Michał Stępień
Transkrypt
Michał Stępień
Niezasłużony werdykt Jaki ja byłem głupi. Kiedy patrzę wstecz, nadal ubolewam nad popełnionymi błędami. Moja egoistyczna postawa stała się przyczyną tak wielu poważnych problemów. Nie chcąc się przemęczać i pragnąc dawać tylko tyle, ile to konieczne, chodziłem na skróty i podejmowałem pochopne decyzje. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł kiedykolwiek znowu spojrzeć w lustro z naprawdę czystym sumieniem, nie mając sobie nic do zarzucenia. Teraz, kiedy mój duch jest prawdziwie wolny i nie ograniczają go ramy przestrzeni ani nie obejmuje czas, mogę do woli przeskakiwać między teraźniejszością a bliską i daleką przeszłością. Dzięki łasce Wielkich Przedwiecznych mogę cofać się do okresów własnej ciemnoty i pokutować, kiedy dotkliwiej poczuję głos sumienia. Bo czy próba zniszczenia raju i jedynego schronienia mi podobnych nie jest czystą bezmyślnością? Kiedy po raz pierwszy przybyłem do Routhland, nie miałem pojęcia, jak wielu kłopotów mogę być źródłem. Podążając za sprawiedliwym poczuciem winy, opuszczam moje darowane ciało i przenoszę się z powrotem w pamiętne jesienne dni 1930 roku, na które przypadło apogeum mojej ciemnoty. Ustawiam się obok mojego starego biurka i przyglądam się dawnemu sobie. Jestem zatopiony w jakiejś papierkowej robocie, kiedy nagle odzywa się telefon. Zostaję poproszony o udzielenie pomocy w poszukiwaniach zaginionego turysty na terenie małego miasteczka portowego, które zwą Routhland. Przyjąwszy zadanie, ruszam pociągiem do Harpouth, skąd mam zamiar dotrzeć jakimś cudem do słabo dostępnego Routhland. W przedziale pociągu, do którego wszedłem, wita mnie sympatyczny staruszek z długą brodą i zniszczoną czapką na głowie. Po krótkiej wymianie uprzejmości, kiedy senior dowiaduje się, dokąd zmierzam, wyraźnie zmienia wyraz twarzy; ściszonym niemal do szeptu głosem zaczyna snuć niestworzone historie na temat okolicy. Opowiada (dosyć mało przekonująco) o ortodoksyjnym kulcie czczącym zapomniane pradawne istoty, krwawych rytuałach wypełniających 1 nocne godziny oraz o specyficznie wynaturzonych mieszkańcach, szczególnie niegościnnych i chorobliwie podejrzliwych względem przybyszów. Cieszę się, kiedy wreszcie pojazd zwalnia. Żegnam dziwnego starca i wychodzę czym prędzej z pociągu, oglądając się, czy przypadkiem bajarz mnie nie śledzi. Kiedy wchodzę do rozklekotanego busa odjeżdżającego do Routhland, zaczynam wierzyć w podania obłąkanego człowieka z przedziału. Kierowca – mieszkaniec portowego miasteczka, jak się później dowiaduję – wygląda co najmniej dziwnie; zdaje się, że wcale nie mruga. Do tego na jego bladej skórze widać masę odrażających kurzajek i nieokreślonych skórnych defektów, szczególnie na dłoniach i w okolicy karku. Przejechawszy trasę w milczeniu i z lekkim niepokojem w sercu, wysiadam na przystanku, gdzie czeka na mnie młody inspektor Raymond, kierujący sprawą. Prowadzi mnie w stronę hotelu, opowiadając po drodze mało konkretne szczegóły zaginięcia turysty, do którego doszło dwa dni temu. Nocował w miejscowym hotelu, jak doniósł recepcjonista, ale nie wyszedł rankiem z pokoju. Kwaterę przeszukano – zero śladów ucieczki czy walki; turysta zwyczajnie rozpłynął się w powietrzu (odrażająco cuchnącym rybami, swoją drogą). Kiedy inspektor, nie przerywając rozmowy, sięga po cygaro, dobiega nas przenikliwy świst i odgłos wystrzału. Napastnik celuje z okna starego sklepu, jedynego w tym mieście. Raymond szybko rozprawia się ze strzelcem, po czym wyważamy zamknięte drzwi i wkraczamy do budynku. Po przeszukaniu i upewnieniu się, że parter jest pusty, schodzimy do piwnicy, niespodziewanie głębokiej i rozległej. Napotykamy kolejne zaryglowane drzwi, tym razem trochę masywniejsze. Podejrzane odgłosy dobiegające z zamkniętego pomieszczenia nie odstraszają inspektora, który potężnym kopniakiem odblokowuje drogę. Naszym oczom ukazuje się nagi mężczyzna, klęczący na środku wypełnionego mrokiem magazynu, w centrum nakreślonego pentagramu. Kołysze się spazmatycznie na boki i głosem szaleńca wyśpiewuje niezrozumiałe frazy. Jakby w odpowiedzi na wezwanie okultysty, z mroku poczynają wyłaniać się plugawe kształty, które ciężko opisać słowami. Towarzyszące temu niezwykle intensywny rybi odór i dziwne zagęszczenie powietrza powodują moje omdlenie. 2 Nie mam pojęcia, w jaki sposób wydostałem się z tej przeklętej piwnicy; ten ważny fragment został wymazany z historii. Na moją nieprzemyślaną prośbę rząd sprowadził do Routhland pomoc. Jednoznacznie stwierdzono, że Raymond, mój towarzysz, został zamordowany przez obłąkanego poganina, który okazał się być zaginionym turystą. Z powodu strasznej deformacji ciał tubylców i przerażającej tajemnicy, której w owym czasie nie pojmowałem, postarałem się o sprowadzenie do Routhland sieci badawczej i dokładne sprawdzenie miasta. Nie było to wielkim problemem – miejscowe władze w pełni poparły mój postulat. Kiedy do Routhland przybyli epidemiolodzy, miasto zostało kompletnie wyludnione. Mieszkańcy zostali zabrani z powodu zdiagnozowania u większości późnego stadium zaraźliwej i nieuleczalnej choroby niszczącej ciało. Nie potrafię wybaczyć sobie podjętej decyzji. Przecież gdyby nie moja pochopna inicjatywa, ci wszyscy ludzie nadal by żyli! Rząd oczywiście pieczołowicie zajął się tuszowaniem sprawy. Wkrótce wszelkie zabudowania portowego miasteczka miały zostać przeszukane, a woda, rzekome siedlisko zarazy, dokładnie zbadana. I bardzo mnie to cieszyło. Miałem nadzieję, że wreszcie ktoś znajdzie źródło tych dziwnych zjawisk, które przerosły mnie, ale bezustannie intrygowały i dręczyły. Nigdy nie miewałem snów, kiedy jednak rozpoczęła się sprawa wyludniania miasta, zaczęły mnie nawiedzać nocne mary. Początkowo widziałem jedynie spokojny akwen, fragment morza stykającego się z Routhland. Z czasem jednak sny robiły się coraz ciekawsze i przerażające jednocześnie, jednak w dziwny sposób przyjemne. Widziałem dno akwenu – ogromne, nieproporcjonalne zabudowania, z pewnością nie ludzkie, o czym świadczyły ich kolosalne rozmiary i niespotykany budulec. Mimo przytłaczających mrocznych głębin i dziwacznej architektury, czułem się tam lepiej niż w domu; emanowała z tego miejsca specyficzna aura, szalenie pociągająca. Pewnej nocy we śnie usłyszałem cichy głos. Niskim pomrukiwaniem naśladującym ludzką mowę proponował mi spłynięcie w głębiny i zamieszkanie w Y’ha-nathlei, które tak mnie intrygowało i które tak bardzo chciałem poznać, w zamian za odwołanie poszukiwań. Nie wiedziałem czemu, ale nie 3 byłem w stanie oprzeć się ofercie. Pociągnąłem za wszystkie sznurki, za które pociągnąć mogłem. Akcję odwołano błyskawicznie. Wróciłem do Routhland, by otrzymać obiecaną nagrodę. I rzeczywiście ją otrzymałem. Wielki Dagon, w wyrazie hojności, która do tej pory jest dla mnie niezrozumiała, podarował mi wieczne ciało i życie. Dzięki Jego łasce mogę po wieki przemierzać zakątki świata, o których istnieniu ludzie nie mają pojęcia i prawdopodobnie nigdy się nie dowiedzą. Dusioł 4