Rejs: żaglowcem Pogoria po Morzu Liguryjskim,Rejs

Transkrypt

Rejs: żaglowcem Pogoria po Morzu Liguryjskim,Rejs
Rejs: żaglowcem Pogoria po Morzu
Liguryjskim
Czy wielkie żaglowce to już zamierzchła przeszłość? Czy
pozostały nam tylko ich piękne zdjęcia zdobiące ściany naszych domów i
tawern? Nie! Żaglowce pływają, a nawet odbudowują swoją zaszczytną pozycję
wśród innych jednostek. Ogólnoświatowe regaty Sailing Tall Ships wydatnie
przyczyniły się do ich popularyzacji. Wbrew pozorom, te piękne statki cechują
się często bardzo dobrymi właściwościami nautycznymi, a żeglowanie nimi
sprawia ogromną frajdę, czego niedawno mogłem osobiście doświadczyć.
Ostatnio wpadła mi w ręce bardzo ciekawa pozycja „DWA LATA POD ŻAGLAMI
1834-1836” (Richard Dana). Autor opisuje swoje dwuletnie doświadczenia z
pracy na dwóch amerykańskich żaglowcach handlowych, w podróży przez przylądek
Horn do Kalifornii. Publikacja wiernie odzwierciedla wszelkie aspekty pracy
marynarzy na ówczesnych żaglowcach. Czytając szczegółowe opisy pracy żaglami,
pomimo moich niemałych kwalifikacji żeglarskich, zmuszony byłem co chwila
zerkać do słownika terminów żeglarskich. Dziś nasze jachty to w 99 procentach
niewielkie slupy z olinowaniem i ożaglowaniem ograniczonym ilościowo do
minimum. Obsługa dwóch żagli nie sprawia wielkiego problemu nawet jednemu
żeglarzowi. Tymczasem wielkie, ciężkie żagle rejowe, czy gaflowe, wymagają
wspólnej pracy wielu członków załogi. Wykonanie najprostszego zwrotu, czy
chociażby zmiany kursu, to konieczność przeprowadzenia licznych
zsynchronizowanych czynności. Wchodzenie wysoko na reje na rozkołysanym
statku to dziś całkowicie zapomniane czynności.
Na kanwie lektury zapragnąłem spełnić od dawna obiecywane sobie pragnienie,
czyli rejs dużym żaglowcem typu: Sail Training Ship (STS). Bez zbędnej zwłoki
uruchomiłem komputer w poszukiwaniu dostępnych propozycji. Nie miałem przy
tym specjalnych preferencji oprócz ograniczeń terminowych. Mój wybór padł na
STS Pogoria. Tak oto zaciągnąłem się wkrótce na rejs prawdziwym żaglowcem, w
dodatku po pięknym rejonie Morza Śródziemnego – Morzu Liguryjskim.
Rejs rozpoczęliśmy w Genui w sobotę rano. Miasto rodzinne Krzysztofa Kolumba
przywitało nas deszczem i temperaturą ok. 13ºC. Żeglarze jednak wody się nie
boją. Załoga statku liczyła ok 50 osób, do tego Kapitan i czterech członków
załogi stałej: Starszy Oficer, Mechanik, Bosman i Kucharz. Pogoria to w miarę
nowoczesna jednostka w bardzo dobrym stanie technicznym. Wszelkie szczegóły
opisane na stronie armatora : http://www.pogoria.pl/.
Po sprawnym zakwaterowaniu nastąpił apel powitalny na rufie jednostki.
Rozpoczęto podział załogi na wachty i przydział do poszczególnych oficerów
wachtowych z jednoczesnym wyznaczeniu funkcji starszego wachtowego. Dalej w
kolejności zostaliśmy zapoznani szczegółowo z jednostką, środkami
bezpieczeństwa i procedurami ratunkowymi. Przy tak licznej zróżnicowanej pod
każdym względem załodze wszystkie elementy mini szkolenia musiały mieć w
pełni profesjonalny i formalny charakter. Na koniec odbyliśmy pierwsze
ćwiczenia „na sucho” z obsługi żagli. Tak jak się spodziewałem, ogromna ilość
lin zwykle jednolitego koloru – pomarańczowego lub niebieskiego – w pierwszej
chwili zrobiła nam wszystkim ogromny mętlik w głowie. Gordingi, gejtawy,
brasy i wiele innych, na co dzień nie używanych nazw, wprowadziły niemały
chaos na pokładzie. Banalna czynność brasowania rej, w praktyce okazuje się
bardzo trudna dla niewprawnej załogi. Wybranie poszczególnych lin to praca
dla kilku osób, do tego ważna jest znajomość odpowiedniej techniki. Jak można
się było spodziewać, kluczem do sukcesu okazuje się być współdziałanie załogi
i sprawne wykonywanie poleceń dowodzącego. Ogromna ilość jednostkowych
czynności sprawia, że dla każdej pary rąk znajdzie się zajęcie. Mając w
pamięci opisy z książki, nie mogłem uwierzyć, że kilkukrotnie większa od
naszej Pogorii fregata „Alert” mogła być obsługiwana przez trzykrotnie
mniejszą załogę. Pocieszając się, że wszystko wymaga treningu, powoli
układałem sobie w głowie wszystkie elementy poszczególnych skomplikowanych
procedur.
Żeglowanie Pogorią to nie tylko poznawanie kulis obsługi statku. To również
wspaniała turystyczna wycieczka. Jak wspomniałem, akwen sam w sobie jest
bardzo ciekawy. Wprawdzie trasa rejsu uzależniona jest zawsze od warunków
pogodowych, to jednak ilość ciekawych miejsc pozwala zaspokoić oczekiwania
uczestników. Należy wspomnieć, że znaczna część załogi liczyła przy okazji na
zdobycie wymaganego do stopnia kapitana stażu morskiego 100 godzin na
jednostce powyżej 20m. Oczekiwania wymusiły ponadstandardowy czas przebywania
na morzu. Było to okazją między innymi do zainscenizowania alarmu „człowieka
za burtą”. Złożoność procedury i ogromna bezwładność statku daje dużo do
myślenia. Nie dziwi fakt, że podczas żeglugi, wszyscy musieli przebywać na
pokładzie w szelkach asekuracyjnych.
Z Genui obraliśmy kurs na południowy wschód w kierunku Elby. Wyspa znana jest
oczywiście z faktu, że przebywał tu wypędzony po przegranej wojnie Napoleon
Bonaparte. Do dziś na wzgórzu nad miastem można zwiedzić willę w której
mieszkał. Elba to piękna wyspa z licznymi charakterystycznymi akcentami
śródziemnomorskimi. Kamienna, stara zabudowa z dachami pokrytymi czerwoną
dachówką w blasku promieni słonecznych pozwoliła nam skutecznie zapomnieć o
zimowej szarzyźnie pozostawionej w kraju. Miasteczko niewielkie, ale pięknie
położone na wzgórzu. Cisza i wyraźna senność mieszkańców, typowa dla
południowców przypomina o przerwie w sezonie. Choć daleko jeszcze do letnich
upałów, sjesta jest tu obowiązkowa. Nie liczcie zatem, że od 13tej do 16tej
uda wam się zrobić zakupy. Również większość knajp w tych godzinach jest
zamknięta.
O 13.00 we wtorek kolejny alarm manewrowy – parkujemy w Calvi na Korsyce.
Jest pochmurno i wietrznie, ale bez deszczu. Calvi to piękne miasto. Na
wzgórzu przy wejściu do zatoki znajduje się historyczna twierdza, którą
ostatecznie zdobył słynny admirał floty angielskiej – Nelson. Tu też w bliżej
nieokreślonych okolicznościach stracił oko. Jedna z hipotez mówi, że chcąc je
potrzeć, zapomniał, że ma hak w miejscu dłoni. Krążą też liczne inne
opowieści. Wracając do Calvi. Tu również urodził się najsłynniejszy
Genueńczyk Krzysztof Kolumb. Obecnie stacjonuje tu ostatni legion
cudzoziemski, w tym około stu żołnierzy wraz z rodzinami z Polski.
Cumujemy u podnóża twierdzy i pośpiesznie udajemy się na spacer. Po wejściu
na górę, roztacza się przed nami przepiękna panorama. Wąskie uliczki pomiędzy
charakterystycznymi budynkami z kolorowymi okiennicami, tworzą miły dla oka
widok. Tu czas inaczej płynie. Po drodze mijamy otwierane po sjeście knajpki.
Turystów poza sezonem niewielu, tym bardziej spacer, zdawać by się mogło, po
wymarłych uliczkach, tworzy niepowtarzalną atmosferę. Uwielbiam te
śródziemnomorskie klimaty. Po dwugodzinnym przechadzce wróciliśmy na kolację.
Przy okazji dodam, że życie na Pogorii, podobnie jak niegdyś na żaglowcach
przybiega według ścisłych reguł. Porządek wacht jest tu podstawowym ściśle
przestrzeganym harmonogramem. Każda wachta musiała dwukrotnie zaliczyć dyżur
w kuchni, gdzie pod okiem kucharza przygotowywała posiłki. Był też czas do
dyspozycji dla Bosmana, gdzie myto pokład, czy też wykonywano inne prace
bosmańskie. Oczywiście były też wachty nawigacyjne odpowiadające za
prowadzenie żeglugi. Wszystko zgodnie z góry ustalonym porządkiem. Na Pogorii
nie ma bowiem pasażerów, wszyscy są członkami załogi.
Rejs kończymy w Livorno na północno zachodnim wybrzeżu Włoch. To duża
aglomeracja z przyjemnym starym miastem. Parkujemy w porcie o wyglądzie
raczej przemysłowym. Miasto, choć z ciekawą architekturą, ma jednak
wielkomiejski charakter. Pełno tu ludzi, samochodów, sklepów, straganów… Czas
do domu.
Następnego dnia nastąpiła wymiana załogi. Wykwaterowujemy się zwalniając
miejsca w kajutach. Statek opuściliśmy jednak dopiero wieczorem, stąd dla
urozmaicenia zwiedziliśmy niedaleką Pizę z jej słynną wieżą. Po powrocie z
wycieczki zjedliśmy pożegnalny obiad i zorganizowaliśmy apel. Jeszcze kilka
zdjęć, wymiana telefonów i koniec.
Wspaniale spędzone chwile. Niezależnie od różnorodnych oczekiwań każdego z
uczestników, wszyscy byli bardzo zadowoleni z tej niecodziennej przygody. Dla
mnie to były nowe ekscytujące doświadczenia żeglarskie, tym bardziej
wartościowe, że zdobyte w miłym towarzystwie. Polecam.
Rejs: Archipelag La Maddalena pomiędzy
Korsyką i Sardynią
Archipelag La Maddalena położony pomiędzy Sardynią i Korsyką
to bez wątpienia jedno z najpiękniejszych miejsc w Europie. Po prostu
wymarzone miejsce do letniego urlopu. Ciepłe morze, cudowne zatoki, słońce i
łagodny wiatr prowokują do leniwego rozkoszowania się cudami natury. Pejzaże
morskie o wiele bardziej niż Morze Śródziemne przypominają odległe Karaiby
czy Seszele. Jest to jednak środek bogatej Europy, a co za tym idzie poziom
rozwoju infrastruktury oraz atrakcji poza żeglarskich jest bardzo wysoki.
Rejs w którym uczestniczyłem był formą nagrody dla pracowników jednej z
warszawskich firm. Z tą formą spędzania czasu zetknęli się oni po raz
pierwszy. Stąd program wyjazdu był tak opracowany, aby niewielkiej dawce
żeglarstwa towarzyszyło dużo wszelakich form rozrywki.
Byłem jednym z pięciu skiperów. Wiązało się to z dodatkowymi obowiązkami –
głównie związanymi z zaopatrzeniem, ale też stało się okazją do dłuższego
przebywania za sterem (gdyż inni załoganci nie mieli doświadczenia).
Rejs zaczęliśmy w miejscowości Piombino w
Toskanii, na północno zachodnim wybrzeżu półwyspu apenińskiego. Przed nami
120 mil żeglugi na południowy zachód. Po zapakowaniu zaopatrzenia dla
kilkudziesięciu osób oraz dodatkowych gadżetów takich jak duży grill gazowy,
czy ogromny głośnik do profesjonalnego, plenerowego nagłośnienia, ruszyliśmy
w rejs. Pogoda w czerwcu wymarzona.
Słońce
z wysoka pięknie grzało, a i wiatr był idealny do przyjemnego żeglowania.
Chwilami mocniejszy, to znów słabszy, powoli zmieniał kierunek, lecz nie
zmuszał nas do włączania silnika. Nasz Oceanis 393 okazał się szybką
jednostką i dowiózł nas przed czasem do niewielkiej wyspy La Maddalena
leżącej pomiędzy Sardynią i Korsyką. Tu znowu sprawy organizacyjne: odbiór
czterech wyczarterowanych katamaranów i ich zaopatrzenie. Nasi pasażerowie
przyjadą „na gotowe”, w końcu to ma być dla nich nagroda.
Prace poszły bardzo sprawnie, przez co w oczekiwaniu na przyjazd grupy
wystarczyło czasu na spacer po mieście i poznanie uroków lokalnej kafejki. O
północy dostaliśmy sygnał, że grupa zbliża się autokarem z lotniska do
północnego wybrzeża Sardynii. Stamtąd promem mieli dotrzeć na La Maddalenę.
Postanawiamy jednak zrobić im niespodziankę i wypłynąć po nich katamaranami.
Tak też zrobiliśmy. Środek nocy, ograniczona do minimum załoga: 1-2 osoby na
całkiem sporą jednostkę, dało samo w sobie sporą satysfakcję. Wszystko odbyło
się nad wyraz sprawnie. Udało się nam miło zaskoczyć uczestników, którzy
wprost z autobusu mogli zainstalować się na swoich jachtach. Tym akcentem
rozpoczął się dla większości pierwszy w życiu rejs po morzu.
Rankiem obieramy kurs na maleńką cudowną wyspę Lavezzi, gdzie stanęliśmy na
kotwicy na kąpiel i obiad na wodzie. Bardzo polecam odwiedzanie małych wysp,
które zawsze mają do zaoferowania przepiękne widoki, czystą niezmąconą wodę,
oraz kameralną atmosferę. Zwykle, jeśli dopisze nam szczęście i nie trafimy w
tym samym czasie na podobną wycieczkę jak nasza, to będziemy tam jednymi z
nielicznych turystów. Żeglowanie ma tę zaletę, że to my decydujemy gdzie
chcemy się zatrzymać i jesteśmy w tym bardzo niezależni.
Obieramy kurs na południowo wschodnie
wybrzeże Korsyki – zatokę Santa Giulia. Tu mamy zamiar spędzić noc na
kotwicy. Zatoka pokazana na zdjęciu obokto cud natury z rzadko spotykanym w
Europie pejzażem. Rozległy płytki akwen z piaszczystym jasnym dnem
sąsiadujący z wysokim, skąpanym w zieleni brzegiem, tworzą niesamowity widok.
Wysoka temperatura wody prowokuje do długich kąpieli. Miejsce absolutnie
godne polecenia. Przy okazji warto jednak podkreślić, że należy w tym miejscu
zachować szczególną ostrożność. Właśnie ze względu na niewielką głębokość i
skały podwodne należy upewnić się co do prognozy pogody i znać precyzyjne
parametry swojego jachtu. Dotknięcie dna może się skończyć poważnym
uszkodzeniem jachtu.
Wieczorem dla ułatwienia integracji, budujemy „tratwę” mocując do siebie
katamarany. Daje to możliwość swobodnego przemieszczanie się uczestników
pomiędzy jednostkami i składania „roboczych” wizyt. Oczywiście z „kwiatami”.
Wieczorem organizator uruchamia wszystkie swoje gadżety: grille, głośniki,
mikrofony, instrumenty muzyczne. Nie mamy sąsiadów, stąd impreza nabrała
animuszu. Co tu dużo mówić – prywatka poszła drogą inercji – towarzystwo było
bardzo rozbawione.
Kolejnego dnia podnosimy kotwicę i żeglujemy z wiatrem na południe, by po
okrążeniu południowo-wschodniego krańca Korsyki trafić do słynnego portu
Bonifacio. To perełka na Morzu Śródziemnym. Już samo wejście do zatoki
zapowiada niezapomniane wrażenia. Położona pośród wysokich pionowych skał
rozszerzająca się na końcu głęboka zatoka powinna być obowiązkowym punktem
programu większości rejsów organizowanych w tym regionie. Często zawijają tu
bardzo duże jednostki, w tym największe żaglowce. Ukształtowanie terenu
sprawia, że zatoka jest niemal niewidoczna z otwartego morza. Legendy głoszą,
że przez stulecia zatoka była bazą piratów, którzy potrafili niemal zniknąć,
rozpłynąć się w powietrzu, w ucieczce przed pościgiem marynarki królewskiej.
Być może jedna z licznych tu jaskiń zawiera tajemnice z zamierzchłych czasów?
Nowoczesna marina przygotowana jest na przybycie dużej ilości turystów.
Należy się spodziewać, że w sezonie ze względu na popularność portu, mogą
wystąpić problemy z parkowaniem. Same opłaty też nie należą do najniższych,
nie mniej z całą pewnością warto zwiedzić to przepiękne, ciekawe miejsce.
W mieście jest niezliczona ilość barów i restauracji kuszących smakołykami
śródziemnomorskimi. Warto przy tym zwracać szczególną uwagę na ceny.
Najdroższe są nadbrzeżne knajpy. Za to samo danie można zapłacić nawet
kilkakrotnie drożej, niż w restauracjach nieco oddalonych od morza. Na
szczycie wzniesienia górującego nad miastem można zwiedzić pozostałości
dawnych fortyfikacji. Spacer na szczyt, choć nieco wyczerpujący, zostanie
wynagrodzony pięknymi widokami.
Mając za sobą życie portowo – miejskie jesteśmy spragnieni powrotu do natury.
Obieramy kurs na południe w stronę trzech małych wysp RAZZOLI, SANTA MARIA i
BUDELLI. Po kilku godzinach docieramy na miejsce i rzucamy kotwicę w płytkiej
zatoce. Położona jest ona dokładnie w środku pomiędzy wyspami tworzącymi
jakby 3 płaty śmigła. Podobnie jak w zatoce Santa Giulia lazurowy kolor wody
w blasku słońca tworzy niecodzienny widok. To popularne miejsce wśród
żeglarzy, idealne na letnią kąpiel. Na noc musimy spłynąć do
bezpieczniejszego miejsca. W planach następnego dnia mamy atrakcje związane z
szaleństwami na szybkich ribbach (pontony z wielkimi silnikami), stąd wieczór
spędzamy w porcie macierzystym na La Maddalenie.
Kolejny dzień minął pod znakiem wielkich szybkości na wodzie. Pan Waldemar
Marszałek byłby z nas dumny (mistrz motorowodny z lat ’80). W tempie
wyścigowym poszczególne pontony dotarły do zatoki na wschodnim cyplu wyspy
Rossa, gdzie obowiązkowo musieliśmy zażyć kąpieli. Ten dzień był ciekawym
urozmaiceniem naszego rejsu. Także dlatego, że na ribbach dokonaliśmy wymiany
i przemieszania załóg.
Zasadnicza część rejsu została zakończona. Oddajemy katamarany i żegnamy się
z załogantami, którzy wracają do kraju. Ekipa „wybrańców” nie szczędziła
pochwał organizatorowi, zarzekając się co do rychłego powrotu na morze. Cel
został zatem osiągnięty. Ja wraz z grupą skiperów ruszam w drogę powrotną
jachtem. Ze względu na konieczność dokonania drobnych napraw musimy go
odstawić do portu w Pizie (tej od krzywej wieży). Przed nami zatem przelot
ok. 200 mil. Nie możemy jednak odmówić sobie przyjemności odwiedzenia wyspy
del Giglio. Ta niewielka wyspa, do niedawna uchodząca za oazę spokoju, stała
się celem niezliczonych wycieczek. Wszystko za sprawą niefrasobliwego
(delikatnie mówiąc) kapitana ogromnego statku wycieczkowego Costa Concordia.
Francesco Schettino, bo tak nazywa się kapitan jednostki, 13 stycznia 2012
roku stał się antybohaterem najsłynniejszej katastrofy morskiej ostatnich
lat. Uszkodzony super statek spoczął na skalistym dnie u wybrzeży wyspy,
pochłaniając przy tym kilkadziesiąt ofiar. Najgorsze w tym jednak, że kapitan
w obliczu tragedii wykazał się wręcz haniebną postawą i wprost przyczynił się
do zwiększenia liczby ofiar.
Wróćmy jednak do naszego rejsu. Dzięki sprzyjającym wiatrom rankiem kolejnego
dnia dopłynęliśmy do wyspy Giglio i z bliska obejrzeliśmy spoczywający na
dnie morza wrak. Ogrom jednostki robił niesłychane wrażenie. Choć ciekawy, to
jednak przygnębiający był to widok.
Przed nami jeszcze około 110 mil, więc nie zatrzymując się w porcie płyniemy
dalej na północ do Piombino, gdzie część z nas przesiada się do samochodu.
Ostatni etap to podróż do Pizy ok 50 mil morskich. Do koryta rzeki Arno,
która doprowadzi nas do Pizy wpływamy tuż przed północą. Do miasta i mariny
należy płynąć ok 4 mil w górę rzeki. Wzdłuż obu brzegów są liczne małe
przystanie i zabudowania rybackie (większość po stronie południowej). Nad
rzeką w wielu miejscach rozstawiono ogromne kwadratowe sieci zawieszone na
żurawiach. Płyniemy wolno przypatrując się nietypowym obiektom. Całość jest
bardzo klimatyczna i przyjemna dla oka. Zapewne można tu z powodzeniem zjeść
lub kupić świeże ryby i owoce morza. Wreszcie docieramy w okolice mostu
uniemożliwiającego nam dalszą żeglugę. Przed nim na południowym brzegu, na
niewielkim pomoście czekają już na nas nasi kompani. Przed nami już tylko
droga powrotna do domu.
Kolejny intensywny rejs za mną. Szkoda, że tak szybko się skończył…
Rejs: Grecja, archipelag Dodekanez
Kontynuujemy nasz rejs po wodach Grecji. W trzeciej odsłonie
chcę przedstawić rejon mniej znany, lub rzadziej odwiedzany przez żeglarzy z
Polski. Jednak podobnie jak pozostałe akweny i wyspy Grecji nad wyraz
urokliwy. Znów było ciepło, klimatycznie, żeglarsko i przyjemnie… Tyle
zachwytów nie jest przesadą kiedy zawita się do krainy władcy mórz:
Posejdona.
Tym razem we wrześniu dla przedłużenia wakacji, ale z tą samą załogą co
poprzednio, ruszamy poznawać rozległy archipelag DODEKANEZ. Naszym celem
stają się ominięte w zeszłym roku wyspy na północ od KOS. Aby nie tracić
cennego czasu na długi przelot z Rodos, jacht wypożyczamy właśnie z tej wyspy
(czyli z Kos), a dokładnie z opisywanej już wcześniej supernowoczesnej
mariny. Dodekanez to bardzo odległy obszar od Aten, położony bezpośrednio
przy wybrzeżu Turcji. Z tego powodu można zaobserwować tu silne wpływy
kultury arabskiej. Archipelag jest zdecydowanie mniej znany niż osławione
Cyklady. Wiąże się to zapewne z odległością od głównych szlaków
turystycznych. Tu na tygodniowy rejs nie ma szans przypłynąć jachtem z Aten.
Akwen otworzył się dla turystów z chwilą budowy lotniska na wyspie KOS.
Najbliżej tu do lotnisk w Turcji, jednak rejs musiałby wiązać się z
przekraczaniem granicy, a to już nie takie proste. Łatwiej to zorganizować w
granicach Unii Europejskiej, która ułatwia w praktyce swobodne żeglowanie.
Dodatkowo baza charterowa w Turcji nie jest zbyt duża. Nie mniej wyspy są tu
bardzo piękne, a ludzie przemili. Pod względem żeglarskim jest wspaniale.
Wiatr i fala, choć nieco mniejsze niż na środku Morza Egejskiego, to nadal
tworzą idealne warunki do turystycznego rozkoszowania się żeglarstwem. Pogoda
jest dość stabilna w okresie letnim, choć słynny wiatr MELTEMI daje się
często we znaki. Codzienne sprawdzanie prognoz pogody jest obowiązkowe, ale
to wszyscy żeglarze mają we krwi (lub powinni mieć). Odległości pomiędzy
wyspami są na tyle małe, że można zaplanować różne warianty tras. Z wyjątkiem
KOS, SAMOS i KALIMNOS, odwiedzone przez nas wyspy to niewielkie, urokliwe,
ciche, niezatłoczone miejsca. Spacery po opustoszałych uliczkach, z dala od
wielkomiejskiego zgiełku, tłoku, samochodów, błyskawicznie odrywają myśli od
codzienności.
Rejs miał charakter turystyczny, stąd nie staraliśmy się zbytnio „napinać”.
Żeglowaliśmy wyłącznie w porach dziennych po drodze zaliczając obowiązkową
kąpiel w morzu, tak aby przed zmrokiem zaparkować i spokojnie udać się na
zwiedzanie wyspy. Tradycyjnie wieczory kończyliśmy długą biesiadą w knajpkach
rozkoszując się lokalnymi specjałami. Dobierając trasę założyłem poznanie
nowych, wcześniej nie odwiedzonych miejsc. Nie posiadając bezpośrednich
rekomendacji, posiłkowałem się literaturą i Internetem, a efekt przerósł
oczekiwania. Wszystkie bez wyjątku miejsca są godne polecenia. Tradycyjnie,
najmniejsze wyspy zrobiły największe wrażenie. Mieliśmy szczęście i w jednej
z zatoczek w której zatrzymaliśmy się na kąpiel w morzu, spotkaliśmy stado
delfinów. Przez ponad godzinę prowokowaliśmy je skutecznie do zabawy pływając
jachtem w ich kierunku, by po chwili mieć na wyciągnięcie ręki kilkadziesiąt
sztuk przy jachcie. To zdecydowanie najciekawsze spotkanie z delfinami w moim
życiu.
W trakcie rejsu pokonaliśmy następującą
trasę: KOS – LEROS – AGATHONISI – FOUMI – SAMOS(PITHAGORIO) – SAMOS – ARKOI –
LIPSI – MAKRONISI – KALIMNOS – KOS
Pływaliśmy sprawdzonym jachtem BAVARIA 49 (długość 15.4m, szerokość 4.46m).
Jednostka duża, komfortowa, ergonomiczna, w miarę szybka. Swoją ogromną
popularność zawdzięcza dobremu stosunkowi wielkość/jakość/cena. Cumowaliśmy –
jak to w Grecji – na kotwicy, rufą do betonowego nabrzeża. Infrastruktura
oprócz wody i prądu praktycznie żadna. Ma to jednak swój klimat. Przy obecnym
wyposażeniu jachtów jesteśmy samowystarczalni i jeśli mamy dostęp do wody i
prądu nic nam więcej nie potrzeba.
Reasumując. Rejs był bardzo udany, a odwiedzone miejsca godne polecenia.
Rejon wyjątkowo ciekawy, idealny na turystyczne żeglarstwo. Przez częściowe
osłonięcie dużymi wyspami od północy fala i wiatr lekko zredukowane.
Dodatkowo, jeśli ma się taką załogę z jaką ja miałem przyjemność spędzić te
chwile, satysfakcja gwarantowana!
Rejs: Rodos i inne wyspy greckie w
okolicach wybrzeża Tureckiego
Wybierając miejsce spędzenia urlopu, staramy się dbać o każdą chwilę –
pragniemy poczuć smak wymarzonych wakacji. Rodos to jedno z takich miejsc
które chwyta za serce. Zaskakujące jednak, że po udanym początku rejsu
później było jeszcze lepiej. Dodekanez to bardzo ciekawy, zróżnicowany
archipelag. Ma do zaoferowania wszystko o czym mogą marzyć żeglarze: słońce,
wiatr, piękne widoki, ciekawe miejsca, tanie knajpki, klimatyczne miasta.
Najczęściej żeglarze startujący z Rodos obierają kurs na zachód, by przez
Cyklady dopłynąć do Aten. Mój pierwszy rejs w Grecji też tak wyglądał.
Dodekanez jest przez to mniej znany i niedoceniany. Tym razem postanowiłem,
rozpocząć dokładną eksplorację tego rejonu i dziś wiem, że było warto.
W Grecji byłem już parę razy. Tym razem zaplanowałem odwiedzić wyspy
znajdujące się najbliżej Tureckiego wybrzeża, a więc Rodos, Kos, Kalymnos,
Patmos, Astypalaia, Nisyros, Symi. Rejs rozpoczynamy z miasta Rodos – stolicy
wyspy o tej samej nazwie. Zresztą nie pierwszy raz. Już kiedyś
rozpoczynaliśmy tu żagle. To jedna z największych wysp i jednocześnie ogromna
aglomeracja turystyczna. Mnóstwo hoteli, lotnisko, zatrzęsienie turystów. To
przede wszystkim jedno z najpopularniejszych miejsc dla amatorów wczasów
stacjonarnych. Miasto jest zatem gwarne i tłoczne. Jednak ma też dużo zalet.
Posiada piękną, dużą starówkę otoczoną murami obronnymi. Niezliczona ilość
restauracji, barów, klubów nocnych – jak przystało na turystyczną mekkę –
oferuje dla każdego coś interesującego. Jednocześnie należy przyznać że
Rodos, w przeciwieństwie do większości mniejszych wysp, posiada obfitą
roślinność. To wszystko sprawia, że jest gdzie spacerować i miło spędzić
wieczorne godziny.
Port mieści się przy samych murach starego miasta. Od lat mówi się o
potrzebie budowy profesjonalnej mariny, jednak póki co, są to jedynie plany.
Nie jest jednak tak źle. Parkujemy na kotwicy wewnątrz bardzo dużego basenu,
rufą do betonowego nabrzeża. Jednostki, które obok swojej możemy zobaczyć, w
większości należą do grupy bardzo dużych, a nawet ogromnych. Przeważnie
jednak są to jachty motorowe.
W porcie mamy do dyspozycji sanitariaty, sklep i restaurację portową.
Oczywiście na kolację „idziemy w miasto”.
NIEDZIELA
Rankiem ostatnie zakupy i ruszamy w morze. Płyniemy jachtem Bavaria 50
(długość 15.6m, szerokość 4.6m). Typowa, bardzo popularna, sprawdzona
konstrukcja. Cztery kabiny, dwie łazienki, dużo miejsca w środku. Naszym
celem jest archipelag Dodekanez. To wyspy położone u wybrzeża Turcji. Musimy
uważać, aby nie zbliżyć się nadmiernie do kontynentu pozostającego często w
zasięgu wzroku – moglibyśmy mieć kłopoty. Tu ciekawostka, Turcja w tym
rejonie nie posiada żadnej wyspy. Wszystkie po ostatniej wojnie przypadły
Grekom. Biorąc pod uwagę, że leżą „pod samym nosem” Turków, możemy wyobrazić
sobie, jak „bardzo się kochają”. Do tego Turcja to nie Unia Europejska, stąd
nie polecam przekroczenia granicy wód terytorialnych, będącej granicą państwa
i UE. Trochę podobnie jak z Obwodem Kaliningradzkim na naszym rodzimym
Bałtyku.
Dodekanez słynie między innymi z bardzo silnych wiatrów i sporej fali. Akwen
jest jednak bardzo dobrze monitorowany meteorologicznie, przez co, można
powiedzieć, w miarę przewidywalny. Należy jednak kwestie pogody traktować
bardzo poważnie. Najlepszym rozwiązaniem jest zakup lokalnej karty SIM z
możliwością dostępu do internetu. Godnym polecenia jest lokalny system
prognozowania pogody www.posejdon.hcmr.gr.
Pierwsza wyspa na naszym celowniku to Kos. Odległość duża ok. 75nM, w dodatku
pod wiatr. Zależy nam aby „wspiąć się” jak najwyżej, aby później wracać z
wiatrem. Mijamy zatem wyspy Symi i Nisyros, które odwiedzimy w drodze
powrotnej. Na Kos parkujemy w jednej z nielicznych bardzo nowoczesnych marin
w Grecji. Zrealizowana za pieniądze unijne, wygląda bardzo imponująco.
Niestety, jak to zwykle bywa, „coś za coś”. Port położony jest na peryferiach
miasta z dala od centrum… Wyspa choć o połowę mniejsza od Rodos jest nadal
jedną z największych wysp Greckich. Tu również znajdziemy mnóstwo turystów i
zgiełk wielkiej aglomeracji. Wyspa mimo to jest bardzo ładna, z dużą ilością
zieleni. Jednym z symboli wyspy jest słynne „Drzewo Hipokratesa”. Wieczorny
spacer bardzo przyjemny.
PONIEDZIAŁEK
Przed nami kolejny trudny odcinek ok. 50nM do niewielkiej wyspy Patmos. Po
drodze zatrzymujemy się na kąpiel w zatoce Pezontas na wyspie Kalimnos.
Późnym popołudniem docieramy na miejsce. Wyspa przepiękna. Dłuższy wieczorny
spacer w górę wyspy odsłonił nam cudowny, magiczny wręcz krajobraz. Tak, taka
Grecja to jest to czego szukaliśmy. Kolacja na tarasie w knajpce z widokiem
na pobliskie niewielkie wysepki utwierdza nas w przekonaniu o właściwym
wyborze miejsca.
WTOREK
To już początek drogi powrotnej. Celem osamotniona wyspa Astypalaia, położona
w znacznej odległości od innych, ok. 55nM na południe od Patmos. Mamy więc
piękny, długi, żeglarski dzień. Płyniemy po nieosłoniętym akwenie, zatem
towarzyszy nam silny, pełny wiatr i spora fala. Pogoda jednak dopisuje, jest
przyjemnie. Ta wyspa to kolejna perła – po prostu nas urzekła. Położona jest
z dala od większych miast, wysp, lotnisk. Swoim kształtem na mapie do
złudzenia przypomina motyla. W środku bardzo zwężona, sprawia wrażenie jakby
chciała się rozpaść na dwie części. Widok rozległej zatoki wewnątrz, z
wysokimi skalistymi brzegami i z charakterystycznymi greckimi biało
niebieskimi domkami zapiera dech w piersiach. Wieczór kończymy kolacją w
klimatycznej knajpie na plaży.
ŚRODA
Rankiem obieramy kurs na wyspę Nisyros ze słynnym uśpionym, ale jednak
czynnym wulkanem. Odległość ok. 50nM na wschód od Antyspalaia. Płyniemy
bejdewindem lewego halsu 3 do 4B. Kolejny wspaniały żeglarski dzień. Około
18-tej podajemy cumy na ląd i szybko wypożyczamy skutery celem zwiedzenia
wulkanu. W czerwcu dzień jest długi mamy więc wystarczająco dużo czasu, aby
wrócić przed zmrokiem. Wypożyczalnia jest w samym porcie, tuż obok jachtu, a
cała procedura trwa krótko. Wycieczka bardzo udana, godna polecenia.
CZWARTEK
Kurs na wyspę Symi ok. 40 nM na wschód. Po drodze zatrzymujemy się na kąpiel
w zatoczce niezamieszkałej wysepki Gyali. Do Symi docieramy ok. 1830. Ta
jedna z najpiękniejszych wysp wciśnięta jest głęboko w rozległą zatokę
wybrzeża Tureckiego. Silne wpływy tureckie są zatem widoczne na każdym kroku.
Już sama zabudowa, bardzo kolorowa, malowniczo pokrywająca strome skalne
brzegi, w niczym nie przypomina tej typowej Greckiej, znanej z wcześniej
odwiedzonych wysp. Symi choć niewielka, jest celem licznych wycieczek
turystów z pobliskiej Rodos, Kos czy też z samej Turcji. Jest przez to bardzo
zatłoczona i ma charakter typowego ośrodka turystycznego. Szczególny zgiełk
panuje wzdłuż całego nabrzeża zatoki, gdzie kwitnie wszelaki handel. Jeżeli
ktoś tego nie lubi, to warto czym prędzej udać się na spacer w głąb miasta,
by odnaleźć spokój wśród wąskich uliczek. Na Symi odczuć można wyższe ceny w
stosunku do mniej popularnych wysp.
PIĄTEK
Przed nami ostatni dzień rejsu. Do Rodos pozostało ok. 30 nM. Nie musimy się
zatem bardzo śpieszyć. Po oddaniu cum ok. 1100 płyniemy do sąsiedniej, ostro
wcinającej się w ląd zatoki, gdzie stajemy na kotwicy i po raz ostatni
kąpiemy w ciepłym morzu Egejskim. O 1300 startujemy. Piękny wiatr, początkowo
północny, przed Rodos skręcający na zachodni, o sile 5 do 6B, pozwala
rozkoszować się pełnymi żaglami w baksztagu lewego halsu. Płynąc z falą
kręcimy bez problemu osiem „knotów” i po trzech godzinach jesteśmy na
miejscu. Jeszcze obowiązkowe tankowanie i o 18-tej parkujemy na swoim
miejscu.
Podsumowanie :
Odwiedziliśmy ciekawe, jednocześnie bardzo
różnorodne miejsca. W kolejności były to następujące wyspy: Rodos-KosKalymnos-Patmos-Astypalaia-Nisyros-Symi-Rodos. Choć większym wyspom nie można
odmówić piękna, to jednak małe wyspy są dla nas bardziej magiczne i urokliwe.
Żeglarstwo na tym akwenie to czysta przyjemność. Przebyta trasa była udanym
kompromisem pomiędzy przebywaniem na morzu, a zwiedzaniem ciekawych
zapadających głęboko w pamięć miejsc.
Rejs: Grecja – Cyklady. Wiele wysp,
mnóstwo wrażeń, pyszne jedzenie.
Tym razem nowy autorski pomysł na trasę turystycznego rejsu
Santorini – Ateny. Cel był jeden: spędzić jak najwięcej czasu na najbardziej
oddalonych od lądu Cykladach. Po doświadczeniach z poprzednich rejsów nasze
gusta są już wykształcone – oczekujemy wspaniałych krajobrazów, z dala od
zgiełku wielkomiejskiego. Do tego oczywiście słońca, kąpieli w ciepłym morzu
i pysznej greckiej kuchni, słowem urlopowej sielanki. Cyklady środkowe w tym
Małe Cyklady to perła w całym archipelagu. To wymarzony akwen dla żeglarzy,
którzy oprócz „jachtingu” pragną zaznać emocji związanych z silniejszym
wiatrem.
Przybyliśmy do Aten w piątek po południu, tam zakwaterowaliśmy się w
uprzednio zarezerwowanym hotelu. Tradycyjnie spacer, obiad w knajpie, a
później „wieczorek zapoznawczy” (z tą załogą poznajemy się już 3-ci rok z
rzędu, sic!). W sobotę rano płyniemy promem do Santorini. Sam transfer, choć
trochę uciążliwy, wniósł pewne urozmaicenie w stosunku do standardowych
rejsów i przez to traktowaliśmy go, jak dodatkową atrakcję. Trzeba przyznać,
że poziom organizacji, dopracowanej do perfekcji logistyki Greków w zakresie
transportu morskiego wewnątrz kraju, nie ma nic wspólnego z powszechnie znaną
grecką opieszałością i powolnością. Wiele razy bylem świadkiem procedury
cumowania wielkich promów, z towarzyszącą wymianą ludzi i towarów i wciąż nie
mogę się nadziwić, ze całość nie przekracza 12minut!.
Podczas rejsu podróżowaliśmy wygodnym dużym jachtem Cyclades 50.5 (ok.15,6m
długości i 4,9 szerokości). Konstrukcja renomowanej stoczni Beneteau,
obszerna, z ciekawym rozkładem wewnątrz, dobrze wyposażona. Dodatkowo, jak
się okazało, ponadstandardowo szybka: 8-9 węzłów kręciła bez problemów. Taka
cecha jachtu daje skiperowi komfort podejmowania decyzji w zakresie zmian
trasy, na przykład wymuszonych dłuższych postojów, związanych z pogodą lub
innymi nieprzewidzianymi zdarzeniami. Tak było i w tym przypadku, gdy chcąc
oszczędzić załodze „orania” pod wiatr 8 do 9B zdecydowałem o zmianie planu.
Jednak początkowo opracowana trasa rejsu, pomimo jej korekt w trakcie,
została całkowicie zrealizowana. Wszyscy byli bardzo zadowoleni i nie
szczędzili pochwał na zakończenie. Odwiedziliśmy 10 wysp, często w rytmie
dwóch dziennie. Ruszając wcześnie rano, zawijaliśmy około południa na
pierwszą, gdzie szliśmy na spacer, zaliczaliśmy knajpkę i następnie
płynęliśmy do kolejnej wyspy, gdzie nocowaliśmy. Do tego jeden pełny dzień
poświęciliśmy na gruntowną eksplorację quadami wspaniałej wyspy Amorgos
znanej głównie z kultowego filmu „Wielki Błękit”. Pomimo napiętego grafiku
rejs był bardzo urozmaicony, a wrażenia nie do przecenienia.
Odwiedziliśmy w kolejności: Santorini,
Anafi, Amorgos, Kuofonissi, Schinousa, Naxos, Paros, Sifnos, Serifos, Kea,
zat. Souniou (pod świątynią Posejdona), Ateny – marina Kalamaki w Pireusie.
Tak jak zakładaliśmy, największe wrażenie robiły na nas mniejsze wyspy.
Urzekał wszechobecny spokój i cisza. Jednocześnie otaczały nas intensywne
kolory dostarczając niecodziennych widoków potęgując naszą radość życia.
Jedną z podstawowych atrakcji rejsu była wspaniała kuchnia grecka. Dziś ceny
w licznych restauracjach są stosunkowo niskie. Dodatkowo biesiadowanie w
gronie załogi pozwala na testowanie wielu różnych potraw, nierzadko nowych,
gdy zamawia się je do tzw. „wspólnego stołu”. Jedzenie jest zawsze świeże i
dobrze podane. Kuchnia grecka nie jest może szczególnie wyrafinowana, ale
bardzo nam odpowiadała przez to, że bazuje na serach, świeżych warzywach i
owocach morza.
Grecja to wspaniale miejsce na rejs rodzinny, choć niekoniecznie z małymi
dziećmi. Infrastruktura portowa jest w większości raczej surowa. Nowoczesnych
marin jest nadal bardzo niewiele (dla mnie to zaleta). W większości to
miejskie przystanie z betonowym nabrzeżem. Stajemy zwykle na kotwicy
dziobowej rufą do brzegu. Czasami along side, choć raczej należy tego unikać
ze względów bezpieczeństwa. Wyspy greckie są doskonale skomunikowane za
pomocą licznych promów. Do każdej, nawet najmniejszej zaludnionej wyspy, co
najmniej raz dziennie przypływa statek dostarczając niezbędne zaopatrzenie,
jednocześnie przewożąc ludzi do pracy i z powrotem. Promy parkują często przy
tych samych nabrzeżach, co inne jednostki, w tym nasza. Należy bezwzględnie
brać to pod uwagę zabezpieczając jacht przed dużym falowaniem. Oczywiście
wskazana jest obecność na jachcie podczas manewru promu, zwłaszcza w
przypadkach, gdy odbywa się to bardzo blisko nas. Na prysznice w porcie nie
należy liczyć. Za to nigdzie nie ma problemu z zatankowaniem wody, a często
też paliwa. Powszechne są cysterny, które po telefonicznym wezwaniu
podjeżdżają do jachtu na umówioną godzinę. Woda jest stosunkowo tania, a
odległości miedzy wyspami na tyle małe, że można komfortowo korzystać z niej
swobodnie na jachcie. Zwykle nie jest również problemem podłączenie jachtu do
prądu, a ceny też nie powalają. Generalnie pod względem opłat, Grecja to
obecnie najtańszy akwen. Możliwość cumowania w miejskich przystaniach ma tę
zaletę, iż jesteśmy w samym centrum i mamy wszędzie blisko. Na małych wyspach
nie ma problemu z hałasem, czy poczuciem bezpieczeństwa. Na większych warto
brać już pod uwagę te względy, choć osobiście nie mam złych doświadczeń w
temacie bezpieczeństwa.
Grecja „wyspiarska” nie przestaje nas urzekać. To wspaniale miejsce dla
żeglarzy. Szczególnie z perspektywy jachtu jest wyjątkowo piękna. Mimo tego,
że pływamy tu wspólnie z żoną, w gronie przyjaciół, już od ładnych paru lat,
nie przestaje nas zachwycać. Świetnie się tu czujemy. Jeszcze nie raz
powrócimy.