nr 1 - Społeczeństwo

Transkrypt

nr 1 - Społeczeństwo
Społeczeństwo
STUDIA • PRACE BADAWCZE • DOKUMENTY
Z ZAKRESU NAUKI SPOŁECZNEJ KOŚCIOŁA
89
ROK XIX (XV)
2009 nr 1
SPIS TREŚCI
OD REDAKCJI
11 Zbigniew Borowik
Dyskryminacja w imię poszanowania wartości
13 Claudio Gentili
Nauka społeczna Kościoła i prawa człowieka
PRACE BADAWCZE
19 Vittorio Possenti
Oddziaływanie encykliki Fides et ratio
33 Giuseppe Brienza
Prawo naturalne jako wyraz rozumu praktycznego. Koncepcja Francesco Violi
STUDIA
57 Tonino Cantelmi
Homoseksualizm, wartości religijne i psychoterapia
85 Guzmán Carriquiry Lecour
Ameryka Łacińska kontynentem nadziei
103 Bp Andrzej Franciszek Dziuba
Wolność wyrazem etyki miłości
FORUM
121 Paola Binetti
Prawo pacjenta do samostanowienia
135 Pio Cerocchi
Koniec zdziwienia
143 Gian Maria Zanoni
Oburzenie – ostatni bastion
DOKUMENTY
147 Ojciec Święty Benedykt XVI
Zwalczanie ubóstwa drogą do pokoju. Orędzie na Światowy Dzień Pokoju
1 stycznia 2009 roku (8 grudnia 2008 roku)
KSIĄŻKI
157 Ks. Andrzej Jędrzejewski
Rec.: J. A. Merkle SNDdeN, Z serca Kościoła. Katolicka tradycja społeczna,
Warszawa 2009
163 Paweł Borkowski
Rec.: Ks. Z. Waleszczuk, Między egoizmem a dobrem wspólnym. Kryzys
państwa w dobie globalizacji, Kraków 2008
168 Ks. Piotr Nitecki
Rec.: J. Zabłocki, Dzienniki 1956-1965, Warszawa 2008
172 Fabrizio Casazza
Rec.: R. Guolo, L’Islam è compatibile con la democrazia?, Roma-Bari 2007
175 Fabrizio Casazza
Rec.: F. Totaro – B. Giovanola, Etica ed economia. Il rapporto possibile,
Padova 2008
MATERIAŁY DO FORMACJI KATOLICKOSPOŁECZNEJ
177 Oreste Bazzichi
Wierni świeccy
SUMMARIES
No. 1 (89), January-February 2009 (19)
V. Possenti,
ss. 19-32
Oddziaływanie encykliki Fides et ratio
Encyklika Fides et ratio (1998) okazała się trafna
i potrzebna. Jan Paweł II zwraca się w niej do
nowego areopagu nowożytności. Faktycznie encyklika stała się intelektualną prowokacją dla filozofów
i teologów. Dostrzega się duże i zróżnicowane zainteresowanie: jest w tym przychylność, są wątpliwości, jest krytyka i sprzeciw. Orędzie tej encykliki
pozostanie na długo w katolickiej tradycji.
The Influence of the Encyclical Letter
‘‘Fides et Ratio”
The encyclical letter ‘‘Fides et Ratio” (1998) has
proved to be an effective and useful document. In his
text John Paul II addresses the new Areopagus of the
modernity. In fact, the encyclical letter has become
a sort of intellectual challenge to philosophers and
theologians. A great and varied interest has been
manifested towards the papal text, including positive
attitudes, doubts, critical judgments, and objections.
The message of the encyclical is going to last in the
Catholic tradition for a long time.
G. Brienza,
ss. 33-55
Prawo naturalne jako wyraz rozumu praktycznego. Koncepcja Francesco Violi
Profesor Francesco Viola jest jednym ze współczesnych włoskich filozofów prawa i polityki. W około 20
wydanych książkach i blisko 200 artykułach porusza
wiele tematów, m.in.: problem prawa naturalnego,
myśl Jacques’a Maritaina i Thomasa Hobbesa na temat
państwa i prawa, pojęcie prawomocnej władzy, analiza postmodernistycznej teorii i filozofii polityki, stosunek między prawem naturalnym a prawami człowieka, wyzwania globalizacji, antropologiczne podstawy
praw i obowiązków osoby ludzkiej, hermeneutyka
prawa i wreszcie związki oraz różnice między moralnością a polityką oraz naturą a prawem.
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
8
Natural Law as an Expression of Practical
Reason. The Doctrine of Francesco Viola
Professor Francesco Viola is a contemporary Italian
political and legal thinker. He has published about 20
books and 200 papers, in which he deals, among
others, with the following topics: the problem of natural law, Jacques Maritain’s and Thomas Hobbes’ theories of State and law, the notion of authority, postmodern political theory and philosophy, relationships
between natural law and human rights, the challenges of globalization, the anthropological foundations
of human rights and duties, legal hermeneutics and,
finally, relationships and differences between morals
and politics as well as between nature and law.
T. Cantelmi,
ss. 57-84
Homoseksualizm, wartości religijne
i psychoterapia
Kodeks deontologiczny Krajowego [Włoskiego] Zrzeszenia Psychologów stanowi, by terapeuci z szacunkiem odnosili się do wartości wyznawanych przez
każdego pacjenta. Wydaje się jednak, że psychologowie i psychoterapeuci dyskryminują pacjentów wierzących. Czy wierząca osoba homoseksualna, która
czuje, że nie może utożsamiać się z modelem geja,
przeżywa głębokie konflikty i poszukuje pomocy,
musi być koniecznie leczona, aby przyjęła charakterystykę gejowską (terapia afirmacyjna), czy też może
liczyć na profesjonalną pomoc, by w toku psychoterapii ocenić pod każdym względem swoją sytuację?
Homosexuality, Religious Values, and Psychotherapy
The deontological code of the National Psychological
Association [in Italy] states that therapists ought to
respect the values of their patients. Nevertheless, it
seems that psychologists and psychotherapists tend to
discriminate religious persons. If one feels that he/she
cannot accept the gay lifestyle, experiences serious
conflicts and looks for help, must he/she be necessarily treated, in course of affirmative therapy, in
SUMMARIES
9
order to become a fully homosexual person? Or can
he/she count for professional help in order to evaluate his/her situation in course of psychotherapy?
G. Carriquiry Lecour,
ss. 85-101
Ameryka Łacińska kontynentem nadziei
Ameryka Łacińska jest „kontynentem nadziei”. Tak została nazwana przez papieża Pawła VI w 1968 r. Jan
Paweł II także często używał tej nazwy, a Benedykt XVI
podtrzymał tę tradycję. Jakie ma uzasadnienie ta nazwa?
Trzeba dać odpowiedź racjonalną i przekonującą, gdyż
byłoby niesprawiedliwe i błędne myśleć albo tylko
przypuszczać, że papieże zadowolili się ogólną, trochę
demagogiczną retoryką. Albowiem to sam Bóg podtrzymuje naszą nadzieję, często wbrew wszelkiej nadziei.
Latin America, the Continent of Hope
Latin America is the continent of hope. It was called
this name by the Pope Paul VI in 1968. John Paul II
often referred to this expression, too, and Benedict XVI
has continued this tradition. How can that name be
justified? We need a rational and convincing answer,
as it would be unfair and fallacious if we thought or
just supposed that popes have used a vague or even
a little demagogical rhethorics. For it is God himself
who keeps alive our hope, sometimes against hope.
Bp A.F. Dziuba,
ss. 103-120
Wolność wyrazem etyki miłości
Jako niepowtarzalna osoba, tak w sensie indywidualnym jak wspólnotowym, człowiek stanowi niezwykły fenomen wśród całego stworzenia. Prawda, wolność, prawo, sumienie i miłość to fundamentalne
znamiona ludzkiego życia. Jaka jest właściwa relacja
między wolnością a miłością?
Liberty as an Expression of Ethics of Love
Every man is a unique person under both individual
and communitary aspect, and a unique phenomenon
among all the creatures. Truth, liberty, law, conscience
and love are fundamental sings of human life. What is
the proper relationship between liberty and love?
OD REDAKCJI
Dyskryminacja w imię poszanowania wartości
Zbigniew Borowik
Redaktor naczelny „Społeczeństwa”
Neutralność aksjologiczna czy
też światopoglądowa, rozumiana
jako wyraz poszanowania wartości
wyznawanych przez pacjenta, stała
się dzisiaj normą w świecie psychologii i psychiatrii. Nieprzypadkowo
zatem badania prowadzone w wielu krajach wskazują na psychologów i psychiatrów jako na grupę
zawodową, w której występuje najniższy odsetek osób zorientowanych religijnie, a proces kształcenia
zawodowego w tych dziedzinach
całkowicie pomija problemy związane z religią i duchowością. Sytuacja ta grozi dyskryminacją wobec
ludzi wierzących, którzy w trakcie
psychoterapii nie mogą liczyć na
pomoc ze strony specjalistów, nie
rozumiejących ich realnych problemów natury religijnej bądź też
otwarcie te problemy lekceważących.
Tymczasem neutralność światopoglądowa tak naprawdę nie istnieje. Za jej maską słowną kryje się
najczęściej ideologia laicyzmu, która próbuje eliminować z dyskursu
publicznego religijny punkt widze-
nia. To, co przedstawia się jako
neutralność aksjologiczną, jest najczęściej, jeśli już nie skrajnym cynizmem, to daleko posuniętym permisywizmem, gotowym zaakceptować najbardziej dziwaczne pomysły na życie.
Tonino Cantelmi, który jest przewodniczącym Włoskiego Stowarzyszenia Psychiatrów i Psychologów
Katolickich, opisuje w niniejszym
numerze naszego czasopisma nagonkę medialną, której padł ofiarą
na skutek ukazania się we włoskiej
prasie codziennej kłamliwego reportażu opisującego jego sposób
postępowania z pacjentem podającym się za osobę o skłonnościach
homoseksualnych. Ten z życia
wzięty przykład, który mógłby się
zdarzyć w każdym zakątku dzisiejszej laicyzującej się Europy, służy
mu za tło dla szerszej refleksji nad
rolą wartości etycznych w psychoterapii. Czy wierzący homoseksualista, przeżywający w związku z
własną orientacją seksualną wielkie
dylematy moralne, musi być skazany na terapię afirmacji własnego
12
homoseksualizmu, czy też może
w trakcie psychoterapii oceniać
swoją sytuację z różnych punktów
widzenia? – pyta włoski psychiatra.
Warto też zwrócić uwagę na
artykuł prof. Vittoria Possentiego,
który w dziesiątą rocznicę ogłoszenia przez papieża Jana Pawła II
encykliki Fides et ratio zastanawia
się nad skutkami, jakie ta encyklika
wywołała zarówno w Kościele, jak
i we współczesnej kulturze. To, że
kultura ta, obciążona antymetafizycznym paradygmatem nowożytności, lekceważy najważniejszą ideę
tej encykliki, a więc pogodzenie
wiary, rozumu i nauki (teologii, filozofii i nauk szczegółowych), wydaje się jeszcze do pewnego stopnia rzeczą zrozumiałą. Trudniej natomiast pojąć brak zainteresowania
odbudowaniem pozycji filozofii
pierwszej na gruncie kościelnym.
Filozof z Wenecji pisze wprost
o słabości współczesnej teologii
fundamentalnej i apologetyki, które zdają się nie dostrzegać możliwości poznania Boga na drodze
naturalnej. Jego zdziwienie budzi
też fakt, że kultura katolicka w dys-
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
kusji nad teorią ewolucji, która jest
wykorzystywana jako argument
w walce z religią, stara się usilnie
podkreślać fakt niesprzeczności tej
teorii z nauką Kościoła, a nie zadaje
fundamentalnych pytań o charakterze metafizycznym o początek
wszystkiego, o warunki dokonujących się zmian ewolucyjnych, o to,
w jaki sposób z tego, „co mniej”,
może zrodzić się „więcej” bez założenia istnienia pierwszej przyczyny.
Godny polecenia jest też artykuł
Giuseppego Brienzy, omawiający
poglądy współczesnego przedstawiciela włoskiej szkoły prawa naturalnego – Francesco Violi, który nie
zaprzeczając chrześcijańskiej genezie praw człowieka, ich źródła upatruje w złotej regule, która jest obecna we wszystkich znanych systemach religijnych i społecznych, stanowiąc podstawową intuicję moralną zakorzenioną w praktyce życia
społecznego. Na uwagę zasługuje
także artykuł bpa Andrzeja F. Dziuby, poświęcony analizie związku
wolności z prawdą w świetle encykliki Jana Pawła II Veritatis
splendor.
OD REDAKCJI
Nauka społeczna Kościoła i prawa człowieka
Claudio Gentili
Dyrektor „La Società”
Kilkadziesiąt lat temu odwoływanie się do NSK było uważane za
przejaw kulturowego zapóźnienia.
Sądzono, że NSK została „przezwyciężona przez sobór”. Wielu awangardowych teologów przepowiadało jej koniec. W tamtym czasie
liczne katolickie kręgi intelektualne
uważały, że prawo naturalne zostało już zastąpione przez prawo
pozytywne i że etyka społeczna
Kościoła jest przestarzała.
Szczęśliwie dziś sytuacja jest inna. Zawdzięczamy to w znacznej
mierze stałemu magisterium Jana
Pawła II i jego „egzegety”, Benedykta XVI. Kto już odprawiał egzekwie nad NSK, ten był świadkiem
upadku owych wspaniałych, postępowych humanizmów ateistycznych (Marks, Nietzsche, Comte,
Freud), które zdominowały XX w.
Kto dziś, w (łagodnej i pozornie
nieszkodliwej) dyktaturze relatywizmu, szuka myśli świeżej, wolnej i wyzwalającej, może zainteresować się NSK, zawierającą kryteria interpretacji rzeczywistości,
których nie ma nigdzie indziej.
W świecie idei zdominowanym
przez artefakty NSK przedstawia się
jako oryginalna refleksja nad ekologią ludzką, wyrażająca zasadę niezaspokojenia, zakorzenioną w lepszej
stronie człowieka. Toteż jest oczywiste, że NSK styka się z prawami
człowieka, które dziś stanowią kulturowy paradygmat najszerzej uznawany w zglobalizowanym świecie.
Prawa człowieka, których 60.
rocznicę ogłoszenia obchodziliśmy
10 grudnia zeszłego roku, stały się
rodzajem nowego prawa naturalnego ludzkości, nowym etosem
światowym. Wszyscy wiemy, że na
porządku dziennym są naruszenia
fundamentalnych praw człowieka
i że wiele praw usankcjonowanych
w Karcie Narodów Zjednoczonych
jest ignorowanych albo deptanych
nie tylko w reżimach autorytarnych
i dyktaturach, ale i w demokracjach
zachodnich. Toteż uznanie i respektowanie praw człowieka jest pilnym zadaniem wszystkich ludzi
dobrej woli.
Po II wojnie światowej, gdy
uświadomiono sobie potworność
14
popełnionych zbrodni, prawa człowieka są jakby wałem chroniącym
przed barbarzyństwami, które obrażają sumienie ludzkości. Opracowanie Powszechnej deklaracji
praw człowieka było poprzedzone ankietą przeprowadzoną przez
UNESCO, która miała pokazać różne teorie dotyczące obiektywnego
uzasadnienia praw człowieka. Kiedy Anna Eleanor Roosevelt zorganizowała w lutym 1947 r. pierwsze
spotkanie w sprawie deklaracji,
chiński konfucjanista i libański tomista wszczęli dyskusję o filozoficznych podstawach praw człowieka. Okazało się, że na poziomie
teoretycznym istniała duża niezgoda. Jacques Maritain, biorąc udział
w ankiecie przygotowawczej na temat praw człowieka, powiedział:
„W kwestii praw człowieka można
dojść do zgody [...] pod warunkiem
jednak, żeby nie pytać, dlaczego”.
Można wyróżnić trzy poglądy
w kwestii podstawy praw człowieka: autorytet boski, prawo naturalne, międzynarodowa ratyfikacja
traktatów.
W Deklaracji niepodległości
USA czytamy: „Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi,
że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że
w skład tych praw wchodzi życie,
wolność i swoboda ubiegania się
o szczęście [...]” 1. Podstawa praw
człowieka w tym przypadku bierze
się bezpośrednio od Boga. Pream-
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
buła Arabskiej karty praw człowieka zaczyna się tymi słowami: „Przyjmując wiarę arabskiego narodu
w godność człowieka, od kiedy Allah ją uhonorował [...]”. Filozof prawa Michael Perry jest przekonany,
że tylko traktując istoty ludzkie jako dzieło Boga, a więc jako istoty
święte, mamy powody wierzyć, że
powinny być prawa chroniące ich
godność.
Druga ważna grupa teorii dotyczących podstawy praw człowieka
opiera się na idei prawa naturalnego, które zawiera odniesienie do
ontycznej struktury człowieka. Inni
autorzy podejmują oryginalne próby uzasadnienia praw człowieka.
Raimon Pannikar sądził, że należy
szukać w różnych kulturach „równokształtnych odpowiedników” języka praw człowieka. Jego zdaniem ludzkość jest zjednoczona w
idei dobra wspólnego, która wyraża się w zróżnicowany sposób
w różnych kulturach.
Wreszcie idąc po linii tradycji
laickiej, wielu utrzymuje, że ratyfikacja jakiegoś traktatu przez państwa daje wystarczającą podstawę
prawom człowieka.
W ostatnich latach ożywiła się
krytyka praw człowieka jako kulturowego narzędzia imperializmu
Zachodu do uzasadniania eksportu
demokracji środkami wojennymi.
Inny rodzaj krytyki „uniwersalistycznej ideologii praw człowieka”
dotyczy kulturowej hegemonii myśli demokratyczno-liberalnej, która
CLAUDIO GENTILI, Nauka społeczna Kościoła i prawa człowieka
nie uwzględniałaby należycie tzw.
Asian values. Krytyka ta wychodzi
z założenia, że obecne wartości zachodnie (jednostka, wolność indywidualna, prawo podmiotowe, religia w sferze prywatnej, konsumizm, libertynizm seksualny, odmowa przyjmowania ról i kryzys
więzi rodzinnych) są nie do pogodzenia z wartościami azjatyckimi
(prymat interesów zbiorowych, harmonia społeczna, centralne miejsce
obowiązków obywatelskich, religia
w sferze publicznej, oszczędność,
respektowanie hierarchii, ostry podział ról w rodzinie i ról społecznych). Społeczeństwo zachodnie
postrzegane jest jako schyłkowe,
gdyż wartości wspólnotowe upadają w nim pod naporem rozpasanego indywidualizmu i orientacji
politycznej, która zmienia pragnienia w prawa bez odpowiadających
im obowiązków i więzi solidarności.
Czas już przemyśleć podstawy
praw człowieka na drodze do realizacji tego, co po II wojnie światowej nie było możliwe. W tym punkcie może nam przyjść z pomocą
NSK. Nie należy jej mieszać z zachodnim indywidualizmem. Może
ona być uniwersalistyczną syntezą
w sferze wartości. Najlepsze wartości zachodnie i wartości wschodnie
mogą mieć swoją syntezę, poza indywidualizmem i kolektywizmem,
w personalizmie wspólnotowym.
Są cztery podstawy NSK: osoba
jako zasada, dobro wspólne, soli-
15
darność, pomocniczość. Nie można
tych zasad wiązać z zachodnim etnocentryzmem. Są to wartości „katolickie” w sensie powszechników
i wyrażają rysy typowe dla kultur
wschodnich. Nowemu uniwersalizmowi praw może sprzyjać krytyka
indywidualizmu i relatywizmu, jak
też przezwyciężenie kolektywizmu
i wynikających z niego różnych postaci nierespektowania godności
osoby (wystarczy pomyśleć o roli
kobiety w islamie, o tym, że apostazja jest w wielu krajach uważana
za przestępstwo karane śmiercią,
o dzieciach żołnierzach w Afryce).
Społeczna ochrona życia jest oznaką kultury narodu i najbardziej
śmiałą propozycją antropologiczną
XXI w.
Chciałbym przypomnieć myśl
dwóch ostatnich papieży. Jan Paweł II uznał Powszechną deklarację praw człowieka za „[...] jedną
z najwznioślejszych wypowiedzi
ludzkiego sumienia naszych czasów” 2. Benedykt XVI zaś powiedział: „Jest [...] oczywiste, że prawa
uznane i wyłożone w deklaracji dotyczą każdego człowieka, a to ze
względu na wspólne pochodzenie
ludzi, będące głównym punktem
stwórczego planu Boga co do świata i historii. Prawa te mają swój
fundament w prawie naturalnym,
zapisanym w sercu człowieka
i obecnym w różnych kulturach
i cywilizacjach. Oderwanie praw
człowieka od tego kontekstu oznaczałoby zawężenie ich zasięgu
16
i ustępstwo wobec koncepcji relatywistycznej, według której znaczenie i interpretacja praw mogłyby
ulegać zmianie, a ich uniwersalność można by negować w imię
różnych koncepcji kulturowych,
politycznych, społecznych czy nawet religijnych” 3. W tym stwierdzeniu Papieża widać krytykę zachodniego indywidualizmu i tzw. libertariańskiej koncepcji praw człowieka. Prawo do życia nie może być
zamienne z prawem do aborcji.
Dziewczynki, które nie będą wytwarzać dochodu, nie mogą być
zgładzone. Na gruncie libertarianizmu nie można stawić czoła wyzwaniu ekologicznemu, ubóstwu, nie
można zdobyć się na solidarność
z przyszłymi pokoleniami. Tak samo wolność religii (potwierdzona w art. 18 deklaracji i uroczyście
sławiona w świecie katolickim
w deklaracji Dignitatis humanae
II Soboru Watykańskiego) oznacza
niedopuszczalność
wszelkiego
przymusu i swobodę wyrażania
własnej wiary oraz zmieniania jej
bez narażania się na zewnętrzne
naciski czy kary.
Jeśli dziś 963 miliony ludzi nie
mają co jeść (według danych FAO
40 milionów więcej niż rok temu),
to jest oczywiste, że prawo do pożywienia jest pogwałcone na skalę
planetarną. To samo można powiedzieć o dostępie do wody, której
nie może brakować tak znacznej
części rodziny ludzkiej. Ile razy
i w jak wielu rejonach globu sys-
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
tematycznie gwałcone jest prawo
do życia (aborcja, śmiertelne wypadki w pracy, na wojnie, kara śmierci,
eutanazja)? W ilu krajach jest jeszcze niewolnictwo i stosuje się tortury? Ile dzieci jest pozbawionych
prawa do nauki? Ilu chorych nie
ma prawa do leczenia (plaga AIDS
w Afryce)? To brak wartości, z którymi powiązane powinny być prawa, jest główną przyczyną naruszania tych ostatnich.
NSK oferuje wspólną gramatykę, wizję „ekologii ludzkiej”, która
nadaje się do przyjęcia w różnych
kulturach, zwyciężając dwa śmiertelne wirusy: indywidualizm i kolektywizm. Na Zachodzie mamy do
czynienia z odchyleniem relatywistycznym, które szkodzi prawom
człowieka i ich upowszechnianiu,
gdyż ustawy krajowe zawierają elementy, które zadowalają tylko arbitralne pragnienia jednostek.
Spodziewamy się zarzutu, że
mówienie o NSK jest w najlepszym
przypadku przestarzałe, a w najgorszym – jest sposobem, żeby
przez religię ingerować w sprawy
państwa. Nietrudno pokazać słabość tego zarzutu. W tym celu
przywołamy najnowsze refleksje
z dziedziny myśli liberalnej, za
prawdopodobną uznając wykazywaną zbieżność Asian values z personalizmem wspólnotowym.
Schemat myśli liberalnej w
kwestii stosunku „religia – polityka” jest od dawna dyskutowany.
Doszliśmy teraz do załagodzenia
CLAUDIO GENTILI, Nauka społeczna Kościoła i prawa człowieka
17
konfliktu między sferą publiczną
a religią, który zrodziła rewolucja
francuska. Porewolucyjny laicyzm
francuski, który w imię wolności
i tolerancji chciał pozbawić religię
wszelkiej roli publicznej, został zastąpiony przez umiarkowany liberalizm Hayeka i Rawlsa. Ale uczyniono dalszy i ważny krok. Mam na
myśli zaproponowane przez Habermasa dwojakie uczenie się: dla
przezwyciężenia neutralności religii
i państwa sugeruje on wzajemne
komunikowanie orędzi o wyzwoleniu świadomości laickiej i religijnej.
Obecny czas jest naznaczony
ideą pogodzenia wiary i rozumu.
Promuje ją papież Ratzinger. Jest
czas, żeby wyzwolić się od fałszywej myśli, że wiara sprzeciwia się
nowożytnemu, humanistycznemu
pojęciu rozumu, oświecenia i wolności. Czeka nas praca nad oczyszczeniem rozumu i wiary. Nie będzie ona krótka ani bezbolesna.
Ale będzie niezbędna do tego, żeby wspólnie odkryć na nowo
w skali planetarnej (i przez dialog
między religiami) godność osoby
ludzkiej, będącą u podstawy pełnego respektowania praw człowieka.
Przypisy
2
Jan Paweł II, Od praw człowieka do
praw narodów. Przemówienie do Zgromadzenia Ogólnego ONZ, 5 października 1995 r., 2, ORP 1995, nr 11-12, s. 5.
3
Benedykt XVI, Prawa człowieka
są wyrazem sprawiedliwości. Przemówienie podczas wizyty w siedzibie
Organizacji Narodów Zjednoczonych,
Waszyngton (USA), 18 kwietnia 2008 r.,
ORP 2008, nr 5, ss. 56-57.
1
Deklaracja Niepodległości złożona 4 lipca 1776 roku przez przedstawicieli Stanów Zjednoczonych Ameryki
na generalnym kongresie, w: G. Brown
Tindall – D. E. Shi, Historia Stanów
Zjednoczonych, tłum. A. Bartkowicz –
H. Jankowska – J. Ruszkowski, Zysk
i S-ka, Poznań 2002, s. 1388.
Tłum. Tadeusz Żeleźnik
FORUM
Prawo pacjenta do samostanowienia
Paola Binetti
Università Campus Biomedico
Rzym
Wstęp
Pojęcie powszechnych praw
człowieka, przyjęte przez Radę Europy, a jeszcze wcześniej przez
ONZ, mniej czy bardziej wyraźnie
zakłada jako swoje źródło i istotny
element podejście prawnonaturalne, oparte na idei, że prawa
są zawarte w naturze człowieka.
Wskazuje na personalistyczny model antropologiczny, oznaczający,
że człowiek funkcjonuje w dwóch
wymiarach: indywidualnym i relacyjnym, w wolności i odpowiedzialności, zdolny do namiętności i decyzji, których konsekwencje spadają nie tylko na niego i które dlatego
wymagają ciągłej refleksji nad tym,
co pociągają za sobą w krótkim,
średnim i długim okresie. Wizja antropologiczna, która inspiruje i wyznacza długi katalog praw człowieka, ma silne znamię jednolitości,
ale też wielowymiarowości z różnymi odcieniami, które nie pozwalają na niesłuszny redukcjonizm.
Obejmuje stronę cielesną i psycho-
logiczną, społeczną i relacyjną,
zdolność do uczuć, do wydawania
jasnych, uzasadnionych osądów,
ale też podatność na zranienia, które mogą uczynić człowieka niepewnym i chwiejnym w wyborach.
Ciało jest konkretnym sposobem
bycia człowieka w świecie, bycia
żyjącym. Jest przeźroczem ludzkiego jestestwa, przyczynia się do manifestowania, w sposób mniej lub
bardziej intencjonalny, emocji i stanów duszy. Jednocześnie pozwala
wypowiadać się w sposób uargumentowany i świadomy, powiedzieć, co się myśli i czuje. Jest ograniczeniem i siłą zarazem.
Nie przypadkiem ludzka cielesność staje coraz bardziej w centrum
debaty, obejmującej dziś aspekty
prawne, etyczne, a nawet polityczne. Zasługuje też na całą troskę
i szacunek, należne człowiekowi
samemu w sobie i przez siebie.
Ciało ludzkie nie jest nigdy samym
przedmiotem: jest raczej widzialnym znakiem ludzkiej podmiotowości, jej konkretności w istnieniu
122
tu i teraz, bycia raczej w pewien
sposób niż inny. Dlatego szacunek
dla życia ludzkiego zaczyna się od
jego poczęcia, gdy jeszcze daleki
jest rozwój wyższych funkcji, jak
często nazywa się funkcje poznawcze. Ten szacunek rozciąga się aż
do momentu śmierci, obejmując
i te długie okresy, kiedy podmiot
może znajdować się w stanie śpiączki i dla większości wyglądać jak
samo ciało, nie tylko potrzebujące
elementarnej opieki, ale też pomocy w zaspokajaniu podstawowych
potrzeb, jak pożywienie i płyny. To
żywe ciało jest wyrazem bolejącego człowieczeństwa kogoś, kto jest
jeszcze pełnoprawnie wśród nas
i żąda od nas solidarności, będącej
oznaką naszego własnego człowieczeństwa.
1. Niektóre dokumenty
międzynarodowe
Z Karty praw podstawowych
Unii Europejskiej (Nicea, 7 grudnia
2000 r.) wynika, że dobrowolna
i świadoma zgoda pacjenta na zabieg medyczny nie może być rozpatrywana tylko pod kątem godziwości postępowania, ale przede wszystkim jako najprawdziwsze
prawo europejskiego obywatela
związane z szerszym prawem do
integralności osoby (tyt. 1, art. 3).
Bardziej konkretnie prawo to
zostało potwierdzone przez Radę
Europy w Konwencji o prawach
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
człowieka i biomedycynie, przyjętej
w Oviedo 14 kwietnia 1997 r., a ratyfikowanej przez 32 państwa,
w tym Włochy. Parlament włoski
przyjął ustawę o ratyfikacji tej konwencji 28 marca 2001 r. Konwencja
z Oviedo jest jednym z najodważniejszych i najbardziej postępowych dokumentów opracowanych
kolegialnie w ostatnich 10 latach.
Jest modelowym co do treści i metody dokumentem w dziedzinie
bioetyki, także dlatego, że ujmuje
prawa człowieka w nowej perspektywie ukazanej przez nauki
i uwzględnia zagrożenia, które mogą je niweczyć. W art. 9 precyzuje
się, że jeśli z jakiegokolwiek powodu pacjent nie może wyrazić swej
woli, to należy stosować się do
jego życzeń wyrażonych poprzednio. Jednolity projekt i styl życia
obrany przez pacjenta jest nicią
przewodnią i kryterium orientującym dla decyzji, które go dotyczą
także wtedy, gdy nie potrafi on
wyartykułować ich samodzielnie.
Lekarze i rodzina chorego nie mogą uchylić się od interpretowania
jego woli w perspektywie jego osobistej historii i pragnień wyrażanych uprzednio.
2. Włoski kodeks deontologii
lekarskiej
Nieprzypadkowo włoski kodeks
deontologii lekarskiej z 1998 r.,
uprzedzając ratyfikację konwencji
PAOLA BINETTI, Prawo pacjenta do samostanowienia
z Oviedo, przejął jej ducha. W art.
34 pt. Autonomia obywatela stanowi: „Lekarz powinien działać z poszanowaniem godności i wolności,
zachować niezależność zawodową,
respektować wyrażoną swobodnie
przez osobę wolę leczenia się. Jeśli
chory nie może wyrazić swej woli
w przypadku ciężkiego zagrożenia
życia, lekarz musi trzymać się tego,
co ów przedtem wyjawił”. Artykuł
35 mówi o obowiązku niesienia
pomocy i podejmowania koniecznych działań w nagłej potrzebie
oraz w przypadku niebezpieczeństwa utraty życia dla pacjenta. Artykuł 36 tegoż kodeksu mówi: „Lekarz nawet na żądanie chorego nie
powinien podejmować ani popierać działań prowadzących do śmierci”.
Te dwa zalecenia kodeksu mają
precyzować dwa istotne problemy:
chronić życie pacjenta, odrzucając
zarówno możliwe formy eutanazji,
jak i formy uporczywej terapii;
chronić prawo pacjenta do wyrażenia własnej woli, ale też prawo
lekarza do odrzucenia inicjatyw
niezgodnych z jego sumieniem. Takie zasady są wyrażone w kodeksach deontologicznych wszystkich
krajów europejskich, jak też w zaleceniach tradycyjnej etyki lekarskiej. Tym, co wynika z prawidłowej interpretacji tych artykułów
deontologii lekarskiej, jest głęboka
wartość relacji „lekarz – pacjent”,
która wykraczając poza model
świadomej zgody, wyraża głęboką
123
identyfikację między wolą pacjenta
a realizującego tę wolę lekarza,
biorącego za to osobiście odpowiedzialność. Skutkiem uprzednich zaleceń dotyczących leczenia jest
przymierze terapeutyczne wiążące
lekarza z pacjentem. Przybiera ono
wyższą formę, kiedy pacjent nie
może się już wypowiedzieć i ze
swoją ułomnością powierza się temu, kto będzie działał w jego imieniu w jego wyłącznym interesie.
Uprzednie zalecenia, interpretowane w świetle kodeksu deontologii lekarskiej, mogą nie mieć
charakteru absolutnie wiążącego
ani nawet czysto orientacyjnego,
gdyż zakładają zawsze konkretną
ocenę woli pacjenta w świetle jego
sytuacji i dostępnych w danym momencie środków od strony naukowo-technicznej. Taka interpretacja
nawiązuje do przytoczonego już
art. 9 konwencji z Oviedo. Dołączony do konwencji raport wyjaśniający w punkcie 62 wskazuje najpierw na konieczność pamiętania
o życzeniach wyrażonych wcześniej przez pacjenta, a potem stanowi: „Jeśli takie pragnienia wyrażone były bardzo dawno przed interwencją lekarską, a nauka od tego
czasu poczyniła postępy, mogą być
podstawy, żeby nie zważać na opinię pacjenta. Lekarz powinien zatem, o ile to możliwe, upewnić się
co do tego, że życzenia pacjenta
odnoszą się do sytuacji obecnej i są
nadal ważne, uwzględniając przy
tym specjalnie postęp techniczny
124
w medycynie”. Życzenia pacjenta,
kontekst kliniczny i naukowy z jego ograniczeniami i zasobami razem z kompetencją zawodową lekarza i jego konsekwentną postawą etyczną powinny stanowić
istotne współrzędne w ocenie,
w której zinterpretuje się zawsze
jak najlepiej wolę pacjenta co do
ducha, a nie tylko co do litery.
3. Krajowy [Włoski] Komitet
Bioetyki
Krajowy [Włoski] Komitet Bioetyki (Comitato Nazionale per la
Bioetica – CNB) zajął się tą sprawą
już w 1995 r. w dokumencie Kwestie bioetyczne dotyczące kresu życia ludzkiego. Potem, 18 grudnia
2003 r., ogłosił dokument Deklaracje uprzednie dotyczące leczenia,
żeby podkreślić zasadę samostanowienia pacjenta, ale bez sprzeciwiania się normom deontologii lekarskiej. Dokument wprowadza
funkcję powiernika nie tylko jako
stróża decyzji wyrażonych przez
pacjenta, ale też odpowiedzialnego
za ich realizację w momencie, gdy
ten nie będzie zdolny rozumieć
i chcieć. Dokument skupia się
przede wszystkim na treściach
uprzednich oświadczeń, na kwestii
ich wiarygodności i wiążącego charakteru. CNB nie ukrywa, że pewne węzłowe problemy powinno się
poprawnie formułować od samego początku. Należy unikać ryzyka
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
złej interpretacji i jeszcze gorszego
stosowania uprzednich zaleceń
sformułowanych przez kogoś
w momencie, kiedy prawdopodobnie czuje się dobrze i wypowiada
tylko ogólne hipotezy na temat
swej przyszłości. Dokument wyjaśnia, że ponieważ zalecenia pacjenta mogą być sformułowane w sposób ogólny, przypuszczalnie standardowy, chociaż nie ogólnikowo,
jest konieczne, żeby nie stosować
się do nich biurokratycznie, ale żeby umieszczać je w specyficznej
rzeczywistości każdego pacjenta
i jego faktycznej sytuacji klinicznej.
Takie podejście ma większą wartość etyczną i bioetyczną. Ale właśnie tutaj obecne prawo chce gwarantować wolność i zdrowie pacjenta.
W tymże dokumencie w paragrafie, który mówi o treściach
uprzednich oświadczeń, wymienia
się zasadę inspirującą zalecenia,
mianowicie prawo do uprzedniego
wyrażania pragnień dotyczących
działań terapeutycznych i interwencji lekarskich, co do których
można w sposób dozwolony wyrazić swoją teraźniejszą wolę. To jednak wyklucza zalecenia, które byłyby niezgodne z prawem pozytywnym, deontologią lekarską i dobrymi praktykami klinicznymi. Pacjent ma w każdym razie pełne
prawo, także moralne, nie zgadzać
się na każdą procedurę, która niesie duże ryzyko, gdyż albo nie jest
należycie potwierdzona, albo jest
PAOLA BINETTI, Prawo pacjenta do samostanowienia
zbyt uciążliwa i nieproporcjonalna
do jego konkretnej sytuacji klinicznej, albo też jest trudna i nie można
jej spokojnie przejść. Ponadto dokument przypomina, że włoski system prawny zawiera precyzyjne
normy konstytucyjne, cywilne i karne, które prowadzą do uznania zasady nierozporządzalności życiem
ludzkim. Z tego wynika, że pacjent
nie jest nigdy uprawniony do żądania eutanazji dla siebie. Jest istotne,
żeby ten punkt wyjaśnić wszystkim
tym, którym obecne prawo daje
konkretną możliwość sporządzenia
uprzedniego oświadczenia o leczeniu. Chodzi o to, żeby w opinii
publicznej nie wytworzył się fałszywy pogląd, iż takie oświadczenie
oznacza jakikolwiek typ eutanazji.
Jest to istotny punkt zarówno co do
treści, jak i formy, ponieważ właśnie niejasność w tej sprawie uniemożliwiła przyjęcie projektu ustawy o uprzednim oświadczeniu na
temat leczenia.
Dla uniknięcia nieporozumień
ważne jest określenie różnych form
odżywiania i nawadniania organizmu, które nauka i technika stawiają
dziś do naszej dyspozycji. Jest wiele okoliczności, w których ktoś powinien być sztucznie odżywiany
i nawadniany dla lepszego zagwarantowania życia i jego jakości. Odżywianie i nawadnianie, niezbędne
do życia każdego z nas, są czynnościami etycznie i deontologicznie należnymi w tej mierze, w jakiej proporcjonalnie do warunków
125
klinicznych przyczyniają się do
uśmierzenia cierpień chorego
w stanie agonalnym. To przez nawodnienie dokonuje się większość
zabiegów paliatywnych, a bez tego
pacjent byłby narażony na dalsze
cierpienia. Zrezygnowanie z tych
zabiegów mogłoby oznaczać eutanazję bierną, która w myśl obowiązującego prawa jest absolutnie niedopuszczalna.
4. Nowy kształt dawnych pytań
Jedno z najbardziej niepokojących pytań, które obecnie przewijają się w kulturze, można tak streścić: dokąd sięga władza człowieka
nad własnym ciałem, w jakiej mierze można powiedzieć, że to jest
moje ciało i robię z nim, co zechcę,
łącznie z zamknięciem mu drogi do
pomocy w razie choroby albo tym
bardziej prawa do życia, do odżywiania się, co jest elementarną
formą tegoż prawa? Wiek XX z jego totalitaryzmami będzie długo
wspominany jako czas, kiedy
w Europie i na całym świecie wolność osobista została poddana największym prześladowaniom pod
każdym względem. Było to w jawnej sprzeczności z Powszechną deklaracją praw człowieka i tym, co
mówi nasza Konstytucja Republiki
Włoskiej w art. 2: „Wszyscy obywatele mają jednakową godność społeczną i są równi wobec prawa bez
względu na płeć, rasę, język, wy-
126
znanie, poglądy polityczne, warunki osobiste i społeczne”. W pewnym sensie można powiedzieć,
że zarówno deklaracja, jak i włoska konstytucja są pozytywną
i wnoszącą coś odpowiedzią na
ten wielki zamach, mający brutalnie zanegować i podeptać ludzką
wolność łącznie z prawem do życia milionów ludzi. Związek między życiem a wolnością jest jednym z bardziej złożonych i bogatych w sugestie: nie ma wolności,
jeśli nie ma życia, ale życie bez
wolności jest mało godne tego, żeby je przeżyć, jak to w pewnym
miejscu przypomina Dante, mówiąc, iż wolność może być droższa od życia.
Po dramatycznych wydarzeniach, które w ubiegłym stuleciu
podeptały wolność ludzką w pewnych istotnych formach, początek
nowego wieku został naznaczony
przez mocną kulturę praw, poczynając od praw jednostkowych, rozumianych jako wyraz wolności,
której nie można już tłumić. Żąda
się od ustawy zasadniczej, którą
jest konstytucja, żeby gwarantowała te prawa dla ochrony wolności
wszystkich w każdy możliwy sposób. Związek między wolnością
a prawami wywołuje dziś nowe refleksje, które nie mogą nie wychodzić od ludzkiej wolności, od jej
najgłębszego znaczenia, które każe
pytać, czy ludzka wolność, po
tym, gdy powiedziane zostało jasne i zdecydowane „nie” wielorakim
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
uwarunkowaniom zewnętrznym
ograniczającym jej pełne funkcjonowanie, mimo wszystko ma jakieś
granice. Innymi słowy, wolność ludzka może być broniona jako dobro absolutne bez żadnych więzów
albo powinna odważnie uświadomić sobie swoje granice i starać się
określić swoje marginesy w sposób
możliwie jak najszerzej uznawany,
uwzględniając ścisłą relację dobra
wolności z innymi tak samo istotnymi dobrami jak życie i prawda.
Nie umyka niczyjej uwagi, że terminy te: wolność, dobro, życie,
prawda, są dziś zużyte w debacie
ogólnej, obarczone dwuznacznościami, co utrudnia posługiwanie się
nimi w dialogu. Pytanie o ludzką
wolność i jej granice wydaje się
dziś dochodzić do tego ekstremalnego momentu, że człowiek uznaje
wolę panowania nad sobą za absolutną, bezwarunkową i pod tym
kątem interpretuje art. 32 konstytucji: „Nikt nie może być zmuszony
do określonego sposobu leczenia
inaczej niż z nakazu prawa. Prawo
nie może w żadnym wypadku
przekraczać granic nakazanych
przez szacunek dla osoby ludzkiej”.
Dzisiejsza dyskusja o prawach,
przynajmniej w pewnej części opinii publicznej, wydaje się wskazywać na wyraźną przewagę wymiaru indywidualnego nad wymiarem
relacyjnym, a przede wszystkim
wydaje się mocno związana z tym,
co moglibyśmy nazwać zanegowa-
PAOLA BINETTI, Prawo pacjenta do samostanowienia
niem ograniczenia. Moje prawo odnośnie do mojego ciała jest absolutne i jakakolwiek interwencja nie
przefiltrowana przez moją wyraźną
zgodę jest niedozwolona, gdyż jest
narzucona, jest przemocą i tym samym jest niegodziwa i godna potępienia.
Gdy w tym klimacie kulturowym debatuje się o prawach dotyczących opieki w końcowym stadium życia, faktycznie niektórzy
chcą najwyżej pozostawić prawo
człowieka do dysponowania sobą
bez żadnych „jeśli” i „ale”, dochodząc nawet do uznania prawa do
samobójstwa, w jakiejkolwiek formie miałoby ono być realizowane.
To jest węzłowy problem w debacie, który pojawia się we wszystkich kontrowersyjnych aspektach
różnych prezentowanych projektów ustaw i w dyskusjach.
5. Zasada samostanowienia
i punkty krytyczne
w różnych projektach ustaw
Pacjent pełnoletni będący w pełni władz umysłowych może zrezygnować z zabiegów leczniczych,
które byłyby korzystne dla jego
zdrowia. Żeby jednak ta rezygnacja
była wyrazem wartości wolności
zdolnej naruszyć wartość życia, powinna być w pełni świadoma, czyli
sformułowana ze świadomością
aktualnego ryzyka dla życia. Nie
wystarcza wyrażenie woli na przy-
127
szłość, co do której ma się nadzieję,
że nigdy nie nastąpi. Innymi słowy,
nie można stawiać na tym samym
poziomie aktualnego i konkretnego niebezpieczeństwa dla życia
i wyrażenia woli w czasie, gdy to
niebezpieczeństwo nawet niewyraźnie się nie rysowało. Z tego punktu widzenia bierze się pod uwagę
dwa z tych problemów, które najczęściej są podnoszone w opinii
publicznej:
A. Nie jest łatwo sobie wyobrazić, czego będę chciał albo nie
będę chciał jutro.
B. Odżywianie i nawadnianie.
Ta sprawa jest tak ważna, że została uznana za prawdziwe kryterium różniące projekty ustaw składane w Izbie Deputowanych [Republiki Włoskiej] i w Senacie.
Ad A. Jednym z kluczowych
pytań pojawiających się w debacie
o tzw. testamencie biologicznym –
to wyrażenie jest wewnętrznie
sprzeczne i wyszło już z użycia –
dotyczy możliwości i w konsekwencji wolności decydowania o
własnym życiu: teraz na później.
Zwolennicy absolutnego charakteru zasady samostanowienia uważają, że można spokojnie, na zimno,
podjąć decyzję o zaniechaniu nie
tylko jakiegokolwiek leczenia, ale
także tych naturalnych form podtrzymywania życia, bez których nie
mógłby żyć nikt z nas. Założenie
brzmi, że nic i nikt nie może mieszać się do tej mojej woli, która
z góry ustala nie tylko to, jak nie
128
chce żyć, ale i to, jak może umrzeć.
Kulturowa postawa i odpowiednie
propozycje legislacyjne sprzeciwiające się takiemu stawianiu kwestii
wychodzą z innej zasady, która
z prawem do życia i do koniecznych zabiegów jego utrzymania –
czy to będą autentyczne zabiegi
lecznicze, czy zwykłe formy dbania
o życie – wiąże ściśle odpowiedzialność za jego ochronę i strzeżenie go.
To drugie podejście ma za sobą
różne argumenty, ale przynajmniej
dwa z nich wydają się szczególnie
przekonujące. Z jednej strony istnieje solidarystyczna kultura przenikająca nasz krajowy system opieki zdrowotnej, system o charakterze uniwersalistycznym, mający za
cel zapewnienie nie tylko elementarnego poziomu opieki, ale także
tych świadczeń, które bardziej służą polepszeniu jakości życia pacjentów, przedłużaniu życia z poszanowaniem jego wewnętrznej
godności. Z racji prawa do życia
każdego obywatela i w konsekwencji prawa do koniecznej opieki
państwo ponosi znaczne koszty nie
tylko ekonomiczne, ale też organizacyjne, związane z badaniami
naukowymi itd. Jest to bardzo
skomplikowana i dlatego bardzo
kosztowna machina, która działa
po to, żeby zaspokoić wszystkie
potrzeby obywateli od prewencji
po diagnozę i leczenie, i aż po
wszystkie możliwe formy rehabilitacji fizycznej i społecznej. Kiedy
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
państwo przez swój system ochrony zdrowia nie odpowiada skutecznie i kompetentnie na te potrzeby, obywatele czują się pozbawieni
tego prawa i obiektywnie potwierdzają swoje prawo do leczenia, żądając możliwie najlepszej obsługi.
Prawo do leczenia zawiera w sobie
wolność leczenia: tej wolności żąda
obywatel jako pozytywnego prawa
do leczenia się, i to w najlepszy
możliwie sposób, a nie do zaniechania leczenia się. Prawo jest prawem do otrzymywania świadczeń,
wybierania świadczeń. Ma się przy
tym zawsze na względzie życie jako dobro naczelne, które należy
chronić z możliwie największą wolnością. Zasada samostanowienia
ma dawać możność wyboru między takim czy innym sposobem leczenia, nie zaś między leczeniem
a zaniechaniem leczenia, zwłaszcza
gdy to może bezpośrednio oznaczać najwyższe niebezpieczeństwo
utraty życia.
Ale jest i dalszy argument, który
trzeba brać pod uwagę. Dotyczy on
złożonych czynników będących
u podstaw mechanizmów decyzyjnych, poczynając od momentów
emotywnych, poznawczych, wartościujących. Są jak wiadomo racje
z porządku wartości, które skłaniają do takiej a nie innej decyzji, np.
w przypadku wierzących, dla których życie ma wewnętrzną świętość i wyklucza tak radykalne decyzje jak zlikwidowanie go, skłania
natomiast do należytej troski nie
PAOLA BINETTI, Prawo pacjenta do samostanowienia
tylko o własne zdrowie, ale też
o zdrowie drugich. Wpływ uczuć
na nasze decyzje jest dobrze znany,
zwłaszcza gdy chodzi o takie uczucia jak strach, niepokój, obawa o
własne życie i własną nienaruszalność. Są badania, które pokazują,
jak zmieniają się decyzje w kwestii
kresu życia albo bliskiego niebezpieczeństwa śmierci. To, co nie byłoby łatwe do zaakceptowania
w warunkach pomyślności, łatwiej
przyjąć w innych okolicznościach.
Decydowanie zawczasu w dobrym
samopoczuciu o tym, co będzie,
gdy będzie z nami bardzo źle, np.
w stanie długotrwałej śpiączki wegetatywnej, tak jak to się robi
w uprzednich oświadczeniach na
temat leczenia, odzwierciedla dwa
bardzo różne konteksty egzystencjalne z kontrastowo odmiennym
klimatem uczuciowym i dość odrębnymi perspektywami. Nie przypadkiem jeden z projektów ustawy
przewiduje, że oświadczenia dotyczące kresu życia mogą być za takie uważane tylko w przypadku
konkretnej choroby, gdy pacjent
znajduje się w emocjonalnym kręgu ściśle związanym z przeżywaną
sytuacją.
Można to nazwać realizmem
krytycznym, w którym relacja między zachodzącymi procesami patologicznymi i strumieniami decyzyjnymi czerpie z obu doświadczeń,
żeby dojść do punktów syntezy
najbardziej znaczących z punktu
widzenia tego obszaru sensu,
129
w którym porusza się chory. Wszystkie projekty ustaw, a przynajmniej ich większość zgadza się co
do tego, że w każdym razie decyzje powinny być podejmowane
w kontakcie z lekarzem na gruncie
zaufania, w szczerej wymianie
zdań, gdy bierze się pod uwagę
niebezpieczeństwa i konsekwencje
i ocenia alternatywy z gotowością
do ciągłego zmieniania decyzji
w związku ze zmianami klinicznymi. Taki jest hipokratejski sens,
który zawsze, a w każdym razie
odkąd istnieje medycyna, widzi
w lekarzu sprzymierzeńca chorego,
sprzymierzeńca w sprawie życia,
którego wiąże przysięga: „Nie podam nikomu śmiertelnego środka,
nawet na żądanie, i nigdy nie go
zalecę”. Nieco wcześniej starożytny
tekst przysięgi mówi: „Zastosuję
środki odpowiednie dla dobra chorego wedle mojej zdolności i mojego osądu i powstrzymam się od
wyrządzania szkody i niesprawiedliwości”. Prawu chorego do żądania dla siebie najlepszego dostępnego leczenia w danych okolicznościach i sytuacji odpowiada obowiązek lekarza, by być gotowym
do spełnienia jego żądania. Od lekarza wymaga się, żeby umiał korzystać z wiedzy na najwyższych
i bezpiecznych poziomach, szukając najlepszych wskazań naukowych dostępnych w literaturze.
Można zatem decydować teraz na
później, ale te dwa terminy powinny być zbliżone, także chronologi-
130
cznie, przez to samo doświadczenie ludzkie, kliniczne i naukowe
dla zapewnienia ciągłości egzystencjalnej i ciągłości opieki, pozwalającej pacjentowi rozpoznawać się
w każdym punkcie decyzji, które
podejmuje, licząc przy tym na lojalną kompetencję lekarza.
Ad B. Inny decydujący punkt
w debacie o końcu życia dotyczy
spraw związanych z odżywianiem
i nawadnianiem. Tu pojawia się
wielość poglądów natury etycznej,
antropologicznej, klinicznej i społecznej. Pierwsza sprawa dotyczy
możliwości włączenia lub niewłączenia do własnego oświadczenia
czegoś, co bezpośrednio odnosi się
do nawadniania organizmu i odżywiania. Druga sprawa dotyczy
struktury i natury zabiegów mających zapewnić pacjentowi odżywianie i nawodnienie. Trzecia
sprawa jest wybitnie zawodowa
i dotyczy zdolności lekarza do wypracowania kierunków leczenia
w zgodzie z nauką i sumieniem
w kontekście relacji odpowiadającej kryteriom prawdziwego przymierza terapeutycznego.
Jeśli chodzi o to, czego pacjent
może żądać w momencie pisania
oświadczenia, to wielokrotnie już
zauważono, że istnieją dwa bardzo
jasne stanowiska, które są nie do
pogodzenia: z jednej strony chce
się, żeby pacjent mógł żądać czegokolwiek w imię zasady samostanowienia; z drugiej strony uważa
się, że pewne żądania mogą być
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
rodzajem wspomaganego samobójstwa, gdy od lekarza żąda się pomocy w eutanazji biernej, i tu podnosi się wszystkie implikacje przewidziane także w obowiązującym
kodeksie. Część lekarzy zajmujących się tzw. sztucznym odżywianiem jest zdania, że są to działania
lecznicze w pełnym tego słowa
znaczeniu, które jako takie właśnie
pacjent może chcieć przerwać,
wszystko to bowiem wymaga konkretnej pomocy także po to, by
zapobiec możliwym komplikacjom
związanym właśnie ze sztucznym
odżywianiem. W istocie lekarz, powołany do pomagania choremu
w rozlicznych potrzebach, interweniuje w tym przypadku zgodnie
z nauką i sumieniem w celu zapewnienia tego żywotnego wsparcia,
bez którego wcześniej czy później
pacjent by nie żył. Do fundamentalnych elementów życia w rozmaitych jego definicjach należy stała
potrzeba odżywiania dla utrzymania się przy życiu.
Ten sposób myślenia nie jest
ani technofilią, ani biologizmem.
Taką jednak krytykę wysuwa się
najczęściej pod adresem tych, którzy mówią o samym odżywianiu
i nawadnianiu organizmu, dopóki
przynajmniej pacjent jest w stanie
przyswajać to, co mu się podaje.
Jest bowiem jasne, że w tej roli
nikt nie może go zastąpić: można
usprawnić sposoby podawania pokarmu, ale nie można zastąpić pacjenta w tej zdolności do metaboli-
PAOLA BINETTI, Prawo pacjenta do samostanowienia
zmu, która pozwala mu samodzielnie przemieniać podany pokarm
w coś, co należy do niego jako
osoby, a nie tylko do jego cielesności. Nie ma abstrakcyjnego prymatu
techniki, gdy człowiek jest w stanie
przemienić metabolicznie to, co
mu zostaje podane. Jest to ważna,
kwalifikowana pomoc, ale nie zastępuje ona zdolności biologicznej
zorientowanej na zapewnienie życia. Dopóki pacjent przyswaja to,
co przyjmuje, to znaczy, że jest
w swojej roli i ze swoim zadaniem.
Gdyby ustała ta zdolność, jakiekolwiek dalsze podawanie pokarmu
mogłoby stać się formą uporczywego leczenia albo, innymi słowy, nieproporcjonalną interwencją,
niepotrzebną i szkodliwą. Istnieje
zatem jasne kryterium mówiące,
kiedy zaprzestać sztucznego odżywiania: gdy ustaje zdolność przyswajania, ale dopóki ona jest, lekarz, nauka i technika mają robić
wszystko, żeby zapewnić pacjentowi to, co mu pomaga przeżyć. Rolą
prawa w takim przypadku jest potwierdzenie zasady – teraz, gdy
wielu chce ją poddać pod dyskusję –
z art. 32 konstytucji: „Republika
chroni zdrowie jako fundamentalne prawo jednostki i interes ogólny
i zapewnia bezpłatną opiekę potrzebującym”.
Tenże artykuł, przywoływany
z innych racji, wskazuje, że państwo powinno chronić zdrowie jednostki nie tylko dlatego, że ma ona
do tego prawo, ale i dlatego, że to
131
jest w interesie ogólnym. W sytuacji
trwającej latami śpiączki pacjenta
rodzina może czuć się osamotniona w codziennej trosce, nader wymagającej psychicznie, nie mówiąc
już o aspektach fizycznych i ekonomiczno-organizacyjnych. Będąc
w stresie, ktoś z rodziny może stawiać sobie pytanie o to, jak długo
może trwać taka sytuacja, która
w pewnych momentach może okazywać się bez wyjścia, chociaż wiadomo, że można wybudzić się ze
śpiączki. Wszystkim im, nie tylko
pacjentowi w śpiączce, trzeba zapewnić jak najlepszą opiekę stosownie do art. 32. Utrzymująca się
śpiączka stwarza sytuację potrzeby,
która w pewnym sensie dotyka pacjenta i jego rodzinę; nie można
pozostawić ich samym sobie. Oto
dlaczego debata o niedopuszczalności przerwania odżywiania obejmuje implikacje polityczne, ekonomiczne i organizacyjne naszego
systemu ochrony zdrowia. Nie może to być prawo o kosztach zerowych, które ogranicza się po prostu do przyjęcia do wiadomości tego, co pacjent mówi i czego żąda.
To prawo powinno zapobiegać
wszelkiej możliwej formie żądania
eutanazji, oddając do dyspozycji
pacjenta i rodziny możliwie najlepsze środki. Należy mieć świadomość tego, że dokonana w porę
i należyta od strony naukowej interwencja pozwala w bardzo wysokim stopniu zmniejszyć liczbę tych,
którzy zapadają w stan długotrwa-
132
łej śpiączki. Problem zatem nie
sprowadza się tylko do tego: odżywiać czy nie, nawadniać czy nie.
Dotyczy on jakości opieki nad pacjentami w momencie, kiedy zapadają w śpiączkę, opieki, która rozciąga się na cały czas bycia w tym
stanie. Wymaga to też wykorzystania wszelkich koniecznych badań
naukowych dla wyjaśnienia wielu
wątpliwości, które jeszcze istnieją.
Zakończenie
Debata o stosunku między sądownictwem, polityką i medycyną
objęła pewne kluczowe pytania naszego czasu, który wydaje się często zagubiony w obliczu osiągnięć
nauki i techniki, gdyż te, rozwiązując tak wiele problemów, stwarzają
nowe, na które nie można jeszcze
dać adekwatnej odpowiedzi. Człowiek nowoczesny oscyluje między
nadmierną wiarą w potęgę nauki
a lękiem, że będzie przez nią pognębiony, gdy utraci zdolność kontroli nad tym, co bezpośrednio dotyczy jego życia i życia bliskich mu
osób. Najbardziej niepokojące opinię publiczną pytania z tej dziedziny są trojakiego typu i dotyczą granic naszej wolności, ewolucji nauki
i ograniczenia dostępnych zasobów ekonomicznych. Są to konkretnie trzy pytania: jakie są granice
naszej wolności w dialektyce natury i ewolucji technicznej? na czym
szczególnie polega stosunek „le-
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
karz – pacjent” na gruncie przymierza terapeutycznego? jaka jest odpowiedzialność systemu politycznego w kwestiach dotyczących
kresu życia, kiedy dostępne zasoby
wydają się kurczyć, zamiast rosnąć?
Pacjent w imię wolności i zasady
samostanowienia żąda, żeby mógł
się zawczasu wypowiedzieć i zdecydować, jak chce być leczony, kiedy nadejdzie moment w jego życiu,
że nie będzie mógł wyrazić swej
woli. Dobrze wie, że w wielu krytycznych momentach, w jakich się
znalazł w swoim życiu, dało się rozwiązać problemy dzięki ścisłemu
przymierzu z lekarzem, do którego
miał zaufanie: kompetentnym i dyspozycyjnym, lojalnie będącym po
jego stronie, zdolnym wyjaśnić mu
krok po kroku, co wyjdzie mu na
dobre i dlaczego. Pacjent powinien
świadomie zgadzać się na czynności diagnostyczno-terapeutyczne dla
własnego zdrowia i to podkreśla
dobrze dynamikę relacji w przymierzu terapeutycznym między pacjentem a lekarzem.
Na gruncie tej relacji nabiera
kształtu projekt terapeutyczny, który towarzyszy pacjentowi przez całe życie, przybierając konkretne cechy w różnych okolicznościach,
kiedy atakuje go choroba. Na gruncie tej relacji lekarz stara się zapewnić pacjentowi wszystkie świadczenia, których on potrzebuje, także
w najdelikatniejszej fazie kresu
życia, w sposób zgodny z art. 32
konstytucji.
PAOLA BINETTI, Prawo pacjenta do samostanowienia
Sporządzanie pisemnych oświadczeń o tym, jakie chce się mieć
leczenie w momencie, gdy już nie
będzie można się wypowiedzieć,
będąc przynajmniej pozornie niezdolnym rozumieć i chcieć, jest z jednej strony wyrazem wolności polegającej na tym, że każdy z nas może
akceptować określone zabiegi albo
z nich zrezygnować, ale z drugiej
strony pozbawia to pacjenta kontekstualizacji własnych decyzji w zależności od zmian, które mogą zajść
w międzyczasie. Wolność wyboru,
właśnie z racji prawa pacjenta do
leczenia, zawiera się między jednym
sposobem leczenia a drugim, a nie
między leczeniem a rezygnacją z leczenia. Wybór dotyczy tego, „jak”,
a nie tego, „czy”.
Dzisiaj, po pewnych dyskusyjnych orzeczeniach sądowych, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej
wydaje się konieczne określić, jak
zagwarantować pacjentowi aż do
końca życia wszystkie potrzebne
świadczenia zdrowotne bez nieuprawnionych ingerencji i bez niepotrzebnych interwencji, które stawałyby się już uporczywym leczeniem, ale też przede wszystkim, jak
go nie opuszczać pod żadnym po-
133
zorem. Dlatego oświadczenia w tak
delikatnej materii powinny być zawsze brane pod uwagę w kontekście przymierza terapeutycznego,
do którego należy pacjent, jego powiernik i lekarz sprawujący opiekę.
Parlament w tak delikatnym
kontekście powinien tworzyć prawo w celu pełnej realizacji art. 32
konstytucji, mając na uwadze to, że
zdrowie jest fundamentalnym prawem jednostki i że zapewnienie
bezpłatnych świadczeń potrzebującym należy w pełni do zakresu
jego odpowiedzialności. Nacisk na
intensyfikację prac legislacyjnych
w tej materii wynika często z dramatycznej sytuacji, gdy pewne
przypadki stają się symbolami zaniedbanych praw. Nie można jednak zapominać, że prawdziwym
prawem jest w tym zakresie zdrowie i właśnie stan głębokiej potrzeby, w jakiej znajdują się chorzy,
wymaga należytej uwagi w określaniu działań, żeby je podejmować
na czas, w sposób kwalifikowany
i przez okres, który okaże się konieczny, zapewniając pełną opiekę
pacjentom i ich rodzinom.
Tłum. Tadeusz Żeleźnik
FORUM
Koniec zdziwienia
Pio Cerocchi
Redakcja „La Società”
Dzisiaj niemal we wszystkich
kręgach bardziej rozwiniętych
społeczeństw rozpowszechniła się
pewna obojętność w stosunku do
wydarzeń i sytuacji, które niegdyś
powodowałyby silne zaniepokojenie. W związku jednak z tym uczuciem ponowoczesność (jak należy
zwać dobę współczesną) przedstawia uważnemu jej obserwatorowi
także obrazy widocznej niepewności, tak jak gdyby rodzaj ludzki
był nieuchronnie skazany na fatalny los. Obawy te często stają się
przedmiotem badań społecznych
i sondaży, które wszelako – co
pokazuje kryzys finansowy – nie
dostarczają wiarygodnych prognoz. W ten sposób my wszyscy,
chociaż niektórzy z nas bardziej,
a inni mniej, przyzwyczajamy się
do życia w swego rodzaju stałej
tymczasowości. Z jednej strony
pozwala ona nie ulegać lękom,
z drugiej zaś niepostrzeżenie wywołuje powolne, ale postępujące
wypaczenie antropologiczne, które można krótko określić mianem
„koniec zdziwienia”.
Nieustająca zmiana scenariuszy
i kryteriów ich interpretacji czyni
zwyczajnym to, co dawniej uchodziło za wyjątkowe i właśnie z tej
racji przyczyniało się do ukształtowania i upowszechnienia rozumu
głębokiego, a więc perspektywicznego, który potrafił łączyć wydarzenia w związki przyczynowo-skutkowe. Dzisiaj natomiast zwyczajność tego, co nadzwyczajne,
utwierdza logikę już nie perspektywiczną, lecz tylko apozycyjną
[giustappositiva]. Nie bada się
wydarzeń w relacjach przyczynowych, ale po prostu zestawia je jak
popadnie bez żadnego poruszenia
świadomości, albowiem wszystkie
są usprawiedliwione, skoro wystąpiły. Innymi słowy, zdarzenia – również te bezpośrednio spowodowane przez człowieka – są akceptowane bez logicznego wymogu
osądu, zgodnie z którym można by
je chociaż określić jako „dobre”
bądź „złe”.
Ujęcia sprowadzają się jedynie
do stwierdzenia następstw, jak
gdyby powracając do stanu pier-
136
wotnego. Ogień spala drzewo,
a więc jest zły; inny ogień ogrzewa
na zimnie, dlatego jest dobry.
Oczywiście brakuje w tym sądu na
temat ognia jako takiego. System
poznawczy ogranicza się do skutków wydarzeń i nie uwzględnia
przyczyn, które do nich prowadzą.
Tę ostatnią zasadę doprowadzoną do skrajności można uznać
za decydującą w świecie informacji, w którym hierarchia wiadomości nie jest już ustalana wedle jak
najdokładniejszego poznania faktów, ale zależy od tego, jak bardzo
znani byli wcześniej bohaterowie
przekazu. Ta reguła, zwłaszcza
w stacjach telewizyjnych, spowodowała potworności antropologiczne dające się ująć w haśle, które
niegdyś przeczytałem jako trafny
tytuł pewnego wywiadu dziennikarskiego: „Oglądam, więc jestem”.
Wszechobecność mediów zadusiła politykę, która została pozbawiona właściwej sobie funkcji reprezentowania. Polityk w ponowoczesności już nie reprezentuje, ale
jest reprezentowany. Nie jest rozpoznawalny ze względu na swoją inteligencję ani swoje ideały, lecz jedynie po twarzy, głosie, wyrazistości w rozmowie, po swoich nawykach, krawatach, a teraz, gdy nastał
Silvio Berlusconi (chociaż nie tylko
on), także po dekoltach, mniej lub
bardziej rozstawionych nogach i innych pozach oraz sposobach uczesania, które stały się charakterystycznymi cechami realnej polityki.
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
Wróćmy zatem do tematu: polityk, podobnie jak zrezygnowani
mieszkańcy terenów ponowoczesności (nie dano nam jednak innego
czasu), nie ocenia przyczyn wydarzeń. Dlatego niezależnie od retorycznych wypowiedzi nie ma żadnej prawdziwej potrzeby (albo
zdolności), żeby wyrazić swój
osąd. Faktycznie jest więc odsunięty (lub wydalony?) poza wymiar
moralny. Pozostaje zawieszony
w niezróżnicowanej magmie, która
spływa, rozmaicie przyśpieszając
i zwalniając, w kierunku całkowitego rozpadu tradycyjnej świadomości jako miejsca (wewnętrznego
trybunału), gdzie powstaje osąd.
W tym wszystkim polityk upodabnia się do innych obywateli, którzy
jednak w odróżnieniu od niego nie
mają władzy, lecz tylko wspólne
życie w tej ogarniającej niepamięci
moralnej.
Tak, żyjemy w niepamięci dobra i zła, zadowalając się jedynie
pozorami. Jeżeli cię widzę, istniejesz; jeżeli cię nie widzę, nie istniejesz. W dodatku „widzenie” może być czysto wirtualne, a więc
również pozorne. Całokształt tych
zjawisk zwie się myślą słabą,
niezróżnicowaniem, fragmentacją,
a także sekularyzacją, laickością,
nowoczesnością itp. W rzeczywistości najodpowiedniejsze określenie powinno nawiązywać do antropologicznego statusu człowieka,
który z tych przyczyn został poddany głębokiej i długotrwałej prze-
PIO CEROCCHI, Koniec zdziwienia
mianie. Jego cechy już wymieniliśmy, choć w pewnym nieładzie:
obojętność na poznanie przyczynowe, niepamięć moralności z następczym prymatem pozorów (do
tego można by dodać, aczkolwiek
jest to temat na odrębny wywód,
postępującą dewaluację języka,
który coraz słabiej wskazuje na
specyficzne cechy, a zatem coraz
mniej nadaje się do poznawania
rzeczywistości) i wreszcie – powracając do początków – także koniec
zdziwienia.
Nic już na nas nie robi wrażenia, nawet kiedy powinniśmy się
dziwić albo raczej ulegać zdziwieniu. Nowoczesna myśl wypracowała ideę przesunięcia. Odnosi ją głównie do wydarzeń niepokojących,
czyli tych, które naznaczają upadek
obrazu podmiotu. Czynność przesunięcia doprowadziła również do
pewnych ewidentnych sprzeczności. Albowiem podczas gdy nasila
się troska o ciało, słabnie i niemal
zanika myśl – nieprzypadkowo
określona przez Giacomo Leopardiego jako „dominująca” – o śmierci. Żaden z rozlicznych współczesnych maitres à penser nie zada
sobie trudu, aby się zastanowić
i zapytać, jaki będzie koniec wielu
„zdrowych” i „pięknych” ciał. Właśnie z tej przesadnej „troski” bierze
się odsuwanie sine die myśli o chorobie, cierpieniu, a więc też słabości oraz starości, najczęściej rozumianej jako niewydolność cielesna
(która odpowiada „brzydkiej posta-
137
ci”, czyli rozpadowi wizerunku
wskutek błędnej oceny możliwości), a wreszcie o życiu jako takim.
W ten oto sposób współczesność (chociaż z pewnymi wyjątkami) odpycha samą myśl o śmierci
i oddala od siebie wyobrażenie
choroby, niesprawności, jak również krańcowych stanów egzystencji. Jest to fakt zrozumiały, aczkolwiek nie pozostaje on bez następstw kulturowych, o których już
mówiliśmy, polegających na przekształceniu myśli przyczynowej
(racjonalnej) w myśl apozycyjną (emocjonalną). Ta druga, odwiedziona od poszukiwania związków
przyczynowo-skutkowych w działaniach ludzkich, nie może już
ugruntować żadnej moralności.
Nieprawdą jest bowiem, że zdziwienie rodzi się wyłącznie albo
głównie z uczuć. Raczej prawdziwe
jest zdanie przeciwne: dziwi to, co
niespodziewane w stosunku do
oczekiwań logicznych. Zdziwienie
bierze więc początek z tego, że
fakty zaprzeczają procesowi logicznemu. Tym samym chwieje podmiotem, który zdziwienia doświadcza, i popycha go do poszukiwania
czynników nie branych wcześniej
pod uwagę, które okazują się nowymi przyczynami jakiegoś wydarzenia. Zdziwienie jest więc uznaniem i miarą racjonalnego zaufania
podmiotu i dlatego dzisiaj ustępuje
miejsca obojętności. Ten, kto ulega
wypaczeniom czystego sensualizmu, przyjmuje wszystkie nowości
138
w zakresie poznania wyłącznie
emocjonalnego, które jednak wymaga jakiejś zewnętrznej względem niego zasady porządkującej.
Odnieśmy teraz te ogólne rozważania do pewnych spraw bardziej praktycznych. Można powiedzieć, że jednolicie sensualistyczny
stan, w jakim podmiot jest pogrążony, zasadniczo wyraża istotną
bierność tego ostatniego, domagającą się jakiegoś innego podmiotu,
który by tamtym kierował. Przewaga impulsów emocjonalnych nad
racjonalnymi sprawia bowiem, że
w podmiocie maleje normatywna
moc względem siebie i innych. Odpowiada temu bolesny krok polegający na zamianie niepamięci
o etyce w moralizm, czyli w formułowanie sądów ograniczonych
do skutków działań. W rezultacie
moralność zamyka się w jednym
tylko wymiarze, mianowicie w wymiarze oczywistości rezultatów.
Zasada ta staje się na dalszą metę
źródłem wszelkiego konformizmu
kulturowego.
Jak widzieliśmy, proces ten
w dużej mierze przebiega równolegle do ekspansji wielkich komercyjnych mediów, które są zarazem
jego przyczyną i skutkiem. Tymczasem nie wydaje się bardzo nieprawdopodobna ich ostateczna
(bliższa lub dalsza) implozja. Mógłby to być krańcowy skutek nowych
form komunikacji. Przekształcają
one autorytatywne zatwierdzenie
mediów tradycyjnych w rozpo-
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
wszechnioną praktykę samozatwierdzenia przez jednostki pod
znakiem rozdrobnienia, w którym
rozmaite interesy podlegają regulacji w kanałach należących do wielkich operatorów sieciowych. Ostatecznie im właśnie – nadal w formie autorytatywnej – faktycznie została powierzona odpowiedzialność normatywna, która z konieczności rozpina się na szkielecie interesów, nie sięgając do innych (i
wyższych) poziomów zaprośredniczenia. Wszystko w końcu obraca
się wokół zespołu interesów uporządkowanych w hierarchię opartą
na wynikach. Te zaś traktuje się
jako bezsporny wskaźnik wartości
ekonomicznej, która w ten sposób
staje się jedyną zasadą porządkującą w społeczeństwie.
A wielkie wartości, których nośnikiem w historii były najważniejsze tradycje kulturowe i religijne?
To produkt niszowy, pozostałość. Nie ma czasu na pobożność
i sentymenty. Społeczeństwo nieuchronnie zmierza więc ku niegodziwości, skoro w dobie nowoczesnej cnota pokrywa się z użytecznością wyników. Taka logika przenika z dziedziny wirtualnej do realnej. Jest to logika typu facebook: ja
mam więcej znajomych niż ty, więc
ja rządzę; dlatego słuszne jest tylko
to, co ja powiem, a to wszystko, co
ty mówisz, w ogóle się nie liczy.
Tak właśnie mody, stając się macierzą cnót obywatelskich, przekształcają się w narzędzia władzy według
PIO CEROCCHI, Koniec zdziwienia
schematu ściśle feudalnego, który
faktycznie blokuje istniejące uprzednio stosunki siły porozumieniem
walczących stron, służącym wspólnemu przeciwstawieniu się nowym
rywalom. Oczywiście wszystko to
występuje w granicach korzyści,
która tym samym jest prawdziwym
i jedynym dominus nowoczesności.
Nie warto zatem robić sobie
wielu złudzeń. Chrystus jest akceptowany, a nie zwalczany, jeżeli
i dopóki ten, kto o Nim daje świadectwo, zgadza się na miejsce
w niszy. Paradoksalnie, w najbardziej rozwiniętych społeczeństwach współczesnych dzieje się to
samo, co w realnym socjalizmie:
wyznania chrześcijańskie są tolerowane pod warunkiem, że „nie próbują mącić”. Takie, przynajmniej na
razie, jest przeznaczenie tego Chrystusa, którego Jan Paweł II przez
swoje nauczanie starał się na nowo
umieścić w sercu świata jako miarę
i wzorzec antropologiczny. Wydawało się, że dzięki słowom wielkiego Papieża zadrgały najgrubsze
struny ludzkości. Dzisiaj jednak,
w obliczu oczywistego kryzysu
moralności (który owo nauczanie
prawdopodobnie skrywało), niepodobna nie zapytać, co pozostało
z tamtego nauczania. Krajobraz,
który dzisiaj się ukazuje naszym
oczom, to jak gdyby ogromna pustynia z nielicznymi oazami, gdzie
rozbrzmiewają coraz mniej chętnie
słuchane głosy. Nie wiadomo już,
czy limina apostolorum to miejsca
139
w najwyższym stopniu przypominające o fakcie zbawienia, czy może cel turystyczny, taki sam jak wiele innych pozostałości po zarzuconych kultach i zaginionych religiach.
Ostatnio świat dostrzegł w Kościele rezerwę humanizmu i pokoju.
Pytam: czy jeszcze w niego wierzy?
Pytanie to jest uzasadnione ze
względu na ową przemianę antropologiczną, której nowoczesność
dokonała pośród ludów i w człowieczeństwie. Dlatego należy pytać, czy za oczywistą niepamięcią
o etyce nie kryje się również schyłek pobożności. W takim razie
upadłby wstępny warunek przekazywania wiary w historii (oczywiście prócz bezpośredniej interwencji
Boga).
Niewykluczone, że tak właśnie
jest, ale nie byłby to pierwszy tego
rodzaju przypadek w dziejach. Historia Kościoła ukazuje, nawet powierzchownie znającemu ją człowiekowi, bardzo długie okresy niewiary, zdrady i niegodziwości, tym
bardziej dolegliwe, im mocniej
owe postawy odbijały się na ubogich i słabych. Atoli te rozliczne
„grzechy” były wprawdzie rozpowszechnione i postrzegane jako
część normalnej świadomości, lecz
trafiały w strukturę antropologiczną, w której przetrwało jeszcze,
choć opuszczone, siedlisko sumienia, co nadzwyczaj dobitnie pokazuje Alessandro Manzoni w opowieści o Bezimiennym.
140
Dzisiaj obserwujemy co innego.
Wśród przyczyn niegodziwości nie
zauważamy inklinacji pewnych ludzi do zła, ale krańcowy i już powszechny zanik moralności. Zanim
jeszcze zacznie się czynić zło, zaprzecza się samemu jego istnieniu.
Zanikło bowiem wewnętrzne miejsce formowania się osądu moralnego. Tam od zawsze leżał środek
ciężkości człowieka, a jego zanik
powoduje zasadniczą przemianę
tego ostatniego, który w efekcie
zapomina o dobru i złu. W dawniejszych, niezwykle grzesznych
epokach ludzie w różnym stopniu
co jakiś odczuwali tęsknotę za Rajem, jak pisał Jean Delumeau. Dzisiaj wzdychają za minioną urodą.
Stracony czas jedynego bóstwa,
które pozostało w panteonie nowoczesności: pięknego wyglądu
ciała. Poza tym nie ma nic.
Myślę, że przezwyciężenie niepamięci o etyce mogłoby się rozpocząć (co od razu wyczuł Jan Paweł II) właśnie od naszej biednej
cielesności, albo raczej – od fizyczności naszych istotnych relacji między pokoleniami. Ich przemijanie
uczy bowiem akceptacji wszystkich
faz życia: wspaniałego etapu siły
i młodzieńczości, ale też okresu
słabości i starości. Ten humanizm,
którego potrzebę dostrzega wielu
ludzi (także spoza kręgów religijnych), może wziąć początek z ponownego przyswojenia wartości ludzkich tkwiących w przekazywaniu życia i w troszczeniu się o nie.
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
Rodzenie odsłania bowiem kres
zdrowia i urody oraz uczuć, które
się z tym naturalnie wiążą. Nowoczesność, goniąca za każdą ułudą
(również cielesną), sprowadziła
miłość do widowiska i uczyniła ją
kulturowo bezpłodną i oczywiście
nieofiarną. Sprawy, które trudno
przedstawić teoretycznie, pomaga
zrozumieć obecność drugiego. Również z tej racji jest wielką utratą
sensu oddawać starszych ludzi tym,
których nie interesują ich słowa
i którzy nie rozumieją ich wspomnień. Życie wielu starców, oddanych pod opiekę „osobom trzecim”, kończy się w stanie wywołanego i nieodwracalnego autyzmu.
Jest to jakiś stan przedśmiertny,
w którym oddaleniu cielesnemu towarzyszy rozłąka duszy spojonych
więzią pokrewieństwa. Proces ten
prowadzi ostatecznie do milczenia
i obojętności.
Odzyskanie rozumu rozpoczyna się od uczuć. Od miłości, która
prosi o wszystko, nadaje głębię poznaniu i pomaga ująć przyczyny
form bytu. Nie chodzi zatem o zewnętrzne widowisko, które wyziębia serce, ale o drogę w przeciwnym kierunku – do wnętrza. W tym
właśnie duchu napominał św. Augustyn: „Noli foras ire, in te ipsum
redi, in interiore homine habitat
veritas” 1, dając nie tylko chrześcijańską radę wierzącym, lecz także
humanistyczną wskazówkę każdemu, kto zechciałby ją przyjąć po
świecku.
PIO CEROCCHI, Koniec zdziwienia
141
A polityka? Również ona powinna na nowo przyswoić własne
wnętrze, które powstaje zwłaszcza
w układzie relacji osobowych
i w grupach będących nośnikami
wspólnych wartości oraz interesów. Czym więc dla człowieka jest
jego wnętrze, tym dla polityki jest
reprezentacja. Trudno jednak o reprezentację, dopóki nie odwróci
się błędny kurs na niepamięć moralną, w której społeczeństwo błogo się pogrążyło – a jednym ze
skutków jest to, że bogaci jadą na
grzbiecie coraz bardziej zadyszanych biednych.
Jest zatem oczywiste, że zmiana
polityczna będzie musiała nastąpić
po tym, kiedy dokona się moralne uporządkowanie społeczeństwa
i całkowite wyjście poza wymiar niegodziwości, w której się ono pogrążyło. Polityka bowiem, właśnie dlatego że reprezentuje istniejące uprzednio poglądy i interesy, nie może się
ograniczać do opisu faktyczności
i do szans, które z niej wynikają.
Powinna ona wydawać merytoryczny osąd o tym, co rzeczywiste, i na
tej podstawie wybierać. Powinna na
nowo odkryć zdziwienie, będące
sprężyną rozumności.
Ale jak będzie mógł się rozpocząć ten proces ponownego przyswajania siebie, jeżeli najpierw ludzie nie odnajdą swojego zagubionego sumienia, a więc także zdziwienia?
Przypisy
mieszka prawda” (św. Augustyn, O prawdziwej wierze, XXXIX [72], tłum.
J. Ptaszyński, w: tenże, Dialogi filozoficzne, Znak, Kraków 1999, s. 788).
1
„Nie wychodź na świat, wróć do
siebie samego: we wnętrzu człowieka
Tłum. Paweł Borkowski
FORUM
Oburzenie – ostatni bastion
Gian Maria Zanoni
Redakcja „La Società”
1. Niepopularna
i niejednoznaczna postawa
Ludzie, którzy rozdzierają szaty
na pokaz, z powodu psychicznej
słabości albo dla korzyści, zdobywają poklask, rozweselają, interesują. Ci natomiast, którzy „się oburzają” bez emocji i z przekonania,
nie cieszą się wielką sympatią.
Współczesna wrażliwość instynktownie unika tak otwarcie kategorycznych i radykalnych postaw.
Oburzenie dokonuje ostrego
cięcia, kończy dialog, wypowiada
definitywne, jednoznaczne „nie”.
Pierwszą reakcją jest napiętnowanie takiej postawy jako „skrajnej”,
nietolerancyjnej i mało miłosiernej.
Działanie ludzkie nosi znamiona
ambiwalencji, sprzeczności, dlatego
bardzo łatwo może okazać się dwuznaczne. Wiemy jednak, że owa ambiwalencja łączy się z wielką elastycznością ludzkich czynów i stanowi namacalne świadectwo tej przestrzeni wolności, która została nam
dana. Działanie ludzkie na każdym
swoim etapie (zamysł, postanowie-
nie, plan, wykonanie, skutki) jest
wieloskładnikowe, wynika z dawnych i teraźniejszych wpływów, ze
zbieżnych i rozbieżnych impulsów,
z odpowiednich i nieodpowiednich
możliwości. Jest to cena, nigdy niewygórowana, którą musimy zapłacić, aby posiąść konkretną, historyczną wolność oraz wynikającą z niej
odpowiedzialność.
Tej regule podlega również
oburzenie. Z powodu swojej surowości musi ono prowadzić do całego niezbędnego namysłu oraz
usprawiedliwić swoje powstanie,
swoją manifestację i to, że trwa.
2. Wybory
Wolność zakłada nieustanne
dokonywanie wyborów na różnych płaszczyznach, o czym pisał
Søren Kierkegaard w Albo – albo.
Wybory te często okazują się niewygodne, trudne, ponieważ rzeczywistość wewnętrzna i zewnętrzna jest złożona, a więc umyka, kryje się, zmienia postać.
144
Dzisiaj niepokój i dyskomfort
sprawiły, że wybory stały się niepopularne, aczkolwiek wybieranie
pozostaje bardzo modne, a wręcz
nieustannie jest podkreślane. Aby
oswoić wybory, uczynić je mniej
niepokojącymi i zobowiązującymi,
dokonano pewnych uproszczeń.
Z jednej strony obrano drogę
banalizacji i abstrakcji. Po wyeliminowaniu niuansów oskarżono złożoność o to, że jest mglista lub
sofistyczna. Wyraźnie oddzielono
dobro od zła, sprawiedliwość od
niesprawiedliwości, podążając szeroką drogą zewnętrzności, formalizmu, autorytaryzmu i integryzmu.
Uzyskano wspaniały rezultat w postaci pewnego, krótkowzrocznego
i niebezpiecznego sumienia.
Z drugiej strony obwieszczono
kres prawdy, zanik wszelkich pewników i zwycięstwo wolności myśli, wchodząc na drogę indyferentyzmu, dowolności i niewiedzy.
Otrzymano sumienie uspokojone,
konformistyczne i jałowe.
Obydwa zabiegi doprowadziły
do tego, że powstało społeczeństwo infantylne, gromada nieletnich,
którzy są skłonni do najbardziej
wyrafinowanego próżniactwa, ślepego posłuszeństwa, bezświadomego konformizmu i aktywizmu,
całkiem kapryśnej i przesadnej
buntowniczości. Dorosły zniknął,
ponieważ zanikła pamięć o dialektycznym stawaniu się, znającym
korzenie, z którego wyrosło i które
je podtrzymują, zdolnym rozpo-
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
znać i docenić odmienny wkład,
nie tracąc tej tożsamości, która jest
niezbędna do budowania godziwej
i akceptowalnej przyszłości.
3. Etyka odpowiedzialności
i etyka przekonań
Dorosły wie, że złożoność wymaga cierpliwości, nauki, lotności
umysłu i otwartości. Dorosły słucha,
ponieważ odkrył, że jedynie w syntezie mieści się poszanowanie tego, co rzeczywiste. Dorosły jest
świadom, że niejednoznaczna natura
działania ludzkiego domaga się ciągłego oczyszczania, wysiłku krystalizacji, zaangażowania, by dostosować
środki do celów. Dorosły potrafi nade wszystko oceniać nie tylko samo
działanie, lecz także jego następstwa,
rozważając jego wpływ na drugiego
człowieka lub na otoczenie i dostosowując się do okoliczności. Na tym
polega etyka odpowiedzialności,
która potrafi uwzględniać różne sygnały i pozostaje otwarta na każdy
rozumny kompromis.
W głębi jednak tego obszaru
znajduje się strefa o wiele bardziej
ograniczona, może leżąca poza
centrum, która oświetla i podtrzymuje kierunek tego, co się dokonuje w rozległym sąsiedztwie. To strefa etyki przekonań, będąca miejscem świętym. Wokół niej, wyznaczając ją i chroniąc, roztacza się
zapora i właśnie tutaj, tylko tutaj,
może czuwać oburzenie.
GIAN MARIA ZANONI, Oburzenie – ostatni bastion
Oburzenie zawsze jest tragiczne, ponieważ zawsze wiąże się
z tym, co święte, i z porażką.
Kiedy powtarzające się i coraz
głębiej docierające ataki pokonały
cały opór i strategię etyki odpowiedzialności, kiedy już poświęcono
to, co można było poświęcić, gdy
podjęto wszelkie możliwe próby
kompromisu, z których każda spełzła na niczym, wówczas człowiekowi stojącemu na straży pozostaje
tylko oburzenie, tylko suche, stanowcze „nie”, wypowiadane przez
tego, kto broni strefy świętości.
Max Weber w szkicu Polityka jako
zawód i powołanie pisał, że uderza
nas to mocno, gdy jakiś dojrzały
człowiek – nieważne, czy młody,
czy podeszły w latach – który naprawdę i całym sercem odczuwa
odpowiedzialność za skutki i działa
zgodnie z etyką odpowiedzialności, w pewnym momencie mówi:
„Nie mogę zrobić inaczej, z tego
nie ustąpię”; to jest głęboko ludzka postawa, która porusza i która
z pewnością powinna odnosić się
do każdego z nas, kto nie utracił
życia wewnętrznego.
145
Oburzenie to ostatni bastion,
w którym tragicznie stwierdza się
podwójną porażkę. Pierwsza z nich
jest porażką człowieczeństwa, które po raz kolejny przypuściło tak
silny atak na swoją godność. Druga
to porażka człowieka skazanego na
oburzenie, który nie zdołał udaremnić rozlicznych ataków na ludzką
godność na obszarze odpowiedzialności.
Temu, kto trwa w oburzeniu,
pozostaje ofiara, będąca prawdziwą ochroną świętości.
Jak jednak powiedzieliśmy, ambiwalencja ludzkiego działania wymaga, żeby również tutaj – a raczej
właśnie tutaj – zachować maksymalną czujność i dojrzałą stałość. Inaczej
bowiem może dojść do tego, że
i w strefie „przekonań”, na mężnie
bronionym terenie świętości, zalęgną się bożki, które opanują i wykorzystają nasze oburzenie. Także dla
wierzących, a może przede wszystkim dla nich, prawda, która jedynie
może usprawiedliwić oburzenie, pozostaje zadaniem, a nie przesłanką.
Tłum. Paweł Borkowski
KSIĄŻKI
Judith A. Merkle SNDdeN
Z serca Kościoła.
Katolicka tradycja społeczna
tłum. Agnieszka Bielecka, IW Pax,
Warszawa 2009, ss. 311
„Katolicka tradycja społeczna”
to termin o bardzo szerokim znaczeniu. W jej centrum sytuuje autorka nauczanie społeczne Kościoła, obecne w encyklikach i innych
wypowiedziach Magisterium. Pojęcie to obejmuje także szeroko rozumianą katolicką naukę społeczną,
włącznie z nurtami, których „katolickość” nie zawsze jest oczywista,
jak choćby niektóre odmiany teologii wyzwolenia, a także związek
doktryny Kościoła i refleksji nad
nią z katolickim życiem. To ścisłe
powiązanie społecznego przesłania
katolicyzmu z praktyczną realizacją
oraz swoisty paradygmat ujmowania rzeczywistości społecznej
w perspektywie rozpoznania obecności Boga w historii i w walce
o sprawiedliwość stanowi chyba
najbardziej charakterystyczny, a zarazem oryginalny rys recenzowanej
książki. Ten paradygmat sprawia,
że książka, choć traktuje o zagadnieniach społecznych, jest głęboko
teologiczna, ze względu zaś na wyeksponowanie aspektu praktycznego może wręcz być swoistym
poradnikiem życia duchowego dla
katolików silnie zaangażowanych
w życie tego świata. W książce jest
157
mowa nie o jednej teologii, lecz
o różnych teologiach, które wpływały na różne okresy katolicyzmu
społecznego (zob. s. 19). Nie jest to
jednak, jak zaznacza autorka, książka adresowana wyłącznie do katolików (zob. s. 9). Kluczowe dla jej
odczytania pojęcia godności ludzkiej i sprawiedliwości społecznej
czynią z niej wartościową lekturę
także dla ludzi innych wyznań i ludzi niewierzących. Zresztą, jak
podkreśla Merkle, społeczne nauczanie Kościoła nie jest zamkniętym systemem i zawsze pozostawało w dialogu z głównymi nurtami
filozoficznymi.
W taki dialog wpisuje się też
książka. Składa się ona z trzech
części. Pierwsza zawiera fundamentalne pojęcia dotyczące wiary,
duchowości i eklezjologii w odniesieniu do problematyki społecznej.
W punkcie wyjścia Merkle stawia
kwestię, czy „nauczanie encyklik
społecznych jest istotnym elementem katolickiego życia, czy jest orędziem, które się tylko głosi” (s. 14).
Pytanie okazuje się dla autorki retoryczne. Począwszy od encykliki
Rerum novarum, można zauważyć
związek między nauczaniem społecznym a wiarą, duchowością, życiem poszczególnych chrześcijan
i całego Kościoła; dostrzeżenie tego jest zasadnicze dla zrozumienia
katolickiej tradycji społecznej. Autorka interesująco opisuje różne interpretacje nauczania społecznego
Kościoła, sprowadzając je do czte-
158
rech modeli: zbiór wytycznych proponowanej przez Kościół polityki
społecznej, przepowiadanie (swoisty profetyzm Kościoła nawołujący
do przemiany społecznej), całościowa doktryna moralna dotycząca życia społecznego, zasady moralne, które mają być stosowane
w określonych sytuacjach społecznych. Żaden z tych modeli nie oddaje jednak prawdziwej tożsamości
nauczania społecznego, które może być „zrozumiałe jedynie wewnątrz systemu obejmującego całość życia w Kościele, sakramenty,
modlitwę, wspólnotę i doktrynę”
(s. 30). Tak rozumiane nauczanie
społeczne jest publicznym głosem
Kościoła, dotyczącym głównie tych
aspektów życia społecznego, które
nie mogą być zignorowane przez
świadków Chrystusa. Nauczanie to
odwołuje się zatem do wiary, która
podsyca działanie na rzecz sprawiedliwości. Praktykowana wiara
nie pozwala egoistycznie zamknąć
się w sobie, nawet w trosce o własne zbawienie, ale każe iść do świata z miłością, która angażuje na
rzecz budowania lepszego, sprawiedliwszego porządku.
Według Merkle ta wiara po pierwsze ma wymiar ludzki, który pozwala przekraczać własne ograniczenia, pozorny determinizm rynku i wielkich globalnych sił, a po
drugie otwiera na przekraczanie
świata w kierunku Boga. Te dwa
wymiary są głęboko wpisane w ludzką naturę bez względu na for-
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
malną przynależność religijną. Wiara religijna zaś jest działaniem łaski
w człowieku i jego pełną ufności
odpowiedzią, oddaniem Bogu siebie i swojej egzystencji. Zarówno
wiara ludzka, jak i religijna „otwierają człowieka na etyczne wyzwania, aby wykraczać poza to, co jest,
i działać na rzecz lepszego porządku w świecie” (s. 42). Autorka wiąże to bezpośrednio z rozumieniem
zbawienia, które nie ogranicza się
do wymiaru indywidualistycznego
i eschatologicznego, ale wzywa
także do przemiany tego świata,
wyzwalania go z różnych przejawów zła. Szczególnie istotnym wątkiem, powracającym w całej książce, jest przekonanie, że tak rozumiane zbawienie nie dokonuje się
przez najefektywniejsze nawet
działania w obszarze życia społecznego, ekonomicznego i politycznego, lecz wyłącznie w sferze
wiary, Kościoła, praktyk religijnych. Społeczna misja chrześcijan
musi „wyrastać z serca Kościoła”
(s. 311). Wiara nie może jednak
ograniczać się do zgody na objawione prawdy bez uwzględniania przemian społecznych, gospodarczych, kulturowych. Kurczowe trzymanie się formuł z przeszłości może okazać się anomalią w niechętnym każdej systematyzacji społeczeństwie postmodernistycznym; w konsekwencji można zaprzepaścić szanse
inkulturacji Ewangelii (zob. ss.
46-47).
KSIĄŻKI
W ten sposób autorka unika
z jednej strony niebezpiecznego redukcjonizmu, sprowadzającego katolicyzm społeczny do aktywizmu,
walki o sprawiedliwość itd., z drugiej zaś naiwnego i moralizatorskiego podejścia do rzeczywistości,
nieuwzględniającego jej uwarunkowań. W syntezie żywej wiary
i dobrego rozeznania kulturowo-społecznej rzeczywistości niezbyt
szczęśliwa pozostaje tylko terminologia, mówiąca o „konieczności połączenia wiary i ideologii” (s. 53).
Wprawdzie autorka zastrzega, że
nie chodzi jej o potoczne, pejoratywne rozumienie ideologii, ale zaproponowana przez nią definicja
ideologii pozostaje niejasna: raz
traktowana jest ona jako światopogląd, a raz jako „poznanie związane ze skutecznością” bądź usystematyzowanie naszych obserwacji.
Trudno też zaakceptować stwierdzenie, że „nawrócenie jest procesem stałej rewizji naszych ideologii,
tak aby były one dostosowane lepiej do rzeczywistości” (s. 54).
Synteza przeżywanej wiary i zakorzenionego w niej zaangażowania społecznego na rzecz sprawiedliwości zawsze była w Kościele
obecna, choć różnie rozkładały się
akcenty i sposoby jej realizacji.
W książce ciekawie i kompetentnie
ukazana została w tym względzie
ewolucja od czasów patrystycznych do Kościoła po Vaticanum II.
Ewolucję tę można najkrócej określić jako przejście od kształtowania
159
postaw chrześcijan (Kościół pierwotny) przez ukazanie sprawiedliwości jako cnoty, która przede
wszystkim odnosi się do porządkowania stosunków w społeczeństwie (średniowiecze, zwłaszcza św.
Tomasz), aż do zrozumienia potrzeby tworzenia chrześcijańskich
ruchów społecznych oddziałujących na kulturę i struktury społeczne oraz zapewnienia ochrony praw
człowieka. Na wątpliwość, czy tak
ścisłe powiązanie misji chrześcijan
i całego Kościoła jako instytucji ze
sferą społeczną (a więc także polityką, ekonomią, kulturą) nie jest
sprzeczne z religijną naturą Kościoła, Merkle daje odpowiedź ściśle
eklezjologiczną. Odwołując się do
nauczania II Soboru Watykańskiego i synodu biskupów z 1971 r.,
ukazuje Kościół w aspekcie nie tyle
instytucjonalnym, ile ściśle religijnym, jako Lud Boży, Ciało Chrystusa i sakrament zbawienia. W tym
kontekście dostrzega misję społeczną jako symbol i sakrament religijnej natury Kościoła, gdyż działania na rzecz sprawiedliwości
i przekształcania świata „ukazują
się nam w pełni jako cecha zasadnicza głoszenia Ewangelii, to znaczy misji Kościoła dla odkupienia
ludzkości i wyzwolenia jej z wszelkiego stanu ucisku” (s. 84).
Następnie autorka, aby pokazać, w jaki sposób Kościół powinien realizować tę misję, analizuje
społeczne nauczanie papieży od
Leona XIII do Jana Pawła II. We
160
wszystkich dokumentach tego nauczania podkreśla się potrzebę
wpływu Kościoła na przemiany
społeczne. Trafne jest przy tym
spostrzeżenie Merkle, że przed Janem XXIII był to bardziej wpływ
Kościoła na świat jakby od zewnątrz, z pozycji sędziego i nauczyciela, natomiast Jan XXIII i następni papieże zamiast myśleć
o Kościele i świecie, myślą o Kościele w świecie. Amerykańska
uczona wskazuje jako istotną zmianę w nauczaniu Kościoła odejście
od duchowości zalecającej „wycofanie się ze świata” na rzecz wezwania katolików świeckich do
wzięcia odpowiedzialności za świat
także przez polityczne zaangażowanie. Powtarza też za Janem Pawłem II, że właśnie codzienna praca
i walka o sprawiedliwość zgodna
z nauką społeczną Kościoła jest
dziś elementem nowej ewangelizacji i świadectwa o Chrystusie Zbawicielu (zob. s. 100; por. CA 5).
Część druga książki prezentuje
nauczanie społeczne Kościoła (głównie papieży) od Leona XIII do
Jana Pawła II oraz wybrane koncepcje teologiczne podejmujące zagadnienie relacji między wiarą, kulturą i życiem społecznym. Nauczanie papieży zostało rzeczowo zreferowane, w tym względzie jednak
książka nie odbiega zasadniczo od
podręczników katolickiej nauki
społecznej. Tym, co ją wyróżnia
i stanowi jej niewątpliwą zaletę, jest
szeroko i ciekawie nakreślony kon-
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
tekst historyczny i społeczny (ze
szczególnym zwróceniem uwagi na
kwestie gospodarcze), w którym
encykliki się ukazały, oraz pokazanie ich realnego wpływu na zmiany społeczne. Trzeba zaznaczyć, że
dominuje perspektywa amerykańska, zarówno gdy idzie o analizowaną rzeczywistość, jak i autorów,
do których analiz i koncepcji Merkle się odwołuje (ta uwaga nie dotyczy rozdziałów poświęconych teologii politycznej i teologii wyzwolenia). Z nurtów teologicznych najszerzej omówiono teologię polityczną i teologię wyzwolenia w wersji latynoamerykańskiej. Merkle widzi w teologii wyzwolenia swoisty akt samookreślenia Kościoła
w Ameryce Łacińskiej, który od
konferencji biskupów w Medellin
(1968) nie dał już sobie narzucić
tożsamości przez Europę czy Amerykę Północną.
Autorka każdemu z tych kierunków poświęca więcej miejsca
niż nauczaniu poszczególnych papieży (z wyjątkiem nauczania Jana
Pawła II). Umieszczenie rozdziałów poświęconych tym teologiom
pomiędzy rozdziałami prezentującymi oficjalne nauczanie Kościoła
i sposób prezentacji sprawiają wrażenie, jakby głos Magisterium i interesujące, ale nie zawsze całkowicie z tym Magisterium zgodne poszukiwania zawarte w teologii politycznej (bardziej przecież protestanckiej niż katolickiej) i teologii
wyzwolenia miały taki sam walor
KSIĄŻKI
w katolickiej tradycji społecznej.
Brakuje też wyraźnego rozróżnienia poszczególnych nurtów w teologii wyzwolenia. Możemy w niej
bowiem wyróżnić ten, który jest
zakorzeniony w magisterium Kościoła, obecny wyraźnie także w dokumentach Konferencji Episkopatu Ameryki Łacińskiej z Medellin
(1968) i Puebla (1979), ale również
nurt – stanowczo odrzucony przez
Kościół – wiążący praktykę walki
o wyzwolenie z ideologią marksistowską i wreszcie pośredni między
nimi, reprezentowany m.in. przez
G. Gutiérreza, L. Boffa i J. L. Segundo, który wprawdzie odrzuca materialistyczną ideologię marksizmu,
ale wykorzystuje jako narzędzie
poznawcze marksistowską analizę
społeczeństwa, nie zauważając jej
ideologicznych uwikłań.
Właśnie temu trzeciemu nurtowi poświęca niemal wyłącznie swą
uwagę autorka. Trudno zrozumieć,
dlaczego w książce na temat katolickiej tradycji społecznej, bardzo
szeroko omówionej teologii wyzwolenia nie towarzyszy przedstawienie oficjalnego stanowiska Kościoła wobec niej. Najbardziej reprezentatywny w tym względzie dokument Kongregacji Nauki Wiary, Instrukcja o niektórych aspektach
„teologii wyzwolenia” z 1984 r., został zaledwie wzmiankowany, i to,
delikatnie mówiąc, z zaskakującą
konotacją. Mianowicie autorka
stwierdza, że w dokumencie podsumowano „śledztwo i ataki na teo-
161
logię wyzwolenia”, które „pozostawiły zatroskanie, wątpliwości
i obawy, czy nadzieja na zreformowanie Kościoła od wewnątrz
w duchu wyzwolenia faktycznie się
w Ameryce Łacińskiej spełni” (s.
200). Na próżno czytelnik będzie
szukał odpowiedzi na pytanie, które spośród tez teologii wyzwolenia,
tak pozytywnie przedstawionej
przez Merkle, zostały zakwestionowane przez Stolicę Apostolską
i dlaczego. Nie dowie się również
nic o Instrukcji o chrześcijańskiej
wolności i wyzwoleniu z 1986 r.,
poza tym, że Kościół dał w niej
„bardziej pozytywną odpowiedź na
teologię wyzwolenia”. Z napisanego zaś w tym samym roku przez
Jana Pawła II Listu do brazylijskich
biskupów autorka cytuje tylko, że
teologia wyzwolenia jest „pożyteczna i potrzebna”, co w kontekście
całego dokumentu i pozostałych
wypowiedzi Magisterium jest ewidentnym nadużyciem, wprowadzającym czytelnika w błąd co do oceny teologii wyzwolenia, a zwłaszcza tego jej nurtu, któremu autorka
poświęciła najwięcej życzliwej
uwagi, a który akurat spotkał się
z krytyczną recenzją Stolicy Apostolskiej. Chociaż można się zgodzić
z amerykańską uczoną, że „współczesna tradycja społeczna Kościoła
nie może być w pełni zrozumiana
bez wielkiego wkładu ruchu teologii wyzwolenia” (s. 206), trudno się
oprzeć wrażeniu, że ruch ten nie
został przedstawiony zgodnie z du-
162
chem tejże społecznej tradycji Kościoła.
Ideologiczne sympatie autorki
zdają się niestety dochodzić do głosu także w dość jednostronnym
przekazie na temat teologii murzyńskiej, latynoskiej, afrykańskiej
czy chrześcijańskich ruchów feministycznych i pacyfistycznych. Zarzut ten nie dotyczy natomiast
obiektywnie i kompetentnie zreferowanych obszernych listów pasterskich episkopatu USA na temat
wojny i pokoju (1983) oraz sprawiedliwości gospodarczej. Przybliżenie czytelnikowi ich treści, okoliczności powstania, odniesienia do
innych dokumentów Kościoła i toczących się debat to niewątpliwy
walor recenzowanej książki.
Ostatni rozdział drugiej części
to bardzo dobrze i dość szczegółowo (zwłaszcza w kwestiach związanych ze sprawiedliwością społeczną) przedstawione społeczne nauczanie Jana Pawła II. Autorka zakorzenia je nie tylko w dotychczasowym nauczaniu społecznym Kościoła i teologiczno-filozoficznej refleksji polskiego papieża, ale także w jego życiowym doświadczeniu komunistycznego totalitaryzmu,
w którym Kościół musiał być „Kościołem wyznającym”. W dzisiejszym
społeczeństwie globalnym Kościół
także powinien być prorockim Kościołem wyznającym, zamiast zajmować pozycje prawno-polityczne czy
edukacyjno-kulturowe – stwierdza
Merkle (zob. s. 278). Jej zdaniem
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
nauczanie Jana Pawła II daje podstawy dla kształtowania takiej wizji
Kościoła, a wpływ tego pontyfikatu
będzie odczuwany jeszcze przez
długie lata.
Ostatnia część, choć jej tytuł sugeruje inaczej, faktycznie ogranicza
się do propozycji formacji tych,
którzy mieliby katolicką tradycję
społeczną przenieść w przyszłość.
Zadanie to jest dla przyszłości katolicyzmu społecznego rozstrzygające, gdyż według Merkle, jeśli nie
uda się „powiązać tradycji encyklik
społecznych z nowymi nośnikami
społecznymi, [...] [Kościół] stanie
się nieistotny w wymiarze społecznym” (s. 283). Autorka książki szczególnie mocno akcentuje
wspólnotowy charakter tych „nośników”. Nawiązując do Martina Luthera Kinga, stwierdza, że społeczeństwo bez wspólnot zmierza ku
chaosowi. Wspólnota ma też szczególne znaczenie w życiu Kościoła
i jego zbawczej misji; ona „zawsze
była w centrum katolickiej tradycji
społecznej” (s. 310). W kontekście
tej misji i wyzwań, które stoją przed
Kościołem, autorka przedstawia
ciekawą typologię wspólnot. Kolejno analizuje w aspekcie socjologicznym i teologicznym wspólnoty
o wspólnej historii, wspólnoty tożsamości, wspólnoty wzajemności,
wspólnoty pluralistyczne i wspólnoty autonomiczne. Nie są to jednak odrębne, a tym bardziej wykluczające się typy wspólnot, ale
raczej różne aspekty wspólnotowe-
KSIĄŻKI
163
go życia, wzajemnie się dopełniające bądź równoważące. Nad nimi
wszystkimi jako zasadnicze wezwanie rozciąga się słowo „komunia”, prawdziwy klucz do wdrożenia Ewangelii w życie społeczne.
Szczególne znaczenie ma komunia
w służbie ubogim i z ubogimi.
Książka przedstawia katolicką
tradycję społeczną w sposób żywy,
interesujący, czasami kontrowersyjny. Lektura nastręcza pewne zastrzeżenia. Niektóre z nich wskazałem wyżej; do innych można zaliczyć brak precyzyjnego rozróżnienia między nauczaniem społecznym Kościoła a katolicką nauką
społeczną czy dość swobodny dobór prezentowanych kierunków
teologicznych. Książka może też
rozczarować tych czytelników, którzy będą w niej szukać jakiejś syntezy katolickiej tradycji społecznej,
gdyż kwestia sprawiedliwości społecznej i wyzwolenia z ubóstwa dominuje w niej tak bardzo, że inne,
bardzo istotne w nauczaniu społe-
cznym Kościoła zagadnienia zostały albo pominięte, albo potraktowane marginalnie. Książka nie jest
jednak podręcznikiem katolickiej
nauki społecznej, może więc odznaczać się selektywnością w doborze treści i większą swobodą
w jej prezentacji. Mimo tych uwag
krytycznych nie ulega wątpliwości,
że otrzymaliśmy bardzo cenną lekturę, która powinna pobudzić nie
tylko nasze myślenie, ale jeszcze
bardziej naszą chrześcijańską wrażliwość i odpowiedzialność za
świat. Wobec budzącej szacunek
erudycji Judith A. Merkle, połączonej z emanującym z książki żarliwym pragnieniem ewangelicznego
przemieniania świata, nie można
uciec od fundamentalnego pytania,
na ile nasze wspólnoty i każdy
z nas żyje Ewangelią w relacjach
społecznych, na ile Ewangelia
przemienia nas i świat, w którym
żyjemy.
Ks. Zbigniew Waleszczuk
leszczuk (ur. 1966) pełni posługę
kapłańską w diecezji ratyzbońskiej
i wykłada na Uniwersytecie w Bayreuth. Opublikował wiele książek
i artykułów dotyczących przede
wszystkim problematyki społecznej
i antropologicznej oraz sytuacji Kościoła i religii w świecie współczesnym, zwłaszcza na styku z polityką.
Czytelnicy „Społeczeństwa” znają
go z nie tak dawno recenzowanej
Między egoizmem a dobrem
wspólnym. Kryzys państwa
w dobie globalizacji
Homo Dei, Kraków 2008, ss. 128
Tytułem wstępu powiedzmy kilka słów o autorze recenzowanego
tomu. Ksiądz dr hab. Zbigniew Wa-
Ks. Andrzej Jędrzejewski
164
na naszych łamach (zob. S 2007 nr
4-5) książki bpa Wilhelma Emmanuela von Kettelera (1811-1877), jednego z prekursorów nowoczesnej
katolickiej nauki społecznej, pt.
Nauczanie społeczne. Wybór pism
(IW Pax 2007), którą ks. Waleszczuk przetłumaczył z języka niemieckiego i opatrzył wstępem.
Prezentowaną obecnie publikacją autor włącza się w szeroki nurt
toczących się dzisiaj rozważań nad
globalizacją, jej źródłami, strukturą,
przebiegiem oraz aktualnymi i potencjalnymi konsekwencjami społecznymi, gospodarczymi, kulturowymi itp., a wreszcie nad szansami
i zagrożeniami, jakie z niej wynikają. Z jednej strony można by uznać,
że tego rodzaju opracowań, komentarzy i analiz wydano już
w ostatnich latach dosyć. Z drugiej
strony patrząc, trzeba powiedzieć,
że nie jest ich nigdy dosyć, ponieważ globalizacja to proces wciąż
żywy, na naszych oczach kształtujący „oblicze ziemi” i w związku
z tym wymagający nieustannie pogłębianego namysłu. Dobrze więc,
że co jakiś czas pojawia się na ten
temat nowa publikacja, której twórca próbuje spojrzeć na omawiany
kompleks zjawisk z jakiegoś oryginalnego punktu widzenia.
W przypadku omawianego
opracowania szczególnym przedmiotem rozważań stają się trzy obszary czy systemy (oczywiście wzajemnie się zazębiające): społeczeństwo, polityka i kultura. Sam ks.
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
Waleszczuk we wprowadzeniu tak
kreśli swoje zamierzenia: „Pomijam
[...] zwłaszcza problematykę stricte
ekonomiczną nowych wyzwań gospodarczych związanych z globalizacją rynkową; w centrum moich
zainteresowań stoją znacznie bardziej wyzwania polityczne i społeczno-kulturowe. Spróbuję zatem
poszukać odpowiedzi na pytania
[...]: co rozumiem pod pojęciem suwerenności narodowej i czy jest
ona w ogóle możliwa? czy (i ewentualnie dlaczego) państwo narodowe znajduje się w kryzysie oraz
jakie są możliwe płaszczyzny ratowania jego integralności, samorządności, warunków zachowania jego funkcjonalności i legitymizacji?
Ponadto pytam o miejsce i rolę
demokracji oraz idei pomocniczości wobec globalizacyjnych wyzwań ekonomizacji życia społecznego” (s. 10). Pytania to jak widać
niebłahe i niełatwe, a skoncentrowane w dużej mierze – zgodnie
z podtytułem publikacji – na problematyce państwa, które głównie
właśnie na skutek globalizacji „[...]
zdaje się tracić swą dotychczasową
pozycję” (s. 3), jak pisze we wstępie Witold Kawecki CSsR (UKSW),
komentując tezy ks. Waleszczuka.
Do realizacji tych – nie ukrywajmy, że ambitnych – zamierzeń badawczych autor przystępuje w pięciu częściach opracowania, zatytułowanych kolejno: Polityczne konsekwencje globalizacji (zob. ss. 13-33), Państwo a globalizacja (zob.
KSIĄŻKI
ss. 35-73), Demokracja w pułapce
globalizacji (zob. ss. 75-83), Pomocniczość w czasach globalizacyjnej
zmiany (zob. ss. 85-97), Społeczno-kulturowe konsekwencje globalizacji (zob. ss. 99-126). Pierwsza, druga i ostatnia z tych części dzielą się
jeszcze na rozdziały, których w sumie jest 20 (plus dwa podsumowania). Swoje wywody ks. Waleszczuk opatruje licznymi przypisami
o charakterze najczęściej bibliograficznym, ale nierzadko również
rzeczowym lub słownikowym (np.
wyjaśnienia pojęć „ewolucjonizm”
na ss. 10-11 i „siła transferowa” na
s. 32). Autor powołuje się przeważnie na literaturę niemieckojęzyczną, a poza tym na polską (lub przetłumaczoną na język polski) i angielską. Cytowane pozycje pochodzą najczęściej z ostatnich lat.
W tomie nie zamieszczono ani bibliografii, ani indeksu nazwisk.
W tekście manifestuje się niebagatelna erudycja i szerokie zainteresowania teoretyczne autora. Stara
się on podejmowane problemy naświetlać z różnych punktów widzenia, powołując się także na dane
statystyczne i referując poglądy
wielu myślicieli zarówno dawniejszych, jak i współczesnych (przy
czym unika mechanicznego ich cytowania). Nie poprzestaje też na
analizach, lecz zawsze zmierza do
sformułowania mniej lub bardziej
wyraźnych konkluzji i postulatów
co do omawianej rzeczywistości.
W przedstawianych faktach i pro-
165
cesach ks. Waleszczuk dostrzega
strony zarówno pozytywne, jak
i negatywne, które poddaje bliższemu namysłowi. Refleksję autora cechuje zatem dążność do zrównoważenia i obiektywizmu w formułowanych tezach. Niekiedy zwracają uwagę tezy dość odkrywcze i inspirujące, np. że „Arystoteles opisywał w kontekście pomocniczości
[oczywiście w domyśle: avant la
lettre] funkcjonowanie miasta-państwa, polis” (s. 85). Cieszy fakt, że
ks. Waleszczuk, opierając się modzie – czyli tyranii – poprawności
politycznej, otwarcie pisze np.
o dwulicowej polityce zagranicznej
USA (zob. s. 94) lub o silnych tendencjach biurokratyczno-centralistycznych w Unii Europejskiej (zob.
s. 87).
Omawiana publikacja wykazuje
też niestety trochę wad. Pierwszy
mankament, który rzuca się w oczy
podczas lektury, to pewna nieporadność w zwięzłym i precyzyjnym
artykułowaniu myśli. Weźmy pod
uwagę jeden z początkowych fragmentów: „Mamy zatem dziś do czynienia z poszerzeniem i pogłębieniem międzynarodowej integracji
gospodarczej. Integruje się wiele
działań, procesów, podmiotów gospodarczych, rynków i gospodarek. Prowadzi to do globalnej sieci
powiązań. Międzynarodowa integracja gospodarcza jest więc elementem globalizacji, zaś globalizacja procesem pogłębionej międzynarodowej integracji, w której na-
166
stępuje scalanie się rynków w taki
sposób, że zacierają się granice
między rynkami krajowymi i globalnymi” (s. 9). Wydaje się, iż tę samą
treść można by zawrzeć w jednym
zdaniu jednokrotnie złożonym,
zwłaszcza że autor na poprzedniej
stronie napisał niemal to samo,
chociaż innymi słowami. Trafiają
się także wypowiedzi zupełnie błahe pod względem poznawczym
(np. na s. 8: „Dzięki Internetowi
każdy może mieć dostęp do wielu
informacji”) bądź niezrozumiałe
(np. na s. 108: „Globalizacja prowadzi do skurczenia się przestrzeni
i czasu, a przez to do dewaluacji
wartości dóbr jako miernika bogactwa społeczeństwa”; na s. 119: „Nie
jest dobrym lekarstwem na kryzys
kuszący w swych programach neoliberalny egoistyczny interes sprowadzony do gry dóbr konsumpcyjnych, wartościowanych w kategoriach szybkich ekonomicznych zysków, lecz integralny rozwój całej
ludzkiej rodziny”), a także tezy
ogólnikowe i niezbyt przystające
do naukowej tematyki i stylistyki
rozważań, chociaż może skądinąd
prawdziwe (np. na s. 120: „Środowiska np. «Gazety Wyborczej» [...]
dążą do osłabienia rodziny, nowego wychowania młodzieży [...]”).
Uderza również redundancja
treści i niespójność formalna. Gdy
po przeczytaniu pierwszej części
przechodzimy do następnej, odnosimy wrażenie, jakbyśmy zaczynali
czytać drugą – może nie identyczną,
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
ale na pewno bardzo podobną –
książkę na ten sam temat. Obydwie
bowiem części merytorycznie pokrywają się w zakresie rozważań
dotyczących istoty państwa, charakterystyki państwa narodowego
oraz jego legitymizacji i suwerenności. Scalić można by także rozdział 3 z części pierwszej (zob. ss.
26-29) z rozdziałem 10 części drugiej (zob. ss. 61-73), ponieważ obydwa dotyczą instytucji międzynarodowych takich jak GATT, ONZ,
WTO, ILO (MOP) itd.
Zresztą w obrębie części drugiej
czeka nas jeszcze jedna niespodzianka. Zamieszczony tam rozdział 4 nosi tytuł Trzy płaszczyzny
społecznej integracji (zob. ss. 45-78). Autor w tym kontekście wymienia „[...] płaszczyznę ponadnarodową, narodową i w końcu subnarodową” (s. 45), po czym krótko
je charakteryzuje, tyle że już w innej kolejności. Dwa następne rozdziały (czyli 5 i 6) zostały poświęcone płaszczyźnie subnarodowej
(zob. ss. 48-52) i płaszczyźnie narodowej (zob. ss. 52-53). Znowu więc
sekwencja odmienna od anonsowanej, lecz na tym nie koniec zdziwień. W trzech bowiem dalszych
rozdziałach (czyli 7-9) ks. Waleszczuk pisze o polityce społecznej
i polityce ochrony środowiska
(zob. s. 54), protekcjonizmie (zob.
ss. 55-57) oraz państwie ładu i państwie konkurencji (zob. ss. 57-61),
by rozdział 10 poświęcić... płaszczyźnie ponadnarodowej (zob. ss.
KSIĄŻKI
61-72). Dysonansu tego dałoby się
uniknąć, nawet nie wprowadzając
zmian treściowych, lecz jedynie reorganizując strukturę publikacji.
Rozdział na temat protekcjonizmu (zob. ss. 55-57) zawiera jednoznacznie ujemną ocenę tej strategii
państwa. Dalej autor w negatywnym tonie wypowiada się o całej
polityce Międzynarodowego Funduszu Walutowego, wśród którego
postulatów wymienia „zniesienie
ograniczeń celnych” (s. 91). Prima
facie wygląda to, jeśli nie na sprzeczność, to z pewnością na rozbieżność w poglądach, co do której
czytelnikom należałoby się jakieś
wyjaśnienie. Uwagę zwracają też
bardzo duże wahania w długości
poszczególnych części i rozdziałów
(np. rozdział 10 z części drugiej
liczy dwanaście stron, czyli więcej
niż cała część trzecia, a rozdział
7 z części drugiej zajmuje tylko
jedną stronę).
Wymienione cechy prezentowanego tomu pozwalają się domyślać – aczkolwiek pozostaje to tylko przypuszczeniem – że po prostu
„sklejono” go z dawniej przygotowanych tekstów bez głębszego
przemyślenia ich wzajemnych powiązań. O ile sam ten zabieg autorski jest jak najbardziej dopuszczalny i często praktykowany, o tyle
w jego stosowaniu należy zawsze
zadbać o dwie sprawy: po pierwsze tak przygotować nową całość,
by była spójna pod względem treściowym i należycie ustrukturowa-
167
na; po drugie na wstępie poinformować czytelnika, że ma do czynienia z wtórnym zbiorem tekstów.
Dziwić może jeszcze jeden fakt.
Otóż oficjalne stanowisko Kościoła
autor przedstawia niemal wyłącznie albo ograniczając się do czysto historycznego punktu widzenia,
np. kiedy opisuje teoretyczny
wkład papieży w opracowanie modelu korporacjonistycznego (zob.
ss. 68-69) lub zasady pomocniczości (zob. s. 86), albo poprzestając
na ogólnikowych uwagach w rodzaju: „Oczywiście oba te kierunki
[tj. determinizm historyczny i skrajny ewolucjonizm] stoją w opozycji
do chrześcijańskiego ujęcia moralnych i odpowiedzialnych decyzji
człowieka” (s. 11, przyp. 8) bądź:
„Oczywiście w świetle etyki i moralności chrześcijańskiej, idąc za nauczaniem Jana Pawła II, nie możemy
się z takim stanowiskiem [tj. deterministycznym podejściem do historii i gospodarki] zgodzić” (s. 112).
Dopiero w zakończeniu ks. Waleszczuk szerzej pisze o kościelnym
punkcie widzenia na sprawy globalizacji i zanurzonego w niej człowieka (zob. ss. 119-122), i tu jednak traktuje ten wymiar powierzchownie. W całej książce odniesień
do dokumentów Magisterium i wypowiedzi papieskich znajdziemy
zaledwie kilka. Być może takie było (milczące) założenie pracy, ale
w takim razie po co w ogóle nawiązywać miejscami do nauczania
kościelnego? Ponadto wydaje się
168
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
jednak, że od katolickiego myśliciela należałoby oczekiwać uważniejszego potraktowania poglądów
Kościoła w tej materii.
Spróbujmy dokonać krótkiego
podsumowania. Omawiana książka na pewno ma swoją wartość,
a leży ona przede wszystkim w samym podjęciu ważnego tematu,
który dotyczy głównie miejsca i roli
(czyli, mówiąc metaforycznie, „losu”) państwa – autor pisze najczęściej o „państwie narodowym” –
w dobie współczesnych wielkich
przemian określanych mianem
„globalizacja”. Po drugie na uwagę
zasługuje bogata faktograficzno-doksograficzna warstwa publikacji, jak również starania autora
o pewną konkluzywność rozważań
i ich obiektywizm. Natomiast dużym mankamentem jest redakcyjne
i językowe niedopracowanie zarówno poszczególnych części, jak
i całego tomu. Pewna wątpliwość
dotyczy braku pogłębionej refleksji
nad głosem Kościoła w dyskusji
o globalizacji. Czy zaś ks. Waleszczuk odpowiedział na pytania, które sobie postawił w partii wprowadzającej? Najlepiej chyba on sam
o tym pisze pod koniec części drugiej: „Z pewnością nie wyczerpałem tu tematu, lecz jedynie naszkicowałem podstawowe kwestie. Na
wiele z pytań po prostu nie ma dziś
zadowalającej odpowiedzi, a prognozy są bardzo niepewne” (s. 33).
Janusz Zabłocki
społeczeństwa. Wiadomo, że ogromną rolę odegrał w tym zakresie
Kościół, rozumiany najczęściej w
wymiarze hierarchicznym, którego
rola w tamtej totalitarnej rzeczywistości została już wnikliwie i obszernie opisana. W procesie tym jednak
brał także udział Kościół rozumiany szerzej, jako wspólnota wiernych świeckich w łączności z hierarchią, próbująca odnaleźć się ze
swą wiarą w ówczesnym świecie
przymusowego, politycznego ateizmu. Ta część naszej historii, proces budowania choćby namiastki
działalności chrześcijańskospołecznej w wyjątkowo niesprzyjającej
Dzienniki 1956-1965
t. 1, IPN, Warszawa 2008, ss. 744
Literatura dotycząca powojennych losów Polski pod kolejnymi
rządami marksistów stale cieszy się
zasłużonym zainteresowaniem. Coraz to nowe studia, dokumenty, relacje i świadectwa poszerzają wiedzę o tamtym dramatycznym okresie dziejów. Szczególne zainteresowanie budzą wszystkie te inicjatywy, które wówczas poszerzały
przestrzeń wolności zniewolonego
Paweł Borkowski
KSIĄŻKI
sytuacji zewnętrznej, jest dziś dużo
mniej znana.
Na tym tle niezwykle interesującą lekturę stanowi wydany ostatnio
przez Instytut Pamięci Narodowej
pierwszy tom Dzienników Janusza
Zabłockiego, jednej z najważniejszych postaci wśród tzw. działaczy
katolickich w Polsce powojennej.
Jest to dzieło bardzo ważne dla
dokładniejszego poznania losów
katolicyzmu społecznego w Polsce
tamtych lat. Zawiera ono systematycznie czynione od wydarzeń październikowych 1956 r. do końca
1965 r. (czyli do początków działalności poselskiej autora) notatki,
w których Zabłocki zawarł ogromną wiedzę dotyczącą ogólnych wydarzeń tego okresu, a także spraw
związanych z aktywnością katolików świeckich oraz jego osobistego życia, przemyśleń, relacji, wątpliwości i nadziei. Są one oczywiście, jak każde tego typu zapiski,
subiektywnym obrazem opisywanych wydarzeń i ludzi. Skoro jednak historia jest zawsze sumą osobistych doświadczeń ludzkich, właśnie to subiektywne spojrzenie na
wszystko, co autor nie tylko opisuje, ale też w czym uczestniczył i co
współtworzył, ma wymiar ważnego
świadectwa. Bez tego i temu podobnych świadectw nie da się napisać
obiektywnej i rzetelnej historii aktywności katolików świeckich
w PRL.
W relacji Zabłockiego oczywiście największe zainteresowanie bu-
169
dzą te wątki jego wspomnień, które wyjaśniają najmniej znane szerszej opinii publicznej okoliczności
powstania i rozwoju środowisk laikatu katolickiego w PRL. Książka
stanowi niezwykle istotny przyczynek do historii powstania, na bazie
doświadczeń popaksowskiej „frondy” jesienią 1956 r., Ogólnopolskiego Klubu Postępowej Inteligencji Katolickiej oraz początkowego rozwoju, ponad pół wieku temu, środowiska „Więzi” i warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, a także ich zaplecza gospodarczego w postaci przedsiębiorstwa
Libella. Jest to przy tym opis nie
tylko ówczesnych wydarzeń, trudności ze strony władzy i wewnątrzśrodowiskowych sporów, ale przede wszystkim głębokich przemyśleń autora, u których podstaw znajdowało się głębokie przekonanie
o potrzebie zaangażowania się katolików w życie publiczne dla dobra wspólnego społeczeństwa na
fundamencie własnych pryncypiów ideowych i przy akceptacji
Kościoła hierarchicznego.
Na tym tle szczególne zainteresowanie budzić musi, opisany
szczegółowo w książce, trwający
od 1962 r. ideowy spór na temat
koncepcji tego środowiska między
jego głównymi współtwórcami: Januszem Zabłockim a Tadeuszem
Mazowieckim. Spór ten, o którym
szerzej mało się wie, wywarł zasadniczy wpływ na dalsze losy tworzonych wówczas struktur. Miał on
170
dwojaki wymiar. Po pierwsze, był
sporem o wierność doświadczeniom Października ’56, a właściwie
jednemu z jego nurtów: bądź nurtowi reprezentowanemu przez tzw.
rewizjonistów, którzy kładli nacisk
na postulat demokratyzacji życia
społecznego, bądź nurtowi akcentującemu tzw. polską drogę do socjalizmu, a więc skłonność do większego otwarcia na historyczną i kulturową tradycję narodu oraz na
wartość patriotyzmu i polskiej tożsamości narodowej. Po drugie zaś,
był sporem o właściwe rozumienie miejsca świeckich w Kościele,
a więc o wierność pasterzom Kościoła, co w tamtej sytuacji oznaczało wsparcie bądź kwestionowanie
linii prymasa Stefana Wyszyńskiego
w jego bezkompromisowych zabiegach o prawo Kościoła do swobodnego wypełniania swej misji.
Autor Dzienników sytuuje się
w tym sporze – ze świadomego
wyboru, wynikającego m.in. z własnych doświadczeń zdobytych
w Szarych Szeregach i Armii Krajowej – wyraźnie nie po stronie „niepokornych radykałów”, lecz tych,
którzy respektowali tradycję narodową, a także byli przekonani
o konieczności budowania zdrowej
autonomii laikatu opartej na ścisłej
łączności z Kościołem hierarchicznym. Nic więc dziwnego, że podczas swej publicznej działalności
autor pozostawał pod wyraźnym,
pozytywnym i twórczym wpływem
prymasa Wyszyńskiego, który tak
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
często bywał nierozumiany w kręgach „elit”. Na tym tle bardzo interesującym wątkiem zapisków Zabłockiego jest jego ewolucja ideowa. On i jego koledzy jawili się
nowej, popaździernikowej władzy
politycznej w Polsce jako zwolennicy „socjalizmu”, oczywiście nie
marksistowskiego, ale też i nie zdefiniowanego wyraźnie, rozumianego ogólnie jako ustrój społeczny,
który znosi wyzysk i ucisk człowieka przez człowieka. Rzecz jednak
w tym, że pojęciem tym posługiwano się – co zarzucał im prymas
Wyszyński – dla uzyskania korzyści
ze strony władz, nawet za cenę
niewłaściwego rozumienia przez
społeczeństwo. Istotnie, przyjęcie
roli „lewicy katolickiej” było, przyznaje autor, w zamierzeniu twórców tego środowiska taktycznym
zagraniem wobec władz w celu
osiągnięcia – nawet za cenę owego
niezrozumienia społecznego – maksymalnej ilości narzędzi (miesięcznik, klub, Libella, stowarzyszenie, tygodnik) do tworzenia realnej siły społecznej zdolnej w przyszłości przemieniać polską rzeczywistość. Ciekawe jest śledzenie
stopniowego przechodzenia autora od owego niejasnego pojęcia
socjalizmu do coraz większego zafascynowania myślą społeczną
Kościoła – głównie dzięki częstym
i owocnym kontaktom z prymasem Wyszyńskim, ale i bezpośredniej obserwacji wysiłku Vaticanum II.
KSIĄŻKI
Dzienniki Zabłockiego są lekturą pasjonującą dla czytelników
zainteresowanych
powojennym
katolicyzmem społecznym w Polsce. Przede wszystkim musi budzić
podziw i uznanie ogromna systematyczność i pracowitość autora,
który w swym aktywnym i pracowitym życiu potrafił wygospodarować czas na systematyczne prowadzenie zapisków. Wielkie jest także
bogactwo zawartych w nich treści.
Wspomniane wyżej wątki przewijają się przez całą, obszerną publikację, ale jej nie wyczerpują. Niemało
jest w niej relacji z przeprowadzonych rozmów, refleksji nad sytuacją polityczną w Polsce i perspektywami jej rozwoju, znaczeniem
osobistego życia religijnego oraz
rolą Kościoła służącego człowiekowi, ale także lirycznych opisów
przyrody i zachwytu nad oglądanymi zabytkami. Wiele też można wyczytać o metodach pracy funkcjonariuszy służb wyznaniowych
w odniesieniu do środowisk katolickich, a także o tym, że działalność służb bezpieczeństwa próbujących werbować współpracowników wcale nie musiała kończyć
się sukcesem. Autor zarysowuje też
na kartach swojego dziennika sylwetki ludzi, z którymi przyszło mu
współpracować, nierzadko o głośnych potem nazwiskach; w odniesieniu do nich po lekturze tej książki należałoby chyba zweryfikować
przynajmniej niektóre bezkrytyczne sądy. Nie bez znaczenia jest
171
w tych zapiskach także to wszystko, co świadczy o w pełni ludzkim
obliczu autora – nie tylko intelektualisty i polityka, ale także męża
przywiązanego do żony i ojca kochającego swoje dzieci. Cenne
w tych relacjach jest i to, że autor
nierzadko nawiązuje do własnej,
trudnej przeszłości, która pomaga
zrozumieć późniejsze wybory ideowe – przeszłości związanej z partyzantką, także powojenną, za którą groziła mu kara śmierci, z przymusowym ukrywaniem się, a potem z ujawnieniem i budowaniem
na nowo swego miejsca w powojennej rzeczywistości.
Jest to więc bardzo ważna książka, wobec której nikt, kto będzie
chciał poznać historię środowisk
katolickich w Polsce, nie będzie
mógł przejść obojętnie. Nie da się
już teraz bez odniesienia do niej
pisać o historii katolicyzmu społecznego w PRL, o konsekwencjach
działania „frondy”, o „Więzi”, Libelli, środowisku KIK-ów, ale także
o stosunku do nich, przez lata bardzo krytycznego, „Tygodnika Powszechnego” i oficjalnych grup katolików zaangażowanych politycznie, o polityce wyznaniowej państwa w tamtym okresie i o dylematach, które wtedy trzeba było rozwiązywać. Przypuszczać należy, iż
książka wywoła dyskusje i polemiki, zwłaszcza ze strony opisywanych w niej osób, które zapewne
mają inną wizję rzeczywistości. Pozostaje zatem życzyć sobie, aby ta-
172
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
kich dzienników ukazywało się jak
najwięcej, aby owe subiektywne
opisy dokonywanych wyborów,
przemyśleń, przedsięwzięć złożyły
się w przyszłości na możliwie pełny obraz wkładu katolików świeckich w Polsce w proces wybijania
się ku wolności. Ale przede wszystkim pozostaje nam czekać z niecier-
pliwością na dwa kolejne, zapowiedziane już tomy Dzienników
Janusza Zabłockiego, które znów
rozszerzą naszą wiedzę o minionych latach i dadzą nam wiele do
myślenia o dziejach środowisk katolickich w powojennej Polsce.
Renzo Guolo
i islam, i Zachód wykazują roszczenia uniwersalistyczne. W ten
sposób po obydwu stronach narastają uprzedzenia: islam został uznany za wylęgarnię terrorystów, a Zachód – za macierz sekularyzacji
i zepsucia obyczajów. Islamscy
fundamentaliści mówią o dżihadzie, a neokonserwatyści z USA
głoszą wojnę z terroryzmem, posługując się dychotomią dobra i zła.
Jedni propagują takie ideały jak
święta wojna, męczeństwo, izolacja, drudzy opowiadają się za
wolnością, rynkiem i demokracją.
Chcąc zniwelować te opozycje,
amerykański uczony Daniel Pipes
w dyskusji z Huntingtonem proponuje odróżniać islam od islamizmu
(czy islamu wojującego). Wobec
tego batalia kulturowa, która ułatwiłaby przewrót demokratyczny
w społeczeństwach muzułmańskich, wydaje się najskuteczniejszym dostępnym orężem.
W świecie islamskim od samego początku występuje ścisłe powiązanie religii z polityką, o czym
L’Islam è compatibile con
la democrazia?
Laterza, Roma-Bari 2007, ss. 414
Pytanie, które stało się tytułem
książki turyńskiego socjologa Renza Guolo [Czy islam da się pogodzić z demokracją?], dotyczy jednego z najistotniejszych zagadnień
współczesnej debaty politycznej.
Zdaniem autora punktem zwrotnym były zamachy z 11 września
2001 r., wskutek których zapanowało powszechne poczucie niepewności i zagrożenia, pociągające za
sobą następstwa również na płaszczyźnie prawodawstwa (np. Patriot
Act). Problem Zachodu polega na
tym, żeby zmniejszyć wrogość islamu przez demokratyzację tamtego regionu. W tym wszystkim
dźwięczy osąd Samuela Huntingtona. Uczony ten twierdzi, że konflikt
między islamem a Zachodem ma
charakter strukturalny, ponieważ
Ks. Piotr Nitecki
KSIĄŻKI
prof. Guolo pisze w rozdziałach
2-4. Po śmierci Mahometa kalif został uznany za stróża jego orędzia
i przywództwa politycznego. Problem powstaje, kiedy w 874 r. dwunasty imam jako chłopiec ginie
w tajemniczych okolicznościach.
Rodzi się wielki rozłam między tymi, którzy oczekują jego powrotu
(szyici), a tymi, którzy uważają, że
to wspólnota jako całość jest spadkobiercą Proroka, będącego jedynym (sunnici). Specyfika kultury
politycznej islamu łączy się z faktem, że powiązania rodowe tradycyjnie przeważają nad instytucjonalnymi. Z końcem I wojny światowej spoiwem różnych nurtów islamu staje się nacjonalizm oparty
na władzy wojskowych (np. partia
Baas). W roku 1900 Hassan al-Banna zakłada w Egipcie Bractwo Muzułmańskie, którego celem
jest przede wszystkim reislamizacja islamu, czyli przywrócenie
jego uniwersalistycznej i totalistycznej koncepcji na gruncie dogmatycznej, ahistorycznej lektury
Koranu. Hasło związku brzmi: Koran to nasza konstytucja. Do poglądów al-Banny nawiązał w latach 40. Abul Ala Maududi, głoszący ideę kalifatu oraz szariatu jako
jedynego prawa, a także Sajjid
Qutb, planujący „awangardę”
w celu odtworzenia filozofii przeciwnej zachodniemu materializmowi i politeizmowi.
Jednym ze źródeł niezrozumienia między islamem a Zachodem
173
jest miejsce przypisywane jednostce w obrębie społeczeństwa.
W świecie islamskim jednostkę
uważa się za podmiot praw tylko
jako część wspólnoty (umma).
Dlatego mówi się o koncepcji holistycznej, według której przypisuje
się różny zakres praw zależnie od
zgodności z normami islamu.
W konsekwencji wyznawcy innych
religii oraz kobiety (równe mężczyznom w aspekcie wiary, ale nie
w porządku doczesnym) podlegają
dyskryminacji.
Dzisiaj islam charakteryzuje się
silną odmiennością w stosunku do
Zachodu. Począwszy od lat 70. islamistom udało się wprowadzić do
obiegu pogląd, że oddalenie od
religii stało się przyczyną kłopotów
w krajach arabskich i że wobec
tego jedynym rozwiązaniem jest
sprzeciw wobec wszelkich form
modernizacji wiary, gdyż to prowadzi do dezintegracji islamskiej
tożsamości. Najwyraźniej więc dla
demokracji, będącej przedmiotem
kultu na Zachodzie, nie ma w tym
projekcie miejsca.
Według autora prezentowanej
książki droga do demokratyzacji
świata islamskiego może prowadzić przez islam europejski. Należy
tworzyć religijność indywidualną
bez czynnika społecznego jako
alternatywę dla komunitaryzacji.
Muzułmanie utożsamiają umma
z miejscem, gdzie zamieszkuje chociaż jeden wyznawca Mahometa,
konsekwentnie więc odmawiają
174
wszelkiej asymilacji, jak również
prywatyzacji swojej wiary. Guolo
uważa jednak, że to stanowisko nie
znajduje poparcia wśród większości europejskich imigrantów, którzy przeżywają wiarę po prostu jako osobiste doświadczenie i akceptację raczej zespołu wartości aniżeli
norm.
Interesująca wydaje się propozycja, która wychodzi z nowego
nurtu tzw. islamu liberalnego. Jego
przedstawiciele utrzymują, że należy na nowo przemyśleć tradycję
islamską tak, aby wyprowadzić
z niej zasady demokracji liberalnej
(np. Dalil Boubakeur i Khaled Fouad Allam), rozdzielić religię i politykę oraz zreinterpretować normy
Koranu i Sunny w kontekście historycznym. Islam liberalny byłby
możliwy dzięki odczytaniu świętych
tekstów i tradycji z uwzględnieniem przemian dziejowych. Kulturowym polem doświadczalnym dla
tej koncepcji byłaby Europa, w której islam na co dzień musi konfrontować się zarówno z innymi religiami, jak i z zasadami demokracji.
W ten sposób powstałby „euroislam” (Bassam Tibi). Tariq Ramadan, wnuk al-Banny, zajmuje
szczególne stanowisko, głosząc, że
ideowa pustka Zachodu mogłaby
zostać wypełniona przez islam,
który z kolei wzmocniłby się przez
kontakt z instytucjami europejskimi. Co jednak należałoby zrobić
w przypadku konfliktu między elementami tożsamości a prawem
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
państwowym? Właściwym rozwiązaniem byłby sprzeciw sumienia.
Ale w jakich przypadkach? Tego
Ramadan nie wyjaśnia, dlatego jego przeciwnicy oskarżają go o „podwójną grę”.
Obecnie w wewnętrznej debacie świata arabskiego demokracja
jest postrzegana jako negatywne,
ale konieczne narzędzie do ocalenia reżymów autokratycznych.
W rzeczywistości autorytaryzm klas
rządzących połączony z ubóstwem
i analfabetyzmem utrudniają drogę
w kierunku demokracji. Jedynym
dostępnym rozwiązaniem, alternatywnym wobec rozwiązań siłowych, wydaje się wspieranie najbardziej otwartych elit kulturalnych
w państwach islamskich. Jak słusznie twierdzi Guolo, nie będzie nation-building bez society-building.
Obserwujemy bowiem dzisiaj paradoks, że tam, gdzie USA manu
militari narzuciły ustrój demokratyczny, w wolnych wyborach doszły do władzy fundamentalistyczne ugrupowania islamskie. Z tej
racji Francis Fukuyama przeszedł
z pozycji wyraźnie neokonserwatywnych do poglądu, że należy
wspierać zaangażowanie polityczne, kulturalne, ekonomiczne, aczkolwiek sądzi, iż trzeba jeszcze wyjaśnić związek między demokracją
i laickością oraz pełnym uznaniem
praw człowieka.
Omawiana książka jest ważnym
świadectwem bardzo skomplikowanej debaty. Dotyczy ona, ow-
KSIĄŻKI
175
szem, konfrontacji odmiennych
wzorców kulturowych, lecz także
codziennych spotkań i starć między sposobami myślenia i stylami
życia, które dzisiaj już powszechnie
występują wokół nas i dlatego wymagają wspólnej refleksji.
Francesco Totaro –
Benedetta Giovanola
dzia w dziedzinie dobrego życia.
Sebastiano Maffettone zastanawia
się nad kategorią zrównoważenia
jako kryterium oceny działania
przedsiębiorstw. Gian Luigi Brena
pokazuje, że ochrona środowiska
nie leży jedynie w gestii przedsiębiorstw, lecz powinna być sprawą
całego społeczeństwa. Helen Alford proponuje, żeby w podejmowaniu problematyki społecznej
głównym elementem uczynić pracę, zwłaszcza w wymiarze podmiotowym. Stefano Zamagni kreśli obraz demokracji deliberacyjnej, która łączyłaby zasady wymiany równoważników, redystrybucji i wzajemności. Benedetta Giovanola, nawiązując do rozważań Amartyi Sena, laureata Nagrody Nobla, kwestionuje pojęcie nieocenności jako
cechy nauk ekonomicznych i proponuje, by punktem odniesienia
w powiązaniach etyki z ekonomią
uczynić kategorię bogactwa człowieka.
Zamieszczone w prezentowanym tomie artykuły napisano
w sposób fachowy, udokumentowany i przystępny. Mogą one stać
się ważnymi pobudkami do refleksji i wypracowania nowego para-
Etica ed economia.
Il rapporto possibile
EMP, Padova 2008, ss. 205
W okresie, w którym bezprecedensowy kryzys finansowy atakuje
cały świat, mówienie o związkach
między etyką a ekonomią wydaje
się zabiegiem raczej retorycznym.
Oczywiście wywód można prowadzić w duchu moralistycznym
lub retorycznym, zadaniem jednak
uczonych jest ustalić właściwe relacje. Temu właśnie poświęca się
sześciu specjalistów w prezentowanym tomie [pt. Etyka i ekonomia –
możliwy związek]. Zebrano w nim
teksty powstałe w związku z sympozjum, które odbyło się we Frascati i Rzymie w maju 2005 r. pod
patronatem Fundacji Ośrodka Studiów Filozoficznych z Gallarate
oraz Krajowej Służby Konferencji
Episkopatu Włoch ds. Projektu Kulturowego.
Francesco Totaro zwraca uwagę na potrzebę ponownego sprowadzenia ekonomii do roli narzę-
Fabrizio Casazza
Tłum. Paweł Borkowski
176
dygmatu, który by się nie ograniczał do technicznych i prowizorycznych środków zaradczych na recesję, ale dawał podstawę dla stabilnej i trwałej odnowy, mogącej
SPOŁECZEŃSTWO 19 (2009) nr 1
zrównoważyć etyczny
społeczeństwa.
przechył
Fabrizio Casazza
Tłum. Paweł Borkowski

Podobne dokumenty