Nr 19

Transkrypt

Nr 19
Dodatek
do „Czasu”
'
POSTAWY
Niezale¿ny periodyk kulturalno-oœwiatowy na tematy luŸno zwi¹zane z szeroko pojêt¹ kultur¹
2 paŸdziernika 2001 r.
WYCIECZKA
Ci¹g dalszy z poprzedniego numeru
Podró¿ up³ynê³a bardzo mi³o. Lec¹c nad
oceanem obejrzeliœmy dwa filmy pe³nometra¿owe. Zmêczenie jednak, i dwóch
podpitych pasa¿erów z wyraŸnie wschodnioeuropejskim akcentem, nie pozwala³o siê
skupiæ nad akcj¹. Noc by³a bardzo krótka.
Do l¹dowania podchodziliœmy wczeœnie
rano. Wygl¹da³em przez okienko próbuj¹c
wy³uskaæ z widoku rozci¹gaj¹cego siê pod
skrzyd³ami, jakiœ znany kszta³t, ale nic
znajomego w krajobrazie nie by³o. Byliœmy
jednak znów w Polsce. Mia³em dziwnie
mieszane uczucia. Mia³em te¿ nadziejê, ¿e,
choæ nie umawialiœmy siê, ktoœ bêdzie na
nas czeka³. Trzeba tylko przejœæ przez
kontrolê graniczn¹ i celn¹. Urzêdnik od
paszportów patrzy³ na nas badawczo.
Wygl¹da³o, jakby mia³ dziœ z³y dzieñ.
- Paszporty - warkn¹³. Wyci¹gn¹³em rêkê z
czterema pachn¹cymi farb¹ drukarsk¹
paszportami. Wolno przewraca³ kartki. Szuka³
chyba piecz¹tek. Przejrza³ wszystkie cztery
paszporty spogl¹daj¹c na nas kolejno, po
czym wsta³ i gdzieœ wyszed³. Poczu³em siê
nieszczególnie. Kolejka za nami zaczyna³a
szemraæ.
- Co siê dzieje - pyta³a córka.
- Nie mam pojêcia - odpar³em szczerze.
Urzêdnik w koñcu wróci³ z powrotem i poda³
mi paszporty.
- W porz¹dku - stwierdzi³ i machn¹³ rêk¹ na
nastêpnego delikwenta. A ... to nowina pomyœla³em sobie. Kontroli celnej w³aœciwie
nie by³o. Mia³em tylko rzeczy osobiste i
drobne upominki, wiêc celnik mnie
zignorowa³. Za stref¹ wolnoc³ow¹ k³êbi³y siê
t³umy.
- Tylko siê nie zgubmy - ¿ona próbowa³a
kontrolowaæ sytuacjê. Lotnisko wygl¹da³o
zupe³nie inaczej ni¿ przed piêtnastu laty i
³atwo by³o straciæ orientacjê, szczególnie w
takiej ci¿bie. Rozgl¹daliœmy siê niecierpliwie
za jak¹œ znajom¹ twarz¹, ale bez rezultatu.
Nagle w t³umie zobaczy³em znajome szare
oczy. W grupie nieznanych mi ludzi sta³ z
uœmiechem, którego nie mo¿na zapomnieæ,
mój ojciec. Przyœpieszy³em nieco. On te¿
zrobi³ kilka kroków w moim kierunku. £zy
cisnê³y siê do oczu. Wyœciskaliœmy siê za te
wszystkie lata.
- A gdzie babcia - dopytywa³a siê córka.
- le siê czu³a i nie mog³a przyjechaæ, ale za
to jest moja najstarsza wnuczka i ziêæ. Ojciec
przedstawia³ nas wzruszony.
- Przyjechaliœmy po was dwoma samochodami, bo spodziewaliœmy siê, ¿e
bêdziecie mieæ du¿o baga¿u. Mrugn¹³
porozumiewawczo do ziêcia.
Na parkingu czeka³y na nas Opel i Mercedes.
- NieŸle wam siê powodzi - za¿artowa³em.
- E, jakoœ leci - stwierdzi³ z uœmiechem m¹¿
mojej siostry pomagaj¹c nam zapakowaæ siê
do samochodów. W koñcu ruszyliœmy. Zaraz
po opuszczeniu parkingu ogarnê³a mnie
mieszanina przera¿enia i podziwu. Przera¿enia, z powodu okropnego, na pozór
bardzo chaotycznego, ruchu samochodowego, jakiego jeszcze w ¿yciu nie widzia³em
i podziwu dla kierowcy, który dawa³ sobie
radê w tym szaleñczym ko³owrocie.
Wymuszanie pierwszeñstwa przejazdu,
szczególnie tam, gdzie by³y roboty drogowe,
by³o g³ówn¹ umiejêtnoœci¹ kierowcy. Jazda
samochodem w kanadyjskim mieœcie jest
jednak du¿o przyjemniejsza i zdecydowanie
mniej stresotwórcza. B³yszcz¹cych nowo-
œci¹ samochodów by³o tu jednak stanowczo
wiêcej ni¿ u nas. A¿ dziw, ¿e nie widaæ by³o
st³uczek.
Czêœæ miasta, przez któr¹ jechaliœmy,
wygl¹da³a mniej wiêcej tak, jak pamiêta³em,
z t¹ tylko ró¿nic¹, ¿e wtedy nie by³o tylu
reklam i angielskojêzycznych szyldów. Zaraz
jak wyjechaliœmy z miasta, dzieci zasnê³y, a
ja podziwia³em krajobrazy i próbowa³em
rozmow¹ z ojcem wype³niæ piêtnastoletni¹
lukê w pamiêci. Doje¿d¿aj¹c do naszego
miasteczka uderzy³ mnie widok olbrzymiej
masy zieleni, jaka przyby³a od czasu, kiedy
tu mieszkaliœmy. I wszystko jakby zmala³o.
Jakie to by³o ró¿ne od kanadyjskich osiedli.
Ryneczek, ciasne uliczki, bruk i znajomy zapach miejsca, gdzie spêdzi³em najprzyjemniejsze lata ¿ycia wywo³ywa³ gwa³town¹
lawinê wspomnieñ. Jeszcze dwie ulice, dwa
zakrêty i na chodniku przed furtk¹ do ogrodu
sta³a, podpieraj¹c siê lask¹, mama. Z
pogodnym uœmiechem wyci¹ga³a rêce.
Nawet nie przypuszcza³em ile radoœci mo¿e
sprawiæ takie spotkanie. £zy znów pola³y
siê rzê-siœcie. Potem prezenty, du¿o œmiechu
i opowieœciom nie by³o koñca. Na stole
pojawi³y siê smako³yki, które pamiêta³em
jeszcze z dzieciñstwa, no i nie mog³o siê obyæ
bez nieod³¹cznego pó³ litra. Przegadaliœmy
pó³ nocy, a nastêpnego dnia z dzieæmi
wybraliœmy siê na wspólne zwiedzanie
miasta. Dla syna, który urodzi³ siê w
Kanadzie, wszystko by³o tu nowe, a dla
mnie? No có¿. Ka¿dy zau³ek wi¹za³ siê z
jakimœ wspomnieniem. ¯ona promienia³a.
Zachwyca³a siê ka¿dym drobiazgiem. Nawet
odczytywanie nazw ulic przyprawia³o j¹ o
dobry humor. Coœ mi tu jedak nie pasowa³o.
Dwie g³ówne ulice naszego miasteczka nie
nazywa³y siê tak, jak dawniej. I z pomnika
na placu zniknê³a gwiazda. S³ysza³em ju¿
wczeœniej o wymazywaniu z historii symboli
okresu, który nie kojarzy³ siê wszystkim
najlepiej. Nie s¹dzi³em jednak, ¿e usuwanie
wroœniêtych w krajobraz elementów miasta
by³o najlepszym sposobem na wyra¿anie
aktualnych nastrojów spo³eczeñstwa, ale
có¿. Nowi ludzie - nowy porz¹dek.W Montrealu te¿ pozmieniano nazwy g³ównych ulic
z powodów czysto politycznych.
Któregoœ dnia zabraliœmy z ¿on¹ wszystkich
ma³olatów i wybraliœmy siê do weso³ego
miasteczka. Z pocz¹tku nawet kontrolowaliœmy sytuacjê, ale wkrótce szaleñstwo
przybra³o niespotykane rozmiary. Musieliœmy spróbowaæ wszystkiego. W miasteczku nie by³o zbyt du¿o ludzi, wiêc zabawa
trwa³a w najlepsze bez oczekiwania w
kolejkach. Obs³uga urz¹dzeñ lunaparku by³a
bardzo mi³a. Wszêdzie witano nas z radoœci¹.
- My chcemy na karuzelê - wrzeszczeli dwaj
najm³odsi cz³onkowie naszej grupki.
- Tam przecie¿ nikogo nie ma - próbowa³em
ostudziæ trochê zapêdy dzieci, ale ci¹gnê³y
mnie ju¿ za rêce do furtki w p³ocie otacz¹jacym karuzelê. Przy furtce siedzia³ m³ody
cz³owiek w czapeczce basebolowej prowadz¹c z kimœ rozmowê przy u¿yciu telefonu
komórkowego. Po¿egna³ siê szybko z
rozmówc¹, jak us³ysza³ harmider zbli¿aj¹cy
siê do niego. Spyta³em go kiedy zamierza
uruchomiæ karuzelê.
- To jest kapitalizm, proszê pana. Klient jest
- karuzela jedzie. Trzy z³ote od osoby
poproszê. Z uznaniem popatrzyliœmy z ¿on¹
po sobie. Dzieciaki ju¿ siê sadowi³y w
siedzeniach i karuzela ruszy³a. Staliœmy przy
furtce i z przyjemnoœci¹ obserwowaliœmy
rozeœmiane buzie dzieci. Osiem, czy
osiemnaœcie lat, radoœæ by³a taka sama.
Wracaj¹c do domu dzieciaki zg³odnia³y. Ju¿
wczeœniej zwróciliœmy uwagê na wielkie,
¿ó³te M - symbol McDonalda - zas³aniaj¹ce
czêœæ renesansowej kamieniczki w rynku, ale
jakoœ do tego czasu udawa³o nam siê omijaæ
ten przybytek amerykanskiej „fast food”.
Tym razem jednak zosta³em zakrzyczany i
musieliœmy wejœæ do œrodka. Stanêliœmy w
kolejce. Para nastolatków przed nami
zamówi³a dwa czikeny i szejki. Syn spojrza³
na mnie ironicznie. Rozumieliœmy siê bez
s³ów. Wiele razy zwraca³em mu uwagê na
czystoœæ jêzyka, na eleminowanie amerykanizmów z mowy, jak¹ pos³ugiwaliœmy siê w
domu, a tu taka niespodzianka. Polska i
czikeny? Zgroza, ale najwa¿niejsze, ¿e
brzuchy by³y pe³ne i zadowolenie ca³kowite.
PóŸniej okaza³o siê, ¿e za rogiem mo¿na by³o
zjeœæ frytki z doskona³¹ œwie¿utk¹ ryb¹ za
pó³ ceny w stosunku do tego, co oferowa³
McDonald’s, ale có¿. Moda na Amerykê
widaæ jest dla m³odych wa¿niejsza, ni¿
zdrowy rozs¹dek. No i komputeryzacja.
Odwiedziliœmy du¿o bli¿szych i dalszych
znajomych i w wiêkszoœci domów by³y
komputery. U rodziców w domu te¿. Syn
mojej siostry budowa³ sobie w³aœnie stronê
internetow¹, mia³ wiêc atrakcyjny temat do
rozmowy z moim synem. Spêdzali ca³e
godziny analizuj¹c mo¿liwoœci ulepszania
atrakcyjnoœci strony.
- WejdŸ na httm://studiom1.cjb.net poprosi³em go kiedyœ, ¿eby pochwaliæ siê
rodzicom swoj¹ twórczosci¹, któr¹ publikujê
na internecie. Mój portal wzbudzi³ nawet
uznanie m³odego adepta sztuki komputerowej, ale nie przyzna³em siê, ¿e syn
pomaga³ mi w tym wydatnie.
Czas mija³ tak szybko. Nawet nie spostrzeg³em, kiedy min¹³ mój urlop. Z tego co
widzia³em, ludziom w Polsce ¿yje siê ci¹gle
ciê¿ko. Mimo swojej zaradnoœci i nieznanej
mi z czasów, kiedy tu mieszka³em, kultury w
obcowaniu z soba, szczególnie w relacjach
klient-sprzedawca, ludzie w Polsce musz¹
pracowaæ du¿o ciê¿ej od nas, ¿eby ¿yæ w
miarê dobrze.
¯ona zostawa³a jeszcze z dzieæmi na resztê
wakacji, a ja wyje¿d¿a³em z mieszanymi
uczuciami. Z jednej strony ogarnia³ mnie
smutek zwi¹zany z faktem, ¿e opuszcza³em
rodziców, rodzinny dom i ca³¹ tkliwoœæ
p³yn¹c¹ z atmosfery otaczaj¹cej to miejsce,
a z drugiej znów, nie mog³em siê ju¿ doczekaæ
powrotu. Nie wyje¿d¿a³em z Polski, jak
piêtnaœcie lat temu, tylko wraca³em. Wraca³em do mojego domu, do miejsca, które
stworzy³em w³asnym wysi³kiem dla swojej
rodziny, wraca³em do œrodowiska, z którym
zwi¹za³a mnie praca, przyjaŸnie i wspólne
k³opoty. Wraca³em do siebie.
27 paŸdziernika br. w klubie SPK w
Winnipegu, w cyklicznym programie pt.
Poezja pod filarem bêdzie prezentowana
twórczoœæ K.K.Baczyñskiego. Je¿eli
chcia³byœ us³yszeæ swoje ulubione wiersze
tego¿ autora, przeœlij tytu³y utworów na
adres: [email protected] lub zostaw
wiadomoϾ pod numerem 233-9342 w
godzinach od 8.00 do 16.00.
Dodatek
do „Czasu”
'
„CZ£OWIEK POD WZGLÊDEM
PRA
W I POWINNOŒCI
PRAW
SWOICH”
Jan Bêtkowski
Kraków 1852 r.
SprawiedliwoϾ
[fragmenty]
£atwe to dla ka¿dego zadanie, kto mu
zadosyæ uczyniæ pragnie, sama je wskazuje natura prostym i powszechnie znanym przepisem: Nie rób drugiemu, co tobie
nie mi³o. Oddawaj zawsze wszystko, co
komu nale¿y. [...] Ka¿demu z nas mi³e jest
¿ycie, zdrowie, mienie, dobra s³awa i
wszelkie inne rzeczy ju¿ to do utrzymania,
ju¿ do uprzyjemnienia bytu naszego potrzebne. Wszystko to ma byæ œwiêt¹ dla
nas rzecz¹, tak dalece, ¿e gdyby nawet ktoœ
krzywdê nam w tej mierze wyrz¹dzi³, my
nie oddawajmy z³em za z³e, raz, ¿e doznajemy nieprzyjemnoœci takiego czynu,
a powtóre, ¿e siê to sprawiedliwoœci
sprzeciwia [...] szanujmy wszelkie przynale¿noœci bliŸniego s³owem i czynem, nie
wyrz¹dzaj¹c mu szkody, na zdrowiu,
s³awie i maj¹tku, a stanie siê zadoœæ,
pierwszemu warunkowi sprawiedliwoœci.
Myœli z pogranicza snu i poezji
***
cz³owiek krzyczy:
„bóg - honor - ojczyzna”
³atwiej mu wtedy
osierociæ syna
cz³owiek krzyczy:
„wiara - nadzieja - mi³oœæ”
³atwiej mu wtedy
g³osiæ idea³y
cz³owiek krzyczy:
„prawo i piêœæ”
³atwiej mu wtedy
wznosiæ szubienice
cz³owiek krzyczy:
„oko za oko - z¹b za z¹b”
³atwiej mu wtedy
rozgrzeszyæ gwa³t
cz³owiek krzyczy:
„wolnoœæ - równoœæ - braterstwo”
³atwiej mu wtedy ¿yæ
z³udzeniem sprawiedliwoœci
cz³owiek krzyczy:
„bo¿e b¹dŸ mi³oœciw”
³atwiej mu wtedy odpuœciæ
sobie winy
cz³owiek krzyczy:
„cz³owiek to brzmi dumnie”
³atwiej mu wtedy tolerowaæ
w³asn¹ pró¿noœæ
cz³owiek krzyczy:
„myœlê wiêc jestem”
jak monstrualna jest pycha cz³owieka
jak ma³a pokora
(eu-be)
„Postawy” - dodatek do Czasu wydawanego w Winnipegu, Kanada, redagowany ochotniczo i ukazuj¹cy siê nieregularnie w zale¿noœci od dostêpnoœci materia³u do publikacji. Wydawnictwo publikuje materia³y w³asne. Opracowanie graficzne, tekst i sk³ad komputerowy Boles³aw £ucki - http://studiom1.cjb.net