Z Gdańska za Koło Podbiegunowe

Transkrypt

Z Gdańska za Koło Podbiegunowe
Z Gdańska za Koło Podbiegunowe
wyprawa kajakowa do Norwegii i Laponii
23.06.2007 - 10.07.2007
Przygotowania
Już przed rokiem nasz komandor, czyli Gucio, przy różnych okazjach wspominał o zamiarze zorganizowania
spływu w Finlandii na rzekach Muonio i Tornio. Później do przygotowań włączyli się Wojtek i Wiktor.
W pierwotnym zamyśle miał to być wyjazd tylko do fińskiej Laponii. W podobnej wyprawie Gucio uczestniczył
w 1987 roku, jeszcze w czasach komuny. Pływał wtedy kanadyjką po rzece Tornio. Wojtek - pilot wyprawy - po
wstępnym rozpoznaniu poprzez Internet map i odległości proponuje wydłużenie trasy podróży, tak żeby dotrzeć
przez Finlandię aż do fiordu Lyngen w Norwegii. Powrót do Gdańska miałby się odbyć trasą przez Sztokholm.
Po analizie możliwości czasowych i kosztów zostaje zaakceptowany właśnie ten wariant, czyli podróż przez
6 państw na trasie Gdańsk, Ryga, Tallin, Helsinki, Tornio, Skybotn, Haparanda, Sztokholm,
Nynashamn, Gdańsk. Analizujemy szczegółową marszrutę 17-sto dniowej podróży. Powstaje harmonogram,
który przewiduje 1 dzień pływania po fiordzie i 6 dni na rzekach Munio i Tornio. W pozostałym czasie
planujemy przejazdy i zwiedzanie. Do przejechania lądem mamy kilka tysięcy kilometrów, do tego dochodzą
dwa rejsy promami. Pełna realizacja planu wyprawy wydaje się możliwa, wiemy jednak, że nie mamy
praktycznie żadnej rezerwy czasowej i ta świadomość trochę nas niepokoi.
Oczywiście opracowanie harmonogramu i wstępnego kosztorysu wyprawy to tylko dwie pozycje na długiej liście
prac
przygotowawczych,
która
obejmuje
werbunek
uczestników,
negocjacje
z
firmą
przewozową,
skompletowanie odpowiedniego sprzętu pływającego, zakup kasków i pianek, przygotowanie przyczepy do
wyjazdu,
rezerwacja
miejsc
i
zakup
biletów
promowych,
ubezpieczenie
uczestników,
przygotowanie
odpowiedniego zestawu map, odbycie kilku zebrań organizacyjnych i wiele innych zadań. Załatwienie większości
tych spraw bierze na siebie Gucio, a w uzyskaniu kajaków dla wyprawy pomaga między innymi ksiądz Krzysztof
z Gdańskiego Caritasu. W ostatnich dniach przed wyjazdem okazuje się, że klubowa przyczepa-kajakówka
wymaga dość poważnego remontu. Do tego dochodzą kłopoty z fluktuacją chętnych do uczestnictwa
w wyprawie, ostatnia rezygnacja następuje na kilka dni przed wyjazdem i w tym przypadku już nie znajdujemy
żadnego zastępstwa. Ostatecznie udaje się wszystko pozałatwiać i przygotować. Zbiera się też silna ekipa,
której
trzon
stanowią
klubowicze
gdańskiego
Wodniaka.
Jadą
osoby
z
dużym
i
ze
średnim
doświadczeniem, ale jest też z nami kilkoro kajakarskich nowicjuszy. Rozpiętość wieku uczestników wynosi
od 23 do 72 lat zaś średnia to aż 49,5, czego bynajmniej nie potwierdza ani nasze usposobienie ani znakomita
prezencja, zwłaszcza żeńskiej części naszej ekipy.
Via Baltica
(23.06.) Spotykamy się rano w bazie Wodniaka, ładujemy zgromadzony sprzęt i zgodnie z planem o 8-mej
wyruszamy. Jedziemy busem marki Mercedes, wewnątrz 15-tu uczestników plus Józek, czyli nasz kierowca,
oraz mnóstwo bagażu. Z tyłu jedzie mocno obciążona przyczepa-kajakówka ze sprzętem i resztą naszych
rzeczy. Trasa wiedzie na razie ku wschodniej granicy, przez Żuławy, Mazury i Suwałki. Nasz cel jest bardzo
odległy - to Skybotn, niewielka miejscowość nad jednym z norweskich fiordów, daleko za kręgiem polarnym.
Wcześniej jednak musimy pokonać około 1000 km przez Polskę, Litwę, Łotwę i Estonię do Tallina, gdzie czeka
nas przeprawa promowa do Helsinek. Pierwszy dzień jazdy, niestety, ale nie może być uznany za sukces. Realia
1 z 15
polskich zatłoczonych dróg i nie całkiem sprawny silnik Mercedesa powodują, że dojeżdżamy zaledwie do
Olecka. Pierwszy biwak zakładamy na płatnym polu namiotowym nad jeziorem, niedaleko miasta. Na szczęście
bardzo nas niepokojąca słabnąca moc silnika była prawdopodobnie spowodowana przez marne paliwo, bo
później ten objaw sam całkowicie ustąpił.
(24.06.) W dalszą drogę wyruszamy o godz. 8-ej, najpierw do niedalekiego przejścia granicznego
w Ogrodnikach. Dzisiejsza podróż przebiega o wiele sprawniej dzięki Markowi, który posiada stosowne
uprawnienia i ochotniczo zgłosił gotowość objęcia funkcji drugiego kierowcy autobusu. Umożliwi to nam
pokonywanie o wiele dłuższych dziennych dystansów i ułatwi realizację założonego planu wyprawy. Jak
pokazały doświadczenia pierwszego dnia, odbycie takiej podróży tylko z jednym kierowcą, przy przestrzeganiu
obowiązkowych ograniczeń rejestrowanego czasu jazdy, najprawdopodobniej w praktyce wymusiłoby skrócenie
trasy, a to oznaczałoby niepełne zrealizowanie planu wyprawy. Nasze obliczenia okazały się zbyt optymistyczne,
tym bardziej, że różne przestoje zajmują więcej czasu niż zakładaliśmy. Pomoc Marka rozwiązuje jednak
problem.
Na Litwie nadkładamy nieco drogi, żeby zobaczyć sienkiewiczowskie Kiejdany. Zatrzymujemy się
w pobliżu rynku i robimy sobie krótki spacer po tym starym mieście. Kamieniczki i kościoły mają ładnie
wyremontowane elewacje, na ulicach są porządne nawierzchnie.
Kolejny półtoragodzinny przystanek robimy w centrum Poniewieży. Nie ma tam zbyt wiele do zwiedzania, za
to zjadamy w restauracji solidny obiad. Ruszamy dalej i wkrótce przekraczamy granicę Łotwy.
Późnym popołudniem dojeżdżamy do Rygi i robimy nieco ponadgodzinny postój przy bulwarze nad
malowniczą Dźwiną. Obrzeża Starego Miasta, robią wrażenie zaniedbanych. Niedaleko widać architektonicznego
potworka z czasów władzy radzieckiej. Jest to jeden z wariantów "Pałacu Kultury", ten model jest jednak
stosunkowo niski, przysadzisty i o wiele brzydszy od swojego warszawskiego kuzyna. Innym ciekawym
obiektem w najbliższej okolicy są wielkie hale targowe, które w czasie I Wojny Światowej służyły podobno
Niemcom jako hangary bojowych Zeppelinów. Najbardziej mobilna część grupy szybko dociera do niedalekiej
starówki. Spacer po uliczkach i zaułkach odbywa się niemal biegiem, bo czas nagli. Jednak warto było,
ta część miasta jest piękna, pozostaje mnóstwo wrażeń i liczne trofea w postaci cyfrowych fotografii. Trzeba
ruszać dalej. Następuje zmiana kierowcy, a pilot bezproblemowo przeprowadza busa przez portową dzielnicę
i inne zakamarki Rygi.
Jedziemy dalej drogą E67 wprost na północ w kierunku Tallina. Piękna szosa, tak zwana "Via Baltica",
prowadzi nas wzdłuż brzegu Zatoki Ryskiej. Mijamy wiele miejsc, skąd roztaczają się malownicze widoki na
morze. Na nocleg stajemy w pobliżu małej miejscowości Līdumy {57,687451 N; 24,38158 E, (przyp.
red.)}, na terenie oddalonego od wioski prywatnego gospodarstwa. Właściciele początkowo są zaskoczeni
naszym najazdem. Tłumaczymy po rosyjsku skąd i dokąd jedziemy, i że chodzi nam o miejsce na rozstawienie
kilku namiotów na jedną noc. Gospodarze od razu się zgadzają i okazują się bardzo sympatyczni i gościnni.
Wskazują najlepsze miejsce na sąsiadującej z obejściem małej łączce, pomost do mycia nad pobliską rzeczką.
Obok jest mały sad i park, a w nim miejsce na ognisko i trochę przygotowanego drewna. Możemy z tego
wszystkiego skorzystać. Kilka osób zasiada przy ognisku, krąży jakaś butelczyna, wieczór co nieco się
przedłuża, ale jesteśmy już przecież w strefie białych nocy. Dzień był tak bardzo wypełniony wrażeniami, że nie
łatwo teraz pójść spać, w końcu jednak wszyscy znikają w swoich namiotach.
2 z 15
(25.06.) Rano trzeba poczekać trochę w kolejce do mycia. Miejsce na nieco chwiejnym pomostku jest tylko
jedno, a nie ma w pobliżu innego dostępu do wody. Poszczególne podgrupy przygotowują sobie śniadanie,
potem zwijanie namiotów i pakowanie przyczepy. Tym razem nie musimy się zbytnio śpieszyć, ponieważ
w planie na dzień dzisiejszy jest zwiedzanie Tallina, a to już stąd niedaleko. Mamy też namiary na
miejsce biwakowe koło Tallina, prawdopodobnie więc ominie nas niepewność poszukiwań noclegu. Kiedy
opuszczamy gościnne miejsce, gospodarze akurat gdzieś pojechali. Wcześniej nie chcieli nawet słyszeć o żadnej
zapłacie, zostawiamy więc na progu stosowną butelkę z naszych zapasów.
Wracamy na główną drogę, skręcamy znowu na północ i po kilkunastu kilometrach osiągamy granicę Estonii,
gdzie odprawa trwa zaledwie parę minut. Jedziemy dalej około 200 km bardzo dobrą drogą i w południe
jesteśmy na przedmieściach Tallina. Pilot przeprowadza autobus przez wszystkie ronda i skrzyżowania do
centrum, w pobliże zabytkowej starówki. Jeszcze kilka przecznic i znajdujemy spokojną uliczkę z dobrym
ocienionym miejscem do zaparkowania. Gucio zarządza godzinę zbiórki, podgrupy ruszają w kierunku Starówki
a Józek zostaje pilnować rzeczy.
Strefa płatnego parkowania obejmuje tu całe centrum miasta i trzeba jeszcze uiścić opłatę postojową, tylko
gdzie, bo automatów jakoś nie widać? Okazuje się, że opłaty takie przyjmują najbliżej w dość odległym sklepie
alkoholowo spożywczym. W chwili, gdy pilot wraca z odpowiednim biletem parkingowym, przy autobusie są już
dwie umundurowane panie kontrolerki i natarczywie nagabują osamotnionego i nie rozumiejącego ich mowy
Józka. Kończy się na żartach i wymianie uprzejmości. Zabytkową część miasta zwiedzamy w podgrupach
spotykając się co chwilę w różnych miejscach. Po kilku godzinach wracamy do autobusu. Wstępna wymiana
wrażeń pokazuje, że jesteśmy zgodni w ocenie - wszyscy są zachwyceni tym co zobaczyli. Otoczone
starymi fortyfikacjami miasto ulokowane jest na wysokim wzgórzu, bardzo stromym od strony
pobliskiego portu. Rozlokowane na szczycie i na zboczach domy oraz budowle sakralne, pochyłość
ulic i zaułków, a także oryginalne bruki, liczne schody, bramy, baszty, mury i inne elementy
dawnych fortyfikacji nadają mu niezwykły klimat. Jako budulca używano kamienia z pobliskich złóż,
o charakterystycznej białawej barwie, dającego się łupać w bloki przypominające kształtem duże
cegły. Z kilku miejsc na wzgórzu można podziwiać panoramę miasta, a także widoki na port
i błękitne, usiane wyspami morze. Podnóże wzgórza tonie w zieleni, w pobliżu widać dawny bastion
obronny. Spacerując ulicami spotykamy wiele restauracji, barów i kawiarenek. Pomimo że obiad
jemy w różnych miejscach, wszyscy są zadowoleni, choć ceny były wyraźnie większe niż na Litwie.
Jeszcze bardziej można to odczuć podczas uzupełniania zapasu produktów spożywczych i napojów przed
wjazdem na teren Skandynawii.
Jedziemy jeszcze na chwilę przed bazę promową, żeby zweryfikować bilety i sprawdzić drogę dojazdu. Nasz
prom do Helsinek odpływa rano i nie będzie czasu na szukanie drogi. Wydaje się, że już wszystko załatwiliśmy,
możemy jechać na nocleg. Przed wyprawą Gucio uzyskał od zaprzyjaźnionego kajakarza z Warszawy informację
{ciekawe od kogo, bo chyba nie od nas tylko z jakiejś drugiej ręki (przyp. red.)} o dobrym miejscu biwakowym
około 20 km od Tallina. W praktyce okazuje się, że znak naniesiony na mapie to nieokreślony zygzak
obejmujący obszar o średnicy co najmniej pięciu kilometrów, w miejscu poprzecinanym różnymi drogami i
skrzyżowaniami, a także różnymi ciekami wodnymi. Jest jeszcze wskazówka dotycząca jakiegoś wodospadu w
pobliżu {to jest Jägala juga (przp. red.)}, ale na mapie drogowej żaden wodospad nie jest zaznaczony.
Pomimo to dość szybko znajdujemy miejsce na obóz, przy parkingu nad niewielkim jeziorkiem. W
pobliżu za laskiem płynie rzeka, zamiast wodospadu jest tama i elektrownia wodna. Czy aby na pewno chodziło
o te właśnie miejsce? {To było całkiem blisko: 59,467239 N ; 25,161341 E; zamiast 59,449119 N ;
25,178953 E. Na pocieszenie można dodać, że szukając 3 lata wcześniej rzeczonego wodospadu Jägala juga
w strugach deszczu udało się nam go namierzyć wraz z niespodziewanym „dzikim” miejscem biwakowym przy
3 z 15
nim, gdzie spędziliśmy trzy noce, a w roku 2007 dwie. Od 2009 roku jest to przypuszczalnie już niemożliwe –
Europa po prostu. (przyp. red.)}
W każdym razie rozkładamy namioty i po nieco przedłużonej kolacji układamy się do snu, bo wcześnie rano
trzeba będzie wstać. Zaczęliśmy już odczuwać uciążliwość białych nocy. Jesteśmy wprawdzie zmęczeni, ale
światło słońca wciąż wiszącego ponad horyzontem wcale nie nastraja do snu. Wreszcie około 23-ej słońce na
kilka godzin znika gdzieś za lasem, ale ciemność nocna nie zapada wcale. W namiotach też jest jasno
i niektórzy mają problem z zaśnięciem.
(26.06) Ze względu na dzisiejszy rejs do Helsinek komandor zarządził pobudkę na czwartą rano naszego czasu.
Wykonawstwo budzenia tym razem bierze na siebie Olek i robi to bardzo stanowczo. Zrywamy się w stanie
półprzytomnym, na początek robimy jakieś szybkie mycie, rozpoczynamy śpieszne pakowanie i nagle ktoś
stwierdza, że jest dopiero kwadrans po 3-ciej. Konsternacja - sprawdzamy, ależ faktycznie! Za chwilę wszystko
się wyjaśnia. Już na początku wyprawy, ażeby uniknąć nieporozumień, Gucio zarządził posługiwanie się
wyłącznie polskim czasem. Czasy: litewski, łotewski, estoński i fiński są przesunięte o godzinę do przodu.
Tymczasem Olek użył jako budzik komórkę, w której miał włączoną funkcję automatycznej korekty czasu,
no i miejscowy operator przestawił mu czas na estoński. Cóż, stało się, o godz. 4:30 naszego czasu
ruszamy w kierunku niedalekiego Tallina i bazy promowej. Potem przez godzinę ziewamy czekając na
parkingu zanim w końcu otworzą okienka i zaczynie się odprawa na rejs promem Rosella do Helsinek.
Później piesi przechodzą do sali odpraw i dalej na prom, a Wojtek z Józkiem wprowadzają autobus przez bramę
na teren bazy. Tam dyspozytor kieruje ich na pobocze i każe czekać. Mnóstwo innych samochodów wjeżdża po
rampie i znika w czeluściach kadłuba, a o naszym jakby zapomniano. Rozpoczyna się załadunek drugiego
promu stojącego tuż obok i to, co się dzieje na ciasnym placu manewrowym wygląda na kompletny chaos.
Sytuacja niepokojąco się przedłuża, zbliża się godzina odpłynięcia, ale w końcu i nasz samochód jako ostatni
dostaje polecenie wjazdu na rampę. Po chwili wszyscy spotykamy się na górnych pokładach i patrzymy jak
wybierają cumy i jak prom odbija od nabrzeża. Podziwiamy widoki na port, okoliczne wyspy, zwiedzane wczoraj
Stare Miasto i inne dzielnice Tallina. Brzeg szybko się oddala, zaczyna się monotonia widoku pełnego morza, ale
już pojawiła się na horyzoncie ciemna kreska brzegów Finlandii.
Tam gdzie noc nas nie zaskoczy
Po 2,5 godzinnym rejsie dobijamy do nabrzeża Helsinek. Gucio zarządza dwugodzinne zwiedzanie. Autobus
zostawiamy na parkingu przed bazą promową i idziemy wzdłuż nabrzeży w kierunku niedalekiego centrum. Nie
napotykamy tam zbyt wielu zabytkowych obiektów do obejrzenia. Najbardziej interesująca jest monumentalna
budowla katedry protestanckiej ustawiona na skalnym wzgórzu. Styl wystroju jej wnętrza bardzo się różni od
tego, co dobrze znamy z zabytkowych świątyń katolickich. Pod katedrą znajdują się wykute w skale rozległe
pomieszczenia, a w nich między innymi kawiarenka. Idąc dalej napotykamy kilka szacownych pomników,
między innymi jednego z rosyjskich carów. Jak wszędzie stanowią one ulubiony cel licznych tu mew i gołębi. Na
szerokim zadrzewionym deptaku urządzono galerię groteski - stoją tam w szeregu odlane z brązu figury mające
wyobrażać jakieś księżne, a może damy dworu. Ciekawostkę stanowi bazar-warzywniak ulokowany przy
nabrzeżu w reprezentacyjnym punkcie miasta. Stragany wyglądają tak jak u nas, ale ceny ziemniaków
i marchewki są tu skandynawskie. Kolejne podgrupy wracają do autobusu, trwa ożywiona wymiana wrażeń,
palacze oczywiście intensywnie wykorzystują ostatnie chwile postoju. Wreszcie ruszamy w dalszą drogę na
północ. Ulice kolejnej już stolicy są oznakowane, jak to w Skandynawii, po prostu rewelacyjnie. Bezproblemowo
opuszczamy Helsinki i jedziemy autostradą E75 na północ w kierunku Lahti i dalej na Jyvaskyla,
razem około 350 km. Robi się późno, dzisiejszy limit czasu jazdy został już prawie wyczerpany, pora na nocleg.
4 z 15
Skręcamy na podrzędną szosę koło miejscowości Konginkangas i szczęście znowu nam dopisuje, bo wkrótce
znajdujemy w lesie wystarczająco dogodne miejsce na biwak. Jest to krótka droga gruntowa prowadząca do
jakiejś nieużywanej obecnie drewutni, obok której znajdujemy kawałek w miarę równego, porośniętego trawą
terenu. Jest dosyć ciasno, dochodzi nawet do żartobliwej dyskusji, kto komu ma śledzia wbić w podłogę
namiotu. Ostatecznie miejsca jakoś wystarcza dla wszystkich a także na samochód z przyczepą. Kilkadziesiąt
metrów od biwaku {62,80389 N; 25,90916 E, (przyp. red.)} mamy kamienisty brzeg pięknego dużego
jeziora. Pomimo deficytu snu tradycyjnie już odbywa się wieczorna biesiada, dająca między innymi okazję do
podsumowania dotychczasowych wrażeń i do dyskusji o dalszych planach. Zapada kolejna biała noc i gwar
obozowy z wolna cichnie.
(27.06) Rano pobudka, tym razem o ludzkiej porze, i wkrótce wyruszamy drogą E75, wciąż w kierunku
północnym. Trasa prowadzi przez piękne lasy, co chwilę widać mniejsze i większe jeziora. Ruch jest mały,
z rzadka mijamy stacje benzynowe i niewielkie miejscowości. Już w drodze zapada decyzja, że jedziemy
nieprzerwanie do samych fiordów, co oznacza, że mamy dziś do zrobienia ok. 900 kilometrów. Nasi
kierowcy podejmują się tego dokonać. Marek, który jako jedyny zna zawiłości przepisów posługiwania się
tachografem, mówi nam, kiedy i jak długie przerwy powinniśmy robić. W mieście Oulu zbliżamy się do Zatoki
Botnickiej i dalej jedziemy wzdłuż jej brzegu. Dojeżdżamy do fińskiego miasta Tornio, leżącego na północnym
krańcu Bałtyku, u ujścia rzeki granicznej o tej samej nazwie. Jedziemy dalej na północ drogą E08
i z ciekawością obserwujemy dużą rzekę widoczną co jakiś czas po lewej stronie. Wszyscy w napięciu
wyczekują Koła Podbiegunowego. Ktoś wszczyna przedwczesny alarm, samochód staje w polu, uczestnicy
ochoczo
ustawiają
się
do
pamiątkowej
fotografii.
Pilot
jednak
ogłasza
oficjalne
dementi,
do
Koła
Podbiegunowego jest jeszcze kilkanaście kilometrów. Po krótkiej jeździe widzimy elegancki parking, dużą
błękitną tablicę {66,55388 N; 23,86425 E, (przyp. red.)} z napisem Artic Circle, obok drewniany budynek
sklepu i restauracji, a opodal kilka drewnianych domków do wynajęcia. Tym razem nie ma już żadnych
wątpliwości. Robimy sobie pamiątkowe foto-trofea, raczymy się kawą, w sklepie bardzo przerzedzamy zapas
fińskich antykomarowych kapeluszy z rozwijaną siatką. Już wiemy, że będziemy mieli okazję dokładnie
przetestować przydatność tego sprzętu, ponieważ forpoczty komarów atakują nas zawzięcie nawet tutaj, we
względnie cywilizowanym miejscu. Droga przed nami jest jeszcze bardzo daleka, trzeba ruszać. Jedziemy już od
wielu godzin, wciąż dalej i dalej na północ. Kierowcy się zmieniają według znanego Markowi tajemniczego
klucza. W międzyczasie szata roślinna uległa wyraźnym zmianom. Mijamy niewysokie sosnowe lasy
rozlokowane na przemian z rozległymi połaciami podmokłych, krzewiastych gąszczy. Widzimy coraz
więcej mokradeł porośniętych jakimiś niskimi krzewinkami, a w pobliżu pojedynczych domów i
niewielkich miejscowości są również pola i łąki uprawne. Po drodze przejeżdżamy przez wiele mostów
nad dopływami Tornio, a potem Muonio. Co jakiś czas napotykamy dodatkową atrakcję - spacerujące po
asfalcie renifery. Nie czują lęku przed pojazdami i w niektórych miejscach po prostu bezceremonialnie blokują
ruch. Prawdopodobnie szukają na drodze wytchnienia przed dręczącymi je w zaroślach chmarami owadów,
jednak roje krwiożerczych komarów są tu wszędzie. Przy jednym z parkingów znajdujemy punkt widokowy na
piękny przełom rzeki Muonio i oglądamy z góry imponujące bystrze zakwalifikowane do kategorii IV.
Miejsce to nosi nazwę Äijäkoski {67,90490 N; 23,60597 E, (przyp. red.)}. Wielkość fali, głośny szum wody
i strome skalne brzegi na wszystkich robią wrażenie, niektórym miny nieco rzedną, są jednak i tacy, co
z miejsca deklarują gotowość spłynięcia tędy. Oczywiście wywiązuje się fachowa dyskusja na temat taktyki
pokonania tego bystrza. Niestety, z powodów obiektywnych nie będzie nam dane spróbować tutaj sił, bowiem
trasa spływu nie obejmie tego odcinka. Mijają kolejne godziny podróży, teoretycznie jest już późna noc,
5 z 15
a w praktyce kierowców razi jaskrawe słońce świecące teraz od strony północnej. Już wcześniej popularność
zdobyło czyjeś powiedzonko "noc nas tutaj nie zaskoczy", mamy teraz pełne potwierdzenie jego trafności.
Góry, morze i kajaki
Od jakiegoś czasu teren stawał się coraz bardziej pagórkowaty, wreszcie z któregoś z wyższych wzniesień
dostrzegamy na horyzoncie potężny łańcuch skalistych, częściowo ośnieżonych gór - tam jest
Norwegia. Autobus wspina się coraz wyżej, w pobliżu miejscowości Kilpisjäarvi przejeżdżamy przez nikogo
nie pilnowane przejście graniczne {69,11173 N; 20,74964 E, (przyp. red.)}. Wkrótce droga zaczyna
prowadzić wśród skalnych zboczy. Po minięciu przełęczy, dosyć krętą i stromą szosą zjeżdżamy w dół by
niedługo zobaczyć upragniony fiord i leżącą nad nim małą miejscowość Skibotn - nasz dzisiejszy cel
{69,39180 N; 20,26589 E, (przyp. red.)}. Jeszcze krótkie poszukiwania pola namiotowego i wreszcie mamy
upragniony koniec jazdy. Podróż w ciasnym autobusie trwała około 18 godzin, ale warto było podjąć ten
wysiłek bo cel jednak został osiągnięty. Na dłuższą chwilę milkną rozmowy. Wszyscy oglądają zapierający dech
widok na gładką taflę wody, w której odbijają się znajdujące się ze wszystkich stron fiordu potężne góry, na
bliskie oraz odległe zbocza i na oświetlone słońcem szczyty z białymi pasmami zalegającego śniegu, na
ściekające z tych śniegów potoki i wodospady. Zmęczenie robi swoje. Szybko rozstawiamy namioty i na kilka
godzin zapadamy w głęboki sen.
(28.06.) Wstajemy o 9-tej. Miejscowość Skibotn leży nad fiordem Lyngen, około 300 km na północ od koła
podbiegunowego. Słynny Cape Nord, czyli jeden z krańców Europy, znajduje się o 300 km na północny
wschód. Do znanego Polakom Narviku można stąd dojechać pokonując odległość 230 km drogą prowadzącą na
południowy zachód. Fiord Lyngen w pobliżu naszego obozu ma szerokość około 5 km. Stopniowo poszerzający
się akwen prowadzi stąd niemal wprost na północ do połączenia z odległym o ponad 70 km Morzem
Północnym. Niedaleko od Skibotn ma początek wcinająca się pomiędzy góry zatoka Storfjorden, o długości
ponad 20 km i szeroka na 2-3 km. Cały fiord jest otoczony wysokimi górami, których skalne zbocza
w niektórych miejscach stromo schodzą do samego lustra wody. Większą część brzegu stanowi jednak wąska
kamienista plaża, znacznie poszerzająca się w czasie odpływu. Wzdłuż brzegów fiordu, u podnóża gór,
poprowadzona jest szosa. Równego terenu jest tu niewiele i nieliczne takie miejsca zajęte są przez zabudowania
i inne obiekty. Terenów rolnych nie widać tutaj wcale.
Nasza Beata zna norweski, prowadzi więc negocjacje z właścicielem kampingu. Ostatecznie cena za namioty
i za saunę jest zaskakująco niska jak na znaną z drożyzny Norwegię. Po śniadaniu, około 11-tej, wodujemy
kajaki i wyruszamy w kierunku zatoki Storfjorden. Od chwili naszego przyjazdu nastąpiła dość radykalna
zmiana pogody. Teraz od północy wieje wiatr o sile około 4 stopni. Przez góry przelewają się sino ołowiane
chmury, które napływają od strony morza, co chwilę zasłaniając okoliczne szczyty. Od czasu do czasu kapie
z nich słaby, przelotny deszcz. Upału tu wprawdzie nie ma, ale na szczęście nie jest też zimno. Temperatura
powietrza wynosi około 18oC, temperatura wody 12oC. Wszystkich zachwycają wspaniałe, monumentalne
widoki surowej przyrody, duża woda, wysokie góry i przelewające się między nimi chmury. Płyniemy na razie
z wiatrem. Fala wprawdzie jest dość wysoka, ale nie załamuje się. Ochlapujące pokłady kajaków bryzgi wody
nie stanowią dla nas większego zagrożenia, mamy przecież fartuchy. W pięciu Prijonach fartuchy nie są
oryginalne, zostały one uszyte przed wyjazdem i przechodzą teraz test. Okazuje się, że są trochę za luźne i od
czasu do czasu trzeba wylewać zbierającą się na tkaninie wodę. W sumie jednak warunki są całkiem znośne,
w gorszej sytuacji jest tylko Beata płynąca na jedynce, ale i ona znakomicie sobie radzi. Po przepłynięciu około
dwóch kilometrów robimy pierwszy krótki popas na kamienistym cyplu pod wysokim zboczem stanowiącym
6 z 15
znakomity punkt widokowy {69,38570 N; 20,18379 E, (przyp. red.)}. Okazuje się, że nasi nowicjusze są
jednak trochę speszeni wielkością akwenu i falą. Dwie załogi uznają, że już wystarczająco popróbowały
pływania w morskim żywiole i postanawiają zawrócić do obozu. Pozostali płyną dalej. Zaczynająca się w tym
miejscu zatoka Storfjorden skręca nieco na południe i ma około 2,5 km szerokości. Nie ma to wpływu na
wielkość fali, ponieważ kierunek wiatru układa się oczywiście wzdłuż doliny pomiędzy zboczami gór. Po około
8 km załogi dobijają do kamienistego brzegu na kolejny postój {69,32460 N; 20,01360 E, przed kempingiem
w Horsnes (przyp. red.)}. Jedyna męska załoga, czyli Wojtek i Czarek, są w tym czasie dość daleko z przodu.
Mają ochotę obejrzeć z bliska odległy jeszcze o jakieś 2 km, wyjątkowo piękny wodospad spadający po
stromym zboczu wysokiej góry. Widząc jednak, że pozostali zrobili postój, decydują się zawrócić. Gdy
wszyscy są znowu razem, Gucio przezornie zarządza odwrót. Droga powrotna okazuje się znacznie trudniejsza
do pokonania. Warunki stopniowo pogarszają się, teraz przychodzi nam płynąć pod wiatr i naprzeciwko fali,
co wymaga o wiele więcej wysiłku. Temperatura obniża się, przelotny deszczyk zmienia się w ciągłą zacinającą
mżawkę, wilgoć wciska się pod ubrania przez co robi się znacznie chłodniej. Dodatkowo zaskakuje nas tutejszy
układ prądów. Jest odpływ, płyniemy w kierunku morza, teoretycznie prądy powinny nam sprzyjać,
a tymczasem jest akurat odwrotnie - płyniemy wyraźnie pod prąd, prawdopodobnie powodowany przez
wymuszone wiatrem ruchy przypowierzchniowych warstw wody. Tym razem wszystkie załogi płyną w pobliżu
brzegu, nasz szyk mocno się rozciąga. Docieramy do obozu. Pierwszym udaje się jeszcze swobodnie przepłynąć
przez wyłaniającą się z wody przybrzeżną mieliznę. Odpływ jednak zabiera wodę z fiordu na tyle szybko,
że kolejne załogi natrafiają w tym samym miejscu na rozległy plac grząskiego, pokrytego wodorostami błota
i zmuszone są przeciągać przez nie kajaki. Ostatni lądują w małym rybackim porcie, około 200m od obozu.
Wiktor mierzy temperaturę powietrza - termometr wskazuje teraz 13oC.
Nadszedł czas zasłużonego relaksu i odpoczynku. Oczywiście najpierw trzeba nałożyć suche ciuchy, potem
ciepła herbata i łyk czegoś mocniejszego. Jeszcze szybki biwakowy obiad, a po nim czas na zajęcia
w podgrupach. Dla każdego jest coś miłego, do wyboru: sauna, biesiadowanie, integracja z innymi
mieszkańcami kampingu, długi spacer kamienistymi brzegami fiordu. Dzień znowu jakoś nie chce się skończyć.
Jednak wszystko wokół zwolna wycisza się, współmieszkańcy kampingu znikli w swoich domkach, ustał ruch na
pobliskiej drodze, nawet wiatr znowu całkiem ucichł. Ostatecznie i my musimy uwierzyć naszym zegarkom, tym
bardziej, że mamy niemałe zaległości snu po wczorajszym autobusowym maratonie.
Rzeki Muonio i Tornio
(29.06.) Pożegnaliśmy fiord Lyngen i nasz kamping w Skibotn, wracamy teraz w kierunku znanego już nam
przejścia granicznego. Bus wspina się stromą drogą na przełęcz,. Nareszcie jesteśmy porządnie wypoczęci
i z zaciekawieniem obserwujemy mijaną górską okolicę. W głębokim wąwozie z prawej spływa w kierunku fiordu
duży rwący potok. Zasila go woda mniejszych strumieni spływających po stromych skalnych ścianach ze
śniegów i lodowców zalegających znacznie wyżej. Widać liczne wodospady. W końcu przejeżdżamy przełęcz.
Teraz mijamy połacie śniegu leżące tuż obok drogi, która zaczyna prowadzić w dół i wkrótce przez nie
pilnowaną granicę wjeżdżamy na teren Finlandii. Najwyższe partie gór zostają za nami, a z prawej strony
widzimy w oddali rozciągnięte na wiele kilometrów, gładkie lustro wody. Są to początki rzeki Muonio, która
w swoim górnym biegu przepływa przez kilka podgórskich jezior i nosi tu nazwę Könkämäeno (lap.
Geaggáneatnu). Niżej, przed miejscowością Karresuvanto (lap. Gárasavvon) po przyjęciu lewego dopływu
Lätäseno (lap. Leahttáseatnu) , wypływającego spod najwyższych w Finlandii gór, rzeka zmienia nazwę
(414 km rzekami od Zat. Bornickiej) na Muonionjoki (lap. Rádjeeatnu), a jeszcze niżej (181 km rzekami
od Zat. Botnickiej) wpada do płynącej z terytorium Szwecji rzeki Tornionjoki. Rzeki Könkämäeno,
7 z 15
Muonio i Tornio wytyczają granicę pomiędzy Finlandią i Szwecją. Łączna długość tej granicy wynosi 520 km,
a różnica poziomów to 473 m.
Naszym obecnym celem jest środkowy i dolny bieg Muonio, czyli odcinek o długości około 220 km
pomiędzy Kaaresuvanto, a jej ujściem do Tornio. Tam będziemy sobie wybierać fragmenty rzeki dogodne
do spłynięcia. Spadek rzeki na tym odcinku wynosi około 190 m. Jest tam wiele bystrzy o kategoriach
od I do IV i one właśnie nas najbardziej nęcą. Droga E 08 w wielu miejscach przebiega blisko rzeki, co też jest
bardzo ważnym czynnikiem przy wyborze odcinków do spłynięcia. O tej porze roku, na przełomie czerwca
i lipca, dzięki wciąż trwającemu w górach topnieniu resztek śniegu, zarówno Muonio jak i łącząca się
z nią Tornio, utrzymują stany wody średnie lub średnio-wysokie. Najwyższe stany wody są na tych
rzekach notowane podczas głównych roztopów górskich śniegów, mających miejsce na przełomie maja
i czerwca. Później, podczas spływu, w wielu miejscach będziemy napotykać ślady niedawnej wysokiej fali.
Najniższa woda na tych rzekach, poza miesiącami zimowymi, występuje w sierpniu i we wrześniu.
Teraz musimy jeszcze przejechać około 150 km do upatrzonego wcześniej leśnego biwakowiska w pobliżu małej
miejscowości o oryginalnej nazwie Kuttanen (lap. Guhttás), które stanowić będzie przez kilka najbliższych dni
naszą bazę wypadową. Zakładamy obóz w sosnowym lesie nad szerokim rozlewiskiem rzeki (372,5 km
rzekami od Zat. Botnickiej), w sąsiedztwie dużego przydrożnego parkingu {68,34973 N; 22,89625 E,
(przyp. red.)}. Mamy znakomite dojście do wody oraz przepiękny widok z piaszczystej skarpy na
rozlewisko i wpadające do niego duże bystrze Ollisonkoski o trudności ww III. Od strony bystrza cały
czas dochodzi do obozu głośny szum wody. Mamy też tutaj niezbędne zaplecze sanitarne, czyli elegancki
parkingowy kibelek i kontenery na śmieci. Wprawdzie nie zapytaliśmy nikogo o zgodę na pobyt w tym miejscu,
ale na tym pustkowiu nie ma kogo zapytać, a najbliższe domy są o kilka kilometrów stąd. Blisko namiotów
ustawiamy naszego busa i przyczepę. Miejsce jest po prostu idealne, mamy tu tylko "malutki problem",
występujący jednak ogromnych ilościach. Mowa oczywiście o komarach, których o tej porze roku w Laponii
wszędzie jest pełno. Jednak tutejsza ich populacje z pewnością należy do najbardziej licznych i zajadłych.
Uradowane niespodziewanym przybyciem świeżych ofiar z miejsca przypuszczają atak i rzucają się na nas
z prawdziwa furią. Otoczeni przez wściekle bzyczącą chmurę kąsających nas owadów, gorączkowo wyciągamy
przygotowaną zapobiegliwie odzież ochronną, różne woalki, kapelusze z siatkami, pojawia się kominiarka służb
specjalnych, a nawet jakiś ślubny welon. Zwłaszcza nasze Panie rozpoczynają prawdziwą rewię lapońskiej
mody. Pojawiają się także godne opatentowania konstrukcje stanowiące kombinację dużego plażowego
parasola i sypialnianej moskitiery - oba te tak przydatne przedmioty można zakupić za grosze w naszych
supermarketach. Wkrótce sytuacja zostaje opanowana i wszyscy, poza najbardziej "uczulonymi", jakoś
przyzwyczajamy się do bzykającego towarzystwa. Najodważniejsi zażywają nawet hartujących kąpieli w rzece.
Nie ma problemu, trzeba tylko bardzo szybko rozebrać się i błyskawicznie zanurzyć w lodowatej wodzie, komary
przecież nie umieją nurkować.
(30.06.) Dziś wyruszamy na pierwszy etap pływania rzecznego. Po uzgodnieniu z kierowcą miejsca
i orientacyjnej godziny spotkania w pobliżu miejscowości Sonkamuotka, wodujemy kajaki i wyruszamy
z naszego biwakowiska. Według posiadanego przewodnika, na 38 km trasie czeka nas 13 jedynek, 7 dwójek
i 3 trójki {to są stopnie trudności ww, (przyp. red.)}. Nieźle jak na początek. Wiemy już jak duża jest ta
rzeka i wszyscy są tym trochę stremowani. Tylko nowicjusze nie mają na razie pojęcia o tym, co ich wkrótce
czeka. Z analizy mapki wynika, że na tym odcinku szerokość rzeki będzie wynosiła około 200m, a na
spokojnych płaniach nawet do 500m. Szerokość na bystrzach będzie od około 100m do 200m. Wywrotka na tak
dużej rzece może oznaczać spore kłopoty z dotarciem do brzegu, a woda jest bardzo zimna. Na wszelki
wypadek zakładamy więc na siebie neoprenowe pianki, tym chętniej, że dzień wcale nie jest upalny. Gucio
8 z 15
zarządza krótką odprawę przed odpłynięciem, ustala kolejność i przypomina podstawowe zasady zachowania się
na takiej wodzie.
W końcu ruszamy, Gucio z Magdą w załodze prowadzą, Wojtek z Czarkiem płyną na końcu jako czerwona
latarnia i karawaniarze. Są uzbrojeni w rzutkę, linę i dodatkowe kapoki.
Przepływamy kilkaset metrów spokojnego rozlewiska słysząc narastający huk wody, po czym kolejne kajaki
porywa nurt pierwszego na tym spływie bystrza Jalonpola - na razie to tylko dwójka. Prąd wciąga nas w jakąś
kipiel, bryzgi zalewają oczy, kajakami wściekle miotają wielkie stojące fale, które wymierzają nam ciosy na
wysokości klatki piersiowej, a niektórym obrywa się od tych fal również po twarzy. Takie właśnie powitanie
sprawia nam ta rzeka, wymusza zapewne w ten sposób należny jej respekt i szacunek. Fale są wszędzie
dookoła, nie da się ich wyminąć. Wszystko, co można zrobić to za żadną cenę nie pozwolić na przewrócenie
kajaka. Siadamy niżej, zapieramy się kolanami o burty, używając wiosła staramy się zapobiec nagłym
przechyłom. Omijamy wystające kamienie oraz miejsca, gdzie pod powierzchnią czają się skały. Przeszkody te
powodują czasem powstawanie nasyconych drobnymi bąbelkami powietrza, seledynowych wirów, które są
nazywane przez starych kajakarskich wygów "rzadką wodą". Zanurzasz w te bąbelki wiosło, robisz normalne
pociągnięcie i nagle czujesz dużo mniejszy opór niż zwykle. Manewr nie wychodzi należycie i jeszcze w dodatku
łatwo wtedy stracić równowagę. Wpływasz w coś takiego i twój kajak nagle zanurza się o wiele bardziej, bo tak
to sobie kiedyś wymyślił niejaki Archimedes. Albo też kajak sam wykonuje w takim wirze jakiś dziwny,
niekontrolowany skręt. Na dokładkę takie miejsca często zauważasz w ostatniej chwili, kiedy nic już nie da się
zrobić żeby ich uniknąć. Ale nie poddajemy się, walka trwa i nagle to wodne rodeo kończy się. Bystrze nie było
zbyt długie, znowu jesteśmy na spokojnej wodzie rozlewiska. Sprawdzamy, czy wszyscy są i ulga, bo nikogo nie
brakuje. Są nasi nowicjusze, jest także Beata płynąca na jedynce. Mamy chwilę czasu na wylanie litrów wody
zbierającej się w zbyt luźnych fartuchach. Krótka wymiana wrażeń w ramach załogi i z tymi, którzy są
w zasięgu głosu.
Szum bystrza oddala się, ale już słychać zbliżający się pomruk kolejnego. Według mapki jest to tylko
jedynka, ale nie jest ona dużo łatwiejsza w porównaniu do przebytej właśnie dwójki. Tyle, że tym razem już nie
jesteśmy zaskoczeni, wiemy, czego się spodziewać i to kolejne starcie z rzeką przebiega spokojniej.
Zbliża się kolejna jedynka, pokonujemy ją podobnie jak poprzednią.
Teraz przed nami dwukilometrowy fragment spokojnej rzeki, ale dalej mają być trójki. Jest czas, żeby spokojnie
się rozejrzeć. Woda w rzece jest bardzo przejrzysta, na głębokości około 1,5 do 2m, widać dno usłane dużymi
głazami. Są również miejsca znacznie głębsze. Brzegi przeważnie są kamieniste i dość wysokie, gdzieniegdzie
mijamy wynurzające się z wody niewielkie skały. Na brzegach rośnie trawa i karłowate krzaki, w wielu
miejscach dochodzi do nich niewysoki sosnowy las.
Dopływamy do półtorakilometrowego odcinka rzeki z aż trzema bystrzami kategorii III. Słychać już z oddali
łoskot wody i trema wraca. Widać rozwidlenie rzeki a na nim pierwszy uskok. Spływamy bystrzem wśród skał,
wybierając lewą, większą odnogę. Chwila względnego spokoju na szerokim łuku i zaczyna się długie bystrze
Ylinen Tapokoski z dużą stojącą falą. Prowadzi ono prosto na sterczące z wody skały. Uciekamy przed nimi w
kierunku lewego brzegu i zaraz znowu miotają nami fale kolejnego bystrza, tym razem skręcającego w prawo.
Za chwilę wszyscy się odnajdują poniżej, na kolejnej spokojnej płani. Aż miło popatrzeć na rozradowane
kajakarskie twarze. Pomimo realnego zagrożenia wszyscy odnajdują w takim pływaniu niesamowitą frajdę.
Dotyczy to także naszych nowicjuszy, którzy właśnie, na oczach pozostałych, przestali być nowicjuszami.
Mamy kilkaset metrów względnego spokoju, ale wkrótce bierze nas w obroty kolejna trójka Alainen
Tapokoski. Tym razem mamy przepłynąć gwałtowne bystrze w długiej na ponad półtora kilometra prostej
rynnie o szerokości około 100m. Pokonujemy je, a potem również kilka następnych przewężeń i uskoków z
9 z 15
interwałami spokojniejszej wody. Na początek dwójkę Petäjäkoski, później dwie jedynki, wreszcie przy ujściu
lewego dopływu Palojoki (lap. Bálojohka) w miejscowości Palojoensuu (lap Bálojohnjálbmi) kolejną
dwójkę Paloniva. Potem jeszcze tylko dwójka Pingisniva oraz jedynka Luohiniva, na końcu której na fińskim
brzegu widzimy jakiś drewniany niski domek i wygodne wyjście na brzeg {68,24953 N; 23,13427 E, (przyp.
red.)}. Zatrzymujemy się tutaj na odpoczynek (355,5 km). Okazuje się, że jest to jedno ze słynnych
skandynawskich schronisk przetrwania. W domku można się schować przed deszczem i wiatrem, jest miejsce
na ogień, leży przygotowane suche drewno. Dzień mamy raczej chłodny, więc tym bardziej ochoczo korzystamy
z gościnności tego miejsca. Rozpalamy ognisko, w ruch idą termosy, w nich kawa i herbata z "duszą". Popas się
przedłuża,
mimo
że
komary
i
tutaj
nie
próżnują.
Trwa
ożywiona
wymiana
wrażeń,
cieszymy
się
z dotychczasowych sukcesów.
Pora jednak ruszać dalej. Przepływamy kolejne bystrza przeplatane odcinkami spokojnej rzeki. {Na początek są
dwie jedynki: krótka Pahtaniva, za nią przy wyspie nieco dłuższa Järämäniva. Później jest długie bystrze
Ylinen Hirvaskoski zaczynające się od jedynki i kończące się dwójką i nieco niżej krótka trójka Alainen
Hirvaskoski. Później jest około siedmiu kilometrów dość spokojnego nurtu, po których jest ostatnia tego dnia
seria bystrz zaczynających się od jedynki Santoniva poprzez krótką, ale bardzo gwałtowną trójkę Kelokurkkio
oraz dwójkę Jalonpolankoski i kończących się krótka jedynką przy wyspie Palsarinsaari kończącego się
ciekawym układem bystrz (przyp. red.)}. Jesteśmy w wiosce Sonkamuotka (335 km) i dostrzegamy nasz
umowny znak, biało-czerwoną flagę wywieszoną przez Józka na nadbrzeżnych krzakach. Wysiadamy, układamy
kajaki na brzegu, gdzie zaczekają na nas do jutra. Samochód czeka na pobliskiej drodze. Teraz już tylko powrót
do bazy. Przed nami kolejny wieczór w naszym Komarowie.
(01.07.) Na dziś zaplanowaliśmy spłynięcie następnym odcinkiem rzeki z Sonkamuotki (335 km) do
miasteczka Muonio (301 km).
Tym
razem
jednak
zaczyna
się pechowo.
Gdy
już
mamy
odjeżdżać,
samochód nagle odmawia
posłuszeństwa. Coś nawaliło w układach elektronicznych alarmu, który nagle zaczął wyć uniemożliwiając
jednocześnie uruchomienie silnika. I tak to się zaczęło. Najpierw trzeba wyłączyć tą wściekłą syrenę. Odłączamy
akumulator, a to dalej wyje, bo ma jakieś odrębne zasilanie. Józek przypomina sobie o specjalnym maleńkim
kluczyku do wyłączania tej syreny. Za chwilę kluczyk wypada mu z ręki i znika gdzieś w zakamarkach karoserii
przedziału silnika. Wpadł w jakąś dziurę i nie możemy go wydobyć, a alarm nadal wyje jak wściekły. W końcu
nerwowo odłączamy jakieś kolejne przewody i wreszcie ucichło. Dobrze, tylko co dalej? Kluczyk w końcu
wydobywamy, ale syrena już i tak nie wyje, a silnika nadal nie można uruchomić. Jesteśmy het za Kołem
Podbiegunowym. Do najbliższej większej miejscowości mamy jakieś 30 km, do miasteczka Muonio około 70 km,
do większego miasta kilkaset. Holowanie nie wchodzi w grę, wezwanie tutejszej pomocy drogowej będzie nas
kosztować majątek. Sprawa nie wygląda różowo, trzeba spróbować poradzić sobie samemu. Nikt z nas nie zna
się na elektronice samochodowej, więc najpierw telefonujemy do szefa firmy przewozowej. Rozmowa jest
zwięzła i konkretna: "jest tak i tak, co mamy robić?" Obiecuje dowiedzieć się u elektryka i oddzwonić.
Faktycznie, gdzieś po pół godzinie jest telefon: mamy znaleźć pod deską rozdzielczą małą czarną skrzynkę
oznakowaną jako "master", odciąć dwa czarne przewody, zewrzeć je razem i powinno być OK. Wydaje się to
wykonalne. We trzech, może czterech bierzemy się szparko do dzieła. Reszta kryje się w namiotach przed wciąż
trwającymi atakami komarów. Kierownictwo brygady naprawczej obejmuje Marek, który nie tylko jest kierowcą
zawodowym, ale ma również sporo doświadczenia w radzeniu sobie z nietypowymi naprawami w polowych
warunkach. Już sam demontaż deski rozdzielczej okazuje się problemem, w dodatku brakuje odpowiednich
narzędzi. Rekwirujemy w obozie wszystkie scyzoryki, pilniczki, nożyczki i inne metalowe przedmioty. W końcu
deska rozdzielcza daje się unieść i Marek zaczyna wydobywać kolejne czarne skrzynki - jedna, druga, następna,
10 z 15
jeszcze jedna i w końcu jest!! Widzimy małe czarne pudełko z odchodzącym pękiem przewodów. Wśród nich są
dwa czarne, które Marek odcina i zwiera ich końcówki. Próba odpalenia silnika - i nic. Zaraz, zaraz - a gdzie ten
znak "MASTER"??? To chyba jednak nie była ta skrzynka! Grzebiemy dalej, w końcu jest "master"r1;!! Teraz to
na pewno ta. Odcinamy dwa czarne przewody, zwieramy końcówki, te poprzednio odcięte łączymy tak jak było,
próba odpalenia silnika, i tu miłe zaskoczenie - zadziałał! A jednak udało się, hura!!! Teraz już tylko powkładać
na miejsce wszystkie czarne skrzynki, poprzykręcać, poupychać wiszące przewody, zamontować deskę
rozdzielczą. W końcu jesteśmy gotowi do jazdy, zajęło nam to tylko nieco ponad 4 godziny. Nie wszyscy
uczestnicy zdają sobie sprawę z tego, co nam groziło. Gdyby nie spokój i opanowanie Marka, to tym razem
mogła nas tu jednak noc zaskoczyć. I to nie jakaś zwykła noc, tylko noc polarna. Naprawa zajęła nam sporo
czasu i jest już dość późno,. Krótka narada i postanawiamy pomimo wszystko przepłynąć kolejny etap.
Jedziemy do pozostawionych wczoraj na brzegu kajaków. Umawiamy się z Józkiem w miejscowości Muonio.
Spływ przebiega podobnie jak wczoraj, tym razem jednak pokonujemy kolejne bystrza niemalże rutynowo. Tuż
po starcie z Sonkamuotki jest długa jedynka zakończona krótką dwójką, za którą rzeka rozlewa się
szeroko tworząc archipelag wysp przed miejscowością Kätkäsuvanto i przez następnych 10 km płynie
spokojnie aż do serii trzech bystrz: Noijanpolankoski (ww III), Ylinen Visantakoski i Alanen
Visantakoski (oba ww II), po którym rzeka rozlewa się bardzo odcinając od szwedzkiego brzegu wielką
wyspę Isosaari. Na fińskim brzegu u stop wzgórza położone jest Ylli-Muonio (315 km).
Ze względu na spóźnioną porę, komandor decyduje się skrócić dzisiejszy etap. Lądujemy w Ylli-Muonio
i dzwonimy do Józka. Brakuje nam dokładnej mapy drogowej, co powoduje pewne trudności, jednak w końcu
nasz bus pojawia się. Sprawnie ładujemy kajaki i wracamy do Komarowa na nocleg.
(02.07) Trzeci etap na rzece Muonio wytyczamy powyżej naszego obozowiska. Jedziemy busem do
Kaaresuvanto (lap. Gárasavvon), skąd zaczynamy dzisiejszy odcinek spływu (398 km). Zakończenie
planujemy w naszym obozie. Długość odcinka wynosi około 26 km, na trasie zaznaczonych jest 5 jedynek, 3
dwójki (przed półmetkiem etapu i są to: Jänkäkoski, Vääräniva i Pitkäniva) i 4 trójki (pod koniec etapu, z
czego pierwsze trzy ułożone są w serial Kuttaisenkurkkio o długości 1,5 km, a ostatnie przed biwakiem to
Ollisonkoski).
Gucio ze względu na jakieś dolegliwości tym razem nie płynie. Prowadzenie przejmuje Wojtek z Magdą w
załodze, czerwoną latarnią są dzisiaj Jędrek i Jola. Wszyscy nabrali już wprawy i dlatego etap przebiega bardzo
sprawnie. Oczywiście na trójkach i na co groźniejszych dwójkach znowu nie brakuje emocji. Na przykład, na
jednym z pokonywanych bystrz nagle pojawia się przed nami skalny próg, przegradzający większą część koryta.
Skała jest częściowo ukryta pod przelewającą się przez nią wodą i wcześniej nie była widoczna. Zauważamy ją
niemal w ostatniej chwili, błyskawiczna decyzja, zwrot i jak najszybciej uciekamy ukosem pod prąd na lewą
stronę koryta, gdzie jest nieco głębiej. Trzeba przyznać, że po dwóch poprzednich dniach cała grupa oswoiła się
z rzeką. Teraz już się delektujemy pływaniem na bystrzach, czekamy na nie, narzekamy, że jest ich zbyt mało.
Pokonujemy ostatnią długą na ponad kilometr, prostą, ale bardzo wzburzoną trójkę Ollisonkoski i wpływamy
na spokojne rozlewisko koło naszego obozu. Widać naszą skarpę i namioty wśród sosen (372,5 km). Bardzo
przyjemne było to dzisiejsze pływanie i przy całkiem dobrej pogodzie. Tylko komary dziś atakowały szczególnie
zajadle i kąsały nas nawet na środku rzeki.
(03.07.) Dziś rano ostatecznie opuściliśmy nasze Komarowo i przenosimy się nad Tornio. Bardzo dobre było
tamte miejsce. Pomimo uciążliwego towarzystwa. czuliśmy się w naszym sosnowym lasku jak u siebie w domu.
Teraz jedziemy wzdłuż rzeki szukając innego miejsca na biwak. Wiele razy zatrzymujemy się, penetrujemy
11 z 15
teren i nie możemy znaleźć nic odpowiedniego. Tu za daleko do wody, tu wprawdzie bliżej, ale nie ma
dostępnego brzegu, tam znowu droga prowadzi do prywatnej posesji. W końcu zatrzymujemy się na
kampingu (158 km) w maleńkiej miejscowości Kallioniemi {67,00164 N; 23,77479 E, (przyp. red.)}.
Miejsce na namioty mamy na łączce blisko rzeki. O dziwo, nie ma tu komarów, pojawia się za to inny problem.
Świeci ostre słońce i zrobił się upał, nawet do 32oC w cieniu, a tymczasem łączka jest zupełnie łysa.
Zaskakująca sytuacja, smażymy się tu jak na patelni będąc wciąż jeszcze dość daleko na północ od Kręgu
Polarnego. Mamy tu różne atrakcje. Jest opalana drewnem sauna, którą oczywiście okupują nasze panie.
W lasku na terenie kampingu jest niewielki ogrodzony wybieg dla dwóch przesympatycznych reniferów.
Podziwiamy świetny widok na szeroką w tym miejscu rzekę. Na skraju pola namiotowego stoi wielki, biesiadny
wigwam z folii. Później, w czasie deszczu, przyjdzie nam jeszcze z niego skorzystać.
(04.07.) Pierwszy etap na Tornio rozpoczynamy w górze rzeki, w pobliżu miejsca (180,5 km), gdzie wpada
do niej znana już nam Muonio {67,17917 N; 23,55647 E, (przyp. red.)}. Jest tam na wzgórzu świetny punkt
widokowy, skąd można zobaczyć wyjątkowo malownicze połączenie obu rzek. Robimy zdjęcia i podziwiamy
urodę krajobrazu. W miejscu tym jest bystrze trójka (Alannen Lapeakoski), ale kajaki musimy zwodować
nieco poniżej. Etap liczy sobie około 23km. Tym razem na trasie pokonujemy na początku tylko dwa
ciekawsze bystrza (Jaapakoski o długości 1200m i Hietasenkoski o długosci 800m), według przewodnika
oznakowane jako dwójki. Kilka innych przyspieszeń nurtu nie robi już na nas wrażenia. Rzeka jest duża, jej
szerokość waha się pomiędzy 300 a 500m. Po kilku godzinach spokojnego płynięcia osiągamy nasz kamping
(158 km). Podczas popołudniowej imprezy odbywa się uroczysty kajakarski chrzest naszej juniorki Magdy.
(05.07.) Robimy kolejny etap, tym razem od obozu do odległego o 25km miasteczka Pello. Dzisiejszy odcinek
jest najspokojniejszy z dotychczasowych. Na trasie napotykamy tylko kilka niezbyt gwałtownych przyspieszeń
nurtu, który w wielu miejscach jest spowolniony i trzeba sporo napracować się przy wiosłowaniu. Kajaki
pozostawiamy w Pello (133 km), w przybrzeżnej trawie i wracamy busem na kamping.
(06.07.) Dzisiaj mamy już ostatni dzień spływu - niestety. Rano pakujemy się, zwijamy namioty, ładujemy
rzeczy do busa i żegnamy gościnny kamping, ponieważ po przepłynięciu trasy już nie będziemy tutaj wracać.
Jedziemy do Pello. Kajaki oczywiście czekają spokojnie tam gdzie je poprzedniego dnia zostawiliśmy. Wcześniej
cały nasz obóz również zostawialiśmy w lesie tylko pod strażą komarów. Możliwość spokojnego pozostawienia
bez opieki samochodu, kajaków czy nawet całego obozu stanowi wielki plus wyjazdów do Skandynawii.
Czujemy się tutaj bezpiecznie i jesteśmy znacznie bardziej mobilni, nie troszcząc się o pilnowanie dobytku.
Robimy jeszcze ostatnie ustalenia z kierowcą i ruszamy na 32 km trasę. Wiemy, że dzisiaj nie będziemy się
nudzić.
Rzeczywiście, po kilku dość spokojnych kilometrach dopływamy do bystrza Puruskoski (127 km) oznaczonego
w przewodniku jako trójka. Jest ono dość krótkie, ale gwałtowne. Oprócz dużej stojącej fali przeszkodę
stanowią tutaj przegradzające koryto skalne progi, częściowo pochowane tuż pod powierzchnią. Za tymi
progami czyhają na nas spienione wiry i "rzadka woda". Wszystkim udaje się bezpiecznie spłynąć, chociaż
niektórzy mogą mówić o szczęściu, bo nie uniknęli bezpośredniego kontaktu z tymi skałkami. Poniżej jest
szeroka na 800m płań spokojnej wody, a dalej następne gwałtowne bystrze Hirvaskoski (125,5 km),
stanowczo nie docenione w przewodniku, bo oznaczone tylko jako dwójka. Tymczasem zostajemy tam
wciągnięci przez nurt w kolejną spienioną i najeżoną skałkami kipiel, podobnie jak w następną na długim
12 z 15
bystrzu Valkeakoski (124 km). Pokonujemy i tą przeszkodę, podobnie jak kilka następnych, w tym (119 km)
Ylinen Korpiokoski (jedynka) i zaraz następne Alanen Korpiokoski (dwójka).
Według opisu w przewodniku pokonaliśmy tego dnia trójkę, cztery dwójki i kilka jedynek. Niby niewiele, jednak
tym razem na kilku bystrzach naprawdę nie było łatwo. W dodatku sama wielkość rzeki wymusza respekt,
nawet u tych najbardziej doświadczonych. Oni mają pełną świadomość zagrożenia, jakie mogłaby stanowić tutaj
wywrotka. Przy tej szerokości i głębokości rzeki oraz sile jej nurtu, samodzielne wydostanie się na brzeg
mogłoby być trudne, a woda jest zimna. Płyniemy jednak w grupie i w razie czego można liczyć na pomoc.
Pokonywane bystrza są przemieszane z nieraz kilkukilometrowej długości odcinkami spokojnie płynącej wody.
W końcu widzimy Józka, samochód i przyczepę. Okazuje się, że znalazł on dogodny dojazd do brzegu (100,5
km), dokładnie na samym Kręgu Polarnym {66,55411 N; 23,86084 E, (przyp. red.)}. Trudno o lepszy
wybór, zakończenie staje się dzięki temu prawdziwie symboliczne.
Robimy kolejne foto-pamiątki. Korzystamy z okazji, żeby uhonorować Marka kajakarskim chrztem. Uroczystość
jest przeprowadzona w trybie przyspieszonym, bo czas nagli, jednak, który kajakarz może się pochwalić
przyjęciem chrztu w takim miejscu? Po spakowaniu samochodu i przyczepy podjeżdżamy jeszcze na kawę do
znanego już nam pobliskiego sklepu.
Czas powrotu
Ruszamy w drogę powrotną do Polski. Na razie mamy do przejechania ostatnie 90 km na terenie
Finlandii, do miasta granicznego Tornio. Tam z mostu ostatni raz patrzymy na naszą rzekę. Część miasta
leżąca na szwedzkim brzegu nosi inną nazwę Haparanda. Fakt przekroczenia granicy wynika tylko z mapy
i
z
niewyróżniających
się
tablic
informacyjnych.
Przejazd
jest
swobodny,
nie
ma
żadnej
kontroli.
W międzyczasie nastąpiło załamanie pogody, jest chłodno i deszczowo. Jedziemy w kierunku południowo
zachodnim, wzdłuż wybrzeża Zatoki Botnickiej, drogą E4. Co jakiś czas można podziwiać widoki na spowite
mgłami bałtyckie archipelagi. Mijamy jedno z nielicznych tutaj większych miast - jest to Umea. Zbliża się
wieczór i pora zatroszczyć się o nocleg. Nie ma z tym żadnego problemu, bo po drodze mijamy co jakiś czas
kampingi, których jest tu sporo. Zatrzymujemy się na jednym z nich. Mają wolne tylko dwa nieduże domki i jest
w nich za mało miejsca dla wszystkich. W końcu sześć osób zajmuje jeden z tych domków, a reszta grupy
rozstawia w deszczu własne namioty.
(07.07.) Rano szybko zbieramy się w drogę. Dzisiaj mamy przed sobą bardzo długą i męczącą trasę. Pogoda
nie dopisuje, często padają deszcze. Trudy podróży w ciasnym busie rekompensują nam wspaniałe widoki,
zwłaszcza na licznie mijane bałtyckie zatoki oraz na wyspy archipelagów. Zbliżamy się do Sundswall, gdzie
teren staje się górzysty. Po drodze widać nawet konstrukcję skoczni narciarskiej na zboczu jednej z gór,
sąsiadującej blisko z morską zatoką. Pierwotny plan zakładał nocleg w Uppsali, jednak docieramy tam zbyt
późno i oba kampingi są już zamknięte. Sytuacja nie jest przyjemna, ale cóż robić. Ruszamy dalej i w efekcie
dojeżdżamy aż do jednego z kampingów Sztokholmu. W porozumieniu z ochroniarzem, który okazuje się
Polakiem pracującym tu sezonowo, zostawiamy busa na ulicy za bramą i przenosimy najbardziej niezbędne
rzeczy na teren pola namiotowego. Jesteśmy wymęczeni, ale nareszcie mamy tą wielogodzinną jazdę za sobą
i zaraz po rozstawieniu namiotów wszyscy już śpimy.
(08.07.) Plusem wczorajszej bardzo przedłużonej i męczącej podróży jest to, że mamy dziś więcej czasu na
zwiedzenie Sztokholmu. W pobliżu kampingu jest stacja metra, wobec czego nie musimy tym razem
angażować kierowcy ani samochodu. Wyruszamy w podgrupach na całodzienne zwiedzanie starej części miasta.
Poszczególne trasy zwiedzania układają się raczej przypadkowo, niemniej do najbardziej wartych obejrzenia
miejsc trafiają wszyscy. Na trasie jest wyspa Gamla Stan z pałacem królewskim i innymi zabytkowymi
13 z 15
budowlami, starymi kamienicami oraz z ciekawym układem placów, uliczek i wąskich zaułków.
Obserwujemy uroczystą zmianę warty w wydaniu szwedzkiej gwardii królewskiej. Zaglądamy do kilku bogatych
kościołów. Przeciskamy się uliczkami tak wąskimi, że nawet parasol trzeba złożyć. Wszyscy spacerują
nadbrzeżnymi bulwarami, przekraczają kolejne mosty. Trafiamy na plac, gdzie odbywa się właśnie koncert
rockowy i pokazy mody. Część placu zastawiona jest posterami z wystawą fotografiki. Przechodzimy przez
niewielki park, gdzie wystawiono dużą kolekcję niezwykle pięknych, barwnych ujęć zwierząt z całego świata. Nie
omijamy też nabrzeża starych żaglowców przy bulwarze Strandvagen. Trafiamy na wyspę muzeów, gdzie
czeka na zwiedzających wydobyty z dna i zrekonstruowany okręt flagowy Waza. Jest tam jeszcze kilka innych
interesujących muzeów. Można odbyć długi spacer po bardzo ciekawym skansenie. Na chętnych czekają
również atrakcje tutejszego Lunaparku. Pod wieczór spotykamy się na kampingu. Niektórym jednak jest wciąż
mało tych wrażeń i ruszają na drugą turę zwiedzania Sztokholmu, tym razem nocą.
(09.07.) Dzisiaj odpływamy do Gdańska. Mamy dużo czasu do popołudnia, nie musimy się spieszyć z
pakowaniem. Opuszczamy kamping i jedziemy do Nynashamn. Tam mamy około dwóch godzin czasu, który
spędzamy spacerując po nabrzeżach pobliskich przystani jachtowych. W końcu nadchodzi pora odprawy,
zabieramy z busa swoje torby podróżne i idziemy zaokrętować się na promie. Prom odpływa punktualnie,
oglądamy oddalające się nabrzeża portu, przystanie jachtów i miasto rozlokowane na skalnych wzgórzach.
Podziwiamy widok na okoliczny archipelag. Do zobaczenia, Skandynawio! Potem brzegi oddalają się, zwolna
nikną w oddali, zaczyna się monotonia pełnego morza.
Na promie mamy zakwaterowanie w turystycznych kabinach. Spotykamy się w barze na odkrytym
pokładzie, gdzie można dostać piwo i kiełbasę z grilla. Dominuje język polski, jest gwarnie i swojsko. Część
ekipy umawia się na dancing i balują potem wesoło do białego rana.
(10.07.) Prom punktualnie zawija do Nowego Portu. Schodzimy na ląd i po szybkiej odprawie ładujemy się do
busa. Ostatnia krótka jazda i zaraz jesteśmy w klubowej bazie Wodniaka. Szybki rozładunek, ostatnie wspólne
zdjęcia. Każdy organizuje sobie jakiś transport do domu, za chwilę zaczną się pożegnania.
To już naprawdę koniec podróży, podczas której zatoczyliśmy wielką pętlę po krajach północy. Każdy dzień był
wypełniony wrażeniami, przygodami, często również okupiony niewygodami i przemęczeniem. Wróciliśmy
bogatsi o mnóstwo wspaniałych przeżyć, z całkiem nowymi doświadczeniami. Dla niektórych była to okazja do
pierwszego spotkania ze Skandynawią. Zwiedziliśmy piękne miasta. Zobaczyliśmy niewidziane przedtem krainy.
Byliśmy za Kręgiem Polarnym. Przeżyliśmy emocje pływania po ekscytujących wodach.
Statystyka wyprawy
* Spędziliśmy w podróży 17 dni i 6 godzin.
* Przejechaliśmy busem 4800km na terenie 7 państw.
* Odbyliśmy 2 rejsy promami (Tallin-Helsinki i Nynashamn-Gdańsk).
* Zakładaliśmy i zwijaliśmy obóz łącznie 9 razy.
* Odwiedziliśmy 4 stolice - Rygę, Tallin, Helsinki, Sztokholm.
* Jeżdżąc po szosach Laponii oraz spacerując po tamtejszych lasach i torfowiskach napotkaliśmy około 50
reniferów i 2 łosie.
* Spędziliśmy 7 dni pływając kajakami - 1 etap na fiordzie Lyngen i 6 etapów na rzekach Muonio i Tornio.
* Łącznie przepłynęliśmy około 185 km, w tym około 20km po wodach fiordu i 165km po rzekach.
* Do dyspozycji mieliśmy 8 kajaków, w tym 2 Prijony Capri II, 5 Prijonów Excursion i jedynkę Corsica.
14 z 15
Załogi
Gucio i Magda - Gucio był komandorem, a oprócz tego pomysłodawcą i głównym organizatorem wyprawy.
Tylko sobie znanymi sposobami uzyskał dla wyprawy odpowiedni sprzęt pływający. Na poszczególnych etapach
płynął jako przewodnik wskazując drogę innym. Magda była najmłodszym uczestnikiem i kajakarską
debiutantką. Otrzymała zaszczytne zadanie opiekowania się na trasie naszą biało-czerwoną banderą.
Beata "Mała" - Tylko ona znała szwedzki i norweski, pełniła więc funkcję tłumacza wyprawy, zwłaszcza
podczas negocjacji opłat kampingowych. Płynęła w jedynce wykazując się odwagą i godnymi podziwu
umiejętnościami kajakarskimi.
Wiktor i Stasia - Wiktor uczestniczył w przygotowaniach. Podczas wyprawy wspierał komandora radą i swoimi
zdolnościami mediacyjnymi. Razem stanowili mocną załogę z długim stażem wspólnego pływania.
Marek i Joasia - Marek ochotniczo objął funkcję drugiego kierowcy wspomagając tym realizację pełnego planu
wyprawy. Również on, dzięki zimnej krwi i uporowi sprawił, że w Komarowie na dalekim północnym odludziu
udało nam się wyjść z opresji wywołanej awarią autoalarmu. Jako załoga radzili sobie świetnie, pomimo że
oboje dopiero zdobywali doświadczenie.
Olek i Beata - Olek odpowiadał za pakowanie i właściwe zabezpieczenie ładunku na przyczepie, co było
niełatwą i pracochłonną funkcją. Urokiem osobistym i opiekuńczością podbił serca całej żeńskiej części
wyprawy. Ta załoga również dopiero zdobywała wodniackie doświadczenie, poradzili sobie jednak znakomicie.
Andrzej i Grażyna - Andrzej uczestniczył w ostatniej fazie przygotowań. Na wyprawie nieco samozwańczo
przejął obowiązki "kaowca". Grażyna z racji zajmowanego w busie miejsca została asystentką pilota pilnując, by
wszystkie mapy były zawsze pod ręką. Na wodzie stanowili bardzo zgraną i dzielną załogę.
Jędrek i Jola - Jędrek, jako kajakarz z dużym doświadczeniem nabytym na wielu akwenach w kraju i za
granicą, stanowił mocny punkt ekipy. Wspólnie z Jolą radzili sobie wyśmienicie. Obserwując tą załogę, można
było nabrać przekonania, że te wszystkie dwójki i trójki na trasie wcale nie były takie straszne, na jakie
wyglądały.
Wojtek i Czarek - Wojtek był pomysłodawcą "zahaczenia o Norwegię", pomagał w organizacji. Pełnił funkcję
pilota, doradzał komandorowi w sprawach organizacyjno technicznych. Na etapach płynął jako czerwona
latarnia, w razie potrzeby zastępował Gucia jako przewodnik. Czarek z racji zawodu był odpowiedzialny za
pierwszą pomoc medyczną.
Józek - Był naszym pierwszym kierowcą. Tylko on podczas wyprawy był w pracy. Zamiast pływać odwoził nas
na start etapów i odbierał z miejsc zakończenia. Czas wolny poświęcał wędkowaniu, i to nie bez rezultatów.
Relację spisał Wojtek inspirowany między innymi notatkami sporządzonymi przez Beatę "Małą" oraz
korzystając z map, przewodników i informacji internetowych.
Innym kolorem czcionki zaznaczono redakcyjne wtręty, które zaburzają nieco tok narracji, ale stanowią
uszczegółowienie nawigacyjnego opisu trasy. Niech autor redakcji wybaczy.
15 z 15