z ust krwawe bańki. Paweł wyjął z buta drugi nóż i ruszył w stronę chudszego, ale drogę zastąpił mu mutant, okazując się znacznie szybszy, niż wskazywałaby na to jego postura. Paweł zamachnął się ostrzem, jednak ten złapał go za przedramię i mocno ścisnął; chrupnęły kości, a broń wypadła na ziemię. Przyglądanie się ich starciu przerwał mi chudszy, który podbiegł do mnie z uniesionym kijem. Odruchowo cisnęłam mu w twarz butelkę wódki. Szkło pękło, pękła też skóra chudszego, a alkohol wlał mu się boleśnie w krew i oczy. Rzuciłam się do przodu, aby pozbierać resztki butelki. Kiedy udało mi się znaleźć odpowiednio duży kawałek, uniosłam w górę oczy i zobaczyłam nad sobą jego twarz, wściekłą i całą zalaną czerwienią. Zamierzył się kijem, jednak nie zdążył zadać ciosu, ponieważ wbiłam mu szkło prosto w brzuch. Ja też umiałam się bić. Paweł kończył właśnie z mutantem, to znaczy klęczał, trzymając jedną rękę nieco podkurczoną, a drugą napieprzając głową swojego przeciwnika o ziemię. Kiedy przestał, podniósł się i otrzepał spodnie. Spojrzał na mnie, a potem na zwłoki chudszego. Twarz miał jak wykutą w kamieniu, ale wiedziałam, że jest ze mnie dumny. Poczułam nagle zimno i zorientowałam się, że podczas walki od góry do dołu rozpruła się na mnie koszulka. Stałam z cyckami na wierzchu pośród trupów. Zarechotałam, dochodząc do wniosku, że wyglądam, jakby wyjęto mnie z jakiegoś realizowanego za równowartość skrzynki piwa gore-pornosa. Paweł, widząc to, uśmiechnął się i podszedł do leżącej przy murze sterty kartonów, wygrzebał stamtąd coś czarnego i rzucił mi to. – Ubierz. To była koszulka z tym samym napisem co na plakacie: „Castle Party”. Kiedy właśnie kończyłam ją wciągać na pokryte gęsią skórką ciało, księżyc z powrotem schował się za chmurami, a my nagle usłyszeliśmy za sobą metaliczny trzask. Jeden, drugi, trzeci, czwarty, piąty, całą meksykańską falę. Wiedziałam, co to za odgłos – ktoś odbezpieczał broń. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć jeszcze jedną rzecz – że jest źle, naprawdę bardzo źle. I że słupy wciąż na nas czekają. 3. Nauczyłam się żyć w poczuciu niebezpieczeństwa. Strach wsiąkł w moją skórę, utwardzając ją i sprawiając, że nie łamałam sobie karku od nerwowego oglądania się za siebie. Całe zło wyniszczonego Zarazą świata ukrywało się za niewidzialną barierą i jeśli nie postanawiało nagle jej przekroczyć, to nie zamierzałam się nim przejmować. Teraz jednak, z bronią odbezpieczaną za moimi plecami, ta skorupa pękła, odsłaniając wrażliwe na każdy podmuch wiatru nerwy. Bałam się jak cholera. Powoli, tak żeby nie sprowokować żadnego dociskającego spust palca, odwróciłam się do tyłu. Oprócz tych, którzy trzymali wycelowaną w nas broń – skundlonych, pokracznych zakapiorów, identycznych z tymi, których dopiero co zabiliśmy – było ich jeszcze trzech. Ci akurat nie przypominali zaginionego ogniwa ludzkiej ewolucji – długowłosi, ubrani w ukradzione pewnie z jakiejś opustoszałej zakrystii sutanny, wyglądali na tych, którzy w tym całym towarzystwie są od myślenia. Byli w różnym wieku. Najmłodszy miał około trzydziestu lat i trzymał się całkiem nieźle, natomiast najstarszy był tak sponiewierany przez czas, że kojarzył mi się z żółwiem, pochlastanym zmarszczkami, skurczonym, z każdym krokiem coraz silniej przyciąganym przez grawitację. To właśnie on wystąpił do przodu, zwracając się do Pawła, wyprostowanego jak struna i zaciskającego z całej siły pięści: – Umrzesz – głos miał zadziwiająco silny i czysty. – Umrzesz – powtórzył – ale chcę dać ci szansę. Nie pomścimy naszych, nie trafisz na pal. Wyglądasz na silnego człowieka, a takich właśnie potrzebujemy. Bóg oczyścił świat z szumowin, ale okazało się, że jest ich więcej – tak wielu, tak wielu nie doceniło daru odporności na Zarazę, tak wielu stoczyło się zamiast zbudować nowy świat, tak wielu ugrzęzło w bagnie hedonizmu. Teraz my będziemy ręką Boga, drugą Zarazą. Umrzesz, ale nie musisz tego robić teraz. Dołącz do nas. Będziemy arką, którą uniesie ludzki potop. – Jesteście pojebani – powiedziałam. Starzec skinął na jednego z zakapiorów, a ten podszedł do mnie i wbił mi pięść w brzuch. Upadłam na kolana, kaszląc, a wielkie czerwono-czarne płaty zatańczyły mi przed oczami – Ty już i tak nie żyjesz – powiedział do mnie staruszek – czekam tylko na odpowiedź twojego towarzysza. A więc – zwrócił się do wciąż milczącego Pawła – jesteś z nami, czy z martwą dziwką? Księżyc świecił Pawłowi prosto w twarz, a on stał, patrząc się w nieistniejący punkt na murze zamku. Lubiłam ten jego graniczący z martwotą spokój, nawet podczas seksu – jak bardzo by mnie nie ponosiła huśtawka nastrojów, on zawsze był skałą, monolitem, czymś pewnym i niewzruszonym. Teraz jednak zaczynałam bać się tego stanu. Paweł myślał i to intensywnie. Kalkulował, 29 ręką przytrzymywał go, a drugą zaciskał na granacie, którego zawleczkę wcisnął sobie w usta. Nie mógł przez to mówić, ale wszyscy i tak rozumieli groźbę. Pięć luf skierowano w jego stronę, nawet ci w sutannach w jakimś odruchu warunkowym wyciągnęli noże. Starzec zamknął na chwilę oczy, potem je otworzył i uśmiechając się upiornie, powiedział: –Bóg już raz odsiał ziarno od plew. Pozna swoich. Strzelajcie. Na następne kilka sekund świat znów rozpadł się na nieprzystające do siebie puzzle. Najpierw usłyszałam strzały, potem wybuch, a potem ciszę, przerywaną tylko pojedynczymi jękami. Najpierw zobaczyłam błyski, potem jasność, białą i wściekłą, a potem wróciła noc, spokojna i martwa. Najpierw poczułam uderzenie, potem straciłam chyba na chwilę przytomność, a na końcu nadszedł okropny ból głowy, jakby ktoś smażył mi płat czołowy żelazkiem. Podniosłam się z ziemi, ale po chwili znów upadłam. Powietrze drżało. Zamrugałam, pozbywając się łez i rozejrzałam się wokół. Bałagan. Krwawy, nadpalony pierdolnik. Fruwające wokół koszulki z napisem „Castle Party”. Flaki i popioły. Pourywane kończyny i pojedyncze płomyki tańczące w resztkach ubrań. Tylko jeden przeżył, anonimowy członek obstawy starca, który leżał teraz z czarnymi kikutami zamiast nóg i z bąblami pokrywającymi całą twarz. – Dobij mnie, błagam, dobij – wyjęczał, kiedy dokuśtykałam do niego. Spojrzałam na niego, na przekrwione oczy, na zwęgloną skórę, na rany, strupy, ropę, na ten strzępek człowieka, który kojarzył mi się ze zdjęciami zmasakrowanych płodów po rzeźniczej aborcji w Kambodży, które oglądałam w internecie w czasach, kiedy jeszcze miałam, kurwa, dom i życie. Spojrzałam na niego i powiedziałam: – Okazałeś się godny. Zostałeś wybrany. Świat to Disneyland, więc pobaw się nim trochę. Nastawiłam w empetrójce maksymalną głośność, po czym rzuciłam ją na ziemię – obok głowy tego pieprzonego kaleki wybuchł muzyczny granat. A potem pokuśtykałam przed siebie, byle jak najdalej od tego zamku. Prosto w noc. Rys. Jakub Mikians obliczał szanse. Cienie gęstniały mu pod oczami i w jamach nieco zapadłych policzków, a on z każdą sekundą coraz bardziej przypominał mi gipsowy odlew. Z każdą sekundą coraz bardziej utwierdzałam się też w pewności co do jego odpowiedzi. – Zgoda – usłyszałam, wszyscy usłyszeliśmy, a Paweł ruszył w stronę starca, wyciągając przed siebie dłoń na znak zgody. „Instynkt przetrwania” – pomyślałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. To nie był przecież związek – to był układ. On mnie ochraniał i karmił, a ja dawałam mu dupy. Myśliwy i dziwka. Samiec i samica. To nie jest zdrada, tylko opowiedzenie się po stronie silniejszego stada, po stronie zwycięzców. Opuściłam głowę, aby nikt nie widział, że płaczę. Po żołądku rozlewała mi się zimna, ohydna breja, a ja drżałam, jakby ktoś podłączył mnie do akumulatora. Z tego stanu zapadania się w sobie wyrwały mnie krzyki. Spojrzałam przed siebie i nagle łzy wyschły mi w kanalikach, a serce mocniej uderzyło o żebra. Paweł stał za plecami starca; jedną 30 31 32 Fot. archiwum zespołu Diary of Dreams Echo każdego z nas Tomek Orzechowski Podobno każdy z nas ma swoje echo. Każde działanie wywołuje efekt, który zmienia świat, ale przede wszystkim zmienia nas. O studium tej transformacji, jakim jest album „Ego: X” i o nowych brzmieniach w muzyce Diary of Dreams, a także o planach na przyszłość, życiowej filozofii i koncertach na Castle Party rozmawiałem z liderem zespołu Adrianem. I choć powiedział bardzo wiele, to nie zdradził mi wszystkiego. Zachował tajemnicę związaną z nową płytą i za tę tajemniczość go szanujemy. Co ukrył przed nami Adrian Hates? Pierwsze pytanie nawiązuje wprost do koncepcji zespołu. Czy często śnisz? A jeśli tak, to jakie to sny? Reminiscencje z świata realnego czy nowe, fantastyczne twory? Tak, to prawda, sprawa moich snów leży u podstaw koncepcji Diary of Dreams i planu zawiązania zespołu. Mariaż fikcji i świata rzeczywistego w snach był zawsze czymś, co mnie szczególnie inspirowało. Dlatego pewnego dnia pomyślałem, że podobny efekt można przecież osiągnąć za pomocą dźwięków. I tu sprawdził się mój kompozytorski patent na miks klasycznych elementów i elektronicznych brzmień, oraz w warstwie lirycznej miks prawdziwych historii z życia i fikcji. I tak, odpowiadając wprost na pytanie, wciąż bardzo mocno śnię. Sny to podróż do środka umysłu, bardzo silna inspiracja dla mnie i Diary of Dreams. I jednocześnie klątwa, która cię prześladuje, zwłaszcza jeśli tematyka snów przeraża. Jednak jeśli przełożysz ją na sztukę, możesz stworzyć bardzo ciekawe rzeczy. A czym jest echo, o którym opowiada ostatni singiel „Echo In Me”? Chodzi o moje osobiste przemyślenia na ten temat. Wierzę, że każda istota ludzka, każda istota na tej planecie, ma swoje echo. Wszystko, co robimy, ma swoją implikację, każde działanie ma swój efekt i musimy być tego świadomi. Pytanie, które zadałem sobie przy okazji prac nad ostatnim krążkiem, brzmiało „jaki jest dla mnie efekt rzeczy, które robię, działań, których się podejmuję”? Każdy z nas powinien sobie zadać to inspirujące pytanie. Album „Ego: X” to studium charakteru, studium osobowości, postaci, która studiuje swoje echo. Zastanawia się nad swoją transformacją, nad tym, w co się zmienia. To zdecydowanie album koncepcyjny, tak. Jeśli już rozmawiamy o „Ego: X” to muszę przyznać, że nie tylko fani, ale też media łu jako koncertowego składu. Myślę, że prawie je odnalazłem. Czy możesz wymienić choć jednego muzyka, który gościnnie pojawi się na „Ego: X”? Nie, niestety nie. Na tym polega za- Ważne pytanie, które nieustannie sobie zadaję, brzmi: „czy mogę już znaleźć w duszy spokój, odłożyć na półkę taśmę matkę, czy mogę oddać ją do wytwórni i tłoczyć płytę?”. I tutaj niestety najczęściej jestem ciągle niespokojny, ciągle szukam optymalnego brzmienia. są nieco zagubione co do daty premiery. Została przesunięta już co najmniej dwa razy. Możesz jednoznacznie powiedzieć, kiedy ukaże się ta płyta? Tak, niestety to prawda. Co więcej, ostatnio słyszałem pogłoski, że płyta została wydana i chciałem je tutaj zdementować. Zdecydowanie nie, a jeśli coś takiego dostaliście od kogoś, to nie jest z pewnością nowy album Diary of Dreams. Niemniej jednak, mimo opóźnień, płyta zbliża się dużymi krokami, ukaże się na pewno w tym roku. Może nie jutro, ale w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Powiesz nam coś więcej o tym albumie? Uchylisz rąbka tajemnicy w sprawie kompozycji, okładki albumu, produkcji „Ego: X”? Gaun: A bardzo mocno pracował przy tym albumie, dlatego też partie gitar brzmią wyjątkowo. Pojawią się też nowi muzycy zaproszeni do gościnnego udziału w nagraniach, to taka niespodzianka dla fanów. To bardzo dopracowany album, ja poświęciłem mu jak dotąd osiemnaście miesięcy swojego życia. Zainwestowałem wiele godzin i jestem przekonany, że ten wysiłek był tego wart. Każdy element układanki, każdy aspekt pracy nad albumem, od kompozycji, przez brzmienie, po produkcję, zdjęcia, okładkę albumu – wszystko to dziś jest dopięte na 99 procent i można powiedzieć, że jestem bliski satysfakcji. To dobra płyta, która opiera się na charakterystycznym dla Diary of Dreams klimacie i kreuje znaną fanom atmosferę, ale zawiera też nowe elementy, bardzo energetyczne i mocne. Nie chciałbym przesadzić z produkcją albumu, ale poszukuję żywego, prawdziwego brzmienia, które odzwierciedla naszą siłę, siłę zespo- skoczenie, niespodzianka, sekret, który staramy się utrzymać od miesięcy. I jak to w przypadku tajemnic bywa, jej utrzymanie nie jest łatwe, ale staramy się! Jestem bardzo podekscytowany dniem, w którym sami odkryjecie tę płytę, poznacie jej gości i nasze nowe kompozycje. Czy zawsze nagrywając płytę masz wszystko poukładane z niemiecką precyzją, czy może zachowujecie jakiś bufor punkowej spontaniczności? Czy może pojedyncze kompozycje rodzą się z przypadkowo sklejonych dźwięków, które potem zaczynają żyć własnym życiem? Wszystko zależy od okoliczności. Choć prawda, muszę się tutaj przyznać, trochę pedantycznie podchodzę do tematu, wszystko mam przemyślane i zaplanowane. Jednak w przypadku takiego albumu jak „Ego: X”, gdzie prace nad krążkiem trwają ponad osiemnaście miesięcy, jest czasem tak, jak mówisz. Wiele rzeczy, w tym muzyka, zmieniło się od pierwszego dnia, kiedy zaczynałem rejestrację śladów. Ważne pytanie, które nieustannie sobie zadaję, brzmi: „czy mogę już znaleźć w duszy spokój, odłożyć na półkę taśmę matkę, czy mogę oddać ją do wytwórni i tłoczyć płytę?”. I tutaj niestety najczęściej jestem ciągle niespokojny, ciągle szukam optymalnego brzmienia. Chyba taki mam charakter, lubię poprawiać, udoskonalać dźwięki. Chciałbym wydawać moje płyty wtedy, gdy już poczuję, że jestem na premierę gotowy, że one są gotowe, a nie dlatego, że oczekują tego ludzie. Dlatego też przesunęliśmy datę premiery. Proces nagrywania tej płyty jest bardzo wymagający, bardzo dużo instrumentów nagrywaliśmy na żywo, co jest pracochłonne i wymaga czasu, zwłaszcza, jeśli chcesz to powią33 zać z elektroniką. Dużo łatwiej nagrać muzykę rockową lub elektroniczną osobno, połączenie takich dźwięków w jednym projekcie wymaga poszukiwania brzmień. To musi brzmieć jak Diary of Dreams, a jednocześnie wnosić do naszej muzyki coś nowego. Jeśli rozmawiamy o brzmieniu, czy korzystaliście z analogowych brzmień, czy album w całości jest zdigitalizowany i nowoczesny? całość. Jeśli chcesz poczuć muzykę, musisz dotknąć albumu. Czy „Ego: X” ma coś wspólnego z filozofią Freuda? Wiesz chodzi mi o jego koncepcję Ego, Id i Superego… Nie, niekoniecznie. Można spekulować na temat snów i podobieństw, ale to nie ten trop. „Ego” to starożytne słowo, my skoncentrowaliśmy się na jego tradycyjnym znaczeniu, które adoptowaliśmy na potrzeby Diary of Dreams. I nie Wierzę, że każda istota ludzka, każda istota na tej planecie, ma swoje echo. Wszystko, co robimy, ma swoją implikację, każde działanie ma swój efekt i musimy być tego świadomi. Mam silne wrażenie, że wykorzystujemy pełną paletę możliwości. Dźwięki analogowe, elektroniczne i akustyczne. Samo nagrywanie ścieżek zabrało nam prawie sześć miesięcy. Długo, prawda? Adrian, tutaj mam kontrargument: z Garden of Delight byłeś już bardzo dobry, więc jak bardzo lepszy stałeś się z Diary of Dreams? Tak, masz mnie, faktycznie to paradoks. Choć wiesz, ja nie porównuję tych dwóch zespołów, bo to zupełnie coś innego. Tak, przyznam, że spędziłem kilka inspirujących lat z Garden of Delight. Ale w obu formacjach wszystko jest inne, Diary of Dreams i Garden of Delight są jak ogień i woda. Oba są żywiołami, ale inna jest ich natura. Wspominając o ewolucji miałem na myśli ewolucję w ramach tego, czym jest Diary of Dreams. Skoro rozmowa zboczyła na filozoficzne tory, to jaka jest twoja prywatna filozofia życiowa, w jednym zdaniu? W jednym zdaniu? Hmm… Dziś brzmi tak: „Panie daj mi w końcu skończyć nowy album”, to moja życiowa filozofia na dzisiaj, naprawdę. Dla mnie nowy czas, nowy rozdział zacznie się, kiedy zamknę ten projekt. Jestem na tym bardzo skoncentrowany, chcę skończyć nową płytę, chciałbym ją już wydawać. Zwłaszcza, że mam już pomysły na kolejne kompozycje, a wciąż pracuję nad krążkiem, który jeszcze się nie ukazał. Pozwólcie mi skończyć „Ego: X”! No właśnie, czy Diary of Dreams to idea, zespół, czy sposób na życie? Jakie miejsce Diary of Dreams ma w twoim życiu? Diary of Dreams jest centrum mojej uwagi, moim oczkiem w głowie. W moim życiu wszystko kręci się wokół tego. Inwestuję niekończące się godziny pracy artystycznej, to miłość. Tak, Diary of Dreams to moje życie. Jeśli kolejny album to nowy życiowy rozdział, to czy możesz na chwilę spojrzeć wstecz i powiedzieć, jakie są główne różnice między kolejnymi albumami DOD? Oczywiście chodzi mi tutaj o twoje subiektywne odczucia i wspomnienia. Oczywiście zdajesz sobie sprawę, że to jest rozmowa, którą moglibyśmy prowadzić godzinami? Na samą myśl o tym na mojej twarzy pojawia się uśmiech, bo nie mamy tyle czasu. Myślę, że Diary of Dreams to ciągła linia. Ciągła, czerwona linia, którą za każdym razem przekraczamy. Z jednej strony Grałeś już na kilka razy w Polsce i kilka razy na Castle Party. Jakie są twoje wspomnienia z Bolkowa? Czego oczekujesz od tegorocznego koncertu? O tak, mam wspaniałe wspomnienia, graliśmy tam już kilka razy i muszę przyznać, że kocham polskich fanów. Festiwal ma unikalną atmosferę i lokalizację, impreza na zamku to niż tylko festiwal. Mam nadzieję, że nie będzie padało. Liczę na to, że nowy koncert będzie najlepszym, jaki zagraliśmy do tej pory w Polsce. Nie mogę się doczekać spotkania z fanami! Nemi(c)Lise Myhre/[email protected] Fakt, długo. Czy „Ego: X” będzie miał specjalną szatę graficzną, która pomoże nam zrozumieć koncepcję całości? Kto jest odpowiedzialny za projekty graficzne okładek Diary of Dreams? Zawsze to ja jestem odpowiedzialny za koncepcję całości. Szkicuję layout i mówię „chciałbym by to wyglądało w taki a taki sposób”, daję wytyczne grafikom. Ale też często zdarza się, że robimy grafikę w całości sami. Na przykład nowy album jest oparty na obrazach, które Gaun: A namalował sam. Dzięki temu płyta ma bardzo artystyczny, można powiedzieć nawet oldschoolowy charakter, choć oczywiście dużo w niej nowoczesnego klimatu. Wiesz, w dzisiejszych czasach tak już jest, że ludzie stykają się z nową muzyką przede wszystkim przez internet. Ściągają płytę. Nieważne, że część robi to legalnie, a część nielegalnie, ważne, że nie zdają sobie do końca sprawy, że każdy z nich traci wielką cześć tego, czym album jest naprawdę. Płyta to nie tylko muzyka, na pewno nie w przypadku Diary of Dreams. U nas liczy się ma tu powiązań z poglądami Freuda, a przynajmniej nie są to świadome inspiracje. mamy tutaj konsekwencję, bo podążamy wzdłuż tej linii. Z drugiej innowację, gdy ją przekraczamy. Główne różnice między płytami dotyczą po pierwsze produkcji, bo za każdym razem mamy inne pomysły, inne brzmienie, inne instrumenty… Druga sprawa to nasze zdolności muzyczne, które szlifujemy z każdym albumem. Z płyty na płytę czuję się lepszym muzykiem, co pozwala mi realizować ciekawsze wizje. 34 Fot. archiwum zespołu i skierowany jest do gniewnych nastolatków. Z całym swoim bagażem doświadczeń nie jesteś jednak przypadkiem odrobinę za stary na kąpanie się we krwi, wymachiwanie pistoletami i prowadzanie dziewcząt na smyczy? Aaa, zakładam, że odnosisz się do teledysku do „Die Motherfucker Die”? Cóż, trzeba spojrzeć na niego z przymrużeniem okna, podobnie jak na naszą ostatnią promocyjną sesję zdjęciową. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ten gatunek pełen jest banalnych chwytów, ale w tym klipie chodziło nam właśnie o ich podkreślenie. Najwidoczniej większość ludzi nie załapała tej ironii... Suicide Commando Matkojebcy muszą zginąć! Łukasz Miernik Johan van Roy to kultowa postać, często nazywana ojcem chrzestnym harsh electro. Od 25 lat nieprzerwanie serwuje nam bluźniercze historie o samobójcach i mrocznej stronie ludzkiej natury, podszyte ciężkim przesterowanym bitem. Można śmiało powiedzieć, że Suicide Commando zna każdy – od starych fanów EBMu pamiętających „Necrophilia”, po dzieciaki skaczące przy „Hate Me”. Parkietowe hity jak „Hellraiser” czy „Cause Of Death: Suicide” są wręcz tak oklepane na polskich parkietach, że można dostać nudności po jednej nutce. Zatem bez zbędnych wprowadzeń, sprawdźcie co Johan ma do powiedzenia o młodych zespołach, kiczowatej otoczce harsh electro, modnych brzmieniach i pełnieniu roli ojca. Witaj Johan, ćwierć wieku w muzycznym biznesie to kawał czasu. Będziesz miał siłę zostać Rolling Stonesami sceny harsh electro? Dlaczego nie? Jesteśmy tak starzy, na ile się czujemy. Jeśli chodzi o moją muzykę, nawet jeśli czasami wydaje mi się, że mam już 65 lat, nadal czuję się młody i pełen energii. Mógłbym nawet stwierdzić, że to właśnie muzyka obniża moją metrykę i daje mi siłę by iść dalej. Bez niej prawdopodobnie dawno bym przepadł. Jak mówiłem już parę lat temu, tak długo, jak tworzyć będzie Dirk Ivens (Dive, Klinik), już po pięćdziesiątce i nadal będący moją największa inspiracją, ja również się nie poddam! Skoro mowa mijających latach, wiadomo, że harsh electro ma swoją estetykę Jak postęp nad twoim studium umysłu samobójcy? Czy nadal jest on dla ciebie tak fascynujący? To w końcu temat, który od początku napędzał twórczość Suicide Commando. Zawsze byłem zafascynowany ludzkim umysłem i jego psychologicznym aspektem, a zwłaszcza tą mroczniejszą stroną. Ciężko odgadnąć, dlaczego niektórzy odbierają sobie życie, a inni z kolei posuwają się do zabójstwa czy nawet dokonują seryjnych morderstw. Ludzki umysł jest niepojęty. Biografie seryjnych morderców wydają się być twoją ulubioną lekturą. Skoro do tej pory napięcie narastało z płyty na płytę, jak chory i zdeprawowany musiałby być oprawca, żeby zainspirować kolejny kawałek Homicide Commando? Cóż, wydaje mi się, że ostatnio przerobiłem już dosyć seryjnych morderców i na razie powinno mi wystarczyć. Chyba, że niespodziewanie wyskoczy jakiś ciekawy i intrygujący psychopata. A tak na poważnie, o ile „Bind Torture Kill” to faktycznie koncept-album o seryjnych mordercach, „Implements of Hell” nie było już po prostu kolejnym krążkiem poświęconym wyłącznie tej tematyce. Tylko pojedyncze kawałki nawiązują do psychopatów, więc płyta ma zdecydowanie dużo więcej do zaoferowania. Nagranie kolejnego albumu o seryjnych mordercach byłoby pójściem na łatwiznę. Religia i wojna to tematy, które często pojawiają się w twoich tekstach. Jaką rolę odgrywają w twoim życiu? Od samego początku istnienia Suicide Commando religia i wojna zdecydowanie dominują w naszych tekstach. Te zagadnienia bardzo mnie interesują, być może także z powodu mojego bardzo religijnego wychowania. W każdym razie sądzę, że obie te rzeczy są ze sobą ściśle powiązane. Wiele wojen to wynik konfliktów właśnie na tle religijnym. Wystarczy spojrzeć na wszystkie walki i rozgrywki na Środkowym Wschodzie. 35 Uważam, że religia jest największym zagrożeniem dla współczesnego świata. Teksty do „Die Motherfucker Die” i „Go Fuck Yourself” są z kolei bardzo bezpośrednie i zrozumiałe dla odbiorcy. Co sprawia, że tak otwarcie epatujesz agresją? Nienawiść i zazdrość to plaga dzisiejszego społeczeństwa i jestem zdumiony, że w tak małym środowisku, jakim jest scena electro, pełno jest jadu i zawiści. Tak to już jest, że wraz z suk- znów poczułem potrzebę zrobienia czegoś inaczej. Od początku istnienia Suicide Commando, z dumą prezentujesz listę swojego muzycznego sprzętu. Co sądzisz o kreatywnej stronie dzisiejszej twórczości muzycznej, z wszystkimi jej software’owymi syntezatorami i internetem jako uniwersalnym źródłem pozyskiwania nowych dźwięków? Dzięki nowoczesnej technologii oczywiście zdecydowanie łatwiej i taniej jest tworzyć muzykę, ale nie Myślę, że zbyt wielu artystów utknęło na stałe gdzieś daleko w czasie i ich umysły nie są w ogóle otwarte na dzieciaków, którzy szturmem podbijają tę scenę nową muzyką. cesem pojawiają się też anonimowi frustraci najeżdżający na ciebie z sobie tylko znanych powodów. Zwłaszcza „Go Fuck Yourself” to mój środkowy palec wyprostowany w ich stronę. Zaczynałeś jako projekt silnie zainspirowany Klinikiem, ale z czasem wykształciłeś swój własny niepowtarzalny styl. Ostatnie albumy Suicide Commando zdają się jednak podążać za aktualnymi trendami na scenie dark independent. Czy uważasz, że czasem warto przekonać się do popularnych współczesnych brzmień, żeby przyciągnąć nowych młodych słuchaczy? Nie, nie jest to konieczne, ale ja po prostu nie trzymam się kurczowo przeszłości. Myślę, że zbyt wielu artystów utknęło na stałe gdzieś daleko w czasie i ich umysły nie są w ogóle otwarte na dzieciaków, którzy szturmem podbijają tę scenę nową muzyką. Jednym z głównych źródeł sukcesu Suicide Commando jest właśnie to, że trafia w gusta zarówno młodszych jak i starszych fanów gatunku. Mimo tego otwarcia na potrzeby nowego pokolenia wcale nie uważam, że ostatnie albumy podążały ślepo za trendami. Po prostu zawsze robiłem to, co chciałem robić. Bez oglądania się na innych czy też na to, co akurat jest modne. Surowy i industrialny klimat „Implements of Hell” – np. w „Severed Head” – to wyraźny zwrot ku mrocznym i brudnym brzmieniom, na których Suicide Commando zbudowało swój status legendy. Chyba miałeś w końcu dość TBM-u. Jak już wspomniałem, nie podążam za trendami, mogłem więc pozwolić sobie na powrót do korzeni. „Implements of Hell” faktycznie jest w pewien sposób podróżą w przeszłość i doskonale łączy moją wcześniejszą i bieżącą twórczość. Nie ma to żadnego związku z tym, że znudził mi się TBM, po prostu 36 postrzegam tej ewolucji jako negatywnej. Jedynym złym aspektem rozwoju technologicznego, który sprowadził na nas internet, jest nielegalne ściąganie plików. Doprowadziło to do całkowitego zniszczenia rynku płyt CD. To ostrze jest jednak obosieczne i tnie w każdą stronę. Nie możemy po prostu czerpać samych korzyści bez negatywnych efektów ubocznych. Twój występ na M’era Lunie w 2002 roku wzbogacony o lasery nadal wspominam jako jeden z najlepszych koncertów na scenie dark, jakie widziałem w życiu. Ta muzyka zawsze bardziej pasowała mi do ciasnych hangarów niż olbrzymich scen na świeżym powietrzu. Które otoczenie preferujesz? Lubię obydwa rodzaje koncertów, ale zgadzam się z tobą, że w ciemnym zatłoczonym klubie czy hali atmosfera jest zdecydowanie lepsza. Są to po prostu miejsca, które o wiele lepiej nadają się do tego typu muzyki i jej klimatu. chodem przez małe wioski, która nagle kończy się w miasteczku pełnym ludzi ubranych na czarno. Z przyjemnością wracam ponownie na ten festiwal, gdyż jak do tej pory zawsze mieliśmy tam fantastyczną publiczność. Od czasu do czasu grasz również jako DJ na rozmaitych imprezach. Lubisz zaprezentować czasem na żywo muzykę inną od swojej? Cóż, nie uważam siebie za DJa, bo niestety nie mam wystarczającej ilości wolnego czasu, żeby dopracować swój warsztat i miksować na odpowiednim poziomie. Ale faktycznie, puszczenie czasem czyjejś muzyki to miła odmiana od tego, czym zwykle się zajmuję. Promujesz wiele młodych i mało znanych zespołów, umieszczając ich na swoich kompilacjach i pozwalając remiksować swoje utwory. Całkiem szlachetny gest na scenie skupionej głównie wokół lansowania dużych nazw... Szczerze mówiąc, wolę pracować z mniejszymi kapelami niż ze znanymi gwiazdami. Duże zespoły często pracują w trybie automatycznym i często – ale nie zawsze! – dostarczają rozczarowujące remiksy. Mniej znane zespoły nadal wkładają dużo wysiłku i pasji w swoją pracę. Dla nich zrobienie remiksu to ciągle zaszczyt, a nie kolejna robota do odwalenia, jak w przypadku popularnych kapel. Dlaczego zdecydowałeś się założyć World Wide Electronics zamiast wskrzesić Noise Terror Productions? Czy w ogóle negocjowałeś to z odrodzoną wytwórnią Dependent czy zostałeś przy swoim nowym macierzystym labelu Out Of Line? Gdybym naprawdę chciał, mógłbym wskrzesić NTP, gdyż nadal posiadam prawa do tej nazwy. Pomyślałem jed- Jestem zdumiony, że w tak małym środowisku, jakim jest scena electro, pełno jest jadu i zawiści. „Go Fuck Yourself” to mój środkowy palec wyprostowany w stronę tych frustratów. Ostatecznie jednak nie ma to dla mnie większego znaczenia. Nieważne, czy gram dla 50 czy 5000 osób. Jeśli tłum się bawi i fani są zadowoleni, czuję się rewelacyjnie. Niedługo ponownie odwiedzisz Polskę aby zagrać na Castle Party w Bolkowie. Jak ci się tu podoba? To będzie już mój trzeci występ na Castle Party i mówi to chyba samo za siebie. To jeden z moich ulubionych europejskich festiwali i jednocześnie wyjątkowe miejsce. Nie wiem, jak to dokładnie opisać słowami, ale jest coś surrealistycznego w podróży samo- nak, że lepiej będzie po prostu zacząć pod nowym szyldem. Nadal mam dobre kontakty ze Stefanem z Dependent, więc nie chciałem mu wbijać noża w plecy i wznawiać działalności Noise Terror Productions pod innym labelem. WWE można więc uznać za początek czegoś zupełnie nowego. Parę lat temu mówiłeś, że marzysz o wydaniu winyla. Czy czujesz się teraz spełniony, kiedy w końcu to osiągnąłeś, choć w epoce jego wielkiego comebacku i regularnego tłoczenia? Pewnie! Była to zdecydowanie jedna z rzeczy, jakich brakowało mi w moim dorobku i kolekcji płyt. Jestem więc szczęśliwy, że mimo wszystko udało mi się go w końcu wydać. Kto wie, może któregoś dnia wytłoczymy kolejny? Belgijska scena muzyczna to ogromne dziedzictwo muzyczne i jest synonimem doskonałej jakości elektronicznych dźwięków, od Front 242 i Hypnoskulla po Praga Khan czy Soulwax. Czy uległbyś tej samej inspiracji i stworzył podobne brzmienie, gdybyś urodził się w innym kraju? To ponownie trudne pytanie, bo nie mam pojęcia czy ten fakt jakkolwiek wpłynął na moją karierę. Osobiście nie uważam, żeby pochodzenie pomogło mi w jakiś sposób, a zaczynanie z tego typu muzyką w Belgii postrzegam nawet jako utrudnienie, gdyż nasze kawałki rzadko kiedy puszczane są w krajowych stacjach. Może 20 lat temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej, ale obecnie w Belgii panuje klimat na tworzenie czegoś zupełnie innego. Śmierć ojca musiała mieć na ciebie ogromny wpływ. „Until we die” to według mnie jeden z najlepszych, najbardziej szczerych i poruszających utworów Suicide Commando. Jaką rolę odegrała twórczość muzyczna w poradzeniu sobie z ciężarem uczuć po śmierci bliskiej osoby? Faktycznie, nieoczekiwana i nagła śmierć mojego ojca w 2006 roku mocno odcisnęła się na mnie i moim życiu. Było to dla mnie oczywiste, że muszę nagrać jakiś kawałek poświęcony tej sprawie. To był taki mój sposób na poradzenia sobie z jego śmiercią, moja forma pożegnania się. „Until We Die” ma więc zdecydowanie wyjątkowe i osobiste znaczenie. Przejdę może do jaśniejszej strony życia – jak sam czujesz się jako ojciec? To chyba twoja kolejna rola, z której jesteś bardzo dumny. Jak radzisz sobie z dzieleniem czasu i pasji pomiędzy muzykę, a rodzinę? To wspaniałe samemu być ojcem, ale oczywiście wiodę teraz zupełnie inne życie. Nie jest łatwo połączyć to zadanie z poświęcaniem się mojemu drugiemu dziecku, jakim jest muzy- Fot. archiwum zespołu Dawniej, zanim odkryłeś i zafascynowałeś się EBMem, słuchałeś zimnej i nowej fali. Czy potrafisz sobie wyobrazić, jaką muzykę grałbyś obecnie, gdybyś wtedy pozostał przy gitarowych dźwiękach? Nie da się cofnąć czasu, więc trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ale jestem pewien, że to również byłaby mroczna muzyka. Prawdopodobnie coś pokroju Joy Division albo The Sisters of Mercy... ka! Mam nadzieję, że jakoś wspólnie przetrwamy. Fani prawdopodobnie modlą się, żebyś nagle nie zmiękł i nie zaczął nagrywać synthpopu... Myślę, że fani nie powinni się w ogóle tym przejmować. Doskonale wiem, jak oddzielić muzykę od życia prywatnego, więc nie spodziewajcie się w najbliższym czasie żadnych kołysanek, chociaż... czy przypadkiem nie nagrywam już kołysanek od wielu lat? Tak długo, jak tworzyć będzie Dirk Ivens, ja również się nie poddam! Co zatem szykujesz na najbliższą przyszłość? Pracujesz już nad nową płytą czy polujesz na młode talenty do World Wide Electronics vol. 2? W zasadzie to trochę jedno i drugie. Powoli zbieram i wyszukuję kapele na drugą część składanki WWE i tworzę pierwsze szkice kawałków na następny album Suicide Commando. Właśnie skończyłem pracę nad specjalnym boksem z okazji 25-lecia SC, „The Suicide Sessions”. Będzie zawierał zremasterowane wersje pierwszych trzech studyjnych albumów [„Critical Stage”, „Stored Images” i „ContructDestruct” – red.] i trzy dodatkowe płyty pełne b-side’ów oraz rzadkich i wcześniej niepublikowanych nagrań z początkowych lat twórczości. Ukaże się jeszcze tego lata. No i oczywiście czeka mnie mnóstwo letnich festiwali i koncertów, więc raczej nie będę miał czasu się nudzić. Czy „Kombat Unit” ujrzy w końcu światło dzienne? Mam nadzieję, że nie będziecie kazali nam czekać zbyt długo... Nie mam pojęcia, kiedy będziemy w stanie dokończyć ten album, bo jesteśmy bardzo zajęci swoimi głównymi projektami. Jan ma na głowie Noisuf-X i X-fusion, ja Suicide Commando. Naprawdę trudno znaleźć jakikolwiek czas na pracę nad dalszym wspólnym materiałem, ale mamy nadzieję, że któregoś dnia uda nam się w końcu nagrać płytę. Poczekamy, zobaczymy. Dzięki za wywiad. Jakieś końcowe słowa do fanów? Czego mogą się spodziewać po waszym koncercie w Bolkowie? Jak zwykle chciałbym skorzystać z okazji i podziękować wszystkim moim polskim fanom za ich niesłabnące wsparcie przez te wszystkie lata – dziękuję wam wszystkim! Spodziewajcie się kopiącego dupę występu na Castle Party...nie przegapcie tego! 37 Fot. Kuba Skonieczko Wieże Fabryk Standard bitelsowsko-slejerowy Mariusz Łuniewski Wydanie oficjalnej tłoczonej płyty przez Wieże Fabryk było zaskoczeniem dla całej zimnofalowej sceny. Rewelacyjne koncerty, także na zeszłorocznym Castle Party, potwierdziły ich znakomitą formę, zyskując uznanie wśród starych fanów i niezorientowanych uczestników. Bez względu na to, do której z tych grup się zaliczasz, jeśli nadal nie wiesz po co wieże fabrykom, przeczytaj co na temat zespołu ma do powiedzenia wokalista – Tomek „Teka” Kaczkowski. Minęło kilka miesięcy od premiery debiutanckiej płyty, czy coś się zmieniło w Wieżach od tego czasu? Było, minęło, jest. Jesteśmy zadowoleni z płyty i z tego jak została odebrana. A w Wieżach wszystko po staremu. W planach koncerty i, być może, rejestracja kolejnego materiału. Nie wiem, czy będzie to split czy epka. Długo kazaliście czekać na pełnowymiarowy album, prawie dziesięć lat. Odnoszę wrażenie, że jest to klątwa prześladująca polską scenę. Lata czekaliśmy na kolejny Fading Colours. Oficjalny debiut Daimonion przeciągał się w nieskończoność, podobna sytuacja dotyczyła też Deathcamp Project. Zespoły bardzo często podają dosyć prozaiczne powody takiego stanu rzeczy, czyli: praca, życie osobiste, brak funduszy czy zainteresowania potencjalnych wydawców. Jak było w Waszym przypadku? Nie wiem czy to jest klątwa polskiej sceny. W naszym wypadku była to prosta sprawa. „Wydajemy płytę? Nie, lepiej zagrajmy parę koncertów”. I tak przez kilka lat, aż dwie rzeczy nałożyły się na siebie. A właściwie to trzy. Znalazła się osoba, która chciała nas wydać, mieliśmy zaplanowany koncert w Bolkowie no i nadeszła rocznica dziesięciu lat 38 wspólnego grania. Prosty cel, deadline i wyszło. Przez dziesięć lat nie wydaliśmy płyty zupełnie świadomie. Pojawiały się bootlegi, które według nas wystarczały. Jak nawiązaliście współpracę z wydawcą i jak się układa? Michał pojawił się na jednym z wrocławskich koncertów. Zaproponował wydanie bootlega, a wyszła płyta. Jesteśmy bardzo zadowoleni ze współpracy z Oficyną Biedota. Według mnie „Dym” to naprawdę świetny materiał, jednak z perspektywy fana rozczarował mnie brak utworów znanych z demówek czy bootlegów. Mam na myśli „Kino”, „Moje Miasto”, „Życie jest żółte śmierć jest sina”. Sądzę, że te kilka perełek świetnie uzupełniłoby płytę, bardzo krótką nawet jak na dzisiejsze standardy. Dziękuję za tę miłą recenzję. Jako fan muzyki zupełnie się nie zgadzam, żeby po raz kolejny nagrywać znane od dekady utwory. Utwory z demówki są na demówce. Gramy je na koncertach, zarejestrowane są na bootlegach. Wystarczy. Z „Dymu” i tak wyszło „the best of”. Takie, jak to nazwałeś, perełki warto zachowywać, a nie trwonić. Płyta jest zwartą masą, konkretnym uderzeniem, a nie festiwalem szlagierów. Szczerze mówiąc nie wiem, jakie są standardy długości płyt. Powiedzmy, że pojechaliśmy standardem bitelsowsko-slejerowym. Z jakim odzewem spotkała się debiutancka płyta? Mam na myśli głównie media mniej „niszowe”. Jeśli już ktoś pisze w nieniszowym piśmie, to pisze dlatego, że to go interesuje i że sam orientuje się w temacie. W zasadzie wszystkie recenzje, te z mniej, lub bardziej nieniszowych mediów, były pozytywne, albo przynajmniej neutralne. Traktowały „Dym” jako wycieczkę w lata 80. XX w. Śpiewasz niezwykle charakterystyczne teksty, urywane frazy. Masz świadomość, że taki rodzaj ekspresji może być opacznie interpretowany? Spotkałeś się z jakimiś skrajnymi opiniami? Wszystko jest interpretowanie. I wszystko inaczej, niż zakładasz. Z tego powodu nie umieściłem tekstów na płycie. Nie są do czytania, tylko do słuchania. Sposób, w jaki są zaśpiewane, wykrzyczane, powtórzone, ma takie samo znaczenie jak ich treść. Czy, z perspektywy czasu, jest coś, co byś poprawił lub zrobił inaczej na tej płycie? Oczywiście, ale po co o tym mówić? Funkcjonujecie na polskiej scenie od lat. Czy twoim zdaniem kiedyś było lepiej, czy może zimna fala wróciła lub wraca do łask? Nigdy jakoś nie czułem tego „funkcjonowania”. Tworzymy muzykę, której chcemy słuchać i którą chcemy grać. I ten czas tak sobie płynie. Na swojej trasie graliśmy z wieloma świetnymi zespołami, których już teraz nie ma. Myślę, że proporcje są takie same jak kiedyś. Mam wrażenie, że w ciągu ostatnich pięciu lat coś się ruszyło w muzyce falowej. Powstało kilka ciekawych projektów, na przykład Cieplarnia, Bete Noir, reaktywował się Made In Poland, nową płytę popełnił 1984. Czy uważasz, że wraz z tym poruszeniem rodzi się nowe pokolenie odbiorców? Piszesz „wiele”, a tak na prawdę są to cztery wydarzenia. Cieplarnia owszem, wydała płyte i w zasadzie to wszystko. Nie koncertują, więc trochę nie istnieją na „scenie”. Bete Noire przestali grać jakieś trzy lata temu. Ale są inne wydarzenia. Grają Cytadela i Joanna Makabresku. Płytę wydał The Proof. Wraz z dostępnością rośnie świadomość i liczba osób słuchających takich zespołów. Dlatego myślę, że może być tylko lepiej. Jak zarekomendowałbyś swój zespół osobom, które nie miały z nim jeszcze styczności? Co ta z pozoru archaiczna muzyka ma do przekazania młodemu pokoleniu? Czy ktoś wychowany w kapitalistycznej Polsce i niepałający nostalgią do lat 80. XX w. znajdzie w Wieżach coś dla siebie? Jeśli rozmawiałbym z kimś urodzonym przed rokiem 1980 zapytałbym, czy pamięta Siekierę. Bardzo się cieszę, że osoby niepałające nostalgią do lat 80. sięgają po tę płytę. Odczytują ją zupełnie inaczej. Bez porównań i bez klisz z przeszłości. Wielokrotnie podkreślamy, że w naszej muzyce liczą się energia i emocje. Można je wyrażać w każdym gatunku, a my robimy to poprzez zimną falę. Wybraliście zimną falę – dlaczego nie... black metal? Wiesz, że pytam nieprzypadkowo [zarówno Teka, jaki i niżej podpisany są entuzjastami najczarniejszej z muzycznych sztuk – red.]. Paradoksalnie te dwa pozornie różne gatunki maja wiele punktów wspólnych. Właśnie. Nie wiem czy określenie „wybraliśmy” jest trafne. Nie ciągnęliśmy zapałek o to, co będziemy grali. Studnia zagrał pierwsze riffy „Wariatki”i poszło. W black metalu faktycznie odnajduję te emocje i energię, które towarzyszą mi podczas grania w Wieżach. Szczególnie „nowa fala” polskiego blacku jest obiecująca. Furia, FDS itp. Czy w ramach tak sztywnej konwencji jest szansa na progres? Czy może celowo wybieracie drogę twórczego „regresu”? Gramy to, co czujemy, że będzie dobrze brzmiało jako WF. To jedyny kierunek. Śpiewasz po polsku, co biorąc pod uwagę zimno-falowe dziedzictwo wydaje się zupełnie naturalne. Czy nie jest jednak tak, że wybierając rodzimy język automatycznie mocno zawężacie krąg swoich odbiorców? Lubię death metal za to, że można za każdym razem warczeć coś innego, a i tak będzie to poprawnie zrozumiałe przez odbiorców. U nas tak to nie działa, niestety. Wyobraź sobie co by było, gdyby Rammstein zaczął śpiewać po polsku. Czy zanim powstały Wieże byłeś aktywny muzycznie? Czy to Twój dziewiczy band i analogicznie: czy któryś z członków Wież Fabryk udziela(ł) się w innych projektach? W moim przypadku było parę projektów muzycznych. WF jest pierwszym poważnym. Reszta chłopaków grała i gra w różnych zespołach. Żaden z nas nie był prawiczkiem, kiedy zaczynaliśmy pracować w Fabryce. Opowiedz o swojej pozamuzycznej działalności artystycznej. Jestem grafikiem, ilustratorem. Robię dużo różnych rzeczy. Jak ktoś jest ciekawy to już pewnie wszystko widział. Jaka muzyka cię inspiruje? Czego słuchasz, co gra w twoim stereo, czy iPodzie? Czy są jakieś zespoły, które chciałbyś polecić? Moim ostatnim odkryciem są Beatlesi. Słucham ich non stop. Nie mają słabych kawałków, to niesamowite. Dopiero po tylu latach zacząłem ich słuchać. Cieszę się, że dopiero teraz. Po drugiej stronie są płyty metalowe. Nowa Ajattara. Punkowe. Zeszłoroczne odkrycie – Wilczy Szaniec. Mówi się, że na debiut zespół ma całe życie, a na drugą płytę dwa lata. Czy macie już jakieś plany na przyszłość? Kolejny album? Koncerty? Koncerty, zawsze. Płyty raczej nie planujemy. Inne nagrania, owszem. Czy jest szansa na reaktywację Zimnego Wieczoru – doskonałej imprezy cyklicznej, organizowanej niegdyś właśnie przez członków Wież Fabryk? Jest. Dziękuję za rozmowę. 39 Fot. M. Dancewicz Christblood Prawidłowa konwergencja energii Zaczynali tworzyć swoje dźwięki w połowie lat dziewięćdziesiątych, od rejestracji kilku materiałów na kasetach i wydania jednej płyty CD. Po dłuższej przerwie powrócili w wielkim stylu, serią dobrze przyjętych koncertów na krajowych festiwalach. Projekt trzech osobowości ożył na nowo. Jak wieść niesie Tomek, Eglonyl i Galina pracują nad nowym albumem. O przeszłości i planach na przyszłość opowiada Krzysztof Pawlik. schorek, a do którego teksty napisali m.in. Galina i Tomasz. Galina brała także udział w pierwszym projekcie Inire „Hermetic Garden”. Cały czas mieliśmy ze sobą kontakt mentalny i mieliśmy świadomość, dokąd zmierzają pasje i zainteresowania każdego z nas. Te tropy czasem się rozchodziły a czasem biegły równolegle. W 2008 roku powróciliśmy do prób, które doprowadziły do reaktywacji grupy. Pamiętam doskonały koncert Christblood na Castle Party, jakieś dziesięć lat temu. Przyznam, że było to dość niezwykłe wydarzenie... Później była długa przerwa i kolejne występy po wielu latach nieobecności na scenie. Co działo się z projektem Christblood przez ten czas? Zaczęło się od chwili odpoczynku. Lata 1994–2001 to był czas, kiedy pracowaliśmy na naprawdę wysokich obrotach. Robiliśmy po kilka projektów rocznie, a jeśli weźmiesz pod uwagę fakt, że były to projekty audiowizualne, robi się tego sporo. Musieliśmy nabrać trochę oddechu, dystansu. Dodatkowo okazało się, że mamy różniące się wizje przyszłości i rozwoju Christblooda. Musieliśmy dać sobie trochę czasu. Nie znaczy to wcale, że nie współpracowaliśmy przy innych produkcjach. Były to dwie realizacje The Embryonal Position („Uliamis” i „Nieszczęścia i cudowne znaki”) oraz multimedialny spektakl „Joanny”, który robiłem z legnicką aktorką Joanną Gon- A powróciliście z dużym rozmachem. Zagraliście na Wrocław Industrial Festival, Castle Party, Intermediale Festival. Każdy z występów został bardzo dobrze przyjęty. Jak ty, jako artysta, odbierasz te występy? Czy wspominasz je równie dobrze? Generalnie w porządku. Choć najmniej zadowolony jestem z koncertu na Castle Party. Do pozostałych właściwie nie mam większych zastrzeżeń. Można nawet powiedzieć, że koncerty te utwierdziły nas w przekonaniu o sensowności kontynuacji Christblooda. 40 Czy planujecie niebawem kolejne koncerty w innych miastach Polski? Nie niebawem, ale któż to wie… Czy w związku z powrotem do działalności koncertowej planujecie również jakieś nowe wydawnictwo? Pracujecie nad nowym albumem? Tak. Myśleliśmy początkowo o wydawnictwie koncertowym, ale zmie- niliśmy nieco plany i pracujemy nad płytą studyjną. Koncert Christblooda na Intermediale został zarejestrowany właśnie z myślą o publikacji, ale jeśli zostanie wydany, to raczej w późniejszym terminie. Materiał, nad którym obecnie pracujemy, być może okaże się fragmentem większej całości. Za wcześnie jest, aby więcej o tym mówić, bo wiele może się jeszcze zmienić. Efekty poznamy, mam nadzieję, wkrótce. Christblood jest i zawsze był zespołem, którego największy potencjał ujawnia się na koncertach. Naszym głównym celem jest budowanie mistycznej atmosfery i specyficznej relacji z odbiorcą. Dlatego też praca nad materiałem w studio wymaga dużego zaangażowania, zestawiania i weryfikowania poszczególnych elementów. I nie chodzi tu o jakiś rodzaj kalkulacji czy wyrachowania, ale bardziej o spójność. Prawidłową konwergencję energii. Kiedy zatem moglibyśmy spodziewać się płyty? Mamy nadzieję, że przed końcem roku. Bardzo byśmy tego chcieli, ale wcześniej materiał musi nas zadowolić... Christblood to trzy osobowości, Ty, Galina i Tomek. Każdy z was realizuje się również na innych płaszczyznach artystycznych. W dużym skrócie, Galina zajmuje się głównie malarstwem, tak było od początku i tak jest do dzisiaj. Jest to świat jej wyobrażeń i podświadomości, którego elementy przenikają również do muzyki Christblooda. Ponadto pisze. Podobnie zresztą jak Tomek, który oprócz tekstów pisze scenariusze teatralne, ale jest także plastykiem, maluje, tworzy obiekty i instalacje. Ja zajmuję się głównie muzyką i videoartem. Oprócz projektów muzycznych jak Christblood, The Embryonal Position i Inire, piszę muzykę teatralną i realizuję wideo wykorzystywane m.in. w spektaklach teatralnych. Przed powstaniem Christblood współtworzyłeś z Tomkiem wspomniany The Embryonal Position. To już zamknięty rozdział czy istnieje może szansa na reaktywowanie tego projektu? Embryonal ciągle istnieje. Nigdy nie zawiesiliśmy działalności. Faktem jest, że nagrywamy dość rzadko, a jeszcze rzadziej koncertujemy. Projekt jednak wciąż żyje. W 2008 roku ukazała się płyta „Nieszczęścia i cudowne znaki”, w tym roku ukaże się reedycja na CD kasety „Cafe Deutschland”, a w przyszłym może coś nowego. Gdzie można kupić te materiały wydawnictwa? Chyba tylko na koncertach i w „dobrych sklepach muzycznych”? Na Intermediale miałem okazję zobaczyć Inire, równie ciekawy projekt, w który jesteś zaangażowany... Ostatnio ukazała się pod tym szyldem płyta „Chopintimacy”. Skąd wziął się pomysł na interpretację Chopina w takiej aranżacji? Jak jest on odbierany na koncertach? Graliście w Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie – ciekaw jestem jak wyglądała konfrontacja waszej muzyki z odbiorcami, miłośnikami polskiego kompozytora. Inire jest formacją, która narodziła się na przełomie 1999 i 2000 roku i od samego początku był to projekt otwarty, który miał dobierać skład w zależności od realizowanego materiału. Od początku nie definiowaliśmy do końca gatunku muzycznego czy ram stylistycznych, w których Inire mogłoby się mieścić, oprócz tego, że miały to być projekty audiowizualne w ścisłym tego słowa znaczeniu. Przez te dziesięć lat zrealizowaliśmy kilka projektów dosyć różnych od siebie treściowo i stylistycznie. Sięgaliśmy do hermetyzmu, jego klasycznych pozycji, jak „Hermetic Garden” (2001) czy „Atalanta Fugiens” (2009), do psychologii głębi – „Septem Sermones ad Mortus” (2004), do dekonstrukcji i teorii miasta współczesnego, jako obiektu przenikania i unifikacji różnych kultur w „Traces” (2007), do źródeł literackich, nawiązując do Dantego w projekcie „Dante’s Songs” (2011) i wreszcie po kompozycje Chopina. Chopintimacy nie jest interpretacją dzieł wieszcza, ale próbą pokazania jego osoby w kontekście fatum. Losy Fryderyka Chopina były tylko punktem wyjścia do audiowizualnej, uniwersalnej opowieścią o artyście i twórcy. Zaprzyjaźniony z nami dramaturg Robert Urbański napisał teksty osadzone w życiorysie Chopina, ale na tyle uniwersalnie, że mogły traktować o wszystkim, i o to też w pewnym sensie chodziło. Miał być to opis sublimowanych emocji i pasji twórczej. Można więc powiedzieć, że jest to po prostu projekt konceptualny. Wydane w 2007 DVD ze wspomnianym „Septem Sermones ad Mortuos” to dość niezwykły materiał. Skąd taki pomysł? To stare dzieje, gdzieś z połowy lat 90. XX w. Inire jeszcze wtedy nie istniało. Punktem wyjścia był bardzo inspirujący tekst Junga. Wtedy myślałem o tym jako o interaktywnej multimedialnej prezentacji wydanej w formie CD-ROM. Pleroma jako dźwięk bez początku i bez końca, kolejne elementy struktury świata jako elementy struktury utworu, konstruowane przez odbiorcę na drodze interakcji, a do tego siedem pieśni – nauk pojawiających się w tej konstrukcji. Wtedy pomysł ten nie wypalił, ale wrócił po kilku latach i w 2004 roku zaistniał w formie scenicznego projektu audiowizualnego. Było to kolejne już spojrzenie na ten tekst, w nieco odmiennym kontekście. Wydawnictwo DVD nie jest pełnym zapisem scenicznym, zawiera obrazy wideo wyświetlane z projektora podczas koncertów oraz studyjny zapis części audio. Wszystkie płyty Christblood, Inire, Head58m zostały opublikowane przez wasze wydawnictwo Netcetera. Czy to wytwórnia, która na celu ma wydawanie wyłącznie waszych materiałów, czy jesteście otwarci również na innych artystów? Prawie wszystkie, bo „Nocturnus” wydała Face Productions. Co do Netcetery, to rzeczywiście wydajemy własne produkcje, ale jesteśmy też otwarci na inne propozycje. Choć oczywiście chcielibyśmy zachować jednorodność i pewne wspólne elementy estetyczne. Od momentu powstania Netcetery zależy nam na tym, żeby obok nowych realizacji wydawać również starsze rzeczy, kasety, które pojawiły się w latach 90. XX w., oraz materiały nigdy nie publikowane. W kolejce czekają jeszcze Radio Internazionale, Land Of Great Heresie itp. Chcielibyśmy, aby nie zaginęły one w mrokach naszych archiwów. Czy powierzylibyście waszą muzykę innemu wydawcy? Po pierwsze zależy komu, a po drugie zależy komu. Nie myśleliście nigdy o tworzeniu muzyki i tekstów w języku angielskim, aby w ten sposób poszukać odbiorców poza granicami kraju? W naszych projektach zdarza nam się używać różnych języków, ale nie są one dla nas środkiem do zdobywania popularności, raczej są środkiem wyrazu, wypowiedzi. Osobiście nie uważam, żeby był to klucz do dotarcia do odbiorcy. Inspirują nas różne zjawiska w różnej sztuce i kulturze, a mówiąc językami, jakie przypisane są konkretnemu zjawisku czy twórcy w oryginale, nie tracimy ładunku emocjonalnego, który zatraca się w przekładzie. Poza tym język ma swoją moc i pewien rodzaj nieprzekładalności i nie chodzi tu o translację, a raczej o niepowtarzalny charakter, melodię, rytm. Może mniej w przypadku Christblooda, ale wiele z projektów Inire ma charakter multijęzykowy, gdzie w jednym projekcie pojawiają się teksty w wielu językach. Nie wynika to z chęci zdobycia popularności, zrozumienia czy dotarcia do konkretnych osób, a raczej jest wynikiem naszych poszukiwań, kontekstów, idei, i tak dalej. Wśród kilkunastu wykonawców z Polski znaleźliście się na kompilacji Chaosmos.pl, dołączonej do albumu o tym samym tytule (wyd. Okultura). Czy oznacza to, że postrzegacie Christblood, jako zdeklarowany zespół okultystyczny? Nie chcemy deklarować się i ograniczać do jakiś ścisłych określeń. Jak wiadomo, od początku Christblood inspirował się zarówno okultyzmem jak i gnozą, a także rozmaitymi kontekstami literackimi oraz wieloma innymi tematami. Nie uważam jednak żeby miało to coś wspólnego z deklarowaniem konkretnej filozofii. Inspirują nas rzeczy w danym momencie dla nas istotne i interesujące, ale mamy też świadomość, że może to być naprawdę różna materia. Na przestrzeni kilkunastu lat waszej działalności mieliście okazję obserwować zmiany, jakie zachodziły na rodzimej scenie okołoindustrialnej, gotyckiej, niezależnej. Jak z perspektywy czasu oceniasz to, co miało miejsce na początku waszej drogi artystycznej, a jak wygląda to dzisiaj? Czy jest łatwiej czy trudniej istnieć w takich realiach? Jak oceniasz kondycję polskich zespołów, labeli, organizatorów festiwali i tak dalej? Jest oczywiście inaczej, zaszły pewne zmiany, bo świat nie stoi w miejscu. Obecnie zdecydowanie łatwiej jest. wydać płytę, ale jednocześnie zdecydowanie mniej osób jest zainteresowanych jej zakupem. Pozytywną stroną tych zmian jest internet, dzięki któremu każdy może sam wypuścić w świat swoje produkcje. Jest natomiast niewiele pism, jeszcze mniej audycji radiowych i telewizyjnych, które byłyby zainteresowane czymś, czego nie da się przeliczyć na liczbę sprzedanych egzemplarzy, procent słuchaczy, na wyniki oglądalności. Ale wracając do pytania, uważam, że kondycja zespołów, labeli, festiwali mimo niesprzyjających okoliczności, nie jest zła. Dzięki panującej sytuacji robi się miejsce dla szczerych, prawdziwych i nieskażonych działań. Jesteście organizatorami Festiwalu Intermediale, który cały czas trzyma wysoki poziom. Przypuszczam, że organizacja takiej imprezy to niełatwa praca. Czy myślicie już jego kontynuacji, o kolejnej edycji? Czy możesz zdradzić już jakieś szczegóły? Przez cały rok myślimy nie tyle o kolejnej, ile o kolejnych edycjach. Organizacja takiego festiwalu przy znikomym i nieregularnym budżecie, kiedy do końca nie wiesz, czym dysponujesz, nie jest jednak rzeczą łatwą. Najważniejszym elementem Intermediale jest dla nas program i dobór artystów. Przy tegorocznej edycji jest chyba jeszcze trudniej niż w zeszłym roku. Znamy już termin, 7–9 października. Bieżące informacje pojawią się w internecie. Dziękuję za odpowiedzi i poświęcony czas dla magazynu „Przesilenie”. Czekamy na nowy album i jeszcze więcej tak samo dobrych koncertów. Dziękuję. 41 Kostką i myszką Wiedźmin 2: Zabójcy królów Wyjęta z sagi Sapkowskiego postać Wiedźmina stała się swego czasu obciachowa za sprawą filmowej adaptacji. Wiedźmin Żebrowski śmieszył, pomalowane na zielono twarze driad śmieszyły, komputerowy smok śmieszył, Jaskier– Zamachowski natomiast nie śmieszył i chyba tylko piersi Wolszczak się w tej polskiej superprodukcji udały. Trudno było zatem oczekiwać, że wydana sześć lat później gra nie będzie z tą katastrofą kinematografii automatycznie kojarzona. Jakże się wszyscy zdziwiliśmy, kiedy komputerowy „Wiedźmin” zaczął zbierać bardzo pozytywne recenzje, tytuły „Gry roku 2007” w wielu branżowych serwisach i czasopismach, przede wszystkim światowych. Nikt nie spodziewał się hitu, a tu proszę bardzo – wszystkich urzekło brutalne i do cna słowiańskie uniwersum, zawiła intryga, brak jednoznacznie określonego dobra i zła, a także możliwość dokonywania wyborów, które przynosiły odczuwalne konsekwencje w grze. Jeśli do tego wszystkiego dodamy dynamiczną walkę, ciekawy system rozwoju postaci, ładne krajobrazy i oczywiście trochę golizny, to nagle oczywistym staje się fakt, że nie mamy się czego wstydzić i że stworzyliśmy produkt światowy. Kiedy więc CD–Projekt, producent, ogłosił oficjalnie pracę nad drugą częścią gry, można było spodziewać się hitu, a cały świat patrzył nam na ręce. Kampania reklamowa i PR’owa była przeprowadzona należycie, nie licząc wpadek związanych z opóźnioną premierą gry. Czy „Wiedźmin 2” spełnił pokładane w nim oczekiwania? Z całą pewnością. Co natomiast zostało zmienione w stosunku do oryginału? Dużo, nie licząc na szczęście świata, intryg i wspominanych już znaczących wyborów. No właśnie, od tych wyborów zależy nie tylko nastawienie do nas różnych postaci, ale sam przebieg gry (Akt 2 z trzech, w zależności od wyboru podjętego wcześniej, dzieje się w dwóch różnych miejscach i ma zupełnie inny przebieg), a także jej zakończenie (jak zapewniają twórcy – zakończeń jest aż 16, choć w rzeczywistości są to tylko warianty jednej wersji). To właśnie dlatego twórcy określają grę mianem „nieliniowej” i to właśnie dlatego przy jednokrotnym przejściu jest krótsza od swojej poprzedniczki. Po prostu za jednym razem nie jesteśmy w stanie odkryć wszystkich zadań, nagród, dialogów, bo wiele z nich wzajemnie się wyklucza. Wpływa to pozytywnie na świadomość, że nie jesteśmy prowadzeni za rączkę, ale z drugiej stro42 ny wywołuje frustracje, że coś może nas ominąć. I to czasem z powodu jednej źle wybranej linijki dialogu. Walka, nieodłączny element wiedźmińskiego fachu, została nieco przemodelowana. Nie wgłębiając się w szczegóły, stała się trudniejsza. Tym razem nie jesteśmy już pancerni, wbiegnięcie w grupę wrogów i wciskanie lewego przycisku myszy na oślep oznacza śmierć. Trzeba kombinować. W „jedynce” cały dodatkowy oręż, tj. petardy, pułapki, eliksiry czy Znaki (dla niewtajemniczonych: wiedźmińska magia) stanowiły tylko dodatek, czasem niepotrzebne udziwnienie. Teraz są niezbędne, by przeżyć. Oczywiście pod koniec gry i tak zabijanie przychodzi nam zbyt łatwo, ale jednak cały czas trzeba uważać. Można przeżyć szok na samym początku, kiedy w Prologu, bez żadnych wstępów, zostajemy wrzuceni w wir walki, a po chwili grania znamy już na pamięć ekran śmierci i wczytywania ostatniego save’a. Jak więc rozwija się nasz Geralt w ciągu gry? Mamy do dyspozycji cztery drzewka talentów, z czego jedno jest obowiązkowe, bo uczy podstawowych zdolności. Później możemy wybrać, czy chcemy stworzyć Wiedźmina–maga (operującego wspomnianymi wcześniej Znakami), Wiedźmina–alchemika (dobrze radzącego sobie z eliksirami, pułapkami i petardami), czy po prostu po–bożemu– Wiedźmina, czyli szybkiego i wytrzymałego zabójcę potworów i złych ludzi (złych, czyli takich, którzy znajdą się po niewłaściwej stronie miecza). Co poziom doświadczenia mamy do przydzielenia jeden punkt talentu. Co ciekawe, doświadczenie zdobywane standardowo, czyli poprzez zabijanie potworów, jest znikome, żeby nie powiedzieć, że zupeł- nie pomijalne. Prowadzi to do sytuacji, że chcemy czy nie chcemy, kończymy grę na 35. poziomie doświadczenia. No dobra, jak się postaramy, to i do 35. nie dojdziemy, ale musi się nam mocno spieszyć. Twórcy gry postawili ewidentnie na warstwę fabularną, nasza postać rozwija się wraz z rozwojem historii, podobnie jak jej ekwipunek. Jeśli czujemy, że przydałaby się nam lepsza zbroja czy miecze (stalowy na ludzi, srebrny na potwory), wystarczy, abyśmy zamiast skupić się na ich szukaniu, skupili się na wykonywaniu zadań fabularnych, a wtedy na pewno będą nam one dane. To nie jest hack’n’slash, gdzie dobre wyposażenie musimy sobie wyklikać zabijając rzesze potworów. Za to z potworów możemy pozyskać aż w nadmiarze wszelkiego rodzaju składniki. Z nich z kolei możemy stworzyć eliksiry, petardy, pułapki czy nawet zbroje i miecze. Potrzebna będzie tylko wiedza i umiejętność – tę pierwszą znajdziemy w formie przepisu, tę drugą zaś mamy tylko w zakresie eliksirów i petard. Resztą zajmują się za nas rzemieślnicy spotykani w miastach. No dobrze, dość o mechanice. Fani papierowego Wiedźmina z pewnością cenią sobie specyficzny humor Sapkowskiego, raz przaśny i rubaszny, raz cyniczny, z całą pewnością jednak swojski i taki „nasz”. Obie części gry pod tym względem trzymają poziom, choć w najnowszej odsłonie przydałoby się więcej „złotych myśli” Zoltana czy kąśliwych komentarzy Triss. Podobnie zdecydowanie mniej jest seksu i okazji do niego. Nie brakuje natomiast „kurwich synów”, „chędożenia” i „rzyci”. I dziwie się szczerze, że niektórym to przeszkadza, bo przecież nikt nie twierdzi, że kiedyś waćpanny i szlachetni mężowie jeno pięknym językiem prawili, od wszeteczeństw stroniąc łąki pełne kwiecia przemierzali, a nocami skąpani w blasku księżycowym... Ok, ok, dość, już mi niedobrze. Na zakończenie wypada przypomnieć jeden ciekawy incydent związany z „Wiedźminem 2” i polityką. I nie chodzi o żarty z „rzyci(a) prezydenta”, a przynajmniej nie naszego. Otóż na zakończenie ostatniej wizyty Barracka Obamy w Polsce nasz premier obdarował go nie kiełbasą, nie fragmentem Tupolewa i nie figurką Jana Pawła II, tylko jednym z egzemplarzy edycji kolekcjonerskiej gry. Świadczy to chyba najdobitniej, że uczyniliśmy z poczciwego Geralta nasz towar eksportowy. Czego chyba jednak o wyrenderowanej Triss na okładce polskiej edycji Playboya raczej powiedzieć nie można... Kostką i myszką Zombiaki Łukasz Miernik „Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie”, jak mawiali starożytni mędrcy. Nieumarli od zarania dziejów byli dyskryminowani i poniżani przez żyjących. Ostatnio doszło nawet do tego, że wegetariańskie lobby odmawia im podstawowego prawa do posiłku. Ale to wszystko się zmieni, wkrótce się zmieni. Jak to zwykle w Polsce bywa, nie wiadomo dokładnie skąd i dlaczego, ale jedno jest pewne. Oni nadchodzą... a jeśli przypadkiem masz na imię Barbara, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że konkretnie po to, aby cię dopaść. Portalowe „Zombiaki” doczekały się właśnie trzeciej poprawionej edycji. Liczba wydań, powstały rok temu sequel „Zombiaki II: atak na Moskwę” i status „pierwszej polskiej karcianki wydanej na zachodzie” chyba najlepiej świadczą o jej popularności. Główne zmiany to większy, zestandaryzowany rozmiar kart, umożliwiający zamieszczenie na nich opisu ich działania. Miniaturowe karty drugiej edycji posiadały jedynie grafikę i symbole, a wszystkie zasady opisane były wyłącznie w instrukcji, co trochę utrudniało grę początkującym. Zaletą tego była jednak możliwość rozegrania szybkiej partii choćby na stoliku w przedziale PKP, o czym teraz można zapomnieć. Obecna kompatybilność z „Zombiakami II” umożliwiająca za to granie w czwórkę przy pomocy połączonych talii rekompensuje trochę tę niedogodność. Większe, wyraźniejsze i jeszcze ładniejsze ilustracje cieszą oko, a bardziej przejrzyste reguły pozwalają uniknąć kłótni. Czym jest jednak sama gra? Pozwól, że będę się zwracał do Ciebie jako przedstawiciela właściwej z dostępnych stron konfliktu – nas, ludzi. Rolę zdrajcy stojącego po stronie nieumarłych powierzymy fikcyjnemu, podłemu Graczowi. Zestaw składa się z dwóch talii, po jednej dla każdej ze wspomnianych stron. Pole gry stanowią trzy sąsiadujące ulice, podzielone wzdłuż na przecznice i łączące Cmentarz zombiaków z Barykadami ludzi. Co turę wystawiani przez zdradzieckiego Gracza nieumarli powooooli kroczą z Cmentarza w stronę swego potencjalnego źródła żywności, przesuwając się o kolejne przecznice w stronę Barykad. Jeśli opóźnisz ich marsz aż do nastania (dociągnięcia ostatniej karty) świtu, jesteś bezpieczny. Jeśli choć jeden zombie dotrze niepowstrzymany, wszyscy zginiemy. Cel jest w zasadzie wspólny: mózg. Albo ty rozwalisz ich, albo oni zjedzą twój. Do dyspozycji masz m.in. pistolety, karabiny, minę, granat, prąd, miotacz ognia i płonącą ropę – podstawowy zestaw każdego postapokaliptycznego survivalowca. Oprócz eksterminacji zombiaków możesz też opóźniać ich marsz rażącymi reflektorami, siecią, zaporami i murami. Po prostu musisz zrobić co w Twojej mocy, żeby Cię nie dorwali. Siły nieumarłych również wspomagają się rozmaitymi sztuczkami w swojej kolejce do mięsnego. Oprócz ciągłego nasyłania kolejnych gnijących hord, wyganiają psy, rzucają się do przodu w opętańczym szale, niszczą Twoje zapory i uzbrojenie, wzbudzają postrach, a nawet używają ludzi jako (nie)żywych tarcz. Walka jest więc zacięta i nie wszystkim udaje się wytrwać do świtu. Gra jest szybka, łatwa i przyjemna, z mniej więcej równym podziałem między taktykę a szczęście. Pojawiają się uparte głosy, że równowaga sił między stronami konfliktu jest zachwiana, ale żeby wykorzystać sztuczną przewagę trzeba usilnie brnąć w tępą strategię, odbierającą całą frajdę z grania. To w końcu raczej zabawny przerywnik, a nie kolekcjonerska gra turniejowa, więc nie o to tu chodzi. Potwierdza to rewelacyjna komiksowa grafika zdobiąca karty, zabawne opisy i jajcarskie cytaty, a przede wszystkim sama idea. Za niewielką cenę możecie mieć więc doskonałą „casualową” grę „z klimatem”, która zapewni Wam „lata rozrywki”. Jeśli przekonała się do niej moja nieprzepadająca za zwłokami dziewczyna, to chyba też dacie radę. Czy jesteś Nemi? Joanna Bernard – Czy jesteś Nemi? – trzydziestosześcioletnia Lise Myhre, autorka komiksów i rysowniczka, słyszy to pytanie nader często, a jej odpowiedź zawsze brzmi: nie. I chociaż wydaje się czasem poirytowana, wielu fanów Nemi zrozumie, co się za nim kryje. Mamy nadzieję usłyszeć „Tak”, bo przecież tak bardzo chcielibyśmy poznać Nemi Montoyę we własnej osobie. Mieszkanka Oslo, w wieku „gdzieś między dwudziestką a trzydziestką”, gotka, wegetarianka i przeciwniczka futer, niepoprawna miłośniczka smoków, czekolady i długowłosych mężczyzn – to właśnie Nemi. Pojawiła się pierwszy raz w roku 1997, w czasopiśmie komiksowym Larsons gale verden, w serii, która wtedy nazywała się „De svarte sidene” (Czarne strony). Był to dosyć mroczny, pełen czarnego humoru i cynizmu komiks o subkulturze gotów, który z czasem rozwinął się w jedną z dwóch najpopularniejszych w Norwegii serii komiksowych. Zmiana nazwy na Nemi, pojawienie się dodatkowych, powracających postaci takich jak Cyan, „normalniejsza” przyjaciółka Nemi, i wreszcie debiut Nemi jako codziennego paska komiksowego w dzienniku „Dagbladet” w 1999 stopniowo złagodziły charakter komiksu, w którym jednak nadal często podejmowane są poważne tematy. Od 2003 roku ukazuje się comiesięczne czasopismo „Nemi”, w którym goszczą także inne serie komiksowe, zaś wszystkie paski i strony komiksów o Nemi są zbierane w albumach w twardej oprawie. Do tej pory ukazało się ich sześć. Komiks jest także tłumaczony na kilka języków obcych, jednak po zamknięciu „B2B”, poza pirackimi tłumaczeniami internetowymi nie przeczytamy Nemi po polsku. Czego słucha Nemi? Odpowiedzią może być wydana w 2001 roku przez Nocturnal Art Productions składankowa płyta „Nemi – The Soundtrack”, na której znajdziemy kawałki takich zespołów jak Mayhem, Fields of the Nephilim, Red Ha- rvest, Zeromancer i Hagalaz’ Runedance . Nie zabrakło również Lamented Souls, zespołu męża rysowniczki. W codziennych komiksach, czasopiśmie i w książkowych albumach bohaterka wyraża sympatię m.in. dla Edgara Allana Poe, J.R.R. Tolkiena, Tori Amos, Johnny’ego Deppa, W.A.S.P., Black Sabbath oraz… Legolasa, gry The Legend of Zelda, jednorożców i smoków. Niesamowita mieszanka cynizmu z dziecięcą naiwnością, jaką uosabia ta dziewczyna, stoi za szaloną popularnością Nemi w Norwegii, ale także w Anglii, Finlandii i Szwecji. To właśnie dzięki temu stała się ona symbolem dla tych wszystkich, którzy czasem czują się w swym otoczeniu po prostu nie na miejscu, którzy nie chcą dorosnąć i ze zdumieniem obserwują ludzi wokół. I chociaż na pytanie „czy jesteś Nemi?” większość jej fanów odpowie tak jak autorka: „nie”, to jednak szalejemy za nią. Bo każdy z nas czasem rozgląda się ze zdumieniem i myśli sobie, że świat wokół zwariował. 43 44 Nemi(c)Lise Myhre/[email protected] Co się dzieje na filmie, gdy kamera przenosi się na kominek? Fumetti Neri Seks i zero sensu Oktawian Mrowiński i Jakub Skowroński Fumetti Neri to włoski folklor. Jego francuski odpowiednik to Elvifrance, bliźniacze zjawisko o nieco innej tonacji. Włosi są bardziej macho. Po wygranej walce gladiator oblegany był przez tłum wielbicielek, które starały się z oblepionego krwią torsu zebrać krople potu. Ten pot był oczywiście afrodyzjakiem. Nic więc dziwnego, że włoskie komiksy erotyczne, bo tym właśnie są Fumetti Neri, starają się stworzyć atmosferę przepełnioną nutką zniewalającego piżma. Jeśli ktoś kojarzy postać Punishera, a to chyba najbardziej popularny włoski macho, życie seksualne Franka Castle musi wyglądać właśnie w ten sposób. Francuzi są oczywiście dekadenccy. W ich fantazjach czarna magia otwiera wrota do wymiarów przepełnionych perwersją. Postać Pinheada z serii „Hellraiser” to naturalnie Francuz. Elvifrance pobrzmiewa więc zawsze krzykiem rozkoszy i bólu, brzękiem kajdan, zmysłowym skrzypieniem skórzanych rękawiczek i przecinającym odgłosem pejcza. To zupełnie naturalne. Ostatecznie jednak są to komiksy o określonym charakterze. Ten charakter jest niesamowicie specyficzny, co ciekawe, pomimo swojej kiczowatości, w zasadzie nie do podrobienia. Początek to komiksy Diabolik, który jest śmielszą wersją opowieści o Fantomasie. Z racji tradycji, zamaskowani bohaterowie w stylu Fantomasa będą już na stałe swawolić na kartach tych komiksów. Powstaje rynkowa forma, która gwałtownie zostanie wykorzystana. Zaczynają się wylewać całe tony szmatławych historii ociekających brudem. Szybko pojawia się też specjalizacja i specyficzne podgrupy. Technicznie są to małe książeczki, łatwe do schowania w tylnej kieszeni spodni. Zawsze zdobione kolorowymi okładkami, których krzykliwa treść obiecuje niesamowitą fabułę. Już one same są zjawiskiem. Recepta jest prosta. Przerysowana ze zdjęcia postać kobiety, koniecznie w pozie wyrażają- cej absolutne oddanie, na tle niedającej się opisać przemocy. Dzisiejsi fanatycy potrafią znaleźć zdjęcia, które były pierwowzorem powstania konkretnej nimfomanki, której imię w rodzaju Barbarella, Maghella lub Lucyfera jest najczęściej zarazem tytułem serii, bądź konkretnego zeszytu. Wzorce, które przenoszone na karty komiksu stają się jeszcze bardziej atrakcyjne seksualnie i uległe, to modelki lub gwiazdy filmowe. Tutaj uwypukla się charakterystyczna cecha dla Fumetti Neri. Nigdy nie tworzą one wartości samej w sobie, są jedynie krzywym zwierciadłem fenomenów obecnych w kulturze masowej, przesuwają jedynie granicę o jeden krok dalej. Pokazują umęczonemu obietnicami odbiorcy co działo się w scenie w filmie, gdy kamera pokazywała kominek. Często Fumetti Neri są atakowane za uprzedmiotowienie kobiet. Przedstawia się je jako komiksy o gwałcie. Ciężko tu jednak winić same komiksy. To wzorce obecne w samej kulturze tworzą właśnie takie postawy, Fumetti Neri są jedynie niezamierzoną karykaturą, która rozdmuchuje konsumpcyjny styl życia, kreowany przez reklamy i filmy. Sama treść komiksów to ciąg absurdalnych pomysłów, w których całkowicie uwolniona zostaje chora wyobraźnia. Nie ma żadnych reguł, żadnej logiki, cienia litości dla realizmu. Konwencje ulegają rozlaniu, znikają wszelkie granice. Roboty walczą z gangsterami przy pomocy czarnej magii, kobietom wyrastają penisy, wilkołaki gwałcą wampirzyce, zasysa nas wir szaleństwa. Ego twórców wylewa się na nas razem z odcinanymi kończynami i wyprutymi trzewiami. Sadomasochizm uzbrojony w okultyzm, szaleni naukowcy i nimfomanki z odległych galaktyk. Totalny debilizm pozbawiony wrażliwości i najmniejszego cienia kontaktu z rzeczywistością. Wolność doskonała – narkotyczna wizja wykolejonego emocjonalnie seksoholika to jest to, co dostajemy na około stu stronach papieru kiepskiej jakości. Tutaj rodzi się pytanie: po co ludzie to kupują? Odpowiedzi jest kilka. Na pewno atutem tych historyjek jest to, że są tak fajnie obciachowe. Obrazek przedstawiający onanizującego się Kopciuszka na tle płonącego zamku jest zbyt zabawny, by go nie zauważyć. Ten element jest szczególnie istotny dzisiaj. Charakterystyczny ton Fumetti Neri razi po oczach. To atut na forach internetowych, dlatego maniacy prześcigają się w wynajdowaniu jak najbardziej walniętych pomysłów. W tej materii, czyli świru dla samego świru, Fumetti Neri biją na głowę nawet osławione hentai. Drugi powód to niesamowite ciepło, jakie zawarte jest na stronach tych komiksów. Uwolnione z okowów fantazje, mimo że całkowicie pokręcone, nie zostawiają w nas z jakiegoś powodu wątpliwości, że są szczere. W swojej naiwności są tak autentyczne, że nie sposób odmówić im swoistego uroku. Kobiety przedstawiane są jako zlepek gigantycznych pośladków, monstrualnych biustów i wydętych namiętnie ust. Jeśli udaje się zauważyć coś jeszcze, to tylko rozwiane w szale uniesień włosy. Tutaj boginiami są wampy w rodzaju Ursuli Anders, Brigitte Bardot czy Ornelli Mutti. Delikatna, nieco anemiczna kobiecość w stylu promowanym dzisiaj, nie ma tutaj racji bytu. Dzikie pocałunki wilkołaka wymagają dobrej kondycji ogólnej. Postacie kobiet są zawsze gotowe do pieszczot, czarownicy w szczytowej formie, a kryminaliści mają cały czas ręce umazane krwią, nie planują spisków, po prostu strzelają. Tutaj bez problemu można wyłapać, o co chodzi umęczonym duszom drobnomieszczańskich marzycieli erotomanów. Przestępcy niemyślący o pieniądzach to produkt społeczeństw bogatych. Po trzecie więc, ludziom, którzy mogą mieć wszystko, brudne historyjki przypominają, czego w zasadzie chcą. Tak, jak w epoce rozkwitu gospodarczego, przestępstwa pozwalają ludziom odzyskać własną tożsamość utraconą w dobrobycie i przesycie. Dlatego przestępcy nie kradną pieniędzy. Są po to by strzelając do kogoś, przypomnieć mu, że żyje i kim jest. Ale ostateczna odpowiedź jest bardzo prosta. Komiksy dla zboczeńców podobają się nam, bo jesteśmy zboczeńcami. 45 Troum Ścieżka do źródła wiecznej energii Jakub Skowroński Tłumaczenie: Łukasz Miernik Bremeński duet od ponad dwudziestu lat (wcześniej pod szyldem Maeror Tri) eksploruje postindustrialne i dronowe obszary muzyczne. Stefan „Baraka[H]” Knappe i Martin „GLIT[s]CH” Gitschel za cel stawiają sobie uzyskanie stanu sennej hipnozy, podczas której słuchacze mogą zbliżyć się do sedna swojej egzystencji. Ten wewnętrzny zew słyszą też sami artyści, którzy przyznają, że często tracą kontrolę nad instrumentarium, które zdaje się samoistnie generować podświadomy przekaz. Witajcie w krainie snu. Dla tych, którzy nie znają waszej twórczości – czym jest Troum? Troum jest akustycznym przetworzeniem nieświadomej materii. Troum jest nieskończoną spiralą w głębi twego serca, która nie ma początku ani końca. Troum to także projekt przestrzeni i, jak sama nazwa wskazuje, senny mariaż. Jak oceniacie przeszłość, teraźniejszość i najbardziej uchwytną przyszłość Troum? Nie wiem, co dokładnie masz na myśli przez „senny mariaż”, ale brzmi to bardzo dobrze! Trudne pytanie. Zawsze cieszyliśmy się, że możemy tworzyć „naszą” muzykę, a nawet znalazły się osoby, które chciały tego słuchać. Troum nie jest jednak tylko odzwierciedleniem naszych umiejętności muzycznych. Pokazuje też rozwój naszych umysłów i świadomości na przestrzeni lat. Ta muzyka to nie „po prostu muzyka”, to obraz naszego życia. Dla nas minione rozkwitanie Troum to fenomen, teraźniejszość to magia, a przyszłość to wizje przepełnione pomysłami na nowe projekty! Niedawno w Polsce ukazała się reedycja waszego albumu „Seeing-Ear Gods”, wydanego pierwotnie w niskim nakładzie. Jak doszło do tej współpracy z polskim wydawcą? Wytwórnia Zoharum już wcześniej wydała reedycję naszego rzadkiego materiału „Autopoiesis” na płycie CD i ta współpraca była bardzo owocna. 46 Po prostu znali naszą muzykę od dłuższego czasu, a któregoś dnia odezwali się do nas i zaproponowali ten układ. Michał z Zoharum zorganizował też dla nas wspaniały koncert w Gdańsku, w styczniu tego roku. Także w Gdańsku graliście również swój pierwszy koncert w Polsce, w 1999 roku. W 1999 roku była to zupełnie inna sytuacja, Gdańsk wydawał się wtedy być całkowicie innym miastem. Może wpływ na te wspomnienia miało też miejsce samego koncertu, stary kościół św. Jana, oraz fakt, że był on organizowany przez inne osoby. Troum był wtedy jeszcze młodym projektem. Zupełną nowością było dla nas granie w Europie Wschodniej, a podróżowanie było prawdziwą przygodą. Ci ludzie, tak jak wszystko w tamtych czasach, byli bardziej alternatywni i undergroundowi. Wracając do nowych wydawnictw, warto wspomnieć o splicie z Nadją, który uplasował się wysoko w moim osobistym rankingu waszych płyt. Zachwycony jestem także graficzną stroną tego wydawnictwa, M. Łojek wykonał genialną pracę. Opowiedzcie jak wyglądał proces powstawania tego projektu. Dziękujemy za miłe słowa. Znamy Aidana i Leah z Nadji już od długiego Wasza dyskografia jest dość pokaźna. Nie odczuwacie wyeksploatowania materii? Jaka koncepcja towarzyszy tworzeniu waszej muzyki? Nie, nie czujemy żadnej pustki, im dłużej się w to zagłębiamy, tym więcej mamy pomysłów! No, może nie zawsze...ale pustkę czujemy właśnie podczas zbyt długiej przerwy od tworzenia dźwięków. Można powiedzieć, że poszukujemy w sobie „niezniszczalnego rdzenia”, rodzaju wiecznej energii, która być może spoczywa wewnątrz wszystkich żyjących istot. Czegoś, do czego nie zbliżysz się poprzez słowa lub myślenie, ale co możesz wyrazić muzyką. Jest to nieopisany, niewypowiedziany obszar umysłu... prawdziwa tajemnica i skarb ukryty głęboko wewnątrz nas samych. Nasza muzyka z założenia powinna być transformacją tej energii. Nie boimy się zatem, że kiedykolwiek wypalą nam się pomysły, bo tak naprawdę nigdy nie dotrzemy do tego „źródła”. Można go dotknąć, ale nigdy się go nie złapie. Z każdym kolejnym pomysłem, instrumentem lub dźwiękiem wkraczamy na inną ścieżkę prowadzącą w okolice „sedna” i możemy je na chwilę odwiedzić. A ponieważ jesteśmy od tego uzależnieni, często wyruszamy na wyprawę i poszukujemy szlaków wiodących do tych uczuć. Troum nie jest jedynie odzwierciedleniem naszych umiejętności muzycznych, ale pokazuje też rozwój naszych umysłów i świadomości na przestrzeni lat. czasu i nawet zagraliśmy razem kilka koncertów. Kiedy występowali w Bremen, zatrzymali się w naszych mieszkaniach, więc mieliśmy okazję i trochę czasu na spontaniczne improwizacje i nagrania. W ogóle nie mieliśmy na to jakiegokolwiek pomysłu, a wszystko nagraliśmy w moim salonie! Niesamowity efekt końcowy przerósł wszelkie oczekiwania i zaskoczył każdego z nas. W zasadzie powinniśmy się tego spodziewać, bo Aidan jest geniuszem i wszystko czego dotknie zamienia się w złoto. Na ile ta twórczość jest improwizacją, a na ile „zapisem nutowym”? W zasadzie to połączenie jednego i drugiego, ale w większej mierze „komponujemy”. Sama improwizacja nigdy nie wystarcza. Naprawdę wyrafinowane kompozycje wymagają mnóstwa czasu. Można to wszystko chyba ustawić jakoś w szeregu. Zaczyna się zwykle od idei przewodniej albo jakiegoś dźwięku i pomysłu, co z nim zrobić. To coś w stylu komponowania. Potem, kiedy próbujesz to wszystko nagrać, nagle okazuje się, że całość brzmi zupełnie inaczej niż wi- Fot. archiwum zespołu Jako jedni z pierwszych projektów około darkambientowych, zaczęliście wykorzystywać żywe instrumenty, aby uzyskać bardziej organiczne brzmienie. Jakie instrumentarium charakteryzuje Troum i z jakiego najczęściej korzystacie? Nie jesteśmy aż tacy pewni, czy zaliczamy się do pionierów wykorzystywania akustycznego instrumentarium podczas koncertów. Tak naprawdę nie postrzegamy naszej muzyki jako „dark ambient”, a samo użycie instrumentów od zawsze, od dawnych czasów Maeror TRI, było dla nas koniecznością. To sprawiało, że występ był interesujący zarówno dla nas, jak i publiczności. Mamy też mnóstwo wariacji zastosowania instrumentów, choć korzystamy także z gotowego podkładu. Ostatnio używamy na scenie dwóch akordeonów, własnoręcznie zbudowanych metalowych skrzypiec, „Instrumentum Primitivum”, harmonijki ustnej, cytry i melodyki. Często korzystamy też z gitar, zarówno akustycznych jak i elektrycznych, i instrumentów dętych, piszczałek, gwizdków, tub. Wkrótce chcemy wprowadzić prawdziwą wiolonczelę. Wracając do kwestii scenicznej elastyczności, chyba wszystkie istniejące zespoły muszą w pewien sposób przygotować swój materiał przed koncertem. Wolność interpretacji lub czystej improwizacji brzmienia i wykorzystania wszystkich dostępnych źródeł dźwięku, a nie jedynie melodii jak w jazzie, jest niemożliwa i raczej bezcelowa. To, co wychodzi z takiego grania nie posiada zwykle duszy, nie opowiada żadnej historii i jest pozbawiane jakichkolwiek uczuć. Oczywiście to wyłącznie nasz pogląd. Pytanie być może prozaiczne, ale zawsze mnie to ciekawiło, z kim chcielibyście zagrać koncert lub nagrać album? Ok, czyli odpowiedź może być nierealna? Chcielibyśmy zagrać z Zoviet France około 1983 roku, tuż po nagraniu „Mohnomishe”! Poza tym, w zasadzie zrealizowaliśmy już jedno z naszych największych marzeń, którym jest album z Martynem Batesem. Jesteście doświadczonymi artystami, co poza Troum zajmuje wasz czas? Uprawiacie jakieś inne formy sztuki, czy przyziemność na to nie pozwala? Interesujemy się rozmaitymi formami muzyki i sztuki, zwłaszcza surrealizmem. Martin lubi historię, a Stefan politykę, architekturę, psychologię, socjologię i psychoanalizę. Pracujecie nad czymś aktualnie, czy po prostu odpoczywacie? W pierwszej połowie roku zagraliśmy mnóstwo koncertów, przynajmniej jak na nasze standardy, bo nie możemy sobie pozwolić na zbyt częste występy. Na razie mamy więc przerwę w graniu, aż do festiwalu PHOBOS III w Niemczech w październiku. Właśnie skończyliśmy nagrywać nowy album „Grote Mandrenke”, który prawdopodobnie wyjdzie w przyszłym roku w amerykańskiej wytwórni Beta–lactam Ring Records. Obecnie pracujemy nad wieloma kooperacjami, tworząc z takimi projektami jak Voice Of Eye, Aidan Baker, Raison D’Etre czy Dead Voices On Air. Nemi(c)Lise Myhre/[email protected] zja, którą miałeś w swojej głowie. Wtedy do gry wkracza właśnie tajemniczość i nieprzewidywalność. Od tego momentu próbujesz znowu odzyskać kontrolę, ale z każdym nowym dźwiękiem, delikatnym przekręceniem gałki albo dotknięciem jakiegoś przycisku, muzyka staje się coraz bardziej zagadkowa. Czasami posuwa się to do tego stopnia, że na końcu zadajemy sobie pytanie, czy to aby rzeczywiście my stworzyliśmy ten utwór? 47 Historie The Cuts bez happy-endu Wojciech Wawrzak Na koncie dwa albumy studyjne, liczne koncerty przed mniejszą i większą publicznością, występy na festiwalach w Sopocie i Opolu oraz przebój „Pokój na jedną noc”. Przed wami zespół The Cuts i rozmowa z wokalistą Przemkiem Zdunkiem. Brzmi jak zapowiedź w jednej z komercyjnych stacji radiowych? Nie obawiajcie się. Pozwolę sobie rozpocząć od pytania w nawiązaniu do tytułu ostatniego albumu The Cuts. Czy ten nasz świat jest rzeczywiście taki czarny? Niestety, coraz bardziej czarny, a przynajmniej szary i ponury. Mimo wszystko w tym czarnym świecie staramy się znaleźć trochę kolorów. Skąd ta ponura wizja rzeczywistości? Czym ją uzasadnisz? No i tych kolorów na waszych płytach raczej niewiele. Może taka nasza natura, że robimy smutne piosenki. Lubimy molowe skale i historie bez happy-endu. To, co widać za oknem, w gazetach, w internecie i telewizji, nie napawa jakimś szczególnym optymizmem. Z jednej strony irytujące zabawy naszych polityków, wszechobecne tańce i śpiewy szemranych „gwiazd”, a z drugiej wojny i klęski żywiołowe. Do abonamentów telewizyjnych powinni dorzucać żyletki. Czy electro-rock to nadal dobre określenie muzyki The Cuts? Na „Czarnym świecie” tego rocka jest już bardzo mało. Rzeczywiście rocka w naszej muzyce coraz mniej. Ostatnio jest to raczej electro z domieszką gitar. Mówiąc o nas ludzie często nawiązują też do new romantic, new wave i lat 80. XX w. No i trudno wyobrazić sobie prawdziwego rocka bez żywej perkusji, której tym razem zabrakło. Nam nie zabrakło. Wcześniej raczej nam po prostu przeszkadzała. Nie chcemy grać rocka i go nie gramy. Przeszkadzała? Tak, już na pierwszej płycie nagrywaliśmy żywą perkusję, a potem podkłada48 liśmy w jej miejsce brzmienia syntetyczne, które bardziej nam odpowiadały. W końcu stwierdziliśmy, że nagrywanie żywych bębnów, które w efekcie i tak zamieniamy na elektroniczne, to zwyczajna strata czasu. W dodatku jakoś nie mieliśmy szczęścia do perkusistów. Wspomniałeś o określaniu The Cuts jako new romantic. Czym dla was jest new romantic? Jednym z wielu haseł na określenie tego, co gramy. Ale przede wszystkim miłym skojarzeniem z beztroskimi muzycznie latami 80. XX w.Zbyt mocno nie przywiązywałbym uwagi do terminu new romantic na określenie naszej muzyki. Mimo wszystko gramy trochę mocniej. No i nowocześniej. Z pewnością. Odnoszę wrażenie, że nie należycie do grona zagorzałych oldschoolowców. Cenicie sobie nowoczesność? To wrażenie jest dość mylne. Staramy się podchodzić do muzyki nowocześnie, ale używamy wielu oldschoolowych brzmień. Mam na myśli przede wszystkim analogowe syntezatory, brzmienia perkusyjne starych automatów, lampowe wzmacniacze gitarowe. Cała produkcja naszych płyt odbywa się w dużej mierze na lampowym i analogowym sprzęcie. Nie lubimy cyfrowej muzyki. Dlatego łączymy nowoczesne aranżacje z brzmieniami vintage. Co sprawiło, że to właśnie elektronika odgrywa pierwszoplanową rolę na „Czarnym świecie”? Nasze muzyczne upodobania. Ostatnio bardzo lubimy elektroniczne brzmienia. Klasyczne, gitarowe granie jakoś nam się znudziło. Za dużo tych gitar dookoła? Przesyt? A może nadchodzi czas, gdy pierwsze miejsce w szeregu należeć będzie już nie do gitar a elektroniki? Zachwyt nad możliwościami gitary we współczesnej muzyce nie jest już tak wyraźny jak kiedyś... Gitara i rockowe granie nie przeminie chyba nigdy. Słuchamy wielu typowo gitarowych zespołów. Jest wiele rockowych bandów, które zachwycają. My jednak najlepiej czujemy się w muzyce, w której gitary nie grają pierwszych skrzypiec (sic!), a raczej dodają pewnego charakteru. Muszę przyznać, że choć sam jestem zwolennikiem tradycyjnego rockowego instrumentarium, to „Czarny świat” przemawia do mnie mocniej niż „Syreny nad miastem”. Jest to materiał intensywniejszy, bardziej wyrazisty. Debiutowi brakowało wyrazu. Jakiejś kropki nad i. Było kilka naprawdę udanych numerów, ale całość wypadała trochę blado. I zabrakło jakiegoś killera, energii, kopa do przodu. Jak oceniacie ten album z perspektywy czasu? „Czarny świat” różni się od „Syren nad miastem” przede wszystkim tym, że powstał ponad rok później i nagrywaliśmy go znacznie krócej niż pierwszą płytę. Myślę, że dzięki temu jest albumem bardziej spójnym i chyba przede wszystkim dojrzalszym. Pierwsza płyta była takim wyborem najlepszych naszym zdaniem utworów spośród znacznie większej liczby piosenek, jakie powstały w ciągu ponad dwóch lat. Nie można chyba jednak powiedzieć, że naszej debiutanckiej płycie zabrakło killera. To w końcu na niej znalazł się „Pokój na jedną noc” uznawany jak dotąd za nasz największy hicior. Poza tym, to właśnie z tej płyty pochodzą takie utwory jak „Smutna dziewczyna”, „Kochać cię chcę” czy „Syreny nad miastem”. Publiczność śpiewająca te utwory z nami na koncertach może chyba świadczyć o tym, że ten album nie był taki zły. Ależ nie twierdzę, że był zły. Wręcz przeciwnie, to bardzo solidny album. Choć moim zdaniem nieco jednostajny. Wskazujesz na wiodące utwory z niego. Ale czy nie masz wrażenia, że żaden z nich nie jest w stanie zaskoczyć słuchacza, sprawić, by przetarł oczy ze zdumienia i wykrzyknął „cholera, jak oni to zrobili!?!” ? Trudno odpowiedzieć na to pytanie i nie zostać posądzonym o brak samokrytycyzmu. Uwierz jednak, że Fot. archiwum zespołu samokrytycyzmu mamy wiele, a mimo wszystko uważam, mając w pamięci komentarze po naszym występie w Opolu, że „Pokój na jedną noc” zaskoczył niejednego słuchacza. A gdybyś miał porównać pierwszy i drugi album The Cuts? Dziś wybralibyśmy pewnie drugą płytę, bo jest bliższa temu, co robimy w tej chwili. Jest zdecydowanie bardziej elektroniczna. Choć nie wyobrażam sobie koncertu bez kilku utworów z pierwszego krążka. A fani? Dostajecie od nich jakieś sygnały, co chcieliby usłyszeć na żywo, który album przemawia do nich mocniej? Zdania są podzielone. Na koncertach spotykamy się ze skrajnie odmiennymi opiniami. Część osób woli bardziej rockowe brzmienie pierwszej płyty, innym bardziej odpowiada energia drugiego albumu. Cieszy mnie jednak to, że nierzadko po koncertach ludzie chcą kupić naszą płytę i proszą o taką, żeby mieli jednocześnie na przykład „Smutną dziewczynę” i „Martwy kwiat”. Nie mają wyjścia – muszą kupić obie. I robią to chętnie. Na pierwszym albumie The Cuts odnajdziemy utwór „Linda”. Gościnnie zaśpiewała Anna Wilczyńska. Kontrast dwóch barw nadaje numerowi smaku. Takiej różnorodności wokaliz brakuje w waszej twórczości. Wydaje mi się, że w tym temacie warto byłoby popracować. A to już kwestia gustu. Niewątpliwie. Zatem wnioskuję, że jesteś absolutnie zadowolony z wokali na obu albumach zespołu? Nie chciałbyś spróbować czegoś nowego na kolejnej płycie? Pewnie, że chciałbym. Nagrywanie kolejnej płyty, takiej samej jak poprzednia, nie ma sensu. Dlatego już na albumie „Czarny świat” pojawiło się sporo chórków w wykonaniu Toma Horna. Nie wykluczam też jakiegoś śpiewającego gościa na naszej nowej płycie. Teksty utworów są punktem zapalnym większości recenzji waszego pierwszego albumu. Ich prostota, balansowanie na granicy kiczu i tandety wzbudziły ambiwalentne uczucia odbiorców. Nie wyszło? Czy właśnie tak miało być? To zależy, który tekst masz na myśli. Na przykład „Kochać cię chcę” z założenia miał być prostym, banalnym tekstem. Powstał w ciągu piętnastu minut, podczas niezłej zabawy na próbie. Trochę dla żartu, a w końcu tak zostało. Rzeczywiście jest na tej płycie kilka fraz, których dziś już bym nie napisał. Ale czy to nie powód, by pisać nowe, lepsze teksty? Nie miałem na myśli konkretnych tekstów. Bardziej chodziło mi o ogólną ich stylistykę, używane metafory, porównania, dokładne rymy. Nie będę cytował poszczególnych fraz, nie taka jest moja intencja. Po prostu odnoszę wrażenie, że teksty nie są dla The Cuts szczególnie istotne. Mylę się? Mylisz się. Teksty są ważne. Nam taka poetyka i klimat odpowiada. Rymy to zabieg celowy. Jak pewnie zauważyłeś, większość naszych tekstów jest sylabotoniczna. Dzięki temu wszystkiemu teksty są bardziej melodyjne i rytmiczne. Dla mnie to zaleta, a nie wada. My po prostu nagrywamy piosenki. Stawiacie na emocje. Uczucia dominują w waszych tekstach. Odcinacie się natomiast całkowicie od społecznego, politycznego przekazu. Z czym to się wiąże? Opowiadacie się za ideałem artysty zdystansowanego do tego rodzaju spraw? Nie zamierzamy być zespołem wojującym o równouprawnienie czy wytykającym politykom ich błędy. Mamy kilku artystów, którzy robią to bez przerwy i wystarczy. Dla nas liczy się to, żeby na koncertach była fajna energia. Czy oceniasz negatywnie takie zaangażowanie artysty w sprawy publiczne? Nie, wcale nie. Są artyści, którzy robią to doskonale. Ja jednak śpiewając o takich sprawach czułbym się nieswojo. Nie czuję się trybunem ludowym. The Cuts powołaliście do życia w 2006 roku. A zatem macie już 5 lat na karku. Na koncie dwa albumy, liczne koncerty przed mniejszą i większa publicznością, udział w ogólnopolskich festiwalach, kilka wyróżnień w kulturalnych plebiscytach. Czy to dobry wynik? Coraz częściej mówimy, że The Cuts zaczął działać na początku 2008 roku, kiedy podpisaliśmy kontrakt z wytwórnią SP Records. Wszystko to, co działo się wcześniej, miało niewiele wspólnego z tym, co było później. Tak naprawdę pod tą nazwą po raz pierwszy wystąpiliśmy w czerwcu 2008 roku. A czy to dobry wynik? Chyba całkiem niezły. Pokaż mi inny młody polski zespół, który w ciągu trzech lat zagrał tyle koncertów, który wystąpił na dwóch telewizyjnych festiwalach i to pomimo wywodzenia się z undergroundu, który wydał dwie płyty, nagrał osiem teledysków i zdobył kilka nagród. Z drugiej strony to wszystko to wciąż niewiele. Dlatego pracujemy dalej. Ja uważam, że to dobry wynik. Ale co masz na myśli mówiąc, że wasza aktywność przed 2008 rokiem miała niewiele wspólnego z późniejszą działalnością? Przede wszystkim to, że zespół grał w innym składzie. Nie było z nami Toma Horna. Grał wtedy z nami na basie Lo ze Strachów na Lachy, a na perkusji Mirek Chojnacki z Jafii Namuel. Graliśmy o wiele bardziej gitarowo. Większość z utworów, które powstały w tamtym czasie, trafiła do szuflady i nigdy później po nie nie sięgnęliśmy. Praca. Konsekwencja. Te dwa słowa wydają się Wam bardzo bliskie. Do czego dążycie? Jaki jest górny pułap Waszych oczekiwań? Trudno mówić o górnym pułapie, bo nasza sytuacja zmienia się z roku na rok. Na razie myślimy o działaniu tu, w Polsce. Właśnie zaczęliśmy nagrywać trzecią płytę i mamy w planach mnóstwo koncertów. Co będzie dalej, zobaczymy. Jeśli chodzi o waszą pozycję na rynku, to stoicie w szerokim rozkroku. Jedną nogą nadal w undergroundzie, a drugą już coraz bardziej w rynku komercyjnym. Które środowisko jest wam bliższe? Chcielibyście zrobić ten kolejny krok w stronę mainstreamu? Chcielibyśmy, pod warunkiem, że nie będzie to się wiązało ze zmianą naszego stylu i jakimiś artystycznymi ograniczeniami. Patrząc na to, co w naszym kraju nie jest undergroundem, trochę strach z niego wychodzić. Do abonamentów telewizyjnych powinni dorzucać żyletki Aż tak źle? Niestety. Moim zdaniem tych stacji radiowych i telewizyjnych, które liczą się najbardziej, po prostu nie da się słuchać i oglądać. Spójność. Rzeczownik, który bardzo trafnie opisuje waszą twórczość. Ale od spójności bardzo blisko do przewidywalności. Co zrobić, by słuchacz nie odczuwał przesytu? Poszukiwać. I my to robimy. Szukamy nowych brzmień, harmonii, rytmów. 49 Wspomniałeś wcześniej, że nagrywacie pomysły na trzecią płytę. Możesz już powiedzieć coś o ewentualnym kształcie nowego albumu? Szczególnie w kontekście tych poszukiwań. nie jest w tej sytuacji adekwatne. Tu chodzi raczej o naturalną chęć otaczania się tym, co nam znane, rodzime, bliskie. Czy jesteś stanie wyobrazić sobie polską muzykę wykonywaną wyłącznie w języku obcym? Stawiamy duży nacisk na kontakt z publicznością na koncertach, a to udaje się najlepiej, gdy śpiewam po polsku. Jeszcze trochę za wcześnie. Na razie nagraliśmy kilka nieskończonych utworów. Jak znam życie, na płytę trafi połowa z około dwudziestu piosenek. Dziś trudno powiedzieć, czy te, które już mamy, znajdą się na płycie, czy może inne pomysły będą nam się bardziej podobać. Wiadomo natomiast, że nowa płyta będzie mocno elektroniczna i że będziemy stawiać raczej na dynamiczne utwory. W jednym wywiadów powiedziałeś, że język polski średnio nadaje się do śpiewania. Dlaczego tak uważasz? Po prostu nie brzmi tak ładnie, jak angielski, czy francuski. Nie jest tak śpiewny. Narzekałeś też na panujące przekonanie o konieczności tworzenia w rodzimym języku, mówiąc, że śpiewanie po angielsku skazuje na pewną niszowość. Wydaje mi się, że operowanie pojęciem „przekonanie’’ 50 Nie. Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić i dlatego cała nasza druga płyta jest śpiewana po polsku. Podobnie na koncertach, na naszych setlistach figurują zaledwie dwie anglojęzyczne piosenki. Podczas ostatnich sześćdziesięciu koncertów publiczność wyraźnie dała nam do zrozumienia, że woli piosenki śpiewane po polsku. Stawiamy duży nacisk na kontakt z publicznością na koncertach, a to udaje się najlepiej, gdy śpiewam po polsku. Bardzo podobają mi się w waszej twórczości liczne konteksty erotyczne. Wydaje mi się, że w polskiej muzyce, jak zresztą w samym społeczeństwie, tematyka związana z seksualnością, cielesnością nadal pozostaje pewnym tematem tabu. W muzyce może jeszcze tak, ale patrząc na to, co się dzieje w telewizji i wszędzie wokół nas, chyba, niestety, ta tematyka kryje coraz mniej tajemnic. Owszem, bombarduje się nas na co dzień treściami przesyconymi erotyką. Ale to chyba takie łamanie tabu wbrew społecznym przekonaniom, a może nawet bardziej szokowanie widza, potencjalnego klienta etc. Czy rzeczywiście jesteśmy tak otwarci w sprawach cielesności? Kolejne badania pokazują, że nadal mamy problemy z otwartą rozmową na te tematy. No właśnie wydaje mi się, że obecnie widza szokuje coraz mniej, a przekraczanie kiedyś nieprzekraczalnych granic jest na porządku dziennym. Ja wychowałem się na MTV z lat 90. XX w. Wtedy liczyła się przede wszystkim muzyka, a właściwie tylko muzyka. Dzisiaj do teoretycznie muzycznego programu możesz wysłać sms i otrzymać odpowiedź, w jakiej pozycji masz się kochać. Recenzenci od zawsze prześcigają się w szukaniu podobieństw. A ja na koniec zapytam przewrotnie – do kogo można was porównać? Słyszeliśmy już o wielu podobieństwach. Nierzadko były one dla nas sporym zaskoczeniem. Kilka nazw słyszeliśmy nawet pierwszy raz w życiu. W naszej muzyce można usłyszeć elementy podobne do rozmaitych zespołów. Prawda jest jednak taka, że każde porównanie więcej mówi o jego autorze, niż o samym zespole. Wave Gotik Treffen XX 09–13 czerwca 2011 Lipsk, Niemcy Łukasz Miernik, Selena Pokitko Zamknij oczy, rozluźnij się. Przypomnij sobie sielankową atmosferę corocznego pobytu w Bolkowie. Tłumy ubranych na czarno ludzi, nieskrępowane paradowanie w rozmaitych dziwacznych strojach, mroczne gadżety i fantazyjne makijaże, swobodne picie w miejscach publicznych, tańce, śpiewy, zabawa, raj... tzn. piekło na ziemi. Teraz pomyśl o powiększeniu tego całego gotyckiego mikroświata do rozmiaru Gdańska czy Poznania. Wyobraź sobie nie małe monopolowe sklepiki, a całe markety pełne ubranych na czarno ludzi. Gotów, którzy zamiast przechadzać się rynkiem, tłoczą się w tramwajach niczym czarne sardynki. Ba, festiwal posiada nawet własną linię tramwajową, uruchamianą na czas jego trwania! Tylko spokojnie, oddychaj głęboko. Wdech, wydech, bardzo dobrze. Policz do sześciu, sześciu, sześciu. Znajdujesz się w Lipsku, a trwa właśnie XX edycja największego mrocznego spędu w tej części świata - Wave Gotik Treffen. Ciężko jednym tchem wymienić, co oferuje festiwal. Bogactwo atrakcji zawiera bowiem wszystko, czego upadła dusza zapragnie – od projekcji filmowych i sztuk teatralnych, muzyki organowej i opery, mniej i bardziej naukowych wykładów, wystaw w galeriach, po spotkania z artystami, stanowiska z autografami i przedpremierowe odsłuchy płyt. Jest też cała średniowieczna wioska z folkową sceną i pitnym miodem w pucharach, wiktoriańskie romantycznosteampunkowe pikniki, fetyszystyczne potańcówki z ostrą selekcją, absyntowe śniadania i wszelkiej maści spontaniczne happeningi. Ciągle przeplatają się bowiem jakieś grupki młodzieży, ćwiczącej industrial dance w każdym możliwym miejscu, atakujące znienacka bumboksy z pijackimi niemieckimi szlagierami oraz inscenizacje skeczy Monty Pythona. Dla spragnionych zakupów hala targowa wielkości bolkowskiego rynku zapewnia kilkadziesiąt stoisk z ciuchami i gadżetami oraz kilkanaście z płytami. A przede wszystkim prawie 300 (sic!) koncertów i codzienne aftery w siedmiu klubach, licząc jedynie te oficjalne. Jak to wszystko ogarnąć? Odpowiedź jest prosta: nie da się. Koniec, kropka, zaciśnij zęby i pogódź się z tym. Do dziś powtarzam to sobie, starając się wymazać z pamięci przegapione wydarzenia. Od lat wstrzymywałem się przed wyprawą do Lipska, bo obawiałem się, że nie da się zobaczyć wszystkiego. To, czego doświadczyłem, przeszło jednak moje najśmielsze oczekiwania. Bo co robić, kiedy z jednej sceny na drugą trzeba je- chać godzinę tramwajem z przesiadką na autobus? Ale po kolei... Czwartek Z racji logistyczno-towarzyskich straciliśmy pierwszy dzień festiwalu, ale dla porządku i potomnych warto wspomnieć o kilku atrakcjach znanych z opowieści. Pierwsza to Electro All Stars, czyli rozmaite covery w wykonaniu gwiazd sceny. W tym roku zaśpiewali wokaliści m.in. Dioramy, Zeraphine, Klangstabil i Haujobba, a repertuar obejmował klasyki Visage i Tears for Fears, hity Editors i Killers, a nawet „Eye Of The Tiger” czy czołówkę „Ghostbusters”. Drugą był jubileuszowy koncert Das Ich (grali na pierwszej edycji), który z powodu ciężkiej choroby i nieobecności Stefana odbył się z gościnnymi wokalistami. W końcu ekskluzywny, pierwszy i jedyny od 1999 roku występ Love Like Blood. Jeśli kiedykolwiek przed ogłoszeniem programu i zaplanowaniem wyjazdu pomyślicie, że nie dadzą takiej gwiazdy na pierwszy dzień, zastanówcie się dwa razy. Piątek W dniu przyjazdu nie było wcale lepiej. Po męczącej kilkunastogodzinnej podróży doczłapaliśmy się w końcu pod centrum festiwalowe. Od znajomych dowiedzieliśmy się, że spotkanie z Rudym Ratzingerem przepadło bezpowrotnie, a na Diamandę Galas teraz już tylko taksówką. Odbębniliśmy zatem kwestie organizacyjno-informacyjne i można było zacząć zabawę. Zapał nieco ostygł po pierwszym spojrzeniu na grafik, gdy okazało się, że w tym samym czasie grają: Covenant, Sieben, Diorama, Tristania i OWLS. Na różnych końcach miasta. Wybór padł na Covenanta, z racji że odbywał się tuż pod nosem. Ruszyliśmy więc pod Agra Halle, a raczej na koniec kolejki do niej prowadzącej. Kilkanaście minut stania w miejscu bez żadnych widoków na przyszłość z powodu przepełnienia hali, zaowocowało szybką zmianą planów na wieczór. Kolejna stracona okazja zobaczenia, jak chłopaki radzą sobie na żywo z Myerem, ale ruszamy na Clock DVA i Anathemę! Ileż emocji dostarcza czytanie wskazówek dojazdowych, porównywanie mapek linii komunikacji miejskiej z festiwalowymi rozpiskami oraz dopytywanie równie niezorientowanych przyjezdnych. Po losowym, aczkolwiek szczęśliwym obraniu azymutu i zaledwie godzinnej podróży od sceny do sceny, dotarliśmy na wybrane koncerty. A w zasadzie koncert, bo w obawie przed kluczeniem do kolejnej hali - drogą selekcji naturalnej - gwiazdą dnia została Anathema. Brytyjczyków słuchałem raczej u progu ich kariery i uważam, że skończyli się na „Kill... tzn. Judgement”. Te nowe ciotowato-progresywne plumkania nijak się mają do kunsztu „Serenades” i tyle. Jednak co gwiazda, to gwiazda. Kiedy przychodzisz na koncert legendarnej formacji to jakość wykonania utworów potrafi przeważyć nad ich nieznajomością czy brakiem uznania. Tak było kiedyś na moim pierwszym koncercie Fields Of The Nephilim, tak było i na tegorocznej pierwszej Anathemie. Emocjonujący (choć miejscami trochę cichy i niemrawy) wokal, doskonałe solówki gitarowe i improwizacje, jednym słowem profesjonalizm w każdym calu. Cavanagh Family zaprezentowali głównie kawałki z najnowszej płyty „We’re Here Because We’re Here”, choć nie zabrakło też klasycznego „Deep”, czy „A Natural Disaster” zaśpiewanego w duecie z anielskim głosem Lee Helen Douglas. Lepszego zakończenia niż „Fragile Dreams” chyba nie można było sobie wyobrazić, może poza „Restless Oblivion”. Wraz z publiką zahipnotyzowaną magicznymi dźwiękami Anathemy byłem pod dużym wrażeniem. Po długo wyczekiwanej dawce jakiejkolwiek muzyki wsiedliśmy zmęczeni w nocny autobus (pełen gotów), przy okazji spotykając perkusistę Von Thronstahl, pytającego o drogę. Plus jeden do lansu. Bez sił na aftery padliśmy nieprzytomni w namiocie, mimo głośnych imprez dookoła. I tak pierwszy dzień WGT zakończył się rekordowym bilansem wszelkich odwiedzonych festiwali – liczba zobaczonych koncertów: pół. Sobota Poranek przywitał nas oślepiającym światłem, brakiem tlenu w namiocie i strugami potu. Płatne prysznice z godzinną kolejką również nie zachwyciły i są zdecydowanie gorszym rozwiązaniem od koedukacyjnych baraków na M’era Lunie. W końcu, oczyszczeni rytuałem ablucji, ruszyliśmy zwiedzać „główny teren” festiwalu. Fot. Łukasz Miernik Tramwaj pełen gotów Krótko trwał nasz błogi spokój, gdyż z tak zwanego „nienacka” na naszej drodze stanęły muflony! Nie, nie przejęzyczyłem się. Bycie batcave’owym gotem i rave’owym rivetheadem jest już najwyraźniej niemodne. Nie wiem czy to fala popularności World Of Warcraft zmieniła tożsamość zachodnich sąsiadów, ale panuje tam prawdziwa epidemia muflonizmu. Mroczne damy i groźni dżentelmeni masowo przyprawiają 51 52 w „Rock Band” na perkusjach, tandetne wizualizacje w stylu Scorpions, nowe kawałki oparte głównie o kiczowate klawisze i melodyjki, albo jakieś plumkania z ostatniej płyty. Publika, jak to na zachodzie, dzielnie maszerowała lewa-prawa, a co odważniejsi rozkręcali pogo w kółeczku. Ja usilnie próbowałem wytrzymać do jakichś konkretnych kawałków, ale przy tym nagłośnieniu się nie dało. Do końca dzielnie walczyła Selena, której, mimo zagrania „Roter Schnee”, także ostatecznie nie podeszło to, cytuję, „Safri Duo w wersji na sześciu chłopa”. Z wrodzonej niechęci do smętnego luksemburskiego grania jako kolejną atrakcję wybrała Tiamat, więc oto parę słów o ich występie: „Po przegapieniu wszystkich ich koncertów w ostatnim dziesięcioleciu, postanowiłam zaszaleć - opuścić cywilizowane hangary WGT i podjechać na lokalna metalmanię. I było warto. Kto pod prysznicem nuci „Wildhoney”, wie o co kaman! Bardzo pozytywnym zaskoczeniem (a właściwie to żadnym zaskoczeniem) było brzmienie głosu Edlunda na żywo. Mistrz.” Ja tymczasem pospiesznie (czyt. kolejna godzina podróży z przesiadkami i szukaniem klubu) udałem się zatem na drugi koniec miasta, gdzie występował Rome. Choć miałem chytry plan zdążyć jeszcze na końcówkę Spiritual Front, udało mi się jedynie pogadać chwilę z Włochami po przegapionym koncercie. Pozostało czekać na gwiazdę wieczoru, która po dłuższym okresie milczenia, burzliwych problemów osobistych i odwołanych trasach, wraca w pełnej krasie do życia artystycznego. Ze sceny zabrzmiało samplowane intro i po chwili wkroczył sam Jerome, oznajmiając wszem, iż „kompromis jest niemożliwy”. Był to z resztą jedyny sampel tego wieczoru. Wszystkie utwory zostały bowiem odegrane w akustycznych wersjach na gitary, wiolonczelę, klawisz i perkusję, przez co czasem w połowie kawałka odkrywałem, że jednak go znam. Tej zgadywanki nie ułatwiało również nagłośnienie, które niestety stapiało tę miniaturową orkiestrę w stłumioną dudniącą basem papkę. Set składał się głównie z premierowego materiału, który w trzypłytowym boksie ukaże się 11.11.2011. Mimo zapowiedzi szokujących zmian, powrotu do surowego industrialu i samotnej pracy z samplerem, materiał o dziwo brzmiał nadal grzecznie i neofolkowo, jak na ostatnich płytach. Jak się okazało w późniejszej rozmowie, na nowym albumie nie zabraknie również akustycznych kompozycji. To właśnie one zostały wybrane na festiwal, ze względu na możliwość odegrania w obecnym składzie. Spośród alternatywnych wersji udało mi się zaś wyłonić „Das Feuerordal” i „Neue Erinnerung”, singlowy „To Die Among Strangers” oraz świeżutkie „The Merchant Fleet”. O dziwo, nie poja- wiło się nic z niesamowitego zeszłorocznego wydawnictwa. Może szykowali to na później, gdyż ze względu na obowiązujący Ordnung zostali wygonieni ze sceny zanim powiedzieli ostatnie słowo. Zaliczyłem jeszcze szybki wypad na aftera, gdzie agresywną elektronikę serwowali znajomi norwescy DJe, ale piwniczna Villa swoją duszną i przepoconą atmosferą nie sprzyjała dłuższej zabawie... Niedziela Kolejny dzień obył się bez większego biegania między scenami, gdyż skupiliśmy się na scentralizowanych rytmicznych hałasach. Assemblage 23, Somana i gwiazdy Cold Meat Industry trzeba było niestety odpuścić. Pozwiedzaliśmy jednak pogańską wioskę. Klub Werk II okupowany był bowiem cały dzień przez zespoły rodem z Hands, Ant-Zen i innych składowisk szumu. Fot. Łukasz Miernik sobie (dosłownie) rogi – krótkie i długie, proste, kręte i spiralne, aż po półmetrowe kolosy o wadze zapewne stalowego hełmu. Całość uzupełniają doczepiane mniej lub bardziej włochate ogony, oraz ostatni szlif w postaci butów stylizowanych na kopyta. How cool is that?! Warto dodać, iż pośród tych stad przewijają się również bohaterscy Łowcy Muflonów, w pelerynach, z bronią białą lub palną, czasem prowadzący na łańcuchach słabszych osobników tej ekstrawaganckiej fauny. Zapomnijcie o żabotach i czarnych koronkach. Zapomnijcie o cyberloxach i fluorescencyjnych rurkach. Muflon is the new black! Wracając do części muzycznej, po zwiedzeniu targowiska udaliśmy się na Destroid. Daniel Myer w tym roku zasuwał na pełen etat i wystąpił chyba codziennie – na Electro All Stars, z Covenantem, jako Destroid, na spotkaniu z fanami i przedpremierowym odsłuchu płyt Haujobb oraz grając DJskiego seta. Brakowało jedynie wyjścia na scenę z Recoilem i odegrania architectowych remiksów. Sam Destroid wypadł rewelacyjnie – analogowe syntezatory, potężna perkusja i przede wszystkim zaskakująco doskonały głos Daniela. Nie zabrakło futurepopowych melodii, ostrzejszego „Friend Or Foe” czy przebojowego „Leaving Ground”, do tego cover „The Sparrows And The Nightingales” zaśpiewany przez Svena Friedricha i „Lucretia My Reflection” w duecie. Świetny kontakt z publiką, żarty z przerobionej koszulki Faderheada, zapomnianego tekstu, czy podniosłych wstawek klawiszowych („To nasz moment w stylu VNV Nation! Wszyscy machają rękoma! Jakie to piękne!”). Pierwszy koncert tego dnia, a zagrany lepiej niż niejedna z gwiazd. Po krótkiej przerwie na dalsze zwiedzanie świata stoisk z goglami Hello Kitty i wyprzedażami płyt, powróciliśmy na koncert Feindflug. Kultowych Niemców oczekiwałem od lat i mimo całego mojego uwielbienia dla płyt jakoś nigdy nie miałem okazji doświadczyć ich występu. Hala wypchana po brzegi tłumami równo ogolonych, umięśnionych mężczyzn bez koszulek świadczyła dobitnie, że należy szykować się na najgorsze i zaraz przyjdzie udowodnić swoje męstwo. „To jest wojna, a wy jesteście żołnierzami”, rozbrzmiał w pamięci równie męski i twardy głos Bogusław Lindy. Sceniczne stalowe konstrukcje z siatką maskującą spowił dym i przy akompaniamencie podniosłego intro na scenę wkroczyli dzielni wojacy w pełnym kamuflażu. Oczekiwałem mocnego pierdolnięcia w każdej chwili. Nadal oczekiwałem, to już za moment. Oczekiwałem jeszcze trochę i jeszcze kawałeczek. Jedyne, czego się doczekałem, to niestety rozczarowanie roku, albo i życia, wśród koncertów tej sceny. Zero mocy, zero basu, mistrzostwa Niemiec Zaczęło się od Moctan, czyli dość monotonnej łupanki, świetnie sprawdzającej się jednakowoż jako rozgrzewka. Zabawnie podskakujący człowiek w czapeczce nie porwał tłumów, ale zgromadził pod sceną sporą grupkę tupiących nogą, jak na pierwszy występ przystało. O słabej reakcji na kolejny występ w żadnym wypadku nie można było mówić. Nieznane mi wcześniej 13th Monkey zagrało bowiem jeden z najlepszych koncertów festiwalu. Uzbrojony w cały stół syntezatorów, efektów i automatów perkusyjnych duet zaczął od zmasowanego elektronicznego buczenia, którego narastanie rozerwane zostało potężnym bitem, od którego zatrzęsła się cała hala i rozpętało się parkietowe szaleństwo. Ludzie z miejsca oddali się podrygom w rytm grzmiących basów, rzeźnickich melodii i świdrujących pisków. Nad muzyką nie będę się tu zbytnio rozwodził, bo w dziale recenzji znajdziecie również nową płytę sprawców tego zamieszania, ale spośród festiwalowych dni to przy nich wytańczyłem się najbardziej. Z boku końca nie przekonali. Trochę jak Einsturzende Neubauten, trochę jak Monolith, ale na pierwszych zbyt melodyjne, a na drugiego zbyt surowe. Selena była za to pod wyjątkowym wrażeniem: „Dwa słowa - totalna hipnoza. Godzina industrialnego transu w oldskulowym wydaniu i nie mam więcej pytań. Pulsujący, narastający rytm po prostu kazał ludziom tańczyć, a przynajmniej mnie. Całość była wzruszająco spójna, jakby Arturo zaplanował każde kolejne odgięcie twojego ciała i tylko podkręcał ciśnienie. Koncert Esplendor Geometrico miał ten „x factor”, którego młodsze zespoły występujące przed nimi chyba jeszcze w sobie nie odnalazły.” Punktem kulminacyjnym wieczoru był zagrany o pierwszej w nocy, specjalny live act Recoil. Występy Alana wzbudzają mieszane uczucia ze względu na swój niekoncertowy laptopowo-abletonowy charakter, ale o samych towarzyszących im gigantycznych wizualizacjach można by napisać osobną relację. Zaczęło się niby spokojnie i sennie od „Prey” i „Want”, aż tu nagle człowiek budził się w środku imprezowego tłumu, roztańczonego przy rewelacyjnym remiksie „Killing Ground”. Nie zabrakło klasycznego „Warm Leatherette” The Normal oraz „please welcome... Mr. Douglas McCarthy”, czyli odśpiewanego na żywo „Family Man” Nitzer Ebb. Wokalista był mocno ożywiającym dodatkiem do nieco statycznych występów Recoila, tym bardziej, że został również na „Stalker” i „Faith Healer”. Aż żal, że Diamanda Galas nie zawitała przy okazji pobytu. Fani Depeche Mode szaleli przy zupełnie niepodobnych do oryginałów wersjach „Never Let Me Down”, „In Your Room” (mash-up z „Jezebel”) i kulminacyjnym, naspidowanym „Personal Jesus”, z ekstremalnie wykręcanymi filtrami Korga. I niech ktoś jeszcze powie, że Alan nic z tymi syntezatorami nie robi. Mógłby jedynie dla swojego dobra się nie odzywać (niczym w Łodzi), bo do charyzmy Gahana wiele mu brakuje, a namawianie fanów do machania i krzyczenia wywiera podobne wrażenie, jak jego nowego wąsy. Poniedziałek Ostatni dzień zleciał szybko. Najpierw pakowanie, a później koncerty w jedynie dwóch miejscach oddalonych o rzut beretem. Awaria tramwajów nie pozwoliła nam dotrzeć na mind.in.a.box, ani dopchać się później na In The Nursery, więc cierpliwe czekaliśmy na Lustmord. Koncert miał miejsce w ogromnej sali z kopułowym sklepieniem i greckimi kolumnami, robiącej wrażenie nawet bez muzyki, więc od początku zapowiadał się ciekawie. Co może zdziałać łysy dark ambientowiec z bródką i laptopem? Wiele. Jak już pisałem wcześniej, występ legendy to występ legendy – to się po prostu czuje. Już pierwsze basowe dźwięki rodem z piekielnych otchłani wykręciły zebranym wnętrzności i sprawiły, że zadrżały ściany świątyni. Od potęgi generowanych mrocznych pejzaży można było dostać palpitacji serca, a przynajmniej nabawić się nocnych koszmarów na najbliższe kilka lat. Wyświetlane za plecami Briana ogromne wizualki otaczały go skrzydłami z płomieni oraz smugami dymu, niebezpiecznie zagęszczającymi i kłębiącymi się. Nie wiem czy przybierane przez nie złowieszcze kształty i uchwytne jedynie przez ułamek sekundy twarze demonów to puszczenie przez mistrza oka w stronę osłupiałych widzów, czy jedynie podświadomy odbiór pod wpływem głosu z demonicznych głębin. Zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów tegorocznej edycji WGT. Fot. Łukasz Miernik sceny ustawiona była kamera, pilnie śledząca małpie poczynania na gałkach i klawiszach, której przetworzony obraz wyświetlany był na scenicznym ekranie wśród oślepiających salw stroboskopu. Doskonały techno-industrialny występ. Szybkie rzucenie uchem na ścianę szumu generowaną przez 100Blumen i trzeba było ewakuować się na atrakcję dnia. Chyba trochę z tą atrakcją przesadziłem, ale jak już panowie z Tactical Sekt pofatygowali się do nas, to nie wypada przegapić. Nie jest to może Aslan Faction, a ich bardziej babskie (patrz komiks Nemi w tym numerze) harsh electro, ale co klasyka to klasyka. Tym razem występ miał miejsce w amfiteatrze w parku, więc powinniście już się domyślać, ile zajął dojazd i dłuższy spacer. Ale warto było, bo lekko siwiejący panowie udowodnili, że dobrze zrobiona muzyka broni się sama i można śmiało występować w krótkich spodenkach, tiszertach i bez makijażu. Wykrzywiający twarz i wrzeszczący Anthony, rasowy redneck na klawiszach i Jay na perkusji, wybiegający co chwilę do tłumu i rozkręcający cała imprezę, zdecydowanie wiedzą jak zagrać dobry koncert. Tłum roztańczony przy”Soulless”, „Bring Me Violence” i „Forget To Be Human” był na to wystarczającym dowodem. Wątpię, żeby na popłuczyny pokroju nowej fali industrial rave’u ktoś w ogóle zwracał uwagę po zdjęciu masek i cybergadżetów. Chwilowy odpoczynek na parkowych trawnikach i powrót do Werka. Drobne rozeznanie w okolicznym terenie zaowocowało dobiciem korzystnego targu na piwnym stoisku sympatycznego „ja mówi po polski, bo żona moja uczy w domu” Turka. Orzeźwieni tym szlachetnym trunkiem i urzekającą historią, udaliśmy się do koncertowej hali, gdzie w błyskawicznym tempie rozgrzewali się Alter Der Ruine. Jak się gra najebaną muzykę elektroniczną to trzeba nakurwiać salta! Szaleni wąsaci kowboje miotali i zataczali się na scenie, wymachując klawiszami zawieszonymi na szyi bądź ledwo trzymającymi się statywów. Samo ich ciągłe potykanie się, podskakiwanie i machanie głowami przy akompaniamencie wściekłego melodyjno-rytmicznego hałasu i dudnieniu perkusji mogło wystarczyć do rozniesienia całego Werka. Zwieńczeniem zwariowanego występu był jajcarski „Relax And Ride It” z gościnnym udziałem Daniela z Aesthetic Perfection na wokalu i DJa Snarfa na krowim dzwonku(!). Jeśli mój literacki talent nie pomaga Wam zwizualizować sobie tej przypowieści, z pewnością pomocny okaże się youtube. Gwiazdą dnia był klasyczny Esplendor Geometrico, który w zeszłym roku gościł również na wrocławskim festiwalu. Hiszpańscy weterani po 30 latach nadal potrafią zrobić wrażenie, choć mnie do Krótka przerwa na hotdogi tuż obok Eskila z Covenant i już można opowiadać, że to stary kumpel i razem wyskakujemy na fastfoody. Dzięki akredytacji udało się ominąć przynajmniej półgodzinną kolejkę na Hocico i zaczęliśmy przebijać się pod scenę. Po latach kręcenia nosem na byłych idoli odzyskałem w nich wiarę, kiedy powrócili w świetnej formie z zeszłoroczną płytą. Tym bardziej byłem ciekawy, jak z ich kondycją sceniczną i szczerze przyznam, że mnie zaskoczyli chyba najlepszym występem festiwalu. Co prawda sporo było średniawych produkcji z łagodniejszego okresu twórczości (czasy „Wrack And Ruin” i „Memorias Atras”), ale zabrzmiały na tyle dobrze, że nie utrudniały zabawy. Jak na Meksykańców przystało, nie mogło obyć się bez przedstawienia. Obstawiony starymi telewizorami Erk wieszał się na szatańskim statywie z kości jakiegoś zwierzęcia (mam nadzieję, że nie muflona). Ku uciesze publiki biegał jak opętany w swojej cyberskórzanej zbroi wystawiając język i wymachując groźnie pięściami podczas wydzierania się do mikrofonu. Stare dobre Hocico, choć jedynie w połowie, bo Racso nie dotarł i został zastąpiony przez nieznanego mi bliżej klawiszowca. Oczywiście obowiązkowo zagrali promujące najnowszy album „Dog Eat Dog” i „Bite Me!” oraz klasyczne hity jak „Forgotten Tears” czy „Poltergeist”. Prawdziwe szaleństwo nastało jednak przy najbardziej 53 agresywnych kawałkach, czyli „Bloodshed” i „Tiempos De Furia”. Te dwa utwory w zupełności wystarczyłyby za całość koncertu. Zwracam chłopakom honor i oby tak dalej. Szybki wypad na Chris & Cosey, prezentujących swoje bardziej hipisowsko-psychodeliczne oblicze z pogranicza elektroniki i industrialu. Występ zupełnie odmienny od wrocławskiego koncertu Carter Tutti, co niewątpliwie świadczy o niesamowitej kreatywności kultowego duetu. Szkoda, że po kłótniach z P-Orridgem i śmierci Christophersona nie będzie nam już dane doświadczenie Throbbing Gristle. Ciężkim krokiem doczłapaliśmy się na finałowy występ Nitzer Ebb i mimo rewelacyjnej formy Douglasa i spółki, stać nas było jednie na siedzące słuchanie na podłodze hangaru i leniwe machanie stopami. Dość! Szybka kąpiel, ostateczne pakowanie i długa podróż do domu. Pozdrowienia dla poznańsko-łódzko-krakowskiej ekipy oraz chłopaków z Postindustry i Alternation. Koniec imprezy. Nie ma takiego picia. Dziękuję, dobranoc. Ulver i Zweizz Poznań, Eskulap, 05 kwietnia 2011 Katarzyna Leśniewska Ulver przestał być sensacją koncertową. Od występu w Lillehammer zdążyli zagrać całą trasę, a przed poznańskim koncertem już dwukrotnie wystąpili w Polsce. Pięknej muzyki jednak nigdy dość. Trochę dziwnie iść na koncert wiedząc, co dokładnie i w jakiej kolejności zostanie zagrane. Setlista Ulver nie stanowiła żadnej tajemnicy, podczas tej trasy postanowili skoncentrować się na promocji najnowszego albumu „Wars of The Roses” i na każdym występie odegrać go w całości. Punktualnie o 21 zabrzmiały więc pierwsze dźwięki „February MMX”. Garm, w nieodłącznej czapeczce, lekko zdenerwowany i momentami delikatnie fałszujący. Ciut dandysowaty Daniel O’Sullivan, co chwilę pociągający wino z butelki i kokietujący publiczność. Bezpretensjonalny Stephen Thrower, wspomagający gościnnie Norwegów podczas tej trasy. Premierowy materiał zabrzmiał ciężej, bardziej dynamicznie i rockowo, jakkolwiek dziwnie może to zabrzmieć w stosunku do Ulver. Być może wynika to z faktu, że „Wars of The Roses” jest najbardziej przystępną płytą w ich dyskografii, wręcz stworzoną do grania na żywo. Widać było także, że chłopaki coraz swobodniej czują się na scenie i w końcu wyglądają jak zespół, a nie jak grupa przypadkowych osób, które poza wspólnie wykonywaną muzyką niewiele łączy. Zabrzmiało nawet blisko 15–minutowe „Stone Angels”, podczas którego Garm, mający już chyba dosyć ciągle wtrącającego się Zweizza (a to po scenie 54 pobiegał, a to piwo zaproponował albo znowu na rogu próbował grać), poszedł sobie odpocząć na backstage’u. Jeszcze tylko „Hallways of always” na bis i do widzenia, miło was było znowu zobaczyć, ale nic więcej nie zagramy, bo idziemy pić. [Dość eufemistycznie ujęcie pożegnania „Fuck you! We’re getting drunk!” – red. nacz.] To w żadnym wypadku nie był zły koncert. Profesjonalnie zagrany, zaplanowany i przemyślany w najdrobniejszych szczegółach. Ale może właśnie ta przewidywalność sprawiła, że nie było wzruszenia ściskającego gardło, magicznych momentów, w których marzy się, żeby dany utwór nigdy się nie skończył. Miło i poprawnie, ale niestety bez emocji, które nie pozwalają skupić uwagi na niczym poza muzyką. A że Ulver tak zagrać potrafi, panowie udowodnili już w Warsza wie. MonoLight, Synchropath, H.EXE Wrocław, klub Liverpool, 25 czerwca 2011 Wojciech Sajkowski Ostatnia sobota czerwca tego roku upłynęła pod znakiem bardzo różnych odcieni muzyki dark independent. Przynajmniej dla tych, którzy spędzili ją we wrocławskim klubie Liverpool. Skład kapel jakie zapowiedziały swe występy pokazał, że polska scena ma wiele do zaoferowania. Jako pierwsi zaprezentowali się elektroniczni psychopaci z H.EXE. Recenzji ich debiutanckiego albumu „Killing monsters” możecie szukać w tym numerze „Przesilenia”, dodam tylko, że studyjny materiał na żywo prezentował się tak jak powinien – zrównał z ziemią wszystko co stanęło mu na drodze. Zaczęli tradycyjnie od „Dreadful Visions” i zaprezentowali większość kawałków ze wspomnianej płyty. Jakieś szczególnie pamiętne momenty? Na pewno wykonanie „Infinity”, z gościnnym udziałem Steffena z Digital Angel. Nie zawsze jest okazja wysłuchać tego utworu na żywo, bo jak stwierdził sam Odo (wokalista H.EXE), nie grają go bez Steffena. Bardzo podobało mi się też wykonanie „Astrophobosa”, pochodzącego oryginalnie z pierwszej epki projektu – „Realms Of Inhuman Pleasures”. Ta wersja była trochę podrasowana i zapowiadała nową wersję utworu, która znajdzie się na kolejnym samplerze Halotan Records. Najlepsza recenzja koncertu? Reakcja publiczności pod sceną. Charyzmatyczne wokale Oda oraz beatowe uderzenia serwowane przez Rexa Rottena zdołały porwać publiczność do zabawy. Po chwili przerwy na scenie pojawił się Synchropath. Projekt prezentuje znacznie bardziej melancholijną odmianę elektroniki niż H.EXE. Jest to mieszanka klimatów synth i dark wave, ale podana w formule która kojarzy mi się z jakimś atmosferycznym mrocznym rockiem spod znaku Anathemy. Koncert odbył się w składzie Qbz (wokale, elektronika) i Piotr (gitara). Nie spodziewałem się tak energetycznego show. Duża w tym zasługa gitarzysty, który robił naprawdę sporo hałasu, kompletnie zmieniając oblicze utworów znanych z epki „Distance Hurts The Numb Ones”. Miejscami było wręcz metalowo-industrialnie, a Kuba nie tylko śpiewał, ale też wrzeszczał, skrzeczał i co tam jeszcze chcecie. Jednym słowem pełna paleta wokalnej ekspresji. Zagrali głównie utwory ze wspomnianego wydawnictwa, takie jak „The Agonyrace” czy „Divide”. Wydaje mi się, że koncert trwał zdecydowanie więcej niż pół godziny, a oznacza to, że musiały pojawić się utwory nieobecne na tym wydawnictwie, a zatem premierowe. Trudno mi to ocenić, bo zapowiedzi granych utworów właściwie nie było. Może to i dobrze, bo cały występ był bardzo spójny i klimatyczny. Można mieć tylko nadzieję, że na przygotowywanym albumie pojawią się gitary znane z występów live, bo wydaje mi się, że dynamiczna i ekspresyjna muzyka Synchropath zyskuje na sile wyrazu, dzięki użyciu tego właśnie instrumentu. Ostatnim zespołem który wystąpił tego wieczoru był wrocławski MonoLight. Einar, Cute, Angelo i Vader są bardzo zgranym koncertowym składem. Na sali było pewnie sporo depeszów, a to właśnie im powinna przypaść do gustu muzyka MonoLight. Usłyszeliśmy przede wszystkim utwory z płyty „How Close Am I”, która ukazała się niedawno nakładem Halotana. Oprócz tytułowego utworu wybrzmiały między innymi „In The Neon Lights”, „Silent Ally”, czy mój ulubiony: „It Don’t Mean Nothing”. Angelo przepraszał publiczność za zamęczanie jej balladami, ale była to oczywiście zwykła kokieteria. Publiczność bynajmniej nie ziewała, specjalnie się też co prawda nie ruszała, ale było widać zainteresowanie. Chłopaki bardzo dobrze odegrali wspomniany materiał. Czy czegoś mi brakowało? Może właśnie jakiejś odrobiny nieprzewidywalności, chociaż tę uwagę należy potraktować raczej jako marudzenie, a nie autentyczny zarzut. Przyznam, że na scenie przydałby się jednak basista, bo partie tego instrumentu odgrywają w muzyce MonoLight dużą rolę. Podsumowując – świetnie się tego wieczoru bawiłem i nie miałem wcale wrażenia, że słucham debiutantów. Każda z wymienionych kapel wykazała się koncertowym profesjonalizmem. Życzę więcej takich wydarzeń, no i publiki, bo mimo wszystko mogło pojawić się więcej osób. Taka już nasza mentalność, że zachodnie chwalimy, a swego nie znamy. Mam nadzieję, ten stan rzeczy ulegnie w końcu zmianie. 13TH MONKEY „Return Of The Monkey” Hands 5/6 Łukasz Miernik I’m here about some monkeys. To dzięki nim rytmiczny noise jeszcze nigdy nie był tak świeży. Podczas gdy większość projektów prześciga się w dodawaniu egzotycznych sampli i zwiększaniu stężenia szumu w szumie, trzynasta małpa stawia na bezkompromisowe metody i szaleńczą rewolucję technoise’owa. Potężne zmasowane uderzenia plączą się z rzeźnickim basem, hardkorowymi melodiami i kwaśnymi cutoffami na granicy tolerowanych częstotliwości. Uwolniona z klatki małpa uderza pozornie na oślep i kręci gałkami pod wpływem pierwotnego instynktu, tworząc wybuchową mieszankę rezonującą energią i agresją. Od zamierzchłych czasów świetności Xotox nie doświadczyłem takiego sonicznego ataku. To jak być na Mayday z przepalonym aparatem słuchowym i na złym tripie ukrywać się przed samym sobą w klubowej piwnicy. Daję głowę, że tak brzmi wczesny Westbam przy spełnieniu tych warunków. They did it! 997 „Pieśni masowe na zespół świetlicowy” Requiem Records [brak oceny] Robert Marciniak Czy pamiętacie magazyn kryminalny 997? Oczywiście. A pierwszego prowadzącego, niezwykle charyzmatycznego pułkownika MO, Jana Płócienniczaka? Spadkobiercę kapitana Żbika, kapitana Sowy i kapitana Klossa? Eeee... sorry, to już chyba inny kapitan. Nieważne. Schyłek PRL-u, późne lata 80., dwa kanały w TV, piętnastomilionowa widownia przedkładająca „Magazyn Kryminalny 997” nad emitowany w tym samym czasie serial „Niewolnica Isaura”. Ech... Taki fenomen nie mógł przejść bez echa. To nie były czasy 112 z komóry, bejbe. To były czasy 997 z budki telefonicznej w pobliżu poczty. „Ona nieczynna ta budka, proszę pana! Nawet napis był, ale jakiś łobuz zdjął.” Każde czasy mają swoich bohaterów, zwłaszcza te niezwykłe. Jak dżem pomarańczowy z dyni i malinowy z buraków. Dla równowagi. Zaopatrzenie społeczeństwa w te smakołyki było przedmiotem walnych zebrań plenarnych, tak samo, jak i zapewnienie społeczeństwu socjalistycznemu odpowiedniej rozrywki na poziomie. Na przykład festiwalowych przebojów pisanych na zamówienie, nierzadko przez kapitanów. „Hej młody Junaku! Smutek zwalcz i strach...” Znacie? No jasne, że tak... W tych realiach powstaje w Warszawie kolektyw 997, czerpiący inspirację dla swej działalności pełnymi, nie, nie garściami, nawet nie wiadrami, a zgoła wannami i to żeliwnymi, z otaczającej nas wtedy rzeczywistości. Nie sposób oceniać grupy jedynie od strony muzycznej, choć takie właśnie wydawnictwo przede mną leży. Oprawa graficzna doskonale odzwierciedla zawartość. Biało-niebieska milicyjna okładka w zgrzebnym, ludowym worku na ziemniaki lub pocztowo-bankowym na banknoty o nominale milion złotych (jedne warte drugich z resztą, znaczy te ziemniaki tych milionów). Do tego kartka z raportem o ingerencjach cenzury i sygnały bratnich TV nadawane z NRD (Fernsehturm w Berlinie) i PRL (Pałac Kultury i Nauki w Warszawie) przenikające się i spotykające na wypukłym jak rybie oko ekranie czarno-białego telewizora. I takich smaczków jest więcej. „Pieśni masowe na zespół świetlicowy” przepełnione są industrialnym zrywem robotniczym, folkowym znojem chłopskim i propagandowym zgiełkiem inteligencji pracującej. O zgrozo, przemycane są również elementy wrogiej ustrojowo muzyki zachodniej (dla czystej zabawy odgadnijcie, z jakich utworów zaczerpnięto gitarowe riffy i solówki). Fabryczne odgłosy i ciosy młotka w wannę wykuwają podstawy sonicznych struktur, a całość formy w wykonaniu grupy 997 ujmuje inspiracje i cytaty z wczesnego Laibach, Einstürzende Neubauten, czy Throbbing Gristle, przepuszczone przez charakterystyczne dla tej strony żelaznej kurtyny efekty - zniekształconej ironii, tragicznego absurdu, wściekłej bezradności. Kolaż muzyki, antymuzyki, wiecowych happeningów, socrealistycznej oprawy, propagandowych odczytów i manifestów, składa się na istotę działalności warszawskiego zespołu. Stasi Kunst. Ma to sens, głębię przekazu i odbioru. Zastanawiam się tylko, dla ilu dziś osób zrozumiałego... A może moje obawy są po prostu niepotrzebne i nieuzasadnione? Może ktoś z Państwa rozpoznaje którąś z tych osób? Na pewno wiele treści może dzisiaj być niezrozumiałych, jako, że są żywcem wzięte z czasów słusznie minionych. Dobrze, że te czasy minęły, niedobrze, że zabrały ze sobą dokonania kolektywu 997. Na szczęście dzięki Requiem Records możemy w jakimś stopniu zapoznać się z nimi i dziś. A co do naszego bohatera z telewizora. Dzielny pułkownik MO startował w wyborach 1989 do senatu. Jego przeciwnikiem w II turze był profesor Cezary Józefiak. Panowie stoczyli ze sobą wysoce merytoryczną walkę na argumenty polityczne, których odzwierciedleniem były hasła wyborcze. „Profesor w Senacie, milicjant w komisariacie!” Józefiaka, spotkał się z ciętą ripostą Płócienniczaka - „Jak cię napadną, pobiją, okradną... idź do profesora!”. Pomimo ogólnej sympatii, jaką społeczeństwo PRLdämmerungu darzyło Płócienniczaka, wolało jednak, aby on i jego koledzy milicjanci siedzieli w komisariatach. Senatorem został profesor, a potem to już jakoś samo poszło. Ech, wspomnień łza się w oku zakręciła, jak zrymował poeta... Może więc zakręcić płytę 997 jeszcze raz? I przez tę godzinę znów poczuć jak było, jak nic nie było? Absurdalnie, sierioznie, przerażająco, wściekle, ironicznie. I smieszno i straszno zarazem... Dawaj, snowa w boj. Brak oceny wynika z dokumentalno-historycznej wartości wydawnictwa. Nie ocenia się jakości druku w Biblii Gutenberga. AH CAMA-SOTZ „Blood Will Tell” Bats & Cats 3/6 Jakub Skowroński Każda moneta ma dwie strony, podobnie jest z „Blood Will Tell”. Obok koszmarnie szmirowatych fraz muzycznych mamy perełki z ciekawymi wstawkami, np. pierwszy utwór z samplem Boney M, wielki plus. Wokalne zawodzenie (muezini?) przybliża do hipnotycznego świata, który należy odkryć, aczkolwiek 11 utworów, którymi wypełniony jest krążek, nie ułatwia tego. Jest kilka albumów, które w tej roli sprawdzają się dużo lepiej. Ogólnie jest tribalowo i rytmicznie, ale łagodnie i chwilami zbyt cukierkowato. Możliwe, że takie pseudoJuno Reactor ma rację bytu, mnie jednak nie zachwyca. Wiele osób będzie zadowolonych, dla mnie w każdym z utworów zbyt wiele jest skrajności. Nużące fragmenty toczą batalię z hipnotyzującym etno-ambientem. Utwory „Frozen Land” i „Your Darkest Soul (Fed by Flintology)” brzmią jak odrzuty. Stylistycznie są jak electro-industrial z mrocznej „tancbudy”, ale chyba nawet tam nikt by się nimi nie zainteresował. „Badiyat Ash-Sham” to parodia - plastikowy klon Muslimgauze, resztę oceńcie sami. Mają duży potencjał, ale wyszło co najmniej średnio. AMBIGUOUS „Stone Cross” Aliens 3/6 Łukasz Miernik Umówmy się. Jak się kupuje coś w Aliens, to po to, żeby posłuchać IDMu, eksperymentalnej elektroniki i ogólnie syntetycznych brzmień, co nie? Nie wiem, skąd te nagłe eksperymenty z wydawaniem dark ambientów w metalowych boksach, ale ten pomysł się chyba nie przyjmie. Ambiguous to słowacki (a jakże) projekt wgryzający się w korzenie Cold Meat Industry. To powoli snujący się i złowieszczo pełznący po podłodze chłód, przed którym odruchowo podnosisz stopy. Uwielbiam takie metafory, bo nikt mi nie udowodni, co się z moimi stopami dzieje. Poza tym raczej tradycyjnie, jak to w mięsnych produkcjach, z okazyjną epicką neoklasycystyczną pompą, zgrzytającym industrialnym brudem i metalicznymi uderzeniami. Całkiem przyjemne, choć miejscami jednak trochę zbyt nachalne i przekombinowane, powtarzające własne patenty i gubiące się gdzieś w morzu pogłosów. Może byłoby bardziej spójne i po wywaleniu odstających i przynudzających kawałków z początku i końca płyty? Do przetestowania polecam „Cathedral Ruin” i „The Hopeless Life”. ARKONA „Acid Landscapes” Zoharum 4/6 Jakub Skowroński Zoharum coraz odważniej penetruje obszary mrocznej muzyki. Obok wydawnictw Different State w ich katalogu znajdziemy przekrojowy materiał one-man projektu Arkona. Mocny transowy wstęp, a następnie cut-up, sampling z kanciastym motywem klawiszy, istna paranoja. Gdzieś w tle wybrzmiewają echa postindustrialnego zgiełku miasta, form illbientowego eksperymentu oraz dubowych kolaży rodem z Bristolu. Jest to jedna z najciekawszych płyt, jakie wpadły mi ostatnio w ręce, a należy pamiętać, że jest to kompilacja, wiele z tych utworów to ponad 10-letnie skamieliny. Arkona to twór, który doskonale odnajduje się w łączeniu przystępnych dźwięków z trudnym przekazem, co jest wielką sztuką. Mam nadzieje, że teraz Karol Su-Ka i jego twórczość zostanie w pełni doceniona, a przestanie istnieć jedynie na skraju świadomości muzycznej. Jest to doskonałe muzyczne przedsięwzięcie. BAD SECTOR „Chronoland” Loki Foundation 4.5/6 Łukasz Miernik Jeśli nad piekielnymi czeluściami panuje Lustmord, a arktyczną ciemnością opiekuje się Nordvargr, bezkresna głębia kosmosu należy do Massimo. Signore Margini powraca i to w doskonałej formie. Nowa płyta oscyluje między space-operą i lekką melodyjnością „Kosmodromu” a dronowymi wyciszonymi eksperymentami Coila. Ocieka pourywanymi samplami i minimalistycznymi niepokojącymi dźwiękami, przypominającymi raczej field recording z opuszczonej stacji na nieznanej planecie lub niepublikowany soundtrack do pierwszej części „Aliena”. Dobór i niejaka losowość w wykorzystaniu dźwięków oraz ich poszatkowana rytmika kontrastują ze spokojnymi uderzeniami w klawisze i delikatnie rozlewającymi się plamami gęstej, ambientowej ropy. Fascynująca, choć nie zawsze bezpieczna i miejscami przerażająca podróż w nieznane. Tego stylu nie da się podrobić. BRATRSTVO LUNY „La Loba Ante Portas” LunArt Records 5/6 Wojciech Sajkowski „W katakumbach hula wiatr, wampir Lestat nie chce wstać. Pełnia już, więc wstań wampirze, zanurz się w krwiożerczym wirze!” Założę się, że wśród czytelników „Przesilenia” znajdzie się wielu, który czeską scenę gotycką będą utożsamiali z „mrokiem” na poziomie durnej rymowanki wymyślonej na poczekaniu przez autora niniejszej recenzji. Bratrstvo Luny spełnia rzeczywiście wszelkie stereotypy, które przylgnęły do czeskiej sceny dzięki teledyskom i tekstom XIII Stoleti. Peleryny, kapelusze, teksty o wilkach i tak dalej. Kicz i cepelia? Niekoniecznie. To świetnie, że teksty są po czesku, a nie po niemiecku czy po angielsku, bo ich kiczowata estetyka jest dużo bardziej oryginalna, niż wiele szablonów z zachodu. Mnie cała ta warstwa bynajmniej nie odstręcza od zapoznania się z muzyką – a ta jest na zaskakująca dobrym poziomie! Mnóstwo przestrzeni, budowanej głównie dzięki rozmytym dźwiękom klawiszy, progresywne partie gitar, zróżnicowana struktura utworów. Zaraz, zaraz, czy to aby na pewno ten sam zespół, który nagrał „Telo je chram”? Dojrzało nam Bratstvo Luny od czasu wydania albumu „Goethit”! Lord Darkthep i Hrabia R.X. Thamo nie zrezygnowali co prawda z nawiązań do folkowej melodyki i wyrazistych refrenów, ale wspomniane progresywne elementy zdecydowanie oddaliły „gotyckich trubadurów” od prostych kawałków XIII Stoleti. Kawałki znajdujące się na „La Loba Ante Portas” oscylują w dość szerokich ramach, od melancholijnych i klimatycznych ballad („Quo vadis domine”), do rockowych wymiataczy („La Loba Ante Portas” utrzymana w melodyce flamenco). Najlepsze kawałki? Mógłbym wymienić takie tytuły jak „Misionář smrti”, „Bílé Karpaty”, czy „Srdce, které prošlo popelem”, ale tak naprawdę krążka należy słuchać od początku do końca. Bogactwo brzmień, melodii, rozwiązań aranżacyjnych – wszystko to sprawia, że słuchanie nowego krążka Bratrstva Luny staje się fascynującą podróżą przez świat wyobraźni. Płyta została wydana w formie przepięknie wydanego digibooka, do którego dołączono singiel „Signum diabolicum”. Bardzo fajny i dynamiczny kawałek, który ze względu na swój ciężar odstaje od podstawowej części albumu i pewnie dlatego znalazł się na dodatkowym krążku. Na drugiej płycie znajduje się również utwór „Fantasmagorie”, znany już miłośnikom grupy. Jednak jego nowa wersja to zupełnie inna jakość, szczególnie dzięki gościnnym solówkom Pettera Guthe, norweskiego multiinstrumentalisty. To właśnie muzycy towarzyszący stanowią o jakości tego albumu. Przypomnijmy, że Bratrstvo Luny to spółka autorska Lord Darkthep (muzyka, gitary) i Hrabia R.X. Thamo (teksty), ale wokalista (Maestro Xpil), perkusista (Tomas Kobzdey Kaspar) są jakby poza zespołem. Lista osób, które brały udział w powstaniu „La Loba Ante Portas”, jest oczywiście jeszcze dłuższa. Gorąco zachęcam do zapoznania się z najnowszym wydawnictwem Czechów. To zdecydowanie coś więcej niż ciekawostka przyrodnicza. Fani rocka gotyckiego powinni polubić „La Loba Ante Portas”, a ci, którzy polubili poprzednie wydawnictwo Czechów, mogą po nowy album sięgać w ciemno. 55 CABARET GREY „Stirring” wydanie własne 4,5/6 Mariusz Łuniewski CLAN OF XYMOX „Darkest Hour” Trisol 4/6 Mariusz Łuniewski Czy pamiętacie doskonały polski, zimnofalowy akt o wdzięcznej nazwie EVA? Po jego rozpadzie pozostała ziejąca chłodem luka na rodzimym poletku cold wave. Na szczęście natura nie lubi pustki, o czym dobitnie świadczy wydany własnym sumptem debiutancki minialbum legnickiego duetu Cabaret Grey. Płyta od pierwszych dźwięków zaskakuje świeżością i radością z grania (tak, tak, i mroki można grać z radością). Sześć utworów „przelatuje” nie wiadomo kiedy. Leszy zajmuje się prawie wszystkim (gitary, fretless, programowanie, produkcja), sypiąc z rękawa stylowymi bat-cave’owymi riffami, bas zmyślnie dudni w zimnofalowym stylu. Salomea (wokal, skrzypce) niepokojącym niskim głosem to szepcze, to krzyczy, a najczęściej, ku mojej uciesze, śpiewa. Jest w tej muzyce coś z polskiej zimnej fali, ale też odrobina starego VooDoo Church czy Siouxsie and the Banshees. Utwór „Cabaret Grey” ma w sobie ducha psychodelii lat 70., z kolei „World of Glass” przypomina dokonania Cinema Strange z czasów „The Astonished Eyes of the Evening”. Nie ma jednak w tych inspiracjach nic zdrożnego czy niesmacznego. Zespół zachowuje równowagę, dba o aranżacje i bogate instrumentarium, co sprawia, że „Stirring” słucha się z przyjemnością. Grupa sama zrealizowała i wyprodukowała swoje nagrania. Efekt jest całkiem niezły – brzmienie jest na tyle selektywne, aby bez przeszkód rozkoszować się detalami, i na tyle garażowe, aby nie utracić pierwotnego ducha muzyki. Drodzy Państwo, spieszmy się więc kochać młode, wartościowe zespoły, bo tak szybko odchodzą. Wspierajmy je i zamawiajmy ich płyty, wszak koszt to niewielki, a radość olbrzymia. Tymczasem trzymam kciuki za Cabaret Grey, przyglądam się bacznie i daję mocne cztery i pół w skali do sześciu. Pełna rekomendacja dla wszelakich nietoperzy, zimnofalowców, nowofalowców, deathrockowców i sam nie wiem jakich jeszcze „-owców”. Od ostatniego albumu „In Love We Trust” minęły dwa lata i już mamy w rękach jego następcę. Ronny Moorings z regularnością godną podziwu dostarcza swoim fanom kolejny kawałek siebie („To ja jestem Clan Of Xymox” – jak stwierdza w oficjalnej biografii zespołu). „Darkest Hour” to dosyć dziwny album - tytuł mógłby sugerować powrót w mroczne gitarowe rewiry, jednak nic z tych rzeczy. Bo choć słuchaczom została zapewniona obowiązkowa dawka mroku, to jednak nie gitary są jej głównym nośnikiem. W porównaniu z poprzednimi albumami muzyka jest odrobinę „odchudzona” – bogactwo aranżacyjne zastąpiła kondensacja motywów przewodnich i dbałość o motorykę. Krążek zdominowały brzmienia syntezatorowe i - co jest pewnym novum – brzmienia electroclashowe (np. w „My Reality”, „Delete”, „My Chicane”). Znajdziemy tu również kilka całkiem zaskakujących momentów, jak brzmiący niemal filmowo „Deep Down I Died”, czy chociażby tytułowa instrumentalna kompozycja, przywodząca na myśl dokonania zespołu z czasów 4AD. Nieźle prezentuje się też singlowy „Delete” oraz ostatnia kompozycja „Wake Up My Darling”, która ujmuje melancholijną partią gitary. „Darkest Hour” nie jest z pewnością najbardziej przebojowym albumem Clan Of Xymox – nie znajdziemy na nim hitów na miarę chociażby „Jasmine And Rose” czy „No Tomorrow”. Jest jednak w tej płycie coś, co sprawia, że słuchając jej późną nocą można odpłynąć wciąż w te same regiony, które od lat zarezerwowane są właśnie dla Clan of Xymox. W muzyce Mooringsa słychać progres, Ronny wciąż poszukuje i bawi się dźwiękami. Prawdziwi fani nie powinni mieć więc powodów do narzekań, a ci mniej zakochani w zespole raczej uznają „Darkest Hour” za jedną ze słabszych płyt w dorobku grupy. CHAINREACTOR „Insomniac” ProNoize 3/6 Jakub Skowroński Power Noise zjada sam siebie. Tylko pojedyncze płyty skłaniają mnie do uznania, że w tym gatunku istnieją przejawy ciekawych i świeżych rozwiązań. Wydany w 2009 „X-tinction” brzmiał kiepsko i kartonowo, niczym większość płyt z rytmicznym industrial/noise. Natomiast „Insomniac” to przede wszystkim utwory „Locked In”, „The Missing Piece” i „Control” - ciężkie, bezkompromisowe kanonady parkietowych hardbitów. Pretendentem do perły w koronie z tej płyty jest utwór „Misanthrop (Isolation by Xotox)”, którego ciężkość nie jest wynikiem ultragalopującego BPM, a brzmienia - lekko przesterowanego, z subtelnym wokalem. To powoli rozpędzająca się ciężka lokomotywa, która wprawdzie zgniata wnętrzności, lecz nie pozostawia śladu na ciele. Pozostałe utwory to standardowy bieg z obuchem i uderzanie na oślep we wszystko, co żywe. 56 CURRENT 93 „HoneySuckle Æons” Copitc Cat 3,5/6 Katarzyna Leśniewska Current 93 to jeden z tych zespołów, którym przy każdym premierowym albumie najchętniej od razu dałabym maksymalną ocenę, nawet bez przesłuchiwania zawartości. Długo mogłabym się rozwodzić nad geniuszem Tibeta, jego kreatywnością i fenomenalnym głosem oraz miłością do kotów. Tym trudniej jest mi recenzować „HoneySuckle Æons”, zwłaszcza mając w pamięci poprzednie wydawnictwo Currentów, świetne „Baalstorm…”. Najnowsza płyta C93 została poświęcona pamięci Petera Christophersona (chyba nie trzeba przedstawiać) oraz Sebastiana Horsleya, angielskiego pisarza i performera. W dużej mierze zdeterminowało to charakter albumu, który wręcz przytłacza swoim smutkiem – większość utworów oparta jest tylko na brzmieniu fortepianu i wokalu Tibeta, okazjonalnie pojawiają się organy czy jakieś klawiszowe motywy. Swego rodzaju melancholia od zawsze obecna była w twórczości C93, co nie oznaczało jednak płyt nudnych i monotonnych – czego momentami nie można powiedzieć o „HoneySuckle Æons”. Pierwsze trzy utwory to nawet dla mnie blisko 10 minut oczekiwania aż „coś” się wydarzy. Nastrój, który w założeniu miał chyba zmuszać do zadumy i refleksji, skłania raczej do ukradkowego ziewania i odliczania czasu pozostałego do rozpoczęcia kolejnej piosenki. Ale warto pomęczyć się ze smętnym Tibetem – „Cuckoo”, czyli nr 4, to jeden z jaśniejszych momentów na tym albumie. Orientalna atmosfera, bardziej urozmaicone instrumentarium i wokal, który wreszcie wyraża jakieś emocje, brzmi tak, jak Tibet brzmieć powinien. Podobny nastrój powraca w „Lily”, chociaż rozwlekły, przepraszam, transowy początek nie zwiastuje niczego dobrego. Jednak w połowie utworu znowu pojawia się ten, często ostatnio przez Tibeta kreowany, bliskowschodni klimat no i GŁOS, charakterystyczny, z łatwością rozpoznawalny od pierwszych sekund, pełen emocji. Current jaki kochamy. Dziwny i niespójny jest ten album. Zdominowany przez smętne fortepianowe ballady, a w swojej monotonii przypominający „Sleep has his house”. Z drugiej strony, pojawiają się cudowne, ale zupełnie niepasujące do reszty „Cuckoo” czy „Sunflower”, gdzie brzmienie fortepianu zostało zastąpione przez organy. Całość sprawia wrażenie niepoukładanej, nie do końca przemyślanej – ale nie jest to zła płyta. Current to jednak Current i poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Jest klimat, wokal Tibeta nic nie stracił na sile wyrazu, są nawet fantastyczne momenty, przebłyski geniuszu z „Black ships…” chociażby. Ale to tylko przebłyski i w dodatku zbyt rzadkie, żeby poprawić ogólne wrażenie. Szkoda. DEATHCAMP PROJECT „No Cure” Alchera Visions 5/6 Łukasz Miernik za to lubianych) electro-transowych schematów, z pociesznymi italo-melodyjkami i pociętymi wokalami, wybija się tu jedynie agresywny harshowy klawisz w sam raz dla fanów Reapera czy Grendela. Wersja Krzyż Kross to (jak można się spodziewać po zespole i tytule „C-64 Mix”) SIDowa przeróbka z modnymi 8-bitowymi brzmieniami i retro wokoderem. Idealna na hipsterski parkiet i dla fanów „River Raid”. Kr-lik z kolei nadal odchodzi od harshowych korzeni i poszukuje nowych spokojniejszych brzmień, bo remiks przypomina raczej wyciszone innowacje z końcówki zeszłorocznej płyty Controlled Collapse. Całość dopełnia doskonale wpasowany wokal puszczony od tyłu i wyciągnięte na pierwszy plan „chórki”. Kolaboracja TomTylora i Wolnodzieja to z kolei chilloutowe wyciszenie z wręcz jazzowo-lounge’owym zacięciem, delikatnie zamykające tę jakże zróżnicowaną płytę. Podsumowując, „No Cure” to murowany mroczny hit lata, wzbogacony świetnymi remiksami naszych kreatywnych rodaków (choć może przydałaby się też jakaś zachodnia nazwa) i bez wkraczania w kółko wzajemnej adoracji, zasługujący w pełni na piątkę. Płyta premierę będzie miała (tak jak nasz magazyn) na festiwalu Castle Party, a wydana zostanie w wersji standardowej oraz limitowanym metalowym boxie, wzbogaconym o dodatkowy CD-R. Bonusowa płyta zawierać będzie m.in. odświeżony klawiszami Kr-lika deathrockowy „Venomous Edge” znany z demówki oraz niepublikowany jeszcze ”Cold The Same” w remiksie Skona. Ta nadmiarowa przeróbka jest chyba najlepszym z opisanych tu kawałków i zaskakuje większym podobieństwem do wczesnego Ladytron niż :Wumpscuta:, czego prędzej spodziewałoby się po ziębickim projekcie. Naprawdę warto zainteresować się rozszerzoną edycją, jeśli nie z potrzeby bycia elitarnym kolekcjonerem, to choćby dla tego jednego kawałka. Ostrzegam, że będę patrolował zamkowe stoisko i wyrywkowo doglądał Waszych zakupów. W festiwalowym szaleństwie dajcie choć przez chwilę odpocząć wątrobie i wesprzyjcie rodzimą scenę! DEMDIKE STARE „Tryptych” Modern Love 6/6 Katarzyna Leśniewska Dzięki uprzejmości kolegów z Deathcamp Project znalazłem się w jakże ekskluzywnym gronie osób, słyszących nowego singla przed premierą. W chwili pisania recenzji płyta nie była jeszcze domknięta i dostałem jedynie mp3, więc bez zbędnych wstępnych ceregieli, przejdę do sedna. Utwór tytułowy powitał mnie charakterystycznym automatem perkusyjnym oraz znanym ostrym i porywającym basem, ale wejście gitary przerosło wszelkie oczekiwania. „O kurwa”, wyszeptałem w zadumie ku wschodzącemu księżycowi. Przez chwilę zastanawiałem się czy w playliście miałem Editors, czy może to In Extremo zamienili dudy na kolejną gitarę. Void zaserwował tu bowiem wyjątkowo indierockowo-niemieckojarmarczną zagrywkę porywającą z miejsca do tańca. Nie miało to być w żaden sposób obelżywe stwierdzenie. Po prostu gitara przejęła funkcję napędzania całej melodii, pełnioną dotychczas przez klawisze. Te bowiem, w przeciwieństwie do debiutanckiej płyty, ograniczone zostały do jedynie przestrzennego tła rodem z 4AD, eksploatowanego obecnie przez nową falę dreampopu, czy White Lies. Wokal zaś chyba tradycyjnie będzie wpędzał nastolatki w stan błogiego rozmarzenia, zwłaszcza że po śmierci Petera Steele’a konkurencja zmalała. Jestem bardzo ciekawy w jakim klimacie będzie utrzymany cały album i jak bardzo stylistycznie rozbieżny, bo zapowiada się nad wyraz interesująco. „No Cure” to chwytliwa melodia z powerem, przebojowe tempo, brzmienia na czasie i zapadający w pamięć refren. Jednym słowem, idealny singiel i godny następca „Rule and Control”. Wersji oryginalnej towarzyszy jednak aż 5 remiksów, zatem do dzieła. Hervy po raz kolejny eksperymentuje i wyżywa się na cudzych utworach. Marszowe rytmy, subtelne klawisze, niepokojące ambientowe plamy i złowieszczo narastające pogłosy przypominają raczej jego wkład w atmosferę Blindead niż solowe dokonania HRV. Sthilmann jak to Sthilmann, można by rzec w skrócie. Z jego znanych (i chyba właśnie Demdike Stare to brytyjski duet obracający się w szeroko pojętych klimatach mrocznej elektroniki, jednak nie tej spod znaku harczącego jazgotu, a raczej okultystycznoambientowych wizji. W swojej twórczości łączą fragmenty ścieżek dźwiękowych z horrorów z orientalnymi motywami, a wszystko to w gęstym, dubowo–eksperymentalnym sosie. I robią to w sposób absolutnie mistrzowski. „Tryptych” stanowi kompilację utworów z trzech winyli wydanych w 2010 roku, wzbogaconą o premierowe 40 minut muzyki. Część pierwszą otwiera blisko piętnastominutowy „Forest of Evil (Dusk)”, uzupełniony następnie przez „Forest of Evil (Twilight)”. Tytuł obu nagrań jasno określa, jakich dźwięków możemy się spodziewać – początkowo leniwe ambientowe plamy stopniowo nabierają ciężaru i mocy, pulsujący bas i plemienne rytmy podkreślają duszną, niepokojącą atmosferę. Złowrogi nastrój potęguje jeszcze motyw rytualnych bębnów i sprawia, że ma się wrażenia uczestniczenia w jakimś obłąkanym szamańskim misterium. Dubowe „Caged In Stammheim” rozpoczyna środkową część albumu, najbardziej zróżnicowaną i ciut mniej niepokojącą, za to bardziej transowo–magiczną. Może dlatego, że inspiracją do jej powstania była tybetańska księga umarłych, zinterpretowana w wyjątkowo posępny sposób. Obok hipnotycznych, zapętlonych motywów pojawia się więcej etnicznych elementów, jakieś dzwonki, piszczałki, gongi… Najwyraźniej słychać to w niesamowitym „Bardo Thodol”, gdzie mantry tybetańskich mnichów płynnie przeplatają się z dźwiękami gitary i perkusjonaliami. Poprzez rejony zbliżone do downtempo, melodie zaczerpnięte chyba od zaklinaczy węży i bardziej taneczne momenty docieramy do ostatniej części „Tryptychu”. Mrocznej, parnej, będącej dźwiękową pocztówką do słowa „okultyzm”, o jakiej mogłaby marzyć większość dark ambientowej sceny. Kryjące się pod nr 14 „Hashshashin” to chyba najbardziej złowieszcze nagranie na całym albumie. Zapętlony, ekstatyczny (niby)afrykański śpiew, ponownie plemienne bębny w tle, całość subtelnie okraszona elektronicznymi efektami i powtarzającym się sygnałem jakiejś syreny. Trudno znaleźć cokolwiek chociażby zbliżonego do tej wizji, o przejściu obojętnie nie wspominając. Niesamowity album. Wymagający od słuchacza wytrwałości (ponad dwuipółgodzinna dawka takiej psychodelii może być ciężka do strawienia przy pierwszym podejściu), ale wynagradzająca ją po stokroć. Perfekcyjne połączenie tego, co najlepsze w dubie i dark ambiencie, z efektami z filmów grozy i etnicznymi motywami. Jedna z płyt roku, zdecydowanie. DER ARBEITER „Holzwege” Ur Muzik 5/6 Katarzyna Leśniewska Ciężka sprawa z tym neofolkiem czy też martialami. Z jednej strony pojawiają się takie cuda jak ostatnie płyty Spiritual Front czy Rome, ale nie widać jednak zbyt wielu świeżych i kreatywnych projektów. Na wielu płytach, nawet debiutanckich, wciąż dominuje sztampa z cyklu „gitara akustyczna + podniosłe melorecytacje + pompatyczne ozdobniki”. Cała nadzieja na odświeżenie tego nieco skostniałego gatunku spoczywa w rękach takich egzotycznych perełek jak chilijski Der Arbeiter. Polskiemu słuchaczowi projekt ten może być znany ze składanki wydanej przez Beast of Prey czy z ostatniego „Scontrum Act IX” War Office Propaganda. „Holzwege” ukazało się z kolei nakładem Ur Muzik, więc z dotarciem do twórczości Juana A. nie powinno być problemów – a zainteresować się warto. „Piękno w prostocie” - taki slogan mógłby zostać umieszczony na okładce tej płyty. Skromne instrumentarium, ograniczone do gitary, skrzypiec i klawiszy, w zupełności wystarczyło do stworzenia wyjątkowego klimatu. Czasem w tle zabrzmią wyrazistsze bębny czy elektroniczne efekty, ale pełnią one tylko rolę ozdobników. Całość ma bardzo organiczny, ciepły charakter, co może nieco dziwić, jeśli zna się debiut Der Arbeiter – zdominowany przez proste, marszowe rytmy, nadające nieco hipnotyczny klimat całej płycie. Jakkolwiek banalnie to brzmi to słuchając „Holzwege” trudno jest nie wyobrażać sobie spokojnego, letniego wieczoru, lekko podszytego melancholią, i smaku chilijskiego wina. Trudno jest mi wyróżnić którykolwiek z utworów, ponieważ wszystkie wydają się być połączone jakimś wspólnym motywem spajającym je w tak przyjemną dla ucha całość. Z pewnością daje się zauważyć większą liczbę wokali, Juan nie boi się już używać swojego głosu, który często urozmaicają damskie melodeklamacje. Uwagę zwraca też nagranie tytułowe, oparte wyłącznie na brzmieniu gitary – ale emocji zawartych w tym kawałku mógłby pozazdrościć niejeden zespół współpracujący z orkiestrą symfoniczną. Śliczne. Skrzywdziłabym Der Arbeiter przyklejając ich twórczości etykietkę neofolku, z martialowych wstawek też za wiele nie pozostało. Jednak najnowsza płyta nie pozostawia wątpliwości, że nie trzeba komponować rozwlekłych ballad o idealizowanej przeszłości Europy, żeby uchwycić to, co w tej muzyce najpiękniejsze. Warto też zachować wierność rodzimemu językowi, zamiast sztampowo silić się na śpiewanie po niemiecku czy angielsku. Brawo, po prostu. DER BLUTHARSCH ATICOTLH + ALUK TODOLO „A Collaboration” WKN 5,5/6 Katarzyna Leśniewska Nie od dziś wiadomo, że Der Blutharsch lubi współpracować z różnymi artystami. Było już Deutsch Nepal, Novy Svet, Dernière Volonté oraz kilku innych artystów, ale kolaboracja z Aluk Todolo jest chyba najlepszym splitem, jaki udało się popełnić Albinowi. Francuskie trio, specjalizujące się - mocno upraszczając w ascetycznym black/doom metalu okazało się świetnym uzupełnieniem dla bardziej rock’n’rollowego ostatnimi czasy Der Blutharsch (teraz już ...And The Infinite Church Of The Leading Hand). Na „A Collaboration” każdy z zespołów dostarczył po dwie kompozycje i podobno prace nad ich ostatecznym kształtem odbywały się wspólnie, ale wyraźnie widać, kto za co odpowiadał. Pierwsze dwa nagrania to tak charakterystyczne dla Aluk Todolo powolne, masywne rytmy, jednostajne brzmienie perkusji i oszczędne partie gitary. Prostota aranżacji, zapętlone motywy i długość kompozycji (ponad dziesięć minut każda) tworzą mroczną, hipnotyczną atmosferę, do której aż chciałoby się dodać jakieś profetyczne wycia w stylu Tibeta (a kysz! - red. nacz.). Zamiast tradycyjnego wokalu otrzymujemy jedne ze znaków rozpoznawczych Der Blutharsch: głęboki, wibrujący bas i psychodeliczne klawisze – i jest lepiej niż dobrze. W drugim utworze pojawia się echo śpiewu w postaci zawodzonego w tle „I love you” – co w połączeniu z posępnym wydźwiękiem całości brzmi naprawdę uroczo. Słuchając tego wydawnictwa można odnieść wrażenie, że to jakiś zaginiony suplement do „Flying High” Austriaków – też jest aż gęsto od basów, nawiązania do lat 70. są wręcz namacalne a klimat jest z gatunku tych transowo–mantrycznych. Nie przeszkadza to jednak w ukazaniu bardziej rock’n’rollowego, szalonego oblicza, co świetnie pokazuje trzeci kawałek. Nieco jazzowy rytm perkusji, gitara basowa na pierwszym planie, do tego pozornie fałszujące klawisze, wszystko nabierające coraz większego tempa - taki chaos kontrolowany, który definiuje psychodelię. Der Blutharsch w kapitalnej formie. Niesamowicie wciągająca płyta, na której mroczny, hipnotyczny klimat płynnie przechodzi w zakręcone gitarowe dźwięki. Oba zespoły zaprezentowały to, co najlepsze w ich twórczości a powstała mieszanka jest po prostu obezwładniająca. „Uniforms are always changing – Rock n`Roll will stay forever!” czego “A Collaboration” jest najlepszym dowodem. DONIS „Kas Tave Šaukia” Dangus 5.5/6 Łukasz Miernik Nigdy nie przepadałem za twórczością Donatasa, mimo jego wszechstronnego muzycznego wykształcenia i ogromnego wkładu w litewską scenę. Wszystko zmieniło się podczas pewnego koncertu na Menuo Juodaragis, kiedy to u jego boku na scenie stanęła Rasa Serra, a ja zakochałem się w jej potężnym, starobałtyckim głosie. Od tamtej pory wypatrywałem wspólnie nagranej płyty, aż w zeszłym roku się w końcu doczekałem. Poświęcony bitwie pod Grunwaldem album zaczyna się typowym dla Donisa, niepozornym ambientowym tłem, podszytym narastającym marszowym rytmem i odgłosami walki. Potęga krążka wybucha jednak już w drugim numerze - dudy, solówki na elektrycznej gitarze, wojenne bębny oraz głos, od którego ciarki przechodzą po plecach, a łzy same napływają do oczu. Dalej jest coraz lepiej: podniosłe pieśni wzywające do boju, tradycyjne bałtyckie przyśpiewki, rzewne romantyczne ballady i po prostu wpadające w ucho piosenki. Wszystko to wzbogacone typowym dla Donisa ludowym instrumentarium, cymbałkami, dzwonkami wiatrowymi, akordeonem, drumlą, flecikami, skrzypcami, rozmaitymi gitarami i kto wie, czym jeszcze. To już nawet nie neofolk, to post-ethno-pop! Chylę czoła przed geniuszem duetu wijącego te tradycyjne wianki z chwytających za serce melodii i półboskiego wokalu. Jeśli to ich przodkowie sześć wieków temu zagrzewali do boju nasze armie, zwycięstwo mieliśmy w kieszeni. DURAN DURAN „All You Need Is Now” Tapemodern 4,5/6 Robert Marciniak Moje i Duran Duran wspólne drogi rozeszły się pod koniec lat osiemdziesiątych, po słabych, jak wtedy sądziłem, płytach „Notorious” i „Big Thing”. Nie podchodziło mi już takie granie, znikła gdzieś świeżość i podrywające tyłek w górę kompozycje. W naszym zejściu się nie pomogły pojedyncze przebłyski, jak „Winter Marches On”, „A Matter Of Feeling”, „Ordinary World” i „Come Undone”, które, co by tu nie mówić, znakomicie bronią się do dziś. Niestety, kolejne długograje wypełniała coraz trudniejsza do przebrnięcia przekombinowana muzyczna magma. I tak po równi pochyłej w dół, aż masakrycznym szczytem, a właściwie absolutnym dnem, okazała się „masakra na czerwonym dywanie”. Panowie o timbodźwięcznych nazwiskach Timbaland i Timberlake, na „Red Carpet Massacre” skutecznie stimbolowali Duran Duran do poziomu, z którego można było już nigdy nie wstać. Zespół stanął więc przed wyborem - potwierdzić kolejną falę plotek o rozwiązaniu grupy i porozpływać się jachtami po Morzu Karaibskim, bądź rzucić w cholerę całe to nowopopowe badziewie spod znaku „arenbi” i powrócić do korzeni. Decyzja nie była pewnie łatwa, bowiem zespół już jedną taką niezbyt udaną próbę miał na koncie. Na wydanym w 2004 albumie „Astronaut” zabrakło jednak swoistej kropki nad i. Potrawa była fragmentami całkiem niezła, tylko kucharz zmiksował wszystko blenderem do konsystencji zupki dla niemowlaków i zapomniał przyprawić. Na „All You Need Is Now” nowy kucharz spisał się lepiej niż znakomicie, dlatego też warto wymienić jego nazwisko na równi z nazwiskami członków grupy. Co prawda Mark Ronson urodził się wtedy, gdy chłopcy zaczynali już na serio grać, ale to on najlepiej wyczuł, w jakie rejony można skierować Duranów tak, aby nie obili się o autoplagiat. Simon LeBon wielokrotnie w ostatnio udzielanych wywiadach wspominał niebagatelną rolę Ronsona, jak również sposób pracy nad płytą. Po raz pierwszy od „Rio” panowie usiedli razem w jednym pomieszczeniu w studio i zaczęli grać, komponować i cieszyć się tym, co robią. I po raz pierwszy od „Rio” to słychać. Już pierwsze takty przykuwają uwagę mocnym, niemal industrialnym riffem, przechodzącym gładko w chwytliwy refren, pełen klimatu starych płyt. Efekt wow. Nie bez powodu kawałek tytułowy wybrano na promujący płytę, singiel i clip. A potem jest już coraz lepiej. Na „Blame The Machines” już słychać i gitarki rodem niemalże z „Rio” i tak charakterystyczne dla zespołu brzmienie, a prawdziwe perełki, to jakby wyjęte żywcem z „jedynki” „Being Followed” oraz kolejny murowany balladowy hicior „Leave A Light On”. Potem klasyczny Duran z okresu „późnotrawiennego” schyłku lat 80., „Safe (In The Heat Of The Moment)”, gdzie zespół wspomaga wokalnie Ana Matronic ze Scissors Sisters. Trzeba przyznać, że robi to doskonale. Świetnie frazuje i akcentuje melodeklamacjami funkujące rytmy. Ja osobiście mniej lubię taki DD, ale nie można nie przyznać, że to naprawdę pierwszorzędna robota. „Girl Panic!” wyrywa z butów już samym wstępem (zgadnij, z czego to cytat?) i zsuwa refrenem skarpety. Śliczne „Mediterranea”, niesamowicie chwytliwe „Runway Runaway”, które wyrzuca i buty i skarpety za okno, no i piękny, liryczny „Before The Rain” na koniec. Mmmm, to tak, jak lubię. Chociaż „chłopcy” już nie mają grzywek, bo od dawna na głowie przeszczepy, to muzyka brzmi jak za dawnych, dobrych lat. Świeżo, bezpretensjonalnie, przebojowo, z rozmachem, bez zbędnych kombinacji. Może nie jest to „Rio”, gdzie nie było ani jednej słabej sekundy, ale i tak jest bardzo przyzwoicie, a z każdym przesłuchaniem coraz lepiej. Album przepełnia duch starego DD i nie jest to odgrzewanie kotleta mielonego w mikrofali. Najnowsza płyta ukazała się według nowo obowiązującego i coraz popularniejszego wzorca sprzedaży (a jakże). Najpierw materiał pojawił się w wersji cyfrowej (w grudniu 2010 r.), a dopiero po upływie trzech miesięcy na normalnym nośniku CD. Może to nawet ma jakiś sens. Ekstrasy w postaci dwóch miniaturek „A Diamond In The Mind” i „Return To Now” można byłoby sobie podarować, ale „Mediterranea” jest tym powodem, dla którego warto mieć nośnik fizyczny. Najlepiej winylowy LP. W tej postaci mam i jedynkę, i „Rio” i „Seven And The Ragged Tiger”. Teraz bez wstydu do tej Trójcy Na Półce dostawiam „All You Need Is Now” i hmm, chyba znów lubię Duran Duran. DÜSSELDORF „1989–1993” Requiem Records [brak oceny] Robert Marciniak Dość długo zastanawiałem się nad wyartykułowaniem pewnej refleksji, jaka przewijała mi się przez głowę podczas słuchania materiału z tej płyty. Ale tak, można pokusić się chyba o stwierdzenie, że druga połowa lat osiemdziesiątych w polskiej muzyce to jej najpiękniejszy, ale chyba i najbardziej dramatyczny okres. W latach tych ujawnił się niesamowity potencjał twórczy sceny nowofalowej, wtedy bowiem przypadł okres największej aktywności takich grup jak Variété, Made in Poland, 1984, Aurora, czy Madame. Z drugiej strony większość sesji nagraniowych nie doczekała się wydań na nośnikach. Tłocznie płyt winylowych borykały się z dwoma problemami - brakiem surowca i obciążeniem coraz większymi zamówieniami na produkcję materiałów wybuchowych na potrzeby wojsk ZSRR w Afganistanie. Minęło ponad 20 lat i surowca dalej nie ma, bo i tłoczni nie ma, za to materiały wybuchowe dostarczane są do Afganistanu na potrzeby wojsk polskich. Na szczęście w 1986 granulatu było jeszcze wystarczająco, aby ukazała się jedna z najgenialniejszych płyt polskiego rocka „Nowa Aleksandria” Siekiery. Wymienione do tej pory nazwy wydają się znajome nawet i dziś, nawet i średnio zorientowanym w tym okresie słuchaczom. No cóż, może to kwestia granulatu, a może szczęścia, bowiem dorobek wielu genialnych zespołów przeszedł niezauważony, bądź w ogóle nie został profesjonalnie zarejestrowany. Ich nazwy dziś kojarzą się z zupełnie czymś innym, a szkoda. Duet Düsseldorf, bo to jeden z tych zespołów i o nim tu teraz będzie, powstał w 1989 roku w Katowicach na gruzach grupy Nowy Horyzont, powstałej na gruzach legendarnego Garaż w Leeds, powstałego na gruzach... tak, tak - Nowego Horyzontu. Wokalista Adam Białoń i klawiszowiec Adam Radecki umiejętnie połączyli w swojej muzyce zimnofalowe brzmienie z industrialnymi eksperymentami. Czerpiąc 57 inspirację z dokonań Kraftwerk, Cabaret Voltaire, czy nawet jak niektórzy uważają, Suicide, a na pewno już Front 242, zespół zbudował własny styl, charakterystyczną dramaturgię i poetykę. To prawda, szkoda tylko, że tak niewiele ich nagrań przetrwało do dziś. Kiedy trzymam w ręce płytę, w tytule której pojawiają się dwie daty rozdzielone myślnikiem, to mam nieodparte, smutne wrażenie, że oto patrzę na coś w rodzaju nagrobka, a jedyne emocje, jakie towarzyszyć mi będą podczas słuchania, związane będą z wspominkami. No i akurat w tym przypadku nie do końca tak jest. Te dwie daty to znak, że materiał zawarty na płycie jest przekrojowy, obrazuje rozwój, czy akcentuje kierunki, w jakich podążała muzyka zespołu na przestrzeni lat. Z reguły jednak przy takich mini-antologiach pojawiają się uzasadnione wątpliwości co do spójności zawartego na płycie materiału. Tak więc, ze względu na wysoce retrospektywny charakter wydawnictwa, ciężko pokusić się o ocenę poszczególnych utworów, zwłaszcza, że pojawiają się dylematy, chociażby takie, jak dziś podejść do ilustrowanych muzyką manifestów w rodzaju „Uleczmy maszyny”, czy „Projekcja Live”. Jednak nie wydaje mi się, aby w tym przypadku jakakolwiek ocena była potrzebna. Wszystko o dziwo, układa się w spójną, zgrabną całość, no może z jednym wyjątkiem - utworem „Goddess of War”, jednym z ostatnich nagrań, już z innym wokalistą - Marcinem Jasinskim. Utwór ten prezentuje całkiem inne oblicze grupy. Poza tym, od pierwszych taktów otwierającego płytę „Dlaczego” poprzez „Deutschland Punk Bass” i „Królewską Hutę”, fenomenalnie skonstruowany, fragmentami przedziwnie przebojowy „Anschluss”, może niedoskonałe, nieco naiwne, ale prawdziwie poruszające wokalizy w „Judentanz”, wplecione w porywającą, hipnotyczną motorykę rytmu i quasiklezmerskie akcenty, mamy do czynienia ze świeżym podejściem do muzycznej materii, ze śmiałym otwieraniem kolejnych obszarów poszukiwania własnej stylistyki i przekazu. Pewne uniwersalne wartości pozostają uniwersalne, bez względu na upływ czasu. Pierwsze muzyczne skojarzenia z nazwą Düsseldorf w powszechnym ujęciu pozostaną zapewne niezmienione - Kraftwerk, D.A.F., czy Die Krupps. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że dzięki wydawnictwu Requiem od tej pory będzie też kojarzyła się z tą zapomnianą już formacją z Katowic. Tym, którzy się z materiałem zapoznają, na pewno. I dobrze, bo warto. Na koniec chciałbym zacytować zamieszczone na okładce płyty słowa wokalisty, Adama Białonia. Słowa, które oddają w pełni i moje odczucia: „[...] Piękne czasy które do dzisiaj robią na mojej osobie wielkie wrażenie, a wspomnienie tamtych dni przeszywa mnie dreszczem pozytywnej energii i tęsknotą za duchem i mocą ciemnej piwnicy, burzy mózgów, spontanicznymi akcjami, papierową korespondencją i kontaktami międzyludzkimi bez całej armii gadżetów, telefonów komórkowych, emaili i komunikatorów.[...]” Düsseldorf „1989–1993”. Autentycznie wzruszająca podróż sentymentalna do czasów, niestety, już minionych. Tak, tak, mimo wszystko to były naprawdę piękne czasy. A wydanie nagrań Düsseldorf po dwudziestu latach od ich powstania to zaskakująca i na pewno miła niespodzianka, ale i zarazem ocalenie tych nagrań przed całkowitym niebytem. Wielka w tym zasługa szefa Requiem Records, Łukasza Pawlaka. Chwała mu za to i za wiele innych rzeczy, zwłaszcza, że w planach serii archiwalnej zapowiadane są kolejne perły. Ja już się cieszę. FRACTURED „Beneath The Ashes” Dependent 5.5/6 Łukasz Miernik 58 Fractured po raz kolejny rewolucjonizuje światek harsh electro. Myślałem, że w epoce zalewu industrial rave’u tylko Grendel ma jeszcze jaja. Jednak najpierw nagle zaskoczył sam betonowy Reaper, a teraz powrót chłopaków sprawia, że znów chce się żyć i wyławiać skwarki z tej zalewajki. Materiał zdecydowanie odbiega od teledysku do „Pong” Eisenfunka, więc może nie mieć większego wzięcia, ale mam nadzieję, że ktoś jeszcze odkryje jego geniusz. Oprócz tradycyjnych, pociętych wokali, Kanadyjczycy serwują nam wybuchową mieszankę electro-industrialu, dubstepu, futurepopu, drum’n’bassu i numetalu, czy jak się nazywa to, co teraz grają kapele pokroju Enter Shikari. Pojawia się nawet całkiem spokojne plumkanie i mroczny utwór z gościnnym narzekaniem kultowego It-Clings. Trzeba być mistrzem, żeby przy takiej rozbieżności stylistycznej, tak różnorodnych brzmieniach, wokalach i melodiach, zamiast chaotycznej składanki nagrać spójne Dzieło. Nie bójmy się tego słowa, bywały już takie na tej scenie, więc tym bardziej uszanujmy ten współczesny chlubny wyjątek. Do koniecznego obczajenia: „Straight Jacket Fashion”, „Save Me”, „For What” i „Anesthetic”. A kto nie lubi nowego Fractured, ten niech najlepiej odnajdzie we wkładce do jakiejś płyty Kazimierza Staszewskiego fragment, dotyczący tego, kim jest i co ma zrobić. KILLING JOKE „Absolute Dissent” Spinefarm Records 6/6 Mariusz Łuniewski Killing Joke to zespół-legenda, którego każdy album jest wydarzeniem. Trochę trudno mi pisać o tej płycie, bo kto pokochał ten zespół, zna wartość tego krążka, a pozostałych chyba nie ma sensu na siłę przekonywać. Pozwolę sobie więc odejść nieco od formy typowej recenzji płyty i ograniczę się tylko do małej refleksji. Otóż gdy dzieliłem się ze znajomymi moim entuzjazmem odnośnie „Absolute Dissent”, najczęściej w odpowiedzi otrzymywałem dziwne spojrzenie i rzucone od niechcenia: „coś tam słuchałem, ale mi nie weszło”. Jasne, że nie weszło - wystraszyło ślimaki i potłukło bębenek. „Absolute Dissent” jest niewygodne i chropowate. Jest wręcz muzycznym reliktem w czasach wszechogarniającego konformizmu, także w muzyce. Ilekroć umieszczałem jakiś utwór w secie DJ-skim, mimo całkiem tanecznego beatu (np. w „European Super State”) parkiet pustoszał. Możliwe, że instynkt nie zawodzi tych „sobotnich tancerzy” - tych samych, którzy tańczą do „Love Will Tear Us Apart” Joy Division. Ciężko jest tańczyć do muzyki naznaczonej śmiercią przyjaciela. Na chwilę przed nagraniem płyty ówczesny basista zespołu Paul Vincent Raven zmarł bowiem na atak serca. Po uroczystościach pogrzebowych doszło do spotkania, po którym Killing Joke w oryginalnym składzie (w jakim grał do 1982 roku) przystąpił do nagrań, tworząc jedną ze swoich najpiękniejszych płyt. „Absolute Dissent” jest jak nieuleczalna choroba, która rozprzestrzenia się wraz z krwią. Jest jak narkotyk – przy pierwszym kontakcie odrzuca, by następnie uzależnić i zniewolić. Jaz Coleman niczym czarny Mesjasz krzyczy swe trędowate przepowiednie, nie niosąc zbawienia, co najwyżej wieszcząc wieczne potępienie. Jest w tej muzyce piękno, jest prawda, krew, brud i zgiełk współczesności. Jest niewyartykułowana pustka i wykrzyczany ból. Jest w końcu czterech prawdziwych ludzi stojących za swoimi instrumentami, którzy, pozornie spokojni, każdym uderzeniem w struny malują obraz upadającego świata. Niezmiennie od lat mam w sobie coś z niepoprawnego promotora - chciałbym podzielić się muzyką, którą kocham z całym światem. Ale tym razem może to dobrze, że wam „nie weszło”, świetnie, że się nie podoba. Nie słuchajcie tej płyty, ona jest tylko moja. LIBERTE „Jau aušt aušružė” Dangus 4/6 Katarzyna Leśniewska Jako wierna fanka skandynawskiej sceny muzycznej, zarówno jej elektronicznego jak i bardziej folkowego oblicza, muszę przyznać, że na horyzoncie pojawiła się całkiem poważna konkurencja. Litewski Dangus co chwilę raczy nas fantastycznymi wydawnictwami, ukazującymi różne strony bałtyckiego folku i DI, a jednym z jego najnowszych podopiecznych jest Liberte. Grupa dowodzona przez klasycznie wykształconą muzycznie Anę Babuskinę postawiła sobie za cel zinterpretowanie tradycyjnych pieśni litewskich oraz nagranie własnego materiału, utrzymanego w tej samej stylistyce. Idea zacna i bliska memu sercu, ale jej realizacja budzi ambiwalentne uczucia. Liberte chętnie sięga po tradycyjne litewskie instrumenty, które nadają utworom specyficznego, nieco baśniowego klimatu, ale wytworzoną w ten sposób atmosferę najczęściej zaburza kompletnie niepasująca perkusja czy gitara. Ot, chociażby nagranie tytułowe – z przyjemnym motywem skrzypiec i fletu, mocnym głosem Any, przez użycie jakichś cholernych bębenków brzmi momentami jak muzyka relaksacyjna z salonu kosmetycznego. A przecież Liberte potrafi nagrać rzecz klimatyczną, niepokojącą, a przy tym urokliwą, jak instrumentalne „Tututūtututis”. Tam również pojawia się perkusja, ale nie dominuje, nie zaburza charakteru utworu, lecz współgra z resztą instrumentów. Wokal Babuskiny to silny atut tego albumu, czysty, silny, a przy tym bardzo melodyjny, co najlepiej słuchać chyba w „ Miegužio noriu”, którego melancholijną atmosferę podkreśla użyta wiolonczela i właśnie śpiew Any. Niestety, ten nostalgiczno–romantyczny nastrój zostaje całkowicie zniszczony, zdewastowany i na koniec obrzucony błotem przez koszmar, jakim jest utwór kończący płytę. Zrozumiałabym, gdyby to był jakiś utwór bonusowy czy remix wykonany przez zaprzyjaźniony zespół – ale to jest po prostu absolutna pomyłka. Pop-rockowy gniot, znowu z tą bezsensowną perkusją wysuniętą na pierwszy plan. Nie pomaga nawet użycie akordeonu ani głos Any. Jeśli celem było zepsucie dobrego wrażenia po wysłuchaniu całego albumu, to został on osiągnięty z nawiązką. Łączenie tradycyjnych motywów i melodii z muzyką współczesną, zachowując przy tym ich „etniczny” charakter nie jest rzeczą łatwą, ale przynoszącą czasami fantastyczne rezultaty, czego przykładem twórczość Transjoik, Värttiny, a pozostając w rejonie Dangusa - Atalyi. „Jau aušt aušružė” to rzecz miła, łatwa i przyjemna (poza wspomnianym wyjątkiem), wprowadzająca słuchacza w nieco bardziej baśniowy i oniryczny wymiar. Tylko i aż tyle. MAA „Tuhkankantajat” Anima Arctica 5/6 Jakub Skowroński Smutne piosenki ogniskowe z ciekawym profesjonalnym akompaniamentem instrumentów to było moje pierwsze wrażenie po przesłuchaniu płyty. Zespół tworzą osoby wcześniej znane z m.in. Halo Manash i Somnivore, a gościnnie występuje John Murphy (ex-SPK, KnifeLadder) i Risto-Matti Salo (Pimentola). To pierwsze złe wrażenie prysło, gdy ten sam album włączyłem pewnego wieczoru. Płyta poruszyła mnie do tego stopnia, że przez kilka kolejnych wieczorów ta mieszanka neo-folku i muzyki pop wypełniała cztery ściany pokoju. Genialnie zrealizowane brzmieniowo partie wiolonczeli i pianina, każdy instrument współgra z innymi, bas w dialogu z perkusją, gitary grają smutne melodie. Trudno znaleźć słaby punkt tego wydawnictwa, mimo początkowych złych odczuć. MAA to projekt o wielkim potencjale. Moim faworytem z tego albumu jest ostatni dwunastominutowy utwór „Toive”. Mam nadzieję, że wielu z was sięgnie po tę płytę, naprawdę warto. MUERAN HUMANOS„Mueran Humanos” Blind Prophet Rec./Old Europa Café 5/6 Jakub Skowroński Argentyńskie projekty to w moim odtwarzaczu wciąż rzadkość, ale ten powala na kolana. Może to zasługa zmiany adresu zamieszkania przez twórców tego projektu, Tomasa Nochteffa i Carmen Burguess, z ciepłego Buenos Aires na zimny Berlin. Wpływ europejskiej stolicy kultury słychać wyraźnie już przy pierwszych dźwiękach tego oszalałego duetu. Synth-minimal, post punkowy mrok, imprezowy EBM, intrygujące elementy psychodelii i krautrocka. Podoba mi się, że teksty są śpiewane wyłącznie w języku hiszpańskim, brzmi to unikalnie. Utwory są przeładowane seksualnością, potem i smrodem electro klubów oraz cukierkowymi melodiami granymi na tanich syntezatorach. Wszystko to pozornie tworzy bardzo prostą konstrukcje, aczkolwiek nawet pulsujące, hipnotyczne bity wydobywające się z odtwarzacza mają uporządkowaną strukturę. Pytanie, które nasuwa się na koniec, to kiedy kolejny album? MUSLIMGAUZE „Babylon Iz Iraq” Muslimtapes / Fathom Distribution 6/6 Jakub Skowroński Bryn Jones, czyli.Muslimgauze, zyskał status twórcy kultowego. Dyskografia opiewa na ponad 200 płyt, a ich liczba wciąż wzrasta. Dzięki spadkobiercom ogromnego archiwum kaset DAT, co jakiś czas osoby takie jak ja mogą poczuć szorstki piasek na twarzy, smród i zgiełk ulic, klaustrofobiczny trans i inwokacje modlitewne. Jones penetruje muzykę arabską, przetworzoną na język maszyn, obdarowuje słuchacza bliskowschodnią estetyką w zbrutalizowanej wersji. Etno-industrial-dub – sformułowanie jak każde inne, lecz tak samo puste, dotykające jedynie cząstki estetyki Muslimgauze. Muzyka ta jest przesiąknięta muzułmańską tożsamością. Mamy tutaj fascynujące głębokie frazy dźwiękowe, maszyny które udają orientalne instrumenty, nieudolnie zaprogramowane analogowe automaty – wszystko to wywołuje dyskomfort. Ale to nie jest muzyka dla przyjemności, raczej bolesny manifest. „Babylon Iz Iraq” to materiał nagrany 1996 roku i następnie zremiksowany przez electro-dubowe Unitone HiFi, ale także nazwa wersji utworu którą na ich „Rewound + Rerubbed” popełnił Jones. Tytuł nie jest przypadkowy, wystarczy włączyć telewizor - tereny starożytnego miasta-państwa Babilonu to wciąż plac bestialskiego konfliktu. Jednocześnie to jedna z najbardziej eksperymentalnych płyt Muslimgauze. Materiał jest minimalistyczny, ale także tech-klubowy, oniryczny, z charakterystyczną dla arabskiej muzyki rytmiką. Czternaście utworów zabiera w podróż po post-syntetycznym mieście, gdzie pod przykrywką turystycznych świecidełek kryje się cierpienie, samotność i marionetkowość w służbie pieniędzy. NADJA/TROUM „Dominium Visurgis” Denovali Records 5/6 Jakub Skowroński Something In My Drink”) klimatyczny przerywnik „Spectre” i posępny, balladowy finał w postaci „Monument”. Dosyć długo trzeba było czekać na ten materiał, a nie jest go wcale tak dużo, zaledwie siedem piosenek, jeden cover i dwa przerywniki. Jednak można powiedzieć, że panowie Louis DeWray, Damien DeVille, Belle Star i Nevyn Moonshadow stanęli na wysokości zadania. „Horror holiday”, „Wonderland”, czy „Silver” to naprawdę urzekające kompozycje. Słowo „urzekające” wydaje się tu równie właściwe, co „eteryczne” i „melancholijne”. Wiele z kawałków na albumie charakteryzuje się fajną dynamiką, jednak to nie rockowy pazur a klimat decyduje o wyjątkowości tego albumu. Nowe dzieło brytyjskiego zespołu rzeczywiście zabiera słuchacza w tytułową „krainę czarów”. muzyka filmowa do „Bodyguard” lub innego filmu z 1992 roku, którego nie znam, Ouroboros mógłby spokojnie posłużyć jako muzyczne tło do „Wakacji z duchami”. I na takie wakacje chętnie się wybiorę, jeszcze chętniej do Włoch. Na swoim profilu myspace Marco pisze, że jego ulubionym wykonawcą jest Sting (nagrał nawet cover jego kawałka „Russians”), nie pozostaje więc nic innego, jak czekać na ich wspólną trasę. PALE ROSES „Unveiled” Rage In Eden 3/6 Katarzyna Leśniewska SHACKLETON „Deadman” Honest Jon’s Records 6/6 Jakub Skowroński OPTICAL FRAMEWORKS „Surrounded Fog” Cold Tear Records 5/6 Jakub Skowroński Split z jednej strony zaskakujący, jednak po chwili oczywisty. Musiało do tego dojść. Nadja, dziwaczny duet tworzący muzykę z pogranicza ambient/avant metalu, idealnie koresponduje z dronowo-postindustrialnym Troum. Trzy utwory są tu niczym podium zwycięzców, każdy pełen głębi, przesytu melancholią, miarowo przechodzą od dronowych fali do perkusyjnego rytmu z gitarami. Nawet cisza odgrywa tutaj swoją muzyczną rolę. Dźwięki wydobywające się z wydawałoby się zwykłych instrumentów (m.in. gitary elektrycznej, akustycznej i basowej oraz akordeonu) wybiegają poza formalne standardy gatunku. Każdy utwór obfituje w minimalistyczne, ledwo słyszalne szmery, zakłócenia, pomruki, a odkrywanie kolejnych doprowadzić może do mentalnej ejakulacji. NOSFERATU „Wonderland” Dark Fortune Records 5/6 Wojciech Sajkowski Optical Frameworks przypadnie do gustu wielbicielom dronowych pasaży. Mroczne szmery na skraju słyszalności stworzone zostały za pomocą starego szpulowego sprzętu. Dzięki temu każdy z dziewięciu utworów to miniaturowe dzieło. Mimo wyraźnych inspiracji berlińskim tech-dubem „Surrounded Fog” brzmi wyjątkowo, perfekcyjnie. Każdy dźwięk wlewa się do uszu, a muzyka jest wręcz namacalna. Trudno jest opisywać słowami emocje, które wyrywają się z głośników. Ale wyobraźcie sobie opuszczone miasto, gdzie drzewa wybijają się spod chodników, owady zdominowały ulice, człowiek został sprowadzony do roli pokarmu. Tak brzmi Optical Frameworks. Idealny soundtrack do filmu „Invertebrate”. OUROBOROS „Opus Tartari” Zoharum 4/6 Selena Pokitko Angielski Nosferatu powstał w 1988 roku. Nie wiem, która to fala gotyku i szczerze mówiąc kompletnie nie kojarzę ich twórczości, może poza kilkoma kawałkami. Tak się jednak stało, że po nowy album sięgnąłem chętnie. Jest to pierwsza płyta od lat i widać, że te wakacje pozytywnie wpłynęły na muzyków. O tym, że nie był to typowy wypoczynek nad morzem, ale raczej koszmarny urlop w krypcie, przekonuje otwierający utwór „Horror Holiday”. To właśnie ten kawałek zachęcił mnie do dania szansy tej płycie. Chwytające za serce gitary, dobre wokale, świetne klawisze, ale przy tym czad - to właśnie stanowi o sile tego kawałka. Potem tytułowa „kraina czarów” („Wonderland”) piękna balladka o lekko posępnym klimacie. Kolejny raz brawa dla klawiszowca za aranże, tworzące magiczny, niesamowity nastrój, który nie opuszcza słuchacza jeszcze na długo po wybrzmieniu utworu. Po klimatycznym przerywniku „Jackal” pojawia się „Silver” i album z powrotem nabiera tempa. Kolejny bardzo dobry kawałek, w którym melancholijny nastrój budują przede wszystkim klawisze. „Bombers” napędzają dla kontrastu gitary – bardzo dynamiczny utwór, wielkie brawa należą się szczególnie basiście. Przyznam, że potem nie jest już tak przebojowo, chociaż fajny gitarowy lejtmotyw „Entwined” zapada w pamięć. „Black hole” to chyba najbardziej oldskulowy kawałek na płycie i w sumie tyle można o nim powiedzieć. Potem jeszcze tylko cover Ramonesów („Somebody Put Dwie najfajniejsze rzeczy o Ouroboros: 1) płyta „Opus Tartari”, 2) to ja dostałam ją do recenzji. Ouroboros to starożytny symbol przedstawiający węża, który pożera samego siebie i odradza się z siebie. Ma to być przedstawieniem fizycznej i duchowej jedności wszechrzeczy. Muzyka sygnowana tą nazwą to dzieło Włocha Marco Grosso i podejrzewam, że musiał być nieźle znudzony pizzą i wypadami na plażę, skoro zaczął tworzyć dark ambient. Używam tego określenia, ponieważ w ten sposób jest on reklamowany przez obecną wytwórnię – gdańskie Zoharum. „Opus tartari” to jednak coś więcej – klawisze, drony, bicie dzwonu, dźwięki organów, a nawet sampel łudząco podobny do mojego sygnału sms w telefonie. Najciekawszym i oryginalnym elementem na płycie jest miks czterech niesamowitych damskich głosów: sopranu Nony Luny i tajemniczych wokaliz Sorath Isis, Aleph Zero i Malice. Równie tajemnicze pozostaje dla mnie to, co właściwie śpiewają czy recytują w języku łacińskim, ale brzmi to bardzo przekonująco i mrocznie. Całość „płynie” i tworzy coś na kształt retro opery, odegranej koniecznie na ruinach, o czym świadczy niemiłosierny pogłos i trzaski towarzyszące najwyższym partiom wokalnym. Jeśli Recoil brzmi jak skąpanej w eksperymentalnej aurze. Z informacji dostępnych w Internecie można przeczytać o obranym kierunku inspiracji śladami Karlheinza Stockhausena, jednakże według mnie jest to jedynie jeden z wielu elementów składowych „Until...”. Cechą nadrzędną tej płyty jest harmonia, namacalny ambient, odczuwany każdym zmysłem. Szmery, zwierzęce stukoty, potęgują uczucie odosobnienia i izolacji. Każdy dźwięk wolno się snuje i powoli rozwija kolejne frazy utworów. Atutem tego wydawnictwa jest niewątpliwie zadbanie o szczegóły. Wymaga to jednak ogromnego skupienia, bowiem nie jest to album tła. Bliżej mu do rytuału, mrocznej opowieści. Szukając własnego Ja po prostu naciśnij play. Pierwszy kontakt z Pale Roses wspominam dość traumatycznie, a ich debiut plasuje się w moim osobisty top 5 najgorszych płyt neofolkowych wszechczasów. Obawy wobec „Unveiled’ były więc uzasadnione, ale na szczęście nie jest tak źle, jak mogłoby być. Arnaud Spitz w końcu nauczył się śpiewać, to nie ulega wątpliwości. Nie próbuje już podszywać się pod Tibeta (no, może poza ostatnim kawałkiem, gdzie efekt jest raczej zabawny), ale wciąż brzmi jak Cat Stevens. Inspiracje też nie są już aż tak oczywiste, nie ma kawałków pt. „to teraz zagramy jak Death In June”. Pojawiają się całkiem sympatyczne motywy gitary czy fortepianu, jakieś efekty z wokalami, znikła okropna, przaśna sztampa, charakteryzująca debiut. Ale Pale Roses pozostają sobą, więc na innowacyjność nie ma co liczyć. Owszem, udało im się wykreować całkiem przyjemny nastrój, jednak utwory są do siebie tak podobne, że gdzieś od połowy płyty wszystko zlewa się w jedno monotonne i nużące smęcenie. Niby wszystko jest tak, jak Douglas przykazał: proste kompozycje oparte głównie na brzmieniu gitary akustycznej, wokal wysunięty na pierwszy plan - ale Pale Roses wciąż brakuje wyrazistości, czegoś co odróżniłoby ich od dziesiątek podobnych zespołów. Spitz nie może pochwalić się szczególnie interesującym głosem, muzyka też jest dość schematyczna, ale przynajmniej album sprawia wrażenie przemyślanej całości, a nie zbioru coverów kapel, które kopiują bogów neofolku. „Unveiled” to poprawna i idealnie przeciętna płyta, ani nie odrzuca ani nie zachęca do słuchania jej kilka dni bez przerwy. Jednak w stosunku do debiutanckiego „Fear of Dawn” widać naprawdę duży postęp, Spitz znalazł chyba pomysł na swoją twórczość. Jeszcze ciut oryginalności i może Pale Roses stanie się czymś więcej niż bezpłciowym „syldaviańskim neofolkiem”, jak dumnie informują we wkładce. I koniec ze zgapianiem z Tibeta, Mesjasz jest tylko jeden! W czasach gdy dubstep przeobraził się w plastikowy disco szajs, a „wielkie” ikony tej stylistyki zmiękczają brzmienie, tworząc bezpłciową pożywkę dla mas, można znaleźć jeszcze kilka postaci, które idą pod wiatr. Na przykład Shackleton. Utwór „Deadman”, znany z fenomenalnej kompilacji „Fabric nr.55”, to nastrojowy, perwersyjny trip ze znamiennymi słowami „everyone starts from point one”. Mamy tutaj głęboką, niską pulsację basu, futurystyczne i niepokojące technostruktury, odhumanizowany chłód, owadzi szum i hipnotyzujące perkusjonalia. „Deadman (Death Dub Remix)”, który popełnili Kevin Martin i King Midas, celuje bardziej w przestrzenne, dubowe dźwięki, a delaye i echa potęgują wrażenie ciężkości. Chociaż brakuje mi zadziorności z czasów Techno Animal, to jednak Martin zmienił „Deadman” w złoto. Chwilami za sprawą głosu Hitomi brzmi to jak Massive Attack, co jak najbardziej jest plusem. Dwa utwory, które niosą więcej treści, niż większość pełnowymiarowych albumów. Muzyka całkowita i kompletna. SIMULACRA „There Is A Fountain Filled With Blood” No Angels Prod. 3.5/6 Łukasz Miernik REFORMED FACTION „Until...” Greytone 5/6 Jakub Skowroński Darzę sporym sentymentem i szacunkiem twórczość duetu Mark Spybey/Robin Storey, także w solowych projektach, głównie za sprawą Rapoon, Zoviet France i Download (kto nie zna niech to nadrobi) oraz kooperacji, których lista jest bardzo długa. Niniejszy, czwarty album Zreformowanej Frakcji nie przynosi jednak rewolucji, jedynie ukłon w stronę muzyki minimalnej, Elegancka okładka przedstawiająca fontannę płynącą krwią kojarzy się raczej z wampirzym serialem dla współczesnej młodzieży. Z muzyką belgijskiego artysty na szczęście jest już lepiej. Nie ma tu żadnej rewolucji, ale jest solidna porcja minimalistycznego dark ambientu, który delikatnie i ponuro płynie w tle. To nie jest przerażające zejście do piekielnych jam, a jedynie chłodna piwnica, do której każde dziecko odważnie wejdzie z latarką, ale bez światła zacznie czuć się nieswojo. Skoro potwory nie mogą chować się w szafach, czemu nie miałyby znaleźć schronienia tutaj? Niby nie ma się czego bać, ale ten lekki niepokój po dłuższej chwili zaczyna hipnotyzować i działać na wyobraźnię. Lepiej zostawić na noc włączoną lampkę, tak na wszelki wypadek. 59 SOROR DOLOROSA „Blind Scenes” Beneath Grey Skies 5/6 Mariusz Łuniewski Francja wydaje się być obecnie jedną z najprężniejszych i najbardziej kreatywnych scen goth i deathrock na świecie. Regularnie pojawiają się tam wartościowe projekty i do takich z pewnością możemy zaliczyć Soror Dolorosa. Zespół istnieje od 2001 roku, a początki jego działalności upłynęły pod znakiem wyraźnych inspiracji klasykami gatunku, tj. The Sisters Of Mercy, Bauhaus czy Christian Death. Swoisty przełom nastąpił około 2007 roku, który oprócz zawirowań personalnych przyniósł zmiany w muzyce. Zespół zwrócił się w stronę delikatniejszych, cold wave’owych brzmień, co stanowiło przełom w poszukiwaniu własnej tożsamości. Efekty tej metamorfozy możemy usłyszeć na debiutanckim albumie „Blind Scenes” wydanym nakładem nowo powstałej niemieckiej wytwórni. Płytę nagrano na w pełni analogowym sprzęcie, a sound uzyskany w Drudenhaus Studio sprawia, że obcowanie z nią to czysta przyjemność. Album wypełnia zgrabna mikstura nostalgicznego goth rocka, z dużą dawką chwytliwych melodii. W przestrzennych kompozycjach dominują akustyczne i lekko przesterowane gitary, wyraźnie zaznaczona linia gitary basowej oraz rozsądnie dawkowane syntezatory, pojawiające się tylko w tych momentach, w których jest to niezbędne do budowania atmosfery. Nad całością dostojnie unosi się sensualny głos wokalisty. Andy Julia, bo o nim mowa, obdarzony jest talentem do układania sugestywnych i emocjonalnych partii wokalnych, które potrafi serwować w przekonujący sposób. I choć w barwie jego głosu można odnaleźć echa inspiracji chociażby Peterem Murphym czy Bretem Andersonem, to jednak zarówno na płaszczyźnie wokalnej jak i muzycznej udaje się zespołowi uniknąć bezpośrednich cytatów. Moim zdaniem, w tak regresywnej materii, jaką jest rock gotycki, wydaje się to być dużym osiągnięciem. Przysłowiową wisienką na torcie jest oprawa graficzna intrygująca dekadencko-klimtowskim klimatem i zarazem świetnie korespondująca z zawartością płyty. Szczerze polecam „Blind Scenes” wszystkim spragnionym zimnych gotyckich dźwięków, jak również tym, którzy lubią odpłynąć chociażby przy płytach Katatonii. SUNDAY STRAIN „Destiny.Done” Wrotycz 4.5/6 Łukasz Miernik szansę. Jeśli nadal nie wiesz, czy powinieneś kupić tę płytę, spójrz na słodkiego króliczka na okładce. Któż by nie chciał go przygarnąć? THE JOY OF NATURE „The empty circle part III – Anitya” Rage in Eden 5/6 Katarzyna Leśniewska Pierwsze skojarzenie z Portugalią: Mourinho, pierwsze skojarzenie muzyczne: fado i Moonspell, pierwsze skojarzenie z archipelagiem Azorów… w ostateczności promocja w biurze podróży. Zapomniane bądź niedoceniane przez większość słuchaczy miejsca mają jednak to do siebie, że najczęściej skrywają na swoich terenach dźwięki rzadkiej urody, czego dowodem The Joy of Nature właśnie. „Anitya” to ostatnia część trylogii poświęconej głównym fazom procesów alchemicznych – brzmi to może ciut egzaltowanie, dlatego znawcom pozostawiam zgłębianie inspiracji Luisa Couto, a mniej wybitnym skupienie się na muzyce, która broni się i bez tej mistycznej otoczki. Twórczość The Joy of Nature nie daje się zamknąć w stereotypowym neofolku czy militariach: bo nawet jeśli pojawia się gitara akustyczna, to za chwilę zastępują ją mroczne ambientowe motywy, jeśli słyszymy fanfary lub wyraziste bębny, to zostają one przełamane brzmieniem harfy czy sitaru. Ta mnogość pomysłów daleka jest jednak od chaotycznego zgiełku, wszystko znajduje się na właściwym miejscu, proporcje, niczym (niech im będzie) w alchemicznej recepturze, są idealnie wyważone. Czasem pojawiają się echa poprzedniej płyty, utrzymanej w stylistyce muzyki średniowiecznej, ale są to raczej luźne nawiązania niż dominujące elementy. Trudno wyróżnić jakikolwiek utwór. „Anitya” to przemyślany koncept, całość, a nie składanka ambientowo-folkowych hitów. Można skupić się np. na „This Floating Word”, gdzie pojawia się wyrazisty, marszowy rytm, wzmocniony jeszcze trąbami, które płynnie przechodzą w śpiew ptaków – chwila pozornego wyciszenia – i następuje powrót do początkowego motywu. „Impermanence” to z kolei oniryczny klimat, delikatność podkreślona brzmieniem skrzypiec i wiolonczeli (plus miauknięcie kota na początku, +7 do oceny całości). Ale urok tego albumu tkwi właśnie w płynności, łatwości przenikania się poszczególnych nastrojów, niż w kilku konkretnych elementach. „Anitya” to najbardziej dopracowana, przemyślana część tej alchemicznej opowieści. The Joy of Nature udała się rzadka sztuka: uniknęli zbędnego patosu, tak częstego w podobnej stylistyce nawiedzonych babskich wyjców, oraz przytłoczenia muzyki przez wydumaną ideologię. Zamiast tego stworzyli zróżnicowaną, ale jednocześnie spójną i oryginalną, nie tylko jak na neofolkowy światek, płytę. Nie pozostaje nic innego niż czekać na kolejną opowieść Luisa Couto. THE TWILIGHT SINGERS „Dynamite Steps” Sub Pop Records 6/6 Katarzyna Leśniewska Przyznam szczerze, że Wrotycz zawsze kojarzył mi się ze zbyt spokojnymi neofolkami i nudnawymi dark ambientami spod znaku CMI. Jakież było moje zdziwienie, kiedy usłyszałem pierwsze dźwięki nowego wydawnictwa, jakim jest poboczny projekt twórcy Llovespell. Z jednej strony kojarzy się ze wszystkim, z drugiej nie mogę podać ani jednej konkretnej nazwy i przybliżyć jej charakteru. Bo co mam napisać? Senny triphop z synthowo-chilloutowym brzmieniem, zahaczający o dubowe pogłosy i klubowe drum’n’bassowe rytmy? Że słychać delikatne echa dźwięków The Knife, dreampopowy nastrój Oh Land i smutny głęboki wokal w stylu Zola Jesus? Bez względu na to, czy te opisy mają sens, jeśli lubisz spokojną elektronikę, mroczną czy relaksacyjną, warto dać im 60 Są tacy artyści, którzy niezależnie od ilości wypitego alkoholu i posiadanych kochanek od kilkunastu lat pozostają w niezmiennie wysokiej formie. Są wokaliści obdarzeni głosem, który sprawia, że nawet odśpiewanie treści paragonu brzmi jak rozdzierająco smutna piosenka o bezsensie istnienia. Jeśli dodać do tego sporą ilość charyzmy, to zmaterializuje się przed nami Greg Dulli, wokalista i lider The Twilight Singers, młodszego brata The Afghan Whigs. Już „Saturnalia”, wydane kilka lat temu w ramach projektu z Markiem Laneganem, były zapowiedzią, czego możemy się spodziewać na nowym albumie The Twilight Singers. Porzucenia resztek elektroniki na rzecz gitarowych brzmień, powrotu do dusznej, mrocznej atmosfery, znanej chociażby z najlepszych momentów „Blackberry Belle”. I oto, po 5 latach milczenia, otrzymaliśmy płytę doskonałą. Gorzko–słodką, zanurzoną w oparach whisky, muzykę wielkiego miasta. Czasami spokojniejszą, delikatniejszą, jak np. „Be Invited” z gościnnym udziałem Lanegana, innym razem jazgotliwą, szaleńczo pędzącą do przodu, jak w „Waves”, gdzie Dulli z trudem przebija się przez gitarowy zgiełk. Dołująco– nihilistyczny klimat kompozycji The Twilight Singers nigdy nie odbierał ich utworom lekkości i melodyjności, tych kawałków po prostu świetnie się słucha. Chociażby singlowy „On The Corner”, z leniwym, powoli rozwijającym się początkiem, skłaniającym do klaskania niczym na koncercie Depeche Mode, przechodzący w energetyczną petardę, gdzie nawet zawodzone w tle „uuuu” brzmi jak najbardziej na miejscu. Dulli nigdy nie mógł pochwalić się wybitnymi warunkami wokalnymi, co z łatwością daje się zauważyć na „Dynamite Steps”, tutaj lekki fałsz, tam jakaś chrypka niepozwalająca na wyciągnięcie odpowiednio wysokich dźwięków. Jednak ten ciepły, zmysłowy głos jest pełen takiej ekspresji, że wspomniane niedostatki dodają mu tylko niepodważalnego uroku. Każde słowo zaśpiewane jest z taką pasją, jakby miało być ostatnim, jakie Dulliemu udało się nagrać. Piękny jest ten album. Piękny jest duet z Anni di Franco w „Blackbird And The Fox, piękne jest „Never Seen No Devil” z brzmieniem skrzypiec i rozpaczliwym śpiewem Grega. Może nieco mniej urody przypadło w udziale tytułowemu nagraniu kończącemu płytę, które na tle pozostałych utworów wypada ciut bezpłciowo, ale nie wpływa to na wrażenie całości. „Dynamite Steps” to obowiązkowa pozycja dla każdego, kto choć raz stwierdził, że ten świat to jakieś nieporozumienie. Z The Twilight Singers jest trochę łatwiej. THIS MORN’ OMINA „L’Unification Des Forces Opposantes” Ant-Zen 4/6 Łukasz Miernik „This is nyan III” to słowa, na które fani tribalowej elektroniki czekali pięć lat. Pięć lat od ostatniej pełnej płyty. To najdłuższa przerwa w historii projektu, prowadząca do zakończenie cyklu drugiej trylogii, więc musiało szykować się coś specjalnego. Tymczasem Mika rozmieniał się na drobne, nagrywając z kolegami z Pow[d]er Pussy i Nebula-H, tworząc ambientowe eksperymenty i wydając pod swoim nazwiskiem „odpady z sesji, które tak naprawdę nie są odpadami, bo zostały przerobione na nowo”. Niezłe to wszystko było, bo talent chłopak ma, ale pachniało niezłą ściemą. Dopiero świetna, transowa i z przytupem EPka „Momentum Of Singular Clarity” dała nadzieję na konkretny materiał jak za starych czasów. I nad czym tak pracował? Chyba przyjął metodę Liama Howletta i płytę nagrał w rok, a pozostałe cztery grał w golfa. Brak przede wszystkim przebojów, parkietowych hitów i porywających melodii. Płyta jest bardziej wyciszona, jakby wracająca do rytualnego, hipnotycznego klimatu „Hegiry”. Problem tylko w tym, że nadal używa plastikowych, sztucznych brzmień z ostatnich lat, które do ambitnego techno nadają się doskonale, ale do budowania nastroju niekoniecznie. A ten niedorobiony nastrój dominuje, bo tak naprawdę do tańca wyciągają jedynie „(The) Rűach (Of God)” i „Nigunnum”. Reszta to chyba jakieś pozostałości po sesjach do „Les Passages Jumeaux” i „Momentum...”. Męczę i męczę tę płytę i nie mogę się przekonać. Całość nie jest zła, słucha się jej bardzo przyjemnie, ale nie tego oczekiwałem po takiej przerwie. O ile w przypadku debiutów można dodać pół oceny na zachętę, tu odejmuję za karę. TIDES FROM NEBULA „Earthshine” Mystic Production 5/6 Bartosz Hervy Po bardzo dobrze przyjętym w Polsce i poza granicami kraju debiucie „Aura” czas na „Earthshine”, drugie „dziecko” warszawskiego instrumentalnego zespołu. W kooperacji z producentem Zbigniewem Preisnerem powstało dzieło pełne, dobrze brzmiące i na pierwszy rzut ucha łagodniejsze. No właśnie, silne fale narastających gitar, doskonale brzmiącej perkusji, pulsującego basu wymieniają się co jakiś czas z ambientowymi pejzażami i klawiszowymi brzmieniami. Od początku płyty, po pierwszych fortepianowych dźwiękach słychać, że będziemy mieli możliwość obcowania, z czymś pięknym, choć nie do końca wesołym. Płyta wydaje się być jeszcze bardziej ilustracyjna od debiutu. Obrazy same przesuwają się przed oczami, a w tym wypadku jest to bardzo potrzebne, bo album instrumentalny musi się bronić opowieściami zagranymi przez instrumenty. Po paru przesłuchaniach czuje się ciężar gatunkowy i znikają wrażenia, jakoby dwójka była lżejsza od debiutu. Z każdym włączeniem płyty czuje się ten uczuciowy ciężar, smutek i tragedię wypływającą z dźwięków. Tego albumu najlepiej słuchać w całości, wejść w niego, poczuć go całym ciałem. Jeżeli do tego zewnętrzna aura generuje ciekawe obrazy albo sami bez pomocy umiecie takie wygenerować, to jesteście kupieni przez niesamowity klimat Tides From Nebula. ULVER „Wars Of The Roses” Kscope 6/6 Katarzyna Leśniewska Najpierw był strach, czy Ulver po raz kolejny uda się nagrać płytę inną od dotychczasowych, a jednocześnie dla nich charakterystyczną. Potem euforia w momencie pierwszego odsłuchu, spowodowana 4-letnim oczekiwaniem na jakiekolwiek wydawnictwo (żadnych EPek w tym czasie, absolutnie nic!). Później zaczęły się narzekania: że za mało skandynawskiego chłodu, jakieś to takie bardziej piosenkowe, przystępne, miłe dla ucha. Aż w końcu wszystkie pozornie niepasujące do siebie elementy ułożyły się w dopracowaną, wielowarstwową i najbardziej psychodeliczną płytę w karierze Ulver. Od pierwszych sekund singlowego „February MMX” zaskakuje śpiew Garma – śpiew, a nie melodeklamacje czy pomrukiwanie pod nosem. Mocny, melodyjny, zróżnicowany wokal, który raz na zawsze powinien zamknąć usta niedosłyszącym malkontentom. Taka tendencja utrzymuje się zresztą przez cały album, jedynie w „Stone Angels” nie słychać głosu Kristoffera, z kolei w „Providence” mamy duet z Siri Strange. Oszałamia także bogactwo utworów – o ile „Shadows Of The Sun” było płytą dość ascetyczną, „Wars Of The Roses” urzeka swoją wielowarstwowością, smaczkami odkrywanymi przy każdym kolejnym przesłuchaniu. Ot, „September” – spokojny fortepianowy motyw, do tego głęboki głos Garma - taka pozorna sielanka, która za sprawą szalonej gitarowej solówki i kosmicznej partii klawiszy zmienia się w zaginione nagranie Arcturusa. Cudo, jedno z siedmiu zawartych na tym albumie. Fascynująca jest łatwość, z jaką Ulver potrafią łączyć pozornie przeciwstawne nastroje. Z jednej strony piosenkowy „February MMX”, z drugiej znane już z koncertów mroczne „England” (ten GŁOS!), a zaraz potem delikatne, subtelne „Island”. Tak kruche, rozmarzone a przy tym nieskończe- nie smutne, że spokojnie można je ustawić obok „Like Music”. Obok kilku innych gości na „Wars Of The Roses” pojawił się także Stephen Thrower, znany chociażby z Coil czy Cyclobe. Udziela się w kończącym album „Stone angels”, gdzie Daniel O’Sullivan deklamuje tekst Keitha Waldropa. Udziela się na tyle znacząco, że trudno nie uniknąć skojarzeń z Coilowym „The Sea Priestess”. Oba utwory trwają blisko 15 minut, w jednym i drugim pojawia się recytacja zamiast śpiewu, w obu dominuje psychodeliczno– oniryczny nastrój. I chociaż inspiracje są ciut zbyt wyraźne, a i do pierwowzoru trochę brakuje, to w niczym nie ujmuje to piękna temu nagraniu. Możliwe, że regularne trasy koncertowe, większy i bardziej widoczny udział Daniela O’Sullivana w nagraniach czy nawet wydanie albumu pod szyldem Kscope wpłynęło na przystępniejsze i bardziej ułożone brzmienie Ulver. Na „Wars Of The Roses” nie ma elektronicznych eksperymentów ani prostych prawie-akustycznych utworów. Jest za to różnorodność nastrojów, bogactwo często niedostrzegalnych przy pierwszym przesłuchaniu dźwięków. Perfekcyjnie kontrolowany, logiczny chaos. Geniusz Ulver w kolejnej odsłonie. VA - „Pagan Songs & Apocalyptic Psychedelia III” Steinklang 3.5/6 Łukasz Miernik Top 5 JAN ROGER PETTERSEN Svartsinn Norwegia Blood Box – Funeral in an Empty Room Bad Sector – Chronoland Psychomanteum – Oneironaut Fjernlys – Beyond the Undulant Quiescence Nautich Depths – North Passage DJ DE’ATH Black Veil/Darklands Wielka Brytania The House Of Usher – Pandoras Box Hekate – Die Welt Der Dunklen Garten L’effet C’est Moi – Genius Loci Plastic Noir – Affects Ladytron – Best Of 00-10 TOMEK KACZKOWSKI Wieże Fabryk Polska The Eighties Matchbox B-Line Disaster – Blood and Fire Xiu Xiu – Dear God, I Hate Myself Ajattara – Murhat Solefald – Norrøn Livskunst Atheist – Jupiter DJ HYPERKINETIC Hellfire Norwegia Fractured – Beneath The Ashes Chainreactor – Insomniac Alter Der Ruine – There’s Always One More Son of a Bitch Alice In Videoland – A Million Thoughts and They’re All About You Caustic – The Golden Vagina of Fame and Profit ANDERS MELTS Forgotten Sunrise Estonia Amon Tobin – ISAM Brendan Perry – Ark Autopsy – Macabre Eternal Millimetric – Reconfiguration Morbid Angel – Illud Divinum Insanus Już po raz trzeci z okazji WGT wychodzi nowe oblicze promocyjnej składanki jednego z bardziej znanych wytwórni i jej podopiecznych. Ciężko opisać takie wydawnictwo, bo jak tu rozpatrzyć składankę jako spójną płytę? Są tu zarówno świetne kawałki dobrze znanych Seelenthron i Stormfagel, podniosłe militarne Atomtrakt i Cafde l’Enfer, mroczne dokonania Vinterriket i „naszego” Horologium, a nawet tawerniane przyśpiewki i cięższe metalowe granie. Jednym słowem, przekrojowy zbiór wszelkich odmian neofolkowych klimatów. Warto wspomnieć, że tym razem Steinklang pokusił się o zwiększenie ekskluzywności składanki, umieszczając niepublikowane wcześniej nagranie Allerseelen. Przy cenie zaledwie czterech euro stanowi to świetną zachętę dla pragnących dopiero zapoznać się z projektami labelu, jak i rarytas dla już obeznanych kolekcjonerów. WEIGHT AND TREBLE „Planets In Heaven” Cold Tear Records 5/6 Jakub Skowroński WOJCIECH KRÓL Controlled Collapse Polska Kmfdm – Wtf?! Daft Punk – Tron: Legacy Ost IAMX – Volatile Times [Cell 7] – Re:cognition Combichrist – Making Monsters KATARZYNA LEŚNIEWSKA Ulver – Wars of the Roses Twilight Singers – Dynamite Steps The Raveonettes – Raven in the Grave This Morn’ Omina – L’unification Des Forces Opposantes Austra – Feel It Break MARIUSZ ŁUNIEWSKI Killing Joke – Absolute Dissent Soror Dolorosa – Blind Scenes Ulver – Wars of the Roses Blindead – Affliction XXIX II MXMVI IAMX – Volatile Times Czy ta recenzja powinna pojawić się w tym magazynie? Myślę że tak, jeśli dzięki niej choć jedna osoba sięgnie po muzykę z tych płyt. Subtelne zdubowane techno, generowane przez analogowe syntezatory, loopy, ciepłe wokalizy Susanny La Polla, niekonwencjonalne faktury dźwiękowe, całość do kanapowego słuchania w domowym zaciszu. Nowoczesność wymieszana ze starą szkołą brzmień tworzy transowy materiał. Dwa utwory w oryginalnych edycjach oraz dwie wersje zmiksowane przez Hieronymus oraz Giriu Dvasios. Finalnie mamy do czynienia z berlińskim dub techno wysokich lotów, dokonanym przez Włochów, a wydanym w litewskim labelu. Uwolniona energia wraca ze zdwojoną siłą, otulając słuchacza niewidzialną siecią .Rzecz dla fanów dźwięków z Burial Mix i Basic Channel. BARTOSZ HERVY IAMX – Volatile Times Pain Of Salvation – Road Salt One Blackfield – Welcome To My Dna Austra – Feel It Break Obscure Sphinx – Anaesthetic Inhalation Ritual WOJCIECH SAJKOWSKI Cold In May – Gone Away With Memories H.Exe – Killing Monsters Siva Six – The Twin Moons Plastique Noir – Affects Komety – Luminal DJ LED MANVILLE Hiszpania Syncrotek – Subwoofer Stahlnebel And Black Selket – Blood and Passion Patenbrigade: Wolff – Der Schallplattenunterhalter Culture Kultür – Spirit Aadf – Process DJ PHANTOM Industria Ex Machina, Polska Suicide Commando – Implements of Hell Hocico – Tiempos De Furia Astral Projection – Amen Va – Halotan Sounds 1.0 Organic Cage – Malpractice Machine SELENA POKITKO Haujobb – Dead Market Ep Ouroboros – Opus Tartari Pas/Hati – Phasti John Lord Fonda – Supersonique Coil – The Ape of Naples JAKUB SKOWROŃSKI Shackleton – Deadman Orient Potockiego Project – Dźwiękopis Wieloryb – Empty Troum/Nadja – Dominium Visurgis The Blood Of Heroes – Remain ŁUKASZ MIERNIK Fractured – Beneath the Ashes Ulver – Wars of the Roses 13th Monkey – Return of the Monkey Der Blutharsch – ATICOTLH led manville AADF Pati Yang – Wires and Sparks ROBERT MARCINIAK Robin Guthrie - Emeralds Duran Duran - All You Need Is Now The Human League - Credo Mirrors - Lights And Offerings Ulver - Wars Of The Roses 61 Fot. archiwum zespołu Fot. archiwum zespołu Electro czy gothic 62 H.EXE HYOSCYAMUS NIGER Skład Odo – wokal i teksty, Rex Rotten – muzyka i produkcja Skład Tomasz Sokołowski – wokal/programowanie, Bartosz Koprowski – bas, Marta Zapłotna – klawisze, Krzysztof Drozd – gitara Gatunek harsh electro Gatunek cold wave / dark wave Strona http://www.facebook.com/HEXEpl Strona http://www.hniger.info Historia RR: Zaczęło się od maila i kilku piw. A potem już poszło ;) O: Szybko złapaliśmy kontakt z Halotan Records i jak dotąd wydali nam trzy płyty. Cały 2011 rok będziemy wypruwać z siebie flaki na koncertach. Historia TS: Ciężko w skrócie opisać ponad dziewięć lat działalności. Wydarzyło się mnóstwo dobrych i złych rzeczy. Za ich przyczyną dziś jesteśmy w tym miejscu. Grana muzyka O: Ktoś nam kiedyś napisał komentarz „It’s fuckin’ furious, man!”. Strzał w 10–tkę, takie właśnie mamy założenie. Myślę, że nie trzeba nic więcej dodawać. Grana muzyka TS: Wino ze szczepów Shiraz i Malbec połączone z kiepami. Elektro czy gotyk? RR: Dla mnie był to naturalny wybór. Produkcją muzyki elektronicznej zajmowałem się jeszcze zanim poznałem te gatunki. O: Moglibyśmy równie dobrze tworzyć black metal, trip-hop albo power noise, ale z założenia H.EXE to miały być okolice dark/harsh electro. Elektro czy gotyk? TS: W zasadzie to gramy taki electro-gotyk. Poza tym z gotyku bliżej nam do stylistyki Justina Biebera, gdybyśmy grali ostre electro, to wtedy zostałyby już tylko George Michael... Jak jest z polską sceną? O: Spotykamy się z życzliwym przyjęciem i także staramy się wprowadzać atmosferę współpracy, a nie rywalizacji. Bywają niestety i negatywne sytuacje – o tym jest nasz numer „We Invented Farsh Electro”. Jak jest z polską sceną? MZ: Zwykle jest ciasno i gorąco od świateł. TS: Faktycznie, reflektory mają pierdolnięcie. (śmiech) Inspiracje pozamuzyczne O: To co się dzieje wokół mnie. Uważnie obserwuję ludzi, codziennie idąc pracy, czy rozmawiając z nimi. Nie zawsze podoba mi się, to co widzę. RR: Filmy o zombie, H.R. Giger, Zdzisław Beksiński, seria gier „Fallout”, opuszczone fabryki, muzyka miasta – wszelkie niedostrzegalne codzienne dźwięki. Inspiracje pozamuzyczne TS: Życie – jak u Ryśka Rynkowskiego. KD: Książki (Nietzsche, Vonnegut, Lovecraft), horrory klasy B. MZ: Nożyczki, sierść i czarne ogony. Komputery czy sprzęt? O: Cytując z pamięci Watersa z Pink Floyd: „Możesz mieć całe szafy sprzętu, ale jeśli nie będziesz umiał tego umiejętnie obsłużyć, to będzie zwykły złom”. Niestety, nadal panuje krzywdzący pogląd, że jak ktoś wyskakuje tylko z lapkiem, to oszukuje. RR: Sporo ludzi musi dojrzeć do zrozumienia, że właśnie tak tę muzykę się bardzo często gra. Tony sprzętu chciałbym mieć… w domu. Na koncertach – laptop, głównie soft i sample. Komputery czy sprzęt? TS: Proces tworzenia muzyki zaczyna się na komputerze, a kończy z ludźmi potrafiącymi zagrać fajne rzeczy na instrumentach. Osobiście stawiam na soft i żelastwo, za to Bartek uwielbia ogromny, ciężki sprzęt. Mp3 czy płyty? O: Mp3 są wygodne i elastyczne. Nie muszę już mieć całego regału kaset (blisko 1000 sztuk). Gorsza jakość dźwięku to niska cena w zamian za szereg udogodnień. Przegrywane po kilka razy kasety brzmiały o wiele gorzej i jakoś ludzie nie płakali. Nasza muzyka jest dostępna w mp3 i na płytach – co kto woli. RR: Mp3 i bezstratny FLAC, płyty kupuję i konwertuję je do wygodniejszych plików. Mp3 czy płyty? KD: CD do kolekcji, mp3 do słuchania. TS: Trochę nie rozumiem tej historii z mp3, bo co to za muzyka, której nie można pomacać?! MZ: Kasety magnetofonowe i winyle, zdecydowanie Jednak z bardzo prozaicznych przyczyn najczęściej sięgam po CD. Ulubiony drink O: Nie przepadam za alkoholem, raczej jestem uzależniony od kofeiny i Pepsi. Zawsze lubiłem tatankę (jabłecznik), ostatnio mojito i zwykłe wścieklaki. RR: Kieliszek czystej popity kieliszkiem czystej. Wina bułgarskie, mołdawskie, rumuńskie, węgierskie. Piwa. z małych polskich browarów, kompanijnych nie tykam. Ulubiony drink KD: Whisky Glenfiddich 18–sto letnia na lodzie (albo każda dobra szkocka) TS: Czerwone wytrawne z kiepem na powierzchni. Przygotowuje się w słoiku po ogórkach. Ostatnie słowo O: Ludzie, pierdolcie te nasze polskie zakompleksione klimaty. Chodźcie na imprezy DI i po prostu dobrze się bawcie. Nie dajcie się wciągać w żadnego rodzaju wojny. Nie ważne jaki gatunek lubisz, jest nas i tak zbyt mało, żeby się jeszcze dzielić. Ostatnie słowo Pozdrawiamy Orsona! Najnowsze wydawnictwo Killing Monsters (6/6), (Halotan Records 2011) Nowa płyta H.EXE towarzyszy mi od maja i po dwóch miesiącach osłuchania z materiałem powinno się już nabrać do niego lekkiego dystansu. Te kompozycje jednak nadal przebijają polotem i przebojowością ostatnie światowe produkcje tej sceny. „Dreadful Visions” ma więcej jadu niż całe Alien Vampires razem wzięte. „Hollow” i „Mask Of The Slave” porażają ciężarem i upiornym klimatem, tak bliskim wszystkim miłośnikom Suicide Commando. „Crown Thy Opressor” i „Venom” to z kolei szybkie petardy, które przypadną do gustu fanom Hocico. Te luźne porównania do wielkich nazw mają jedynie pomóc zrozumieć fenomen H.EXE. W skostniałym gatunku dark electro wrocławski projekt potrafi bowiem zaproponować dosyć niebanalne rozwiązania – choćby tribalowe motywy w utworze tytułowym. Płytę urozmaica również udział gości. Steffan (Digital Angel) nadaje lekko futurepopowego posmaku, a Sychy (RSM) wprowadza polskie teksty i po raz kolejny krytykuje sytuację panującą na naszej scenie dark independent. Niby znamy już te wszystkie diaboliczne melodie i wbijające w ziemię beaty, ale są zmieszane w bardzo specyficznym stylu, rozpoznawalnym już po paru przesłuchaniach. Wokale znacznie odbiegają od przesterowanych niemieckich standardów, a teksty nie są jedynie ozdobnikiem, ale integralnym elementem klimatu i autentycznym przekazem. Warto dać chłopakom szansę, starając się przy tym zapomnieć o ich pochodzeniu. Te kawałki należy bowiem oceniać miarą międzynarodową, a nie protekcjonalnym stwierdzeniem „dobre, bo polskie”. Wojciech Sajkowski Najnowsze wydawnictwo Dwie gwiazdki śniegu (5/6), (wydanie własne, 2011) Jeśli ktoś nie zna jeszcze Hyoscyamus Niger, niech lepiej zacznie od przesłuchania „Czasu”. Ci którzy polubili ten album na pewno znajdą w „Dwóch gwiazdkach śniegu” dobre jego uzupełnienie. Albumową wersję tytułowego kawałka otwierała dynamiczna, pulsująca linia syntezatora. Na epce natrafiamy natomiast na dostojne intro, nadające nieznanego wcześniej kolorytu. Remiks brzmi równie doskonale co oryginał i zachowuje ten dziwny, niesamowity i mroczny klimat. W kolejnej „pociętej” i chyba najzimniejszej odsłonie „gwiazdek”, partie klawiszy zostały ograniczone kosztem wyeksponowania hipnotycznego rytmu i linii basu. „Dwie gwiazdki śniegu (poszarpany mix)” z kolei niszczy oryginalną strukturę utworu. Ta minimalistyczna, choć ciut przydługa wariacja, jest świetnym epilogiem do poprzedzającego kawałka. „Czas (spaliny)” to niepokojąca i hipnotyczna przeróbka, intrygująca odgłosami przejeżdżających samochodów oraz poprzestawianymi wokalami, tworzącymi na nowo warstwę liryczną. Kolejny remiks rozbiera „Czas” na części pierwsze i składa na nowo, a statyczne plamy klawiszy sprawiają wrażenie dryfowania po bezkresie jakiegoś oceanu. Epkę kończy wersja live „gwiazdek”, która jest dobrym wykonaniem, ale jednak nie oddaje tego, co dzieje się podczas występów zespołu (a dzieje się sporo). Oławska grupa potwierdziła tym krótkim wydawnictwem, że nie ma nic wspólnego z zimnofalowym epigoństwem, tylko maluje dźwiękami swoje indywidualne krajobrazy. To muzyka dla ludzi z wyobraźnią, którzy mają ochotę zanurzyć się w tajemniczy „świat pana Heina”. Wojciech Sajkowski KONKURS Szybki bit czy rzężenie gitar? Fluorescencyjne dreadlocki czy czarne koronki? Electro czy gotyk? Napisz w 3 zdaniach, który z tych gatunków jest bliższy Twemu sercu i co Cię do niego przekonało. Odpowiedź wyślij na adres [email protected] z tematem „ELECTRO CZY GOTYK”. Najciekawsze wypowiedzi opublikujemy w przyszłym numerze, a autorzy otrzymają płytę H.EXE lub Hyoscyamus Niger.