Szkoła kiedyś
Transkrypt
Szkoła kiedyś
Szkoła kiedyś... Wspomnienia spisane przez uczniów Szkoły Podstawowej w Bestwinie Bestwina 2012 Szkoła za czasów mojej babci Moja babcia - Ala pochodzi z Bestwiny i w tej miejscowości uczęszczała do szkoły podstawowej. Dwa pierwsze lata nauki spędziła w starej szkole, której budynek mieścił się przy Kościele parafialnym. Od trzeciej klasy uczęszczała do nowego budynku, to szkoła do której chodzę teraz ja. Szkoła za czasów mojej babci, nosiła imię Karola Świerczewskiego,a dyrektorem był pan Władysław Gryzełko. Szkoła w latach 50tych znacznie różniła się od współczesnej, uczniowie byli bardziej zdyscyplinowani, a także wykazywali większy szacunek wobec nauczycieli, a także wobec innych pracowników szkoły np. osoby, która pełniła funkcje woźnego. Lekcje były podobne do tych, które są dziś, obowiązywały książki, zeszyty i trzeba było być zawsze przygotowanym z zadanego materiału. Jednak są pewne różnice: kiedyś pisano stalówkami i noszono ze sobą buteleczki z atramentem, w tamtych czasach nie używano tak często długopisów, a linijki i piórniki były drewniane. Tornistry i zeszyty różniły się od tych dostępnych dziś, ponieważ były szare, nie tak kolorowe i fikuśne jak teraz. Codziennym strojem były mundurki, noszono wtedy granatowe fartuszki z białymi kołnierzykami, jeżeli uczeń zapomniał założyć mundurka, nie mógł uczestniczyć w lekcjach. Teraz dopuszczalny jest strój dowolny, można się obrać wygodnie i sportowo. Powszechnie stosowaną karą było tzw.: przebywanie w kozie. Nauczyciel stosował tę karę wobec niegrzecznych i nieprzygotowanych uczniów. Kara polegała na tym, że uczeń musiał zostać po lekcjach i nadrobić materiał. Niegrzeczni byli też karani poprzez uderzenie w rękę linijką lub wskaźnikiem od tablicy. Z racji tego, że były to czasy powojenne i sytuacja materialna wielu osób nie była najlepsza, dzieci po przyjściu do szkoły dla wzmocnienia odporności piły tran, według mojej babci nie należało to do przyjemności. Ponadto w czasie lekcji nauczyciel rozlewał bawarkę, herbatę lub kakao. Dziś w sklepiku szkolnym można zakupić dowolne napoje i do tego słodycze. Z opowieści babci wywnioskowałem, że szkoła również różniła się zewnętrznie budynek choć nowy, był szary i ponury, a klasy i korytarze nie tak kolorowe i przytulne jak dziś. Istniały również różnice organizacyjne, uczniowie oprócz tego że uczyli się w tygodniu, tak jak obecnie, to jeszcze chodzili do szkoły w soboty. Dziś sobota jest wolna i można ten czas wykorzystać w dowolny sposób. Myślę, że czasy, w których moja babcia Alicja chodziła do szkoły nie były łatwe, lecz ona tamten okres swojego życia wspomina z tęsknotą i z łezką w oku, nic dziwnego to czasy jej dzieciństwa, beztroskich i cudownych lat. Krystian Markiel Szkoła w latach 1953-1960 W czasach, gdy moja babcia – Maria Owczarz, była uczennicą, szkoła znajdowała się obok kościoła. Obecnie mieści się tam muzeum. Budynek szkoły był 1-piętrowy i miał duże sale lekcyjne. Uczniowie siedzieli w ławkach 2-osobowych, na środku których była dziura na kałamarz. Co dzień zmieniał się dyżurny. Klasa babci liczyła ok. 40 osób, była to klasa ,,b''. Lekcje odbywały się od poniedziałku do soboty, dziennie było ich ok. 5-6. Wakacje trwały cały lipiec i sierpień. Były też 2 tygodnie ferii. Lekcje trwały 45 min., a przerwy 5min., w tym jedna 15 min. Babcia zaczynała naukę o 8:00, a kończyła ok. 13-14-tej. W każdej klasie był przewodniczący. Moja babcia do szkoły nie chodziła w mundurku. Lekcje wyglądały tak jak teraz. Można było zadawać pytania nauczycielowi, a on na nie odpowiadał i odwrotnie. Nauczyciele mojej babci nie robili kartkówek ani sprawdzianów. Babcia mówiła, że jej szkoła nie miała sali gimnastycznej. W lecie ćwiczyli na polu, a zimą w klasie. Większość uczniów nie lubiła języka rosyjskiego. Religia odbywała się w kościele. Było mało zadań domowych do odrabiania. Natomiast przedmiotem, który się najbardziej różnił od teraźniejszego była historia, ponieważ uczyli w inny sposób, o niektórych ważnych wydarzeniach się nie mówiło, a o innych kłamało. Każdemu uczniowi przysługiwała codziennie kawa zbożowa i bułka, było to darmowe. Moja babcia bardzo dobrze wspomina czasy nauki i zabaw po szkole z koleżankami. Bartłomiej Bargiel Szkoła czasów mojej babci Moja babcia chodziła do szkoły podstawowej w latach 60tych ubiegłego wieku. Była to nowa szkoła „tysiąclatka”, ponieważ została wybudowana na tysiąclecie Państwa Polskiego. Babcia codziennie musiała przejść 3 km w jedną stronę. Drogi nie były asfaltowe lecz kamieniste. Dzieciom czasem udało się podjechać na wozie ciągniętym przez konie. Klasa, do której chodziła moja babcia, liczyła 42 uczniów. W sali były trzy rzędy ławek, w każdym stoliku siedziało po dwóch uczniów. W ławce był otwór na kałamarz, gdyż pisano stalówkami maczanymi w atramencie. Trzeba było uważać przy pisaniu, ponieważ jak nabrało się na stalówkę za dużo atramentu, to robiły się kleksy. Nad tablicą wisiało godło Polski, a po obu stronach portret Pierwszego sekretarza i Przewodniczącego Rady Państwa. Zajęcia odbywały się od poniedziałku do soboty. Codziennie było od 5 do 7 lekcji. Każdy uczeń musiał mieć mundurek. Dziewczyny nosiły fartuszki z długim rękawem(granatowe lub niebieskie)zapinane od przodu z kołnierzykiem. Chłopcy nosili bluzy(granatowe lub niebieskie)z białym kołnierzykiem. Na rękawie mundurka, a także kurtki lub płaszcza, musiała być przyszyta tarcza z nazwą szkoły. Najlepsi uczniowie na mundurkach nosili odznakę z napisem „wzorowy uczeń”. Skala ocen była od 2 do 5. Babcia wspomina, że do nauczycieli zawsze zwracano się z szacunkiem. W czasie lekcji zawsze panowała cisza i wszyscy z uwagą słuchali nauczyciela. Jeśli zdarzyły się jakieś rozróby ze strony chłopców, to nauczyciel prowadził ich do gabinetu kierownika. Po takiej wizycie już nikt nie odważył się rozrabiać. Nauczyciele prowadzili bardzo ciekawe lekcje. Byli bardzo wymagający przy pytaniach i kartkówkach. Czasem lekcje odbywały się w terenie. W każdy poniedziałek na pierwszej lekcji na podeście między piętrami odbywały się apele, które prowadził kierownik szkoły. Ważne akademie i uroczystości odbywały się w auli szkolnej, gdzie była przygotowana scena wraz z kurtyną. Babcia do szkoły podstawowej chodziła 8 lat. Wspomina, że był to najwspanialszy okres w jej życiu. Mówi, że chętnie jeszcze raz powtórzyłaby te czas. Mile wspomina wychowawców i nauczycieli oraz koleżanki i kolegów, z którymi spędziła 8 lat swojego życia. Julia Nowak Szkoła czasów mojego dziadka Mój dziadek jako siedmioletni chłopiec rozpoczął naukę w Szkole Podstawowej w Janowicach w 1935r. Edukacja trwała wtedy 6 lat, niestety wybuch II Wojny Światowej przerwał jego nauczanie. Budynek ówczesnej podstawówki był nieduży, a mieściły się w nim tylko dwie sale lekcyjne. Kierownikiem szkoły był Pan Józef Czernek z Bystrej, który uczył przyrody i geometrii. Pozostali pracownicy to Pani Babińska, która przekazywała wiedzę z zakresu matematyki, Pani Huminiłowicz od języka polskiego i historii, a także ksiądz Romowicz ,który uczył religii. W klasie, do której uczęszczał mój dziadek było 11 uczniów w różnym wieku. Zajęcia odbywały się sześć razy w tygodniu od poniedziałku do soboty. Codziennie było około czterech lekcji. Mundurki nie były obowiązkowe. Dzieci pisały głównie piórem lub ołówkiem w zeszytach przedmiotowych. Nauczyciele wymagali większej dyscypliny niż w dniach obecnych. Stosownie były kary cielesne. Dziadek wspomina, że duży nacisk w nauczaniu był na naukę ortografii, tabliczki mnożenia i geometrii. Dowodem na to jest fakt, że pomimo jego wieku - 84lat - bezbłędni podaje własności różnych figur geometrycznych oraz wzory na ich pola. Opowiadał mi również, jako ciekawostkę, że ksiądz na zajęcia był przywożony kolasą zaprzężoną w dwa konie. Podczas II Wojny Światowej szkoła była zamknięta, a więc dziadek musiał przerwać naukę i zatrudnić się jako pomocnik murarza mając zaledwie jedenaście lat. Po zakończeniu wojny w 1946r. dokończył edukację z zakresu szkoły podstawowej robiąc dwumiesięczny kurs, który był odpowiednikiem brakujących mu klas. Paweł Pasierbek Szkoła czasów mojej mamy Trzydzieści lat temu moja mama ukończyła Szkołę Podstawową w Jawiszowicach. Patronem szkoły był poeta K.I. Gałczyński. Nauka trwała 8 lat, a rozpoczynały ją dzieci siedmioletnie. W klasie mamy było aż 37 uczniów. Wszyscy chodzili do szkoły w podobnych, granatowych bluzach, nazywanych fartuchami. Babcia dbała, aby codziennie mama miała przypięty do fartuszka biały, haftowany kołnierzyk. Schludny wygląd był wtedy bardzo ważny. Mama musiała mieć zawsze związane swoje długie włosy, nie wolno było też malować paznokci itp. W pierwszych latach nauki trudno było jednak znaleźć ucznia z czystymi rękoma, bo pisało się piórem ze stalówką maczaną w atramencie. Mama mówi, że na każdej ławce stał kałamarz – czyli słoik z atramentem i często zdarzały się różne „kleksowe nieszczęścia”. Uczono się wtedy przez 6 dni w tygodniu, wolne były tylko niedziele. Po lekcjach odbywały się zajęcia dodatkowe. Mama chodziła na kółko polonistyczne, kółko sportowe i należała też do drużyny zuchów, a potem harcerskiej. Podobno harcerzami była większość dzieci. Uczniowie co roku jeździli na wycieczkę klasową, natomiast nie było wtedy tzw. „zielonych szkół.”. W szkole mamy odbywały się też zabawy karnawałowe, dyskoteki i spotkania z ciekawymi ludźmi. Problem wagarowania praktycznie nie istniał. Nauczyciele cieszyli się szacunkiem zarówno u dzieci, jak i ich rodziców, choć oczywiście nie wszyscy byli przez uczniów jednakowo lubiani. Niektórzy nauczyciele stosowali wobec niesfornych podopiecznych drobne „kary cielesne” np. pociągnięcie za ucho, czy włosy. Mama twierdzi, że nikt nie czuł się tym urażony i traktowane było to jako żartobliwe upomnienie. Mama wspomina czas nauki w szkole podstawowej z dużym sentymentem. Z wieloma osobami utrzymuje do dziś bliskie kontakty. W spotkaniach jej klasy, odbywających się regularnie co 5 lat, biorą udział prawie wszyscy byli uczniowie. Witold Placuch Gdy moja babcia była uczennicą... Moja Babcia rozpoczęła naukę w Szkole Podstawowej w Bestwinie ponad pół wieku temu. Jej pierwszą wychowawczynią była babcia Maria Wójcik, a następnie Pani Waleria Car. Klasa liczyła 42 uczniów. Nauka odbywała się na dwie zmiany, bo budynek szkolny, w którym obecnie znajduje się Muzeum ks. Z. Bubaka, nie mógł pomieścić wszystkich dzieci naraz. Sale lekcyjne wydawały się duże, wypełnione rzędami drewnianych ławek. W każdej był kałamarz z atramentem, bo uczniowie pisali piórem ze stalówką. Z przodu klasy stał podest, a na nim stół i krzesło dla nauczyciela. Obok na stojakach znajdowała się tablica ze ścierką, kredą, a nieco z tyłu - wiadro z wodą. Podłogi czarne, naoliwione brudziły podeszwy obuwia, a niektórym dzieciom – bose stopy. Zimą klasy ogrzewano piecami kaflowymi. W szkole nie było sali gimnastycznej, dlatego lekcje wychowania fizycznego odbywały się zwykle na trawiastym podwórku, obok szkoły, a zimą na pobliskiej górce. W budynku szkolnym brakowało toalet. Zajęcia odbywały się od poniedziałku do soboty. Uczniowie klas młodszych mieli 3 lub 4 lekcje dziennie. W klasach od 4 do 7 zajęcia trwały dłużej - zwykle od 8.00-13.30. Mimo trudnych warunków lokalowych Babcia dobrze wspomina czasy nauki w szkole podstawowej. Uczniowie mieli swoje wybryki, ale może mniej wyrafinowane niż obecnie. Chyba dlatego, że z domu rodzinnego wynosili szacunek dla nauczycieli i ich pracy. Prestiż nauczyciela w środowisku bestwińskim był duży. Natomiast nauczyciele, przynajmniej w większości, pełnili swój zawód ofiarnie. Znali dobrze każdego ucznia, często rozmawiali z rodzicami, odwiedzali swoich wychowanków w domach rodzinnych. Emanowała z nich dobroć i życzliwość. Niemniej na lekcjach byli bardzo wymagający, ale znali możliwość swoich uczniów i dlatego potrafili niezwykle trafnie uczyć i oceniać każdego indywidualnie. Ciężką pracę pedagogów, bo pracowali 35 godzin przez sześć dni, z licznymi klasami, za marne pensje, wynagradzał uśmiech dziecka i wdzięczność rodziców. Dzieci do szkoły chodziły ubrane skromnie, nie nosiły mundurków. Tylko na uroczystości szkolne obowiązywał strój odświętny. Czas nauki w szkole podstawowej Babcia wspomina z „łezką w oku”. Był to dla niej okres nauki i zabawy, wycieczek na Skrzyczne czy do Krakowa, występów w chórze, i w przedstawieniach. Wszystkie miłe wspomnienia przywołują w jej pamięci ludzi i wydarzenia czasu beztroskiego dzieciństwa i młodości. Magdalena Lach Szkoła czasów mojego taty Mój tata bardzo lubił chodzić do szkoły. Uczęszczał do Szkoły Podstawowej nr 28, imienia J. Kustronia w Hałcnowie, do klasy ,,B”. Wtedy trzeba było nosić mundurki. Chłopcy nosili krótkie, granatowe bluzki. Z kolei dziewczynki nosiły dłuższe fartuszki z białymi kołnierzykami. Wszyscy uczniowie musieli mieć przyszyte na ramieniu tarcze. Były to naszywki z nazwą i numerem szkoły, do której się uczęszczało. Klasy były wtedy dużo liczniejsze niż dziś. Do jednej klasy chodziło około 20-30 osób. Czasami nawet więcej. Klasa mojego taty liczyła 36 uczniów. Lekcje odbywały się od poniedziałku do piątku. Dziennie było ich 6 lub 7. Na przerwach nie wolno było biegać po korytarzach, można było natomiast bawić się na boisku szkolnym. Dziewczyny grały w tzw. „gumę” , a chłopcy w piłkę nożną. Ulubionym przedmiotem mojego taty była geografia i wychowanie fizyczne. Lekcje religii prowadzone były w salkach, przy kościele, a nie tak jak teraz ma to miejsce, czyli w szkole. Na lekcjach panowała duża dyscyplina. Uczniowie nie mogli zabierać głosu, gdy nauczyciel na to nie zezwolił. Do nauczycieli odnoszono się z szacunkiem. W szkole odbywały się uroczyste apele tak jak ma to miejsce i dziś. Mój tata bardzo miło wspomina szkołę. Z niektórymi kolegami ma kontakt do dziś. Czasami spotykają się i wspominają te dobre czasy, gdy chodzili do szkoły. Wiktoria Gluza Gdy moja ciocia była uczennicą... Gdy moja ciocia chodziła do szkoły, klasy liczyły mniej więcej 26 osób. Sale lekcyjne i cały budynek był jednolitego koloru. Do pisania służył długopis. W szkole było około 6 lekcji przez 5 dni w tygodniu. Uczniowie byli uprzejmi wobec nauczycieli. Wychowawcy budzili postrach, u uczniów. Mundurki szkolne były granatowe. Mojej cioci nauczyciel nigdy nie uderzył. W starych szkołach czasami były zadania na weekend. Opiekunowie byli lubiani przez swoich uczniów. Moja ciocia miała masę kolegów i koleżanek. Zazwyczaj dostawała dobre oceny. Jej ulubionym przedmiotem był język polski. Ciocia wagarowała już w przedszkolu. Nigdy nie złamała nogi na W-F. Jej osiągnięciem w szkole były częste udziały w występach. Bardzo lubiła chodzić do szkoły. Czas nauki wspomina mile. Kacper Haczek Właściciel zdjęć – Bartłomiej Bargiel. Przedstawiają one klasę Pani Marii Owczarz.