Pobierz artykuł - Colloquia Anthropologica et Communicativa

Transkrypt

Pobierz artykuł - Colloquia Anthropologica et Communicativa
Dariusz Czaja
Uniwersytet Jagielloński
Monstrualne, arcyludzkie
1.
Po wykonaniu powierzonej mu misji kapitan marynarki Marlow powraca
szczęśliwie do domu z wyprawy w górę Konga. Odnalazł tam poszukiwanego agenta handlowego Kurtza1, a nawet zdążył – przed jego śmiercią – zamienić z nim kilka słów. Ale, jak wynika z jego relacji, przywiózł stamtąd również
coś, czego się nie spodziewał, wyruszając w podróż. Więcej: czego nie mógł się
spodziewać w najbardziej nawet fantazyjnych snach. Tą nieplanowaną zdobyczą
było osobliwe wtajemniczenie, sekretna dotąd wiedza na temat heart of dark­
ness. Znamienna jest dwuznaczność tytułu książki Conrada. Owo „serce” czy
„jądro” ciemności, powierzchownie rzecz ujmując, kryptonimować może wciąż
słabo w jego czasach znany afrykański interior. Acz przecież nie może być chyba wątpliwości co do tego, że metaforyczna siła wyrażenia odnosi się przede
wszystkim do ludzkiego wnętrza. Do człowieka w jego białej, zachodnioeuropejskiej edycji. Nie geografii tyczy więc „jądro ciemności”, ale najgłębiej utajonej
wiedzy antropologicznej. A nie jest to, dodajmy, wiedza o przesadnym stopniu
optymizmu.
Jądro ciemności czytane po stu latach od jego ogłoszenia (tekst napisany został na przełomie lat 1898 i 1899, a opublikowany w roku 1902) zdaje się lekturą
wciąż boleśnie aktualną. Kiedy odsunąć nieco na bok egzotyczny sztafaż kulturowy i będący osią narracji konflikt cywilizacyjny – tematy, które, jak można
się domyślać, dominowały w pierwotnym odbiorze – pozostaje z tej podróżnej
opowieści sama jego istota2. A skrapla się ona nie w rewelacji na temat dzikości
1 Kurtz pełnił też rolę europejskiego przedstawiciela Międzynarodowego Towarzystwa Tępienia Dzikich Obyczajów. Ta okoliczność, jak się zdaje, w pełni konweniuje z duchem i literą
naszego spotkania. Uwaga: tekst został przygotowany na konferencję kulturoznawczą pt. „Dobre
obyczaje, etykieta, tabu” (23–25.04.2008 Lądek Zdrój).
2 Oczywiście i dzisiaj Jądro ciemności bywa z pożytkiem czytane w optyce międzykulturowej. Szczególnie dyskurs postkolonialny ma duże zasługi na polu wnikliwej i odświeżającej
lektury powieści. Z tego punktu widzenia fascynujące jest prześledzenie dyskusji na temat Ją­
dra ciemności, która odbyła się w 2004 roku w paryskiej école des hautes études en Sciences
sociales. Pośród francuskich uczestników dyskusji znaleźli się bowiem uczeni o afrykańskich
korzeniach. Lektura zapisu tej debaty jest niezwykle pożywną (zwłaszcza dla nas, białych Eu-
Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
242
Dariusz Czaja
i niedostępności Czarnego Lądu, ale – o czym dzisiaj wiemy coraz lepiej – w wiedzy o esencjalnej dzikości i nieokiełznaniu w sercu Białego Człowieka. A więc
tego wszystkiego, co skutecznie kryło się za cywilizacyjną politurą.
Conrad nie zadowolił się przekazaną mu w spadku optymistyczną wiedzą
o człowieku, obojętnie czy religijnej, czy filozoficznej proweniencji, ale – stawiając go w sytuacji ekstremalnej – postanowił sprawdzić, co w nim jest ludzkie,
a co poza tę kwalifikację wypada. To właśnie w wątpliwościach Marlowa idącego
po śladach Kurtza ten dylemat pojawia się w pełnej odsłonie. Marlow próbuje wyznaczyć granice tego dziwnego zjawiska pod nazwą człowiek. Zastanawia
się, czy zbrodnia i szaleństwo mieszkają w nim, by tak rzec, z urodzenia, czy
też pochodzą one z jakiegoś mniej lub bardziej określonego „zewnętrza”? Czy
oszalały Kurtz zaraził się morderczym wirusem pochodzącym z „tajemniczego
życia dziczy”, czy też stykając się z nią, rozwinął tylko potencje już wcześniej
w nim tkwiące? Jeden z najbardziej przejmujących momentów w refleksji Marlowa pojawia się wtedy, gdy obserwując zbiorowy taniec „dzikich”, dopada go podejrzenie zmuszające do rewizji ustalonych poglądów: „Ziemia nie była ziemską,
a ludzie byli... Nie, ludzie nie byli nieludzcy. Widzicie, otóż to było najgorsze ze
wszystkiego – podejrzenie, że oni nie są nieludzcy (podkr. – D.C.). Przenikało
to z wolna do świadomości. Wyli i skakali, i kręcili się, i wykrzywiali straszliwie; a najbardziej z wszystkiego przejmowała mnie myśl o ich człowieczeństwie
– takim samym jak moje – myśl o mym odległym powinowactwie z tym dzikim,
namiętnym wrzaskiem. Brzydactwo. Tak, to było dość brzydkie; ale jeśli człowiek miał w sobie dosyć męstwa, musiał przyznać w duchu, że jest w nim jakiś
najniklejszy ślad odzewu na przerażającą szczerość tego zgiełku, jakieś mgliste
podejrzenie, iż to ma pewien sens, który by można zrozumieć mimo tak wielkiego oddalenia od mroku pierwszych wieków”3.
Ta cienka, ale realnie istniejąca nić powinowactwa cywilizowanego z dzikim stanie się prawdziwym odkryciem Marlowa. Czy to drastyczne, jak na przyzwyczajenia Europejczyków, rozpoznanie stało się także udziałem czytelników
Conrada – zarówno pierwszych, jak i późniejszych – wydaje się wszakże dość
wątpliwe.
W czym bowiem tkwiło główne ostrze antropologicznej deziluzji Conrada?
W tym, iż ośmielił się pokazać odwrotną stronę kolportowanych szeroko na europejskim kontynencie humanistycznych sloganów. Dojrzał w nich jedynie kulropejczyków) lekcją mądrze pojętego relatywizmu. Por. Joseph Conrad i „ciemności” Afryki
Środkowej. Zbeletryzowane świadectwo o Kongu czy bajka końca wieku?, oprac. O. Stanisławska,
przeł. J. Pawelczyk, „Konteksty” nr 3–4: 2007, s. 113–119. O podobieństwie doświadczeń Conrada
i Malinowskiego, a także pisaniu jako geście autokreacyjnym (ze szczególnym uwzględnieniem
Jądra ciemności) por. klasyczne już studium Clifforda, O etnograficznej autokreacji: Conrad
i Malinowski, tłum. M. Krupa, [w:] J. Clifford, Kłopoty z kulturą. Dwudziestowieczna etnografia,
literatura i sztuka, tłum. różni, Warszawa 2000, s. 105–129.
3 J. Conrad, Jądro ciemności, tłum. A. Zagórska, Warszawa 1991, s. 55–56.
Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
Monstrualne, arcyludzkie
243
turowe projekcje, zbiorowe autokreacje mające co najwyżej siłę konsolacyjnego
gestu. Zobaczył przepaść zalegającą między światem idei i dumnych deklaracji
a światem brutalnych faktów. Po głębszej analizie laboratoryjnej okazało się, że
mimo cywilizacyjnego gorsetu nasza podatność na zło jest organiczna, że nasza
skłonność do złego jest naturalna – wymagają tylko stosownych okoliczności, by
mogły się ujawnić w pełni. Mało tego: że obydwie te dyspozycje nie są czymś
ekstraordynaryjnym, dopisanym jako aneks do definicji pojęcia „człowiek”, ale
stanowią jego nieusuwalny składnik. W tej optyce tytułowa fraza stawała się
kryptonimem ludzkiego zła. Zła, które tkwi głęboko w nas, nie zaś w strukturach
społecznych, kulturowych przebraniach czy bezosobowych ideologiach. Conrad
pokazał, że wbrew temu, co nam się wydawało, przed popadnięciem w zło w istocie nie chroni nas nic: ani przykazania religijne, ani nakazy rozumu, ani – „cała
Europa złożyła się na Kurtza”4 – cywilizacyjna ogłada. Można tedy należeć do
społeczności wierzących albo jak Kurtz zaliczać się do klanu posługujących się
rozumem postępowców i uchodzić za członka cywilizacyjnej wspólnoty i równocześnie bezkolizyjnie z tymi lojalnościami zadawać zło, stawać się „nieludzkim”
– jak podpowiada język – złoczyńcą. Conrad dowodził, że zbrodnia, niegodziwość, zło nie są akcydensami ludzkiej natury, przeciwnie: są arcyludzkie. Brutalnie obnażył iluzje optymistycznej antropologii, przenicował z precyzją analityka
mit nieograniczonego postępu, tę osobliwą hybrydę oświeceniowej wiary w rozum i XIX-wiecznego zauroczenia możliwościami technologii. Opisał i nazwał
koniec pewnego europejskiego złudzenia.
Jest przy tym coś symptomatycznego w zakończeniu Conradowskiej opowieści. W wahaniach, niedopowiedzeniach, zawieszeniach głosu Marlowa. W sławnym ocalającym kłamstwie, którego dopuszcza się, przekazując narzeczonej
Kurtza „prawdę” o nim i o jego ostatnich chwilach. Jak gdyby miał pełną świadomość ciemnej otchłani, której doświadczył, ale zdając sobie sprawę z konsekwencji tego doświadczenia, wolał go nie nazywać do końca albo kluczyć w mglistych
sformułowaniach. Szuka dość rozpaczliwie rozmaitych zapór dla ludzkiej skłonności do zła, ale sam zdaje się nie bardzo w nie wierzyć. W zetknięciu z „jądrem
ciemności” stracił wcześniejszą pewność, i to nieodwołalnie, ale wciąż jeszcze
odgrywa przed sobą komedię człowieka, dla którego prawość i zasady wydają
się solidną tarczą obronną. A wszystko po to, by osłabić wymowę ostatnich słów
Kurtza: „Horror, horror”.
Powiedzmy sobie szczerze: Conrada nie przeczytano dokładnie. Albo nie
doczytano do końca. A jeśli przeczytano i doczytano, to mało kto wyciągnął
praktyczne wnioski z jego antropologicznej diagnozy. Szkoda, że nie umiemy
czytać literatury jako źródła antropologicznego, relegując zazwyczaj jej rozpoznania w obszary, może i pożywnych, ale jednak estetycznych, fikcji. Może wówczas rzeczywistość mniej by nas zaskakiwała. Nie sposób przecież nie zauważyć,
4 Ibidem, s. 76.
Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
244
Dariusz Czaja
że Jądro ciemności czytane z perspektywy minionego krwawego stulecia jawi się
jako przenikliwe proroctwo, jako bez mała zapowiedź nadchodzącego koszmaru.
Mało kto przy tym sądził, że jako katalizator tego, co w nas najgorsze, wystąpi
nie dzika afrykańska dżungla, ale zdawałoby się całkiem oswojona przestrzeń
europejskiej ekumeny.
Jedno stulecie. Dla refleksji antropologicznej dużo to czy mało? Zmieńmy
nieco scenografię.
2.
Wojna w Bośni zakończyła się podpisaniem porozumienia w Dayton w listopadzie 1995 roku, reżim Miloševicia trwał jeszcze do roku 2000. Kilkuletnia
wojna na Bałkanach dobiegła kresu, stając się nieoczekiwanie militarnym epilogiem XX wieku historii Europy.
Może się mylę, ale wydaje mi się, że w wymiarze poznawczym wojna w byłej Jugosławii nie obeszła nas bardzo. Wojna, dodajmy, która skończyła się nie
tak dawno i która toczyła się zaledwie kilkaset kilometrów od naszych domów.
Owszem, śledziliśmy na bieżąco komunikaty wojenne, współczuliśmy ofiarom
po wszystkich stronach konfliktu, „słusznie” napiętnowaliśmy oprawców wymienianych w mediach, odczuwaliśmy ulgę, kiedy wielu z nich zostało schwytanych i osądzonych. Czytaliśmy mniej lub bardziej wnikliwe analizy historyczne i politologiczne, by móc poruszać się sprawnie w wyjątkowo zagmatwanej
i skomplikowanej materii bałkańskiej.
Ale tu idzie mi o coś innego: czy wykonaliśmy jakąś głębszą pracę myślową
związaną z tym, co się stało? Na przykład: czy zrozumieliśmy albo czy przynajmniej staraliśmy się zrozumieć, jak to możliwe, by pod koniec XX wieku,
zaledwie kilkadziesiąt lat po doświadczeniach II wojny światowej, dochodziło do
etnicznych czystek? Jak to możliwe, by w środku cywilizowanej Europy miały
miejsce niewyobrażalne masakry ludności cywilnej, dokonywane z cyniczną premedytacją gwałty na kobietach, dowiedzione przypadki ludobójstwa wreszcie?
Pytania tym bardziej zasadne, że nierzadko ich sprawcami nie byli zawodowi
żołnierze, ale przysposobieni na potrzeby wojny cywile. Czy zadaliśmy sobie kiedykolwiek pytanie, jak to możliwe, by człowiek, który w swoim cywilnym życiu
był taksówkarzem czy kelnerem, kimś całkiem zwyczajnym – ani świętym, ani
łotrem – tak łatwo mógł stracić tożsamość, zmieniając się nieomal z dnia na dzień
w zimnego mordercę albo w bezwolnego wspólnika kata?
Szczęśliwie są książki, które nie tylko przywracają pamięć i nie pozwalają zasklepić się niedawnym zbrodniom w martwy rozdział historii najnowszej,
ale próbują zmierzyć się z powyższymi pytaniami. Oni nie skrzywdziliby nawet
muchy. Zbrodniarze wojenni przed Trybunałem w Hadze – taki właśnie, oksymoroniczny, acz wyjątkowo trafny tytuł nosi książka chorwackiej eseistki i dzienColloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
Monstrualne, arcyludzkie
245
nikarki Slavenki Drakulić5. To ciepły jeszcze, porażający raport o bałkańskich
oprawcach, o złu dekretowanym i złu zadawanym. O złu, którego było się sprawcą, a w najlepszym wypadku pomocnikiem. Ta uczciwa w intencjach i rzetelna
w diagnozach książka jest czymś daleko pojemniejszym niż zwykły reportażowy
zapis z kolejnych dni żmudnych procesów zbrodniarzy wojennych. To rozpisana na role, pogłębiona próba analizy archeologii zbrodni. Bohaterami (jak dwuznacznie to brzmi!) portretów Drakulić są postacie o różnych biografiach, drogach życiowych i profesjach: cyniczny i zimny biurokrata Slobodan Milošević,
bezmyślny Zoran Vuković, skazany za gwałty na Muzułmankach, czy niejednoznaczny Dražen Erdemović, uczestnik masakry w Srebrenicy, który odmówił
zabijania, ale został do tego zmuszony. I kilkunastu innych. Szerokie spektrum
złoczyńców o odmiennych przynależnościach etnicznych.
Co ważne: Drakulić nie wpada w zwyczajową pułapkę łatwego do przewidzenia moralizatorskiego tonu, cały czas porusza się po cienkiej krawędzi, która dzieli rozumienie od usprawiedliwienia, mocną refleksję etyczną od taniego
moralizowania. Ta książka pomyślana była u źródeł nie tyle jako antywojenny
protest czy tren żałobny, ale animował ją wyraźnie zdefiniowany cel poznawczy: „Powód napisania tej książki był prosty: ponieważ nie można zaprzeczyć,
że zbrodnie zostały popełnione, chciałam dowiedzieć się czegoś o tych, którzy je
popełnili. Kim byli? Zwykłymi ludźmi jak ja czy potworami?” [ONS, 12]. Kreśląc wyraziste portrety zbrodniarzy, korzystając nienachalnie z odwołań do bogatej literatury przedmiotu (Arendt, Browning, Bauman, Staub), autorka zostawia
nam do przemyślenia tekst łączący w sobie organicznie dwa odmienne żywioły:
przejmujące subiektywne świadectwo i rzeczową analizę. Z całą pewnością to nie
jest naukowa rozprawa, ale wnioski, które przynosi literacka narracja Drakulić,
mają niezaprzeczalne walory poznawcze. Prawda o złożonej ludzkiej naturze, jak
już wspominałem, niekoniecznie mieści się tylko w tekstach opatrzonych stemplem naukowości.
Oni nie skrzywdziliby nawet muchy to w jakimś sensie remake sprawozdania
Hannah Arendt z procesu Adolfa Eichmanna, zwykłego niemieckiego urzędnika
w służbie nazistowskiej zbrodni6. Cytat z jej książki posłużył nawet za motto.
Skądinąd, już samo to, że z początkiem XXI stulecia ukazuje się książka wprost
nawiązująca do tego dzieła, musi dawać do myślenia. To miał być przecież spektakularny precedens, któremu, zdaje się, nie dawano szans na szybką kontynuację...
5 S. Drakulić, Oni nie skrzywdziliby nawet muchy. Zbrodniarze wojenni przed Trybunałem
w Hadze, przeł. J. Szacki, Warszawa 2006. Dalej cytuję jako ONS, z numerem strony. Z całą pewnością, książką, którą należałoby czytać równolegle z raportem Drakulić, jest wcześniejszy, wybitny
dokument Wojciecha Tochmana, rekonstruujący „krajobraz po bitwie”, nie militarne czy polityczne, ale głębsze – mentalne skutki wojny, por. W. Tochman, Jakbyś kamień jadła, Sejny 2002.
6 H. Arendt, Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, przeł. A. Szostkiewicz, Kraków 1987.
Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
246
Dariusz Czaja
Książkę tę można zapewne czytać na kilka sposobów. Bez wątpienia, można
z pożytkiem interpretować ją w dyskursie historycznym, etnicznym, politycznym,
psychologicznym czy jurydycznym. A także biograficznym – postacie i wydarzenia, o których mowa, stały się istotną częścią autobiograficznej narracji samej
autorki7. Sprawozdanie to interesuje mnie głównie jako źródło antropologiczne.
Jako niezwykle cenne i wiarygodne źródło wiedzy o człowieku. Cywilizowanym
Europejczyku końca XX wieku. Przy czym szczególnie zależy mi na tym, by
wydobyć z niej ów conradowski rdzeń: to szczególne zetknięcie cywilizowanego
z dzikim, normalnego z monstrualnym, zwykłego z potwornym. Proponuję więc,
by do pewnego stopnia wziąć w nawias lokalny kontekst tej opowieści i nieco
zuniwersalizować jej zasadniczy przekaz.
3.
Refleksja Drakulić rozpoczyna się tam, gdzie inni ją zakończyli. Jakby nie
bacząc na dziesiątki rozpraw historyków i badaczy społecznych, w których rozpracowano dokładnie chronologię wojennego szaleństwa, odsłonięto determinanty historyczne, mentalne i kulturowe bałkańskiego konfliktu, zadaje pytanie najprostsze z możliwych: skąd zło w cywilizowanym człowieku końca XX wieku?
Zdając raport z procesów zbrodniarzy wojennych, daje, ujęty w literacką formę,
wykład antropologii zła.
Mordercy nie są ludźmi bez twarzy. Przyglądając im się uważnie podczas
wielogodzinnych procesów, autorka powtarza w kilku miejscach pytania, które
większość z nas zadaje sobie, obserwując migające od czasu do czasu w telewizji
twarze morderców zasiadających w ławach oskarżonych. Nie możemy uwierzyć.
Nie chcemy wierzyć. Choć naiwnością jest domniemanie o podobieństwie niegodziwości czynu i powierzchowności jego autora, podświadome przekonania każą
nam dopatrywać się w okrutnych zabójcach jakichś szczególnie odrażających fizjonomii. Rzeczywistość bywa jednak przewrotna.
„Trudno sobie wyobrazić Mirka Noraca wykrzykującego rozkaz egzekucji.
[...] Pulchny, zwyczajny młody człowiek o nieśmiałym uśmiechu wydaje się raczej łagodny niż niebezpieczny” [ONS, 49]. „Pierwsze wrażenie, jakie odniosłam, obserwując Krsticia [...] było sprzeczne z obrazem człowieka, który mógłby
brać udział w tak straszliwych czynach, jak masowe morderstwa Muzułmanów
w Srebrenicy” [ONS, 99]. „Goran Jelisić wygląda jak człowiek, któremu można
ufać. [...] muszę powiedzieć, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę przekonują7 Drakulić zapłaciła wymierną cenę za chęć mówienia prawdy i tylko prawdy o zbrodniach
nie tylko „obcych”, ale także „swoich”. Została osobą wyklętą ze wspólnoty chorwackiej. Od początku lat 90. jej życie w Chorwacji było utrudniane, dostawała telefony z pogróżkami, jej mieszkanie zostało zdemolowane. Ostatecznie, zmuszona była wyjechać. Do dzisiaj mieszka i pracuje
w Szwecji.
Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
Monstrualne, arcyludzkie
247
co naiwną, chłopięcą twarz mordercy, byłam całkowicie zaskoczona” [ONS, 77].
„Tak więc siedzę i obserwuję pięciu oskarżonych. Wyglądają tak zwyczajnie.
Ale czego można było oczekiwać? Rogów? Spiczastych uszu? W końcu wszyscy
z nich, oprócz taksówkarza Žigicia, byli zwyczajnymi policjantami. Co ciekawe,
tylko on jeden wygląda groźnie, może dlatego że jest silniej zbudowany niż pozostali” [ONS, 28].
Żadne tam diabły wcielone, całkiem zwyczajni ludzie. To powtarzające się
zdziwienie Drakulić, wynikające z beznadziejnych prób analogizowania widocznego z tym, czego dostrzec nie sposób – „pomyłka”, z której doskonale zdawała
sobie sprawę – mówi przecież coś bardzo istotnego. Domagamy się zgodności
„powierzchni” i „wnętrza”, bo chcemy widzieć świat wedle jasnych porządkujących rozróżnień. Po jednej stronie normalni, po drugiej monstra. Po jednej stronie
zwykli, po drugiej ciężka patologia. Po jednej stronie zbawieni, po drugiej potępieni. Ów właściwy większości z nas fizjonomiczny determinizm, rodem z pism
Johanna Kaspara Lavatera, chce świata uporządkowanego wedle widocznych,
łatwo rozpoznawalnych kryteriów. Jest w tym pomieszaniu i rys pragmatyczny:
wiedza tego rodzaju mogłaby – jak sądzimy – zabezpieczyć nas przed przykrymi
wydarzeniami, które mogą zdarzyć się w przyszłości. Przyszłość jest, co prawda
z definicji, domeną niewiadomego, ale moglibyśmy tę sferę zminimalizować, separując z życia społecznego tych, których powierzchowność zdradza złowieszcze
oznaki. Niestety, demonizacja czy zoomorfizacja obliczy zbrodniarzy nie powiodła się. Ich twarze wciąż pozostawały przerażająco ludzkie8.
Ale w pragnieniu zobaczenia zgodności twarzy i czynu tkwi, jak się wydaje,
coś jeszcze bardziej istotnego. „Największym rozczarowaniem było dla mnie to,
że wyglądał [Borislav Herak] jak każdy inny człowiek, jak sąsiad, jak krewny,
przyjaciel. Niemal desperacko szukałam w jego oczach śladów szaleństwa, jakiegoś dowodu, że był inny – krótko mówiąc, że był potworem. I nie ja jedna
patrzyłam w ten sposób na zbrodniarzy wojennych. Wiele osób robiło to samo”
[ONS, 215]. I w innym miejscu podobna uwaga: „Człowiek szuka jakiejś oczywistej oznaki perwersji, oznaki, która pomoże mu rozpoznać w nich zbrodniarzy”
[ONS, 65].
8 Nie jest zapewne przypadkiem, że interesujący reportaż Lawrence’a Wechslera z procesów haskich kończy uwaga o twarzy i spojrzeniu Dušana Tadicia, bośniackiego Serba, oskarżonego przez Trybunał o brutalne zbrodnie: „Kamera zatrzymała się na nim – przystojnym, młodym
mężczyźnie, w niebywale eleganckiej granatowej marynarce i błyszczącej białej koszuli z rozpiętym kołnierzem – by chwilę później uchwycić w zbliżeniu jego twarz. To był on, żaden symbol
czy metafora, albo zastępca kogoś innego niż on sam: absolutnie konkretna osoba w jej cudownej
samowystarczalności; człowiek, któremu postawiono straszne, straszne zarzuty i który teraz musiał zmierzyć się z nimi, pozbawiony jakichkolwiek podpórek z wyjątkiem własnego autonomicznego wolnego przedstawicielstwa”, L. Wechsler, Vermeer in Bosnia, New York 2004, s. 24–25.
Dołączony kadr nie kłamie: w twarzy Tadicia, który wpatruje się w nas, czytelników, nie ma
nic nadzwyczajnego, żadnych oznak deprawacji. Spoglądamy w oczy przystojnego, zwyczajnego
mordercy.
Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
248
Dariusz Czaja
W tym desperackim oczekiwaniu na znalezienie wyraźnego cielesnego
symptomu, który mógłby odsłonić niegodziwe wnętrze, dochodzi do głosu podświadoma chęć przemienienia zwyczajnego w patologiczne. Innymi słowy: wtłoczenia refleksji na temat zła w poznawczo obiecujący dyskurs medyczny. Poddania go spojrzeniu medykalizującemu. Trzeba przyznać, że stoją za tym pewne
racje. Jeśli bowiem skłonność do zła jest rodzajem choroby, jest patologią, to
można ją zdiagnozować i – jak każdej choroby – się jej pozbyć albo przynajmniej
próbować to zrobić. Drakulić bardzo mocno przeciwstawia się takiemu rozwiązaniu. W jawnie ironicznej konkluzji notuje: „Z pewnością istnieją przypadki
na pograniczu patologii (Goran Jelisić to jeden z nich), ale liczba i brutalność
popełnionych zbrodni (na przykład masowe gwałty w Bośni) wskazują, że albo
liczba chorych ludzi jest bardzo duża, albo działa tu coś innego” [ONS, 214]. Jeśli
większość złoczyńców to przypadki patologiczne, to samo pojęcie choroby nic
nie znaczy jako mechanizm wyjaśniający. Nie ma niestety żadnych zwiastunów
toczącej zbrodniarzy choroby. Rozsądniejsze – choć naturalnie bardziej przerażające – zdaje się przyjęcie tezy, że mamy tu do czynienia z przypadkami zbrodni
dokonanych przez całkowicie zdrowych na ciele i umyśle osobników.
Czy to jednak możliwe, że ludzie, którzy zapewne bez trudu zmieściliby się
w dość rozciągliwej kategorii „normy psychicznej”, mogli dopuścić się t a k i c h
czynów? Czy zatem „zwykły” człowiek jest jedynie maską człowieka „nie-zwykłego”, by pozostać na razie przy tym eufemizmie? Przedstawiony materiał dowodowy pokazuje niezbicie, że niestety tak. Że monstrualne jest ledwie cieniem
zwyczajnego i tkwi w nas jako nieuświadamiana ciemna potencja. Spychana na
co dzień w niebyt, usuwana z przestrzeni myślenia, ma zdolność aktywizowania
się w sytuacjach ekstremalnych. Kłopot w tym, że nikt z nas nie wie, w k i m,
k i e d y i g d z i e tego rodzaju możliwość zostanie uaktywniona. Zazwyczaj
kiedy się o tym dowiadujemy, jest już za późno.
A zatem: nic z pocieszycielskich oczekiwań. Niegodziwości, o których mowa,
nie dokonali niestety (wyłączając wspomniane wyjątki) ludzie o profilu jednoznacznie patologicznym, ale – ku naszemu przerażeniu – najzwyklejsi obywatele
kilku zwaśnionych narodów. Rozpoznanie to zgadza się z innymi, poczynionymi
w podobnych warunkach. Działający w czasie II wojny światowej na wschodnich
terenach Polski osławiony 101. Policyjny Batalion Rezerwy miał na sumieniu tysiące morderstw na polskich Żydach. W znakomitym studium historycznym poświęconym działalności tego oddziału Christopher Browning rekonstruuje dość
dokładnie jego skład osobowy. Pominąwszy nieliczne wyjątki, oddział ten – nie
ma co do tego żadnych wątpliwości – był w pełni reprezentatywny dla kategorii „przeciętnych Niemców”, całkiem zwykłych ludzi9. Makabrycznego mordu
w Józefowie i w innych miejscowościach nie dokonali zwyrodnialcy i męty spo9 Ch.R. Browning, Zwykli ludzie. 101. Policyjny Batalion Rezerwy i „ostateczne rozwiąza­
nie” w Polsce, przeł. P. Budkiewicz, Warszawa 2000, s. 234.
Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
Monstrualne, arcyludzkie
249
łeczne, ale zwyczajni Niemcy, ci, którzy – podobnie do przykładów analizowanych przez Drakulić – przed wojną byli fryzjerami, krawcami, metalowcami czy
biznesmenami10.
Zwyczajni, niezwyczajni: „Gdyby człowiek spotkał któregoś z nich przed
wojną, prawdopodobnie nie przyszłoby mu do głowy, że są szczególnie brutalni.
Nie różnili się specjalnie od innych mężczyzn – po prostu trzech facetów, którzy
lubili spędzać czas w lokalnych barach. Aż przyszła wojna, a teraz jest po wojnie.
Okazuje się, że są w więzieniu” [ONS, 65].
4.
A zatem: jak ustaliliśmy, zwyczajne (normalne) od monstrualnego oddziela
cienka ściana, która zupełnie wystarcza do codziennej egzystencji. Ale dlaczego
tak się dzieje, że ta przegroda pęka? Dlaczego w pewnych warunkach zwykli
ludzie przemieniają się w najgorsze ze swoich możliwych wcieleń?
Drakulić polemizuje wyraźnie z tymi świadkami na procesie, którzy zła
swoich oprawców upatrują w ich niskim pochodzeniu społecznym w czasach pokoju; okoliczność ta miałaby jakoby wystarczająco tłumaczyć ich niegodziwości wojenne. Innymi słowy: jednostki o poślednim statusie społecznym i niskiej
samoocenie w czasie wojennego zachwiania norm skutecznie odbijają sobie to,
co tracili w normalnym życiu. Autorka powiada, że być może są nieliczne przypadki, które podpadają pod tę diagnozę, ale nie akceptuje jej jako całościowego
tłumaczenia.
Nie zgadza się też z orzeczeniem sędzi w jednej ze spraw, w którym mowa
jest o tym, że zła dopuścili się „osobnicy o zbrodniczych skłonnościach” na bezbronnych cywilach. Kłopot w tym, odnotowuje z zabójczą logiką, że jeśli przedstawicielka prawa ma rację, to „musi istnieć mnóstwo takich osobników o zbrodniczych skłonnościach, skoro w czasie wojny zgwałcono dziesiątki tysięcy kobiet
i zabito dwieście tysięcy ludzi. Tysiące musiało dopuszczać się takich czynów
(podkr. – D.C.). Czy większość z nich miała zbrodnicze skłonności? Trudno w to
uwierzyć. Bardziej prawdopodobne jest, że to wojna zamieniała zwykłych ludzi –
kierowców, kelnerów i sprzedawców, takich jak trzej oskarżeni – w zbrodniarzy.
Powodował nimi oportunizm, strach oraz, co ważne, przekonania. Setki tysięcy
10 Ta
zwyczajność, dobrze zobrazowana przez przed-wojenne profesje kryminalistów, miała
też w przypadku wojny bałkańskiej i bardziej przewrotną stronę. W książce Tochmana jest fragment,
z którego wynika, że ci z Serbów (rzecz dotyczy zapewne i innych nacji), którzy mieli coś na sumieniu, dość groteskowo upewniali się w tym, że w czasie wojny nikogo nie zabijali: „Ci mężczyźni
w Republice Serbskiej, z którymi uda się pogadać, opowiadają: w czasie wojny byliśmy kucharzami.
I ci z Serbii, którzy przychodzili im pomóc, też jedynie gotowali. Wszyscy ciągle to powtarzają, także
między sobą, chyba już w to uwierzyli”, W. Tochman, op. cit., s. 45. Wojna bałkańska jako wojna
kucharzy. Ciekawy trop, zwłaszcza ze względu na zakończenie książki Drakulić.
Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
250
Dariusz Czaja
muszą wierzyć, że mają rację, robiąc to, co robią. Inaczej takiej ogromnej liczby
gwałtów i morderstw nie da się wyjaśnić – i to jest jeszcze bardziej przerażające”
[ONS, 66].
W wielu przypadkach ta diagnoza sprawdza się: stopień ideologicznego zdeprawowania ludzi po każdej stronie konfliktu był intensywny, czarna propaganda
zatruwała umysły, kazała widzieć poszczególne jednostki znane często z imienia
i nazwiska jako anonimowych przedstawicieli wrogiego ugrupowania. To zaś
stępiało wyraźnie zmysł moralny, ułatwiało mordowanie. Ale wydaje mi się, że
i ta eksplikacja – choć mająca wiele racji – nie tłumaczy wszystkiego. Niewykluczone, że opisuje ona istotne czasem warunki progowe, okoliczności, które
sprzyjają możliwości popełnienia zbrodni, ale którym trudno zawsze i wszędzie
przypisywać siłę sprawczą. Innymi słowy: rekonstruuje ona warunki konieczne,
acz niewystarczające do aktywnego uczestnictwa w złoczynieniu.
Drążmy więc dalej: skąd zło? Jak możliwe jest potworne zło? Kto jest, kto
może być jego sprawcą?
Drakulić musiała często odpowiadać na pytania, dlaczego zajmuje się zbrodniarzami, dlaczego poświęca swój czas na zrozumienie działań – jak jej sugerowano – „tych potworów”: „Łatwo zrozumieć takie reakcje. Zbrodniarze wojenni
popełnili niesłychane zbrodnie i nikt nie chce, by go z nimi w jakikolwiek sposób
wiązano. Ale to nie zbliża nas do zasadniczej kwestii: jak takie czyny były możliwe? Jeśli uwierzymy, że ich sprawcy są potworami, to dlatego, że chcemy jak
najbardziej się od nich odróżnić, odmawiając im krzty człowieczeństwa. Posuwamy się nawet tak daleko, żeby nazywać ich zbrodnie ‘nieludzkimi’, jak gdyby
zło (tak jak i dobro) nie stanowiło części natury człowieka. U podstaw takiego
rozumowania jest sylogizm: zwyczajni ludzie nie mogliby zrobić tego, co zrobiły
te potwory. Jesteśmy zwyczajnymi ludźmi, wobec tego nie możemy popełniać
takich zbrodni.
Ale kiedy przyjrzeć się bliżej rzeczywistym sprawcom, okazuje się, że ten
sylogizm nie działa” [ONS, 213].
To uwagi o kardynalnym znaczeniu. Drakulić doskonale zauważyła zdolność do maskowania problemu poprzez stosowanie szczególnej kosmetyki pojęciowej. Zło, straszne, odrażające zło nie może być na mocy definicji „ludzkie”
(dlaczego?), staje się więc w wyniku szybkiej operacji językowej „nieludzkie”. Ta
sprytna podmiana pozwala nam pielęgnować swoją gatunkową niewinność, tych
zaś, którzy złoczynienia się dopuszczają, wyłączać z ludzkiej wspólnoty. Język
znakomicie ujawnia tę – nomen omen – arcyludzką predylekcję do widzenia nas
samych w aureoli bezgrzeszności. Zauważmy: zdarzenia i czyny nieprzystające do naszych wzniosłych wyobrażeń o sobie zostają za pomocą językowej magii ekspediowane na zewnątrz. To dlatego przecież o osobniku, który popełnił
wyjątkowo odrażający czyn, mówimy „bestia”, a jego działania określamy jako
„zwierzęce”. Człowiek nie mógłby popełnić takich rzeczy. Bo człowiek to wciąż
brzmi dumnie. Zwłaszcza wtedy, kiedy pociągnąć go za język.
Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
Monstrualne, arcyludzkie
251
Stąd też bardzo mocna i bardzo odważna jest teza postawiona w książce, że
i dobro, i zło są niezbywalną częścią natury człowieka. I dodajmy też: bardzo
prawdziwa. Nie wiadomo bowiem, na jakiej podstawie można by zadekretować,
że tylko dobro jest konstytutywne dla natury ludzkiej11. To tak, jakby tylko w niewinnym, bezbronnym Ablu z biblijnej perykopy widzieć człowieka, ale w zabójcy-Kainie już nie. Nic przecież nie wskazuje na to, by ten drugi na mocy jakiejś
przedustawnej konieczności miał być wyłączony z rodziny ludzkiej. Nie sądzę przy
tym, by antropologia, jaka wyłania się z obserwacji poczynionych w książce, była
z gruntu pesymistyczna. Powiedziałbym raczej: realistyczna. Do bólu realistyczna. To znaczy taka, która nie bierze części (tej lepszej) za całość, ale w odważnym geście czyni i tę drugą (gorszą) nieodłącznym elementem ludzkiego totum.
Zapytajmy więc raz jeszcze: to kto w końcu popełnia czyny haniebne: człowiek czy nie-człowiek, człowiek czy potwór? W wywodzie, w którym arcytrafnie przywołuje sławną tytułową frazę z jednej z książek Leviego, autorka buduje coś na kształt finalnego uogólnienia: „Siedzisz na sali sądowej i obserwujesz
oskarżonego. Na początku zastanawiasz się tak, jak się zastanawiał Primo Levi:
»Czy to jest człowiek?« Odpowiedź: nie, to nie jest człowiek, wydaje się aż nadto
prosta, ale w miarę jak mijają dni, które spędzasz w sądzie, zbrodniarze stają się
coraz bardziej ludzcy. Wkrótce masz poczucie, że są twoimi bliskimi znajomymi.
Oglądasz ich twarze, brzydkie lub sympatyczne, widzisz, jak ziewają, robią notatki, drapią się po głowie lub czyszczą paznokcie, i nie możesz nie zadać pytania:
a co jeśli to j e s t człowiek? Im lepiej ich znasz, tym więcej się zastanawiasz,
jak mogli popełnić takie zbrodnie – oni, ci kelnerzy i taksówkarze, nauczyciele
i wieśniacy stojący przed tobą. I im wyraźniej dociera do ciebie, że zbrodniarze
wojenni mogą być zwykłymi ludźmi, tym bardziej się boisz. Oczywiście dlatego, że konsekwencje są wtedy poważniejsze, niż gdyby byli potworami. Jeśli
zwyczajni ludzie popełnili zbrodnie wojenne, oznacza to, że mógłby popełnić
je każdy z nas. Teraz widać, dlaczego łatwiej i wygodniej jest przyjąć, że zbrodniarze wojenni są potworami, niż zgodzić się z Erwinem Staubem, że »zło, które
wyrasta ze zwykłego sposobu myślenia i jest popełniane przez zwykłych ludzi,
to norma, nie wyjątek«” [ONS, 215–216].
„Potworność”, „bestialstwo”, „zezwierzęcenie”. Teraz już wiemy: to określenia, które niestety nie odnoszą się do nielicznych wyjątków. To charakterysty11 Zdaję sobie oczywiście sprawę z problematyczności kategorii „natura ludzka”: z wpisanych w nią intuicji stałości, historycznej i kulturowej niezmienności itp. A także z dalekich
od ostateczności wniosków z dysputy pomiędzy skrzydłem biologicznym i kulturowym w opisie
człowieka. Por. w tej kwestii świetny zbiór uwzględniający różne opcje: Human Nature. Fact and
Fiction, red. R.H. Wells, J. McFadden, London 2006. ���������������������������������������
Może jednak nasz przypadek nie musi angażować aż tak fundamentalnych sporów. W interpretowanym tu materiale empirycznym chodzi
mi jedynie o zwrócenie uwagi na – mające istotne konsekwencje poznawcze – optymistyczne
przeakcentowanie w opisie „natury ludzkiej” w świecie zachodnim, proces, którego historyczne
przesłanki rekonstruowałem w pierwszej części tekstu.
Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
252
Dariusz Czaja
ka czynów popełnianych przez zwyczajnych ludzi, osobników, o których milczą
podręczniki psychopatologii. Ta konstatacja, bez wątpienia, ma smak piołunu. Ale
jeśli nie zechcemy przejrzeć się w lustrze, które podsuwa nam książka, być może
nigdy nie zobaczymy swojego prawdziwego wyglądu. Drakulić nie odpowiada na
pytanie, skąd zło – kto jest tak mądry, by podać konkluzywną odpowiedź? – ale
daje przekonujący, poparty solidną bazą źródłową, kurs antropologii. W swoim
wykładzie poszerza naszą wiedzę o człowieku o ciemne strony. O realne składniki tego, co ludzkie, których wszelako nie dopuszczamy do siebie, a jeśli o nich
wiemy, to zazwyczaj pokrywamy je zakłopotanym milczeniem.
Browning kończy swoją rozprawę niepokojącym pytaniem: „Skoro funkcjonariusze 101. Policyjnego Batalionu Rezerwy mogli w określonych okolicznościach stać się mordercami, to czy istnieje grupa ludzi potrafiąca tego unik­nąć?”12.
Jeśli się nie mylę, w konkluzji książki Oni nie skrzywdziliby nawet muchy... brak
już nawet tej, wyrażonej trybem pytającym, wątpliwości.
5.
Drakulić wyraźnie podkreśla potencjalną gotowość nieomal każdego „zwykłego człowieka” do popełnienia czynów haniebnych, demonstruje na wielu
przykładach, że możliwość zbrodni tkwi w nim immanentnie. To ważne odkrycie. Ale może w tych szczególnych momentach wojennego paroksyzmu, zaćmienia rozumu, działała też i inna, „zewnętrzna” siła. Podejrzenie to obarczone jest
dużym stopniem intelektualnego ryzyka, ale spróbujmy przynajmniej tego tropu
interpretacyjnego.
Autorka kończy swoją książkę brawurową puentą. Spokojnie relacjonuje jeden ze zwykłych dni spędzanych przez aresztantów – jeszcze parę lat wcześniej
przedstawicieli wrogich armii – w więzieniu Schwenningen. Oto niegdysiejsi
wrogowie, którzy tak niedawno zabijali się nawzajem bez litości, którzy gotowi
byli poświęcić życie w obronie swojej wspólnoty, teraz gotują wspólnie obiady,
dyskutują, grają w gry towarzyskie. Jedyne co im pozostało do zabicia, to czas.
Ostatni akapit brzmi tak: „Jeśli »braterstwo i jedność« między niedawnymi zaciekłymi wrogami jest istotnie epilogiem wojny, człowiek się zastanawia: po co
było to wszystko? Gdy patrzy się na wesołych chłopców w areszcie Schwenningen, odpowiedź wydaje się prosta: po nic” [ONS, 233].
Formuła kończąca to zdanie jest niebywała. Bo też i niebywałej sytuacji dotyczy. Po kilku latach krwawych bratobójczych walk ich uczestnicy siedzą wokół
wspólnego stołu, jak gdyby n i g d y n i c się nie stało, a jedyną dla nich niedogodnością jest to, że przebywają w zakładzie zamkniętym. To jeszcze jedna
(ostatnia?) z licznych, związanych z wojną bałkańską, n i e m o ż l i w o ś c i. Jak
12 Ibidem, s. 201.
Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
Monstrualne, arcyludzkie
253
się wydaje, owo „nic” kryptonimuje tu oczywisty i przejmująco bolesny absurd
wojny, w której – można odnieść wrażenie – od początku właśnie o „nic” nie chodziło13. To „nic” pozostałoby tylko pustką totalnego absurdu, gdyby nie stały za
nią realne tysiące zamordowanych. Mam jednak nieodparte wrażenie, że można
by pomyśleć sens (albo bezsens) tej sceny jeszcze inaczej. Chodzi mi właśnie o to
kończące „nic”.
Kusi – to dobre słowo – by wpisać przytaczane tu wydarzenia wojenne w inną
jeszcze logikę. Mówiąc wprost: w tym „nic”, w tej straszliwie brzmiącej „nicości”, która okazała się jedyną konkluzją wojny, widzę wyjątkowo czytelny diabelski szyfrogram. I traktuję to zdanie całkowicie literalnie, bez metaforycznych
cudzysłowów. Diabeł, zdaję sobie sprawę, to figura anachroniczna i od dawna nie
ma wstępu na intelektualne salony. Jednakże bliska jest mi teza Luca Ferry’ego,
który celnie zauważył, że wbrew uśmiechom postępowych intelektualistów Diabeł nie zginął, ale – podobnie jak cała sfera transcendentna – uległ jedynie procesowi stopniowej humanizacji14. Przyjmuje więc strawniejszy dla sceptycznego
i zlaicyzowanego rozumu wyraz. Ale zauważmy, że po to, by uznać zgłoszoną
tu sugestię za wiarygodną, niekoniecznie trzeba podzielać tezę ontologiczną na
temat istnienia Diabła, wystarczy przyjrzeć się diabelskiej fenomenologii, temu,
jak fenomen diabelstwa się „jawi”. W tak pojętej diaboliczności okaże się, że
ów ruch ku nicości, ku bezsensowi, ku opróżnianiu z sensu wszelkiego ludzkiego doświadczenia jest w niej rysem dominującym. Czy trzeba przypominać, że
greckie diaballein (rozdzielać), od którego pochodzi Diabolos, jest lustrzanym
przeciwieństwem wszystkiego, co związane (sumballein), co pierwotnie stanowi
sensotwórczą jedność?
Ale powód nazwania jednej (co wyraźnie podkreślam) z odsłon bałkańskiego zła diabolicznym jest jeszcze jeden, i to bodaj bardziej spektakularny. Twierdzę bowiem, że nie da się w pełni wytłumaczyć wielu okropności wojny w byłej
Jugosławii wyłącznie przyczynami politycznymi czy urazami etnicznymi, nie
każdą zbrodnię można wyjaśnić propagandową intoksykacją. Czytając o niegodziwościach tam popełnianych, w wielu z nich odnaleźć można bez trudu jakiś
d e m o n i c z n y n a d m i a r. Mam tu na myśli coś, czego racjonalny dyskurs się
nie ima, czego nie potrafi przeskoczyć. To jest ta szczególna kategoria złych czynów, które nie będąc środkiem do jakiegoś pragmatycznego celu, stają się najwy13 Tochman przytacza znamienny dialog ze wsi Sokolac: „Kobiety pytają: po co była nam
wojna? Po co ginęli nasi synowie? I dopowiadają: po nic, po strach, tułaczkę i krew, po życie w barakach”, W. Tochman, op. cit., s. 46.
14 Ferry bardzo trafnie zauważył, że ostatnimi czasy w dyskursie humanistycznym tradycyjna chrześcijańska nauka o Diable przyjmuje szereg rozmaitych metamorfoz: demoniczność
oznacza środowisko społeczne, rodzinne, wyposażenie genetyczne itd. Zło nie ma już wymiaru
osobowego, ale tylko i wyłącznie kontekstowe, a ma to istotne konsekwencje dla wszelkich prób
jego rozumienia. Zob. L. Ferry, Człowiek-Bóg, czyli o sensie życia, przeł. A. Miś, H. Miś, Warszawa 1998, s. 67–69.
Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
254
Dariusz Czaja
raźniej celem samym w sobie. O takich wydarzeniach pisał Ferry, nadając im, co
znamienne, jednoznacznie kwalifikację diabelską: „Dziwi nas też, że niekiedy
(zawsze?) zbrodnie te nie mają nic wspólnego z celami samej wojny. Czy aby
odnieść zwycięstwo, trzeba było zmuszać matki, by wrzucały do betoniarki swe
żywe dzieci, a zapewniano nas, że tak było w przypadku Bośni? Po co siekać
noworodki maczetą i wrzucać do skrzynek po piwie lub rozbijać im czaszki na
oczach rodziców, jak robili to Hutu? Po co torturować wroga przed egzekucją,
skoro i tak ma on zostać zabity?”15. W retoryczności tych pytań odbija się w pełni
natura tego zła czynionego „po nic”. To jest zło całkowicie irracjonalne, apragmatyczne. Przestaje być już traktowane jako tragiczna rzeczywistość czasu wojny,
a przypomina przyjemne, i szczególnie sycące oprawców, spędzanie czasu.
To jest ta kategoria czynów, którą Primo Levi określał mianem „zbędnej
przemocy”16, a więc działań, które z racjonalnego i pragmatycznego punktu widzenia są nie do wytłumaczenia. Nie mieszczą się w żadnym, nawet najbardziej
rozciągliwym, porządku sensu. Są złem doskonale bezcelowym, złem czynionym
dla samego zła17. To właśnie nazywam diabelstwem w stanie czystym. I dokładnie dlatego opisana przez autorkę scena z więzienia Schwenningen jest tak dojmująca. Pokazuje bowiem naocznie doskonale nicującą, wydrążającą od środka
jakikolwiek przejaw sensu, moc diabelstwa. Nihil, jako ostatnie słowo Diabła...
6.
Przypomnijmy: punktem wyjścia obserwacji Drakulić było pytanie: czy
osoby, które popełniły zbrodnie wojenne, były zwykłymi ludźmi, czy potworami w ludzkiej skórze? Autorka odpowiada na to pytanie dość jednoznacznie. To
w przygniatającej większości byli ludzie tacy sami jak my, jak ja i jak ty, czytelniku. Powstaje zatem naglące pytanie: skoro nie obeszła nas zanadto lekcja z Jądra
ciemności, to czy tym razem uda nam się przemyśleć lekcję haską opowiedzianą
nam przez Slavenkę Drakulić, tak by wyciągnąć z niej praktyczne wnioski? Pozostając w zgodzie z hollywoodzkim kanonem, a i z dobrymi obyczajami konferencyjnych spotkań, należałoby odpowiedzieć twierdząco i zakończyć te rozważania jakimś budującym zakończeniem. Nic z tego. Nie mam dobrych wieści.
15 Ibidem, s. 65.
P. Levi, Pogrążeni i ocaleni, przeł. S. Kasprzysiak, Kraków 2007, s. 128–155.
17 To o takich zbrodniach mówił w jednym z wywiadów Ryszard Kapuściński: „Dostojewskiego zawsze pasjonowała zagadka niepotrzebnego, bezinteresownego okrucieństwa. Zabił? No
zabił. Ale dlaczego jeszcze kroi, dlaczego jeszcze gotuje, dlaczego jeszcze..., dlaczego, dlaczego...?
Nie potrafimy sobie odpowiedzieć na te pytania. To są po prostu pytania, na które nie mamy odpowiedzi”, R. Kapuściński, O pamięci i jej zagrożeniach. Z Ryszardem Kapuścińskim rozmawia
Z. Benedyktowicz i D. Czaja, „Konteksty” nr 3–4: 2003, s. 19. Możliwe, że właśnie przyjęcie
hipotezy „złego ducha” stale obecnego w ludzkiej historii byłoby jedną z usprawiedliwionych odpowiedzi na te „pytania bez odpowiedzi”.
16 Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
Monstrualne, arcyludzkie
255
Nie przemyślimy tej lekcji, bo jej najzwyczajniej – wyjąwszy nielicznych
– przemyśleć nie chcemy. Nikt, jak się zdaje, do tej hermeneutycznej roboty specjalnie się nie pali. Trzeba przy tym powiedzieć, że gest to nie dość, że jakoś zrozumiały, to w dodatku racjonalny: odmawiamy gruntownej refleksji nad zbrodniami w byłej Jugosławii wcale nie dlatego, iż – co oczywiste – nie poczuwamy
się do winy, ani nawet nie dlatego, że jak czasem powiadamy: „to nie nasz świat”,
ale zwyczajnie dlatego, że nie chcemy stracić resztek złudzeń na swój temat.
W planie zbiorowym tabuizujemy więc tę prawdę na rozmaite sposoby. Pocieszamy się, studiując historyczno-etnograficzne racjonalizacje bałkańskiego
konfliktu (które czasem nieświadomie niebezpiecznie zbliżają się do usprawiedliwienia niektórych morderstw), by zasugerować, że za każdym zbrodniczym
aktem stała jakaś tłumacząca je motywacja. Szukamy nadziei w nielicznych
narracjach o tych, co nie ulegli zarażeniu złem. Nade wszystko zaś tabuizujemy
prawdy o zwykłych złoczyńcach, przenosząc ich czyny w rejony „nieludzkiej
monstrualności”. Ich zwyczajność, ich zaskakujące podobieństwo do nas, łamie
bowiem drastycznie zdroworozsądkową taksonomię, na której wspiera się życie. A ten semantyczny zabieg równy jest opatrzeniu ich etykietą „nie dotykać”.
Mamy przy tym przekonanie, że jednak coś uczciwego w tej kwestii zrobiliśmy:
zło zostało napiętnowane i nazwane, a złoczyńcy ekspediowani do szczelnie odgrodzonej „nieludzkiej” zony. Stosujemy więc wobec siebie conradowskie „ocalające kłamstwo”, żeby móc jako tako egzystować, żyjąc w przeświadczeniu, że
te brutalne odsłonięcia prawdy o ludzkiej naturze nas jednak nie dotyczą. I tak aż
do następnej jatki, która – jak się uda – zdarzy się znowu „gdzie indziej”, pozostaniemy więc w dalszym ciągu czyści i nieskalani. Z wielkopańskim przekonaniem, że jesteśmy impregnowani na zło. Że co złe, to nie my.
Niezmiennie lubimy i szanujemy tych, co wciąż – wbrew faktom – wierzą
w bezwzględną skuteczność nakazów etycznych i sprawczą moc dobrych obyczajów; tych, co mącą swój rozum iluzjami o zbawczych skutkach tej czy innej
etykiety. Dostarczają bowiem tak poszukiwanego i deficytowego towaru: nadziei.
Nadziei wbrew nadziei, nadziei mimo wszystko. Miejmy wszelako świadomość,
że w kontekście naszych rozważań ów towar to w gruncie rzeczy intelektualny
prozac, który cudownie przemieniając pozorne w rzeczywiste, pozwala nam, co
prawda, spać spokojnie, ale skutecznie oddala od prawdy. I dlatego też tak bardzo
nie znosimy tych, którzy nie dają się nabierać na stare humanistyczne sztuczki,
na nadzieje bez pokrycia i mówią prawdę bez stosownego znieczulenia i konwencjonalnych ubezpieczeń. Tych, którzy nie dają się zwieść pozorom i nie znajdują
wystarczających powodów, by karmić siebie i innych antropologicznymi iluzjami.
Na koniec więc dwa fragmenty z antypodów humanistycznej konsolacji, które celnie puentują antropologię złoczyńców przedstawioną w raporcie Drakulić.
To, zauważmy przy okazji, conradowskie z ducha teksty, pobrzmiewa w nich bowiem to brutalne w swej szczerości zdanie z Jądra ciemności, że w konfrontacji człowieka z prawdziwą otchłanią niewiele może nam pomóc, a zasady to nic
Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS
256
Dariusz Czaja
innego jak „nabytek, strój, ozdobne łachmany – łachmany, które z niego opadną
przy pierwszym porządnym wstrząsie”18.
A zatem dwie trucizny do przełknięcia.
Strach Jana Tomasza Grossa to, obok historycznego meritum, także książka
o eskalacji zbrodniczych namiętności w zwykłych ludziach. W wywiadzie, dla
którego punktem wyjścia była debata nad jej tezami, Marek Edelman mówi tak
o naszej gatunkowej skłonności do zabijania: „Bo człowiek jest bestią, mordercą.
Żeby zapanować na tej ziemi, musiał wybić konkurentów do bycia ludźmi. Tak
więc nasi przodkowie wyrżnęli wszystkich i to jest w naszej naturze. Z jednej
strony mamy otoczkę cywilizacyjną, cienką i kruchą, łatwo ją zniszczyć, a z drugiej – instynkty, które władają nami od tysiącleci”19.
Rites of Passage Williama Goldinga to książka o niespodziewanym spotkaniu młodego europejskiego arystokraty z monstrualnym złem. Na statku przeżywa on swój ryt przejścia, wtajemniczenie w arcyludzkie zło. W swoim dzienniku, którego słowa kończą powieść, odnotowuje: „Moja księga jest już zapisana
prawie do końca. Zamknę ją zaraz, zaszyję w żaglowe płótno i wrzucę na dno
szuflady, którą także zamknę na klucz. Ostatnio mało spałem, za to wiele myślałem, w związku z czym zaczyna mi się trochę mącić w głowie; tak chyba zawsze
dzieje się z tymi, co wyruszają w morze, skazani na ciągłe przebywanie w towarzystwie swych bliźnich, a więc i na obcowanie ze wszystkim, co najstraszliwsze
pod słońcem”20.
Wypowiedzi te zadziwiająco dopinają się, choć pierwsza ma za sobą realne doświadczenie historyczne, druga zaś jest elementem świata fikcjonalnego.
Obydwie przecież, choć w różny sposób, mówią to samo. Po człowieku nie spodziewajmy się już niczego dobrego. Skłonność do zła (do Złego?) jest w nim wielkością stałą i nieredukowalną. Nie chroni i nie uchroni nas przed nim żaden, nawet najbardziej wyrafinowany, cywilizacyjny wynalazek. Ono czeka jedynie na
stosowny czas, by się ujawnić. Żyjemy tedy wciąż pod wulkanem, niezależnie od
tego, czy dochodzi do nas ta przykra wiedza, czy też nie. I żeby było jasne: w tym
ostatnim sformułowaniu nie chodzi – na miłość Boską – o literacką alegorię, ale
o najprawdziwsze życie.
Horror, horror...
18 J. Conrad, op. cit., s. 56.
M. Edelman, Powszechna rzecz zabijanie. Z Markiem Edelmanem rozmawia J. Szczęsna,
„Gazeta Wyborcza” 19–20.01: 2008, s. 15. W tej wypowiedzi mniej interesuje mnie „antropogenetyczny” początek; zdecydowanie bardziej jej „cywilizacyjne” zakończenie.
20 W. Golding, Rytuały morza, przeł. A. Nakoniecznik, Warszawa 1994, s. 288. Tłumacz
niestety nie usłyszał w tytule angielskiego oryginału oczywistego dla antropologa odniesienia
do pojęcia rytu przejścia (kategorii wprowadzonej do antropologicznego słownika przez Arnolda
van Gennepa), dlatego zamiast stosownych „rytuałów przejścia”, wyrażenia, w którym mocno
pobrzmiewa tak ważny w powieści sens inicjacyjny, mamy po polsku nie tylko nijakie, ale także
semantycznie zubażające „rytuały morza”.
19 Colloquia Anthropologica et Communicativa: Tabu, etykieta, dobre obyczaje, 2009
© for this edition by CNS