Akcja III Most - Gimnazjum w Żabnie
Transkrypt
Akcja III Most - Gimnazjum w Żabnie
„Tam gdzie lasu sina ściana” (Akcja III Most) Dla mnie w dzieciństwie czerwiec zawsze pachniał sianem. Te kwartały łąk bliższe wsi Przybysławice, zwane Nowym Błoniem, chłopi kupowali na licytacji. Sołtys uzbrojony w kajet i kopiowy ołówek przechodził wzdłuż granicy łąk, obok niego jego sekretarz przydzielony z Rady Sołeckiej na tę okoliczność, wyposażony podobnie, a za nimi cała gromada chłopów chcących kupić plon z kwartału łąki. Patrzyli chłopi w dal, czy trawy równe. Lekki wiatr muskał je pieściwie i falowała łąka od brzegu do brzegu. Patrzyli chłopi w podbicie traw łąkowych, czy gęsto przerasta zielem szlachetnym, koniczyną soczystą, czy trawa w łodygach jeszcze miękka, nie zdrewniała, a wszystka zieleń jeszcze w fazie przed kwitnieniem. Skosić w czas kwitnienia, to zatrzymać leczniczość ziół. Wtedy pachnie miodem. Patrzyli chłopi, czy traw ostrych, gorzkich w nich nie ma. Po co ze żłobu od krów, zza drabinki od konia wyrzucać garście łodyg twardych jak wiklina, wiechcie trawy ostrej jak brzytwa, co kaleczy końskie chrapy? Po co ze żłobu wymiatać w podściółkę kruszyny zeschłej baśnicy gorzkiej jak piołun? Patrzył mój ojciec w podszycie łąki, szedł kilkadziesiąt kroków dalej, sprawdzał jakość traw i przystawał w oczekiwaniu, aż sołtys z grupą chłopów podejdzie do licytacji. Rzadko zdarzało się, że ktoś przebijał cenę, jaką zaproponował mój ojciec za dwa zbiory plonu łąki. Ale zdarzało się, że wczesną wiosną sołtys zapłacił w Kółku Rolniczym nawożenie łąk i trawy wybujały obficie, i cena wywoławcza też poszła w górę. Rezygnował mój ojciec z kupna i jechał do Swatów. Tak nazywaliśmy gospodarzy ze wsi podleśnych, którzy mieli rozległe łąki za rzeczką Kisieliną. Jechał do Jadownik Mokrych, na Śmietanę lub do wsi śródleśnej Pojawie. Kupował u Swata pierwszy pokos traw z hektara podmokłej łąki. Pas tych łąk o szerokości półtora kilometra od brzegu Kisieliny podchodził aż pod siną ścianę lasu. Rozciągał się od zabudowań Śmietany i Podwala do Jadownik Mokrych na długości czterech kilometrów. W tej jednorodnej przestrzeni odnaleźć dopiero co zakupiony hektar łąkowych traw było trudno. Najpierw trzeba było wjechać w odpowiednie koleiny odchodzące od drogi prowadzącej od wąskiego mostu na rzeczce w stronę sosnowych borów, a potem wypatrywać kawałka kija wbitego w ziemię z zawiązanym na nim wiechciem traw. Jak buńczuk tatarski. Taki znak pozwolił rozpoznać swoją połać łąki. Bywało i to niejednokrotnie, że nowy nabywca skosił kosiarką konną nie swój kwartał łąki. A jeszcze częściej czerwcowym popołudniem dzieci wysłane przez ojca roztrzepały pokosy sąsiada. Sina ściana lasu dzieliła mój dziecięcy świat na dwie części. Ten bliski poznany swój i daleki obcy. Horyzont zamykał się tajemnicą, a jednocześnie przywoływał, kusił obrazami wyobraźni. Dla mnie była to wyprawa na krańce widnokręgu. Do Kisieliny jeszcze był mój świat, a dalej już baśń, jak za siedmioma rzekami za siedmioma lasami i ciekawość dziecięca podszyta obawą i kiełkującym strachem. Byłem przekonany, że owe Swaty to ludzie innego plemienia i obcej mowy. To na tych łąkach w lipcu 1944 roku rozegrał się ostatni akt Akcji III Most. Ale wtedy z perspektywy siedmioletniego chłopca te wydarzenia były dla mnie w zamierzchłej przeszłości, jakaś mitologia tubylców. Tylko, gdy wracałem ze starszym bratem z owej swatowskiej łąki, w koleinach wyrzniętych w trawach dopatrywaliśmy się śladów startu tego wojennego samolotu. Nadaremnie, po tamtej nocnej kampanii kolanka traw już dawno się wyprostowały i bujna zieleń zarosła wszystkie ślady. Przy dobrej pogodzie skoszone trawy schły na zielono, zachowywały kolor, przyblakły tylko, straciły soczystość barwy, ale pozostawały zielone. Kwiaty i listki ziół, pąki, pióropusze 1 traw zastygały w barwie, lecz pachniały intensywnie nektarem obumarłego życia, przetworzonym chlorofilem i jakby odwróconą fotosyntezą. Zwoziliśmy to siano pachnące jak kobierce kwiatów do przepastnej stodoły. Narkotyczny zapach kusił, by położyć się i zasnąć w cieniu zapola. Zapach odurzał. To jakaś wiejska aromaterapia, uspokojenie nerwów, jak napar z melisy, inhalacja o smaku wielokwiatowego miodu. Ale na świeżym sianie z pierwszego pokosu traw nie wolno było spać. Ojciec zawsze przestrzegał: - Siano musi odetchnąć ze dwa tygodnie, uwolnić z siebie odór ziół, bo choć to lekarstwo, w dawce końskiej usypia na amen. Zamroczy, w letargu zamknie, a dach stodoły wtedy jak wieko trumny. A mleko? Mleko od krów po tym sianie było słodkie jak pyłki i płatki łąkowych kwiatów. Czuć w nim było smak miodowych plastrów, pachniało słoneczną łąką i było ciepłe jak nagrzane słońcem pokosy. Pachniało lekko aromatem ziół. Mleko leczyło katary, przeziębienia, a nawet było odtrutką. Drugi pokos, czyli te trawy koszone w sierpniu, były już uboższe. W sianie nie było już tyle niebezpiecznej narkozy i można było na nim spać bez obawy aż do późnych chłodów wrześniowych nocy. Od tego czasu minęło już pięćdziesiąt lat. Coraz częściej wracam myślami w tamte strony, przecież nie tak od Żabna odległe. Przez wiele lat nie miałem potrzeby iść od strony Przybysławic przez przysiółek Budźbowa za Kisielinę w połacie łąk. Nie szedłem przez te minione lata do lasu łąkową ścieżką. Drewno na dach domu zamówiłem w składzie tartacznym. Borówki kupowałem na Placu Grunwaldzkim. Po drewno na opał jechałem asfaltową drogą do leśniczówki na Wał-Rudzie lub w Jadownikach Mokrych. Siana nikt już nie zwozi drabiniastym wozem. Taki wóz można spotkać chyba tylko w skansenie. Chyba mało kto wie, co to był pawąz, owa mocna świerkowa żerdź przyciskająca kłęby siana ułożone wysoko w drabinach wozu. Są wsie, gdzie nie ma ani jednego konia. Zdarzy się, że ktoś hoduje kilka sztuk małopolskiej rasy pod siodło czy do bryczki. W Zdrochcu kilkanaście sztuk biega beztrosko po ogrodzonej posesji Witolda Opiły. Tą samą linię małopolskiej rasy prowadzi i rozwija z powodzeniem, również w Zdrochcu Łukasz Sadło. To zamiłowanie do koni, szlachetne hobby, powrót do tradycji jeździeckiej. Na Woli Radłowskiej też jest pasjonat koni, hodowca Andrzej Goraus. Obaj z Łukaszem Sadło są członkami rekonstrukcyjnej grupy jeźdźców imieniem 5. pułku strzelców konnych. Dla tych nielicznych koni kilkadziesiąt morgów szlachetnej łąki wystarcza. Siano zwożą sprasowane w kostki lub uwite przez prasę wysokiego zgniotu w bale okrągłe. Teraz we wsi kilka gospodarstw zaledwie z krów żyje. Nie da się wyżyć z jednej krówki i dorobić w Niedomickich Zakładach Celulozy. Zakładów już nie ma, a krów trzeba mieć jak na Dzikim Zachodzie całą fermę. Siano dla krów, to chyba zbyt liche pożywienie? Pasze muszą być wydajne, treściwe, kiszonki wysoko kaloryczne. Siano chyba dla tradycji i by bydle przeżuwać nie zapomniało. Fabryki mleka. A mleko już nie pachnie kwieciem łąkowym i nie czuć w nim słodkości nektaru. Od dawna już piję „Białe”, „Łaciate”, „Prawdziwe”, pełne, półtłuste, z kartonu pasteryzowane. Przez te pięćdziesiąt lat świat się zmienił. To oczywiste dla każdego, kto ma dystans porównania. Inne życie – to wiem, ale nie o tą inność mi chodzi. Brak w nim tych emocji zaskakujących, wszystko jest jakby oczekiwane, należy się nam, bo przecież jest w reklamie. Brak zadziwień, znaków zapytania i tajemnicy poznawania. Może to jest tylko namiastka życia, oszukane emocje, wystudiowane pozy? Myślałem, że odnajdę to wszystko, gdy wejdę w leśne dukty. Na Śmietanie przeszedłem przez bramę prowadzącą na szlak męczeństwa bł. Karoliny Kózki. Minąłem rozłożystą gruszę, w 2 cieniu której siedziała para młodych ludzi. Wszedłem w las i przy każdej stacji drogi męczeństwa bł. Karoliny czytałem sentencje z XVI psalmu Dawidowego. Nie rozpamiętywałem ani bólu, ani strachu, czy samej śmierci bł. Karoliny. Wiem, że jest symbolem tych wszystkich zgwałconych, zamordowanych i pohańbionych dziewcząt, gdy przez polskie gościńce, wsie i miasta przewalały się niemieckie i sowieckie armie. Myślałem o jej ojcu, o jego strachu, jego odpowiedzialności, jego hańbie i jego życiu po śmierci córki. I który psalm do jego losu, jego strachu i nocy jego bezsennych późniejszych cytować? Wiem, że na wszystko słowa się znajdą, bo w mądrości psalmów są ich tysiące. Ale czy utulą? Las już dawno przestał być siną krechą rozdzielającą mój świat na dwoje. Już nie był dla mnie tajemnicą, przeszłym życiem mrówki zatopionej w kropli złocistej żywicy, przestrachem nagłym od szelestu zaskrońca. Nie był baśnią w miedzianej kadzi dudniącej echem. Niby ten sam pachnący igliwiem, przebłyskiem słonecznych strun w konarach sosen, cieniem paproci, smakiem czerwcowej borówki i leśnej poziomki, a inny. Wyjechałem na drogę asfaltową wzdłuż lasu w stronę Jadownik Mokrych. Droga była ocieniona wysokimi sosnami i krzewami gęstej leszczyny. Czasem stał monumentalnie dąb kilkudziesięcioletni. Pomiędzy zaroślami otwierał się widok na przestrzeń łąk aż do Kisieliny. To te łąki, przez które jako młody chłopak chodziłem do lasu na borówki. Te, na których ojciec kupił pierwszy pokos traw u Swata. Byłem wtedy zbyt mały żeby robić przy sianie, ale pamiętam, że grabiłem, gdy już załadowali siano na wóz drabiniasty. Ojciec przycisnął siano mocnym pawęzem i pojechał przez te łąkowe drogi pełne wybojów i kolein do wąskiego mostu na Kisielinie. Mama szła z boku i widłami podtrzymywała stertę siana, która na dołach polnej drogi chwiała się niebezpiecznie. Dopiero za Budźbową droga była równiejsza, wysypana szutrem i w dniach suchej pogody twarda. Dopiero tutaj wychodziliśmy z bratem na furę siana. Ojciec nam pomagał, potem sam wspiął się i jechaliśmy do domu jeszcze kilometr, patrząc z wysokości na świat dookoła, z góry w rosochate gałęzie przydrożnych wierzb, w ich czarne dziuple pełne naszego dziecięcego strachu. Wóz jechał środkiem drogi, bo na poboczach przypominała tarkę do prania. W takt kroków krowich racic rytmicznie były wybite bruzdy muld. Krowy gnane na odległe błonie dwa razy dziennie tam i z powrotem pracowicie je wybijały. Ta droga u początku była szeroka na dwadzieścia metrów, potem już zwężała się, ale bydło szło całą szerokością, krowa za krową jednym rytmem jak kolumna wojskowa i w miękkim poboczu drogi ugniatały bruzdy poprzecznych garbów. Ten kawałek drogi od mojego rodzinnego domu aż do rozwidlenia na Stare Błonie i Budźbową nazwany był Skotnikiem. Wtedy nie dochodziłem, skąd taka nazwa. Poznawałem rzeczy i zjawiska z przynależnymi im nazwami i tak było. Nie wiem, może we wczesnym dzieciństwie pytałem, dlaczego kot nie nazywa się pies i odwrotnie? Dzieci zadają takie pytania. Gdy od zdziwionego i skonsternowanego takim pytaniem ojca czy dziadka usłyszałem odpowiedź: - Bo kot, to kot, a pies to pies. - Nie pytałem już więcej, nawet od czego wzięła się nazwa Przybysławice czy Jadowniki Mokre? Dopiero później pojąłem, że słowo znaczy coś więcej, że w nazwie ukryty jest czasem odwieczny sens, rdzeń przeznaczenia. Nazwa Skotnik zawsze przynależała do tego miejsca, gdzie gromadziło się bydło, by pójść na wypas na błonie. Mnie od dzieciństwa z bydłem się kojarzyła. Powinna po prostu nazywać się Wygon. Jednak słusznie wyczuwałem, że to jest ze sobą zespolone w nazwie, bo bydło, to po rosyjsku skot. Ale skąd tu nazwa rosyjska? Zabór przecież austriacki. Gdzie Rzym? Gdzie Krym? A może ta nazwa przywędrowała razem z bydłem gnanym od Podola i Wołynia jeszcze w wiekach, gdy tworzyła się gospodarka folwarczna? 3 Jechałem rowerem i tak rozmyślałem, że jak wjadę w ścieżkę obok gajówki Małka, to wyjadę nią przez łąki na kładkę na Kisielinie i dalej przez Budźbową Skotnikiem do domu i odwiedzę mamę. Była połowa czerwca, kwitną więc te wszystkie łąkowe kwiaty i zioła - tak myślałem. Nawdycham się, zainhaluję. Wrócą do mnie obrazy dzieciństwa, zapachy już zapomniane. Narwę całe naręcze tych kwiatów, do domu przyniosę, zasuszę na pamiątkę, że były i było dzieciństwo, i co roku wracał będę w te łąki, w ten plaster pszczelego miodu, zbierał będę nektar z tych ziół na przestrzeni tysiąca hektarów. Zobaczę to miejsce, gdzie w lipcu 1944 roku trudzili się akowcy przy starcie „Dakoty” – tak myślałem. Po gajówce Małka pozostały jedynie betonowe zręby podmurówki i stajnia, służąca teraz za budynek gospodarczy, lamus na rupiecie i narzędzia podręczne. Dawna gajówka wraz z zabudowaniami zajmowała podwórze położone jeszcze na wyższej skarpie, bo zaraz za stodołą podwórze schodziło łagodnym stokiem w dół o kilka metrów do poziomu łąk. Tuż przed placem po zabudowaniach gajówki zjechałem drogą w dół. Droga była zacieniona krzakami leszczyny i samosiejkami młodych dębów. Skręcała w lewo, co mnie trochę zdziwiło, gdyż pamiętałem, że powinna iść prosto, przecinać łąki aż do kładki na rzeczce. Może po tylu latach jakoś inaczej przechodzi? Może komasacja? A może po melioracji nowe rowy i drogi? Teren zawsze był podmokły. Droga pełna była wybojów, nierówności i zarośniętych kolein. Trzeba się było przychylać pod gałęziami młodych dębów, dzikiej jabłoni i gęstych krzaków zakrywających drogę. Nogi grzęzły w zbuchtowanej ziemi. W rowach wzdłuż drogi widać było świeże babrzyska dzików, wyślizgane błoto, stłamszone trawy w sąsiedztwie i tropy racic odbite w ile. Droga urywała się nagle jakimś nasypem na rowie i przechodziła w strukturę łąki. Nigdzie nie było żadnej ścieżki. Łąki są tak rozległe jak dawniej, tylko perspektywę zaburzają niskie dachy zabudowań żwirowni i białe hałdy urobku wydartego z wnętrza tych łąk. Żwirownia usytuowana jest w miejscu dawnego lądowiska „Motyl”, w miejscu skąd startowała „Dakota” z częściami rakiety V2 w czasie Akcji III Most. W tym miejscu zebrali się w roku 1967 uczestnicy akcji. Chcieli zademonstrować, że pamiętają, że dla nich było to ważne wydarzenie. W roku 1972 przyjechał spotkać się z nimi pilot „Dakoty” George Culliford. Poszli na łąki, na miejsce lądowiska. Opowieściom i wspomnieniom nie było końca. Podziękował im i wsparł pomysł wystawienia w tym historycznym miejscu pomnika dla uczczenia ich czynu, aby przy pomniku mogli demonstrować swoją dumę, że zrobili coś ważnego dla Ojczyzny w chwili wojennej potrzeby. Odjeżdżając przekazał na ten cel dar serca. Franciszek Kuczek i Stanisław Lechowicz ochotnie zabrali się do urzeczywistnienia tej szlachetnej idei. Starania trwały kilka lat. Mimo wielkich trudności uzyskano zezwolenie na upamiętnienie tego partyzanckiego czynu. Przywieziono z okolic Czchowa ogromy granitowy głaz, na nim umieszczono tablicę z napisem zatwierdzonym przez Wojewódzki Komitet Ochrony Pomników Walki i Męczeństwa w Krakowie o treści: „W nocy z 25 na 26 lipca 1944 r. w tym miejscu wylądował angielski samolot, który wywiózł zdobyte przez polski ruch oporu najważniejsze części hitlerowskiej broni rakietowej V-2” Pomnik powstał w roku 1976. Nie pozwolono obok niego postawić krzyża. Nie było uroczystego odsłonięcia. Czy było jakieś nieoficjalne poświęcenie? Nie wiem. Czekał pomnik na lepsze czasy. Już w demokratycznej i wolnej Polsce, postawiono brzozowy krzyż i zamieniono tablicę, na której wyryto, że to Armia Krajowa dokonała tego bohaterskiego czynu. W niedzielę 31 maja 1992 roku odbyły się wielkie uroczystości. Z całego kraju przybyli wszyscy żyjący uczestnicy Akcji III Most. Z Nowej Zelandii przyleciał pilot „Dakoty” George Culliford. Z Kanady przybył 4 II pilot „Dakoty” mjr Kazimierz Szrajer, ze Stanów Zjednoczonych do ojczyzny zawitał Jan Nowak Jeziorański. Pomnik poświęcił arcybiskup Józef Kowalczyk nuncjusz apostolski, syn tej ziemi. Koła kombatantów święciły sztandary. Legendarny już kurier z Warszawy Jan Nowak Jeziorański wówczas powiedział, że jest pełen podziwu dla odwagi i heroizmu tych ludzi, uczestników operacji III Most. Na 60 rocznicę Akcji III Most w roku 2004, z uwagi na usytuowanie żwirowni i utrudniony dostęp do pomnika, bliżej drogi urządzono miejsce do świętowania i postawiono tablicę informacyjną. Tutaj przez kilka lat obchodzono rocznicowe uroczystości. Ci, którzy przybywają do miejsca męczeństwa bł. Karoliny Kózki i tu mogą się zatrzymać, przeczytać o tajnym lądowisku „Motyl” i o samej akcji. Pogodzono wreszcie potrzebę historycznej pamięci z interesem przedsiębiorcy i odbudowano pomnik na historycznym miejscu, skąd startowała „Dakota”. Do pomnika prowadzi wybrukowane podejście. Stoi pomnik ogrodzony, a marmurowa płyta wymownym napisem obwieszcza: „Oni uratowali Londyn”. Od lipca 2012 roku przy nim odbywają się uroczystości dla upamiętnienia Akcji III Most przeprowadzonej przez oddziały AK Inspektoratu Tarnów gmin: Radłów, Żabno, Wietrzychowice i Szczurowa. Za dwa lata mija siedemdziesiąta rocznica tych wydarzeń. To już w lipcu 2014 roku. Jest wola samorządu powiatowego i gminnego, jest wola społeczności lokalnych, jest ogromne pragnienie żyjących uczestników tej wojennej operacji dla rozbudowy „infrastruktury pamięci” poprzez publikacje, lekcje regionalnej historii dla dzieci i młodzieży szkolnej, uroczystości, spotkania, wspomnienia i rekonstrukcje historycznych wydarzeń. Wiele z tego już się robi, a konsekwentna realizacja tych zamiarów będzie najtrwalszym pomnikiem. A ja wsłuchuję się w głosy żyjących uczestników Akcji III Most. Czytam w prasie wywiady z nimi, rozmawiam. Widuję ich przy pomnikach i w dniach rocznic w miejscach pamięci. Dla nich ważna jest przeszłość, bo to była ich walka, ich młodość i nadzieje. Chcą przekazać ze swoich historycznych doświadczeń jak najwięcej młodemu pokoleniu. Chcą uwrażliwić je na historię, zaszczepić w nim poczucie patriotyzmu i dumy. Oni wiedzą, że za kilka lat ich generacja definitywnie odejdzie na wieczną wartę. Wiedzą, że życie należy do przyszłości, a po nich pozostaną wspomnienia i pomniki. Patrzę na te rozległe łąki z perspektywy swojego dzieciństwa i widzę tylko trawy, kwiaty i zioła. Ogromny teatr pracy przy sianie, a w przerwie lub podczas powrotu kąpiele w płytkiej, bezpiecznej Kisielinie. Czasami tylko ktoś wspomniał mimochodem, że w czasie wojny tam lądował samolot. Światłami oświetlali mu miejsce, a było niebezpiecznie, bo Niemcy kwaterowali zaledwie dwa kilometry dalej. Przechodziło to jakoś obok mnie, bo choć próbowałem wyobrazić sobie te ognie na podleśnych łąkach i niebezpieczeństwo niemieckiego ataku, było to tak odległe, przeszłe, zarośnięte wełną traw, że nie wywoływało we mnie żadnych emocji. Tylko to, że był tam samolot zostawiło jakiś ślad i nawet idąc do lasu na borówki, czy na łąkę przewrócić pokosy siana wypatrywałem kolein po tym uciążliwym starcie w wilgotnej ziemi. Samolot, to była tajemnica, niezaspokojona ciekawość. Zobaczyć z bliska, dotknąć. Doświadczyć latania. Jak ptak latać, nawet jak latawiec na sznurku, to było marzenie. Samolot znałem tylko z obrazków, z opowiadań. Gdzieś, na czyimś podwórku, ponad cembrowiną studni obracał śmigło wystrugany z lipowego drewna. Pomalowany na jaskrawo przyciągał wzrok. Przymocowany do pala ustawiał się do wiatru i kroił powietrze. Patrzyłem i wtedy myślałem sobie o tym samolocie na podleśnych łąkach. 5 Przeleciał czasem na naszym niebie dwupłatowiec. Nazywaliśmy go Kukuruźnik. Jeszcze go nie było widać, a już narastającym szumem, warkotem dobiegającym z góry oznajmiał swoje nadejście. Kury na podwórzu przystawały, podnosiły malutkie głowy do góry, wydłużały szyje i pierzchały z trzepotem skrzydeł pod drzewa i w otwarte wrota szopy. Łańcuchowy Ciapek w swoim psim strachu o mało nie zabił się o budę. My wypadaliśmy z domu na podwórze i kręcąc się w koło, szukaliśmy wzrokiem sylwetki samolotu. - Jest! Jest! Wychynął zza ogromnych jesionów i leciał ukośnie nad zabudowaniami wsi. Biegliśmy w jego kierunku, machając rekami, krzyczeliśmy: - Panie pilocie, dziurę masz w samolocie! - Hej! śmigło się urwało! Odlatywał. Huk i dudnienie nieba przechodziło w szum, milkło. Wracaliśmy z ogrodów. Kury już wychodziły z ukrycia dziobać piasek i podwórkowy rumianek. Potem, gdy tajemnica dziecięcego świata wyjaśniała się w racjonalnym poznawaniu, gdy świat zaczął się kurczyć, być bardziej przewidywalny, a baśń schowała się pomiędzy okładkami książek, na wydarzenia i miejsca patrzyłem z innej perspektywy. W okresie licealnym, w pogodne lipcowe popołudnie, szły Skotnikiem grupki mężczyzn ze wsi w stronę Budźbowy. Pamiętam tylko, że szedł Wojciech Sanek, Jan Lechowicz i Jan Cholewa. Szli jeszcze inni. Mieszkańcy mojej rodzinnej wsi Przybysławice zdali tamten egzamin czasów wojny. Wyrazem podziękowania i pamięci jest nadanie Zespołowi Szkoły Podstawowej i Gimnazjum w Przybysławicach imienia „Akcji III Most”. - Gdzie oni idą?- spytałem się kolegi. - Na zabawskie łąki. Na spotkanie z pilotem tego samolotu, który lądował tam w czasie wojny. I wtedy ta historia stała się dla mnie bliższa. Pozazdrościłem koledze, bo jego dziadek Jan Lechowicz brał udział w tej akcji. Dotarło do mnie, że to coś ważnego, skoro po tylu latach wracają na to miejsce, gdzie przecież śladu żadnego nie ma, a z dalekiego świata przyjechał pilot tego wojennego samolotu. A potem do historii nabierałem zainteresowania i szacunku. Poznawałem ją i skracał się dystans. Jak w dzieciństwie wszystko było dla mnie odległą baśnią i legendą, nierozwikłaną tajemnicą, tak teraz jedynie nurtuje mnie pytanie; dlaczego z wiekiem, kiedy oddalam się od tych wydarzeń, stają mi się bliższe, zaledwie sprzed chwili? Tajemnica ludzkiej pamięci? Zapewne. * Doświadcza tego Franciszek Kiełbik żołnierz AK pseudonim „Grusza”, kiedy opowiada mi o przygotowaniach do Akcji III Most i o wydarzeniach owej nocy z 25/26 lipca 1944 roku. Był uczestnikiem tych wydarzeń, zna wiele szczegółów. Czasem w tok opowieści wplata historie poboczne, bym lepiej zrozumiał, poznał atmosferę tamtych dni. Wyjaśnia mi polityczne niuanse posunięć Polskiego Rządu na Uchodźctwie i samego Churchilla. Widać, że żyje ciągle tamtym czasem, tamtymi wydarzeniami. Wraca teraz do nich pamięcią, wraca do tych miejsc swojej młodości i wtedy wszystko wydaje mu się tak bliskie, i każde miejsce, i czas, a ludzie stają w jego opowieści przede mną żywi. 6 *** Mój ojciec czekał przed stacją kolejową w Żabnie na gościa, który miał z Tarnowa przyjechać pociągiem. Pociąg nadjechał, ludzie wysiedli, a wśród nich starszy jegomość pod wąsem z wypielęgnowana bródką, o bystrym rozumnym spojrzeniu. Zdjął kapelusz i rozglądał się po placu. Szukał znaku. Oba konie przy wasążku mojego ojca miały przywiązany do kleszczyn wiecheć ze słomy, że kopią lub gryzą. To nic osobliwego, bo tak rzeczywiście takie konie znaczyli, by w ciżbie na jarmarku ludzie uważali. Jegomość założył kapelusz i podszedł do ojca. Ojciec od razu wiedział, że to ten gość, bo dystyngowany i poważny. - Gospodarzu przyjechaliście po kogoś? - Ano, po jednego gościa. - A do Biskupic jedziecie? - Ano, do Biskupic. - To się z wami zabiorę. Stanisław jestem – podał ojcu rękę. - Jan Kiełbik - ojciec się przedstawił. Dopiero po wojnie ojciec się dowiedział kogo wiózł swoim wasążkiem. Był to Tomasz Arciszewski. Od sierpnia 1944 roku zarządzeniem prezydenta Rzeczpospolitej Polski Władysława Raczkiewicza został mianowany jego następcą. Kiedy w listopadzie 1944 roku upadł rząd Stanisława Mikołajczyka w Londynie, został powołany na premiera RP i pełnił ten urząd do połowy 1947 roku. W czasie wojny Polski rząd miał siedzibę w Londynie, a w kraju była Delegatura Rządu. Po tragicznej śmierci gen. Sikorskiego były w tym londyńskim rządzie jakieś przetasowania. W kraju na czele Delegatury Rządu stał przewodniczący w randze wicepremiera. Tę funkcję pełnił Tomasz Arciszewski, a że był w podeszłym wieku i bardzo zasłużony w partyjnej działalności, to chcieli go jakoś uhonorować i w bezpiecznym miejscu dać mu wyższe stanowisko. Przyjechał Arciszewski do Tarnowa. Tam dowódca Inspektoratu Tarnów ppłk Musiałek-Łowicki na jeden dzień zakwaterował go w bezpiecznej melinie. Na dzień następny łączniczki przywiozły go pociągiem do Żabna. Arciszewski siedział w przedziale, a obstawa obserwowała i pilnowała dyskretnie. Ojciec wiózł go przez Biskupice drogą „po ile”, bo ilasta była. Przechodziła tu, gdzie teraz jest kościół, zostawiała daleko po lewej stronie Kępę Zdrochecką i wychodziła w Zdrochcu na Ostrowie obok Mysiaka. Dawniej była to droga główna. Do Żabna było wtedy ze trzy kilometry bliżej. Zakwaterowali Tomasza Arciszewskiego u Okońskich w Zdrochcu, później tam Machalscy mieszkali. Został tam na noc. Po kolacji poszedł spać. Na drugi dzień Franek Kuczek pseudonim „Deska” dowódca oddziału Batalionów Chłopskich na gminę Radłów, poszedł z gościem porozmawiać. Arciszewski był niewyspany i markotny. Poprosił Kuczka, żeby mu kwaterę zmienił, bo nic się nie wyspał. Przyszedł Kuczek do mojego ojca, bo to szwagrowie byli, aby tego gościa, którego przywiózł, na kwaterę przyjął. U nas dom był murowany, duże trzy pokoje i kuchnia. Mieszkało nas domowych sześcioro i czworo wysiedleńców z Pomorza. Ojciec się jednak zgodził i tak Arciszewski u nas w domu zamieszkał. W sienniku miał słomę owsianą, a pchły w takiej słomie nie lubią się gnieździć, to spał dobrze. Franek Kuczek po sąsiedzku mieszkał. Był odpowiedzialny za łączność i logistykę w przygotowaniach do Akcji III Most. W radiu robili nasłuchy o określonej godzinie. Jak puszczali pieśń „Z dymem pożarów”, czy „Pije Kuba do Jakuba”, to znaczyło, że za pół godziny będzie podawana zaszyfrowana wiadomość. Już wtedy był we wsi prąd. Radio też na prąd było, więc mocniejsze. Takie na baterie słabo ściągało, a wtedy do roboty podziemnej z Anglii szły sygnały. 7 Przed wojną elektryczność tylko do Żabna dochodziła, a dalsze wsie na północ i zachód naftowymi lampami i karbidówkami oświetlały domostwa. Młocarnie we dworach „Buldog”taki traktor ogromny napędzał. Jak dudnił, było go w trzeciej wiosce słychać. Młyn Marcinkowicach Władysław Witkowski napędzał lokomotywa spalinową. Radio kto miał, to tylko na baterię. Ale kto miał radio? Może tylko we dworze mieli i ksiądz proboszcz, no i Witkowski we młynie. Jak Niemcy przyszli, wszystkie radia zabrali i zakazali słuchać pod karą wiezienia. We dworze na Diamencie dziedzic Stojowski i zaprzyjaźniony z nim inż. Mika, przyłapani na słuchaniu radia, zginęli w obozie koncentracyjnym. W roku 1942 właścicielka młyna w Niecieczy Merchutowa załatwiła pociągnięcie linii prądowej z Żabna. Wtedy też z Konar linie przerzucili do Zdrochca i dalej poszła elektryfikacja do Marcinkowic. Od tej pory młyn już miał napęd na silniki elektryczne. Dało się załatwić, bo Niemcom na gospodarce zależało. Tyle ludzi pod bronią, cała Europa zawojowana, a jeść armia musi, produkować żywność trzeba. Ktoś musiał na tę armię robić; pole orać, siać, młócić i mleć zboże. W krajach okupowanych kontyngenty od rolników brali. Jak kto zboże do młyna zawiózł, też odsyp na okupanta szedł. Ludzie się złościli, bo co za to dostawali; wódkę dawali. Ludzie żarna chowali po różnych zakamarkach, gdyż ich używać nie było wolno. Obóz za to groził. Niemcy nakazali kamienie żarnowe oddać, to kto miał stare oddał i ukradkiem mełł zboże na swoje potrzeby, żeby tego odsypu nie dawać. Ale do młyna też trzeba było od czasu do czasu jechać. Co by nie powiedzieć, ale Niemiec – gospodarz rządny. Dla siebie, bo cóż się po okupancie spodziewać? Ale o drogi dbali, naprawiali, promy działały, kolej jeździła, mosty w Borusowej i w Biskupicach Radłowskich, co miały po wrześniowych walkach przęsła spalone i zapadnięte, odbudowali. W Borusowej przez całą wojnę most był, gdy Sowieci nadchodzili, Niemcy go zaminowali. Już blisko 70 lat po wojnie, a mostu tam dalej nie ma. Jak woda opadnie, pale czarne jak łby krokodyli jeszcze z wody wystają. We wsi było bardzo dużo ludzi wysiedlonych z Pomorza i Poznańskiego, więc ci, którzy byli emisariuszami, w podziemiu działali, też za przesiedleńców uchodzili w oczach ludzi. Za bardzo się ze swoją obecnością nie kryli. Wiadomo, że mieli pseudonimy, a czym się zajmują, kilku ludzi zaledwie wiedziało. Tajemnica i konspiracja, to podstawa partyzanckiej roboty. Było zazwyczaj tak, że ktoś wykonywał zaledwie kawałek jakiejś operacji, a o całości nie miał pojęcia. Arciszewski chodził po sadzie za stodołą, po wale nad Dunajcem. Mój brat Marcin często mu towarzyszył, po polach go oprowadzał. Pokazywał, że tu Dunajec, a kilkanaście kilometrów dalej już Wisła. Tu na Dunajcu w czasie I wojny światowej był front rosyjsko – austriacki i tylko cmentarze zostały. - I wolna Polska - dopowiedział Arciszewski. Opowiadał, że w czasie tamtej wojny w Legionach Piłsudskiego był instruktorem od spraw politycznych. Szkolił patriotycznie legionistów. Piłsudskiego znał dobrze i generała Sikorskiego też. Po przewrocie majowym w 1926 roku Sikorski poróżnił się z marszałkiem, więc on zawiesił go w czynnościach wojskowych. Wrócił wtedy do swojego zawodu inżyniera, bo na Politechnice Lwowskiej ukończył budownictwo wodne. Nawet z naszą okolicą był związany, bo w latach trzydziestych nadzorował budowę wałów wzdłuż Dunajca. Czasy były ciężkie. Szukali ludzie roboty. Aż spod Brzeska tutaj przychodzili. Robili na wałach. Wozili ziemię wozami i taczkami. Spali w stodołach i na strychach. Latem 1933 roku skończyli wały nadsypywać, a za rok powódź wielka przyszła. Woda równo z wałami. - Co robić? - chłopy deliberowali. - Może ziemi nadsypać? Faszyną zagrodzić i darniami obłożyć? - Ziemi nadsypać, to tak jakby kajpuch na kromkę położyć, woda zmyje. 8 - A skąd ty faszynę weźmiesz, jak wszystka między wałami zalana, że ani jej nie widać? Wał przerwało po naszej stronie. Zalało pola. Rozlewała się brudnoszara woda, wypełniała doliny i niższe tereny. Niosła ze sobą dziesiątki zżętego żyta, niektóre z chochołem zatrzymywały się w ogrodach, opierały się o drzewa i płoty jakby same do stodół chciały wejść. - Tyle zboża na zmarnienie, tyle chleba! Oj bieda będzie, bieda – markotnie patrzeli w spustoszone łany. Rozlanej wody jakby przestało przybywać. Poziom stanął w miejscu. Znowu się chłopy zastanawiali, co robić, żeby wieś uratować. Wymyślili, że rów trzeba przekopać do niziny na Przybysławice. - Na Makace, niech tam krzaki zaleje – któryś taką myśl poddał. Ale w czasie następnej godziny tak wody przybyło, że ledwo się na strychy ewakuowali i dobytek wynieśli. Wody naszło, że do studni wierzchem cembrowiny się z hukiem przelewała. Po chwili się poziom wyrównał i ucichło. Na metr wody było. Kaczki po podwórzu pływały, to do pokoju wpłynęły przez okno, bo zostawili otwarte jak pierzyny ratowali. Na drugi dzień pływałem z kolegą w korycie do parzenia świń po zaszlachtowaniu. Koryto wąskie to wszędzie dopłynie, nawet w sadzie miedzy drzewami. Wodę do picia ludziom dowoziliśmy. Wszędzie woda, morze wody, gdzie okiem spojrzeć potop, tylko korony drzew z tej topieli wystawały. Niektórzy pływali na wrótniach od stodoły jak na tratwie. Żerdziami się odpychali i płynęli drogą, polami. Ludzi przewozili i siano dla bydląt, które gdzieś tam na ocalałym pagórku stało. W czasie I wojny od grudnia 1914 roku do maja 1915 roku po naszej stronie stało wojsko austriackie w okopach. Zima była, to rozbierali stodoły i budowali bunkry i na opał brali drewno. Po wojnie rządowa firma austriacka przywoziła materiał i budowali tym ludziom poszkodowanym budynki gospodarcze. Kuczkom stodołę wybudowali. Malutka ta stodolina była, boisko i jedno zapole. Właśnie w tej stodole, w czasie przygotowań do Akcji III Most, były zebrania i narady. Niektórzy całe dnie w niej spędzali, czekając na rozpoczęcie akcji. Dobrze było do niej dojść od strony ogrodów i pól, aż od Dunajca. Przyjeżdżali z Tarnowa do Żabna, szli do Niecieczy wałem i przez przewóz na rampę Masłonia, polami pomiędzy zbożami, przez kukurydzę wychodzili prosto na stodołę Franka Kuczka. Wieczorami i nocami tą drogą przenosili zza Dunajca broń i amunicje do zabezpieczenia akcji. Dowódcą Akcji III Most był kapitan Władysław Kabat pseudonim „Brzechwa”. Był odpowiedzialny za przygotowanie lądowiska, zabezpieczenie przesyłek i ludzi, którzy czekali na odlot, bezpieczne lądowanie samolotu, załadowanie ludzi i poczty i bezpieczny start samolotu w drogę powrotną. „Brzechwa” wybrał wieś Przybysławice na miejsce postoju komendy „Zgrupowania Motyl”, bo takim kryptonimem nazwano to lądowisko na łąkach. Na kwaterę dowództwa wybrano dom Jana Cholewy pseudonim „Granit”. Kwatera była ubezpieczana i chroniona przez oddział plutonowego Władysława Dula pseudonim „Kmicic”. Z tej racji, że dowództwo mieściło się w Przybysławicach, najwięcej ludzi z tej wsi brało bezpośredni udział w przygotowaniach, zabezpieczeniu technicznym i ochronie lądowiska. Dowodził nimi kapral podchorąży Zdzisław Baszak pseudonim „Pirat”. Wiele meldunków z Tarnowa, z Żabna, z Niecieczy związane z Akcją III Most trafiało do podporucznika Franciszka Kuczka pseudonim „Deska”. Z nasłuchu radiowego też dostawał raporty. Wszystko było zakonspirowane. Kuczek meldunki przyjmował i dopiero dalej przesyłał do składnicy meldunkowej kapitana „Młota” odpowiedzialnego za łączność w Akcji III Most. Przeważnie sam lub przez mojego brata Marcina do następnego łącznika. Do Marcina Kuczek miał zaufanie. Zresztą takiego młodego chłopaka Niemcy nie podejrzewali o partyzancką robotę. Dlatego często go wysyłał po gości na stację kolejową do Łęgu Tarnowskiego. 9 W tym czasie przygotowań do Akcji III Most przybyło do Zdrochca dwóch gości. O ile sobie przypominam, przywiózł ich Franciszek Lechowicz. Dopiero po wojnie dowiedzieliśmy się, że byli to dr Józef Retinger i towarzyszący mu Tadeusz Chciuk. Retinger był doradcą gen. Sikorskiego. Był jego tłumaczem w kontaktach z Churchillem i Edenem, gdyż Sikorski nie znał języka angielskiego. Towarzyszył we wszystkich podróżach premiera Sikorskiego, oprócz tej ostatniej, w której premier zginął. Szara eminencja polskiego rządu w Londynie. Tajemniczy człowiek, może był agentem angielskiego wywiadu? Urodzony w Krakowie Żyd, wykształcony. Przed I wojną wyjechał za granicę i cały czas przebywał poza krajem. Z Paryża wyjechał do Meksyku. Działał tam w tej meksykańskiej rewolcie. Czyje interesy tam reprezentował? Jeszcze przed wojną znalazł się w Londynie. Wojna wybuchła. Część polskiej armii wraz z dowództwem dotarła do Francji. Generał Sikorski został premierem Polskiego Rządu i naczelnym wodzem Polskiej Armii. Gdy Francja skapitulowała, Retinger wypełnił misję przewiezienia gen. Sikorskiego do Londynu. Sikorski i jego ludzie radzi mu byli, bo miał wpływy i szerokie znajomości, był znakomicie zorientowany w londyńskiej polityce. Po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych z Rosją sowiecką w wyniku układu Sikorski – Majski był pierwszym przedstawicielem rządu RP w Moskwie. Po tragicznej śmierci premiera Sikorskiego Retinger został odsunięty od spraw rządowych, ale Anglicy mieli do niego ogromne zaufanie i w niektórych sprawach był prawą ręką Churchilla. Miał wolny wstęp o każdej porze do kancelarii na Downing Street. Złośliwi mówili, że bez pukania wchodził do gabinetu Churchilla. To jego pozycję pokazywało. Churchill polityk wytrawny, ale cwany Stalin niejeden raz go w durnia zrobił, a co najgorsze kosztem Polski. Wmawiał Stalin Churchillowi, że AK to garstka gorących głów, wykolejeńców i złodziei. Oskarżał nawet, że z wrogiem kolaboruje, a Gwardia Ludowa walczy i ma poparcie w narodzie. Z polskich źródeł zaś słyszał, że AK walczy i przedstawiali mu różne raporty i plany akcji „Burza” przygotowane na lato 1944 roku. Mówili mu, że to największa armia podziemna pod bronią, w każdym środowisku świetnie zorganizowana i zakonspirowana, prawie 400 tysięcy ludzi. Sam już Churchill nie wiedział, komu wierzyć. Nie znał przebiegłości sowieckiej dyplomacji, tego kłamstwa na każdym kroku, to nie mógł tej dwoistości opinii pojąć. Wysłał więc z tajną misją Retingera z zadaniem oceny siły armii podziemnej, jej możliwości i wpływu ugrupowań komunistycznych na sytuację w kraju. Niedawno czytałem, bo dopiero teraz Anglicy ujawniają dokumenty i tajemnice z okresu II wojny, że Józef Retinger znając ustalenia konferencji w Teheranie w sprawie Polski, próbował w okupowanej Polsce stworzyć podziemny rząd z silną reprezentacją lewicy. Taki rząd mógłby być uznany przez Stalina. Historia, jak widać, jest wynikiem politycznych ustaleń, a polityka grą interesów przeróżnych, nie zawsze czystych i szlachetnych. Stalin, który z Hitlerem II wojnę rozpoczął od napaści na Polskę, teraz w koalicji antyhitlerowskiej prym wodził i wszyscy z nim się liczyli, zachcianki jego spełniali. A czy Stalin zaakceptuje? Czy uzna? Czy wąsów gniewnie nie nasroży? Trzeba mu rzucić kogoś na pożarcie. Tak się wszystko odwróciło. A zawsze przeciwko nam. Ech, słów brakuje na taką niegodziwość aliantów, na takie fatum historii okrutnej. Po powrocie do Anglii Retinger zaświadczył Churchillowi o sile i sprawności AK. Dzięki jego ocenie po powstaniu warszawskim powstańcy wzięci do niewoli, byli przez Niemców traktowani jak żołnierze, jak jeńcy wojenni. Retinger z Chciukiem zostali na tę misję zrzuceni na spadochronach koło Warszawy w nocy 3 na 4 kwietnia 1944 roku. Retinger trochę się przy lądowaniu poturbował, był najstarszym wiekiem cichociemnym. Po wypełnieniu misji w Warszawie miał odlecieć II Mostem z lądowiska „Motyl”. Nie zdążył, zaszły jakieś perturbacje. Polski rząd w Londynie nie był 10 poinformowany, z jaką misją Retinger został przez Anglików wysłany do kraju. Wobec tego nie chcieli, żeby tu do Londynu wracał. Komenda Główna AK śledziła jego kroki w kraju i widząc, że spotyka się z przedstawicielami PPR, uruchomiła oddział likwidacyjny celem otrucia Retingera. Próby otrucia się nie udały, ale na tyle pogorszył się stan zdrowia Retingera, że sam nie dał rady chodzić. Miał jakiś niedowład kończyn dolnych, chodził jak nie na swoich nogach. Towarzystwo Chciuka się przydało, bo go podtrzymywał i ramieniem służył. W oczekiwaniu na samolot II Mostu przebywali we dworze w Dołędze. Tam dostali wiadomość, że samolot przylatuje nocy 29 na 30 maja. Na drogę Retinger herbaty się napił i wsiadł do bryczki. Jechali lasem, w brzuchu go zaczęło tak mulić, że co sto metrów z portkami w garści w krzaki biegał. Gdy dojechali, samolot był już w powietrzu. Kilka minut się spóźnili. Czy wrócili do Dołęgi? Nie wiem. W każdym razie Lechowicz ich przywiózł na początku lipca ze stacji kolejowej Łęg Tarnowski do Zdrochca. Tu mieli czekać na III Most, ale nikt nie wiedział, kiedy będzie. Trochę się opóźniać wszystko zaczęło, bo lipcowe deszcze się rozpadały ulewnie i łąki rozmiękły. Wiele było obaw i nerwowości, ale przygotowania szły pełną parą do przeprowadzenia akcji. Dr Józef Retinger obawiając się, że i tym razem jakieś siły nieczyste spowodują, że samolot bez niego odleci, bliżej lądowiska chciał wyczekiwać. W Zdrochcu Franek Kuczek do księdza ich zaprowadził, a na plebani właśnie rozlokowała się placówka medyczna niemieckiego wojska. Ambulans dentystyczny stanął na podwórzu. We wsi wojska niemieckiego było coraz więcej, tu na głębokich tyłach frontu odpoczywali i zęby leczyli. Ksiądz Bocheński ręce załamał: - Święty Stanisławie biskupie ratuj – do patrona kościoła zdrocheckiego westchnął i po niemiecku wydukał do tych dentystów: - Dieser Mann ist Krank, er fährt nach Busko zur Kur ins Krankenhaus1 Tak zostali na plebanii w Zdrochcu, a że Retinger i Chciuk po niemiecku dobrze umieli, to rozmawiali z niemieckimi dentystami. Ci nawet jakieś lekarstwa mu dali na te jego dolegliwości. Czterech ich razem było, to w brydża grali. Po kilku dniach Niemcy z ambulansem odjechali dalej w stronę Krakowa, a oni zostali na plebani. Tak czasem na bezczelnego trzeba było robić, przecież nie dało się wszystkiego ukryć. W tym czasie w Zdrochcu, Marcinkowicach i w Przybysławicach w wielu domach zamelinowani byli kurierzy, dowództwo i ludzie z zabezpieczenia akcji. U Staszka Sadło pseudonim „Drut” w Zdrochcu mieszkał Jerzy Chmielewski pseudonim „Rafał” i Czesław Miciński. Mieszkały też ciotki Staszka, które ze Lwowa przed Sowietami uciekły, bo przez blisko dwa lata, kiedy oni tam rządzili od września 1939 roku do czerwca 1941 roku, dobrze ich poznały. We wsi już wiele domów było wyznaczonych pod kwaterunek niemieckiego wojska. Na ścianach domu były wypisane numery na pół metra duże. W wojskowym kwaterunku żołnierze Wermachtu dostawali kartkę z numerem domu i szli tam się zakwaterować. Kilku żołnierzy przyszło do Sadły. Do pokoju weszli, a jedna ciotka po niemiecku do nich powiedziała: - Das Zimmer ist besetzt, Weil wir hir einquartiert wurden. AusLemberg sind wir mit unseren Ehemännern vor den Sowjets geflüchkt.2 Tak powiedziała i pokazała na Chmielewskiego i Micińskiego. Oni czekali na odlot III Mostem do Londynu razem ze zdobytymi częściami rakiety V2 i sporządzoną dokumentacją. Chmielewski najlepiej poznał budowę rakiety i skład paliwa pędnego, a Miciński był szefem wylatującej z Polski ekipy. 1 2 Ten człowiek jest chory. On jedzie do Buska leczyć się w szpitalu. Pokój jest zajęty, bo my tu na kwaterze mieszkamy. Ze Lwowa z mężami przed Sowietami uciekłyśmy. 11 Niemcy wystrzeliwali rakiety z poligonu doświadczalnego Pustków- Blizna. Gdy która rakieta pogubiła tor lotu i spadła gdzieś, niemieckie wojska szybko przeszukiwały teren i wszystkie części zbierały. To była ich tajna broń i tej tajemnicy pilnowali. Polscy partyzanci mieli za zadanie jak najwięcej tych części rakiety zdobyć i przekazać do KGAK do zbadania. Potem raporty wysyłali do Londynu, bo żeby się bronić, trzeba najpierw wiedzieć przed czym. Rakiety leciały, eksplodowały w Londynie. Straty były wielkie, ludzie ginęli, a nie było możliwości obrony, dlatego takie ważne było, by tą nową broń Hitlera rozpracować. Kilka rakiet eksplodowało nad Bugiem. Partyzanci, o ile się dało, części jakieś zdobyli, ale największa szansa zdarzyła się, gdy jedna z rakiet nie wybuchła i wpadła w bagna nad Bugiem w pobliżu miasteczka Sarnaki. W tamtym rejonie była silna organizacja AK. Zanim Niemcy nadjechali, oni ją pierwsi znaleźli, szuwarami zamaskowali. Niemcy szukali, nawet z samolotu penetrowali bagna i zarośla nadrzeczne. Nic nie znaleźli. Uznali, że w bagnach zatopiona i nikt tajemnicy nie pozna. Partyzanci już meldunki o swoim znalezisku wysłali do Komendy Głównej. Po kilku dniach w trzy pary koni rakietę z bagien wydarli, sprzężonymi wozami przewieźli w dwóch częściach do stodoły jakiegoś chłopa. Wszystko w wielkiej konspiracji. Tam rakietę rozmontowywali. Z Warszawy przyjechało kilku specjalistów i na miejscu badali te części, robili zdjęcia i rysunki, ale nie mieli odpowiedniej aparatury, by je zbadać dokładnie, zwłaszcza urządzenia radiowe i materiał pędny. Samochodami Samopomocy Chłopskiej w specjalnych skrytkach, pod płodami rolnymi przewozili te części do Warszawy. W Warszawie badaniami zajęli się specjaliści z Politechniki Warszawskiej pod kierunkiem prof. Józefa Zawadzkiego, przedwojennego rektora tej uczelni. Główne laboratorium do zbadania urządzeń rakiety zorganizowano w mieszkaniu niemieckiego lotnika. On często miał służbę, a jego mieszkaniem opiekowała się kucharka, która współdziałała z AK. Dla pewności dzwoniła do pilota, kiedy wróci, bo chce mu przygotować dobry posiłek i sama też będzie czekać. Oprócz tego dojścia do lokalu były obstawione, więc jego niespodziewany powrót nie groził. Blisko dwa miesiące badali te urządzenia i paliwo. Robili dokumentację, opisy działania, pomiary, a najważniejsze co poznali, to rodzaj paliwa i sposób wysyłania komend drogą radiową do rakiety. Profesor Janusz Groszkowski zbadał urządzenia nadawczo-odbiorcze rakiety, poznał zakres częstotliwości fal radiowych i cały proces przetwarzania sygnałów. To dawało możliwość zakłócania parametrów lotu rakiety, możliwość obrony. Paliwem do napędu pompy turbinowej rakiety okazała się woda utleniona. H2O2, perhydrol o stężeniu ponad 80%. W lipcu znowu samochodami SCh przewieźli te urządzenia rakiety i wszelką sporządzoną dokumentację do Tarnowa. W różne miejsca to przewozili, między innymi do składu materiałów opałowych, tam ktoś zakonspirowany przesyłkę przejmował. Tak w specjalnie przygotowanych butlach gazowych przewieziono radiowe części rakiety V2 do Żabna. Samochód zatrzymał się w Rynku przed restauracją Jana Pantery. Komendant placówki „Zofia”, bo taki kryptonim miało Żabno w strukturach podziemnych, Eugeniusz Kozak pseudonim „Leszek” po umówionym znaku rozpoznał samochód i kazał jechać kierowcy do warsztatu ślusarskiego Bogusława Uramka przy ulicy Tarnowskiej. Butle wnieśli do środka, tam Uramek spiłował spawy zabezpieczające dno przed odkręceniem i wydobył ze środka zawinięte w szmaty urządzenia. Dna obu butli zakręcili, zabezpieczyli spawkami, zabrudzili smarem i kierowca przymocował je z powrotem pod autem na poprzednim miejscu. Uramek wrzucił wszystkie urządzenia do brezentowych worków i schował pod kupą żelastwa. Po paru dniach ktoś zgłosił się po oba worki i przeniósł je w rejon lądowiska „Motyl”. 12 * Jan Lechowicz pseudonim „Gołąb” z Przybysławic przywiózł z Tarnowa walizkę ze schowaną w niej dokumentacją urządzeń rakiety V2. O jego udziale w Akcji III Most opowiedziała mi jego córka Maria Kostrzewa z Przybysławic. *** - Ja dzieckiem wtedy byłam. Miałam dziewięć lat, to przecież nic nie wiedziałam, dopiero później po wojnie tatuś wspominał, opowiadał. Stąd wiem. A z dzieciństwa pamiętam tylko tę atmosferę, nerwowość taką i obcych ludzi na podwórzu i w domu dużo. Często przychodzili i z tatusiem rozmawiali. Co mnie dziecku do rozmów starszych. Ale to pamiętam, że wóz był już pod stajnią przygotowany do drogi, konie zaprzęgnięte. Tatuś się przeżegnał i pojechał do Tarnowa. Razem z nim pojechał Kazek Król pseudonim „Orzeł”. Za wozem w pewnej odległości jechali partyzanci ubezpieczający ten transport. Tatuś opowiadał, że na ulicy Chłopskiej czekał umówiony człowiek. Okazało się, że to Józef Kordek znajomy tatusia z wojska, bo razem służyli w 16 pp. w Tarnowie. Obserwowali tego znajomego, on się zatrzymał przy końcu ulicy, więc Król podszedł do niego i podał hasło. Wszystko się zgadzało, on kazał za sobą jechać. Pojechali do ulicy Klikowskiej i wjechali w ulicę Kasprowicza. Przy końcu ulicy zajechali od tyłu na podwórze domu. Ten, który ich prowadził wszedł do budynku i po chwili dwóch ludzi wyniosło skrzynię i walizkę. Włożyli je w półkoszki, tatuś przykrył pierzyną. Jeden z tych, którzy wynieśli skrzynię był tatusiowym dowódcą z wojska, nazywał się Józef Sowa. Życzył im szerokiej drogi i powiedział jeszcze: - Nie znamy się. Po roku 1967 tatuś poszedł na tę ulicę i od lokatorów się dowiedział, że ten dom był własnością Józefa Kordka. Co było w tej skrzynce, tatuś nie wiedział. To było tajne. Wiedział tylko tyle, że to bardzo ważne i nie daj Boże, żeby to w łapy Niemców wpadło. Oni by tatusia w wiezieniu zakatowali, a całą rodzinę do obozu wywieźli. Z ulicy Kasprowicza wyjechali w stronę Klikowskiej i wtedy przed nimi zatrzymał się samochód i wyskoczyło z niego kilkunastu niemieckich żołnierzy. To dopiero był strach. Tata powiedział do Króla: - Nie oglądaj się, spokojnie. Byle byśmy do torów dojechali. Wóz przejeżdżał obok żołnierzy, oni patrzyli w półkoszki wozu. Dobrze, że ta pierzyna była i koc, to pomyśleli, że ze szpitala wracają. Udało się im przejechać. Dojechali do Klikowej, ale nie pojechali obok stadniny koni, bo tam też Niemcy stacjonowali, tylko polami klikowskimi i dopiero przed Partyniem polną drogą pojechali na przewóz w Bobrownikach Wielkich. Tam się przeprawili na drugą stronę Dunajca i tamtą stroną do Radłowa dojechali. W Radłowie wjechali na plac u Gajdy. Konie się posiliły i napoili je, a sami poszli do restauracji u Gołębia. Wozu 13 pilnowali partyzanci, więc tatuś z Królem byli już spokojni. Stryczek, który był granatowym policjantem, zaciekawiony zaglądał na plac Gajdy, chciał wóz rewidować, ale jak „Jastrząb” i „Kmicic” pokazali mu karabiny, to roztrząsł się jak galareta i przysiągł, że pary z gęby nie puści i odszedł. Przywiózł tatuś tę skrzynkę do domu, a tu już czekali „Brzechwa”, „Pirat” i jeszcze kilku. Zanim konie odprzągł, oni już skrzynkę i walizkę wzięli, i do Jana Cholewy zanieśli. Tam schowali. Niedługo miało być schowane, ale się przedłużyło, bo deszcze lały i musieli czekać aż obeschnie, żeby samolot mógł na łąkach wylądować. Obeschło trochę, to Niemcy zaczęli lądować i dopiero dzień przed przylotem „Dakoty” odlecieli. Trzeba było lepiej tę skrzynkę schować, więc Stachu Waś zbił z desek większą skrzynię i tę mniejszą do niej włożyli. U nas we wozówce dół wykopali, schowali tam, przysypali i postawili na tym miejscu młynek, pług i brony. Jak mi tatuś opowiadał i teraz sobie przypominam, to jakbym wszystko widziała i wiedziała, bo ludzi tyle obcych po podwórzu się kręciło i do domu do tatusia zachodzili, że drzwi się nie zamykały. Jakżem chciała coś usłyszeć, czy zobaczyć, to mama mnie zawsze zawołała: - W domu siedź! Gdzie idziesz!? Brat był młodszy ode mnie dwa lata, ale jego w domu nigdy nie było . Po wsi gdzieś całymi dniami biegał. Dostali wiadomość, że samolot przyleci. Tatuś zaprzągł konie. Mnie lejce kazał spiąć, a sam odszedł. - Gdzie idziesz? – mama go spytała. - Do izby, pacierz idę zmówić, bo nie wiem, czy tam będę miał czas się przeżegnać. To było już pod wieczór, ale w lipcu, to przecież dzień długi. Samolot miał być dopiero o północy, ale tatuś przecież w pole nie mógł w nocy jechać, to podejrzane by bardzo było. Zajechał do Kuca, teraz tam Konop mieszka. Do Kuca było to wszystko już przeniesione, żeby przez całą wieś tego nie wozić, bo w szkole dużo Niemców stacjonowało i warty były. U Kuca z piwnicy wynieśli te przesyłki w worach i tę skrzynkę, i w półkoszki załadowali. Nie wiem, czy czymś przykryli, ale chyba nie? Miał tatuś polecone jechać do końca wsi i tam za Wroną wjechać w drogę na Stare Błonie. Obawiał się tak jechać, bo u Jana Feli kwaterowali Niemcy i u Socha też, i to ci z SS z trupimi czaszkami na czapkach. A w dodatku wiedział, że tam na polnej drodze są dwa rowy bez mostków, to jakby się co stało, konie skoczyły i dyszel złamały, to nie dojedzie. Postanowił pojechać Skotnikiem. Tu też kwaterowali Niemcy u Gucwy i u Staszka Kani. Mieszkał też jeden naprzeciw Kuca u Józka Kamysza. O nim taka anegdota jest, bo on co rano balię przy studni stawiał, wody nalewał i nagi się kąpał. Sąsiadka szła do stajni i zauważyła, że za płotem coś nagiego się błyska, to wołała do Kamaszowej. - Julka! Julka! Wieprzek się wam z chlewa wywarł. Choć i tu Niemcy byli, to do Skotnika kawałeczek, więc ruszył szybciej i już domy minął. Ujechał do połowy Nowego Błonia, a tam jest lekki zakręt. Pomału jechał i zauważył spod gałęzi głogów i wierzb, co się na drogę nachylały, dwóch ludzi idących w jego stronę. Widział ich tylko od pasa w dół, bo te gałęzie za zakrętem zasłaniały resztę. Zauważył, że są w oficerkach, to pomyślał, że to Niemcy. W pole wjechał już nawet nie przez mostek, tylko przez rów, a rowy płytkie były, bo przez bydło rozdeptane. W ściernisko wjechał. Tam Piotrowskie żęły. Wóz zatrzymał przy dziesiątku i do nich powiedział: - Dziewuchy chodźcie, będziemy brać snopki. 14 Te się wyprostowały i popatrzyły na siebie i na mojego tatusia, czy się mu w głowie pomieszało, czy pole pomyliło? - Nie będziemy brać - jedna odrzekła. - Popatrz na drogę! - tatuś do niej. Nie wiem, która do której powiedziała czy Zośka Józefce, czy odwrotnie: - Idź! Podeszła. Do niej tatuś powiedział: - Ładuj snopki pomału, żebyśmy to przykryli! A do tej drugiej, by patrzyła, gdzie są Niemcy. Jak będą przy początku Skotnika pod Kabatem, to przestaną ładować snopki. Niemcy odeszli, skręcili we wieś. Piotrowskie snopki z wozu zdjęły i z powrotem w dziesiątki ustawiły. Tatuś pojechał przez Budźbowę i wjechał w drogę, która do starego Błonia dochodzi. Tam za krzakami się zatrzymał. Konie skubały trawę i tak czekał, aż się wszystko rozpocznie. Już wieczorem widział jak Franek Trela z domu wyjeżdżał końmi i w łąki pojechał. Gdy już było ciemno, podjechał tatuś bliżej lądowiska. Około północy usłyszał samolot. Nadlatywał od strony Szczurowej znad lasu. Naraz zaświecił reflektory, że zrobiło się jasno jak w dzień. Za drugim, czy za trzecim razem dopiero wylądował. Jak wylądował, do wozu tatusiowego przybiegli partyzanci i z wozu wszystko zabrali do samolotu. Na wóz ładowali przesyłkę przywiezioną z Anglii. Dul Władek pseudonim „Kmicic” przyniósł walizkę. - Już wszystko? - tatuś się go spytał. - Ano wszystko. - To pójdę zobaczyć ten samolot. Przy wozie zostali partyzanci z drużyny Wojciecha Sanka pseudonim „Ogrodnik”. Jego drużyna była odpowiedzialna za rozładunek i załadunek samolotu i bezpieczny przewóz poczty. Poszedł tatuś i widział jak wchodził Arciszewski, i jak wnosili Retingera. Słyszał jakąś rozmowę pomiędzy pilotami, a dowództwem lądowiska. Ten jeden pilot, który po polsku mówił, spojrzał na zegarek i powiedział: - Panowie do zobaczenia. Odlatujemy! - zasalutował i odszedł. Silniki samolotu zahuczały, więc tatuś do koni wrócił. Nie miał jeszcze rozkazu odjeżdżać, więc czekał przy koniach. Z tym startem kłopot mieli, bo koła samolotu w ziemi się zaryły. Przybiegli do tatusia, z wozu wszystko zdjęli, półkoszki zrzucili i zabrali pomost. Mówili, że jeszcze jakichś dech potrzeba, do gajowego Małka muszą po nie iść. Półkoszki włożyli na rozworę i znowu załadowali przesyłkę. Mówili, że jak teraz samolot nie wystartuje, to go muszą podpalić. Tatuś dostał rozkaz odjechać z pocztą, bo potem może być różnie. Ogień mógł Niemców z kwater wywabić, bo przecież w szkole w Wał-Rudzie kwaterowali. Podłożyli ten pomost pod koła i samolot szczęśliwie wystartował. Tatuś przyjechał Skotnikiem. Nie pojechał obok szkoły, tylko obok Stefanczyka i drogą za stawem. Przywiózł przesyłkę z Anglii do domu. Jeszcze w nocy przyszli partyzanci i przenieśli wszystkie pakunki do domu Jana Cholewy. Wszystko się udało. Rano dostali radiową wiadomość, że „Dakota” szczęśliwie doleciała do Włoch. Wszystkie te części i pocztę dowieźli. Dobrze się skończyło. Po latach, chyba w roku 1967, ci którzy brali udział w akcji, tam na łąkach się spotkali. Mój tatuś też wtedy był. Wtedy też tatuś wozem pojechał i zdjęcie zrobili, tak dla pamięci. Wóz był jeszcze ten sam, tylko konie inne. Jest to zdjęcie w szkole, bo szkoła w Przybysławicach przecież nazwana jest imieniem Akcji III Most. Był i w roku 1972 na spotkaniu z pilotem „Dakoty”. Są zdjęcia z tego spotkania. Do uroczystości w roku1992 mój tatuś już nie doczekał. Nie doczekał też Jan Cholewa i Wojciech Sanek, ani pułkownik Kabat. Zmarli wcześniej. 15 Władysława Dula dobrze pamiętam. On był ożeniony z Woźniakówną. Ojcowie jej z Przybysławic pochodzili, a na Zachodzie mieszkali. W czasie wojny, tu jako przesiedleńcy wrócili i mieszkali w domu na tym placu, co teraz kościół stoi. Dulowa maszynę do szycia „Singer” przywiozła ze sobą, ludziom szyła i tak na życie zarabiała. Dul też się u ludzi najmował do roboty. Kawał chłopa było z niego, wysoki, włosy czarne. On chyba na Ukrainie był urodzony. Jak on kozaka tańczył. Widziałam. Z izby stół do sieni wynieśli. Wszystkie ławki i krzesła na bok usunęli, pod ścianami poustawiali. Kierownik szkoły Mieczysław Szpara grał na harmonii, a Dul tańczył. Boże, jak on tańczył! Tak tupał, tak mu nogi chodziły i ręce. Marynarkę zrzucił, koszule za pasem poprawił i tłukł podłogę aż drzazgi leciały. Grzywę, co mu na oczy spadała, do góry zarzucał i nogi przed siebie wyrzucał, dłońmi klaskał, o cholewy butów uderzał. A jak się już rozgrzał i rozochocił, jakieś podskoki zaczął robić w rytm muzyki, przysiady, przykucania. Co on wyprawiał! Wszyscy patrzeli jak zahipnotyzowani, bo na weselu we wsi choć skoczne polki i oberki widzieli, to jednak coś nowego. On był o dwa lata chyba młodszy od mojego tatusia. Wojnę przeżył. Wyjechał na Ziemie Odzyskane. Tam niedługo potem go zabili. Na moście go zabili. Czemu na moście? Nie wiem. Może to był most graniczny na Odrze lub Nysie, a on chciał do Niemiec się przedrzeć? Nie wiem, a kto by wiedział, też nie wiem. Tyle wiem, tyle mówię. *** Wracam do opowieści Franciszka Kiełbika. Rano 25 lipca radiotelegrafista odebrał depeszę, że dziś samolot „Dakota” wystartuje z bazy w Brindisi we Włoszech i będzie o okolicy lądowiska „Motyl” około północy. Bogu dzięki, że „Strochy” – niemieckie samoloty zwiadowcze – odleciały z łąk w sąsiedztwie lądowiska. Przez kilka dni tu miały lotnisko. Odleciały i kamień wszystkim spadł z serca. Tomasz Arciszewski został zaproszony na obiad do księdza Franciszka Sitki - proboszcza parafii w Zabawie. Pojechał na plebanię w towarzystwie dowódcy Inspektoratu Tarnów kryptonim „Tama” podpułkownika Stefana Musiałka-Łowickiego pseudonim „Mirosław”. Obiad się przedłużył, rozmawiali, z pewnością jakąś nalewkę księżowską wypili. Ks. Sitko był bardzo gościnny, człowiek niepospolity, szerokich horyzontów. Pewno był trochę w różne sprawy wtajemniczony i wiedział kogo gości, a gościć następcę prezydenta RP, to niecodzienność i honor wielki. Przed wieczorem przyjechał na plebanię kpt. Rogawski pseudonim „Młot” dowódca Obwodu Dąbrowa Tarnowska kryptonim „Drewniaki” z hiobową wieścią, że w pobliżu lądowiska rozlokowali się na kwaterze w budynku szkoły w Wał-Rudzie Niemcy w sile blisko stu ludzi. Jest bardzo niebezpiecznie, bo to tylko około dwa kilometry od lądowiska. Kapitan „Brzechwa” wydał rozkazy, aby sprawdzić nowe miejsce na lądowisko, łąki w Miechowicach Małych. Było duże zdenerwowanie w dowództwie. „Mirosław” przerwał gościnę u księdza Sitki, kapitan pilot Włodzimierz Gedymin pseudonim „Włodek”, odpowiedzialny za techniczne przygotowanie lądowiska oraz lądowanie i start samolotu, sprawdzał to zastępcze miejsce, ale zabłądził i wymierzył krokami przybysławickie błonie. Okazało się za krótkie. Zastępca „Brzechwy” „Pirat” też chodził zdenerwowany, bo w alarmowym trybie musiałby przegrupować zabezpieczenie i osłonę akcji, i rosło niebezpieczeństwo ataku Niemców. Mogło to odbić się na okolicznej ludności represjami. Już było ciemno, gdy wrócił zwiadowca i zameldował, że oddział 16 niemieckich lotników jest bardzo zmęczony, nie wykazuje żadnej czujności, a dwa działka przeciwlotnicze mają wcale nie ustawione. Wobec tego padł rozkaz przyjęcia samolotu na wyznaczonym lądowisku na zabawskich łąkach. Jeszcze raz radio londyńskie potwierdziło umówioną melodią wiadomość o starcie „Dakoty”. My już byliśmy na miejscu. Z zabudowań Andrzeja Kani na Budźbowy zabraliśmy sprzęt do obsługi lądowiska. Mój oddział – drugi pluton placówki „Rozalia” dowodzony przez plut. Władysława Witkowskiego pseudonim „Włodek” był do dyspozycji kapitana pilota Gedymina jako obsługa techniczna lądowiska. Giedymin przez kilka dni mieszkał u Andrzeja Puchały. Drugą kwaterę miał u Kani na Budźbowy, gdzie szkolił nas do obsługi lądowiska. Przywieziono na miejsce pocztę i przybywali też kurierzy. „Pirat” pojechał na plebanię po Tomasza Arciszewskiego. Bryczką powoził Tadeusz Kusior z Przybysławic. Noc była cicha i ciepła. Na lądowisku robiliśmy ostatnie przygotowania, otrzymaliśmy od kapitana „Włodka” instrukcje i rozstawiliśmy się w nakazanym szyku. Od strony zachodniej ułożono trzy stosy drewna na ogniska. Tworzyły trójkąt z ostrzem w stronę kierunku lądowania. Zapaleniem ognisk kierował Franciszek Wilk pseudonim „Chory” Ja stałem z latarnią na boku wyznaczonego pasa. Po obu stronach tego pasa stały też stajenne latarnie z białym światłem, a koniec lądowiska był oznaczony czerwonymi światłami odblaskowymi. Na znak od kapitana „Włodka” mieliśmy zdjąć czarne kołpaki z latarń, „Chory” miał zapalić ogniska na początku lądowiska, a Andrzej Puchała pseudonim „Raźny” zapalić reflektor na światła odblaskowe. Patrzyłem w niebo. Było ciemno, nie było widać gwiazd. Dobra noc na partyzancką robotę, ale za cicho. Napięcie rosło w oczekiwaniu. Naraz usłyszałem dalekie wycie samolotu. Serce zaczęło łopotać. Jest, leci, już się zbliża. Kapitan „Włodek” dał świetlny sygnał do samolotu. Z latarń zdjęliśmy kołpaki. Buchnęły ogniska. Tył lotniska odbił się czerwonym światłem. Samolot nadleciał ze strasznym hukiem nad wyznaczone światłami lądowisko i… nie wylądował. Oświetlił reflektorami łąki, że zrobiło się jasno jak w dzień. Zatoczył koło, znowu nadleciał, zniżył lot. Leciał prosto na nas. Był blisko ziemi, ale pilot chyba widząc, że nie da rady wylądować przed końcową tablicą z czerwonym światłami, zaczął wznosić samolot. Kilku z nas odrzucił podmuch od śmigieł tak silny, że rzucało nami jak snopkami po polu. Miałem za pasem włożoną łopatkę saperkę. Koziołkowałem się po łące i bardzo mnie ta łopatka potłukła po żebrach. Pozbieraliśmy się, znalazłem latarkę i znowu stanąłem w szyku. Trzeci raz samolot nadleciał i siadł na ziemi. Huczał, obawiałem się, tak jak wszyscy, że Niemcy zaalarmowani tymi światłami i rykiem samolotu na pewno nas zaatakują. Trzeba było szybko działać. Samolot umilkł, wyszli z niego kurierzy, którzy przybyli z misją do okupowanego kraju. Po wojnie dowiedziałem się, że przyjechał wtedy kurier Warszawy Jan Nowak- Jeziorański. Na kwaterę do Kwikowa zawiózł go Franciszek Lechowicz pseudonim „Płot” ze Zdrochca. Przekazano dowództwu lądowiska pocztę z Londynu i jakieś walizki i paczki. Wysiadła załoga rozprostować kości i stanąć na ziemi. Pilot „Dakoty” porucznik George Culliford i reszta załogi podeszli do dowództwa lądowiska. Rozmawiali, częstowali ich papierosami. Nie zdawali sobie chyba sprawy, w jakim są położeniu. Dopiero wtedy, gdy w roku 1972 Culliford przyleciał w odwiedziny do Polski i przebywał na lądowisku „Motyl”, ci ludzie z zabezpieczenia, powiedzieli mu, jak było niebezpiecznie. Drugi pilot Polak Kazimierz Sznajer dbał o załadunek. W ciągu piętnastu minut „Dakota” była już gotowa do startu. Załadowano pocztę, czyli przesyłkę z częściami rakietyV2, wsiedli wszyscy kurierzy. Tomasz Arciszewski stanął w drzwiach samolotu i popatrzył w koło jakby przeczuwał, że jest to ostatni widok ojczystej ziemi. Chciuk prawie wnosił Retingera do samolotu. Kapitan pilot „Włodek” dał znak do startu zielonym światłem. 17 Akcja skończona. Od strony Wał-Rudy nie widać, ani nie słychać niepokojących sygnałów. Może Niemcy nie usłyszeli? A może rzeczywiście chcą odpocząć? Mają już dość tej wojny? Lądowisko „Motyl” było na czas akcji szczelnie obstawione zbrojnymi oddziałami z każdego kierunku: od Jadownik Mokrych, od Miechowic Małych, od Przybysławic, od lasu i od łąk. Obstawione były wszystkie dojazdy, most w Biskupicach i przeprawy promowe na Dunajcu, a nawet na Wiśle do Opatowca. Szkoła w Wał-Rudzie szczególnie była obserwowana i obstawiona silnym oddziałem, którym dowodził „Morena” kpr. pchor. Władysław Bysiek z placówki Radłów kryptonim „Rozalia”. Od strony Zdarca zabezpieczał teren pluton Franciszka Kuczka ps. „Deska” z chłopakami z Marcinkowic i Zdrochca. Maszyny pracują na pełnych obrotach, śmigła kręcą się, że trzymamy czapki przyciśnięte dłonią, ale koła samolotu stoją w miejscu. Po chwili samolot milknie, ktoś pokazuje się w drzwiach samolotu i mówi, że chyba zablokowały się hamulce i trzeba je odciąć. Druga próba startu nic nie dała. Kpt. „Włodek” kazał nam pchać samolot za skrzydła, ale nic to nie dało. Samolot stał w miejscu, tylko ogon unosił się do góry. Za trzecim razem było nas do pchania więcej ludzi, ale też na nic. Kilku ludzi pchało nawet za koła samolotu, które głęboko werznęły się w podmokły grunt łąki. Wszystko na próżno. Coraz większe zdenerwowanie. Staliśmy w grupkach zamyśleni, zatroskani. Znowu z samolotu wyładowali pocztę i wyszli ludzie. Słyszałem jak rozmawiają z „Brzechwą” dowódcą lądowiska i „Mirosławem”. „Pirat” chodził zdenerwowany, nie mógł sobie znaleźć miejsca, a kpt. „Włodek” stał z nami zamyślony i posępny. Usłyszeliśmy, że jest decyzja o podpaleniu samolotu. Już któryś z pilotów wyniósł karnistry z benzyną i rozstawiał pod samolotem. Ci, którzy mieli odlecieć też byli zawiedzeni. Najbardziej może doktor Józef Retinger, już drugi raz się mu nie wiedzie. Tomasz Arciszewski stał z gołą głową. Przy tym wsiadaniu i wysiadaniu zgubił kapelusz. Gdy wczesnym rankiem Andrzej Puchała zbierał na lądowisku pogubione lampy, znalazł go i dał „Desce”. Stoimy milczący i niepewni, zdruzgotani i zrozpaczeni, przeżywający gorzki zawód, że po tylu trudach, tygodniowych niebezpiecznych przygotowań w konspiracji, dniem i nocą w ciągłym zagrożeniu, że coś się ujawni i Niemcy spacyfikują wsie okoliczne. Wszystko na marne. Z naszej grupy wyszło dwóch ludzi i podeszli do samolotu. Kapitan pilot „Włodek” przyświecił mocną latarką, oglądał podwozie samolotu. Wróbel Stanisław pseudonim „Szary” nachylił się do kół samolotu i głośno zawołał: - Nie wolno podpalać! Koła są głęboko zapadnięte w łące i trzeba je odkopać. Chłopy! Wiecie, co robić, jak wam ugrzęźnie wóz w polu?! Wszyscy do roboty! Na takie zawołanie błysnęła iskierka nadziei, tym bardziej, że „Szary” nasz żołnierz, gospodarz ze Zdrochca, w konspiracyjnych strukturach był mężem zaufania, konspiracyjnym wójtem gminy Radłów. W jego domu przez kilka tygodni miał melinę kapitan „Włodek” i radiotelegrafista „Gapa” cichociemny zrzucony wraz z radiostacją do obsługi akcji. „Szary” cieszył się dużym zaufaniem. Jak na rozkaz rzuciliśmy się do odkopania i uwolnienia kół samolotu. Gołymi rękami wydzieraliśmy darnie. Obolały, nie mogłem kopać saperką, więc dałem ją Władkowi Wróblowi z Marcinkowic. Saperka przechodziła z rąk do rąk. Kto ją dostał ciął grube darnie łąki, a reszta gołymi rękami wyrywała je spod kół samolotu. Robiliśmy jak w polu przed nadchodzącą ulewną burzą. Dowódcy chyba jeszcze nie wierzyli, że da to jakiś efekt. Tylko „Pirat” uchwycił się tej nadziei i pomagał ryć ziemię. Tak wykopano przed kołami samolotu dwa rowy o szerokości pół metra, długie na pięć metrów. Wszyscy krzyczeli, że potrzebne są deski. Przyniesiono gnojnice z wozu, który przywiózł pocztę na lądowisko. Po tej robocie zameldowano dowódcy akcji, że 18 przeszkody w starcie samolotu są usunięte i samolot może startować. Kapitan pilot „Włodek” uzyskał zezwolenie od „Mirosława” na ostatnią próbę startu. Znowu załadowano pocztę, pośpiesznie wrzucono resztę sprzętu wyładowanego z „Dakoty”. Wsiedli kurierzy i piloci. Rozruch silników, potężny grzmot i huk, po chwili samolot rusza, wychodzi po podłożonych deskach, rozpędza się po łące. Unosi się i wzbija w górę, i wyżej, wyżej. Robi rundę, gasi reflektory i ginie w ciemnościach. Coraz słabszy głos milknie w przestworzach i cisza. Poleciał szczęśliwie do Włoch. *** Szukam wzrokiem ścieżki, koleiny, która zaprowadzi mnie do kładki na Kisielinie, ale wszędzie trawy przerośnięte od lat warstwami, całe pokolenia traw. I nie ma w nich żadnych kwiatów, które znam z dzieciństwa. Nie pachnie ziołami ta ogromna przestrzeń, nie narkotyzuje mnie. Tegoroczne szczepy traw przebijają się przez zaległe pokłady zeszłorocznych i starszych przytłamszonych do ziemi, zżółkniętych i obumarłych. Przebijają się przez ten filc ostre i twarde, nie ma w nich szlachetności. Jakaś walka o byt. Podszyte to wszystko jest jakimś zielem tak podłym, że nie ma nazwy dla niego w moim świecie z dzieciństwa. Z kształtu przypomina baśnicę, ale liście są twarde jak blaszki i łodygi też łykowate. Rozglądam się dookoła, szukam fioletowych dzbanuszków, ognistych pióropuszy traw. Może znajdę łąkową rzeżuchę z jej różowym kwieciem? A może zażółci się kolumna jaskrów? Nic. Dzikość stepu. Ostrowy krzaczastej łoziny rozsiadły się gdzie popadnie. Powoli odbierają swoje miejsce, które z takim mozołem chłopi wykarczowali przed wiekami. Wzdłuż rowów jedynie, z jego bagnistego dna wyrastają spośród zgiełku zielska kępy kosaćców z kwiatem żółtym jak słońce. One jedynie są wierne i te nieliczne ubogie margerytki koczujące pod osłoną tarniny. Zawiedziony, że nie ma ścieżki, że łąka zdziczała, zawróciłem do głównej drogi. Przejechałem kilkaset metrów i przy dawnych zabudowaniach babki Chachojki szukałem drogi prowadzącej do mostu na Kisielinie. Po dawnych łąkowych koleinach nie ma już śladu. Gubię się w domysłach i już sam nie ufam swojej pamięci. Wiem jednak, że była tu droga. Choć tych dróg i ścieżek już nie ma, pewny jestem nazw tych dwóch traktów moich dziecięcych wypraw na jagody. Wiem, że często w nazwie ukryty jest sekret istnienia. Szliśmy całą grupą przez kładkę na Kisielinie i ścieżką na gajówkę Małka lub przez most i łąkową drogą na dom babki Chachojki. Babcia w owym czasie już starowinka. Chyba mieszkała wtedy sama. W mojej dziecinnej fantazji należała do lasu, była jak ten las tajemnicza i baśniowa. To jej dom na skraju lasu był w mojej wyobraźni scenografią bajkowej opowieści o Jasiu i Małgosi i chatą, do której codziennie swojej babci nosił strawę Czerwony Kapturek, a to właśnie gajowy Małek strzelił w paszczę śpiącego wilka. Nie znalazłem dawnego traktu. Jechałem dalej. Po chwili wjechałem w drogę wyłożoną betonowymi płytami, prowadzącą na most przez Kisielinę. Płytkie wody rzeczki płynęły leniwie po rudym piaszczystym dnie. Piasek zabarwiony tlenkami żelaza naocznie uświadamiał mi pochodzenie nazwy sąsiedniej wsi Wał-Ruda rozsiadłej po lewej stronie rzeki. Tłumaczył namacalnie istnienie tej żwirowni w samym sercu łąk. Pod warstwą iłu i gliniastej ziemi kryją się pokłady piasku i żwiru. 19 Przejechałem łąkową drogą do osady Budźbowa. Minąłem opuszczone już od dawna zabudowania gospodarstw Kani i Mizery. Po prawej stronie, długim pasem na kilkaset metrów, ciągnęło się wąskie jezioro, od brzegów zarośnięte szuwarem i tatarakiem. Na tafli spokojnej wody koczowały gromady kwitnących kaczeńców. Gospodarcze zabudowania Kusiora bielą murów odbijały słońce, a krowy w zieleni dookolnych łąk stały znużone i senne. Wjechałem w ubitą drogę, w tę idącą od Starego Błonia. Błonie dawno już rozparcelowane na orne działki. Krowy pasą się już bliżej, na Nowym Błoniu, gdzie dawniej mój ojciec i cała gromada chłopów ze wsi na licytacji kupowali plon pierwszych i drugich traw na siano. Ale chyba już niedługo tego błonia? Jakaś firma poszukała wiatru w polu wiejącego od Jadownik Mokrych i planuje ustawić tam kilkanaście wiatraków. To też ferma. Skotnik zaprowadził mnie prosto na podwórze mojego rodzinnego domu. Moja mama siedziała w cieniu na plastikowym krześle. Uśmiechała się. Żabno. wrzesień 2012 Przedmowa do wydania drugiego Oddaje do rąk Szanownego Czytelnika drugie wydanie książki „Z pamięci”. W tym miejscu pragnę podziękować wszystkim Czytelnikom za ogromne zainteresowanie i pozytywne opinie. To skłoniło mnie do drugiego wydania tej książki. Jednocześnie uzupełniam ją o dalsze dwie opowieści. Jedna przedstawia czas służby wojskowej w okresie II RP i wrześniowe losy Władysława Nowaka stuletniego już mieszkańca Żabna. Nie zamieszczenie w pierwszym wydaniu opowieści o Akcji III Most, największej, najbardziej chlubnej operacji partyzanckiej AK i BCh w Małopolsce, było wielkim uchybieniem z mojej strony, bo przecież to „Oni ocalili Londyn”. Usprawiedliwieniem niech będzie fakt, że dopiero po przeczytaniu książki „Z pamięci” skontaktował się ze mną uczestnik tej operacji, żołnierz AK Franciszek Kiełbik pochodzący z Marcinkowic mieszkaniec Krakowa. Dzięki niemu naprawiam ten błąd. W tym miejscu pragnę podziękować Panu Władysławowi Nowakowi i Panu Franciszkowi Kiełbikowi za ich relacje. Dziękuję także Pani Marii Kostrzewa za opowieść z pamięci jej ojca Jana Lechowicza. Dziękuję wszystkim Czytelnikom za cenne uwagi. Dzięki nim oddaję w Wasze ręce drugie wydanie poprawione i poszerzone. Dołączam publikowane już wcześniej „Żółte znicze nawłoci”. Choć tematyka dotyczy I wojny światowej, może ta lektura sprawi, że obok cmentarzy z tamtej wojny nie będziemy przechodzić obojętnie, bo tak wrosły w nasz krajobraz, że ich już nie dostrzegamy, mijamy je bez źdźbła emocji i wzruszenia. Gdyby Szanowny Czytelnik, zainteresowany, zechciał pogłębić swoją wiedzę z tematyki tych dwóch opowieści, odsyłam do książki „5 Pułk Strzelców Konnych” Edmunda Juśko i Macieja Małozięcia oraz „Akcja V-1, V-2” Michała Wojewódzkiego, a także innych publikacji i opracowań dostępnych w bibliotekach na regionalnej półce. Z tematyki I wojny światowej dotyczącej naszego regionu polecam „Cmentarze I wojny światowej w Galicji zachodniej” 20 Oktawiana Dudy, „Zachodniogalicyjskie groby bohaterów z lat wojny światowej 1914-1915” Rudolfa Brocha i Hansa Hauptmanna. Korzystając z okazji, pragnę powtórzyć swoje słowa zapisane w zakładce do pierwszego wydania tej książki. Powtarzam i adresuję je do nauczycieli historii i wszystkich tych, którzy mają wpływ na jej przekaz dla dzieci i młodzieży. Dla większości uczniów historia – wypełniona faktami wciśniętymi w chronologię dat z postaciami bohaterów, wodzów i dynastii, to odnajdywanie logiki w ciągle zmieniających się strefach wpływów i uzależnień, badanie genezy i śledzenie przebiegu powstań, rewolucji i wojen, by potem zagłębiać się w geografię pokojowych traktatów i prawnicze zawiłości paktów, a to wszystko zanurzone w otchłani społeczno-politycznych systemów zmieniających się na przestrzeni wieków - jest często niezrozumiała i nudna. To wszystko już było w zamierzchłej przeszłości. Jest odległa, toczyła się gdzieś tam. Jest jak potrawa bez soli. Dotyczy ich jedynie jako szkolny przedmiot. Historia powszechna, ogólnonarodowa pełna jest dygresji, które trzeba umieć odszukać i rozwinąć, malując dzieje własnego regionu. Podręcznikowa historia zostawia puste miejsca między nawiasami, które należy wypełnić relacją, opowieścią zdarzeń, które naznaczyły to nasze miejsce na ziemi. Staje się wówczas ciekawsza, zrozumiała i emocjonalnie bliska. Zaczyna smakować inaczej. Jakże cenne dla historycznego przekazu, dla pamięci są organizowane przez Powiat Tarnowski rekonstrukcje historyczne i uroczystości w miejscach walki, pamięci i przy żołnierskich mogiłach. Jest ogromne zapotrzebowanie na tego typu „lekcje historii”, co widać po ilości zgromadzonych osób. I ja tą książką staram się również ten nawias w pewnym stopniu wypełnić. Historia opowiadana, choć subiektywna, dotycząca regionu i nierzadko wpleciona w losy rodzin uczniów, tocząca się w znanych im miejscach, to odnajdywanie własnej tożsamości. Jest kształtowaniem postaw patriotycznych lokalnej społeczności. Pozostaję z szacunkiem Autor 21 Notka biograficzna Adam Tomczyk, urodzony w Przybysławicach w1956 roku, od dwudziestu lat mieszka i pracuje w Żabnie. Już od najmłodszych lat interesuje się historią. Nie obca jest mu również literatura, której jest pasjonatem. Do jego szerokich pasji dołączyła jeszcze fascynacja folklorem i etnografią miejsca, w którym przyszło mu żyć. Jest autorem publikacji „Żółte znicze nawłoci”. To książka będąca jego refleksją, rezultatem dociekań historycznych, jak i przedstawieniem opowieści i przekazów zasłyszanych o czasach I wojny światowej. To swoisty przewodnik po cmentarzach pozostałych z I wojny w naszej okolicy, pisany językiem pełnym obrazów, emocji i odniesień. Wziął udział w konkursie „ Katyń – pamiętamy” zorganizowanym przez posła do Parlamentu Europejskiego Pawła Kowala. O jego konkursowej pracy, literackiej opowieści o losach żabnianina Mieczysława Seweryna jeńca Kozielska i ofiary katyńskiego mordu, Dziennik Polski w wydaniu internetowym z dnia 03.03.2010 pisał […] Wrażenie na Pawle Kowalu zrobiła także praca nadesłana z Żabna. Jej autorem jest Adam Tomczyk, a nosi ona tytuł „W pamięci”. Jest to praca o Katyniu, ale bardzo mocno wpleciona w historię Żabna. Ukazuje mieszkańców miasteczka, a przy tym została spisana przez kogoś młodego, kto wsłuchał się w głosy najstarszego wiekiem pokolenia.[...]W książce, którą macie Państwo w rękach, opowieść ta nosi tytuł „Mój ojciec”. Pierwsze wydanie „Z pamięci” zawierające pięć opowieści z czasów II wojny światowej ukazało się wiosną 2011 roku. Wiosną 2012 roku autor wydał własnym staraniem powieść pod tytułem „Cmentarzysko koni”. Przedstawia w niej losy bohatera od lat trzydziestych XX wieku poprzez wojnę, w niej epizod partyzancki i lata powojenne. Bohater powieści opowiada swoje życie i odnosi się do wydarzeń historycznych swojego czasu. Drugie wydanie „Z pamięci” to zbiór siedmiu opowieści z czasów wojny. Zapis historii zapamiętanej subiektywnie i opowiedzianej autorowi po latach. Autor do książki dołączył szkic literacki „Żółte znicze nawłoci”. 22