Kategoria 4 Teksty 1-4

Transkrypt

Kategoria 4 Teksty 1-4
Konkurs Pięknego Czytania
Bratysława, 23 kwietnia 2016 r.
Kategoria IV – Szkoły ponadgimnazjalne
Tekst 1
Antoni Libera: „Madame”
Zająwszy mój ulubiony kącik przy tylnych drzwiach autobusu, stanąwszy tam, jak
zwykle, plecami w kierunku jazdy (by nie mieć przed oczami tłoczących się pasażerów), lecz
– przez tylną szybę – perspektywę ulicy), zacząłem porządkować w głowie wyniesione łupy.
Rzecz, która wyszła na końcu wizyty w dziekanacie – że ktoś z roku Madame, ktoś,
kto z nią razem studiował, jest prawie na pewno synem mojego Alpinisty – przyćmiła w
znacznym stopniu pozostałe trofea, jak data urodzenia czy tytuł dysertacji. Czymże bowiem
były owe suche, urzędowe dane wobec soczystej wiedzy czerpanej prosto z życia, jaką z
pewnością posiadał pan Jerzy Bonawentura, do którego wspaniałomyślny los otwierał mi oto
drogę? W najlepszym razie – namiastką.
Tak, ale otwarta droga do bogatego źródła – to tylko dana mi szansa. Trudno przecież
założyć, że syn pana Konstantego na samo moje nazwisko albo na sam mój widok zacznie jak
nakręcony mówić, co wie o Madame. To trzeba dopiero wywołać. No właśnie, ale jak?
Przecież nie zapytaniem wprost! – Że znów będę musiał coś grać, to było dla mnie jasne. Na
razie jednak świtało mi nawet, jaka to będzie komedia. Jedyne, co wiedziałem, to że początek
akcji wiedzie przez Alpinistę.
Wieczorem, po kolacji, gdy rodzice w stołowym słuchali „Wolnej Europy”,
wyniosłem stamtąd telefon (że niby nie chcę przeszkadzać), podłączyłem go w swoim pokoju
i zamknąwszy za sobą wszelkie możliwe drzwi, wykręciłem numer do Pana Konstantego.
- Dzwonię dzisiaj do pana w nietypowej sprawie – przystąpiłem do rzeczy po
wymianie wstępnych grzeczności.
- Słucham, w czym mogę ci pomóc?
Nawet jeszcze w tej chwili nie miałem jasności, jakie wybrać „otwarcie”. Rozsądek
nakazywał, aby mimo wszystko upewnić się na początku, czy drogocenny doktor z wydziału
romanistyki rzeczywiście jest synem mojego rozmówcy. Poszedłem jednak na wariant nieco
śmielszy.
1
- Pan Jerzy dalej pracuje na uniwersytecie… - spytałem w oznajmującym trybie,
jakbym nawiązywał do czegoś, co było mi wiadome.
- Pan Jerzy? – powtórzył zdziwiony.
Struchlałem. Więc jednak nie! Cóż za fatalny traf!
- No, pana syn – wybąkałem, z trudem panując nad głosem.
- Ach, chodzi ci o Jerzyka! – Odetchnąłem z ulgą, a on kontynuował – Nazwałeś go
tak poważnie, że aż nie zrozumiałem, o kogo może ci chodzić. Oczywiście, uczy dalej w tej
szkółce.
- W szkółce? – znowu poczułem niepokój.
- No a czymże jest dzisiaj ten cały uniwersytet, jak nie najzwyklejszą freblówką? To
nawet nie gimnazjum! U n i w e r s y t e t to był przed wojną. A teraz… ech, szkoda gadać!
- Poważnie, tak niski jest poziom? – uderzyłem w ton troski.
- Mówię ci, szkoda słów.
- Dobrze, że mi pan to mówi, bo dzwonię poniekąd w tej sprawie. Jak pan, być może,
pamięta, kończę w tym roku szkołę i oto nadszedł czas wyboru kierunku studiów. Otóż myślę
ostatnio o filologii romańskiej. Ale mam wątpliwości. Waham się, krótko mówiąc. Przyszło
mi więc do głowy, że pan Jerzyk – wprowadziłem skwapliwie poznane przed chwilą
zdrobnienie – jak wykładowca, a zwłaszcza jako absolwent tego słynnego wydziału, mógłby
mi służyć radą. Sądzi pan, że jest to możliwe?
- Rzekłbym, że nawet wskazane – powiedział sardonicznie.
- To świetnie. Z góry dziękuję. Tylko jeszcze jedno… - zawiesiłem głos.
- Tak?
- Prosiłbym o dyskrecję. Zwłaszcza wobec rodziców. Moje humanistyczne mrzonki
szalenie ich denerwują. Chcieliby, żebym zdawał na jakiś wydział „ścisły”.
- Po prawdzie, mają rację.
- Wiem, że pan z nimi trzyma, niemniej bardzo bym prosił…
- Zgoda, nie powiem im. Uprzedzam cię jednak lojalnie, że zrobię, co w mojej mocy,
aby cię Jerzyk zniechęcił. Zresztą, nie będę musiał specjalnie się wysilać. I tak to zrobi, beze
mnie. Ma jak najgorszą opinię o całym tym interesie.
- Wysłucham jego zdania z największą uwagą. I wezmę sobie to do serca. Sądzę, że
ważną rolę w podjęciu przeze mnie decyzji mogą odegrać wspomnienia z okresu jego
studiów. To dla mnie bardzo ważne, poniekąd decydujące. A zatem, kiedy i gdzie?
2
- Jerzyk w następną niedzielę przychodzi do mnie na obiad. Przyjdź, powiedzmy, o
piątej. Będzie do twej dyspozycji.
- Dziękuję. Do zobaczenia – odłożyłem słuchawkę i wyczerpany opadłem na łóżko.
3
Kategoria IV – Szkoły ponadgimnazjalne
Tekst 2: Rafał Kosik - "Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi"
Szkoła, w której straszy
Nika pobiegła na górę, rozejrzała się i otworzyła zamek. Na strychu było... jakoś inaczej niż
zwykle. Wzdrygnęła się z zimna i naciągnęła sweter na dłonie. Była już przecież późna jesień.
Można się było tego spodziewać - strych nie był ogrzewany. Chwilę później, już przeglądając
szafę przypomniała sobie, że gdy szła do szkoły było dosyć ciepło. Wzruszyła ramionami
i wyciągnęła ręcznik oraz dwie książki. Trzecia, najmniejsza, gdzieś się zawieruszyła
i dziewczyna musiała uklęknąć, by zajrzeć w najdalsze zakamarki. Chciała już stąd wyjść czuła się dziwnie, jakby ktoś ją obserwował. Wreszcie znalazła książkę wetkniętą w sam
koniec dolnej półki.
Gdy zeszła z drewnianych schodków, pewien szczegół przykuł jej uwagę - szkielet stał
w innym miejscu... Potem zauważyła coś, co sprawiło, że serce na moment przestało jej bić.
Szkielet stał sam, bez pomocy stojaka. Dobrze pamiętała grzechoczące kości, połączone
drucikami, które bujały się luźno, gdy na początku roku szkolnego Felix przestawiał stojak.
Szkielet bez podparcia nie miał prawa utrzymać pozycji pionowej.
Stała oniemiała dłuższą chwilę, gdy nagle szkielet wolno uniósł rękę i wykonał gruchoczący
krok w jej kierunku. Upuściła książki. Wrzasnęła i rzuciła się w kierunku wyjścia. Słyszała za
plecami klekot kości. Nie oglądając się, wypadła na schody, zatrzaskując za sobą drzwi.
Zbiegła na parter i zdyszana zatrzymała się dopiero w hallu. Schylona, przez kilka sekund
próbowała złapać oddech. Poprawiła nerwowo włosy, które opadały jej na twarz i uniosła
głowę. Przed nią stał Ruben i gapił się na nią bezmyślnie. W porównaniu z Niką był wielki
jak góra. Patrzyli na siebie dłuższą chwilę, po czym chłopak zrobił jeszcze głupszą minę niż
zazwyczaj, zmierzył ją wzrokiem z góry do dołu i powiedział:
- Dobrze, że masz takie buty.
Potem odwrócił się i odszedł swoim kaczkowatym krokiem. Felix z Netem przyglądali się
całej sytuacji, stojąc przy sklepiku. Podeszli do rozdygotanej Niki.
- Dlaczego tak biegłaś? - zapytał Felix.
- To było straszne! - wykrztusiła. - Ten szkielet, na strychu...
- Znów cię prześladuje? Przestawiłem go dalej od naszej kwatery.
- On... próbował mnie złapać.
4
Chłopcy popatrzyli na nią podejrzliwie.
- Ciekawe, czy doktor Jamnik już przyjmuje? - zastanowił się Net, patrząc na zegarek.
- Lepiej nie - powiedział Felix. - Wykryje u niej rozdwojenie osobowości, a potem przepisze
aspirynę i witaminę C.
- Mówię poważnie! - prawie krzyknęła Nika i zerknęła przez ramię na schody, jakby bała się,
że szkielet zejdzie za nią aż tu.
Felix spojrzał na nią spod przymrużonych powiek.
- Jak konkretnie chciał cię złapać?
- Wyciągnął rękę i zrobił dwa kroki - powiedziała dziewczyna, naśladując ten ruch.
Popatrzyła na chłopców i opadły jej ramiona. - Wy mi nie wierzycie...
- Widzieliśmy tylko, jak zaczepiał cię Ruben - stwierdził Net. - Szkieletu to on nie
przypomina. Powiedziałbym, że wprost przeciwnie.
- Nie zaczepiał mnie - odparła. - Gapił się tylko i powiedział, że mam dobre buty. Zapewne
chodziło mu o to, że w pantoflach bym zleciała ze schodów.
- Ruben to przygas. - Net machnął ręką.- Ma pół mózgu. O wszystkim i tak decyduje
Marcel... A właściwie... dlaczego ty zawsze chodzisz w tych martensach?
- Lubię je... - Wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok.
Felix zmarszczył czoło.
- Miał bardzo głupią minę - powiedział.
- Zawsze taką ma. Może pielęgniarka go upuściła, jak się urodził? - zastanowił się Net. Dawno temu w szpitalach robili tak, że po urodzeniu matce zabierali dziecko. I oddawali
dopiero, jak wychodziła do domu.
- Straszne... - wzdrygnął się Felix. - Jak tak sami je nosili, to co jakiś czas któreś im upadało...
- Przestańcie! - wrzasnęła Nika, aż połowa dzieci w hallu się odwróciła.
Chłopcy dopiero teraz zdecydowali się traktować poważnie jej słowa.
- Chodźmy na górę, zobaczymy - zaproponował Felix.
5
- Nie! - zaprotestowała. - Nie wejdę tam nigdy w życiu!
- Więc nie sprawdzimy, czy miałaś rację.
- Idźcie sami - powiedziała znacznie ciszej. - Bezpański szkielet buszujący po strychu rzuci
wam się w oczy.
Chłopcy wzruszyli ramionami i zostawili Nikę w hallu. Podśmiewając się z dziewczyńskich
strachów, zaczęli wchodzić po stopniach. Gdy został im już tylko ostatni bieg schodów,
zaczęli iść wolniej. Z każdym kolejnym stopniem ich nastrój ulegał zmianie. Gdy stanęli
wreszcie przed drzwiami na strych, nie mieli już chęci na żarty. Co innego wyśmiewać się ze
szkieletu, stojąc w ruchliwym hallu, a co innego, gdy ma się zaraz ten szkielet zobaczyć.
- Wchodzimy razem - powiedział Felix.
- A jakby co, razem uciekamy - dodał Net.
- OK.
6
Kategoria IV – Szkoły ponadgimnazjalne
Tekst 3
Magda Papuzińska – „Wszystko jest możliwe”
Moja mama mówi, że wszystko jest możliwe. Wiem, że to nieprawda , ale lubię, kiedy
ona tak mówi. Uśmiecha się przy tym i ten uśmiech jest naprawdę wesoły.
Bo mama tak mówi ku pokrzepieniu. Ma na myśli, że mogą się zdarzyć różne dobre
rzeczy. Ja właściwie wiem, że równie dobrze mogą się zdarzyć rzeczy złe, ale ten jej uśmiech
sprawia, że zapominam o tym.
Kiedy zostaję sam, wtedy mogę siedzieć, patrzeć i myśleć. Rzadko bywam sam.
Mama wszystko zorganizowała tak, żeby stale ktoś przy mnie był. Rano jesteśmy we
czwórkę. Mama, Paweł, mój starszy brat, i Agnieszka, moja siostra bliźniaczka. Oni jedzą
śniadanie, a mama mnie karmi, więc można powiedzieć, że też jem śniadanie. Chociaż to nie
jest dobre określenie, bo przecież nie jem sam, chociaż jem. Jestem karmiony. Większość
czasowników mogę stosować do siebie tylko w stronie biernej. To mnie martwi, bo niektóre
w stronie biernej znaczą zupełnie co innego niż mam na myśli. Nie mogę powiedzieć, że
jestem jedzony, bo wszyscy zrozumieliby to tak, że moja rodzina rzuca się na mnie i pożera
mnie na śniadanie. Brakuje mi takiej formy gramatycznej, której mógłbym tu użyć. Jem, a
jednocześnie nie jem, bo przecież jedzenie nie polega tylko na pochłanianiu pokarmu, ale
również na nakładaniu na talerz, krojeniu chleba, smarowaniu masłem, przenoszeniu do ust
przy pomocy rąk, gryzieniu.
To wszystko robi za mnie mama. Oprócz gryzienia oczywiście. Nie gryzę, nie jestem
gryziony i nikt tego za mnie nie robi. Mama wlewa we mnie różne zmiksowane albo przetarte
przez sitko papki, tak że gryzienie staje się zbędne.
No więc śniadanie jest we mnie wlewane.
Potem oni we trójkę wychodzą z domu i przez jakiś czas – niedługi – jestem sam,
dopóki nie przyjdzie pani Krysia, która sprząta mieszkanie. Nasze mieszkanie nie jest duże,
ma dwa małe pokoje, trzeci większy, kuchnię i łazienkę. (…)
(…) pani Krysia ustawia mnie przy oknie i wychodzi. Kiedyś ustawiała mnie przed
włączonym telewizorem, ale teraz jest lepiej, bo wolę patrzeć przez okno. Mieszkamy na
parterze, za oknem jest trawnik, piaskownica i ławki. Siadają na nich różne mamy, a ich
dzieci biegają w kółko jak szalone po trawniku albo biją się w piaskownicy i wrzeszczą.
Dalej jest szkoła z boiskiem, a z boku biegnie ulica. (…)
Siedzę tak i patrzę przez okno, i wtedy uliczką przyjeżdża pan Jurek białym
maluchem, macha do mnie z dołu i wbiega po schodach w swoim granatowym dresie z
napisem POLSKA. Pan Jurek jest dziarski, pełen entuzjazmu i wigoru. Podnosi mnie do góry,
kładzie na specjalnym łóżku, przypina do różnych pasków i próbuje rozruszać.
- No, chłopcze – mówi do mnie – podnieś prawą rękę do góry. I podnosi moją prawa rękę do
góry.
7
Pan Jurek przychodzi do mnie codziennie z wyjątkiem sobót i niedziel. Zawsze
wychodząc powtarza:
- Świetnie, świetnie, coraz lepiej – chociaż dobrze wiemy, że nic się nie zmienia, że to ciągle
on podnosi moją rękę, nogę, palec, mnie całego.
Potem wracają Agnieszka i Paweł. Widzę przez okno, jak wyfruwają ze szkoły z
gromadą innych dzieciaków, biegną przez trawnik, wpadają do klatki. Słyszę trzaskanie
drzwiami i kłótnię, kto dzisiaj będzie się mną zajmował. (…)
Z dwojga złego wolę, kiedy zajmuje się mną Agnieszka. Ona przynajmniej jest
estetką i przed wlaniem we mnie obiadu zawiązuje mi na szyi śliniak, a po jedzeniu wyciera
mi usta serwetką. (…)
Mama wraca najpóźniej. Najczęściej uśmiecha się i opowiada, co jej się zdarzyło.
Wtedy jest mi dobrze. Czasami jest bardzo zmęczona i zła, i nic nie mówi. Wszystko jest
możliwe.
Jeśli nie jest bardzo zmęczona, to wieczorem czyta mi książki na głos. Bardzo lubię jej
słuchać. Umiem sam czytać, tylko nie potrafię przewracać kartek.
Czytać nauczył mnie tata, kiedy jeszcze był z nami. Nie wiedział, że nauczył mnie
czytać. Może dlatego odszedł. Nie rozumiał mnie. Tylko mama rozumie. Mówiła mu, że
nauczył mnie czytać, ale nie wierzył jej. Myślę, że trochę nie chciał wierzyć. Nie chciał
oczekiwać po mnie niczego, oprócz tego, że umrę. A ja żyłem i żyłem. Nie spełniłem jego
oczekiwań, więc odszedł. (…)
Nie mam mu tego za złe. Nie dlatego, żebym był szczególnie wyrozumiały albo
święty. Nie. Uważam, że zrobił dobrze, bo zamieniał swoje życie w piekło, a przy okazji
życie mamy, Pawła i Agnieszki.
(…)
Odejście taty uczciliśmy milczeniem na ten temat. Milczenie trwa do dzisiaj, czyli już
czwarty rok. Mam wrażenie, że Agnieszka i Paweł widują się z nim, ale nigdy o tym nie
opowiadają przy mnie. Nie z nadmiaru delikatności. Chyba mają mi za złe, że tata odszedł.
(…)
Przez okno zobaczyłem wracającego Pawła. Szedł powoli, ciężko człapiąc i wpatrując
się w chodnik. Zobaczyłem też ją, Mariannę. (…) Wybiegła przez furtkę w ogrodzeniu
boiska, rozejrzała się i lekko jak motyl pofrunęła w kierunku Pawła. Dogoniła go i szła tuż za
nim, naśladując jego ponury chód. Zatrzymał się i odwrócił, wtedy uśmiechnęła się bardzo
ładnie i powiedziała coś, on wzruszył ramionami, kręcąc głową.
Zrobiła taką minę, jakby mówiła, żeby się nie przejmował, nawet machnęła ręką.
Paweł ciągle kręcił głową i pokazywał na nasze okno, pokazywał na mnie, bo ja siedziałem w
tym oknie, gapiąc się na nich. Rozmawiali jeszcze przez chwilę, a potem ramię w ramię
ruszyli do naszej klatki. (…)
Paweł przekręcił klucz i weszli do przedpokoju.
- Co mu jest? – zapytała Marianna szeptem.
- Nie wiadomo właściwie – odparł Paweł, nie starając się ściszyć głosu. – To znaczy,
ja nie wiem. Jest taki od urodzenia. Mówili, że umrze, ale wciąż żyje.
- Jak to, nie wiesz?
- Nie wiem. Nie pytałem i nikt mi nie powiedział. On był zawsze. Jak roślina w
doniczce. Trzeba podlewać, a ona rośnie. I tyle.
8
- Czy on słyszy, co mówimy?
- Mama mówi, że słyszy. Ale ja nie wiem. Nawet jeśli słyszy, to co z tego?
- I rozumie?
- Nie wiem. Nic mnie to nie obchodzi.
9
Kategoria IV – Szkoły ponagdimnazjalne
Tekst 4
Ewa Nowak – „Michał Jakiśtam”
Marysia pomogła jej sprawdzić w Internecie, jak dojechać do Muzeum Powstania
Warszawskiego. Potem wydrukowały opis.
Dojazd był banalny.
Edyta miała wrażenie, że w Warszawie wszędzie jest strasznie daleko, więc wzięła ze sobą
powieść Rybackiej. Nie miała zamiaru czytać od początku. Po prostu niektóre fragmenty
chciała sobie przeczytać jeszcze raz.
Gdy tramwaj dowiózł ją do ronda Daszyńskiego, wysiadła. Wyciągnęła kartkę z planem i bez
kłopotów trafiła.
Edyta weszła do pierwszej sali i od razu, od progu, podziałała na nią niezwykła atmosfera
tego miejsca.
Każda sala była równie ciekawa, każdy eksponat chwytał za serce. Edyta zakładała słuchawki
i słuchała wspomnień powstańców. Oglądała plakaty, broń, ubrania, czytała rozwieszone
wszędzie kartki z opisami każdego dnia powstania. Nawet mapa Polski sprzed drugiej wojny
światowej była jakaś inna — w szkole, gdy się o tym uczyli, nie wydawała się ciekawa, a
tu… wszystko było przesiąknięte atmosferą patriotyzmu i podniosłości — ale tej, której się
szuka, a nie tej nachalnej i propagandowej. Edyta miała wrażenie, jakby przeniosła się w
czasie.
„Czy to jest muzeum? Nie. To coś innego. Muzea są nudne i duszne, a tu… czas zatoczył
koło”.
Kiedy doszła do wysokich cembrowin i obejrzała wstrząsające filmy z okresu wojny, nie
mogła powstrzymać łez. Nie czuła się z tym głupio, bo wiele osób miało chustki przy oczach.
Gdy trochę się uspokoiła, wjechała windą na piętro i tam rozkleiła się już zupełnie. Nie
ukrywała łez, ale też nikt się jej nie przyglądał.
Kiedy weszła do kanału, nie mogła stamtąd wyjść, a sala, gdzie całą ścianę zajmowało
rodzinne zdjęcie Hansa Franka, kompletnie ją rozstroiła.
„Wygląda tak normalnie”.
Po sto razy widziała siebie, jak biegnie z opaską sanitariuszki, jak przenosi pocztę
powstańczą… Najdłużej stała w Sali, gdzie jedynym wystrojem były dziesiątki czarnobiałych zdjęć młodych twarzy. Uśmiechnięci chłopcy, niektórzy bardzo przystojni, a
dziewczyny – śliczne.
„Jestem prawie w ich wieku. Czy ja bym tak umiała?”
- Też myślisz, że ty byś tak nie umiała? – usłyszała głos koło siebie i automatycznie
odpowiedziała:
- Tak.
- A może wcale tak nie jest?
— Jak?
10
— No, może my, to znaczy nasze pokolenie, byłoby zdolne… gdyby było trzeba…
Edyta spuściła głowę i wyciągnęła z torebki chusteczkę. Otarła łzy.
— Ja jestem tchórzem.
— Oni na pewno też tak o sobie myśleli… Jesteś z Warszawy?
— Nie.
— Ja tak. — Zabrzmiało to bardzo dumnie. — Wiesz, głupio nie znać historii swojego miasta.
Mój pradziadek był powstańcem. Jestem Alek. — Wyciągnął do niej rękę.
— Edyta.
— Najgorsze są te kanały, nie?
— Dla mnie najgorsze są te dokumenty z ekshumacji. Aż miałam ciarki.
— A widziałeś łóżko z Majdanka?
— Brr…
— Jesteś tu pierwszy raz?
— Tak. A ty?
— Siódmy.
Edyta nic nie powiedziała.
— Oglądałaś już filmy?
— Próbowałam…
— Rozumiem. Ja też za pierwszym razem ryczałem. Dziś najbardziej podobała mi się makieta
warszawskiej ulicy. Za każdym razem widzę coś innego. Pokazać ci?
— Chętnie. Ja w ogóle nie zwróciłam na nią uwagi.
W zasadzie przeszli całe muzeum od początku. Alek sporo opowiadał. Pokazywał nawet na
planie, gdzie jego pradziadek był ranny, a potem usiedli obok siebie i wysłuchali strasznych
wspomnień kobiet, które po powstaniu były więzione.
Wyszli z muzeum w milczeniu.
— Dokąd jedziesz?
Edyta dopiero teraz dostrzegła, jak ten Alek się w nią wpatruje. Sprawiło jej to przyjemność.
— Chyba do domu.
— A może… Wiesz, bo mam taki pomysł, żebyśmy pojechali na Starówkę… Pokazałbym ci
pomnik Małego Powstańca i pomnik Powstania, co?
Edyta zawahała się.
„Czarek nie byłby zadowolony… Ale w końcu co to? Nie wolno mieć znajomych?”.
— Chętnie.
— Mogę ci wszystko pokazać w Warszawie.
(…)
Wracając do domu, Edyta rozmyślała:
„Jak można tu żyć? Wszędzie jest tak koszmarnie daleko. Nikt nikogo nie zna. I ten hałas…
Wszędzie tłumy ludzi. Całe przelewające się masy ludzkich istnień… koszmar. Za nic w
świecie bym tu z własnej woli nie zamieszkała. Muzeum było ciekawe, owszem, ale jak się
chce, można tu przecież po prostu przyjechać. Ojciec ma rację, że za żadne pieniądze nie
chciałby tutaj mieszkać. Alek chwali się, że jego rodzina od ponad stu lat mieszka w
Warszawie. Też coś! Z drugiej strony, umie tak opowiadać, że się słucha i słucha. Strasznie
się ucieszył, jak mu dałam numer telefonu. Ciekawe, czy zadzwoni?”.
11