Misiołak na Rynku w Krakowie

Transkrypt

Misiołak na Rynku w Krakowie
Misiołak na Rynku
w Krakowie
Z Wojciechem Kuczokiem,
pisarzem i grotołazem,
rozmawia Bartek Dobroch
Wojciech Kuczok – pisarz, scenarzysta,
speleolog. Autor powieści Gnój (nagroda
literacka Nike i Paszportu Polityki 2004), Senność
i Spiski, przełożonych na kilkanaście języków.
Najnowsza jego książka nosi tytuł Poza światłem,
wskazując na doświadczenia jaskiniowe autora
Napisał scenariusze do filmów Magdaleny
Piekorz Pręgi (Złote Lwy na Festiwalu Polskich
Filmów Fabularnych w Gdyni 2004), Senność
i Zbliżenia. Dokonał znaczących odkryć, m.in.
Jaskini Dującej (Beskid Śląski, 2005), Jaskini
Twardej (Jura Krakowsko-Częstochowska, 2010),
Jaskini Hardej (Tatry Zachodnie, 2011), Jaskini
Niedźwiedziej Górnej (Jura Krakowsko-Częstochowska, 2012), brał także udział
w eksploracji jurajskiej Jaskini Ciesenć
(Jura Krakowsko-Częstochowska, 1997) oraz
dolnego piętra Jaskini Lodowej Małołąckiej
(Tatry Zachodnie, 1997). Prywatnie: mąż
dziennikarki i felietonistki Agaty Passent.
Jaskinia Harda. Zjazd w Studni Absolutu
fot. Jan Kućmierz
92
TATRY TPN jesień 2013
TATRY
TPN
TATRY TPN jesień 2013
piero później wspinanie w Tatrach. A teraz już właściwie graniówki i chodzenie po drogach
malowniczych i łatwych, takich
jak Martinovka, żeby wejść na
jak najwięcej wierzchołków, zobaczyć jak najwięcej Tatr, a nie
skupiać się na jednym kawałku ściany Mnicha, na której co
trzy metry jest jakaś droga. Na
to już po prostu szkoda mi czasu i energii. Mam więc teraz
ten etap eksploracji Tatr z Paryskim w ręku, a przecież wcześniej byłem radykalnym grotołazem. Przez dobrych 15 lat nie
znałem Tatr poza Zachodnimi,
pomijając szlaki turystyczne,
które wszystkie przeszedłem
z ojcem, a potem bez niego
w dzieciństwie. Mniej więcej
od roku 1989 do 2002–2003 zawsze na początek lata była Polana Rogoźniczańska, a stamtąd Kościeliska albo Mała Łąka
i wejście do tamtejszych grot:
do Bańdziocha Kominiarskiego,
Zimnej, Koziej, Wielkiej Śnieżnej. Za każdym razem zobaczy-
przebierałem się w kombinezon i nie schodziłem pod ziemię, to był szok. Czegoś brakowało, wróciłem na lekko,
w ogóle prawie nie zmęczony,
miałem poczucie, że czegoś nie
zrobiłem, bo akcja sprowadzała
się do podejścia i zejścia.
– Co przyciągało do jaskiń, przygoda, element poznawczy?
– Poznawczy i estetyczny.
Kocham te góry, ich postrzępienie, niesamowitą fakturę ścian,
także wewnątrz, w grotach. Postrzegam je ciągle jako dzieło
sztuki. W środku, od spodu,
w tych bebechach te góry podziemne wyglądają jeszcze bardziej niesamowicie. Zawsze
mnie to pasjonowało, nie aspekt
sportowy, ale właśnie poznawczy, żeby zobaczyć jak najwięcej
kilometrów tych podziemnych
gór i jeszcze móc tam odkryć
coś swojego. Nawet nie marzy­
łem na początku, że się to uda.
Teraz się okazało, że jest to zwieńczeniem mojej kariery górskiej.
fot. Jakub Nowak
– Pisze pan w swojej
książce „Poza światłem”,
że lubi powtarzać słynny gest
Neila Armstronga.
– To zapadanie się w miękkiej glinie jest dla mnie, jako
odkrywcy, najprzyjemniejszym
doznaniem. W Tatrach to jest
zjawisko rzadkie, bo tam najczęściej są gruzowiska, czasem
się zdarzy jakiś korytarz z gliną,
piaskiem na dnie, ale rzadko,
zwłaszcza w tych pionowych
grotach. Ale na Jurze to bardzo
często tak właśnie działa.
– Do odkrywcy należy potem kolejny po odciśnięciu
pierwszych śladów honor –
nadanie jaskini nazwy.
– W Tatrach mogłem sobie
pofolgować: użyłem przymiotnika obecnego w słowniku góralszczyzny, ale też powszechnie znanego w polszczyźnie.
Jaskinia Harda – bo bardzo
hardo stawiała opór, musieliśmy się uzbroić w cierpliwość,
żeby dostać się gdzieś głębiej.
Za każdym razem był to rodzaj
zmagania z jakąś materią.
– Ta nazwa współgra z nazewnictwem tatrzańskim. Pojawiają się głosy odrzucające,
ignorujące nazewnictwo spod
znaku Cienia Księżyca.
– Nie lubię takich neoromantycznych nazw.
– Nyka uważa, że jest to
nazwa niezgodna z tradycją
nazewnictwa tatrzańskiego,
w związku z tym używa zamiennie nazwy Jaskinia w Horwackim Wierchu. Potrzebny
jest szacunek do tradycji?
Odkrywanie Jaskini Hardej
łem tam jakiś nowy kawałek
groty, jedną studnię czy 300 m
korytarza więcej. W ogóle nie
interesowało mnie chodzenie
po powierzchni. Dla mnie taka
pierwsza wycieczka z plecakiem, wspinaczka na Trzynastu Progach, gdy po kilku godzinach podejścia, a właściwie
ślicznej, łatwej wspinaczki nie
fot. Jarosław Surmach
– Jak pan, Ślązak z urodzenia, trafił do tatrzańskiego świata?
– Wprowadził mnie ojciec,
ale rychło przepadł. Miał tyle
lat, ile ja teraz, czyli koło czterdziestki, a ja byłem mniej więcej
dziesięciolatkiem. Jeszcze mu
się chciało wziąć mnie na kawałek Orlej Perci albo do Jaskini
Mylnej, co wystarczyło, żebym
złapał bakcyla. Zobaczyłem ekspozycję, poczułem, że chodzenie po górach to nie deptanie
po szlakach typu beskidzkiego,
ale jest gdzie spaść, a w Mylnej w dodatku boczne odnogi wiodą tam, gdzie się ojciec
boi wejść, bo trzeba się schylić,
przeczołgać, mieć własne światło. Dla mnie to była przygoda niesamowicie fascynująca,
a poza tym – co już napisałem
w Poza światłem – widziałem,
że on się boi. Skoro mój ojciec,
nieustraszony naprawiacz świata, nagle zaczął się bać czegoś,
czego ja się nie bałem, to pomyślałem, że to jest droga, którą powinienem pójść. Myślę, że
przez takie symboliczne ojcobójstwo stałem się taternikiem,
bo wreszcie znalazłem dziedzinę życia, którą jako nastoletni
cherlak opanowałem. Mogłem
nią zaimponować ojcu, który
się okazał słaby psychicznie i fizycznie, doszedł do swojej bariery, a przekroczyć jej już niepotrafił. I nagle okazało się, że ja
jestem w czymś, co on lubi – bo
też był tatromaniakiem – lepszy od niego. Do dzisiaj mam
tak, że gdy jestem na szczycie,
czy to jest Ganek, Wysoka, czy
Gerlach, których nazwy dla laika brzmią groźnie, to do niego
dzwonię, żeby mu powiedzieć,
gdzie jestem. Czuję, że w jakiś
sposób spełniam jego niespełnione marzenia z młodości, bo
on tam wszędzie chciał wleźć,
ale nie starczyło mu odwagi,
czasu albo konsekwencji.
– Kroki na tatrzańskiej
drodze prowadziły wpierw do
taternictwa?
– Najpierw to była turystyka górska, potem jaskinie, a do-
Sen zmęczonego eksploratora
93
fot. Sebastian Korczyk
TATRY
TPN
jaskinia, którą z Izą Luty i jeszcze jedną dziewczyną znaleźliśmy w 1994 r. jako pierwsi po
Zwolińskich. To był czas inwentaryzacji zbocza Doliny Miętusiej. Przeczesywaliśmy stoki
Dziurawego i okolice Miętusiej Piwnicy. W notatkach Zwolińskich były opisane jaskinie:
Niedźwiedzia Średnia, Wyżnia
i Niżnia. Ta ostatnia była znana
i nierzadko odwiedzana, natomiast Średniej i Wyżniej nie
znalazł nikt od międzywojnia.
Podczas sierpniowej wycieczki natknęliśmy się na Średnią.
To było drugie wejście po odkrywcach, toteż kości niedźwiedzie na namulisku, które
– Jest pewien regulamin,
według którego nazwa powinna być zgodna z nazewnictwem rozpowszechnionym
w danym terenie i odnosić się
do charakterystycznych cech
obiektu albo jego położenia.
– Wiele jaskiń tatrzańskich pan poznał?
– Nie byłem tylko w tych,
które odkryto całkiem niedawno, np. w Siwym Kotle. Nie byłem w Śnieżnej Studni, bo zakopiańskie środowisko bardzo
jej strzeże, a nie chcę się narażać Speleoklubowi Tatrzańskiemu, bo lubię tych ludzi,
w związku z tym kiedyś oficjalnie chciałbym się tam z nimi
wybrać. Ale to też nie jest grota w moim typie. Tam, zanim
zaczną się horyzontalne ciągi,
jest pół kilometra pionu, a ja
myślę, że jestem na to już kondycyjnie za słaby. To są dwie
jaskinie tatrzańskie w Polsce
z tych ponad stumetrowej głębokości, w których nie byłem.
Wszystkie pozostałe zwiedziłem w całości albo nadgryzłem
w poważnym stopniu.
– Te wątki jaskiniowe pojawiają się także w „Spiskach”.
Jest tam dosyć tajemna grota
w Dolinie Miętusiej…
– Jej pierwowzorem jest
94
oni opisywali, były nienaruszone w miejscu zaznaczonym na
mapie. To miało niezwykły posmak kontaktu z prawie dziewiczym terenem. Raz mi się
zdarzyło w bocznym ciągu Jaskini Wodnej pod Pisaną znaleźć naniesione ołówkiem podpisy Steckiego i Zwolińskich.
Ten specyficzny rodzaj wandalizmu dla mnie znaczył więcej, niżbym tam znalazł rysunki mamutów. Zobaczyłem na
ścianie jaskini autograf mojego
idola Stefana Zwolińskiego.
– Czyli historyczna speleologia była też czymś, co motywowało do odwiedzania
jaskiń.
„Miejsce utajnione”, czyli Harda
fot. Jakub Nowak
Amok eksploracyjny
w Jaskini Hardej
– Bardzo. Wodna pod Pisaną była jedną z moich pierwszych jaskiń po tym, jak czytałem o Goszczyńskim, który tam
wchodził z pochodnią. To były
pierwsze konteksty, które mnie
tam wciągały: lektura Zwolińskiego, Goszczyńskiego. To
były też najpowszechniej dostępne groty. Zawsze marzyłem, żeby współtworzyć tę historię i za kilkadziesiąt lat czytać o sobie jako o tym dziadku,
który odnalazł otwór tłumnie
potem odwiedzanej groty, tak
jak było w przypadku Ptasiej
Studni i Janusza Flacha. Zawsze, gdy przychodzili na Polanę ci żwawi dziadowie z brodami, jak Rafał Kardaś czy Alek
Chruściel, i mogłem z nimi
pójść na jakąś akcję, to było
dla mnie niesamowite wydarzenie. Nieważne do jakiej jaskini, ale że z legendami żywymi mogłem się wybrać.
– Dzięki odkryciu Jaskini
Hardej ma pan też poczucie,
że może w przyszłości być zaliczany do tego grona?
– Jestem odkrywcą paru
sporych grot w Beskidzie, na
Jurze i w Tatrach. Zawsze działałem trochę na granicy prawa, bez zrzeszania się, krótko byłem członkiem speleoklubu Dąbrowa Górnicza, ale
TATRY TPN jesień 2013
moja aspołeczność czyniła
mnie nieprzydatnym. Ważyłem sobie lekce wszelkie kluby
i grupy formalne, moje działania były trudne do polecania i pokazywania kursantom.
Myślę, że parę odkryć, których
dokonałem, wystarczy, żeby
kilku młodzianków zainspirowało się, poszło moim tropem. Nie tropem instruktorów,
którzy chodzą tylko utartymi
ścieżkami i tam, gdzie wydają zezwolenia, ale tropem poznawczym, tak jak Władysław
Cywiński, który jest patronem
moich działań. On uważał, że
miłośnik Tatr powinien mieć
te góry dla siebie dostępne.
Prawdziwy miłośnik, który się
zapuszcza, ryzykując spotkanie z niedźwiedziem, poharatanie w kosówkach, chodzenie
po kruchym terenie i wszelkie
inne niedogodności tylko po
to, żeby zdobyć szczyt, zaliczyć
jakiś czubik zaznaczony na mapie tylko kotą bez nazwy, ale
taki, którego jeszcze nie zna.
Przecież takich wariatów jak
my jest tak niewielu, że są dla
tych gór mało szkodliwi.
– W książce „Poza światłem” pisał pan jeszcze „miejsce utajnione”, ale teraz możemy już powiedzieć o Jaskini
Hardej?
– Mamy już oficjalne ze-
TATRY TPN jesień 2013
stać w dół, szukamy obejścia.
Na różnych poziomach studni
są okna do korytarzy, z których
jeszcze nie wszystkie poznaliśmy, do niektórych docierając
z wahadła, do innych z karkołomnych trawersów. Tej groty
wystarczy nam jeszcze na lata
działalności. W ostatnim sezonie szefostwo nad eksploracją
i dokumentacją jaskini zasłużenie przejął Rafał Klimara, zdolny grotołaz z Bielska, mój wybitny kompan. W przeddzień
odkrycia groty przy wieczornym piwku na Polanie Rogoźniczańskiej, którą się opiekował,
Rafał się rozmarzył i rozmarudził zarazem: „Siedzę tu już dwa
miesiące, dupa mi przyrasta
do podestu i tylko czasem się
wymknę na jakąś solówkę, kiedy się robi puściej. Ech, chciałoby się mieć jakąś swoją grotę ze studniami, z problemami
do wywspinania, żeby sobie
tak do niej chodzić na eksplorację...”. No to zrobiło mi się go
żal i znalazłem mu tę jaskinię.
Okazało się, że nie ma takiego
miejsca w Tatrach krasowych,
gdzie nie można by odkryć nowej jaskini.
– I w tym roku znowu dokonał pan odkrycia. Może ono
być nawet dosyć przełomowe.
– Z powodów rodzinnych
i przeprowadzkowych byłem
w tym roku w Tatrach tylko jeden dzień. I przechadzając się
jedną z uroczych, dzikich grani Tatr Wysokich ze zdziwieniem namierzyłem w niewielkiej wkładce wapienia, o której nie miałem pojęcia, otwór
nieznanej pionowej groty krasowej. Biorąc pod uwagę fakt,
że w naszych Wysokich znamy
tylko dwie małe Jaskinie Wołoszyńskie, obiekt jest bardzo
ciekawy. Jeszcze ciekawsze
jest to, że nie miałem przy sobie światła, zbadałem więc tę
dziurę tylko… kamieniem. „Na
słuch” to musi mieć na dobry
początek kilkanaście metrów
Drogą Martina na Gerlach
fot. Wojciech Gajdzik
Harda – duży system wertykalny – zaczyna się od serii zacisków przedzielonych studniami
zwolenie z TPN-u na działalność. Jaskinia mieści się w szeroko rozumianym masywie
Małołączniaka. Myślę, że tak
ścisłe podanie lokalizacji jaskini powinno wystarczyć. Po
co ktoś ma tam zerkać, nie ma
kraty, jaskinia jest w fazie eksploracji, jest na razie niewielka.
Nie tak jak Mała, gdzie – żeby
coś odkryć – trzeba zejść na
-500 m i spędzić kilkadziesiąt
godzin w grocie.
– Ale jest to teren słabo
wyeksplorowany?
– Niby jest, bo znajduje
się blisko szlaku turystycznego, ale w pobliżu nie ma żadnej większej groty. Najbliższą
Hardej dużą grotą jest Jaskinia pod Wantą. Ona jest mniejsza od naszej i to ona mogłaby „wpaść” do niej, a nie Harda do tamtej. Jest szansa, że
puści tam zupełnie nieznany
do tej pory system i że puści
głęboko. Może nie rekordowo,
ale coś się może przyłączyć od
góry, bo jaskinia puszcza i w
dół, i w górę. Partie kominowe,
które tam odkryliśmy, sięgają co najmniej poziomu otworu, a może i trochę wyżej. Jest
szansa, że jakiś wyższy otwór
się tam dołączy.
– Co można powiedzieć
o charakterze tej groty?
– Typowa jaskinia w Czerwonych Wierchach. Duży system wertykalny, zaczyna się
od serii zacisków przedzielonych studniami, czyli jest dosyć
uciążliwa, bo z tych zacisków
wychodzi się głową w lufę
i trzeba uważać, żeby się tam
nie spieprzyć. Wpina się do liny
właściwie jeszcze w zacisku,
czyli coś takiego jak w Za Siedmioma Progami. A potem to
wszystko sprowadza do olbrzymiej Studni Absolutu, 50-metrowej lufy, która się kończy
salą schodzącą w bardzo głębokie, duże zawalisko na poziom -120 mniej więcej. I to
zawalisko na razie nas zatrzymało, nie potrafimy się przedo-
fot. Wojciech Gajdzik
fot. Jakub Nowak
TATRY
TPN
Na Staroleśnym Szczycie
95
TATRY
TPN
96
Człowiek się nie może przytulić do drzewa albo do skały tak,
jak przytula go jaskinia w zacisku. Rodzi się na nowo. To daje
poczucie najbardziej bezpośredniego kontaktu z naturą,
jaki można sobie wyobrazić.
Mnie takie ciasnoty nigdy nie
przerażały. A jest wyjście dla
ludzi, którzy by chcieli, a mają
klaustrofobię. To są kaniony,
fantastyczny sport. Jaskinie bez
stropów, w których można robić to wszystko, co pod ziemią,
ale bez sztucznego światła.
– Dużo miejsca pan poświęca w – nomen omen –
„Poza światłem” tej ciemności
jaskini, która chyba nie przy-
będzie, bo te wszystkie, które Jagiełło opisuje w Wołaniu
w górach, to są akcje ratunkowe
w grotach obszernych, z których można człowieka wyciągnąć, czy jest żywy, czy połamany. Nie wyobrażam sobie akcji ratunkowej w jaskini Za Siedmioma Progami, w partiach
za siedmioma zaciskami, albo
w Hardej. Akcja ratunkowa tam
musiałaby się wiązać z pracami górniczymi, które trwałyby
miesiąc. Żeby wyciągnąć człowieka, nie łamiąc go w pięciu
miejscach, trzeba by naprawdę
poszerzyć te przestrzenie. Prawdziwa groza jest w tych najciaśniejszych partiach.
FOT. Radosław Kobierski
głębokości. Niebawem pojadę tam zajrzeć ze swoją ekipą
i wszystko się wyjaśni.
– Z książki „Poza światłem” wynika, że w samych Tatrach dokonywał pan innych
odkryć, między innymi w Jaskini Poszukiwaczy Skarbów…
– Tylko parę metrów. To
Kuba Nowak odkrył tam kiedyś
tak zwane Zapomniane Partie.
– …w Lodowej Małołąckiej.
– Tam akurat byłem na akcji, podczas której odkryliśmy
całe dolne piętro. Student Uniwersytetu Śląskiego, Michał
Pawłowski, miał tam robić badania lodu. Okazało się, że poziom lodu się tak obniżył, że
wytopiła się szczelina między
skałą i lodospadem. Mogliśmy
zjechać do dolnego piętra. Tam
doświadczyłem tego, co potem opisałem w finale Spisków,
kiedy budzi się rycerz, bo mu
spada płatek lodu na nos. Odkryliśmy korytarz cały w bardzo
drobnych kryształkach lodu,
właściwie płatkach. Nasz kilkunastominutowy pobyt w tym
miejscu podniósł temperaturę
do tego stopnia, że te wszystkie
kryształki zaczęły się wytapiać
i spadać. Podziemny opad śniegu, po którym bezpowrotnie
to znikło. Ale też właśnie dynamika wahań pokrywy lodowej
umożliwiła nam w ogóle wejście tam. Znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu i czasie.
– Dla wielu ludzi to wcale
nie jest odpowiednie miejsce.
Samo ograniczenie przestrzeni najczęściej ich od speleologii odpycha, budzi strach.
– Też miałem chwile klaustrofobii, na przykład gdy zwiedzałem korytarze w Ławrze
Peczorskiej w Kijowie, wypełnione szklanymi trumnami ze
zmumifikowanymi mnichami,
gdzie tłum pielgrzymów szedł
ze świeczkami, było ciasno
i duszno, bo powietrze wypalało się w tych ognikach. Ale nie
w jaskiniach, gdzie jest dobra
cyrkulacja. A uścisk kamienny, gdy pokonuję zacisk, jest
czymś niezwykle intymnym.
Parę odkryć, których dokonałem, wystarczy, żeby kilku młodzianków zainspirowało się i poszło moim tropem
pomina żadnej innej z ciemności, których doświadczamy.
– W strefie, do której nie
dociera rozproszone światło,
to jest idealna ciemność, dlatego mnie też bardzo uspokaja,
daje poczucie jakiegoś błogiego oddzielenia od powierzchni ziemi. Wszystko jest w zasadzie w rękach człowieka, który
może się wyłączyć z życia, gasząc światło. Nie da się nic zrobić, gdy zabraknie światła.
– Prócz ciasnoty i ciemności strach budzą echa wypadków i akcji ratunkowych w jaskiniach, które często są bardzo dramatyczne.
– Albo niemożliwe wręcz.
Mój lęk zaczyna się tam, gdzie
wiem, że już żadnej akcji nie
– A zdarzyć się może
wszystko…
– Za Siedmioma Progami
miałem taką przygodę – jeszcze byłem młody i nie miałem
wyobraźni, teraz przeżyłbym
to dużo bardziej – jaskinia była
zaporęczowana na stałe, ale
ze starych przerdzewiałych
plakietek. Za trzema zaciskami w takiej studni oberwała
się pod moim ciężarem jedna z nich. Zostałem na starusieńkim haku, który był wbity
w szczelinę w stropie wbrew
wszelkim zasadom. Wychodziłem stamtąd z duszą na ramieniu, każdy metr na linie ciągnął
się w nieskończoność. Jeżeli
mamy szczelinę, która się zwęża sukcesywnie i ciągnie w eks-
tremalnej ciasnocie na długości paru metrów, a do tego korytarzyk się wije wte i wewte,
to nie da się tego poszerzyć za
życia ofiary, bo człowiek bardzo szybko ulega wychłodzeniu.
– W książce „Poza światłem” dużo miejsca poświęca
pan różnym lękom, przełamywaniu ich, temu „powierzaniu
życia przyrządowi samozaciskowemu”. Czy one nadal się
pojawiają? Pogłębiają?
– Z wiekiem tak. Kiedyś byłem w stanie robić rzeczy karygodne pod ziemią, myślę, że
tylko Opatrzności zawdzięczam
to, że żyję. A teraz już jestem
o wiele bardziej ostrożny, zapobiegliwy i zalękniony. Dawniej na powierzchni nie było
dla mnie sygnałem niebezpieczeństwa, że jest bardzo parno.
Nie ma chmur na horyzoncie,
nie pada deszcz, więc idziemy w góry, na jakąś graniówę.
Teraz oczywiście, jak już rano
zwącham to powietrze, wiem,
że trzeba zostać w barze, przepraszam za przejęzyczenie,
w bazie, bo przyjdzie burza.
– A „główne składniki
grozy tatrzańskiej to w moim
przypadku strach przed burzą
i niedźwiedziem”.
– Kiedyś spotkanie niedźwiedzia było wymarzoną frajdą, teraz jest największym lękiem. Kiedyś burza była dodatkową atrakcją, teraz wiem,
że jest śmiertelnym niebezpieczeństwem. To są dwa najpoważniejsze niebezpieczeństwa, które czyhają na człowieka w górach, a na które nie ma
on żadnego wpływu. Oczywiście zawsze może też spaść kamień i rozbić człowiekowi głowę, tak jak Waldkowi Musze
w Nad Kotlinami, i nie da się
tego przewidzieć.
– Dwa najbardziej pierwotne lęki tatrzańskie. Pan
te niedźwiedzie demonizuje,
mitologizuje, personifikuje,
nazywając misiołakami, zarówno w „Spiskach”, w „Poza
światłem”, jak i w jednym
TATRY TPN jesień 2013
TATRY
TPN
TATRY TPN jesień 2013
i może miś nam odpuści. Byłem sparaliżowany ze strachu
w sensie ścisłym. Nie chciałbym więcej przeżywać takich
nawet pośrednich kontaktów z niedźwiedziami. Bezpośrednie moje przygody z nimi
miały miejsce na szlakach turystycznych, kiedy to w biały
dzień w tłumie turystów niedźwiedzica z młodymi przechodzi przez ścieżkę turystyczną, wszyscy robią zdjęcia, nie
zdając sobie sprawy, że to jest
groźne. Ale ja też wierzę w inteligencję zwierzyny, która wie,
że gdzieś jest jej rewir i rewir
wspólny. Przecina jakąś ścieżkę zapachową i wie, że tutaj lu-
twa tatrzańskiego sprawiłyby
problem: zbocza Dziurawego,
Kudłata Grańka, Skrajny Goły
Wierch...
– Miłość do topografii wynika z zapamiętywania tego,
co się przeszło. Miałem do tego
zawsze smykałkę, poza tym
szukam w górach nowych rejonów, których jeszcze nie przedreptałem. Są to coraz bardziej
odległe zakamary Tatr. Kiedy
tam jestem, zapamiętuję te nazwy, bo nauka topografii powinna być praktyczna. Trudno
inaczej, bo to byłoby jak nauka
analizy filmów, których się nie
widziało. Aktywne poznawanie Tatr jest jednocześnie pielę-
FOT. Radosław Kobierski
z wcześniejszych opowiadań…
– ...w Cielęcych Tańcach,
gdzie się pojawiał niedźwiedziołak. To jest jeden z tych
tropów intertekstualnych odsyłających do kultury pozatatrzańskiej. Byłem zawsze pod
olbrzymim wrażeniem noweli
Prospera Mérimée Lokis, którą na początku lat siedemdziesiątych zekranizował Janusz
Majewski jako bardzo stylowy horror. Potem pojawiające
się w kulturze wątki kobiety
zgwałconej czy także zapłodnionej przez niedźwiedzia buzowały w mojej wyobraźni,
stąd powstał ten pół człowiek,
pół bestia. To archetyp kulturowy w mojej wersji występujący w postaci niedźwiedziej,
bo też to zwierzę jest bestią,
ale wydaje się mieć taką ludzką, demoniczną inteligencję.
To nigdy nie widzialny, często
słyszalny król puszczy, którego
się panicznie boimy, a którego głos ja już potrafię odróżnić
od jeleni na rykowisku, które
ryczą tak niemożebnie jesienią, że należałoby się bać, ale
wiem, że to jest ryk na pokaz.
A niedźwiedź jak zamruczy, to
wszystkie włosy dęba mi stają.
– Do tego dochodzi ich
przyzwyczajanie się do życia na koszt człowieka i wokół ludzi.
– Na szczęście są pastuchy
elektryczne i rozmaite sposoby uprzykrzania życia zwierzynie, która chciałaby żerować na
śmietnikach. Ale też nie odważyłbym się spać pod gołym niebem pod schroniskiem w Roztoce czy na Gąsienicowej.
A niedźwiedzie lubią też
ścisłe rezerwaty przyrody.
Najbardziej dramatyczny biwak miałem niegdyś na Rynku w Krakowie (tatromaniacy kumają tę bazę), gdzie też
pomieszkiwała niedźwiedzica. Spaliśmy w ciasnym szturmowym namiociku we troje,
niedźwiedź krążył, pomrukiwał, był coraz bliżej. Żywiliśmy
się iluzją, że tropik nas oddziela od jego strefy zapachów
Idealna ciemność mnie uspokaja, daje poczucie jakiegoś błogiego
oddzielenia od powierzchni ziemi
dzina chodzi, więc nie należy
jej bardzo przeszkadzać. Natomiast wędrówki po dzikich
ostępach, gdzie jest przecinka w oceanie kosówki zasrana
wzdłuż i wszerz przez niedźwiedzie do tego stopnia, że widać tam kupy sprzed miesiąca,
tygodnia, ale i sprzed 15 minut
– to mrożąca krew przygoda.
Tylko ucieczka z grani w burzy
jest porównywalna z tym ładunkiem grozy, który niesie takie spotkanie.
– Cechą wielu grotołazów
jest to, że są oni – pan także – zapalonymi znawcami
i miłośnikami topografii tatrzańskiej. W pana książkach
padają nazwy, które niejednemu adeptowi przewodnic-
gnowaniem pasji kartograficznej. Bardzo mnie cieszy, że zdarzają się tacy maniacy jak Cywiński czy Paryski, którzy nadają nazwy drobnym obiektom,
małym stawkom, kałużom, jak
choćby marmitowi w potoku
w Dolinie Koprowej, który jest
nazywany Niedźwiedzią Wanną. Nadawanie nazw formacjom to jest olbrzymia frajda.
Praca niemalże literacka.
– Wnioskuję, że nadal pan
przegląda te tomy Cywińskiego?
– Ale zawsze w terenie, nie
czytam ich na sucho, chyba że
właśnie przygotowuję jakąś akcję. Zawsze mam pół plecaka
książek, Paryskich i Cywińskich.
Zwożę je do schroniska w Po-
pradzkim Stawie albo gdzieś
indziej, deponuję w pokoju
i potem wędruję z tymi książeczkami. Na zdjęciach często
widać, że jedną ręką trzymam
się krawędzi skały, a w drugiej
mam przewodnik.
– Czy poza jaskiniami
Tatry przyciągały szczególnie w któreś doliny, miejsca?
W książce „Poza światłem”
jest cały rozdział poświęcony tatrzańskim stawom, nawet takim nieistniejącym, jak
Wielki Małołącki Staw. Kiedyś
też go obserwowałem w trakcie powodzi.
– To sezonowo się zmienia. W zeszłym roku zakochałem się w Staroleśnym. To przepiękny szczyt, na którym czułem, że znowu odkryłem dla
siebie cudny punkt na mapie
Tatr. Zwłaszcza tę najtrudniej
dostępną z czterech turniczek.
Ta poważna wyrypa turystyczna obfituje we wszelkie możliwe niebezpieczeństwa, bo tam
jest przecież ten cholerny Klimkowy Żleb, w warunkach letnich najbardziej krucha i przerażająca formacja tego typu,
jaką znam w Tatrach.
Od słowackiej strony też
często zaglądam do grot, a rozległe tereny ich Tatr Zachodnich aż po Siwy Wierch są praktycznie bezludne. Człowiek
czuje się nawet na szlakach,
jakby chodził na dziko. Po polskich Tatrach chodzę już naprawdę sporadycznie.
– To już tylko turystyka,
turystyka wysokogórska czy
nadal taternictwo?
– Turystyka wysokogórska.
Taka Martinovka jest na granicy, bo trzeba mieć linę. Chodzę
po dwójkowych, trójkowych,
czasem czwórkowych drogach.
To taka rekreacja taternicka,
czasem na granicy możliwości
turystycznych.
– I to też może być przyczynkiem do poważnej tatrzańskiej przygody.
– Zdecydowanie. Przygód
w Tatrach nie brakuje.
97