Dojrzałam, więc tańczę
Transkrypt
Dojrzałam, więc tańczę
Dojrzałam, więc tańczę Kochają taniec. Nieważne, że dawno skończyły 20 lat. To nawet lepiej, bo dzięki temu nabrał nowego znaczenia. Kiedyś byłby jedynie powtarzaniem kroków, teraz jest potrzebą duszy. Świadomym wyrażeniem siebie. Pojawił się niespodziewanie, jako jeden z elementów spójnej całości na ścieżce ich rozwoju. I zagościł na dobre. Dziś nie wyobrażają sobie, że mogłoby go nie być. Wiem, że w tańcu jest siła Nigdy nie przypuszczała, że będzie tańczyć. A już na pewno nie po 30 roku życia, kiedy wielu w tym wieku kończy swoje kariery. Łada Toulik przez całe lata podziwiała w tańcu innych, sama jednak stała z boku. Wiedza ezoteryczna i astrologia, którymi zajmowała się wcześniej, podpowiadały jej, że rozwój duchowy nierozerwalnie wiąże się z fizycznym, i że powinna zatroszczyć się o swoje ciało. Postanowiła je usprawnić, pozbyć się blokad nagromadzonych w nim przez lata. Zaczęła trenować Aikido. Dzięki niemu odkryła ograniczenia w ciele, ale nie zlikwidowała ich. Wciąż po każdym większym stresie czuła ogromne bóle w kręgosłupie, musiała korzystać z usług masażysty. Także biodra były dla niej zagadką, miała wrażenie, jakby ich w ogóle nie było. Szukała tańca, który pomógłby rozruszać te partie ciała i jednocześnie dawał możliwość wyrażenia własnej indywidualności. Zastanawiała się, jaka muzyka pociąga ją najbardziej. Od kiedy pamięta, jej ciało zawsze zaczynało tańczyć , gdy słyszała muzykę arabską. Zafascynowana przyglądała się tancerkom ze Wschodu - Do ZSRR, gdzie się wychowałam, zawsze przyjeżdżało bardzo dużo zespołów z Kaukazu i innych pobliskich regionów. Gdy widziałam, jak tańczą, siedziałam oniemiała przed telewizorem. Wywierało to na mnie magnetyczne wrażenie. Po różnych eksperymentach, w wieku 34 lat, trafiła na taniec brzucha. To było jak olśnienie, poczuła, że jest na właściwym miejscu. Wyrażanie się poprzez ruch stało się dla niej czymś bardzo ważnym. – Taniec pomógł mi wzmocnić przekonanie o własnej kobiecości, poczuć w sobie kobietę, którą widzieli wszyscy pozostali, a której ja nigdy nie czułam. Gdy postanowiła tańczyć, napotkała zdecydowany opór męża. Kiedy pierwszy raz pokazała mu co potrafi, powiedział, że to wygląda zbyt prowokująco, że nie wyobraża sobie, by mogła tańczyć dla innych mężczyzn. Twierdził, że w taki sposób poruszają się tylko dziewczyny lekkich obyczajów. To był moment przełomowy, ostatnia kropla, która przyczyniła się do rozpadu jej małżeństwa. - Nie mogłam być z człowiekiem, który twierdził, że mnie kocha, a jednocześnie zabrania wyrażania własnej indywidualności, nie chce zrozumieć, że kocham taniec i chcę się w nim realizować. Szybko robiła postępy, w ciągu niespełna roku mogła już dzielić się swoimi umiejętnościami z innymi. Jednak tańczenie profesjonalne i uczenie nigdy nie było jej celem. Jeśli ktoś ją poprosi, chętnie pokazuje swoje umiejętności, jednak najważniejsze pozostaje wyrażenie w tańcu siebie. Jest przekonana, że każdy, w kim jest radość, będzie tańczył. Uwielbia scenę z Greka Zorby, gdy ten, doprowadzony do absolutnej rozpaczy, pozbawiony wszystkiego, szedł na brzeg morza i tańczył. Nie miał już nic do stracenia, mógł tylko bronić się przed udręką życia, pokazywać, że nic go nie zniszczy, nie zabije w nim radości. Bo taniec to coś archetypowego, pierwotnego, głęboko siedzącego w człowieku. Ciało tak naprawdę chce wyrażać się w ruchu, trzeba je jedynie odblokować z niepotrzebnych ograniczeń, które usztywniały je przez lata. Wie, że w tańcu jest siła. - Zdaję sobie sprawę z tego, jak potrafię zatańczyć, i jak to wpłynie na mężczyznę. Jest to narzędzie poniżej pasa. Taniec może mieć działanie hipnotyczne, wprowadzające w trans. Mężczyzna nie widzi wtedy ciebie, a widzi to, co ty niesiesz, to tak, jak pójść do teatru i być zahipnotyzowanym grą aktora. Wychodzisz z teatru i nie wiesz, co się z tobą dzieje. Ale to nie ten aktor jest ważny, nie możesz na niego zakładać ubranka swojej fascynacji, ważne jest to, co on w tobie poruszy. Do takiego stanu emocjonalnego potrafi doprowadzić innych tylko wtedy, gdy sama nie kontroluje swoich ruchów i poddaje się muzyce, gdy całkowicie zatapia się w tańcu i chce podzielić się z innymi tym, co ma w środku. Czasem po występie podchodzi do niej mężczyzna i mówi „Tańcz tylko dla mnie rano i wieczorem, a będziesz miała wszystko.” Nie traktuje takich wyznań osobiście, ma do nich dystans. – Mówię wtedy do niego, zastanów się, co ja w tobie poruszyłam, czego ty potrzebujesz, bo ja jestem tylko narzędziem, ja wykonałam taniec, a te emocje, które w tobie wyzwoliłam są twoje, nie moje, nie muszę ich z tobą dzielić. Zdaje sobie sprawę z tego, że taniec wykonany przez kobietę dojrzałą to władza nad mężczyznami. Jednak nie czuje w sobie przymusu, by tańczyć tylko w ich obecności. Są dni, kiedy rzeczywiście chce podzielić się sobą z innymi, i wtedy nie jest ważne, czy tańczy w dyskotece, klubie nocnym, czy na imprezie wewnętrznej. Jednak bywają i takie momenty, kiedy włącza muzykę i uwodzi sama siebie. Potrzebuje tego, jak powietrza. Tak odreagowuje stresy i napięcia, nabiera chęci do działania. Muzyka pobudza, szczególnie ta wschodnia, bo oparta jest na ciągłym, nieustannym biciu życia. Rytm, rytm, rytm. Miękkość i gwałtowność, delikatność i siła. Łączy w sobie dwoistość, którą można wyrazić poprzez taniec. Wciąż do końca nie wierzy, że włada swoim ciałem w takim stopniu, że jest w stanie wyrazić ruchem nawet najmniejszy dźwięk. Nie znaczy to jednak, że może tańczyć do każdej muzyki, interesuje ją tylko ta, którą czuje, i w którą może włożyć duszę. Zbyt dobrze wie, co jej się podoba, by tracić czas na błądzenie. - Tym właśnie różni się kobieta dojrzała od młodej, młoda może spróbować wszystkiego, a dojrzała zdaje sobie sprawę, że nie ma na to czasu, wybiera tylko to, co ją pociąga. Ma świadomość, że jutra może nie być i nie chce odkładać realizacji swoich planów na później. - Dzień w dzień przypominam sobie o marzeniach, które chcę spełnić jeszcze przed 40 – tką: skoczyć ze spadochronu i otworzyć pensjonat, w którym kobiety będą mogły rozwijać się i wyrażać siebie poprzez taniec. W tańcu pokazuję siebie Zawsze, kiedy próbowała tańczyć słyszała, że jest strasznie sztywna. Bardzo się starała się dobrze wypaść, ale efekt był odwrotny. Przez to jeszcze mocniej się spinała, więc o żadnej przyjemności w tańcu nie mogło być mowy. Jedyne, co czuła, to stres. Kiedy Kinga Makowiecka miała 31 lat trafiła na ulotkę o tańcach w kręgu dla kobiet prowadzonych w Ośrodku Kultury Eko – Oko. W tym czasie bardziej niż sam taniec intrygował ją temat „kobiecość”. Ta kojarzyła jej się zdecydowanie negatywnie, ze słabością, uległością, podporządkowaniem. Robiła wszystko, by nie podkreślać swojej kobiecości. Zmiany pojawiły się, gdy rozpoczęła psychoterapię. - Psycholog delikatnie prowokował mnie do podążania tym tropem. Na początku bardzo się broniłam, twierdziłam, że to mnie zupełnie nie interesuje Zmieniła zdanie, gdy trafiła na tańce w kręgu. - Nie miałam konkretnej koncepcji, czego tak naprawdę szukam. Gdybym znalazła cokolwiek innego, gdzie byłoby hasło „kobiecość” i gdzie tekst wydawałby mi się ujmujący, to bym tam poszła. Nie miałam akurat takiego pomysłu, że to musi być taniec. Gdybym przeczytała o wspólnym śpiewie w kręgu kobiet, to też pewnie bym się skusiła. Klimat zajęć jej się podobał, jednak samo tańczenie nie przychodziło łatwo. - Wykonywanie choreografii odnoszącej się do konkretnych obrzędów, jak choćby zwyczajne budzenie ziemi na wiosnę, wcale nie było proste. Także przyswajanie tradycyjnych tańców różnych kultur, m.in. bretońskich, bałkańskich, izraelskich czy cygańskich, początkowo sprawiało mi trudności. Dopiero po roku przekonała się, że zabawę ciałem można traktować na luzie. Poczuła się w tańcu bezpiecznie, zaakceptowała go. Przestał być przykrym obowiązkiem. Na zajęciach okazało się, że największą przyjemność sprawia jej wykonywanie tańców, które podkreślają seksualność, kobiecość. Tego wcześniej nie odważyła się robić. – Wziąć plecak i ruszyć w góry, to był dla mnie żaden problem, ale żeby kręcić biodrami, eksponować siebie w taki sposób, to nie wchodziło w rachubę. - Pomógł mi to zmienić ówczesny mężczyzna, który często powtarzał, jak bardzo mu się podobam, jak zależy mu na tym, bym podkreślała swoją kobiecość strojem, ruchem. Dużo czasu jednak upłynęło, zanim odważyłam się zatańczyć tylko dla niego. Na dobre zaczęła się otwierać, gdy trafiła na warsztaty improwizacji tanecznej Beaty Mareckiej. Odkryła, że tańca można nie traktować w kategoriach „dobrze – źle”. - Tutaj nie miały znaczenia umiejętności, ale prawdziwość poruszania się, czyli to, na ile pokazujemy w nim siebie. To był dla mnie zupełnie nowy świat. Bez oceny, presji. Mogłam eksperymentować, poznawać swoje potrzeby, nie obawiając się ośmieszenia. Nowy sposób myślenia robił na niej tym większe wrażenie, że sama została wychowana w zupełnie inny sposób. Miała wpojone nadmierne poczuciu obowiązku, stawiane duże wymagania, którym trzeba było sprostać. - Kiedy dostawałam piątkę, wszystkim wydawało się to normalne, ale każdy gorszy wynik był już nie do zaakceptowania. Nie miałam więc odwagi popełniać błędów. Musiałam się ciągle „sprężać”, żeby zaspokoić pokładane we mnie nadzieje. A tu nagle okazało się, że są takie miejsca i tacy ludzie, którzy twierdzą, że wszystko do czego dojdziemy, co jest prawdziwe, i co tylko wyraża nas, jest w porządku. Wtedy poczuła, że taniec to jest coś, co może robić. Zaczęła się spotykać ze znajomymi, by spróbować samodzielnie tańczenia w kręgu. Po roku stwierdziła, że mogłaby podzielić się swoimi umiejętnościami z obcymi ludźmi. - Sama się zdziwiłam, że podjęłam się uczenia innych, nie mając żadnej oficjalnej podkładki. Zawsze uważałam, że żeby przekazywać wiedzę trzeba mieć przynajmniej dyplom magistra czy instruktora. Ale ja zdecydowałam się bez tego, bo uważałam, że potrafię. Kiedy zobaczyła, że innym podobają się jej zajęcia, że chętnie przychodzą, poczuła, że to jest to, co zamierzała osiągnąć. Chciała, żeby oswajali się z ruchem, żeby potrafili czerpać z niego radość. Sama doświadczyła, jaka jest różnica między tańcem, który ma spełniać jakieś kryteria, a takim, który jest głównie zabawą. Ten daje dużo radości i pewności, które mogą znaleźć swoje odbicie także w życiu. Pozytywne emocje z tańca można przenieść do codzienności. Przekonała się o tym prowadząc tańce w kręgu i warsztaty wyrażania siebie poprzez ubiór. To na nich zachęca do łamania ubraniowych konwencji, do szukania strojów, w których kobiety zaczynają poruszać się inaczej. Założyła galerię „Szafa”, która stała się nie tylko sklepem z odzieżą unikatową, ale także miejscem, gdzie stroje, taniec i psychologiczne działania splatają się, by pomóc w odkrywaniu i wyrażaniu siebie. Poza tańcami w kręgu organizuje także warsztaty innych tańców, m. in. brzucha, improwizacji, indyjskiego, tańców irlandzkich czy greckich. Przywiązuje dużą wagę do tego, z kim współpracuje. Nie wyobraża sobie, by osobą prowadzącą zajęcia był ktoś, kto stosuje metody bata i tresury, choćby sam tańczył świetnie. Jest przeciwna takiemu systemowi nauczania, bo doświadczyła na własnej skórze, w jakim stopniu przymus i stres mogą wypaczyć piękno tańca. Zauważyła, że ci, którzy do niej przychodzą odbierają to w podobny sposób. Sprawia jej satysfakcję, gdy inni mówią, jak bardzo jest dla nich istotne to, że istnieją miejsca, gdzie mogą znaleźć ludzi podobnych do siebie i przy okazji przyswoić nowe umiejętności. Sama najbardziej lubi uczyć tańców bretońskich, bo są jej szczególną miłością. Marzy, by pojechać do Bretonii i na fest nozie, wśród kilku tysięcy osób, upajać się szaleństwem tego cotygodniowego „święta nocy”. Tańce w kręgu są dla niej szczególnie ważne, bo ośmieliły ją, by dalej eksperymentować. Zobaczyła, że taniec interesuje ją przede wszystkim od strony psychologicznej, jako forma kontaktowania się z własnym ciałem i pokazywania siebie. A także jako sposób bycia w grupie. Dlatego chciałaby skończyć kurs instruktora choreoterapii, bo to może być okazja, by zrobić coś dobrego dla siebie i innych. Jest szczęśliwa, że wewnętrzne poszukiwania pozwoliły jej odkryć ścieżkę wyrażenia duszy poprzez ciało. – Cieszę się, że odnalazłam sposób tańczenia, który dał mi spełnienie, pozwolił poznać nieznane aspekty siebie. Gdybym tych kilka lat temu znowu trafiła na kolejny kurs tańca, to pewnie uciekłabym stamtąd z krzykiem i nie robiłabym tego, co dziś robię. Nie twierdzi, że to ostateczny kształt jej życia i pracy. Wciąż jest w drodze, jednak już wie w jakim kierunku iść i co ją pociąga. Najpiękniej tańczę dla Wiktora Rozwój wewnętrzny, radiestezja, bioenergoterapia. Te pojęcia były jej bliskie. Nie sądziła, że dołączy do nich również taniec. Wprawdzie zawsze był dla niej ważny, ale nagle stał się ważny świadomie. Zaczął być nie tylko formą odreagowania stresów, rozluźniania się, ale przede wszystkim sposobem na wyzwolenie emocji. Pojawił się jako naturalna kolej rzeczy tego, co robi, czyli bioenergoterapii. A że stało się to niespełna dwa lata temu, kiedy Grażyna Rozmysłowicz skończyła 55 lat? Każdy moment jest dobry na odkrywanie nowych ścieżek. – Pracując ze sobą, ze swoim ciałem i oddechem, „natknęłam się” na swój taniec wewnętrzny. Taniec wypływający z danego momentu, nie ograniczony żadnymi ramami, odzwierciedlający mój stan ducha i ciała w danej chwili. Nie ma w nim wyuczonych kroków ani układów, jedyne co jest, to ruch ciała połączony z oddechem i dźwiękiem, który wyzwala się podczas tańca. Od początku taniec dawał jej poczucie wolności. Zamykała oczy i tańczyła, dla czystej przyjemności obcowania z ciałem. – Mój wewnętrzny taniec zaczyna się od wsłuchania się w mój brzuch. Gdy zaczynam wypełniać go oddechem, wyzwalam dźwięk, który przechodzi przez moje usta, łaskocze. Wtedy czuję, że ciało zaczyna drgać, falować, ruszać się. Tańczę bez butów, moje stopy podążają za moim oddechem, dźwiękiem, a ręce wyrażają płynność, która we mnie powstaje. Podobno dla patrzących ten taniec bywa doznaniem zmysłowym. Inaczej porusza się, gdy jest sama, inaczej, gdy patrzy na nią mężczyzna, inaczej, gdy kobieta. Jeszcze inaczej, gdy pociąga swoim rytmem ludzi i jest przewodnikiem "stada". Jednak najpiękniej tańczy dla Wiktora, swojej odwzajemnionej miłości. Kiedy zauważyła, że poprzez taniec może pozbyć się swoich napięć i blokad, zaproponowała go innym osobom. Jedną z pierwszych grup, jakie prowadziła, była grupa seniorów. – Przyszłam do staruszek, a po półtora roku wyszłam z osobami, które żyły. Taniec połączony z oddechem i dźwiękiem pomógł im nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Poprzez ruch, głos i oddech doszły do swojej harmonii. Za najważniejsze uważa odtańczenie własnych emocji, ujawnienie ich. Tańcem wyraża smutek, tęsknotę, radość, miłość, seks, czyli prawdę danej chwili. Czasem zdumiona jest tym, co taniec może wyzwolić w innych. – Mężczyźni często wydobywają z siebie łagodność, poezję. Kobiety pokazują agresję, chcą rozerwać wszystko, co mają w sobie. Tę agresję zna z własnych doświadczeń. Przez całe lata czuła się niezauważana, niedoceniana. Cokolwiek robiła, robiła po to, żeby inni ją dostrzegli. - W środku mnie wszystko krzyczało ”Zauważcie mnie, zobaczcie, jaka jestem zdolna, ładna, interesująca”. Jednak świat nie reagował na moje pretensje. Miałam wrażenie, że odpowiada ”Może masz rację, ale są ciekawsi”. W pewnym momencie zastanowiła się , że to może nie świat jej nie widzi, tylko ona nie zauważa siebie? – Tak naprawdę nie liczyłam się ze sobą, bo nikt od najmłodszych lat nie liczył się ze mną. Wychowywałam się w domu, w którym dzieci nie miały żadnych praw, a ich obowiązkiem było być doskonałymi. Kiedy zaczęła przyglądać się sobie i pracować nad swoimi ograniczeniami, okazało się, że świat jednak do niej przychodzi. Otworzyła się na drugiego człowieka. Wcześniej cokolwiek robiła, robiła po to, żeby wszyscy powiedzieli: „tak, jesteś świetna”. - Miałam silną potrzebę zaistnienia, bo sama nie miałam świadomości, że jestem widoczna. A teraz ja wiem, że istnieję, nie muszę tego udowadniać. Ja siebie widzę i czuję, i inni też to robią. Dopiero teraz bycie z ludźmi okazało się dla niej ciągłą, wzajemną inspiracją, która daje radość. Sama nie może się nadziwić, jak bardzo zmienił się stosunek otoczenia do niej, od kiedy zaczęła inaczej traktować siebie. Dziś nie musi zabiegać o zainteresowanie ludzi, sami do niej przychodzą. Nigdy nie była tak blisko z innymi kobietami, jak teraz. Mężczyźni również zaczęli inaczej ją postrzegać.. - Bawi mnie, że dziś, w wieku 57 lat, podobam się im bardziej niż kiedyś. Jako młoda dziewczyna byłam jedną z wielu, dziś jestem jedyna i niepowtarzalna, bo pogodzona ze sobą. Córki pytają ją ciągle, „mamo, kiedy ty się w końcu zestarzejesz”. Ale ona nie ma takich planów. - Będę żyła do końca życia, bo starzenie się to rezygnacja z własnej witalności. A dla mnie taniec jest otworzeniem się na moją witalność. To pulsowanie życia. Jest wyrażeniem wdzięczności za to, że jestem. Otarłam się o swoją śmierć, doświadczyłam śmierci drogich mi osób, więc już wiem, czym jest radość przeżywania życia w każdej chwili istnienia. Kiedy tańczy? Podczas gotowania, sprzątania, spaceru, zakupów. Taniec wyzwala w niej wnuczka, która idzie obok, miłość do mężczyzny, chęć pozbycia się napięć po dniu pełnym pracy z ludźmi. – Taniec mogę nazwać żywiołem mojego życia, równie ważnym, jak pieśń, oddech, miłość, seks i macierzyństwo. Sama nie wie w jakim kierunku będzie rozwijała się dalej. Odkąd uwolniła się od perfekcjonizmu, który zabijał w niej radość i skazywał na ciągłe niezadowolenie, życie stało się przygodą. Uważa, że kiedy człowiek znajdzie swój wewnętrzny taniec, otwiera się przed nim cały świat.