Szymon Maliszewski - O festiwalu Festiwal Prawykonań

Transkrypt

Szymon Maliszewski - O festiwalu Festiwal Prawykonań
Szymon Maliszewski
Festiwal Miłości
Za nami jedno z ważniejszych wydarzeń w świecie polskiej muzyki najnowszej,
katowicki Festiwal Prawykonań. Prawdziwe święto zdzierania magicznej aury
dziewictwa z najnowszej, nie znanej, nie doświadczonej jeszcze przez nikogo muzyki...
Sama nazwa „światowe prawykonanie” ma w sobie jakąś niesamowitą tajemnicę, która
działa jak magnes na muzyków, melomanów jak i ludzi spoza środowiska, których łączy
wspólne zainteresowanie tym „jak się teraz pisze muzykę”, w jaki sposób muzyka,
najsubtelniejsza wyrazicielka emocji i przeżyć, ale też aktualnych wydarzeń i nastrojów
społecznych jest interpretowana przez żyjących teraz, zaraz obok nas twórców, a zatem
co mówi nam o nas samych. Zakończona edycja może zostać pod wieloma względami
uznana za bardzo udaną. Zarówno kompozytorzy jak i wykonawcy bardzo pochlebnie
wypowiadali się o organizacji całego przedsięwzięcia, ci którzy do Katowic przyjechali
po dłuższej nieobecności byli pozytywnie zaskoczeni zachodzącymi w mieście
zmianami, a w szczególności rozwojem infrastruktury kulturalnej. Publiczność, mimo że
wciąż dość nieliczna, według relacji wielu osób była dużo większa niż na poprzednich
edycjach festiwalu. Bardzo pozytywnym sygnałem jest fakt, że na koncertach można
było spotkać ludzi w każdym wieku, czasem nie mających żadnych związków ze
środowiskiem muzycznym. Festiwalowa misja propagowania muzyki najnowszej i
zainteresowania nią szerszej publiczności przynosi zatem bardzo obiecujące rezultaty.
Oczywiście zdarzały się też koncerty, na których większą część obecnych na sali
osób stanowili kompozytorzy i ludzie „ze środowiska”, ale na szczęście nie była to częsta
sytuacja. Kolejną pozytywną kwestią jest spore zainteresowanie medialne katowickim
festiwalem, informacje o nim pojawiały się w większości istotnych mediów, na
koncertach obecnych było sporo dziennikarzy, połowa koncertów była transmitowana
przez radiową Dwójkę a reporterzy portalu polskamuza.eu zamieszczali każdego dnia
obszerne relacje z koncertów. Kwestia wykonawców i jakości wykonań była według
wielu najsilniejszym punktem całego festiwalu. Mieliśmy okazje usłyszeć wybitne
zespoły i solistów specjalizujących się w wykonawstwie muzyki współczesnej, wielu z
1
nich, jak tyska orkiestra AUKSO, NOSPR, Kwartet Śląski czy Zespół Śpiewaków Miasta
Katowice Camerata Silesia, jest związanych z festiwalem już od jego pierwszej edycji. Nie
było ani jednego koncertu, na którym wykonawcom można było zarzucić brak
zaangażowania czy niezrozumienie utworu, które mogłoby skutkować umniejszeniem
jego wartości. Bardzo często sytuacja była zdecydowanie odmienna, znakomite
wykonania, widoczne zaangażowanie i ogromna wrażliwość muzyków były jedynym
aspektem ratującym niektóre utwory. Słabym punktem w moim odczuciu był natomiast
dobór repertuaru na poszczególnych koncertach. Rozumiem, że ze względów czysto
praktycznych wybór utworów prezentowanych na koncercie, determinowany był przez
przewidziany na daną godzinę zespół wykonawczy, aczkolwiek kontekst w jakim
pojawiały się niektóre utwory, czasem utrudniał ich pełny odbiór. Zestawienie kilku
dzieł o zdecydowanie odmiennym charakterze, dramaturgii czy wymiarze, wymaga od
słuchacza częstego przestawiania się na zupełnie inne tory myślowe. Powodowało dość
często uczucie przesytu, zmęczenia czy nawet lekkiej dezorientacji.
Pod względem doboru utworów pierwszy, piątkowy koncert sprawiał chyba
najlepsze wrażenie. Na początku zabrzmiał utwór, związanego z katowicką Akademią
Muzyczną, Aleksandra Nowaka Z górnego piętra, na skrzypce i perkusję. Kompozytor w
notce programowej napisał tylko: „Widok z górnego piętra jest lepszy. Ale patrzący jest
bardziej samotny”. Odnosząc to do treści utworu, osobiście bardziej niż z obserwatorem
z bloku miałem skojarzenia z postacią latarnika w latarni morskiej. Samotna postać
skrzypka (znakomity Piotr Pławner) znajdowała się jakby na innej płaszczyźnie niż
partia perkusji, motywy inicjowane przez niego nie tyle były imitowane czy
przekształcane przez perkusje, co przypominały bardziej spojrzenia, snopy światła,
rzucane na otoczenie. Partia perkusji natomiast stwarzała wrażenie rzeczywistości, od
której obserwator chciał uciec, odgrodzić się. Relacje między tymi dwiema partiami
tworzą obraz wyobcowania, samotności, czasem trochę nawet przytłoczenia przez świat
zewnętrzny. W utworze było sporo ciekawych pomysłów, narracja była czytelna i
spójna, dużo bardzo sugestywnych gestów, niezwykłe efekty barwowe dzięki
wykorzystaniu brzmień mikrotonowych. Utwór chyba nie był z gatunku tych, które mają
zachwycać słuchacza, raczej z tych, z którymi, jeśli się je zrozumie, można się utożsamić.
2
W utworze Ertytre na wiolonczelę solo Paweł Hendrich zastosował dużo znanych
ze swojej wcześniejszej twórczości, nieco przekalkulowanych, efektów, palindromy
rytmiczne i systemy cyklicznej organizacji wysokości dźwięku i artykulacji, czasem dość
niebezpiecznie zbliżających się do idei serializmu totalnego. Arietta e i fiori
Włodzimierza Kotońskiego, mimo malowniczo pięknej nazwy nie zachwycała
szczególnym pięknem, a przetworzone elektronicznie dźwięki puzonu estetyką
przypominały dźwięki z seriali science-fiction z lat 80.
Koncert kończyły dwa oktety wiolonczelowe. Double Reflection Ryszarda Osady
niczym nie zachwycał ale też niczym nie raził. Dość jednostajna, homofoniczna faktura
po pewnym czasie nieco nużyła, jeśli już pojawiały się jakieś dialogi czy drobne zmiany
fakturalne, sprawiały wrażenie wymuszonych i trochę schematycznych. W Fingertrips
Sławomira Wojciechowskiego mieliśmy, jeśli sugerować się notką programową,
studium, albo raczej luźny zbiór pewnych gestów i układów dłoni i rąk wiolonczelistów,
co przekładając na język muzyczny skutkowało podobnym luźnym zbiorem różnych
dźwięków, trochę w stylu wczesnego Pendereckiego. Ubogie z natury możliwości
brzmieniowe wiolonczeli czasem wymagały użycia wspomagaczy w postaci grzebienia i
elektrycznego spieniacza do mleka, co zaowocowało kilkoma interesującymi
brzmieniami, oraz dość teatralnym zakończeniem utworu, przez wyłączenie szumiącego
silniczka.
Drugi koncert tego wieczoru przedstawiał próbę zmierzenia się kompozytorów z
koncepcją koncertu na instrument solowy i orkiestrę. Próba ta, niestety, wypadła bardzo
słabo. Nawet rewelacyjnie brzmiąca orkiestra NOSPR-u pod dyrekcją Michała Klauzy,
oraz znakomici soliści nie byli w stanie przekazać niczego wartościowego, bo w
większości partytur tego po prostu nie było. W L.A. Concerto Tomasza Opałki drażniły
kuglarskie
efekty,
zderzone
z
wszechobecnym
banałem
harmonicznym,
dramaturgicznym czy wyrazowym. Z książeczki programowej dowiadujemy się, że
kompozytor starał się uchwycić bogactwo wrażeń, przestrzeń, napięcie i ruch Los
Angeles. Zrobione to jest jednak wszystko za pomocą bardzo prymitywnych środkówdużo, głośno, hałaśliwie. I Koncert skrzypcowy Rafała Janiaka raził chyba jeszcze bardziej
brakiem inwencji zarówno melodycznej jak i rytmicznej, powracające co chwilę walczyki
oscylowały na granicy groteski. Wstęp, zbliżony estetyką do języka muzycznego Karola
3
Szymanowskiego był jedynym dobrze brzmiącym fragmentem utworu. Piotr Moss w
Wierszach Kawafisa zaprezentował typowy dla siebie język estetyczny, mimo kilku
interesujących brzmień i efektów, wiele fragmentów zdawało się nie mieć żadnego
sensu w kontekście całego utworu. Również sposób opracowania tekstu nie zawsze
wydawał się uzasadniony. Dialog między głosem barytonowym a orkiestrą miejscami
był niezbyt udany. Orkiestra czasem kompletnie przykrywała śpiewaka, czasem
zmuszała go wręcz do krzyku. Najbardziej pozytywne wrażenie zrobił na mnie Koncert
wiolonczelowy Dariusza Przybylskiego. Czasem brakowało wyraźnej formy i oparcia
poszczególnych elementów na jakimś odgórnym schemacie architektonicznym, ale
mimo wszystko utwór obfitował w znakomite rozwiązania fakturalne i kolorystyczne.
Solowa partia wiolonczeli bardzo zręcznie prowadziła słuchacza od ujmującego liryzmu,
po czystą wirtuozerię. Ilość (5!) i sposób rozmieszczenia kadencji wirtuozowskich pod
koniec utworu, mogły wydawać się nieco nielogiczne, ale wystarczyło tylko przez chwilę
podziwiać (słuchowo i wizualnie) grę Magdaleny Bojanowicz, która była bezpośrednią
inspiracją do napisania utworu, żeby zrozumieć czemu autor stworzył jej aż tyle okazji
do przykucia swoją osobą całej uwagi słuchacza… Zdecydowanie najlepszą częścią tego
koncertu był jego zamierający finał, zaskakujący, ale w bardzo pozytywnym znaczeniu.
Sobotnie południe spędziliśmy w wybornym towarzystwie Kwartetu Śląskiego.
Jako pierwszy wykonany został III Kwartet smyczkowy Justyny Kowalskiej- Lasoń,
opatrzony przez kompozytorkę tytułem „Znajduję swą pieśń”. Ów proces odnajdywania,
wyłaniania się tejże pieśni z glissandowo- flażoletowego tła czasem, w pierwszej części
utworu, był aż nazbyt obrazowy, ale pod koniec, kiedy pieśń została już „odnaleziona”,
nie sposób było oprzeć się urokowi onirycznego dialogu skrzypków oraz altówki.
Melodia była jakby skądś znajoma ale mimo wszystko urocza... Kwartet Elferiae
Dobromiły Jaskot utrzymany był w podobnie sennej, nieco fantastycznej aurze, według
kompozytorki miał być „przelotnym mgnieniem elfich skrzydeł”. Gęste przeplatanie
warstwy dźwiękowej fragmentami zupełnej ciszy było bardzo udanym zabiegiem,
potęgującym nierzeczywistą atmosferę utworu. Czasowo był to najkrótszy utwór tego
dnia (a może i nawet całego festiwalu). Okazało się to jednak dużą zaletą, zostawiało
pozytywne poczucie niedosytu, zdecydowanie lepszego od tak częstego na innych
festiwalowych koncertach zwyczajnego zmęczenia niczym nieuzasadnioną, nadmierną
długością utworów. 10,12,13,-31 Aleksandry Gryki było dość zręczną próbą
4
manipulowania czasem, niezwykle bogata paleta efektów dźwiękowych łatwo
przykuwały uwagę słuchacza. Zabawy z czasem słyszeliśmy również u Hanny Kulenty,
która w swoim V Kwartecie smyczkowym, jak sama pisze, w dalszym ciągu wykorzystuje
autorską technikę „polifonii wymiarów czasu”. Hipnotyczna ruchliwość na zmianę z
somnambulicznymi, minimalistycznymi płaszczyznami i typowy dla kompozytorki język
harmoniczny dają w rezultacie bardzo spójną całość o logicznej dramaturgii a kończąca
całość wiolonczela w dynamice pppp zostawia niesamowite wrażenie. Na końcu
koncertu zabrzmiała nowa, poprawiona wersja Kwartetu fortepianowego Krzysztofa
Meyera. Na każdym kroku widać było tu doskonały warsztat kompozytorski, którym
kompozytor posługuje się z niezwykłą biegłością, aczkolwiek forma utworu, złożona z
pięciu części granych attacca, gdzie „każda kolejna jest dłuższa od poprzedniej ale
wszystkie łączy podobieństwo motywów początkowych i zakończeń” była nieco ciężka i
przeładowana.
Pierwszy z popołudniowych koncertów nie zostawił zbyt przyjemnego wrażenia.
Doskonale brzmiący zespół Camerata Silesia, pod dyrekcją Anny Szostak, często
zasługiwał zwyczajnie na współczucie. Pierwszym i zarazem jedynym dobrym utworem
było Non possumus Marcina Rupocińskiego. Autor w bardzo oryginalny sposób posłużył
się tekstami z Pisma Świętego. Zadeklarowana przez kompozytora pokora wobec tekstu
okazała się bardzo inspirująca, Rupocińskiemu udało się uzyskać niesamowite barwy i
brzmienia, a elektroniczne przetwarzanie w czasie rzeczywistym partii śpiewanych
wzmagało transcendentny wymiar utworu. Mający stanowić studium nad miłością i
pięknem koncert wokalny Camerata Adriana Robaka okazał się być za to utworem dość
mdłym, w którym trudno było doszukać się jakiejkolwiek głębi, a wieńczący go akord Gdur był wręcz dość niesmaczny. Mimo wszystko jednak, gdyby ten utwór był
najsłabszym momentem koncertu, nie było jeszcze tak źle… Nowa pieśń chwały
Benedykta Konowalskiego od pierwszego do ostatniego dźwięku powodowała
wyłącznie wzrost uczucia frustracji i zażenowania, a chęć uwzględnienia tej kompozycji
w dyskusji o kondycji
„polskiej muzyki nowoczesnej” spowodowałaby tylko
bezgraniczną depresję. Prymitywne, trochę judaizujące melodyjki, wtłoczone w bardzo
daleką od jakiejkolwiek oryginalności i wartości artystycznej harmonię kojarzyły się z
czymś dokładnie przeciwnym niż z „nowością” i „chwałą”. Niezwykle ciężkie i męczące
Miserere Marcina Bortnowskiego nie zmazało przykrego wrażenia, ale na szczęście go
5
też nie pogłębiło. Ostatnim punktem koncertu było Voyelles de Arthur Rimbaud Ryszarda
Gabrysia. Nieco ekscentryczna zabawa samogłoskami zdawała się sprawiać sporo
radości wykonawcom, w śpiew zaangażowana była nawet dyrygentka. Utwór, napisany
z pewnym ożywczym dystansem i teatralnym humorem, pozwolił jednak na
zniwelowanie części przykrych wrażeń popołudniowego spektaklu.
Ostatni koncert sobotniego wieczoru znów miał pokazać jak kompozytorzy radzą
sobie z orkiestrą symfoniczną. Wykonany jako pierwszy Koncert fortepianowy
Stanisława Krupowicza nie przykuł mojej uwagi niczym szczególnym. Kompozytor w
notce programowej kilkakrotnie wspomina inspiracje jazzem i swingiem. Realizacja w
praktyce tychże inspiracji świadczy jednak że kompozytor zdaje się pojmować te
gatunki
w
dość
uproszczony,
szablonowy
sposób.
Improwizowana
kadencja
fortepianowa w pierwszej części była dość mało zgrabna, jej banalnie tonalny charakter
nie korespondował w żaden sposób z resztą utworu. Krzysztof Knittel w swojej Particie
w dość interesujący sposób łączył brzmienia saksofonów z orkiestrą symfoniczną i
mediami elektronicznymi. Szczególnie pod koniec utworu zagęszczenie środków
ekspresyjnych tworzyło bardzo ciekawą kulminację. Najlepszym utworem wieczoru był
w moim odczuciu Lofoten, zmarłego dwa lata temu Bronisława Kazimierza
Przybylskiego. Kompozytor stworzył cudowną przestrzeń dźwiękową, zawieszoną w
czasie i przestrzeni. Mimo, że utwór powstał z inspiracji realnym krajobrazem
archipelagu siedmiu wysp na Morzu Norweskim, aura dźwiękowa sprawia całkowicie
nierzeczywiste wrażenie. Zachwycające piękno krajobrazu nie tyle zostało bezpośrednio
zilustrowane w muzyce, co raczej przemienione w czyste piękno płaszczyzn i barw
dźwiękowych. Była to muzyka, której po prostu można zaufać, zamknąć oczy i dać się
poprowadzić w podróż po jej cudownym świecie. W konsternacje wprawił wiele osób
natomiast ostatni punkt koncertu. II Symfonia Mikołaja Góreckiego. Dwadzieścia pięć
minut czysto hollywoodzkiej estetyki, naszpikowane cytatami z największych hitów
muzyki filmowej, automatycznie zyskało przydomek „symfonii rozrywkowej”. W
kontekście innych utworów zaprezentowanych przez kompozytora, choćby na
poprzednich edycjach festiwalu – Anamorfozy z 2007 roku czy Zan tontemiquico z roku
2011 – ryzykowne byłoby stwierdzenie, że stylistyka II Symfonii jest efektem
świadomych upodobań estetycznych kompozytora. Zdarzało mu się popełniać
zwyczajnie ładniutkie, tonalne utworki (np. Concerto-Notturno na skrzypce i orkiestrę
6
smyczkową, z roku 2000), ale tym razem została zdecydowanie przekroczona pewna
granica. Jak inaczej zatem możemy tłumaczyć zgłoszenie przez Góreckiego tejże
symfonii na Festiwal, którego celem jest pokazywanie nowych prądów w muzyce? Może
to dość nieprzyjemna interpretacja, ale początkowo odebrałem II Symfonię jako mocno
cyniczny komentarz
kompozytora na temat stanu rodzimej muzyki najnowszej.
Niemniej jednak utwór ten wywołał największy aplauz publiczności, siedzący nieopodal
sześciolatek z wrażenia przestał grać na telefonie, a gdy rozbrzmiały ostatnie dźwięki
finału z całych sił domagał się aby orkiestra zagrała „biiiiiś”.
Prośby niestety nie
spełniono. Ale może to prowadzi nas na jeszcze jeden trop interpretacyjny, może II
Symfonia miała być po prostu taką muzyczną laurką dla swojej ślicznej żony i wszystkich
sześciolatków świata…
Ostatni dzień festiwalu trzymał chyba najbardziej wyrównany poziom na obydwu
koncertach. Na pierwszym z nich usłyszeliśmy ciekawą kompozycję Marty Ptaszyńskiej
Of Time & Space na perkusję, taśmę elektroniczną i orkiestrę. Partia perkusji była
niezwykle pomysłowa a jej realizacja przez Martę Klimasarę wręcz znakomita. Irytowały
natomiast zdecydowanie za częste i zbyt oczywiste cytaty z Chopina. Concertino Macieja
Małeckiego mimo, że wyrastające w dość schematyczny i mało oryginalny sposób z
nurtu neoklasycznego, dało wiele okazji soliście, a zarazem pomysłodawcy utworu,
Tomaszowi Strahlowi do zaprezentowania swojego kunsztu technicznego. Po
przeczytaniu w książeczce opisu Festivalente Wojciecha Widłaka byłem pełny obaw co
do tej kompozycji. Autor informuje, że inspirowana jest dźwiękami jego rodzinnego
Krakowa, a zatem muzyką klubową, tą dochodzącą z kościołów i filharmonii,
akademickim Gaude Mater, walcem, symbolizującym muzyczny jubileusz roku 2010 i
oczywiście hejnałem. Kompozytor bardzo zręcznie uniknął jednak stworzenia
muzycznej pocztówki z lajkonikiem, cytaty są wplatane z dużym wyczuciem,
wspomagając bardzo pozytywnie dramaturgię utworu. Mimo niewielkich rozmiarów i
nagromadzenia pomysłów muzycznych, utwór nie był przeładowany, a indywidualny
styl kompozytora przykuwał uwagę słuchacza.
Wysoki poziom ostatniego koncertu Festiwalu gwarantował już sam zespół
wykonawczy, Orkiestra Kameralna Miasta Tychy AUKSO, której brzmienie było jak
zwykle wspaniałe. W Canzonie Zygmunt Krauze próbował stanąć w obronie melodii,
7
jako nieco zaniedbanego współcześnie elementu muzycznego, dającego przecież tak
duże możliwości. Próba ta okazała się dość udana, zarówno pierwszoplanowa
melodyjność jak i mało skomplikowana faktura nie trąciły banałem, dając nam całkiem
przyjemny, dobrze napisany utwór. Trzy pieśni do słów Rilkego Michała Dobrzyńskiego
również nie miały nowatorskich ambicji, estetyka zdawała się wyrastać bardziej z
filozofii epoki austriackiego poety. W żadnym wypadku nie są to jednak zarzuty.
Kompozycja była niezwykle urzekająca, dramaturgia cyklu bardzo dobrze, czytelnie
rozegrana, kolejne pieśni następowały po sobie w sposób bardzo organiczny, a
znakomite wykonanie Urszuli Kryger znacząco przyczyniło się do pozytywnego odbioru.
Obfitość ilustracyjnych zabiegów, jak np. pojedyncze dźwięki, obrazujące krople deszczu
już na początku pierwszej pieśni, czy długie, stojące dźwięki, symbolizujące
nieprzemijającą miłość w pieśni trzeciej, nie były niczym oryginalnym, ale bardzo
naturalnie wpisywały się w konwencję całego cyklu. Mimo, braku nowatorstwa,
otrzymaliśmy jednak bardzo dobrze napisany, przyjemny w odbiorze cykl pieśni, który
za kilka lat bez szczególnego zgrzytu można będzie zestawić z takimi pozycjami z
literatury jak Cztery sonety miłosne do słów Williama Szekspira Tadeusza Bairda. Canzon
de’baci Andrzeja Kwiecińskiego była zdecydowanie najbardziej oryginalnym utworem
tego wieczoru. Ograniczenie materiału do jednego akordu, jednej melodii (będącej w
dodatku cytatem z Calisto G. Carissimiego), która w partii fortepianu stanowi temat
passacaglii, stworzyło wspaniałe pole do zaistnienia kunsztownej gry barw i szumów.
Wybór manierystycznego tekstu Giovanniego Battisty Guariniego automatycznie rodzi
skojarzenia z pełną dwuznaczności poetyką dworską, co doskonale koreluje z lekkim,
mocno sensualnym charakterem utworu i jednocześnie z jego bogatą symboliką
muzyczną. Partia głosu, oznaczona jako tenor, w rzeczywistości posiłkuje się głównie
falsetem, co miało postawić wykonawcę w niecodziennej dla niego sytuacji, zmusić do
nieco zniekształconej, nienaturalnej emisji. Stanowi to dodatkowy, trochę teatralny gest
uwypuklenia całej, związanej z tym typem poetyki sztuczności. Warto zauważyć, że
utwór ten wskazuję na sporą zmianę, jaka zaszła w muzyce Kwiecińskiego. Kompozytor
czerpie ze swoich doświadczeń i wciąż szuka nowych dróg, co jest wydaje mi się
niezwykle zdrowym i pozytywnym sygnałem, mimo, że dość rzadko praktykowanym
przez innych gości festiwalu .
8
„Agata Zubel zaprezentowała Agatę Zubel” – ten komentarz chyba najbardziej
trafnie określa kolejny utwór. Kompozytorka konsekwentnie trzyma się swojego języka
muzycznego i specyficznego traktowania (swojego) głosu wokalnego, a z kolei smyczki
przywodziły na myśl Ładnienie Pawła Mykietyna. Nie sądzę jednak, żeby utwór znalazł
wielu entuzjastów spoza kręgu miłośników estetyki pani Zubel. Finał koncertu dość
niefortunnie stał się udziałem Pulsaciones Mikołaja Majkusiaka. W chyba najbardziej
konwencjonalnej kompozycji tego wieczoru, partie gitary i akordeonu traktowane są
dość stereotypowo, kompozytor zdaje się czasem „walczyć” z instrumentacją, a pięć
krótkich utworów, tworzących całą kompozycje, nie sprawia wrażenia całości. Pomysły
zawarte w każdym z nich nie były wystarczająco wyeksploatowane, kompozytor rzucał
kilka ładnie brzmiących melodii, po czym przechodził do czegoś zupełnie innego,
zaniedbując kompletnie potencjał pracy przetworzeniowej. Luki w rzemiośle
kompozytorskim były niestety bolączką wielu gości festiwalu, niezależnie od wieku i
reprezentowanego pokolenia. Dla wielu twórców podstawowym środkiem wyrazu była
zabawa efektami i brzmieniami, co, jak uczy historia, jest wartością bardzo nietrwałą,
szybko popadającą w zapomnienie. Również kwestie formy, zarówno te czysto
architektoniczne jak i psychologiczne często były kompletnie zaniedbywane. Słowa
Lutosławskiego, że „zdobycze formalne, mimo, że tak trudne do osiągnięcia, są dla
rozwoju muzyki niezbędne”, są tutaj najbardziej gorzkim komentarzem. Sam rozwój
muzyki, rozumiany nie jako pogoń za nowością ale kompleksowa poprawa jakości
tworzonej muzyki, nie wydawał się być jednak celem przyświecającym większości
obecnych w Katowicach kompozytorów…
Jeśli po całym festiwalu pojawiły się jakieś ogólne, pozamuzyczne refleksje, to
raczej
są
one
infrastrukturalnych,
dość
smutne.
aktywnego
Mimo
naprawdę
zaangażowania
znakomitych
sponsorów,
warunków
rewelacyjnych
wykonawców i sporego zainteresowania publiczności, doświadczenia festiwalowe nie
pozwalają nam powiedzieć, że istnieje prężnie działające środowisko kompozytorów,
zaangażowanych w rozwój i poprawę jakości muzyki najnowszej. Oprócz kilku
interesujących osobowości, o mniej lub bardziej ugruntowanej pozycji, jest cała rzesza
osób, które zwyczajnie nie mają nic interesującego do powiedzenia, ale skoro już zostali
poproszeni, to jąkając się, przeczytali z kartki kilka utartych kwestii.
9
A może spróbujmy odrzucić ten cały krytycyzm i z radością spojrzeć na te trzy
dni, jako na wspaniały Festiwal Miłości. Mieliśmy przecież wszechobecną (choć czasem
troszkę ślepą) miłość do tradycji, miłość do tradycji czerpania z tradycji, miłość do tego,
co powszechnie znane i lubiane a co za tym idzie, mieliśmy obowiązkową, narodową
miłość do Chopina oraz specyficznie (po polsku) pojmowaną miłość do Boga (i/lub
religii). Mieliśmy miłość żon do mężów, mężów do swych żon, miłość do bajek i dzieci, i
miłość dzieci do ojców. Była miłość abstrakcyjna, do pustych systemów i liczb, i do
zabaw nieco wręcz perwersyjnych. Była także miłość czysto fizyczna, sensualna i sporo
było też oczywiście miłości własnej. Szkoda tylko, że tak rzadko widzieliśmy czystą i
prostą, mądrą i szczerą, bezpretensjonalną i oczyszczającą miłość do Muzyki...
10