Architekt z dystansem Robert Konieczny miał 30 lat
Transkrypt
Architekt z dystansem Robert Konieczny miał 30 lat
Architekt z dystansem Robert Konieczny miał 30 lat, kiedy załoŜył pracownię. W ciągu niecałych 10 lat zdąŜył zdobyć kilkadziesiąt nagród, w tym najbardziej prestiŜową – House of The Year 2006 portalu World Architecture News – za Dom Aatrialny pod Opolem. Jego KWK Promes znalazło się na liście 101 najbardziej ekscytujących biur architektonicznych świata czasopisma „Wallpaper” oraz 44 najlepszych młodych architektów świata wydawnictwa Scalae Stara katowicka kamienica na Krzywej. Lawirując między kawałkami rozsypanego węgla, wchodzę przez bramę. Coraz mniej jest takich miejsc, myślę. Wspinam się po wydeptanych przez pokolenia mieszkańców schodach, które po raz kolejny ktoś pomalował farbą olejną. Za chwilę stanę przed drzwiami jednego z najbardziej znanych w Polsce, a powoli i na świecie, biur architechtonicznych. Właściwie klimat tego miejsca nie powinien mnie dziwić, skoro nawet nazwiska właścicieli (Konieczny, Wolnik, Konieczny) ułoŜyły się w skrót najbardziej popularny na Śląsku: KWK – kopalnia węgla kamiennego. Nazwa biura: KWK Promes idealnie wpisuje się w śląski kontekst. Robert Konieczny miał 30 lat, kiedy załoŜył pracownię. W ciągu niecałych 10 lat zdąŜył zdobyć kilkadziesiąt nagród, w tym najbardziej prestiŜową – House of The Year 2006 portalu World Architecture News – za Dom Aatrialny pod Opolem. KWK Promes znalazło się na liście 101 najbardziej ekscytujących biur architektonicznych świata czasopisma „Wallpaper” oraz 44 najlepszych młodych architektów świata wydawnictwa Scalae. Nie koniec na tym: Dom Aatrialny dostał od jury z Normanem Fosterem na czele nominację do konkursu World Building of the Year 2008. Nic dziwnego, Ŝe nagłówki gazet co jakiś czas krzyczą: „Konieczny znów wyróŜniony”, „Śląscy architekci znów najlepsi”, „Konieczny nadzieją światowej architektury”. AŜ dziw, Ŝe Koniecznemu nie odbiło. Jest skromny, zabawny, dowcipny. I zachowuje niesamowity dystans do wszelkich ocen swoich projektów. – Zawsze wiedziałeś, Ŝe będziesz architektem? – pytam. Robert łapie się za głowę. – W Ŝyciu! Chciałem być światowej sławy piłkarzem! Trenowałem szermierkę do czasu, gdy w 1982 roku obejrzałem mundial. Wtedy zrozumiałem, Ŝe to jest moje powołanie. Rzuciłem szablę, mimo Ŝe trener za mną długo chodził… – nie kryje satysfakcji. – ChociaŜ byłem takim podwórkowym przeciętniakiem, czułem, Ŝe do piłki to ja naprawdę mam talent. Zacząłem trenować na powaŜnie i wtedy szybko się okazało, Ŝe lekarze nie pozwalają mi tego robić wyczynowo. Tyle mi zostało z szermierki: przetrenowałem się. Wtedy to był dla mnie wielki dramat Ŝyciowy – lekko ironizuje. – Rozumiesz, ja juŜ byłem pewny, Ŝe znalazłem to, czego szukałem. JuŜ widziałem swoją przyszłość na stadionach… Siedziałem w kuchni i pytałem mamę: „Czy jak będą grali hymn, to mam stać tak czy tak?” – opowiada, składając prawą dłoń na sercu lub opuszczając ręce wzdłuŜ ciała, na baczność. Śmiejemy się. Królem strzelców zostać nie mógł, więc zdecydował, Ŝe pójdzie na architekturę. I choć panuje przekonanie, Ŝe dobry architekt – tak jak lekarz i prawnik – to ten w zawodzie z dziada pradziada, rodzice Koniecznego z architekturą nie mieli nic wspólnego. – ChociaŜ, przepraszam bardzo, to tata podrzucił mi myśl o tym kierunku – mówi Robert. – Córka jego znajomej była na architekturze, a poniewaŜ jako dzieciak lubiłem rysować, pomyślał, Ŝe byłby to fajny zawód dla mnie… Problem w tym, Ŝe w ogólniaku nie byłem wzorowym uczniem, nie bardzo lubiłem się uczyć. Rodzice zapowiedzieli, Ŝe jeśli pójdę na architekturę, to zapłacą mi za korki. Jeśli na inny kierunek, to przygotować mam się sam. – Niezła motywacja – mówię z uznaniem. – To prawda, ale zanim mi to zaproponowali, chcieli sprawdzić, czy się do tego zawodu w ogóle nadaję – opowiada. I tak nastoletni Robert został sprowadzony przed surowe oblicze jednego z najznakomitszych katowickich architektów tamtych czasów, Macieja Leśnika. – Kazał mi przynieść swoje prace, blok i ołówek.Ja oczywiście Ŝadnych prac nie miałem i w ogóle podszedłem do tego spotkania bardzo na luzie, do kieszeni spodni zabrałem tylko złoŜoną na pół kartkę papieru i obgryziony ołówek. Maciej Leśnik poczuł się zlekcewaŜony. Posadził Roberta na klatce schodowej i kazał mu przenieść na kartkę to, co widzi. – Dziś wiem, Ŝe na odtworzeniu takiej perspektywy, pełnej zbiegów róŜnych płaszczyzn, wykładają się nawet studenci architektury… Coś tam narysowałem, tak jak to widziałem, no wiesz… tak po swojemu… – mówi, bawiąc się piórem. Ale to „po swojemu” wystarczyło, Ŝeby zrobić wraŜenie na Leśniku. Robert uśmiecha się: – Powiedział: „Kurczę, jesteś diamentem, który trzeba oszlifować… Ogromny potencjał… Masz zdawać na architekturę!”. Przekonywał mnie argumentami, które średnio wtedy do mnie trafiały. Mówił o statusie materialnym, jaki daje ten zawód, co mnie akurat wtedy kompletnie nie interesowało… – Konieczny co chwilę spogląda w kierunku pracujących w pokoju obok młodych pracowników. – Dodał mi jednak pewności siebie – opowiada. – Wtedy po raz pierwszy sam przed sobą przyznałem, Ŝe chcę być architektem. To była czwarta klasa liceum. Byłem dobry z matmy, tak jak tata. Rodzice bali się jednak, Ŝe nie dam sobie rady z rysunkiem, z całą tą artystyczną częścią zawodu. Zacząłem chodzić na lekcje rysunku do dwóch róŜnych nauczycieli jednocześnie. Po latach się dowiedziałem, Ŝe na te moje lekcje szła cała pensja mojej mamy. CięŜko zapracowała na ten mój zawód… – Robert na chwilę milknie. – Potem, juŜ na studiach, szybko się okazało, Ŝe z rysunku odręcznego byłem jednym z najlepszych na roku! Dobrze rysowałem, choć sam o tym nie wiedziałem. To zresztą szybko stało się moją wielką pasją. Do dziś lubię rysować. Większość jego projektów na stronie internetowej (www.kwkpromes.pl) to rysunki wykonane odręcznie, nie komputerowo! To dziś rzadkość, a przecieŜ znakomicie przybliŜa laikowi sposób myślenia architekta, pozwala prześledzić kolejne etapy jego pracy. Dla Roberta rysunek, setki szkiców – to naturalny sposób dochodzenia do ostatecznej wersji projektu. Lubi się posługiwać prostymi, lapidarnymi rysunkami. – Powiem ci, Ŝe gdyby nie architektura, to nie wiem, czy taki rysownik to nie byłby zawód dla mnie… – zamyśla się. – Architektura, fajnie, ale kiedy dochodzi do rozmów z klientami, urzędnikami, inwestorami, wykonawcami, kiedy dochodzi do spięć, utarczek… jak ja tego nie cierpię! Konieczny najlepiej czuje się sam na sam z kartką papieru i ołówkiem w ręku. Kiedy nie krępują go Ŝadne wskazówki, wymogi i konieczności narzucane przez klientów. Efekt jest taki, Ŝe niektórzy z nich mają z nim problem. – Nazwałbym tę cechę bardzo małą zdolnością do kompromisu – mówi z lekko ironicznym uśmieszkiem. Z drugiej strony przyznaje, Ŝe w tym zawodzie trzeba być inŜynierem, designerem (śląscy architekci nie lubią tego słowa), humanistą, ale teŜ niezłym psychologiem. – Musisz mieć doskonałą umiejętność rozmowy z klientem – tłumaczy. – Trzeba rozumieć i wyczuwać jego potrzeby. W ogóle wyczucie jest w tej pracy absolutnie niezbędne. Projektując, zawsze szukam jakiejś idei, która mi potem przyświeca od początku do końca pracy. A tak naprawdę to jest jak z przepisem na dobre danie. Jeśli masz najlepszy nawet przepis, ale nie masz tego drygu, tego „dosmaczenia”, to i tak to spieprzysz. Taka jest prawda. Kiedy na studiach wziął dziekankę z powodu zawalonych egzaminów, był rok 1990. Z braku lepszego pomysłu na zarobek postanowił wspomóc mamę, która akurat wtedy pracowała w jakiejś prywatnej firmie handlującej czym się dało. – Wręczyli mi dwie torby i plecak jakichś strasznych ruskich trampek… Miałem świadomość, Ŝe są koszmarne, Ŝe to się nie moŜe sprzedać – opowiada. – Pojechałem na bazar koło dworca, gdzie mnie przeganiali z jednego miejsca w drugie… W końcu stanąłem między dwoma starami, z jednego sprzedawali mięso, z drugiego chleb… A ja w środku z tymi trampkami – śmiejemy się oboje. – Siedziałem załamany, Ŝe tu przecieŜ nikt nic ode mnie nie kupi. Nagle przyjechał pociąg z jakiegoś zadupia. Wyszła z niego dziwna grupa ludzi i nagle te trampki zaczęły mi schodzić jak świeŜe bułeczki. Na parze miałem 5 zł! Pomyślałem wtedy: super! Od dzisiaj biorę się do handlu i robię taaaką kasę! Sprzedawał jeszcze dŜinsy i „masakryczne”, co podkreśla, koszule. – Pamiętam, Ŝe kiedyś jakiemuś facetowi wepchnąłem taką w najgorszym według mnie kolorze i wzorze, jedną z tych, które się wcześniej kompletnie nie chciały sprzedać. Przekonałem go, Ŝe koszula jest w porządku, i on to kupił! Sztuka sugestii! Na szczęście szybko się okazało, Ŝe nie zawsze jest tak kolorowo. A handel to jednak nie jego droga. – Ale, waŜna rzecz, właśnie wtedy się nauczyłem, jak rozmawiać z klientami. śeby przetrwać w handlu, musisz umieć coś sprzedać, niezaleŜnie od tego, czy masz towar dobry, czy zły. Ale nie chcę powiedzieć, Ŝe teraz sprzedaję rzeczy słabe – zastrzega. Dziś docenia tamto doświadczenie. Wie, w ilu dziedzinach trzeba się sprawnie poruszać, Ŝeby zawód architekta wykonywać z powodzeniem. Jakim takim powodzeniem, jak mówi. – śeby być dobrym, musisz być trochę takim człowiekiem renesansu – tłumaczy. – Wykształcenie musi być rozległe, nie ma mowy o zawęŜaniu go do jakiegoś „obszaru”. Trzeba czuć i rozumieć wiele spraw. Dla mnie ten zawód to pewnego rodzaju misja: to my, architekci, kształtujemy przestrzeń. Nas juŜ nie będzie, ale to, co zrobiliśmy, zostanie.A świadomość architektury jest wśród Polaków bardzo niska. Jeśli zgłasza się klient typu „niereformowalny” i za nic nie moŜna go oświecić‚ to lepiej zrezygnować‚ niŜ spłodzić knota. Konieczny z pewnością knotów nie płodzi, ale teŜ jego projekty zupełnie nie przypominają domów, do jakich przywykliśmy. Ciepłych, przytulnych, z cegieł i drewna. On robi projekty zakręcone, jakby się stawiał tej normalności i regułom dotąd stosowanym. Brak powagi poparty dziesiątkami nagród? – Nie nazwałbym tego brakiem powagi – mówi Robert. – Mimo Ŝe ten zawód to w pewnym sensie dobra zabawa. Tyle Ŝe okupiona cięŜką pracą. Jeśli klient ma duŜe pieniądze na taki dom, to mnie to cieszy, bo moŜemy się trochę powygłupiać, poszaleć, zrobić coś fajnego i niepowtarzalnego. Jego zdaniem polscy architekci mają wielki potencjał. – Bozia sieje równo – mówi. – Problem w tym, Ŝe większość pracowni nastawia się na zarabianie duŜej kasy i przerób jak największej liczby klientów. Gdyby moje projektowanie zatrzymało się na tym etapie, wiesz, tak jak robi co trzecie biuro, nie rozmawialibyśmy dzisiaj. Robiłbym jak inni i to co inni – tłumaczy. – Święcie wierzę, Ŝe gdyby ta solidarność zawodowa była dobrze rozumiana, gdybyśmy się wszyscy spiknęli, powiedzieli sobie: na projektowanie poświęcamy tyle i tyle czasu, a jeśli się komuś nie podoba, to na drzewo, do widzenia, albo Ŝe robimy za taką i taką kasę, która gwarantuje odpowiednią jakość projektu – rozpędza się i… milknie. Ciszę przerywa dzwonek jego komórki. Robert odbiera, po dwóch minutach wracamy do rozmowy. Opowiada mi o projekcie, nad którym teraz pracuje. Budynek dla dewelopera. – Ale wiesz, on nie chce go sprzedać, robi go dla siebie! Facet jest niezwykle wyrozumiały… – Robert uśmiecha się znacząco. – Nad koncepcją pracujemy juŜ dziewiąty miesiąc i wciąŜ nie jest skończona. Ale dzięki temu projekt jest coraz lepszy, wyczyszczony, rozwija się… Gdybyśmy to skończyli w miesiąc, nie byłoby tego efektu. Klient jest zadowolony, my teŜ – zapewnia – Czyli jednak moŜesz sobie pozwolić na wszystko? – pytam. – Nie mam przeświadczenia, Ŝe teraz to ja jestem gość, bo dostałem parę nagród i kilka światowych pism o mnie napisało, i Ŝe dlatego stać mnie na nonszalancję wobec klienta. Nic z tego – Konieczny kręci głową. – Powiedziałbym nawet, Ŝe jest wręcz przeciwnie. To mnie bardziej mobilizuje do staranności. ZaleŜy mi na tym, Ŝeby projekt był rzetelnie dopracowany. Nagrody sprawiły jednak, Ŝe bogatsi inwestorzy nie tylko dają mu zlecenia, lecz takŜe – coraz częściej – wolną rękę. Zapracował na takie zaufanie. Zawsze najwaŜniejsze było i jest dla niego to, Ŝeby działać w zgodzie ze sobą. To znaczy m.in. przekonać klienta do celowości proponowanych rozwiązań i sensu swojego projektu. Kiedyś kosztowało go to nadludzki wysiłek. Ale nie odpuszczał, bo tylko wtedy czuł, Ŝe to moŜe się udać. – Rozumiesz, takiemu projektowi trzeba się całkowicie oddać, poświęcić mu swój prywatny czas – tłumaczy. – Kiedy inni spotykali się w knajpce albo jechali na fajny weekend, ja w nocy siedziałem na budowie… Gdybym więc tego nie lubił, tobym nie wytrzymał. Widząc, Ŝe powstaje coś ciekawego, dawałem z siebie naprawdę bardzo duŜo. Teraz jest juŜ inny czas. I dlatego, Ŝe Konieczny ma juŜ pozycję w zawodzie, i dlatego, Ŝe pojawiają się coraz bardziej świadomi klienci, którzy go mobilizują. Mają podobną energię, bo czują architekturę i chcą czegoś innego, ciekawszego, lepszego. – Ale niestety są i tacy, co to przychodzą, bo „pan jest TYM Robertem Koniecznym” – opowiada. – „Pan podobno zrobił coś niezwykłego”, zdarza mi się słyszeć. Niestety poza posiadaniem pieniędzy nie są oni przygotowani na pracę z kimś o takim jak moje podejściu do przestrzeni, architektury – mówi. – I potem są problemy. Dwa naprawdę ciekawe projekty nie doczekają się chyba realizacji, bo przerosły wyobraŜenia moich klientów. W tej chwili widzę, Ŝe na takich ludzi trochę szkoda czasu. Dlatego zanim zacznę, staram się wcześniej rozpoznać ich świadomość i otwartość na nowe rozwiązania. Zastanawiam się, czy nie lepiej kształtować tę świadomość, w końcu prawie kaŜdemu u nas się wydaje, Ŝe potrafi sam wymyślić i zbudować dom. Mamy coraz lepsze ciuchy i samochody, ale wciąŜ mieszkamy dość przeciętnie. Szansę na zmianę jakościową Konieczny widzi dopiero w przyszłym pokoleniu. Za przykład podaje Holandię, gdzie dzieci juŜ w szkole uczą się tego, Ŝe przestrzeń jest własnością publiczną, oraz tego, jak naleŜy o nią dbać, jak ją kształtować. – U nas architektura traktowana jest jeszcze jak zło konieczne – mówi. – Myśli się schematem: stworzyć rysunek i dać urzędowi do zatwierdzenia. Głupio przyznać, ale wiele razy wstydziłem się za polską architekturę. Niby zawsze podkreślam, Ŝe architektura śląska jest dobra, fajna, od zawsze najlepsza, ta międzywojenna awangarda itd… Ale w zeszłym roku byłem jurorem w konkursie na najlepszy obiekt w województwie. W gronie architektów całe kilometry jechaliśmy przez taką beznadzieję, Ŝe myślałem sobie: jak jest tak dobrze, to gdzie to wszystko jest? Jeden promil, cała reszta to degrengolada. Nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale to mnie trochę zdołowało… – milknie. Nie wiem, co powiedzieć. Zrobiło się cięŜko i smutno. – Wstydzę się tego chłamu budowlanego – przerywa ciszę. – Takiej Ŝenady jak u nas nie ma nigdzie w Europie. Architekt to zawód odpowiedzialny, nie moŜemy sobie robić byle czego z przestrzenią wokół nas. Bo ci kiepscy architekci jak my wszyscy wprawdzie odejdą, ale te ich kiepskie projekty po nich zostaną. Ale skoro nawet architektom często brakuje tej świadomości, jeśli brakuje jej władzom, to czego wymagać od zwykłych ludzi? Koniecznego wkurza dyskusja na temat wyburzenia w Katowicach awangardowego dworca z lat 70. – Bardzo trafnie porównano go do muzyki Pendereckiego – opowiada. – Jestem pewien, Ŝe Ŝaden z urzędników nie skompromitowałby się na tyle, by powiedzieć, Ŝe ta muzyka jest do niczego. Ale architekturę moŜna krytykować, mimo Ŝe nic się z niej nie rozumie. Jest na to społeczne przyzwolenie. Nie ma pozytywnego snobizmu na tę dziedzinę sztuki. Konieczny twierdzi jednak, Ŝe taki snobizm moŜe być funkcjonalny. Zdarza mu się słyszeć, Ŝe w domach przez niego zaprojektowanych nie da się Ŝyć, bo kaŜda niewyrysowana rzecz codziennego uŜytku psuje ich konwencję. – Najfajniejsze jest dla mnie, kiedy od klientów, którzy z początku mówili „chyba nie” i trzeba ich było mocno przekonywać, słyszę po kilku latach, Ŝe są zadowoleni i doskonale im się mieszka. Cieszę się, kiedy słyszę: „Zrobiliście mi fajny, funkcjonalny dom, wspaniale spełniający swoją rolę”. Jego rodzice, razem z babcią, mieszkają w „domu z kapsułą”. Konieczny twierdzi, Ŝe to normalny dom, racjonalna, prosta architektura. – Jest tak pomyślany, by układem nawiązywał do naszego domu rodzinnego, w którym najwaŜniejszym miejscem była kuchnia. Tu jest podobnie. W kuchni toczy się Ŝycie. W środku domu jest tzw. kapsuła technologiczna i wszystko się dzieje dookoła tego: kuchnia, jadalnia, spiŜarka, łazienka i kominek. Aby dom był tani w utrzymaniu, oprócz gazu przez sześć kanałów ogrzewa go kominek. Przy wejściu znajdują się siatki na drewno, tworzące jednocześnie aŜurową przegrodę tarasu. Ślązacy są pragmatyczni, myślą racjonalnie i dlatego śląska architektura jest taka ciekawa i tak się róŜni od reszty kraju. Tu się nie robi głupot i rzeczy bez sensu. Wszystko musi być wytłumaczalne. A jak coś jest wytłumaczalne, to jest dobre – podkreśla. Swojego domu jeszcze nie wybudował, bo… nie ma działki. A przecieŜ projekt u Koniecznego zawsze wynika z tej przestrzeni, na której ma powstać. Na razie mieszka na 10. piętrze na katowickim osiedlu. W trzech pokojach z narzeczoną, jej 4,5-letnią córeczką i roczną wspólną Lenką. Kiedy pytam, kto urządzał mieszkanie, Robert chwilę się waha. – Gdy miała się urodzić Lenka, staraliśmy się ogólną wizję zrobić razem. Mam jednak problemy z pójściem na kompromis. Kiedy więc w połowie prac spostrzegłem, Ŝe moja narzeczona chce zmienić resztę, dyskretnie się wycofałem. Chcę, Ŝeby ona dobrze się w tym czuła i Ŝeby jej to mieszkanie odpowiadało. No, a poza tym nie chcę jej niczego narzucać, bo to się dobrze nie kończy – uśmiecha się. – I nie robię tego z grzeczności! Ma nadzieję, Ŝe zbudują ten dom razem. Taki przez niego wymyślony. Mniej jest zdecydowany, jeśli chodzi o styl ubierania. Właściwie trudno powiedzieć, by miał jakiś wyrazisty, swój. Sam kupuje sobie ciuchy. – Powiem ci, Ŝe robię to raczej instynktownie, naturalnie, nie ulegam trendom, modom, zero sztuczności. Jak coś mnie kręci, to jest OK. Jak nie, to idę dalej. Niczego nie robię na siłę – tłumaczy. – Jeśli nie rozumiem jakichś reguł, to mam ochotę zrobić coś dokładnie na przekór. Jak ktoś mi coś narzuca, to mówię: nie. Tak mam z modą. W pewnym sensie to ja jej nie uznaję. Jak mi ktoś mówi, Ŝe w tym roku modny jest np. Ŝółty, to ja się od razu zastanawiam dlaczego. I wydaje mi się, Ŝe to nie do końca jest tak, Ŝe jakiś kreator czy stylista tak wymyślił, tylko akurat płyną z Chin dwa statki bawełny w takim kolorze i trzeba to teraz jakoś wypromować, sprzedać… Co do mody w architekturze, to Konieczny twierdzi, Ŝe równieŜ trzeba na nią uwaŜać, tylko duŜo bardziej. Bo gdy moda przemija, budynek, który jeszcze rok temu był trendy, zaczyna wyglądać śmiesznie. – Nie usuniesz go tak łatwo jak niemodne gacie z szafy. Staram się więc unikać rozwiązań modniarskich, szukam ponadczasowości. KaŜda rzecz w projekcie musi być uzasadniona. Jeśli jest logiczna, to się nie zestarzeje – mówi z pewnością w głosie. Ta pewność, która juŜ któryś raz pobrzmiewa w naszej rozmowie, pojawia się zawsze, kiedy mówi o swojej pracy i największej pasji. Znika, kiedy zaczynamy rozmawiać o Ŝyciu prywatnym. Konieczny od dawna Ŝyje w otoczeniu kobiet: wspólniczka, narzeczona, dwie córki. A gdzie dom, drzewo i syn? – Drzewo gdzieś kiedyś posadziłem… – Ŝartuje Robert. – Zanim na świecie pojawiła się Lena, pewnie gdzieś tam sobie marzyłem o synu, ale teraz za nic bym się nie zamienił! Mała jest super – zapewnia szaleńczo zakochany w córeczce tatuś. Zastanawiam się jednak, czy nie chciałby mieć syna, który zgodnie z tradycją objąłby po nim pracownię. – Jasne, Ŝe tak. Chciałbym mieć syna, w ogóle drugie dziecko. Ale z przejęciem tego całego bajzlu… to nie jestem pewien. Zresztą do tego wcale nie trzeba syna. – Przekonałem się, Ŝe kobiety bywają w tym zawodzie lepsze od facetów. Mają większą tolerancję dla klienta, często lepsze wyczucie: te smaczki, detale…, czasem lepsze pomysły – mówi. Sam się o tym przekonał, pracując od lat z Marleną Wolnik. – Ma świetne pomysły. Kiedy razem pracowaliśmy, ja byłem w stanie więcej wytrzymać fizycznie, u niej czuło się siłę spokoju, zwłaszcza przy pertraktacjach. Ale on swoim dzieciom zawodu wybierać nie będzie. ChociaŜ sam wie najlepiej, Ŝe z tym wyborem to często kwestia przypadku. Nie całkiem świadomie dokonał przecieŜ swojego. – Gdzieś tam rodzice przeczuwali, Ŝe w tym kierunku warto mnie popchnąć. Nie jestem pewien, czy sam wybrałbym tak samo. Czasem trzeba, Ŝeby ktoś cię pokierował. No ale od czego są rodzice? – mówi. Swoim zawdzięcza duŜo: nie było im z nim łatwo, ale zawsze pomagali. Gdyby nie oni, pewnie nie skończyłby studiów. Pomogli, gdy zakładał własną pracownię. Był moment, Ŝe gdyby nie ich wsparcie, firma by upadła. – Byliśmy absolutnie niedochodowi – wspomina Konieczny. – Bez nich nie mieliśmy szans, Ŝeby przetrwać ten pierwszy cięŜki czas. Zaczynają dzwonić telefony. Robert Konieczny zaraz rusza na urlop, musi więc dopiąć wszystkie sprawy. W pośpiechu dziękujemy sobie za rozmowę, Ŝyczę mu więcej czasu dla siebie i rodziny. Choć szczerze wątpię, czy na czas wakacji przestaje być architektem… Wychodzę na klatkę i zostawiam swój ślad na pomalowanych olejną farbą schodach. Tekst Agnieszka Bulanda Zdjęcia Andrzej Koziar