Piana Magazine 09.indd
Transkrypt
Piana Magazine 09.indd
PIA NA M AGAZ I N E NR 0 9 ● 0 2 / 2 0 1 0 M IA S T O 09 WW W .PIA N A MA G A ZI NE . C OM PIAN A M AGAZIN AG AZIN E E D Y TO R I A L + ST OPK A REDAKCJA E: [email protected] www.pianamagazine.com REDAKTOR NACZELNY Damian Siemień DYREKTOR KREATYWNY Grzegorz Ostrowski REKLAMA I PROMOCJA Katarzyna Kulik SEKRETARZ REDAKCJI Monika Habrzyk MIASTO Pogoda się zmienia, Piana też. Przed wami wydanie wiosenne, tematom miejskim poświęcone. Rozpisujemy się jak zwykle o fajnych rzeczach, między innymi o neonach, klockach Lego, Woodym Allenie i Kantorze. Numer nie należy do najobszerniejszych, ale co z tego, w końcu przyszła wiosna i człowiek też pies,po trawie wybiegać się musi (co prawda, gdy piszę te słowa, za oknem pada deszcz i jest zimno). Niemniej, po spacerach, winnych plenerach i pierwszych mandatach warto ochłonąć i zajrzeć do środka waszego ulubionego magazynu internetowego. Poczytać, pooglądać, coś sobie pomyśleć. Serdecznie zapraszam, dziękuję i pozdrawiam. Damian Siemień REDAKTORZY DZIAŁÓW MUZYKA Karolina Pietrzok FOTOGRAFIA Katarzyna Borelowska FILM Aleksandra Graczyk LITERATURA Martyna Wojnicz DESIGN Marta Wajda SZTUKA Damian Siemień MODA Katarzyna Gumowska TEATR Magda Jasińska SYLWETKI Agnieszka Habrzyk STRONA CHROMREGO Bolewsław Chromry STALE WSPÓŁPRACUJĄ: Mateusz Borkowski, Tymoteusz Kubik, Maciek Piasecki, Magda Wichrowska, Adam Groch, Ola Dąbrowska, Adam Błażejewicz, Bartek Rytkowski, Katarzyna Sokół, Magdalena Podkowińska, Michał Lichtański, Kamil Zacharski, Adam Błażejewicz ILUSTRACJE: Katarzyna Walentynowicz, Dominika Bobulska, Magdalena Barcik, Bolesław Chromry KOREKTA Agnieszka Batorek MAGAZYN ZŁOŻONO KROJAMI PISMA Corbel, Oceania PROJEKT GRAFICZNY PISMA Grzegorz Ostrowski OKŁADKA / ILUSTRACJA Ada Buchholc DRUK EGZEMPLARZY PROMOCYJNYCH Drukarnia Kolory, Kraków E: [email protected] T: +48 12 421 02 56 www.kolory24.pl 2 SZTUKA 04 NEON LOVE MUZYKA 10 12 14 16 PO LSK A R ZE CZPOS PO L ITA LU D Y CZNA B E Z S ( C) E NNOŚ Ć W S E AT TLE B LO G THE Q UE C Z Y L I MUZY K A NA W Y NOS T H E JE S US AND M AR Y CHA IN R E V I VAL F ILM 18 20 M AS Z TO NA V IDE O? ODC. NIEMIECKI MAINSTREAMOWY N Y C – CZY L I WS ZY S TK O C O K O CHAM L ITERATURA 22 Ś M I E RĆ S UPE R B O HATE R A TEATR 24 DESIGN 28 KLOC KOLA NDIA MODA 36 38 PIAN A M AG AZIN E SPIS TR ES CI BIG CITY LIGHT HEJ BIKINIA RSKA WA RSZAWO WRA CA J FOTOGRAFIA 40 54 58 A RIELA C ZA ROWA NIE RZEC ZYWISTOŚ CI NIE BĄ DŹ FRA JER OGL Ą DA J MA IER MIA STO W BUŁ GA RII NA DESER 64 MICHAŁ LICHTAŃSKI CHROMRY 66 NA J – U K ANTOR A W K ANTO R ZE 3 PIAN A M AG AZIN E SZ TUK A tekst: Marta Nasiadka fotografie: Ilona Karwińska Neon Love Delikatesy, Restauracja, Dom książki – płoną w każdym mieście po zapadnięciu zmroku. Intensywne kolory neonów inspirują kreatorów mody, a także autorów okładek płyt Arcade Fire, Cut Copy czy Silverchair. Imponują w pamiętnej scenie z Między słowami, w której Scarlett Johansson wpatruje się jak zaczarowana w neonowe ściany Shinjuku. Warszawa to nie Tokio, ale i tu neony potrafią zauroczyć. Ilona Karwińska, fotografka mieszkająca od lat w Londynie, dostrzegła urodę polskich neonów z PRL-u. Nie dość że wydała album, który pokazuje warszawskie perełki wśród neonów, to właśnie otwiera Muzeum Neonu w Warszawie. Wkrótce zaprezentuje świetlne szyldy z innych polskich miast. Dzięki Karwińskiej trącące myszką reklamy świecą dawnym blaskiem, a niektóre z nich zyskują rangę dzieł sztuki. 4 Piana Magazine: Jako wieloletnia mieszkanka Londynu widuje Pani neony na co dzień. Skąd zainteresowanie polskimi? Ilona Karwińska: Neony w Londynie są wszędzie, można nawet mówić o ich swoistym renesansie. Oprócz neonowych reklam tacy artyści, jak Tracy Emin, wykorzystują neon w sztuce. Jednak neony w Polsce zwróciły moja uwagę zupełnie z innych powodów. Opisuję to we wprowadzeniu do mojego albumu Warszawa Polski Neon. Przyjechałam w odwiedziny do Warszawy z grafikiem z Londynu, który prowadzi agencję reklamową Stormdesign. Pewnego wieczoru, jadąc Świętokrzyską, zauważyliśmy samotny ale monumentalny napis "Dancing i Restauracja". Te popadające w zaniedbanie litery zrobiły na nas wielkie wrażenie. Pozostały w mojej głowie po powrocie do Londynu. Ostatecznie to właśnie one zainspirowały mnie do powrotu do Warszawy następnego lata. Zaczęłam prowadzić dokumentację zdjęciową neonów miasta i powoli odkrywać ich historię.Nazwałam mój projekt Polski Neon, ponieważ polskie neony są specyficzne, szczególnie te z lat 60. i 70. Projektowali je wybitni architekci, graficy i tzw. neoniarze, czyli artyści wyspecjalizowani w reklamach świetlnych. To zapewniało oryginalność projektów. Powstanie jednej pracy trwało nawet trzy lata. Neon musiał być dopasowany do konkretnego budynku i jego otoczenia. Poza ozdabianiem i informowaniem miał spełniać bardzo ważną funkcję – rozświetlać otoczenie. Każdy neon miał bardzo lokalny charak- ter. Relacje neonów i historii zmieniającego się miasta bardzo mnie zaintrygowały. Do tego stopnia, że polskim neonem zajmuję się od pamiętnego grudnia 2005! PM: Jest Pani posiadaczką kilku neonów wyrzuconych na złom przez właścicieli warszawskich budynków. Czym one dla Pani są? Ozdobą wnętrza, przedmiotem sentymentalnym czy może jeszcze czymś innym? IK: Kiedy wróciłam do Warszawy latem 2006 roku, aby fotografować neony, planowałam rozpocząć projekt od całkowicie sprawnego neonu "Berlin" nieopodal placu Konstytucji. Ku mojemu zaskoczeniu i rozczarowaniu neon, który jeszcze kilka dni wcześniej przyciągał uwagę swoim ciepłym blaskiem, po prostu zniknął! Działając w wielkim pośpiechu, zdołałam odnaleźć i uratować szyld sklepu, który porzucony na jakimś podwórku czekał na zniszczenie. Decyzja, aby odrestaurować neonowe litery z 1974 roku, doprowadziła mnie do ich wykonawców, firmy Reklma. Odrestaurowany napis w całej jego czterometrowej okazałości pokazałam w Covent Garden w Londynie, potem dołączył do mojej wystawy w Pałacu Kultury. W październiku tego roku na zaproszenie ambasadora Luksemburga, Ronalda Dofinga, pojechałam z wystawą Polski Neon do luksemburskiej Fundacji Architektury. Oprócz moich zdjęć neonu "Berlin", pokazałam znaleziony w polu, rdzewiejący neon kultowego "Kina Praha", neon restauracji Ambasador i zdjęty ostatnio neon "Tkaniny Dekoracyjne". PIAN A M AG AZIN E SZTUKA Kiedy znajdowałam neony, moją pierwszą myślą było, aby je po prostu ocalić, nie wiedziałam jeszcze, co z nimi zrobię. Pokazywałam je odnowione obok moich zdjęć w galerii, aby przybliżyć ich wartość i udowodnić, że naprawdę są dziełami sztuki. Ponieważ kolekcja jest już dość spora, niedługo otwieram Muzeum Neonu w Warszawie. Wierzę, że neony powinny być dostępne na co dzień dla każdego, a nie ukryte w prywatnych kolekcjach. W maju odbędzie się oficjalne otwarcie Muzeum. PM: Oszołamiający wygląd neonów w Pani albumie jest zasługą aranżacji i umiejętnego fotografowania. Na zdjęciach niezwykle ważne jest tło, otoczenie neonowego szyldu. Czy osiągnięcie takich efektów wymagało szczególnych przygotowań i technik? IK: Dziękuję za komplement! Po prostu fotografuję neony dużym i ciężkim aparatem studyjnym, Mamiya RZ67. Często wracam do tego samego obiektu, aby go sfotografować o innej porze dnia (czy nocy). Czasami przychodzi mi do głowy inny punkt widzenia, jakiś szczegół. Fotografowanie starych neonów nie jest łatwe. Zdarza się, że w tym samym neonie część liter to oryginalne, stare rurki szklane, które dają zupełnie inne światło. Neon nie wypala się nagle jak żarówka. Z czasem świeci coraz słabiej, po prostu powoli gaśnie. W tym cały jego urok. Nie używam żadnych technik komputerowych, aby podkreślić wygląd neonu. Staram się uczciwie pokazać piękno starych neonów, urzekające i trochę marzycielskie. Takie, jakie jest i takie, jak ja je widzę. PM: Co sądzi Pani o neonach powstających obecnie? Zna Pani warszawski projekt Duża szklanka różowej oranżady Maurycego Gomulickiego? IK: Nie widziałam jeszcze tego projektu na własne oczy i chciałabym wstrzymać się z komentarzem. Muszę się przyznać, że w tej chwili neon interesuje mnie bardziej w kontekście historycznym. Czyli: stare neony, ich wzornictwo, przeznaczenie itp. Jestem świadoma, że nowe neony pojawiają się w sztuce wszędzie, ale dla mnie odkrywanie historii starych dzieł jest bardziej fascynujące. To jest główny powód, dla którego zajmuję się tym projektem. PM: Co mogłaby Pani powiedzieć o projekcie wydania albumu ukazującego neony z innych polskich miast? IK: Bardzo ucieszyły mnie i wsparły na duchu reakcje na mój pierwszy album, Warszawa Polski Neon. Dostaję maile od osób z całej Polski, dzięki którym odkrywam, że mieszkańcy innych miast niż Warszawa także są dumni ze swoich neonów. Dlatego w zeszłym roku wyruszyłam w podróż po Polsce w poszukiwaniu neonów. Podróż okazała się dla mnie bardzo osobistym doświadczeniem. Od 1991 roku mieszkam w Anglii, dopiero neony zaprowadziły mnie do polskich miast, których inaczej bym nie poznała. Rezultaty mojej podroży pokażę w albumie Polski Neon, który ukaże się na wiosnę. Mam nadzieję, że polskie neony urzekną odbiorców tak jak mnie. Obecnie z reżyserem z Kanady, Erykiem Bednarskim, pracuję nad filmem dokumentalnym o warszawskich neonach, który ukaże się w tym samym czasie. Zapraszam też w maju na moją wystawę do Muzeum Architektury we Wrocławiu. Szczególnie ciekawie zapowiada się wrocławska Noc Muzeów. 5 PIAN A M AG AZIN E SZ TUK A 6 PIAN A M AG AZIN E SZTUKA 7 PIAN A M AG AZIN E SZ TUK A 8 PIAN A M AG AZIN E SZTUKA 9 PIAN A A MA M AG A AZIN I E MU Z Y KA Polska Rzeczpospolita Ludyczna 10 0 tekst: Karolina Pietrzok ilustracja: Grzegorz Ostrowski Stara wyliczanka przypomina, że w Polsce politycy są skorumpowani, drogi dziurawe, piłkarze nie potrafią grać, wszyscy kradną, a biurokracja nas zjada... ale przynajmniej jest zajebiście zimno!!! Z faktami dyskutować nie można, można za to poprawić sobie samopoczucie, bowiem jest jeszcze jakiś aspekt, który cieszy, raduje i pozwala lepiej poczuć się ze swoją nacją wpisaną w paszport: jesteśmy prawdziwymi tytanami zabawy koncertowej. Niejeden ląd już zdarzyło mi się odwiedzić w celach muzycznych i jeszcze nigdy wniosek inny nie został wyciągnięty: ma się jednak słowiańską krew. Na koncercie musi być krew, musi być pot, muszą być łzy. Miejska mądrość głosi, że wynika to z naszego wieloletniego deficytu muzyki w wersji live, dlatego też polska publiczność rzuca się na wykonawców maści wszelkiej jak dzikie ptaszysko na tchórzofretkę (bądź pieska rasy chihuahua na nadbałtyckiej plaży), ale nie dajmy się prostym wyjaśnieniom. Zwłaszcza, że miały pokrycie w rzeczywistości kilka lat temu, gdy faktycznie kalendarz koncertowy zionął pustką: dziś obrodziło festiwalami, trasami, wydarzeniami z każdej właściwie półki. A jednak nadal totalność, z jaką rzucamy się w wir zabawy imponuje (czy też przeraża, zależy od uwarunkowań i potrzeb). Więc jednak potrzeba nam wierzyć, że jest coś takiego w naszym genotypie, co każe nam ruszać w tany, używać łokci, uprawiać ekstremalny crowdsurfing i ocierać się o siebie nawzajem z potrzeby serc i ciał. Podczas pobytu na belgijskim Pukkelpopie wzbudzaliśmy niezdrowe zainteresowanie popisami tanecznymi, jakże, zdaje się, obcymi temu spokojnemu narodowi. Na koncertach w mieście Berlinie nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego nikt i nic nie stoi na przeszkodzie, by przedostawać się do pierwszego rzędu w każdym dowolnym momencie występu. Na austriackim festiwalu Frequency zdarzało nam się wykonać gremialny, skoczny szoł w otoczeniu ludzkich figur woskowych. było zwrócenie nam uwagi, iż bawimy się zbyt ekspansywnie - w wykonaniu dziewczęcia stojącego w pierwszym rzędzie. Prosta zasada, że jeśli nie chce się zepsuć sobie fryzury, nie jeździ się kabrioletem, przez niektórych nie została jeszcze ogarnięta. To były niepokojące chwile. Czyżby niezal świat połknął już tak sztywnego kija, że prostackie zabawy z przytupem wykraczają poza listę zachowań akceptowalnych? Dajemy wam i sobie szansę w tym roku, pokażcie nam, że nie wszystko stracone i postulat ułańskiej fantazji przy dźwiękach dobrej muzyki jeszcze się nie wyczerpał. PIAN A M AG AZIN E MU Z Y K A Mam też podstawy sądzić, że być może się nie zawiodę – a wszystko dzięki inspiracji dla tego tekstu, którym była krakowska edycja Off Clubu z No Kids, Chain and the Gang i Mount Eerie. O ile szał podczas tego drugiego absolutnie zrozumiały, Ian Svenonius ma wszak na koncie kilka dekad bawienia publiki, o tyle projekt Phila Elveruma kojarzyć się może z wieloma rzeczami, wśród których salw śmiechu publiczności nie uświadczymy. A jednak, koncert w Alchemii w nie obfitował, za sprawą pewnego gadatliwego młodziana usiłującego modyfikować setlistę Mount Eerie. Tak, wiem, to bywało żenujące, mogło irytować, a człowiek ten miał ewidentny problem z samym sobą, ale rozładowanie napięcia poczuciem humoru Elveruma było mistrzowskie. I to mi się podoba, to cenię. Dobrze jest doznawać, ale czynienie tego z twarzą absolutnie kamienną i ciałem nieruchomym - to już o krok za daleko. Zeszłoroczny Heineken Open’er Festival utwierdził mnie w kojącym przekonaniu, że duch w narodzie nie ginie i byle ekstremum temperaturowe czy opad atmosferyczny nie są w stanie zatrzymać pędzącego pociągu zabawy. Tam brak kondycji mógł okazać się zabójczy, bo tłum porywał w tango bez ustanku i zrozumienia. Łyżką dziegciu był jednak pobyt na (ulubionym!) Off Festivalu w Mysłowicach. Tutaj zblazowanie brało górę nad potrzebą ruchu, tutaj otaczali nas ludzie z marmuru, czego symbolem ostatecznym 11 PIAN PI AN A M AG AGAZIN A G AZI A ZIN NE MU Z Y KA e? l t t a e S w c zs(c)ennos Be tekst: Arek 12 z Łukaszewic Ilekroć słyszę o rosnącej w siłę scenie muzycznej jakiegoś miejsca, myślę o Seattle. Zawsze, gdy czytam o „brzmieniu tego czy innego miasta”, tam też wędrują moje myśli. Nie potrafię znaleźć równie wyrazistego przykładu środowiska muzycznego tak charakterystycznego dla określonego miasta. Oczywiście w odniesieniu do rocka. Bo na przykład, kiedy wspominana jest tzw. scena nowojorska, do głowy przychodzi wiele rzeczy, ale właściwie nic konkretnego. W Nowym Jorku permanentnie rozwijały się i gasły kolejne muzyczne mody i style. Z Seattle jest inaczej. Seattle jest jedno, niepodzielne i chyba już na zawsze związane z twórczością rockmanów z pierwszej połowy lat ‘90 – z muzyką grunge. Na początku lat ‘90. grunge najzwyczajniej w świecie nie miał alternatywy. W każdym razie w świecie muzyki rockowej, w której po plastikowych latach poprzedniej dekady nie zostało wiele świeżych pomysłów. Media nadal próbowały wycisnąć jakiś kapitał z twórczości tandetnych, natapirowanych glam-metalowców, czasem tylko dla odmiany proponując coś thrash metalowego (thrash był wtedy u szczytu popularności, przede wszystkim dzięki pierwszym komercyjnym zabiegom Metallicy). Oferta młodych ludzi z Seattle była odtrutką na produkowane wówczas masowo muzyczne syntetyki i odwróciła koniunkturę o 180 stopni. Po latach, jak się okazało, sama stała się dla przemysłu rozrywkowego nową żyłą złota, ale to już całkiem inna historia. Grunge nie oferował właściwie nic oryginalnego, chyba, że za własny wkład uznamy odpowiednie zmiksowanie starych i ogranych patentów. Klasycznie hardrockowe riffy, czy to w klimacie Led Zeppelin (grane przez Pearl Jam), czy Black Sabbath (to już Soundgarden i Alice In Chains), przemieszane z hardcore punkiem i klasycznym punkiem ramonesowskim granym jakieś 5-10 lat wcześniej (w tym brylowała Nirvana) plus jeszcze mnóstwo innych, dobrze znanych rzeczy dało się przetopić w coś oryginalnego i wyjątkowego. Najprostsza definicja grunge’u, która mówi, że to niechlujnie i brudno brzmiąca hybryda metalu i punku utrzymana w melancholijnym nastroju, w zasadzie zbyt wiele nie wyjaśnia. Zwłaszcza, gdy spróbujemy porównać wspomniane wyżej kluczowe zespoły, czerpiące ewidentnie z różnych tradycji, istnienie czegoś takiego jak jednolita scena grunge’owa może się wydawać dyskusyjne. Ale o jej powstaniu zadecydowało też coś innego, niż muzyka. O scenie Seattle możemy dziś mówić także dlatego, że lokalni muzycy znali się nawzajem, przyjaźnili, współpracowali i tworzyli, formując nowe składy na bazie już istniejących. Jed- nym z takich projektów był ten znany pod nazwą Temple of the Dog. W marcu 1990 roku zespół Mother Love Bone, młoda grupa tuż po wydaniu debiutanckiej EPki Shine i nagraniu materiału na pełnowymiarowy album, stracił wokalistę. Nazywał się on Andrew Wood i zaraz po powrocie z narkotykowego odwyku przedawkował heroinę. Jeszcze zanim płyta Apple trafiła do sklepów, skład zdążył się rozwiązać. Dwaj spośród kolegów Wooda – Stone Gossard i Jeff Ament długo bez grania nie wytrzymali. Zebrali się na nowo, angażując najpierw nowo poznanego gitarzystę, Mike’a McCready’ego, a następnie perkusistę Matta Camerona, kolegę z Soundgarden. Ten trop sprawił, że spotkali się z Chrisem Cornellem, szalenie uzdolnionym wokalistą tej ostatniej grupy – a przy okazji bliskim przyjacielem zmarłego, z którym pomieszkiwał. Cornell miał pomysł na wspólne nagrania, które miałyby być hołdem i epitafium dla Wooda. Miał już skomponowane dwa numery i pracował nad następnymi, koledzy dołożyli jeszcze parę pomysłów. Jesienią szybko zarejestrowali materiał, który dziś znamy jako jedyną płytę zmontowanej wówczas na parę zaledwie miesięcy grupy Temple of the Dog. Pod takim też tytułem wydaną w kwietniu 1991 r. Album, choć bez wątpienia grunge’owy, przyniósł muzykę inną, niż ta, którą zawierają płyty Soundgarden, Pearl Jam czy Mother Love Bone. Przede wszystkim zespół stworzył w większości delikatne, spokojne piosenki zamiast agresywnych, riffowych utworów. Pewnie zadecydowała o tym geneza projektu (hołd dla przyjaciela), w każdym razie płytę zdominował refleksyjny nastrój. I nie sprzedała się najlepiej, przynajmniej w momencie premiery. Ale powstało dzieło przepiękne, właściwie docenione przez rynek dopiero na fali triumfów grunge’u, p o k i l k u n a s t u m i e s i ą c a c h . Pe ł n e c i e p ł a i – w przeciwieństwie np. do gniewnych manifestów Nirvany – afirmujące życie. A w utworze Hunger Strike, który muzycy zdecydowali się wypuścić na singlu, do Cornella dołączył drugi wokalista (w kilku innych też, tyle, że w chórkach). Zupełnie nieznany publiczności. Właśnie przeprowadził się do Seattle z San Diego, gdzie pracował na stacji benzynowej. Ściągnęli go gitarzyści, składający właśnie na gruzach Mother Love Bone kolejną kapelę, działającą przez kolejne parę miesięcy równolegle z Temple of the Dog, a potem będącą dla nich tą ostateczną i finałową. Nowa kapela nazwana została Pearl Jam, przyjezdnym wokalistą był niejaki Eddie Vedder, a pół roku po premierze Temple of the Dog wydali debiutancki album Ten, który okazał się arcydziełem i biblią grunge’u. Podobno wszelkie mody muzyczne odżywają po około 20 latach. Jeśli tak, to wszystkie ważne zespoły grunge’owe nie mogły sobie wymarzyć lepszego momentu na powrót (bądź aktywizację). We wrześniu ubiegłego roku pierwszą od 14 lat płytę wydali panowie z Alice In Chains, wróciwszy z nowym wokalistą. W tym samym miesiącu ukazał się dziewiąty album wciąż aktywnego Pearl Jam. 1 stycznia Chris Cornell ogłosił ponowne zejście się Soundgarden, a zespół planuje koncertową ofensywę. Tej jesieni wyszła nawet nowa płyta Nirvany, zawierająca dobrze znany fanom koncert z festiwalu w Reading z 1992 r. Temple of the Dog po nagraniu swojej płyty rozeszli się do macierzystych kapel. Przez kilka miesięcy istnienia zdążyli razem zagrać zaledwie jeden pełnowymiarowy koncert, a później jeszcze kilka razy spotkali się na scenie wykonując pojedyncze kawałki. Jesień 2009 roku przyniosła także ich kolejne zejście – gdy Chris Cornell dołączył do Pearl Jam na scenie, by wspólnie z kolegami wykonać Hunger Strike. Obserwując to co się dzieje na całkowicie martwej jeszcze rok temu scenie Seattle, dochodzę do wniosku, że w tym zakątku Stanów grunge będzie się grało jeszcze długo – zwłaszcza, że ostatnie wydawnictwa legend gatunku prezentują poziom więcej niż dobry. Może grunge wcale nie umarł w połowie lat ‘90., tylko pozostał w uśpieniu? A może w ogóle nigdy nie usnął, tylko czuwał, czekając na odpowiedni moment by znów eksplodować? I teraz, gdy odkrywa go nowe pokolenie słuchaczy, może wreszcie cieszyć się statusem brzmienia klasycznego, którego kiedyś mógł zazdrościć innym gatunkom. Pamiętacie flanelowe koszule w czarno-czerwoną kratę, jakie paręnaście lat temu można było dostać za dychę w sklepach z tanią odzieżą? Były nieodłącznym atrybutem garderoby rodzimych grunge’owców, a spod ich niedopiętych guzików wyglądały koszulki Nirvany. Trudno zapomnieć, obrazek był dość powszechny. Dziś te same flanele w grubą kratę ozdabiają półki londyńskich sklepów, a klienci płacą za nie po 20 funtów. Może rzeczywiście 20-letni cykl zatoczył koło? PIAN A M AGAZIN E MU Z Y K A Temple of the Dog, Temple of the Dog, A&M Records, 1991 13 PIAN A M AGAZIN E MU Z Y KA Blogotheque, czyli muzyka na wynos. tekst: Zdzisław Furgał 14 Kto ogląda dziś MTV? Na pewno nie ci, którzy chcą posłuchać muzyki. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie przedzierał się przez naszpikowaną reality TV ramówkę. I choć Internet ułatwił wszystko, teledysk ulubionego wykonawcy można znaleźć w kilka sekund na youtube, a jego nowego singla posłuchać na myspace, dla niektórych to wciąż mało. Chcą czegoś prawdziwego, interesującego, a przede wszystkim innego. Kto więc nie zna francuskiego la Blogothèque (www.blogotheque.net) i ich koncertów „na wynos”, powinien jak najszybciej nadrobić zaległości. Idea jest prosta – bierzemy zespół i każemy im grać w zupełnie nietypowym miejscu. Ulica jest zawsze dobra, ale ściśnięci w jadącym samochodzie muzycy też robią wrażenie. Albo mały sklepik z dziwnym asortymentem, zakład lalkarski, sam środek tłumu, winda, statek wycieczkowy, malutkie mieszkanie. Zabieramy im gitary elektryczne i cyfrowe zabawki – liczy się prostota i pomysł na nowe aranżacje. Nie wszyscy dają radę, niektórzy nie są gotowi na zaprezentowanie się tak po prostu, bez studyjnych sztuczek i szlifów. Czasem wychodzą braki w warsztacie i – co tu dużo mówić – niedoskonałości materiału. Ale pomysłodawca bloga Christophe Abric i reżyser Vincent Moon, którzy stoją za całym przedsięwzięciem nie przejmują się tym zbytnio, bo według nich taka forma, nawet nie do końca udana jest lepsza od najbardziej dopracowanego teledysku. „Zazwyczaj nie robię dubli, chyba, że coś się zepsuje lub wyjdzie naprawdę gównianie, ale to rzadkość – mówi Moon - Poza tym, jakie by nie było, to kiedy mam tylko jedną szansę żeby coś uchwycić, to cała sprawa staje się dużo bardziej ekscytująca”. Koncerty na wynos według receptury Blogothèque to nie amatorszczyzna. Cyfrowe kamery, krystaliczny obraz, odpowiednie ustawienie mikrofonów i późniejsza obróbka, z obowiązkowym odszumianiem – choć wszystko momentami wygląda jak spontaniczna akcja nagrana telefonem komórkowym, to absolutnie takową nie jest. Specyficzny sposób filmowania z ręki przywodzi też na myśl Dogmę 95, ale to także nie to. Tu liczy się muzyka i nie ma miejsca na wykalkulowane niedoskonałości. Vincent Moon, mimo, że otacza się sporą grupą dźwiękowców, zazwyczaj wszystko kręci sam. Wypracował własny, dobrze rozpoznawalny styl, w którym dominuje duża ilość brudnego ziarna, kontrast i specyficzne prowadzenie ujęcia ze skupianiem się na detalu. Kiedy oglądamy zespół The Antlers, grający w paryskiej kawiarni, to choć występ już się zaczął w drugiej sali, zainteresowana kamera wciąż błądzi po wnętrzu tej pierwszej, oglądając obrazki na ścianach i podglądając ludzi. Podobnie jest, kiedy muzycy Phoenix grają pod mostem – wystarczy jeden interesujący przechodzeń, aby wokalista Thomas Mars stał się zupełnie nieważny, a operator zaczął podążać za kolejnymi postronnymi obserwatorami. Bo Moon nie próbuje kokietować tłumu, szczerze mówiąc ma kompletnie gdzieś to, co ludzie myślą o nim i wykonawcach grających na środku ulicy. Ale sami ludzie, jako obiekty, interesują go bardzo. Zawieszając oko kamery na nowożeńcach wsłuchanych w koncert pod wieżą Eiffla, zdezorientowanych pasażerach autobusu, którzy, jakby nie było zostali z muzyką uwięzieni, czy małych dzieciach, chowających się za matczyne spódnice, jest jak sir David Attenborough, który obserwuje zachowania godowe wielorybów. To ciekawe o tyle, że muzyk i widz funkcjonują u niego na tych samych zasadach. Nie ma miejsca na sceny czy piedestały. Wszystko jest częścią tego samego – miejskiego szumu. Oprócz odpowiedniego doboru artystów (o to możemy być spokojni, bo zapraszani są tylko muzycy, których autorzy bloga sami lubią, a gust mają dobry) i wyboru odpowiedniej lokalizacji, liczy się też pomysł. Improwizacja improwizacją, ale czasami trzeba szczęściu trochę pomóc, żeby wszystko wypadło perfekcyjnie. Spacerujący ulicą Zach Condon z zespołu Beirut, do którego inni muzycy dołączają dopiero po chwili, Architecture In Helsinki i ich magiczny występ na podwórku z zaproszonym chórem fanów z myspace i prądem podciągniętym z kuchni sąsiadów, Arcade Fire ściśnięci w windzie (Richard Parry robiący z kolorowego magazynu instrument perkusyjny to mistrz), nawet złapany gdzieś w nowojorskim hotelu, pozornie niepasujący do zestawu Tom Jones wypada nie tylko intrygująco, ale bardzo interesująco. Chwytliwy pomysł na koncerty na wynos zaczął się szybko rozprzestrzeniać, i choć Blogothèque dalej robi to najlepiej ze wszystkich, to nie ma co narzekać – im więcej tym lepiej. Warto więc wspomnieć chociażby o najbardziej zbliżonym do francuskiego produktu Black Cab Sessions (blackcabsessions.com), gdzie wykonawca lub zespół gra w jadącej londyńskiej taksówce, albo o Pitchfork.tv, czyli pobocznej działalności znanego serwisu, który oprócz krótkich form proponuje koncerty, wywiady i dokumenty, a wszystko w klimacie dobrze znanej i praktykowanej przez Vincenta Moona partyzantki. Śmierć muzyki na razie więc nie nastąpi, a młodzi artyści wcale nie są beztalenciami, którzy funkcjonują tylko dzięki wynalazkom takim jak autotune. Posłuchajcie jak czysto śpiewa Lykke Li (czy na ulicy, czy w taksówce) i jak piękny wielogłos bez żadnych odsłuchów osiąga Fleet Foxes. Zobaczcie Grizzly Bear w kabinie prysznicowej czy Animal Collective, grających na wszystkim co się nawinie, od barierek po wózek z supermarketu. Pachnie amatorką? Może. Ale autentyzm to chyba lepsze słowo. PIAN A M AGAZIN E MU Z Y K A 15 PIAN A A MA M AGAZIN A I E MU Z Y KA The Jesus And Mary Chain Revival tekst: Kaja Kusztra Właściwie nie przeszkadza mi, że shoe-gazers są pozerami – przeszkadza mi to, że rodzice chłopców z zespołu Slowdive kupili im samochody i gitary. I nie przeszkadza mi ich przynależność do middle class, ale to, że grają naprawdę nudną muzykę. NME, 4 stycznia 1992 r. 16 Obszarpane budrysówki z nastroszonymi kołnierzami, obrażone miny i dwudziestominutowe koncerty - cała programowa powściągliwość postpunkowej sceny przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jest tajemnicza i niełatwa do wyśmiania. Renesans tego stylu przyjechał tego lata prosto z Kopenhagi i podbił serca wszystkich swoją skandynawskim funkcjonalizmem - moda na spodnie po pachy, rozsznurowane wojskowe buty i zmierzwione grzywki jest wymowna, łatwa do skopiowania i dla większości czytelników “-d i Self service - czytelnie zapisana na dnie pamięci o wcześniejszym bądź późniejszym dzieciństwie. Koszule w kratę i shoegaze’owy introwertyzm jest wspólną miłością bezbronnych wielbicieli Morrisseya i deskorolkarzy - a nic nie zaklina w sobie lepiej tych dwóch skłóconych obozów niż niespokojni, chorobliwie podnieceni The Jesus and Mary Chain. Zespół założony przez braci Jima i Williama Reida w czasach ich największej komitywy, sfinansowany przez zasiłek społeczny, pojawił się na szkockiej scenie alternatywnej w 1984 roku. Ponurzy bracia stosowali do wszystkiego system redukcji, z której nie zamierzali się tłumaczyć - gitary miały po dwie struny, muzyczne nawiązania ograniczały się do Velvet Underground, wokal był spłaszczony do załamującego się, ochrypłego szeptu. Patyna dziwnego szumu, która pokrywa prawie wszystkie studyjne nagrania, nadała tej prostocie psychodelicznego wdzięku, tak jakby zespół grał w garażu pod wodą. Śpiewanie poza tonacją i tępe, natarczywie hipnotyzujące zakłócenia dźwięku dopiero zdobywały wtedy popularność, więc zmącone zapożyczenia od The Ramones i rozwarstwienie między wokalem a melodią były nowe i nieznośne dla mainstreamu. Podchwytliwie dziarskie, apokaliptyczne piosenki nie miały nic wspólnego z lunatyczną, jękliwą i nieprzyzwoicie chwiejną manierą do jakiej przyzwyczaiły publiczność indie rockowe zespoły wystylizowane na mięczaków (których kamizele w serek i okulary same się prosiły żeby wytrącić właścicielom tacę z obiadem z rąk i rzucić ich na szafki gdzieś w męskim gimnazjum). W poetyce Jesus and Mary Chain drzemała przemoc, natręctwa i samozaprzeczenia (”zejdź mi z oczu, tylko nie zapomnij wrócić”). Jawne upodobanie do amfetaminy przeobrażało trasy koncertowe w ciąg histerycznych przepychanek, podczas których publiczność rzucała w rozgorączkowany psychoaktywnym tantrum zespół butelkami. Bracia Reid grali tyłem do publiczności w sposób, który był wypadkową chamstwa i charyzmy, sytuacjonistycznej kalkulacji i magnetyzującej agresji. Nieostrożna gwałtowność tej dynamiki była obraźliwa i pociągająca, a zawziętość i rezerwa nie schodząca z twarzy członków tego zespołu widma tylko podsycała zainteresowanie krytyków. Kłopotliwy upór braci, którzy nie chcieli grać supportu przed Sonic Youth, odmawiali odwrócenia się przodem do publiczności i nie zamierzali złagodzić ani swojego ostentacyjnego przywiązania do narkotyków ani upodobania do bezpośredniego sąsiedztwa wyrazów “Jesus” i “fuck” w tekstach piosenek, nie ułatwiał im kariery, pomimo jak najlepszych chęci i ojcowskiej troski Johna Peela, nieomylnego mecenasa sceny niezależnej. W 1985 roku The Jesus and Mary Chain wydali płytę Psychocandy, a magazyn NME ogłosił ich z profetyczną nieobiektywnością najlepszym zespołem świata. Bracia Reid ustawieni na wprost zmierzającego w ich stronę huraganu sceny grunge’owej mogli być Najmniej Znanym Zespołem Świata, ale byli też Najlepszym Zespołem Świata, a impertynenckie konfabulacje zawarte w nielicznych wywiadach nie pozostawiały złudzeń co do faktu, że mieli tego świadomość. Styl zaczął się krystalizować. Białe tiszerty, wiecznie załzawione oczy, rozsznurowane martensy i osowiałe gesty utrwaliły się jako ilustracja shoegaze’owej sceny. Awanturniczy nimb otaczający zespół okazał się na tyle atrakcyjny medialnie, że bracia zaczęli reżyserować swoją reputację, na zamówienie demolując studia telewizyjne i publicznie przepraszając za to, że podkradają swojemu menadżerowi pieniądze z portfela. Na scenie The Jesus and Mary Chain wyglądali, jakby grali w śnieżnej zamieci, a to, czego nie udało im się zrobić w skupieniu, robili na siłę. Podczas se sj i z dj ęc i ow y c h si e d zi e l i n a d a cha ch f a b r y k w zapiętych pod samą szyję koszulach i uciekali wzrokiem przed obiektywem. Nie sposób było się w nich nie zakochać, nawet biorąc pod uwagę, że w drugiej połowie lat osiemdziesiątych zespół borykał się z kilkoma sprawami w sądzie, między innymi z powództwa uczestników koncertu w Toronto, których Jim Reid dźgnął ze sceny statywem od mikrofonu. Do roku 1990 TJAMC zdążyli wydać jeszcze dwie płyty - “Darklands” (1987) i “Automatic” (1989) - i prawie wszyscy alternatywni wykonawcy lat dziewięćdziesiątych uczyli się z tych albumów jak z podręcznika. Lata dziewięćdziesiąte przyniosły zespołowi dziewięć lat sukcesów, niepokojów i zamieszania, podczas którego wydali trzy płyty nagrane w prywatnym studio nagraniowym w południowym Londynie, które zespół uczciwie nazwał ‘The Drugstore” - “Honey’s Dead” (1992), “Stoned & Dethroned” (1994) i “Munki” (1998). Zespół zakończył działalność we właściwym dla siebie stylu - podczas ich ostatniego koncertu brak kontaktu między skłóconymi na śmierć i życie braćmi sparaliżował występ, do tego stopnia, że publiczność otrzymała zwrot pieniędzy za bilety, co William skomentował cierpko - Po każdej trasie mieliśmy ochotę się pozabijać, a po ostatniej nawet próbowaliśmy. PIAN A M AGAZIN E MU Z Y K A Dziesięć lat na ochłonięcie i dziesięć lat na powrót martensów i rozczesanych irokezów na ulice wschodniego Londynu i na listę inspiracji małych, zbuntowanych zespołów z Williamsburga. Czas i zatoczył koło i zweryfikował to, co było napastliwe, jako liryczne. 17 PIAN A M AGAZIN E FI LM tekst: Aleksandra Graczyk fotografia: www.moviemento.de MASZ TO NA VIDEO? ODC. NIEMIECKI, MAINSTREAMOWY, PT. „RÜDIGER VVOGLER, WIADOMO” 18 „Alicja w miastach” to jeden z tych przypadków, kiedy dwie rzeczy średnio powalające i bardzo nierówne dają w połączeniu jedną rzecz solidną i całkiem znakomitą. Po pierwsze Wim Wenders. Reżyser, którego niewątpliwy talent objawia się sinusoidą, co jakiś czas ustępując miejsca owocom niezrozumiałej skłonności do niszczenia filmów nieudolnymi próbami dodania finezji, artyzmu, magicznej atmosfery. Obok garści pierwszej wody klasyków stworzył więc Wenders dzieła zarówno trywialne (“Lisbon Story”), pretensjonalne (“Niebo nad Berlinem”) jak i trywialne oraz pretensjonalne jednocześnie (sorry dziewczyny, ale czas to powiedzieć: szczeźnij na śmietniku, “The Million Dollar Hotel”). Filmy, które bolą tym bardziej, że twórca należy do zasłużonej linii reżyserów-intelektualistów, świadomych medium erudytów o umysłach cudownie analitycznych – miejsce na luźne analogie z Zanussim – którzy powinni przecież z łatwością omijać pułapki banalnych poetyzmów i “magicznego klimatu”. Skąd u Wendersa tendencja do napawania się nowoodkrytą naiwnością, pozostanie dla mnie zagadką i cieniem padającym na lepszą połowę jego dorobku. się zaopiekować do momentu odnalezienia matki. Obowiązek ten spada na barki Phila Wintera (Rüdiger Vogler – wiadomo), dziennikarza błąkającego się po Stanach i bezskutecznie walczącego z pisarską blokadą. Zblazowanie i życiowa inercja Wintera uzyskują swoją analogiczną miniaturę w postaci równie znudzonej, i dziecięco bezradnej Alicji. Powstały duet jest z początku raczej niezręczny i zdecydowanie daleki od familijnego formatu (mężczyzna i dziecko, historia niezwykłej przyjaźni, wspólne celebrowanie życia, odzyskana nadzieja). Z biegiem czasu, podczas transkontynentalnej tułaczki po tytułowych miastach, między dwójką bohaterów tworzy się co prawda pewna więź, ale jest to więź dziwaczna. Niewyartykułowana, konspiracyjna nić porozumienia między „starą malutką” dziewięciolatką, a niedojrzałym trzydziestoparolatkiem w niespodziewanej symulacji samotnego rodzicielstwa. Film snuje się, oszczędnie dawkuje momenty odbiorczej satysfakcji, nie dopowiada. Ukrywa fakt, że w gruncie rzeczy jego kompozycja jest precyzyjna i przemyślana, że „Alicja w miastach” daje się odczytywać zarówno w kluczu politycznym – „szukanie domu” po rozpadzie Niemiec – jak i autotematycznym – ważny wątek fotograficzny, który docenią zwłaszcza niestrudzeni polaroidowcy (dodrukowali wam wreszcie te papiery?). Wenders jako autor znany z zamiłowania do różnego rodzaju motywów, motywików upycha ich tu zresztą więcej, np. w postaci całkiem prawdziwego Chucka Berry, na którego koncert postanawia się wybrać główny bohater. Co w świecie po Wesie Andersonie może już trochę człowieka nudzić, ale szkodzić przecież nie szkodzi. Zresztą jedna „Alicja w miastach” równoważy choćby i dziesięć produkcji ze scenariuszem Bono, więc mimo licznych strzałów w stopę bilans wychodzi Wendersowi, jak dotąd, na plus. PIAN A M AGAZIN E FILM Po drugie, filmy o dzieciach. Obok filmów o małych zwierzątkach (chociaż to gatunek raczej niszowy) dziecięcy bohaterowie są najłatwiejszym sposobem pozwalającym z miejsca pozyskać i roztkliwić widza. Wyrobiony widz, o oku cynicznym ale sercu miękkim, będzie więc traktował ten chwyt jako wyrachowany, szantażujący go emocjonalnie, i „w ogóle nie fair”. I będzie miał sporo racji, bo kto z nas nie poczuł się nigdy zbałamucony przez Macaulayów Culkinów tego świata. Na szczęście Alicja Wendersa to dziwne, deprymujące, małomówne dziecko, które ma akurat tyle godności, żeby nie dać po sobie poznać, że w gruncie rzeczy raczej jej nie zależy. Nie ma tu rozczulenia, nie ma (Alicja w miastach / Alice in den Städten, reż. Wim szantażu, jest za to niepokojąca dziewczynka, która Wenders, RFN 1974) została sama na nowojorskim lotnisku i którą trzeba 19 PIAN A M AGAZIN E FI LM 20 NYC CZYLI WSZYSTKO CO KOCHAM tekst: Magda Wichrowska, a nawet Woody Allen ilustracja: Ada Buchholc Na jednym z forów filmowych przeczytałam kiedyś zdanie: „chciałabym żyć w filmach Woody’ego Allena”. Cholera, chciałabym! Jest tylko jeden warunek, Woody... NYC. Rozdział pierwszy. „Uwielbiał Nowy Jork. Idealizował go poza wszelkie proporcje”. Nie, lepiej będzie: romantyzował go poza wszelkie proporcje. Dla niego, niezależnie od pory roku, to ciągle było miasto istniejące w czerni i bieli, tętniące w rytm wspaniałych dźwięków George’a Gershwina». Nie... zacznę od początku”. (Woody Allen) Wstęp do „Manhattanu” to symfonia miasta w pigułce. Tu nie ma zbędnego kadru, to jak kolekcja ruchomych, czarno-białych nowojorskich pocztówek, o których marzą małe dziewczynki. Tu nie ma ani jednego fałszywego tonu, w końcu mamy Gershwina. Po zachwycającej „Annie Hall”, „Manhattan” pełni w pewnym sensie funkcję prequela. To właśnie tutaj Allen pokazuje nam przestrzeń i ludzi, którzy ukształtowali dobrze nam już znanego neurotycznego intelektualistę z „Annie Hall”. Widzimy miasto oczami Allena. Jego entuzjaści, wysiadając pierwszy raz z taksówki na Manhattanie, przeżywają szok, że nie jest czarno-biały. I mylą się wszyscy krytycy, którzy w filmie widzą dwóch głównych bohaterów – Isaaka Davisa i Nowy Jork, oni są jednością (jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi)! Manhattan Allena to miejsce nieustannych potyczek słownych, mózgowych, mózgowe są tu nawet kobiety (ha!), to miejsce randek, nostalgii za minionym, dwuznacznych spojrzeń, pogubionych mieszkańców, zagubionych bywalców, taksówek, dorożek, łóżkowych dysput przy telewizorze (uwielbiam!), orgazmów i galerii (broń boże handlowych)! W tym szaleństwie jest metoda. Mimo kakofonii obrazu, przekaz nie mógłby być bardziej klarowny. Rozdział pierwszy. „Zbyt romantycznie traktował Manhattan, tak jak i zresztą wszystko inne. Uwielbiał pośpiech, krzątaninę tłumów i ruch samochodów. Dla niego Nowy Jork to piękne kobiety i oblatani faceci, którzy znają wszystkie kruczki”. Sentymentalne, zbyt sentymentalne, jak na człowieka moich upodobań. Spróbujmy... zrobić to bardziej głębszym. (Woody Allen) Czasami zastanawiam się, dlaczego Carrie Bradshaw, bohaterka „Seksu w wielkim mieście”, nie spotyka na ulicy Woody’ego Allena. Przecież aż się o to prosi. Z sondaży wynika, że najbardziej rozpoznawalni przez nas nowojorczycy to żyjąca serialowym życiem Carrie i ze wszech miar realny, choć bardzo filmowy Woody. Wątpię co prawda, by mówiąc o „pięknych kobietach i oblatanych facetach”, Allen przewidział narodziny seksownej felietonistki i całkiem operatywnego Mr. Biga, ale z pewnością miał na myśli pędzące taksówki i przywołujące je piękności. Ruch w „Seksie w wielkim mieście” jest inny od allenowskiego zgiełku, ale mieszczący się w tych samych regułach gry. Perły literatury zastąpiły co prawda znane marki... obuwnicze, ale na boga, nie w tym rzecz. Romansują równie lekko, śmieją się z wdziękiem z seksu (a Polacy nie, ciekawe dlaczego?), główna bohaterka ma wolny zawód, w południe, popijając kawę w kafejce, szuka natchnienia, chadza na wernisaże i kocha Manhattan. Jest jeszcze coś... funkcja edukacyjna. Dzięki filmom Allena Amerykanie zaczęli sięgać po Bergmana, a dzięki Carrie po buty Manolo B. Zabijcie mnie za to porównanie, ale kocham oboje! Rozdział pierwszy. „Uwielbiał Nowy Jork. Dla niego była to metafora rozkładu nowożytnej kultury. Ten sam brak wartości, który powoduje, że wiele ludzi wybiera łatwe wyjście, szybko przemieniał miasto jego marzeń”... Nie, to będzie za bardzo moralizujące, w końcu chcę sprzedać te książki”. (Woody Allen) Brak wartości i łatwe wyjścia pokazuje bardzo, wbrew pozorom, nowojorski film Taylora Hackforda – „Adwokat diabła”. Lokalizacja imperium szatana nieprzypadkowo padła na Wielkie Jabłko, które, delikatnie mówiąc, odrobinę różni się od reszty Stanów i straszy rasowych, porządnych amerykańskich obywateli. Nawet matka głównego bohatera przestrzega go przed nowojorską zgnilizną moralną. I tak też się dzieje, w nieustającym szumie i zgiełku główny bohater zatraca gdzieś po drodze zwykłego czuja, a później i intuicję. Podobno nie ma nic piękniejszego od sukcesu w Nowym Jorku, to jak wyniesienie na ołtarze. Dlatego też jedynie retorycznym pozostaje pytanie: sukces czy wartości? Ten film to bardzo trafiony pejzaż „rozkładu nowożytnej kultury” (Allen się nie myli!) i upadku człowieka, ale też kapitalna historia o piętnastu minutach sławy, które nigdzie nie smakują tak, jak w Nowym Jorku. A współczesny nowojorski szatan to worek z pokusami, od których roi się w tych wypasionych apartamentowcach. Ja bym zaryzykowała takie lokum. Rozdział pierwszy. „Uwielbiał Nowy Jork, choć dla niego był metaforą rozkładu nowożytnej kultury. Jak ciężko żyć w społeczeństwie znieczulonym przez narkotyki, głośną muzykę, telewizję, przestępstwa, śmieci”. Za dużo złości. Nie chcę być rozzłoszczony”. (Woody Allen) Popkulturowy, głośny nowojorski śmietnik, z plejadą fantastycznych imprezowiczów, znajdziemy w mało znanym tytule końca lat 90. – „200 papierosów”. Miasto oglądamy pod osłoną nocy, później odsłania nam się na chwilę wraz z pierwszymi promieniami słońca. To fantastycznie opowiedziana, gęsta od wydarzeń i osobowości, a nawet osobliwości historia obcych sobie ludzi, których na jedną noc łączy nowojorska przestrzeń. Okazja do spotkania jest znakomita... Sylwester 1981. Tytułowe papierosy to zasłona dymna dla rozchwianych emocjonalnie nowojorczyków, którzy rozpaczliwie ukrywają własne pragnienia, uczucia i namiętności. Nastrój, który towarzyszy oglądaczom przez 101 minut, to przemożna chęć wyrwania się na domówkę z dipem serowym, przejażdżki żółtą taksówką, zapoznania uroczych punk-gentlemenów i mojej ulubienicy – słodkiej Cindy, która marzy o wielkiej miłości w hollywoodzkim stylu. Happy end jest, ale połowiczny, bo jesteśmy w NY, a nie w LA. Po drodze jest jeszcze psia kupa na różowej sukience, okulary Elvisa Costello i nieprzytomna gospodyni wieczoru. Seansu lepiej nie zaczynać bez paczki papierosów. Wspomnienia... bezcenne. PIAN A M AGAZIN E FILM „Rozdział pierwszy. „Był twardy i romantyczny, tak samo jak miasto, które kochał. Za okularami w czarnych oprawkach kryła się seksualna moc dzikiego kota”. To jest świetne. „Nowy Jork był jego miastem i zawsze będzie”. (Woody Allen) And last but not least... seksualna moc dzikiego kota w owadziej skórze, czyli „Mrówka Z”. Kto nie docenia tego błyskotliwego stawonoga, ten euglena. Amen. 21 PIAN A M AG AZIN E LI T ER ATUR A tekst: Katarzyna Wabik 22 Pierwsze ekranizacje komiksowe pojawiły się w Ameryce już w latach 60. XX wieku. Od tego czasu znacznie ewoluowały, w wyniku czego mamy dziś do czynienia z ogromnym bogactwem gatunkowym. Ciężko wprowadzić tu jeden, klarowny podział. W podstawowej systematyzacji pod względem gatunkowo-fabularnym można wyróżnić: filmy o superbohaterach („Batman”, „Superman”), filmy z gatunku fantasy („Conan”, „Stardust”), filmy obyczajowe („Ghost World”), thrillery („Old Boy”), oraz filmy animowane („Asterix”). Na ten podział nakładają się jednak różne podkategorie: filmy biograficzne, autobiograficzne, dokumentalne – zarówno w wersji aktorskiej, jak i animowanej. Różny jest także stopień zaangażowania twórcy samego komiksu w proces jego ekranizacji, co ma wpływ na ostateczny efekt – przykładowo film animowany może być rysowany przez samego autora komiksu, lub też przez innych, zatrudnionych do tego celu rysowników. Wówczas komiks wygląda pod względem formalnym inaczej niż animacja na nim oparta, przy jednoczesnym zachowaniu tych samych wątków fabularnych. Zdarza się, że scenariusz filmu jest spójny z fabułą komiksu, niekiedy jednak jest jego interpretacją dokonaną przez reżysera i scenarzystę. Proces przenoszenia „historyjek obrazkowych” na wielki ekran korzysta z całego wachlarza środków wyrazu, które często wynikają z uwarunkowań kulturowych i gospodarczych w jakich powstaje dany film. Pomimo, iż dorobek całego nurtu jest bardzo różnorodny, można bez trudu wskazać gatunkowe cechy wspólne, a więc pewne powtarzalne schematy, do których przyzwyczaili nas twórcy adaptacji komiksów. Reprezentatywne i dominujące są ekra- nizacje komiksów superbohaterskich – aktorskie produkcje o dużych budżetach, z widowiskowymi efektami specjalnymi i scenariuszem najczęściej luźno opartym na komiksowej fabule. Są to w zasadzie bardziej adaptacje filmowe samych postaci superbohaterów, niż konkretnych fabuł. Dla równowagi warto więc zarysować nowe zjawiska, które odbiegają od tego typowego obrazu. Pewną odrębną tendencją w komiksach, co ma przełożenie na ich ekranizacje, stanowi wykorzystywanie tego nośnika do opowiadania trudnych, niekiedy bardzo poważnych historii. Są to najczęściej dzieła o charakterze dokumentalnym i autobiograficznym. Prekursorem tego zjawiska jest Art Spiegelman i jego „Maus”. To komiksowa opowieść o Holocauście, w której postaci przedstawione są w formie zwierząt symbolizujących ich narodowości – Żydzi jako myszy, Niemcy jako koty, Polacy zaś jako świnie. To właśnie Spiegelman – już jako uznany twórca, wiele lat po ukazaniu się „Mausa” nakłonił Irankę, Marjane Satrapi do narysowania własnej autobiografii. Tak powstało „Persepolis” – jeden z głośnych autobiograficznych komiksów, na którego podstawie stworzono film animowany o takim samym tytule. Na ważne dla Iranu i całego świata islamskiego wydarzenia takie, jak: obalenie reżimu Szacha, wojna z Irakiem oraz triumf rewolucji islamskiej, patrzymy z perspektywy dorastającej dziewczynki. Ten narysowany pamiętnik ma więc również charakter dokumentalny. Przedstawia obraz codziennego życia w Iranie, w ciężkich czasach, pokazując ten kraj przez pryzmat zwykłych ludzi. Mimo, że jest przedstawiony w sposób bardzo osobisty i zawiera szczegóły z rodzinnego życia autorki, stanowi także dość wnikliwą analizę polityczną. Między innymi dlatego, że to właśnie sfera publiczna w ówczesnej rzeczywistości warunkowała w bardzo dużym stopniu sferę prywatną wszystkich mieszkańców Iranu. W 2007 roku proste czarno-białe ilustracje z „Persepolis” bardzo płynnie zamieniły się w film. Satrapi była jego scenarzystką i reżyserką jednocześnie (wprawdzie niezupełnie samodzielną, jednak jej udział w procesie powstawania filmu był ogromny). Sama narysowała ponad 600 statycznych postaci widzianych z przodu lub z profilu, więc zarówno one, jak i przedstawione miejsca wyglądają tak samo, jak w wersji papierowej opowieści. Marjane osobiście odegrała przed kamerą sceny z filmu – w ten sposób animatorzy mogli zrealizować go dokładnie wedle jej wskazówek. Przeniesienie tej historii na wielki ekran wychodzi jej na dobre; warstwa plastyczna filmu z uwagi na szczególny rodzaj medium jest nawet bogatsza i jeszcze bardziej rozbudowana niż w komiksie. O samej animacji można powiedzieć, że wykorzystuje klasyczne techniki, gdyż zrealizowana jest w formacie 2D i zupełnie nie wykorzystuje modnych dziś technik 3D. Warto zauważyć, iż zarówno „Maus” jak i „Persepolis” to złamanie zasady decorum. Komiks i animacja to środki wyrazu dotychczas kojarzone przede wszystkim z humorystycznymi kreskówkami, czy historiami o superbohaterach, przeznaczonymi dla nastoletnich chłopów. Obecnie zmienia się całkowicie grupa docelowa tych wytworów kultury. Dorośli odbiorcy bardzo powoli i nieufnie przyzwyczajają się do rozwiązań formalnych proponowanych przez komiks i animację. Dobrym przykładem jest noszący silne znamiona estetyki komiksowej film animowany „Walc z Baszirem” izraelskiego reżysera Ariego Folmana, opowiadający o wojnie Izreala z Libanem z 1982 roku. W tym przypadku nastąpiło odwrócenie kolejności, bowiem to film zainspirował komiks, który ukazał się po jego premierze. „Walc z Baszirem” jest z resztą niezwykle podobny do „Persepolis” ze względu na autobiograficzny i dokumentalny charakter. Kolejnym świeżym zjawiskiem i zauważalną tendencją wytyczającą nową jakość ekranizacji komiksowych są filmy bardzo wierne swym papierowym pierwowzorom. Nie tylko w warstwie fabularnej ale również wizualnej – kostiumy i scenerie filmowe w sposób dosłowny odwołują się do tych, które znamy z kart komiksu. Przełomowa jest także metoda realizacji takiego filmu, który kręci się klatka po klatce – jedna klatka komiksowa odpowiada jednemu ujęciu filmowemu. Mam tu na myśli między innymi zeszłoroczną produkcję pod tytułem „Watchman” („Strażnicy”) według komiksu Alana Moore’a o tym samym tytule, a także poprzedzające go: „Sin City” („Miasto Grzechu”) i „300” Franka Millera. To zupełnie nowe zjawisko, ponieważ większość wcześniej zrealizowanych ekranizacji komiksowych to jedynie pewnego rodzaju wariacje na tematy zaczerpnięte z papierowych pierwowzorów. O ile fabuła bywa zbieżna, o tyle warstwa wizualna zazwyczaj jest już interpretacją reżysera, którego pomysły realizuje sztab scenografów i kostiumografów. Im większym wizjonerem jest reżyser, tym więcej jego własnej kreacji w filmie. Tak jest w przypadku ekranizacji realizowanych przez Guillermo del Toro – twórcę obdarzonego wielką wyobraźnią, który zrealizował oparte na komiksach filmy: „Blade: Wieczny łowca II” oraz obie części „Hellboy’a”. W związku z tendencją niezwykle wiernego ekranizowania komiksów pojawiają się ważne pytania: Czy taka adaptacja filmowa jest w ogóle zasadna? Czy jest sens powoływać byt samodzielny, jeśli jest on jedynie odtworzeniem w nowym medium istniejącego już dzieła i nie wnosi niczego nowego? Są to wątpliwości, których nie sposób jednoznacznie rozwiać. Z drugiej zaś strony istnieją rzesze komiksowych „purystów”, którzy z radością i ulgą przyjmują fakt, że reżyser nie modyfikuje ich ulubionego dzieła. Komiks jako jeden z najważniejszych elementów współczesnej kultury popularnej inspiruje i będzie nadal inspirował filmowców. Miejmy nadzieję, że przyszłe ekranizacje będą odkrywać przed nami coraz to nowsze i coraz bardziej zaskakujące obszary potencjału, jaki drzemie w komiksie jako gatunku. PIAN A M AG AZIN E LITE R A T U R A 23 PIAN A M AG AZIN E T EA T R U Katora w kantorze wymiana styLOw i gatunKOw. Sztuka w teatrze, teatr w sztuce. tekst: Magda Jasińska fotografie: www.body-pixel.com 24 Człopiec w ławce ‘Umarła klasa‘ 1975 Pierwszą machino-instalacją Tadeusza Kantora był pociąg z pudełek i sznurka. Całość osadzona na jednej platformie tworzyła swego rodzaju ruchomą scenę (na podobnej zasadzie cztery lata później działała scena Schlemmera w Bauhausie). Pierwszymi marionetko-lalkami były tekturowe postaci w papierowych wagonach. Natomiast pierwszą poważną inspiracją malarską – kurtyna Siemiradzkiego w teatrze Słowackiego. Była dla niego jak żywy obraz. Marzył o tym, by się poruszyła i nie pamiętał, które widziane przez niego spektakle przed nim odsłaniała. Wesele i Wyzwolenie umiał na pamięć, a didaskalia Wyspiańskiego uważał za bardziej wartościowe, niż tekst główny. Już jako gimnazjalista stanowił konkurencję dla Leona Schillera. Wystawił Dziady, które były artystyczną opozycją do tych zainscenizowanych przez znanego artystę lwowskiego. Nie znosił terminu eksperyment. Nigdy nie używał go w odniesieniu do swoich, jak i cudzych działań. Był uczniem pracowni Frycza, a potem profesorem krakowskiej ASP. Bardzo lubiany przez studentów, wpajał im, że nie ma czegoś takiego, jak dyplomowany artysta. Chciał napisać swoją własną historię sztuki. Nie interesowało go to, po jakie inspiracje i wpływy sięga artysta, ale to, dlaczego to robi. On sam nigdy nie pozostał wierny jednemu stylowi. Konstruktywizm, dadaizm, informel, surrealizm (najczęściej przez niego wykorzystywane) – były widocznie zarówno w sztuce Kantora, jak i teatrze. Ten kantorowski, wielogatunkowy charakter jedni cenili (zwłaszcza ci za granicą), a inni krytykowali – zarzucając przy tym brak konsekwencji. Kantor nie malował. On reżyserował swoje obrazy. Malował natomiast sceny w swoim teatrze. Te dwie artystyczne sfery bezustannie się przenikały, napędzały nawzajem. Trudno powiedzieć, która którą bardziej. Teatr Kantora – Kantor to teatr. Reżyserował, tworzył scenografię, kostiumy, muzykę konkretną i totalną, pojawiał się na scenie jako aktor. Napisał kiedyś na drzwiach pokoju, w którym odbywał się spektakl: do teatru nie wchodzi się bezkarnie. Kantor współtworzył teatr podziemny w prywat- nych, krakowskich mieszkaniach. Zawsze istniało ryzyko niemieckiej interwencji. Bycie uczestnikiem zakazanego przedstawienia oznaczało jedno – karę śmierci. Mimo to premiera Balladyny odbyła się w trakcie łapanki. Mieszkanie zaaranżowane na przestrzeń teatralną zostało jednak przez okupantów ominięte. Kantor otwarcie mówił, że nigdy nie poszedłby walczyć za swoją ojczyznę. Skupiony był na problemach artystycznych, a nie narodowościowych.,jego teatr zaś nie był przejawem politycznego zaangażowani, a reprezentantem jednej z najbardziej radykalnych form estetycznych, scenicznej awangardy tamtych czasów. Okres wojenny z perspektywy artysty był czasem braku wszelkich instytucjonalnych ograniczeń, czasem wolności w niewoli. Młodzieńczy bunt, negacja tego, co przedwojenne w sztuce, do tego lekceważenie śmierci i świadomie niewielka ilość życiowej wyobraźni (co do konsekwencji podejmowanych działań), pozwalały tworzyć rzeczy bezkompromisowe. Takie, o których wcześniej nie było mowy. Tak powstał Cricot 2, czyli kontynuacja teatru podziemnego. Jeden z najważniejszych etapów teatralnych w życiu Kantora. Założył go wraz z Marią Jaremą (malarką, rzeźbiarką i scenografką). Współtworzyli go krakowscy plastycy, krytycy, artyści i teoretycy sztuki. Stąd tez niesamowicie duży wpływ sztuki na kształtowanie się spektakli Kantora. Lecz tutaj ważna była przede wszystkim widownia. Do Cricotu przyjeżdżali ludzie z całej Polski. Kawiarniany anturaż, wykorzystany w pierwszej premierze tego teatru – „Mątwie” napisanej przez Witkacego – który współtworzyła wraz z widzami Galeria Krzysztofory, zacierał granicę pomiędzy tym, co sceniczne, a tym, co rzeczywiste. Ludzie siedzieli przy stolikach i zachowywali się w sposób, który narzucał im charakter miejsca. To był teatr w kawiarni, a może kawiarnia w teatrze? Spektakl poprzedzał jakiś jazzowy, głośny standard. W trakcie antraktu i po zakończeniu przedstawienia scena należała do widowni, gdzie do późnych godzin nocnych/wczesnych rannych trwał dancing, a także dyskusje na temat spektaklu, sztuki i życia artystycznego ówczesnego Krakowa. Same przedstawienia przerywane były często deklamacją zbuntowanych poetów. Połączenie teatru i kawiarni nie było przypadkowe. Kantor twierdził, że wszelką rewolucję artystyczną wywołują kawiarnie. Bardzo ważne dla reżysera i jego zespołu było wystawienie W małym dworku również Witkacego, któremu, zdaniem reżysera, powinno się wybudować osobny, poświęcony całkowicie tylko jego twórczości teatr. Spektakl ten to znakomity przykład teatru informel. Akcja rozgrywa się w szafie. Takiej dużej, starej i drewnianej. W środku aktorzy-atrap zawieszeni na wieszakach niczym żywe ubrania. Między ich ciałami worki wypełnione styropianowymi kulkami, które wraz z otwarciem drzwi częściowo wysypują się na scenę. Ludzie w szafie pozbawieni swojej własnej woli, gadają swoje własne bzdury. Była to kolejna próba uplastycznienia teatru, połączenia języka malarskiego, ze scenicznym. Informelowe były też kostiumy. Wytarte, autentycznie podarte i zużyte. To właśnie za czasów działalności Cricot 2 ukształtowały się pewne charakterystyczne cechy teatru Kantora – aktorzy mówiący i poruszający się jak kukły i niektóre sceny swoją estetyką i formą zbliżające się do filmów niemych, Ambalaż, czyli opakowywanie ciał, przedmiotów i dzieł sztuki. Kantor tę jedną ze swych ulubionych metod zaczął stosować na początku lat 60tych. Było to w pewnym sensie dźwiękowe naśladownictwo popularnego wtedy kolażu. Kantor opakowwyał aktorów w plastykowe czarne worki albo koce. Pozbawiał ich w ten sposób ludzkich kształtów, tworzył bezkształtne figury, które umieszczał w spektaklach i happeningach. Był to rodzaj głębszego kolażu, dotykającego tego, co pod powierzchnią – pod opakowaniem. Podobnie było z fragmentami obrazów i instalacji. Tu więc pojawiały się przestrzenne koperty i plecaki przymocowane do jakiejś malarskiej kompozycji, których środek i zawartość pozostawały tajemnicą. Koperty były zwykle zaadresowane i opieczętowane (oryginalnie lub też nie). Te kantorowskie envelopages (tak PIAN A M AG AZIN E T EA T R 25 PIAN A M AG AZIN E T EA T R 26 Chłopiec na rowerze ‘Umarła klasa‘ 1975 je nazywał) posiadały nawet znaczki domalowywane przez artystę. W ambalażach umieszczał również charakterystyczne dla swojej twórczości parasole, traktowane w dwojaki sposób: metaforycznie (np. jako osłonę bohaterów przedstawienia przed ich biednym, wykolejonym losem), lub strukturalnie (parasol jako wyznacznik kurczącej i rozkurczającej się przestrzeni scenicznej). Pojawiały się one na scenie lub jako dodatek do instalacji lub obrazów. Mówiąc najogólniej, te doskonale znane każdemu przedmioty codziennego użytku Kantor traktował jako opakowanie wielu ludzkich spraw. Bawił się zarówno ich formą, jak i znaczeniem. Przestrzeń w teatrze opakowywał również. Pierwszym teatralnym ambalażem była scena w spektaklu Cyrk. Kantor lubił ograniczać fizyczno-ruchowe możliwości swoich aktorów. Przestrzeń sceniczną w Cyrku stanowił więc czarny materiał, za którym znajdowali się aktorzy. Z otworów w kotarze wyłaniały się tylko ich dłonie i twarze pomalowane na biało. Aktorzy – biesiadnicy podawali sobie z rąk do rąk półmisek, do momentu, w którym główny bohater przyglądający się wszystkiemu z boku stwierdził, że wszystko, co dobre, zostało już zjedzone. Kantor to jeden z pierwszych w Polsce twórców happeningów. Za jego sprawą z Poczty Głównej w Warszawie do Galerii Foksal siedmiu autentycznych listonoszy przetransportowało stołecznymi ulicami c z terna s tometrow ą kope rtę z l i st e m w środku. Publiczność oczekująca go w galerii ostatecznie dokonała na nim gwałtu. Przy pomocy happeningu zaprezentował swój pierwszy deambalaż. Była nim Lekcja anatomii wg Rembrandta. Kantor niczym doktor Tulp dokonywał penetracji ubrań na żywym, leżącym nieruchomo modelu. Badał jego kieszenie i mankiety, znajdując w nich wstydliwe przedmioty lub zapomniane odpadki. Komentował: I oto jesteśmy na antypodach ubioru! (…) Zastanówmy się, co właściwie oznaczają te szczególne schowki intymne i dwuznaczne zaułki (…) to są po prostu zwyczajne t o r b y! Śmieszne organy ludzkiego instynktu przechowywania i pamięci. Potem był Koncert morski. Jedna z pięciu składowych części Panoramicznego happeningu morskiego. Plaża w okolicach Łaz. Kantor w pasiastym kostiumie kąpielowym, czarnym kapeluszu na głowie i z megafonem w ręku przechadza się wśród zgromadzonych na plaży przypadkowych gapiów. Mężczyzna we fraku – dyrygent (był nim Edward Krasiński, a nie jak się powszechnie uważa Kantor) stoi na zatopionym w morzu podeście ratownika twarzą zwróconą do fal. Dyryguje nimi, ich szumem. Kilkunastu odbiorców-słuchaczy w strojach kąpielowych siedzi na leżakach ustawionych bliżej brzegu. Publiczność, ta przypadkowa, obrzucana jest zdechłymi rybami, słychać hałaśliwie przejeżdżające motocykle. Ten happening to skondensowany manifest Kantora dotyczący „teatru zerowego” (teatru wyzwolonego od obowiązku dziania się), zestawienia tego, co tak bardzo realne z tym, co jednocześnie od niczyjej woli niezależne – mitologicznej wakacyjnej plaży z bezustannym ruchem i szumem fal. Ponadto Kantorowi zdarzało się rozebrać kogoś z publiczności, zamurować drzwi do Galerii wypełnionej tłumem zainteresowanych sztuką ludzi lub zabandażować człowieka w papier, ustawić go na tle ruin hitlerowskiego stadionu i nazwać ten rodzaj ambalażu małą zemstą na Hitlerze. Ostatnim teatralnym etapem Kantora był „teatr śmierci”. Najbardziej znanym spektaklem z tego okresu, o ile nie najbardziej znanym w ogóle, jest Umarła klasa. Przedstawienie to, to niemożność ukazania przeszłości tu i teraz. To próba odtworzenia mrocznej pamięci, jej metafizycznego kształtu. W podeszłym już wieku aktorzy zajmują miejsca w szkolnych ławkach. Tkwiący pod nadzorem dwóch tajemniczych postaci: Sprzątaczki-Śmierci z miotłą-kosą i Pedla w Czasie Przeszłym Dokonanym. Ubrani na czarno dysponują na przemian dziećmi-manekinami i tornistrami. Dyryguje nimi sam Kantor. To za jego sprawą aktorzy w pewnych momentach nieruchomieją, tworząc coś w rodzaju fotografii załamanej na płaszczyźnie tego, co jest i tego, co było. Te kadrowane ciągi obrazów tworzyły coś, co swą formą przypominało retrospektywną kliszę. Podsumowaniem działalności Kantora jest Cricotecka. Jego własne teatralne muzeum przy ulicy Siennej w Krakowie. To tam stworzył swoją ostatnią metaforę – metaforę pamięci. Żywe archiwum p r ze ch o wu j ące j e g o a r t y st y czn e idee, n i e w martwym systemie bibliotekarskim, lecz w umysłach i wyobraźni następnych pokoleń. PIAN A M AG AZIN E T EA T R Zob. K. Pleśniarowicz, KANTOR Artysta końca wieku, Wrocław 1997, s. 55 Zob. K. Pleśniarowicz, dz. cyt., s. 138 Zob. tamże., s. 131 Zob. tamże., s. 155 Zob. tamże., dz. cyt., s. 181 Zob. tamże., s. 183 Zob. tamże., s. 215 Zob. tamże., s. 301 27 PIAN A M AG AZIN E D E S I GN KLOCKOLANDIA KLOCKOLANDIA KLOCKOLANDIA tekst: Marta Wajda Za moich czasów jedną z najlepszych zabaw było budowanie. Budowanie wieży – tu najlepiej sprawdzały się klocki DUPLO lub Lego, zależy czym w danym momencie dysponowałam. Budowanie zamków, w tym wypadku polecałabym klocki drewniane (zestaw podstawowych brył geometrycznych w zupełności wystarcza). Miasta – mix wszelkiego rodzaju klocków plus to wszystko, co znalazło się akurat w pobliżu i mniej więcej kształtem przypominało budynki. Ale czasy się zmieniają, teraz mamy do dyspozycji bardzo dokładnie zaprojektowane małe cudeńka architektury. Minimalistyczne wille, pełne ekskluzywnych mebli, a nawet klasyki architektury z klocków Lego. Jezdnie w kawałkach do samodzielnego składania w dowolnej konfiguracji. Wszystko zgodne z najnowszymi trendami (idealne dla kolekcjonerów, mimo że wyszukane w sklepach dla dzieci). Szkoda tylko, że już nie trzeba kombinować, bo do wszystkiego dołączają dokładną instrukcję. Ale zdecydujcie sami, może coś wam się spodoba, miłego budowania! 28 fotografia: www.google.com PIAN A M AG AZIN E D ES I G N 29 PIAN A M AG AZIN E D E S I GN 30 fotografia: www.google.com PIAN A M AG AZIN E D ES I G N 31 PIAN A M AG AZIN E D E S I GN 32 Prototyp powstał w latach sześćdziesiątych w Ameryce i został stworzony przez Andrew Geller. Dziś projekt na nowo pokazuje światu szwedzki dom designu Our Children’s Gorilla. Wymiary: 37x37x45cm Materiał: drewno (certyfikat E1), organiczna, nietoksyczna farba. www.naturalkids.pl cena: 669 zł domek dla lalek, pojekt momoll Materiały: sklejka brzozowa, liny gumowe, bez kleju lub wkrętów. (różne kolory dachu do wyboru) Rozmiar : 63 cm x 52 cm x 85 cm www.momoll.com PIAN A M AG AZIN E D ES I G N 33 PIAN A A MA M AG A AZIN I E D E S I GN 34 kolekcja Lego Architektura remake z klocków Lego budowli: Willa Fallingwater projekt Frank Lloyd Wright dla E.J. Kaufmanna w Bear Run, w stanie Pensylwania USA. 1935-1939 r. kolekcja Lego Architektura remake z klocków Lego budowli: Guggenheim Museum projekt Frank Lloyd Wright, 1959r. New Yourk, USA PIAN AN A MA M AG A AZIN I E D ES I G N 35 PIAN A A MA M AG A AZIN I E MO D A BIG CITY LIGHTS tekst: Bartek Rytkowski 36 Od lat trwają spory - które miasto jest najbardziej modne, artystyczne, w którym najlepsze kluby, śmietniki i trawniki. Tymczasem wszystkie miasta w Polsce są takie same. Wszędzie panuje lans, ostatnio lans na trans, a wszystkie rynki wyglądają tak samo - tubylcy, turyści, w pobliżu kościół i stado moherów w niedzielę o 10 kiedy w okularach przeciwsłonecznych wracamy z afterów, lub jak nieco bardziej wytrwali na ten after się udajemy. Ale jak to powiedział Forrest Gump – każdemu własne gówno ładnie pachnie. Za miasto artystów uznaje się Kraków. Byłem, widziałem, nie oszalałem. Może w wylansowanych knajpkach można spotkać równie wylansowaną młodzież poubieraną u stołecznych "projektantów mody". Dlaczego w cudzysłowie? Bo od długiego czasu mam wrażenie, że te wszystkie "projetkatnki" i "projektanci" to właśnie takie picu-nicu. Jeden wzór, jeden sezon, czasami dwa i cześć. Poubierają DJów, klubowe gwiazdki, porobią zdjęcia stylizowane na odlskulowe i wrzucą na stronę patrzjestesmyfajni.pl. Ale są i ikony. I dla mnie ikoną jest Coco. I jeśli reinkarnacja istnieje, to ja chcę się odrodzić w jej skórze i z jej zmysłem mody. Bo to jest dziewczyna geniusz. Obserwuję ją kilka lat i najchętniej swoje serce ofiarowałbym jej natychmiast w sosie własnym na talerzu. Drugim miastem, które jest też takim trochę wannabedrugą-stolicą jest Wrocław. Zastanawia mnie bardzo co powoduje, że mieszkańcy miasta owego uważają się za nad wymiar oryginalnych, a swoją siedzibę za Mekkę kultury i sztuki. Z tego co mi wiadomo jedyną Mekką jest u nich droga do niej, lub była, wszak nie mam uściślonych informacji na ten temat. Ale na ludzi z Wrocławia złego słowa powiedzieć nie mogę. Nawet Warszawa zazdrości im kontaktów z Poznaniem, jedna znajoma orzekła kiedyś: Wy to macie fajnie, tak do siebie jeździcie, wspieracie się, support na imprezach, a Warszawki nikt nie lubi. Ano owszem, jak już Wrocław zaczyna chodzić z Poznaniem to jest i wspieranie i wielka klasa, a nawet rave przebieranki na zawołanie i hektolitry wiśnióweczki. We Wrocławiu jednak widoczny jest... lans. Wyglądaj jak idiota, ale bądź zauważalny, rozpoznawalny, a będzie i respekt. Wypada być DJem, stylistą i fotografem. A najlepiej jak szampony Timotei 3w1. Poznań jest skąpy, ale bawi się do upadłego, choć bawić za bardzo się nie ma gdzie. Blisko do stolicy, blisko do Berlina, zatem wszystkie trendy wyłapywane są tu najszybciej i nie ma się co okłamywać, że tak nie jest. Tyle, że w Poznaniu panuje teraz kult starości. Masz 15 lat? Pożycz dowód od koleżanki. Jesteś dziewicą? Nie wspominaj o tym nikomu, albo nabij się na patyk, bo koleżanki będą się śmiały! Masz ładną cerę? Spieprz ją kilogramem fety! Chwyt na pełny bar? "Czy ktoś tu do cholery ma dowód?" i tłum się rozstępuje. Moda panuje tu również w fast foodach. Zapiekanki, hamburgery? Nie, one dawno wyszły z mody. W Poznaniu najlepszą receptą na kaca są "frytunie z solinką i keczupinkiem na pełnej kurwie" kupowane najlepiej u jakiegoś Turasa, który nie rozumie nic prócz "na pełnej kurwie". Warszawa, jak Warszawa. Tylko podział mas szarych ogromny. Laski z jadło były rude jakiś czas temu, teraz są blond, a największą tragedią warszawskich modystek jest promocja koloru siwego i dżinsowych szortów przez magazyny takie jak "Glamour". Życie traci wtedy sens, mimo że W Kamieniach i tak nie widać co ma się na sobie, wszak wpada się w tłum. Moja mądra koleżanka, która ostatnio stolycę odwiedziła podpowiedziała, że modnie być tam nieszczęśliwym. Żadnego uśmiechu, bo "widać że nie jesteś stąd". Uśmiech znika i zastępuje go grymas srającego kota na pustyni i "o, teraz wyglądasz wreszcie jak tutejsza". Mimo że Wawka za modną się uważa, wciąż kultywuje styl na Rachel z "Przyjaciół". Pijemy? No rejczel! Ale sorella, tylko szotersa. Drinki są dla pedałów. Ja mało ostatnio zwiedzam. Kiszę się w Poznaniu. Z Łodzi pamiętam np. kupy pod Diorem, z Wrocławia największe natężenie dresiarstwa na metr kwadratowy, z Warszawy kolejki przed klubami i oblukiwanie od stóp do głów, a w Poznaniu? Jak to w Poznaniu, lans na browarze, warzywa u chińczyka na parze i wybieg na Półwiejskiej. I jak tak na te wszystkie miast spoglądam czy to nad mapą czy poradnikiem to cieszę się, że wkrótce stąd mykam, bo tak naprawdę... wszędzie jest tak samo. Tak samo zasrane trawniki, te same niunie w kozak odziane, te same teksty meneli i te same marzenia - żeby wreszcie coś tu zmienić. PIAN A M AG AZIN E MODA 37 PIAN A M AG AZIN E MO D A Hej tekst: Anna Bystrowska bikiniars Warszaw wraca 38 wo, aj! „W Warszawie łapie się życie na gorąco. Prężność tego miasta zdumiewa, w pewnych wypadkach demoluje, w innych jest uciążliwa i dezorganizująca, jeszcze w innych uszczęśliwia swą dynamiką i każe optymistycznie wierzyć w przyszłość.“ Zła stolica, zła. Mawia się, że jest szara bura i ponura. Bezpłciowa, nieustająco śpiesząca się, kumulująca w sobie ogromną ilość ludzkich schematów. W dodatku totalnie zniszczona i na nowo stworzona by wyglądać jak jeden wielki architektoniczny chaos. Mylne wrażenia. Zła jak „Zły“ w pewnej porywającej i legendarnej książce Tyrmanda, z której pochodzi cytat powyżej. Lektura zdecydowanie obowiązkowa. Nawiązanie bynajmniej nie dla szpanu. Jestem tylko przyjezdną. Mam jednak podejrzane wrażenie, że wizja powojennej Warszawy totalnie zaczęła powracać. W słowie wizja jest wiele warstw. Zadymione, owiane złą sławą kawiarenki i spelunki, w których zagryzając śledzia tudzież korniszona popija się czystą wódkę, tajemnicze zakątki, pochowane między szerokimi ulicami, parki w najmniej oczekiwanych miejscach, wschód słońca jadąc przez mosty. Scenerie to nic. Moda lat 50 tych znów wyraźnie wybija się na warszawskich salonach. Kaszkiety, muszki, kolorowe skarpety, długie beżowe płaszcze, spodnie w kant, stare samochody, bikiniarze, bumelanci, retro dziewuszki. Skąd nagle ta tęsknota? głęboka wiara, że poczujemy się jak bohaterowie pionierskich lat 50 tych? Odwilż po wielkim boomie nowoczesności w stolicy. W końcu mamy wiosnę, prawie. Pójść w marcowy wieczór na dancing, szaleć noc całą przy orkiestrze z harmonią każdy chce. Najlepszym dowodem na tę teorię jest inicjatywa festiwalu Niewinni Czarodzieje, który w listopadzie 2009 zaliczył już IV edycję. W każdej kolejnej części wybierane są wiodące postaci twórców z przełomu lat 50 tych i 60 tych. Ich życie i dorobek artystyczny ma pokazywać jak istotny był to okres w życiu Warszawy i jak przez działalność tych postaci budowała się nowa tożsamość młodych. Fakt powstania takiej idei może świadczyć tylko o tym, że Warszawie brakuje jakiegoś tchnienia przeszłości. Zatem szukamy, odkopujemy starą muzykę, dziwne kawiarnie, które może aż tak zamierzchłych czasów nie pamiętają, ale jednak jakoś koją zawiesiną dymu. Przesyt wydumanych artystycznych postaw może zmęczyć, więc warto sięgnąć do czasów, kiedy ulice usiane były kilkumetrowymi górami gruzu. Jakże proste a jednak zbawienne. Każdy kto w stolicy zajmuje się jakimiś formami sztuki lub kreowaniem kultury ma pragnienia, żeby być znaczącą jednostką, wiecznie coś odkrywać, kiedy odkrywanie już nie jest na pstryknięcie palcem. Jeśli zaczynamy na nowo powracać do Tyrmanda, Osieckiej, Hłaski, Cybulskiego czy Komedy, to oznaczać może tylko jedno. Warszawa znów się zmienia, a co najważniejsze, wszystko idzie w odpowiednim kierunku. Szalonym kierunku. PIAN A M AG AZIN E ska MODA 39 PIAN A A MA M AG A AZIN I E FO TO GR AF I A Ariela czarowanie , rzeczywistoSci Ariel Schlesinger tekst: Ewa Dyszlewicz fotografie: Ariel Schlesinger 40 0 Ariel Schlesinger PIAN A M AG AZIN E FOTOG R A F I A Wielkomiejskość spowszedniała. Już nie zachwyca rozbuchaną formą, nie jest nadzieją na jutro, a jedynie życiową koniecznością. Miasta środkowej Europy, które otarły się o radziecki kolonializm, łączy ten sam pierwiastek kolektywnej zwykłości. Ludzi poupychanych w blokach nic nie zadziwia. Bo co może nas zaskoczyć w drodze do osiedlowego spożywczaka? Okazuje się, że wszystko. Tak przynajmniej twierdzi Ariel Schlesinger, izraelski artysta, którego prace pojawiły się na zeszłorocznej wystawie „Warszawa w budowie” zorganizowanej przez stołeczne Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Wystawiono tam kilka instalacji i rzeźb: dwe rolki taśmy klejącej ułożone w symbol nieskończoności; białą kartkę podnoszącą się i upadającą w jednostajnym rytmie, krzesło „obite” ryzą papieru. Banalne przedmioty codziennego użytku po jego subtelnej interwencji odkrywają swoje nowe sensy. Artysta zbacza z utartych szlaków patrzenia, wchodzi w polemikę z uznanymi za gotowe formami by rozbudzić wyobraźnię widza. Uwrażliwić na nieoczywiste. W swoich działaniach wykorzystuje również ogień, paradoksalny materiał, który buduje i niszczy: „Jako dziecko często podpalałem różne rzeczy. Później, już podczas mojej pracy artystycznej zacząłem go używać, ponieważ podoba mi się jego nieprzewidywalność – gdy zaczynam nigdy nie wiem jaki będzie efekt końcowy.” Dziś mieszka i tworzy w Berlinie, mieście, które urzekło go już przy pierwszym pobycie: „To miejsce, które łączy zalety życia na prowincji z wielkomiejskim pędem. Możesz tu znaleźć spokój do pracy, lecz równocześnie czerpać inspirację z tego wszystkiego, co dzieje się wokoło.” Ariel to miejski reinterpretator. Na swoim koncie flickr gromadzi zignorowane przez tłumy obrazy, uwalniając poprzez nie nową, trochę poetycką, a trochę absurdalną rzeczywistość. Tworząc swój konceptualny street-art obsesyjnie śledzi powtarzające się motywy dekonstrukcji, niespodziewanych ingerencji w ustalony porządek. Zadaje pytania o przyczyny istnienia takiego, a nie innego stanu rzeczy. Jak sam mówi: „Nieustannie wchodzę w interakcję z otaczającym mnie środowiskiem, przypadkowo je deformując bądź fotografując zaistniałe scenki, takie jak te gromadzone na grupie Minor Urban Disasters (na flickrze). Mam nadzieję, że pokazując to skłonię innych by wpływali na swoje otoczenie w nowy, mniej konwencjonalny sposób.” Gdyby chciano go zaszufladkować zgodnie z jego wolą, chętnie zostałby wynalazcą. W końcu jeden z jego ostatnich projektów, „Graffiti printer”, to nic innego jak automat do twórczego wandalizmu... 41 PIAN A M AG AZIN E FO TO GR AF I A 42 PIAN A M AG AZIN E FOTOG R A F I A 43 PIAN A M AGAZIN E FO TO GR AF I A 44 PIAN A M AGAZIN E FOTOG R A F I A 45 PIAN A M AGAZIN E FO TO GR AF I A 46 PIAN A M AGAZIN E FOTOG R A F I A 47 PIAN A M AGAZIN E FO TO GR AF I A 48 PIAN A M AGAZIN E FOTOG R A F I A 49 PIAN A M AGAZIN E FO TO GR AF I A 50 PIAN A M AGAZIN E FOTOG R A F I A 51 PIAN A M AGAZIN E FO TO GR AF I A 52 PIAN A M AGAZIN E FOTOG R A F I A 53 PIAN A M AGAZIN E FO TO GR AF I A MAIER NIE BĄDŹ FRAJER OGLĄDAJ MAIER tekst: Magdalena Podkowińska fotografie: Vivian Maier 54 MAGIA PRZYPADKU Estetyka przypadku Nic nie wiadomo o tej fotografce, a jednak coś sprawia, że porównuje się jej twórczość do Henriego Cartier-Bressona.Interesujący w fotografii ulicznej czy też reportażowej jest, w przeciwieństwie do jej studyjnej siostry, brak możliwości zapanowania nad wszystkimi elementami. Fotoreporter czyha na odpowiedni moment, umiejętnie obserwuje i szybko dokumentuje wydarzenia. Staje się “reżyserem przypadku”. Gdyby nie on, może nigdy nie mielibyśmy okazji zobaczyć jej okiem Nowego Yorku i Chicago lat 50. i 60. John Maloof w zasadzie wcześniej niewiele interesował się fotografią, a biorąc udział w jednej z licytacji chicagowskiego domu aukcyjnego, zapewne nie podejrzewał, że za kilkaset dolarów wykupi lada chwila niezwykle fascynująco opowiedzianą historię o życiu i ludziach Nowego Jorku i Chicago sprzed półwiecza. A wszystko to schowane w 40 000 w większości nie wywołanych negatywów. Młoda Francuzka przybywa w 1930r. do Nowego Jorku. Dostaje pracę w charakterze niani trójki chłopców. Przy okazji odkrywa swoją wielką pasję: fotografię, a ściślej fotografię uliczną. Niedługo później słuch o niej ginie. Trójka wychowanków dopiero pod koniec życia odnajduje kobietę. Mimo ich natychmiastowego zaangażowania i wsparcia finansowego, jej skromny majątek, m. in. sterta nie wywołanych puszek filmowych, zostaje sprzedany na aukcji, gdzie licytuje je John Maloof. Na kopercie z negatywami znajduje imię i nazwisko: Vivian Maier. Od domu aukcyjnego dostaje wiadomość o jej ciężkiej chorobie, więc postanawia nie udawać się na poszukiwania. Rok później w gazecie Chicago Tribune pojawia się nekrolog “Vivian Maier zmarła w wieku 83 lat”. Vivian Maier zaczyna fotografować bez praktycznej wiedzy o prawdziwym fotoreportażu, lecz jej brak reporterskiego wyrafinowania gwarantuje nam autentyczność przedstawianych sytuacji. Intuicyjnie posługuje się średnioformatowym Rolleiflexem. Stara się uchwycić człowieka w miejskiej przestrzeni. Podejrzewa się, że estetyka pierwszych zdjęć to efekt prób i błędów, lecz można zaobserwować, że wraz z upływem czasu, język jej obrazu staje się bardziej świadomy.. Co prawda pomimo tego większość elementów pozostanie zawsze niezaplanowana, ale za ich pomocą powstaje przypadkowa seria wymownych obrazów. Same zdjęcia często sprawiają wrażenie groźnych, niespokojnych kompozycji, przedstawiają sytuacje niebezpieczne, budząc niepokój odbiorcy. Kryje się za nimi intrygująca historia, tajemnica za obcymi twarzami, zastanawiamy się, jaki będzie ich dalszy krok, co robią w danej sytuacji, dlaczego znaleźli się na zdjęciach Maier. Tematyka jest wieloraka. Maier porusza kwestie społeczne, jak np. kontrast między biedą i bogactwem. Można dostrzec zainteresowanie różnorodnością etniczną. Widać dużo gry dynamicznego tła, elementów, które tworzą symboliczną zabawę linii w opozycji do mocnych, podkreślonych przez światło rysów twarzy lub też jak na jednym ze zdjęć: obłe, nieforemne nogi, w wizualnej opozycji do doskonałości błyszczącej, twardej karoserii samochodu. Vivian Maier posługuje się kontrastowymi obrazami, w których pokazuje np. z jednej strony mocno oświetloną postać, które wyłania się z prawie czarnego tła. Wskazuje to na jakiś dramat ludzki, może na tle rasowym, w dodatku z boku dostrzeżemy reklamę m. in. Coca Coli, czyli symbolu amerykańskiego dobrobytu. A może to wszystko tylko błędne wrażenia. Niech każdy sam sięgnie i sprawdzi, przemyśli i oceni, ponieważ to jedyna droga, by poznać kim tak naprawdę była Vivian Maier. PIAN A M AGAZIN E FOTOG R A F I A 55 PIAN A M AGAZIN E FO TO GR AF I A 56 PIAN A M AGAZIN E FOTOG R A F I A 57 PIAN A A MA M AGAZIN A I E FO TO GR AF I A 58 MICHA LICHTAŃ MIASTO W BUŁG Autor: Michał Lichtański mesztre.blogspot.com PIAN AN A MA M AGAZIN A I E AŁ SKI O GARII FOTOG R A F I A 59 PIAN A A MA M AGAZIN A I E FO TO GR AF I A 60 0 PIAN AN A MA M AGAZIN A I E FOTOG R A F I A 61 PIAN A A MA M AGAZIN A I E FO TO GR AF I A 62 PIAN AN A MA M AGAZIN A I E FOTOG R A F I A 63 PIAN A A MA M AGAZIN A I E NA DESER NA Autor: Michał Lichtański mesztre.blogspot.com DESER MICHAŁ WRÓCIŁ MICHAŁ WRÓCIŁ Z GIEŁDY Z SIŁOWNI 64 PIAN PI ANA AN A M AGA A AGAZIN GAZI A ZI ZIN INE NA D ES ER 65 PIAN A M AGAZIN E ST R O N A C H R OMREGO 66 PIAN A M AGAZIN E STRONA CHROM R EG O 67 68 PIAN A M AGAZIN E