Moje inspiracje
Transkrypt
Moje inspiracje
Moje inspiracje 11. Majowe Spotkania Literackie Sympozjum literackie 12 maja 2012 w Żarach 2012 Publikacja pod redakcją Jana Wiktora Tyry Opracowanie i wstęp: Maria Wasik Redakcja wydania i korekta: Zbigniew Kozłowski Okładka i opracowanie graficzne: Jan Wiktor Tyra © eMBePe Miejska Biblioteka Publiczna, Żary 2012 ISBN 978-83-88846-53-3 Wydanie pierwsze, nakład 100 egz. Publikacja dostępna w bibliotece cyfrowej: www.mbp.zary.pl zakładka: Wydawnictwo eMBePe > e-książka Druk: Drukarnia „Baccarat”, 68-200 Żary, ul. Wrocławska 11 Tel./fax: 68 / 363 98 20 ; e-mail: [email protected] Skład drukarski: Robert Cisło Maria Wasik Literackie inspiracje Majowe Spotkania Literackie w Żarach mają już swoją tradycję i historię. Kwitnąca o tej porze w ogrodzie Biblioteki magnolia stanowi dla nich piękne tło. W pobliżu magnolii, gdy pogoda pozwala, swoje książki rozkładają autorzy. Można z nimi porozmawiać, zdobyć autograf lub chociaż popatrzeć na okładki. Impreza każdego roku ma podobny przebieg. W pierwszym dniu odbywają się spotkania autorskie w bibliotekach, szkołach na terenie miasta i gminy. W drugim wspomniany kiermasz oraz sympozjum literackie o określonej tematyce. Tegoroczna impreza miała miejsce 11-12 maja. Pierwszego dnia uczniowie żarskich szkół uczestniczyli w spotkaniach autorskich z zielonogórzaninem Alfredem Siateckim oraz Łukaszem Śmiglem z Wrocławia. Po południu natomiast w Czytelni MBP obydwaj pisarze „stoczyli ze sobą pojedynek”. W rolę sekundanta wcielił się Zbigniew Kozłowski, też literat, a na co dzień bibliotekarz, prowokując kolegów żartobliwymi pytaniami. Na koniec odbyła się promocja wydawnictwa „Dobre Historie”, przygotowana z zastosowaniem nowoczesnych metod reklamy książki. Drugiego dnia, w sobotę, przygotowano kiermasz książek autorów lubuskich z ich udziałem. Zakupić można było również publikacje regionalne i wyroby rękodzieła artystycznego. Wietrzna pogoda niestety „wygoniła” wszystkich z parku do hallu Biblioteki. W samo południe rozpoczęło się sympozjum, moderowane przez piszącą te słowa. Referaty koncentrowały się wokół hasła – „Moje inspiracje” [literackie]. Głos zabrało dziesięciu piszących, w tym cztery poetki. Każda z wypowiedzi wnosiła nowe, interesujące wątki, w niektórych momentach bardzo osobiste i intymne. Nie może być zresztą inaczej, gdy się mówi o inspiracjach, o natchnieniu. Wystąpienia pań miały nawet formę poetycką. Powtarzały się opinie, że najbogatszych inspiracji twórczych dostarcza życie i to co ze sobą niesie. G. Rozwadowska-Bar tak to uzasadnia: - „Najlepsza literatura powstała właśnie z życia. Z codziennej przyziemności, uporczywej szamotaniny ze zwyczajnością, po to żeby udało się z niej wydobyć jakąś nadzwyczajność”. „Autoportrety” B. Wierzbickiego, zarówno ten „przy goleniu”, jak i „Autoportret z pustymi kieszeniami” oraz kolejne wiersze zostały podyktowane niezbyt miłymi zdarzeniami codziennego życia. Wszyscy też podkreślali, że inspirują do pisania poznani ludzie, rozmowy, opowieści, czasami tak niesamowite, że stanowią gotowy scenariusz literacki. Większość utworów powstało pod wpływem głębokiego uczucia - miłości, przyjaźni, rozczarowania i odtrącenia. Czasami złe wieści, tragiczne wydarzenie, śmierć bliskiej osoby, spowodowany tym szok, wymuszają konieczność przelanie doznań na papier. Niejednokrotnie przybierają formę buntu, sprzeciwu, ale niekiedy stanowią dla piszącego psychoterapię. Motywem do pisania może też być „nieustannie ponawiana próba zatrzymania i zapisania upływającego czasu. Beznadziejna walka z rozpadem”. Ale też niezgoda na zawłaszczanie młodości poety, „na kłamstwa i głupotę panoszące się zwłaszcza w mediach, szkole, nauce historii, w polityce. […] Choć jest to niestety, tylko bunt poety.” – konkluduje autor powyższych słów, E. Kurzawa. Autorzy podkreślają, że inspirują ich do pisania strony rodzinne, na ogół zapamiętane z dzieciństwa. Pisze o tym W. Siekierka wspominając krajobraz znad Niemna. Wszyscy podkreślają wpływ, czasami wręcz magiczny, swoich miejscowości, otaczającej przyrody. W efekcie sentyment i poczucie więzi z „małą ojczyzną” jest dla wielu powodem pisania na ten temat, a także sięgania do historii. A. Siatecki zaczął pisać o przeszłości Ziemi Lubuskiej powodowany brakiem przystępnych opracowań z tego zakresu. Bo jego zdaniem historycy „piszą książki dla historyków. Piszą po polsku, ale trudno je zrozumieć”. A wcześniej uzasadnia – „inspirują mnie wydarzenia bez względu na to, którego narodu dotyczą. Słowem: chcę wiedzieć, co się tu nad środkową Odrą wydarzyło. I chcę, aby o tym wiedzieli inni”. W podobnym tonie wypowiada się Z. Kozłowski, autor dwóch tomów „Legend lubuskich”. Pisanie o małej ojczyźnie uzasadnia tak – „Większość z nas pragnie przez swoją twórczość utrwalić, zapisać na zawsze poznane zakątki, osoby, obrazy. […] Drugim istotnym czynnikiem jest chęć promowania swojego regionu”, a w innym miejscu dodaje - „Niebagatelnym więc motywem piszącego jest sprawienie, by czytelnik-odbiorca chociaż na chwilę, na moment przystanął i dostrzegł coś więcej niż zwykłą codzienność w swoim biegu przez życie”. Z kolei Cz. Sobkowiak sceptycznie podchodzi do tematyki regionalnej. Uważa, że nikt nie chce być poetą lokalnym z przylepioną łatką prowincjonalności. A konkluduje tak – „Prawda jest bowiem taka, że nie chodzi o napisanie obrazka, to zawsze można, ani o ulicy wymienionej z nazwy, o konkretnym mieście, ale by te obrazy i myśli przeszły właśnie w sferę mitu. To jest ważne” Wszyscy referenci podkreślają znaczenie przeczytanych książek i ich wpływ na własną twórczość. Wymieniają nazwiska ulubionych autorów. Piszą o pragnieniu dorównania mistrzom słowa. G. Rozwadowska-Bar zwierza się – „Każda przeczytana książka jest we mnie, w moim umyśle, w duszy – by w odpowiednim momencie, jakąś dawno zapomnianą frazą „odezwać się” w którymś z wierszy. Albo tylko musnąć mój umysł dawnym klimatem”. K. Gielicz stwierdza – „Twórczość napędza twórczość. Perpetuum mobile”. J. Koniusz zwraca uwagę na Biblię – „Wiadomo, że nieprzebranym źródłem inspiracji jest Biblia. Każde zdanie ze Starego lub Nowego Testamentu, to temat albo przynajmniej motto wiersza, opowiadania czy powieści”. Dwóch tylko autorów pisze o pobudkach egotycznych. Janusz Koniusz stwierdza –„Inny ważny motyw, to chęć zwrócenia na siebie uwagi, wyeksponowania, podkreślenia własnego „ja”. A Zbigniew Kozłowski przyznaje – „podstawową i bardzo prozaiczną inspiracją jest egotyczne pragnienie pokazania światu, ze jesteśmy nietuzinkowi […] Mamy ciekawszą od przeciętnej osobowość – tak zwane wnętrze i bogatą wyobraźnię, widzimy sprawy i rzeczy dla innych niedostrzegalne. Te cechy motywują twórczo […] chcemy tym darem, ujętym w literacką formę, podzielić się z innymi”. Dalej pisze: „Ważnym czynnikiem inspiracji twórczych dla wielu piszących, dla mnie również, jest przeniesienie własnej osobowości na literackich bohaterów. Jest to klasycznie samolubna chęć usankcjonowania swojego „ja” w pisanych utworach”. Oprócz wyżej opisanych inspiracji, literaci podają jeszcze wiele innych, wśród nich te związane ze sztuką, a więc malarstwem, muzyką. J. Koniusz szeroko rozwinął wątek znaczenie podróży w twórczości. Zrobił to w odniesieniu do swoich dwóch wierszy, napisanych po pobycie w Santoce i Buchenwaldzie. Obejrzane miejsca nadały utworom dramatyzmu i autentyczności. Zachęcam do przeczytania w całości zamieszczonych w niniejszej publikacji wypowiedzi. Są interesujące i warte zgłębienia. Może pomogą lepiej zrozumieć świat ludzi pióra, tych, których Bóg „dłużej potrzymał za stopę”. Obdarzonych większą wrażliwością i wyobraźnią, o bardziej wyostrzonym patrzeniu. Są to cechy niezbędne twórcom, służą literaturze, ale niekoniecznie pomagają im spokojnie przeżyć kolejny dzień. Bo świat dookoła nie należy już do ludzi wrażliwych. Janusz Koniusz Z moich i nspiracji Temat zadany, a ściślej zainspirowany przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Żarach na dzisiejsze, majowe spotkanie, zasługuje na rozprawę doktorską, a nie tylko na kilkuminutową, zwięzłą wypowiedź. Jeśli się głębiej zastanowić to twórczość, nie tylko zresztą literacka, zaczyna się od inspiracji. Od kogoś lub czegoś, od przemyślenia, refleksji, faktu, które wywołują pierwsze słowo, obraz, zdanie. Według mnie do napisania powieści, opowiadania, wiersza inspirować może praktycznie wszystko: rozmyślania filozoficzne i religijne; świadomość i nieświadomość, może właśnie bardziej ta druga; obserwacja przyrody, choćby spadających liści; utwór muzyczny; obraz plastyczny. Inny ważny motyw, to chęć zwrócenia na siebie uwagi, wyeksponowania, podkreślenia własnego "ja". „Ego”. Ale i odwiedziny po latach rodzinnej miejscowości, w której nikogo już się nie zna, albo nie poznaje, bo tak się wszyscy zmienili. Miłość do drugiego człowieka, ludzi i świata, ojczyzny, jeśli jeszcze kogoś nachodzą takie uczucia. Podróże po świecie i kraju, czyjaś opowieść zasłyszana w pociągu, a nawet nasze majowe spotkania. Ale także sny, własne i cudze, które tak interesująco interpretowali Freud i Jung, twórcy psychoanalizy. Zaglądanie w swoje wnętrze, ciemne i jasne. Lektura wielkich i małych dzieł. Temat konkursu, w którym się bierze udział. Inspiracją może być zasłyszane wydarzenie. Tak było przypadku Sienkiewicza. Informacja, która do niego dotarła o latarniku, który tak się zaczytał, że za- pomniał zapalić latarnię morską, zainspirowała autora do napisania znakomitej noweli. Żeromski podczas swoich pobytów w Zagłębiu Dąbrowskim poznał trzech lekarzy. Ich życiorysy, postawa moralna złożyły się na sylwetkę dr Tomasza Judyma, bohatera "Ludzi bezdomnych". Inspiracją do napisania przez Dostojewskiego genialnej „Zbrodni i kary”, była notatka w gazecie o zamordowaniu w Petersburgu starej kobiety. Te i podobne przykłady inspiracji w literaturze, do których się ograniczę pomijając inne dziedziny sztuki, można by przytaczać w nieskończoność. Organizatorzy spotkania zachęcają do odkrywania własnych intymności, sięgania głęboko w duszę, psychikę, w tak zwane skryte myśli, nie zawsze ujawniane publicznie. Mój dorobek literacki jest więcej niż skromny, więc i doświadczenia w tym wielowątkowym, niesamowicie interesującym problemie są niewielkie. Do napisania pierwszego wiersza, nie odkrywam tutaj niczego nowego, bo tak się zwykle dzieje, zainspirowała mnie uroda, a i do pewnego stopnia jakaś wyjątkowość, niepowtarzalność koleżanki z klasy. Całe moje uczucie do niej wyrzuciłem z siebie jednym tchem w wierszu, właściwie poemacie o objętości "Grażyny", który akurat wtedy omawialiśmy na lekcji języka polskiego. Tytuł "Grażyna" rymował się z tytułem mojego poematu, bo koleżance było na imię Janina. Nie wspominałbym o tym w końcu banalnym, nic nie znaczącym w moim późniejszym życiu pierwszym wierszu, pierwszej inspiracji, gdyby nie to, że po pół wieku spotkałem się z ową Janiną, tak jak ja, już bardzo starszą osobą. Chciałem to spotkanie jakoś utrwalić w opowiadaniu, wierszu, może słuchowisku. I nic. Wszystko, co napisałem, było płaskie, bezbarwne, jednowymiarowe. Dałem spokój. Nie wszystkie więc spotkania, nawet te wzruszające, stanowią inspirację i przynoszą literackie efekty. To raczej negatywne doświadczenie z pewnością mieści się w psychologii twórczości, bez której w wielu przypadkach literatura, zwłaszcza tak subtelna i delikatna jak poezja, byłaby często trudna do zrozumienia. Do napisania "Zamysłu opisu", mojego bardzo ważnego wiersza, zainspirowała mnie podana w radiu wiadomość o straszliwej górniczej katastrofie w jednej z kolumbijskich kopalń, w której bodajże od wybuchu metanu zginęło 127 górników. Natychmiast zanotowałem ten fakt w notesie. Efekt jest taki, że mam dwadzieścia kilka wersji tego tekstu, z których jedna często inspirowała następną. W pewnym momencie wiersz zaczynał się od słów: "Opisać śmierć górników w kopalni Niwka, Modrzejów w Sosnowcu". I ciągnął mnie w kierunku poetyckiego reportażu, traumatycznych wspomnień, gdyż w kopalni tej zginęli – ojciec i brat ojca, a także brat dziadka po mieczu oraz kilku znajomych. Chciałem, żeby treść tego wiersza była uniwersalna i nie pamiętam, co zainspirowało mnie, a był to najważniejszy moment w szlifowaniu tego tekstu, by kopalnię porównać do katedry. Profanum zrównać z sacrum. Katedra jest kościołem biskupim, liczbę górników zrównałem zatem z liczbą apostołów. Ostatecznie pierwszy wers tego wiersza przerobiłem na: „ Opisać śmierć dwunastu górników w katedrze kopalni”. I tak już chyba pozostanie. Często zastanawiam się, czy "zamysł opisu" napisałbym bez tej straszliwej tragedii w dalekiej Kolumbii. Wszystkie górnicze katastrofy przeżywam głęboko, ale najczęściej nie domagają się one ode mnie jakiegoś wierszowanego zapisu. Ta niemal wymusiła na mnie wiersz. Wiadomo, że nieprzebranym źródłem inspiracji jest Biblia. Każde zdanie ze Starego lub Nowego Testamentu, to temat albo przynajmniej motto wiersza, opowiadania czy powieści. To problem sam w sobie i nie będę go tu rozwijał. Może w przyszłości organizatorzy poświęcą mu osobne sympozjum. Teksty biblijne zainspirowały również mnie. Przykładem chociażby wiersz zatytułowany "Bez tytułu". Właśnie tak, słownie, a nie trzema kropkami. Czytając nawet pobieżnie ewangelie, łatwo zauważyć, że te same fakty różni ewangeliści różnie opisują. Z Jezusem ukrzyżowano dwu mężczyzn, których ewangeliści Mateusz i Marek nazywają łotrami, a którzy nie wiadomo dlaczego Jezusowi urągali, chociaż przecież znajdowali się w identycznej jak on sytuacji. Wedle ewangelii Łukasza jeden z owych łotrów bluźnił domagając się od Jezusa wybawienia. Ten drugi wziął Jezusa w obronę i wtedy padło owo słynne zdanie: „Jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. Najbardziej inspiruje jednak informacja w ewangelii św. Jana, sucha, krótka, pozbawiona komentarza, że z Jezusem zostali ukrzyżowani "dwaj inni". Kto to byli ci "dwaj inni? Dlaczego skrupulatny, w relacji z ostatnich chwil życia Chrystusa, ewangelista Jan nad tymi dwoma ukrzyżowanymi przechodzi zupełnie obojętnie? Odpowiedź daje wiele poetyckich możliwości. Kim byli, może to pospolici przestępcy, złoczyńcy, buntownicy, zeloci, którzy zbrojnie występowali przeciwko Rzymianom, ówczesnym okupantom Izraela, ateusze? W puencie mojego wiersza połączyło ich jedno: „Tak długo będą wisieć "na krzyżu słowa", jak długo ludzie będą czytać ewangelie”. Trochę rozciągnąłem opis tej inspiracji, która często dochodzi do mnie dość pokrętnymi drogami. Myślę, że do innych autorów także. Wiersz "Wigilia poetów na plebanii", jako jeden z nielicznych, napisałem na zamówienie. Dla mnie samego było to pewnym zaskoczeniem, gdyż na zamówienie pisuję jedynie teksty publicystyczne. Swego czasu odwiedziłem naszego wspólnego kolegę poetę, który wówczas był księdzem. Zaproponowałem, by w jego urokliwej i zabytkowej plebanii zorganizować spotkanie literatów, chociażby z okazji Bożego Narodzenia. Zgodził się pod warunkiem, że każdy z zaproszonych przygotuje wcześniej na tę okoliczność wiersz, który zostanie opublikowany w tomiku - zaproszeniu. I tak napisałem tekst, który zaczyna się od zdania: "Pod brzemienną gwiazdą kolędy". Spotkanie niestety nie doszło do skutku, a wiersz z pewnymi środowiskowymi podtekstami wzbogacił mój poetycki dorobek. Inspiracją dla wielu piszących są podróże - wzbogacają wyobraźnię, wiedzę o świecie i ludziach, wywołują emocje. To także temat na nasze oddzielne żarskie spotkanie. Do napisania przed laty opowiadań "Król" i "Nikt nie wyrywa trawy" zainspirowały mnie właśnie podróże. Pierwszego nie napisałbym bez pobytu na Wileńszczyźnie, w zaścianku Santoka, z którego pochodzi Henryk Szylkin. Stoi tam jego niemal dwuwiekowy rodzinny dom. Drewniany ale podmurowany - jak ciągle podkreśla, który przechodził różne koleje losu. Wiele razy otarł się o historię, a ta zawsze miała go w swojej łaskawej opiece i dom przetrwał do dzisiaj. Musiało się też wiele ważnych rzeczy w świecie wydarzyć, żeby bohater "Króla" z tego zaścianka wyemigrował w szeroki świat. Krótki pobyt w Santoce i poznana tam historia rodziny Szylkinów, dał mi więcej inspiracji niż niejedna znacznie dłuższa i dalsza podróż i więcej niż podpatrywanie setek osób. Inspiracją do napisania "Nikt nie wyrywa trawy" była dwudniowa wycieczka z poetą i tłumaczem Eugeniuszem Wachowiakiem do Weimaru, gdzie mieszkał jego przyjaciel, także pisarz, Armin Miller. Z miasta Goethego pojechaliśmy do Buchenwaldu, dawnego obozu koncentracyjnego. Rzecz dla mnie znana ze szkoły, rozlicznych lektur, opowieści ludzi, okazała się być prawdziwym, niekłamanym szokiem. Inspiracją był właśnie ów szok, pozornie oczywisty. A to bezpośrednie zetknięcie i klimat miejsca wywołały zdziwienie i pytanie, jak to możliwe, że przedstawiciele tego samego narodu mogli być najwybitniejszymi twórcami kultury, ale i zbrodniarzami, i ludobójcami? Tak więc często szok i zdziwienie inspirują do pisania. Te chaotyczne, pobieżne uwagi o literackich inspiracjach, chciałbym spuentować słowami, od których powinienem zacząć. Co w ogóle znaczy wzięte z łaciny słowo "inspiracja", które w różnym czasie miało różne barwy. Słynny słownik M. Arcta podaje, że "inspirować to znaczy natchnąć, poddać myśl, narzucić kierunek jakiejś sprawie..." Równie przedwojenny słownik poprawnej polszczyzny Stanisława Szobera do znanych nam już powyższych określeń dodaje "namawiać, poduszczać" . Powojenny słownik wyrazów obcych owo łacińskie inspirare, tłumaczy jako "nadmuchiwać, dać natchnienie, oddziaływać w kierunku zachęcenia do czegoś..." Trzytomowy słownik języka polskiego "inspirację" utożsamia przede wszystkim z natchnieniem, z "zapałem twórczym". I wskazuje na "inspirację poetycką, pisarską, kompozytorską". Inspiracja zatem to czas natchnienia, najlepsza chwila dla twórcy. Katarzyna Gielicz Perpetuum mobile, czyli moje inspiracje Drugie piętro. Druga szuflada. Niezliczona ilość słów za kratkami. Coś gorącego albo ćwiartka fioletowego nieba. Chociaż i to czasami nic nie daje. Najważniejsze jest sumienie. Czysty umysł. Czyste konto - podpis, pieczątka: zatwierdzone. Schluss. Wtedy bawię się w archeologa, odkopuję starocie. Delikatnie omiatam je z kurzu i zamiast włożyć do przezroczystej torebki, aby nie rozpadły się w rękach, bezlitośnie badam ich strukturę. Odnajduję jakieś na wpół przebrzmiałe echo minionych lat. Analiza węglowa - ołówek ledwo widoczny. Na oko tak sześć, siedem lat. Wpadam w ten świat, mój świat, nabieram chęci, by to kontynuować. Zapalam się, już widzę więcej, już wiem, że się wkręcę. Takie perpetuum mobile: moja twórczość mnie napędza. Zeskakuję z balkonu na Krótkiej. Na Wielką Emigrację się udaję. Sto dziewięćdziesiąt. Sto dziewięćdziesiąt i jeden. Jestem. Siadam. Piszę. Muszę. Ale dobrze, że mnie zmusili, bo jeśli nie, to kiedy. Mierzę się z czasoprzestrzenią, zmianą punktu widzenia, symboliką, autotelicznością. To ostatnie, jak widać, przyczepiło się znowu. Na magnes przyciągam wyrazy, bo słomiany pali się zapał. Jeśli nie będzie już czym palić w kominku, to nie szkodzi. Poczekam. To w końcu Wielka Emigracja, mam swoją misję. Jednak atakują mnie te Grażyny, Eowiny, Joanny d'Arc. Głos ten - róg, kopyt stuk, ogień pali się w oddali i muzyka mnie przenika. Wolność, Bóg. Tolkien z muzyki stworzył świat, nie tak czarno-biały, jak go malują. Mój guru, moja inspiracja. Twórczość napędza twórczość. Perpetuum mobile. Alfred Siatecki Tutejszy Mój ojciec urodził się na Wołyniu, mama na Zamojszczyźnie, ja w nadodrzańskim Kostrzynie. Na Wołyniu nigdy nie byłem, z opowieści ojca wiem, że zimą pękały tam drzewa, bo mrozy sięgały minus 40 stopni. Na Zamojszczyźnie u rodziny mamy bywam często, czuję się tam jednak obco. Zastanawiam się więc, kim jestem? Wołyniakiem? Na pewno nie. Zamojszczakiem? Też nie. Na okładkach moich książek, w miejscu gdzie wydawcy umieszczają notki biograficzne o autorach, podaję - rodowity Lubuszanin. Nie obchodzą mnie dywagacje historyków i polityków, czy Kostrzyn nadal leży na Ziemi Lubuskiej, czy może w Nowej Marchii albo na ziemi gorzowskiej. Niemal wszyscy, którzy w latach powojennych przyjechali na Środkowe Nadodrze, są tutaj nowi. Z przywiezionych tradycji, kultur, historii, wspomnień, chorób, marzeń, niejako samorzutnie powstało mieszanina czegoś, co nie jest podobne ani do przeszłości niemieckiej, ani ściśle polskiej. Prof. Melania Kiełczewska ochrzciła to miejsce Ziemią Lubuską. Przyjęło się, chociaż co rusz budzi się jakiś niedouczony dyskutant i poddaje w wątpliwość, czy to co dziś jest Ziemią Lubuską, na pewno jest Ziemią Lubuską, mając na myśli prowincję biskupią między XII i XIV wiekiem. Według prof. Kiełczewskiej Ziemia Lubuska po wschodniej stronie Odry jest fragmentem tamtej Ziemi Lubuskiej, która w zasadzie nie istnieje ani w historii, ani w świadomości Niemców. Istnieje w dziejach Kościoła katolickiego. Co ciekawe, lubuskość bardziej się przyjęła w Zielonej Górze i południowej części województwa (dawniej zielonogórskiego, dziś lubuskiego), które historycznie i geograficznie jest Dolnym Śląskiem, niż w Gorzowie i jego okolicach, które niemal w całości zajmują obszar tradycyjnej Ziemi Lubuskiej. Może więc, by dać satysfakcję wojowniczym dyskutantom, wyjściem będzie nazwanie regionu nad środkową Odrą i dolną Wartą Nową Ziemią Lubuską. Czemu nie, skoro jest Nowa Anglia, Nowa Północna Walia, Nowa Kaledonia, Nowy York, terytoria zasiedlone przez przybyszów po tym, jak poprzedni mieszkańcy zostali z nich wysiedleni, wypędzeni, albo po prostu uciekli. Mnie interesuje nowa Ziemia Lubuska, ponieważ tu i teraz żyję, dawna z kolei inspiruje literacko. Ciekawią mnie wydarzenia historyczne oraz ludzie, którzy mieli tutaj przed wiekami swoje domy. Osiedleńcy z Flandrii, Wielkopolski, Moraw. Prusacy, Łużyczanie, Brandenburczycy, Sasi. Niemcy i Polacy. Ewangelicy i katolicy. Przecież do 1742 roku administracyjnie Zielona Góra nie była ani pruska, ani niemiecka. Od XV wieku należała najpierw do monarchii czeskiej, potem do austro-węgierskiej. Wcześniej była ziemią Piastów. Inaczej ta sprawa wyglądała w Kostrzynie - polskim, brandenburskim, krzyżackim, marchijskim, pruskim, niemieckim, znowu polskim. Przy tak pogmatwanej historii trzeba zjeść beczkę soli, żeby pojąć, jaka jest prawda o przeszłości tej ziemi. Nie dziwię się więc propagandystom powojennym, którzy na użytek polityki wymyśli hasło - „Byliśmy, jesteśmy, będziemy”. Dziwię się natomiast przybyszom, że tak łatwo dali się nabrać na to hasło, że nie stanęli w obronie cywilizacji, która nie jest ani niemiecka, ani polska. Każda cywilizacja ma zawsze ludzkie oblicze, bo to ludzie zbudowali kościoły, zamki i pałace, żenili się i płodzili dzieci, wywoływali wojny i stawiali pomniki pamięci. A to, że jeden mówił po niemiecku, drugi po polsku ma znaczenie, ale nie dla chrześcijanina. Tu większość stanowili wyznawcy Chrystusa. Mnie interesuje prawda. Interesuje i inspiruje do pisania o tej ziemi. O tym, co się tu wydarzyło zarówno wtedy, gdy Bolesław Chrobry witał Ottona III w Iławie koło dzisiejszej Szprotawy, jak i później, gdy Bolesław Rogatka potrzebował pieniędzy na wojnę z braćmi i dlatego zastawił tę ziemię biskupowi magdeburskiemu, a także wówczas, gdy wysłannicy cesarza Leopolda kaperowali zielonogórskich czeladników do austriackiej armii na wojnę z Turkami. Interesuje mnie Fryderyk Wielki, który nakazał meliorowanie nadnoteckich i nadwarciańskich bagien między Drezdenkiem a Kostrzynem i zakładanie osad tworzących tzw. Nową Amerykę. Interesuje mnie: kto zbombardował centrum Krosna Odrzańskiego i kiedy to się stało; dlaczego i w jaki sposób Amerykanie zrzucili bomby na Żary, zaznaczone na mapie wojskowej jako Sorau? Mógłbym długo wymieniać - inspirują mnie wydarzenia bez względu na to, którego narodu dotyczą. Słowem: chcę wiedzieć, co się tu nad środkową Odrą wydarzyło. I chcę, aby o tym wiedzieli inni. Przypuszczam, że absolwent gimnazjum w Rzeszowie, Gdańsku, Wrocławiu, Żarach potrafi podać datę bitwy pod Grunwaldem, omówić jej znaczenie i wie tyle, ile jest w książkach. Sądzę natomiast, że ten sam gimnazjalista nic nie wie o bitwie pod Sarbinowem, Kijami, Kunowicami, bo o tym nie piszą podręczniki zalecane w szkołach. Licealista wie, że w 1000 roku Chrobry spotkał się z Ottonem w Gnieźnie, ale nie wie, że monarcha wyjechał trzysta kilometrów od swojej siedziby, do Iławy, aby cesarza powitać na granicy. Nie wie, że partyturę hymnu niemieckiego, przedwojennego i wykonywanego współcześnie, jego twórca Fritz Lubrich wysłał na konkurs pocztą z ówczesnego Żagania i stał się w 1922 roku jego zwycięzcą. Nie wie, że Basia, którą Józef Wybicki uwiecznił w pieśni, w późniejszym hymnie polskim, była córką podczaszego wschowskiego. Nie wie również, że wieś Świętno k/Wolsztyna w 1919 roku miała status niezależnej republiki z własnymi ministrami, wojskiem i wytyczonymi granicami. Była najmniejszym państwem w historii Europy. Nie wie, że przysłany przez Niemców do Dąbrówki Wielkiej w 1923 roku ksiądz Binder, zamiast zniemczać tamtejszych Polaków, spolonizował się. Musiał to odpokutować w Dachau, a po wojnie wrócił na plebanię. Obca mu jest historia pastora z podżarskich Lubanic - Mikołaja Jakubica, który przełożył Nowy Testament na język dolnołużycki i dziś jest uważany za ojca tego języka. Reasumując - nikogo nie muszę przekonywać, że starożytni Grecy pozostawili świątynie, rzeźby, literaturę. Po starożytnych Egipcjanach pozostały piramidy i papirusy. Na przełomie starej i nowej ery Jezus chodził po Ziemi Świętej. A co się działo na Środkowym Nadodrzu trzy tysiące lat temu? Czy tu już żyli ludzie i co robili? Wiele podobnych pytań zadałem doktorowi Andrzejowi Marcinkianowi, ostatniemu żyjącemu spośród pierwszych archeologów lubuskich. To co odpowiedział zamieściłem w mojej książce wywiadzie - rzece zatytułowanej „Tajemnice naszej ziemi”. O dawnej i nowej Ziemi Lubuskiej powinni mówić nauczyciele, absolwenci zielonogórskiego uniwersytetu. To ważne. A mówią niewiele, tyle, ile usłyszeli na studiach. Mam już sporo lat, doświadczenie dziennikarza i wykładowcy akademickiego, i z ręką na sercu twierdzę, że większość nauczycieli o wspomnianych wyżej wydarzeniach historycznych nie słyszała i nie czytała. A nie czytała dlatego, że historycy uniwersyteccy nie napisali, a jeśli już to zrobili, to takim językiem, że bez słownika wyrazów obcych trudno to zrozumieć. Uczeni historycy wygłaszają referaty na konferencjach naukowych, ale nie z udziałem zwykłych zjadaczy chleba. Na konferencjach naukowych uczeni mówią do uczonych, historycy do historyków. Opracowania pokonferencyjne też trafiają do historyków uniwersyteckich. Oni piszą książki dla historyków. Piszą po polsku, ale trudno je zrozumieć. Na mój zarzut o zamknięty język, odpowiadają, że taki jest język nauki. Czyli - nauka dla nauki. „Nauka dla nauki” zobligowała mnie do pisania o wydarzeniach na starej i nowej Ziemi Lubuskiej. Tych, które powinny być w podręcznikach. Przecież tu, nad środkową Odrą naprawdę dużo się działo. Kto nie wierzy, niech zajrzy do moich książek od Pierwszego do Czwartego „klucza do bramy” w tytułach. Książek dobrze przyjętych przez czytelników, na co mam dowody, a także przez niektórych historyków Uniwersytetu Zielonogórskiego, nauczycieli akademickich z uczelni gorzowskiej i sulechowskiej, a także polonistów i krytyków literackich. Czesław Sobkowiak Skrzydła poety Inspiracja to jedno z podstawowych, najważniejszych skrzydeł, które w przypadku każdego twórcy odgrywa rolę wiodącą. Bez niej twórczość jest niemożliwa. Jednak specyfika i charakter inspiracji zawsze bywa różny, często wręcz zaskakujący. Obok sfery inspiracji lub równolegle do niej, niebagatelną rolę odgrywa natchnienie. Bez tej mocy twórczego uniesienia, wyjście poza podmiotowe „tu i teraz”, pisanie jest niemożliwe. Choćby twórcę frapowały i inspirowały ważne problemy, dalekosiężne marzenia, to jednak może się okazać, że nie napisze niczego sensownego, bo nie temat decyduje o poziomie twórczości. W tym kontekście nawet wiersz o Bogu może się okazać kiepskim utworem. Ale to już inne zagadnienie. Natchnienie ze swej istoty i źródła przynależy do świata tajemnego, magicznego. Nie bardzo da się je opisać, zdefiniować ani wyjaśnić. Można by w tym miejscu przytoczyć słowa wielkiego rosyjskiego poety Josifa Brodskiego, który zapytany na rozprawie sądowej w Leningradzie, powiedział o natchnieniu: „to od Boga”. No i został skazany radzieckim wyrokiem za „pasożytnictwo” na pobyt w łagrze pod Archangielskiem (1964 r.). Natchnienie po prostu przynależy do metafizycznej strony twórczości. Przychodzi w nieoczekiwanym momencie i miejscu, dotyczy więc spraw wyższego rzędu. Więcej w nim energii, iskry, poruszenia, błysku, które zapalone trwają krótko. Nie są stałą dominantą. Natomiast inspiracja niemal zawsze i w całości jest racjonalna, ma określony przedmiotowy punkt odniesienia, konkret oraz istotny powód, dla którego autor tworzy. Pisze przykładowo wiersz, by przypodobać się kobiecie, uwznioślić ją, albo zaprotestować, wziąć w obronę skrzywdzonych, ostrzegać. Może przypominać o zagrożeniu światowego pokoju, tak jak ostatnio Gűnther Grass, któremu mocno się dostało od państwa Izrael za kilka refleksyjnych linijek poezji. Inspiracją może być drugi człowiek, jego biografia, los, jego postawa, wygląd, zasługi, albo przedmiot realny, miasto, zdarzenie. Natchnienie zaś jest zawsze mgliste. Inspiracja u każdego autora jest czymś w rodzaju jego duchowej biografii i można ją w twórczości prześledzić. Daje się opisać, skatalogować, oceniać i pozwala zweryfikować motywy powstania dzieła. Treny Kochanowskiego zdeterminowane są faktem śmierci kilkuletniej córeczki - Urszulki. Napisanie „Dziadów” przez Mickiewicza, czy „Kordiana” przez Słowackiego podyktowała sytuacja narodu polskiego pod zaborem rosyjskim. Wielką inspiracją Petrarki było przypadkowe spotkanie (6.04.1327) zachwycającej młodej mężatki – Laury, w kościele św. Klary w Awinion. Juliana Przybosia natomiast bardzo inspirowała przyroda (utwory o wiośnie). Amerykańskiego poetę Walta Whitmana mocno inspirował żywioł rodzącej się cywilizacji. Podobny typ inspiracji występował u Tadeusza Peipera, co przekłada się na jego słynne hasło „miasto, masa, maszyna”. Z inspiracji składa się cała literatura. Mogłoby się, więc wydawać, że inspiracja to coś bardzo prostego i wyrazistego. Jednak już w świecie kreowanym przez twórcę, w podmiotowym świecie, rzeczy mają charakter bardziej skomplikowany. Tu docieramy do sekretów twórczych - rzeczy intymnych, bliskich mu osób, czasami spraw trywialnych, merkantylnych, a także ulubionych przedmiotów i miejsc w przyrodzie oraz cenionych lektur. Niekiedy bez przypisów, pamiętnikarskich zapisków, wyjaśnień autora, nie mielibyśmy żadnej o tych zagadnieniach wiedzy. Można jeszcze dodać, iż dla wielu poetów dawnych i współczesnych, natchnieniem i inspiracją była kobieta bliska sercu, która patronowała twórczości i była muzą. Odpowiadając natomiast na pytanie dotyczące inspiracji związanej z miejscem zamieszkania, czyli lubuskim regionem, można powiedzieć, że w wierszach kilku poetów pojawia się temat regionalny. Oczywiście w mniejszym lub większym zakresie. Najczęściej dotyczy krajobrazu, bądź miejscowości, w którym autor żyje, ale też historii i legend pobliskiej okolicy. Napisałem opowiadanie o jeziorze Linie dlatego, że po prostu tam byłem, widziałem i podziałało inspirująco. W prozie Tadeusza Jasińskiego, Zbigniewa Kozłowskiego, Zbigniewa Trziszki, ale i Alfreda Siateckiego czy Krzysztofa Koziołka znajdujemy liczne wątki lubuskie. Dwaj ostatni autorzy umieszczają je w swoich powieściach kryminalnych. Autorem wyróżniającym się tematyką lubuską jest Janusz Werstler, który niemal w całości oddał swe pióro tematowi żarskiemu, stwarzając jakby poetycką monografię swojego miasta. Sądzę, że nie osiągnąłby poetyckich wyżyn, gdyby nie inspirowało go w takim stopniu miejsce i nie zdecydował się temat eksploatować. Inspiracje lubuskie o szerszym wymiarze znajdujemy w tomiku poetyckim „Strofy o dzierżawie” Zdzisława Morawskiego oraz w prozie Ireny Dowgielewicz „Tutaj mieszkam”, obydwie książki nawiązują do Gorzowa. Z kolei Bolesław Soliński w „Tryptyku lubuskim”, opisujące urok kamieniczek Zielonej Góry oraz lubuskiego regionu. Eugeniusz Kurzawa w „Zapisie” cały zbiór wierszy poświęcił Zbąszynowi. W swoim dorobku pojedyncze wiersze o tematyce lokalnej ma kilkoro lubuskich poetów. Natomiast w wierszach Anny Tokarskiej prawie w ogóle temat lubuski nie występuje, podobnie u Janusza Koniusza. I to jest zrozumiałe. Wyjść zwycięsko z takiego zadania, to znaczy przekroczyć próg okazjonalności i doraźności. A poza tym niekiedy twórca woli raczej nie być poetą lokalnym, gdyż mogą mu przylepić łatkę prowincjonalności, a tego nikt nie chce. Myślę jednak, że każdy dojrzały artysta, pisarz, poeta pragnie stworzyć dzieło umiejscowione w najbliższym kręgu swojego życia, okolicy, małej ojczyźnie. Dzieło - ma się rozumieć - uniwersalne, pełne, a nie obrazek lub laurkę. Ale stałego pisania „regionalnego”, stanowczo bym odradzał. Oczywiście dla życia literackiego i historii regionu są to utwory być może ważne. Po prostu nabierają charakteru reprezentatywnego. A poza tym? Pamiętajmy jednak, że wartościowanie w twórczości literackiej zupełnie inaczej przebiega. Kiedyś promowano tzw. „mały realizm”, i co z niego zostało? Teraz używa się hasła „mała ojczyzna”. Jedynym atutem jest zapewne autentyzm takich tekstów. No i wartość dokumentalna. Nie napisać jednak w ogóle o miejscu własnego życia, domu czy ulicy, historii miejsca, genius loci, to też oznaczałoby słabość i literacki niedostatek. Gdy idzie o mnie, to w sposób typowy, zadeklarowany, region lubuski nigdy mnie nie inspirował. Więcej już wierszy o najbliższej okolicy, jej topografii, napisał Mieczysław Warszawski (o Laskach Odrzańskich, rzece Odrze i powodzi). Mnie raczej inspirowały treści ogólniejsze, społeczne lub kulturowe. Moje inspiracje po części miały źródło w modelu literatury funkcjonującym na początku lat siedemdziesiątych. O wyborze problemów, które były dla mnie ważne decydowała formacja Nowej Fali. Z tym, że znaczące było miasto jako wielka, uniwersalna metafora świata, zmysłowa realność egzystencji, jej mitologii. Zarazem nie poddawałem się poetyce Rafała Wojaczka. Ja - mogę rzec – wchodziłem do literatury w czasie apogeum formacji wrażliwej na sprawy społeczne, ale nie pod jej sztandarem, nie realizując ściśle jej programu. Mój świat kształtował się na pograniczu. Z jednej strony motywował mnie wiejski rodowód, nie zawsze wprost oczywiście dochodzący do głosu, a z drugiej to wszystko, co zdobywałem i co mnie fascynowało w wielkim, poniekąd obcym nowym świecie, jego obyczajach, kulturze i mitologii. Tu odbywały się moje wielotorowe poszukiwania i wynikające z nich inspiracje i wtajemniczenia. Wczytywałem się w szczególną tonację „Czterech poematów biblijnych” Romana Brandstaettera i zarazem w poezję nowoczesną. Interesowały mnie wnętrza wrocławskich kościołów, Ogród Botaniczny, ale i Niskie Łąki, które zresztą w prozie ktoś opisał. Ale i popołudniówkę „Wieczór Wrocławia” dość namiętnie czytałem. Było w niej sporo interesującej prozaiczności życia. Nie powstawało na tych stykach wysoko-niskich, mimo iskrzenia znaczeń, żadne większe rozdarcie wewnętrzne, może dlatego, że traktowałem i traktuję różne formy literackie, dawne i współczesne, nie jako propozycje do podjęcia i kontynuacji, ale jako tło poniekąd. I wtedy o Wrocławiu żaden wiersz pod moim piórem nie powstał, ale dopiero niedawno, zatytułowany „We Wrocławiu”. Trzeba było czasu, by wszystkie doznania zostały „przetrawione”. To znaczy stały się ważne, bo emocjonalnie i intelektualnie potrafiły wagą swej pełni, inspirować. Poza tym, mówiąc o tych sprawach wypada pamiętać, że każdy poeta funkcjonuje nieustannie na styku z innymi poezjami, bywa w ciągłej z nimi konfrontacji. Mamy przez to do czynienia z mimowolną permanentną inspiracją. Słuszne jest twierdzenie, że nie z myślą o czytelniku się pisze, nie dla odbiorcy, ale pisze się dla języka poetyckiego. I tych źródeł nie do końca można się w utworze napisanym, potem czytanym, dokładnie dopatrzyć, bo są one bardzo zawile i mocno już zatarte. Zresztą nie zawsze sam poeta jest zainteresowany pokazaniem tego co go inspirowało, by nie być posądzonym chociażby o brak oryginalności. Wtedy tylko wiadome są źródła, jeśli je sam wskaże. Często takim miejscem jest tytuł, dedykacja lub motto. Właśnie dedykacja, w kilku wierszach, bardzo mocno motywowała mnie do tworzenia, wtedy włączałem zresztą idee i obrazy, które jakoś łączyły się z tą wybraną osobą. Dedykacja w końcu, to jeden ze sposobów na uprawianie poezji. Ryzykowny, bo rodzi ułatwienia, ale jednak. Motto zaś samo w sobie dostarcza treści intelektualnej, która może być kontynuowana lub prowadzony z nią dialog. Bardzo wdzięcznymi przykładami do obserwacji tegoż procesu i prawa są dzieła wszystkich naszych wielkich, a więc Herberta, Mi- łosza, Różewicza, Szymborskiej. Ile inspiracji znajdziemy nie tylko literackich, ale i ze sfery sztuki, muzyki, czy malarstwa. Wyobrażam sobie, że również czytanie Broniewskiego może być pomocne, a więc inspirujące, nie po to by powtarzać jego ton, jego ideologię, czy tak samo rozpoznawać świat, ale by z podobną ostrością moralną opisywać problemy aktualnej rzeczywistości. Gdy pisałem wiersze, które złożyły się na tom „Powieść w odcinkach”, znaczenie miała lektura poetów francuskich czytanych w antologii Adama Ważyka: Apollinaire (dla którego wielką inspiracją była oszałamiająca, dwudziestodwuletnia Maideleine, 1915), Jacob, Eluard, Rimbaud, Char. Także idee surrealizmu. Wielkie to namiętności i sprawy. Także inspirowali mnie poeci polskiej awangardy, głównie Tadeusz Peiper. Nie trafiał do mnie w ogóle Julian Przyboś, nie za dużo też poruszał mnie oniryczny Jan Brzękowski – za młody byłem, by zrozumieć. Ale już Józef Czechowicz tak. A z drugiej strony poezja T. S. Eliota, głównie poemat „Ziemia jałowa”. Tam wiele znalazłem. To była moja ówczesna Biblia. Obok tych wyborów, pisało się wiersze na liczne konkursy. Inspiracja była w takich przypadkach niejako wymuszona. Nie da się ukryć, że wymóg sprostania tematowi i konkursowa rywalizacja z innymi, może działać dopingująco. Jednak w pewnym momencie taki sposób uprawiania literatury niechybnie powoduje zniszczenie osobowości twórczej. Dlatego trzeba w odpowiednim momencie z tym zerwać. Swoją przygodę na tym polu przeszedłem uczestnicząc w konkursach poetyckich na wiersz winobraniowy. Jeśli dzisiaj mówimy o regionalności, to tu właśnie przejawiła się ona w moim przypadku. Nie interesowała mnie jakaś winobraniowa mała ojczyzna, ale bardziej sam mit, archetyp wina, ziemi itp. Nie znaczy to, że nie czuję problemu regionalności, że go ignoruję lub odsądzam od czci i wiary. Że nie chciałbym w małej wiosce dostrzec całego świata. Może teraz nawet więcej o tym myślę. Mieszkam w Zawadzie, lecz nie napisałem jeszcze o tym miejscu, czym się nie przejmuję, bo zawsze mogę to jeszcze zrobić. Bywa, że czasami o czymś bardzo bliskim i ważnym pisze się późno. Teraz wracam do mojego Jaromierza w prozie i wierszach. Dopiero niedawno napisałem wiersz o krowie, która z realności przeszła w byt mityczny. Prawda jest bowiem taka, że nie chodzi o napisanie obrazka, to zawsze można, ani o ulicy wymienionej z nazwy, o konkretnym mieście, ale by te obrazy i myśli przeszły właśnie w sferę mitu. To jest ważne. Grażyna Rozwadowska-Bar Wydobyć ze zwyczajności nadzwyczajność Moje wczesne inspiracje zawdzięczam książkom. Zawsze dużo czytałam i były to bardzo różne książki. Na przestrzeni lat moje gusta się zmieniały, w miarę czytania dojrzewałam do swoich lektur. Niektóre z nich stały się dla mnie swoistym drogowskazem życiowym. Nie zapomnę tych chwil, gdy pierwszy raz czytałam „Pana Cogito” Zbigniewa Herberta. To był prawdziwy egzamin dojrzałości, który otworzył mi szeroko oczy na życie, na poezję. Pamiętam też mój pierwszy kontakt z pisarstwem Gombrowicza, po którym miałam wrażenie, że cała literatura światowa czeka na mnie, że to właśnie Gombrowicz otworzył mi do niej drzwi. Każda przeczytana książka jest we mnie, w moim umyśle, w duszy - by w odpowiednim momencie jakąś dawno zapomnianą frazą „odezwać się” w którymś z wierszy. Albo tylko musnąć mój umysł dawnym klimatem. Czytając „Grę szklanych paciorków” Hermanna Hesse uświadomiłam sobie, że cała wiedza, którą przez lata zdobywamy, że wszystko co przeżywamy, tworzy w nas pewną mieszankę intelektualną przyprawioną doświadczeniem, radością i cierpieniem, a nade wszystko lekturami i podró- żami. Tak więc inspiracje twórcze czerpiemy z siebie, z tego co przeżyliśmy, co zobaczyliśmy i z ludzi, których spotkaliśmy. Czasami jest to coś bardzo głębokiego, a innym razem coś zupełnie przypadkowego. Coś, co nas zaskoczy i jest bardzo przyziemne, choćby podsłuchana rozmowa, przeczytany tytuł w gazecie, czy zasłyszana melodia. Piszę, bo zachwycają mnie i przerażają ludzie, ci bliscy i dalsi, i ja sama również. Moje miasto, w którym urodziłam się i mieszkam ciągle mnie inspiruje do działania i pisania. Różne tematy, różni autorzy trafiają w różne miejsca mojej wyobraźni i mojej wrażliwości - to dobrze, bo nigdy nie wiem, co nieoczekiwanie może stać się dla mnie zbawienną inspiracją. Odpowiadam każdym swoim wierszem, wciąż od nowa i nie zawsze wprost. Najlepsza literatura powstała właśnie z życia. Z codziennej przyziemności, uporczywej szamotaniny ze zwyczajnością, po to żeby udało się z niej wydobyć jakąś nadzwyczajność. Zbigniew Kozłowski Jasne i ciemne strony inspiracji Ujawnianie własnych inspiracji twórczych jest sprawą bardzo osobistą, dla niektórych może nawet wręcz intymną. Trzeba bowiem sięgnąć w głąb własnego, na ogół głęboko skrywanego „ja”, odwołać się do przeżyć, wrażeń, obserwacji, zinterpretować często podświadome reagowanie na rzeczywistość. Dotyczy to w równym stopniu wewnętrznych stanów świadomości, jak i odbioru całej gamy zjawisk zewnętrznych. Dlatego skłaniam się ku rozdzieleniu źródeł inspiracji literackich na te, które wypływają z tzw. środka, czyli duszy twórcy oraz bodźców zewnętrznych, czyli zapamiętanych obrazów, słów, stanowiących postrzeganą rzeczywistość. Postanowiłem jednak skupić się na ważnym, chociaż nie wiodącym aspekcie naszych inspiracji, na tzw. ciemnej stronie, czyli mówiąc wprost egoizmie twórcy. Nie sądzę, by ktokolwiek z referujących przyznał się do tego publicznie, spróbuję więc zająć się tą kwestią. Zacznę od czynników wewnętrznych, wynikających z ego oraz id. Podstawowym i bardzo prozaicznym jest egotyczne pragnienie pokazania światu, że jesteśmy nietuzinkowi i różnimy się od zwykłych zjadaczy przysłowiowego chleba. Mamy ciekawszą od przeciętnej osobowość - tak zwane wnętrze i bogatszą wyobraźnię, widzimy sprawy i rzeczy dla innych niedostrzegalne. Te cechy inspirują twórczo, podnoszą poczucia własnej wartości, pozwalają zminimalizować kompleksy i uzyskać status „osoby ważnej”. Skoro już nam powiedzia- no lub też sami uznaliśmy, iż natura dała nam coś więcej chcemy tym darem, ujętym w literacką formę, podzielić się z innymi. Niebagatelnym więc motywem piszącego jest sprawienie, by czytelnik-odbiorca chociaż na chwilę, na moment przystanął i dostrzegł coś więcej niż zwykłą codzienność w swoim biegu przez życie. Ważnym czynnikiem inspiracji twórczych dla wielu literatów, dla mnie również, jest przeniesienie własnej osobowości na literackich bohaterów. Jest to klasycznie samolubna chęć usankcjonowania swojego „ja” w pisanych utworach. Bardzo często korzystam z tego zabiegu. Opisywane postaci literackie, zwłaszcza w moich książkach „kozackich”, to właśnie ja – wyidealizowany, doskonały, taki jakim chciałbym być. Przypisuję bohaterom swoje zachowania, słowa, przeżycia, nawet takie, które w moim szarym istnieniu nigdy nie nastąpią, choć bardzo chciałbym ich doświadczyć. W efekcie mam poczucie, że stawiam osobistą, podwójną pieczęć - pragnę zaistnieć nie tylko jako autor, lecz także postać opisywana. Wszystko to musi być komplementarnie powiązane z kolejną inspiracją naszego wnętrza, mianowicie potrzebą przekazania motta, przewodniej myśli, czyli tzw. przesłania. Celem naszej twórczości jest wzbudzenie w czytelniku chęci odczuwania piękna, refleksji nad literacko przez nas ujętym zjawiskiem. Ale istnieje też potrzeba potępienia postaw uznanych przez nas za naganne lub odwrotnie, afirmacja akceptowanych przez autora zasad moralnych. Cel ten osiągniemy wówczas, gdy potrafimy napisać to w sposób zarówno piękny, jak i przekonujący. Czynniki te są inspirujące dla twórcy - piszący ma nadzieję, że jego ideały nie tylko ujrzą światło dzienne, ale będą też akceptowane i cenione przez odbiorców. Aby tak właśnie się stało, należy sięgnąć do kolejnej inspiracji – osiągnięcia stanu natchnienia, twórczego uniesienia, które potem niejako samoczynnie przywołuje różnorakie motywy. Często są nimi własne idee i wyobrażenia, czy też przywołane za pomocą empatii bodźce zewnętrzne. Jakże głęboko pobudzały mnie do twórczych uniesień skrajne przeżycia, te dobre – zakochanie, miłość, życiowe sukcesy, i te gorzkie - poczucie porażki lub odtrącenia. Odbiór tych zjawisk był tylko i osobiście mój, spowodowany jednak został przez czynniki zewnętrzne, tak a nie inaczej przeze mnie zinterpretowane. Nasze wewnętrzne odczucia są implikowane zderzeniem ze światem, niejako konfrontacją z rzeczywistością. Reasumując - nasze inspiracje osobiste wynikają z wewnętrznych cech i talentu literackiego, a te z kolei przekładają się na potrzebę dzielenia się swoim widzeniem świata, wyobraźnią i przesłaniem. Inspiracje poza osobiste, to cały szereg zewnętrznych bodźców, motywujących twórcę do ich literackiego opisu. Są to: wychowanie i przekazane ideały moralne, kulturowe, tradycja rodzinna; literatura czytana w młodości i później poznane książki; otoczenie społeczne, znajomi, przyjaciele; najbliższy region jako miejsce historyczne i współczesne. Wyjątkowo ważną inspiracją są ideały moralne przekazywane od najwcześniejszego dzieciństwa przez naszą rodzinę i najbliższe otoczenie. Właśnie w młodzieńczym okresie akceptujemy, bądź odrzucamy pewne wzorce postaci i zachowań, które później afirmujemy jako dobre, bądź krytykujemy uznając za złe. Widzimy i oceniamy kolegę, sąsiada, nauczyciela, słyszymy o Piłsudskim i Zawiszy Czarnym. Postawy ludzi, którzy poruszyli naszą wyobraźnię są odwzorowywane w naszej późniejszej twórczości, pozwalają odwoływać się do konkretnych zachowań, czy nazwisk. Pobudzają autora swą wielkością, szlachetnością, namiętnościami. Transferują upodobania na czytaną przez nas li- teraturę, z czasem skłaniając ku wybranym gatunkom poezji, historii, sensacji, baśni itp. Nasze zamiłowanie narasta, opanowuje duszę, w końcu sami pragniemy spróbować sił i dorzucić napisaną własnoręcznie cegiełkę do umiłowanego rodzaju literatury. Zainspirowani, uniesieni smakowaniem twórczości idoli, pragniemy i my do nich dołączyć. Jestem oczarowany stylem pisania – H. Sienkiewicza, W. Łysiaka i S. Żeromskiego. Moim nieosiągalnym dotąd pragnieniem jest chęć dorównania tym mistrzom. Kolejnym i ważnym motywem inspirującym jest region, tzw. „mała ojczyzna”, otoczenie, w którym przebywamy i przeżywamy. Większość z nas pragnie przez swoją twórczość utrwalić, zapisać na zawsze poznane zakątki, osoby i obrazy. Zakodowane w podświadomości namacalne zjawiska – ulice, budynki, miejsca i ludzie w nich żyjący - zawsze będą bardziej autentyczni, bowiem łatwiejsze do opisania są sprawy poznawane empirycznie. Drugim istotnym czynnikiem jest chęć promowania swojego regionu, właśnie tych zapamiętanych obrazów, przywiązania do lokalnych tradycji, propagowania jego wyjątkowości, kultury, itp. Wszystkie te elementy są częściami składowymi bardzo silnej motywacji autorskiej: afirmując i popularyzując swój region utrwalamy w pamięci pokoleń, jego historię i dorobek, a także przy okazji – nie ukrywajmy - swoją autorską pozycję. Reasumując uważam, że przy opisanych wyżej silnych inspiracjach o podłożu egotycznym, twórcom dla równowagi niezbędna jest literacka pokora. Eugeniusz Kurzawa Inspiruje mnie wiele zdarzeń, myśli, spraw. I niezgoda. Właściwie mógłbym tak wiersz po wierszu wskazywać konkretnie - jeśli oczywiście pamiętam - co mnie zainspirowało do stworzenia tego, czy innego utworu. Zazwyczaj te inspiracje siedzą „gdzieś w środku”, zatem w mózgu, a „potrącone”, jak struna, zaczynają brzmieć. I ujawniają się w postaci zapisów na kartce papieru - wierszy. Mówiąc krótko, inspiruje mnie życie. I to w każdym aspekcie. W pewnym okresie najsilniej inspirowało mnie miasto rodzinne, Zbąszyń. Na początku lat 90. napisałem na ten temat tyle wierszy, że złożyły się na tomik pt. „Zapis”. Mieszkałem wówczas w Białymstoku i być może odległość spowodowała taką nostalgię, że przelała się na papier. Być może - co chyba też ciekawe - był to pewnego rodzaju efekt uboczny tamtejszej sytuacji społecznej i politycznej w kraju. Transformacja ustrojowa uruchomiła bowiem samorządność lokalną. A mnie wówczas, mimo odległości, bardzo interesowało to, co się dzieje w mojej małej ojczyźnie. Zresztą „od zawsze” mnie to interesowało, gdziekolwiek byłem, mieszkałem. Wtedy, z oddali, za- cząłem nawet wydawać lokalną gazetkę, choć z Białegostoku do miejsca, które opisywałem dzieliło mnie około 700 km. W ten sposób byłem obecny duchem w swoim domu rodzinnym, na Rynku, na ulicach, nad Obrą i wędrowałem ścieżkami historii. I teraźniejszości. Wersję prozaiczną tej duchowej obecności zapisywałem na kartach tejże gazetki, zaś wersja poetycka zaczęła się wyłaniać w postaci wierszy, potem tomiku wydanego w Białymstoku. Co istotne, wiersze powstały w bardzo krótkim czasie, dosłownie jeden po drugim, nieomalże bez poprawiania. Gdyby nie fakt, że nie wierzę w natchnienie poetyckie, mógłbym powiedzieć - tamten tomik powstał pod wpływem natchnienia. Było to dla mnie bardzo intrygujące doświadczenie. A efektem niepowtarzalny w swej wymowie zbiorek. Notabene mój jedyny, który miał dwa wydania. Różne inne miejsca także mnie inspirują. Przy czym skutkiem tego są w pewnej mierze próby literackiego oswojenia tychże miejsc, tak jak w przypadku Wilkanowa, mojego nowego domu. Czasem jest to usiłowanie przywrócenia tego, co odeszło, a więc zapisy przeszłości o moim mieście, ulicach Zielonej Góry, Wilna, etc. Z ostatniego stwierdzenia mógłbym w tym miejscu wylać całą rzekę kolejnych inspiracji, gdyż - jak napisałem w jednym z ostatnich, jeszcze nie opublikowanych wierszy - „tylko przeszłość ma sens”, „jedynie przeszłość jest nadzieją”. O tym jednak staram się zwykle wprost nie pisać, natomiast mówią w sposób dość dramatyczny moje wiersze, chociażby w ostatnim zbiorku „Ćwiczenia z rozpaczy”. Powiem więc tylko tak: właściwie niemal od samego początku poetyckiego pisania najważniejszym motywem twórczości była dla mnie - nieustannie do dziś ponawiana - próba zatrzymania i zapisania upływającego czasu. Beznadziejna walka z rozpadem. To się obsesyjnie wręcz powtarza, ostatnio niemal w każdym wierszu. Scenografię do nich stanowi od pewnego czasu - ogród, przyroda, przeszłość, rodzina, jakieś ważne dla mnie przedmioty. Jedyne, co raczej nie wpisuje się w ów motyw przemijania to jest najnowsza historia Polski, poruszana przeze mnie w wierszowanych zapiskach. Choć z drugiej też strony podejrzewam, iż nie jest to inspiracja aż tak do końca inna, niż wspomniana wyżej. Zresztą czy to rozróżnienie jest tak bardzo istotne? W tym wypadku jednak dość bezpośrednio inspirują i zachęcają mnie do pisania - o paradoksie - kłamstwa i głupota panoszące się zwłaszcza w mediach, szkole, w nauce historii, w polityce wreszcie. Jako człowiek, który ponad połowę życia przeżył w Polsce Ludowej wiem zbyt dobrze, jakie to były czasy. Czego wówczas dostawało, a czego nie. I wiem też, że nie była to żadna „czarna dziura” tylko po prostu Polska „z kolejnym trzecim numerem”. Ponieważ nie mam możliwości zareagować publicystyką na powtarzające się nieustannie publiczne kłamstwa - choćby takie, że w PRL był komunizm; albo, że było to państwo totalitarne; że nieustanne represjonowano kościół rzymski - piszę wiersze. Na pewno niezbyt doskonałe, ale potrzebne. Głównie mnie. Może ktoś je kiedyś odczyta jako nietypowy, bo jednostkowy wyraz niezgody na panującą obecnie ideologię państwowo-kościelną. A przede wszystkim na to, że chce się zawłaszczyć młodość poety, narzucić mu opinie, których wówczas na pewno nie miał w głowie. Zdecydować za niego (czyli za mnie), jak powinien myśleć o swojej, bądź co bądź, przeszłości. Na to nie pozwolę! Choć jest to, niestety, tylko bunt poety… Wiesława Siekierka Pomiędzy tu a tam Zastanawiam się, skąd moja wrażliwość na cudzą łzę spod powieki, na piękno natury, na sztukę. Skąd czerpałam siłę, by przetrwać w piekle historii? Skąd płyną inspiracje, by szarość ubrać w poetycką metaforę? Moje serce i dusza pomiędzy tu a tam. Rzucona w puste gniazdo, nieopierzona, uczyłam się żyć od przelotnych ptaków, od upartej trzciny na wietrze. One naznaczyły fioletem mój kod. To nic, że brzemię, zakręty, że czas – jak pies za zającem. Wspomnienia wybielają czerń. Pod powiekami przechowuję rodzinny dom, w wersy wplatam znajome kąty – krainę kreśloną skrzydłem czarnego bociana i eleganckiej jaskółki. Tam, gdzie w horyzont wpisane są niezabudki, sasanki, wieczorne surmy żurawi. Tam, gdzie stoją krzyże pisane krwią. Inspiracją moją są: dostojne sosny, strojne jałowce, wiekowe dęby, uzdrawiający zapach wrzosowisk, modre łany dumnego lnu, melancholijne iwy na miedzy. W moich snach żyją zapamiętane w dzieciństwie obrazy - pierwszy napotkany zielony pasikonik i kolorowy paź królowej, i ukryty w mchu borowik. Niemen, pozornie odległy i dumny, krąży we mnie, jak krew. Symfonia barw - błękitnego Niemna i ultramaryny nieba uczyły mnie wrażliwości. Stamtąd na całe życie wzięłam nadniemeński akcent. Jakże mam wyjaśnić tęsknotę, gdy świt pozłotą zaczyna jaśnieć. Któż pojmie mój niepokój, co we mnie rośnie każdą wiosną. W duszy wciąż odzywa się kresowa muzyka. Czuję drżenie każdego kiełka z mojego pola, słyszę echo w lesie. One mi przekazały wszystkie barwy i skargi Polesia. To tam, stojąc na progu chaty, wita się zbłąkanego przechodnia pytaniem: - Wy z daleka, może chcecie wody? Tam płaczą za mną cienie brzóz. Domagają się pamięci kresowi pisarze i poeci : Eliza Orzeszkowa, Janko Kupała, Adam Mickiewicz i inni. Są moimi przewodnikami. To oni nauczyli mnie miłości do przyrody, do człowieka. Miałam szczęście - dostałam w najem podarowane chwile i pędzel, by malować słowa. Tu od lat moje cztery ściany, rodzina, przyjaciele. Jestem – kim marzyłam, mam – ile potrzebuję, kocham – jak potrafię. Wiem też czego zabrakło spełnieniu, może więc dlatego zapominam radować się Istnieniem? Jestem przecież świadkiem obiecanego z reklamy raju, który nim nie jest. Uczę się na nowo żyć. Szukam miejsca wśród Jeszcze Żywych Poetów i w Klubie Literackim ZLP. Sycę zachłanne oczy wersami poetów znanych i bliskich po piórze. Jola P. na warsztatach literackich inspiruje: z jednego wyrazu, w ciągu dziesięciu minut, napisać tetrastych ośmiozgłoskowcem, wplatając oksymoron, porównanie i coś tam jeszcze z kodu poezji. Inspirują mnie Majowe Spotkania Literackie w Żarach, Letnia Akademia Muzyczna i Poetyckie Koncerty Życzeń w Bibliotece w Żaganiu. Inspiruje spotkany na przejściu uśmiech i życzliwe słowo. Adam Bolesław Wierzbicki Samo życie Gdy dowiedziałem się, jaki będzie temat wiodący tegorocznych Majowych Spotkań Literackich, zanim zasiadłem do komputera, długo zastanawiałem się co napisać. Wszak inspiracją twórczą dla ludzi parających się piórem, i to nie koniecznie zawodowo, może być w zasadzie wszystko, zarówno szeroko pojmowana miłość, jak i rozpacz po utracie bliskiej osoby. Prawdą jest, że dla wielu z nas pisanie jest pasją, niejednokrotnie sprawiającą wiele radości. Podobnie rzecz się ma z Wielkimi w historii literatury Jan Kochanowski napisał cykl trenów po śmierci córki Urszuli, zaś Adama Mickiewicza inspirowała do pisania niespełniona miłość do Maryli Wereszczakówny. Nic więc dziwnego, że podobnie jest również w moim przypadku. Pierwsze rymowanki zacząłem pisać w szkole podstawowej. Pamiętam, że w szóstej klasie nasza polonistka, Antonina Ligocka, zachęcała nas do napisania fraszek inspirowanych życiem szkoły. Traktując to jako fakultatywne zadanie domowe, przygotowałem kilka 4-wersowych wierszyków, kpiąc w nich z przywar i wad kolegów. Za swą „twórczość” dostałem ocenę bardzo dobrą. Po lekcjach zaś dodatkowo „po gębie” od jednego z kolegów , który poczuł się dotknięty fraszką na swój temat. Będąc w ósmej klasie napisałem, na turniej szkół partnerskich, wiersz o Januszu Korczaku, patronie naszej szkoły. Wiersz w ocenie jury okazał się najlepszy, wydrukowano go nawet w miesięczniku „Grono”, jednak teraz nikomu go nie pokazuję. W liceum parałem się pisaniem tekstów na Festiwal Piosenki Użytkowej, organizowany w lubskim Zespole Szkół Ogólnokształcących i Zawodowych. Teksty były proste, wręcz banalne, a jednak przypadały do gustu festiwalowej publiczności. Przekonałem się, że wyrobnicza twórczość, jak nazywam ją z perspektywy czasu, łatwiej trafia do odbiorców. Nic więc dziwnego, że piosenki disco polo Bayer Full są bardziej znane przeciętnemu Kowalskiemu, niż wysokich lotów ambitna poezja Zbigniewa Herberta w interpretacji Przemysława Gintrowskiego. Moje młodzieńcze uniesienia miłosne zaowocowały wierszami ocierającymi się o grafomańskie sonety, które nawet udało mi się wydać własnym sumptem: „W pogoni za Słońcem” - 1997 i „Trzy słowa krwią pisane” - 1998. Kobiety zainspirowały mnie też do napisania kilkunastu białych wierszy. Jeden z nich nawet doceniło jury XIX Konkursu Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej w Katowicach. Najlepsze pomysły na teksty jednak podpowiada samo życie. Kiedyś po kilku dniach „balangowania” próbowałem się ogolić i to zainspirowało mnie do napisania wiersza „Autoportret przy goleniu”. Innym razem, gdy nie miałem w portfelu nawet na piwo, powstał „Autoportret z pustymi kieszeniami”. A po kolejnym zatrzymaniu i spisaniu przez patrol policji nakreśliłem „Autoportret, ankieta personalna”. Z narkotykami nie mam specjalnie doświadczeń. Dwa razy w życiu miałem do czynienia z marihuaną. Za drugim razem wypaliłem chyba za dużo, bo z objawami niewydolności serca wylądowałem na pogotowiu. Zaowocowało to opowiadaniem pod tytułem „Jazda’, które doceniono w gubińskim konkursie „O Złote Pióro” (2000 rok). Niekiedy inspiracją do pisania są dla mnie historie, jakie wydarzyły tuż po wojnie na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych , a które w dzieciństwie opowiadała mi moja babcia (zmarła w 1988 roku). Tak powstały wiersze: „Dziedzictwo” , „Czas pojednania”, „Na poniemieckim cmentarzu”. Epizody z jej opowieści wplotłem do nowelki pod tytułem „Sześć hektarów niespełnionych marzeń”, w której zamieściłem też wątki autobiograficzne. Czasami zdarza się, że wenę do napisania wiersza czerpię wprost z serwisów informacyjnych emitowanych w radiu , czy telewizji. Przykładem mogą być wiersze - „Najpiękniejszy uśmiech świata” oraz „Wiadomość dnia”. Zdarzyło się również, że temat do pisania zaczerpnąłem z wykonywanej aktualnie pracy zarobkowej. Tak było w przypadku prozatorskiego tekstu zatytułowanego „Ciężki kawałek chleba”, opisującego ludzi sprowadzających do Polski z Niemiec tak zwane „wystawki”. Tekst odrzucono w trzech redakcjach: w pierwszej oficjalnie nie było dlań miejsca, a nieoficjalnie dowiedziałem się, że zażądałem zbyt wysokiego honorarium; dla drugiej był zbyt długi; zaś w trzeciej oświadczono mi, że ten temat na łamach ich gazety już poruszano. Tekst odleżał w szufladzie siedem lat, druku doczekał się dopiero w almanachu podsumowującym XXVI edycję konkursu im. Mieczysława Stryjewskiego. Konkurs organizowany w Lęborku, przyniósł mi drugą nagrodę. Jak więc widać, warto było czekać. Podsumowując można powiedzieć, że inspiracje czerpie się z wszystkiego co nas otacza. Dla jednych jest to przyroda, dla innych historia, bądź mała ojczyzna, czyli najbliższe otoczenie. Mnie w największym stopniu inspiruje życie. Elżbieta Mikoś Moje postrzeganie inspiracji twórczych Tworzenie bywa najbardziej owocne, gdy autor natchniony jest zasadotwórczą inspiracją, z której to treściwe słowa w pełni oddają gamę kolorytu jego wrażeń. W zasadzie jest to implikacja nader korzystna. Bez wyrzucania do kosza kolejnych pokreślonych kartek, z wpisem do właściwego już kajetu mającego formę pierwodruku. Autor wracając do nich może czasem pokusić się na nieznaczne poprawki, bo nie oddają już pełni tamtych wrażeń. Dlatego są one jedynie nakierowane na poprawność twórczą. Najbardziej irytujące jest jednak dla samego autora odczucie, że już nic sensownego napisać nie zdoła. Nie napotyka bowiem weny twarzą w twarz. Wysila się wówczas, podejmując mimo wszystko ryzyko, choć to wyzwanie może okazać się fiaskiem. Rozpoczyna próby tworzenia czegoś dość usilnie, bo czekanie na wenę, czyni ten czas coraz bardziej rozciągniętym w pustkę smutnego nie tworzenia. Od jakiegoś zamysłu po wytwory próbne i wreszcie obróbkę warsztatową, najbardziej upragnione jest to coś, co zainspiruje do przymusu wręcz wyrzucenia z siebie tych uniesień twórczych, które już wówczas przelewane na papier ”…popłyną jak muzyka ponad sadem”, ponad lasem, często bez poczucia czasu. Ponad tą rzeczywistością pełną także miłości do drugiej osoby lub dramatów wynikających z niej, wychodzi wreszcie na światło dzienne utwór nacechowany lirycznością. Ba, chodzi o to, aby te uniesienia twórcze nasiąknięte inspiracyjnością trafiły na właściwy tor i doprowadziły do takiej jakości twórczej, by wywołać reakcje odbiorcy. Jednoznacznej i oczywistej dla autora pozostawiającego ślady swojej wrażliwości i egzystencji. Ta inspiracja, która pozwala sięgać w dalekim czasie po wspomnienie domu rodzinnego, najbliższych w nim osób i doświadczeń, które przechodziły od lat beztroski po trudne czasami koleje losu. Teraz znajduję się w świecie poezji pod postacią smaku z dzieciństwa tak wyostrzającego zmysły; i rodzinnej wsi z łąką, która tak pachnie w maju i lasu co wyszumiał już kilka wierszy. Tego, co gra najpiękniej - pierwszej miłości i tej ostatniej, i co nastraja lirycznie w czasie, gdy gubi liście i przez lata się odradza po każdej porze uśpienia. Autor pod wpływem tej inspiracji, z nową nadzieją tworzenia odpowie tekstem, jak echo: „jeszcze jestem, jeszcze mogę, jeszcze kocham, także to co robię, tak znów szeleszczę”. Te szelesty to myśli wezbrane pod wpływem muzyki, także i poezji oraz wszystkiego co można odbierać pięknie, po sytuacji niekoniecznie poetyckiej, a z życia wprost wziętej. A te co dotykają do głębi, mogą być zarazem inspirujące. Wszystko to uwrażliwia, nawet chwile z milczącą zadumą. Odbiór tego spektaklu, w którym jest wiele ról będących częścią składową życia ma tu znaczenie. Dążąc do samorealizacji, a także empatycznego służenie innym z wykorzystaniem własnych możliwości twórczych, jest tu wezwaniem do gotowości wpisania się w rzeczywistość poprzez wiersz lub prozę wg własnej interpretacji autora, bo przecież „… spektakl trwa nieprzerwanie” tworząc kolejne scenariusze życia. Spis treści: Wstęp (Maria W as ik) ………………………………… 3 Z moich inspiracji (Janusz Koniusz)…….….. 7 Perpetum mobile, czyli moje inspiracje (Katarzyna Gielicz)………………………………… 13 Tutejszy (Alfr ed Siat ecki)………………………. 14 Skrzydła poet y (Czes ław Sobkowiak) ………. 19 Wydobyć ze zwyczajności nadzwyczajność (Grażyna Rozwadowska -Bar)…………………. 27 Jasne i ciemne strony inspiracji (Zbigniew Kozłowski)……………………………………….……… 29 Inspiruje mnie wiele zdarzeń, myśli, spraw. I Niezgoda (Eugeniusz Kurzawa)…………… 33 Pomiędzy tu a t am ( Wiesława Siekierka) … 37 Samo życie (Adam Bolesław Wierzbicki) … 39 Moje postrzeganie inspiracji twórczych (Elżbieta Mikoś)………………………………….… 42