Misiołak na Rynku w Krakowie
Transkrypt
Misiołak na Rynku w Krakowie
Misiołak na Rynku w Krakowie Z Wojciechem Kuczokiem, pisarzem i grotołazem, rozmawia Bartek Dobroch Wojciech Kuczok – pisarz, scenarzysta, speleolog. Autor powieści Gnój (nagroda literacka Nike i Paszportu Polityki 2004), Senność i Spiski, przełożonych na kilkanaście języków. Najnowsza jego książka nosi tytuł Poza światłem, wskazując na doświadczenia jaskiniowe autora Napisał scenariusze do filmów Magdaleny Piekorz Pręgi (Złote Lwy na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni 2004), Senność i Zbliżenia. Dokonał znaczących odkryć, m.in. Jaskini Dującej (Beskid Śląski, 2005), Jaskini Twardej (Jura Krakowsko-Częstochowska, 2010), Jaskini Hardej (Tatry Zachodnie, 2011), Jaskini Niedźwiedziej Górnej (Jura Krakowsko-Częstochowska, 2012), brał także udział w eksploracji jurajskiej Jaskini Ciesenć (Jura Krakowsko-Częstochowska, 1997) oraz dolnego piętra Jaskini Lodowej Małołąckiej (Tatry Zachodnie, 1997). Prywatnie: mąż dziennikarki i felietonistki Agaty Passent. Jaskinia Harda. Zjazd w Studni Absolutu fot. Jan Kućmierz 92 TATRY TPN jesień 2013 TATRY TPN TATRY TPN jesień 2013 piero później wspinanie w Tatrach. A teraz już właściwie graniówki i chodzenie po drogach malowniczych i łatwych, takich jak Martinovka, żeby wejść na jak najwięcej wierzchołków, zobaczyć jak najwięcej Tatr, a nie skupiać się na jednym kawałku ściany Mnicha, na której co trzy metry jest jakaś droga. Na to już po prostu szkoda mi czasu i energii. Mam więc teraz ten etap eksploracji Tatr z Paryskim w ręku, a przecież wcześniej byłem radykalnym grotołazem. Przez dobrych 15 lat nie znałem Tatr poza Zachodnimi, pomijając szlaki turystyczne, które wszystkie przeszedłem z ojcem, a potem bez niego w dzieciństwie. Mniej więcej od roku 1989 do 2002–2003 zawsze na początek lata była Polana Rogoźniczańska, a stamtąd Kościeliska albo Mała Łąka i wejście do tamtejszych grot: do Bańdziocha Kominiarskiego, Zimnej, Koziej, Wielkiej Śnieżnej. Za każdym razem zobaczy- przebierałem się w kombinezon i nie schodziłem pod ziemię, to był szok. Czegoś brakowało, wróciłem na lekko, w ogóle prawie nie zmęczony, miałem poczucie, że czegoś nie zrobiłem, bo akcja sprowadzała się do podejścia i zejścia. – Co przyciągało do jaskiń, przygoda, element poznawczy? – Poznawczy i estetyczny. Kocham te góry, ich postrzępienie, niesamowitą fakturę ścian, także wewnątrz, w grotach. Postrzegam je ciągle jako dzieło sztuki. W środku, od spodu, w tych bebechach te góry podziemne wyglądają jeszcze bardziej niesamowicie. Zawsze mnie to pasjonowało, nie aspekt sportowy, ale właśnie poznawczy, żeby zobaczyć jak najwięcej kilometrów tych podziemnych gór i jeszcze móc tam odkryć coś swojego. Nawet nie marzy łem na początku, że się to uda. Teraz się okazało, że jest to zwieńczeniem mojej kariery górskiej. fot. Jakub Nowak – Pisze pan w swojej książce „Poza światłem”, że lubi powtarzać słynny gest Neila Armstronga. – To zapadanie się w miękkiej glinie jest dla mnie, jako odkrywcy, najprzyjemniejszym doznaniem. W Tatrach to jest zjawisko rzadkie, bo tam najczęściej są gruzowiska, czasem się zdarzy jakiś korytarz z gliną, piaskiem na dnie, ale rzadko, zwłaszcza w tych pionowych grotach. Ale na Jurze to bardzo często tak właśnie działa. – Do odkrywcy należy potem kolejny po odciśnięciu pierwszych śladów honor – nadanie jaskini nazwy. – W Tatrach mogłem sobie pofolgować: użyłem przymiotnika obecnego w słowniku góralszczyzny, ale też powszechnie znanego w polszczyźnie. Jaskinia Harda – bo bardzo hardo stawiała opór, musieliśmy się uzbroić w cierpliwość, żeby dostać się gdzieś głębiej. Za każdym razem był to rodzaj zmagania z jakąś materią. – Ta nazwa współgra z nazewnictwem tatrzańskim. Pojawiają się głosy odrzucające, ignorujące nazewnictwo spod znaku Cienia Księżyca. – Nie lubię takich neoromantycznych nazw. – Nyka uważa, że jest to nazwa niezgodna z tradycją nazewnictwa tatrzańskiego, w związku z tym używa zamiennie nazwy Jaskinia w Horwackim Wierchu. Potrzebny jest szacunek do tradycji? Odkrywanie Jaskini Hardej łem tam jakiś nowy kawałek groty, jedną studnię czy 300 m korytarza więcej. W ogóle nie interesowało mnie chodzenie po powierzchni. Dla mnie taka pierwsza wycieczka z plecakiem, wspinaczka na Trzynastu Progach, gdy po kilku godzinach podejścia, a właściwie ślicznej, łatwej wspinaczki nie fot. Jarosław Surmach – Jak pan, Ślązak z urodzenia, trafił do tatrzańskiego świata? – Wprowadził mnie ojciec, ale rychło przepadł. Miał tyle lat, ile ja teraz, czyli koło czterdziestki, a ja byłem mniej więcej dziesięciolatkiem. Jeszcze mu się chciało wziąć mnie na kawałek Orlej Perci albo do Jaskini Mylnej, co wystarczyło, żebym złapał bakcyla. Zobaczyłem ekspozycję, poczułem, że chodzenie po górach to nie deptanie po szlakach typu beskidzkiego, ale jest gdzie spaść, a w Mylnej w dodatku boczne odnogi wiodą tam, gdzie się ojciec boi wejść, bo trzeba się schylić, przeczołgać, mieć własne światło. Dla mnie to była przygoda niesamowicie fascynująca, a poza tym – co już napisałem w Poza światłem – widziałem, że on się boi. Skoro mój ojciec, nieustraszony naprawiacz świata, nagle zaczął się bać czegoś, czego ja się nie bałem, to pomyślałem, że to jest droga, którą powinienem pójść. Myślę, że przez takie symboliczne ojcobójstwo stałem się taternikiem, bo wreszcie znalazłem dziedzinę życia, którą jako nastoletni cherlak opanowałem. Mogłem nią zaimponować ojcu, który się okazał słaby psychicznie i fizycznie, doszedł do swojej bariery, a przekroczyć jej już niepotrafił. I nagle okazało się, że ja jestem w czymś, co on lubi – bo też był tatromaniakiem – lepszy od niego. Do dzisiaj mam tak, że gdy jestem na szczycie, czy to jest Ganek, Wysoka, czy Gerlach, których nazwy dla laika brzmią groźnie, to do niego dzwonię, żeby mu powiedzieć, gdzie jestem. Czuję, że w jakiś sposób spełniam jego niespełnione marzenia z młodości, bo on tam wszędzie chciał wleźć, ale nie starczyło mu odwagi, czasu albo konsekwencji. – Kroki na tatrzańskiej drodze prowadziły wpierw do taternictwa? – Najpierw to była turystyka górska, potem jaskinie, a do- Sen zmęczonego eksploratora 93 fot. Sebastian Korczyk TATRY TPN jaskinia, którą z Izą Luty i jeszcze jedną dziewczyną znaleźliśmy w 1994 r. jako pierwsi po Zwolińskich. To był czas inwentaryzacji zbocza Doliny Miętusiej. Przeczesywaliśmy stoki Dziurawego i okolice Miętusiej Piwnicy. W notatkach Zwolińskich były opisane jaskinie: Niedźwiedzia Średnia, Wyżnia i Niżnia. Ta ostatnia była znana i nierzadko odwiedzana, natomiast Średniej i Wyżniej nie znalazł nikt od międzywojnia. Podczas sierpniowej wycieczki natknęliśmy się na Średnią. To było drugie wejście po odkrywcach, toteż kości niedźwiedzie na namulisku, które – Jest pewien regulamin, według którego nazwa powinna być zgodna z nazewnictwem rozpowszechnionym w danym terenie i odnosić się do charakterystycznych cech obiektu albo jego położenia. – Wiele jaskiń tatrzańskich pan poznał? – Nie byłem tylko w tych, które odkryto całkiem niedawno, np. w Siwym Kotle. Nie byłem w Śnieżnej Studni, bo zakopiańskie środowisko bardzo jej strzeże, a nie chcę się narażać Speleoklubowi Tatrzańskiemu, bo lubię tych ludzi, w związku z tym kiedyś oficjalnie chciałbym się tam z nimi wybrać. Ale to też nie jest grota w moim typie. Tam, zanim zaczną się horyzontalne ciągi, jest pół kilometra pionu, a ja myślę, że jestem na to już kondycyjnie za słaby. To są dwie jaskinie tatrzańskie w Polsce z tych ponad stumetrowej głębokości, w których nie byłem. Wszystkie pozostałe zwiedziłem w całości albo nadgryzłem w poważnym stopniu. – Te wątki jaskiniowe pojawiają się także w „Spiskach”. Jest tam dosyć tajemna grota w Dolinie Miętusiej… – Jej pierwowzorem jest 94 oni opisywali, były nienaruszone w miejscu zaznaczonym na mapie. To miało niezwykły posmak kontaktu z prawie dziewiczym terenem. Raz mi się zdarzyło w bocznym ciągu Jaskini Wodnej pod Pisaną znaleźć naniesione ołówkiem podpisy Steckiego i Zwolińskich. Ten specyficzny rodzaj wandalizmu dla mnie znaczył więcej, niżbym tam znalazł rysunki mamutów. Zobaczyłem na ścianie jaskini autograf mojego idola Stefana Zwolińskiego. – Czyli historyczna speleologia była też czymś, co motywowało do odwiedzania jaskiń. „Miejsce utajnione”, czyli Harda fot. Jakub Nowak Amok eksploracyjny w Jaskini Hardej – Bardzo. Wodna pod Pisaną była jedną z moich pierwszych jaskiń po tym, jak czytałem o Goszczyńskim, który tam wchodził z pochodnią. To były pierwsze konteksty, które mnie tam wciągały: lektura Zwolińskiego, Goszczyńskiego. To były też najpowszechniej dostępne groty. Zawsze marzyłem, żeby współtworzyć tę historię i za kilkadziesiąt lat czytać o sobie jako o tym dziadku, który odnalazł otwór tłumnie potem odwiedzanej groty, tak jak było w przypadku Ptasiej Studni i Janusza Flacha. Zawsze, gdy przychodzili na Polanę ci żwawi dziadowie z brodami, jak Rafał Kardaś czy Alek Chruściel, i mogłem z nimi pójść na jakąś akcję, to było dla mnie niesamowite wydarzenie. Nieważne do jakiej jaskini, ale że z legendami żywymi mogłem się wybrać. – Dzięki odkryciu Jaskini Hardej ma pan też poczucie, że może w przyszłości być zaliczany do tego grona? – Jestem odkrywcą paru sporych grot w Beskidzie, na Jurze i w Tatrach. Zawsze działałem trochę na granicy prawa, bez zrzeszania się, krótko byłem członkiem speleoklubu Dąbrowa Górnicza, ale TATRY TPN jesień 2013 moja aspołeczność czyniła mnie nieprzydatnym. Ważyłem sobie lekce wszelkie kluby i grupy formalne, moje działania były trudne do polecania i pokazywania kursantom. Myślę, że parę odkryć, których dokonałem, wystarczy, żeby kilku młodzianków zainspirowało się, poszło moim tropem. Nie tropem instruktorów, którzy chodzą tylko utartymi ścieżkami i tam, gdzie wydają zezwolenia, ale tropem poznawczym, tak jak Władysław Cywiński, który jest patronem moich działań. On uważał, że miłośnik Tatr powinien mieć te góry dla siebie dostępne. Prawdziwy miłośnik, który się zapuszcza, ryzykując spotkanie z niedźwiedziem, poharatanie w kosówkach, chodzenie po kruchym terenie i wszelkie inne niedogodności tylko po to, żeby zdobyć szczyt, zaliczyć jakiś czubik zaznaczony na mapie tylko kotą bez nazwy, ale taki, którego jeszcze nie zna. Przecież takich wariatów jak my jest tak niewielu, że są dla tych gór mało szkodliwi. – W książce „Poza światłem” pisał pan jeszcze „miejsce utajnione”, ale teraz możemy już powiedzieć o Jaskini Hardej? – Mamy już oficjalne ze- TATRY TPN jesień 2013 stać w dół, szukamy obejścia. Na różnych poziomach studni są okna do korytarzy, z których jeszcze nie wszystkie poznaliśmy, do niektórych docierając z wahadła, do innych z karkołomnych trawersów. Tej groty wystarczy nam jeszcze na lata działalności. W ostatnim sezonie szefostwo nad eksploracją i dokumentacją jaskini zasłużenie przejął Rafał Klimara, zdolny grotołaz z Bielska, mój wybitny kompan. W przeddzień odkrycia groty przy wieczornym piwku na Polanie Rogoźniczańskiej, którą się opiekował, Rafał się rozmarzył i rozmarudził zarazem: „Siedzę tu już dwa miesiące, dupa mi przyrasta do podestu i tylko czasem się wymknę na jakąś solówkę, kiedy się robi puściej. Ech, chciałoby się mieć jakąś swoją grotę ze studniami, z problemami do wywspinania, żeby sobie tak do niej chodzić na eksplorację...”. No to zrobiło mi się go żal i znalazłem mu tę jaskinię. Okazało się, że nie ma takiego miejsca w Tatrach krasowych, gdzie nie można by odkryć nowej jaskini. – I w tym roku znowu dokonał pan odkrycia. Może ono być nawet dosyć przełomowe. – Z powodów rodzinnych i przeprowadzkowych byłem w tym roku w Tatrach tylko jeden dzień. I przechadzając się jedną z uroczych, dzikich grani Tatr Wysokich ze zdziwieniem namierzyłem w niewielkiej wkładce wapienia, o której nie miałem pojęcia, otwór nieznanej pionowej groty krasowej. Biorąc pod uwagę fakt, że w naszych Wysokich znamy tylko dwie małe Jaskinie Wołoszyńskie, obiekt jest bardzo ciekawy. Jeszcze ciekawsze jest to, że nie miałem przy sobie światła, zbadałem więc tę dziurę tylko… kamieniem. „Na słuch” to musi mieć na dobry początek kilkanaście metrów Drogą Martina na Gerlach fot. Wojciech Gajdzik Harda – duży system wertykalny – zaczyna się od serii zacisków przedzielonych studniami zwolenie z TPN-u na działalność. Jaskinia mieści się w szeroko rozumianym masywie Małołączniaka. Myślę, że tak ścisłe podanie lokalizacji jaskini powinno wystarczyć. Po co ktoś ma tam zerkać, nie ma kraty, jaskinia jest w fazie eksploracji, jest na razie niewielka. Nie tak jak Mała, gdzie – żeby coś odkryć – trzeba zejść na -500 m i spędzić kilkadziesiąt godzin w grocie. – Ale jest to teren słabo wyeksplorowany? – Niby jest, bo znajduje się blisko szlaku turystycznego, ale w pobliżu nie ma żadnej większej groty. Najbliższą Hardej dużą grotą jest Jaskinia pod Wantą. Ona jest mniejsza od naszej i to ona mogłaby „wpaść” do niej, a nie Harda do tamtej. Jest szansa, że puści tam zupełnie nieznany do tej pory system i że puści głęboko. Może nie rekordowo, ale coś się może przyłączyć od góry, bo jaskinia puszcza i w dół, i w górę. Partie kominowe, które tam odkryliśmy, sięgają co najmniej poziomu otworu, a może i trochę wyżej. Jest szansa, że jakiś wyższy otwór się tam dołączy. – Co można powiedzieć o charakterze tej groty? – Typowa jaskinia w Czerwonych Wierchach. Duży system wertykalny, zaczyna się od serii zacisków przedzielonych studniami, czyli jest dosyć uciążliwa, bo z tych zacisków wychodzi się głową w lufę i trzeba uważać, żeby się tam nie spieprzyć. Wpina się do liny właściwie jeszcze w zacisku, czyli coś takiego jak w Za Siedmioma Progami. A potem to wszystko sprowadza do olbrzymiej Studni Absolutu, 50-metrowej lufy, która się kończy salą schodzącą w bardzo głębokie, duże zawalisko na poziom -120 mniej więcej. I to zawalisko na razie nas zatrzymało, nie potrafimy się przedo- fot. Wojciech Gajdzik fot. Jakub Nowak TATRY TPN Na Staroleśnym Szczycie 95 TATRY TPN 96 Człowiek się nie może przytulić do drzewa albo do skały tak, jak przytula go jaskinia w zacisku. Rodzi się na nowo. To daje poczucie najbardziej bezpośredniego kontaktu z naturą, jaki można sobie wyobrazić. Mnie takie ciasnoty nigdy nie przerażały. A jest wyjście dla ludzi, którzy by chcieli, a mają klaustrofobię. To są kaniony, fantastyczny sport. Jaskinie bez stropów, w których można robić to wszystko, co pod ziemią, ale bez sztucznego światła. – Dużo miejsca pan poświęca w – nomen omen – „Poza światłem” tej ciemności jaskini, która chyba nie przy- będzie, bo te wszystkie, które Jagiełło opisuje w Wołaniu w górach, to są akcje ratunkowe w grotach obszernych, z których można człowieka wyciągnąć, czy jest żywy, czy połamany. Nie wyobrażam sobie akcji ratunkowej w jaskini Za Siedmioma Progami, w partiach za siedmioma zaciskami, albo w Hardej. Akcja ratunkowa tam musiałaby się wiązać z pracami górniczymi, które trwałyby miesiąc. Żeby wyciągnąć człowieka, nie łamiąc go w pięciu miejscach, trzeba by naprawdę poszerzyć te przestrzenie. Prawdziwa groza jest w tych najciaśniejszych partiach. FOT. Radosław Kobierski głębokości. Niebawem pojadę tam zajrzeć ze swoją ekipą i wszystko się wyjaśni. – Z książki „Poza światłem” wynika, że w samych Tatrach dokonywał pan innych odkryć, między innymi w Jaskini Poszukiwaczy Skarbów… – Tylko parę metrów. To Kuba Nowak odkrył tam kiedyś tak zwane Zapomniane Partie. – …w Lodowej Małołąckiej. – Tam akurat byłem na akcji, podczas której odkryliśmy całe dolne piętro. Student Uniwersytetu Śląskiego, Michał Pawłowski, miał tam robić badania lodu. Okazało się, że poziom lodu się tak obniżył, że wytopiła się szczelina między skałą i lodospadem. Mogliśmy zjechać do dolnego piętra. Tam doświadczyłem tego, co potem opisałem w finale Spisków, kiedy budzi się rycerz, bo mu spada płatek lodu na nos. Odkryliśmy korytarz cały w bardzo drobnych kryształkach lodu, właściwie płatkach. Nasz kilkunastominutowy pobyt w tym miejscu podniósł temperaturę do tego stopnia, że te wszystkie kryształki zaczęły się wytapiać i spadać. Podziemny opad śniegu, po którym bezpowrotnie to znikło. Ale też właśnie dynamika wahań pokrywy lodowej umożliwiła nam w ogóle wejście tam. Znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu i czasie. – Dla wielu ludzi to wcale nie jest odpowiednie miejsce. Samo ograniczenie przestrzeni najczęściej ich od speleologii odpycha, budzi strach. – Też miałem chwile klaustrofobii, na przykład gdy zwiedzałem korytarze w Ławrze Peczorskiej w Kijowie, wypełnione szklanymi trumnami ze zmumifikowanymi mnichami, gdzie tłum pielgrzymów szedł ze świeczkami, było ciasno i duszno, bo powietrze wypalało się w tych ognikach. Ale nie w jaskiniach, gdzie jest dobra cyrkulacja. A uścisk kamienny, gdy pokonuję zacisk, jest czymś niezwykle intymnym. Parę odkryć, których dokonałem, wystarczy, żeby kilku młodzianków zainspirowało się i poszło moim tropem pomina żadnej innej z ciemności, których doświadczamy. – W strefie, do której nie dociera rozproszone światło, to jest idealna ciemność, dlatego mnie też bardzo uspokaja, daje poczucie jakiegoś błogiego oddzielenia od powierzchni ziemi. Wszystko jest w zasadzie w rękach człowieka, który może się wyłączyć z życia, gasząc światło. Nie da się nic zrobić, gdy zabraknie światła. – Prócz ciasnoty i ciemności strach budzą echa wypadków i akcji ratunkowych w jaskiniach, które często są bardzo dramatyczne. – Albo niemożliwe wręcz. Mój lęk zaczyna się tam, gdzie wiem, że już żadnej akcji nie – A zdarzyć się może wszystko… – Za Siedmioma Progami miałem taką przygodę – jeszcze byłem młody i nie miałem wyobraźni, teraz przeżyłbym to dużo bardziej – jaskinia była zaporęczowana na stałe, ale ze starych przerdzewiałych plakietek. Za trzema zaciskami w takiej studni oberwała się pod moim ciężarem jedna z nich. Zostałem na starusieńkim haku, który był wbity w szczelinę w stropie wbrew wszelkim zasadom. Wychodziłem stamtąd z duszą na ramieniu, każdy metr na linie ciągnął się w nieskończoność. Jeżeli mamy szczelinę, która się zwęża sukcesywnie i ciągnie w eks- tremalnej ciasnocie na długości paru metrów, a do tego korytarzyk się wije wte i wewte, to nie da się tego poszerzyć za życia ofiary, bo człowiek bardzo szybko ulega wychłodzeniu. – W książce „Poza światłem” dużo miejsca poświęca pan różnym lękom, przełamywaniu ich, temu „powierzaniu życia przyrządowi samozaciskowemu”. Czy one nadal się pojawiają? Pogłębiają? – Z wiekiem tak. Kiedyś byłem w stanie robić rzeczy karygodne pod ziemią, myślę, że tylko Opatrzności zawdzięczam to, że żyję. A teraz już jestem o wiele bardziej ostrożny, zapobiegliwy i zalękniony. Dawniej na powierzchni nie było dla mnie sygnałem niebezpieczeństwa, że jest bardzo parno. Nie ma chmur na horyzoncie, nie pada deszcz, więc idziemy w góry, na jakąś graniówę. Teraz oczywiście, jak już rano zwącham to powietrze, wiem, że trzeba zostać w barze, przepraszam za przejęzyczenie, w bazie, bo przyjdzie burza. – A „główne składniki grozy tatrzańskiej to w moim przypadku strach przed burzą i niedźwiedziem”. – Kiedyś spotkanie niedźwiedzia było wymarzoną frajdą, teraz jest największym lękiem. Kiedyś burza była dodatkową atrakcją, teraz wiem, że jest śmiertelnym niebezpieczeństwem. To są dwa najpoważniejsze niebezpieczeństwa, które czyhają na człowieka w górach, a na które nie ma on żadnego wpływu. Oczywiście zawsze może też spaść kamień i rozbić człowiekowi głowę, tak jak Waldkowi Musze w Nad Kotlinami, i nie da się tego przewidzieć. – Dwa najbardziej pierwotne lęki tatrzańskie. Pan te niedźwiedzie demonizuje, mitologizuje, personifikuje, nazywając misiołakami, zarówno w „Spiskach”, w „Poza światłem”, jak i w jednym TATRY TPN jesień 2013 TATRY TPN TATRY TPN jesień 2013 i może miś nam odpuści. Byłem sparaliżowany ze strachu w sensie ścisłym. Nie chciałbym więcej przeżywać takich nawet pośrednich kontaktów z niedźwiedziami. Bezpośrednie moje przygody z nimi miały miejsce na szlakach turystycznych, kiedy to w biały dzień w tłumie turystów niedźwiedzica z młodymi przechodzi przez ścieżkę turystyczną, wszyscy robią zdjęcia, nie zdając sobie sprawy, że to jest groźne. Ale ja też wierzę w inteligencję zwierzyny, która wie, że gdzieś jest jej rewir i rewir wspólny. Przecina jakąś ścieżkę zapachową i wie, że tutaj lu- twa tatrzańskiego sprawiłyby problem: zbocza Dziurawego, Kudłata Grańka, Skrajny Goły Wierch... – Miłość do topografii wynika z zapamiętywania tego, co się przeszło. Miałem do tego zawsze smykałkę, poza tym szukam w górach nowych rejonów, których jeszcze nie przedreptałem. Są to coraz bardziej odległe zakamary Tatr. Kiedy tam jestem, zapamiętuję te nazwy, bo nauka topografii powinna być praktyczna. Trudno inaczej, bo to byłoby jak nauka analizy filmów, których się nie widziało. Aktywne poznawanie Tatr jest jednocześnie pielę- FOT. Radosław Kobierski z wcześniejszych opowiadań… – ...w Cielęcych Tańcach, gdzie się pojawiał niedźwiedziołak. To jest jeden z tych tropów intertekstualnych odsyłających do kultury pozatatrzańskiej. Byłem zawsze pod olbrzymim wrażeniem noweli Prospera Mérimée Lokis, którą na początku lat siedemdziesiątych zekranizował Janusz Majewski jako bardzo stylowy horror. Potem pojawiające się w kulturze wątki kobiety zgwałconej czy także zapłodnionej przez niedźwiedzia buzowały w mojej wyobraźni, stąd powstał ten pół człowiek, pół bestia. To archetyp kulturowy w mojej wersji występujący w postaci niedźwiedziej, bo też to zwierzę jest bestią, ale wydaje się mieć taką ludzką, demoniczną inteligencję. To nigdy nie widzialny, często słyszalny król puszczy, którego się panicznie boimy, a którego głos ja już potrafię odróżnić od jeleni na rykowisku, które ryczą tak niemożebnie jesienią, że należałoby się bać, ale wiem, że to jest ryk na pokaz. A niedźwiedź jak zamruczy, to wszystkie włosy dęba mi stają. – Do tego dochodzi ich przyzwyczajanie się do życia na koszt człowieka i wokół ludzi. – Na szczęście są pastuchy elektryczne i rozmaite sposoby uprzykrzania życia zwierzynie, która chciałaby żerować na śmietnikach. Ale też nie odważyłbym się spać pod gołym niebem pod schroniskiem w Roztoce czy na Gąsienicowej. A niedźwiedzie lubią też ścisłe rezerwaty przyrody. Najbardziej dramatyczny biwak miałem niegdyś na Rynku w Krakowie (tatromaniacy kumają tę bazę), gdzie też pomieszkiwała niedźwiedzica. Spaliśmy w ciasnym szturmowym namiociku we troje, niedźwiedź krążył, pomrukiwał, był coraz bliżej. Żywiliśmy się iluzją, że tropik nas oddziela od jego strefy zapachów Idealna ciemność mnie uspokaja, daje poczucie jakiegoś błogiego oddzielenia od powierzchni ziemi dzina chodzi, więc nie należy jej bardzo przeszkadzać. Natomiast wędrówki po dzikich ostępach, gdzie jest przecinka w oceanie kosówki zasrana wzdłuż i wszerz przez niedźwiedzie do tego stopnia, że widać tam kupy sprzed miesiąca, tygodnia, ale i sprzed 15 minut – to mrożąca krew przygoda. Tylko ucieczka z grani w burzy jest porównywalna z tym ładunkiem grozy, który niesie takie spotkanie. – Cechą wielu grotołazów jest to, że są oni – pan także – zapalonymi znawcami i miłośnikami topografii tatrzańskiej. W pana książkach padają nazwy, które niejednemu adeptowi przewodnic- gnowaniem pasji kartograficznej. Bardzo mnie cieszy, że zdarzają się tacy maniacy jak Cywiński czy Paryski, którzy nadają nazwy drobnym obiektom, małym stawkom, kałużom, jak choćby marmitowi w potoku w Dolinie Koprowej, który jest nazywany Niedźwiedzią Wanną. Nadawanie nazw formacjom to jest olbrzymia frajda. Praca niemalże literacka. – Wnioskuję, że nadal pan przegląda te tomy Cywińskiego? – Ale zawsze w terenie, nie czytam ich na sucho, chyba że właśnie przygotowuję jakąś akcję. Zawsze mam pół plecaka książek, Paryskich i Cywińskich. Zwożę je do schroniska w Po- pradzkim Stawie albo gdzieś indziej, deponuję w pokoju i potem wędruję z tymi książeczkami. Na zdjęciach często widać, że jedną ręką trzymam się krawędzi skały, a w drugiej mam przewodnik. – Czy poza jaskiniami Tatry przyciągały szczególnie w któreś doliny, miejsca? W książce „Poza światłem” jest cały rozdział poświęcony tatrzańskim stawom, nawet takim nieistniejącym, jak Wielki Małołącki Staw. Kiedyś też go obserwowałem w trakcie powodzi. – To sezonowo się zmienia. W zeszłym roku zakochałem się w Staroleśnym. To przepiękny szczyt, na którym czułem, że znowu odkryłem dla siebie cudny punkt na mapie Tatr. Zwłaszcza tę najtrudniej dostępną z czterech turniczek. Ta poważna wyrypa turystyczna obfituje we wszelkie możliwe niebezpieczeństwa, bo tam jest przecież ten cholerny Klimkowy Żleb, w warunkach letnich najbardziej krucha i przerażająca formacja tego typu, jaką znam w Tatrach. Od słowackiej strony też często zaglądam do grot, a rozległe tereny ich Tatr Zachodnich aż po Siwy Wierch są praktycznie bezludne. Człowiek czuje się nawet na szlakach, jakby chodził na dziko. Po polskich Tatrach chodzę już naprawdę sporadycznie. – To już tylko turystyka, turystyka wysokogórska czy nadal taternictwo? – Turystyka wysokogórska. Taka Martinovka jest na granicy, bo trzeba mieć linę. Chodzę po dwójkowych, trójkowych, czasem czwórkowych drogach. To taka rekreacja taternicka, czasem na granicy możliwości turystycznych. – I to też może być przyczynkiem do poważnej tatrzańskiej przygody. – Zdecydowanie. Przygód w Tatrach nie brakuje. 97