nr 1 - Społeczeństwo
Transkrypt
nr 1 - Społeczeństwo
Społeczeństwo STUDIA • PRACE BADAWCZE • DOKUMENTY Z ZAKRESU NAUKI SPOŁECZNEJ KOŚCIOŁA 77 ROK XVII (XIII) 2007 nr 1 SPIS TREŚCI OD REDAKCJI 13 Zbigniew Borowik Dobro wspólne czy partykularny interes? 15 Claudio Gentili W kierunku Tygodni Społecznych Katolików Włoskich PRACE BADAWCZE 21 Giampaolo Crepaldi Dobro wspólne w świetle prawdy o człowieku 27 Giuseppe Manzato Nauka społeczna Kościoła w dialogu międzykulturowym 43 Ks. Piotr Andryszczak Dobro wspólne przeciwne wolności? STUDIA 53 Vittorio Possenti Pokój, suwerenność i globalizm 85 Giorgio Campanini Partykularyzm i powszechność dobra wspólnego 97 Marco Lora Rozwój i trudności polityki rodzinnej FORUM 121 Luigi Bobba Wartości w polityce i etyce publicznej 127 Luca Diotallevi Polityczna nowość partii demokratycznej DOKUMENTY 139 Ojciec Święty Benedykt XVI Osoba ludzka sercem pokoju. Orędzie na XL Światowy Dzień Pokoju 1 stycznia 2007 r. KSIĄŻKI 149 Andrzej Tarczyński Rec.: J. Mariański, Socjologia moralności, Lublin 2006 155 Paweł Borkowski Rec.: Sługa Boży ojciec Jacek Woroniecki uczy [praca zbior.], Warszawa 2006 MATERIAŁY DO FORMACJI KATOLICKOSPOŁECZNEJ 159 Oreste Bazzichi Rodzina – żywa komórka społeczeństwa SUMMARIES No. 1 (77), January-February 2007 (17) G. Crepaldi, ss. 21-26 Dobro wspólne w świetle prawdy o człowieku Dobro wspólne potrzebuje rozumu publicznego, który by nie wykluczał prawdy wiary chrześcijańskiej. Potrzebuje katolików, którzy nie ograniczają własnej wiary do dobrych uczuć, ale poświadczają jej prawdziwość. Potrzebuje tego, żeby prawda i miłość spotkały się dla mądrej służby człowiekowi. NSK mieści się właśnie na skrzyżowaniu dróg wyznaczonych przez prawdę i miłość. Żąda tylko, żeby ją przyjąć i świadczyć o tym, czym ona jest. Common Good and the Truth about Man Common good needs public reason which does not exclude the truth of Christian faith. It needs Catholics who do not reduce their faith to positive emotions but give testimony to their faith. It needs truth and love to meet in the wise service to man. The social doctrine of the Church is at the crossroads of truth and love and requires to be accepted and testified to. G. Manzato, ss. 27-42 Nauka społeczna Kościoła w dialogu międzykulturowym Niezbędnym warunkiem do rozwijania owocnych relacji między kulturami, czyli do przekształcenia faktycznie danej wielokulturowości w pluralizm kulturowy jako wartość, jest świadomość specyfiki własnej kultury. Tego właśnie dotyczy wielka troska dwóch ostatnich papieży. Odmowa skorzystania z chrześcijańskich podwalin kulturowych i egzystencjalnych w budowaniu nowoczesnej Europy nie tylko sprawia, że przyszłe pokolenia otrzymają dziedzictwo renegatów, lecz także zagraża owocnemu tworzeniu pluralizmu kulturowego. The Social Doctrine of the Church in an Intercultural Dialogue The consciousness of the specific qualities of one’s own culture is an essential condition for establish- 8 SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 ing fruitful relationships between cultures, that is, for transforming the actual multiculturality into a cultural pluralism as a value. This has been the main concern of the two last popes: John Paul II and Benedict XVI. A refusal to make use of the Christian cultural and existential foundations in building the modern Europe not only means that the future generations will receive a renegades’ heritage, but also exposes a successful creating of cultural pluralism to danger. Ks. P. Andryszczak, ss. 43-52 Dobro wspólne przeciwne wolności? Dwie sytuacje powinny budzić niepokój człowieka rozumnie pragnącego dobra własnego. Z pierwszą mamy do czynienia, kiedy państwo usiłuje prowadzić za rękę dorosłych ludzi, uniemożliwiając im osiągnięcie dojrzałości, czyli wzięcie pełnej odpowiedzialności za siebie. Druga pojawia się wtedy, gdy ogłasza się, iż nie ma znaczenia, jak człowiek bierze odpowiedzialność za siebie, ponieważ nie ma wartości absolutnych ani absolutnej miary człowieczeństwa. Tymczasem potrzebujemy innych i realizowanych wraz z nimi dóbr po to, aby się do tego ideału zbliżać. Common Good against Liberty? Two kinds of situations appear particularly awkward to a person who rationally wants his or her own good. The first one is when the state takes too much care of adult people and thus makes it impossible for them to reach maturity, which consists in assuming full responsibility for oneself. The other case is when it is being declared that it does not matter whether or not one takes on responsibility for oneself, because there are neither absolute values nor absolute measure of humanity. Nevertheless, we need other people and all the good we can achieve with them in order to attain that ideal. SUMMARIES V. Possenti, ss. 53-83 9 Pokój, suwerenność i globalizm Przedmiotem studium jest globalizm polityczny i związany z nim temat światowej władzy politycznej w aspekcie wojny, pokoju i suwerenności. Globalizacja jest procesem, natomiast globalność to istotny fakt ludzki: wszyscy należymy do ludzkości, ludzkość jest sama z siebie zglobalizowana, gdyż razem tworzymy jeden rodzaj ludzki. Przez mądrą globalizację powinniśmy budować tę globalność, którą stanowimy z natury i przez pochodzenie. Peace, Sovereignty and Globalism The paper deals with political globalism and the corresponding subject of global political authority in terms of war, peace and sovereignty. Globalisation is a process, whereas globality is an essential human fact, all of us making part of the humanity. Humanity itself is globalised, since we all constitute one human kind. Through wise globalisation we ought to strengthen the globality we already make by nature and by origin. G. Campanini, ss. 85-95 Partykularyzm i powszechność dobra wspólnego Refleksja nad klasyczną kategorią dobra wspólnego sytuuje się w szczególnym kontekście. Przede wszystkim temat ten został ze specjalną uwagą podjęty w nauczaniu społecznym Kościoła. Zajmowała się nim również filozofia polityczna, szczególnie w nurcie katolickim. Po drugie zaznacza się uprzywilejowanie pewnego aspektu definicji dobra wspólnego. Chodzi o relację między dobrem wspólnym „partykularnym”, czyli właściwym poszczególnym wspólnotom, a dobrem wspólnym „powszechnym”, pojmowanym jako dobro całej ludzkości albo dobro pewnej większej grupy narodów. Particular vs. Universal Common Good Reflection upon the classical category of common good belongs to a specific context. First of all, this SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 10 subject has been discussed with studious attention in the social teachings of the Church. It has also been tackled by political philosophy, especially that inspired by Catholicism. Second, one aspect of the definition of common good attracts special attention, namely the relationship between particular common good, which is specific to various communities, and universal common good, which denotes either good of all the humanity or good of a more numerous group of nations. M. Lora, ss. 97-120 Rozwój i trudności polityki rodzinnej Omawianie problematyki związanej z polityką rodziny oznacza dzisiaj, że trzeba wypracować i stosować nowy język, aby zgłębić temat obecny w każdej kulturze i społeczeństwie – temat rodziny, jak też małżeństwa, przez którego publiczne zawarcie rodzina zostaje założona. Sformułowanie „polityka rodziny” oznacza, że należy uwypuklić dwa aspekty zagadnienia: to, że rodzina, jako podmiot społeczny, działa w obszarze polityki, która jej dotyczy; to, co różne podmioty społeczne, kulturowe i polityczne czynią na rzecz rodziny i przeciwko niej. The Development and Difficulties of Family Politics When we discuss problems related to the politics of family, we need to elaborate and use a new language. Thus we can go into a subject which is present in any culture and society – the subject of family as well as the one of marriage, which constitutes family in public. The above-mentioned expression „the politics of family” means that we need to deal with the problem under two aspects: first, we need to consider the fact that family, which is a social subject, acts in the field of respective politics; second, we need to consider what various social, cultural and political subjects do in favour of family and against it. OD REDAKCJI Dobro wspólne czy partykularny interes? Zbigniew Borowik Redaktor Naczelny „Społeczeństwa” Wśród współczesnych przedstawicieli nauk społecznych nader wpływowy jest pogląd, według którego historia rodzaju ludzkiego to w istocie proces indywidualizacji życia społecznego, znajdujący wyraz w stałym kurczeniu się sfery publicznej. To, co wspólne i dzięki temu stanowiące przedmiot wspólnej troski, zostaje ograniczone do minimum wyznaczającego najbardziej elementarne ramy społecznego współistnienia, i to ramy o charakterze formalnym. Ten pochód indywidualizmu przez historię owocuje radykalnym pluralizmem koncepcji dobrego życia, uniemożliwiającym rzekomo dyskusję o wartości (zarówno teoretycznej, jak i praktycznej) każdej z nich. Dlatego też uchylone zostaje pytanie o prawdziwość konkurujących ze sobą wizji dobra, a cała uwaga skupia się na skuteczności mechanizmów gwarantujących bezkolizyjne funkcjonowanie różnych, czasem całkowicie sprzecznych ze sobą orientacji. Czy w takim klimacie intelektualnym, wyznaczonym przez współ- czesną kulturę liberalną, można jeszcze dyskutować o dobru wspólnym? Wszak kategoria ta odwołuje się do antropologii, która nie może się zgodzić na absolutną indywidualizację bytu ludzkiego, mającego już choćby ze zdroworozsądkowego punktu widzenia charakter czy też wymiar społeczny. Dyskusji o dobru wspólnym nie sprzyja dominująca dziś mentalność, dla której prywatyzacja przekonań, wierzeń, sposobów zachowań itd. to rzecz oczywista, bo odpowiadająca współczesnym, bardzo zróżnicowanym formom aktywności ekonomicznej, rozumianej jako realizacja własnego, indywidualnego interesu. Nie bez znaczenia jest też stałe przywoływanie doświadczeń dwudziestowiecznych ideologii totalitarnych, które do absurdu sprowadziły ideę tego, co wspólne, i tym samym podkopały zaufanie do samego pojęcia dobra wspólnego. A jednak dobro wspólne to jedna z najbardziej podstawowych kategorii nauki społecznej Kościoła, wymagająca stałego namysłu i adekwatnych interpretacji ze strony lu- 14 dzi wierzących, zwłaszcza tych, którzy podejmują odpowiedzialność na polu społecznym i politycznym. Tym, co w tych interpretacjach wydaje się szczególnie ważne, jest podkreślanie realizmu chrześcijańskiej antropologii, który nie pozwala ani na skrajny moralizm („nieistotne są indywidualne korzyści”), ani na skrajny indywidualizm („liczą się tylko indywidualne interesy”). Jak pisał Jan Paweł II, „dobro wspólne nie jest zwykłą sumą korzyści partykularnych, ale wymaga ich oceny i pogodzenia w oparciu o sprawiedliwą hierarchię wartości i, w ostatecznym roz- SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 rachunku, o właściwe rozumienie godności i praw osoby” (CA 47). Ze wszech miar zrozumiałe jest zatem, że nasi włoscy przyjaciele z „La Società” i Fundacji „Giuseppe Toniolo”, przygotowujący się do zaplanowanego na jesień tego roku 49. Tygodnia Społecznego, który odbędzie się pod hasłem „Dobro wspólne: zadanie, które przychodzi z daleka”, zamierzają we wszystkich tegorocznych numerach naszego czasopisma szczególną uwagę poświęcić temu zagadnieniu. Bieżący numer jest taką właśnie monograficzną próbą wsparcia dla tych przygotowań. OD REDAKCJI W kierunku Tygodni Społecznych Katolików Włoskich Claudio Gentili Dyrektor „La Società” W 2007 r. mija sto lat od pierwszego Tygodnia Społecznego Katolików Włoskich, który odbył się w Pistoi w dniach 23-28 września 1907 r. Tydzień 45. odbędzie się w Pistoi i Pizie w dniach 18-21 października 2007 r. i będzie miał temat „Dobro wspólne: zadanie, które przychodzi z daleka”. Promotorem pierwszego tygodnia społecznego był Giuseppe Toniolo, protagonista ruchu katolickiego z przełomu wieków XIX i XX. Nasze czasopismo, wydawane przez Fundację „Giuseppe Toniolo” z Werony, poświęci temu wydarzeniu wszystkie numery w bieżącym roku. W tym numerze publikujemy niektóre opracowania na temat dobra wspólnego. W następnych pogłębimy niektóre aspekty tego zagadnienia. Zależy nam jednak na tym, żeby na początku zaznaczyć, jaki format chcemy nadać naszemu udziałowi w przygotowaniu do tygodnia społecznego i jakie byłyby niektóre nasze oczekiwania związane z tym ważnym wydarzeniem. Chcielibyśmy, żeby stulecie tygo- dni społecznych było wydarzeniem kościelnym (w stylu ostatniej Werony) i publicznym, które by poprzedzały i za którym by szły okazje do pogłębienia treści oraz prawdziwe plany formacji świadomości społecznej katolików, mogące uaktywnić, na wzór Retinopera, stowarzyszenia i ruchy kościelne. Wiemy, że – jak to miało miejsce w czasie tygodnia społecznego w Bolonii, gdzie szczególnie znaczącą rolę odegrało Retinopera (ale nie było tak w Neapolu) – wiele instytucji kościelnych podjęło już działania i że za nimi pójdą dalsze. Chcielibyśmy, żeby zjazd w Pizie i Pistoi powiedział coś zachęcającego włoskiej polityce. W sytuacji polityki ubogiej w ideały, zadowalającej się myśleniem na bliską metę, funkcjonującej w rytmie telewizyjnych talk show, gdzie każda debata zamienia się w kłótnię, dialektyka staje się nieprzyjaźnią, a porządek obrad jest narzucony przez modę kronikarską, tydzień społeczny może powiedzieć i dać wiele. Dziś, wobec nacisku indywidualizmu, który z praw indywidual- 16 nych czyni kryterium odniesienia dla wszelkich projektów legislacyjnych, trzeba na nowo podnosić społeczny wymiar człowieka, jego zdolność do wchodzenia w relacje, potrzebę drugiego i zdolność do wychodzenia naprzeciw potrzebom drugiego. To już jest czwarty tydzień społeczny poświęcony dobru wspólnemu. Trzeba przypominać wkład katolików włoskich w dobro wspólne kraju, zwracając wzrok ku historii, ale też wytężając go ku proroctwu. Dobro wspólne, obok prymatu osoby, zasady pomocniczości i zasady solidarności jest jednym z czterech filarów NSK. Dobro wspólne nie jest chciejstwem, ale wezwaniem do znalezienia metody, żeby służyć krajowi i jego przyszłości, wykraczając poza politykę zredukowaną do konfliktu przyjaciel-nieprzyjaciel, poza kłótliwy bipolaryzm, na drodze ku dojrzałej demokracji i otwartego społeczeństwa. Dokument przygotowawczy przypomina definicję dobra wspólnego z Kompendium nauki społecznej Kościoła i odróżnia je od dobra ogólnego. Dobro ogólne jest zawsze sumą, której składnikami są dobra indywidualne; dla podniesienia wyniku można zrezygnować z czyjegoś dobra. Natomiast dobro wspólne nie dopuszcza poświęcenia czyjegoś dobra dla powiększenia dobra kogoś innego. W ostatnim wieku Ewangelia, poczynając od Rerum novarum, zaowocowała SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 we Włoszech dziełami społecznymi. Wystarczy cofnąć się pamięcią do tematów tygodni społecznych, żeby sobie to uświadomić: w 1907 r. mówiono o szkole, współpracy, umowach o pracę, w 1908 r. o kwestii agrarnej, w 1910 r. o problemach rodziny, a w 1913 r. o wolnościach obywatelskich. Długa historia tygodni społecznych została znacząco przerwana: nie w dobie faszyzmu – jak można by się spodziewać – ale w latach 1970-1991. Powody takiego kroku powinno się przypomnieć i przemyśleć w świetle nowej sytuacji społecznej i kulturowej. Nie bez znaczenia jest to, że tygodnie społeczne zostały zawieszone po 1968 r.; wtedy to współgrało z ideą, że naukę społeczną można odesłać do archiwum jako zawadzającą ideologię trzeciej drogi w momencie, gdy pewne nurty teologii wyzwolenia zyskiwały uznanie. W tymże 20-leciu ostro krytykowano NSK, chcąc rozstać się z rzekomym integralizmem. Wystarczy przypomnieć tekst o. Marie-Dominique’a Chenu z 1971 r., mający już wtedy pogrzebać NSK. Krytyka wychodziła z dwóch bardzo podobnych, aczkolwiek pozornie przeciwnych motywów, którymi były: szukanie ziemskiego mesjanizmu, który Kongregacja Nauki Wiary w nocie doktrynalnej z 2002 r. z nazywa profetyzmem bez Boga, oraz świeckość pojęta jako neutralność i rezygnacja z pu- CLAUDIO GENTILI, W kierunku Tygodni Społecznych Katolików Włoskich blicznej obecności chrześcijańskiego orędzia. Nie jest też bez znaczenia, że tygodnie odradzają się w 1991 r. w sytuacji całkowicie zmienionej po 20 latach tak wielkiej dezorientacji katolików. Nie przypadkiem jest to rok encykliki Centesimus annus, która razem z Laborem exercens i Sollicitudo rei socialis przywróciła NSK – rozumianej oczywiście nie jako ideologia, ale jako dziedzina teologii moralnej – pełne obywatelstwo w debacie kościelnej i praktyce formacyjnej stowarzyszeń i parafii. Trzeba przyznać pełną zasługę Janowi Pawłowi II, który już od przemówienia do CELAM w Puebla w 1979 r. odważnie godził NSK, opcję preferencyjną na rzecz ubogich i kwestię antropologiczną. Format zatem, jaki chcielibyśmy nadać naszemu udziałowi w czasie przed tygodniem społecznym, to ponowne odkrycie Ewangelii społecznej albo, jeśli kto woli, „społeczny wymiar dogmatu”. Żyjemy w czasie, kiedy trzeba godzić autonomię świeckich i przynależność kościelną. Przyjęcie NSK i posługiwanie się nią jako narzędziem w odczytywaniu znaków czasów i w ewangelizacji sfery społecznej zakłada silne przylgnięcie do magisterium Kościoła. Bycie dojrzałym chrześcijaninem oznacza najpierw przyswojenie sobie podstaw nauczania Kościoła i umiejętność wcielania ich w codzienność przez zdrową mediację polityczną. 17 Tymczasem mamy często trudność w uznaniu Kościoła, czyli całego Ludu Bożego, za matkę i nauczycielkę – matkę wielkoduszną i wymagającą, nauczycielkę światłą i wiarygodną, zawsze gotową do sprawowania opieki, ale też zawsze uważającą na naszą formację, gdyż formacja dorosłych odbywa się w wielkim łożysku osobistej wolności i odpowiedzialności. Tylko laikat prawdziwie „dojrzały”, który wyszedł z fazy młodzieńczego konfliktu z duszpasterzami, może wypełnić zadanie w planie społecznym i politycznym. Przede wszystkim katolicy działający w polityce potrzebują dodatkowej formacji. Studiositas jako cecha inteligencji wydaje mi się dzisiaj coraz rzadsza; wielu uważa, że rzeczą laikatu jest swobodnie mówić o tym, czego się dobrze nie zna. Godność osoby ludzkiej jest dobrem, jakiego nie wolno negocjować w duchu kompromisu między demokracją a relatywizmem, który Jan Paweł II w Centesimus annus nazwał zakamuflowanym totalitaryzmem. Jak przypomina encyklika Deus caritas est (nr 28), NSK jest na przecięciu wiary i rozumu, a kwestia antropologiczna jest nierozdzielnie związana z kwestią społeczną. Temat dobra wspólnego ma zatem odbicie w gorących debatach ostatnich miesięcy na tematy „etycznie wrażliwe”. Kiedy Kościół włącza się w debatę publiczną, wtedy mówi się, że to ingerencja i każe mu 18 się zajmować więcej Bogiem – jak gdyby Bóg miał tryumfować na gruzach człowieka. Doświadczenia takie jak Giuseppego Toniola i Dzieła Kongresów są przykładem działania laikatu dojrzałego, który zrozumiał, że jeśli Bóg stał się człowiekiem, to trzeba szukać w człowieku oblicza Bożego – przede wszystkim w człowieku upokorzonym i znieważonym, potrzebującym społecznego wyzwolenia. Prosząc Czytelników o wybaczenie tego, że schodzę na poziom języka potocznego, myślę, że trzeba posłużyć się frazesami relatywistycznej wulgaty, które są już częścią kulturowego wyposażenia wielu katolików, żeby dojść do sedna tej refleksji. Oto nierzadko można usłyszeć z ust praktykującego katolika: „Opieram się na wartościach chrześcijańskiej tradycji i postawiłem w życiu na rodzinę, ale to nie upoważnia mnie w ramach laickiego państwa do żądania, aby wszyscy, także niekatolicy, dostosowali się do moich wartości”. To jest kulturowy i edukacyjny splot, nad którym tydzień społeczny powinien moim zdaniem podjąć refleksję. Spróbujmy to samo włożyć w usta związkowcowi albo ekologowi, pozostawiając na boku kwestie wyznaniowe: „Jestem związkowcem, wierzę w wartość godności pracującej osoby ludzkiej i nie chcę, żeby była ona wyzyskiwana, ale nie narzucam nigdy swoich wartości. SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 Co więcej, godzę się, żeby prawo nie zobowiązywało nikogo do akceptowania moich wartości. Nie mogę na drodze prawnej powstrzymać wyzysku”. Spróbujmy pomyśleć, do czego doprowadziłby lider zielonych, który by twierdził: „Jestem ekologiem, sprzeciwiam się skażeniu środowiska, ale nie przeszkodzę temu, żeby kto chce, mógł swobodnie to czynić. Nie mogę narzucać mu swoich wartości”. Żaden związkowiec, żaden ekolog nie zgodziłby się na „relatywizowanie” swoich wartości. Może natomiast się zdarzyć, że katolicy działający w polityce, ale nie mający solidnej formacji w zakresie NSK, wybrawszy inne źródła informacji i formacji, będą uważali nauczanie Kościoła za obce, jeśli nie wrogie, i będą chcieli, żeby zamilkło. Naturalnie, jest rzeczą świeckich (dodam: mających dobrze uformowaną świadomość społeczną) zajmowanie się na sposób świecki, autonomiczny i odpowiedzialny sprawami doczesnymi. Ale jak nikt nie spodziewa się, żeby ekolog zgadzał się na kompromisy w sprawie zanieczyszczeń, a związkowiec rezygnował z chronienia pracowników, tak od katolika działającego po świecku w polityce oczekuje się wyrazistości co do podstawowych wartości chrześcijańskiej koncepcji życia i osoby – i nie tylko wyrazistości, ale też umiejętności dialogu i zyskiwania poparcia. CLAUDIO GENTILI, W kierunku Tygodni Społecznych Katolików Włoskich Najlepszymi stronami historii ruchu katolickiego są nie te nieprzejednane, ale te prowadzące dialog. Naturalnie, żeby prowadzić dialog, trzeba mieć tożsamość i solidną świadomość społeczną, której jednak często wydaje się brakować u dyletantów dialogu. Ale trzeba pamiętać, że kiedy Kościół wybierał nieprzejednanie, nie zaszedł daleko. Nasze „nie” są zawsze naszymi „tak” dla życia, pokoju, dla rodziny, najsłabszych. Pokój, usankcjonowany w art. 11 konstytucji, i rodzina, uznana w art. 29 (jednako rezultat działania katolików, którzy umieli prowadzić dialog i uzyskać poparcie strony laickiej) simul stabunt, simul cadunt. Nie można dzielnymi nazywać katolików, gdy bronią pokoju, a wzywać ich do milczenia, gdy mówią o życiu albo rodzinie. Dobro wspólne jest celem polityki i jest niepodzielne. Jak angażujemy się na rzecz pokoju, zachowania stworzenia i sprawiedliwości społecznej, tak powinniśmy walczyć w obronie życia, naturalnej rodziny, małżeństwa i o to, żeby w przyszłości byli nadal ojcowie i matki (a nie rodzice A i B). Gdy chodzi o życie i rodzinę, w trudnej sytuacji są katolicy popierający lewicę (tak jak w kryzysie są katolicy z prawicy, gdy mowa o pokoju i imigrantach). Ma to swoje wyjaśnienie. NSK wydaje się podzielona na dwie części w swoim ustosunkowaniu się do myśli 19 zachodniej. Jedna podejmuje wielkie tematy pokoju, niestosowania przemocy, sprawiedliwości dla wszystkich, troski o biednych i poszanowania stworzenia. Ta część cieszy się wielkim uznaniem świata laickiego, ale grozi jej czasami skażenie moralizmem politycznym. Druga część NSK akcentuje sprawę życia ludzkiego, rodziny, małżeństwa; ta ma uznanie na poziomie świadomości społecznej, ale jest silnie blokowana przez mass media i elity intelektualne, gdyż mocno kontrastuje z panującym relatywizmem. Trzeba odrzucić błędne przekonanie, że podmiotowe prawa naturalne (do życia, wolności, własności) i społeczne prawa obywatelstwa (do ochrony przez różne formy welfare) są ze sobą niezgodne i że dla obrony tych drugich trzeba ograniczać pierwsze. W sprawach społeczno-gospodarczych prawica żąda więcej wolności i elastyczności, a lewica – więcej redystrybucji i bezpieczeństwa. Ale w dziedzinie bioetyki to tradycyjne XIX-wieczne rozróżnienie upada: lewica chce więcej wolności, a prawica więcej bezpieczeństwa. Na przykład przeciwnicy tymczasowego zatrudnienia domagają się instytucjonalizacji tymczasowości w relacjach uczuciowych. Antyliberysta w polityce społecznej staje się ultraliberystą w sprawie konkubinatów. Kto akcentuje wśród tematów etycznie wrażliwych bezpieczeń- 20 stwo i ochronę najsłabszych, wybiera liberyzm w kwestiach gospodarczych. Ten dualizm jest następstwem wyrzucenia tematu dobra wspólnego z politycznej debaty we Włoszech. Każe nam na nowo przemyśleć samo zastosowanie bipolaryzmu w społeczeństwie włoskim. Sprowadzanie każdej kwestii do takiej polaryzacji zubaża mediację polityczną i rozrywa tkankę spajającą kraj. Przywrócenie dobra wspólnego do obiegu politycznego we Włoszech oznacza pójście po linii wielkich mediacji realizowanych przez ruch katolicki (popolarzy, Kodeks z Camaldoli, konstytucja, chadecja) i podejmowanie nowych dzieł odpowiadających na res novae. Przyjąć perspektywę wiary oznacza czynić dzieła. Gdy się działa, powstaje prawdziwa konwergencja i zanikają dysputy. Naturalnie, działanie chrześcijanina SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 bierze się z serca nawróconego do Chrystusa i opiera się na świadomości społecznej, którą kształtuje się tylko przez cierpliwe studium, rozeznanie, słuchanie, stroniąc od propagandy i powierzchowności. Benedykt XVI przypomniał w Weronie: „Kościół nie jest i nie zamierza być podmiotem politycznym. Równocześnie jest głęboko zainteresowany dobrem wspólnoty politycznej, której duszą jest sprawiedliwość, i tym wnosi swój specyficzny wkład. Wiara chrześcijańska oczyszcza rozum i pomaga mu być bardziej sobą; dlatego przez swoją naukę społeczną, uzasadnioną tym, co jest zgodne z naturą każdego bytu ludzkiego, Kościół przyczynia się do tego, aby to, co sprawiedliwe, mogło być należycie poznane i następnie realizowane”. Tłum. Tadeusz Żeleźnik FORUM Polityczna nowość partii demokratycznej* Luca Diotallevi Uniwersytet Roma Tre Rzym Wstęp Uważam, że jeśli naukowiec został poproszony o sformułowanie paru uwag na temat nowego charakteru współczesnej polityki i jej stosunku do pozostałej części sfery społecznej, to powinien poprzedzić swoje rozważania jakimś wyjaśnieniem. Chodzi bowiem o uznanie, iż owa nowość nie może po prostu zostać przez naukę odnotowana i „wyłożona” ogółowi, ponieważ wcześniej musi zostać dopuszczona – dopuszczona jako coś, co wymaga poważnego aktu pokory. Te same ogólne przekształcenia społeczne, które doprowadziły do powstania omawianej nowości – nowości w polityce – stanowią demaskację obiektywistycznych zapędów przednowoczesnej nauki, która dążyła do zdominowania i wchłonięcia wszystkich innych form poznania. Teraz nauka późnej nowoczesności znowu przyznaje, że również polityka zasługuje na własną dziedzinę wiedzy. Dlatego więc nie do nauki należy mówić polityce, co ta powinna robić. Nau- ka nie może już dostarczać polityce prawdziwościowych wytycznych, które ta ma realizować, polityka zaś nie może bronić się przed badaniami naukowymi, ganiąc ich krytyczność albo „abstrakcyjność”. Polityka musi brać na siebie własną odpowiedzialność, od której żadna dyscyplina naukowa nie może jej uwolnić. Nauka i polityka – i nie tylko one – znowu więc znoszą się nawzajem, przy czym nie wymieniają między sobą rozwiązań ani uzasadnień, lecz stawiają sobie problemy. Problemy te nie mają z góry określonych odpowiedzi, jednak ich unikanie skutkuje lub powinno skutkować kompromitacją. 1. Postawienie problemu Zdystansowawszy się w ten sposób od pewnej pseudointelektualnej arogancji, chciałbym zmie––––––––––––– * Referat wygłoszony podczas seminarium „Nowa polityka dla nowego społeczeństwa”, które odbyło się 13 stycznia 2007 r. w Gradarze. 128 rzyć się z tematem – trochę emfatycznie sformułowanym, prawdę mówiąc – który mi zaproponowano: „Nowa polityka dla nowego społeczeństwa”; zamierzam najpierw zinterpretować go w możliwie najpraktyczniejszym aspekcie, a następnie ująć w formie kilku pytań. Zadany mi temat dotyczy nowych sposobów, w jakie polityka może przyczyniać się do kształtowania nowego społeczeństwa. Stwierdziłem, że najbardziej adekwatne pytania, które można w związku z tą kwestią postawić, wiążą się z projektem „partii demokratycznej” jako przedsięwzięcia politycznego znajdującego się w centrum zainteresowania i wysiłków wielu uczestników tego seminarium. Uznałem, że poszukiwanie zagadnień odmiennych od powyższego, będzie stratą czasu. 2. Perspektywy innowacji politycznej Historia instytucji i organizacji politycznych w drugiej połowie XX w. zarejestrowała na scenie Europy kontynentalnej kryzys i wyraźne objawy nieciągłości, które można przyjąć za punkty odniesienia w skonkretyzowaniu tezy wskazanej w temacie naszych obrad. Jest to bez wątpienia kryzys, zresztą już ogłoszony, państwa jako szczególnej formy autoorganizacji systemu SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 politycznego, państwa jako charakterystycznego wkładu Europy kontynentalnej w rozleglejsze, zróżnicowane dzieje modernizacji politycznej. Do uszczegółowienia tych twierdzeń niech przyczynią się dwie obserwacje. W fakcie kryzysu państwa można dostrzegać najznaczniejsze przerwanie ciągłości politycznej, jakiego świadkami w ubiegłym wieku byli zarówno ci, którzy patrzą na to zjawisko przychylnie, jak i ci, którzy nade wszystko obawiają się jego następstw. Skłania nas to, żebyśmy spojrzeli w tym właśnie kierunku, jeżeli chcemy naprawdę znaleźć coś, co należycie wsparłoby naszą retorykę nowości. Nie sądzę, by dzisiaj na terenie społeczno-politycznym występowała ważniejsza nowość niż kryzys państwa. Fakt, że ten postępujący kryzys cechuje się lokalnym zasięgiem, ponieważ nie obejmuje stateless societies politycznej nowoczesności anglosaskiej, jeszcze bardziej konkretyzuje problematykę i w prowadzonej refleksji pozwala uniknąć ogólnikowego tonu „dziejowego”. Istnieją ważkie przesłanki dla tego, żeby kwestię nowości politycznej rozumieć dzisiaj przede wszystkim jako zagadnienie dotyczące możliwości udzielenia niekonserwatywnych odpowiedzi na kryzys państwa i jego zewnętrznej formy „państwa socjalnego”. Jak wiadomo, zrazu klasyczna myśl polityczna, a z kolei myśl po- LUCA DIOTALLEVI, Polityczna nowość partii demokratycznej lityczna anglosaskiego odłamu nowożytności przyznały bezpośrednie znaczenie polityczne każdej funkcji społecznej; innymi słowy, uznały, że gospodarka, religia, nauka, rodzina itd. przyczyniają się w szczególny i bezpośredni sposób do budowania miasta i jego przestrzeni publicznej. Natomiast w Europie kontynentalnej nowożytność dąży do tego, by za pomocą państwa ujmować i kontrolować miasto jako projekt wyłącznie i bezpośrednio polityczny. Od pokoju westfalskiego po drugą połowę XX w. kultura Europy kontynentalnej jest opanowana ideą prymatu polityki względem pozostałych funkcji społecznych, ideą przejęcia wszelkich kompetencji obywatelskich (albo politycznych w klasycznym tego słowa znaczeniu) przez politykę (w sensie nowożytnym). W dokładnie wyznaczonym zakresie przestrzennym (Europa kontynentalna) i czasowym (trzy stulecia) państwo jest formą zarówno autoorganizacji systemu politycznego (dążącą do utrzymania statusu jedynej), jak i regulacji stosunków między polityką a pozostałymi funkcjami społecznymi (właśnie z hegemonią tej pierwszej). Fakt, że w naszej części Europy kontynentalnej często próbuje się przedstawiać kryzys państwa jako kryzys polityki tout court, świadczy tylko o tym, jak zaprawione w boju i pozbawione intelektualnych skrupułów są lobby związane ze starym 129 monopolem społecznym polityki. Nie trzeba bowiem sięgać pamięcią dalej niż kilka miesięcy wstecz, aby znaleźć dziesiątki autorytatywnych opracowań 1 pełnych znakomitych argumentów w ostateczności skłaniających do poważnego namysłu nad tym, czy to nie wciąż nadmierna obecność państwa, nawet będącego w rozsypce, stanowi przyczynę kryzysu polityki, przyczynę niedostatecznej ilości i jakości wkładu, jaki do przedsięwzięć obywatelskich może pochodzić od systemu politycznego. Zresztą, co dobrze pokazał np. Panebianco, również w Europie kontynentalnej kryzys państwa nie pozostawia po sobie pustki politycznej ani zwykłych zgliszczy. Tym samym dochodzimy do kwestii: jaka polityka byłaby właściwa w Europie kontynentalnej, w szczególności we Włoszech, po „stuleciu socjaldemokratycznym” 2? Przyjmuję za pewnik, że zróżnicowany i nierzadko dobrze zamaskowany front konserwatywnych państwowców bynajmniej nie wygasł. Na szczęście kres państwa jest po prostu zejściem polityki na szczebel świecki. Jest to uznanie, z jednej strony, wymogu pełnej odpowiedzialności osobistej za działalność polityczną, z drugiej zaś – bezpośredniej, ale też cząstkowej i z konieczności obarczonej odpowiedzialnością, kompetencji politycznej każdej organizacji i instytucji społecznej. Gdybyśmy np. mieli 130 skoncentrować się na stosunkach między polityką a religią, moglibyśmy zauważyć, że ów kryzys państwa jest kryzysem modelu i przednowoczesnego mitu świeckości w obliczu nienajgorszej, dzięki Bogu, pozycji religious freedom jako odpowiedzi – równorzędnej i alternatywnej względem laïcité – na typowo chrześcijański i nowożytny wymóg rozdzielenia polityki i religii w obrębie tej przestrzeni publicznej, do której ożywiania obydwie w sposób niezastąpiony się przyczyniają. Tym sposobem dochodzimy do sedna problemu: czy „partię demokratyczną”, o której mowa, daje się uznać za cel i narzędzie nowej polityki w powyżej wyłuszczonym sensie? W dalszym ciągu rozważań chciałbym przełożyć to ogólne pytanie na kilka zagadnień bardziej szczegółowych, które z pewnością są bardziej wycinkowe, ale też trudniejsze do pominięcia. W pełni zdaję sobie sprawę, że pytanie może wydawać się zbędne. Wiadomo bowiem, że nazwą „partia demokratyczna” określa się główna niesocjaldemokratyczna formacja lewicowa działająca na scenie politycznej zaawansowanych demokracji, czyli Partia Demokratyczna w USA. Właśnie ze ścisłej współpracy na tym gruncie za prezydentury Williama Clintona w łonie Partii Europejskich Socjalistów (PES) dojrzała najbardziej znacząca i udana próba wykroczenia poza SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 paradygmat socjaldemokratyczny w nurcie new labour Anthony’ego Blaira i left of center Blaira i Clintona. Niemniej warto zachowywać ostrożność ze względu na rozpowszechnienie transformizmu i beztroskę kulturową wielu przedstawicieli włoskiej klasy politycznej, z powodu których można np. zaliczyć do jednego panteonu Boba Kennedy’ego i Enrica Berlinguera (dokonując tym samym aktu synkretyzmu, którego mogliby pozazdrościć przedstawiciele New Age). Sformułujmy zatem kilka dokładniejszych pytań, aby wyjaśnić przynajmniej w niektórych aspektach związek między obserwowanym dzisiaj planowaniem i tworzeniem „partii demokratycznej” a wymogami odnowionej polityki. 3. Pytanie pierwsze Wyjście z epoki socjaldemokratycznej, wykroczenie poza „europejski (kontynentalny) model społeczny”, dokonuje się po stronie zarówno centrolewicy, jak i centroprawicy, a to z dwóch co najmniej przyczyn: – dlatego, że etatyzm jest wzorcem kultury politycznej i modelem organizacji dominującym nie tylko wśród socjaldemokratów, lecz także rozmaitego pokroju konserwatystów, chadeków i liberałów na południe od Kanału La Manche i na wschód od Oceanu Atlantyckiego; LUCA DIOTALLEVI, Polityczna nowość partii demokratycznej – dlatego, że w obrębie każdego lokalnego systemu politycznego wykroczenie poza „europejski model społeczny” mogło się dokonać i historycznie się dokonało tak „przez prawicę” jak „przez lewicę”. Osobiście uważam, że z punktu widzenia etyki publicznej można uznać za pożądane, aby nastąpiło przejście od ustroju politycznego takiego jak europejski model społeczny, w którym w imię zasad sprawiedliwości utrwala się sytuacje realnej nierówności, do ustroju politycznego, w którym dąży się do wyrównania szans; przejście takie można by określić jako progresywne, liberalne, demokratyczne albo reformistyczne. W związku z tym należałoby uznać, że nie istnieją ani faktyczne, ani formalne przesłanki, dla których motorem i interpretatorem tego przekształcenia miałaby koniecznie stać się lewica, a nie prawica. Co więcej – rzut oka tylko na włoską historię polityczną skłaniałby w zasadzie do odwrotnego rozumowania. (Z pewnością trudno zaprzeczyć temu, że Chrześcijańska Demokracja i rządy Alcidego De Gasperiego okazały się o wiele bardziej reformatorsko i innowacyjnie nastawione niż ówczesna i późniejsza Włoska Partia Komunistyczna – WPK). Tak czy owak ograniczymy się po prostu do stwierdzenia, że przede wszystkim nie istnieje żadna konieczność, by wyjście poza „europejski model społeczny” miało w ogóle nastąpić, 131 a po wtóre – by ewentualnie zostało dokonane z inicjatywy podmiotu politycznego o orientacji centrolewicowej. Problem brzmi: czy interesy reformistów kiedykolwiek zdobędą przewagę przynajmniej we włoskiej koalicji politycznej? A jeśli tak – to w centrolewicy czy w centroprawicy? I wreszcie: która koalicja zwycięży – reformistyczna czy konserwatywna? Można jeszcze postawić kilka prowokujących, ale niebezpodstawnych pytań: Kto dzisiaj chroni się pod parasolem polityki zagranicznej Jacques’a Chiraca (centroprawica czy raczej centrolewica), a kto – Blaira (centrolewica czy raczej centroprawica)? Kto popiera propozycję Angeli Merkel, by utworzyć wspólny rynek USA-UE – centroprawica czy centrolewica? Poza tym, zważywszy na fakt, że nie stoimy w obliczu żadnej konieczności politycznej: „partia demokratyczna” to określenie przedsięwzięcia politycznego zmierzającego do połączenia interesów w celu wyjścia poza „europejski model społeczny” czy interesów przeciwnych, wynikających z konserwatywnego projektu związanego z tym szczególnym typem równowagi społeczno-politycznej? Jeżeli zachodzi ta pierwsza ewentualność, czyli jeżeli dąży się do zapewnienia, by po stronie centrolewicy dominował program, nurt i kompleks rozwiązań organizacyjnych postsocjalde- 132 mokratycznych, powstaje pytanie, dlaczego w debacie o „partii demokratycznej” kładzie się tak silny nacisk na wejście tej formacji w skład PES. Dlaczego nie nadaje się strategicznej, wyróżnionej rangi porozumieniu z tymi mniejszościami (jednak zwycięskimi!), które faktycznie szykują się do opuszczenia PES (przede wszystkim brytyjskimi i skandynawskimi) i mogłyby przystąpić do projektu „europejskiej partii demokratycznej”? Jak może zdobyć wiarygodność we Włoszech, jako lewicowa formacja postsocjaldemokratyczna, partia demokratyczna czyniąca głównym punktem swojej tożsamości wejście do partii socjalistycznej na poziomie ogólnoeuropejskim, gdzie tak czy inaczej ukształtuje się podstawowa struktura systemu partyjnego, który w najbliższych dziesięcioleciach będzie obecny na krajowych scenach politycznych? Krótko mówiąc: dlaczego jeszcze nie została postawiona kwestia europejskiej partii demokratycznej, chociaż istnieją liczne warunki do tego, jak też sama potrzeba? 4. Pytanie drugie Czy jeżeli patrzy się z zewnątrz, to włoska debata o partii demokratycznej wydaje się zdominowana przez większość Demokratów Lewicy (DL), którzy ją przyśpieszają, i przez większość z ugrupowa- SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 nia Demokracja i Wolność (La Margherita), która ją spowalnia? Kwestia jest nie pozbawiona znaczenia ze względu na ogólne zagadnienie, które postawiliśmy, tzn., czy partia demokratyczna jest, czy nie jest projektem politycznym lewicy nie opowiadającej się za zachowaniem „europejskiego modelu społecznego”. Wiadomo, że polityczna kultura socjaldemokratyczna mieści się w obrębie wyznaczonym przez „europejski (kontynentalny) model społeczny”, natomiast popolaryzm w sensie, który temu określeniu nadali Luigi Sturzo i Alcide De Gasperi, jest jedną z niewielu w Europie niesocjaldemokratycznych kultur politycznych o orientacji reformistycznej. W związku z tym nacisk DL na utworzenie partii demokratycznej i szczególna oziębłość popolarów z La Margherita same w sobie dają powód do niepokoju, a przynajmniej zakłopotania – i to niezależnie od tego, co oznaczają: czy to, że projektowana partia demokratyczna ma nie reprezentować włoską lewicę postsocjaldemokratyczną, ale stanowić kolejną „operację plastyczną” przeprowadzaną na klasycznej lewicy konserwatywnej; czy to, że losy partii demokratycznej potoczą się w sposób charakterystyczny dla włoskiej kultury politycznej, w której wśród walk i przesunięć w ramach klasy politycznej zagadnienia merytoryczne, dotyczące priorytetów i mo- LUCA DIOTALLEVI, Polityczna nowość partii demokratycznej deli polityki, mają o wiele mniejsze znaczenie niż w innych zaawansowanych demokracjach, albo wręcz nie mają żadnego znaczenia. Czy popolarzy z La Margherita nie biorą się za kierowanie procesem tworzenia partii demokratycznej dlatego, że naprawdę są reformatorami i wątpią w to, iż koalicja reformistów zawiąże się wokół centrolewicy, czy dlatego, że są zainteresowani utrzymaniem się na pośrednich pozycjach, które nie zapewniają przywództwa, ale przynoszą dochody? Z kolei fakt, że stęsknieni za czasami Giuseppego Dossettiego są gorącymi zwolennikami partii demokratycznej, nie wróży niczego dobrego z punktu widzenia reformistów. 5. Pytanie trzecie Do wymienionych dwóch pytań pragnę dodać trzecie. Chciałbym bardziej zwrócić uwagę na związek między interesami, klasą polityczną i instytucjami politycznymi, albo raczej na związek między interesami podmiotów społecznych (pozapolitycznych), interesami politycznymi (czyli interesami klasy politycznej i organizacji politycznych) oraz regułami rywalizacji politycznej (między podmiotami politycznymi i w ich obrębie). Każdy proces polityczny obejmuje wszystkie te trzy elementy. Sukces polityczny można zawsze rozumieć 133 m.in. jako zdolność do wygrywania we współzawodnictwie politycznym przez to, że potrafi się lepiej wykorzystywać reguły, także je modyfikując, oraz przez to, że wchodzi się w związki raczej z tymi niż innymi interesami. Zwycięstwo reformizmu nie jest zwycięstwem klasy politycznej po prostu nazywającej się reformistyczną, ale jest zwycięstwem reformistycznych interesów, reformistycznych instytucji politycznych i klasy politycznej, która narzuca reformistyczną politykę. Tak więc zagadnienie związku między innowacją polityczną a partią demokratyczną przekształca się w pytanie o istnienie takiego sektora klasy politycznej, który czułby się zagrożony i uważał propozycję reformistyczną za służącą jego przetrwaniu i umocnieniu się. Pytanie to dotyczy więc istnienia, spójności i ewentualnej koalicji interesów reformistycznych we włoskim społeczeństwie, dotyczy istnienia albo możliwości wprowadzenia reguł rywalizacji politycznej dopasowanej do celu panującej demokracji. Aby przynajmniej spróbować zastanowić się nad tą kwestią, trzeba oczyścić pole z pewnych stereotypów, zresztą charakterystycznych dla włoskiej debaty politycznej. Według pierwszego, bardzo niebezpiecznego stereotypu przekształcenia polityczne z konieczności są długotrwałe. Tymczasem dobrze wiemy, że przekształcenia po- 134 lityczne trwają dosyć krótko, a te najskuteczniejsze i najgłębiej sięgające z pewnością nie przebiegają dłużej niż inne. Według drugiego stereotypu, noszącego tylko trochę wyraźniejsze znamię prawdopodobieństwa, we włoskiej opinii publicznej brakuje dostatecznego przyzwolenia na transformację, a interesy reformistyczne nie występują w dostatecznym natężeniu lub nie są dostatecznie mobilne pod względem wyborczym, tak aby utworzyć większościową koalicję chociaż na jednym odcinku rywalizacji politycznej. Oczywiście tutaj nie miejsce na to, żeby zgłębiać tę kwestię tak, jak ona tego wymaga, można jednak zaproponować pewien kierunek rozważań. Przynajmniej od połowy lat 70. wieku XX, kiedy Aldo Moro przeprowadził analizę wyników wyborów samorządowych z 1975 r. i parlamentarnych z roku 1976, stało się jasne, że wyczerpaniu uległ pewien, różnorako definiowany, etap w dziejach krajowej polityki, który za Pietrem Scoppolą określiłbym mianem „republiki partii politycznych” (1991). W ciągu ostatnich 30 lat nie zabrakło przedsięwzięć w duchu innowacji politycznej; ich promotorami byli Aldo Moro, Ciriaco De Mita, Bettino Craxi, Francesco Cossiga, Achille Occhetto, Silvio Berlusconi. Ale wymieńmy także zjawisko lig politycznych i mobilizacje, które doprowadziły do zwycięstw w referendach: suk- SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 ces „nie” w referendum na temat zniesienia rozwodów, sukces sprzeciwu wobec prawa weta WPK w porozumieniu dotyczącym ruchomej skali płac, sukcesy w głosowaniu w sprawie proporcjonalnej ordynacji wyborczej. W tych przedsięwzięciach o charakterze innowacji politycznej, które wszakże musiały mieścić się w bardzo mocnych ramach reguł i władz konserwatywnych, nie zabrakło udanych prób uzyskania konsensusu politycznego, a zwłaszcza nowego konsensusu dotyczącego wstępnych przesłanek każdego z podmiotów. Przedsięwzięcia te zostały zdławione przez opozycję, spiski i zmiany sojuszy wewnątrz klasy politycznej, nie zaś przy urnach, przy których też nie nagrodzono później szczególnie spiskowców i transformistów. Te proste doświadczenia, tak jak obfite studia empiryczne rozmaitego rodzaju, potwierdzają – chociaż jeszcze w zgrubnym ujęciu – że we włoskiej opinii publicznej znajdują się zasoby konsensusu wystarczające przynajmniej do tego, by rozpocząć polityczną batalię reformistyczną. W dużej mierze mogą one podczas wyborów przemieścić się w kierunku, z którego nadejdzie wiarygodna polityczna oferta reformistyczna, jakikolwiek by on był. Gdyby oczyścić grunt z tych i innych stereotypów, można by lepiej dostrzec zarysy istotnego LUCA DIOTALLEVI, Polityczna nowość partii demokratycznej problemu – problemu klasy politycznej. Prawie cała włoska klasa polityczna została wychowana i wyselekcjonowana, niezależnie od faktycznej przynależności politycznej, według klucza centrowego. Rozumiemy przez to nie tyle nastawienie ideowe, ile pewien styl – skądinąd łączący się z niewielką wrażliwością na kwestie merytoryczne – skoncentrowany na mediowaniu między bardzo zróżnicowanymi sojusznikami i na zawieraniu kompromisów z przeciwnikami, nie zaś na współzawodnictwie sojuszników z obliczu współzawodnictwa przeciwników. Postawa taka najwierniej manifestuje się wtedy, kiedy klasa polityczna udaje, że stosuje instrumenty demokratyczne takie jak prawybory, realizując je w niezwykłym trybie, w którym wygrywający nikogo nie pokonuje, a przegrywający stawia warunki zwycięzcy. Znamiennym przykładem jest rozbieżność interesów między centrową klasą polityczną a głównym elektoratem. Ten ostatni chce móc wybierać, zanim zagłosuje. Natomiast centrowej klasie politycznej pozwala przetrwać to, że jak tylko możliwe stara się ona, by wybory i wyborcy w rzeczywistości o niczym nie decydowali. Powody, dla których typ centrowy dominuje we włoskiej klasie politycznej – po stronie zarówno centrolewicy, jak i centroprawicy – w czytelny i gwałtowny sposób 135 ujawniły się w krytykach wyrażonych po wystąpieniu Salvatorego Vassallo na ostatnim seminarium w Orvieto pt. Forma organizacyjna. Kolejna partia, nowa partia. Na przykład jest jasne, że centrowa klasa polityczna nie może tolerować reguł takich jak ta, zgodnie z którą przywódca partii zostaje kandydatem na premiera. Te reguły pozwalają zachować żywotność i strukturalną otwartość partiom, które je stosują; zarazem jednak zapobiegają wytworzeniu się klasy politycznej, a jeszcze wcześniej sprawiają, że utrzymywanie centrowej klasy politycznej staje się zbędnym kosztem i obciążeniem. Powodują też, że przywódcy partyjni są silni i trzeba się z nimi liczyć. W ciągu ostatnich 30 lat ogromna większość centrowej klasy politycznej umiała przeciwstawiać się inicjatywom reformistycznym, grając na własnym terenie instytucji i organizacji I Republiki [1948-1992]. W jej oporze i zwycięstwie prawdopodobnie nie było nic zaskakującego ani bezprawnego. Nie zmienia to faktu, że na tym polega pewien problem, albo nawet główny problem. Powiedzieliśmy: „nic zaskakującego”. Obecna włoska klasa polityczna została bowiem wychowana przez dominujące organizacje polityczne w okresie I Republiki i wyselekcjonowana zgodnie z ich pisanymi bądź niepisanymi regułami. Reguły te chronią klasę polityczną zarówno przed skutkami własnych 136 porażek politycznych (które zawsze udaje się jej przetrwać), jak i przed kryzysem w kraju. Z tej samej przyczyny nie ma nic dziwnego w tym, że również referendum wyborcze, nad którym się pracuje, jest uważane za cenny, choć ograniczony instrument powściągnięcia centrowej klasy politycznej. Najwyżej można się niepokoić słabym realnie oddźwiękiem, jaki ta kampania referendalna wywołuje pośród sponsorów i zwolenników partii demokratycznej. Również nowe, dwustopniowe wybory reprezentantów samorządowych wyglądają obiecująco, ale to jeszcze zbyt mało ze względu na ograniczoną liczbę znaczących jednostek terytorialnych, w których odbywa się rzeczywiste współzawodnictwo z centrum, jak i silne ograniczenie w postaci zasady proporcjonalnej, która została narzucona rywalizacji politycznej także na tym poziomie. Niemniej dominacja centrowej klasy politycznej nie jest problemem nierozwiązywalnym. Kiedy w polityce, zwłaszcza w demokracji, dochodzi do przerwania ciągłości – a dzięki Bogu dochodzi – dzieje się to zawsze m.in. z tej przyczyny, że ze względu na pewne inne sprzyjające uwarunkowania (we Włoszech występujące już co najmniej od 30 lat) pewien odłam dominującej klasy politycznej dokonuje zdrady i podejmuje ryzykowne i niekiedy uda- SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 ne przedsięwzięcie ogłoszenia następnej fazy. Dlaczego dokonuje zdrady? Dlatego, że czuje zagrożenie dla swojego bytu i poszukuje nowych dróg, nie czekając na donacje ani wielkoduszne pozwolenia z konserwatywnego nurtu dominującej klasy politycznej. Pomyślmy o tym, czego dokonali po lewej stronie swoich krajowych scen politycznych François Mitterand, William Clinton i Anthony Blair. W czasie gdy ich partie doznawały porażek, oni dokonali zdrady, zaryzykowali i odnieśli zwycięstwo. Dlatego trzecie zagadnienie, które chciałbym postawić, jest następujące: Czy w obrębie obecnej centrolewicowej klasy politycznej istnieje grupa, która czuje się bardziej zagrożona przez status quo niż przez perspektywę reformistycznej innowacji politycznej? Czy wśród przedsiębiorców politycznych działających w zakładzie partii demokratycznej są „zdrajcy” w powyżej wyłuszczonym sensie? A może w dalszym ciągu będzie brać górę solidarność klanowa, solidarność „wspólnot”, bez wątpienia prawomocnych, ale też obiektywnie, albo i intencjonalnie konserwatywnych. Krótko mówiąc: Dlaczego miałbym odstąpić od swojego deklaratywnego maksymalizmu i etatystycznego konserwatyzmu, jeżeli reformiści z centrolewicy wolą zgadzać się na moje weta, niż szukać porozumień dla zwycięstwa wyborczego, które po- LUCA DIOTALLEVI, Polityczna nowość partii demokratycznej zwoliłoby im prowadzić reformistyczną politykę? Jeżeli natomiast jestem naprawdę reformistą, jak mogę liczyć na wygranie rozgrywki, w której akurat uczestniczy tylko klasa polityczna w ogromnej mierze centrowa? Czy mam inny wybór prócz tego, by dokonać gwałtownej zmiany sytuacji, wprowadzając prawybory i bipolaryzm oraz zmuszając partię do tego, by nabrała otwartości przez uczynienie kandydata na premiera ze swojego przywódcy? Być może, dzisiejsi reformiści, tak jak niegdyś „milioryści”, trwają, oszczędzając na własnych ambicjach politycznych? Podsumowanie Podsumowując: jeżeli możemy mówić o nowym społeczeństwie i nowej polityce nie ogólnikowo, ale z minimalną dozą precyzji i pożytku, możemy to czynić w odniesieniu do tego społeczeństwa i tej polityki, które mogłyby pojawić się w naszej części Europy kontynentalnej po kresie „stulecia socjaldemokratycznego” i ponad kryzysem europejskiego (kontynentalnego) modelu społecznego. W tej perspektywie warto zadać sobie pytanie, czy projekt partii demokratycznej pod kierunkiem włoskiej centrolewicy będzie narzędziem takiego przezwyciężenia, czy wezwaniem – rzecz jasna, ze wszech miar uzasadnionym – do oporu i zachowa- 137 nia wszystkiego, co da się ocalić ze status quo. Skądinąd musimy przyzwyczaić się do rozróżnień wynikających z nieufności do określeń, które okoliczności uczyniły wieloznacznymi. Wskutek tego ta sama nazwa może oznaczać wręcz przeciwstawne strategie: „zjednoczona Europa” może być celem reformistów jako Blairowskie not a superstate but a superpower, ale też celem konserwatystów, jak Chirac, i redutą mocnej obrony „europejskiego modelu społecznego” i samego państwa. To ogólne zagadnienie można wyrazić w formie trzech, nieco bardziej szczegółowych: A. Czy wiarygodny jest projekt partii demokratycznej jako realnej innowacji politycznej, jeżeli ma on głównie polegać na przystąpieniu do PES i niestawianiu wewnątrz ani zewnątrz niej kwestii utworzenia europejskiej partii demokratycznej? B. Czy wiarygodna jest propozycja utworzenia partii demokratycznej jako realnej innowacji politycznej, jeżeli popolarzy zajmują stanowisko zachowawcze, a socjaldemokraci przejawiają entuzjastyczny zapał? C. Wreszcie jaką siłę w obrębie klasy politycznej, która wzięła na siebie zadanie tworzenia partii demokratycznej, posiada grupa „zdrajców” I Republiki i jej reguł politycznego współzawodnictwa wewnątrzpartyjnego i międzypartyjnego, które służyły neutralizacji interesów reformistycznych? 138 SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 Problem polega nie na tym, czy rodząca się partia demokratyczna będzie miała duszę, ale na tym, czy będzie miała duszę reformistyczną czy konserwatywną 3. Odnoszę wrażenie, że szansa na to, by partia demokratyczna przyjęła kształt i treści postsocjaldemokratycznego podmiotu politycznego, a więc stała się naprawdę innowacyjna, wynosi około 50 procent. Znaczy to, że mamy do czynienia z propozycją realistyczną. Sądzę też jednak, że ewentualne powodzenie tego procesu, czyli dominacja reformistów na centrolewicy, będzie poprzedzone starciem politycznym w obrębie lewicy i centrolewicy – starciem o rozmiarach, których się dzisiaj nie doszacowuje. Jedynym sposobem uniknięcia go jest zaniechanie projektu. Poza tym, jak każdy naprawdę innowacyjny proces polityczny, twórcy partii demokratycznej nie dysponują zbyt szerokim przedziałem czasu; w najlepszym wypadku przypada on na lata 2007-2008, po których nastąpią trzy lata wyborcze. Po tym okresie z pewnością nie skończy się historia, nawet historia lewicowego reformizmu we Włoszech, ale najprawdopodobniej wyczerpie się możliwość tego projektu jako reformistycznego i nastąpi równoczesny wzrost możliwości – już dzisiaj godnych uwagi – że czynnik reformistyczny skoncentruje się wokół centroprawicy. W świetle tych nielicznych uwag, które można uczynić na ten temat, wszystko wskazuje na to, że dla centrolewicowych reformistów rzeczą korzystną będzie przejść od razu do najostrzejszej fazy starcia. Jej tłem będą najprawdopodobniej dwa najbliższe kongresy DL i La Margherita oraz referendum wyborcze, w sprawie którego podpisy powinny zacząć być zbierane od kwietnia (jego sukces przynajmniej przybliżyłby do systemu bipolarnego, zdolnego premiować ofertę polityczną konsekwentnie reformistyczną, czego stale obawiają się centrowcy ze środka sceny politycznej i z jej krańców). W tych starciach politycznych trudno będzie odnosić wyraźne i pożyteczne zwycięstwa, jeżeli nie będzie się do nich dążyć od samego początku. Z takich zwycięstw cały kraj odniósłby korzyść, i tego też osobiście sobie życzę. Przypisy stato. Verso una costituzione globale?, Editoriale Scientifica, Napoli 2006. 2 Por. R. Dahrendorf, Al di là della crisi, Laterza, Roma – Bari 1984. 3 Por. N. Rossi, „Il Mulino”, grudzień 2006. 1 Zob. np.: A. Alesina – F. Giavazzi, Goodbye Europa. Cronache di un declino economico e politico, Rizzoli, Milano 2006; S. Cassese, Oltre lo Tłum. Paweł Borkowski KSIĄŻKI Janusz Mariański, Socjologia moralności, Wydawnictwo KUL, Lublin 2006, ss. 519 Stosunkowo niedawno (2005) została wznowiona jedna z najbardziej znanych i cenionych książek Marii Ossowskiej – Socjologia moralności. W momencie powstawania (1963) było to dzieło prekursorskie, o czym świadczą choćby jego przekłady lub mutacje ukazujące się w różnych krajach w latach późniejszych. Autorka, choć nie bezkrytyczna wobec swego dzieła, także miała poczucie wkraczania na teren niemal dziewiczy, wspominając, jak to niejednokrotnie musiała tłumaczyć zagranicznym kolegom sam sens istnienia subdyscypliny socjologicznej zajmującej się moralnością. Mimo upływu kilku dziesięcioleci socjologia moralności jest jeszcze ciągle tą gałęzią socjologii, która bywa zmuszana do walki o uznanie i naukową autonomię jako pewien korpus wiedzy, który nie chce i nie może być ani moralistyką, ani filozoficzną spekulacją na tematy etyczne, lecz pełni funkcje diagnostyczne i wyjaśniające w zakresie społecznie odczuwanych i uznawanych wartości i norm moralnych oraz podejmowanych przez ludzi decyzji i działań. Dlatego trzeba powitać z uznaniem ukazanie się obszernej publikacji, której tytuł, do pewnego 149 przynajmniej stopnia, zapowiada kontynuację podjętych niegdyś przez Ossowską wysiłków. J. Mariański ponownie stara się usystematyzować najważniejsze problemy teoretyczne i metodologiczne socjologii moralności po kilkunastu latach od wydania swej pracy Wprowadzenie do socjologii moralności. Niespełna dwie dekady, które minęły od ukazania się tamtej książki, przyniosły niemało nowych zjawisk społecznych, które pobudzają do stawiania na nowo problemów stanowiących o specyfice socjologii moralności. Autor próbuje odpowiedzieć na te wyzwania choćby w podrozdziale Scenariusze przemian w moralności (zob. ss. 268-284). Dość powiedzieć, iż choć Socjologia moralności zachowuje w dużej części ogólny układ Wprowadzenia..., to jednak ma niemal dokładnie dwukrotnie większą objętość. Pozycja – a trzeba pamiętać, iż zachowuje ona charakter kompendium uniwersyteckiego – obejmuje kilka części. Trzy pierwsze rozdziały mają charakter wprowadzenia i dotyczą kolejno: historii dyscypliny (z podziałem na wkład autorów obcych i polskich), głównych jej cech rodzajowych (przedmiotu, aspektu, celu, metod) oraz stosunku do innych dyscyplin naukowych zajmujących się życiem moralnym człowieka. Natomiast rozdziały IV-VII stanowią ekspozycję głównych problemów, jakie przed 150 socjologią moralności stawiają zarówno teoria, jak i praktyka badawcza (np. zagadnienie definicji moralności, osobliwości oceny i normy moralnej, kwestia czynników kształtujących życie moralne, typologie moralności). Omawiana publikacja musiała zmierzyć się wszakże z problemami, które powodują, iż socjologia moralności w porównaniu z innymi subdyscyplinami socjologicznymi wydaje się jeszcze mniej zaawansowana i szukająca swego miejsca wśród form refleksji nad człowiekiem jako istotą społeczna. Takim problemem jest sam przedmiot materialny socjologii moralności. Terminy „moralność” i „moralny” obciążone są wadą zarówno wieloznaczności, jak i nieostrości. Pamiętamy, że M. Ossowska w swych najbardziej znanych dziełach raz pozwoliła sobie na porównanie moralności do niejednorodnej przecież kategorii „nabiału”, innym zaś razem do amerykańskiego drugstore’a, mając na myśli bogactwo i odmienność oferowanych tam towarów i usług. J. Mariański, analizując różne socjologiczne i pozasocjologiczne ujęcia moralności oraz niejasności związane z tym i jemu pokrewnymi terminami, konstatuje że „nie można na tej podstawie skonstruować jakiejś jednolitej definicji słownikowo-analitycznej” (s. 239). Wskazuje wszakże w dalszych rozważaniach (zob. ss. 249-250) na możliwości posługi- SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 wania się definicjami moralności o charakterze projektującym, z zastrzeżeniem jednak, iż brak wyraźnych kryteriów pozwalających na jednoznaczne oddzielenie zjawisk bezspornie uważanych w społeczeństwie za moralne od pozamoralnych. Kolejny problem to status socjologii moralności jako nauki empirycznej. Autor wprawdzie podaje odpowiednią definicję (zob. s. 135), świadom jest jednak trudności, jakie pojawiają się na tym obszarze refleksji – podkreśla np., że nawet socjologia empiryczna, ujmując moralność jako zjawisko społeczne, uznaje, iż wykracza ona poza działania społeczne. Ostatecznie domenę socjologii moralności określa on jako „analizę wzajemnego przenikania się moralności i społeczeństwa, ze szczególnym uwzględnieniem czynników warunkujących i narzucających granice rozwoju i funkcjonowania moralności” (s. 227). W stwierdzanych w tej dziedzinie zależnościach moralność może być zmienną zarówno warunkującą, jak i warunkowaną (zob. s. 232). Sprawę dodatkowo komplikuje trudność wytyczenia granic między tym, co społeczne, i tym, co moralne, oraz okoliczność, iż w przypadku moralności – w odróżnieniu od takich dziedzin życia społecznego jak prawo, wychowanie, polityka, gospodarka czy religia – brak jest sformalizowanych instytucji i ról KSIĄŻKI społecznych (zob. s. 239). Na innym poziomie analizy okolicznością niesprzyjającą uznaniu empiryczno-naukowego statusu socjologii moralności pozostaje przenoszenie negatywnych skojarzeń ze słowem „moralność”, w postaci wiązania go z moralizatorstwem, (nadmierną) represyjnością, nieprzyjemnym obowiązkiem czy nawet narzędziem zniewolenia. Autor jednak dużo więcej uwagi poświęca drugiej skrajności, w postaci tego, co nazywa socjologizmem moralnym (zob. np. ss. 232-233 i 328-333), a więc czynieniu normy ze statystycznie dominującego w danym miejscu i czasie zachowania. Sprzeciw Autora wobec wyprowadzania norm i wartości z faktów empirycznych wynika z dostrzegania przezeń w takim postępowaniu zakamuflowanego wprowadzania wartościowań do dziedziny faktów. Jednocześnie to właśnie problem aksjologicznej neutralności socjologii moralności podnosi on do rangi kluczowego zagadnienia całej dyscypliny. Nie ukrywa przy tym swego sceptycyzmu dla (neo)pozytywistycznego paradygmatu, który ogranicza i schematyzuje pole badawcze. Otwarcie wyraża wątpliwość, czy socjologia empiryczna może być całkowicie wolna od wartości, szczególnie na terenie socjologii moralności (zob. s. 163). Owszem, wymagana jest rzetelność badacza i daleko idąca bezstronność. Nie ulega wątpliwości, iż socjolog 151 nie może sobie pozwalać na niedostrzeganie różnicy między stwierdzaniem faktów a wypowiadaniem sądów o charakterze wartościującym. Z drugiej strony oczekiwania zbudowania teorii moralności całkowicie wolnej od wartościowań mogą być zawodne wobec faktu, iż moralność – w odróżnieniu od prawa, religii czy wychowania – stanowi konstytutywną część społeczeństwa (zob. ss. 158-159). Autor optuje za uczynieniem z tezy o godności osobowej człowieka podstawy teoretycznej socjologii moralności, jednakże z wyraźnym zastrzeżeniem, iż nie powinna ona wpływać na rodzaj podejmowanych problemów badawczych czy aplikowanych metod, a tym bardziej rzutować na interpretacje uzyskiwanych wyników (zob. s. 160). Relatywizm socjologiczny, będący metodologiczną dyrektywą w badaniach nad moralnością, nie pociąga za sobą z konieczności relatywizmu aksjologicznego. Z drugiej strony „normatywne kryteria, według których może być wartościowane społeczeństwo, nie mogą być socjologicznie uzasadniane” (s. 166). Problem ten w nieco innej postaci powraca w związku z zagadnieniem społecznych uwarunkowań moralności. Tu poglądem występującym znowu pod mianem socjologizmu moralnego, a kwestionowanym przez Autora jako przykład skrajności, jest upatrywa- 152 nie w moralności fenomenu wyłącznie społecznego, swoistego produktu warunków społecznych, zmieniającego się nieodwołalnie wraz z nimi (zob. ss. 360-361). Raz jeszcze przychodzi mu dobitnie zaakcentować okoliczność, iż nie każdy fakt moralny ma charakter społeczny, a moralność sięga także indywidualnego (osobowego) wymiaru jednostki ludzkiej. Stąd w dalszej konsekwencji nie sposób przyjąć deterministycznego poglądu widzącego w moralności prostą funkcję warunków społecznych; co więcej, należy dostrzec względną autonomię moralności i rzeczywiste drogi jej oddziaływania na życie społeczne. Przypomnianą przez Autora (zob. ss. 111 i 134-135) dwoistość tkwiącą w życiu społecznym jako przedmiocie refleksji socjologicznej w ogóle, a sprowadzającą się do konstatacji, iż brak jest sprzeczności między tezą o społeczeństwie jako fakcie obiektywnym kształtującym człowieka a tezą o człowieku jako wytwórcy i współtwórcy form życia społecznego, można mutatis mutandis odnieść i do moralności jako faktu nie tylko społecznego. Inna to sprawa, że samo rozumienie „faktu społecznego” może być rezultatem przynajmniej dwóch interpretacji: humanistycznej i obiektywistycznej, co ostatecznie prowadzi do opowiedzenia się za taką czy inną koncepcją socjologii w ogólności, a socjologii SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 moralności w szczególności (zob. s. 363). Kwestia społecznych uwarunkowań moralności i sposób jej rozstrzygania rzutuje z kolei na stanowisko w sporze o uniwersalizm i relatywizm moralny. J. Mariański twierdzi, iż socjolog zajmuje raczej pozycję umiarkowanego relatywisty: stwierdzanie wielości wartości i norm moralnych w przekroju historycznym i społecznym samo w sobie nie prowadzi do wniosku o braku uniwersaliów w sferze moralnej (zob. s. 365). Autor po raz kolejny podejmuje polemikę ze stanowiskiem socjologizmu moralnego, które jawi się jako naznaczone „błędem naturalistycznym” (brak oddzielania twierdzeń o faktach od twierdzeń dotyczących wartości). Podejmowana w związku z tym zagadnieniem kwestia uniwersaliów moralnych (powszechnie akceptowanych norm) wydaje się wszakże bardziej dyskusyjna. Można wprawdzie z perspektywy czasu uznać przesadne podkreślanie różnic między społeczeństwami za dziecięcą chorobę dawniejszej antropologii, której przedstawiciele zbyt pochopnie wchodzili w rolę „kolekcjonerów osobliwości”. Z drugiej strony pozostaje wątpliwość, czy dające się wyśledzić zbieżności i podobieństwa są wystarczająco istotne, aby ów katalog moralnych powszechników nie jawił się jako dość szczupły rejestr bardziej formalnych niż treścio- KSIĄŻKI wych zasad (tabu kazirodztwa, potępienie morderstwa, afirmacja lojalności i ofiarności wobec grupy – wszystko to można tłumaczyć zabezpieczeniem biologicznych podstaw trwania grupy). Pozostaje otwartą kwestia uniwersalności praw człowieka wobec odmiennych, w różnych kręgach kulturowych, koncepcji jednostki i jej stosunku do zbiorowości, nawet jeśli uznamy, że niejednokrotnie powoływanie się na rzeczywiste bądź rzekome lokalne odmienności ma służyć jedynie konserwowaniu istniejących struktur społecznych i porządków politycznych. Jednocześnie trudno zaprzeczyć poglądowi, iż czynienie z zasady relatywizmu głównej dyrektywy badawczej w ramach socjologii moralności ma ograniczenia i może prowadzić do uproszczonych wniosków teoretycznych, nie mówiąc już o niepożądanych następstwach praktycznych. Już Ossowska, mając na myśli doświadczenia II wojny światowej, pisała, iż teza relatywizmu kulturowego „dziś wydaje się raczej tezą w defensywie”. Po kilkudziesięciu latach, które minęły od wyrażenia tej opinii, jesteśmy świadkami sytuacji, które podobnie osłabiają optymizm badawczy, z jakim niegdyś traktowano każdą środowiskową, historyczną czy kulturową odmienność w kwestiach moralnych, i na nowo każą przemyśleć zasadność przyjęcia założenia o istnieniu wartości nieza- 153 leżnych od historycznych czy społecznych układów odniesienia. Można przyznać rację J. Mariańskiemu, gdy określa rzeczywistość ponowoczesnych społeczeństw jako swoisty nadmiar wartości (zob. s. 378). Niewątpliwie tendencje permisywne stawiają pod znakiem zapytania nawet zbiorową tożsamość – jeśli wszystko jest względne, to nic nie wydaje się istotne. Wzmacniają je zarówno postawa, którą można nazwać praktycznym czy potocznym relatywizmem (czynienie z faktu zróżnicowania ocen i norm moralnych pretekstu do skrajnie sytuacjonistycznych zachowań), jak i tendencja współczesnej kultury, którą można nazwać juwenalizmem (czynienie z młodości autonomicznej wartości i istotnego punktu odniesienia, połączone z gloryfikacją spontaniczności, kwestionowaniem potrzeby istnienia autorytetów moralnych z jednoczesnym kreowaniem medialnych „znakomitości” w dziesiątkach sektorów życia). Jednocześnie proces społecznej dyferencjacji i prywatyzacji przy wzmożonej mobilności każe na nowo stawiać pytanie o zakres konsensu moralnego w dobie społeczeństwa, które przynajmniej w niektórych dziedzinach jawi się jako zespół złożony z grup (niemal wyłącznie) mniejszościowych. Do tego zagadnienia Autor odnosi się pośrednio, gdy omawia socjologi- 154 czne typologie moralności, zwłaszcza te o orientacji empirycznej (realne), ale także we wspomnianym podrozdziale Scenariusze przemian w moralności. Podsumowując przegląd koncepcji dotyczących przekształceń moralności możliwych do zaobserwowania w warunkach społecznej modernizacji, Autor stwierdza, iż „nie jest możliwe przymuszanie jednostek do wyznawania jednolitego systemu wartości moralnych” (s. 465), ale jednocześnie mamy do czynienia z krystalizowaniem się nowych treści aksjologicznych. Omawiana publikacja ma charakter podręcznikowy. Autor wprawdzie zastrzega, iż jego opracowanie nie jest pełnym wykładem przedmiotu i może być traktowane „jako poszerzone wprowadzenie do socjologii moralności” (s. 477), a jednak w trakcie lektury, nieco wbrew tym może zbytnio zachowawczym deklaracjom, zauważamy szeroki zakres poruszanych zagadnień, bogactwo przywołanej literatury, co też owocuje znaczną objętością publikacji (m.in. blisko 40-stronicowa bibliografia). Wszystko to, co jest niewątpliwym atutem książki, uzasadniałoby umieszczenie indeksu osobowego i może także uproszczonego skorowidzu rzeczowego, których w omawianej pozycji zabrakło. SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 Socjologia moralności jako specjalność socjologiczna nie mogąca poszczycić się takim dorobkiem jak wiele innych subdyscyplin zdaje się, przynajmniej w Polsce, wkraczać na trwałe w kolejną fazę, gdy po wyjściu z formacyjnego etapu swego rozwoju, w którym musiała dopiero potwierdzać swoje prawo obywatelstwa w nauce, może dokonywać systematyzacji osiągniętych do tej pory wyników i projektować kierunki badań generujących jej dalszy rozwój. Synteza J. Mariańskiego, którą właśnie otrzymujemy, jest bez wątpienia najważniejszą pozycją ukazującą się w Polsce w ramach tej specjalności na przestrzeni ostatnich lat. W czasach, gdy socjologowie różnych specjalności dyskutują o następstwach, roli i głębokości Wielkiej Zmiany, na szczególną uwagę zasługuje praca, która stara się podjąć ten problem także w materii tak subtelnej jak moralność. Jest jednocześnie głosem w dyskusji nad sposobem uprawiania i badawczą autonomią socjologii moralności – specjalności u nas ciągle rzadkiej, choć przecież posiadającej znakomite osiągnięcia, do których przypomnienia i twórczej kontynuacji omawiana pozycja przyczynia się w sposób niezwykle istotny. Andrzej Tarczyński KSIĄŻKI Sługa Boży ojciec Jacek Woroniecki uczy, redakcja nauk. Maurycy L. Niedziela OP, słowo wstępne abp Józef Życiński, Warszawa 2006, ss. 184 Okazją do wydania książki prezentującej życiorys i dorobek o. Jacka (Adama) Woronieckiego (1878-1949) stało się otwarcie jego procesu beatyfikacyjnego. Nastąpiło ono pod koniec 2004 r. po kilku latach wytężonej pracy przygotowawczej, którą kierował o. dr Maurycy Lucjan Niedziela – Promotor ds. Beatyfikacji i Kanonizacji Polskiej Prowincji Dominikanów i postulator procesu, a zarazem redaktor omawianego tomu i autor trzech pomieszczonych w nim tekstów. Na treść książki złożyły się artykuły napisane przez znanych i cenionych naukowców z kilku ośrodków akademickich w kraju. Z różnych stron przedstawiają oni sylwetkę i spuściznę duchowo-intelektualną wybitnego dominikanina, tym samym dając klucz do jej poznania i zrozumienia. Ze względu na swój popularnonaukowy charakter publikacja jest przeznaczona dla szerokiego kręgu czytelników żywiej interesujących się polską myślą katolicką i dziejami polskiego Kościoła w XX w. Książkę otwiera wstęp ks. abpa prof. Józefa Życińskiego (zob. ss. 7-9). Autor w zwięzłych słowach prezentuje życiorys głównego bo- 155 hatera książki, podnosząc jego przymioty moralne i intelektualne, dzięki którym „wyprzedzał swą epokę” (s. 8). Metropolita lubelski zaznacza, że myśl i działalność o. Woronieckiego „wychodziły daleko poza oczekiwania i ambicje bliskiego mu środowiska” (s. 8), którym przez 12 lat był Lublin, a zwłaszcza KUL. Zasadniczą część książki tworzy siedem artykułów. Pierwszy z nich, pióra redaktora tomu, nosi tytuł Kalendarium I. Życie i działalność ojca Jacka Woronieckiego (zob. ss. 13-38). O. dr Niedziela opisuje pokrótce dzieje rodu Woronieckich i w ujęciu chronologicznym omawia życiorys swojego brata zakonnego. Uwagę przyciągają zwłaszcza informacje o kontemplacyjnej, wręcz mistycznej duchowości o. Jacka i takimż charakterze jego powołania dominikańskiego, jak też o szczególnym zainteresowaniu i trosce, jakimi cieszył się on ze strony najwyższych przełożonych Zakonu Braci Kaznodziejów i samego papieża Piusa X. Nie zabrakło również danych o chorobie o. Woronieckiego, która doprowadziła go do przedwczesnej śmierci, oraz o pewnych tarciach i sporach między nim a innymi członkami i kierownikami Polskiej Prowinicji Dominikanów. W tekście zatytułowanym Bóg jest Duchem – duchowość człowieka najbliższa Boga (zob. ss. 41-50), ks. prof. Jerzy Misiurek (KUL) stara 156 się w kategoriach teologicznych opisać życie wewnętrzne o. Jacka i zrekonstruować, przynajmniej w zarysie, jego postawę duchową. Temat tyleż trudny, co interesujący – zwłaszcza że Autor, nawiązując implicite do toczącego się procesu beatyfikacyjnego, w końcowej części tekstu stawia i rozważa fundamentalną kwestię: „Czy [Jacek Woroniecki] był świętym?”. Następny artykuł wyszedł spod pióra o. Niedzieli. Pod nagłówkiem Co zrobić z faktem swojego istnienia? Czy wystarczy nam to, z czym przychodzimy na świat (zob. ss. 53-67) Autor omawia problematykę fizyczno-psychicznego i moralno-intelektualnego rozwoju człowieka w świetle opracowań, które poświęcił temu zagadnieniu Woroniecki (przede wszystkim dzieła Rozwój osobistości człowieka. Dynamiczny aspekt personalizmu, wydanego w 1961 r.). Wywód streszcza się w tezie, że „o rozwoju ludzkim można [...] mówić jako o wielopoziomowym, cielesno-duchowym wzrastaniu ku pełni człowieczeństwa. Według słownika Woronieckiego – od osobowości do osobistości” (s. 54). Studium Istota i aktualność etyki o. Jacka Woronieckiego (zob. ss. 71-88) przygotowała dr hab. Ewa Podrez (UKSW). Wiernie, ale zarazem twórczo odczytując dzieła i myśl o. Woronieckiego, Autorka najpierw przedstawia go jako filozofa moralistę, następnie charakte- SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 ryzuje jego etykę jako kontynuację nurtu arystotelesowsko-tomistycznego, a wreszcie ujmuje ją i omawia jako model moralności chrześcijańskiej i uniwersalistycznej. Za podsumowanie, a równocześnie rekomendację dorobku polskiego dominikanina w tej dziedzinie można chyba uznać jedno ze stwierdzeń E. Podrez: „Woroniecki kreśli [...] obraz etyki, na który składa się nie tylko ogólna wiedza o człowieku, a więc o jego możliwościach świadomego oraz wolnego działania, ale także o tym, jak cnoty kształtują prawidłową postawę moralną. W ten sposób uzyskujemy odpowiedź na pytanie, czym jest moralność i jaka rola przysługuje jej w życiu człowieka” (s. 79). Następny artykuł, zatytułowany O wychowaniu sprawności moralnych wedle ojca Jacka Woronieckiego (zob. ss. 91-118), wyszedł spod pióra doc. dra hab. Adolfa E. Szołtyska (UŚ). Stanowi on poniekąd kontynuację czy rozwinięcie poprzedniego tekstu w płaszczyźnie systemowej. Cel artykułu został jasno określony już w pierwszym zdaniu: „Przedmiotem rozprawy jest rekonstrukcja podstawowych tez Katolickiej etyki wychowawczej [...]” (s. 91). Autor omawia więc kolejno metodę i przedmiot pedagogiki (podkreślając zarazem jej różnicę względem dydaktyki), cnoty i wady jako sprawności moralne, podział sprawności, cele i środki wychowania, problematykę sumie- KSIĄŻKI nia itp. Doc. Szołtysek konkluduje: „Dzieło o. Jacka Woronieckiego [...] jest w pełni aktualne dzisiaj, gdyż stanowi istotną propozycję dla przezwyciężenia kryzysu kulturowego i edukacyjnego Europy na początku trzeciego tysiąclecia” (s. 114). Prof. Jerzy Kłoczowski (KUL) w krótkim tekście O. Jacek Woroniecki jako historyk (zob. ss. 121-127) przedstawia głównego bohatera książki jako historiografa zakonu dominikanów w Polsce. Jest to mało znane oblicze o. Woronieckiego, który w polskiej kulturze zapisał się na trwałe i jest ceniony przede wszystkim z racji swych dokonań w dziedzinie teologii i filozofii. Ta ocena, choć słuszna, okazuje się jednak zawężona: „Ojciec Jacek Woroniecki [...] miał nieprzeciętną kulturę historyczną i zrozumienie dla krytyki historycznej jako fundamentu tej dyscypliny. [...] ten właśnie ściślej historyczny dorobek pozwala dostrzec głębokie cechy wyjątkowego na wielu polach człowieka” (ss. 121, 125). Ostatnia merytoryczna partia tomu, opracowana także przez redaktora całości, nosi tytuł Kalendarium II. Z historii przygotowywania procesu beatyfikacyjnego o. Jacka Woronieckiego OP (zob. ss. 131-153). Autor opisuje początki kultu swego brata zakonnego, losy jego zwłok, a także uroczystości ku czci o. Woronieckiego, oczywiście przede wszystkim związane z ot- 157 warciem procesu kanonicznego. Dużym walorem tej części książki są zamieszczone świadectwa wybitnych ludzi Kościoła (np. kard. Stefana Wyszyńskiego i kard. Karola Wojtyły), którzy o. Jacka znali i cenili. Publikację zamykają: Wykaz pism o. Jacka Woronieckiego OP (do roku 1909 Adama Woronieckiego) wydanych w latach 1903-2005, spis ilustracji i spis treści (także w wersji angielskiej i ze streszczeniami w tym języku). Bibliografia podmiotowa o. Woronieckiego obejmuje prawie 300 pozycji; nie uwzględniono w niej ineditów, które pozostają w archiwach dominikańskich. Większość z tych opracowań to oczywiście artykuły ogłoszone w różnych czasopismach, dzisiaj częstokroć trudno dostępnych. W związku z tym zestawieniem literatury ciśnie się na myśl dezyderat: czy nie warto by przystąpić do wydawania pism zebranych o. Woronieckiego w starannym opracowaniu redakcyjnym i nowoczesnej oprawie edytorskiej? Chociaż bowiem najważniejsze teksty publikowano, czasami nawet kilkakrotnie, brakuje możliwości zapoznania się z całym tym obszernym i cennym opus. Z pewnością taka edycja należy się samemu o. Woronieckiemu, z pewnością należy się i nam, niezależnie od tego, czy jesteśmy jego braćmi zakonnymi, uczniami czy (najczęściej) zwykłymi czytelnikami, niezależnie też 158 od tego, czyśmy go znali, czy (w większości przypadków) nie znali. Z kart książki wyłania się szlachetna postać o wielokierunkowo rozwiniętej osobowości, choć oczywiście mająca też ograniczenia natury charakterologicznej i innej. Z urodzenia arystokrata, z powołania kapłan i zakonnik, z ducha twórczy, a przy tym wierny tradycji uczony i reformator – tak w wielkim skrócie można scharakteryzować głównego bohatera publikacji. Jego rolę w polskim Kościele i społeczeństwie zwięźle ujął o. Niedziela: „Ojciec Woroniecki był ważną postacią ruchu na rzecz odrodzenia Kościoła i narodu po latach rozbiorów Polski, był szczególnym nauczycielem i szczególnym apostołem. [...] Mówił to, z czym się gruntownie zapoznał i czego [...] doświadczył. Głębokie, ale nieraz bardzo trudne prawdy Boże dzięki je- SPOŁECZEŃSTWO 17 (2007) nr 1 go pięknej polszczyźnie stawały się przystępne i zrozumiałe” (ss. 35-36). Nic więc dziwnego, że Kościół chce współczesnym chrześcijanom wskazać o. Woronieckiego jako wzór myślenia, pracy, modlitwy i postępowania, wynosząc go – z inicjatywy polskich ojców dominikanów – do chwały ołtarzy. Publikacja została starannie przygotowana od strony zarówno merytorycznej, jak i edytorskiej (nieco gorzej natomiast od strony redakcyjnej – ale nie warto w tym miejscu wchodzić w szczegóły). Twarda oprawa, kredowy papier, liczne ilustracje jednobarwne i wielobarwne sprawiają, że lektura dostarcza nie tylko rzetelnej i interesującej wiedzy, lecz także przyjemności. Warto po tę pozycję wydawniczą sięgnąć. Paweł Borkowski