Pobierz pdf - Prószyński i S-ka

Transkrypt

Pobierz pdf - Prószyński i S-ka
Przełożył Tomasz Wilusz
Tytuł oryginału
CITY OF LIES
Love, Sex, Death and the
Search for Truth in Tehran
Copyright © Ramita Navai 2014
First published in Great Britain in 2014
by Weidenfeld & Nicolson
All rights reserved
Projekt okładki
Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN
Zdjęcie na okładce
Fot. Kaveh Kazemi/Getty Images
Redaktor prowadzący
Katarzyna Rudzka
Redakcja
Lucyna Łuczyńska
Korekta
Grażyna Nawrocka
Łamanie
Ewa Wójcik
ISBN 978-83-7961-032-7
Warszawa 2014
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Druk i oprawa
Drukarnia POZKAL Spółka z o.o.
88-100 Inowrocław, ul. Cegielna 10-12
Wszystkim teherańczykom, gdziekolwiek jesteście
Mojemu mężowi Gabrielowi, honorowemu
teherańczykowi i miłości mojego życia
Przede wszystkim mojemu ojcu Kuruszowi,
który uosabia wszystko, co w Teheranie dobre i wspaniałe
Kłamstwo, co na dobre godzi,
lepsze niż prawda, co niesnaski płodzi.
Sadi z Szirazu, „Gulistan to jest ogród różany”
przeł. Wojciech Kazimirski-Biberstein
PRZEDMOWA
Wyjaśnijmy sobie jedno: aby żyć w Teheranie, musisz
kłamać. Względy moralne nie mają nic do rzeczy; w Teheranie kłamie się, żeby przetrwać. Ta potrzeba mataczenia
jest zaskakująco egalitarna – świat oszustwa nie zna
barier klasowych ani dyskryminacji religijnej. Niektórzy
z najbardziej pobożnych, sprawiedliwych teherańczyków są równocześnie najbardziej uzdolnieni i przebiegli
w sztuce zwodzenia. My, teherańczycy, po mistrzowsku potrafimy manipulować prawdą. Małym dzieciom
każe się zaprzeczać, że tatuś trzyma w domu alkohol;
nastolatki żarliwie przysięgają, że ich dziewictwo jest
nietknięte; w miesiącach postu sklepikarze pozwalają
klientom po kryjomu jeść, pić i palić na zapleczach sklepów, a młodzi mężczyźni biczują się podczas obchodów
święta Aszura, udając, że każde smagnięcie upamiętnia imama Husajna, gdy tak naprawdę chcą popisać
się męską tężyzną przed ładnymi dziewczynami, które
z kolei zaklinają się, że w procesji uczestniczą z czystej
pobożności. Te kłamstwa pociągają za sobą następne,
wyrastające jak grzyby po deszczu w zmurszałej fasadzie
społeczeństwa.
9
Prawda stała się tajemnicą, rzadkim, niebezpiecznym,
wysoko cenionym towarem, z którym należy się obchodzić
niezwykle ostrożnie. Szczerość w Teheranie jest aktem
najwyższego zaufania albo bezgranicznej desperacji.
Kłamstwo dla przetrwania ma w irańskiej kulturze długą
tradycję; we wczesnych latach islamskich podbojów szyitom zalecano, by w celu uniknięcia prześladowań ukrywali swoją wiarę – praktyka znana jako takijja. Nawet
Koran stwierdza, że są przypadki, gdy kłamstwo w imię
wyższego dobra jest dozwolone. I choć epidemia fałszu
rozlała się po całym kraju, Teheran pozostaje jej źródłem.
W czym sęk: Irańczycy mają obsesję na punkcie wierności samemu sobie – to nieodłączna część naszej kultury.
Perski poeta Hafez nawołuje, abyśmy szukali prawdy, by
poznać sens życia:
Rozbudzone w tobie umiłowanie Prawdy
Nigdy cię nie opuści
Twoje radości i udręki w tej mozolnej wędrówce
Unoszą okrywającą cię przetartą zasłonę jak kurtynę
na scenie
I na pewno odsłonią twoje Wspaniałe Ja
Postacie z irańskich oper mydlanych prawie zawsze
dążą do tego, by poznać swoje prawdziwe ja, a przedmiotem licznych fatw jest dychotomia między brzemieniem
religijnych nakazów a szczerymi ludzkimi pragnieniami.
Dlatego większość teherańczyków żyje w stałym rozdarciu, jakże bowiem pozostać wiernym sobie w ramach
systemu, w którym człowiek zmuszony jest kłamać, aby
przetrwać?
10
Pozwolę sobie wyjaśnić jeszcze jedno. Nie twierdzę, że
my, Irańczycy, jesteśmy z natury łgarzami. Kłamstwa to
przede wszystkim konsekwencja dążenia do przetrwania
w warunkach ucisku, pod rządami reżimu przypisującego
sobie prawo do ingerencji w nawet najbardziej intymne
sprawy swoich obywateli.
W czasie, kiedy mieszkałam (i kłamałam) w Teheranie,
wysłuchałam opowieści teherańczyków – ich wkrótce
poznacie. Nie wszyscy są przeciętnymi obywatelami tego
miasta; niektórzy egzystują na dalekim marginesie irańskiego społeczeństwa. Mam jednak nadzieję, że nawet
najbardziej drastyczne historie zawarte w niniejszej
książce pomogą człowiekowi z zewnątrz zrozumieć, jak
wygląda codzienne życie w tej metropolii zamieszkanej
przez ponad dwanaście milionów ludzi. Z doświadczenia
wiem, że najbardziej charakterystyczną cechą teherańczyków jest życzliwość, bo bez względu na to, jak ciężko
się żyje, jak mocno rząd przykręca śrubę, mają w sobie
niespożyte zasoby serdeczności; okazywali mi ją wszyscy,
od zatwardziałych zwolenników reżimu po radykalnych
opozycjonistów.
Zmieniłam wszystkie nazwiska i niektóre szczegóły,
daty i miejsca, by chronić moich rozmówców, ale wszystko, co opisałam, wydarzyło się albo dzieje się nadal. To
prawdziwe historie z miasta kłamstw.
Pałac Saadabad
Plac
Tadżrisz
Pałac Niawaran
As r
Mauzoleum Imam Zadeh Saleh
Wa
li
więzienie Evin
Bagh Ferdous
Fe
siedziba Radia
i Telewizji
Islamskiej
Republiki
Iranu
re
szt
e
plac
Wanak
Szahrak-e
Gharb
ulica Motahariego
Ha
fte
Tir
Tacht-e Tawus
pl
ac
ulica Karima Chana Zanda
plac Wali Asr
ulic a Dżo mhu ri
meczet al-Dżawad
Park-e
Daneszdżu
Te at r
ul ic a im
am a
Ch om ein
ieg o
Tupchane
Mejdan-e Razi
dworzec kolejowy
Rah Ahan
ulica Szusz
Szahr-e Rej
pałac Golestan
Szams-ol Emareh
Me jdan -e Ch
or as an
plac Monirieh
uli ca Na sir
a Ch osr ow
a
plac imama Chomeiniego
PROLOG
Wali Asr
Widziany z lotu ptaka Teheran mieni się eterycznym
blaskiem. Pomarańczowa mgła nad miastem załamuje
promienie słońca: gęsty opar uporczywie zalega w każdym zakamarku, pali nos i szczypie w oczy. Na ulicach
zapchanych pojazdami buchają kłęby czarnych chmur,
które niespiesznie się wznoszą i zawisają w powietrzu.
Spaliny pną się nawet po karmelowych zboczach gór
Elburs na północy. Tu, w dole, skupiska wieżowców patrzą
z wysoka na miasto, niczym imamowie, którzy stoją nad
bijącymi pokłony wiernymi. Dolinę u ich stóp wypełnia
nieprzebrana masa ludzi. Każdy centymetr terenu jest
zajęty, bez zauważalnego stylu, logiki czy myśli przewodniej. Stare dzielnice są brutalnie rozprute wielopoziomowymi skrzyżowaniami, brzydkie postmodernistyczne
gmachy górują nad dworami w ruinie.
Cały ten chaos przecina dzieląca Teheran na pół
długa, szeroka droga obsadzona po obu stronach tysiącami wysokich sykomor. Ulica Wali Asr biegnie z północy
13
na południe stolicy, tłoczy życie do jej żył, wypluwa je
w najgłębszych zakamarkach miasta. Wali Asr to w oczach
miejscowych Teheran w pigułce. Od dziesięcioleci właśnie tutaj Irańczycy przychodzą świętować, protestować,
manifestować, upamiętniać, opłakiwać. Jednym z moich
najżywszych wspomnień z dzieciństwa w Teheranie jest
przejazd tą aleją; do dziś pamiętam to wrażenie bycia otuloną przez drzewa, czule nachylone ku sobie, osłaniające
nas zielonym sklepieniem.
Stare, przerośnięte, powykręcane korzenie sykomor
wystają z popękanego betonu. Biegnące wzdłuż nich
głębokie rynsztoki zwane dżub niosą lodowatą wodę,
która tryska z gór na północy. Im dalej na południe, tym
woda jest mętniejsza i ciemniejsza. Tuż za środkowym
odcinkiem Wali Asr rozpościera się tętniące życiem, gęsto
zaludnione centrum; przez skrzyżowania gnają tysiące
motocykli, samochodów i pieszych. Między blokami
mieszkalnymi wciąż można odnaleźć walczące o życie
szczątki kilku okazałych starych domów. Dalej na południe budynki są coraz mniejsze i coraz bardziej zaniedbane; to domy z surowego cementu i skruszałej cegły,
z powybijanymi oknami i dachami zastawionymi budami
z blachy falistej. Ze ścian zwisają przerdzewiałe przewody
gazowe i klimatyzatory, niczym wywalone na zewnątrz
metalowe flaki. Tutaj cały kolor znika z ulic, wchłonięty przez cienie konserwatyzmu i nędzy. Czarne całuny
kobiecych czadorów przemykają bezszelestnie między
ciemnymi marynarkami i chustami na głowę: odcienie
żałoby aprobowane przez islam, urozmaicone tylko krzykliwymi muralami przedstawiającymi bohaterów wojennych, męczenników i propagandę polityczną. U swojego
14
południowego wylotu Wali Asr otwiera się na Rah Ahan,
główny dworzec kolejowy Teheranu, na który przybywają tysiące ludzi z całego kraju: Lurowie, Kurdowie,
Azerowie, Turkmeni, Arabowie, Baludżowie, Bachtiarzy,
Kaszkajowie i Afgańczycy.
Ulica Wali Asr wraz z odchodzącymi od niej setkami
dróg to mikrokosmos miasta. Mierzy około siedemnastu kilometrów, łączy bogatych i biednych, religijnych
i świeckich, tradycję i nowoczesność. A mimo to życie
ludzi zamieszkałych na jednym i drugim jej krańcu zdają
się dzielić całe stulecia.
Drogę tę zbudował Reza Szach, choć prace nad nią
rozpoczęły się w 1921 roku, jeszcze przed jego koronacją.
Pełną parą ruszyły po puczu wojskowym, który obalił szacha Ahmada, ostatniego monarchę z dynastii Kadżarów.
Na trasie przebiegu przyszłej Wali Asr zniszczono sady
i piękne, starannie wypielęgnowane ogrody arystokratów,
mężów stanu i książąt kadżarskich; najbardziej atrakcyjne
grunty Reza zachował dla siebie i swojej rodziny. Budowa
trwała osiem lat. Gotowa droga przecinała tereny wiejskie
i łączyła z sobą pałace szacha: zimowe rezydencje w cieplejszej, południowej części miasta i rezydencje letnie, umoszczone w chłodniejszych górach na północy. Jej powstanie
było elementem programu intensywnej rozbudowy i modernizacji, który w zamyśle Rezy Szacha miał wprowadzić Iran
w dwudziesty wiek. To miał być obiekt zazdrości całego
Bliskiego Wschodu; majestatyczna, okazała aleja, łącząca
elegancję i piękno ocienionych drzewami francuskich bulwarów z dostojeństwem wielkiego rzymskiego traktu. Reza
osobiście nadzorował zasadzenie około osiemnastu tysięcy
sykomor. Drodze nadał swoje nazwisko: ulica Pahlawiego.
15
Nazwę zmieniono w 1979 roku, kiedy rewolucja islamska zrzuciła z tronu syna Rezy Szacha, Mohammada Rezę;
przeciwni szachowi nacjonaliści patronem ulicy uczynili doktora Mohammada Mosaddegha, byłego premiera
Iranu, ekscentrycznego, wykształconego w Europie prawnika, który stracił władzę w wyniku wspieranego przez
CIA zamachu stanu po tym, gdy podjął próbę nacjonalizacji irańskiego przemysłu naftowego, i z tego powodu
dla wielu stał się bohaterem. Nowa nazwa przetrwała
prawie tak długo jak jego rządy – nieco ponad rok. Ojciec
chrzestny rewolucji, ajatollah Ruhollah Chomeini, ani
myślał pozwolić, by najsłynniejsza droga w kraju upamiętniała człowieka, który reprezentował perski nacjonalizm,
nie islam, i któremu zazdrościł popularności. Na jego
polecenie ulicy nadano nazwę Wali Asr, na pamiątkę otoczonego powszechną czcią imama Mahdiego, znanego
też jako imam Zaman, ostatniego z dwunastu szyickich
imamów, człowieka, który według wierzeń wielu szyitów
będzie Ostatnim Zbawicielem świata. Powrót mesjasza
da początek nowej erze pokoju i islamskiej doskonałości,
do tego czasu jednak Ostatni Zbawiciel ma pozostawać
w ukryciu. Stosowna nazwa dla drogi symbolizującej
miasto, którego rzeczywiste siły witalne są tak mocno
tłumione pod islamskimi rządami.
To dzieje się w środku nocy. Nikt nie wie, o której godzinie ani ilu ludzi w tym uczestniczy. Jednak rano o niczym
innym się nie mówi. Dowody widoczne są na długich odcinkach Wali Asr: z betonu sterczą dziesiątki pniaków. Zbrojni
w piły łańcuchowe pracownicy służb miejskich ścięli ponad
16
czterdzieści przydrożnych sykomor. Teherańczycy protestują. Piszą listy, wydzwaniają do burmistrza, robią zdjęcia.
Skarżą się na Twitterze, zakładają stronę face­bookową. Sprawa trafia na czołówki gazet. Znana organizacja praw człowieka twierdzi, że liczba ściętych drzew jest dużo wyższa.
Ugrupowanie obrońców dziedzictwa kulturalnego nazywa
zabójstwo „niewinnych” drzew aktem „porażającej dewastacji”. W czasie dyskusji na żywo w ogólnokrajowej rozgłośni Farhang urywają się telefony. „Każde drzewo jest dla
mnie wspomnieniem. Jeśli zetną drzewa, moje wspomnienia
umrą. To tak, jakby ścinali moją duszę”, szlocha słuchaczka,
z typowo irańską pasją i skłonnością do dramatyzowania.
Teherańczycy są oburzeni.
Weteran wojenny bez nóg zajmuje swoje zwykłe miejsce na chodniku w pobliżu Park-e Mellat w północnej
części Wali Asr. Kładzie brudne kule obok siebie i rozkłada na ziemi swój towar: baterie różnej wielkości
i koloru. Za jego plecami wielki szczur smyrga z jednej
strony rynsztoka na drugą. Student akademii muzycznej, ze skrzypcami na plecach, usłyszał o wycince drzew
i przyszedł zobaczyć jej skutki na własne oczy.
–Ja przynajmniej byłem na wojnie, czym to biedne
drzewo sobie zasłużyło, żeby podzielić mój los? – żartuje weteran. Młodzieniec uśmiecha się i idzie na północ,
do Bagh Ferdous, publicznego ogrodu przed eleganckim
pałacem Kadżarów. Chodzi tam rozmyślać i obserwować
życie na Wali Asr. Siada na ławce, otwiera laptop i puszcza
na nim koncertowe wykonanie Requiem Mozarta. Dołącza do niego starszy pan w trzyczęściowym garniturze;
zajmuje miejsce na drugim końcu ławki, by dosłyszeć
przez dźwięki miasta cudowną muzykę.
17